RSS
poniedziałek, 21 października 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 36)

 

William Saroyan Chłopiec na lotnym trapezie i inne opowiadania. Czytelnik 1961

 

[Zbyt długo zasiedziałem się na krajowym podwórku, więc dla higieny psychicznej warto przenieść się gdzieś dalej, na przykład za ocean. William Saroyan (1908-1981) to amerykański pisarz ormiańskiego pochodzenia. Właściwie został nim dzięki ojcu, a raczej jego próbom pisarskim – matka pokazała je synowi, gdy ojciec przedwcześnie zmarł. I od tego momentu robił wszystko, żeby zrealizować niespełnione marzenie swego ojca, właściciela niewielkiej winnicy. Z biblijnej przypowieści o pracujących w niej robotnikach mógł czerpać wiarę, że ostatni mogą być pierwszymi, a z innej, o talentach, zapewne wyciągnął naukę, że talentu nie wolno zakopywać do ziemi – trzeba go rozmnożyć. I tak właśnie czynił. Ormianie to przecież lud kupiecki.

Debiutował w roku 1934 właśnie Chłopcem na lotnym trapezie, książką, która od razu przyniosła mu rozgłos. Po latach Wielkiego Kryzysu (1929-1933) Amerykanie potrzebowali otuchy i optymizmu, których nigdy nie tracili bohaterowie jego „krótkich, ale całych historii”, nawet kiedy byli biedni i głodni. Kolejne zbiory opowiadań, które ugruntowały jego pozycję pisarską, zaludniali przede wszystkim współrodacy zamieszkujący Kalifornię, czyli ludzie, których najlepiej znał i których oczywiście też idealizował. Dlatego po drugiej wojnie światowej, w której nie wziął czynnego udziału, poniósł klęskę pisarską. Oderwane od aktualnej rzeczywistości wspomnienia i sztuki sceniczne nie mogły trafić do odbiorców doświadczonych wojną. Po przeniesieniu się w 1958 roku do Paryża też już niczego wielkiego nie zwojował. Miał swoje pięć minut w literaturze, jak tylu innych przed nim i po nim].

 

 

                http://jbr.blox.pl/resource/William_Saroyan.jpg

 

 

 

Życie stanowiło wyłącznie jego osobistą sprawę.

[Jeśli nikt zanadto nie ingeruje w nasze życie (przyjmuję, że żyjemy w normalnym kraju), to powinno to być normą. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy z przyczyn losowych potrzebujemy pomocy innych. W naszym niezbyt opiekuńczym państwie bywa to powodem ogromnych dramatów rodzinnych].

 

Każdy człowiek należy do tego lub innego gatunku żebraków; ksiądz żebrze u Boga o łaskę, a król żebrze u wszystkich o wszystko. Czasami żebrze o lojalność narodu, czasami zaś żebrze, aby Bóg mu przebaczył.

[Prawdziwi żebracy, złaknieni ochłapów z pańskiego stołu, żebrzą u tych, którzy pieniądze i władzę mają wyłącznie dzięki nim].

 

Jeśli pisarz pragnie osiągnąć własną formę, własny styl, musi znać ogień i powinien go kochać.

[Pod warunkiem, ze nie uprawia wodolejstwa, które gasi ogień w zarodku].

 

Pisarz nie może nienawidzić ognia za to, że czasami spłonie w nim człowiek, jak i nie może nienawidzić wody za to, że czasami człowiek w niej tonie. Musi nienawidzić ignorancji, która popycha ogień i wodę do zbrodni, a to samo dotyczy wszystkich potęg, na jakie się natknie.

[To jest właśnie klasyczny przykład wodolejstwa! Dwa pierwsze zdania są jeszcze w miarę sensowne, chociaż pisarz już dawno przestał być demiurgiem, który uruchamia wszelkie możliwe żywioły za pomocą pióra.  Ale, na miły Bóg, nie przy pomocy ignorancji! Bywa ona potęgą, owszem, ale darzenie jej uczuciami aż tak bardzo nienawistnymi, przydawanie jej cech ludzkich, a raczej nadludzkich, musi prowadzić do absurdu: „ignorancja popychająca ogień i wodę do zbrodni” może być rozpatrywana wyłącznie w kategorii zagadki kryminalistycznej. Jestem ciekaw, co by z tym fantem zrobił Sherlock Holmes?].

 

 

 

                             Własne życie. PAX 1963

 

Wierzę tylko w Boga niedającego się określić, niedostępnego, obecnego we wszystkim i nietroszczącego się o nic.

[Ostatni człon tego wyznania wiary wydaje się wręcz obrazoburczy, ale na przykład po holokauście czy rzezi na Wołyniu, a nawet po wstrząsającym wypadku drogowym w pobliżu Starego Jeżewa, gdy spłonęło żywcem dziesięcioro maturzystów jadących na pielgrzymkę do Częstochowy, takie stwierdzenie mogło samo cisnąć się na usta. William Saroyan zdawał się rozumieć, w jakie pułapki wpadamy w wyniku antropomorfizacji, nadawania przedmiotom, pojęciom, zjawiskom, zwierzętom itp. cech ludzkich i ludzkich motywów postępowania. Bogom też (patrz mitologia grecka, bo z greki się ten termin wywodzi), a jeśli chodzi o Boga? 

Pär Lagerkvist, laureat literackiej Nagrody Nobla za rok 1951, w opowiadaniu Wieczny uśmiech, zawartym w książce W sercu Genesis (1992, mój wybór, przekład i posłowie) przedstawił Go w postaci starego człowieka, przygarbionego i niskiego wzrostu, ale mocno zbudowanego, który w podniszczonym ubraniu stał pod latarenką z zakurzonym szkłem i piłował drewno na opał. Miał siwe potargane włosy, pobrużdżoną twarz, zgrubiałe dłonie. Zakłopotany i strapiony nie mógł zrozumieć, czego od niego chce to nieprzebrane mrowie ludzkie, które po długiej wędrówce dotarło do jego samotni, by pozwać go do odpowiedzialności za życie, które stworzył. Nie miało być przecież niczym szczególnym, a jego rola ograniczała się wyłącznie do tego, żeby to jakoś do siebie pasowało, jakoś działało…

Wzburzenie tłumu sięgnęło zenitu. „Niczym szczególnym! – rozbrzmiewało miliardem głosów. – Słuchajcie, słuchajcie! Niczym szczególnym! To oburzające! Oburzające!”. A Bóg, bo zapytany o to potwierdził, że nim jest, na wszystkie zarzuty i oskarżenia miał tylko jedną odpowiedź: „Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy”. I te proste słowa, powtarzane jak mantra głosem łagodnym, lecz stanowczym, uciszyły nawet największych krzykaczy – wreszcie pojęli, że nieład w świecie zewnętrznym i w ludzkich duszach, z otchłaniami trwogi, cierpienia, lęku, ciemności, w których marnieli i umierali, jest dziełem ich własnych rąk i umysłów].

 

Wrogów nie mam, ale może to tylko znaczyć, iż nie mam przyjaciół.

[Jerzy Stanisław Lec powiedział: „Cezarów zabijają zazwyczaj przyjaciele. Bo są wrogami”].

 

 

              http://jbr.blox.pl/resource/I_ty_Brutusie_przeciwko_mnie.jpeg

                                       I ty, Brutusie, przeciwko mnie?

 

 

Jestem głęboko przeciwny brutalności w każdej formie, jednakże w duchu zawsze byłem gwałtownikiem w moich sporach z niezwyciężonymi przeciwnikami: z sobą samym, z moim demonem, z Bogiem, z rodzajem ludzkim, ze światem, z czasem, z cierpieniem, z nieładem, z hańbą i ze śmiercią.

[Jest tu sporo ogólników, których szczegółowe omówienie byłoby niemożliwe do przeprowadzenia w tak krótkim komentarzu. W przed chwilą omawianym opowiadaniu Pära Lagerkvista mówi się o nieładzie w świecie zewnętrznym i w ludzkich duszach, ale może on być również we włosach lub w naszym pokoju, nie zawsze artystyczny. To samo dotyczy terminu „hańba”. Dla jednych hańbą jest bycie biednym, a dla innych – bogatym].

 

Nikt nie umarł tak, jak gdyby kończąc jedną myśl przechodził do następnej.

[Niedawno pisałem o tym, że tak właśnie umarł Jerzy Kosiński. Nawet w najsilniejszych zaburzeniach psychopatologicznych ciąg myślowy może być zachowany. Świadczą o tym jego ostatnie wypowiedzi, niezwykle precyzyjne, w których nie sposób doszukać się jakiejkolwiek sprzeczności logicznej. Musiałem o tym wiedzieć już wcześniej, o czym świadczy pochodzący sprzed półwiecza jeden z moich paradoksów z cechami oczywistości: „Absurd może porażać swoją logiką, a logika – swoim absurdem”].

 

Inni pchali mnie, ja popychałem ich, popycham i jestem popychany.

[Kiedyś był socjalizm, a to jest chyba pchalizm].

 

Odrzucam samo znaczenie, po prostu dlatego że ono też nic nie znaczy.

[Pewien pan zamierza napisać szereg artykułów związanych z syndromem odrzucenia i wpływem wzorców odrzucenia na nas i nasze życie. Oby wystarczyło mu życia na realizację tak ambitnego zadania, bo tematyka jest bardzo rozległa:

– wzorce odrzucenia a doświadczanie miłości,

– wpływ wzorców odrzucenia na lęk przed bliskością,

– wzorce odrzucenia a tworzenie szczęśliwych, trwałych i udanych związków,

– wzorce odrzucenia a stany prenatalne,

– wzorce odrzucenia a potęga przebaczenia,

– wzorce odrzucenia i ich wpływ na doświadczanie bólu i cierpienia w życiu codziennym,

– wpływ wzorców DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) i
DDTR (Dorosłych Dzieci Toksycznych Rodzin) na tworzenie się wzorców odrzucenia,

– wzorce odrzucenia a nasze poczucie własnej wartości,

– wzorce odrzucenia a kariera,

– wzorce odrzucenia i ich wpływ na nasz rozwój duchowy,

–  wpływ niedojrzałości emocjonalnej na rozwój wzorców odrzucenia,

– wpływ obciążeń karmicznych i programów wyniesionych z poprzednich wcieleń na tworzenie się i rozwój wzorców odrzucenia.

Po przeczytaniu tematu ostatniego artykułu z tej serii wierzę, że mu się to uda – jeśli nie w tym, to w następnych wcieleniach!].

 

 

                 http://jbr.blox.pl/resource/Reinkarnacja_I.jpg

 

 

 

Z miłości do prawdy stałem się kłamcą.

[A ja z miłości do kłamstwa stałem się człowiekiem prawdomównym].

 

Sen to nie śmierć, lecz z pewnością pozwala nam utrzymać ścisłą łączność ze śmiercią.

[Wpływ mitologii greckiej, gdzie Hypnos, bóg snu, był bliźniaczym bratem Tanatosa, boga śmierci, jest tu widoczny. W sensie fizjologicznym tego typu odczucia mogą towarzyszyć niektórym ludziom przy śnie kataleptycznym lub letargicznym, natomiast zdrowy sen pozwala nam utrzymać ścisłą łączność z życiem].

 

Chcę odejść w śmierć, ale nie chcę porzucić słońca.

[Jeśli Słońce porzuci nas na zawsze, to odejdziemy w śmierć, czy chcemy tego, czy nie].

 

Jeżeli się na coś zgadzam, to znaczy tylko, że się zgadzam, ale rzecz, na którą się zgodziłem, nie staje się wskutek tego prawdą, jest tylko ugodą.

[Po co aż tak to komplikować? Rzecz, na którą się zgadzamy, powinna być po prostu zgodna z naszymi potrzebami].

 

Honoru nie sposób nie kochać i nie sposób nie zdradzać. Kiedy zdrada honoru już człowieka nie rani, można uznać, że jest dorosły.

[Obecnie ta kwestia jest żywa chyba tylko w środowiskach żołnierskich, ale nawet tam nikt nie jedzie na misję do Afganistanu, żeby honorowo ginąć. Według zasad rycerskich nie należało walczyć konno z piechurem, gdyż było to niehonorowe. Nie wiem, ile koni mechanicznych ma „Rosomak”, transporter opancerzony używany do walk z Talibami? Zgodnie z kodeksem honorowym należałoby z takiego transportera zleźć przy napotkaniu Talibów, którzy na ogół poruszają się pieszo, i po upewnieniu się, że zbrukali swój rycerski honor, podkładając przy drodze miny-pułapki, wyzwać ich na walkę na śmierć i życie na udeptanej ziemi. Po wygranej potyczce szybkie odjechanie z pola bitwy byłoby też niehonorowe, gdyż należy dać szansę rodzinie i znajomym na pomszczenie śmierci bliskich. A jak się to odbywa w rzeczywistości – wiadomo, więc nie należy się dziwić tym, którzy pytają, czy w dzisiejszych czasach honor jest jeszcze potrzebny?].

 

 

             http://jbr.blox.pl/resource/Rosomak.jpg

 

 

 

Nie lubię niezdecydowania. Wolę zrobić błąd niż nie zrobić nic. Jeśli popełnisz błąd, masz przynajmniej tyle, możesz go rozważać i zyskałeś pewną szansę, że w przyszłości unikniesz tego błędu w podobnej sytuacji.

[Mimo wszystko lepiej uczyć się na cudzych błędach, niż na własnych, gdyż bywają one bardzo kosztowne i często nie starcza życia, żeby je naprawić].

 

Gracz zawsze się łudzi, że nikt nie dowie się o prawdziwych rozmiarach jego straty.

[Nawet jeśli gra w zapałki?].

 

W gruncie rzeczy wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, wywodzi się z miłości, nawet gdy przybiera ona pozory nienawiści, jak w całej prawie twórczości Bierce’a.

[Zaskakująca teza! Ambrose Bierce (1842-1914), amerykański nowelista, przedstawia w Jeźdźcu na niebie świat pełen okrucieństwa, patologii i zboczeń, w którym nie obowiązują żadne zasady moralne. Jedna wielka groza i koszmar. Ale okazuje się, że miłość może promieniować nawet w samym sercu ciemności. W każdym razie takie jest przesłanie Zemsty Sithów, części III Gwiezdnych wojen:

Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża,
ale w samym sercu jej siły leży jej słabość:
wystarczy jedna, jedyna świeca, by ją pokonać.
Miłość jest czymś więcej niż świecą.
Miłość potrafi zapalić gwiazdy.

Ludzie chodzą do kina po to, by po wielu rozczarowaniach ulec chwilowej złudzie, że i im będzie kiedyś dane zaznać smaku prawdziwej miłości].

 

 

           http://jbr.blox.pl/resource/Zemsta_SithowIII.jpg

 

 

Każde dziecko jest samo w sobie również pewnym złożonym układem lub, jeśli wolicie, światem, całym rodzajem ludzkim, sumą ludzkich doświadczeń.

[To prawda, ale dzieci alkoholików są sumą własnych doświadczeń. Wyjątkowo nieludzkich].

 

Ze światem nie byłem w zgodzie nigdy, a z sobą godziłem się tylko od czasu do czasu.

[Jeśli nie jesteśmy w zgodzie ze sobą, to na pewno nie będziemy nigdy w zgodzie ze światem].

 

Zostałem pisarzem, zanim jeszcze poznałem abecadło, bo mimo woli spostrzegałem wszystko, cokolwiek dokoła można było spostrzec.

[Takim darem są obdarzone prawie wszystkie dzieci, a później zostają kominiarzami, grabarzami, tragarzami etc.].

 

Kto pisze dla potomności, ten nigdy nie będzie czytany.

[Nie jest to regułą. Niedawno wspominałem o Cyprianie Kamilu Norwidzie. No tak, ale on nie chciał pisać dla potomności; został do tego zmuszony przez współczesnych mu krytyków i czytelników].

 

Wymagałem od siebie nieustannej świadomości w dokonywaniu wyboru.

[Świadome wybory są takie tylko z pozoru. Nieświadomość też ma coś do powiedzenia, z tym że działa w ukryciu].

 

Jeśli coś możesz zmierzyć – nie mierz. Jeśli możesz zważyć – nie warto się trudzić. Nie tego szukasz.

[Przednia myśl! Oczywiście nie dla mierniczych i wagowych].

 

Wielkość to stan niewymagający sławy, manifestacji, zabiegów.

[To skąd się bierze taka ilość zapoznanych wielkości?].

 

Nie znam dwóch miar pisarstwa: dla pieniędzy i dla dania świadectwa prawdzie.

[Prawdziwy szczęśliwiec!].

 

Prawo przeciwieństw stanowi fundament w porządku wszelkiej rzeczy.

[Czy przeciwieństwa muszą się przyciągnąć, żeby popaść w skrajność?].

 

Istniejesz, jesteś wciąż sobą w ruchu i zmienności.

[Byle nie w ruchu jednostajnie zmiennym – z prędkościami i przyśpieszeniami średnimi, bo najgorzej jest zanudzić się sobą na śmierć].

 

Im bardziej jesteś sobą, im pełniej jesteś sobą, im bardziej rozszerza się i urozmaica zakres twojego działania i zasób elementów składających się na twoją osobowość – tym mniej jesteś sobą w tym sensie, w jakim byłeś sobą poprzednio.

[Adam Hanuszkiewicz o tych, którzy chcą sprowadzić wszystko do jednej, jasnej konkluzji, mówił tak: „Przypomina mi to anegdotę, w której pewien aktor po półgodzinnym molestowaniu Jerzego Adamskiego, romanisty, by mu określił postać króla żydowskiego w Berenice, zapytał: „Zdaje się, że zrozumiałem – on chce ją wypieprzyć, czy tak?”. A Adamski odpowiedział, drapiąc się w głowę: „Właściwie tak...”].

 

 

                          http://jbr.blox.pl/resource/Berenika.jpg

                    Berenika Teatr Powszechny – Adam Hanuszkiewicz i Zofia Rysiówna. Fot. Edward Hartwig

 

 

                                                       Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



15:27, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 października 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 35)

 

Jerzy Andrzejewski Popiół i diament.  Czytelnik 1954

 

 

[Czesław Miłosz sportretował go w paraboli literackiej Zniewolony umysł jako Alfę: „Jest to prozaik-moralista, który wsławił się świetnym debiutem (tom opowiadań) przed wojną.. W czasie okupacji był kryształową postacią warszawskiego środowiska literackiego. Po wojnie natomiast zapragnął powszechnego uznania i bycia autorytetem moralnym, dlatego też aktywnie popiera nową władzę”. Książka Miłosza wyszła w roku 1953, gdy Jerzy Andrzejewski (1909-1983) był posłem na Sejm PRL I kadencji. Zanim po jego samokrytyce z roku 1950: Notatki. Wyznania i rozmyślania pisarza wyszła w roku 1954 zmieniona wersja Popiołu i diamentu, napisał szereg propagandowych tekstów, szmatławych pod każdym względem: Aby pokój zwyciężył (1950), O człowieku radzieckim (1951), Partia i twórczość pisarza (1952) etc.

 Zaskakujące było aż takie przeobrażenie mentalne człowieka przecież dojrzałego, który przed wojną pisywał do gazet czy tygodników reprezentujących poglądy narodowe i był uważany za przedstawiciela literatury nurtu chrześcijańskiego, a podczas okupacji, którą spędził w Warszawie, związał się z kulturalnym podziemiem spod znaku Polski Walczącej, gdyż AK stworzyła w stolicy wielki koncern wydawniczo-poligraficzny z 1400 tytułami samych czasopism, a komuniści, lewicowi socjaliści, ludowcy i radykalni demokraci dysponowali zaledwie kilkoma biuletynami typu: „Młot i sierp”, „Zwyciężymy” czy „Ostatni Bój”.

Z tego okupacyjnego okresu pochodzą opowiadania zawarte w zbiorze Noc, z Wielkim tygodniem, sfilmowaną później przez Wajdę opowieścią o zagładzie Żydów w warszawskim getcie „wśród milczącego przyzwolenia świata”. On sam udzielał im czynnej pomocy, zachęcony do tego przez Zofię Kossak-Szczucką (jej pomysłem był konspiracyjny kryptonim „Żegota”, pod którym ukrywała się Rada Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj). Opowiadania zostały dedykowane młodemu poecie Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, który też mógł znaleźć się w getcie, gdyż jego matka była z pochodzenia Żydówką, ale okazuje się, że jego ojciec miał prawdopodobnie również korzenie żydowskie i nazywał się wcześniej Bittner.

Jerzy Andrzejewski podkochiwał się w Baczyńskim, stąd ta dedykacja, tak jak w wielu innych zdolnych młodzieńcach o literackim zacięciu, na przykład w Hłasce, który nawet przez pewien czas u niego zamieszkiwał. W Andrzejewskim z kolei podkochiwał się Iwaszkiewicz i gościł go często na Stawiskach, gdzie w roku 1967 miałem być zatrudniony w charakterze archiwisty. Niestety w momencie, gdy już po uzgodnieniu warunków pracy i płacy żegnałem się z Iwaszkiewiczem, do redakcji „Twórczości” wpadł Jerzy S. Sito i chcąc mi się przysłużyć, bo myślał, że przyszedłem tam ze swoimi wierszami, krzyknął do pana Jarosława (właściwie Leona): „Jarku, gorąco polecam, Janusz to świetny poeta!”.

A zaskoczony Iwaszkiewicz postawił oczy w słup, bo nie miał o tym najmniejszego pojęcia. Od razu wiedziałem, że wszystko przepadło: „Proszę na razie nie przyjeżdżać do Stawiska, muszę to przemyśleć”. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie z lakoniczną informacją, że przeprasza, ale zatrudnił jednak kogoś innego. Gdyby nie ten pech, byłbym zapewne pierwszym czytelnikiem choćby takiej notatki z pierwszego tomu jego dziennika opublikowanego w 2007 roku: „Każda epoka ma swój styl, nawet w drobiazgach, i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami”.

Wspominam o tych kwestiach obyczajowych nie gwoli wywołania sensacji, bo są to fakty w środowisku pisarskim powszechnie znane, ale dla wyjaśnienia, dlaczego kiedyś podejrzewałem, iż może właśnie te skłonności Jerzego Andrzejewskiego, a nie, jak sugerował Miłosz, wyłącznie próżność, sprawiły, że zaprzedał się po wojnie na wiele lat komunistom. Bezpieka potrafiła wykorzystywać „haki” nie tylko na księży-pedofilów; niedawno czytałem, jak miotał się w sieci esbeków znany aktor Piotr Fronczewski, gdy odebrano mu prawo jazdy po prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu.

Zbigniew Herbert, z którym rozmawiałem w roku 1974 w Oborach, wyprowadził mnie z błędu: Andrzejewskiego nikt nie musiał szantażować – w czasach stalinowskich flirt z władzą ludową zapewniał twórcom dostatnie życie i sławę.  Potwierdził to jedenaście lat później w obszernej rozmowie z Jackiem Trznadlem: „Popiół i diament, wydawany bez przerwy i zatruwający umysły młodzieży. Mówi się, że to było ukąszenie Heglem. Bardzo przepraszam, ale Hegel leżał już od stulecia pod darnią, a kąsał Berman, kąsał Sokorski, kąsał Kroński... Oni kąsali, nie Hegel. Ile razy się mówi o tych rzeczach, to stare konie są nadąsane — ci, którzy pisali te brutalne, głupie i haniebne szmiry — i żądają, abym podchodził do nich z delikatnością Prousta lub żebym wczuwał się w tajnie ich duszy jak Dostojewski. A jeśli mówię o zbrodni, to mówię o zbrodni dokonanej na młodych ludziach, na pokoleniu, które po nich przyszło i które teraz ma dwadzieścia–trzydzieści lat. Oni się wychowują w dalszym ciągu na tej literaturze. I to jest zbrodnia przeciwko Duchowi Świętemu. Grzech przeciwko Duchowi jest niewybaczalny. Ja jestem rzymski katolik, ale bardziej rzymski niż katolik. I tutaj nie ma usprawiedliwień (…).

 

 

 

                  http://jbr.blox.pl/resource/Zbigniew_Herbert.jpg

 

 

 

Ja widziałem, jak malowano kolektywnie obraz (szkoła sopocka), na którym było bardzo dużo postaci, i to się nazywało Rok 1905. Nie malowali Świerczewskiego ani nie malowali Bieruta, słowem mniejsze zło. Jeden z nich w czasie pracy mówił: „Julek, skończyłeś już z tą mordą? To przesuń się, bo buty będę malował”. Tak właśnie było, i u Tyrmanda znajdzie się więcej anegdot. Andrzejewski starał się kiedyś wytłumaczyć, że dla niego komunizm był nocą pascalowską... Nie bardzo wiem, czy on wtedy pamiętał Pascala, czy tak był pod wpływem Żdanowa, że zapomniał, kim był Pascal. No, nie podszywajmy się pod metafizykę, nie nadymajmy się, mówmy o rzeczach prymitywnych językiem prymitywnym. (…)

Pani, która napisała Noce i dnie, uważana za najlepszą polską pisarkę, mówiła zatroskana, że to nowe dziecko (prl) coraz bardziej podobne jest do sąsiada. Ale byłem na takim jubileuszu, kiedy przyszli do niej ludzie przebrani za górników, i słyszałem, jak powiedziała, że dzięki Polsce Ludowej doznała radości wielkich nakładów. No, pomyślałem sobie, Abramowski się w grobie przewraca, a światopogląd jest dziurawy. Można powiedzieć, że te groźne czasy przerastały świadomość pisarską. Ale co to znaczy? Nie ma ducha dziejów. System ten zakładali ludzie, można ich wymienić po nazwiskach. Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć „nowego” symfonię patetyczną. (…)

Artystów podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska. Zaproszenie do Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale sprawiedliwy, podziemie wytłukł, ale nas kocha. Co to wszystko właściwie miało znaczyć? Oczywiście, to targowisko próżności jest wpisane w atmosferę Warszawki, której nie lubię. To znaczy towarzyskie kontakty, stoliczek w PIW-ie, stoliczek w Czytelniku, duże nakłady i podpisywanie książek, kwiatek w celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy ospałych, zmęczonych robotników przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi. Pycha rosła. Nigdzie w świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi tak dobrze. (…)

Andrzejewski mi opowiadał, że zaprosił go Berman i chodził nerwowo po pokoju, stawał przed oknem i mówił: „Temu krajowi grozi wojna domowa”. – Czyli podał mu temat Popiołu i diamentu. – „Tylko pisarz tej miary, tego talentu wielkiego, jak pan, może...”. Więc uczuli nagle, że ster historii jest także w ich rękach i że opłaca się nawet w jakimś sensie okłamywać ten zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą. Na tę masę. Kto z tych pisarzy wiedział coś o życiu robotników? Nikt, nic ich to nie obchodziło. Obchodził ich porządek nie sein, lecz soll, jakby powiedział Kant. Nie to, co jest, ale to, co powinno być. Pragnąc pisać o rzeczywistości, pisali o tym, czego nie ma. Potem odkryli, że jest coś takiego jak nierzeczywistość literatury własnej. (…)

Bo życie artystów było idyllą, podszytą co prawda strachem, że można zlecieć w ten okropny dół, gdzie żyło realne społeczeństwo. Kluby, domy wypoczynkowe, wysoki standard, salon literacki pani Nałkowskiej, wyjazdy za granicę. Breza poszedł w dyplomację... (…) Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity, czegoś, co było w tej sferze odpowiednikiem obecnej nomenklatury. Co oferowała ta władza? Boską rangę, rolę demiurga…  Oni byli w akwarium, mieli swoje kluby, samochody, żyli po prostu w izolacji, stworzono ten zamknięty krąg ludzi, którzy odbijali sami siebie. Ale był też ogród rozkoszy, cudowne metamorfozy, źródło wiecznej młodości. Łysemu prozaikowi odrastała lwia grzywa, zalękniony mieszczański esteta mówił nie swoim wprawdzie, ale mocnym dźwięcznym głosem, wokół zapoznanego poety awangardowego gromadziły się bardzo obiecujące debiutantki. Jaka szkoda, że tę bajkę reżyserował stary czekista.

 Obyczajowa otoczka jest ważna, i te przyjęcia, te kontakty z pseudozałogami, te jakieś beneficja. Do dzisiaj są faceci, którzy noszą tytuły jakiegoś ordieronosca, nagrody państwowej, biegają do kliniki rządowej, bo tam są lepsze lekarstwa, a są przecież teraz w opozycji. Ja tego nie rozumiem i widzi pan, tutaj jesteśmy w zgodzie, że niewiele możemy wymagać od młodego pokolenia, jeżeli dorośli nie wypowiedzieli o sobie prawdy. Ja nie mam pretensji do tego, że oskarżony się broni, tylko chciałbym, żeby on sam znalazł oczyszczenie. To nie jest instytucja spowiedzi katolickiej. Ale w stosunku do przyjaciela, którego ja, powiedzmy, zdradziłem – wypada przynajmniej pójść do niego i zdobyć się na akt szczerości i skruchy. A tutaj jest odpowiedzialność wobec całego społeczeństwa, przyszłych pokoleń, które muszą dalej jeść te odgrzewane socrealistyczne gnioty”.

Świetna diagnoza! Kto jak kto, ale Herbert wiedział, co mówi. Nie chcąc włączyć się w obowiązujący wówczas nurt literatury zaprzęgniętej w służbę politycznej propagandy, żył przez kilkadziesiąt lat w ciągłym niedostatku i w okropnych warunkach mieszkaniowych. 28-metrową kawalerkę otrzymał dopiero w 1957 roku dzięki poparciu Jerzego Zawieyskiego, który mnie również starał się przyjść z pomocą, jako członek Rady Państwa występując w roku 1963 o moje ułaskawienie. Na szczęście dla zeszytów dawnych lektur jego prośba została odrzucona, co było wręcz niewiarygodne, bo w niełaskę u władz gomułkowskich popadł dopiero podczas wydarzeniach marcowych 1968 roku za to, że wraz z kilkoma posłami z Koła „Znak” stanął w obronie studentów pobitych przez milicję.

 Zmuszony do rezygnacji z członkostwa w Radzie Państwa, pozbawiony mandatu poselskiego i związanych z tym apanaży, wyszydzany i szykanowany dostał udaru mózgu, a po roku przebywania w lecznicy rządowej zginął, wypadając z okna trzeciego piętra (nie piątego, jak to miało miejsce w przypadku Hrabala). Zapewne było to samobójstwo, ponieważ miał ciężką depresję, ale nie brak takich, którzy twierdzą, że mogło to być morderstwo polityczne, bo twórczość hagiograficzna wymaga nie potwierdzenia, lecz wysunięcia takich tez, opartych na poszlakach, które nie muszą tworzyć logicznej i spójnej całości.

Jego życie też takiej całości nie tworzyło, przynajmniej z punktu widzenia moralności katolickiej, gdyż aktywność homoseksualna jest według tej doktryny niemoralna, a on, będąc pisarzem katolickim pozostającym w zażyłych stosunkach z hierarchią kościelną, zaprzyjaźniony z prymasem Stefanem Wyszyńskim, przyjęty przez ówczesnego papieża na audiencji prywatnej, przez trzydzieści sześć lat miał stałego partnera, Stanisława Trębaczkiewicza, późniejszego profesora KUL-u, z którym mieszkał w jednym domu nie tylko za życia – po śmierci spoczęli w jednym grobie na leśnym cmentarzu w Laskach.

 

 

                          http://jbr.blox.pl/resource/zawieyski2.jpg

                                            Jerzy Zawieyski – In memoriam

 

 

 

A jeśli chodzi o Herberta, to jedynie w okresie, gdy wyniesiono go na piedestał, trochę żałowałem, że nie zapisałem na gorąco dwóch rozmów z nim w roku 1975, ale wtedy wolałem spijać komplementy z ust jego żony, uroczej pani Katarzyny, która nazywała mnie „młodym Herbertem”. Jej zainteresowanie moją poezję wyraźnie go drażniło – wyrwał jej z ręki Rondo, które właśnie wtedy się ukazało, przebiegł oczami po kilku linijkach, krzyknął: „Tak nie wolno pisać!”, rzucił książkę na łóżko i bardzo wzburzony wybiegł z pokoju. Pani Katarzyna przeprosiła mnie za jego zachowanie: „Wyraźnie go pan drażni – jest w panu za dużo witalności, której już mu brakuje”. Zresztą tamte rozmowy były raczej monologami, które wygłaszał w mojej obecności, dla mnie dosyć bełkotliwymi, gdyż zawsze pił dużo i podobno mądrze, o czym osobiście nie mógłbym zaświadczyć. W dodatku palił papierosy, a ja nie znosiłem dymu tytoniowego. Te wszystkie zaszłości sprawiły, że dopiero przed dwudziestu laty przyjrzałem się baczniej jego poezji i zacząłem ją cenić.

 

 

 

                       http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Cogito.jpg  http://jbr.blox.pl/resource/Rekopis_Pana_Cogito.jpg

 

 

 

 Z moich poprzednich postów można się dowiedzieć, że ci pisarze, którzy w czasach stalinowskich byli w pewnym sensie utrwalaczami władzy ludowej, zaczęli się reflektować, gdy październikowa odwilż odsłoniła szarą, ponurą rzeczywistość ukrytą za propagandowym parawanem – zbrodnie totalitarnego systemu stały się jawne (tylko u nas zwolniono z więzień trzydzieści pięć tysięcy więźniów politycznych, a krwawo stłumione rozruchy robotnicze w Poznaniu i rozpad większości spółdzielni produkcyjnych na wsiach pokazały, że sojusz robotniczo-chłopski opierał się jedynie na ideologicznych przesłankach).

Zazwyczaj kończyło się to wystąpieniem z PZPR i przejściem do opozycji demokratycznej. Tak uczynił też w roku 1957 Jerzy Andrzejewski, stając się później współzałożycielem Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Złośliwi mówili, że „złoty lis” (tytuł jego opowiadania, opublikowanego w 1955 roku) próbował wykopać sobie norę noblowską – otrzymanie tej nagrody stało się wręcz jego obsesją. W roku 1969 został nawet do niej nominowany w towarzystwie Jana Parandowskiego i Jarosława Iwaszkiewicza.  Kiedy w roku 1980 otrzymał ją Czesław Miłosz, dwaj pozostali nominaci już nie żyli, więc tylko Jerzy Andrzejewski umierał trzy lata później w rozgoryczeniu, zupełnie niesłusznym, ponieważ dużo wcześniej i stokroć bardziej ta nagroda należała się Witoldowi Gombrowiczowi].

 

 

Dużo o tym wszystkim można mówić. I cóż ostatecznie pozostaje? To tylko, co człowiek czyni, nic więcej. Reszta może być prawdą, lecz może być także zwykłym kłamstwem, złudzeniem. Dopóki człowiek nie musi siebie sprawdzić w czynie, może się oszukiwać bez żadnych ograniczeń.

[Po długim, ale koniecznym wstępie najwyższy czas przejść do moich zapisków z Popiołu i diamentu. Jerzy Andrzejewski, pisząc te słowa, chyba nie zdawał sobie sprawy, że adresuje je pod własnym adresem].

 

 

 

                               http://jbr.blox.pl/resource/Popiol_i_diament.jpg

 

 

 

 

Honor to nie jest wierność samemu sobie.

[Wystarczy być wiernym Bogu i Ojczyźnie].  

 

Jeżeli bardzo się czegoś pragnie, jak można być pewnym?

[Zbyt wygórowane pragnienia są zazwyczaj nierealne, stąd brak pewności, że mogą się spełnić. Apolonia Chałupiec została jednak Polą Negri. Cyganka i hrabina grała carycę Katarzynę nie tylko w filmie; posądzano ją o romans nawet z Hitlerem].

 

Naprawdę interesujące są tylko te książki, których żadne zdanie nie zostało jeszcze napisane.

[Obecnie tylko takie książki kupuję i czytam].

 

Nie wybiera się przecież swojego czasu. I żaden czas nie dostosuje się do człowieka. To człowiek musi się dostosować. W przeciwnym przypadku ginie.

[Kolejna paralela nie tylko do powojennych losów Andrzejewskiego i Zawieyskiego. Resztę można odnaleźć pod hasłem „koniunkturalizm moralny”].

 

Przekonał się dzisiaj, że zadanie bólu komuś, przez kogo się jest kochanym, wymaga wprawdzie pewnego wysiłku i przełamania się, lecz nie grozi następstwami przekraczającymi miłość.

[Następstwa mogą przekraczać również horyzont naszej wyobraźni. Marek Hłasko, o którym niedawno wspomniałem, zadawał bezkarnie ból przez całe osiem lat swojej żonie, sławnej niemieckiej aktorce, ale Sonja Ziemann była niewątpliwie masochistką. W repertuarze Leonarda Cohena jest piosenka Humbled In Love (Upokorzona miłością), którą Maciej Zembaty przełożył i śpiewał. Miłość nie powinna upokarzać, ale w życiu często tak bywa. Mnie najbardziej upokarzał brak miłości u tych, którzy „powinni” ją mieć dla mnie. Zaczęło się to od mojej matki, a reszta była tego następstwem].

 

– To nie to samo. Nie wybiera się ojczyzny.

– Historii też się nie wybiera. Ale po to człowiek żyje, żeby przekształcać i ojczyznę, i historię.

[Niektórym to się nawet udawało. Aleksandrowi Wielkiemu, Napoleonowi, Hitlerowi czy Stalinowi. Ojczyzna nie zawsze chce o tym pamiętać, ale historia jest zobowiązana do kształtowania pamięci zbiorowej, tak jak wielkim obowiązkiem wobec innych ludzi, ale i wobec wszystkiego, co nas otacza, jest być człowiekiem. Tak w każdym razie ktoś z zatrutym w młodości umysłem po lekturze Popiołu i diamentu objaśniał powiedzenie Gorkiego: „Człowiek – to brzmi dumnie”].

 

 

13:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 35 dokończenie)

 

Bramy raju. PIW 1960

 

Cieniem każdej miłości jest cierpienie. Nie można nie kochać, ale jeśli się nie kocha, miłość rozszczepia się na miłość i cierpienie.

[Było to wręcz nieodzownym składnikiem literatury romantycznej. Heroiny romansów bez przerwy zmieniały chusteczki, żeby móc wylewać nowe potoki łez, a młodzi Werterowie tulili je z uniesieniem w swoich ramionach, skrapiając jednocześnie ich łona gorącymi łzami, po czym strzelali sobie w łeb. Współcześni kochankowie są bardziej pragmatyczni, może dlatego że używają chusteczek jednorazowego użytku, więc gdy jakaś Lota zawoła na poły gniewnie, na poły miłośnie: „To raz ostatni, Werterze! Nie zobaczysz mnie nigdy!”, ten natychmiast opuszcza mieszkanie i strzela gola sąsiadce z pierwszego piętra, bo to jest najlepszy sposób na rozładowanie frustracji].

 

 

 

 

                  http://jbr.blox.pl/resource/Bramy_raju.jpg

 

 

 

Wiem, że kresem oczekiwań jest rozczarowanie, ale przecież, choćby złudny, wolę cień nadziei od jej nieuchronnej śmierci.

[Ten zapisek jest fragmentem długiego zdania – dokonałem jego skrócenia, mimo iż wydawałoby się, iż nie wymaga ono komentarza. Przynajmniej ode mnie, bo całe moje życie osobiste było jednym wielkim rozczarowaniem. A mimo to nie przestałem być optymistą, ponieważ żadne rozczarowania nie są dla mnie kresem oczekiwań. Śmierć nadziei byłaby moją nieuchronną śmiercią].

 

 

 

 

                                           Idzie skacząc po górach. PIW 1963

 

[W maju br. pani Małgosia zapytała mnie w Księdze Gości, czy tę książkę posiadam i czy mógłbym ją udostępnić. Odpowiedziałem, że jej nie mam, sugerując, iż pozostała w bibliotece na moich dawnych włościach, co prawdą być nie może, bo nigdy nie wracałem do dawnych lektur, a tego pisarza aż tak bardzo nie ceniłem, żeby do jego książek się modlić, chociaż należał niewątpliwie do czołowych prozaików powojennych, co w rozmowie z nim podkreślał nawet Jakub Berman, ojciec duchowy Popiołu i diamentu, współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność bezpieki i niezliczone morderstwa polityczne].

 

 

Samotność bywa uzbrojona w ostre zęby.

[Jeśli samotnik nie może ich wbić w innych, wbija je w siebie; jest też samotność bezzębna staruszków z zaawansowaną demencją – mam nadzieję, że do nich nie należę].

 

Gdybym miał władzę Kaliguli, połowę tych ludzi kazałbym wypchać, a połowę zamknąć w klatkach.

[Po niespełna czterech latach takiego panowania zostałbyś, bracie, zadźgany sztyletami przez tych, których nie zdążyłbyś wypchać lub zamknąć w klatkach! Warto zapamiętać, co powiedział Tacyt: „Dla pożądających władzy nie istnieje droga pośrednia między szczytem a przepaścią”. Nawet władza nad samym sobą nie powinna być absolutna].

 

 

                                    http://jbr.blox.pl/resource/Caligula.jpg


 

Do bogów można się modlić, bogów można zdradzić.

[Terry Pratchett twierdził, że ludzie potrzebują wiary w bogów choćby dlatego, że tak trudno jest wierzyć w ludzi, i że bogowie umierają, gdy ludzie przestają w nich wierzyć. Dzisiaj jest Boski Johan (Cruyff), Boski Diego (Maradona), Boski Messi i Boski Ronaldo, którym niezliczone rzesze fanów futbolu oddają boską cześć. A kościoły pustoszeją].

 

Bogowie nie są kochani i sami kochać nie mogą.

[U ludzi bywa podobnie, ale niezwykle rzadko uświadamiają sobie, że nie są kochani, bo sami kochać nie potrafią. W Rondzie wydanym w roku 1974 pisałem: „My, którzy pragniemy kochać / innych tak, jak kochamy siebie, wiedząc, że pragnienie / miłości nie jest jeszcze miłością…”, a zatem wiedziałem o tym od dawna – i co z tego?].

 

Pisarstwo jest uzurpatorstwem.

[Przypomnijmy, że uzurpatorem jest osoba, która bezprawnie przejmuje władzę lub przywłaszcza sobie prawa do czegoś. Pisarze byli uzurpatorami za czasów komuny. Dzisiaj stokroć większą władzę nad ludźmi ma Magda Gessler, restauratorka prowadząca program Kuchenne rewolucje].

 

Moraliści: świntuchy zażerające się własnym gównem.

[Zdumiewająca szczerość pisarska! Rozdział czwarty Zniewolonego umysłu, książki Czesława Miłosza, od której zacząłem ten post, nosi tytuł: „Alfa, czyli moralista”].

 

Znajomość przedmiotu lub żywej istoty polega na poznaniu narodzin i rozwoju.

[Jestem ciekaw, czy Jerzy Andrzejewski biorąc pióro wieczne względnie długopis do ręki zastanawiał się nad ich genezą i rozwojem? Piór gęsich używa się w kaligrafii do dzisiaj, ale kiedyś robiono je także z piór jastrzębi lub orłów. Ba, gdyby od pisania nimi można było mieć lotność umysłu, a mądrość od pisania piórami sów!].

 

Co to znaczy: być sobą? Zawsze i wyłącznie jesteśmy sobą.

[W sensie fizycznym tak, ale w wymiarze duchowym na pewno nie. Raczej o to ostatnie chodziło Witoldowi Gombrowiczowi, gdy pisał: „Nie wiem, jaki jestem, ale cierpię, gdy mnie deformują… Wbrew wszystkiemu chcę być sobą”].

 

Swinburne: „Nawet najbardziej znużona rzeka dociera w końcu do morza”.

[Znajdziemy te dwa piękne wersy: That even the weariest river / Winds somewhere safe to sea w końcowym fragmencie Ogrodu Prozerpiny Algernona Charlesa Swinburne’a (1837-1909). O tym utworze usłyszałem po raz pierwszy, czytając Martina Edena Jacka Londona].

 

Akt zniebozstąpienia.

[Jest jeszcze akt wziemięwstąpienia].

 

Gdybym zszedł w siebie, mógłbym na zawsze pozostać więźniem samego siebie.

[Dlatego należy wyjść z siebie i stanąć obok. Kiedyś jedynie nieliczni potrafili to zrobić, a w każdym razie twierdzili, że potrafią. Obecnie jest to bardzo łatwe, gdyż okazało się, że łatwo jest oszukać naszą jaźń, manipulując wrażeniami zmysłowymi za pomocą specjalnych gogli i stymulacji dotykowej. Przeprowadzono taki eksperyment w Szwecji i niektórzy spośród jego uczestników poczuwali się nawet do związku z ciałami prawdziwych osób innej płci i rasy. Wystarczyło ściskać własną dłoń!].

 

Nienawidząc kogoś, kto nas przerasta, jesteśmy bezsilni i śmieszni, kierując natomiast nienawiść ku istocie pomniejszej, możemy się tylko poniżyć.

[Czy o miłości nie można powiedzieć tego samego?].

 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/proba_Andrzejewski_oko_bardziej_wyrazne_II.jpg

 

 

                                  Uwaga: komentarz!  Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.





13:15, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »