RSS
niedziela, 28 sierpnia 2011
Opowiastki mięsne (cz. 2)

   

    Ten napotkany w lesie kuracjusz przypomniał mi o panu Bielasie, który też znał się na szlachtowaniu zwierząt, ale z dumą podkreślał, że jest wędliniarzem. Gdy przeszedł na emeryturę, postanowił przenieść się ze Śląska do Zakopanego, gdzie na Antałówce wybudował piętrowy dom, murowany, klockowaty, który nijak do tamtej drewnianej zabudowy nie pasował, ale ówczesne wydziały architektury w urzędach miast właśnie w czymś takim się specjalizowały – wystarczy popatrzeć w Iwoniczu-Zdroju na socrealistyczny Zakład Przyrodoleczniczy (trwająca tam obecnie renowacja wraz z gruntowną przebudową dachów ma sprawić, że ten koszmar architektoniczny nie będzie mi już spędzał snu z powiek). Postawienie tej budowli na gruntach doktora Józefa Aleksiewicza miało na celu zdławienie niepożądanego wrażenia, jakie na chłoporobotniczych kuracjuszach mogłoby wywrzeć „Sanato”, cudowną bielą buchające z zielonego wzgórza i w wielkopańskim stylu wzniesione, nie mówiąc o sąsiednim hrabiowskim „Belwederze”, popadającym po wojnie w coraz większą ruinę.

 

         

                                      „Sanato” na przedwojennej fotografii

 

     Pan Bielas mieszkał w tym swoim klocku, z którego też był bardzo dumny, wraz z dwiema córkami i żoną. Kolejność zamierzona, gdyż ta jego żona i nie żona całymi latami przebywała za chlebem w USA, przysyłając stamtąd prawdziwe „dolce”, które docierały do małżonka w postaci bonów towarowych – można było zakupić za nie w Pewexie na przykład porządną armaturę łazienkową czy glazurę pierwszego gatunku, nawet hiszpańską, co w Peerelu było szczytem marzeń przeciętnego obywatela. W końcu za Wielką Wodę ściągnęła na stałe starszą córkę i o powrocie już nawet nie napomykała, natomiast młodsza córka poszła do szkoły z internatem i pojawiała się w domu tylko na święta, więc pan Bielas mógł pokoje na górze wynajmować turystom.

     W latach 1974–1975 zajmowałem się przede wszystkim nielegalnym eksportem do Szwecji tysięcy bluzek haftowanych przez góralki mieszkające w okolicach Zakopanego oraz równie nielegalnym importem ze Szwecji oraz z Niemiec Zachodnich setek maszyn do liczenia, w tym elektronicznych, które u nas były absolutną nowością. Pisarza łatwo jest posądzić o konfabulację, ale można przecież sięgnąć do opasłych akt sądowych w sprawie karno-skarbowej, którą mi na końcu wytyczono. Podczas wielomiesięcznego przewodu sądowego zajmowałem się nadal „przestępczym procederem”, eksportując bluzki i importując maszyny, z tym że tym razem sprzedawałem je przez podstawione osoby w komisach. Zarabiałem krocie, ale z zeznań świadków, którzy przed rozprawą widzieli mnie na oczy jedynie dzięki fotografii, jaką moi naganiacze im okazywali, wynikało, że czyniłem to bezinteresownie, żądając tylko zwrotu kosztów podróży, więc Wysokiemu Sądowi nie pozostało nic innego, jak skierować mnie do Szpitala Nowowiejskiego na półtoramiesięczne badania psychiatryczne…

     Ach, nie starczyłoby dziesięciu odcinków, bym tę całą niesłychanie barwną historię opisał, co być może kiedyś uczynię, ale teraz czas wracać do mięsnych opowiastek. Otóż w związku z tymi bluzkami założyłem sobie w domu pana Bielasa (w wyborze moich opowiadań występuje on w Kapitanie jako pan Pielas) stałą bazę, przebywając w nim przez ponad rok z przerwami na wyjazdy do Warszawy. Miałem wystarczająco dużo czasu, by nie tylko chodzić po górach, lecz także słuchać jego opowieści, gdy przynosił mi mleko i świeże pieczywo. Wydały mi się one na tyle interesujące, że zacząłem je nagrywać na dyktafon, w owych latach bynajmniej nie kieszonkowy, z zapisem na taśmie magnetofonowej. Po roku 1975 już u niego nie mieszkałem, gdyż moda na noszenie haftowanych bluzek przeminęła z wiatrem. A czy zamieszkałem w tamtym domu jeszcze kiedykolwiek? Tak, po trzydziestu latach. W okolicznościach tak przedziwnych, że znakomita zakopiańska malarka na szkle, pani Ewelina Pęksowa, aż wzięła się pod boki, gdy w roku 2005 wysłuchała mej relacji.

     A było tak. Wyczerpany kłopotami natury osobistej, postanowiłem wyjechać do Zakopanego. Jednakże ani w zetelpowskim Domu Pracy Twórczej „Astoria” u wejścia do Doliny Białego Potoku, gdzie kiedyś bywałem, ani w zaiksowych domach takiej samej pracy „Halamie” (dar sławnej tancerki przedwojennej Lody Halamy) i „Orliku”, gdzie miałem prawo bywać, nie było wolnych miejsc – i nagłe olśnienie: muszę się udać na Antałówkę! Wprawdzie pan Bielas na pewno już nie żył od dawna, ale przecież nie można było wykluczyć, iż uda mi się wynająć pokój w domu, w którym kiedyś czułem się szczęśliwy, może dlatego, że byłem wtedy i młody, i zdrowy, i bogaty?

     Zapadał zmierzch, na Antałówce dużo się zmieniło, ale doszedłem jak po sznurku do domu, który nic a nic się nie zmienił, choć już nie świecił nowością jak w tamtych latach – wypielęgnowany dawniej ogród był zaniedbany, furtka zwisała na jednym zawiasie. Zadzwoniłem przy drzwiach wejściowych. Otworzyła kobieta w średnim wieku, której nie znałem. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko i zapytała właściwie twierdząco: „Pan Janusz, prawda?” Wyjąkałem, myśląc, że śnię: „Skąd pani wie, jak mam na imię?” Zaprosiła mnie do wejścia, wyjaśniając: „Ojciec mi się w nocy przyśnił. Zapytał, co u nas słychać, po czym powiedział: – Dziś wieczorem przyjdzie tu pan Janusz, który kiedyś zawsze mieszkał na górze pod trójką. Przygotuj mu Teresko posłanie i nie bierz od niego pieniędzy za gościnę…” Posłanie było przygotowane, pieniędzy za tygodniową gościnę ode mnie nie wzięto. Mogę się panu Bielasowi odwdzięczyć tylko w jeden sposób: przytaczając tutaj jego opowiastki, które wykorzystałem w dwu utworach niepublikowanych w wyborze moich opowiadań. Ten drugi, znacznie obszerniejszy, zamieszczę w części trzeciej.

 

        

                      Antałówka z widokiem na Nosal i Tatry

 

     PANI MAJSTROWA

 

     Pamiętam swoją majstrową. Majstra też, ale najbardziej majstrową. Było nas sześciu uczniów i dwóch czeladników, ale majster wyżywał się tylko na mnie. A ja, poszturchiwany bez dania racji, milczałem i gryzłem w sobie złość. Waliłem tasakiem w mięso aż kości pryskały i wyobrażałem sobie, że to majster…

     O majstrowej jeszcze powiem. O majstrze też. Patrząc na nich myślałem sobie nieraz, no wie pan, i do dzisiaj nie wiem, jak oni to robili. Chyba po francusku, czy po jakiemuś. No nie, majster mocny był chłop, chociaż niski i chudy, ani grama tłuszczyku na niem – sama żyła i kość, ale przy niej wyglądał jak mały kogucik, któren niedawno wyskoczył z jaja…

     Wieczorami stał na piecu sagan z gorącą wodą. Musowo. A obok kocioł z zimną. Bo ona lubiała się myć. Ale nie jak to jest w zwyczaju, że baba idzie za przepierzenie i cichcem chlapie się w misce. Gdzie tam, ona lubiała to robić na oczach wszystkich, jakby wstydu żadnego nie miała! I nie majstrowi, ale nam kazała polewać się wodą, a najbardziej mnie…

     Stałem kiedyś z konwią na stołku, nie wiedząc, gdzie oczy podziać, bom wcześniej baby bez stanika i majtek nie widział, a ona najprzód rozbierała się do pasa, zarzucając sobie cycki na ramiona, żeby się nie walały po ziemi, gdy się przegibnie… Jak Boga kocham, moja żona też ma cycki nie od parady, ale przy tamtych wyglądają jak bombki na choinkę!

     To była kobita! Ręce, nogi, a nawet plecy miała owłosione jak Cygan, a muskuły takie, jak razowe bochny wypiekane kiedyś u nas na wsi na liściach chrzanu lub kapusty. Buczała głosem grubym jak armata, a gdy się śmiała, to aż szyby dzwoniły w oknach. I nie daj Boże, żeby majster coś przeskrobał! Unosiła go jedną ręką w górę, a drugą dawała mu kilka klapsów, po których przez dwa dni musiał polegiwać w łóżku...    

     No to lałem wodę, nie patrząc się na nią, gdym usłyszał jej wrzask: „Nie lej po dupie, bo mi w środku chlupie!” – nimem zmiarkował po jej minie, czy ona tak na poważnie, tom wejrzał na majstra, któren siedział na skrzyni z węglem w samych tylko gatkach i piał ze śmiechu. Wtenczas wezbrała we mnie taka złość, że zamiast na nią wylałem tę konew na niego. Sfrunął ze skrzyni jak oparzony, podskoczył do góry i jak mi nie przyfastryguje w oko, żem ujrzał aż trzech majstrów naraz. I każdemu z nich gatki opadały do kolan. A majstrowa spojrzała się na niego złym okiem i zachrypiała: „Kopnij go, salcesoniku, w słabiznę, ino mocno! Pokaż, żeś chłop, a nie baba!” 

     Ku mej dziwocie wyraźnie obstawała za mną, choć gdyby majster nie złapał się ze śmiechu za brzuch, to może bym odpuścił, krew mnie jednakowoż zalała, gdym przypomniał sobie, ilem złości od niego dostał. Prawym okiem, bo lewe mi spuchło, widziałem już tylko jednego majstra, jak rechocząc podciągał sobie gatki, zeskoczyłem ze stołka i zanim zdążył mrugnąć okiem, kopnąłem go z całej siły w to miejsce, gdzie noga schodzi się z nogą, a on zakwiczał jak zarzynany wieprzek i padł mi do nóg, chyba z bólu, ale jęczał tak jakoś nabożnie: „Jezu, o Jezu, o Jezusieńku…”, że wyglądało na to, jakby żałował za swoje grzechy…

     Wtenczas majstrowa zdjęła z pleców te swoje cyce, chrypiąc: „Mój dzielny salcesonik!” , i przycisnąwszy mnie do nich tak, żem nawet nie mógł pisnąć, zawlokła mnie do sypialnego, kopnąwszy po drodze majstra, któren zaskowyczał jak zbity pies, a dalej nic nie pamiętam, bom omdlał…

     W nocy się budzę, bo duszności mnie naszły. Głowę mam pod kolanem majstrowej, która chrapie aż łóżko podskakuje. „Józefie, Maryjo Święta!” Wyłażę jakoś spod tej nogi i cichcem przemykam się do kuchni. Ciemno jak u Murzyna, no wiesz pan, tam gdzie nogi schodzą się z plecami, ale na skrzyni z węglem coś majaczy. Przecieram ślepia, a majster jak nie skoczy do mnie z pogrzebaczem! Oberwałem po łbie raz i drugi, po grzbiecie też mi się dostało, oj, źle ze mną, ale łapię za dużą szczapę, która leżała koło pieca, i też go okładam, gdzie popadnie…

    Gdy już nie mogliśmy, to każden padał tam, gdzie stał, „ty świnio” rzęził i starał się chociaż obcharkać drugiego. Tłukliśmy się tak do świtu. Krwi z nas uszło tyle, że można by zrobić kaszanki a kaszanki. Nawet sufit był obryzgany! Majster wyglądał jak kogut, któremu ucięli głowę, ale jeszcze podryguje, a ja z włosów i koszuli mogłem wyżymać krew…

     Wtem wchodzi do kuchni majstrowa. Przeciąga się aż gnaty trzeszczą i poziewuje na cały głos. Nie ma na sobie nawet koszuli. A my leżeliśmy na podłodze pod oknem, bo znowu nas słabość zmogła. Poziera w okno, potem w dół i jak nie jęknie, kopniakiem odsuwając majstra ode mnie: „Oj, biedo ty moja kochana, co ten łobuz z tobą zrobił!”

     Podniosłem się jakoś, najprzód na kolana, potem złapałem się za parapet. Stanąłem, wyplułem jeszcze ze dwa zęby i mówię: „To ja za wszystko pięknie dziękuję, ale nic tu po mnie…” Czarne koła latają mi przed oczami, dzwony biją w uszach, ale wlokę się do drzwi. A ona mnie nie zatrzymuje, tylko chlipie, tak, chlipie – pierwszy raz widziałem, jak płacze! Rękoma zasłania przyrodzenie, jakby i w niej obudziło się trochę tego wstydu kobiecego, i chlipie: „Zo-o-stań, sa-al-ce-so-niku!”

     A ja w drzwi, bo swój ambit miałem. Może i bym został, ale nikomu nie wolno było poniewierać mego nazwiska. Nazywam się Jan Salceson. Po prostu Salceson. Tak zwał się mój ojciec i tak zwał się mój dziad…

 

     Kto wie, czy nie zmieniłbym zakończenia, gdybym dzisiaj napisał to opowiadanie. Bo w istocie rzeczy pierwowzorem Jana Salcesona był pan Bielas, więc nie nazwisko zadecydowało o tym, że postanowił stamtąd odejść. Ostatni akapit tej autentycznej opowiastki został przeze mnie przerobiony po słowach „swój ambit miałem” znacznie później, gdy zamierzałem włączyć ją do zbioru moich opowiadań. Wyobraźmy sobie jednak, że jest to historia z happy endem: dzięki pośrednictwu majstrowej doszło do pogodzenia zwaśnionych stron, a na wydanej z tej okazji uczcie i ja byłem, dobrą wódkę piłem, nie muszę jednak opisywać, co było na zagrychę, gdyż zrobiłem pamiątkowe zdjęcie…

 

             

 

                                                       Cdn.

13:30, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 24 sierpnia 2011
Opowiastki mięsne (cz. 1)

     Pewnego poranka ustawiłem na minimalnym gazie wielki gar warzy, w której wśród mnóstwa jarzyn nie było jednak ani odrobiny mięsa zwierzęcego, będącego tematem tych opowiastek, gdyż od wielu lat zdecydowanie preferuję mięso rybie, po czym postanowiłem obiec Górę Przedziwną, idąc wzgórzem za sanatorium „Ziemowit” na skróty ku „Bełkotce”, i nagle ujrzałem w lesie jakiegoś człowieka. Zadzierał głowę do góry, okręcając się powoli wokół siebie, przez co jak Borys w dramatycznej scenie z filmu Lecą żurawie, gdy dosięgła go kula, zdawał się wprawiać w ruch wirujący wysokie jodły otaczające go ze wszystkich stron, z tym że w filmie wirowały wierzchołki brzóz. Zawołałem z daleka, żeby się nie przestraszył:

     – Czy jest tam jakaś wiewiórka?

     Obrócił się na pięcie, dostrzegł mnie i podszedł:

     – Patrzę na te ogromne świerki…

     – Jodły…

     – Aha, jodły i myślę sobie, jaki człowiek jest mały…

     – Bardzo mały, ale gdy przychodzi z piłą motorową, to te jodły padają przed nim na kolana, błagając o litość, jego serce nie zna jednak miłosierdzia…

     – Mówi pan jak ksiądz, widać, żeś pan kształcony, a mnie nigdy nie ciągnęło do książek, bo tych liter tam tyle i tych mądrości tak wiele, że prosty człowiek nie umie się w tym rozeznać… Żona, która czasem usługuje na plebanii, gdy proboszcz ma więcej gości, przyniosła ostatnio do domu Protokoły mędrców Syjonu i kazała mi czytać, to ja do niej, że okulary musiałbym sobie nowe sprawić, bo w starych niedowidzę, więc niech mi poczyta… Czytała, czytała, a ja sobie myślałem o tych Żydkach, co w naszej wiosce mieszkali… Czy to prawda, że Żydzi chcą zawojować cały świat, nasz kościół zniszczyć, księży zabić?

     – To nieprawda, te protokoły zostały sfabrykowane przez Ochranę, rosyjską tajną policję, sąd okręgowy w Moskwie potwierdził to w roku 1993. Chodziło o to, żeby prości ludzie, którym się ciężko żyło, zwracali się przeciw Żydom, zamiast wzniecać bunty przeciw swoim prawdziwym ciemiężycielom. Wybili Żydom szyby w oknach, policzyli żebra kijem i robiło im się lżej na duchu, choć nadal klepali biedę. Tak jak większość Żydów chałaciarzy, ale u bogatszych starozakonnych zawsze groszem w kieszeni śmierdziało, co budziło w ludziach zawiść…

 

                  

 

     – U nas na wsi też tak myślano, choć bogatych Żydków u nas nie było, posądzano ich jednak, że udają biedaków, a pieniądze zaszywają w ubraniach lub chowają w podeszwach butów, bo i na krawiectwie, i na szewstwie wielu z nich się znało… Pytał się pan, czy rozglądam się za wiewiórką, a moja wieś nazywa się Wiewiórka… Jest taka, koło Dębicy w dawnym województwie tarnowskim…

     – Czytałem kiedyś o zamku w Wiewiórce, w którym schronił się Andrzej Frycz Modrzewski, gdy go wyrzucono z dworu biskupiego, czy to ta sama wieś?

     – Ta sama, ale my nie wiedzieliśmy, że był u nas jakiś zamek, dopóki, będzie z pięćdziesiąt lat nazad, jakieś archeology nie zaczęły tu kopać i kafle piecowe z ziemi wyciągać. Może któryś z naszych Żydków to ukrył? Jeden Żydek mieszkał w chałupinie, ot, tu, na wyciągnięcie ręki od naszej chałupy… Kupa tam była dzieciaków, ale my się z nimi nie bawiliśmy, bo chłopaki miały pejsy i małe jarmułki, tak jak ich chudy ojciec – z długim zakrzywionym nosem i w czarnym chałacie wyglądający na złego luda, dopóki mu ta jarmułka raz nie spadła z głowy i nie zobaczyłem, że był całkiem łysy. Czy widział pan kiedyś łysego Żydka?

     – Uważa pan, że jest to śmieszne?

     – Wtenczas tak myślałem, bo Żydki nigdy nie chodziły u nas z gołymi głowami, a po pejsach i brodach nie można było zmiarkować, że coś jest nie tak.  Mój tata posyłał mnie tam po bibułkę, bo cygarety robiło się na takiej maszynce, nabijarce do machorki. Miałem wtedy osiem lat i strasznie byłem ciekaw, czy nie widać tam w środku ichniego bożka, któremu oddawali pokłony, ale ten Żydek zamykał drzwi idąc po bibułkę i nic nie mogłem zobaczyć, a szyby były zaparowane i brudne… Widać, żeś pan kształcony – czy to prawda, że chowano ich do grobu z laskami? Bo oni mieli wierzyć, tak u nas na wsi mówiono, że jak przyjdzie Dzień Sądu Ostatecznego, to łaps za laskę i hyc-hyc z grobu, bo kto pierwszy ten lepszy, a Żydki tymi swymi długimi nosami potrafiły zwietrzyć wszystko – i niebezpieczeństwo, i geszeft… We wsi nie było ani bożnicy, ani cmentarza żydowskiego, bo tylko w paru chałupinach siedziały te Żydy, i dlatego swoich umarlaków wrzucali na furmankę, przykrywali derką i gdzieś wywozili, ale ludzie mówili, że każdemu wkładali do grobu laskę, obowiązkowo…

     – Nic mi na temat nie wiadomo, ale o Żydach różne rzeczy się opowiadało. A z tym wietrzeniem przez nich niebezpieczeństwa to przesada, bo sam pan wie, co się z nimi stało w czasie okupacji niemieckiej…

     – Właśnie, jako chłopak myślałem, że jak dorosnę, to zapytam ich o to wprost, ale kiedy przyszli Niemcy, to wszystkich Żydków spędzili w jedno miejsce jak barany na rzeź, ale ich tam nie zatłukli, tylko wrzucili do dwóch dużych samochodów z krytymi budami i już więcej ich nie zobaczyliśmy… Ta chałupina sąsiadów to było mienie opuszczone, ojciec dostał bumagę z sądu grodzkiego, a że zawadzała na podwórzu, gdy ojciec kupił ciągnik i parę maszyn rolniczych, to poszła na opał…

     – Chałupina poszła na opał, a oni poszli z dymem i na zawsze opuścili swoje mienie…

     – Tak to było, ale u nas krzywda im się nie działa. Owszem, w kumy ich nie prosiliśmy, ale…

     Rozmowa została przerwana, bo aż podskoczyliśmy ze strachu w górę, gdy gdzieś w dole odpalono kilka petard…

     – U nas we wsi najpierw było spokojnie, ale później zbliżał się front od wschodu i huczało tak jak tu przed chwilą, tyle że bez przerwy, nawet nocą. A później „dawaj, dawaj!” krzyczały ruskie i wypędzili nas w obce strony, bo przez sam środek wsi przechodziła linia frontu – po jednej stronie okopali się germańcy, a po drugiej ruskie i dawaj walić do siebie ze wszystkiego, co popadnie. Gdy ruskie pognały germańców na Berlin, to sołdaty pytały tylko skolko kiłometrow jest do Berlina, a ze wsi nic nie zostało, jedna zryta przez pociski ziemia… Dwu małych chłopaków od nas poszło do piachu, jak jeden z nich znalazł granat i go odbezpieczył… Aha, sołdaty pytały o Berlin i o samogon, nic innego ich nie interesowało, bo młode dziewczyny ze wsi pochowały się po ziemiankach wykopanych daleko za wsią. Mój ojciec pędził samogon, więc dostał od nich pięknego konia, bułanka, który nam się bardzo przydał w gospodarstwie, bo germańcy nam dwa konie zarekwirowały. Pamięta pan tamte czasy?

     – Jak przez mgłę…

     – Ale czasy powojenne to pan na pewno już pamięta. Nie wiem jak u was, ale u nas po wojnie była wielka bieda, no to poszedłem pracować do rzeźni miejskiej, bo ojciec bił świniaki i mu w tym pomagałem… I tak przez czterdzieści jeden lat – beton zlewany bez przerwy wodą, bo krwi spływały tam całe rzeki, nogi w gumiakach i różne zwierzaki do zaszlachtowania, małe i duże… Nie będę jednak o tym mówił, boś pan do takich rzeczy nieprzywykły…

     – Studiując w Toruniu rozładowywałem w wolnych chwilach wagony na bocznicy, zbijałem skrzynki w zakładach jajczarskich, a raz, tylko raz poszedłem do rzeźni. I do dziś widzę, jak żywe przed chwilą zwierzęta, porykujące przeraźliwie ze strachu lub opierające się z całych sił, wleczono na miejsce kaźni, a wkrótce potem już dyndały rozpołowione na hakach i odjeżdżały w głąb wielkiej hali…

    – Zwierzęta to nie ludzie, trzeba coś jeść i dzieciakom trzeba dać coś jeść, a ja miałem kilkoro drobiazgu… No a w rzeźni jak to w rzeźni: jedni strzelali, drudzy ściągali skóry, inni rozprawiali mięso – na zmianę, bo jak trzeba było, to robiło się i to, i to, i to, co bardzo mi się przydało, gdy poszedłem na rentę inwalidzką drugiej grupy, a niedługo potem na emeryturę, kiedy mi kilka razy porządnie łupło w krzyżu po dźwignięciu na hak połówki dużego zwierzaka; ten mój pobyt w sanatorium też z tego się wziął. Wie pan chyba, jakie w miastach stały za komuny wielkie kolejki za mięsem?

     – Wiem, ale sam w nich nie stałem. Wolałem kupować od handlarzy cielęcinę, którą przywozili ze wsi, upychając ją pod nawet siedzeniami, gdy milicja zaczęła zaglądać do bagażników…

     – A to mi pan to z ust wyjął, bo ja biłem na wsi cielaki, a potem przewoziłem do miasta! W bagażniku, bo milicjanci mnie znali i za kawałek cielęciny opakowanej w gazetę, żeby nikt nie widział, przepuszczali… Nie chcę się chwalić, ale przyjeżdżałem do umówionego chłopa z okolicznych wsi, który przed bramą wystawiał pustą bańkę od mleka na znak, że można spokojnie wejść, pytałem go, która godzina, a on, że za pięć szósta, po czym chował się do chałupy, jak by jakiś milicyjny nalot był, a ja właziłem do obórki, wyciągałem nożyk, podcinałem cielakowi gardziel, ściągałem skórę, oprawiałem mięso, które wrzucałem do bagażnika, a flaki i kości ciskałem psom pod budy, pukałem do chałupy, chłop uchylał drzwi, pytałem go, która godzina, a on, że za pięć siódma, dawałem mu odliczoną forsę i już mnie nie było… Obliczyłem sobie, że przez kilka ładnych lat ubijałem tak po sto pięćdziesiąt cielaków rocznie…

     W tym momencie pożegnałem się z nim, konstatując z pewnym zdziwieniem, że oprócz dobrodusznej twarzy z poczciwymi oczami miał wielkie ciepłe ręce. Odszedłem śpiesznie pod pretekstem, że zostawiłem na ogniu gar, co było prawdą, ale tylko częściową, bo po prostu zrobiło mi się słabo. Przypomniało mi się bowiem, że w czasie tamtego kryzysu żywnościowego pan Janek, mój sąsiad, z zawodu strażak, zaproponował, że będziemy kupować na spółkę cielaki, a on je oprawi przy mojej pomocy. Byłem na to gotów, bo tak jak mój rozmówca też miałem małe dzieci. Skończyło się na jednym cielaku – trzymałem tego biedaka mocno, gdy sąsiad podcinał mu nożem gardło i w tym czasie cielak szlochał jak dziecko, a wielkie łzy spływały mu po policzkach! Wziąłem swoją porcję mięsa, zaniosłem do domu, ale sam nie zjadłem ani kawałka – przez kilka dni nie mogłem spać, a nawet gdy zasnąłem, to budził mnie szloch tego cielaka…

 

                      

 

                                                             Cdn.

10:48, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 sierpnia 2011
"Pod twoim przewodem...

      …oglądniem to i owo”. Pan Staszek jest przewodnikiem ze stażem aż czterdziestoletnim, więc trudno się dziwić, że po sumiennym odklepaniu po raz tysięczny tego, co należy powiedzieć, najchętniej oprowadza swoje grupy po miejscach, gdzie można coś zjeść, wypić lub kupić coś mocniejszego do wypicia na później, często jest jednak tak, że „trzeźwy autokar” w Miejscu Piastowym podczas wstępnej wizyty w Sanktuarium św. Michała Archanioła i Błogosławionego Bronisława, który za życia grzmiał: „Albo Polska będzie trzeźwa, albo jej nie będzie wcale!”, po powrocie na przykład ze Słowacji zatacza się w tym samym miejscu od krawężnika do krawężnika. Pan Staszek ubolewa nad tym, dziękując Bogu, że w tym czasie nie było na drodze uczestników XXVII Pieszej Pielgrzymki Młodzieży o Trzeźwość Narodu z Warszawy, którzy po czterech dniach marszu dotarli pewnego lipcowego dnia do celu pielgrzymowania, zaspokajając pragnienie jedynie wodą mineralną, kefirem lub maślanką…

    Żętycą raczej nie, bo po drodze nie było bacówek. My zaś w drodze powrotnej z Bieszczad wstąpiliśmy do bacówki znajdującej się między Cisną a Komańczą, ale zamiast mej ulubionej żętycy (w góralskiej gwarze: zintycy lub zimbory), serwatki otrzymywanej z owczego mleka ściętego podpuszczką przy wyrobie bundzu i oscypków, zaoferowano nam… śliwowicę! No cóż, gdym przez dwa lata przebywał niemal cięgiem w Zakopanem, widziałem, jak zaprzyjaźniony góral ją produkował: pakował do beczki dojrzałe śliwki węgierki i zasypywał cukrem, szczelnie beczkę zamykając, by bez dostępu powietrza uzyskać po kilku miesiącach brunatną breję, którą następnie przepuszczał dwukrotnie przez aparaturę do wyrobu bimbru, by uzyskać płyn zawierający około osiemdziesiąt procent alkoholu i palący się na łyżeczce, ale prawdziwą śliwowicą o pięknej złotawej barwie można to było nazwać dopiero po roku dojrzewania w butelkach.

     Oj, nie, ta aparatura nie przypominała w niczym współczesnych destylatorów wykonanych ze stali kwasoodpornej, składających się z kotła, kolumny rektyfikacyjnej wypełnionej pierścieniami Raschiga oraz chłodnicy. Najstarsi górale pamiętają, że wystarczała drewniana beczka, takaż kadź, kilka rurek, natomiast młodsi woleli ustawiać nad paleniskiem duży sagan nakrywany michą lub innym saganem odwróconym do góry dnem i uszczelnionym ciastem. W tym drugim musiał być otwór dla wężownicy, której drugi koniec zakończony spiralną rurką znajdował się w naczyniu chłodzącym, na przykład w bańce wypełnionej nie mlekiem, lecz zimną wodą z przepływającego obok potoku.

 

           

 

     Na powyższej ilustracji nie widać najstarszego górala, na młodego bacę ten facio też nie wygląda, ale przecież oni się stroją w te swoje pikne cuchy, portki, kapce i kapelusze (w dawnych czasach gotowano w nich bryjkę z mąki jęczmiennej zasypanej na gorącej wodzie) jedynie z okazji uroczystości kościelnych i ważnych domowych. A czy nasi górale spod samiuśkich Tater śpiewają „Góralu, czy ci nie żal”, rzewną piosenkę napisaną w 1874 roku przez… komediopisarza, Michała Bałuckiego, albo wykonują, przez cepry sakramenckie po pijaku wymyślane, kuplety góralskie, tak jak my w drodze do bacówki pod batutą pana Staszka?

     Mam prawo podejrzewać, że wiedział o tej śliwowicy: Wisiały, wisiały / jaja u powały. / Hej, a te głupie dziwki, / myślały, że śliwki. Tak czy siak wolałbym nie całować bacy nawet w czoło, gdyby posadzili go na kamieni kupę, ani chwalić się do wuja, którego nie mam: Nie masz mi co pokazywać / mój ty drogi wuju, / hej, bo ja wiadro wody, / podnoszę na… schody! Ponadto nie wiem, czy siedzące w autokarze panie plus minus z kopą krzyżyków na karku mogły na zawołanie przywołać na pamięć to, co czuły mając szesnaście wiosen, i czy czuły właśnie tak: Szesnoście mom latek, / cycuśki mi rosną. / Hej, cosik mi się zdaje: / dawać bede wiosną...?

     Na próżno jednak łaziłem po zadymionej niemiłosiernie bacówce, kaszląc i wycierając załzawione oczy: w dużych kotłach mieszano wyłącznie zacier mleczny, ale cheba cosik jesce musiało chodzić mi po głowie poza tym cholernym dymem, skoro wypadłem nagle na dwór, węsząc dookoła z nosem przy samej ziemi – i wydawało mi się, że zaraz przydybię kręcących się tam podejrzanie bacę i juhasa na produkcji śliwowicy w dolepionym do bacówki szałasie: te dwa duże miedziane kotły, odwrócone do góry dnem na oponach samochodowych, do czego mogły służyć? Zaśmiał się baca: „Te kociołecki to som do byrdania w niech łowcego młyka. Ten duzy ma ze sto roków, a w tem mniejsym psywiezionym az z Hameryki Indiany wazyły caluśkie siedem dziesiątek roków jakie tam kęsiwo, ba nie sliwowice łonckom, orginalnom-nieligalnom, którom ryktuje się u nas w górach, dyć haj w Sikago tez…”

    Tak mniej więcej mówił, bo przecież tego nie nagrywałem, po czym dodał, że mają osiemset owiec, które przywożą tu na wypas aż spod Zakopanego, i że młodym już nie chce się juhasić: to ciężka harówa przez cztery miesiące na okrągło za dość marne dudki, bo z czego ma baca płacić, skoro staje się to coraz mniej opłacalne – sam transport w obie strony to aż dziesięć tysiączków? Ale mówiąc szczerze myślami byłem daleko: u tamtych Indian pochylonych nad miedzianym kotłem postawionym na ogniu; widziałem kiedyś podobny, z tym że warzono w nim napar z roślin halucynogennych; podczas jazdy autokarem raczej bym go nie polecał, szczególnie w upalne dni, natomiast pan Staszek mógłby roznosić w plastykowych kubeczkach herbatkę yerba mate, dobrze zmrożoną, z dodatkiem cytryny lub mięty…   

 

               

                             Kociołecek indiański

 

     Nie to jest jednak tematem mego postu, więc jeszcze tylko pół słówka o żętycy. Może dlatego w bacówce jej nie serwowano, gdyż o jej właściwościach leczniczych mogliby zaświadczyć jedynie gruźlicy, których w sanatoriach iwonickich raczej nie ma, natomiast wypicie jej przez uczestników naszej wycieczki mogłoby przynieść skutki wręcz opłakane, gdyż u osób nieprzyzwyczajonych wywołuje ona ……. (tym, którzy nie wiedzą, o jakie słowo chodzi, podpowiem, że żętyca pobudza perystaltykę jelita grubego, czyli ma działanie przeczyszczające).

     A teraz informacja ważna, którą pominąłem na początku: pan Staszek jest przewodnikiem terenowym na obszarze ogromnym, więc mimo iż ma wiedzę rozległą, musi być ona z oczywistych względów powierzchowna, bo co można powiedzieć w trakcie wycieczki odbywanej autokarem, gdy zabytki nawet klasy zerowej mija się w pędzie, jak ten w Bliznem? Powód: trzeba zdążyć na kolację. I jest oczywiste, że gdy wyjeżdża się na cały dzień, to poza pokarmem duchowym należy dostarczyć uczestniczącym w niej ludziom coś, co sprawi, że w razie potrzeby będą żwawiej przebierać nóżkami…

     Już z poprzednich postów wiadomo, że programy wycieczek są zazwyczaj napięte i na przykład po Lwowie pan Staszek oprowadzać nie może. W mniejszych placówkach grupom wycieczkowym przydziela się przewodników w pewnym sensie również terenowych, z tym że terenem ich działania jest jedno miejsce: na przykład Muzeum Misyjne Sióstr Klawerianek, Karpacka Troja, Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie w Nowosiółkach czy Muzeum – Zamek w Łańcucie. O przewodniczce lwowskiej i o siostrze klaweriance pisałem w różnych tonacjach. No cóż, na pewno łatwiej pielęgnować duchowość w zaciszu klasztornym w Krośnie, niż w wielkim i hałaśliwym mieście, jakim jest Lwów, targany jak cała Ukraina niepokojami politycznej i ekonomicznej natury…

     Ale przy obu tych miastach dopiero w Nowosiółkach, wsi leżącej przy drodze do Cisnej, wydaje się panować spokój niczym niezmącony, nie licząc piania kogutów, ryku krów czy szczekania psów, które według miejscowej legendy ucichły tylko jednej nocy, z 2 na 3 sierpnia 1975 roku, wyjątkowo ciemnej, gdy w świetle ręcznych latarek wyłonił się z łanu kukurydzy naprawdę ładny kościółek drewniany! Można się spierać o to, co jest największą atrakcją turystyczną tej miejscowości: ten cudownie wyrosły w ciągu zaledwie jednej nocy kościółek, czy tamtejsze Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie, nazwane „Knieja” i założone znacznie później, bo dopiero wiosną AD 2002? Kościółek jest jednak dziełem pół tysiąca ludzi natchnionych wiarą, a Muzeum jedynie dwojga, którym wiary w sens ich wieloletnich wyrzeczeń również nie zabrakło.

     Na stronach internetowych przyznaje się palmę pierwszeństwa Muzeum, może dlatego, że w kościółku nie ma kawiarni, a ksiądz nie jest przewodnikiem po porożach saren, jeleni karpackich, danieli, łosia czy renifera; te ostatnie pochodzą z mej umiłowanej Laponii. Jest tu nawet skóra żubra, ale widocznie nikt nie chciał go zjeść z kopytami, bo kopyta też są. Wypchane niedźwiedzie znieruchomiały pod czujnym wzrokiem wypchanych ptaków. Może nasłuchiwały toku głuszca lub cietrzewia, który wiosną śpiewa w lesie najpiękniej? Pan Jerzy Wałachowski, który oprowadza nas po swoim królestwie, mówi z pasją o własnych i cudzych trofeach myśliwskich, wśród których jest upolowana przez niego na Syberii kabarga (obecnie trzeba zapłacić za jej odstrzał tysiąc pięćset złotych), mająca zamiast poroża długie kły, mimo iż jest zwierzęciem roślinożernym z rodziny jeleniowatych! Niestety, wśród eksponowanych tu zwierząt większość zginęła pod kołami samochodów lub stała się ofiarami kłusowników…

 

           

 

     Czy można z taką samą pasją mówić nie o tym, co stanowi kanwę życia przynajmniej dwu pokoleń, lecz o obcym zamku, którego właściciele lepiej traktowali konie niż swych poddanych?  Wśród nich być może znajdowali się przodkowie naszego przewodnika, który czekał na nas przed fosą Zamku w Łańcucie, będącego od czasów powojennych placówką muzealną. Już w tym momencie, gdy widząc nas odsłonił z niemal dramatycznym gestem dużą plakietkę przewodnika II klasy, a zatem średniej (górskiego w Beskidach Wschodnich oraz terenowego w województwie podkarpackim), byłem pewny, że będzie to przewodnik klasy najwyższej. Mówiły o tym jego oczy, osadzone nie tak głęboko jak u mistyków wyczerpanych postami i umartwieniami, lecz równie płomienne i wizjonerskie, no i ten niezwykły zestaw imienia i nazwiska: BRUNO DOMINO, świadczący o tym, że jego rodzice byli perfekcjonistami, a te cechy również przekazuje się w genach…

    To dlatego, oprowadzając tutaj wycieczki od pięćdziesięciu lat, nie stał się starym rutyniarzem z miną znudzonego mopsa. Mówienie o tym, CO opowiadał w trakcie oprowadzania nas po Muzeum (wraz z Powozownią), nie ma najmniejszego sensu, gdyż każdy albo tam był, albo powinien być. Mówienie o tym, JAK to opowiadał, też najmniejszego sensu nie ma, gdyż byłby to dyskurs słyszącego z głuchym. Równie dobrze można by opisywać, jak grał Paganini – należałoby go usłyszeć, co jest obecnie niemożliwe, natomiast jak najbardziej możliwe jest usłyszenie pana Brunona, dopóki będzie przewodnikiem.

     Przywołanie Paganiniego nie było przypadkowe – pan Bruno zawsze związany był z muzyką, stąd ta bogata linia melodyczna przewijająca się przez wszystkie jego słowa, a na zakończenie każdego nieco dłuższego wywodu koda, będąca albo krótkim ozdobnikiem, albo kilkoma akordami ujętymi w kadencję głosu specyficznie zawieszanego. Nie zdziwiłbym się, gdyby tę maestrię przewodnicką uzyskał jedynie dzięki temu, że miał despotycznego ojca, który zamykał go w komórce o chlebie i wodzie na kilkanaście godzin dziennie i karał chłostą, jeśli nie stworzył kolejnej wariacji na kanwie opracowania monograficznego dotyczącego jakiegoś detalu architektonicznego, jednego z tysięcy, na przykład z Sali Balowej…

 

          

 

     Reasumując: przewodnik przewodnikowi nierówny, a jest to sprawa ważna, gdyż od niepamiętnych czasów ludzie nie potrafili obyć się bez przewodników różnego rodzaju. Dzisiaj nie potrafią bez nich zrobić nawet kroku, choćby z użyciem kijków trekingowych do chodzenia po terenach podgórskich. Nie o wszystkim napisałem w poście bieszczadzkim. Byliśmy przecież w Komańczy u Sióstr Nazaretanek w przepięknym klasztorze w stylu szwajcarskim jak moja „Zofiówka”, zaprojektowanym i wybudowanym w latach 1929-32 przez pana Józefa Nadziakiewicza z Rymanowa. Raczej na pewno to on w roku 1927 rozpoczął z inicjatywy pani Emmy Załuskiej budowę „Excelsioru”, który miał zapoczątkować erę „drugiego Iwonicza-Zdroju” i stać się najwspanialszym obiektem kuracyjnym w Polsce, ale po wybudowaniu go w stanie surowym stał się zmorą dla Załuskich – cudem nie poszli z torbami, a inżynier Nadziakiewicz z Rymanowa przejął za długi właśnie „Zofiówkę”.

     Również w klasztorze ss. Nazaretanek znajduje się muzealna Izba. Upamiętnia ona pobyt kardynała Wyszyńskiego, który był tutaj internowany w latach 1955-1957. Przez osiem godzin dziennie można ją zwiedzać, a przewodnikiem jest jedna z sióstr. Gdy schodziliśmy stamtąd w dół do autokaru zapytałem pana Staszka, czy wstąpimy do Pawiarni? Broń Boże, nie chodziło mi o klub nocny o takiej nazwie, gdzie pije się drinki „Pawie tango” i „Wściekły paw”, gdyż w Komańczy takiego nie ma. Pan Staszek wspominał, że niedaleko stąd osiadł Hindus, który hoduje nie węże, lecz pawie! Czy gra na flecie, zaklinając je, by na życzenie zwiedzających roztaczały swoje wspaniałe ogony? Tego się, niestety, nie dowiedziałem, gdyż program wycieczki nie przewidywał wizyty w miejscu, gdzie egzotyczny przewodnik w kolorystycznie dobranym turbanie oprowadzałby nas po swoim pawim królestwie…

 

           

 

22:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 sierpnia 2011
Hej, Bieszczady, hej, Bieszczady... (cz. 2)

      W Peerelu nie takie cuda się działy, a z partyjnego nadania budową zapory solińskiej, będącej wtedy największą krajową inwestycją, kierował robotnik-spawacz ze Stalowej Woli, więc trudno posądzać go o pietyzm dla kulturowego dorobku minionych epok. Pan Staszek opowiadał, że proboszcz barokowego kościoła w Wołkowyi, który wierni chcieli uchronić przez zatopieniem, musiał uciekać w te pędy, gdy do środka zaczęła wdzierać się woda, i że zabytkowe wyposażenie kościoła uległo zniszczeniu. Jest to zapewne legenda, ale w każdej legendzie kryje się jakieś ziarno prawdy. Z przekazów naocznych świadków tamtych wydarzeń wynika, że podczas rozbiórki tego kościoła zniszczono zabytkowe organy, które chciano zdemontować przy pomocy… dźwigu samochodowego, a resztę wywieziono pod cerkiew w Górzance, pozostawiając to na pastwę losu i dopełniając dzieła zniszczenia. Boja z trzema flagami ustawiona na zalewie pokazuje, gdzie ten kościół stał.

     Gorszy los spotkał cerkwie greckokatolickie: burzono je nie tylko w Solinie i w Wołkowyi, ale okazało się, że tę ostatnią zupełnie niepotrzebnie, gdyż wody do niej nie sięgnęły; świadczy o tym murowana dzwonnica przy cerkwisku, którą nie wiedzieć czemu oszczędzono.  Czy rzeczywiście stało się tak z powodu klątwy rzuconej podczas awantury rozpętanej przez dwie baby, Mychalinę Datkową i Teklę Zawilykową, które pokłóciły się o kurę o kruczoczarnym zabarwieniu, wierząc, że z jej jaja wykluje się diabeł-dobroczyńca (miał być duchem opiekuńczym domu zapewniającym domownikom dostatek)? „Niech woda zaleje twoją chyżę, zamuli studnię i niech topielce straszą po wsze czasy na twej ojcowiźnie!” Zaklinając się nawzajem, straciły w końcu miarę, obejmując swymi klątwami wszystko dokoła: „Niech zatopi całą wieś, wszystkie pola, drogi, przydrożne kapliczki, cmentarz i cerkiew!”

     Niestety, ich słowa miały diabelską moc i sprowadziły nieszczęście nie tylko na ich rodzinną wieś. Dlatego gdy rozpoczęła się akcja wysiedlania, już solidarnie rzuciły klątwę na tych, którzy przyczynili się do budowy tej zapory: „Zanieś z wiatrem tych wszystkich, którzy pozbawili nas ojcowizny, na dalekie góry, doliny, na dalekie lasy, na dalekie morze!” Stop, ciąg dalszy tej klątwy nie jest na tyle interesujący, by cytować ją do ostatniego słowa, natomiast to „na dalekie morze” jest świetnym preludium do jednej z opowieści pana Staszka, nadzwyczaj romantycznej i w dodatku prawdopodobnej.   

     Otóż zatrudniony przy budowie zapory Anglik, obsługujący ogromny dźwig, zakochał się w ślicznej dziewczynie z pobliskiej wsi. Obiecywał jej, że zabierze ją do Anglii i się z nią ożeni. Mimo iż „Angliczanin” bardzo jej się podobał, zapewne bardziej z powodu zawartości swego portfela niż z wyglądu, dziewczyna nie dała mu zakosztować swoich wdzięków, nie bardzo wierząc, że ma wobec niej poważne zamiary. I dlatego postanowiła wystawić go na próbę: miał przejść po stalowej linie rozpiętej na całej długości zapory. Anglik nie mógł nie wiedzieć, że gdyby spadł, poniósłby śmierć na miejscu, ale podjął próbę i przeszedł, a dziewczyna wyjechała z nim do Anglii i już do rodzinnej wsi nie powróciła, należy więc domniemywać, iż nasi bohaterowie niedługo będą obchodzić złote wesele…

     A teraz fakty. Całkowita długość zapory wynosi ponad sześćset metrów, więc ten Anglik musiałby być zapoznanym mistrzem świata w tej dyscyplinie sportu, skoro aktualny rekord w chodzeniu po longline wynosi 203 metry i od roku 2009 nikt nie może go pobić, mimo iż ryzyko jest niewspółmiernie mniejsze, gdyż lina zawieszana jest na wysokości jednego metra nad ziemią. Przy przejściu zaledwie kilkudziesięciu metrów na dużej wysokości, na przykład między dwoma wieżowcami, konieczna jest linka asekuracyjna, której nie używa jedynie garstka akrobatów najwyższej klasy. Zapora ma osiemdziesiąt metrów wysokości – dodajmy do tego sześćdziesiąt metrów zagłębienia w gruncie w środkowej jej części, obecnie wypełnionego wodą, i mamy prawdziwą przepaść.     

     Ile zatem metrów musiał przejść po linie zdesperowany Anglik, by pokazać dziewczynie, że ma poważne zamiary wobec niej, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że przy budowie zapory wykorzystano do transportowania pomiędzy brzegami Sanu wielotonowych ciężarów, które dostarczano na ogromny plac budowy, ale także, po opracowaniu odpowiedniej technologii, do układania betonu przy jego pomocy, specjalny dźwig linowy sprowadzony z Wielkiej Brytanii i obsługiwany przez angielskiego operatora, a zatem bohater opowieści pana Staszka nie był postacią fikcyjną…

 

                

                                          Sceneria dla tej opowieści

 

    Tak samo jak fikcyjne nie były resztki trumien i ludzkie kości znajdowane na brzegu zalewu. Nikt z nas jednak po brzegach nie chodził i nie mógł pochwalić się takim znaleziskiem. W Ogrodzie Biblijnym w Myczkowcach, do którego wstąpiliśmy wcześniej, raczej by tego nie wyeksponowano. Ten otwarty przed rokiem Ośrodek Wypoczynkowo-Rehabilitacyjny Caritas Diecezji Rzeszowskiej, który w ciągu zaledwie dwu miesięcy od otwarcia odwiedziło około pięćdziesiąt tysięcy turystów, ma w zamierzeniu ks. Bogdana Janika, pomysłodawcy Ogrodu i dyrektora Ośrodka, przybliżać zwiedzającym krajobraz Ziemi Świętej oraz realia, w jakich rozgrywały się wydarzenia opisane w Biblii. Można pogratulować pomysłodawcy wyobraźni – czy na tym płaskim terenie otoczonym wysokim ogrodzeniem z siatki drucianej, za którym rozciągają się podmokłe łąki, mogłyby rozgrywać się wydarzenia Starego i Nowego Testamentu nawet w aspekcie teatralnym?

     No ale rozumiem, że jest to kwestia pewnej symboliki biblijnej, która ma być czytelna przede wszystkim dla małych dzieci przebywających tu na koloniach, a nie dla ludzi, którzy znają Ziemię Świętą, jeśli nie z wyjazdów pielgrzymkowych, to choćby z opisów księcia M.K. Radziwiłła zwanego Sierotką. By tamte realia naprawdę przybliżyć, należałoby sprawić, by w Myczkowcach były tylko dwie pory roku: sucha (lato) i deszczowa (zima) z ulewami nasilającymi się szczególnie w okolicach Bożego Narodzenia, i bardziej zróżnicować je krajobrazowo, żeby był tu choć kawałek Pustyni Judzkiej lub Morza Martwego…

 

     

 

     Pięknie opisano za to piętnaście roślin występujących na tym terenie – chyba nie wszystkie występują w Biblii, ale na pewno przesadne jest życzenie jakiegoś internauty, że „trzeba tam jeszcze posadzić krzew gorejący”. Obejrzeliśmy także zwierzyniec w założeniu biblijny, dla mnie był to jednak widok przygnębiający i zgadzam się w pełni z innym wpisem: „szkoda, że zwierzęta znajdujące się po przeciwnej stronie Ogrodu są pozostawione w zasadzie same sobie: chore, w złej kondycji psychicznej”, może więc należałoby ograniczyć się do eksponowania kamieni, bo te nie wymagają aż takiej opieki? A jeśli trzymać tam zwierzęta, to jedynie wiklinowe, jak te poniżej?

 

                    

 

     W znacznym stopniu finansowana przez Unię Europejską zrodzona u nas idea ogrodów biblijnych jako nowej formy ewangelizacji jest jakby karą za grzech jej zaniedbania czy nawet zaniechania w wielu najbogatszych krajach Unii, gdzie najbardziej liczą się nie wartości w rozumieniu kulturowym, będące pożądanymi przedmiotami o symbolicznym charakterze, lecz wartości w ujęciu ekonomicznym – odtworzeniowa oraz rynkowa. Wiadomo, jakim wartościom ma służyć utworzony na dwunastu wzgórkach Parku Ekumenicznego skansen stu karpackich kościołów drewnianych oraz cerkwi w skali 1:25, gdzie starano się odwzorować nawet roślinność z otoczenia tych świątyń oraz odtworzyć muzykę charakterystyczną dla poszczególnych wyznań, oczywiście chrześcijańskich, do których Biblia odnieść się nie mogła, gdyż wielka schizma wschodnia czy reformacja to czasy postbiblijne, więc pytanie, czy byłaby dla nich równie tolerancyjna jak dla innych religii (patrz: Księga Powtórzonego Prawa [13:7-11]), pozbawione jest sensu…

 

          

 

     Ostatni punkt docelowy naszej wycieczki to Cisna. To, że jej właścicielem przy końcu XVIII wieku był ojciec Aleksandra Fredry, który zamiast produkcją komedii obyczajowych zajmował się wyrobem narzędzi rolniczych, garnków i pieców, zeszło na dalszy plan, a pomnik „Poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej” ustąpił pierwszeństwa pomnikowi-kapliczce poświęconemu zakapiorom bieszczadzkim. „Ale jaja!” mogliby powtórzyć za Mleczką jedynie ci, którzy widzą, że w kształcie przypomina on fallusa, a nie ci, którzy wiedzą, że pod hasłem „Miej jaja, by robić wszystko, na co masz ochotę” utrwalacze jednego z bieszczadzkich stereotypów zapijali się w końcu na śmierć...

 

      

 

     To, że ten pomnik-kapliczkę ustawiono w pobliżu „Siekierezady” (tam wisi na ścianie powyższy obrazek), nie jest więc przypadkiem, gdyż ta kultowa knajpa z siekierami wbitymi w stół i w ściany, gdzie w kieliszkach i szklankach topi się egzystencjalne rozterki, była i jest ich ulubionym miejscem (zatraty). Na słupie doczepia się kolejne tabliczki z nazwiskami tych, którzy już odeszli na Niebieskie Połoniny. Inni czekają w kolejce, „ćwicząc wieczne leżenie” tam, gdzie ich zmorzy, rzadko we własnym łóżku. Jeden z nich to o siedem lat młodszy ode mnie poeta Ryszard Szociński, zazwyczaj rezydujący w Atamanii Bieszczadzkiej, budzie ustawionej obok pomnika. Pan Staszek obiecywał nam spotkanie z nim, szczególnie paniom: „Każdą z was wycałuje i przeczyta wam erotyczny wiersz…”, ale buda była pusta, gdyż o popołudniowej porze poeta-zakapior był już ululany w drobną kaszkę i wprawdzie z najwyższym trudem, ale dowlókł się jednak do swego wyra, być może mamrocząc pod nosem: tańczę / a żal na werblu gra / śmieje się ze mnie czas idiota / bo / tak mi blisko jest do dna / a ręki / nikt mi już nie poda…

 

                

 

     Inny zakapior, na ławie ustawionej przy sąsiedniej, niedawno otwartej karczmie „Łemkowyna”, chwiał się, zwalał na bok i znowu wracał do pierwotnej pozycji, by ku uciesze gapiów przećwiczyć te same figury we własnym dans macabre. W końcu podniósł się i zaczął wlec się w kierunku tylko sobie wiadomym, trzymając się kierownicy przedpotopowego roweru. Zawołał go pan Staszek, wychodzący właśnie z „Siekierezady” (patronem tej knajpy jest, rzecz jasna, śp. Edward Stachura, który „wódy i pacierza nigdy nie odmawiał”), chcąc uwiecznić na zdjęciu swego dobroczyńcę, okazało się bowiem, że poprzednim razem zostawił na stole w knajpie saszetkę z dokumentami i pieniędzmi, a ten „menel”, dla którego zbierał w autokarze niezjedzone kanapki, wybiegł za nim, by oddać mu zgubę, zakapiory bieszczadzkie są bowiem honorne!

     Z przyjemnością ustawiłem się przy nim do pamiątkowej fotografii i w myślach wyswatałem z nim panią Maryśkę, więc kiedy autokar ruszył i po kilkuset metrach okazało się, że jej nie ma, powinniśmy ją tam zostawić, a na pewno odnalazłaby swoje szczęście; niestety, nadgorliwy pan Staszek pobiegł w kierunku „Siekierezady” i opierającą się z całych sił panią Maryśkę przywlókł do autokaru, postępując wbrew temu, co sam mówił w trakcie tej wycieczki: „Kobieta w Bieszczadach jest na wagę złota, więc jak któraś się zgubi, to nie będziemy na nią czekać, niech będzie szczęśliwa…”

  

     Po odjeździe stamtąd myśli moje krążyły jeszcze przez chwilę nad pomnikiem-kapliczką, ale nie jak kruki, które krążą ponoć nad Cisną. Bardziej jak bieszczadzkie anioły, choćby te z piosenki „Starego Dobrego Małżeństwa”, z chwytami gitarowymi w nawiasach kwadratowych: Anioły są całe zielone [a] / zwłaszcza te w Bieszczadach [G] / łatwo w trawie  się kryją [a] / i w opuszczonych sadach [e] // W zielone grają ukradkiem [CG] / nawet karty mają zielone [CF] / zielone mają pojęcie [CG] / a nawet zielony kielonek [a e a]… Przedstawiony poniżej anioł, też bieszczadzki, zielony wprawdzie nie jest, ale na pewno w stanie zamroczenia alkoholowego nie widzi białych myszek…

 

              

 

22:49, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »