RSS
środa, 29 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 100)

     ANEKS

     W jego skład wchodzą komentarze zamieszczane w trakcie publikowania „Rozmów” na moich blogach w dwu różnych portalach, przeto w części niedostępne dla osób wchodzących na jeden blog, tym bardziej że dochodzi do tego jeszcze kilka ważnych komentarzy z poczt mailowych. Przy okazji nadmienię, że od 24 lutego ilość wejść na obu portalach, w bloxie i onecie, gdzie te rozmowy były prezentowane, jest mniej więcej równa i w sumie wynosi szesnaście tysięcy, co mnie mile zaskoczyło, ponieważ są to rozmowy jednak filozoficzne.

 

     Wpisy filozoficzne czytam z przerwami. Niekiedy się zgadzam z waszymi wywodami (Krishnamurtiego i twoimi), niekiedy wydaje mi się, że mam jakieś wątpliwości, ale żadnej dyskusji nie podejmuję, bo w tej dziedzinie jestem kompletna noga, co dziwić nie powinno, gdyż przez całe życie zajmowałam się diametralnie innymi sprawami, w dosłownym tego słowa znaczeniu przyziemnymi, i nad nimi musiałam główkować. Pozdrawiam ja 2010-02-25  10:16

     Za czasów Sokratesa każdy szewc był w stanie podjąć jakikolwiek dyskurs filozoficzny, no ale wtedy nie tylko szewcy się w takich elementarnych dla ludzkiego bytu rozważaniach ćwiczyli. W czasach współczesnych szefowie wielkich korporacji poszli jednak po rozum do głowy – wysyłają swoich menedżerów na seminaria filozoficzne (Krishnamurtowskie byłyby jednak przedsięwzięciem zdecydowanie nazbyt ryzykownym) i okazuje się później, że ich myślenie w dziedzinach jak najbardziej pragmatycznych staje się znacznie bardziej twórcze! jbroszkowski 2010-02-25 14:02

     Gdybyś wpisał w googlach moje nazwisko, zobaczyłbyś na pierwszej stronie kilka moich patentów, wrzuconych tam przez Instytut BDiM. Skrót BDiM oznacza: Budowy Dróg i Mostów! I wówczas zrozumiałbyś, jak daleko było mi przez całe życie do interesowania się kwestiami poruszanymi przez Krishnamurtiego, chociaż być może to, co nieraz dotykam myślami i wyobrażeniami, jest bliskie „szewcowej” z czasów Sokratesa – szukanie miłości, bliskości jest bowiem we wszystkich czasach podobne, choć jakże różne. Ale rozmawiaj nadal, ciekawie się to czyta. Pozdrawiam ja 2010-02-25  15:37

     Szukanie miłości, bliskości jest we wszystkich czasach, a może i bezczasach, podobne, natomiast może się ono różnić sposobami osiągania celu, którym dla większości z nas jest odnalezienie miłości i bliskości w kontakcie z jakimś człowiekiem, choć z powodów wskazanych przez Krishnamurtiego jest to najczęściej złudne, a bardzo często wręcz niemożliwe do osiągnięcia, ponieważ najpierw musimy tę miłość i tę bliskość odnaleźć w kontakcie z samym sobą, co zazwyczaj okazuje się trudnością nie do przezwyciężenia! jbroszkowski 2010-02-25 17:05

     Być bezobronnym to żyć, zamykać się i cofać to zamierać. Podkreśliłam to sobie, bo jest to mądre i zgadzam się z tym całkowicie. Rozumiem, że bezobronnym nie jest słowem z literówką, że nie ma być bezbronnym (w polszczyźnie można się spotkać jedynie z takim przymiotnikiem), i że tak mówił przemądry Krishnamurti (gdy porównałam w części pierwszej oba zdjęcia, doszłam do wniosku, że jesteście do siebie podobni – tylko włosy i oczy was różnią). Będę z ogromną ciekawością śledziła kolejne odcinki… D. 2010-02-26 10:15

     Bezobronny to jedno ze słów-kluczy u Krishnamurtiego. Tak jest w przekładzie Wandy Dynowskiej, w którym roi się od literówek, gdyż te książeczki drukowano jej przecież w Indiach, ale dla mnie było oczywiste, że w tym wypadku o żadnej literówce nie ma mowy. Bezbronny oznacza kogoś, kto nie ma broni i możliwości obrony, obronienia się przed jakimś napastnikiem, natomiast bezobronny kogoś, kto dla swego dobra nie powinien przyjmować postawy obronnej, a przecież poczucie zagrożenia i bezradności jest podobne w obu takich stanach, gdyż lękamy się i bezbronności, i bezobronności. Rozumieć, że coś jest mądre, nie jest równoznaczne z korzystaniem z tej mądrości, a jedynie rozumienie bezobronne jest kluczem do wyjścia poza błędne koło naszych lęków. Nie będę jednak szerzej tego problemu naświetlał, ponieważ w kolejnych częściach tych rozmów zostanie on naświetlony dostatecznie – z razie jakichś wątpliwości postaram się służyć kolejnymi objaśnieniami. jbroszkowski 2010-02-26 11:05

     Krishnamuri żył w swoich czasach, w swoim świecie, dlatego nie ma prawa oceniać sytuacji życiowych ludzi teraz żyjących! Pamiętaj, że On też jest SUBIEKTYWNY, jak wszyscy! Moim zdaniem wszystko, co ludzie mówią czy robią, jest subiektywne, a w takim razie nie istnieje pojęcie Guru! Może być tylko ktoś od nas mądrzejszy, ale nie jest to PEWNE, a my się tak przejmujemy tymi mądrościami, mając swoje! Pozdrawiam D. 2010-03-02  12:45

     Droga D.! Gdybyś uważnie przeczytała pierwszy odcinek (kolejne też, w tym te, które dopiero będę zamieszczał), to byś wiedziała, że Krishnamurti żył w naszych czasach, zmarł bowiem w roku 1986, gdy na przykład ja zbliżałem się już powoli do pięćdziesiątki. Ponadto nigdy nie chciał być dla nikogo guru, no a czy był  SUBIEKTYWNY JAK WSZYSCY, łatwo się przekonać, śledząc jego wywody bez intelektualnego zacietrzewienia, podsycanego własnymi lękami. jbroszkowski 2010-03-02 14:28

     Nie będę się upierać, że mam rację, bo tego nie jestem pewna, ale nie lubię piedestałów! One zawsze są niebezpieczne! D. 2010-03-02  15:01

     Wyjęłaś to Krishnamurtiemu z ust! jbroszkowski 2010-03-02 15:07

     Może to ja jestem subiektywna, ale jego definicje nadziei czy miłości wprawiły mnie w osłupienie, a to, co napisał o zazdrości, też budzi mój sprzeciw, bo dla mnie zazdrość nie jest nienawiścią! D. 2010-03-02  16:02

     Axel Munthe pisze w Księdze z San Michele, że zaczął kochać ludzi bardziej, gdy stracił jedno oko, a  pokochałby ich całym sercem, gdyby zupełnie zaniewidział, ponieważ wówczas nie widziałby ich brzydoty. Niestety, na razie mam dwoje oczu, tak jak Krishnamurti, z tym że on potrafił kochać prawdziwie, a ja chciałbym móc tak kochać… Nawet jeśli zazdrość nie jest nienawiścią, to miłością na pewno nie jest! jbroszkowski 2010-03-02 17:03

     Witam Pana......... Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje mu wolność, ale unieszczęśliwia, tak sobie właśnie myślę, czytając ostatnie Pana posty! Czy się mylę? Pozdrawiam Emi  2010-03-12 11:37

     Wiedza w sensie wiedzy intelektualnej nie daje wolności, bo jest ułudą, a zatem i uczucie wolności, nawet jeśli euforyczne, będzie ułudne. Można by rzec, że im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy, jeśli owo „więcej, więcej i więcej” pozostanie głównym motywem naszego działania. Jedynie dogłębne rozumienie, które osiąga się bez żadnego wysilenia, daje wolność. Oczywiście, człowiekowi znajdującemu się u kresu wszystkich ułud, takiemu jak ja, łatwiej to pojąć, co nie oznacza, że łatwiej mu dojść do rzeczywistego kresu wszystkich ułud. W dalszych odcinkach moich rozmów z Krisnamurtim otrzyma Pan wyczerpującą odpowiedź na swoje zapytanie. Z serdecznymi pozdrowieniami jbroszkowski 2010-03-12 16:37

     Każde pytanie rodzi następne, każda odpowiedź – także, zatem zmierzamy do zwątpienia. Człowiek jest zdeterminowany przez naturę, zależny od innych ludzi, ustroju politycznego, społeczeństwa, pochodzenia, wyznania. Ograniczony przez wiele czynników. W ogóle to nie można czuć się wolnym, bo jest to nieosiągalne, chyba że po tamtej stronie, ale czy na pewno? Emi 2010-03-14 09:32

     Można dojść do kresu wszystkich pytań, wszystkich odpowiedzi, wszystkich zwątpień – już po tej stronie, gdyż „tamta strona” jest jedną z największych ułud, wszczepianych człowiekowi przez tych, którzy czerpią z tego wymierne korzyści w świecie jak najbardziej realnym. Przestrzegał przed tym właśnie Krishnamurti, „wcielony bóg”, który wolał wcielić się w człowieka, by mówić ludziom zniewolonym i przez innych, i przez ułudy własnego umysłu (własnej jaźni), iż żeby czuć się naprawdę wolnym, trzeba wpierw być wolnym w sobie. Na końcu tych rozmów znajdzie Pan streszczenie jego wywodów z książki Ku wyzwoleniu, z których pozwolę sobie na zacytowanie hasełka Bóg: „Każdy chce czegoś wielkiego w przyszłości, chce zapewnić sobie miejsce w niebie, najbliżej Boga, którego sam sobie stworzył. Ale w takim niebie nie ma ani odrobiny Prawdy, jest ono doszczętnie jej pozbawione, jest puste”. jbroszkowski 2010-03-14 11:46

     W końcu „po tamtej stronie” jesteśmy także zależni – od Boga. Ja-Kobieta (na marginesie) Emi  2010-03-14 13:21

     Człowiek, istota ponoć boska, jest w istocie zwierzęciem, zazwyczaj stadnym, stąd to jego umiłowanie zależności! Jakiejkolwiek! Niby pragnie wolności, ale w zniewoleniu! Jeśli nie jest zniewolony przez innych, niewoli siebie... „Chrystus Cię zbawi!” etc., etc. Jakże trudno wybawić siebie nie tylko od rozmaitych „wybawicieli”, ale przede wszystkim od siebie! Pozdrawiam i przepraszam za mój męski szowinizm, bo okazuje się, że kwestie filozoficzne nie zaprzątają umysłów jedynie mężczyzn! jbroszkowski 2010-03-14 13:59

     Tak właśnie sobie pomyślałam, że „filozofowanie” to nie domena kobiet, a zatem pocieszające jest to, jak kobieta potrafi być dziś elastyczna. Przygnębiające, że przestała być sprężysta! Emi 2010-03-14 16:03

     Kobiety bywają filozofkami, nawet dość znanymi, jak moja eksprzyjaciółka, która stworzyła własną teorię filozofii codzienności. Nie potrafiła mi jednak wyjaśnić, co się stało ze zbiorem bardzo cennych znaczków pocztowych, które jej powierzyłem przed kilkudziesięciu laty, gdy wyjeżdżała do Wiednia, i które zniknęły jak kamfora? Trzeba być prawdziwym filozofem codzienności, by móc po czymś takim wygłaszać w radio pogadanki o moralności!

     Ale mówiąc szczerze, bardziej interesuje mnie opozycja: „elastyczna” – „sprężysta” w odniesieniu do kobiet nie tylko współczesnych, gdyż  filozofia codzienności była powszednim chlebem kobiet od zarania dziejów, nie wliczając w to okresów matriarchatu, kiedy ten rodzaj filozofii musieli uprawiać mężczyźni. Kobieta potrafiła wlać się w każdą formę, którą do pewnego czasu tworzył mężczyzna, póki nie stał się w ostatnich czasach bezformiem! Oczywiście, równie często jak o przeroście formy nad treścią, można było mówić w tym kontekście o przeroście treści nad formą, ale o tym może powiem przy innej okazji. Dzisiaj jedynie nieliczne kobiety starają się zachować pozory, iż bez przymusu, niekiedy bezpośredniego, taką filozofię z własnej i nieprzymuszonej woli uprawiają…

     A teraz przejdźmy do owej „sprężystości”, której współczesnym kobietom ponoć brak. Na pewno nie brak jej „kobietom wyzwolonym”, które z każdym nowym rokiem zmierzają prężnym krokiem ku zrównaniu płci. Dla mnie są istotami bezpłciowymi, androgenicznymi, ale może miała Pani na myśli co innego? jbroszkowski 2010-03-14 23:18

     „Miłość to stan zupełnej bezobronności i piękna…” Definicja miłości, którą podaje Krishnamurti, jest rzeczywiście niezwykła, ale nie jestem pewna, czy do końca ją pojmuję... Muza 2010-03-29 18:23

     Miłość BEZOBRONNA nie oznacza BEZBRONNA, jest to bowiem miłość, która ma w sobie prawdziwą moc, diametralnie różna od tej neurotycznej, która buduje mury, wznosi barykady i używa strzelających tarcz... Miłość nie jest rzeczą, bo tylko tę można stracić... Rzeczą bywa także człowiek, którego „kochamy”... Kochać można bowiem złą miłością, nawet jeśli jest tylko skierowana w złym kierunku (zazwyczaj wyłącznie w naszym, choć jesteśmy przeświadczeni najgłębiej o tym, że w kierunku naszego partnera, który może zawieść nasze oczekiwania, mimo iż to my je zwodzimy)... A te stany euforyczne przemieszane ze swymi odwrotnościami to tylko chemia – z prawdziwą, twórczą miłością mająca niewiele wspólnego... Zwierzęcość uczuć („jakim ciepłem bije od wszystkich zwierząt!”) bywa wspaniała, nawet w swej warstwie prokreacyjnej czy, jak w naszym, ludzkim przypadku, także przyjemnościowoseksualnej, ale w pewnym momencie napotyka na własne ograniczenia, jałowieje... jbroszkowski 2010-03-29 22:15

     Chemia, o której wspominasz, mówiąc o miłości, to określenie ogromnie dziś popularne. Powtarzają je wszyscy. Ty go odrzucasz... mówisz o miłości twórczej. Kiedy więc nie jest twórcza? Muza 2010-03-29 23:38

     Nie odrzucam miłosnej chemii w sensie powątpienia w jej istnienie, z tym że inna jest chemia, gdy jesteśmy bardzo młodzi, a inna powinna być później. Miłość dojrzała nie może się opierać na samych feromonach... Miłość nie jest twórcza wówczas, gdy nie jest twórcza, czyli gdy nie ubogaca, gdy jest neurotyczna, oparta na lękach... jbroszkowski 2010-03-30 02:17

     Miłość jest na ogół oparta na neurotycznych lękach... Czy znasz inną? Myślę, że miałbyś kłopoty z odpowiedzią... D. 2010-03-31  19:07

     Tak, na ogół jest oparta na takich lękach. Czy znam inną? Z moich osobistych doświadczeń nie znam, ale przecież na mnie nie kończy się świat. jbroszkowski 2010-03-31 20:53

     Zauważ, że Krishnamurti mówi o miłości to, co wiesz, ale do końca sobie tego nie uświadamiasz, często to czujesz, ale jeszcze tego nie nazwałeś, więc nie miało szansy zaistnienia. „Stosunki między ludźmi nie są czymś statycznym, trwałym, są procesem, są w ciągłym ruchu”. Wiesz o tym, instynktownie czujesz, że to, iż wczoraj było cudownie, dziś już może nic nie znaczyć, jeżeli w relacjach wzajemnych dojdzie do spięcia. Tu zawsze jesteś na barykadzie, jeśli odejdziesz na tyły, aby cieszyć się zwycięstwem, za chwilę możesz nie mieć po co wracać. O rany, zapachniało prochem... „Miłość nie jest z tego świata... jest tylko wówczas, gdy nie jest naszym tworem?” No tak, okey, ale z jakiego zatem jest świata? Ma spaść na nas nagle, bez udziału naszej woli? Muza 2010-04-29 21:18

     Z jakiego miłość jest świata? Z naszego, ludzkiego świata. Krishnamurtiemu nie chodzi o to, żeby spadła na nas nagle, bez udziału naszej woli, choć prawdą jest, że mimo wszystko spada na nas nagle i w pewnym sensie bez udziału naszej woli, ponieważ miłości nie da się zaprogramować, prawda? Niektórzy próbują to robić z opłakanymi dla siebie, a czasami nie tylko dla siebie, skutkami. Sam byłbym kiedyś, nie teraz, znakomitą tego ilustracją. O co więc naprawdę chodzi Krishnamurtiemu? Przede wszystkim o to, by miłość nie była tworem naszego ja (umysłu, intelektu). Nie chodzi jednak o to, by była tworem serca w rzewnym tego słowa znaczeniu. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby zrodziła się najpierw w nas – w sensie ogólnym, gdyż nie chodzi o taką, która nieoczekiwanie się w nas budzi, by prędzej czy później równie nieoczekiwanie zniknąć z braku naszej zdolności do prawdziwego miłowania. Z tego, co piszesz, daje się wyczuć, że może nie zawsze, ale bardzo często byłaś w sprawach uczuciowych na barykadzie. Ja kiedyś też, ale już nigdy nie chciałbym wracać do takiej postawy. Takie uczucie pachnąc prochem, pachnie równocześnie klęską. Miłość powinna być BEZOBRONNA – powtarzam to ostatnie słowo, gdyż jest ono kluczowe dla rozważań Krishnamurtiego w tej kwestii, który nigdy nie mówi o sprawach, których tacy ludzie jak ty i ja by sobie nie uświadamiali, a nawet, jak w moim przypadku, by tysiące razy tego nie nazwali. Sprawa jest dziecinnie prosta: wcielić w to życie, w codzienną praktykę życiową... Ha! jbroszkowski 2010-04-30 00:13

18:33, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 100) cd.

    „Unikać brzydoty, a szukać tylko piękna jest oznaką niewrażliwości”. Przypomina mi się wiersz Ikar Grochowiaka... wzlatujący w niebo Ikar i kobieta pochylająca się nad balią. I pytanie – czy w imię piękna wykląć rzeczy brzydkie? Życie jest bardzo pojemne, jest w nim miejsce na jedno i drugie. Nie umielibyśmy smakować piękna, gdyby nie było brzydoty. Muza 2010-05-06 22:18

     Turpistowatowieczniezachlany Stasio Grochowiak zerżnął motyw Ikara i kobiety nad balią od Juliana Przybosia. To jedyny mój dopisek do twego komentarza, gdyż moje zdanie w tej sprawie dopiero od niedawna jest zgodne z twoim, i rzecz jasna Krishnamurtowskim. jbroszkowski 2010-05-07 03:07

     Czytam z ogromnym zaciekawieniem rozmowy z Krishnamurtim i nie dziwię się, że tak niewiele jest komentarzy, choć zbliżamy się już do czterdziestego odcinka. Świat współczesny zasypuje nas informacjami niewartymi funta kłaków, które musimy jednak chcąc nie chcąc przetrawić, o czym doskonale wiedzą reklamodawcy, czy manipulatorzy stokroć bardziej od nich groźni, bo usiłujący dobrać się nie do naszych kieszeni, lecz do naszych dusz. Żebyśmy mogli się przed tym obronić, powinniśmy zaszyć się w jakiejś głuszy i rozmawiać tylko z ptakami oraz chmurami, względnie z takimi mędrcami jak Krishnamurti, co Pan zdaje się czynić… zagoniony 2010-05-10 17:36

     Nie ilość komentarzy się liczy, lecz ich jakość, a do tych tutaj prezentowanych chyba nie można mieć zastrzeżeń. Warto rozmawiać z ptakami i chmurami, ale jeden z moich iwonickich przyjaciół powiada, że największym darem może być także rozmowa z drugim człowiekiem. Jest Pan człowiekiem zagonionym, to prawda, ale znacznie gorzej być zapaplanym na śmierć… jbroszkowski 2010-05-10 19:19

    Zazwyczaj miłość zaliczamy do sfery emocji, Krishnamurti mówi, że „emocje i myśli zastępują miłość, zajmują w nas jej miejsce". Podkreśla opozycję miłość – intelekt. Dalszy wywód wskazuje, że miłość intelektualna jest wyrozumowana, czy tak? Serca mają wypełniać nie ruchy myślowe, lecz miłość. Miłość nie jest uczuciem, lecz stanem bytu. Mowa tu o miłości pojmowanej bardzo szeroko, nie tylko w relacji kobieta – mężczyzna. Miłość stanem bytu – cudowne. Muza 2010-06-03 18:23

     Miłość może stać się dla nas owym cudownym stanem bytu, gdy odejdziemy od ja i moje, gdyż do akcentowania poczucia własności sprowadzają się zazwyczaj relacje kobieta – mężczyzna. A przecież nie tylko człowieka, lecz i miłości nie można posiąść na własność – musi wciąż rodzić się, odradzać jak wszystko, co nas otacza. Kiedyś o tym nie wiedziałem, na długo przed rozmowami z Krishnamurtim, bo przed ćwierćwieczem, ale wówczas mogłem zadawać jedynie pytania, na które nawet nie próbowałem znaleźć odpowiedzi: „Dlaczego pszczoły, słysząc z dala moje kroki, / roją się huczą i spadają martwe? / Dlaczego konie na mój widok stają dęba, / rżą przeraźliwie, toczą pianę z pyska? / Dlaczego ciała kobiet pod moim dotykiem / pokrywa nagle gładka, lśniąca łuska?” Ten obraz poetycki był oczywiście przerysowany, ale oddawał istotę rzeczy: moje miłości były wtedy całkowicie wyrozumowane, mimo iż aż dyszały od emocji. Ślepych. jbroszkowski 2010-06-03 20:37

    Jak bez „ja” i „moje” kochać jako ktoś bardzo indywidualny, jedyny i niepowtarzalny? Muza 2010-06-03 21:18

    Nie chodzi o jaźń jako taką, lecz o wybujałe, samolubne „ja”, które nie zna niczego poza miłością własną. To samo dotyczy zaborczego „moje”, ograniczającego się do pożądania więcej, więcej i więcej. Posiąść podmiot miłości, to ograbić go z tego, co indywidualne, jedyne i niepowtarzalne. Prawdziwa miłość jest bezinteresowna, z tym że nie chodzi tu o żadne skrajności w postawach pożądanych z punktu widzenia psychofizycznych potrzeb, nie „interesów”, każdej ze stron, jeśli skupimy się na relacji kobieta – mężczyzna. jbroszkowski 2010-06-03 22:10

     O zazdrości. Tak, w chwili, kiedy tę zazdrość odczuwamy, nie ma miejsca na miłość. Jeśli jednak umiemy ją odrzucić w imię miłości, to co – dojrzewamy w uczuciu? Muza 2010-06-04 22:16

     Dojrzewamy na pewno. Ale o tym, czy naprawdę dojrzeliśmy, będzie świadczył fakt, że to nienawistne uczucie, jakim jest zazdrość, nie ma już dostępu do naszego serca – i że już go nie pustoszy. jbroszkowski 2010-06-04 23:44

     Jeśli można się wtrącić do Twojego dialogu z Krishnamurtim. Wydaje mi się, że bycie konsekwentnym nie musi oznaczać poddawania się zewnętrznym autorytetom czy braku samodzielności w myśleniu. Konsekwencja nie musi oznaczać trwania w absurdalnym z nowego punktu widzenia wyborze. Można konsekwentnie działać w zgodzie z własnymi przemyśleniami. W razie potrzeby, w razie zmiany sytuacji, przemyśleń czy celów zmieniać swoje działanie i konsekwentnie dalej podążać. Nie rozumiem zatem zdania: Człowiek konsekwentny nie jest człowiekiem myślącym. Sądzę, że brak mojego zrozumienia może się brać z innego pojmowania wyrażenia „być konsekwentnym” przez naszą kulturę i przez kulturę, w której żył Krishnamurti. Być może to pojęcie jest tam rozumiane analogicznie do naszego „uparty”? con.nected 2010-06-10 11:24   

     Zaraz po tym zdaniu, które wskazałeś jako dla Ciebie niezbyt zrozumiałe, idzie wyjaśnienie: Łatwiej jest i bezpieczniej bez wahań ni odchyleń trzymać się wyznaczonego planu działania, być wiernym tradycji lub ideologii, aniżeli narażać się na trud i niebezpieczeństwo samodzielnego myślenia. Oczywiście, że można konsekwentnie działać w zgodzie Z WŁASNYMI przemyśleniami, pod warunkiem że są one rzeczywiście WŁASNE, a nie stanowią naszej kolejnej ułudy! Krishnamurti żył od dziecka w kręgu naszej kultury i w przeciwieństwie do większości z nas znakomicie rozumiał jej ograniczenia (ograniczenia każdej kultury, tej, z której się wywodził, też). I jeszcze jedna uwaga: moment, w którym przyznajemy się do naszego niezrozumienia czegokolwiek, jest już początkiem prawdziwego rozumienia… jbroszkowski 2010-06-11 09:02

     Jeśli Krishnamurti żył w naszej kulturze, odmienne rozumienie pojęcia nie jest zatem odpowiedzią. Piszesz, że „można konsekwentnie działać w zgodzie Z WŁASNYMI przemyśleniami, pod warunkiem że są one WŁASNE”. Myślę tak samo! Krishnamurti także posługuje się własnymi przemyśleniami. A sądzi inaczej niż my. Nie mogę zrozumieć, dlaczego? Nie przemawia do mnie logiką zdanie: Człowiek konsekwentny nie jest człowiekiem myślącym. Następujące po nim zdania wcale tego nie wyjaśniają. „Łatwiej jest…” ma się nijak do „konsekwentny nie jest myślący”. Z prawdziwości bądź fałszu pierwszego nie wynika prawdziwość lub fałsz następnego, są logicznie rozdzielne. Przyznać zatem muszę, że nie rozumiem cytowanego zdania (a raczej nie zgadzam się z nim). Przyznaję się także, że nikła jest we mnie wiara, by było to początkiem prawdziwego rozumienia. con.nected 20-06-11 15:01

     Odpowiem jednym zdaniem. Jeśli jesteśmy konsekwentni w odmóżdżaniu siebie (poprzez poddawanie się wpływom religii czy ideologii), to nie jesteśmy ludźmi myślącymi SAMODZIELNIE (w obecnych polskich realiach wystarczy popatrzeć na tzw. twardy elektorat PIS). Aha, nie pisz: „…nikła jest we mnie wiara…”, ponieważ Twoja wiara czy niewiara nie może być początkiem prawdziwego rozumienia, wręcz przeciwnie – jego kresem! Ponadto jestem przekonany, że próbujesz wywieść dowód na brak logiki w Krishnamurtowskim rozumowaniu na podstawie zaledwie jednej części tych rozmów, spośród pięćdziesięciu pięciu do tej pory opublikowanych. Jesteś oczywiście rozmówcą bardzo inteligentnym, ale posługujesz się intelektem, który z prawdziwą inteligencją, a tym bardziej z prawdziwym rozumieniem nie ma nic wspólnego! Tako między innymi rzecze Krishnamurti… jbroszkowski 2010-06-12 00:08

     Zgadza się, próbowałem podważyć sens pojedynczego zdania. Ale nie po to, by podważać sens tego, co Krishnamurti mówi – z ciekawością od dłuższego czasu czytam wasze dialogi. Przyczyna leży w tym, że według mnie (mogę być w błędzie – rozmowa to nie wywód matematyczny) każde zdanie powinno się w tego typu rozważaniach obronić, nawet jako samodzielne. Jak w dowodzie matematycznym. con.nected 2010-06-12 07:32

     Jesteś w błędzie, wynikającym, jak mi się wydaje, z przewrotności twej natury (zauważ, że po chwili sam sobie przeczysz). Przed półtora rokiem, gdy te rozmowy powstawały, usiłowałem również podważać sens poszczególnych zdań w wywodach Krishnamurtiego, z logiki miałem bowiem zawsze stopnie celujące (poza wyjątkami Francuzi są znacznie lepszymi logikami od nas, ale to oczywiste, bo nie musieli grzęznąć po uszy w bogoojczyźnianym błocku); później zrozumiałem, że moje ja usiłuje mnie odwieść od istoty rzeczy. Ja potężniejsze od nas samych, będące zazwyczaj tworem iście frankensteinowskim. Victor Frankeinstein nazwał swój twór Potworem – nasze ja też nim jest.

     Zatrzymajmy się jednak przez chwilę na dwu wyimkach z twoich własnych tekstów, bo z ciekawości zajrzałem do twego blogu, świetnie ilustrujących to, co stanowi istotę rzeczy i dla Krishnamurtiego, i dla mnie, i, jak się okazuje, również dla ciebie. Na przykład w Isar Mond: „I wtedy rozległ się niesamowity dźwięk, jak syk na progu słyszalności czy uderzenie rozwijającego się drutu. Po chwili znowu. A wszystko wzmacniane echem okolicznych szczytów…”, albo na samym wstępie w Die letzten Tage, gdzie są zdania filozoficznie doskonałe: „Czasami jestem ciekaw, jak wygląda naprawdę świat. Dajmy na to polana, na której teraz siedzę. Jak wygląda w całości, w pełnym spektrum swej rzeczywistości...” Gdybyś ciągnął to dalej, zapewne wpadłbyś w nieznośny ton, ale najwyraźniej zajmowało ciebie Krishnamurtowskie to, co JEST, a twoje „ja” było maksymalnie wyciszone... Dla pełności obrazu: gdybyś zaczął rozwodzić się nad światem jako takim, straciłbyś z pola widzenia ową leśną polanę, a jedynie z jej perspektywy można starać się pojąć, jak wygląda naprawdę świat... jbroszkowski 2010-06-15 09:16

     Naprawdę miło mi, że tak to odbierasz. con.nected 2010-06-15 11:44

     Mógłbym odpowiedzieć zgodnie z prawdą: TO MNIE JEST MIŁO, ŻE TY TAK TO ODBIERASZ!, ale nie odpowiem, ponieważ wówczas te komentarze ciągnęłyby się bez końca, a my (obrazowo) stalibyśmy w drzwiach i nikt z nas jako pierwszy progu by nie przekroczył. Powiedzmy: w drzwiach oraz w progu Krishnamurtowskiego poznania... jbroszkowski 2010-06-15 18:56

     Czy wiesz, po co żyjesz? najlepszy-katolik  2010-06-16  11:40

     Żyję po to, żeby się tego dowiedzieć. jbroszkowski 2010-06-16 23:57

     Brawo! Prawidłowa odpowiedź! Czy wchodziłeś na stronę „najlepszego-katolika”? Jeśli nie, to nie rób tego! Stanowczo odradzam! D. 2010-06-17 00:41

     Nieważna jest odpowiedź. Najważniejsze jest dobrze postawione pytanie. Pytanie było źle postawione, dlatego odpowiedź była nieważna. A jeśli chodzi o tak zwane strony, to od czasu do czasu musimy iść na tak zwaną stronę. jbroszkowski 2010-06-17 07:57

     Odpowiedź, nawet na źle zadane pytanie, jest zawsze ważna… A na stronę się (w)chodzi i wraca, czyż nie? D. 2010-06-17 23:30

     Może i dla kogoś jest ważna, ale Krishnamurtiego nie interesowała druga strona Księżyca, a ja też nie zaprzątam sobie głowy takimi stronami. Przyczynę takiego stanu rzeczy objaśnia znakomicie kolejny odcinek tych rozmów, na który zapraszam: Trzeba wsłuchać się w to, co jest, a ono odsłoni nam całą swą zawartość, swe źródło i treść; nie staraj się jej tłumaczyć, nie chciej od razu działać, tylko słuchaj pilnie, nie przerywając, nie interpretując, słuchaj całej opowieści do końca. Dopiero wówczas możesz zacząć działać. Robienie nie jest ważne, słuchanie jest najważniejsze. To „robienie” można zresztą wymienić na „mówienie” (mówienie też jest robieniem). jbroszkowski 2010-06-18 01:24

     Krishnamurti w trzeciej części Rozmów jawi mi się jako bliźniak mentalny Nietzschego. Pozdrawiam con.nected 2010-07-01 09:00

     Wiedziałem, że jesteś bardzo przenikliwy! Czekałem na odpowiedni moment, by o tym napisać, i napisałem pod Krishnamurti mówi, czyli w odcinku 75 tych rozmów, które już są za mną, ale jeszcze przed czytelnikami. Zapewne bez trudu zrozumiesz, dlaczego pod Krishnamurti mówi? jbroszkowski 2010-07-02 08:07

     Przebudzenie, Maitreja, Mistrz, prawdziwa wewnętrzna jaźń... Maitreja to ten wesoły, brzuchaty, uśmiechnięty Budda, nieprawdaż? Medytujesz, to wiem, czy potrafisz także lewitować? Czy Tobie samemu udało się przeżyć takie oddzielenie duszy i ciała, o którym piszesz? Buddyzm to dla Ciebie fascynacja czy światopogląd? Muza 2010-08-26 17:23

     Buddyzm to bardziej fascynacja, i raczej dawna, niż światopogląd, a lewitowałem jedynie w snach. Najogólniej mówiąc daleki jestem od doświadczeń ezoterycznych. Jestem człowiekiem sensualnym, bardzo zmysłowym, żyjącym w tu i teraz, niepoddającym się wpływom jakichkolwiek religii, nauk tajemnych czy ideologii. I tak było zanim zetknąłem się z Krishnamurtim. Jednakże półroczne rozmowy z nim, przeprowadzone na płaszczyźnie nie astralnej, jak owe „rozmowy”, które Krishnaji przeprowadzał w młodości z Mistrzami czy Maitreją (nie Buddą, lecz kimś mogącym w każdej chwili stać się buddą, gdyby prawdziwy Budda duchowo umarł dla ludzi), lecz i nie realnej, choć dla mnie bardzo realnej, pomogły mi przed półtora rokiem w wyzwoleniu od wielu-wielu rzeczy, które przeszkadzały mi w pełni radować się światem i każdym dniem. jbroszkowski 2010-08-26 20:07

    Dlaczego uważasz, że Budda osiągnął „prawie Absolut”, a nie pełne duchowe przebudzenie? Skąd u Ciebie ta opinia, jeśli mogę zapytać? Pozdrawiam, Damian. asoka90 20-09-07 09:35

    Jak zapewne wiesz, a właśnie o tym pisałem w tym przypisie, wszystko jest kwestią wiary. Gdy byłem młody, wierzyłem, że nie tylko Budda osiągnął pełnię Przebudzenia, ale że i ja mogę je osiągnąć. Teraz, na stare i coraz bardziej dojrzałe lata, doszedłem do innych wniosków, co też jest kwestią wiary (niewiara czy brak całkowitej wiary nadal pozostają w kręgu wiary; człowiek jest tylko INACZEJ WIERZĄCYM). A tak naprawdę liczy się jedynie to, czy człowiek głupieje w miarę upływu lat, czy mądrzeje... Krishnamurti mądrzał wyraźnie, mimo różnych zawirowań natury nie tylko mentalnej... jbroszkowski 2010-09-07 11:58

 

11:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 99)

     Dziennik Krishnamurtiego

     18 czerwca 1961 roku w Nowym Jorku, gdzie na parę dni przerwał swą podróż z Anglii do Kalifornii, Krishnamurti zaczął pisać dziennik mający być zapisem stanów świadomości, opublikowany w piętnaście lat później jako Krishnamurti’s Notebook – te robione przez pół roku notatki wielu badaczy uważa za klucz do jego nauczania. Dopiero we wrześniu 1973 roku powrócił do pisania dziennika (Krishnamurti’s Journal ukazał się drukiem po dziewięciu latach), najpierw prowadząc codzienne zapiski przez sześć tygodniu w Brockwood Park, a następnie w Rzymie, by po osiemnastu miesiącach kontynuować je w Kalifornii. Niestety, nie natrafiłem na teksty z Krishnamurti’s Notebook, więc nie mogę ich omówić, natomiast z Dziennika Krishnamurtiego są dostępne w języku polskim (tł. Wojciech Sady) zapiski z zaledwie trzech początkowych dni ich prowadzenia (reszta, według informacji tłumacza sprzed półtora roku, ma się sukcesywnie ukazywać), ale dla zaprezentowania ich w przypisach – skrócone zapiski z jednego wybranego dnia (będąc w Anglii przeniósł się w tym dniu myślami do doliny Ojai) wystarczą aż nadto. Najogólniej muszę stwierdzić, że dla mnie te zapiski z trzech dni są przegadane w warstwie przyrodniczej, a ich warstwa myślowa też nie powaliła mnie na kolana, zapewne dlatego, że i podobne opisy, i takie same prawdy, wyrażone jednak w znaczniej doskonalszej formie, dźwięczą mi natychmiast w uchu.  

     BROCKWOOD PARK, HAMPSHIRE

     18 września 1973

     […] Dolinę wypełnia zapach kwiatów pomarańczowych, który niemal przytłacza, zwłaszcza wczesnym rankiem i wieczorem. Czuło się go w pokoju, w dolinie i w każdym zakątku ziemi, a bóg kwiatów tę dolinę błogosławił. Latem bywało tam naprawdę gorąco, a to miało swą specyficzną własność. Przed wielu laty, gdy tu przybył, panowała cudowna atmosfera i w mniejszym stopniu panuje nadal. Ludzie ją psują, tak jak psują najwyraźniej większość rzeczy. Będzie taka, jak była. Kwiat może zwiędnąć i obumrzeć, ale znów ożyje wraz ze swym pięknem. [Słowo „własność” zamieniłbym na „właściwość”].

     Czyś się kiedykolwiek zastanowił, dlaczego ludzie błądzą, ulegają zepsuciu, zachowują się nieprzyzwoicie agresywnie, gwałtownie i przebiegle? Nie należy winić środowiska, kultury czy rodziców. Chcemy zrzucić odpowiedzialność za to zwyrodnienie na innych lub na jakieś wydarzenie. Wyjaśniania i przyczyny to łatwe wyjścia. Starożytni Hindusi nazwali to Karmą: zbierasz, coś posiał. Psycholodzy zrzucają cały problem na rodziców. To, co twierdzą tak zwani ludzie religijni, oparte jest na ich wierze i dogmacie. Pytanie jednak pozostaje. […]

     Wszelkie wyjaśnienia niewiele znaczą. Każde wyjaśnienie jest ucieczką, unikiem przed rzeczywistością tego, co jest. A tylko to się liczy. To, co jest, można całkowicie przekształcić za pomocą energii, którą marnotrawi się na wyjaśnienia i poszukiwanie przyczyn. Miłości nie ma ani w czasie ani w analizie, w ubolewaniu i wzajemnym obwinianiu się. Jest wtedy, gdy nie pragnie się pieniędzy, stanowiska, gdy nikną sprytne podstępy jaźni.

                  

                   Przed Sosnową Chatą

 

     Wanda Dynowska Umadevi (1888-1971)

     Umadevi: Bogini Uma, Świetlista Dusza. Karma jogini, zwana ambasadorem kultury indyjskiej i polskiej, założycielka i organizatorka Biblioteki Polsko-Indyjskiej, naprawdę świetna tłumaczka także wielu książek Krishnamurtiego, bez których by te rozmowy nie powstały. Pokazać duszę Polski Indiom, choćby małej garstce ludzi żywych i otwartych… Pokazać duszę Indii Polakom, choćby nielicznym, szerokim i pozbawionym rasowych i religijnych przesądów, którzy kochają człowieka bez względu na to, jaką część świata zamieszkuje, którzy szanują i cenią twórczą myśl ludzką, bez względu na formy i symbole, w jakich się wyraża – oto jeden z głównych celów mego wieloletniego przybywania w Indiach.

     Z rodowego majątku Istalsno w pobliżu miasteczka Lucyn (łotewskie Łudza) wyniosła nie tylko umiłowanie przyrody, ale także biegłą znajomość francuskiego, włoskiego i hiszpańskiego. Po matce przejęła wielką wrażliwość duchową i zdolności jasnowidzenia, a kontakt z goszczącymi często we dworze literatami, malarzami czy społecznikami uwrażliwił ją i w innych dziedzinach ludzkiej działalności, wiedzy tajemnej też, do czego przyczynił się zapewne Tadeusz Miciński, rozbudzając w niej zainteresowania teozoficzne, co pogłębiła lektura książki Filozofia ezoteryczna Indii. Już w roku 1919, po pobycie w Paryżu (zetknęła się tam po raz pierwszy z Krishnamurtim) i uzyskaniu od Annie Besant zgody, rozpoczęła w Warszawie starania o założenie Polskiego Towarzystwa Teozoficznego, zostając jego sekretarzem generalnym po odebraniu w lipcu 1923 roku na kongresie we Wiedniu dyplomu polskiej sekcji Towarzystwa.

    Wygłaszała odczyty w wielu miastach Polski, dokonując zarazem licznych przekładów literatury teozoficznej, a od roku 1921 redagując w Warszawie czasopismo Przegląd Teozoficzny, ze zmienionymi później tytułami na Myśl Teozoficzna oraz Biuletyn Teozoficzny. 22 grudnia 1935 roku przybyła do Adyaru, gdzie rozpoczynał się Kongres Towarzystwa Teozoficznego, nie przypuszczając, że  Indie staną się jej drugą ojczyzną od momentu, gdy przybyła do aśramy Ramany Maharishiego (dlatego wspomniałem o nim w przypisach) i usłyszała w sobie wewnętrzny nakaz – zostać. I została w tym aśramie przez wiele lat, zafascynowana nauką Śri Ramany, w której odkryła podobieństwa z myślą Krishnamurtiego. „Dziś wiem, dlaczego zostałam. Biblioteka Polsko-Indyjska musiała się urodzić. 35 książek dla Polski musiało być wydanych, a w Polsce nigdy by mi się nie udało tego dokonać”.

     Od roku 1944 rozpoczęła wraz z Maurycym Frydmanem wydawać kolejne tomy Biblioteki, będąc w jednej osobie tłumaczem, korektorem (widać, że nie zawodowym, stąd tyle moich korektorskich poprawek w jej tekstach), zdobywając papier i fundusze, walcząc z nieuczciwymi kierownikami drukarń, przeważnie sama pakując książki, adresując i wysyłając po kilka egzemplarzy do indywidualnych odbiorców, między innymi w Polsce, dzięki czemu stałem się posiadaczem wielu z nich. Pamiętajmy przede wszystkim o sześciu tomach antologii indyjskiej w jej wyborze i przekładzie, pracy wręcz gigantycznej (wraz z innymi przekładami równało się to piętnastu latom siedzenia w odcięciu od świata zewnętrznego po osiem do szesnastu godzin dziennie!), skupmy się jednak na wątku Krishnamurtowskim, gdyż opisywanie działań tej niezwykłej kobiety i w tym zakresie, i na rzecz niepodległości Indii, czy późniejszych w Tybecie, gdzie jako „Babcia Mola” zajęła się dziećmi, osieroconymi na skutek inwazji chińskiej i przeprawy przez Himalaje, wymagałoby napisania osobnej książeczki z okładką, przez którą prześwitywałyby Jej bose stopy w sandałach i czerwona kropka wymalowana między brwiami na znak praktykowania hinduizmu… 

                

                          Wanda Dynowska

 

     Jej związek duchowy i spotkania z Jiddu Krishnamurtim, którego w listach nazywała „Krdżi”,  trwały od roku 1920. W liście z maja 1950 roku pisała nieco emfatycznie: „…ja Jemu oddałam siebie na ten wielki eksperyment budzenia nowej, wyższej świadomości w Człowieku. Jedno serce jest żywą cząstką całości. Takich mu trzeba, w których by się przemieniło do dna i wychyliło w nowy wymiar życia…", a w późniejszym liście bez daty: „Powiedz panu S. niech czyta książki Krdżi bez myślenia i analizy – wprost jak szumu drzew słucha lub plusku fal albo muzyki i niech przekona się, jak to działa. Intelekt trzeba wyrzucić za drzwi!" Na wydawanie jego książek poświęcała znaczną część swych pensji oraz skromnych dochodów z wydawania innych pozycji. Ot, jedna z wielu wspaniałych kobiet oddanych bez reszty Nauczycielowi Świata. Robiąc to jako Polka, czyniła to w imieniu naszego kraju, który po wojnie nie raczył go uhonorować choćby najskromniejszym hasłem „Krishnamurti” w żadnej z polskich encyklopedii, także w najnowszej Wielkiej Encyklopedii PWN, w której w tomie 23 wyskrobano trochę miejsca nawet dla mnie!

 

LITERATURA PRZEDMIOTU

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jiddu_Krishnamurti 

www.jiddu-krishnamurti.net/pl 

http://www.jkrishnamurti.republika.pl/

                                                 Cdn.

11:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 98)

    Krishnamurti a zachodnia cywilizacja.

    Jest to ważna kwestia. Miałem w swej dawnej bibliotece książki nie tylko Krishnamurtiego wydawane kiedyś w Bibliotece Polsko-Indyjskiej przez Wandę Dynowską, której koniecznie trzeba osobny przypis poświęcić. Także tę zatytułowaną Nauka Szri Ramana Maharishi. Opowieść o nim należy zacząć od „pewnego razu”, jak w wielu bajkach. Pewnego razu do nóg guru Wentakaramy (tak nazywał się późniejszy „boski mędrzec”, gdyż zwracano się do niego słowem zawarowanym dla Boga: „Bhagawan”, czyli święty, a Śri oznacza człowieka godnego najwyższej czci) rzucił się pewien dumny uczony i drżącym ze wzruszenia głosem zapytał: „Naucz mnie, oświeć, powiedz, co jest treścią tapasu?” To pytanie padło po nieco dłuższym oświadczeniu, że wszystko, co można było przeczytać z filozofii i religii hinduizmu, przeczytał, a nawet zrozumiał w pełni Wedanta-siastry, praktykował bez końca dżapę, a mimo to nie zrozumiał, na czym polega prawdziwy tapas. A guru odpowiedział tak: „Jeśli badasz, skąd pochodzi pojęcie «ja», cały umysł pogrąża się w TO; to jest tapas. Gdy powtarzasz mantry i badasz, jakie jest źródło, z którego powstaje głos, dźwięk, dusza pogrąża się w TO; to jest tapas…”, co doprowadziło uczonego wręcz do ekstazy – zaczął go odtąd czcić jako swego guru, tworzyć sanskryckie pieśni ku jego czci, nadał mu imię Bhagawan Szri Ramana Mahariszi i rozsławił je na całe Indie.

                   

            Szri Ramana Maharishi (1879-1950)

 

     No cóż, mogę jedynie ubolewać, że do moich nóg nie chce się rzucić żaden „dumny uczony” i przemienić w najgorętszego bhaktę, czyli osobę starającą się osiągnąć wyzwolenie poprzez rozwinięcie intensywnej i bezinteresownej miłości do mnie jako do Boga! Przed powrotem do powagi powiem jeszcze, że nam Europejczykom słowo tapas będzie kojarzyło się wyłącznie z pysznymi przekąskami (broń Boże plastrami suchej kiełbasy, jakimi Andaluzyjczycy przykrywali szklanki, by chronić wino przed natrętnymi muchami), które serwuje się w madryckiej restauracji do przednich win hiszpańskich, na przykład z oreja – uchem wołowym smażonym we fryturze, przekąskami będącymi świetnym wprowadzeniem do tego przypisu, gdyż w hinduizmie tapas oznacza coś wręcz odwrotnego: wyrzeczenie, ascezę.

     W przeciwieństwie do mędrców hinduskich, których nauk bez dłuższego pobytu w Indiach niełatwo jest pojąć nawet umysłem, Krishnamurti, duchowo wyrastający z tamtych filozoficznych nurtów, bez najmniejszego trudu trafiał do umysłów i serc ludzi Zachodu jako po prostu jeden z najwybitniejszych współczesnych myślicieli, znany i kochany i w Europie, i w Stanach Zjednoczonych (w Indiach bardziej czczony), otwarty na człowieka, jego dolę i niedolę, pragnący pomóc i wesprzeć tych wszystkich, którzy chcieli poszukiwać prawdy o świecie w nich samych oraz prawdy o nich w świecie, który ich otaczał i najczęściej dławił. W różnych szkołach terapeutyczno-psychologicznych skierowanych na rozwój zastosowano wiele jego cennych spostrzeżeń dotyczących świadomości, pracy umysłu i jego uzależnień, struktury ego i poczucia oddzielenia etc., choć oficjalnie pod jego szyldem brak jest jakichkolwiek wzmianek na ten temat, mimo iż jest to oczywiste pokłosie corocznych dyskusji z amerykańskimi terapeutami zainteresowanych jego nauczaniem (organizowano je od połowy lat siedemdziesiątych w Nowym Jorku). Warto jeszcze w tym miejscu napomknąć o jego głośnych w swoim czasie rozmowach z Davidem Bohmem, laureatem nagrody Nobla w dziedzinie fizyki współczesnej, gdzie przedstawił koncepcję czasu według filozofii indyjskiej, nieodbiegającą od współczesnych teorii panujących w najnowszej fizyce.

     A trafiał i nadal trafia do naszych serc i umysłów właśnie dlatego, że przebywał na Zachodzie na tyle długo, by doskonale wczuć się w zachodnią mentalność. Pochodząc ze Wschodu, ale przebywając w Anglii, Szwajcarii, Holandii, Włoszech czy Francji oraz mieszkając w Kalifornii, mógł bez trudu wskazać na różnice w zachowaniach oraz mentalności ludzi na Zachodzie i Wschodzie, i jak nikt przed nim wskazać na pułapki naszego racjonalnego i przede wszystkim egoistycznego myślenia, prowadzącego do alienacji jednostki i braku szczęścia, czy wyłowić z naszych emocjonalnych zachowań fobie i mitologie związane z naszą cywilizacją. Oto najcenniejsze z tych jego spostrzeżeń: 1) Pamięć człowieka Zachodu jest magazynem przeszłości, z którego stale czerpie jakieś idee, zamiast żyć. 2) Struktura wzmacnianego w cywilizacjach zachodnich ego prowadzi nie do pokory, lecz do władzy, nie do miłości, lecz do nienawiści. 3) Człowiek Zachodu bardziej ufa słowu niż rzeczywistemu doświadczeniu, co wiąże się z poczuciem oddzielenia od podłoża duchowego. 4) Koncepcja człowieczeństwa, wypracowana przez czołowych teoretyków i praktyków „zachodniego stylu życia”, była według Krishnamurtiego czystą abstrakcją, ponieważ w istocie w ogóle nie potrafimy żyć.

  • Jedną z najdziwniejszych cech struktury naszej psychiki jest to, że chcemy, aby nam wszystko powiedziano. Jesteśmy owocem propagandy dziesięciu tysięcy lat. Pragniemy, aby ktoś inny potwierdził naszą myśl.
  • Wasze życie, wy sami, wasza znikomość, płytkość, brutalność, skłonność do gwałtu, chciwość, ambicja, codzienna udręka i nie mający końca smutek – oto co musicie zrozumieć i nikt na całej ziemi ani w niebie nie wybawi was od tego. Tylko wy sami możecie to uczynić.
  • Teraźniejszość jest zawsze nowa i należy jej doświadczać umysłem wolnym od wszelkich myśli i idei.
  • Tylko gruntowna przemiana w sercu człowieka może spowodować przemianę w społeczeństwie, a co za tym idzie – pokój na świecie. Radykalna przemiana może nastąpić w każdej jednostce, i to nie w sposób stopniowy, lecz w jednej chwili. Wewnętrzna rewolucja zachodzi dzięki widzeniu wszystkiego z absolutną jasnością.

 

    Sedno nauczania Krishnamurtiego

    Zostało ono zawarte w jego oświadczeniu, które złożył w 1929 roku, czyli w momencie rozwiązania przez siebie Zakonu Gwiazdy (przekład Wojciech Sady). Proszę zwrócić uwagę na język nie tylko tego oświadczenia, ale w ogóle wszystkich mów Krishnamurtiego. Takim językiem posługiwał się bez względu na to, czy przemawiał w Indiach, czy na Zachodzie – jest to nasz język:

    „Prawda jest krainą bez dróg”. Nie ma takiej organizacji, takiej wiary, takiego dogmatu, kapłana czy rytuału, nie ma takiej filozoficznej wiedzy czy psychologicznej techniki, dzięki którym człowiek mógłby do niej dotrzeć. Musi ją znaleźć dzięki zwierciadłu wzajemnych związków, dzięki zrozumieniu treści własnego umysłu, dzięki obserwacji, ale nie przez intelektualną analizę czy introspekcyjne podziały. Człowiek stworzył w sobie wyobrażenia mające zapewnić mu bezpieczeństwo religijne, polityczne, osobiste. Przejawiają się one jako symbole, idee, wierzenia. Brzemię tych wyobrażeń opanowuje jego myślenie, jego stosunki z innymi i jego codzienne życie. Wyobrażenia te wywołują nasze problemy, oddzielają bowiem człowieka od człowieka. Postrzeganie przezeń życia kształtowane jest przez pojęcia już ustalone w jego umyśle. Treść jego świadomości to całe jego istnienie. Treść ta wspólna jest całej ludzkości. Indywidualność to nazwa, forma i powierzchowna kultura, jaką przejmuje on z tradycji i otoczenia. Wyjątkowość człowieka tkwi nie w tym, co powierzchowne, ale w pełnej wolności od treści jego świadomości, która jest wspólna całej ludzkości. Nie jest on zatem jednostką.

   Wolność nie jest reakcją; wolność nie jest wyborem. Człowiek łudzi się, że jest wolny, ponieważ może wybierać. Wolność jest czystą obserwacją bez ukierunkowania, bez lęku przed karą, bez lęku o nagrodę. Wolność nie ma motywu, wolność leży nie u kresu ewolucji człowieka, ale na samym początku jego istnienia. Obserwując zaczynamy odkrywać brak wolności. Wolność znajduje się w niewybiórczym uświadomieniu sobie naszej codziennej egzystencji i działalności.

    Myśl jest czasem. Myśl rodzi się z doświadczeń i wiedzy, których nie da się oddzielić od czasu i przeszłości. Czas jest psychologicznym wrogiem człowieka. Nasze działania oparte są na wiedzy, a zatem na czasie, tak więc człowiek jest zawsze niewolnikiem przeszłości. Myśl jest zawsze ograniczona, żyjemy zatem w stałym konflikcie i walce. Nie istnieje psychologiczna ewolucja.

    Gdy człowiek pocznie uświadamiać sobie ruch własnych myśli, ujrzy wówczas podział na myślącego i myśl, obserwującego i to, co obserwowane, na doświadczającego i doświadczenie. Odkryje, że ten podział jest iluzją. Tylko wówczas pojawi się czysta obserwacja będąca wglądem bez cienia przeszłości czy minionych chwil. Ten bezczasowy wgląd wywołuje dogłębną, radykalną przemianę umysłu.

    Pełna negacja jest istotą tego, co pozytywne. Jedynie wówczas, gdy następuje zanegowanie tych wszystkich rzeczy stworzonych psychologicznie przez myśl, zapanowuje miłość, która jest współczuciem i zrozumieniem.

                

                                                       Cdn.

11:40, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 97)

    PRZYPISY DOPEŁNIAJĄCE

     Bodhisattwa Maitreja.  Jest to postać doskonale znana wszystkim buddystom. W tradycji buddyzmu mahajany Bodhisattwa to istota, która zbliżyła się do ostatecznego Wyzwolenia, odkłada je jednak na później, by w trakcie kolejnych żywotów pomagać wszystkim istotom znajdującym się i oczywiście błądzącym na drodze duchowego rozwoju. A ponieważ na tym świecie wszystko przemija, więc i nauka ogłoszona światu przez Gautamę Siddharthę, zwanego potocznie Buddą, pójdzie kiedyś w zapomnienie. Właśnie na ten moment czeka w jednym z nieb Maitreja, by pojawić się na Ziemi i jako kolejny budda znów wskazać czującym istotom Ścieżkę do wygaśnięcia cierpienia. W teozoficznych kręgach głoszono, że miał się on pojawić na Ziemi już dwukrotnie: najpierw pod postacią Kriszny w VI w. przed Chrystusem, a następnie jako Jezus. Pod koniec wieku XIX poszeptywano coraz głośniej, że niebawem ma nastąpić jego trzecie Przyjście, ba, miał już nawet w ciele rasy celtyckiej  przebywać w Himalajach w pobliżu zapewne astralnych domów Mistrzów K.H. i M. i tam poszukiwać ciała odpornego, a zarazem na tyle wrażliwego, by móc się przez nie objawić. Jelena (Helena) Bławatska oznajmiła w roku 1889, że prawdziwym zadaniem Towarzystwa Teozoficznego jest przygotowanie ludzkości na Przyjście Nauczyciela Świata, ale Chrystusowy wizerunek Majtrei opublikowano dopiero w roku 1930, kiedy Mistrzowie na to pozwolili.

                        

            Majtreja w wyobrażeniach teozofów

 

    W hierarchii teozoficznych bóstw jeszcze wyższą pozycję zajmował Budda, a na samym szczycie znajdował się teozoficzny Pan tego świata, znany z tantrycznych pism wiecznie młody Sanat Kumar.

 

    Teozofia. Termin ten oznacza: „boska mądrość” lub „mądrość bogów” (gr. Theos =  Bóg, Sophia = mądrość). Wyrasta on i z tradycji filozoficznej myśli europejskiej (Pitagoras, Platon i Szymon Mag, Plotyn i Mistrz Eckhart, Mikołaj z Kuzy, Paracelsus i Giordano Bruno, Jakub Bohme i F. Schelling), i z jednego z głównych nurtów myśli indyjskiej (patrz także: chiński taoizm i muzułmański sufizm). Dla tych wszystkich filozoficznych tradycji wspólne było zogniskowanie się na doświadczeniach mistycznych, fascynowanie się ezoteryką,  zjawiskami okultystycznymi, które odsłaniały przed człowiekiem głębszą rzeczywistość duchową, pozwalając mu w miarę osiągania kolejnych stopni rozwoju duchowego uzyskiwać niezwykłe moce, oraz powołanie do życia tworu zwanego ontologicznym monizmem, który zakłada, że duchowa rzeczywistość dostępna w doświadczeniu mistycznym okazuje się w istocie rzeczywistością jedyną.

     Podstawą doktrynalną działalności Towarzystwa Teozoficznego stały się dwa dzieła Bławatskiej: Isis Unveiled (Izyda odsłonięta, 1877) oraz The Sacred Doctrine (Doktryna Tajemna, 1888), w których wydobyła jedynie to, co mędrcy w różnych czasach i miejscach wiedzieli o Bogu, człowieku i przyrodzie, a co zaszyfrowane jest w nauczaniu rozmaitych religii, w wielkich dziełach artystycznych też. Przy podsumowywaniu tych wszystkich doświadczeń trzeba tylko  dotrzeć do wspólnego jądra: Wiecznej, Wszechobecnej, Bezgranicznej, Niezmiennej Zasady. Jest ona niewyrażalna i wymyka się wszelkiej spekulacji (poza, rzecz jasna, spekulacjami teozoficznymi!) – to z niej wyłaniają się i w niej znikają niezliczone światy, w których ewoluują poprzez szereg żywotów zgodnie z karmicznym prawem niezliczone dusze, w tym nasze: to, jacy jesteśmy w chwili obecnej, jest rezultatem wszystkich naszych wcześniejszych myśli i uczynków,  przede wszystkim kryjących się za nimi pragnień. Tak się dzieje nie tylko w tym życiu, ale również pomiędzy kolejnymi żywotami – w ciągu żywotów zaczynających się od bycia w postaci minerałów (rzeczy nieożywionych nie ma), by poprzez stadia roślinne, zwierzęce, a wreszcie żywoty w postaciach ludzkich, wieść dalej ku zjednoczeniu z Absolutem.

                    

                             Bławatska i Olcott

     Ta pani była nawiedzona, to prawda, ale wcale niegłupia, o czym świadczy fakt, że jej mentorem był Henry Steel Olcott (1832-1907), amerykański pisarz, który wywarł znaczny wpływ nie tylko na nią, gdyż jego główne dzieła People from the Other World (1875) oraz A Buddhist Catechism (1881) stały się również bibliami teozofów. Dowiedziałem się przy okazji, że po śmierci pani Bławatskiej był przewodniczącym Towarzystwa, przeto pani Besant nie mogła być drugą przewodniczącą, jak powtórzyłem za kimś bezmyślnie. A skoro jesteśmy przy pani Besant, bez której nie byłoby Krishnamurtiego, to trzeba stwierdzić, że znajdując się pod przemożnym wpływem pana Leadbeatera, zgłupiała w końcu do reszty, prowadząc wraz z nim okultystyczne badania dotyczące kosmosu, fizycznej i chemicznej budowy ciał, początków ludzkości – ogłoszone przez nich drukiem wyniki tych „badań” z perspektywy współczesnej nauki są oczywiście stekiem bzdur. To samo można powiedzieć o ich kontaktach z Mistrzami czy otrzymywani od nich kolejnymi Wtajemniczeniami, choć gdy na początku dwudziestego wieku odezwała się w niej potrzeba działalności społecznej, to polecenie Mistrza M., by mocniej zaangażowała się w ruch na rzecz wyzwolenia Indii oraz społecznych reform w tym kraju, pozostawiając sprawy natury ezoterycznej Leadbeaterowi, było na pewno jej najmądrzejszym posunięciem, na który wpływu nie mógł mieć mały biedny Krishnaji, po raz drugi w pewnym sensie osierocony i wydany odtąd na pastwę swego odkrywcy, „wujka” Leadbeatera.

                    

                   Charles Webster Leadbeater

 

     Ciało astralne. Płaszczyzna astralna to druga, znajdująca się bezpośrednio nad fizyczną, z siedmiu płaszczyzn, przez które ewoluuje uniwersum. W takim ciele mogli się najbardziej zaawansowani w rozwoju duchowym teozofowie kontaktować z Mistrzami, by pobierać od nich nauki oraz kolejne Wtajemniczenia.

 

     Przebudzenie. Tym razem zacznę od siebie. Czy po roku spędzonym tak blisko Krishnamurtiego, jak to jest tylko możliwe, uważam się za Przebudzonego? Moja przyjaciółka, komentując ostatni wiersz napisany przeze mnie w roku 2005 i opatrzony znamiennym tytułem Pożegnanie z poezją, napisała tak: „Wiersz jest porażający. Rozumiem, że to wtedy szukałeś nauczyciela i mistrza, który przywróci Ci wzrok, słuch i mowę, jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia... i pomoże Ci uwierzyć”. A ja odpowiedziałem oczywiście tak: „Wypluj te słowa! Nigdy nie szukałem Nauczyciela i Mistrza – każdy musi być sam dla siebie Nauczycielem i Mistrzem. Zawsze o tym wiedziałem. Krishnamurti to potwierdza. Nigdy nie chciał być Nauczycielem i Mistrzem. Był nim dla siebie. I ja jestem nim dla siebie. Musiałem po prostu porozmawiać z kimś w tamtym czasie mądrzejszym ode mnie, z kimś, kto już wie...” 

     Nawet jeśli Krishnamurtiemu zależało przy końcu życia (według mnie świadczyło to jedynie o postępującym u niego zaniku sił nie tylko witalnych) na tym, by chociaż jeden z jego uczniów został Przebudzonym, mimo iż wcześniej odżegnywał się od tego, to pomijając fakt, że nigdy nie miałem zamiaru być jego uczniem, Przebudzonym w całym zakresie tego słowa na pewno nie jestem i raczej, jeśli pozostanę przy zdrowych zmysłach, nie będę. Każdy człowiek dąży do osiągnięcia doskonałości w jakimś zakresie, w tym doskonałości duchowej – mnie w wielu dziedzinach udawało się osiągnąć prawie doskonałość i zapewne w dziedzinie duchowej uda mi się osiągnąć prawie doskonałość, gdyż według mnie pełnej doskonałości nie osiągnął ani Budda, ani Krishnamurti, chociaż ich prawie znajdowało się o niebo bliżej od Absolutu Doskonałości, niż moje.

     No ale oni, nie tylko Budda, ale i Chrystus czy Mahomet, zostali wykreowani na boskie istoty przez swoich uczniów, względnie jak Krishnamurti wpierw przez Towarzystwo Teozoficzne, potężne w owym czasie, z ogromnymi wpływami w świecie bynajmniej nie astralnym, a następnie przez gromady uczniów czy wyznawców podążających jego śladem trop w trop. Mógł mówić nawet nieskładnie, powtarzać się w nieskończoność, a dla nich każde jego słowo było Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem. Zdumiewające w tym wszystkim jest tylko to, że po straszliwym praniu mózgu, któremu poddano go w dzieciństwie, odnalazł w końcu Drogę Wiodącą do Wyzwolenia, mimo iż według niego taka droga nie istnieje, ale w jego nauczaniu reguły i antyreguły pojawiają się bez przerwy, tak jak i w życiu, duchowym również. Gdy w końcu jakiś zdesperowany słuchacz zapytał go, czym w istocie jest jego nauczanie, Krishnamurti z całą szczerością odpowiedział: „Pytasz mnie, czym jest nauczanie? Sam nie wiem. Nie umiem wyrazić tego w paru słowach. Myślę, że idea nauczania i bycia nauczanym jest z istoty błędna, dla mnie przynajmniej. Myślę, że jest to raczej kwestia dzielenia się niż bycia nauczanym, raczej wspólnego uczestnictwa niż dawania i otrzymywania”.  I tak jest w istocie.

     Dlatego kwestia, czy jego nauczanie może wieść innych do Przebudzenia, mogła u badaczy bardziej dociekliwych (według mnie niepotrzebnie) wywołać pytanie, czy on sam, Krishnamurti, był Przebudzonym, a nie, jak wielu twierdziło, oszustem lub chorym psychicznie. Wystarczy prześledzić relacje naocznych świadków „procesów”, które miały wieść do osiągnięcia przezeń tego stanu, bardziej według mnie upragnionego przez innych, niż przez niego osobiście, by w ogóle się tą kwestią nie zajmować po stwierdzeniu, że „świadczyły” w tej sprawie przede wszystkim w najwyższym stopniu histeryczne kobiety (histeria nie ma zresztą swego siedliska wyłącznie w macicy, jak kiedyś sądzono, gdyż wiele zachowań Krishnamurtiego było również w najwyższym stopniu histerycznych). Albowiem, poza pastuszkami, to one są u źródeł prawie wszystkich cudownych zdarzeń na tym najbardziej z rzeczywistych światów, złożonym niemal z samych realności poza wiarą w istnienia sił nadprzyrodzonych. Przekonanie o istnieniu Przebudzenia było i jest kwestią wiary w nie mniejszym stopniu, niż przekonanie o objawionym charakterze różnych pism świętych, w tym buddyjskich, a i  tych utworzonych z mów Krishnamurtiego. A jeśli nie wierzymy w Przebudzenie, to czy mamy jako nieprzebudzeni jakiekolwiek niezawodne kryteria, by Przebudzonych rozpoznać? Nie możemy mieć, i stąd na świecie tylu fałszywych proroków.

 

                                             Cdn.

12:00, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 96)

     W następnych latach przemawiałeś, przemawiałeś, przemawiałeś, w Indiach, Londynie, Paryżu, Leccio (miejscowość położona we Włoszech ponad Fiesole, gdzie w domu Signory Vandy Scaravelli, znakomitej pianistki, urządzano od roku 1953 dwutygodniowe spotkania), Saanen (wioska w Szwajcarii, gdzie cyklicznie wygłaszałeś mowy w latach 1961–1985), na Cejlonie, w Sydney czy w Ojai, San Francisco, Nowym Jorku, a czasem na różnych uniwersytetach amerykańskich (w roku 1966  w New School for Social Research spotkałeś się z prorokami młodzieżowej kontrkultury: Timothym Leary’m i Allenem Ginsbergiem), próbując znaleźć nowe środki wyrazu dla starych treści. Nie przygotowywałeś się do tych mów, najczęściej nie miałeś pojęcia, o czym za chwilę będziesz mówił, improwizowałeś. Rytuał był podobny, z tym że w Europie i w Ameryce siedziałeś na twardym drewnianym krześle, natomiast  w Indiach, gdzie najpierw musiałeś przedrzeć się  przez tłum ludzi, chcących za wszelką cenę dotknąć choćby twojej odzieży w nadziei, że przyniesie im to błogosławieństwo, siedziałeś na dywaniku ze skrzyżowanymi nogami – w pozycji kwiatu lotosu. Po wpatrywaniu się w twarze słuchaczy przez minutę lub dwie, mówiłeś bez przerwy przez około godzinę, starając się ich pobudzić swymi słowami, by sami ujrzeli to, o czym mówisz. Nie usłyszeli, lecz ujrzeli – twoje słowa miały być niczym lustro, w którym mieli ujrzeć to z siebie, co dotąd było przed nimi ukryte.

     Nie rozumiem tylko, dlaczego się dziwiłeś, że tylu ludzi przychodzi słuchać twoich mów przez wiele lat z rzędu, mimo iż nie mówiłeś przecież niczego nowego, więc niektórzy z obecnych z góry potrafili przewidzieć, co za chwilę powiesz? Za pomocą słów można wszystko wyrazić, ale nie można wszystkiego pojąć, nawet gdy słuchającym wydaje się, że potrafią własnymi słowami wyrazić to, co zrozumieli z wypowiedzi mówiącego – ich pozornie empatyczne wsłuchiwanie się w twoje słowa nie wychodziło poza zakres sztuki werbalizacji. Pobudzałeś ich swoimi słowami, owszem, ale gdy przestawałeś mówić, zasypiali duchowo natychmiast, ożywiając się dopiero przy następnym spotkaniu z tobą. A ty? Gdy zapytano, po co od tylu lat przemawiasz, skoro w istocie nie dodajesz niczego nowego do tego, co już powiedziałeś, odparłeś: „To paradoks. Mówię, aby żyć, a nie żyję po to, aby mówić, gdyby nie było dalszych mów, umarłbym”.  

 

            

     Pod twoim patronatem powstawały kolejne szkoły nie tylko w Indiach, do których już od końca lat dwudziestych przyjmowano najbiedniejsze dzieci, niezależnie od przynależności kastowej i wyznawanej przez nie religii. Brockwood Park w Anglii to była szkoła z internatem otwarta w grudniu 1968, gdzie wygłaszałeś co roku cykle mów. Od 1975 roku działała szkoła w Ojai, a nieco później The Wolf Lake Schoool w Kanadzie. Szkoły te miały  stać się obok oddziałów Krishnamurti Foundation ośrodkami studiów nad twoim nauczaniem, ponieważ na początku lat siedemdziesiątych zaczęło ci nagle zależeć na tym, by w nieskażonej postaci przekazywano je dalej, gdy ciebie zabraknie. Miałeś bowiem świadomość pedagogicznej porażki – sam uważając się za Przebudzonego nie potrafiłeś drogi do Przebudzenia wskazać nikomu. Owszem, twoje nauczanie zmieniło życie tysięcy ludzi, ale żaden z nich nie zdołał dokonać kroku ostatecznego: zostać Przebudzonym, mimo iż do końca życia niezachwianie wierzyłeś, że jest to możliwe, przynajmniej dla niektórych. Najlepsi twoi uczniowie potrafili wiernie powtórzyć to, co miałeś do powiedzenia, ale niewiele z tego wynikało, gdyż jedynie jako Przebudzeni mogli zapewnić twemu nauczaniu ciągłość.

     A twoje ciało, które tylko po to żyło, by mówić („ciało żyje po to, by mówić”), coraz częściej odmawiało ci posłuszeństwa, ciało, które od najwcześniejszego dzieciństwa „przez cały czas stało na skraju przepaści” – zmuszane przez ponad sześćdziesiąt pięć lat do nadludzkich wysiłków w imię Misji, której kresu nawet sam nie potrafiłeś określić. Wielokrotnie było tak „alarmująco słabe i chore”, że zmuszało cię coraz częściej do odwoływania zaplanowanych spotkań i wystąpień. I od czasu do czasu pogrążałeś się w bezczynności, mimo iż zazwyczaj jej nie znosiłeś. Ćwiczenia hatha jogi i długie spacery odbywałeś regularnie jeszcze na kilka tygodni przed śmiercią. Wprawdzie nawet w chwilach polepszenia wygłaszanie mów coraz bardziej ciebie męczyło, ale uwielbiałeś czytać dreszczowce, oglądać w kinie i w telewizji sensacyjne filmy, a w domu wykonywać drobne prace kuchenne, nie mówiąc o ulubionych zajęciach w ogrodzie: sadzeniu drzew i kwiatów, podlewaniu, zabiegach pielęgnacyjnych, które wykonywałeś niemal do ostatnich dni.

     Jednakże „procesy”, podczas których mdlałeś z bólu, powtarzały się cyklicznie. Z powodu zbyt wysokiego poziomu cukru we krwi, stałeś się nadwrażliwy, a drżenie rąk utrudniało ci pisanie. Do tego doszły operacje prostaty, później przepukliny (w obu razach godziłeś się jedynie na miejscowe znieczulenie). W lecie 1985 zacząłeś szybko słabnąć, twoja waga spadła poniżej pięćdziesięciu kilogramów, wystąpiły silne bóle brzucha. Coraz częściej mówiłeś o śmierci, najdłużej 1 stycznia 1986 roku, gdy kończyłeś drugą mowę z rwącymi się wątkami w Madrasie, już po rozdaniu swych indyjskich ubrań: Zamierzam zrozumieć, czym jest śmierć, jest to bowiem niesłychanie ważne w czasie, gdy żyjemy. Jak zatem mogę zrozumieć, faktycznie a nie teoretycznie, co znaczy umierać? Faktycznie chcę zrozumieć, tak jak wy tego chcecie. Mówię do was, więc nie zasypiajcie. Co znaczy umierać? Zadajcie sobie to pytanie. Ono zawsze wam towarzyszy, za młodu i na starość. Znaczy to być całkowicie wolnym, w najmniejszym stopniu nieprzywiązanym do niczego, co ludzie ze sobą powiązali całkowicie wolnym. Żadnych przywiązań, żadnych Bogów, żadnej przeszłości, żadnej przyszłości. Nie dostrzegacie piękna umierania, jego wielkości, jego niezwykłej siły. Czy rozumiecie, co to znaczy umierać żyjąc? Żyjąc w każdej chwili umieracie, tak że przez całe życie pozostajecie do niczego nieprzywiązani. Oto co znaczy śmierć.

     Życie jest więc umieraniem. Rozumiecie? Życie oznacza, że co dzień porzucacie wszystko, do czego jesteście przywiązani. Czy was na to stać? Bardzo prosty fakt, mający jednak olbrzymie następstwa. W ten sposób każdy dzień jest nowym dniem. Każdego dnia umieracie i odradzacie się. Jest w tym ogromna witalność, energia, nie ma bowiem niczego, czego się obawiacie. Nie istnieje nic, co może was skrzywdzić. […] Nie, nie stać was na to; wasze mózgi, tak mocno uwarunkowane przez wasze wykształcenie, przez waszą tradycję, przez waszych profesorów, nie są do tego przygotowane. Wymaga to zrozumienia, czym jest miłość. Miłość i śmierć idą w parze. Śmierć powiada: bądź wolny, nieprzywiązany, niczego nie możesz ze sobą zabrać. A miłość powiada, miłość powiada… brak mi słów.

     4 stycznia 1986 wygłosiłeś w Madrasie ostatnią mowę w życiu, a 21 stycznia poszedłeś już u siebie, w Ojai, na ostatni w życiu spacer, w dół do Arya Vihara i z powrotem do Sosnowej Chaty. Następnego dnia badania przeprowadzone w niezbyt daleko od tego miejsca znajdującym się szpitalu wykazały raka trzustki z przerzutami do wątroby, bez nadziei na wyzdrowienie, więc 30 stycznia na własną prośbę opuściłeś szpital, by umrzeć w Sosnowej Chacie. 4 lutego poprosiłeś, by wywieziono cię w fotelu na kółkach na dwór i zostawiono choć na chwilę samego pod tym samym pieprzowcem, pod którym wieczorem 20 sierpnia 1922 miałeś wizję, a teraz spoglądałeś stamtąd po raz ostatni na okoliczne wzgórza. Rankiem 7 lutego na twoje życzenie nagrano na magnetofon rwące się słowa: Mówiłem już dziś rano przez siedemdziesiąt lat ta najwyższa energia nie ta bezgraniczna energia, bezgraniczna inteligencja używała tego ciała. […] Nie znajdziecie innego ciała takiego jak to, lub tej najwyższej inteligencji działającej w jakimś ciele przez setki lat. Nie ujrzycie tego znów. Gdy on odchodzi, to odchodzi. Nie ma żadnej świadomości pozostającej poza tą świadomością, poza tym stanem. Oni wszyscy będą udawać lub będą próbować sobie wyobrazić, że mogą się z tym zetknąć. Być może jakoś się zetkną, jeśli ucieleśnią nauczanie. Ale nikt tego nie dokonał. Nikt. Tak to już jest.

     Zmarłeś dziesięć minut po północy 17 lutego 1986 roku. I zaledwie kilka osób uczestniczyło tego samego dnia w kremacji zwłok. Zgodnie z twoją wolą żadnych ceremonii pogrzebowych nie było: twoje ciało umyto, owinięto, włożono do tekturowej trumny i po przewiezieniu do krematorium spalono, a następnie, również zgodnie z twoim życzeniem, gdyż obawiałeś się, by wokół miejsca twego wiecznego spoczynku nie powstał ośrodek kultu, prochy podzielono na trzy części. Jedną przewieziono do Indii: część wsypano do Gangesu w Rajghat, część u jego himalajskich źródeł, część do rzeki Adyar u jej ujścia do Zatoki Bengalskiej, a dwie pozostałe części rozsypano w Ojai i w Anglii.

 

                                                         Cdn.

12:14, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 września 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 95)

     Od tej pory prawie nie ruszałeś się z Ojai, poza Rajagopalami widując się jeszcze z Huxleyem i jego żoną. Z Huxleyem nie potrafiliście się właściwie porozumieć – były to monologi, których obaj wysłuchiwaliście z respektem dla siebie, ale w milczeniu: wielogodzinne rozważania intelektualne o abstrakcyjnym charakterze autora Nowego wspaniałego świata, który w owym czasie szybko tracił wzrok, oraz twoje wywody o bezpośrednim postrzeganiu i samoświadomości, których przepełniony wiedzą umysł Huxleya nie był w stanie pojąć. Resztę czasu spędzałeś na samotnych spacerach, chyba że udawało ci się zdobyć trochę benzyny – wówczas jeździłeś po okolicznych drogach z możliwie największą prędkością. Po wybuchu wojny z Japonią i związanych z tym faktem kłopotami żywnościowymi, z zapałem uprawiałeś wraz z Rajagopalami warzywa, obrządzałeś krowę, kury i chodziłeś koło pszczół, co wręcz zaszokowało teozofkę Beatrice Wood: Jechałam do Ojai spodziewając się wzniosłych debat o sprawach „wyższych” i z zaskoczeniem wysłuchałam rozmów krążących wokół ogrodu warzywnego Rosalind i krowy. [...] Gorąco pragnęłam przedyskutować takie sprawy, jak trzeci aspekt Logosu, narodziny Szóstej Rasy Podstawowej, ale konwersacje zazwyczaj dotyczyły spraw ludzkich, a zajęcia były bezpretensjonalne i zwykłe…

     Wiadomo też, że przez godzinę słuchałeś z jedynej posiadanej płyty IX Symfonii Beethovena, wiele medytowałeś, eksperymentując również z ciałem i zmysłami. Nie mogłeś jednak wygłaszać mów, co sprawiło, że czułeś się „niewykorzystany”, i zapewne dlatego skwapliwie podchwyciłeś sugestię Huxleya, by zacząć pisać. Huxley po przejrzeniu rękopisu był zachwycony (mnie także to zachwyciło), stwierdzając, że nigdy nie spotkał tego typu literatury, w której po żywym opisie przyrody następuje egzystencjalny dialog. Z tego i z późniejszych twoich zapisków powstały trzy tomy Uwag o życiu. Dopiero w maju 1944 roku zacząłeś kontynuować sobotnie mowy w Dębowym Gaju, z których powstał kolejny tom, poprzedzony twoją notą: Ta księga mów, podobnie jak nasze poprzednie publikacje, zawiera sprawozdania ze spontanicznych wypowiedzi o życiu i rzeczywistości, wygłaszanych w różnych czasach; nie jest zatem przeznaczona do tego, by czytać ją po kolei lub w pośpiechu niczym powieść czy systematyczny traktat filozoficzny. Mowy te spisane zostały przeze mnie bezpośrednio po ich wygłoszeniu, później zaś starannie poprawiłem je dla celów publikacji. Niestety niektórzy, nieproszeni, rozprowadzili własne notatki z tych mów, sprawozdania te jednak w żadnym wypadku nie powinny być uważane za autentyczne czy poprawne. A zatem myliłem się, powtarzając za kimś wcześniej, że żadnych tekstów nie poprawiałeś osobiście!

    Po odzyskaniu w sierpniu 1947 roku przez Indie niepodległości zwróciłeś brytyjski paszport, przyjmując indyjski, co w związku z przepisami wizowymi sprawiło ci mnóstwo kłopotów, a wkrótce potem znalazłeś się w kraju rodzinnym rozdzieranym wojną domową. I tam miałeś ponoć powiedzieć o sobie: „Prawdziwe przebudzenie nastąpiło w Indiach w latach 1947-1948”, co potwierdzili panditowie z dwu różnych świątyń (uczeni, którzy przy świątyniach codziennie recytują święte teksty). F.A. Ossendowski twierdzi, że ci z Aharty „zapisują na tabliczkach z agatu i nefrytu całą naukę, istniejącą pod ziemią, na ziemi i na dalekich gwiazdach”); ci z Maharasztry uznali ciebie za Przebudzonego właśnie w roku 1948. Ponieważ nie wszyscy wiedzą, co oznacza ten stan, przypominam, że Budda = Przebudzony. Ty tak jak Budda nigdy nie chciałeś, by to, co głosiłeś, stało się religią, o czym najdobitniej świadczy fakt rozwiązania przez ciebie Zakonu Gwiazdy, i jak on chciałeś nauczać o cierpieniu i końcu cierpienia poprzez wyzwolenie od cierpienia. Przebudzenie to innymi słowy Wyzwolenie, Oświecenie i związany z tym stan Szczęścia, który nam bardziej niż z takimi terminami jak moksza, samadhi, satori kojarzy się z nirwaną.

     Czy i kiedy osiągnąłeś Przebudzenie od dawna zaprząta uwagę badaczy zajmujących się fenomenem zwanym „Krishnamurti” i na to pytanie, dla mnie absurdalne, nie znajdują zadowalającej ich odpowiedzi. W moim najgłębszym przekonaniu nie jest istotne, czy wierzyłeś w reinkarnację, czy nie, gdyż związana z tą kwestią ironia zawarta w jednej z ostatnich twych mów mówi sama za siebie. Dla mnie osiągnąłeś Przebudzenie wyłącznie dzięki ustawicznej pracy nad sobą, wytrwałej ascezie, medytacji, ćwiczeniom zmierzającym do opanowania ciała i umysłu, czyli temu wszystkiemu, co zalecają klasyczne teksty religijne Dalekiego Wschodu, a przede wszystkim poprzez przyjmowanie z pokorą i fizycznych tortur, i mistycznych uniesień – bez ingerencji zniewolonego pożądaniami umysłu, albowiem, zgodnie z fundamentami twego nauczania, to, czego możemy świadomie szukać, stanowi jedynie projekcję naszych obecnych uwarunkowań i związanych z tym złudzeń, jako że jedynie w Wielkiej Ciszy można spotkać twórczą rzeczywistość i prawdę. W trzy dni po rozwiązaniu Zakonu Gwiazdy stwierdziłeś, że nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, jest tylko TERAZ, co powinno być gwiazdą przewodnią każdego człowieka dążącego w choćby bardzo ludzkim wymiarze do Przebudzenia. 

     Niezbędny jest do tego, jak w twoim przypadku, długotrwały proces oczyszczania umysłu za pomocą metodycznego wątpienia w celu  osiągnięcia pełnej dojrzałości, przede wszystkim emocjonalnej, gdyż wiedza nabyta czy nabywana odgrywa w tym procesie naprawdę rolę marginalną. Wystarczy twórcza inteligencja. I nie trzeba do tego żadnych cudownych mocy – ty sam, wyznając przyjaciołom, że masz zdolności jasnowidzenia, podkreślałeś natychmiast, że są one dla postępu zmierzającego do Wyzwolenia obojętne. Jak najbardziej słusznie. Wielu z nas miało w jakichś momentach swego życia takie zdolności, a filipiński badacz zjawisk parapsychicznych Jaime Licauto twierdzi, że takie zdolności ma każdy z nas, tylko nie u każdego występują one w podobnym natężeniu, gdyż tak jak inne zdolności (telepatia, psychometria, zdalne postrzeganie, uzdrawianie, telekineza, a nawet lewitacja) trzeba je ćwiczyć, rozwijać. Nie wiadomo, żebyś kiedykolwiek lewitował, ale wiadomo, że w pewnym okresie uzdrawiałeś, a twoje młodzieńcze kontakty z Mistrzami były przecież klasycznym przykładem myślodziałania astralnego, czyli telekinezy!

     Dość tych bezpłodnych w tym miejscu rozważań. Znacznie ciekawszym wątkiem jest poznanie przez ciebie w Bombaju Nandini Mehty, pięknej żony bogatego przemysłowca, która wkrótce po pierwszym spotkaniu z tobą wystąpiła do sądu o rozwód z mężem i na domiar wszystkiego oskarżyła go o okrucieństwo, co w Indiach było trudne nawet do pomyślenia, a potem przez całe czterdzieści lat zaangażowała się bez reszty w twoją nauczycielską działalność w Indiach (zdjęcie prezentowane poniżej zrobione było właśnie w Bombaju trzydzieści lat później). Fakt, czy była twoją kochanką, czy nie, byłby absolutnie niegodny uwagi, gdyby nie wiązał się z podejrzeniami twej długoletniej kochanki Rosalind, która w napadzie zazdrości opowiedziała swemu mężowi o romansie z tobą, w związku z czym Ragojapal utwierdził się przekonaniu, że jest w tobie „dwóch Krishnamurtich”, jeden, który tak pięknie pochylał się nad udręczoną ludzkością, a drugi, który potrafił oszukać i zdradzić człowieka tak mu bliskiego! Podpowiedziałbym biedakowi, że ja odnalazłem w tobie co najmniej „pięciu Krishnamurtich”, a w sobie „pięciu Roszkowskich”, gdyby to miało jakiekolwiek znaczenie dla istoty rzeczy, czyli tego, co ty, względnie ja mamy do powiedzenia innym.

              

                                                                   Cdn.

09:44, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »