RSS
wtorek, 20 września 2011
Trzy obrazki

     Po dwudziestu latach ponownie znalazłem się w Sztokholmie, tym razem w charakterze gościa Svenska Institutet (Instytutu Szwedzkiego). Świadczy o tym data widniejąca na jeszcze jednym cudem ocalałym tekście – z takim oto wprowadzeniem: W oczekiwaniu na makaron, który się gotował, oglądałem w telewizji program w języku angielskim ze szwedzkimi napisami zatytułowany: „Schudnąć, czy nie?” Zawsze byłem szczupły, więc absolutnie nie zainteresowało mnie oświadczenie prowadzącej program, bardzo puszystej pani, że uwielbia jeść i nie zamierza poddawać się terrorowi otoczenia. Uciszyłem ją natychmiast i zacząłem latać po kanałach z jeszcze nudniejszymi programami w typie „gadających głów”, względnie „rozrywkowymi”, po czym znowu znalazłem się w tamtym programie akurat w momencie, gdy do studia wszedł młody Murzyn o kształtach średnio obfitych. Na szczęście zdążyło paść kilkanaście słów, po których na długo przykuło mnie do ekranu. Proszę pamiętać o tym, że u nas o programach talk-show nikomu się jeszcze wówczas nie śniło! Pierwsze odcinki Rozmów w toku, prowadzonych przede wszystkim przez Ewę Drzyzgę, zaczęto emitować w TVN dopiero w 2000 roku. Nie, akurat tego tekstu nie zamierzałem opublikować. Pisząc te „obrazki” pomyślałem sobie, że takie rozmowy byłyby znakomitymi dialogami we współczesnych sztukach teatralnych.

 

     OBRAZEK PIERWSZY

     PROWADZĄCA   Co cię tu sprowadza Jim?

     JIM Jestem gejem zakochanym do szaleństwa w pewnym chłopcu, ale on nie odwzajemnia moich uczuć. Nigdzie nie chce się ze mną pokazać, widocznie uważa, że jestem za gruby. Wpada, żeby mnie wypieprzyć, i znika. A gdy pytam, czy to z powodu mojej nadwagi, parska śmiechem…

     PROWADZĄCA  I nadal nie wiesz, dlaczego tak się dzieje?

     JIM  Nie wiem…

     PROWADZĄCA  To się zaraz dowiesz!

     (z widowni zbiega młody szczupły chłopak, biały, blondyn, i siada obok swego czarnego kochanka)

     PROWADZĄCA  (zwraca się do niego) Jim chciałby się dowiedzieć, dlaczego go tak źle traktujesz?

     JIM (krzyczy)  Bo jestem za gruby!

     CHŁOPAK (wzrusza ramionami) To mi nie przeszkadza!

     JIM (z rozpaczą)  Więc co?

     CHŁOPAK  Gustuję w blondynach opalonych na brąz, a ty (parska śmiechem) taki nie jesteś!

     JIM (bezradnie)  Ale przecież cię kocham, a dla ciebie ważne jest tylko łóżko!

     CHŁOPAK (zimno) Ja nie mówiłem, że cię kocham! A jak zgasi się światło, to w łóżku nie widać, że nie jesteś blondynem opalonym na brąz.

 

               

                                                   Mówi czarne, myśli białe?

 

 

                 

                                       A przecież czarno-białe bywa piękne!

 

     OBRAZEK DRUGI

     (Dwudziestoletnia dziewczyna, o kształtach dość obfitych, opowiada o swojej wielkiej, ale nieodwzajemnionej miłości do chłopaka, który mieszka w sąsiedztwie. Jest przekonana o tym, że chłopak jej nie kocha, bo jest za gruba, i o tym, że jest zainteresowany innymi dziewczynami, zgrabniejszymi od niej).

     DZIEWCZYNA (płaczliwie)  Wielokrotnie próbowałam schudnąć, ale bez większych sukcesów. Kilka kilogramów w dół i znowu kilka kilogramów w górę – moje wysiłki są daremne…

     PROWADZĄCA  A może istnieje inny powód, dla którego ten chłopak…

     DZIEWCZYNA (wpada jej w głos)  Tylko ten!

     PROWADZĄCA  Trzeba go było zapytać wprost!

     DZIEWCZYNA Wielokrotnie pytałam! Ale on za każdym razem mówi to samo: „Niezwykle cenię twoją przyjaźń i nie chciałbym jej utracić…”

     PROWADZĄCA  Może to prawda?

     DZIEWCZYNA  Mówi tak, bo nie chce mnie zranić! Jest za delikatny, żeby powiedzieć wprost: „Jesteś za gruba…”

     PROWADZĄCA  Dobrze, wobec tego zapytamy tego chłopaka, czy to prawda…

     (po schodach schodzi chłopak znacznie bardziej… otyły niż ona, co na widowni wzbudza śmiech; siada obok dziewczyny i przesyła jej serdeczny uśmiech, trochę przepraszający)  

     PROWADZĄCA  Ona twierdzi, że nie możesz jej pokochać, bo jest za gruba – czy to prawda?

     CHŁOPAK (z rozbrajającym uśmiechem) To nieprawda, ale ja… jestem gejem…

     DZIEWCZYNA (jakby piorun w nią strzelił)  To nieprawda! On tylko tak mówi, bo jest mu głupio, szuka wymówek…

     CHŁOPAK (rozkłada bezradnie ręce)  To jest prawda, choć się z tym nie obnoszę…

     DZIEWCZYNA (rozpaczliwie)  Powiedz, że żartujesz!

     (chłopak nie odpowiada, kiwa przecząco głową)

     PROWADZĄCA  Dlaczego uważasz, że kłamie? Ja nie odniosłam takiego wrażenia…

     DZIEWCZYNA  Bo ja go kocham!

     CHŁOPAK  Nie chciałem stracić twojej przyjaźni…

     DZIEWCZYNA  Co to za przyjaźń, skoro przez kilka lat nie miałeś odwagi powiedzieć mi, że jesteś  (wahanie) gejem?

     CHŁOPAK Nie mam żadnego partnera, nie chodzę do klubów gejowskich, o czym ci miałem mówić?

     DZIEWCZYNA  A ja ci się zwierzałam ze wszystkiego!

     CHŁOPAK  Ja też, ale uważałem, że moja orientacja seksualna jest bez znaczenia dla naszej przyjaźni…

 

     OBRAZEK TRZECI

     (Najpierw pojawia się wysztafirowana puszysta brunetka w wieku ok. 45 z jaskrawo wymalowanymi pazurami, zapewne sztucznymi, i wyzywającym makijażem. Dowiadujemy się, że ma męża, troje dzieci i właściwie wszystko byłoby OK, gdyby małżonek bez przerwy nie zwracał jej uwagi na to, że za dużo je, albo nie prowadzi zbyt aktywnego trybu życia itp. Ta pani to typowy wytwór emancypacyjny – nałykała się wiadomości na temat nierówności płci i jest w niej taka agresja, jaką widziałem u Murzynów amerykańskich w stosunku do białych.)

     PROWADZĄCA   Więc myślisz, że jego stosunek do ciebie wynika z powodu kilkunastu kilogramów nadwagi?

     MĘŻATKA  Jestem tego pewna!

     PROWADZĄCA  Wobec tego zapytajmy o to wprost twego męża…

    (Wchodzi mężczyzna nieco od niej starszy, a na pewno znacznie bardziej spracowany, szczupły, niezbyt śmiały. Siada koło niej.)

     PROWADZĄCA  Twoja żona uważa, że przeszkadza ci jej tusza…

     MĄŻ  Kocham ją taką, jaką jest…

     MĘŻATKA  Nieprawda! Bez przerwy zwracasz mi uwagę, że za dużo jem!

     MĄŻ  Zwracam ci uwagę tylko wtedy, gdy zjadasz kolejne ciastko z kremem, choć akurat się odchudzasz…

     MĘŻATKA  Nigdzie nie chcesz ze mną iść, bo się mnie wstydzisz!

     MĄŻ  Nie mogę się wstydzić kogoś, z kim mam troje dzieci i kogo kocham… Ty chcesz się wieczorami gdzieś zabawić, a ja pracuję po czternaście godzin dziennie i mam prawo czuć się zmęczony…

    MĘŻATKA  Nie masz siły nawet na seks!

     MĄŻ  Przyznaję, że najczęściej nie mam…

     MĘŻATKA  To do czego ty się nadajesz?

     MĄŻ  Do ciężkiej pracy na rzecz domu na pewno – seks to jeszcze nie wszystko…

     MĘŻATKA  A ja mam ochotę na seks codziennie! I lubię się bawić!

     MĄŻ  W zadymionych lokalach…

     MĘŻATKA  Wstydzisz się mnie! No pokaż, czy masz pierścionek ślubny, bo ja mam! (pokazuje widowni) I nawet jak idę gdzieś tańczyć sama, to wszyscy widzą: „Nie dotykaj! To czyjaś własność!”

     PROWADZĄCA  (zwraca się do niego) Możesz powiedzieć, dlaczego nie nosisz obrączki, mimo iż wyraźnie twojej żonie na tym zależy?

     MĄŻ  Nie dlatego, że się wstydzę mojej żony… (milknie, wyraźnie speszony)

     PROWADZĄCA  Więc z jakiego powodu?

     MĄŻ  Nie lubię opowiadać publicznie o pewnych sprawach…

     MĘŻATKA  Bo jesteś tchórz!

     MĄŻ  (wzdycha ciężko) No dobrze… W czasie jednej z gwałtownych sprzeczek w samochodzie, bo żona o wszystko ma do mnie pretensje, nie wytrzymałem i wyrzuciłem obrączkę przez boczne okno, a na nową mnie nie stać…

     MĘŻATKA  À propos samochodu – mąż ma pretensję, że jeżdżę do sklepu, zamiast chodzić! To paskudny skąpiec!

     MĄŻ  (z niezmienną cierpliwością) Do sklepu jest sto metrów, a nas nie stać na wiele rzeczy – mogłabyś pojechać na rowerze…

     PROWADZĄCA  A czy ty zawsze jeździsz na rowerze?

     MĄŻ  Nie zawsze, ale kiedy tylko mogę – i we wszystkie weekendy, ale sam, bo żona woli siedzieć przed telewizorem…

     MĘŻATKA  To też mu się nie podoba! Przedtem wstydziłam się z nim jeździć, bo miał odrapany rower…

     MĄŻ  Jak mi go ukradli i kupiłem sobie nowy, to też ze mną nie jeździłaś…

     PROWADZĄCA  Kupiłeś sobie nowy rower, a twierdzisz, że nie stać cię na nową obrączkę!

     MĘŻATKA (z triumfem)  Właśnie!

     MĄŻ  Kupiłem sobie rower nowszy od tamtego, ale używany i bardzo tani, a na nową obrączkę nie stać mnie rzeczywiście, bo w domu są większe potrzeby…

 

              

                                         Codziennie mam ochotę na seks

 

     Wyłączyłem telewizor, bo słuchałem tych dialogów z coraz większą przykrością. Mniejszą przykrość sprawił mi fakt, że makaron się przypalił, bo wygotowała się woda. A dlaczego „mężatka”? Słowo „żona” nie chciało mi przejść przez pióro. Talk-show – jeśli takie rozmowy miałbym z żoną prowadzić, to stokroć bardziej wolałbym żyć samotnie gdzieś na odludziu… 

                                                                

                                        (Sztokholm, marzec 1993)

 

    

     PS Czternaście lat później okazało się, że wykrakałem to sobie! Wprawdzie wydawałoby się, że Iwonicz-Zdrój odludziem nie jest, ale wystarczyło zejść z kuracyjnych szlaków spacerowych, by znaleźć się w całkowitej głuszy…

20:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 września 2011
Niedozwolone miłości

     W roku 1973, gdy studiowałem na Uniwersytecie w Sztokholmie i mieszkałem w akademiku w Sundbyberg, poznałem Monikę, która nie ukrywała, że jest lesbijką, całując się publicznie ze swoją przyjaciółką, co było dla mnie wówczas szokiem kulturowym. Takim samym, jak gdy idąc rok wcześniej po raz pierwszy do sauny znajdującej się w podziemiach tego akademika, wylądowałem nagle nagi wśród dwóch chłopaków i sześciu dziewczyn w strojach też Adama i Ewy.

     Monikę poznałem jednak gdzie indziej, na przyjęciu w dużym domu u zaprzyjaźnionych Szwedów. Miała tak zwaną „wystrzałową urodę”, więc trudno było nie zwrócić na nią uwagi. W odpowiedzi na mój sondujący wzrok, a jest on z natury bardzo silny, pochyliła się ku siedzącej obok kobiecie o rysach wyraźnie męskich i pocałowała ją prosto w usta, po czym zwróciła się ku mnie z uśmiechem oznaczającym: „już pan wie”. Co innego wiedzieć, a co innego widzieć, stąd ten szok.

    Niezapomniany prof. Bronisław Nadolski z Uniwersytetu w Toruniu wprowadzał nas w arkana tej delikatnej wówczas materii, omawiając wiersze „tej Safony”. Niektóre bardzo piękne, ot, choćby Muzy pięknowłose, który podaję w przekładzie Nikosa Chadzinkolaua, spolszczonego Greka: Muzy pięknowłose, / opuśćcie swój złoty pałac / i przybądźcie do mnie. / Przybywajcie też delikatne Charyty / różanopalce, córy Zeusa. / Teraz, gdy mroczny sen / opada na powieki, / a pożądanie rozpala moje ciało.  I pomyśleć, że był to przełom VII i VI p.n.e.!

     Na tym przyjęciu byłem w pewnym sensie „gościem specjalnym”, gdyż z „komunistycznej Polski”, z gatunku zwierząt tajemniczych w rodzaju legendarnego Yeti. W dodatku ten dziwaczny stwór pisał wiersze, co Monikę widocznie też zszokowało, bo po przedstawieniu mnie przez gospodynię domu, zaczęła na mnie raz po raz popatrywać oczami okrągłymi jak spodki. Po przyjęciu wręczyła mi wizytówkę, mówiąc, że będzie jej bardzo miło, kiedy „vi ses igen”, ale „älskning” szepnęła do swego „chłopaka”, gdy wychodziła objęta przez „niego” ramieniem.  Gdyby jakimś dziwnym trafem ktoś z moich czytelników nie znał języka szwedzkiego, podpowiadam, że „vi ses igen, älskning” = „spotkamy się znowu, kochanie”…

     Oczywiście z zaproszenia skwapliwie skorzystałem. I kolejne zdumienie. Podczas pobytu w jej mieszkaniu starałem się opuszczać wzrok, gdy całowała się ze swoją przyjaciółką, co wychwyciła od razu i ze szczerością wtedy dla mnie niepojętą zaczęła mówić o „tych sprawach”, nie owijając niczego w bawełnę. W obecności Katrin! Nie wypadało niczego notować, więc po powrocie do akademika natychmiast zapisałem tę rozmowę, po czym zapytałem Monikę, czy będę mógł to opublikować w Polsce. Odparła krótko „naturligtvis”, dodając „of course”, gdybym nie zrozumiał. Imion też nie musiałem zmieniać.

    Wprawdzie miałem prawo stałego pobytu i w niedługim czasie mogłem zostać obywatelem szwedzkim, ale jako pisarz nie chciałem tracić więzi z Polską, zapisując na gorąco na dwu dużych kołonotatnikach to, co mnie, jako człowieka z gomułkowskiej epoki kamienia łupanego, zadziwiało bądź szokowało. Między innymi znalazł się tam wywiad przeprowadzony z Moniką – z naiwną myślą zamieszczenia go w którymś z bardziej „odważnych” naszych czasopism, np. w „Polityce” lub w „Przekroju”.

     Moje listy pozostały jednak bez odpowiedzi. Później, gdy pod wpływem nagłego impulsu postanowiłem wrócić do Polski, bo „miejsce pisarza jest w kraju rodzinnym” (na dzień dobry odebrano mi paszport na całe pięć lat), w jednej z warszawskich redakcji wyjaśniono mi w cztery oczy, że „tak odważne teksty obyczajowe nie będą mogły ukazać się u nas chyba nigdy, bo można spacyfikować kler, ale kołtuńskiej mentalności wykorzenić nie sposób”.

     Przed pięciu laty, gdy postanowiłem rozstać się z literaturą, zniszczyłem dziesiątki teczek z niepublikowanymi tekstami, ale dziwnym trafem kilka z nich zachowało się pośród listów i pism urzędowych. Między innymi ten wywiad. Czasy się oczywiście zmieniły, ale czy w tej chwili mógłbym opublikować go u nas w jakimś piśmie? Nie wiem. I nie chce mi się przeprowadzać takich badań. A priori mogę jednak założyć ze stuprocentową pewnością, że wszystkie czasopisma na „moim” Podkarpaciu wrzuciłyby go od razu do niszczarki.

 

     Niedozwolone miłości

 

     (rozmowa z Moniką)

 

     – Cieszę się, że zgodziłaś się na ten wywiad, bo wokół tych spraw narosło wiele uprzedzeń…

    – Gdy zakochałam się po raz pierwszy, a byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną, odczułam to na własnej skórze…

     – Powiedzmy wyraźnie: zakochałaś się w kobiecie…

     – Tak – od pierwszego wejrzenia! Wybranka mego serca, znacznie starsza ode mnie, była prawdziwą damą – zafascynowała mnie swoją inteligencją, osobowością; współżycie seksualne było naturalnym następstwem tej fascynacji…

     – Jak długo trwała ta pierwsza wielka miłość?

     – Rozstałyśmy się po czterech miesiącach nie dlatego, że przestałyśmy się lubić, ale dlatego, że ona była dla mnie zbyt mocną osobowością. Traktowała mnie, jakbym była małą dziewczynką. Jeśli porównałoby się to do normalnego małżeństwa – odgrywała typowo dominującą rolę męską. Uważała, że nie powinnam pracować, tylko siedzieć w domu i czekać na nią. Byłam przecież młodą dziewczyną i w takich warunkach nie mogłam się rozwijać, a samą miłością, w dodatku tak zaborczą, przez dłuższy czas żyć nie sposób…

     – Wasze rozstanie musiało być chyba burzliwe?

     – Wprost przeciwnie. Kiedy to sobie uświadomiłam, porozmawiałam z nią otwarcie o tym, co czuję, i rozstałyśmy się w przyjaźni, bo to jednak była prawdziwa dama!

     – Pierwsze doświadczenie seksualne miałaś więc z kobietą. Czy potem patrzyłaś innymi oczami na kobiety, które spotykałaś?

     – Masz na myśli – czy w każdej kobiecie widziałam ewentualnego partnera seksualnego?

     – Tak.

     – Nie. Bardzo rzadko spotyka się kogoś, kto ma w sobie rzeczywiście coś przyciągającego. Pociąg seksualny nie jest tym, co rozstrzyga. Jak w związkach heteroseksualnych – jest ważny, ale nie najważniejszy.

     – Ale rozumiem, że po rozstaniu się z tamtą pierwszą…

     – Almą. Zapewne chcesz się dowiedzieć, czy szybko wylądowałam w ramionach innej kobiety?

     – Tak.

     – Dopiero po trzech latach. To była Birgitta. Spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu. Była bardzo piękna i znajdowała się w centrum powszechnego zainteresowania. Ujrzałam ją – i wiedziałam od razu, że to jest ona…

     – Myślę, że to musi być niełatwe dla kobiety, żeby „uderzyć w konkury” do innej kobiety. Nie wie się przecież, jak ona zareaguje…

     – A czy ty zawsze wiesz, jak zareaguje kobieta, która ci się bardzo podoba?

     – Od razu nie wiem, ale jest przecież wymiana spojrzeń, mowa ciała…

     – Dokładnie tak samo jest między kobietami, ale zawsze jest jakiś margines błędu, spowodowany naszym „chciejstwem”…

     – To prawda.

     – Dlatego trudno mi było zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej, jak bardzo ją lubię. Dopiero po tygodniu odważyłam się na pierwszy krok, bojąc się wystawić naszą przyjaźń na hazard. I na szczęście okazało się, że ona żywiła dla mnie podobne uczucie, głębsze od przyjaźni…

 

          

                                Zakochane są wśród nas

 

     – Czy zakochane kobiety popełniają te same błędy, co zakochani – kobieta i mężczyzna?

     – Tak. Ja na przykład idealizowałam Birgittę. To mocno skomplikowało nasze uczucia. Chciałam ją widzieć taką, jaką ją sobie wyobrażałam, a nie akceptowałam takiej, jaką była w rzeczywistości. Musiało się to źle skończyć…

     – Rozstaniem?

     – Tak, tym razem burzliwym.

     – Co to były za problemy?

     – Prawie małżeńskie. Zamieszkałyśmy wspólnie w wynajętym mieszkaniu i byłyśmy przez to zbyt ze sobą związane. Wielokrotnie ciężej jest współżyć z kobietą, niż z mężczyzną…

     – Skąd o tym wiesz? Z obserwacji? Możesz na to pytanie nie odpowiadać – czy kiedykolwiek utrzymywałaś kontakty seksualne z mężczyznami?

     – Tak. Po pierwszym zawodzie miłosnym, przed poznaniem Birgitty, sypiałam z mężczyznami. Właściwie chciałam sprawdzić, czy jestem „normalną kobietą”. Ale to nie było to – czułam do siebie obrzydzenie, nie mogłam się po czymś takim domyć. Żadnej więzi z partnerem. Byłam pojemnikiem na nasienie – okropne uczucie! Wówczas zrozumiałam, że mogę kochać tylko kobietę…

     – Zanim doszło do „rozwodu” z Birgittą, aha, jak długo ze sobą byłyście?

     – Niestety, tylko dwa lata, dłużej nie mogłam wytrzymać…

     – Czy w związku z tym, że żyłyście razem, miałaś jakieś kłopoty – mam na myśli: w towarzystwie albo w pracy?

     – Nie, ja nie wykrzykiwałam, że ją kocham, i nie całowałam się z nią ostentacyjnie na ulicy, bo to były jednak inne czasy, nie takie, jak teraz…

     – Obcy ludzie mogli tego nie dostrzegać, ale miałaś przecież rodzinę, no i przyjaciół…

     – Moi bliscy chyba domyślali się, że „coś jest nie tak”, nie byli jednak nachalni i nie zadawali mi tak zwanych trudnych pytań, a wobec przyjaciół nie czyniłam tajemnicy z tego, że kocham Birgittę. Sądzę, że z tego powodu nie uchodziłam wśród nich za niemoralną.

     – A zatem miałaś szczęście, nie spotykając się nigdy ze zbyt natrętnymi pytaniami – w moim kraju nie mogłabyś ich uniknąć…

     – Obecnie mam wolny zawód, ale gdy pracowałam w biurze – plotkowano za moimi plecami, wiem o tym. Kolega, którego umizgi zdecydowanie odrzucałam, zapytał mnie pewnego razu, czy jestem kobietą, czy mężczyzną? Ludzie mają w ogóle najbardziej idiotyczne poglądy w tej sprawie – nawet u nas uprzedzenia nie znikają z dnia na dzień…

     – A czy nie jest tak, że w związku dwu kobiet ta jedna odgrywa męską, a druga kobiecą rolę?

     – Birgitte sprawiała wrażenie bardziej kobiecej niż ja, jakby mi uległej. Ale pozory mylą. W większości przypadków była bardziej praktyczna i przedsiębiorcza. I chciała mieć prawie we wszystkim, co ważne, ostatnie słowo…

     – A jak jest obecnie?

     – Z Katrin jestem od półtora roku, ale nauka nie idzie w las – mieszkamy osobno, więc w każdej chwili możemy powiedzieć sobie „bye, bye”, gdy jakaś sytuacja staje się zapalna. Dzięki temu nasz związek jest harmonijny…

     – Taaaak, ale w sensie osobowościowym jest ona zapewne inna niż Birgitta?

     – Widziałam, jak na nią patrzyłeś, więc domyślam się, co w twoim pytaniu się kryje – i od razu ci powiem, że się mylisz! Katrin wygląda na chłopczycę, ale w rzeczywistości jest naprawdę bardziej kobieca ode mnie! Czułością i delikatnością mogłaby obdzielić dziesięć kobiet!

     – Co byś zrobiła, gdyby twoja przyjaciółka nagle od ciebie odeszła?

     – Wydaje mi się to niemożliwe, ale z pewnością byłoby to dla mnie poważnym ciosem. Kiedy mężczyzna odchodzi od kobiety, ma ona wszelkie szanse, by znaleźć innego, który ją pocieszy albo z którym pójdzie do łóżka.

     – Zapominasz o tym, że jesteś bardzo atrakcyjną kobietą…

     – Być może w oczach mężczyzn, ale kobiety patrzą inaczej. Gdyby nie daj Boże Katrin ode mnie odeszła, miałabym ogromne kłopoty ze znalezieniem odpowiedniej partnerki. Ogłoszenia w Internecie ani lesbijskie bary mi nie odpowiadają…

   – Możesz wytłumaczyć, dlaczego przedkładasz kobiety nad mężczyzn?

     – Z pewnością składa się na to wiele powodów, nie w pełni zależnych ode mnie. Myślę o uwarunkowaniach genetycznych. Ale jedną rzecz wiem na pewno – jestem nadwrażliwa. Może dlatego lubię kobiety, bo reagują podobnie…

     – Mężczyźni też bywają nadwrażliwi…

     – Być może, ale ja takich nie spotkałam.

     – Czy zdradziłaś kiedykolwiek swoją przyjaciółkę choćby myślą?

     – Nie. Jestem bardzo wierna. Czy ona mnie zdradziła, tego nie mogę powiedzieć, nie mieszkamy przecież razem. Chciałabym jednak wierzyć, że do tego nie doszło…  

 

            

                                                         Każdy ma prawo do miłości

13:26, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 września 2011
Opowiastki mięsne (cz. 3)

     Kuracjusz z pierwszej części tego postu wspomniał o kolejkach stojących w czasach Peerelu przed sklepami mięsnymi. Oglądałem je przez wiele lat nawet dżdżystą nocą, nawet zimową porą, gdy psa byłoby żal wypędzić na dwór, ale w celu wyłącznie pisarskim stanąłem w takiej kolejce tylko raz. Nie było mnie jednak stać na heroizm, gdyż znalazłem się tam dopiero o szóstej rano. Z tego, co zobaczyłem i usłyszałem w lutym 1983 roku przed sklepem mięsnym na Bielanach, powstało opowiadanie, do którego włączyłem nagrane opowiastki pana Bielasa, ukrywając go pod postacią owego niskiego, przygarbionego mężczyzny w futrzanej czapie, gdyż w rzeczywistości tak właśnie wyglądał. Dla przypomnienia: aż do lipca 1989 roku, przez ponad osiem lat, można było kupić mięso i przetwory mięsne wyłącznie na kartki, ale system kartkowy objął w końcu nawet papier toaletowy i mleko w proszku dla dzieci, osiągając zakres znacznie szerszy niż w czasie okupacji niemieckiej.

 

            

                                   Mam taką niewykorzystaną kartkę na mięso

 

 

      SKLEP MIĘSNY

 

      Na trzy godziny przed zamknięciem sklepu towaru jeszcze nie dowieźli, ale ludzie czekali cierpliwie. Kolejka zawijała się jak świński ogon, którego rozczapierzony koniec dochodził do przecznicy. Stałem kilka metrów od sklepu, gdzie w środku przebywali już ci, którzy przyszli tu nie wiadomo kiedy, na pewno w nocy, a może przed nocą, bo ja pojawiłem się tu dopiero o bladym świcie. Przede mną przytupywało sześć kobiet, z których trzy pochodziły na pewno ze wsi, bo miały wełniane chusty na głowach i duże wiklinowe koszyki przykryte lnianym płótnem. Do taktu wtórowało im nieco głośniejszym przytupywaniem czterech mężczyzn. Jeden niski, przygarbiony, w futrzanej czapie, drugi – wysoki, chudy, z nerwowym tikiem na twarzy, trzeci – mocno posunięty w latach, lecz trzymający się dziarsko, ubrany w wytartą bekieszę z barankowym kołnierzem, czwarty – młody, krostowaty, o zapadłych piersiach, z radiem tranzystorowym w ręku i słuchawkami na uszach.

     Na pobliskich drzewach krakały wrony. Z gałęzi osypywała się szadź, wirując spiralnie w powietrzu. Ludzie pokasływali, podrygując w miejscu i rozcierając ręce.

     – Zimno, psiakrew – rzekł Chudy, pociągając nosem. – Człowiek tupie nogami, ale nie na wiele się to zda…

     Mężczyzna w futrzanej czapie rozłożył ręce.

     – Bo podeszwy teraz jak z tektury! Dawniej, panie, jak szewc zrobił but na obstalunek, to można było stać na mrozie do sądnego dnia.

     – Przydałoby się coś na rozgrzewkę – zaskomlał Chudy.

     Tamten bez słowa sięgnął za pazuchę, wyjmując płaską butelkę i gilzę z metalowymi kieliszkami. Napełnił jeden i podał.

     – Masz pan, łyczek na pewno nie zaszkodzi.

     – Ano, na pewno nie zaszkodzi! Na tego robaka…

     Chudy wypił duszkiem i zakrztusił się gwałtownie. Niski mężczyzna zaśmiał się dobrodusznie.

     – Pieprzówka ma swoją moc! W górach, jak jaki bachor wpadnie w przerębel, to wlewa mu się w gardziel pełną musztardówkę, ale na czystem spirytusie! Aż mu ślepia na wierzch wyłażą! Wtenczas ciskają go w łóżko, baranina na łeb i do rana jak ręką odjął! Znowuż może w samych majtkach na śniegu siedzieć…

     – Daj pan jeszcze z łyczek…

     Chudy tym razem pił nieco wolniej, po czym przymrużył oczy i zakaszlał:

     – Uuuuu, jaka mocna! To ja wam teraz powiem kawał, taki kolejkowy… Jedna baba do drugiej baby: „On nie stał, a wszedł…”, a tamta: „Eeeee, pani, jak by nie stał, to by nie wszedł!”

    Tylko sam zaśmiał się głośno, po czym dorzucił kolejny, ocierając usta rękawem przybrudzonej jesionki:

     – Albo mężczyzna do mężczyzny: „Co się pan tak pcha na chama?”, a tamten: „A bo to człowiek wie, na kogo…”

     Parsknął śmiechem, rozpinając płaszcz i chowając szalik do kieszeni.

     – Daj pan jeszcze…

     – Nie pij pan tak gęsto, bo w nogach będzie rzadko! – przestrzegł tamten, lecz nalał.

     – Kto pije, ten żyje! – mlasnął Chudy, oblizując starannie usta. – Bo co to za życie? Pracuję, panie, uczciwie, nie kradnę, nie kombinuję – i co ja z tego mam? Pusty brzuch i gadanie w domu!

     – Tak to jest, tak to jest – potwierdziła pani w średnim wieku, w podniszczonym futerku z królików.

     – Oj tak! – zawtórowała opasła dama w karakułowym futrze.

     Jedna z bab, z pokaźną brodawką na nosie, popatrzyła na Chudego z zatroskaną miną.

     – Chudzina z pana, a już trzy kieliszki pan w siebie wlał, przydałaby się jakaś zakąska…

     – Konina jest bez kartek! – zachichotała pani w króliczym futerku.

     – Tfu! – wzdrygnęła się paniusia w futrzanym toczku, zsuniętym na lewe ucho.

     – I-ha-ha! – zarżał Chudy. – Może być i wierzgówka, ale najlepiej zakąsić śniegiem!

     Niski mężczyzna spojrzał na zdeptany śnieg i skrzywił się:

     – Tyle brudu na niem…

     – Za to tłusty, bo podeszwy robi się ze skóry świńskiej. Daj pan jeszcze z łyczek pod ten śnieg…

     Fundator spojrzał pod światło na butelkę i po chwili wahania nalał, ale nie do pełna.

     – Naród teraz zupełnie rozpity! – zalamentowała baba o wąskich, jakby wyciętych nożem ustach i podługowatym nosie. – Księża nawołują z ambony, nawet dzieciakom każą ślubować, a ludziska jak piją, tak piją!

     – Specjalnie rozpijają naród – rzekł już nieco bełkotliwie Chudy.

     – Kto? Księża?

     – Te tam… w czerwonych komżach! Książęta!

 

           

                                           Po wódkę też stało się w kolejce

 

     Jegomość w bekieszy popukał się w czoło.

     – Panie, co pan za głupstwa wygaduje? Przestanie produkować państwo, pojawi się tysiące nielegalnych gorzelni…

     Ostronosa załamała ręce.

     – U nas już przed wojną pędzili bimber!

     – Jak zniosą reglamentację na cukier, to się dopiero zacznie! – zagulgotała dama w karakułach.

     Mężczyzna w futrzanej czapie uśmiechnął się dobrodusznie.

     – Wódka też dla ludzi…

     Lecz Ostronosa nie dawała za wygraną.

     – Dla ludzi, a nie dla bydląt!

     – Czy pani do mnie pije? – zapytał Chudy, wyciągając ku niej żylastą rękę, jakby chciał ją złapać za nos.

     Niski mężczyzna pacnął po tej ręce aż opadła i zwrócił się do tamtej, usiłując załagodzić sytuację:

     – Mój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, mawiał: „Po to Pan Bóg dał niedziele, / by po tygodniowym trudzie, / pomodliwszy się w kościele / napili się wódki ludzie”…

     – A czy to dzisiaj niedziela? – zakwoktała Ostronosa.

     – Niektórzy mają siedem niedziel w tygodniu! – prychnęła baba z brodawką.

     Chudy złożył ręce jak do modlitwy, obejmując metalowy kieliszek: „Opiekunko ubogich i nieszczęśliwych, / Święta Pocieszycielko nasza, / Kielichu Błogosławieństwa, / wódko, wódulo serdeczna, / nie odstępuj mnie nigdy w potrzebie!”

     Ostronosa wystąpiła do przodu, grożąc mu pięścią.

     – A to mu się na litanię zebrało, milcz, czorcie przeklęty!

     Chudy zakończył śpiewnie, wysuwając pusty kieliszek w kierunku swego fundatora: „Wysłuchaj mnie, Panie!”

     – Wódka mu się na głowę rzuciła!

     – Cicho, cicho – łagodził mężczyzna w futrzanej czapie, odbierając Chudemu kieliszek i chowając go do gilzy. – Zdrowia szkoda!

     – Już mi nogi bolą od tego stania – zajęczała dama w karakułach. – Żeby chociaż coś przywieźli!

     – Jak będzie noga wieprzowa, to wezmę i zrobię zimne nóżki – oznajmiła baba o policzkach pyzatych i pokrytych rudawym puszkiem, która do tej pory milczała. – Moje synowie bardzo tu lubieją. A mój chłop dałby wszystko za cynadry. Trza je ździebko poddusić w tłuszczu, na margarynie albo oleju…

     Paniusia w futrzanym toczku spojrzała na nią z niesmakiem.

     – Memu pieskowi trzeba wszystko przyrządzać na masełku i chociaż po masło też trzeba stać w długich kolejkach, to stoję, bo mój piesek byle czego nie zje…

 

           

                           Kolejka po masło – na Nowym Świecie w Warszawie

 

     – Ja bym mu wetknęła kawałek gnata w pysk i jeszcze by mnie polizał z wdzięczności w rękę!

     – Niech pani to powie memu pieskowi – umrze z głodu, a byle czego nie zje! Może będzie szynka albo polędwica. Mój piesek stał się ostatnio okropnie wybredny…

     – Najgorzej to rozpaskudzić psa…

     – Sama nie zjem, a pieskowi dam!

17:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Opowiastki mięsne (cz. 3) cd.

     Pani w królikach włączyła się do rozmowy.

     – Ja też mam psa, ale z tą polędwicą to chyba lekka przesada…

     Paniusia wzniosła oczy ku niebu.

     – A cóż ja na to poradzę? Mój piesek ma delikatny żołądek…

     – Na delikatny żołądek najlepsza jest cielęcina – wtrąciła dama w karakułach.

     – O tak! Przed wojną szły w Morsztynie-Zdroju, tam gdzie Bolechów, Stryj, same tylko cielaki – zaciągnął śpiewnie mężczyzna w futrzanej czapie. – Jeździli tam żołądkowcy, taką sól pili i mięso cielęce jedli…

     – Oj, jedli, jedli! – zawtórowała dama.

     – Niby taka sama cielęcina jak teraz, a przecie inna, bo cielaki na zdrowych łąkach się pasły…

     – Oj, tak, tak!

     – A kiełbasa, pani… Czy to, co teraz sprzedają, można nazwać kiełbasą?

     – Oj, nie, nie!

     – To ja wam powiem kawał – zachrypiał Chudy. – Przychodzi baba do lekarza z kiełbasą…

     Dama westchnęła, trzepocząc powiekami.

     – Wszyscy teraz o tych babach, choć Bogiem a prawdą, kto teraz mieszka na Bielanach, gdy wybudowano hutę „Warszawa”? Same wsioki…

     – To grzech tak mówić! – zaperzyła się baba o pyzatych policzkach. – Inteligenty warszawskie w hucie by nie pracowały jak mój chłop, bo gorąc tam jak w piekle…

     – No to ja wam powiem kawał o grzechu i żalu – rzekł pojednawczo Chudy. – Cudzołożnik się wyspowiadał, a ksiądz wykrzykuje: „Oj, grzech! Oj, żal!” „To prawda, ojcze spowiedniku, i grzech, i żal…” „Grzech włożyć, a żal wyjąć…”, „Święte słowa, ojcze spowiedniku!

     – A gdzie ta kiełbasa? – zdziwiła się baba z brodawką.

     Dopiero teraz ludzie buchnęli śmiechem. Mężczyzna w futrzanej czapie uśmiechał się z rozmarzeniem.

     – Zapach kiełbasy to ja jeszcze pamiętam… W moich stronach zabiło się wieprza, rozćwiartowało, chłop robił zawsze ze świeżego mięsa, nie marynował, nie dawał saletry, tylko solił. Mięso nie miało różowego koloru, jak to po marynowaniu…

     – Oj, tak, tak! – wtórowała dama, podrygując do taktu podbródkiem.

     – Wtenczas nie było automatów, nie strzelało się świni, jeno brało się silny młot albo dużą siekierę do rąbania drzewa, wyprowadzało się świnię uwiązaną za nogę, jeden trzymał, a drugi musiał zdrowo kropnąć takiego wieprza w łeb, bo świniak ma bardzo twarde czoło…

 

            

                                              Na wsi nie bawiono się w takie ceregiele!

 

     Paniusia złapała się za serce, oddychając spazmatycznie.

     – Słabo mi…

     Dama otworzyła torebkę.

     – Mam krople nasercowe…

     – Może odprowadzić panią do domu? – zaofiarował się jegomość w bekieszy.

     – A czym nakarmię mojego biednego pieska?

     Mężczyzna w futrzanej czapie zdawał się nie zauważać, że wywołał swoją opowieścią małe zamieszanie, bo kontynuował z zapałem.

     – Chłop bił takiego wieprza ze dwieście kilo, fest wieprza, to trza go było zdrowo kropnąć w łeb, żeby się wywrócił najlepiej na prawy bok, i śpieszyć się teraz prędziutko, bo jak upadł na lewy, to hop go na prawy, żeby jucha ładnie spłynęła… Zaraz wytłumaczę wam dokładnie: jeden siadał w tyle, a drugi w pachwinie, żeby go ta świnia nie ugryzła, za nogę nie chyciła, bo ona była tylko zagłuszona… Lewą nogę trza było silnie podnieść do góry, żeby klatka piersiowa się otwarła i żeby mógł tam polecieć nóż…

     – Przychodzi baba do lekarza z nożem w plecach – zaśmiał się Chudy…

     – W żadne tam plecy, panie! Tam nie trza było prosto do serca noża wbijać, ale żeby nie poza łopatkę, ino do środka klatki piersiowej, to tam się znajduje krew i kiedy spływa ciurkiem, to świnia wiergnie ostatnimi nogami i szlus, już jest zaślachtowana… A wtenczas jeden łapał krew do naczynia, a drugi musiał prędko mieszać ręką, żeby włókna rozbić, bo one kłaczyły się jak gąbka, i trza było te czarne dziady wycisnąć, wyrzucić i krew już nie mogła skrzepnąć…

     – Na widok krwi robi mi się niedobrze! – oznajmiła paniusia.

     Pani w króliczym futerku machnęła lekceważąco ręką.

     – Jak w czasie powstania memu szwagrowi „krowa” urwała nogę, to biegł jeszcze kawałek na jednej i śmiał się, a krew chlustała z niego jak woda!

     – To krowa może człowiekowi urwać nogę?

     – To taka szwabska mina, którą ludzie nazywali „rycząca krowa”…

     – A mój stryj szedł po siano dla króli i jak stał, tak upadł na śnieg, krew mu z nosa poszła i koniec jak amen w pacierzu! – wybeczała Ostronosa.

     – Krew krwi nierówna, miłe państwo… Ale o czem to ja? Aha! W środku wierzby było próchno. Trza było wygrzebać to miętkie i wyrobić z tego koryto, które miało z boku takie nosze…

     – Moją siostrę przenoszono w czasie powstania na noszach z miejsca na miejsce, bo Niemcy wszędzie bombardowali…

 

          

 

     – Eeee, nie! Te nosze robiono, żeby można było nosić taką wielgą zaślachtowaną świnię, dlatego wierzba też musiała być gruba…

     – Moja siostra była chuda, a po zranieniu wyschła na wiór i jak ją brali z placu Napoleona, gdzie łóżka stały pod gołym niebem, to jęczała i prosiła sanitariuszy: „Zostawcie mnie, zostawcie, tu chcę umrzeć…”

     – Zaślachtowanego wieprzka wkładano w to koryto, podkładano łańcuch pod spód i polewano gorącą wodą. Aż para szła! Jeden trzymał z jednej strony i podnosił, a drugi opuszczał trochę i świnia się wałkowała dookoła… Trza ją było wyrajbować, nożem ładnie oskrobać, a potem do góry na hak… Wodą zimną zlać i najsamprzód przeciąć spód, wypuścić flaki, wyczyścić, przerąbać aż do samego gardła, wyjąć płuca, wątrobę…

     – A czy jedzono wtedy wątrobę na surowo? – spytała dama. – Lekarz zaleca to mojej córce, ale ona jest taka obrzydliwa!

     – Nieładnie tak mówić o własnej córce! – zarechotał Chudy.

     – Ja pana o komentarz nie prosiłam! – żachnęła się dama.

     Opowiadający uciszył ich ruchem ręki.

     – Nie ma się o co swarzyć, bo i płuca, i wątroba szły na kiszki, znaczy na podroby. Zostawał tylko kadłub cały, któren przerąbywało się na pół, a jak przestygło trochę i wyszło to powietrze, ten zapach mdły, rozćwiartowało się mięso i robiło z tego kiszki, kiełbasy…

     – Oj, robiło się, robiło… – westchnęła dama.

     – Jużem mówił, że chłop nie marynował mięsa, nie dawał saletry, bo jego by z tego brzuch bolał, ino posolił i zostawił do drugiego czy trzeciego dnia aż stwardło. I nie dzielił tego na pierwszą, drugą, trzecią klasę, wybierał wszystko jak leci. Mogło być z goloneczki, mogło być z łopatki, a to żylaste, te żyłki wyżyłowane, gruśpy, znaczy chrząstki, bo chłop nazywał to gruśpa, nie wykrawał tak ściśle, ale nożem ciął to cuzamen do kupy razem, solił i skręcał na maszyneczce. A jak nie miał maszynki, to brał rogi od starej krowy, musowo od starej, bo czem starsze bydlę, tem w rogach robi się miętsza miazga, którą trza wydłubać. Urżął kawałek takiego roga, a potem na cieńszy koniec naciągał se wyślamowane kiełbaśnice, po miastowemu flaki, a z grubszego napychał paluchami ten farsz, to przyprawione mięso…

     Paniusia zbladła i jeszcze raz złapała się za serce.

     – Trzymajcie mnie, bo upadnę!

     – Jak się kobieta nie puści, to nie upadnie… – wybulgotał Chudy.

     – Ja się nie puszczam, to raczej panu żona przyprawia rogi! – odcięła się paniusia.

     – Niech pani nie słucha – rzekła dama, parskając śmiechem. – Chłop sobie trochę wypił…

     – Więcej poufałości, niż znajomości!

     Mężczyzna w futrzanej czapie zaczął ich uciszać.

     – Ciiii, nie dajecie mi skończyć, a dzisiej nikt już wam nie powie, jak się robiło prawdziwe kiełbasy, a nie to, co tera kiełbasą nazywają…

     – Słuchamy, słuchamy! – zachęciła go dama. – Przy tej nędzy, w jakiej żyjemy, warto powspominać stare dobre czasy…

     – Z tem rogiem od starej krowy to nie szło tak szparko, ale jak chłop miał maszyneczkę i dorobiony lejek do niej, trzydzieści dwa numer, i se kiełbaśnice naciągał, a korbką se obracał, to szło migiem…  Jak nie chciał sam, to mu tam taki chłopak z domu obracał korbeczką, a on se tu trzymał, poprawiał i robił kiełbaski, poczem odkręcał takie pareczki, powiesił, ładnie wędził, pomału, pomaluśku… Najsamprzód podpalił, bo jakby wędził od razu mokrem drzewem, to jelitko, ta kiełbaśniczka tak się wstąpi, że ona się zrobi gruba, nieapetyczna i nie odstaje potem bardzo od mięsa… A jak podhycował troszeczke, znaczy podpalił mocniej, to ona stężeje, jest dobrze twarda w ręce i wtenczas chłop wędził ją pomalutku…

16:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Opowiastki mięsne (cz. 3) cd.

     W tym momencie zbliżył się do nas starszy mężczyzna w długim jasnym kożuchu.

     – Czy ta kolejka jest do rejestracji?

     – Gdzie tam! – odparła jedna z bab. – Czekamy na dostawę…

 

           

                                                Towaru jeszcze nie dowieźli

 

     – A czy tam nie ma nic do kupienia?

     – Do kupienia tak, ale nie do zjedzenia!

     – Same sczerniałe ochłapy! – dorzuciła inna.

     Nagle drzwi do sklepu otworzyły się i wyszła z nich wyraźnie poirytowana kobieta.

     – Ja już nie czekam… Kierowniczka powiedziała, że z braku towaru zamkną sklep wcześniej…

     – Niech lepiej zamknie pysk! – syknęła pani w królikach.

     Mężczyzna w jasnym kożuchu kręcił głową.

     – Może rzeczywiście nie ma na co czekać?

     – Tra-la-la, znamy się na tym! Przyjedzie samochód i najlepszy towar zniknie na zapleczu, a dla nas wołowina z kością i kiełbasa zwyczajna!

     Kobiety zaczęły trajkotać jedna przez drugą.

     – Jaka teraz wędlina ohydna!

     – Wędzona na tlenie…

     – Chłopu nie ma co dać – gotuję mu kluski na słoninie!

     – A pasztetową robią z papieru toaletowego…

     – Eeee… chyba przesada?

     – To niech pani spróbuje kupić papier toaletowy!

 

         

                                                Kolejka po papier toaletowy

 

     Damie w karakułach aż piersi podskakiwały ze śmiechu.

     – Nie ma się z czego śmiać! – rzekła pani w królikach. – Jutro mam gości na obiedzie…

     Jegomość w bekieszy strząsnął z nosa płatek śniegu.

     – Ja bym się zadowolił nawet kawałkiem salcesonu…

     – E tam! – żachnął się niski mężczyzna. – Czy to, co teraz robią, można nazwać salcesonem? Do salcesonu chłop ugotował głowę, serce, ozorek też brał, policzki oberżnął, mógł dać do tego jeszcze goloneczkę i pakował to do żołądka, któren naturalnie trza było czysto wyczyścić, wywrócić na drugą stronę, na chwilę dać do soli, cebulką obłożyć… A flaki, których u wieprza jest dziewięć metrów, trza było dobrze obrać ze smalcu, bo smalec się z kału nie obmyje, już zostaje kał na tem…

     Paniusia zatrzepotała rękami.

     – Też mi towarzystwo!

     – Człowiek jest bardzo wraźliwy na kał wieprzowy, żeby tylko dotchnął trochę, to już go czuć, już śmierdzi… Ale taki, co już robi przy tem, to mu to idzie zręcznie – pociągnie, pociągnie, ile tam, pięć-siedem minut i całe flaki są wyczyszczone do imentu…

     – Obrzydlistwo!

     – Po władowaniu do żołądka wszystkich podrobów, gotuje się to jeszcze raz i nie daje się żadnych żelatyn, tylko troszkę tego rosołu po pierwszym zagotowaniu się wleje i to ładnie stwardnie, potem na zimno trza to wynieść, deseczkę położyć na tem i pod kamienikiem-ciężarkiem on się pięknie uprasuje ten salcesonik, a smaczny jest do niepojęcia, bo i czosnek jest w niem i pieprzu chłop nie żałuje… Tak to było, tak to było, ale dość już na tem, miłe państwo…

     – Co się stało? – zaniepokoiła się dama, widząc, że mężczyzna w futrzanej czapie wysuwa się z kolejki.

     – Idę już, bo chyba nic tu nie wymodlimy. Żona chora, muszę jej przynieść z apteki choleran i coś tam jeszcze, bo wątroba jej puchnie.

     – A o wędzeniu kiełbasy nam pan nie skończy?

     – Takie tam brechty…

     – Nie daj się pan prosić!

     – Jeźli już tak pilicie… Ano mieli po wsiach kominy i taki kominek zrobiony, tam odsunął chłop zasuwę i trzy-cztery drążki mógł powiesić, a tu se palił na tem palenisku, dym tam szedł do góry i jak kiełbaska dobrze przeszła dymem, to skóreczka była cieniutka, w podobie do wisienki. Taka kiełbasa, trza ją było ino zawiesić na wywiewnym strychu, mogła leżeć i dwa lata…

 

                

 

     – Dzisiaj kiełbasa jest tylko z nazwy – stwierdził jegomość w bekieszy, pociągając zsiniałym nosem.

     – Oj, tak, tak! – zawtórowała dama w karakułach.

     – Bo to wielka różnica – kiedyś a dzisiej… Nie wszyscy kiedyś szli kiełbasę kupować i nie wszyscy trzymali się wędlin. Przeważnie jadała mięso jenteligencja, a chłop se zabił świnie jedne na rok czy dwa roki, panie, i wystarczyło mu, jak on se uwędził słoninę i zapach miał w domu…

     – Chyba tam, w pana stronach, bili chłopi świnię raz na dwa lata!

     – Co prawda, to prawda… U nas w Galicyi była wielka bieda, ale ja nie tylko u siebie bywał, ja przecie znałem wszędzie, jeździłem po różnych stronach za robotą. I różnie wtedy bywało… Robotnik, któren był na państwowych pracach zatrudniony, to przeważnie miał dobrze, ale jak na bezrobociu był albo szukał pracy, bo prace też były śliskie, to biedę klepał jak inni…

     – Komunistyczna propaganda! – warknął młodzieniec, który dopiero niedawno zdjął słuchawki z uszu.

     – Jaki ja tam komunista, panie! Nie tylko u nas bieda była… W innych stronach, pamiętam, jak świnię zabili, to tarli ziemniaki i napychali w jelita, a potem w piecu chlebowym piekli i to jedli…

     – I popijali wywarem z lebiody! Panie, komu pan taki bajer zasuwa?

     – Pan za młody, żeby to wiedzieć… Mięso szło do miasta, a chłopi musieli się obyć samym smakiem…

     – A teraz przychodzą chamry z koszami i wykupują wszystko! – zakrzyczała dama ni z tego, ni z owego.

     Ostronosej aż nos zbielał ze złości.

     – Nie wiadomo, kto jest chamra!

     – Wsiochę poznać na kilometr!

     – Ledwo wylazła z gnoju, a już wielką damę udaje!

     – Kobiety, nie kłóćcie się! – to był głos pana w sportowej kurtce, który stał za mną. – Mało to was bieda gryzie?

     Podniesione głosy wyrwały Chudego z drzemki:

     – Przychodzi baba do lekarza z żabą na głowie…

     Jego mamrotanie utonęło jednak w powszechnym przekrzykiwaniu się:

     – Niedługo będzie można kupić tylko w jedną rękę: kilo soli, kilo cukru i, jak będzie pogoda, kilo mąki!

     – Przyjdą Chińczyki i powiedzą ryżżżżżżżżżż!

     – A mięso będą sprzedawali tylko przed świętami państwowymi!

     – Każdy będzie trzymał w zębach kawał kości i ogryzał!

     – Jak zaczną spłacać zadłużenie, to na pewno tak będzie!

     – Nie narzekajcie, człowiek może przecież żyć przez dziesięć dni sama wodą…

     – I jeszcze utyć!

     Raptem otworzyły się drzwi sklepu. Ludzie wychodzili. Niektórzy klęli.

     – Niech to cholera!

     – Żeby ich szlag trafił!

     – Dostawy dzisiaj nie będzie!

     – Kierowniczka mówiła, że niedługo zamykają.

     W sklepie zrobiło się trochę miejsca. Popatrywaliśmy na siebie niepewnie.

     – Ja wchodzę – rzekła pani w królikach. – Przed przyjściem rozłożyłam pasjansa. Z kart wyszło, że dostawa będzie…

 

                      

 

     – A mnie śniła się w nocy cielęcina – poparła ją dama w karakułach.

     – Wejdźmy wszyscy – zaproponował pan w bekieszy. – Szkoda naszego stania…

     – A ten? – Ostronosa wskazała palcem Chudego, który drzemał na stojąco.

     – Ja go wprowadzę – zaofiarował się mężczyzna w futrzanej czapie.

16:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Opowiastki mięsne (cz. 3) cd.

    Weszliśmy. Tuż za progiem powitał nas głos kierowniczki tak otłuszczonej, jakby żywiła się samym smalcem:

    – Zaraz zamykamy!

    – Austriackie gadanie!

    – Zamkniecie, jak skończycie pracę, my się stąd nie ruszymy!

     – Jeszcze nie ma szóstej!

     – Ja tylko informuję, że dostawy dzisiaj nie będzie!

     – Zupełne puchy – rzekła dama, popatrując na ladę.

     – Jest konina – skrzywiła się baba z brodawką.

     – Brrr! – wzdrygnęła się paniusia.

     – Jak rozpoczęła się wojna, to ludzie inaczej śpiewali! – zaśmiała się drwiąco pani w królikach. – Tu, koło tego sklepu, był las…

     – Gdzie?

     – O tam… W lesie stali kawalerzyści… Niemcy ich wymacali i zaczęli ostrzeliwać z dział… Z lasu wypadały ranne konie, rżąc przeraźliwie… Wszędzie leżały – tu, tu, tam! Jeszcze trwał ostrzał, a ludzie już wybiegali z domów z kuchennymi nożami… Wycinali dymiące szynki, wykrawali z grzbietów płaty polędwicy…

     – Okropne!

     – A gdzie podział się las? – spytała dama.

     – Na drugi dzień po wejściu Niemców lasu już nie było. Ludzie poszli z siekierami i wyrąbali wszystko, nawet krzewy.

     Nagle rozległo się buczenie. Pod sklep podjechał duży samochód-chłodnia.

     – Mówiłam, że przyjadą!

     – Przez godzinę do zamknięcia i tak wszystkich nie obsłużą!

     – Nas w środku muszą obsłużyć!

     – Nie cieszcie się, bo znowu będzie sama słonina!

     – Co lepsze ukryją na zapleczu, a dla nas zostanie trochę gnatów!

     Kobiety dostały z wrażenia wypieków na policzkach. Pan w sportowej kurtce uciszył je ruchem ręki.

     – Po co ta panika? Widzimy przecież, co wynoszą z samochodu!

     – Tusze świńskie…

     – Ćwierci wołowe…

     – …i cielęce…

     – A co w tych pojemnikach?

     – Pewnikiem podroby…

     Wszystko zniknęło na zapleczu. Po chwili dobiegły stamtąd głuche odgłosy uderzeń. Ludzie umilkli, nasłuchując chciwie. Ktoś zaczął się przepychać. Zawrzało.

     – Ludzie, nie pchajcie się!

     – Nie pchaj się, damulko!

     – Ja się nie pcham; mnie pchają…

     – Czy pan jest przybity do podłogi gwoździami? Posuń się pan!

     – Mogę cię zaraz posunąć!

     – Nie tykaj mnie, szczeniaku!

     Na zewnątrz kolejka napierała na drzwi. Widać było falujące twarze i nosy przyklejone do szyb. Inwalida bez nogi i kobieta w ciąży próbowali wejść i przecisnąć się do przodu. Tłum zawrzał.

     – A ty, zdziro, gdzie? W ciąży? My znamy takie w ciąży…

     – Bebech sobie poduszką wypchała!

     – Spływaj stąd, kulasie!

     – Patrzcie go, nogę stracił na wojnie – pod tramwajem!

     – Po pijanemu…

     Tłum gęstniał, napierał na ladę.

     – A ty, wiedźmo, stań w kolejce!

     – Albo połóż się do trumny i odmawiaj zdrowaśki!

     Staruszka głośno pochlipywała.

     – Ludzie, jak wam nie wstyd? Nie jesteście zwierzętami! – krzyknął jegomość w bekieszy.

     – Nie można zbydlęcieć dla kawałka mięsa! – poparł go mężczyzna w futrzanej czapie.

     Ale tłum napierał w dalszym ciągu.

     – Ludzie, ludzie!

     To wołanie dobiegało wyraźnie spod sufitu. Tłum zafalował niespokojnie.

     – Co to?

     – Jakiś głos…

     – W cuda wierzycie? Mąż nad sklepem tłucze żonę…

     Wołanie się wzmagało.

     – Ludzie, ludzie!

     Wszyscy patrzyli w górę, na sufit. Ostronosa przeżegnała się parę razy.

     – W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…

     – Amen – odpowiedział Głos.

     W tym momencie z zaplecza dobiegł przeraźliwy, pojedynczy kwik.

     – Jezus Maryja, co się tam dzieje?

     I znowu ten Głos dobiegający spod sufitu.

     – Jeźliby kto zabił jakiegokolwiek człowieka, śmiercią umrze. A jeźliby kto zabił bydlę, odniesie karanie za grzech swój…

     Przez tłum przebiegł szmer trwogi.

     – Zaczynam powątpiewać, czy mamy prawo pożerać te biedne stworzenia? Nic nam przecież złego nie uczyniły…

     – One też chcą cieszyć się życiem!

     – Ja bym dla siebie nie kupiła nawet kawałka, ale mam przecież psa!

     – To niech go pani zabije i zje! W czasie powstania zjedzono wszystkie psy!

     – Co? Co??? Chyba nie każe mi pani…

     – To takie samo zwierzę jak tamte!

     – Zwierzęta też mają duszę, są wrażliwe na ból, boją się śmierci!

     – To okrutne pastwić się nad niewinnymi zwierzętami!

     Na zapleczu wzmagał się tumult. Rozległ się znowu kwik, a potem ryk krowy.

     – Boże, co tam się dzieje?

     Głos spod sufitu rozbrzmiał ponownie.

     – Tedy każę zatrąbić w trąbę huczną miesiąca drugiego, dnia dziesiątego tego miesiąca, gdy święcić będziecie rok osiemdziesiąty trzeci…

     – To właśnie dzisiaj!

     – Zmiłuj się nad nami, Panie!

     – Wybaw nas od miłosierdzia Twego!

     Ale Głos rozbrzmiewał nieubłaganie.

     – Każę zatrąbić w trąbę po wszystkiej ziemi waszej. I obwołacie wolność wszystkim obywatelom jej…

     – Obwołamy! – skwapliwie potaknął tłum.

     – Wszystkim ludziom…

     – Wszystkim ludziom!

     – I bydlątkom wszelkim…

     – I wszelkim bydlątkom!

     Niektórzy prześcigali się w gorliwości, wykrzykując na wyprzódki.

      – Świniom!

     – Krowom!

     – Wołom!

     – I cielakom!

     Dama w karakułach usiłowała uklęknąć, ale ścisk jej na to nie pozwalał.

     – A kiedy obwołacie im wolność, wyda ziemia owoc swój, a będziecie jeść aż do sytości…

     – Obwołamy!

     –  A jeźli nie usłuchacie mię, zetrę pychę mocy waszej, i uczynię niebo nad wami jako żelazo, a ziemię waszą jako miedź…

     – Usłuchamy!

 

                     

 

    

     Rozległ się dźwięk trąb archanielskich. Tłum nie zdążył jeszcze ochłonąć ze zdumienia i zgrozy, gdy z zaplecza dobiegł nieludzki krzyk. Wybiegła stamtąd ekspedientka z tasakiem, blada jak trup. Za nią druga w gumowym fartuchu pokrytym rdzawymi plamami. Przesadziły ladę i zaczęły przedzierać się ku drzwiom. Kierowniczka ruszyła w ślad za nimi. Ludzi ogarnęła panika. Z zaplecza dochodziły coraz przeraźliwsze kwiki, beki, porykiwania, a po chwili wypadły stamtąd trzy cielęta, pięć świń, jedna krowa i duży wół, tratując ladę i wpadając w tłum. Posypały się szyby. Ludzie kłębili się, deptali po sobie, usiłując wydostać się na zewnątrz. Ranni jęczeli pod nogami, kopytami, racicami.

     Wreszcie zwierzęta wydostały się na wolność. Na czele stadka kuśtykał wół, któremu brakowało jednej nogi. Trzy świnie nie miały ryjów, dwa cielaki były bez ozorów. Na ciałach zwierząt widać było ślady cięć, przerąbywań. Pędziły środkiem jezdni. Samochody trąbiły, zjeżdżając na chodniki. Przechodnie uciekali w popłochu na wszystkie strony.

     – My też chcemy żyć! – ryknął wół. – Chcemy wrócić na pola, łąki, do lasów! Jak kiedyś, zanim zniewolił nas człowiek!

     Pozostałe zwierzęta wtórowały mu rykiem, bekiem, kwikiem. Przecięły Kasprowicza, wpadły do Lasku Bielańskiego. Coraz ciszej, coraz dalej rozbrzmiewała ich skarga: „Chcemy żyć!”

16:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »