RSS
piątek, 21 października 2011
Tajemnicze zaginięcie

     Mówiono mi już wielokrotnie, że przy mnie dzieją się rzeczy, które normalnie nie miałyby prawa się zdarzyć. Ostatnio tak mówił pan Staszek po tym, co wydarzyło się podczas wycieczki do Lwowa. A przywołuję go ponownie w związku z inną tajemniczą historią, która przydarzyła mi się z jego pośrednim udziałem. Otóż podjechaliśmy przy końcu lipca tego roku pod jego działkę na obrzeżach Krosna, żeby narwać wiśni, od których przed tygodniem dwa drzewa czerwieniły się z daleka, ale na gałęziach widniały same ogonki. Sprawcy byli wiadomi. Dopiero w tym roku szpaki zasmakowały raptem w wiśniach, których nigdy przedtem nie ruszały. Widocznie za bardzo się rozmnożyły, a czereśni było za mało. Pani Zosia, krewna pana Staszka, mieszkająca prawie w centrum Krosna, zdążyła ochronić gęstą siatką tylko jedno drzewo wiśniowe po tym, jak drugie, też gęsto obwieszone owocami, zostało ogołocone z nich w ciągu pół dnia.

      Zrobiliśmy sobie zatem chwilowy popas, obsiadając jak dwa szpaki-marudery prymitywne siedziska pod brzozą ocieniającą kraniec działki sąsiedniej, zadbanej i z porządnym domem. Trwały tam właśnie roboty przy ogrodzeniu. I od słowa do słowa pan Staszek zaczął opowiadać, że już nieżyjący sąsiad, widocznie wściekły na pana Nowobogackiego, który zakupił tuż za nim sporą posiadłość i zaczął na niej wznosić prawdziwą rezydencję, oświadczył, że zabrania mu dojazdu na działkę przez swoją drogę, w związku z czym nie pozostaje mu innego, jak zbudować sobie lądowisko dla helikopterów. Słuchając tego do tej pory jednym uchem, zastrzygłem w tym momencie oboma uszami, bo przecież niedaleko stamtąd, na zamku w Odrzykoniu, miały miejsce wydarzenia, będące kanwą Fredrowskiej Zemsty.

     Pan Nowobogacki przybiegł do pana Staszka z trudem łapiąc oddech, zaczerwieniony na twarzy tak, jakby za chwilę miała go porazić apopleksja, bo na drodze pojawił się znak STOP, i zapytał, co ma w tej sytuacji zrobić? A pan Staszek odparł, że z prośbą o przejazd na swoją działkę powinien się ewentualnie zwrócić do niego, bo przecież to on jest właścicielem pierwszej działki wraz z sąsiadującym z nią odcinkiem drogi gruntowej, z czego wynika, że obaj panowie dojeżdżają do swoich posiadłości nielegalnie. Sprawa była oczywista, ale nie dla pana inżyniera-nafciarza, więc musiała się w końcu oprzeć o sąd. Rozprawa odbyła się tu na miejscu. Pan sędzia przed ogłoszeniem wyroku na spornej drodze, zwrócił się do inżyniera: „Na miły Bóg, jest pan wykształconym człowiekiem, a wbrew namacalnym faktom zachowuje się pan jak prymitywny pieniacz! Przedtem nikt panu nie bronił robić tego za darmo, a teraz musi pan wykupić od właściciela pierwszej działki prawo do przejeżdżania przez jego drogę, no i opłaci pan koszty sądowe…”

     Pan inżynier wysłuchał tego w milczeniu ze spuszczoną głową, a pan Nowobogacki zacierał w duchu ręce, bo dla niego te „kilka groszy”, jak powiedział o prawie tysiączłotowej opłacie za możliwość dojazdu do swojej działki, to były rzeczywiście grosze, natomiast dla emerytowanego nafciarza, mającego na utrzymaniu dwu dorastających synów, było to dużym obciążeniem finansowym. W tym momencie doznałem olśnienia:

     – Czy ten inżynier był wiertaczem?

     – Wiem tylko, że pracował przy nafcie…

     – Czy był drobniutki?

     – Tak, ale silny jak koń i wciąż coś robił na działce, jakby ani chwili nie mógł usiedzieć w domu… 

     – Czy miał młodą żonę o ponadnormatywnych parametrach, z zielonoświątkowców?

     – Taaaak, o, właśnie wyszła przed dom!

     – Nazywał się Jurkowski?

     – Nie, Jurczyk…

     – Od dawna nie żyje?

     – To było cztery lata temu, jak zmarł, chyba w czerwcu, ale na pogrzebie nie byłem.

     Zamyśliłem się. 15 kwietnia 2007 roku, gdy widziałem go po raz ostatni, jeszcze żył. To o nim pisałem na swoim blogu w poście Potencjalny pacjencie, lecz się sam!  z 21 maja 2009 roku: A lekarzy, których do tamtej pory znałem tylko z filmów, unikam odtąd jak ognia. Czasami mam jednak koszmary senne i widzę tego towarzysza szpitalnej niedoli z sąsiedniego łóżka, starego inżyniera-wiertacza, twórcę niezliczonych odwiertów złóż gazu, ropy naftowej, ale siarki też, który po przybyciu zaciągał mnie codziennie do okna i pokazywał miejsca, gdzie zanosił do okopów niemieckich bimber oraz machorkę na skręty, za którymi czerwonoarmiści, o, z tamtych okopów na wzgórzu, również przepadali, a po tygodniu leczenia nie na to, co trzeba, mimo iż skamlał do ordynatora: „Ja nie mam żadnego zapalenia płuc, ja mam chore serce!” (rozrusznik serca zdiagnozowano jako dziurę w płucach!), spoczywał na łóżku opuchnięty, sinoblady jak trup, od czasu do czasu poskamlując coraz ciszej na widok każdej osoby w bieli: „Ja… mam… chore… serce…” Wreszcie na obrazie uzyskanym tomografem komputerowym wyszło szydło z worka, co dla ordynatora, niech jego imię będzie przeklęte na wieki, wypasionego „Boga i cara” na tym oddziale, było sygnałem do natychmiastowego wyrzucenia do domu tego osiemdziesięciotrzyletniego biedaka, który na próżno skamlał, by położono go na kilka dni na oddziale kardiologicznym – wyniesiono go bowiem już po godzinie na noszach i wywieziono karetką, tak jak mnie w kilka dni później…   

     Zapomniałem napisać o tym, że miał krwawe wybroczyny na całym ciele, i o tym, że chciał koniecznie, abym go odwiedził właśnie w tym domu, który widniał zza drzewa, narzekając, że komuniści zabrali mu ojcowiznę – dużą działkę z chałupą w mieście – dając w zamian kawałek ugorowiska tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli tu, gdzie właśnie siedzieliśmy z panem Staszkiem: na działce „pozyskanej” w identyczny sposób. W tym momencie zobaczyłem, że żona tego nieszczęsnego inżyniera-wiertacza znowu wyszła przed dom, i pod wpływem nagłego impulsu przeszedłem przez ogrodzenie jeszcze bez siatki, krzycząc do niej „halo”, bo wylała tylko wodę z miski na podwórze i chciała wejść znowu do środka. Zatrzymała się, przypatrując mi się ze zdziwieniem.

     – Dzień dobry. Czy pani mnie pamięta?

     – Nieee. Ja pana przecież nie znam.

     – W kwietniu 2007 roku była pani u męża na oddziale pulmonologicznym krośnieńskiego szpitala…

     – Aaaaa… to prawda… byłam tam…

     – Ja leżałem na łóżku obok…

     – Ktoś tam leżał, ale nie pamiętam…

     – A ja panią zapamiętałem doskonale…

     – Mąż był tam potem jeszcze raz, ale na kardiologii, a kiedy wrócił do domu, to już długo biedak nie pożył…

     – Miał dwóch synów, dwa razy byli wtedy u niego, ładni chłopcy, przyszli po zajęciach w szkole średniej, ale zapewne już studiują. Pani mąż chciał, żeby chociaż jeden z nich poszedł na AGH i został wiertaczem jak on…

     – Taaak… starszy zaliczył trzeci rok na AGH w Krakowie i będzie wiertaczem…

     – A co z młodszym synem?

     – Młodszy też zdał na AGH w tamtym roku, ale na inny wydział…

     – Czyli będzie teraz na drugim roku, świetnie…

     – Był na pierwszym…

     – Przerwał studia?

     – Zaginął w kwietniu i do tej pory nie wiadomo, co się z nim dzieje…

     – Miał jakieś kłopoty na studiach? Bo pierwszy rok zawsze jest najgorszy, nagła zmiana otoczenia, obce środowisko… A ten starszy syn nic nie wie? Nie mieszkali w jednym akademiku?

     – Mieszkali w tym samym pokoju wynajętym w Krakowie, ale tego dnia Daniel był tu u mnie, a kiedy wieczorem tam wrócił, Kornela już nie było, mimo iż przed południem współlokatorzy jeszcze go widzieli… Miał kłopoty na studiach, ale dowiedziałam się o tym dopiero dwa tygodnie przed jego zaginięciem, gdy z uczelni dostałam list, że Kornel od dawna nie chodzi na zajęcia i dlatego skreślono go z listy studentów…

     – Rozmawiała pani z nim o tym liście?

     – Tak, dzień przed jego zaginięciem…

     – Nakrzyczała pani na niego?

     – Kazałam mu tylko przyjechać tutaj i wytłumaczyć, co się takiego stało, że okłamywał nas wszystkich, bo mówił Danielowi, że uczęszcza na wszystkie zajęcia i że wszystko jest w porządku… Strasznie się o niego martwimy, bo nie daje znaku życia…

     – Eeee… pewnie odezwie się po wakacjach… Młodzi często uciekają, kiedy zabrną w ślepą uliczkę – fałszywy wstyd nie pozwala im się przyznać do tego, że są słabi i nie potrafią czemuś sprostać… Dziwne tylko, że nie zwierzył się z kłopotów starszemu bratu – kto jak kto, ale ten na pewno by mu pomógł, był już przecież na trzecim roku…

     – Wszyscy byśmy mu pomogli, najwyżej by zawalił pierwszy rok, ale nikomu o tym nie powiedział…

     – Musiał być bardzo skryty, ale pani jako matka powinna wyczuć, że dzieje się coś złego…

     – Prędzej Daniel był skryty – Kornel ze wszystkiego mi się zwierzał, szczery, wesoły chłopak…

     – A teraz nie odpowiada na telefony?

     – Komórkę zostawił w pokoju…

     – Każdy by zostawił, żeby uniknąć nieprzyjemnych rozmów. Wszystko będzie dobrze, na pewno pod wpływem nagłego impulsu wsiadł do pociągu, może pojechał za granicę, by zarobić trochę pieniędzy, młodym studentom najłatwiej tam o pracę…

     – Zostawił w pokoju wszystkie dokumenty i pieniądze, a z konta też nie pobrał ani grosza…

     Zmartwiałem. Przez kilka minut nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. W końcu powiedziałem, chyba niepotrzebnie:

     – To zły znak – bez pieniędzy i dokumentów nie można nigdzie wyjechać. Mogę się domyślić, że w ciągu tych kilku miesięcy nie natrafiono na ślad Kornela?

     – Nie. Mimo poszukiwań, apeli w prasie, radiu i telewizji, a także Daniela, który prosił brata, by powrócił do domu.

     – A czy próbowała pani szukać porady u jakiegoś jasnowidza?

     – To sprawki nieczyste. Bóg miał na pewno jakieś zamiary w stosunku do Kornela i prędzej czy później je objawi…

 

     I z tymi słowami się rozstaliśmy. W domu zajrzałem do Internetu. Znalazłem tam sporo informacji o „tajemniczym zaginięciu studenta pierwszego roku matematyki stosowanej AGH” i zdjęcie Kornela. Niewiele się zmienił od czasu, gdy widziałem go w szpitalu. Zapamiętałem go jako młodzieńca skrytego i zamkniętego w sobie. Potwierdzają to koledzy z roku, mówiąc, że ciężko było nawiązać z nim kontakt, bo zawsze był z boku i nigdy nie miał czasu, by spotkać się z nimi po zajęciach. Nie pił, nie palił, nie chodził na imprezy, dziewcząt unikał. Typowy odludek. Jego brat był podobny. Wcześniej poszedł na studia i zapewne wtedy więzi, które łączyły ich w czasie, gdy razem chodzili do szkoły średniej w Krośnie, musiały się na tyle rozluźnić, że w ciągu tego półrocza, jakie spędzili wspólnie w tym samym pokoju, właściwie byli sobie obcy. Uderzający jest apel Daniela po dramatycznym zaginięciu brata, wypowiedziany głosem wypranym z prawdziwych emocji.

 

                           

                                                      Kornel Dawid Jurczyk

 

     Z powodu tego dramatu nie powiem o tym, czego dowiedziałem się w szpitalu od ich ojca, który wielokrotnie i ze szczegółami opowiadał mi o swoich sprawach domowych, chociaż w tych relacjach można by odnaleźć klucz do rozwiązania tej zagadki. Nadal, mimo upływu ponad sześciu miesięcy od chwili zaginięcia Kornela w dniu 4 kwietnia 2011, nierozwiązanej. 

00:07, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »