RSS
niedziela, 16 sierpnia 2015
Non omnis moriar

 

 

Od opublikowania przeze mnie ostatniego postu minęło całe pół roku. Aż dziw, że mój blog nadal był odwiedzany, ale nikt nie zapytał, czy nie jestem całkowicie sparaliżowany lub czy nie umarłem, a zatem będę mógł kiedyś spokojnie umrzeć i poza osobami najbliższymi nikogo to nie zainteresuje. Jeśli jednak kogoś zaciekawił fakt mojego zamilknięcia, uprzejmie donoszę, że w ciągu ubiegłego półrocza też zajmowałem się lekturami, z tym że dotyczyły one książek, które zamierzałem wydać w moim wydawnictwie. Może to przejaw mojej próżności, ale zależało mi na tym, żeby wydać przynajmniej dziesięć książek i przed kilku dniami udało mi się tego dokonać, a ponieważ dwie kolejne są prawie gotowe do druku – nie wszystek umrę jako wydawca (ciężka praca redaktorska jest niewdzięczna i poza zainteresowanymi autorami nikt jej nie doceni).

I jako autor chyba też umrę nie wszystek, ale tu z kolei moje ambicje sięgają trzydziestu książek własnych i przekładowych. Dwadzieścia osiem widnieje już w wykazie podanym przez wikipedię.pl (w tym jest współautorstwo książki Kobieto! Boski diable… Adama Hanuszkiewicza, przy której pracowałem faktycznie sam, bo nanoszone przez śp. Adama poprawki i uwagi jedynie utrudniały mi pracę redaktorską). Pozostały więc do wydania dwie książki z moim nazwiskiem na stronie tytułowej. Jedna, Reszta jest monologiem, dawno temu przygotowana do druku książka o Teatrze Hanuszkiewiczowskim, oparta na rozmowach z nim w Dźwirzynie w lipcu 2001, nad którą pracowałem wyłącznie sam, powinna ukazać się jeszcze w tym roku, w październiku, mimo iż „Ciocia Madzia”, wdowa po Mistrzu Adamie, stawała na głowie, żeby zdławić jedyny głos żywy wielkiego inscenizatora teatru polskiego, który związał się z nią kiedyś na własne nieszczęście.

„Ciocia Madzia” wystąpiła przed sześciu laty jako woltyżerka na Torwarze przemienionym tamtego dnia w cyrk i to zdjęcie chciałaby widzieć w obszernej książce, w której Adam wspomniał o niej tylko raz. Chodziło o sławnego inscenizatora rosyjskiego Meyerholda, który tak był zakochany w swojej żonie, że rozmawiając z kimś, patrzył wyłącznie na nią. Roześmiałem się wtedy i powiedziałem: „Widać, że mu zazdrościsz!”, na co Adam: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiam w obecności mojej żony, to też patrzę wyłącznie na Magdę – w obawie, że wbije mi zaraz szpilę!”. Ja z kolei w obawie, że „Ciocia Madzia” skreśli cały ten akapit, zredagowałem to tak: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiałem w obecności moich żon, to też na nie patrzyłem – w obawie, że wbiją mi zaraz szpilę!”. O ocenzurowaniu przez nią pierwszej książki, Kobieto! Boski diable…, napiszę oddzielnie, kiedy już druga ujrzy światło dziennie. A będzie o czym pisać! Patrz: duży wywiad z nią w czerwcowym numerze „Vivy”, z Marylą Rodowicz na okładce, gdzie nie wymieniając naszych nazwisk nazywa mnie i Renatę Dymną „oszustami i szantażystami”…

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ciocia_Madzia_jako_woltyzerka.png

 

„Ciocia Madzia” jako woltyżerka w marcu 2009 w imprezie EQUISPORT WORLD CUP 

 

Brakującą do trzydziestki książkę mogę w każdej chwili złożyć z postów opublikowanych przeze mnie w ciągu sześciu lat na tym blogu, więc cel swój niewątpliwie osiągnę, jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat będę nadal cieszył się życiem. Kto jednak wie, czy wcześniej nie uda mi się zrealizować dawnego marzenia, czyli wydać książeczkę z wierszami dla dzieci. Dziesiątą pozycją w moim wydawnictwie jest bowiem właśnie taka książeczka, Kot inny niż wszystkie, napisana przez panią Kasię Rybińską, arteterapeutę w Zespole Placówek Szkolno-Wychowawczych w Głogowie, która od 19 lat zajmuje się dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. W tej książeczce można podziwiać zrobione przez te dzieci rysunki 30 kotów, do których pani Kasia napisała wierszowane komentarze – w obu tych przypadkach mamy do czynienia z prawdziwym mistrzostwem wyobraźni! Jako redaktor i wydawca pracowałem oczywiście przy tej książce bezinteresownie, a moja młodsza córka, Bogna, zrobiła okładkę przednią, natomiast Akdil przygotowała do druku okładkę tylną, co jest na pewno wydarzeniem bez precedensu w historii polskiego wydawnictwa książkowego, ale w tej książce wszystko było inne niż wszystkie (wszyscy): koty, dzieci, Autorka, twórczyni okładek, no i ja jako Wydawca.

Może dlatego, że ta książeczka jest tak śliczna, nagle żal mi się zrobiło na myśl o moich wierszach dla dzieci, które dawno temu powinny wyjść drukiem, bo dwa razy miały na to szansę, raz bardzo poważną, ponieważ były już zilustrowane i prawie na maszynie drukarskiej! Druk został jednak wstrzymany, bo nastąpiła transformacja ustrojowa 1989 roku i upadające wydawnictwa pozbywały się balastu książek, które nie gwarantowały dużego zysku. Tak samo było z redakcjami wielu pism, które chciały się ratować przed upadkiem, m.in. wydając kryminały czy książeczki dla dzieci. Zniechęcony dwoma niepowodzeniami, zakopałem te wiersze w stosach archiwalnych teczek, gdzie między innymi spoczywają też bajki afrykańskie, z których tylko jedna została zrealizowana w Teatrze Polskiego Radia w pr. II. Pani Kasia w dowód wdzięczności postanowiła pomóc mi w ilustracji tych moich zapomnianych wierszy dla dzieci, a ponieważ mogę wydać je sam – jest duża szansa, że ujrzą one wreszcie światło dzienne.  

Co jeszcze ciekawego wydarzyło się w ciągu ubiegłego półrocza? 25 czerwca wróciłem z podróży do Poznania, gdzie 20 odbyła się w Teatrze Polskim premiera monodramu opartego na książce Augusta Strindberga Spowiedź szaleńca, w moim przekładzie i opracowaniu, którą PIW wydał w roku 1988 (miała potem jeszcze drugie wydanie tam w roku 1997, a w roku 2005 ukazała się w Bibliotece Gazety Wyborczej jako tom 6 arcydzieł XIX w. w nakładzie ponad stutysięcznym). Na poniższych zdjęciach: Teatr Polski oraz plakat z tego wystawienia, przy którym stoi Irena Olbińska, autorka pierwszej recenzji z owej premiery, po której zaniemówiłem na wiele dni, dlatego oddaję jej głos:

 

http://jbr.blox.pl/resource/Teatr_Polski_w_Poznaniu_w_dniu_premiery.png

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_autorka_pierwszej_recenzji.png

 

Premiera odbyła się 20 czerwca 2015, na którą zostaliśmy zaproszeni przez naszego przyjaciela, Janusza B. Roszkowskiego, autora przekładu tej książki. Udzielił on zezwolenia na wystawienie tej sztuki, nie mając pojęcia, jak to będzie wyglądało na scenie. My nie czytaliśmy tej książki, ale w drodze do Poznania ściągnęłam z Internetu słuchowisko radiowe „Spowiedź szaleńca” z 2002 roku, abyśmy mieli z moim mężem Jurkiem pojęcie, co zobaczymy na scenie. Byliśmy bardzo podekscytowani, ponieważ nie pamiętam, kiedy byliśmy ostatni raz w teatrze. Jurek włożył na siebie swój najlepszy garnitur, a ja najbardziej elegancką sukienkę, jaką mam. Pytaliśmy nawet Janusza, czy jesteśmy wystarczająco elegancko ubrani na premierę sztuki, na której miał być też nowo obrany prezydent miasta. Janusz jako autor mógł sobie pozwolić na przyjście na premierę w swoim kapelusiku i sztruksowej bluzie. Czekając na wejście obserwowałam wchodzących zaproszonych gości i doznałam szoku, kiedy zobaczyłam młodego człowieka w krótkich spodenkach, dziewczyny w dżinsach i tenisówkach, inni młodzi ludzie mieli na sobie zwykłe sportowe koszulki. Poczuliśmy się jak z innej epoki. Pomyślałam, gdzie ta wymagana elegancja, jaką znaliśmy z czasów, kiedy bywaliśmy w teatrze. Pocieszaliśmy się z Jurkiem, że to są inne czasy, inne obyczaje. Ale to jeszcze nic przy tym, co przeżyliśmy później. Najpierw zaproszono nas do salki, gdzie każdy mógł usiąść, gdzie chciał na zwykłych krzesłach, a ci, dla których zabrakło miejsca, stali lub siedzieli na podłodze. Nagle pojawił się na środku salki aktor, bohater tego monodramu, Przemysław Chojęta, którego wizerunek znajduje się na plakacie. Następny szok – ubrany był w ślubną suknię z gorsetem, a na nogach miał wysokie glany. Po krótkim monologu, który nie miał nic wspólnego z książką, zaczął się rozbierać. Suknię zrzucił na podłogę i stanął przed nami w slipach. Po czym wziął czarny flamaster i milcząc podzielił swoje ciało na części, tak jak dzieli się wieprzka po ubiciu. I jeszcze to ponumerował, jak widać na załączonym plakacie. Z 10 oznaczonych części omówił cztery wybrane przez widownię. Wskazując na kark (nr 1), powiedział, że ONA chciała go udusić, Myślał, że to żart, ale kiedy spojrzał na jej poważną minę, przestraszył się, a ona wybuchła śmiechem. On zaś milcząc, obandażował sobie kark i głowę. Następnie jeden z widzów wskazał na prawą pierś (nr 2). Aktor wyjaśnił nam, że to ONA weszła do domu z obnażoną jedną piersią, mówiąc, że właśnie karmiła dziecko. Na pytanie, gdzie to dziecko, odparła, że zostawiła je na ulicy, i wybiegła z mieszkania. A kiedy pobiegł za nią, zobaczył, że leży na wycieraczce i pęka ze śmiechu. Wówczas obandażował sobie pierś. Po opisaniu i obandażowaniu kolejnych części ciała, odwrócił się tyłem do widowni, i zaczął sikać na leżącą na podłodze suknię ślubną, a po zakończeniu tej czynności odwrócił się ku widzom ze zbolałą miną, zdjął wszystkie bandaże, rzucił je na podłogę i wyszedł. Ku mojemu zdumieniu wielu widzów w trakcie tej jego prezentacji głośno się śmiało,  a najgłośniej, wręcz po klakiersku dziewczyna o rudych włosach, która, jak się później okazało, była scenografem, a prywatnie dziewczyną pana Chojęty. Zapytaliśmy Janusza, czy to, co on wygadywał w prologu, zgodne jest z treścią książki Strindberga – odparł, że zostało to wszystko wymyślone! Zanim zdążyliśmy ochłonąć kazali nam przejść na dalszą część przedstawienia do galerii. Musieliśmy przechodzić przez próg, na którym leżał ponumerowany pan Chojęta w slipach i glanach. Była to salka na 40 miejsc, Na ścianie szczytowej rozpięty był ekran, a na bocznych ścianach znajdowały się zdjęcia, rysunki i odręcznie wypisane cytaty z książki Strindberga. Z głośnika dobiegało głośne muczenie krów, kumkanie żab itp., więc trudno było skupić się na tym, co pokazano w galerii. Po 5 minutach kazano nam zająć miejsca na widowni. Dalszą część opiszę w skrócie, ponieważ spektakl właściwy też nie miał zbyt wiele wspólnego z książką Strindberga. Przez cały ten czas na ekranie pokazywana była pani w majtkach. Najpierw odwrócona tyłem robiła coś przy piersi, tak jakby kołysała lub karmiła niemowlę, a później pokazana była druga część jej ciała od piersi do ud w samych majtkach. Na tym tle aktor, który w międzyczasie ubrał się w szarawary w paski i koszulkę, odtwarzał różne scenki, w tym cztery wyjęte z książki, które zapamiętałam ze słuchowiska, ale jak mówił Janusz nawet do nich były dopisane obce dialogi, np. przekleństwa: „ja pier....olę”, „ku..wa”, po wielokroć powtarzane. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu jego opowieści o niedoli małżeńskiej, nastąpiła finalna scena gdzieś na jakiejś wyspie bezludnej, którą nieszczęśnik starał się zaludnić swoim bełkotem.Nagle chwycił pięciolitrową butlę z wodą i wylał sobie na głowę. Stojąc cały mokry w tej kałuży znowu gadał coś bez sensu. Potem usiadł na podłodze i zaczął śpiewać smętną balladę w języku szwedzkim. Po czym wybiegł z sali. A na ekranie przesuwał się tekst tej piosenki po polsku. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu, pan Chojęta wbiegł z powrotem do salki i zaczął się kłaniać. I to był już koniec przedstawienia. Zaczęto zapraszać na scenę twórców tego spektaklu: reżysera, autorów scenariusza, no i naszego Janusza – tłumacza książki. Wręczono im kwiaty w podziękowaniu za ten wspaniały, awangardowy spektakl. Tyle...... Ale nie żałuję, ponieważ przeżyłam coś, co nie każdemu było dane przeżyć, bo to było jak w bajce „O Alibabie i 40 rozbójnikach”. Pan Chojęta w tych swoich szarawarach przypominał bowiem Alibabę na chwilę przed egzekucją, której miała dokonać okrutna Szeherezada z damasceńską szablą w karzącej dłoni, ozdobionej szponiastymi tipsami w kolorze krwi, a 40 widzów-rozbójników spoglądało z góry na ostatnie chwile swego herszta w poczuciu całkowitej bezradności...

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mieczyslaw_Chojeta_w_akcji.jpg



00:07, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
Non omnis moriar (dokończenie)

 

A oto mój komentarz:

 

Do sprawozdania Irenki (Olbińskiej) z przebiegu wystawionej tam sztuki nie mógłbym nic dodać, bo prawdę mówiąc już w trakcie preludium do sztuki właściwej dostałem wytrzeszczu oczu, który później tylko się pogłębiał.

Widziałem przed kilkunastu laty w teatrze w Bydgoszczy monodram zatytułowany też „Spowiedź szaleńca”, bo oparty na tej samej książce. Były też słuchowiska radiowe tak zatytułowane. Każdy z wykonawców czy reżyserów wybierał to, co z tej książki najlepsze. Sam jeździłem z wykonawcą bydgoskiego spektaklu po całej Polsce za pieniądze z Instytutu Szwedzkiego w Sztokholmie. Miałem słowa wstępne, a on potem godzinny występ w stroju z epoki. Znakomity występ, ponieważ był to świetny aktor, który często występował w teatrach we Francji.

Sam napisał scenariusz, nie było reżysera ani scenarzysty, a sztuka niezwykle się podobała, wzbudzała aplauz na widowni, potem widzowie nas otaczali, dziękowali, dzielili się wrażeniami. Jeśli chodzi o teatr radiowy, to znakomici wykonawcy (jak Zapasiewicz w roli Strindberga) grali też dokładnie to, co napisał sam Strindberg, niczego nie dodając, bo nie było najmniejszej potrzeby.

Przekazałem wykonawcy tego poznańskiego monodramu znacznie więcej świetnego materiału (wziętego także z innych książek czy wypowiedzi Strindberga) oraz moją dużą adaptację, zatytułowaną „Spowiedź szaleńca”, którą napisałem kiedyś dla Tadeusza Łomnickiego (wg mnie największego aktora po wojnie), niestety zmarł na scenie właśnie w Poznaniu na próbie generalnej „Króla Leara” Szekspira i do wystawienia mojej sztuki nie doszło, mimo iż była uznana za wybitną przez panią Elżbietę Baniewicz, teatrologa najwyższej klasy. Nie piszę o tym, żeby się chwalić, lecz dla pokazania, jakim materiałem dysponował pan Chojęta przed przystąpieniem do pracy nad spektaklem. W mojej adaptacji też miały być wykorzystane rzutniki, żeby ilustrować słowa wypowiadane przez Strindberga. Tutaj była jednak pokazana jako rzekomo żona Strindberga jakaś „bladaczka”, blondynka w typie wieszaka z niewielkimi piersiami, mało apetycznymi udami itp., będąca przeciwieństwem tego, co wypowiadał pan Chojęta=Strindberg, głoszący peany na cześć swojej żony, „najpiękniejszej kobiety w Szwecji”... Ta „bladaczka” w koszmarnie długiej scenie coś tam niby pokazywała przy piersiach, jakby niemowlę, a kiedy leżała w samych majtkach była całkowicie wyprana z powabu kobiecego, przynajmniej w ujęciu Strindbergowskim... Resztę wiemy z opisu Irenki i prawdę mówiąc nic więcej w tym spektaklu nie było. Wcześniej mnie trochę zdziwiło, że pan Chojęta po pierwszej wymianie maili już się do mnie nie odezwał. Powinienem się więc mieć na baczności i przed udzieleniem zgody na wystawienie tej sztuki poprosić o plik scenariusza, ale do głowy mi nie przyszło, że z tak bogatego materiału można wykroić coś tak nędznego, niespoistego, niedorobionego, w którym nie będzie nic ze Strindbergowskiej odwiecznej wojny płci, która przecież toczy się w najlepsze i dzisiaj, i będzie się toczyć, dopóki obie płci nie zostaną odpłciowione doszczętnie, do czego się powoli zmierza...

Utrwaliło mi się w pamięci jeszcze kilka obrazków z okresu przed premierowym spektaklem. Przyjechałem do Poznania 19 czerwca zamiast o 21:25 prawie przed północą, bo o 17:30 pociąg towarowy wykoleił się niedaleko Poznania i rozwalił rozjazd. Na peronie oczekiwała mnie mała delegacja: oprócz pani z Fundacji Cukier Puder, która w znacznej mierze finansowała ten projekt, była pani scenograf oraz reżyser. Od reżysera dowiedziałem się, gdym rzekł, że wykonawca roli Strindbergowskiej musi być trochę szalony, że pan Chojęta jest co najmniej trochę szalony, gdyż przed rokiem wraz ze swoją dziewczyną (okazało się, że tą dziewczyną jest właśnie pani scenograf) poszli pieszo do Grecji, idąc po 30 km dziennie przez dwa miesiące! Na półwysep Athos, do  Republiki Mnichów, gdzie na Świętej Górze znajdują się sławne monastery, mógł popłynąć tylko pan Chojęta, ponieważ statki turystyczne, na których pokładzie znajdują się kobiety, nie mogą zbliżyć się do linii brzegowej na odległość mniejszą niż 500 metrów. Taki zakaz obowiązuje od roku 1060 – nawet zwierzęta hodowlane na półwyspie są tylko płci męskiej! Pani scenograf o rudych włosach powiedziała, że po czterech dniach oczekiwania już straciła nadzieję, że jej chłopak się pojawi, ale na szczęście wreszcie przypłynął i mogli wrócić do Poznania. Sami rozumiecie, że po tej opowieści mogłem przypuszczać, że przedstawienie będzie ciekawe. Na drugi dzień byłem umówiony o godz. 14:30 na obiad w restauracji „W Bramie”, znajdującej się ok. 200 m od Teatru Polskiego. Idąc tam od strony Starówki zauważyłem przed budynkiem teatralnym jakiegoś młodego człowieka ogromnie podekscytowanego – najpierw popatrzył na duży plakat z zapowiedzią „Spowiedzi szaleńca” rozpięty na frontonie teatru, po czym chodził z boku budynku tam i z powrotem, paląc papierosa. Pomyślałem, że to jest Przemysław Chojęta (patrz: wikipedia.pl), choć nie przyszło mi do głowy, by porównać twarz z plakatu z jego twarzą, oczywiście tą samą. On nie wiedział, kim jestem...

Przy obiedzie oprócz pani Emilii z Fundacji Cukier Puder był reżyser sztuki pan Łukasz Zaleski i jakiś aktor z Zabrza, który specjalnie przyjechał na premierę. Zacząłem wypytywać reżysera o to, jak mu się współpracowało z Chojętą. Odparł, że nie było łatwo, bo on jest ze szkoły teatralnej krakowskiej, a Chojęta z warszawskiej. Mówił, że Chojęta do tej pory nie grał dużych ról i cały czas oczekiwał od reżysera podpowiedzi, co go nieco dziwiło, choć sam oświadczył, że to jest jego pierwsza samodzielna reżyseria. Dochodziło wprawdzie między obu panami do gwałtownych spięć, ale nie trwały one długo i praca nad spektaklem przebiegała w sumie harmonijnie...

Po spektaklu chciałem od razu dać drapaka, ale zaproszono nas na małe przyjęcie, gdzie serwowano wina, kanapki i jakieś ciastka. Dyrektor teatru dziękował po kolei twórcom spektaklu, ja też musiałem rozdziawić gębę w uśmiechu. Myślałem, że uda mi się stamtąd czmychnąć, ale niestety wszyscy pałali chęcią dowiedzenia się, co autor przekładu książki myśli o tym wystawieniu. Najpierw podeszła do mnie parka scenarzystów, potem pan Chojęta, potem reżyser, potem scenograf, potem panie z Fundacji Cukier Puder, a ja mówiłem ogólnie o moim widzeniu Strindberga, wreszcie przyszpilony wyjąkałem: „Jestem z innej epoki teatralnej, przez kilkadziesiąt  lat widziałem wiele wystawień jego sztuk, ale przyznam się, że dopiero dzisiaj zostałem całkowicie zaskoczony.  Ale jeśli ta sztuka odniesie sukces i ściągnie dużą widownię, to zostanie osiągnięty cel, jaki sobie postawili twórcy tego spektaklu, a ja będę mógł tylko temu przyklasnąć”...

Prawdziwie szczerze napisałem do uroczej pani Emilii z Fundacji Cukier Puder dopiero później. Najpierw, 26 czerwca, wystosowałem takie oto podziękowanie za gościnę:

Przemiła Pani Emilio! Po wyjeździe u Was byłem w podpoznańskiej głuszy, w środku boru, we wsi o 7 numerach, oddalonej od bitego traktu o 7 kilometrów leśnego duktu, zupełnie odcięty od świata, bo ani komórki, ani laptop moich przyjaciół nie odbierały niczego poza ciszą. 5 chałup zakupili Niemcy, którzy z tubylcami nie chcą utrzymywać żadnych kontaktów, obok mieszkał 80-latek, który za pieniądze zarobione w Niemczech założył plantację 1400 krzaczków borówki amerykańskiej, co świadczyło o daleko posuniętym odmóżdżeniu, bo nawet nie miał pojęcia o tym, że po kilku latach te krzaczki mogą sięgać dwóch metrów wysokości i dawać nawet po 20 kg owoców, czyli razem ok. 28 ton! Z kolei nasz gospodarz, który w zakupionej tu ogromnej poniemieckiej chałupie założył wraz z żoną pensjonat o dziesięciu dwuosobowych pokojach, był jako nauczyciel szkoły wiejskiej bezrobotny od wielu lat, bo młodzi z okolicznych wsi wynieśli się na Zachód. W szkole, w końcowej fazie jego nauczycielskiej pracy, było po jednym uczniu w klasach i nie można było zostawić na drugi rok ucznia drugiej klasy, bo do pierwszej nie przyjęto nikogo. Do tego pensjonatu przyjeżdżają tylko zbieracze grzybów (w budynku gospodarczym jest nawet specjalna suszarnia), ale w dwu ubiegłych latach grzybów nie było. Jego żona od kilkudziesięciu lat sprząta w Niemczech, dzięki czemu stać ich było na kupno tego domu i zrobienie luksusowego pensjonatu, do którego trzeba dokładać. Nie wie tylko, jak długo uda jej się „arbeitować”, bo nawala jej kręgosłup, do czego dochodzi jeszcze kilka innych problemów zdrowotnych. Już po miesiącu musi wracać do kraju, żeby się tutaj wykurować na tyle, by znowu być zdolną do pracy w Niemczech. To jest materiał na prawdziwą sztukę współczesną!

Wróciłem wczoraj wieczorem do Iwonicza-Zdroju i od razu zajrzałem do Internetu, by dowiedzieć się, co napisano po premierze „Spowiedzi szaleńca”, ale niczego nie znalazłem – poza wcześniejszymi zapowiedziami..................

Serdecznie dziękuję za gościnę!

Jbr

 

29 czerwca nadeszła odpowiedź:

O tak, zdecydowanie, panie Januszu, historie z życia przenikają do teatru i wpływają na jego kształt, nie odwrotnie, jak wydaje się niektórym (chyba że ten plotkarski aspekt teatralnego życia, który zawsze budził spore zainteresowanie). Tak przynajmniej sądzę.

Ukazała się dosłownie przed chwilą pierwsza krótka recenzja:
http://www.swiatkultury.com.pl/?p=9717

Teraz musimy trochę powalczyć, aby spektakl pożył i dotarł jeszcze do innych grup poza Poznaniem.

Pozdrawiam serdecznie,

EM.

 

Oto ta recenzja, którą Irenka skwitowała krótko: „Chyba my i ta pani byliśmy na innym spektaklu!”.

 

 

WIDZOWIE SPOTKALI SZALEŃCA

Marta Łuczkowska       26 czerwca 2015      na deskach

 

Kobiety są złe, okrutne, wyniosłe, niesprawiedliwe i przebiegłe, a przynajmniej tak o nich myślał Strindberg. Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna? Być może kobieta, która go wykorzystała i porzuciła, została do tego zmuszona przez niego samego?

W sobotę, 20 czerwca w Teatrze Polskim miała miejsce niecodzienna premiera przygotowana przez Pracownię Inicjatyw Aktorskich PiniA, we współpracy z Fundacją Cukier Puder. Monodram „Spowiedź szaleńca” na podstawie powieści Augusta Strindberga, wywołał na widowni salwy gorzkiego śmiechu, a jednocześnie wprawił część publiczności, szczególnie tę damską, w zakłopotanie.

Bohaterem spektaklu jest sam Strindberg, który napisał autobiograficzną powieść po rozstaniu z pierwszą żoną, Siri von Essen. Burzliwy i bardzo zmienny związek trwał aż czternaście lat. Początkowo wynoszona na piedestał moralności i niewinności, szybko stała się ofiarą własnego męża. Słaby psychicznie mężczyzna podejrzewał ją o liczne zdrady, kłamstwa, a nawet kontakty homoseksualne. Brak wiary w samego siebie, a także pogarda dla płci przeciwnej przeistoczyły się w lęk przed kobietami, a to z kolei doprowadziło go niemal do obłędu. Wyrazem wyczerpania pisarza jest właśnie „Spowiedź szaleńca”.

W tytułową rolę wcielił się Przemysław Chojęta.  Aktor niebanalny i tak przekonywujący, że widz miał wrażenie, że oto spotkał na swojej drodze prawdziwego szaleńca. Mężczyznę pogrążonego w najciemniejszych zakamarkach obłędu, dla którego nie ma już żadnego ratunku, i który na zawsze pozostanie osamotniony w swojej chorobie. Targany skrajnymi emocjami – od nienawiści aż po miłość, balansował na cienkiej granicy całkowitego załamania psychicznego i euforii.

Spektakl był pewnego rodzaju eksperymentem, w którym znaczącą rolę odgrywała publiczność. A może w ogóle jej nie było? Może wszyscy widzowie, którzy byli w przestrzeni Teatru Polskiego, stali się, mimo swojej woli, uczestnikami tej porywającej spowiedzi? Zachęcani przez tytułowego szaleńca weszli w interakcję, której celem było oczyszczenie duszy obłąkanego i przywrócenie jego psychiki do stanu przedmałżeńskiego. Czy się udało? W życiu prywatnym Strindberg żenił się jeszcze dwukrotnie, a więc można wnioskować, że jego strach i niechęć do kobiet zniknęły. A w Teatrze – kiedy zgasły światła nadszedł czas na refleksję o tym, jak nierozumiane przez mężczyzn, a tym samym okrutne potrafią być kobiety.

 

http://jbr.blox.pl/resource/szaleniec.jpg

 

 

Od razu na mail pani Emilli, i poniekąd i na nadesłaną mi recenzję, nieco dziwne, że opublikowaną dopiero po 6 dniach od premiery, odpowiedziałem:

„Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna?”.

Jestem ciekaw, kto  wymyślił to, co wytłuściłem???? On był przeciwieństwem Stacha Przybyszewskiego! Nie lubił się włóczyć po Europie – został do tego zmuszony! Cierpiał z tego powodu! Podrywaczem nigdy nie był, nie zmieniał kobiet jak rękawiczek. Rodzina była dla niego świętością, kobieta, którą wybierał na żonę, też. Owszem czasami obracał się w towarzystwie bohemy i wtedy pił absynt, były to jednak sprawy incydentalne. I to wszystko jest zawarte w „Spowiedzi szaleńca” czy w „Listach miłosnych i nienawistnych”, które też przysłałem panu Chojęcie. Wybrał on jednak z tego wszystkiego to, co chciał, czy to, co zechcieli wybrać twórcy scenariusza.

Prawdą jest, że takiego tytana pracy pisarskiej jak August Strindberg było w historii literatury niewielu.

Chyba nie rozumiem obecnego czasu teatralnego. No ale Adam Hanuszkiewicz w roku 2001 też nie mógł go pojąć, mimo iż przez całe dorosłe życie był w tej materii zanurzony po uszy.

Powtarzam jednak to, co po spektaklu: jeśli ta inscenizacja odniesie sukces, to nie będzie miało znaczenia, co czuję. Żyję już w innym świecie.

Jedno jest pewne – i jest mi z tego powodu trochę przykro: „Spowiedź szaleńca” w takiej postaci na pewno nie będzie mogła być wystawiona w Iwoniczu-Zdroju czy w pobliskim Rymanowie Zdroju, gdzie na kurację przyjeżdżają w 90% osoby starsze, zazwyczaj o bardzo konserwatywnych poglądach. Tutaj wystawia się scenki operetkowe z XIX wieku, a pojawiający się tu kabaret „Zza miedzy” ośmiesza jedynie to, co wypada w tym miejscu ośmieszyć...

„Spowiedź szaleńca” by przeszła, ale jedynie w takim wystawieniu, jak zrobił to w 2002 roku teatr radiowy czy aktor teatru w Bydgoszczy – ludzie zarykiwali się ze śmiechu, kiedy bohater opowiadał o swoich perypetiach małżeńskich, bo to była opowieść, którą z innymi realiami mogli sami przytoczyć na forum pozadomowym....................

Z serdecznościami

jbr

 

Odpowiedź nadeszła 2 lipca:

Szanowny Panie Januszu,

Teatr się pozmieniał, teraz tekst i życiorys artysty stanowią najczęściej odbicie dla innych twórców, którzy to przetwarzają. Dlatego trochę trudno się dziwić, że Przemek wybrał z tekstów to, co jemu było najbliższe.

Szkoda, że podróż do Iwonicza nie dojdzie do skutku, ale rozumiem w pełni dlaczego.

Będziemy szukali innych miejsc, w których być może będą chcieli zobaczyć spektakl.

Pozdrawiam serdecznie,

Emilia Mańkowska

 

 

 

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



00:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »