RSS
piątek, 27 września 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 34)

 

Mieczysław Jastrun Większe od życia. Czytelnik 1960

 

[Kolejna z najważniejszych postaci powojennego życia literackiego w Polsce, wywodząca się też ze środowiska żydowskiego (pierwotnie nazywał się Mojsze Agatsztajn), z niezbyt odległych od Iwonicza-Zdroju stron – dzieciństwo spędził w Jodłowej, gdzie w roku 1920 przyjął chrzest w kościele katolickim, a szkolę średnią ukończył w Tarnowie. W pierwszą rocznicę napaści ZSRR na Polskę wstąpił w 1940 r. do Związku Sowieckiego Pisarzy Ukrainy. Pierwszym zadaniem „stalinowskiego inżyniera pióra” było opracowanie wraz z Julianem Przybosiem podręcznika literatury polskiej dla klas X, opartym na wytycznych W.I. Lenina i W. Żdanowa, z wierszami S.J. Leca Stalin, L. Pasternaka Lenin czy A. Ważyka Do młodej robotnicy.

Będąc od roku 1945 zastępcą redaktora naczelnego „Kuźnicy” należał do najbardziej wojowniczych członków tej redakcji, piętnując zbrodnicze, reakcyjne podziemie – żołnierzy AK walczących z władzą ludową: Twarze spode łba, jakby wyjrzały spod hełmu / Żelaznego najeźdźcy, w oczach – nocy bielmo. / Szeleszczą po kolana brodząc w zeschłych zielskach. / Szkaplerz lub krzyż na szyi, w ręku broń angielska. / Pod pachą ciepłem ciała ogrzana pepesza / Jak żmija utuczona ołowiem się zwiesza. / Mundur polskich żołnierzy, w piersi serca wrogów, / Wiatr nocny idzie z nimi, przyjaciel rozłogów (...), i atakując Kościół, który ich wspierał: Krzyż i czarne ramię / Błogosławią broń. // Wśród burzy śniegowej /Jak wybuch pożaru / Dom Władzy Ludowej / W czerwieni sztandarów.

W nagrodę dostał piękne mieszkanie z telefonem na Mokotowie (w domu przy ulicy Iwickiej 8A zgromadzono, według wypróbowanego wzoru radzieckich organizatorów życia literackiego, wyłącznie pisarzy, m.in. Artura Sandauera, Juliusza Żuławskiego, Bohdana Czeszkę, Mariana oraz Kazimierza Brandysów, Adolfa Rudnickiego, Seweryna Pollaka, Pawła Hertza) i najwyższe odznaczenia państwowe, a na przyjęciach sadzano go przy jednym stole z Bierutem, z którym był na ty, co obligowało go do zwiększonych wysiłków poetyckich – gromił kułaków, opiewał pamięć Pawła Findera i Lenina, pisał z entuzjazmem o zwycięstwie komunistycznej armii w Chinach, rzewnie opłakiwał śmierć Stalina: Imię jego poniosą rozwinięte sztandary klasy robotniczej, Partii, dalej w przyszłość

 

 

                 http://jbr.blox.pl/resource/Jastrun.jpg  http://jbr.blox.pl/resource/Poeta_i_dworzanin.jpg

 

 

Już niezbyt dla siebie przyszłościową partię opuścił jako „kosmopolityczny rewizjonista” (według określenia władz gomułkowskich) dopiero wtedy, gdy odwilż październikowa 1956 zaczęła pokrywać się coraz grubszą warstwą lodu, a właściwie betonu (partyjnego), ale nawet po podpisaniu „Listu 34” wolał się nie wiązać ze środowiskiem opozycyjnym (syn Tomasz objaśniał to tym, że z obrzydzenia swoją działalnością w latach 1944-55 nie otrząsnął się aż do śmierci), uprawiając w zaciszu swego gabinetu lirykę refleksyjno-filozoficzną i moralistyczną, do czego zapewne przyczynił się bliski, przekładowy kontakt z poezją Friedricha Hölderlina oraz Rainera Marii Rilkego. W antologii Symboliści francuscy (od Baudelaire’a do Valery’ego) też można znaleźć jego przekłady. Wszystkie dobre, z solidnego warsztatu pana doktora polonistyki, ale mnie osobiście żaden z nich nie wprawił w zachwyt. To samo można powiedzieć o jego poezji.

 Przeczytany wtedy przeze mnie zbiór wierszy, z którego zrobiłem kilka wypisów, jest jednym z dwudziestu przez niego wydanych. Dodajmy do tego jedenaście książek eseistycznych oraz sześć książek prozatorskich, w tym Dzienniki z lat 1955-1981. Uczciwie przyznaję, że do większości z nich nie zajrzałem nawet później, gdy mogłem to zrobić, mimo iż nie można mu było odmówić umiejętności przekładania egzystencjalnych zagadnień na język literacki. Ale tę umiejętność też posiadłem, dlatego bez najmniejszej ekscytacji minąłem się z jego twórczością – tak jak kiedyś i z nim na korytarzu w PIW-ie].

 

 

 

TREN

Przechodzimy z roku w rok, z domu do domu,

Między oczami rozszerzonymi z przerażenia,

Między oczami zmrużonymi od światła.

Zawsze otwarci. Zawsze zakrywający nagość.

[Taka jest neurotyczna otwartość, którą staramy się zwieść innych. Gorzej, jeśli zwodzimy siebie].

 

EKRANY

Żyją nie wiedząc. Jak można tak żyć?

Jak można żyć wiedząc? […]

Odległości między gwiazdami nie są większe

Niż odległości od oczu do oczu

Ludzi, którzy nie spotkali się nigdy. […]

Więc można żyć na wielu falach światła

Naraz i wiedzieć, i nigdy nie umrzeć.

[„Jak można tak żyć?” pytają i jedni, i drudzy, nawet jeśli nie w pełni uświadamiają sobie inność tych, których spotykają na swojej drodze tak, jakby nie spotkali się z nimi nigdy. Łączy ich tylko jedno – nieuchronność śmierci, z którą każdy musi się zmierzyć sam].

 

HALUCYNACJA

Nawet na nicość podwójną

Trzeba zarobić życiem jednej chwili.

[Sam też ocierałem się w życiu o sytuacje, w których miałem poczucie nicości co najmniej podwójnej, ale nie mając nigdy wszystkiego, nie mogłem badać zależności między Wszystkim a Nicością. Są jednak tacy, którzy to robią. Ich rozważania przypominają w pewnym sensie te, jakimi zajmowali się scholastycy średniowieczni: ile szczebli miała drabina, którą Jakub ujrzał we śnie? Albo: ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki? W tym przypadku: ile nicków musi pobrać Wszystko z Nicości, żeby się w pełni nasycić?

Nie wiadomo, czy po wypełnieniu się łebka od szpilki diabłami, był on w stanie wydalić ich nadmiar z powrotem do piekła, bo scholastycy wymarli w wieku XV, natomiast dzięki neoscholastykom współczesnym wiemy, że Wszystko potrafi to zrobić, wydalając nicki, których nie zdoła przetworzyć na własną energię, ponownie do Nicości, skąd znowu je pobierze, jeśli zajdzie taka potrzeba. Gdyby scholastycy nie wymarli, zależność diabłów od łebka szpilki byłaby zapewne ściśle określona, tak jak to uczynili scholastycy współcześni, twierdząc, że Wszystko nie może istnieć bez Nicości, a ta stałaby się Nicością do potęgi minus dwa, gdyby została pozbawiona Wszystkiego.


 

                                    http://jbr.blox.pl/resource/Mistrz_scholastyki_i_jego_uczniowie.jpg

                                                                 Mistrz scholastyki i jego uczniowie

 

 

Mieczysław Jastrun nie mógł znać tych rozważań, bo są one sprzed dwóch lat, dlatego zasadne jest przypuszczenie, że ich autorzy starali się rozwinąć twórczo jego myśl. Dzięki temu będę się miał na baczności i po wezwaniu: podaj swój NICK, nigdzie się nie zaloguję, bo wówczas jacyś Oni będą wiedzieć o mnie WSZYSTKO, a lepiej, żeby nie wiedzieli o mnie NIC!].

 

WIĘKSZE OD ŻYCIA

To tylko oddać życiu,

Co jest od życia większe.

[Co może być większego od życia? Chyba tylko życie, które ktoś świadomie oddaje, żeby ratować życie innych. Bo jeśli chodzi o samobójców, to ich świadomość w momencie autodestrukcji jest zazwyczaj ogromnie zawężona. Jak u mojej matki. Albo nadmiernie poszerzona. Tak było na pewno w przypadku autora Malowanego ptaka, który postanowił odejść z tego świata po przejmującym wyznaniu: „Jak byłem małym dzieckiem, wszystko czułem, a nic nie wiedziałem. Teraz wszystko wiem, a nic nie czuję”. Malowany ptak nie potrafił fruwać – Jerzy Nikodem Kosiński, urodzony w roku 1933 w Łodzi jako Józef Lewinkopf, tak bardzo zakłamał swój świat i swoje życie, że w końcu stały mu się niemiłe, duszne, dławiące. Dlatego w maju 1991 zażył śmiertelną dawkę barbiturantów i nałożył na głowę plastykowy worek: Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością. Tak brzmiała pożegnalna notka.

 

 

                           http://jbr.blox.pl/resource/fot._Czeslaw_Czaplinski.jpg

                                                             fot. Czesław Czapliński

 

 

Bohumil Hrabal, urodzony w roku 1914 w Brnie, ale całym sercem związany z miejscem dla niego magicznym, ze Złotą Pragą, był zupełnym przeciwieństwem Jerzego Kosińskiego – na świat i własne życie patrzył z przymrużeniem oka, jakby przez pryzmat jasnego piwa pieniącego się w kuflach w gospodzie „U Zlatého Tygra”, a z jego twarzy nie schodził nigdy uśmiech serdeczny, nawet jeśli były to przeżycia smutne. Jego postaci łasiły się do czytelników, tak jak jego ukochane koty łasiły się do niego, więc wyskakując w lutym 1997 przez okno szpitalnego pokoju rozłożył szeroko ręce, jakby chciał objąć świat cały oraz wszystkich ludzi, w tym matkę „Maryškę”, ojczyma „Francina”, stryja „Pepina”, żonę „Pipsi” i brata „Slávka”, którzy odeszli przed nim spodziewanie lub niespodziewanie i tęsknili za nim w grobie rodzinnym na cmentarzu w Hradištku.  W tej ostatniej podróży towarzyszyły mu nie ptaki malowane, lecz zwyczajne praskie gołębie, które przedtem nakarmił. Oczywiście notki pożegnalnej nie zostawił. Ale ten samobójczy skok z piątego piętra w jednej ze swoich książek opisał…

 

 

                         http://jbr.blox.pl/resource/Bohumil_Hrabal.jpg

 

 

I nagła refleksja: na pewno nie będę żegnał się z życiem ani jak Kosiński, ani jak Hrabal. Z Kosińskim nie łączy mnie nic, poza mniej więcej tą samą profesją. Hrabal jest mi znacznie bliższy, ale daleko mi do takiej prostoty, która stała się osnową jego życia.  Zapewne umrę samotnie – wiele kobiet pragnęło umrzeć razem ze mną, ale żadna z nich nie potrafiła ze mną żyć. Nic to, nawet samotność może być złudzeniem, bo dzieli się ją przecież z samym sobą, a na sobie też całkowicie polegać nie można. Dlatego chciałbym przeżyć resztę tego, co jest mi pisane, w niezmiennej pogodzie ducha i darzyć ludzi, jeśli nie miłością, to przynajmniej zrozumieniem].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/jbr.jpg




 

                                                         Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



11:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 września 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 33)

 

Antoni Słonimski Załatwione odmownie. PIW 1962

 

[Mam list od niego. Napisał go do mojej matki, ale jego treść była niewątpliwie przeznaczona dla mnie (wtedy znani pisarze odpowiadali odręcznie na listy od zupełnie nieznanych autorów). Widniejąca na nim data jest nieco późniejsza od daty wydania tej książki, ale nie wiem, czy przeczytałem ją już wtedy. I podejrzewam, że z pomysłem przesłania do niego moich wierszy nie ja wyszedłem, mimo iż w moim recytatorskim repertuarze poczesne miejsce zajmował Alarm, utwór napisany przez niego w końcu września 1939 roku na emigracji w Paryżu, a opublikowany rok później już w Londynie. Nie dziwię się, że właśnie tak zatytułowano w 1995 roku film dokumentalny poświęcony panu Antoniemu.

 

 

                                                       8 Wrzesień 63

 

Szanowna Pani,

 

Myślę, że dobrze Pani zrobiła namawiając syna do przesłania mi wierszy pisanych w więzieniu, gdyż widzę w nich poważne zadatki i szkoda by było, gdyby się zniechęcił do pisania. Nie jestem krytykiem literackim i nie kwapię się z dawaniem rad, ale myślę, że syn Pani powinien pomyśleć również o prozie. Oczywiście równie ambitnej i poważnej jak nadesłane wiersze.

 

                                             Łączę wyrazy sympatji

 

                                            Antoni Słonimski

 

Minęło od tamtej pory pięćdziesiąt lat. Jeśli pan Antoni patrzy na mnie z zaświatów, to wie, że jego opinia w pełni się potwierdziła. Nie rozumiem tylko, dlaczego nigdy nie podziękowałem mu osobiście za ten list, nie podarowałem żadnego z trzech zbiorów wierszy, które wyszły za jego życia, mimo iż spotkaliśmy się kilka razy nie tylko w Warszawie? Trzeba byłoby zapytać o to tamtego mnie. Nawet w najskromniejszej postaci nie spłaciłem żadnego długu wdzięczności wobec tych, a było ich wielu, którzy okazali mi życzliwość w najtrudniejszym okresie mojego życia, tak jakbym czuł przymus wymazania z pamięci wszystkiego, co wiązało się z tamtymi przeżyciami. Pocieszam się, że w parku w Oborach k. Konstancina (ulubiony Dom Pracy Twórczej pana Antoniego) naprawiłem kilka ławek, na których lubił siadywać do owego feralnego dnia, kiedy wracając stamtąd samochodem do Warszawy miał wydawałoby się niegroźny wypadek drogowy, w którego wyniku zmarł. Na cmentarzu leśnym w Laskach zapaliłem mu w przepraszającym geście anonimowy znicz.

 

 

                               http://jbr.blox.pl/resource/Grob_Antoniego_Slonimskiego.jpg

 

  

Z racji nieubłaganie upływającego czasu coraz mniej ludzi wie, jaką niezwykłą postacią w polskim życiu literackim i społecznym był pan Antoni przez całe 77 lat naprawdę burzliwego wieku XX. Wystarczy wpisać w przeglądarce internetowej jego nazwisko, żeby się o tym przekonać. A jeśli chodzi o jego twórczość, to mniej gustowałem w tych wierszach, które on cenił najwyżej – Alarm oceniał dość nisko! – mimo iż do dzisiaj zachowały swój staroświecki, skamandrycki wdzięk. Wierszowane utwory publicystyczne też już trącą myszką, gdyż są dokumentem tamtej epoki: „Girlsy z białym niedźwiedziem tańczą na Alasce / Mister Dapson przeskoczył przez pięć beczek z piwem / Cała rodzina, nawet niania w masce / Trzyletni chłopczyk – a już z karabinem…” (Dokument epoki), ale wystarczyłoby podłożyć pod nie współczesne migawki filmowe i mielibyśmy gotowy dokument naszej epoki, chyba jeszcze bardziej absurdalnej.

Pan Antoni był przede wszystkim doskonałym felietonistą, prześmiewcą nie tylko naszych wad narodowych – przed wojną krytykował także ortodoksyjnych Żydów, zazdroszcząc im zarazem poczucia tożsamości, bo sam, wywodząc się też z tej nacji jak wielu innych twórców, nie wiedział, kim jest. Jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej „kwestia żydowska w Polsce” została przez nazistów rozwiązana, a ci z potomków Judy, którym udało się przetrwać, brali udział w tworzeniu nowej rzeczywistości powojennej.

On też, po powrocie w roku 1951 do kraju, władzę ludową nie tylko chwalił w swoich wierszach, ale i czynnie popierał. Właściwie robił to już na emigracji,  będąc dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie, który podlegał władzom komunistycznym. W koszmarnym felietoniku, zatytułowanym Odprawa i zamieszczonym w roku 1953 w „Trybunie Ludu”, piętnował podjętą przez Miłosza decyzję o emigracji, nazywając go wrogiem robotników, inteligentów i chłopów, a w podpisanym przez siebie w lipcu 1955 „Apelu 48” (jego treść i lista sygnatariuszy były uzgodnione z bezpieką) wzywał polskich emigrantów do powrotu do Ojczyzny.

Później, kiedy Gomułka odsunął go od sprawowania funkcji publicznych, związał się ze środowiskiem opozycyjnym, sygnując na ich prośbę szereg petycji kierowanych do władz państwowych i osobiście zanosząc je do premiera Cyrankiewicza, któremu przypisuje się powiedzenie, że „Polską swego czasu rządziły trzy siły polityczne: partia, Kościół i Antoni Słonimski”. W tym zredagowany przez siebie „List 34” (1964) – protest środowisk intelektualnych przeciwko cenzurze i ograniczaniu papieru na druk książek, pod którym podpisali się najwybitniejsi ludzie kultury i nauki, reprezentujący różne opcje światopoglądowe.

Pomijając fakt, że niewiele jest dzisiaj nazwisk tak świetnych (Leopold Infeld, Maria Dąbrowska, Antoni Słonimski, Paweł Jasienica, Konrad Górski, Maria Ossowska, Kazimierz Wyka, Tadeusz Kotarbiński, Karol Estreicher, Stanisław Pigoń, Jerzy Turowicz, Anna Kowalska, Mieczysław Jastrun, Jerzy Andrzejewski, Adolf Rudnicki, Paweł Hertz, Stanisław Mackiewicz, Stefan Kisielewski, Jan Parandowski, Zofia Kossak, Jerzy Zagórski, Jan Kott, Wacław Sierpiński, Kazimierz Kumaniecki, Artur Sandauer, Władysław Tatarkiewicz, Edward Lipiński, Stanisław Dygat, Adam Ważyk, Marian Falski, Melchior Wańkowicz, Jan Szczepański, Aleksander Gieysztor i Julian Krzyżanowski), solidaryzm tych środowisk, obecnie zajadle zwalczających się towarzystw wzajemnej adoracji, siedlisk obskurantyzmu i umysłowej ciasnoty, byłby nie do pomyślenia. I nawet pan Antoni, gdyby jeszcze żył, nie potrafiłby się tej okropnej degrengoladzie polskiego ducha przeciwstawić, bo od razu by go opluli za to, że jego „pierwszym sekretarzem” od roku 1969 był Adam Michnik].

 

 

 

                 http://jbr.blox.pl/resource/AntoniSlonimski.jpg

 

 

 

Ktoś powiedział, że największe rozczarowanie to podnieść listek figowy i nie znaleźć pod nim nic.

[Czyli figę].

 

Pokaż mi swego wroga, a powiem ci, kim jesteś.

[Dzisiaj taki sprawdzian byłby mylący – zbyt mało jest ludzi z klasą, więc wrogowie też jej mieć nie mogą. Niedawno pisałem o tym, że wszechwładnie panuje u nas kundlizm].

 

Paul Chauchard: „Zło zbliża nas do tego, co automatyczne i nieświadome, do zwierzęcia”.

[Dlaczego do zwierzęcia? Takie same odruchy jak one, czyli automatyczne i nieświadomie, ma zdecydowana większość ludzi. Refleksyjność jest stanem wyższym świadomości].

 

Królowej Elżbiecie bardzo podobał się pies doktora Bullein i prosiła, aby jej psa podarował, a w zamian będzie mógł zażądać, czego tylko zechce.

– Pies jest własnością Najjaśniejszej Pani – rzekł doktor.

– A czego waść żądasz w zamian?

Psa z powrotem – odpowiedział doktor.

 

[Taka ładna anegdota byłaby jak znalazł po skomentowaniu co najmniej kilkunastu zapisków, ale z tej książki wynotowałem tylko tyle. Czytałem w tamtym czasie jeszcze W oparach absurdu (Iskry 1958), zbiór purnonsensowych tekstów na potrzeby primaaprilisowych dodatków do czasopism, ale pomijając fakt, że pan Antoni pisał je na spółkę z Tuwimem, w zeszycie moim znalazł się tylko dwuwiersz opatrzony tytułem Bohater: „Bo ten wart nieśmiertelności, / kto honor wyżej ceni niźli własne kości”.

 

 

                  http://jbr.blox.pl/resource/img.php.jpg   http://jbr.blox.pl/resource/woparachabsurdu_antonislonimski_juliantuwim.jpg

 

 

W sumie jest tego zdecydowanie za mało, jak na prezentację kogoś, kto pełnił w naszym kraju tak wielką rolę opiniotwórczą i głosił: Bóg mi powierzył humor Polaków, dlatego pomyślałem sobie, że muszę zrobić dla niego wyjątek i zobaczyć, co wyszperali ci, którzy sięgnęli do wszystkich źródeł pisanych i niepisanych.  Cytaty wyjęte przez nich z a) Alfabet wspomnień, b) Ciekawość. Felietony z lat 1973-1976, c) Kroniki tygodniowe, d) Inne wywołały u mnie refleksję natury ogólnej. O tym, że można zostać człowiekiem epoką, będąc po prostu przenikliwym, dowcipnym, godnym, odważnym człowiekiem z epoki (w tamtej skarlałej epoce wystarczało to na wielkość)].

 

 

 

Brak poczucia humoru nie zawsze jest dowodem powagi.

[To samo powiedział Alfons Allais: „Ludzie, którzy nigdy się nie śmieją, nie są poważnymi ludźmi”, a Oskar Wilde dodał: „Kiedy powaga się starzeje, przekształca się w tępotę”].

 

Dowcip jest bronią, ale nie należy karać za nielegalne posiadanie dowcipu.

[Dowcip bywa bronią obosieczną. Pewien książę rozsierdzony żartami swego nadwornego błazna skazał go na śmierć przez ścięcie toporem. Zaprowadzono skazańca na miejsce kaźni, odczytano wyrok, przewiązano mu oczy, położono głowę na pniu, kat wziął zamach i uderzył go w kark… kiełbasą, czyniąc tak na polecenie księcia, który również odznaczał się poczuciem humoru, tyle że czarnym. Nie powinien się więc dziwić, że błazen umarł ze strachu, a mimo to był tym faktem wyraźnie zniesmaczony: „To ma być błazen? Niby błazen, a na żartach się nie zna!”]. 

 

Jesteśmy czymś w rodzaju przedmurza, ale przedmurza obrotowego. Od Wschodu albo Zachodu. Zależnie od koniunktury.

[Za to jedno stwierdzenie należał się panu Antoniemu pomnik, ale u nas stawia się pomniki ludziom obleczonym w nadętą powagę, która jego by śmieszyła, dlatego nawet po śmierci jedynie nieliczni traktują go serio, bo, jak mówił Adam Hanuszkiewicz, „u nas trzeba się nadąć, żeby być poważnie traktowanym”].

 

Zapomnienie jest higieną mózgu.

[Pod warunkiem, że jest to zapomnienie całkowite, co z uwagi na to, że mózg gromadzi informacje ze wszystkich zmysłów i niczego nie musi odrzucać, bo jego pojemność jest nieograniczona, bywa niezwykle trudne do osiągnięcia. Na szczęście są jeszcze inne sposoby dbania o jego higienę, choćby relaksacja, która pomaga nam się odprężyć, czy dobry sen, który daje mu wytchnienie. Widocznie wiedziano o tym już w starożytności, ponieważ do jednej z najbardziej wyrafinowanych tortur chińskich należało obcięcie skazańcowi powiek. Niemożność zamknięcia oczu i konieczność odbierania przez całą dobę bodźców ze świata zewnętrznego powodowały wycieńczenie, chorobę i śmierć. Dzisiaj na taką torturę skazujemy się sami – po włączeniu telewizora lub komputera].

 

Milczenie w pewnych wypadkach jest jednoznaczne z cynizmem.

[Tak to odbierają ci, którzy nie mogą przedrzeć się przez czyjeś milczenie. Cynizm jest jednak postawą etyczną bardzo zróżnicowaną – jeśli obnaża nasze zakłamanie, można ją uznać za nastawioną na realizację wyższej, bardziej autentycznej moralności. A zatem milczenie milczeniu nierówne. Milczenie wilków nie jest tym samym, co milczenie owiec].

 

Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową! głową! głową!

[Widać, że pan Antoni – w przeciwieństwie do mnie – nie grał w piłkę nożną, bo można ją podbijać wszystkim poza rękoma!].

 

Gdy nie wiem, co robić, to na wszelki wypadek wolę zachować się przyzwoicie.

 [To jest najlepsza definicja zachowania godnego, będącego przeciwieństwem zachowania podłego, z którym stykamy się znacznie częściej].

 

Jakże byliśmy lekkomyślni odkładając na jutro to, co nam to jutro odebrało.

[Najlepsze do tego objaśnienie dał Jonasz Kofta w zakończeniu Ballady historiozoficznej: „Historio, Historio – ileż w tobie marzeń, / Często ciebie piszą kłamcy i gówniarze…”].

 

Ludzie mali biorą zwykle swój duży cień za miarę swojej wielkości.

[Jest to idealny komentarz do wydarzeń bieżących w naszym kraju].

 

Mała odwaga walczy z przeciwnymi zamiarami, wielka odwaga walczy z faktami dokonanymi, z którymi większość ludzi się godzi.

[To prawda, ale byłoby dobrze, gdyby ludzie potrafili się zdobyć nawet na małą odwagę w sprawach istotnych dla własnego rozwoju duchowego, bo walka o inne cele jest mimo wszystko o wiele łatwiejsza. W przypadku ewentualnego niepowodzenia można zrzucić winę na siły wyższe, chociaż obwinianie innych za swoje własne porażki też nie nastręcza nam szczególnych trudności].

 

Nie lubię wymiany poglądów. Zawsze na tym tracę.

[Dlatego najlepiej jest udawać, że nie ma się żadnych poglądów. Być bezpoglądowcem jak krowa i głośno ryczeć jedynie na temat pożytków z picia mleka].

 

Nie należy być dumnym z tego, że się czegoś nie rozumie.

 [Dla człowieka mądrego próba zrozumienia czegoś jest działaniem samo przez się zrozumiałym i oczywistym, nie może więc być powodem do dumy].

 

Są tacy, co mówią: „Poprzedni felieton był lepszy”, albo konstatują, że ktoś się już skończył. Tak o mnie napisał niedawno ktoś, kto się nie skończył z tej prostej przyczyny, że się jeszcze nie zaczął.

[Na tym polegała klasa polemiczna pana Antoniego. Jego przeciwnik mógł się po takiej ripoście tylko powiesić].

 

 

                                     http://jbr.blox.pl/resource/W_tej_ksiazce_napisal_ze_dzieci_sa_zakala_ludzkosci..jpg

                                                  W tej książce napisał, że dzieci są zakałą ludzkości

 

 

                                                                      Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



07:54, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 września 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 32)

 

Tadeusz Breza  Adam Grywałd. Czytelnik 1958

 

[W kawiarni warszawskiego Domu Literatury widziałem go tylko raz, bo zachodziłem tam bardzo rzadko, a to był już schyłek jego życia. Bardzo dystyngowany pan, pochodzący z dobrej rodziny ziemiańskiej, który lata świetności, jeśli chodzi o karierę dyplomatyczną i pisarską, miał za sobą. On nie wiedział o mnie nic, w przeciwieństwie do siedzącego z nim przy jednym stoliku Jerzego S. Sito (śp. pan Jerzy, któremu wtedy dużo zawdzięczałem, nie chciał, żeby odmieniano jego nazwisko, typowo przecież polskie, a nie angielskie, więc czynię zadość jego prośbie), poety, tłumacza Eliota, Marlowe’a i Szekspira, autora antologii Poeci metafizyczni; Śmierć i miłość (barok angielski). 

 

 

                  http://jbr.blox.pl/resource/Jerzy_S._Sito.jpg

                                                             Jerzy S. Sito – in memoriam

 

 

 

Ja o panu Tadeuszu wiedziałem znacznie więcej – i z książek, i z zasłyszanych plotek. Jeśli chodzi o te pierwsze, to przy czytaniu kilku z nich odniosłem podobne wrażenie: zaczynał z wysokiego C, do połowy panował nad swoim głosem, naprawdę świetnie ustawionym, a potem jakby brakowało mu oddechu, schodził coraz niżej, udając, że trzyma się ściśle partytury, i na siłę ciągnąc swoją partię do końca. Natomiast z plotek najbardziej frapująca była dla mnie ta, że półtora roku po wstąpieniu do zakonu benedyktynów pod Brugią został wydalony z nowicjatu. Za co? To niezaspokojone pytanie dodawało smaczku Spiżowej bramie. A jeśli chodzi o Adama Grywałda, to dlatego sięgnąłem najpierw po niego, ponieważ był to debiut powieściowy – pierwsze wydanie tej książki ukazało się w roku 1936].



                                     

 

Jego pytania wyrażały wątpliwość, nigdy niewiedzę.

[Gorzej, jeśli wyrażają niewiedzę. A jeszcze gorzej, jeśli nie wyrażają nic. W Internecie powstał klub, do którego mogą wstąpić ci, którzy zadają głupkowate pytania].

 

Porównanie to szukanie różnic albo, co ważniejsze, podobieństw.

[Ważniejsze dla pochlebców. Szukanie różnic nie powinno być jednak szukaniem dziury w całym].

 

Jestem w końcowej fazie procesu, lecz przecież jest to tylko jego faza, ale nie granica.

[Jeśli jest to proces indywiduacji (mózgowcy są niezastąpieni w wymyślaniu takich terminów!), to jego faza końcowa polega na przystosowaniu się do rzeczywistości wewnętrznej – po wyjściu z ciasnej przestrzeni euklidesowej ku tej wyznaczonej przez wektory archetypów i symboli, a jego granicą jest spotkanie z własną duszą, wreszcie samowystarczalną, gdyż zawiera w sobie animę, kobiecy aspekt psychiki mężczyzny, oraz animusa, ideał mężczyzny istniejący w nieświadomości kobiety].

 

 

 

                                       Uczta Baltazara. Czytelnik 1952

 

Prawdziwa miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się miłość własna.

[Cyprian Kamil Norwid mówił: „Jedyna miłość, która nas nigdy nie zdradzi, to miłość własna”. Miał prawo tak powiedzieć po dwu kolejnych zawodach miłosnych, których w roku 1844 doznał we Włoszech, gdy jego narzeczona, Kamila, na której cześć przybrał podczas bierzmowania imię Kamil, zerwała z nim zaręczyny, a poznana właśnie wtedy Maria Kalergis – po krótkim flircie z zakochanym po uszy poetą, będącym jednym z setek jej wielbicieli – stała się jego wielką nieszczęśliwą miłością. 

 

 

                       http://jbr.blox.pl/resource/Norwid__Daguerrotype.jpg http://jbr.blox.pl/resource/Kalergis.jpg

 

 

Nieszczęścia lubią chodzić parami – wkrótce pogorszył się również stan jego zdrowia. Postępowała u niego głuchota i ślepota, a na domiar złego zapadł na gruźlicę, która była następstwem wielu lat życia w skrajnym ubóstwie. Na dodatek w paryskim środowisku artystycznym bardziej ceniony był jako rysownik i rytownik, niż poeta – jego utwory uważano za niejasne i manieryczne. Udało mu się opublikować je w zaledwie jednym tomie (pełna edycja jego dzieł, zawierająca jedenaście tomów, ukazała się dopiero w latach 1971-1976). A mimo to jego miłość własna była zdrowa, gdyż zawsze, nawet kiedy w całkowitym opuszczeniu dogorywał w paryskim przytułku dla ubogich, miał poczucie własnej wartości i wierzył, że „późny wnuk” sięgnie po jego „pismo”. 

Natomiast w stwierdzeniu Brezy mamy niewątpliwie do czynienia z chorobliwą miłością własną. Jej przerost świadczy o skarłowaceniu uczuć wyższych i niezdolności do empatii. Te braki kompensowane są przez manifestacyjne okazywanie uczuć na innych, „bezpiecznych” polach, gdzie można bawić się znanymi z dzieciństwa pluszowymi zabawkami, tyle że obleczonymi w sierść. Im bardziej są słabe, bezradne, chore, tym lepiej, bo właśnie takie jest poczucie własnej wartości u kogoś, kto w siebie nie wierzy.

A brak samoakceptacji przenosi się automatycznie na innych ludzi. Jeśli ktoś nie kocha i nie akceptuje nawet swoich zalet, to jakim cudem mógłby mieć cierpliwość i wyrozumiałość dla czyichś wad i niedoskonałości, oczywiście wyolbrzymionych? Jeśli ktoś nie potrafi okazać dobroci nawet sobie, to jakim cudem mógłby ją okazać komuś, kto naiwnie  sądzi, że zostanie nią obdarzony, bo sam jej nigdy nie skąpił? Nic bardziej błędnego!

Chorobliwa miłość własna jest zachłanna, chce więcej i więcej, a przynajmniej tyle, ile uznaje za niezbędne do zaspokojenia swoich neurotycznych głodów. Dlatego czyjeś uczucia i intencje poddawane są ciągłej kontroli, a oczekiwania wobec nich stają się tak duże, że w końcu nie można im sprostać. Jest małostkowa, mściwa i bezlitosna, ponieważ karmi się pamięcią wcześniej doznanych krzywd, częstokroć urojonych. Najlepiej czuje się w roli ofiary, gdyż innej nie zna. Prawdziwa miłość, z natury szczodra, wielkoduszna i wybaczająca, jest dla niej zagrożeniem, więc zrobi wszystko, żeby ją zdławić. I dopiero wtedy będzie ronić łzy i użalać się nad sobą, bo w pustce, którą stworzyła, nie ma już na czym żerować].

 

 

                        http://jbr.blox.pl/resource/Zacmienie.jpg

 

 

 

                                        Spiżowa brama. Czytelnik 1962

 

 

Kiedy patrzymy na zachowanie się jakiejś cząstki materii poddanej promieniowaniu, oglądamy pozór zjawiska. Kiedy patrzy fizyk-jądrowiec, rozumie istotę zjawiska.

[Według mnie nie można zrozumieć istoty żadnego zjawiska bez zrozumienia pozorów, które stwarza na swój lub na nasz użytek].

 

Jedni cały swój honor osobisty pokładają w tym, żeby być odrębni, inni zaś pokładają w tym, żeby być takimi jak wszyscy.

[Bierze się to z tego, że najtrudniej jest być po prostu sobą].

 

Są jak aktorzy bez tekstu.

[Przypomniało mi się, co powiedział Edward Gordon Craig: „Wierzę, że przyjdzie czas, gdy będziemy mogli w teatrze tworzyć dzieła sztuki, obywając się bez pisanych tekstów i bez aktorów”].

 

Ksiądz M.O. Hallosan, Irlandczyk, mówi: „Wy, Polacy, to jesteście tacy jak my, Irlandczycy. Sami nie wiecie dobrze, o co wam chodzi, ale gotowi jesteście za to umrzeć”.

[Robiąc wypisy dawałem obce cytaty niezwykle rzadko, ale sami przyznacie, że w tym przypadku warto było zrobić wyjątek].

 

Jest za żywy, żeby tę śmierć nosić w sobie bez ustanku. Jest za skromny, żeby cały się nią napełnić.

[Widocznie byłem kiedyś niezbyt skromny, pisząc w jakimś erotyku: „Nie myśl o śmierci, nie będziesz przecież żyła wiecznie. / Nie myśl o śmierci, śmierć nosimy w sobie. / Śmierć jest poczęta w każdym nowym życiu. / Życie jest tylko oswajaniem się ze śmiercią. / A miłość? Czym jest miłość?”… Nie będę cytował tego, co przez nią wtedy rozumiałem. Po kilkudziesięciu latach od napisania tamtych słów wiem tylko, że w przeciwieństwie do śmierci nie zawsze nosimy ją w sobie].

 

 

              http://jbr.blox.pl/resource/Tadeusz_Breza.jpg http://jbr.blox.pl/resource/Spizowa_brama.jpg

 

 

                                                                      Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



09:49, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »