RSS
sobota, 31 października 2009
Chyba wszyscy poszli dziś na groby...

      A ja, na jakie groby moich bliskich mógłbym dziś wpaść? Grób mej matki znajduje się na wzgórzach witomińskich w Gdyni, „najcudowniejszym cmentarzu świata”, jak mawiała za życia. Pochowano ją tam po samobójczej śmierci w dniu ślubu mego młodszego o dziewięć lat brata, Jurka, chyba w pierwszych dniach lipca 1972. W godzinie jej śmierci szedłem sztokholmską ulicą z moim kolegą i nagle zacząłem rozpaczliwie szlochać. Zdumionemu koledze wyjaśniłem, że płaczę, ponieważ moja matka właśnie umarła, mimo iż dowiedziałem się o tym oficjalnie dopiero po dwu latach. Powiesiła się w proteście, że mój brat śmiał związać się z inną kobietą! Mój brat spoczywa obok niej. Na rok przed jego śmiercią opowiadałem wszystkim, że zginął w zderzeniu czołowym z ogromnym samochodem-chłodnią. I tak się w istocie stało...

     Mój brat komponował piosenki. Do słów mojej matki: Nie dogonisz mnie myślą, nie dogonisz, nie dogonisz mnie myślą, nie dogonisz, / bo myśl moja jest chyża, / jak jaskółka lot zniża, bo myśl moja pędzi jak sto koni... itd.  Do moich słów też komponował. Cudownie to śpiewał! Można powracać i nie powracać, / można odchodzić i nie odchodzić, / znam powroty powracających ptaków / i odejścia odchodzących godzin... / Ptaki powracają i budują gniazda, / godziny odchodzą i noc nie jest nocą, / lecz to nie są te same ptaki, / lecz to nie są te same godziny!!! Głos jego w tym momencie prawie płakał...

      Zginął w styczniu 1976  –  nigdy nie spotkałem się z jego jedyną córką, Donatą (Matko Boska, Donatka kojarzyła mi się zawsze z „denatka”!). Matka ją „chroniła” przed najbliższą rodziną jej ojca, Niną i mną... Moja córka Asia była u niej niedawno w Hiszpanii. Jest piękna po ojcu (Jurek miał innego ojca, z Lelitów), ale zupełna dziczka, stroni od mężczyzn, śpiewa na statkach wycieczkowych...

      Jest jeszcze grób mej przyszywanej babci, Anny, jehowitki, jedynej, która mnie naprawdę kochała w dzieciństwie. Na całe półtora roku zabrała mnie z domu dziecka i stworzyła mi w Miliczu prawdziwy dom... kurczęta wykluwające się w kuchni... krowa Klara, za której cycki ciągnąłem, cudownie mądra... szczenięco rozbrykany koń Karol, na którego grzbiecie jeździłem na oklep... sumy nad tamą, które łowiłem na sam haczyk, tak były żarłoczne... Zostałem ochrzczony w Baryczy, wraz z innymi braćmi i siostrami... Zrobiłem to dla babci, ponieważ ją kochałem, mimo iż inaczej wierzący byłem chyba od urodzenia...

     Ale moja matka, która chyba nigdy nie porozmawiała szczerze z Panem Bogiem, po jedynym przyjeździe do Milicza, gdzie „życzliwi sąsiedzi" (katolicy) poinformowali ją głosami drżącymi od emocji, co „ta obłąkana kociara wyprawia ze swoim wnuczkiem", postanowiła położyć kres „tym oburzającym praktykom” – i zawiozła mnie ponownie do domu dziecka, tym razem na Oksywiu, gdzie od razu niemal cudem nie zginąłem od wybuchu bomby-niewypału (wysadzaliśmy w powietrze poniemieckie bunkry –  jeden z nich, biegnący pod morzem, odkryliśmy (kilka lat po wojnie!) jako pierwsi: w szpitalu polowym, do którego dotarliśmy dzięki pochodniom robionym z poniemieckich gazet, było mnóstwo kościotrupów na łóżkach...

       Na grób mej babci na cmentarzu wawrzyszewskim, niezbyt oddalonym od tej Zbyszkowej Wólki, nie mógłbym jednak pójść. Jej pogrzeb, tej „przechrzty”, jak powiedział mi proboszcz miejscowej parafii, gdym płacił za pochówek, odbywał się w niesamowitej scenerii styczniowego dnia. Taką śnieżycę przeżywałem tylko w górach. Do tego wichura unosząca żałobników niemal w powietrze. Sami Jehowici i ja... Nic więc dziwnego, że ten grób zapadł się jakby pod ziemię. Pod samym murem cmentarnym, gdzie ją pochowano jak wisielca, nie było już w miesiąc później śladu po jej grobie. W papierach cmentarnych też... Ksiądz rozkładał bezradnie ręce. Mnie nie pamiętał, bo „tylu interesantów przyjmuje codziennie”, a sam nie był przecież na pogrzebie, więc nie miał pojęcia, czy w ogóle została tam pochowana... A ja zgubiłem kwit… Z Biblii, z której jeden z braci usiłował coś przeczytać, wichura wyrywała kartki...

      Innych grobów już nie znam... Aaaa, na Bródnie jest grób mego dziadka Bolesława z 1929 roku. Moja mama miała wtedy dziewięć lat. Gdy miała dwanaście była już sierotą. Ale grobu babci (jej matki) nie ma. Nie miał kto o to zadbać... Skończyły się dla mojej biednej matki dziecięce teatrzyki w domu na rogu Złotej i Marszałkowskiej, i niemal natychmiast wrzucono ją na scenę teatru dla dorosłych...

     PS Dopiero teraz spojrzałem na akt zgonu mej matki. To było 26 czerwca 1972 roku. Jedna z jej piosenek nosiła tytuł „Pojedynek”: To był śmiertelny pojedynek, / nie było tarcz, nie było mieczy, / tylko nienawiść, podstęp i zdrada, / co trafia celniej niż szpada, / ciemność, co zbrodni wszelakiej sprzyja / i miłość już niczyja... Taki pojedynek toczyłem z moją matką jeszcze długo po jej śmierci. A teraz tulę Ją do siebie, gładzę po głowie, bo wycierpiała dużo – i niewiele zaznała miłości...

11:02, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »