RSS
czwartek, 28 października 2010
O pałacach

      Pisałem o tym początkowo w Rozmowach z Krishnamurtim, ale dygresja rozrosła się tak, że musiałem ją stamtąd wyrzucić i przenieść do osobnego postu, właśnie tego. Stasia, moja przyjaciółka-pisarka śp. Stanisława Sznaper-Zakrzewska, chyba na początku 1989 roku zaniosła do wydawnictwa kościelnego, które zamierzało wydać kilka kalendarzy z jej Madonnami, aż ze sto Madonn z Dzieciątkiem, do wyboru do koloru, cudnych nad wyraz, i tylko jedną Madonnę bez Dzieciątka, najwyraźniej pomyłkowo, z własnoręcznym napisem: „Madonna jako kurwa jerozolimska”. W ten sposób kolejny Pałac Iluzji, jej iluzji, prysnął jak bańka mydlana, mimo iż był tak piękny jak pałac władcy morza z Syreny, znanej baśni Andersena, którą Stasia adaptowała kiedyś na potrzeby swego teatrzyku kukiełkowego, malując na płótnie mury z koralu, okna bursztynowe i dach z perłowych muszli…

      Pamiętam doskonale, jak mi o tym opowiadała w kilka miesięcy później – nie o pałacu władcy morza, lecz o paskudnej wpadce z Madonnami. Nie kiedy, ale jak mi to opowiadała. Była bowiem urodzoną aktorką, po naukach pobieranych nawet u Osterwy, lecz po kilku cienkich rólkach, zwanych w teatrze „ogonami”, zaczęła się produkować wyłącznie w stworzonym przez siebie chyba pierwszym prywatnym teatrzyku kukiełkowym w powojennej Polsce, co odcisnęło się na niej do tego stopnia, że mimo iż opowiadała mi o tej wpadce z prawdziwą rozpaczą, wznosząc ku niskiemu sufitowi ręce jak ku niebu, śmiałem się do rozpuku, gdyż wykrzywiała przy tym komicznie twarz, świecąc białkami oczu jak Murzynka. Nagle zawiesiła na moment głos, gestem dłoni nakazując mi powagę i wskazując na książeczkę leżącą na biurku, a mi oczy o mało nie wyszły z orbit, gdym spojrzał na nią – nie dlatego że ta książeczka była szara, nie czerwona, bo myśli Stasi i tak znałem na pamięć, ale dlatego że to ona, zdeklarowana ateistka, była autorką Tryptyku o księdzu Jerzym!

      Tak czy siak w okrągłą rocznicę trzydziestoletnich utyskiwań na krytyków i wydawców powitała mnie wreszcie Radosną Nowiną – i nic to, że udało jej się wydębić od wydawcy jedynie kilkaset złotych zaliczki, ani to, że jej poemat został wydrukowany ze skrótami przez nią nieaprobowanymi i na pakowym papierze, co w zamyśle wydawcy miało podkreślić dramaturgię męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, ani to, że ta książczyna ukazała się w roku 1989 nakładem wydawnictwa „Ex Libris”, specjalizującego się wcześniej w wydawaniu komiksów oraz serii sprośnych kawałów, wystawianych w kioskach z gazetami, ponieważ nie wyobrażam sobie wspanialszych ram dla zobrazowania wybujałego ego Stasi oraz Władka, z których każde budowało sobie swój własny pałac: ten jej, spoczywający w dość mętnych wodach iluzji tworzonych przede wszystkim na własny użytek, a ten jego, wynurzający się z równie mętnych wód iluzji tworzonych przede wszystkim na użytek innych. Chciałoby się dodać: pałaców tonących w morzu iluzji...  

     To kieszonkowe wydawnictwo z iście hollywoodzkim zadęciem jak w tradycyjnym wielkoformatowym kinie rozrywkowym należało bowiem do znanego w środowisku literackim moczymordy, mego śp. kolegi Władka Huzika (1945-2004) i przynosiło na początku według krążących pogłosek tak wielkie zyski, że wystarczyło to ponoć na wybudowanie dużej rezydencji na obrzeżach Warszawy, w której trzeźwy jak świnia właściciel miał paradować w śnieżnobiałych koszulach! W późniejszych meldunkach donoszono mi, że Władek znowu zaczyna się staczać, bo „przeinwestował”, więc nadzieja, iż na Działkach Literatów w Karolinie pod Serockiem naprzeciw upiornych ruin niedokończonego domostwa Jana Himilsbacha wyrośnie coś więcej poza kolejnymi brzozami, była bardziej niż płonna…

    To właśnie wtedy, przy końcu 2003 roku, będąc, o ile dobrze pamiętam, na wieczorze jazzowym w pobliskim domu kultury, zawitałem wreszcie do Pałacu Starej Książki przy ulicy Działdowskiej w Warszawie, który Władek stworzył w obszernym lokalu dawnego przedszkola – opis tej wizyty wart jest taktownego przemilczenia, jako że o umarłych należy mówić dobrze, albo wcale, dodam więc tylko, że w niespełna rok później i on znalazł się w szacownym gronie Świętych Pijaczków, pozostawiając po sobie ogromny księgozbiór i jeszcze większy dług. Przejął to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza jego syn, więc i tak cud, że dopiero po trzech latach pałac przestał istnieć. Ostatnim śladem megalomanii Władka Huzika była gigantyczna kolejka w dniu wielkiej wyprzedaży ogromnego księgozbioru. Wyprzedaży właściwie za bezcen, bo każdy mógł wynieść za banknot pięćdziesięciozłotowy, a później dziesięciozłotowy tyle książek, ile mógł udźwignąć!

   

     Pałac Starej Książki w dniach Wielkiej Wyprzedaży

00:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 października 2010
Druga Szwajcaria? (odc. 3)

     W roku 1992 władze gminy regionu „Zürcher Oberland” kazały Notterom opuścić zajmowany teren. Powód: niekonwencjonalny tryb życia. Po przeprowadzce przez Włochy na południe Francji prowadzili koczownicze życie w różnych miejscach, przed zimą chroniąc się w ekologicznym gospodarstwie w Vermes w kantonie Jura. W rok później dowiedzieli się o projekcie założenia ekowioski w północno-wschodniej Polsce przez jakiegoś niemieckiego anarchoprymitywistę i podjęli wyzwanie, z zaznaczeniem, iż skrajny wegetarianizm im nie odpowiada. Nawiasem mówiąc nie odpowiadało im także bytowanie w skrajnie prymitywnych warunkach, mieli bowiem małe dzieci i musieli się kierować przede wszystkim ich potrzebami, czyli zdrowym rozsądkiem, bo, jak powiada Thomas, poglądów nie zmienia tylko krowa, a tak naprawdę to co właściwie wiemy o poglądach krów?     

     O przyjeździe w marcu 1993 do Polski już wspomniałem, ale projekt założenia ekologicznej wioski pozostał w sferze projektów już w fazie organizacyjnej, Notterom nie pozostało więc nic innego, jak wydzierżawić kawałek gruntu w Sajzach, dwadzieścia kilometrów na północ od Ełku, wybudować tam tipi, założyć ogród warzywny i czekać na cud, czyli możność nabycia własnego gospodarstwa, co udało im się urzeczywistnić we wrześniu w okolicznościach wręcz o cudowne zdarzenia zatrącających. Gdy zacząłem czytać w Internecie zapiski z tego roku, wydawało mi się, że czytam Przypadki Robinsona Cruzoe. Później wielokrotnie odnosiłem takie samo wrażenie. Wprawdzie Robinson Cruzoe wszedłby w posiadanie prosiąt, paru kur i koguta, a także dwu kóz i kozła nie w drodze zakupu, ale odczuwałby taką samą radość z ich posiadania jak Thomas i Claudia, którzy Bogiem a prawdą znaleźli się jak życiowi rozbitkowie na bezludnej wyspie, jaką początkowo musiało być dla nich Bachanowo z garstką obcojęzycznych tubylców, uprawiających zupełnie inne rytuały, być może kanibalistyczne też, o czym mogliby się przekonać dopiero po uratowaniu przed pożarciem jakiegoś Piętaszka.

              

     Tak mniej więcej, jak na powyższej ilustracji wziętej z książki Daniela Defoe, musiały wyglądać początki zagospodarowywania się Notterów na wreszcie własnym, stałym gruncie. Nie wiem, czy tak jak Robinson nadawali nazwy wszystkim miejscom na „wyspie”: Kozia Dolina, Przylądek Ocalenia czy Wzgórze Nadziei, uczucie bezgranicznego szczęścia z powodu cudownego ocalenia i radość ze słyszenia kozich pobekiwań zostały jednak zmącone dość szybko, a ich nadzieja została poddana ciężkiej próbie, gdy okazało się, że klimat ich „wyspy” jest znacznie bardziej surowy od tego na tamtej położonej u wybrzeży Wenezueli, czego się oczywiście mogli spodziewać, ale nie tego, że dziewiątego listopada temperatura spadnie nagle do -14°C, a ziemię pokryje metrowa warstwa śniegu, nikt im bowiem nie powiedział, że Suwalszczyzna zwana jest „polskim biegunem zimna”! Nie był to jednak pierwszy szok, który przeżyli na nowym miejscu – kolejny nastąpił przy końcu marca następnego 1994 roku, gdy po przylocie bocianów i pierwszych zasiewach na przygotowanym miejscu pod ogród warzywny powróciła zima. Na szczęście w końcu wszystko znormalniało – przyszła wiosna, nieco wcześniej nawiązali pierwsze kontakty z sąsiadami, a zakup małego radia pozwolił im na kontakt z nieco szerszym światem niż ten bachanowski (o posiadaniu telefonu mogło im się wtedy tylko śnić)…

 

          

                           Ach, ach, ach!

 

     Ach, pierwsze koźlęta, które urodziły się w marcu 1994 roku, poprzedzając narodziny w maju kolejnego dziecka, Svendara, ach, pierwsze własne mięso kozie i wieprzowe z ubitych zwierząt, ach, pierwsze własne mleko w maju, ach, w tym samym miesiącu wreszcie zezwolenie na stały pobyt w Polsce, ach, zakup trzech owiec i barana, kolejnej kozy i kozła, a przede wszystkim konia do pracy, ach, pierwsze kilka hektarów ziemi, przygotowane pod uprawę i zasiane przy pomocy sąsiadów, choć na zdjęciu, które zaraz zamieszczę, widać, że Thomas wprzęgał już w swoją służbę nie tylko konie mechaniczne! Budowa pieca kaflowego stała się, ach, kolejnym epokowym dla nich wydarzeniem, gdyż podczas kolejnej śnieżnej zimy, kiedy najstarszą Lisę, chodzącą do „zerówki”, trzeba było odwozić do szkoły saniami, w chałupie było znacznie cieplej. To właśnie wtedy, zimą 1995 roku, polska telewizja nakręciła o nich, zwariowanych Szwajcarach, którzy odważyli się osiedlić na takim nędznym zadupiu, film, dzięki czemu stali się znani w całym kraju.

 

         

 

      Zapiski w internetowym dzienniku Notterów, prowadzone do roku 2008 (z przerwą w roku 2003, która nie wiadomo, czym została spowodowana, i z dalszym ciągiem, który na razie nie nastąpił), pozwoliłyby na mnożenie tych achów jeszcze długo, jest to bowiem materiał na znakomity serial z wieloma wątkami dramatycznymi, z których najbardziej mnie poruszył ten z połowy listopada AD 1996, kiedy doszło do brutalnego napadu na dom Notterów, który Thomas streścił w słowach „jak na Dzikim Zachodzie” – nagle wybite kijami bejsbolowymi szyby w oknach chałupy, zrabowane pieniądze i sprzęty w gospodarstwie tak biednym, iż początkowe dochody tej wielodzietnej rodziny nie przekraczały trzystu złotych miesięcznie (przez siedem lat nie mieli pojęcia, że należą im się zasiłki na dzieci)! Chwała Bogu, że obity tymi kijami Thomas nie odniósł większych obrażeń. Napastnikom, widzącym kilkoro malutkich i przerażonych dzieci, musiały jednak zadrżeć ręce i nie pobili go śmiertelnie, tak, nie zabili go, ponieważ podczas innych napadów zamordowali bezlitośnie kilka osób! Thomas twierdzi, że musieli być przez kogoś opłaceni, kogoś, kto chciał ich zmusić do opuszczenia tego gospodarstwa – widać, że nie zna polskich realiów, gdzie morduje się dla paczki papierosów, a oni byli znani, bo mówiono o nich w telewizji, no a jako rodowici Szwajcarzy powinni mieć dużo „zielonych”…

     Na stronie internetowej polskiego odłamu rodu  Notterów (http://www.realearth.pl/ueberuns_pl.htm) można znaleźć informacje o prawdziwych „skarbach” bachanowskich: o kamieniach (Thomas mi mówił, że było ich w ziemi tyle, że przez kilkanaście lat zoranie kawałka pola zabierało nie dwie godziny, jak obecnie, lecz całe osiemnaście godzin, a pod niejednym z tych polodowcowych głazów przywleczonych tam ze Skadynawii, o których niewielkie czubki zahaczał nagle pług, trzeba było wykopywać łopatą jamę na wysokość człowieka), śniegach (Thomas pewnej zimy kopał przez trzy dni, od świtu do nocy, zwykłą łopatą, bo innej nie miał, tunel dwumetrowej wysokości prowadzący do gminnej drogi, przetartej przez spychacz, gdyż tylko w Polsce „nasze” nie oznacza „państwowe” i vice versa), skarbach, na które nikt by się nie połakomił, w przeciwieństwie do sławnych serów Thomasa, po które, jak już wspomniałem, w drodze na Litwę Maciek zawsze udaje się do Bachanowa, gdzie diabeł mówi dobranoc chyba już o świtaniu. Myślę, że dwa szczury domowe, o których Thomas wspomina opisując inwentarz żywy, próbują się dobrać do tych pysznych serów, które można nabyć nawet drogą pocztową…

 

                 

 

       A teraz ostatni powrót do Hopi i ich przepowiedni, gdyż są one według mnie klamrą spinającą losy polskich Notterów już od dwu dziesięcioleci.  Te przepowiednie (navoti), jak wszystkie znane przepowiednie, są już przy dość pobieżnej analizie mocno naciągane (czytaj: nadintrepretowane) przez współczesnych przywódców duchowych plemienia, którzy w przeciwieństwie do szamanów z czasów prekolumbijskich utrzymują kontakt ze światem za pośrednictwem tak zwanych środków masowego przekazu (mass mediów), w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej rozdętych obecnie do monstrualnych rozmiarów, lecz już w roku 1947, gdy na terenie rezerwatu Hopi starszyzna plemienna dyskutowała w wiosce Shungopovi o powojennym stanie świata, odgrywających w tej dyskusji, mimo iż o telewizji czy Internecie nikomu się jeszcze wówczas nie śniło, rolę niebagatelną – prasa i radio były bowiem tą znaną z ich przepowiedni olbrzymią pajęczyną, która miała pokryć cały świat. 

     Wystarczyło, że przywódca klanu Niebieskiego Ptaka poinformował zgromadzenie o tym, w latach młodości, podczas przekazywania duchowych nauk, powiedziano mu, że powinien ogłosić starożytne przepowiednie narodu Hopi natychmiast po tym, gdy spadnie z nieba DYNIA PEŁNA POPIOŁU, czyli bomby atomowe zrzucone w roku 1945 na Hiroszimę i Nagasaki, by przywódcy innych klanów potwierdzili, że oni również otrzymali podobne instrukcje, i wszyscy zgodnym chórem potwierdzili to, o czym wiedziano w owym czasie powszechnie: biały człowiek dysponuje bronią, która może zniszczyć wszelkie życie na ziemi, nie tylko kulturę Hopi – i bez tego będącą od dawna zagrożoną wyniszczeniem.

     Część tych przepowiedni miała się już według nich spełnić, jak choćby ta, że pojazdy bez kół będą podróżować wzdłuż dróg na niebie, a najgorsze się spełnią (obecny Czwarty Świat, zwany przez nich Tuwagachi, zakończy się w wyniku katastrofy), jeśli ich religia zaniknie pod naporem kultury euro-amerykańskiej i nie pozostanie nikt, kto żyjąc zgodnie z ich planem życia (Katsi Votavi) będzie mógł podtrzymać harmonię wszechświata. Powiadamiani przez nich o tych przepowiedniach oraz groźbie wiszącej nad światem czołowi przywódcy polityczni świata zdawali się puszczać to wszystko mimo uszu, ale w duszach wielu ludzi, w tym Thomasa, owe przepowiednie zakiełkowały, wpływając na ich decyzje życiowe i stając się zarazem centralnym punktem wielu współczesnych zmian kulturowych i obyczajowych.

     Stop. Nie mam zamiaru młócić słomy, gdyż dzięki Internetowi każdy może do tych przepowiedni dotrzeć bez trudu, wpisując hasło „przepowiednie Hopi”, zresztą mnie jako pisarza interesowały one jedynie o tyle, o ile miały wpływ na drogę życiową bohaterów mego postu, natomiast interpretacja, względnie nadinterpretacja faktów, które poruszyły nie tylko moją wyobraźnię, należy do czytelników. Nie mogę się jednak, patrząc na spustoszenia dokonane lub dokonywane w moim kraju w ostatnich czasach przez złowrogie stwory zwane u nas kaczorami (Thomasowi też, mimo iż jeden z nich zdążył tuż przed katastrofą przyznać im obywatelstwo, nie może pomieścić się w głowie, że „mężowie stanu”, kierując się absurdalnymi ideologiami, mogą niszczyć podstawową tkankę życia społecznego, jaką jest życie w powszechnym ładzie i pokoju), oprzeć pokusie napomknięcia o KACZYNACH, postaciach znanych dobrze z mitologii Indian Hopi. W tych mitach Kaczyni zostali kiedyś zmuszeni do opuszczenia Ziemi na latających tarczach, lecz mieli, niestety, powrócić przed końcem Czwartej Ery, czyli obecnej; wielu Hopi uważa, że latające spodki (tarcze), które oczami wyobraźni tak często widują, kierowane są właśnie przez Kaczynów…

     Uważani są oni nie za bogów, ale za duchy, będące mediatorami między bogami i ludźmi, i mogące przybierać różne formy: od rośliny, po ciało niebieskie, zwierzę, względnie istotę nadnaturalną. W wierzeniach wyznawców PIS również, a formy, jakie może przybierać ostatni z żyjących Kaczynów, na przykład podczas niedawnej kampanii prezydenckiej, mogą zdumiewać, ale jedynie tych, którzy nie znają istoty kaczynizmu, skrajnego cynizmu politycznego, niemającego odwzorowania w żadnych ludzkich odruchach, czego od ducha wymagać przecież nie sposób. Wyznawcy PIS starają się jednak nie dostrzegać nawet faktu sprzecznego z prawami ludzkimi i boskimi, bo w mitologii Hopi Kaczynowie brali sobie za małżonki ziemskie kobiety, a w przypadku rodzimych Kaczynów tylko jeden z nich to uczynił, kierując się heteroseksualną orientacją seksualną, a ten drugi, hm… już chyba nawet pani Szczypińska nie ma zamiaru jako prawowita małżonka towarzyszyć mu, w czasie podróży do polskich wsi i miasteczek, na latającej tarczy. Błyski i dźwięki grzmotu słychać wszędzie tam, gdzie Kaczyn się pojawia, ale rodziców panny młodej ani widu, ani słychu. Nie wiem, czy wyznawców PIS pocieszy fakt zgodny z wierzeniami Hopi, a przez nich niedostrzegalny, że patrząc z góry na ich beznadziejnie głupie mordy WSZYSCY KACZYNI ŚPIEWAJĄ I KRZYCZĄ W CHAOSIE? W chaosie, który sami stworzyli. Ach, gdyby Nadja Notter zechciała napisać powieść o Kaczynach, która w polskich realiach nie byłaby przecież science fiction!

              

             Rodzimi Kaczyni, z prawej J.K.

00:54, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 października 2010
Druga Szwajcaria? (odc. 2)

     Cofnijmy się do roku 1991. Thomas i Claudia przenoszą się wraz z dwiema maleńkimi córeczkami do regionu „Zürcher Oberland”, gdzie władze gminy, nie wiedząc, że tą decyzją napytają sobie kłopotów, pozwoliły im się zameldować i postawić tipi. Nie wiem, czy w obecnych czasach jest podobnie, ale jako chłopak wiedziałem doskonale, jak taki namiot wygląda, bo w książkach o Indianach znajdowały się przecież ilustracje. Jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, że Karol May, autor tych książek, swój talent pisarski odkrył w więzieniu, gdzie kilka razy przebywał za hochsztaplerstwa – niestety, nie za największe z nich, okazało się bowiem, że nigdy w życiu nie był w Ameryce Północnej i nigdy na własne oczy nie widział nie tylko Winnetou, ale w ogóle żadnego Indianina! Czy usprawiedliwieniem dla mej młodzieńczej głupoty może być fakt, że oprócz mnie zaczytywały się w tych książkach setki milionów czytelników, w tym Adolf Hitler? Nazwa tipi pochodzi z języka siou i oznacza miejsce, gdzie się żyje; namioty te stawiane były przede wszystkim na obszarze północnej części Wielkich Równin, gdzie koczownicze plemiona utrzymywały się z polowania na bizony, w związku z czym pokrycia na szkielet namiotów szyto chyba z piętnastu, o ile dobrze zapamiętałem, skór bizonich, wcześniej wyprawionych i odpowiednio przyciętych.

               

                   Little Big Mouth przed swoim tipi (1869)

 

        

                       Thomas w swoim tipi (1993)

     Te pierwotne tipi nie były tak kolorowe, jak to, którego płócienne pokrycie uszył własnoręcznie Thomas na maszynie z napędem nożnym, ale ich ogólna konstrukcja była podobna, z tym że u Indian do obowiązków kobiet należało stawianie tipi, natomiast z rozmów z Thomasem wynikało, że to on przede wszystkim się tym zajmował. Raczej nie dlatego, iż na bizony nie polował, gdyż na pewno by się tym chełpił na swojej stronie internetowej. Wynikało to raczej z faktu, że poza Claudią dwie małe kobietki Thomasa, Lisa i Nadja, były zbyt słabe, by jak kobiety indiańskie wiązać razem ośmiometrowe drągi szkieletowe i stawiać je jako trójnóg – z nogami skierowanymi na wschód, północ i południe (wschodni drąg stanowił zarazem lewą framugę otworu drzwiowego, bo wejście zawsze znajdowało się od wschodu). Dostawiane kolejno lżejsze drągi opartymi o ziemię końcami tworzyły koło o pięciometrowej mniej więcej średnicy. Po założeniu pokrycia na szkielet jego dolną krawędź kołkowano do ziemi. Symbolika zdobień nawet u Indian była różna, więc nie dziwi mnie, że Thomas swoje pokrycia zdobił częściowo symboliką własną, przy swym pokojowym nastawieniu na pewno nie przejmując, jak to było w zwyczaju niektórych wojowniczych plemion indiańskich, symboliki jakiegoś wyjątkowo walecznego przeciwnika, którego udało mu się pokonać.  

 

          

                         Tipi Thomasa z roku 1991

    Tipi nie posiadało podłogi, ponieważ na środku było miejsce na ognisko, a w szczycie znajdował się otwór dymowy, zakrywany w razie potrzeby skórą przytrzymywaną na mniejszych drążkach, przeto posłania rozmieszczano jedynie po obu stronach otworu wyjściowego oraz ewentualnie z tyłu, tak jak w drugim tipi Thomasa, gdy po nadejściu pierwszych mrozów okazało się, że jest jednak konieczność zainstalowania pieca grzewczego, z rurą dymną wychodzącą w otworze szczytowym, dzięki czemu tipi, zwane w okresie wojny secesyjnej namiotami Sibleya, mogły z powodzeniem służyć obu walczącym stronom. To, że tipi dzięki swej konstrukcji są łatwo przenośne, doceniali i Indianie, i generał Henry H. Sibley, i Thomas, który niejednokrotnie musiał swoje tipi rozbierać, przewozić w inne miejsca i stawiać na nowo, ale jeszcze nie w roku 1991, gdzie w na pozór gościnnym Zürcher Oberland Notterowie spotykali się z turystami bawiącymi w tym pięknym górzystym regionie, sprzedając im przyprawy, zioła lub dżemy własnej produkcji, a także z ludźmi zainteresowanymi życiem w eksperymentalnej wspólnocie, co władzom gminy stawiającej nie na ten rodzaj „rekreacji”, przestało się podobać, tym bardziej że to nie oni, lecz ci dziwni, jakby pochodzący z innej planety przybysze stawali się centrum zainteresowania prasy, radia i telewizji.

    Ci zacni notable mówiąc w swoim gronie o Notterach, rysowali sobie zapewne palcem kółka na czole, bądź, nie mogąc pojąć, jak można tak żyć, drapali się w głowę, nie wiedząc, że według mitologii Hopi właśnie tam, na szczycie głowy, znajdowało się tuż po urodzeniu miękkie miejsce zwane kopavi (otwarte drzwi), przez które wchodziła świadomość wraz z możliwością komunikowania się z sacrum. Niestety, z czasem te drzwi się zamykały, otwierając się ponownie dopiero po śmierci człowieka, gdy świadomość opuszczała ciało. Mnie Thomas objaśniał to bez trudu, mimo iż nie jestem Szwajcarem, ale dla owych notabli jedyne sensowne z tej całej mitologii było to, że mózg, przez ludzi Zachodu uważany za najważniejszy organ człowieka, a zatem niemogący stanowić zaledwie drugiego centrum, umożliwia myślenie i działanie człowieka, względnie, o ile byli ludźmi wierzącymi, realizację planu Twórcy – ten plan nie mógł być jednak mityczny, a jego Twórcą mógł być jedynie ich Bóg, którego żadne z biblijnych imion nie brzmi Taiowa! Te centra były dla Hopi centrami wibracyjnymi i łączyły się z centrami wibracyjnymi nie tylko Ziemi. Serce stanowiło dopiero czwarte centrum, mimo iż jedynie poprzez nie człowiek mógł odczuwać dobro, którego urzeczywistnianie było dla Hopi celem najwyższym. Dlatego ludźmi o dwóch sercach byli ci, którzy pozwalali, by ich sercem zawładnęło zło…

     W kolejnym odcinku będę jednak musiał powrócić do przepowiedni Hopi, których nie tylko duchowe ceremonie i rytuały oraz prowadzenie życia w pokoju zgodne są instrukcjami danymi im u zarania dziejów przez mitycznego Wielkiego Ducha, na którego powrót wciąż czekają, mającego białą skórę i czarne włosy. Hopi mówiąc o centrach energetycznych nie nazywają je czakrami, zdumiewające jest jednak, że tych centrów jest tyle samo, co czakr, i że umiejscowione są one w ciele człowieka w tym samym miejscu i również powiązane są z centrami energetycznymi Ziemi i Wszechświata! Kim był ów Wielki Duch i gdzie się z nim zetknęli? A może ich przodkowie przywędrowali stamtąd, gdzie rozkwitały religie dharmiczne wraz z wiarą w czakry bądź czakramy (z sanskrytu: „koło”, „okrąg”), będącymi jednym z głównych składników wierzeń w hinduizmie oraz buddyzmie tantrycznym?

 

           

     [Rozkład czakr w ciele czlowieka od góry: czakra korony, Trzeciego Oka, gardła, serca, słoneczna, sakralna, podstawy].

       Z tego, co wiem, Thomas nie uprawiał wokół tipi kukurydzy, ale tak jak Hopi pojmowali swoje narodziny, naturę i przeznaczenie w kategoriach życia rośliny, obrazując to na przykładzie kukurydzy, tak Thomas mógł to przedstawiać na przykładzie choćby ostu górskiego, u nas zwanego dziewięćsiłem, który w pobliżu jego tipi też musiał rosnąć. Oczywiście oset górski nie mógł stanowić podstawy wyżywienia rodziny Thomasa, tak jak to działo się u Hopi w przypadku kukurydzy, lecz nie ulega wątpliwości, że podobnie jak ona, i jak my, rodzi się z ziemi. W ogromnym bólu się rodzi, gdy ziemia jest kamienista (wyłącznie taka będzie w Bachanowie, ale o tym Thomas jeszcze wtedy wiedzieć nie mógł), będąc jak wszystko, co rodzi się z ziemi, mitycznym elementem wyłonienia się ze świata podziemnego – dzieci Hopi oraz te Thomasa i Claudii również, nie mam jednak pojęcia, czy już to pierwsze spłodzone w tipi i urodzone w roku 1992 trzymane było tuż po porodzie przez dwadzieścia dni w zamknięciu, by chronić je przed światłem słonecznym, podobnie jak rośliny rozwijające się z nasienia, które potrzebują dziesięciu dni na wykiełkowanie i wydostanie się na powierzchnię ziemi, oraz dziesięciu dni na wypuszczenie pierwszych liści, więc w tym czasie nie powinny być wystawiane na silne działanie promieni słonecznych. Tak czy siak widzę oczami wyobraźni Claudię dwudziestego pierwszego dnia po porodzie wynoszącą na zewnątrz tipi dziecko, które towarzyszący jej Thomas nazywa uroczyście Nicolasem, po czym oboje powierzają go światu słonecznemu, zaklinając o jego zdrowie i szczęście…

     Wyobrażam sobie również, że w Bachanowie Thomas, w oczekiwaniu na okres, gdy jego syn Nicolas przejdzie inicjację w dorosłość, a stało się to w tym 2010 roku, wyćwiczył cały ten ceremoniał, zwany u Hopi wuwutsim, na córkach, gdy w dorosłość wchodziły, mówiąc na przykład do Nadji (jej imię jako autorki wspomnianej książki Powrót nadziei, którą po kawałku czytam, będzie się właśnie z tego powodu częściej tutaj pojawiało), posługując się w nowych realiach nie przykładem ostu górskiego, lecz kukurydzy, gdyż od biedy mogłaby na bachanowskich polach wyrosnąć): Ty, Nadjo, naprawdę stałaś się kukurydzą… Nie oznacza to jednak, że stałaś się prawdziwą kukurydzą… Byłaś karmiona przez naszą Matkę Ziemię wszystkim, co z niej wyrastało… Zasiane nasiona kiełkują… Po jakimś czasie roślina pojawia się ponad ziemią… Deszcz pada na nią, a wilgoć sprawia, że ona rośnie… Kiedy ma oczy [ziarna], staje się dojrzała… Może budować czyjeś ciało… Kiedy wraca do domu [ziemi], gdy umiera, jej ciało staje się suchą łodygą… Jest bezużyteczne… Ale następnie oddech [hikwsi] tworzy nowe życie… To jest to, na co musisz się przygotować w swoim życiu…

     Innymi słowy: duchowa substancja, trwająca w ciele ludzkim oraz w roślinie, oddech lub wilgoć, konstytuuje wszystkie formy życia (drzewa, trawę, zwierzęta itd., skały też), jednocząc je i ustanawiając związki pokrewieństwa człowieka z wszechświatem, dzięki czemu może on doświadczać swej jedności z sacrum, nie odżegnując się, jak już wspomniałem, od profanum, które przy pełnej świadomości własnej materialności może być transcendowane. Nie wiem, czy Nadja zna to pojęcie, ale bohaterowie jej książki są przecież wprowadzani przez nie w nowe stany świadomości, wnoszące do toku powieści i do ich życia zupełnie odmienne realia, zaskakujące nawet dla nich samych. Na poniższym zdjęciu z roku 1990 widać wyraźnie, że Nadja (w nosidle, na brzuchu Claudii) nie została spłodzona w tipi, ale spędziła w nim pierwsze lata swego dzieciństwa, a przeżycia z tego okresu, wręcz szokujące dla rocznego dziecka wyrwanego nagle z komfortowych warunków, w jakim bytowało w wielkim mieście, w dzicz zupełną, najmocniej odciskają się według psychologów głębi na psychice dorosłego człowieka, co widoczne jest gołym okiem i w niej, i w jej książce.

 

                    

                                                                        Cdn.

12:49, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 października 2010
Druga Szwajcaria?

     Wbrew hasłu rzuconemu w roku 1981 przez Lecha Wałęsę: „Zbudujemy w Polsce drugą Japonię!”, Polska nie stała się drugą Japonią. Być może pamiętał o tym Thomas Notter, przyjeżdżając 1 czerwca 1993 roku wraz z żoną Claudią i trojgiem maleńkich dzieci do naszego kraju z myślą o zamieszkaniu w nim na stałe – drugą Szwajcarią mogło stać się jedynie zaniedbane gospodarstwo położone w obrębie Suwalskiego Parku Krajobrazowego, które w końcu udało im się nabyć 5 września tamtego pamiętnego dla nich roku, w dodatku na nazwisko podstawionej osoby, gdyż nie mieli jeszcze wówczas takich uprawnień. Budynek mieszkalny dziwnym zrządzeniem losu wprawdzie jeszcze stał, ale przez nieszczelne okna wdzierał się ze świstem wiatr, a dach w wielu miejscach przeciekał, natomiast malowniczo pofałdowana ziemia zdawała się kryć w sobie wyłącznie kamienie, od niezliczonej ilości małych do ogromnych, których poprzedni właściciel chyba starał się nie dostrzegać, gdyż tam, gdzie je składowano, nie było ich zbyt wiele i w dodatku pokryte były patyną czasu – w przeciwieństwie do tych, które obecnie piętrzą się ku niebu i w słońcu świecą świeżością jak złocenia ikonostasu…

     W drodze na Litwę trzeba obowiązkowo za każdym razem wpaść do Thomasa i wziąć od niego ser, a od Claudii wyprosić równie pyszny bochen razowego chleba, własnoręcznie przez nią wyrabianego i wypiekanego.  Wyobraźcie sobie (pamiętam ten sielski obrazek z pierwszej u nich wizyty), że wchodzicie na strych, a tam na drewnianych pryczach byle jak skleconych dziewięcioro bardzo urodziwych dzieciaków, po rodzicach otwartych na świat i ludzi. Harmider jak w ptaszarni tyrolskiej. Taki obrazek zachowam na zawsze w pamięci, choć w tej jego sielskości kryła się zgrzebna codzienność, którą dostrzegłem od razu – przedłużeniem każdego łóżka był jakby blat biurka, przy którym na leżąco bądź w kucki mogły dzieciaki się bawić lub odrabiać lekcje. Tamte warunki sprzed trzech lat były zresztą komfortowe w porównaniu z tymi sprzed wielu-wielu lat, gdy Notterowie gnieździli się jedynie na dole, ale i wówczas o niebo lepsze od tych, w jakich bytowali w bogatej Szwajcarii czy na południu Francji nie z konieczności, lecz z własnego wyboru! Prześledźmy zatem ich drogę życiową, związaną oczywiście z życiową filozofią, której przeciętny Polak w żaden sposób pojąć nie potrafi…

                     

            Thomas i Claudia Notterowie

     Thomas jest bowiem filozofem bez dwóch zdań i każda rozmowa z nim jest ciągiem filozoficznych rozważań, które z powodu bariery językowej trzeba sobie dopełniać w myślach, gdyż nauczył się języka polskiego sam, biegając ze słownikiem do sąsiadów, rolników bachanowskich, którzy w przeciwieństwie do niego na uniwersytecie raczej nie studiowali. Thomas przerwał studia w roku 1988, gdy poślubiona przez niego w październiku poprzedniego roku Claudia urodziła Lisę i również musiała przerwać studia. Zamieszkali wówczas razem w Zurychu, a Thomas został listonoszem, co zapewniło im niezależność finansową, ale Claudii, młodej przecież matce, z natury rzeczy zobligowanej do zachowawczego myślenia, takie mieszczańskie życie we wspólnocie lokatorskiej zdawało się nie zadowalać, ponieważ gdzieś w sobie wciąż czuła zew natury, zarażając tym czuciem z natury leniwego, jak sam o sobie mówi z zamierzoną przesadą, męża, który już wtedy w jakiś sposób odpowiedział na ten zew, rzucając ciepłą posadkę i utrzymując rodzinę ze sprzedaży na bazarach przypraw, ziół, suszonych owoców, orzechów i tym podobnych produktów naturalnych. [Stłoczenie w jednym zdaniu słowa „natura” w kilku znaczeniach jest zabiegiem przeze mnie stylistycznie zamierzonym, gdyż ciąg dalszy opowieści o bohaterach tego postu będzie jak najściślej z tym terminem związany].

     W roku 1990 urodziła się Nadja, ta sama, która niedawno wydała w wydawnictwie polskim (Black Unicorn 2010) swoją pierwszą książkę, zatytułowaną Powrót nadziei, z podtytułem Początek wielkiej wyprawy, będącą częścią pierwszą zamierzonego tryptyku! Tamten rok okazał się decydujący także dla dalszych losów rodziny Notterów, gdyż po wysłuchaniu w Zurychu wystąpienia swego imiennika-Indianina, o którym szerzej napiszę w kolejnym akapicie, głoszącego proroctwa Indian Hopi, Thomas podzielił się swymi wrażeniami z Claudią, czego efektem była wspólnie podjęta przez nich decyzja o opuszczeniu miasta i odejściu od cywilizacji, co socjologowie nazwali „zielonym anarchizmem”, formą anarchizmu społecznego rozwijającą się w krajach Zachodu od lat sześćdziesiątych XX wieku ze szczególnym uwzględnieniem problemów ekologicznych, a w skrajnej formie, wybranej początkowo przez Thomasa i Claudię, określanej mianem anarchoprymitywizmu, odrzucającego nawet „zieloną technologię”, gdyż ta też nie jest obojętna dla człowieka i środowiska, wyzyskując i ludzi (siła robocza), i naturę, przeto jedynym preferowanym przez anarchoprymitywistów modelem życia są wspólnoty pierwotne („wioska” lub „plemię”) żyjące w zgodzie z prawami naturalnymi…

                     

                         Thomas Banyacya

       A co wspólnego z tym nurtem mają proroctwa Indian Hopi, z których większość bytuje właśnie w takich wioskach, w dwunastu – jak dwanaście miesięcy, obejmujące wszystkie pory roku? Thomas Banyacya jako Hopi z klanu Kojota jest osobą szczególnie wiarygodną do prezentowania tych przepowiedni nawet na forum ONZ, o czym świadczy przemówienie tam wygłoszone 8 grudnia 2008 roku. Ten maleńki naród indiański, obecnie zredukowany do zaledwie dziesięciu tysięcy czerwonych twarzy, bytuje od trzynastu wieków na trzech kamienistych płaskowyżach w północno-wschodniej części Arizony w pobliżu Wielkiego Kanionu. Gdy Thomas Notter przybył do Bachanowa, by obejrzeć gospodarstwo, na którym wreszcie mogli zamieszkać, poczuł dziwną jedność duchową z tym płaskowyżowatym terenem, nie mógł jedynie odnaleźć rzeki, która miała przepływać tuż obok. Tą rzeką była płynąca meandrowato Czarna Hańcza, przypominająca raczej strumień, przez który po zdjęciu butów można przejść bez trudu na drugi brzeg, ale toczy się on w przepastnej głębi doliny, jakby w Wielkim Kanionie!

                        

                    Widok z góry na Czarną Hańczę

     Zanim przejdziemy do proroctw, omówmy w skrócie, co jest podstawowym wyznacznikiem etyki Hopi, którą od dwudziestu lat kieruje się również Thomas (nie rozmawiałem z Claudią na ten temat, więc nie wiem, w jakim zakresie popiera poglądy swego męża, mogę jedynie przypuszczać, że w znacznym). Najważniejsze jest zachowanie harmonii we wszechświecie, ponieważ wszystkie żyjące istoty, nie tylko ludzie, są istotami duchowymi, spokrewnionymi ze sobą i pozostającymi w kręgu odwiecznych współzależności, ludzie nie są przeto panami wszelkiego stworzenia, chyba że samozwańczymi, gdyż nie są oddzieleni od natury, stanowiąc tylko jeden z elementów większej całości.  Dla Hopi każda czynność ma wymiar religijny, bez podziału na sacrum i profanum, tam i tutaj, a każda rzecz zawiera element duchowości. Każda. Nie można jej zatem profanować, jako że nie istnieje ona wyłącznie w tym świecie, w fizycznym czasie i fizycznej przestrzeni, które według naszych prymitywnych mniemań nie są powiązane z żadnym światem transcendentnym. Dbaj o Matkę Ziemię, a ona zadba o ciebie. Dbaj o swego brata. Weź to, co potrzebujesz, ale nie więcej niż potrzebujesz. Dziel się tym, co masz. Bądź wdzięczny duchowemu źródłu wszechświata. Tak mówią Hopi. I tak mówi Thomas…

    Próbował mi on również opowiedzieć o wielkiej drodze życia Hopi i o micie Pahany, Starszego Białego Brata, na którego powrót czekają. Ani ich tradycyjna droga, ani Pahana nie mają nic wspólnego z drogą białego człowieka, który nie jest ich Starszym Bratem, gdyż ten nie jest odpowiedzialny za destrukcję środowiska naturalnego, wymieranie wielu gatunków roślin i zwierząt, wojny, zagrożenie ludzkości konfliktem nuklearnym etc., wprost przeciwnie – jego powrót będzie oznaczał przezwyciężenie zła i koniec obecnego świata bez równowagi (Koyanisgaatsi) oraz rozpoczęcie nowego życia w nowym świecie. Taki w największym skrócie jest sens ich przepowiedni, w które Thomas oczywiście wierzy. Nie prowadzą one do fatalizmu, lecz służą jako narzędzie duchowego rozwoju, przyczyniając się do utrzymania harmonii wszechświata i do pożytku innych, gdyż Hopi to ten, kto szuka właściwych relacji ze wszystkimi aspektami kosmosu i ze wszystkimi istotami żyjącymi: Niektórzy sądzą, że Hopi to tylko imię. Jest to coś więcej… Aby zasłużyć na ten tytuł, należy być uprzejmym, delikatnym, prawdomównym, pokornym i świadomym wszystkich istot żyjących wokół: zwierząt i roślin. Jesteś odpowiedzialny za te wszystkie istoty i poprzez medytację, modlitwę i rytuały opiekujesz się nimi.

           

     Terminy wymienione w ostatnim zdaniu mają dla Thomasa wymiar religijny, ale nie w owym ciasnym, dogmatycznym ujęciu, w jakie próbuje je wtłoczyć katolicyzm – wyraźnie oddzielający sacrum od profanum, jakby zapominał, że człowiek przede wszystkim żyje w profanum, które pozbawione świętości przestaje być miejscem magicznym, gdzie właściwe relacje ze wszystkimi aspektami kosmosu i wszystkimi istotami żyjącymi są czymś całkowicie naturalnym. Ponadto nasz ideał życia społecznego oparty jest w istocie coraz bardziej na skrajnym indywidualizmie – wyścig szczurów kojarzy się nieodparcie z wyścigiem zbrojeń. Gdy nie ma pokoju w ludziach, nie może być pokoju na świecie. Hopi nie posiadają w swej tradycji ideału wojownika, więc wszystko koncentruje się u nich na ideale pokoju. Hopi znaczy: ci, którzy żyją w pokoju, lub ci, którzy podążają właściwą drogą. Kosmiczny porządek i równowaga we Wszechświecie, ustanowione na początku istnienia naszego świata, są dla nich ważniejsze niż postęp i rozwój. Długo bronili się przed użyciem stalowego pługa, gdyż ten w sposób okrutny rani powłokę ich Matki Ziemi…

   Thomas szanuje Ziemię jak kogoś bliskiego, tak jak i oni: z niej się zrodzili, ona podtrzymuje ich istnienie i do niej powrócą po śmierci; są jej częścią, a ona jest częścią nich; szanując ją, okazują szacunek samym sobie. Chronią zatem swoje środowisko odmiennie niż zachodni ekologowie, który czynią to z punktu widzenia naukowej dbałości o zasoby naturalne – ziemia nie jest bowiem ich życiem. Wiedzą, że człowiek może wpływać pozytywnie lub negatywnie na zjawiska przyrodnicze, ale nie mają pojęcia, że jego pragnienia i myśli mogą mieć wpływ na przyrodę, że dobra myśl o własnym zdrowiu i wzroście będzie również dobra dla rośliny – zły plon jest konsekwencją nieodpowiedniej postawy etycznej i niewłaściwych relacji z Matką Ziemią. Thomas w to wierzy, i ja też – nie tylko z obserwacji, gdyż nie zawsze siedziałem przy biurku! Jeśli zobaczysz ziarno kukurydzy na ziemi, podnieś je i zadbaj o nie, ponieważ zawiera w sobie życie. Kiedy wyjdziesz przed dom o poranku i ujrzysz wschodzące Słońce, zatrzymaj się na chwilę, by pomyśleć o tym. Słońce daje ciepło roślinom, które rosną na polach. Jeśli na niebie jest chmura, spójrz na nią i pamiętaj, że przyniesie deszcz wyschniętej ziemi. Kiedy bierzesz wodę ze źródła, bądź świadom, że to jest dar natury. Ciężka praca jest duchową treścią drogi Hopi oraz Thomasa, doświadczaniem sacrum, ponownego aktu stworzenia świata…

                 

                                                                        Cdn.

00:38, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 października 2010
Litwa literacka czy pogańska?

     Gerbiamas Czytaczu mego bloga! Jutro znowu tam wyjeżdżam, więc czas na kilka litewskich refleksji w takiej kolejności, w jakiej zapisałem je niedawno w swym notesie. Jak zwykle nie jedziemy tam, by pielęgnować tradycje literackie. Tę Litwę literacką, w przeważającej mierze bogoojczyźnianą, zresztą znam, bo przed trzema laty Maciek (fotografik, malarz, któremu 9 marca 2009 roku poświęciłem osobny post) mnie tam zawiózł. Przede wszystkim do Wilna, zaczynając oczywiście od Serca Marszałka na Rossie, a potem galop przez kościoły: św. Jana Chrzciciela, Jakuba i Filipa, Kazimierza, Stefana, etc., no i rzecz jasna cerkiew i klasztor Bazylianów, gdzie więziono między innymi filaretów i filomatów, w tym Adama Mickiewicza, co nam, pomnym ich martyrologicznych udręk „ze słonymi śledziami bez popitek”, wyciska łzy z oczu, ale mnie nie, gdyż wiem, że tym „biedakom” chyba nigdy w życiu tak dobrze się nie powodziło jak tam (tak twierdził Tomasz Zan) – od pań wileńskich przynoszono im bowiem codziennie w koszach kaczki, indyki, gęsi pieczone wraz z bateriami najprzedniejszych win, a na deser winogrona czy kandyzowane owoce. O Ostrej Bramie, a szczególnie o Kaplicy Ostrobramskiej napisano już tyle, że mój głos w zgiełku innych głosów i tak byłby niesłyszalny, w każdym razie przysięgam, że żadnego z ponad ośmiu tysięcy wotów tam zawieszonych (medalionów, ryngrafów, tabliczek czy korali) nie ukradłem, tym bardziej tych srebrnych w kształcie serc, rąk i nóg, które zniknęły stamtąd w marcu tego roku, gdyż siedziałem wówczas kołkiem w Iwoniczu-Zdroju!

              

                      Wnętrze Kaplicy w XIX wieku

     Jadąc tam widzieliśmy na rzece tratwę z grubych dech przywiązanych do „pływaków” – wielkich plastykowych butli, a na tratwie czworo podróżnych, w tym jedną babę o pokaźnej tuszy, która na mój widok ochoczo rozchyliła tłuste uda, pokazując majtki w różowe groszki; troje siedziało pośrodku na tobołach, z tyłu stał chłop z długim drągiem – w razie potrzeby mógł się zapewne przemieszczać z nim po bokach tratwy. W jednym miejscu w rowie walało się mnóstwo krowich czerepów, takich jak te, które wisiały na moim dawnym domu letnim – z wymalowanymi na biało przez małą Asię oczodołami oraz obwiedzionej krwistą czerwienią dziurze po pistolecie trzpieniowym do uboju bydła (przed rokiem gdzieś wyczytałem, że długoletni pracownik ubojni przystawił taki pistolet do głowy świeżo przyjętemu do pracy dwudziestolatkowi, bo ten się „stawiał”; chłopak po ośmiogodzinnej operacji cudem przeżył i zapewne już nigdy stawiać się nie będzie)…

                

                  Dżukija (fot. Maciej Jóźwiak)

           

     Z Wilna zapamiętałem jedynie Rossę widzianą o zmierzchu, bo tam znaleźliśmy się powtórnie przed odjazdem z Wilna. Fale różnobarwnych światełek spływające ze wzgórza w dół i tam bijące o brzegi ciemności. Zdawało mi się, że widzę polatujące wokół jak błędne ogniki dusze zmarłych – – a po niewielu godzinach nagły przeskok do miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc! Uroczyska, uroczyska, uroczyska spowite oparami mgieł, i gdzieniegdzie wyłaniające się z nich wsie biedne i opuszczone, bo niemal wszyscy młodzi wynieśli się na Zachód, gdzie osiadają na stałe. Tam rodzą dzieci, a tutaj ani jednego krzyku dziecięcego. Ani jednego. W upiornej ciszy koślawe cienie staruszków obojga płci częściej za brudnawymi szybami równie jak oni wykoślawionych okien, niż na podwórzach, gdzie babina, potykając się o własne nogi, próbuje zagnać do kurnika opieszałą kokoszkę, która jeszcze stara się coś wygrzebać z rozdziobanej i pokrytej odchodami ziemi, a starzyk stojący przed drewutnią z mocno nadwątlonymi drzwiczkami zwisającymi na jednym parcianym pasie długo przymierza się do siekiery, zanim uderzy w grube polano. Dogorywają w drewnianych chałupach pokrytych eternitem. Ten szary jak ich życie eternit (omszały tylko od strony północnej) to ich jedyna nadzieja na wieczność (aeternum). Na wyboistej drodze klekocze zapóźniona para bocianów z dobrze już wyrośniętym malcem z dziobami zwróconymi ku dolinie Nilu – najwyższy czas odlecieć z tego coraz mniej gościnnego miejsca…

             

        Przed odlotem z Litwy (fot. Maciej Jóźwiak)       

     Noce są coraz zimniejsze, poranne mgły unoszą się często dopiero w południe, ale z nieba częściej niż słoneczne promienie spadają mżawki. Chodzę wtedy w „pelerynie”, którą dostałem przed rokiem od Wojtka, a na tę wyprawę wrzuciłem do plecaka, wcześniej jej nie rozpakowując z pokrowca opatrzonego obiecującym nadrukiem: CRO-SANDE d.O.O LIVNO… Gdy po raz pierwszy włożyłem ją na siebie, Maciek zeszczał się w spodnie ze śmiechu, bo jest to fioletowa kapa pątnicza z wielkim napisem na plecach i piersiach „Medjugorje”! Ja i Medjugorje, ok, jestem w pielgrzymce do pogańskich uroczysk litewskich, gdzie didki kosmatymi ogonami na czarną mszę dzwonią! A dlaczego dzwonią, didku go wi, czyli diabeł wie?  

          

                         Na litewskich uroczyskach

     Znacznie żywiej i ciekawiej niż w tych wymarłych wioskach jest na cmentarzach, gdzie na wielu nagrobkach widać, ale dopiero po zadarciu głowy do góry, czym się zmarli zajmowali za życia. Nad grobem bartnika – na wysokim słupie przepiękna barć z grubego, wypalonego w środku pnia, z wyciosanym na niej niedźwiedziem. I wyobraźcie sobie, że wprowadziły się tam pszczoły! Nad grobem stelmacha oczywiście drewniane koło od wozu w dobrym stanie. Na cmentarz wchodzi się jak do Miasta Snu – te litewskie krzyże to kawałki architektury z wystrojem rzeźbiarskim (stylizowane ptaki, słoneczka, półksiężyce, motywy roślinne) oraz malarskim (patrz: malarstwo niedzielne na desce). Czasami te krzyże mają na skrzyżowaniu ramion kapliczkę. Częstokroć są to Drzewa Życia (Świata) tak jak w dawnych pogańskich czasach, bo Litwini wierzyli, że dusze zmarłych przenikają w drzewa. Kościół zwalczał te zwyczaje jak mógł, dopuszczając jedynie, by słupy zwieńczone były krzyżami (niekiedy cudnej ręcznej kowalskiej roboty), kapliczkami, względnie świątkami dumającymi pod misternymi daszkami, a nie ptakami, gadami czy głowami koni…

     Paradoksalnie, ale mnie te wiejskie cmentarzyki, które obecnie coraz bardziej zatracają swój rodzimy charakter i niedługo zaczęłyby przypominać nasze, gdyby nie obecność coraz bardziej karlejących i naznaczonych nowobogackim wykwintem „drzew życia”, kojarzą się nieodparcie z Litwą pogańską oraz z „dziadami” – zwyczajem ludowym wywodzącym się z przedchrześcijańskich obrzędów, którego głównym celem było nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych po to, by zyskać ich przychylność. Chrześcijaństwo przejęło bez znamion tamtej obrzędowości jedynie „dziady” obchodzone kiedyś nocą z 31 października na 1 listopada, zwaną Nocą zaduszkową, która poprzedzała jesienne święto zmarłych obchodzone około 2 listopada, pomijając wiosenne święto zmarłych obchodzone około 2 maja, oba wyznaczane podług faz księżyca.

     Obecność „dziadów” czułem nawet na sławnej Górze Krzyży, dokąd się udaliśmy po zwiedzeniu Szawli. Wiadomo, że na zgliszczach pogańszczyzny postawiono w roku 1430 w tym miejscu kapliczkę z górującym nad nią wielkim krzyżem, która upamiętniała przyjęcie przez Żmudzinów chrztu, a po upadku powstania listopadowego zaczęto tam przynosić i stawiać kolejne krzyże różnej wielkości, od ogromnych po prawie niewidoczne, stojące, położone lub podwieszone, tak iż jedynie szacunkowo można przyjąć, że obecnie jest ich około sto pięćdziesiąt tysięcy. A stało się tak mimo prób całkowitej likwidacji tego miejsca w okresie władzy sowieckiej przy pomocy nie tylko zakazów pielgrzymowania tutaj i stawiania kolejnych krzyży, lecz zniszczenia już istniejących z użyciem pił, siekier i buldożerów. Według mnie to wszystko włącznie z oporem mieszkańców Litwy wzięło się z odwiecznej świętości tego wzgórza położonego kilkanaście kilometrów na północ od miasta, gdzie wzniesiono, bo tu było to już niemożliwe, dwudziestojednometrowy pomnik Łucznika (Strzelca), służący także jako zegar słoneczny, dla uczczenia siedemset pięćdziesiątej rocznicy zwycięskiej dla pogańskich Żmudzinów bitwy z rycerzami zakonu kawalerów mieczowych…

                    

                 

11:25, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
Litwa literacka czy pogańska? (cd.)

     Jechaliśmy i jechaliśmy leśną drogą, aż nagle w środku boru ogromne domostwo rozjaśnione światłami, a przed nim pod zadaszeniem, ozdobionym na szczycie wypalonym w glinie wizerunkiem czarnego słońca z wybiegającymi z niego złocistymi promieniami splecionymi ze słomy, wielka wystawa rzeźby ceramicznej. Bez żadnego nadzoru. Mogliśmy to, co byśmy zdołali pomieścić w samochodzie, władować i odjechać. Długi na chyba siedem metrów stół z dwiema ławami po bokach, a na nich od wyboru do koloru. Ceramika, czasami naśladującą ludową, ale w pełni profesjonalna, wysmakowana artystycznie. Dotyczyło to i wytworów słynnej na całym świecie litewskiej ceramiki czarnej (Lithuanian black pottery), wypalanej przy użyciu sękatej sośniny, i tej z polewami nie tylko w trzech typowych dla tutejszej ceramiki kolorach, zielonym, żółtym oraz brązowym. Gliniane gwizdawki z motywami zwierzęcymi, śliczne kubki, talerze czy misy z najrozmaitszą ornamentyką malowaną, wtłaczaną lub rytą, ale nie po nie Maciek tu przyjeżdżał. I mimo wszystko nie po te figurki mniej więcej dwudziestopięciocentymetrowej wysokości, w tym czarnych byków, kozłów czy kogutów, składanych ongiś jako ofiary całopalne litewskim bogom, którzy zapewne najbardziej byli ukontentowani, gdy spalono w ofierze komtura krzyżackiego z Kłajpedy (wówczas Memla) – siedzącego na koniu w pełnym uzbrojeniu (po tej szczególnie pożądanej ofierze nawet zwyczajne placki z pierwszego zboża, popijane oczywiście piwem warzonym z pierwszego plonu jęczmienia, musiały smakować im wybornie). Już wiadomo, dlaczego Velnias – rogaty diabeł w czarnej polewie z czerwonymi akcentami kolorystycznymi, który stoi na stole – śmieje się do rozpuku! Jednakże nie on i nie figurki Ondinisa, Ledy, Neringi itp. przyciągały nieodparcie nasze oczy, lecz ona, bogini ziemi, urodzajów i dostatku, Žemynie!

     Tych bogiń jest tu kilkanaście – podobnej wysokości co tamte są też opatrzone karteluszkami w cenami w litach oraz informacją, że 1 USD = 2, 68 LTL, a 1 EUR = 3,45 LTL. Boginie jak trzeba, ale tylko jedna, ustawiona w samym centrum, co najmniej półmetrowej wysokości, jest prawdziwą Matką Ziemią, i tylko przy niej nie ma ceny, co oznacza, że nie jest na sprzedaż, że jest bezcenna. Promienie włosów mocno już spłowiałe – widać, że od wielu lat tak stoi na czele Ceramicznej Armii, której skład osobowy ciągle się zmienia… Pokazuję na nią palcem, Maciek wzdycha bezradnie: „Już dwa razy chciałem ją kupić, ale nie ma o tym mowy!” Wybiera gwizdawkę, dwa kubki, trzy talerze, cztery misy i co najmniej ze sześć różnych figurek – na małe Žemynie nawet nie patrzy. Ustawia na ławie, podlicza kwoty na kieszonkowym notebooku, gdzie wpisuje wszelkiego typu informacje, nawet te dla mnie absurdalne, i człapie w ciężkich buciorach ku domostwu, a ja zostaję, by po raz ostatni w słabym świetle jednej żarówki zawieszonej centralnie napaść oczy tą ceramiką.

 

                   

                    Czarna ceramika (fot. Maciej Jóźwiak)

     Po dziesięciu minutach Maciek wraca w towarzystwie starszej pani, o której wiem, że nazywa się Elvyra Petraitiene, ponieważ zapamiętałem jej twarz ze strony internetowej. Patrzy na zakupy Maćka, na poszczególne pozycje na laptopie, zsumowane kwoty, bierze pieniądze. Na jego błagalne spojrzenia rzucane w kierunku TEJ Žemynie kiwa przecząco głową: „Nie na sprzedaż!” Następnie pyta po polsku, chociaż jest rodowitą Litwinką, kiedy wracamy do kraju, bo dopiero wtedy mnie dostrzega, stoję bowiem w półmroku przy drugim końcu stołu. Nasze spojrzenia się krzyżują. Podchodzę. Zaczynam z nią rozmawiać, gdy Maciek pakuje ceramikę w kartony, zabezpiecza starymi gazetami litewskimi, wsypuje między nie trociny. To znaczy opowiadam jej o swoich wrażeniach, oprowadzając ją po tej przyleśnej galerii, a ona patrzy to na Maćka, który po włożeniu kartonów do bagażnika, znowu stoi w zadumie przy TEJ Żemynie, to na mnie, i nagle proponuje: „Może napilibyście się herbaty?”

     Tę herbatę piliśmy przez kilka godzin. Artystka pięknie zasłała duży stół, pojawił się na nim sękacz wraz z innymi wypiekami domowymi, a zaraz potem duża butla z przednim winem, po czym poszła się przebrać w strój litewski, ponieważ ją o to poprosiłem. Wraz z nią przyszła jej córka, Ruta Indrasiute (to od tego nazwiska Maciek ukuł rzekome imię matki, będącej Elvyrą, a nie Indrą!), która zajmuje się wyrobem ceramiki użytkowej. Nie mając jak matka wykształcenia artystycznego, osiągnęła przy niej tak wielką biegłość w ceramicznym rzemiośle, że jej prace prezentowane są na wystawach w całej Europie. Ruta to wypisz wymaluj Žemynie, prawdziwa bogini urodzaju, szczególnie w tradycyjnym stroju, składającym się ze spódnicy, koszuli, zapaski, bezrękawnika i krajki, czyli pasa, a wszystko zdobione pięknym haftem; na bosych stopach – skórzane „postały”. Elvyra miała na głowie zawój, zwany tam „napitką”, natomiast Ruta stroik ze wstążkami, „galionas”, które noszą tam kobiety niezamężne, mimo iż jej nazwisko świadczyło o tym, że kiedyś miała męża, lecz takiego, którego trzeba było wyrugować z serca, a stopniowo nawet z pamięci.

                           

     Ponieważ podczas poprzedniej wizyty Maciek mi powiedział, że rzeźbiarka Elvyra ma na imię Indra, nazwałem ją w myślach Indrani, która jak wiadomo była małżonką Indry, uważanego między innymi za boga płodności, a zatem w mych wyobrażeniach musiała mieć wiele wspólnego z TĄ Žemynie, którą, jak się okazało, wypalała przed laty jej córka Ruta. Nieważne, która z nich plasnęła w ręce: „Jest tak udana, że nie wolno jej sprzedać…”, i nieważne, że stała się tylko duchem opiekuńczym wyrobów ceramicznych, gdyż duchem opiekuńczym owego leśnego gospodarstwa była inna Žemynie, ta czuwająca przy samym wjeździe jakby w kapliczce wyciętej w potężnym pniu drzewa, którego nie mogłem rozpoznać w ciemności, więc nie wiem, czy było ono kiedyś przykościelną lipą, polną gruszą czy jednym z bóstw leśnego panteonu, bo tak czy siak jego i jej płodność zapładniały się wzajemnie i jakby odwiecznie…

     Elvyra nauczyła się języka polskiego dzięki polskiej telewizji, której audycje docierały aż tam. Maciek milczał, jakby dla potwierdzenia tezy, że on „nie jest od mówienia”, lecz wedle mego mniemania wzięło się to z tego, że wybornego wina jako kierowca pić nie mógł, a my gadaliśmy, śpiewaliśmy i nawet tańczyliśmy, gdyż usłyszawszy, że jestem synem tancerki baletowej, obie panie próbowały na wyprzódki nauczyć mnie kroków litewskich tańców ludowych. W końcu mój przyjaciel orzekł, że najwyższy czas już na nas, bo o świcie mamy ostatnią sesję zdjęciową na ogromnym żeremiowisku (z długimi bobrzymi tamami, do których dochodzi się po kępach zanurzających się całkowicie w wodzie pod stopą, a potem wynurzających się jak pies, który otrząsa się z wody, gdyż one też się trzęsą, stąd „trzęsawiska”). Wstaliśmy od stołu, a ja patrząc na Elvyrę mówię: „Dajcie nam tę Žemynie, zrobicie i wypalicie sobie drugą, proszę!” Spojrzały na siebie i Elvyra westchnęła: „Dobrze, weźcie, ale muszę jej dorobić nowe włosy…” Przyniosła przygarść słomy chyba jęczmiennej, poszliśmy, jej córka też nam towarzyszyła i obie panie, śpiewając po litewsku, zrobiły Žemynie nowe uczesanie, wręcz bosko piękne w swej lśniącej promienistości… 

                       

                       (fot. Maciej Jóźwiak)

     A potem powrót przez nocny bór (Dzukija National Park) do parterowego domku przy domostwie innej Ruty, też artystki ludowej, ale zajmującej się szyciem kobiecych strojów, właśnie takich, w których paradowały niedawno Elvyra i tamta druga Ruta – Maciek przez cały czas bulgotał z radości, że ma wreszcie swoją upragnioną Žemynie, mimo iż kosztowała całe tysiąc litów. W domu szybko rozpaliliśmy ogień, żeby się wreszcie wygrzać po namiotowych chłodach. Drzwiczki są w ścianie, za którą jest sauna. Pali się drewnem – wesoło płonie, tańcząc po ścianach i suficie kuchni, w której siedzimy przy stole (Maciek jak zwykle w każdej wolnej chwili obrabiający w komputerze zdjęcia, a ja popatrujący z boku na ekran). Po dwudziestu minutach możemy zrzucić szatki i włazić do sauny, gdzie kamienie na płycie zwykłego pieca wiejskiego rozpalone są do czerwoności. Od czasu do czasu chlustamy na nie wodą. Maciek włazi na samą górę, bo to wielkie chłopisko ma co z siebie wypacać. Ja bym się tam ugotował na miękko. Na termometrze prawie sto stopni! A później śpiewamy na cały głos (Maciek fałszuje okropnie, ale dzielnie stara się mi wtórować), oblewamy się wodą czerpaną kubełkiem z wielkiej beczki i smagamy brzozowymi miotełkami po wszystkim co popadnie, aż z miotełek zostają nagie wiechcie. Na zdjęciu Maciek dorobił mi diabelskie różki!

                

     Atsiprašau už klaidas laiške Janusz B. Roszkowski

     PS Tym razem Maciek zakupił u Elvyry boginię miłości, Mildę, znów w drodze wyjątku, ponieważ artystka postanowiła nie sprzedawać swoich wspaniałych rękodzieł nawet na wystawach. Sama Milda jest „siwakiem”, natomiast spoczywający między jej piersiami Kauka, żywiący się chlebem, mlekiem lub piwem opiekuńczy duch domowy, przebywający najchętniej za piecem (niepokojony może się mścić, wywołując pożar), przedstawiony tu w postaci koguta, jest oczywiście kolorowy. Tym razem Maciek sfilmował wszystko, co w tym domostwie nadawało się do sfilmowania, w tym ceramicznego psa o niebieskich skrzydłach, gdyż tak anielsko uskrzydlony udał się on po długoletniej służbie u Elvyry do psiego raju, a także nagrał jej komentarze do poszczególnych rzeźb. W pewnym momencie westchnęła i pokazała nam swój artykuł zatytułowany Inna rasa, który wzbudził na Litwie ożywioną dyskusję. Chodziło o współczesnych Litwinów, szczególnie tych młodych, dla których tak zwane wyższe wartości, w tym „sztuka wysoka”, są pustym określeniem…

    Konsumpcjonizm zabił także, według niej, to, co nazywano kiedyś sztuką życia. Przekonaliśmy się o tym w kwadrans po pożegnaniu się z Elvyrą, gdy Maciek postanowił odwiedzić tę drugą Rutę od litewskich strojów ludowych, no i uścisnąć grabę jej mężowi Tauliusowi, zawołanemu ekologowi, który niedawno prosił Maćka, by ten podpisał się pod petycją wzywającą do ochrony wielorybów. Stałem za Maćkiem i przyglądałem się trójce ślicznych dzieciaków, bawiących się na podłodze w dziwnej ciszy, a potem przeniosłem wzrok na nagle postarzałą i przygarbioną kobietę o tak młodzieńczych przed jeszcze trzema laty rysach, która wymamrotała, że Taulius ich opuścił i odszedł do młodej dziewczyny. Nie chcieliśmy nocować w „domu gościnnym” tak nagle niegościnnym nie z winy gospodyni, mimo iż niedawno gościła w nim Pierwszą Damę Litwy, ani brać sauny. Mieliśmy ściśnięte gardła.

   Galeria artystki świeciła pustkami. I nie chodziło tylko o koniec sezonu, o czym powiadomiła nas zgaszonym głosem Ruta, dodając, że z powodu kryzysu nikt tu już prawie nie przyjeżdża, strojów też nie kupują, dlatego trochę rozumie Tauliusa, który w Niemczech otarł się o wielki świat, a tutaj przy braku ruchu turystycznego prawdziwe pustkowie, nie dla takiego kipiącego energią człowieka, jakim był… Nie mogliśmy tego słuchać, więc Maciek zapytał, czy może kupić tę pięknie ilustrowaną książkę o ludziach z tych stron, te kilka zakurzonych słoików miodu z opiewanej w Internecie pasieki „Ruta and Taulius Sakalai”, z barciami znajdującymi się w uschłym drzewie, a także marynowanych grzybów, no i te herbatki z leśnych roślin, szarzejące na dnie kosza, wydając na te zbędne zakupy, gdyż i mód, i grzyby nabył wcześniej w podmakowskim Zaciszu, kilkadziesiąt euro. Taulius Sakalai (jego nazwisko będzie mi się odtąd kojarzyć z „szakal”) i Maciej Jóźwiak to rzeczywiście zupełnie inna rasa!   

  

11:09, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »