RSS
niedziela, 30 października 2016
KRÓTKA OPOWIEŚĆ O IWONICKIM STUPIĘCIOLATKU

   Edward Helon, od 9 lat lat mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, jest obecnie jego najstarszym mieszkańcem. Urodził się 18 grudnia 1911 w Izdebkach za Brzozowem (50 km stąd), gdzie mieszkał do czasu przeniesienia się tutaj. Opiekuje się nim 60-letnia córka, Janina Golonka, jeśli to w ogóle można nazwać opieką, bo pan Edward jest w pełni samodzielnym starszym panem, który słucha jedynie siebie. Próba narzucenia mu czegokolwiek nie ma szans powodzenia. Przed trzema tygodniami pan Edward zirytował się nieco na córkę, bo chciała mu coś narzucić. Chwycił ją w pół, aż zatrzeszczały jej żebra, podniósł do góry i zapytał: „Ile jeszcze będziesz pyskowała?”. Podniósł do góry 75 kg żywej wagi, sam będąc mężczyzną raczej szczupłym!!!! Powiedziała, że pociemniało jej w oczach i myślała (cytuję dosłownie): „że dupa oderwie mi się od kręgosłupa!”. Wzięte z filmiku  https://facebook.com/lookback/ #FacebookIs10) zdjęcie pani Janiny nie pozostawia wątpliwości, że jej 105-letni ojciec ma nadal niedźwiedzią siłę!


 

http://jbr.blox.pl/resource/Pani_Janina.jpg

 

   Dla przypomnienia: w Polsce żyje obecnie około 4000 stulatków (prognozy na rok 2035 zakładają, że będzie ich w naszym kraju prawie 15 000!). Zdecydowana większość z nich to kobiety – dwie z nich mają po 110 lat. W sumie czterdzieści pięć Polek ma co najmniej po 106 lat!  Pani Janina wspomniała, że niedawno żyła jeszcze w Izdebkach kobieta, która miała 107 lat, ale na tej liście zusowskiej jej nie ma, więc być może już umarła (po rozmowie telefonicznej z rodziną w Izdebkach okazało się, że rzeczywiście niedawno umarła).

   Właśnie tyle lat, czyli 107, liczy sobie najstarszy Polak. Ta lista jest znacznie krótsza: tylko jedenastu panów (pan Edward będzie dwunastym) osiągnęło wiek co najmniej 105 lat, wśród nich jest profesor z Warszawy. Wydaje mi się jednak, że tylko pod względem wieku mogą konkurować z panem Edwardem, którego poniżej widzimy przy kośbie w rodzinnych Izdebkach w sierpniu 2015 roku!

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_kosi.jpg

 

   Jest bowiem fenomenem, jeśli chodzi o sprawność fizyczną i umysłową. W dodatku robi przy sobie wszystko sam! Przed naszym przyjściem starannie się ogolił w łazience zwykłym mydłem do golenia, pędzlem i jednorazówką. Nożyczkami przyciął sobie brwi, powycinał małymi nożyczkami włoski w nosie i w uszach, pokremował sobie twarz. Zmarszczek nie musiał wygładzać, bo ich nie ma. Potem odświeżony przyszedł do nas i  na dzień dobry dostał cały kieliszek mocnej nalewki na spirytusie na kwiatach czarnego bzu (przyniosłem w prezencie półlitrową butelkę). Wypił duży kieliszek tej nalewki jednym haustem i powiedział: „Dobre!”. Może liczył na więcej, bo oblizywał usta?

   Najczęściej wypija bowiem dwa kieliszki wódki, lubi piwo żywiec lub tyskie, toasty noworoczne kielichem szampana też spełnia. Dwa lata temu wnuk szukał butelki mocnego samogonu, którą dostał od kogoś w prezencie i trzymał w lodówce. Znikła. Pytał wszystkich dookoła - nikt nie wiedział, co się z nią stało. W końcu córka zapytała pana Edwarda: „Tato, nie brałeś tej butelki z lodówki?”. Odparł oburzony: „Ja wziąłem wódkę? Chyba oszalałaś!”. Po jakimś czasie wnuk poszedł do drewutni po gumiaki. Patrzy: w jednym tkwi prawie pusta butelka po samogonie! Dopiero wtedy zrozumieli, dlaczego pan Edward po wyjściu stamtąd latał po podwórzu z miotłą lub grabkami „jakby mu kto przypiął skrzydła". Przyparty do muru rzekł: „No i co się stało? Tragedia???”.

   Być może wtedy zsunął się do głębokiej fosy wypełnionej po obfitych deszczach mętną wodą i nie mógł się stamtąd wydostać. Dopiero wnuki przyszły mu z pomocą i wyciągnęły dziadka „ciężkiego jak kłoda namoczona w wodzie". Z pomocą musiały mu także przyjść, gdy w ubiegłym roku wszedł po wysokiej drabinie na strych, ale zejść już nie mógł. Ale gdy go obrócili i pomogli postawić stopy na szczeblu, zszedł na dół szybciutko. Raz tylko w lipcu tego roku zaplątał się jedną nogą w nogawce kalesonów i rymnął jak długi, ale nabił sobie na biodrze tylko guza, bo „kości ma jak z żelaza”. Na poniższym zdjęciu: pan Edward stoi przed wejściem do domu w Iwoniczu-Zdroju, w którym mieszka.

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_przed_domem_w_Iwoniczu.jpg

 

   Do lekarzy chodzi tylko w razie konieczności (w 2000 roku miał raka jelita grubego, założyli mu stomię, sam opróżnia woreczek i zakłada sobie nowy; w 1996 roku miał na wiosnę i na jesieni operację na obojgu oczach, założyli mu soczewki, od tej pory widzi bardzo dobrze, nie potrzebuje okularów, czyta pisma kolorowe, które przynosi mu sąsiadka, dzięki temu wie wszystko o aktorach grających w serialach, bo seriale uwielbia. Kiedy była Moda na sukces, oglądał kolejne odcinki dwa razy, także powtórki, znał wszystkich aktorów po imieniu i nazwisku. Teraz, gdy o godz. 18 puszczają Pierwszą miłość, nie przegapi żadnego odcinka, nawet gdyby był przed chwilą pogrążony w drzemce. Polityką się nie interesuje. Podczas ostatnich wyborów chcieli go samochodem z Urzędu Gminy zawieźć na głosowanie, ale oświadczył: „Beze mnie i tak wybiorą, kogo zechcą!”.

Raz na pół roku przychodzi pielęgniarka, pobierając mocz i krew do analizy. Cholesterol, ciśnienie, wszystko w normie. Bierze dziennie tylko po 1 tabletce: przeciwdziałającej prostacie oraz nadciśnieniu. Alkoholikiem nigdy nie był, ale „potrafił wypić ostro”. Kiedyś palił (córka kupowała mu "Giewonty"), ale palenie rzucił dawno temu, bo denerwowało go ciągłe pokasływanie po zaciągnięciu się papierosem…

   Ale nie te informacje sprawiły, że Irena Olbińska, współredaktorka wielu wydawanych przeze mnie książek, potarła ręką twarz i powiedziała: „Chyba nie będziemy wydawali, Janusz, tej książki o zdrowym odżywianiu się, bo to wszystko, co wiemy, ma się nijak do tego, co tu usłyszeliśmy!”. A zaczęło się niewinnie. Pan Edward zaczyna dzień od zrobienia sobie samemu płatków kukurydzianych na mleku, do nich, za namową lekarza wsypuje sobie „białko w proszku, w którym są wszystkie minerały”. OK, ta informacja Irenki nie wzburzyła. Ani to, że do wszystkich bez wyjątku zup dodawał łyżkę octu! Ani to, że ostatnio upodobał sobie „to czarne”, czyli coca-colę, którą wlewa sobie do półlitrowego kubka i po dosłodzeniu jej cukrem wypija z wielkim ukontentowaniem!

   Co więc tak Irenkę wzburzyło?  Nie to, że obiadów mięsnych od dwóch lat nie jada, bo mówił, że w gardle go boli. Ani to, że owszem pierogi ruskie masłem polane zje, gdy córka zrobi, tak samo kluski z serem czy łazanki z kapustą. Ale to, że: chipsy jada całymi worami, rogaliki, drożdżówki, pączki, wafle, paluszki, cukierki (w tym twarde landrynki!) rąbie na całego, nawet w nocy. Kładzie się do łóżka o 19, po czym co dwie godziny wstaje, żeby zjeść coś słodkiego, a do zwykłej herbaty w kubku wsypuje sobie po sześć łyżeczek cukru! A we krwi i w moczu: cukier w normie!!! Kawę pije tylko sypką, lubi też jogurty owocowe... Je i pije, kiedy chce i co chce. Kiedyś inna jego córka kazała przecierać ojcu mięsko i jarzyny. Pani Janina to zrobiła i zaniosła ojcu, a on tylko na to spojrzał i powiedział: „Zabierz to, w gardle mnie boli...”, po czym zaczął pałaszować wafle i paluszki!

   Jest bezzębny na własne życzenie – wstawić sobie sztucznych zębów nie pozwolił i już! Jak się uprze – nie ma rady! Tak samo jest z aparatem słuchowym. Córka kupiła mu aparat za 1700 zł, ale nie chce go nosić, bo „w uszach mu dzwoni”, choć narzeka, że źle słyszy. Jak już wspomniałem, widzi jednak dobrze. Wystarczy porównać zdjęcia zamieszczone poniżej, by się o tym przekonać. Do mnie odniósł się z wyraźnym dystansem, ale jego chłodne oczy nabrały ciepła od razu, gdy usiadła przy nim Irenka i go objęła!

 

http://jbr.blox.pl/resource/21_wrzesnia_2016_spotkanie_z_panem_Edwardem_II.jpg

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_ze_105latkiem.jpg

 

   Dodam jeszcze, że dziurawe skarpetki sam sobie ceruje – pięknie ceruje! Ma motki z grubymi wełnami, dobiera kolory i ceruje artystycznie, tak jak się to kiedyś robiło! Nie ma znaczenia, że w szufladzie ma sporo nowych skarpetek – dziurawe trzeba pocerować i tyle, wyrzucać nie wolno!

   Tak jak to drzewiej bywało w jego rodzinnej wsi, Izdebkach, która znajduje się w gminie Nozdrzec w powiecie brzozowskim, nad rzeką Magierą, dopływem Sanu, i ma prawie dwa razy większą liczbę mieszkańców (ponad trzy tysiące wraz z przysiółkiem Rudawiec) niż Iwonicz-Zdrój. W dniu urodzin pana Edwarda należała jeszcze do Galicji, wchodzącej w skład Cesarstwa Austriackiego i Austro-Wegier. Ściślej do Królestwa Galicji i Lodomerii, określanej prześmiewczo Golicją i Głodomerią. „Bieda galicyjska” była bowiem przysłowiowa. Na przełomie XIX i XX stulecia średni wiek chłopa galicyjskiego wynosił zaledwie 27 lat, co trzecie dziecko umierało, dwuhektarowe gospodarstwa z nieurodzajnymi glebami nie dawały szans na wyżywienie rodziny. Wyjeżdżano więc gromadnie za „lepszym życiem” do Ameryki, Brazylii, Argentyny, Kanady.


 

http://jbr.blox.pl/resource/Izdebki.jpg 

 

   Tak samo było w Izdebkach, mimo iż na powyższym zdjęciu wygląda jak kraina mlekiem i miodem płynąca. Do Ameryki wyjechała jednak tylko mama 8-miesięcznego Edka, Wiktoria, zostawiając, jak to się mawiało: „na wychowanie”, panieńskie dziecko chore na czerwonkę swojej siostrze Marii, starej pannie. Ta, bojąc się, że chory Edek ją zarazi, wyrzuciła go do stodoły na wiązkę słomy właściwie „na umarcie”, gdyż byłoby cudem, gdyby przeżył. Cuda się jednak zdarzają – chłopczyk wydobrzał.

   Może los chciał mu wynagrodzić to, że był całkowitym sierotą, mimo iż miał i matkę, i ojca, który nazywał się Ruszel i pochodził spod Jarosławia. Matka nie chciała jednak wyjść za niego za mąż, ponieważ był biedakiem, a jej marzyła się Ameryka, „raj, w którym dają ziemię, krowy, a małpy usługują w gospodarstwach”. Marzyła też o bogatym zamążpójściu, a ponieważ dwukrotnie wychodziła w Ameryce za mąż, dorobiła się sporego, przynajmniej jak na warunki galicyjskie, majątku: miała piękny duży dom, w którym znajdowała się restauracja i kawiarnia (klientami byli pracownicy pobliskiej kopalni). Przed śmiercią przepisała to wszystko na swoją siostrzenicę Hankę, która też mieszkała w Pensylwanii i opiekowała się nią aż do śmierci. Była ona jedną z dwóch córek Katarzyny, siostry Wiktorii – obie wyjechały w czerwcu 1912 roku do Ameryki.

   W tym zapisie testamentowym pominęła zupełnie swego jedynego syna Edwarda, bo z tamtych związków dzieci nie miała. Nie znam treści tego zapisu, ale nawet jeśli matka wydziedziczyła go bez jego prawnej zgody w testamencie, to jego dzieci prawo do zachowku zachowywały w pełni, a była to kwota niebagatelna – połowa wartości przepisanego spadkiem majątku w dolarach USA! Jego córka Janina twierdzi, że mogli się starać o spadek, ale nie chcieli. Nie chcieli zapewne wszczynać niesnasek w najbliższej rodzinie, ale faktem jest, że syn Wiktorii, Edward, został przez nią pokrzywdzony nawet po jej śmierci.

   Wprawdzie „dulary” takie same jak dziś, choć o znacznie większej wówczas wartości, jego matka wysyłała regularnie siostrze w Izdebkach, łożąc w ten sposób, przynajmniej teoretycznie, na utrzymanie swego syna, można się jednak domyślać, że zwyczajem tamtejszych chłopek „zielone” były przechowywane przez ciotkę w bieliźniarce „na czarną godzinę”, bo chłopiec dorastał w biedzie. Później też był sobie winien, że żył w niedostatku – mógł przecież wyjechać do matki do Ameryki i tam ułożyć sobie życie: dwa razy wysyłała mu bilety na podróż za Wielką Wodę. Jeden na rejs statkiem, a drugi samolotem, ale młody Edward bał się płynąć statkiem, a tym bardziej lecieć samolotem, więc bilety przepadły. Oświadczył, że chętnie pojechałby pociągiem, bo taką podróż Galicyjską Koleją już odbył. Niestety, nawet tunelu kolejowego łączącego Czukotkę z Alaską nie udało się nigdy przewiercić, mimo iż te 85 km pod cieśniną Beringa to pestka przy bezmiarze Atlantyku (ponad 2800 km). To zapewne wtedy matka, dzielna, przedsiębiorcza Amerykanka, straciła do niego, niewydarzonego syna, serce na zawsze i przestała w ogóle interesować się jego losem.

     Los go jednak wynagrodził dłuższym życiem i od matki (żyła 98 lat), i od ciotki (żyła 97 lat), a za pieniądze, które od czasu, gdy został stulatkiem, otrzymuje dodatkowo z ZUS, może sobie zażyczyć tyle łakoci, ile zechce, w ramach rekompensaty za te, których chciwa ciotka nie chciała mu kupować w dzieciństwie. Dlatego mu nie szkodzą, bo nie stanowią formy bezsensownego obżarstwa!

   Historia życia pana Edwarda nie obfituje w wydarzenia tak dramatyczne, że byłoby warto poświęcić im dużo miejsca. W tych swoich Izdebkach miał żonę i pięcioro dzieci (dwóch synów i trzy córki). Czego się jeszcze dorobił? W gospodarstwie niespełna czterohektarowym były jeszcze dwie krowy i koń, barany, kury, kaczki. Ale pan Edward przyjeżdżał do domu tylko na urlopy, w porze żniw czy podczas wykopków ziemniaków. Był typowym chłoporobotnikiem, z tym że pracę znalazł aż we Wrocławiu, na torowiskach kolejowych. Dopiero po wielu latach przeniósł się bliżej domu: stróżował w sanockiej „gumie”. Stamtąd przeszedł na rentę, gdy spadł z drabiny i zaczął cierpieć na dyskopatię. Wydawało się więc, że ze swoją ślubną nie był zbyt blisko związany, ale gdy zmarła w roku 1988 – wpadł w taką depresję, że nie chciał żyć. Dzieci też szczególnie nie rozpieszczał, ale z Wrocławia prezenty im przywoził. Pani Janina pamięta, że akurat był w domu, gdy ona jako młodziutka dziewczyna pasła krowy. Zaczytała się w książce, a bydlęta weszły innemu gospodarzowi w szkodę. Tamten przyleciał do jej ojca ze skargą, a ten tak ją huknął pięścią między oczy, że zobaczyła gwiazdy!

   Zapytałem ją, gdzie jej ojciec służył w wojsku i co się z nim działo we wrześniu 1939 roku? Zapamiętała z jego opowiadań, że służył w wojsku na Litwie i był ułanem, a po wybuchu wojny chciał walczyć, ale pobliskie punkty werbunkowe były zamknięte. W Przemyślu byli już Niemcy. Chcieli go wywieźć do obozu jenieckiego, ale uciekł z transportu i do Izdebek szedł pieszo przez całe trzy miesiące. Po obu stronach Sanu stały obce wojska, które patrolowały rzekę w dzień i w nocy. Musiał rzekę przepłynąć, co możliwe było dopiero po zapadnięciu mroku, a kiedy rozświetlały ją race, zanurzał się pod wodę (najbardziej bał się o to, żeby silny prąd nie porwał mu nowych butów, które przed wejściem do wody zawiązał na szyi na sznurku). Po powrocie do Izdebek ukrywał się w lesie, bo Niemcy dopytywali się o niego.

   Gdyby pan Edward nosił aparat słuchowy, zapewne ta opowieść byłaby znacznie dłuższa, ale w tej chwili i tak pisze ją Jego życie – oby najdłuższe! Kiedy w Izdebkach, na przyjęciu w Domu Strażaka z udziałem sześćdziesięciu ośmiu osób, obchodzono 16 grudnia 2011 roku stulecie jego urodzin, zaśpiewano mu oczywiście Dwieście lat, dwieście lat niech żyje, żyje nam, nieeeech żyyyyyje naaaaam! I niech pozostanie nadal krzepki jak to drzewo orzechowe, też ponad stuletnie, które tuż przed wizytą u pana Edwarda pokazał nam zaprzyjaźniony ze mną Bogdan-Myśliwy, jeden z bohaterów mojej książki kuracyjnej. Dziadek pana Bogdana przywiózł z Bałkanów, gdzie jeszcze przed pierwszą wojną światową służył w wojsku austriackim, jeden orzech i tutaj, na zboczu za swoją chałupą, zasadził. Z tego orzecha wyrósł prawdziwy olbrzym, obficie owocujący do dzisiaj. Trzeba dwóch chłopów, żeby objąć jego pień, a owoce są też wielkie. Pan Edward, mieszkając po sąsiedzku, chętnie je zbiera, nie wiedząc jednak, że to drzewo jest jego rówieśnikiem! Na poniższym zdjęciu stoi przy nim sześcioletni Wiktorek, wnuk państwa Olbińskich, który w swojej kolekcji ma także wspólne zdjęcie z „dziadkiem Edwardem”, prawie o sto lat od niego starszym.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_przy_orzechu_I.jpg 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_ze_105latkiem_II.jpg

 

    Mówi się, że stare drzewa zakorzenione są w każdym swoim liściu. To samo można powiedzieć o starych ludziach. Pan Edward zakorzeniony jest w swoich potomkach, którzy wraz ze swymi najbliższymi utworzyli całkiem pokaźne grono biesiadników w Domu Strażaka w Izdebkach podczas obchodów stulecia Jego urodzin. Policzmy dokładnie: aktualnie ma 5 dzieci, 15 wnuków, 16 prawnuków  i 2 praprawnuków.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zdjecie_nr_7.jpg


 

 

-----------

 

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

 

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



01:15, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »