RSS
sobota, 25 sierpnia 2012
Zeszyty dawnych lektur (odc. 2)

   

Roger Martin du Gard Rodzina Thibault (Książka i Wiedza, 1951)

 

[Nie zawsze uzasadnienia nagród literackich Nobla do mnie przemawiają, ale w przypadku tego pisarza, który został jej laureatem w roku 1937, nie mógłbym przyczepić się do żadnego słowa, otrzymał ją bowiem za „siłę artystyczną i prawdę w przedstawianiu człowieka, a także najbardziej odczuwalnych problemów współczesnego życia”, z tym że chciałbym ten cytat wzięty z wikipedii dopełnić przynajmniej o jeden brakujący element. Oryginalne uzasadnienie brzmiało: „för den konstnärliga kraft och sanning, varmed han i romanserien Les Thibault har framställt mänskliga motsättningar och väsentliga sidor av samtida liv”, czyli „za siłę artystyczną i prawdę, z jaką w cyklu powieściowym Rodzina Thibault przedstawił…”, bo akurat ten ośmioczęściowy utwór przedstawiam. Kto zna język szwedzki, dostrzeże bez trudu, że nie chodziło o „najbardziej odczuwalne”, lecz o „najbardziej istotne problemy współczesnego życia”, i to, że ktoś uprościł sobie zadanie, bo „mänskliga motsättningar” oznacza nie „człowieka”, lecz sprzeczności tkwiące w ludzkiej naturze].



    Zło nie istnieje! Wy je stwarzacie. Dajecie mu potęgę, gdyż lękacie się go i godzicie się na to, by istniało!

[Zło w stanie czystym nie istniało także dla św. Augustyna. Dla niego zło to odwrócenie się od Boga, który jest „dobrem wszystkich dóbr”. Byłoby co najmniej dziwne, gdyby jako człowiek głębokiej wiary myślał inaczej, ale okazuje się, że z niemal identyczną tezą wystąpił w roku 1921 Albert Einstein. A jeśli chodzi o mnie? Na szczęście nie jestem ani św. Augustynem, ani Albertem Einsteinem, ale nie ukrywam, że lękam się zła. Przede wszystkim tego, za który jestem odpowiedzialny osobiście, bo jeśli chodzi o zło, które czai się w innych ludziach – w ujęciu indywidualnym lub zbiorowym, to nie mając na to najmniejszego wpływu mogę godzić się jedynie z faktem, że ono istnieje].

 

                                   

                                                                           Roger Martin du Gard

 

    Jestem jak czarny skarabeusz, który zamyka się w łonie jednej róży i żyje w niej póty, póki jej płatki nie zaduszą go.

[Piękne zdanie, wywołujące tak wiele asocjacji. W mitologii staroegipskiej toczył po nieboskłonie kulę słoneczną, tak jak kulkę nawozu na pustyni. Dzięki niemu można było stawać się, ale także odradzać – był symbolem życia i zmartwychwstania. Usiłują w to nadal wierzyć ci, którzy kupują za dwanaście złotych wyrób egipskiego rzemiosła artystycznego, wykonany z barwionego łupku. Pisarz nie o nim jednak mówi, gdyż żadna róża, nawet czarna, nie potrafiłaby zadusić swoimi płatkami czegoś, co posiadło tajemnicę odradzania się. Gdyby to była książka kucharska, rozwiązanie tej zagadki byłoby może łatwiejsze, z tym że tam pisze się, jak udusić w płatkach róży przepiórkę, a nie żuka gnojaka].

 

                          

 

     Jest na świecie człowiek, który niczego się nie spodziewa, niczego nie lęka, który nienawidzi życia, ale nie ma siły, by rozstać się z nim.

[Wolałbym, żeby to zdanie zaczynało się od: „Czy jest na świecie człowiek…” i kończyło się znakiem zapytania. Niewątpliwie wielu jest na świecie takich ludzi, ale ich życie jest przecież nieludzkie!].

 

    W stałym wznoszeniu się istot ku Duchowi, niekończącym się nigdy, każdy z nas musi iść sam, od próby ku próbie, a często od błędu do błędu, drogą, która jest mu przeznaczona od wieczności.

[To już ostatnia wynotowana stamtąd myśl. Gdyby pisarz powiedział „ku Duchowi Świętemu”, sprawa byłaby oczywista. Ale i tak wątpliwości budziłoby to „niekończące się nigdy wnoszenie się ku Duchowi” – przynajmniej istot ludzkich, obdarzonych śmiertelnym ciałem, którzy o wieczności mogą tylko marzyć. Chyba że wieczność jest sumą (masą) pojedynczych (indywidualnych) nietrwałości].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Roger_Martin_du_Gard1.jpg



                                                             Cdn.

11:47, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »