RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 94)

     W zaistniałej sytuacji Annie Besant otworzyła 1 października na nowo oddziały Sekcji Ezoterycznej Towarzystwa Teozoficznego. W dziesięć dni później wyruszyłeś wraz z nią do Indii, gdzie w listopadzie odbył się Obóz w Benares, a na przełomie 1929 i 1930 roku Obóz pod Adyarem z poprzedzającym go w Adyarze Zjazdem Towarzystwa Teozoficznego, na który przybył Leadbeater ze złowieszczym oświadczeniem: „Przyjście zeszło na manowce”, starając się w ogóle z tobą nie rozmawiać. Gdy mimo to pani Besant nadal nazywała cię Nauczycielem Świata, jeden z czołowych teozofów, pan Wedgwood, oświadczył, że stała się niepoczytalna, na co bynajmniej nie wskazywała wcale niegłupia próba objaśnienia twej postawy: stwierdziła, że odrzucając wszelkie ceremonie dałeś jedynie do zrozumienia, iż aby zyskać wolność odrzucić trzeba wszystkie duchowe podpory, natomiast jej zadaniem jest mimo to takie podpory dla ludzi słabych tworzyć, gdyż „traktuje ludzi jak dzieci, a oni pozostają dziećmi". Po takim dictum acerbum jej główni podkomendni, w tym Leadbeater i nawet Arundale, musieli przyznać, że masz jednak coś światu do powiedzenia, choć twoja nauka stanowi tylko jedną z barw religijnego spektrum, natomiast wszystkie barwy zespala w Białe Światło Prawdy jedynie teozofia.

     W odpowiedzi na ich usiłowania, by w jakiś sposób stworzyć dla ciebie miejsce w teozoficznym panteonie, dobiłeś ich do reszty: „To, co mówię, jest dla wszystkich, włączając w to nieszczęsnych teozofów”, co mogło zakończyć się tylko twoim wystąpieniem z Towarzystwa Teozoficznego i wyjazdem w marcu 1930 roku do Ojai, gdzie zamieszkałeś w Sosnowej Chacie, pozostawiając wszystkie sprawy praktyczne (w tym dbanie o twoje posiłki) oraz organizacyjne (ustalanie tras twoich podróży i kalendarza wystąpień, przygotowywanie do druku tekstów mów, prowadzenie korespondencji, uzyskiwanie pieniędzy pochodzących ze sprzedaży książek i darowizn) na głowie Rajagopala, któremu nie zaoferowałeś jednak pensji, najwyraźniej sądząc, że mając żonę i wkrótce dziecko, a nie mając żadnych dochodów powinien jak autrofy (organizmy nie potrzebujące związków organicznych jako pokarmu) żyć powietrzem, co skończyło się tym, że w końcu sam zadbał o swoje interesy, oczywiście twoim kosztem, mimo iż aż do połowy lat pięćdziesiątych, czyli przez ponad dwadzieścia lat, pokrywałeś z jego domowego kapitału ewentualne straty bilansowe , regularnie pokrywając Rosalind, apetyczną, choć niewierną połowicę, dzięki czemu objawy „procesu” wyraźnie złagodniały.

     Czy niezwyczajna u ciebie czułość, z jaką zawsze opiekowałeś się niczym własną córką jej córką imieniem Radha (to ona po śmierci rodziców podała ten fakt do publicznej wiadomości, patrz: Radha Sloss, Lives in the Shadow with J. Krishnamurti, 1991), związana była tylko z twym wierzeniem, iż w niej ożył twój ukochany brat Nitya? Poza tym odosobnionym przypadkiem, gdzie swego ojcostwa podświadomie nie mogłeś wykluczyć, badaczy twego życia uderzyła ta dziwna przy głoszonych przez ciebie poglądach nieczułość na potrzeby ludzi bardzo ci oddanych – i kobiet, i mężczyzn. Fascynacja wysokiej klasy samochodami, o czym już wspominałem, które sam pucowałeś po każdej jeździe, czy nadzwyczajna dbałość o wygląd zewnętrzny (ubrania szyłeś u renomowanych krawców, nieustannie dbając, by były w nienagannym stanie, a buty, zawsze brązowe i robione na miarę, po każdym użyciu odstawiałeś na miejsce, umieszczając w nich drewniane wkładki i osobiście czyszcząc je do połysku) w ogóle nie pasowały do obiegowego stereotypu mędrca. Natomiast to, że bardzo dbałeś o swoje zdrowie, dobrze się odżywiając, nie pijąc alkoholu i nie paląc papierosów, nie jadając mięsa, unikając kawy i herbaty, wykonując codziennie ćwiczenia hatha jogi i chodząc na długie spacery (hm, wcześniej o tym nie wiedząc, od wielu lat robię to samo!), jest bardziej zrozumiałe – twoje wątłe i wciąż zapadające na choroby ciało (uff, przynajmniej pod tym względem się różnimy, ale w miarę upływu lat wiernie służące mi dotąd ciało też niekiedy mnie zdradza) musiało sprawnie służyć twej misji.

     Nadal odbywały się bowiem Obozy w Ommen, Ojai, pod Adyarem i w Benares, otwierane dla znacznie szerszej publiczności niż dawniej – w tych w Ommen uczestniczyło po trzy tysiące osób (więcej zgłoszeń Rajagopal nie przyjmował) aż do roku 1938, gdyż później Niemcy zamienili ten teren na obóz… koncentracyjny, więc po wojnie już Obozów tam nie organizowano. Dla nas ciekawostką jest to, że w kwietniu 1931 miałeś przyjechać do Warszawy, ale z powodu choroby odwołano twą wizytę w naszym kraju, w związku z czym nigdy w Polsce nie byłeś. Po rocznym pobycie w Europie wróciłeś do Ojai, w styczniu 1932 roku wygłaszając co sobotę słynne mowy w Dębowym Gaju. W grudniu pojechałeś do Indii, odwiedzając przy okazji ciężko chorą i tracącą pamięć Annie Besant: Poznała mnie. Powiedziała: „Tak się cieszę, że cię widzę” (powtórzyła to dwa lub trzy razy), „tak dobrze wyglądasz. Wychowałam cię, prawda?” Zmarła we wrześniu 1933, a wkrótce potem, w marcu 1934 umarł w Australii Charles W. Leadbeater; będąc przypadkowo w Sydney, wziąłeś udział w kremacji zwłok, stojąc jednak podczas trwania obrzędów na zewnątrz kaplicy. Pożegnałeś się w ten sposób ze swoją młodością. Mnie, w przeciwieństwie do badaczy twego życia, w ogóle nie dziwią żadne fakty podane przez nich na dowód rozmijania się przez ciebie w życiu z głoszonymi poglądami – będąc w dzieciństwie też biednym i zagłodzonym chłopcem, pojmuję, mimo iż przyjąłem postawę odwrotną, dlaczego później właśnie w ten sposób zaspokajałeś swe różne głody…

     Z tego brał się również twój respekt wobec ludzi zajmujących wysokie stanowiska polityczne, mających wysokie stopnie akademickie czy szlachetne pochodzenie, względnie będących sławnymi ludźmi, jak pisarz Aldous Huxley, z którym łączyła cię wieloletnia przyjaźń, czy polityk Jawaharlah Nehru, który podczas walk o niepodległość Indii, po zamordowaniu 30 stycznia 1948 Mahatmy Gandhiego, stał się ponoć, choć w sekrecie, gorącym zwolennikiem twego nauczania. Później spotykałeś się też wielokrotnie z jego córką, Indirą Gandhi, która nie zawsze na rozmowach z tobą dobrze wychodziła, gdyż po jednej z nich, odbytej późną jesienią 1976 roku, podjęła decyzję o przedterminowych wyborach, których wynik na trzy lata odsunął ją od władzy. 3 listopada 1984 miała zjeść obiad z tobą i Dalaj Lamą, ale trzy dni wcześniej zginęła w zamachu.

 

          

     O twoich podróżach naokoło świata do chwili wybuchu drugiej wojny światowej nie warto wspominać, mimo iż w trakcie jednej z nich katoliccy studenci w Rumunii, podżegani wrogością Kościoła katolickiego, któremu wyraźnie były nie w smak twe wywody, grozili ci śmiercią i prawdopodobnie próbowali cię otruć. Bardziej przeżyłeś jednak to, że po powrocie do Kalifornii nie chciano ci przedłużyć wizy i zamierzano odesłać do Indii, a następnie byłeś przesłuchiwany przez funkcjonariusza FBI w związku z przygotowywanym ponoć zamachem na Roosevelta! Kolejne niemiłe zdarzenie miało miejsce wiosną 1940 roku w trakcie wygłaszania przez ciebie ośmiu mów w Dębowym Gaju, gdy po twoich słowach: Wojna w was to wojna, którą powinniście się zająć, a nie wojna na zewnątrz, w których zaprotestowałeś, w hitleryzmie widząc tylko jeden z przejawów duchowego kryzysu, w jakim znalazł się cały świat współczesny, przeciw wyrażanym przez słuchaczy nastrojom antyniemieckim, większość z nich na znak protestu demonstracyjnie opuściła zgromadzenie, co sprawiło, że zamilkłeś do roku 1944.

 

                                            Cdn.

08:24, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 93)

    Na czwarty Obóz Gwiazdy w Ommen w sierpniu 1927 roku przybyło prawie trzy tysiące ludzi z całego świata, w tym pewien młody Bułgar, który z braku pieniędzy na bilet kolejowy szedł do Ommen sześć tygodni na piechotę. W słowie wstępnym pani Besant, mimo targających nią wątpliwości, oznajmiła triumfalnie: Nauczyciel Świata jest tutaj!, ty zaś, zaledwie opuściła Ommen, wygłosiłeś mowę, w której otwarcie stwierdziłeś, że teozofowie nie są w posiadaniu Prawdy, co nie przeszkodziło ci 1 października (po pozowaniu pod koniec września słynnemu rzeźbiarzowi Antoine Bourdelle) we wzięciu udziału w uroczystościach związanych z jej osiemdziesiątymi urodzinami i złożeniu „mamie” mnóstwa najlepszych życzeń, a gdy przy końcu października przybyłeś z nią do Bombaju, ta oddana ci kobieta, poza wątpliwościami związanymi z tobą trapiona nasilającymi się dolegliwościami wieku starczego, złożyła wobec witającego was tłumu reporterów dość składne oświadczenie, stwierdzające fakt zlania się twej świadomości z częścią świadomości Nauczyciela Świata.

    Nie do końca przekonało ono wszystkich czołowych teozofów, nie mieli oni jednak sensownego wyjścia: w grudniu podczas Zjazdu Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze stwierdzono raz jeszcze, że jesteś Nauczycielem, ty zaś, odpłacając im się wkrótce czarną niewdzięcznością, starałeś się tysiące najbardziej oddanych ci uczniów „ocalić przed nimi samymi”, wskazując im drogę do „szczęście przez wyzwolenie” – w tym wyzwolenie od wszelkiego rodzaju autorytetów. W owym czasie pani Besant, coraz bardziej niedomagająca i najwyraźniej zdająca sobie sprawę z iluzoryczności swego „matczynego” wpływu na ciebie, daje w Adyarze początek ruchowi Matki Świata, być może po to, by nad twymi nie zawsze rozważnymi krokami jako Nauczyciela Świata czuwała kolejna inkarnacja Maryi Dziewicy w postaci pani Rukmini Arundale, której mąż był głównym twoim oponentem.

     Na nic to się jednak nie zdało, bo na kolejnym Obozie Gwiazdy zacząłeś wyrażać w sposób coraz bardziej otwarty poglądy sprzeczne z tą postawą, jaką w mniemaniu nie tylko czołowych teozofów powinieneś zajmować, czemu dała wyraz oddana ci przecież Emily Lutyens, pisząc we wrześniowym numerze „International Star Bulletin”: Jakież to dziwne, że przez siedemnaście lat oczekiwaliśmy Nauczyciela Świata [...], a teraz, gdy mówi nam o tym, co leży poza wszelką formą, rani nas to i oburza [...]. On chce, by każdy z nas zajął się własną pracą, własnym dziełem serca i myśli, a tego właśnie spodziewaliśmy się po nim najmniej i dlatego wydaje nam się to tak trudnym i męczącym [...]. Niektórzy powracają do domu ogołoceni i smutni, pojmując konieczność zmiany swej orientacji w świecie, w którym każda wartość uległa zmianie [...]. Tragiczną stroną tego Obozu był sposób, na jaki martwa przeszłość w każdej chwili powstawała, by przeciwstawić się nowym ideom. Nic dodać, nic ująć. Rozwiązanie Zakonu Gwiazdy było tylko kwestią czasu.

     A mimo to, tuż przed twoim przybyciem w listopadzie do Adyaru, pani Besant ogłasza, że tylko ty jesteś Nauczycielem i w obliczu narastającego konfliktu tylko ciebie należy słuchać, zawieszając w związku z tym działalność Sekcji Ezoterycznej na całym świecie, co twoi oponenci uznali, i słusznie, za objaw gwałtownie pogarszającej się w tym okresie jej sprawności umysłowej, ty zaś wygłaszając codzienne mowy w Adyarze nadal mówiłeś bez ogródek to, co myślisz, stwierdzając przy okazji, że „mówienie do ludzi, którzy przestali myśleć, jest bardzo wyczerpujące”. W końcu rozeźlony pan Arundale nie wytrzymał,  oświadczając w twej obecności, że nie wierzy, iż jesteś Nauczycielem,  i dorzucając: Ty idziesz swoją drogą, a my swoimi. Ja także mam czego nauczać. Nie oponowałeś, bo przecież szedłeś swoją drogą, po czym jak gdyby nigdy nic wyjechałeś do Benares, gdzie ziszczało się właśnie twoje wielkie marzenie: nad brzegiem Gangesu zakupiono teren, przez który wiodła uczęszczana przez pielgrzymów droga prowadząca do miejsca, gdzie Budda miał wygłosić swe pierwsze po osiągnięciu Oświecenia kazanie, ale zanim Rishi Valley School została otwarta w tym miejscu (dopiero w roku 1934), szkoła o tej nazwie rozpoczęła już w następnym, 1928 roku, działalność w odległości kilkunastu kilometrów od miejsca twoich narodzin.

     Na odbywającym się w grudniu w Benares Zjeździe Towarzystwa Teozoficznego, któremu przewodniczyłeś pod nieobecność Besant, doszło do jeszcze większego zamętu, jako że tuż przedtem ogłosiła, a Leadbeater to potwierdził (to musiała być jego sprawka, tego szczwanego lisa, byłego anglikańskiego pastora, oskarżonego  w roku 1906, a więc jeszcze przed odkryciem ciebie, o utrzymywanie homoseksualnych kontaktów z oddanymi mu pod opiekę chłopcami i zmuszonego na krótko do wystąpienia z Towarzystwa), że zjednoczyłeś się z Maitreją tylko częściowo, a zatem jesteś wprawdzie Nauczycielem, jednak twoje wskazania nie są powszechnie obowiązujące. Uczynił to zapewne w obawie przed twymi kolejnymi szokującymi wypowiedziami, mogącymi do reszty zburzyć gmach jego tak misternie przed prawie dwudziestu laty obmyślanych planów, a na domiar wszystkiego pan Arundale, mimo polecenia pani Besant, by w trakcie Zjazdu nie odprawiano żadnych obrzędów, celebrował msze Liberalnego Kościoła Katolickiego poza terenami Towarzystwa, w których uczestniczyło jednak wielu teozofów i członków Zakonu Gwiazdy.

     Twój pogarszający się stan zdrowia też przyczyniał się zapewne do nasilającego się chaosu i w Towarzystwie, i w Zakonie, gdyż znowu nasiliły się objawy „procesu”, a ponadto lekarze oświadczyli, że chroniczne zapalenia oskrzeli osłabiły twoje płuca tak, że bezpośrednio byłeś zagrożony gruźlicą, ważąc w tym czasie niecałe pięćdziesiąt kilogramów, co później stało się wielokrotnie normą. Przy takim osłabieniu mogłeś przemawiać tylko na drugim Obozie Gwiazdy w Ojai, gdzie plotki o rychłym rozwiązaniu Zakonu krążyły od ucha do ucha. Wreszcie 3 sierpnia 1929 na otwartym w atmosferze napięcia i oczekiwania szóstym Obozie Gwiazdy w Ommen, w obecności Annie Besant oraz trzech tysięcy członków Zakonu Gwiazdy i przed mikrofonami holenderskiego radia, wygłosiłeś swą najsłynniejszą mowę, zatytułowaną ROZWIĄZANIE ZAKONU GWIAZDY, po czym natychmiast przystąpiono do likwidacji działających pod jego egidą instytucji – polski oddział Zakonu Gwiazdy, liczący około dwustu członków, zamknięto 8 września 1929 roku. Na szczęście zachowano posiadłości w Ojai, bo nie miałbyś gdzie mieszkać, oraz w Indiach, nad którymi pieczę sprawowały dawne i nowo utworzone Towarzystwa. Na ironię losu istniał jeszcze przez pewien czas The Amphitheatre Trust, zarządzający amfiteatrem w Sydney…

                         

                     W momencie rozwiązywania Zakonu

 

                                                       Cdn.

10:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 92)

     Dopiero w 1930 roku, gdy po opublikowaniu kilkudziesięciu wierszy i poematów prozą odszedłeś na zawsze od poezji, poddałeś krytyce podstawową ideę poematu Path, mówiąc, że dopiero gdy zrozumiałeś w pełni, iż do prawdy nie wiedzie żadna ścieżka, gdyż znajduje się ona w każdym umyśle i w każdym sercu, zaistniała Rzeczywistość Bez Dróg (Pathless Reality), ale nie zbliżyło cię to do zrozumienia istoty „procesu”, a żaden psychiatra nigdy jego symptomów nie badał, więc nie można wykluczyć, że był to przejaw epilepsji lub innej choroby psychicznej, względnie neurologicznej z powodu zaburzeń spowodowanych u młodego przecież mężczyzny przez celibat narzucony ci przez teozoficznych opiekunów, co potwierdziły przeprowadzone po latach wywiady z bliskimi ci kobietami, opiekującymi się tobą podczas tych stanów, nie mających raczej związku z kundalini, energią uśpioną w czakramach, którą wyzwala się praktykując m.in. jogę tantryczną.

     Wiadomo na pewno, bo wyznawałeś to w swoich listach, że podczas sennych wizji odwiedziłeś w tym okresie samego Mahachohana (w hierarchii największych duchów czuwających nad Towarzystwem Teozoficznym, Mahachohan, o którym nie wspominają buddyjskie oraz hinduistyczne księgi, znajdował się między Manu, znanym z Rygwedy jako ojciec ludzkości, a bodhisattwą Maitreją, przebywającym w Himalajach w pobliżu domów Mistrzów K.H. oraz K., o czym szerzej napiszę w przypisach na końcu książki), by prosić o zdrowie dla swego brata w zamian za własne szczęście, i odpowiedź była pozytywna, chociaż po chwilowych polepszeniach stan chorego znacznie się pogorszył, na co na pewno wpływ miały podróże, które wspólnie odbywaliście, choćby ta do Sydney, gdzie amfiteatr na 2500 miejsc, specjalnie zbudowany nad brzegiem morza, czekał na ciebie, aby tam Nauczyciel Świata objawił się ludziom, gdy nadejdzie „ten czas”.

     Wcześniej miał nadejść jednak kres ziemskiej wędrówki twego brata, akurat w momencie, gdy narastał obłęd w szeregach czołowych teozofów, którzy po przejściu na łono Liberalnego Kościoła Katolickiego (w jego w obrzędach nie chciałeś brać udziału), poza przebraniem się w ciągu zaledwie kilku miesięcy w biskupie szaty jak wcześniej Leadbeater, mogli również przekazywać posłania od Mistrzów, a po paru dniach zyskać trzecie i czwarte Wtajemniczenie, zrównując się z Besant i Leadbeaterem, i pozwalając ci łaskawie, byś mógł do nich doszlusować, wysyłając po czwarte Wtajemniczenie swe astralne ciało, bez wiedzy o tym fakcie. Podczas tej ceremonii prosiłeś ponoć, bo to oni udzielali ci głosu, o zdrowie dla Nityi, co uczyniłbyś w każdych okolicznościach i bez ich pośrednictwa.

     W apogeum tego obłędu na Obozie w Ommen pani Besant ogłosiła publicznie nazwiska, w tym i twoje, dziesięciu apostołów Maitrei (miał mieć dwunastu, tak jak Jezus), którzy hokus pokus otrzymali piąte i ostatnie Wtajemniczenie, co oznaczało osiągnięcie przez nich boskości. Leadbeater był większym sceptykiem, oświadczając, że on i Besant stopień taki osiągnąć będą mogli dopiero w następnym życiu, natychmiast ty będziesz tylko narzędziem, którym posłuży się Bóg. A ponieważ byłeś jeszcze większym sceptykiem od niego, ostrzeżono cię, że uznanie przez ciebie najnowszych Wtajemniczeń i Apostołów jest warunkiem zachowania życia twego brata! Wsiadłeś wobec tego na statek, by się z nimi spotkać osobiście, wierząc nawet po ostatnim telegramie od Nityi: „Módl się za mnie”, że Mistrzowie nie pozwoliliby ci wyjechać z Ojai, gdyby twój brat miał umrzeć, a jednak umarł, i kiedy ta wiadomość dotarła do kajuty statku, gdzie siedziałeś pełen ufności w Ich moc, w jednej chwili runęła cała twoja filozofia życia, twoja ślepa wiara w przyszłość nakreśloną przez Besant i Leadbeatera – musiałeś przejść wewnętrzną rewolucję, znaleźć nową moc w jeszcze bardziej samotnym życiu bez Nityi, rozstać się z fałszywością dotychczasowych halucynacyjnych wizji.

     Ty sam najlepiej wiedziałeś, co przeżyłeś i co się w tobie dokonało podczas dziesięciodniowej żeglugi z Port Saidu do Indii, natomiast dla nas jest jasne, że właśnie wtedy ukształtował się fundament twego nauczania, które głosi: wyzwolenie osiągamy przez zobaczenie tego, co jest, natomiast z duchowego punktu widzenia wszelkie wyobrażenia są bez wartości, każąc nam się błąkać w labiryncie ułudy. I jeszcze jedno: już nigdy o Mistrzach w mowach swoich nie wspomniałeś, a autentyczności owych obłędnych Wtajemniczeń też nie potwierdziłeś.

     Po przybyciu do Adyaru byłeś już kimś zupełnie innym, a oświadczenie, jakie  ogłosiłeś na łamach Heralda, przemianę tę potwierdziło: Na płaszczyźnie fizycznej mogliśmy zostać rozdzieleni, a teraz jesteśmy nierozdzielni [...]. Bowiem mój brat i ja jesteśmy jednym. Jako Krishnamurti mam teraz większy zapał, większą wiarę, większe współczucie i większą miłość, bo teraz jest we mnie również ciało, Istota Nityanandy [...]. Wiem, jak płakać w milczeniu, ale to rzecz ludzka. Wiem teraz z większą niż kiedykolwiek pewnością, że istnieje w życiu prawdziwe piękno, prawdziwe szczęście, którego nie może zniweczyć żadne zdarzenie fizyczne; wielka siła, której nie mogą osłabić przemijające fakty, i wielka miłość, która jest trwała, nieprzemijająca i niezwyciężona. A wkrótce potem na Kongresie Zakonu Gwiazdy na Wschodzie, który rozpoczął się 28 grudnia 1925 roku tuż po zakończeniu Jubileuszowego Zjazdu Towarzystwa Teozoficznego, pod koniec porannej mowy o Nauczycielu Świata powiedziałeś tak: Przychodzi on do tych tylko, którzy pragną, którzy pożądają, którzy tęsknią... – po czym mówiłeś już w pierwszej osobie: Przyszedłem dla tych, którzy pragną współczucia, którzy tęsknią za wyzwoleniem, którzy tęsknią, by znaleźć we wszystkim szczęście

 

                     

                     Krishnaji jako Pasterz

 

     Annie Besant nie miała wątpliwości, że „przyjście się rozpoczęło”, w czym poparł ją jedynie Leadbeater oraz… ty, natomiast dla mnie jest oczywiste, że był to pierwszy krok do rozwiązania Zakonu i objawienia się nie takiego Nauczyciela Świata, o jakim myśleli teozofowie. Jeszcze wtedy nie byłeś tak dobrym mówcą jak później, często się powtarzałeś i nie kończyłeś zdań, ale w opinii rozegzaltowanych słuchaczy zawsze przemawiał przez ciebie Bóg, natomiast czołowi teozofowie zaczęli w trakcie twoich mów dostawać rozdwojenia jaźni (znacznie wcześniej doznali co najmniej roztrojenia wraz z całkowitym rozstrojeniem mózgów): ilekroć mówiłeś to, co im odpowiadało, przypisywano to Matrei, gdy wypowiadałeś coś całkowicie sprzecznego z ich poglądami, na przykład, że prawdy należy szukać samemu, omijając „Ścieżkę Uczniostwa, po której kroczy się pod opieką Mistrzów”, szeptano, że widzą Czarnego Maga stojącego obok ciebie i kierującego twoimi słowami, więc i „mama” Besant zaczęła popadać w czarnowidztwo: J. K. zmienia się przez cały czas; ale nie wygląda to tak, jakby on wychodził, a Bóg wchodził, wygląda to raczej na zmieszanie się świadomości.

     W oficjalnym oświadczeniu przez nią złożonym w lutym 1927 roku tego zwątpienia jednak nie widać: Boski duch zstąpił raz jeszcze na człowieka, Krishnamurtiego, który w tym życiu jest literalnie doskonały, jak to mogą poświadczyć ci, którzy go znają. Nauczyciel Świata jest wśród nas. W tym czasie jako Nauczyciel Świata wymieniłeś oddanego ci do użytku luksusowego Lincolna na Packarda, najlepszy w twej opinii amerykański samochód, by z jednym ze swych młodych bogatych kolegów konkurować w ustanawianiu rekordów prędkości na trasie z Hollywood do Ojai, a w Hollywood utrzymywałeś towarzyskie kontakty z paroma słynnymi wówczas aktorami. Natomiast w maju tego roku w Anglii, dokąd udałeś się w towarzystwie „mamy” Besant i gdzie powitał cię tłum składający się głównie z rozhisteryzowanych kobiet, krzyczących i obrzucających ciebie naręczami kwiatów, oświadczyłeś na zebraniu Sekcji Ezoterycznej, że Mistrzowie to coś marginalnego (only incidents),  co wywołało wśród słuchaczy prawdziwy szok – w tym czasie Annie  Besant dawała w Londynie cztery wykłady pod tytułem Nauczyciel Świata a Nowa Cywilizacja.

     W czerwcu kolejny szok: Nie wolno wam uczynić ze mnie autorytetu. Jeśli stanę się niezbędny, to cóż uczynicie, gdy przeminę [...]. Niektórzy z was myślą, że mogę dać wam napój, który was wyzwoli [...], tak nie jest. Mogę być drzwiami, ale to wy musicie przez nie przejść i znaleźć leżące za nimi wyzwolenie [...]. Ten, kto osiągnął wyzwolenie, stał się Nauczycielem – jak ja. Leży w mocy każdego wejść w ten płomień, stać się płomieniem. Starano się takie oświadczenia puszczać mimo wszystko koło uszu, a skoro Nauczyciel już przyszedł, Zakon Gwiazdy na Wschodzie przemianowany został na Zakon Gwiazdy, „Herald of the Star” (Zwiastun Gwiazdy) zmienił tytuł na „Star Review” (Przegląd Gwiazdy), założony też został miesięcznik „International Star Bulletin”, wydawany przez utworzony w Holandii The Star Publishing Trust (jego polskojęzyczna wersja nosiła tytuł „Wiadomości Gwiazdy”), a cele Zakonu określono następująco:

     1. Połączyć wszystkich, którzy wierzą w obecność Nauczyciela Świata na Ziemi.

     2. Pracować na wszelkie sposoby nad urzeczywistnieniem ustanowionych przez niego dla ludzkości ideałów.

 

                

                    Ty w samym centrum jako Super Star

 

                                                                    Cdn.

10:29, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 91)

     Jesteśmy w pamiętnym i dramatycznym dla ciebie roku 1921, gdy w maju twój ukochany brat Nitya dostał pierwszego krwotoku i lekarz stwierdził gruźlicę, co stało się dla ciebie powodem wielkiej rozterki duchowej – z jednej strony było coraz więcej świadectw, że jednym swoim spojrzeniem czy dotknięciem potrafisz uleczyć nieuleczalne, więc w to uwierzyłeś, a nie potrafiłeś, będąc tak blisko swego brata, uchronić go przed groźną, wówczas właściwie śmiertelną chorobą. Chcąc zagłuszyć te myśli rzuciłeś się w wir gorączkowej działalności na rzecz i Towarzystwa, i Zakonu, który we wrześniu tego roku został hojnie obdarzony przez swego członka, barona Philipa van Pallandta, osiemnastowiecznym zamkiem Eerde otoczonym dwoma tysiącami hektarów lasu w pobliżu miejscowości Ommen w Holandii. W październiku poznałeś Desikacharya Rajagopala,  którego oczywiście odkrył dla Towarzystwa Leadbeater w roku 1913, twierdząc, że w jednym z przeszłych wcieleń miał być św. Bernardem z Clairveaux, mimo iż pochodził z wysokiej kasty hinduskiej, której głęboka religijność raczej nie była oparta na Żywotach świętych! W każdym razie Ragojapal świętym nie był i w późniejszym czasie jako prawie wyłączny wydawca twoich pism dobrze zalazł ci za skórę!

     W listopadzie odpłynąłeś wraz z bratem, którego stan zdrowia zdawał się rokować najlepsze nadzieje, do Madrasu, gdzie zaraz po przyjeździe przebrałeś się w hinduski strój i gdzie witały cię rozegzaltowane tłumy, co w zamierzeniu pani Besant miało stać się początkiem twej publicznej działalności. Tam spotkaliście się po pewnym czasie ze swoim ojcem, co jest pewne, w przeciwieństwie do relacji z tego spotkania, pozostających ze sobą w całkowitej sprzeczności – albo przygotował na waszą cześć wspaniałą ucztę i objął was z płaczem na powitanie, albo gdy padliście na powitanie do jego stóp dotykając ich, natychmiast wyszedł, by umyć nogi dotknięte przez nieczystych. Jest tylko jeden fakt niezbity: nigdy więcej ojca, który zmarł dwa lata później, już nie zobaczyliście. W Benares i w Adyarze wygłosiłeś publiczne mowy, będąc jednak wtedy mówcą jeszcze dość kiepskim, ale większość słuchaczy popadała w ekstazę na sam dźwięk twego głosu.

               

                             Bracia-nierozłączki (ty z prawej)

 

     W kwietniu 1922 roku pojechałeś wraz z bratem na zjazd Towarzystwa Teozoficznego do Sydney, gdzie twój dawny mentor Leadbeater przeniósł się na stałe już w roku 1916 i gdzie został konsekrowany na… biskupa Liberalnego Kościoła Katolickiego (powstał w Niemczech jako wyraz protestu przeciw przyjętemu w 1870 roku dogmatowi papieskiej nieomylności), a teraz podczas zjazdu wyświęcał młodych księży tegoż Kościoła, odziany we wspaniałe biskupie szaty, a jednocześnie przekazywał posłania od Mistrzów, co doprowadziło w Towarzystwie do rozłamu i dało przeciwnikom zanieczyszczania teozofii pretekst do ponownych oskarżeń go o homoseksualizm. Ciebie w owym czasie zafascynowała lektura Idioty Dostojewskiego, co być może nie miało związku z tą sprawą, tym bardziej, że i Tako rzecze Zaratustra Nietzschego stała się twoją ulubioną lekturą, co potwierdza słuszność mej wcześniejszej opinii o dość ścisłych związkach wielu twoich nauk z zaratustrańskimi, jednakże na wieść o tych oskarżeniach stanąłeś w obronie dawnego „wujka”, zeznając dobrowolnie wraz z bratem przed komisją śledczą, że wobec was nigdy nie dopuścił się czynów nierządnych. 

     Cuda oczywiście się zdarzają, ale fakt, że aż do roku 1932, gdy wspomnianemu Ragojapolowi przyprawiłeś rogi, współżyjąc przez kilka lat z jego żoną Rosalind, nie związałeś się miłością fizyczną z żadną kobietą i uciekłeś, gdy kiedyś dziewczyny chciały z tobą zatańczyć, pozostawia w tej kwestii trochę wątpliwości, tym bardziej że Leadbeater znał się na hipnozie, więc podczas pierwszego Wtajemniczenia ty mogłeś pozostawać poza swoim ciałem przez noc, dzień i noc, natomiast on niekoniecznie… A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze traktowałeś je instrumentalnie, wykluczając zarówno małżeństwa z nimi, jak i seksualne kontakty, poza tym wyżej wspomnianym, a następnie być może i jeszcze jakimiś innymi, ale kiedy w 1922 roku dowiedziałeś się, że jedna z twoich licznych wielbicielek Mar de Manziarly zaręczyła się, napisałeś, że równie dobrze mogłaby popełnić samobójstwo, bo pomyśl przecież, co Mar mogłaby zrobić dla Mistrza!

     Bardziej jednak zaprzątała twoje myśli choroba brata, która wbrew wcześniejszej i brzmiącej optymistycznie diagnozie nasiliła się – nie dość, że lewe płuco nie zostało wyleczone, to na domiar złego pojawiły się nacieki na prawym. Szybki wyjazd w góry stał się koniecznością. W lipcu przypłynęliście, z zamiarem powrotu do Europy, do San Francisco, a po dotarciu do urzekającej swoim pięknem Doliny Ojai (czyt. Ohaj), położonej na skraju pustyni, około sto dwadzieścia kilometrów na północ od Los Angeles, porośniętej pomarańczowymi gajami i otoczonej wzgórzami, zamieszkaliście na wysokości ok. 500 m. n.p.m. w drewnianym domu nazwanym później Sosnową Chatą (Pine Cottage), będącej odtąd poniekąd twoim domem, do którego wracałeś ze swoich tułaczek i w którym po sześćdziesięciu czterech latach zakończyłeś życie. Tam również rozpoczął się proces wiodący cię do Przebudzenia.

     Zapoczątkowany on został jeszcze przed opuszczeniem Sydney, gdy otrzymałeś przekazane przez Leadbeatera, zapewne wdzięcznego za waszą lojalność, posłanie od Mistrza K.H.: Co do ciebie również żywimy najwyższe nadzieje. Umacniaj się i rozszerzaj i coraz bardziej się staraj, by poddać umysł i mózg w niewolę prawdziwej wewnętrznej jaźni. Bądź tolerancyjny wobec rozbieżnych poglądów i metod, każdy bowiem nosi zwykle część prawdy ukrytą gdzieś we wnętrzu, choć często jest ona zniekształcona niemal nie do poznania. Szukaj tego najmniejszego błysku światła wśród styksowych ciemności każdego nieświadomego umysłu, bowiem dzięki jej rozpoznaniu i podsycaniu możesz pomóc młodszemu bratu. Nic zatem dziwnego, że zapragnąłeś odzyskać utraconą łączność z Mistrzami. I wtedy dziać się zaczęło coś dziwnego. 17 sierpnia poczułeś silny ból w karku, a następnego dnia już wiłeś się z bólu, co chwila jęczałeś, dostawałeś drgawek i skarżyłeś się na straszliwe gorąco, czasem bredziłeś, najlżejsze dźwięki sprawiały ci ból. Przez trzy kolejne dni twój stan ciągle się pogarszał i nikt nie był w stanie ci pomóc. Ktoś jednak zasugerował, byś udał się pod rosnący koło domu pieprzowiec, przy którym lubiłeś medytować.

     Tak oto opisałeś to, co się tam wydarzyło, w liście do „mamy” Besant: Usiadłem tam ze skrzyżowanymi nogami w postawie medytacyjnej. Po pewnym czasie poczułem, że opuszczam swe ciało. Ujrzałem siebie siedzącego pod delikatnymi, wątłymi liśćmi drzewa. Zwrócony byłem ku wschodowi. Przede mną było moje ciało, a ponad mą głową ujrzałem Gwiazdę, jasną i czystą. Potem odczułem wibrację Buddy, zobaczyłem Maitreję i Mistrza K.H. Byłem tak szczęśliwy, cichy i spokojny. Widziałem swe ciało i unosiłem się obok. W powietrzu i we mnie panował tak głęboki spokój, spokój dna przepastnego, niezgłębionego jeziora. Niczym jezioro czułem, że moje fizyczne ciało, z jego umysłem i emocjami, wzburzone może zostać na powierzchni, ale że nic, dosłownie nic nie może zakłócić spokoju mej duszy. Obecność potężnych istot trwała jakiś czas, po czym One odeszły. Byłem nadzwyczaj szczęśliwy, gdyż widziałem. Nic już nie będzie takie samo. Napiłem się jasnych i czystych wód u źródła, z którego tryska życie, i moje pragnienie zostało ugaszone. Nigdy już więcej nie będę spragniony, nigdy więcej nie znajdę się w zupełnych ciemnościach. Dotknąłem współczucia leczącego wszelki smutek i cierpienie; nie dla siebie, dla świata. (...) Miłość w całej swej chwale odurzyła me serce; moje serce nigdy już się nie zamknie. Piłem u źródła Radości i wiecznego Piękna. Jestem odurzony Bogiem.

     Po tych wydarzeniach znalazłeś się w stanie ekstazy, ale już po dwu tygodniach te cierpienia, w formie jeszcze bardziej nasilonej, powróciły, z tym że wyłącznie w godzinach wieczornych, gdyż rankami zachowywałeś się normalnie, pamiętając mgliście o tym, co działo się wieczorem. I tak było przez kilka następnych lat, a właściwie do końca życia, z mniejszym jedynie natężeniem, ale nigdy podczas podróży, czy wśród obcych, i nigdy nie próbowałeś zmniejszyć bólu za pomocą leków, uważając, że jest to coś, przez co musisz przejść, mimo iż nie rozumiałeś, co się z tobą dzieje i dlaczego. Czołowi teozofowie też nie potrafili tych stanów w sposób sensowny wyjaśnić – jedynie niezawodny jak zwykle Leadbeater stwierdził, że to wydarzenie, które opisałeś w liście do Annie Besant, było twoim  trzecim Wtajemniczeniem –  prawdopodobnie te dojmujące bóle były objawami jakichś zabiegów, jakim Mistrzowie poddawali twoje ciało, by przygotować je do czekającej ciebie misji, co najogólniej nazwano „procesem”, ty zaś odpowiedzi szukałeś w poezji, którą wówczas zacząłeś pisać, najpierw w poemacie prozą Path (Ścieżka, w polskim przekładzie dano tytuł Droga), będącym alegorycznym obrazem twej samotnej wędrówki poprzez kolejne żywoty ku Przebudzeniu z końcowym stwierdzeniem Jestem Bogiem.

 

                                                     Cdn.

10:20, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 90)

     11 stycznia 1911 po założeniu Zakonu Wschodzącego Słońca, przemianowanego wkrótce na Zakon Gwiazdy na Wschodzie (The Order of the Star in the East), zostałeś jego Naczelnikiem, z „mamą” Besant i „wujkiem” Leadbeaterem jako twymi Protektorami. Miałeś jeszcze swego Prywatnego Sekretarza oraz Sekretarza Organizacyjnego. Skąd się wzięła nazwa Zakonu? Pamiętacie, co szukający Dzieciątka Jezus mędrcy mówili do Heroda? Widzieliśmy gwiazdę jego na wschodzie… „The Herald of the Star” (Zwiastun Gwiazdy) to był kwartalnik, stanowiący Organ Zakonu, wydawany najpierw w Adyarze, a następnie drukowany na błyszczącym papierze już jako miesięcznik w Anglii – o objętości 64 stron, z 24 pełnostronicowymi ilustracjami, na którego okładce widniało twoje nazwisko jako… redaktora odpowiedzialnego! Członkowie Zakonu (nie wszyscy z nich byli teozofami, ale wszyscy pragnęli widzieć w tobie przyszłego Nauczyciela Świata), w roku 1914 już w liczbie aż piętnastu tysięcy, nosili pięcioramienne srebrne gwiazdki, natomiast przywódcy gwiazdki złote.

     To wszystko, co związane było z pojawieniem się ciebie jako super gwiazdy na firmamencie Towarzystwa Teozoficznego spowodowało największą w jego dziejach schizmę – większość lóż niemieckich opuściła Towarzystwo tworząc własne pod inną nazwą, lecz Annie Besant specjalnie się tym nie przejęła, absolutnie przekonana do słuszności swego wyboru, co zademonstrowała wiosną 1911 zabierając ciebie i twego brata do Anglii, dwu małych hinduskich dzikusów, przypatrujących się z wybałuszonymi ślepiami urządzeniom mechanicznym statku, koronacji Jerzego V ze wspaniałym pokazem sztucznych ogni, czy podczas kilkudniowego pobytu w Paryżu wieży Eiffla, która znacznie bardziej was zaciekawiła niż wykład Annie Besant o jednej z jej przeszłych reinkarnacji, czyli o Giordano Brunie jako Apostole Filozofii XVI wieku. Dzikusów, to prawda, ale fetowanych przez tłumy teozofów i ciekawskich, których werbowaliście samą swoją egzotyczną innością do Zakonu. Aha, w Londynie kazano ci wygłosić pierwszą mowę publiczną, lecz mimo solidnych przygotowań do niej zjadła cię trema, Krishnaji, gdyż tak się do ciebie zwracano; sufiks –ji wyraża w Indiach cześć …

            

          W Londynie (ty ze słomkowym kapeluszem w ręku)

 

     Na jesieni wróciliście do Adyaru i na swoim gruncie poczułeś się na tyle pewny, że rozdając 28 grudnia certyfikaty nowym członkom Zakonu promieniowałeś tak wielką mocą, że podchodzący zaczęli ci padać do nóg, a ty błogosławiłeś ich unosząc nad nimi dłonie, nic zatem dziwnego, że dzień ten stał się odtąd świętem Zakonu, zamąconym zaraz potem przez twego ojca, który zagroził, że odbierze was, jeśli nie zostaniecie natychmiast i całkowicie odizolowani od Leadbeatera, dlatego pani Besant w pośpiechu wypłynęła z wami do Anglii, gdzie wyszliście na brzeg 16 lutego 1912, by kolejne dziesięć lat spędzić już w Europie. 1 maja w Taorminie na Sycylii odebrałeś drugie Wtajemniczenie z udziałem oczywiście Leadbeatera. Na wieść o tym twój ojciec zażądał od pani Besant waszego powrotu pod jego opiekuńcze skrzydła, zapewne jeszcze bardziej wyświechtane po tym, jak ta w przesłanym w drodze do Anglii telegramie, kazała mu wynosić się z Adyaru, gdzie spiskował przeciw niej wraz z wrogami Towarzystwa Teozoficznego, co stało się zapewne powodem otwartej wojny.

     Pani Besant, licząc się z groźbą porwania, ukrywa was w Anglii, a sama wraca do Indii, by w tamtejszych sądach walczyć o prawo utrzymania was przy sobie, wy zaś, święcie wierząc w czekającą was misję zbawienia świata, nie macie zamiaru wracać do ojca, nie chcecie utrzymywać z nim nawet kontaktów listownych, natomiast do tej, która zastąpiła wam zmarłą matkę, tęsknicie, o czym świadczą twoje pełne uczucia listy, mimo iż przez całe dziesięć lat będziecie widywać się z nią bardzo rzadko. Korespondujesz również z „wujkiem” Leadbeaterem, któremu tyle przecież zawdzięczałeś (my też!), ale z rzadka i już bez sentymentów, od chwili gdy jeszcze podczas pobytu w Adyjarze spoliczkował cię, rozdrażniony tępym wyrazem twarzy przyszłego Nauczyciela Świata, gdyż mimo ponawianych uwag słuchałeś go jak zwykle z otwartymi ustami.

    Leadbeater, któremu twój pusty umysł wydawał się idealną glebą dla posiewu teozoficznych idei, wielokrotnie czuł się później zawiedziony twoją tępotą umysłową, ale zapewne popadłby w zupełną rozpacz, gdyby mógł przewidzieć, że te idee w ogóle nie zapuszczą korzeni w twoim umyśle. Oto jak krótko przed śmiercią sam o tym mówiłeś: Chłopiec zawsze mówił: „Zrobię wszystko, co zechcecie”. Było w tym coś ze służalczości, poddaństwa. Chłopiec był niepewny, niezdecydowany, myślał mgliście, nie dbał najwyraźniej o to, co się działo. Był jak naczynie z dużą dziurą w dnie: cokolwiek doń włożono przelatywało, nie pozostawało nic. Stopniowo zapomniałeś także swego języka rodzinnego, teksty hinduskich ksiąg świętych, modlitw i pieśni wietrzały ci w pamięci. Miałeś stać się angielskim dżentelmenem, który w Leadbeaterowskim schemacie ewolucji stanowił szczyt ludzkiego rozwoju, a w rzeczywistości stałeś się człowiekiem bez ojczyzny, bez więzi rodzinnych, bez przynależności religijnej czy kulturowej, w nieustannych podróżach po całym świecie do końca życia, wiecznym wędrowcem sypiającym w cudzych domach i korzystającym z cudzych sprzętów, cóż że luksusowych.  

    W kwietniu i październiku 1913 sądy w Madrasie, i ten pierwszej instancji, i ten apelacyjny, nakazują pani Besant odesłanie was do ojca, mogła jednak odwołać się do Privy Council, Tajnej Rady Królewskiej w Londynie, która ostatecznym orzeczeniem z maja 1914 rozstrzygnęła sprawę na jej korzyść i waszą, bo przecież ostatecznym argumentem, który na tym orzeczeniu zaważył najwięcej, była wasza wola pozostania przy niej; zresztą ty, osiągnąwszy w tym czasie pełnoletniość, przestałeś już podlegać władzy ojca. Wola najzupełniej zrozumiała – i z uwagi na waszą przyszłą misję, i ze względu na tak kuszące dla młodych ludzi z ujarzmionego kraju perspektywy odbywania fascynujących podróży po Anglii, Francji czy Włoszech, względnie jeżdżenia luksusowymi samochodami czy brania udziału w elitarnych grach towarzyskich, mimo iż koledzy w szkole koło Rochester, niewolni od rasowych uprzedzeń, stroili sobie z was niezbyt wybredne żarty, co sprawiało, że czuliście się samotni i wyobcowani. 

       Było to związane zapewne i z faktem, że w przeciwieństwie do swego brata, typowego kujona, nigdy nie rwałeś się do nauki. Trzykrotnie oblałeś maturę, a potem, po wybuchu wojny, gdy wasza oferta gotowości do pracy w formacjach pomocniczych została odrzucona z powodu wyjątkowo nasilonych w tym wyjątkowym czasie uprzedzeń rasowych, nie tylko nie dostałeś się na uniwersytet w Cambridge, mimo iż naprawdę starałeś się przysiąść fałdów, lecz w roku 1918 oblałeś również egzaminy na Uniwersytet Londyński (najwięcej trudności sprawiała ci matematyka), na który Nitya się dostał i zaczął studiować prawo, choć miał poważne kłopoty ze wzrokiem. Panna Mary Dodge, okaleczona przez artretyzm bogata Amerykanki, w której posiadłościach przez jakiś czas mieszkaliście, stanowiła ekonomiczny filar nie tylko wielu przedsięwzięć Towarzystwa Teozoficznego, bo i was wywianowała w roku 1913, poczyniwszy zapis, na mocy którego otrzymywałeś do końca życia pięćset funtów rocznie, zaś twój brat trzysta; to u niej nabrałeś arystokratycznych manier i począłeś nosić wytworne ubrania.

     Ważną rolę zaczyna w tym czasie odgrywać w twoim życiu Lady Emily Lutyens, córka Lorda Lyttona, Wicekróla Indii, trzydziestosześcioletnia wówczas matka sześciorga dzieci oraz żona wizjonerskiego architekta, projektanta Nowego Delhi, Edwina Lutyensa, która po pierwszym zetknięciu się z tobą poczęła zaniedbywać męża i dzieci, gotowa iść wszędzie za tobą – przyszłym Nauczycielem Świata. Traktowałeś ją, tak jak i Annie Besant, jak utraconą matkę i w okresach rozstań pisywałeś do niej niemal codziennie, ale jej uczucia raczej nie były matczyne, co kazało pani Besant ograniczyć wasze kontakty, a Lady Emily, mimo rozpaczliwych zabiegów, musiała czekać na swe pierwsze Wtajemniczenie aż do roku 1925. Może dlatego zacząłeś stopniowo tracić zainteresowanie teozofią, a od Mistrzów nie tylko nie chciałeś już przekazywać posłań, ale wyrażałeś się o nich wręcz nonszalancko, stwierdzając, że gdy ujrzałeś pewnego Mistrza przed sobą, wstałeś i przeszedłeś przez wizję na wylot.

 

                        

    Krishnaji wyraźnie rozbawiony swoją Misją

     Zamiast oddawać się ezoterycznym spekulacjom, wolałeś jeździć na motorowerze i godzinami przy nim majsterkować, względnie grać w golfa, i w tej, i w tamtej dziedzinie osiągając prawdziwe mistrzostwo, natomiast swe zdolności metapsychiczne starałeś się wykorzystać na innym polu, usiłując w kasynie wpłynąć siłą woli na wyniki ruletki, co skończyło się na przegraniu niewielkiej na szczęście sumy. O czekającej cię misji, o którą zapytano na pewnym wytwornym przyjęciu w Paryżu, które tuż po zakończeniu wojny wydano na twoją część, Krishnaji elegancko ubranego i zachowującego się jak typowy młody człowiek należący do dobrego towarzystwa, wyraziłeś się wręcz lekceważąco, stwierdzając, że bardziej interesuje cię wynik najbliższego meczu na Wimbledonie. Zgorszeni teozofowie wkrótce odetchnęli z ulgą, konstatując, że musiał to być młodzieńczy wybryk, bo gdy w tym samym Paryżu odbył się w lipcu 1921 r. pierwszy światowy Kongres Towarzystwa Teozoficznego oraz pierwszy Światowy Kongres Zakonu Gwiazdy na Wschodzie (skupiał on wtedy w swoich szeregach już trzydzieści tysięcy członków), objąłeś jego przewodnictwo prowadząc obrady ze zręcznością, która zdumiała i uradowała samą „mamę” Besant.

                                                                   cdn.

09:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 89)

     Po rewelacjach Leadbeatera, który w kolejnej odsłonie jasnowidzenia, stojąc za tobą siedzącym na kanapie i trzymając rękę na twej głowie, dyktował relacje z twoich trzydziestu poprzednich żywotów (między 22 622 r. p.n.e. a 624 r. n.e.), stykając się w ich trakcie z przeszłymi inkarnacjami innych znakomitych teozofów, w tym oczywiście ze swoimi oraz Annie Besant, postanowiono przygotować cię w możliwie najpilniejszym trybie do roli Nauczyciela Świata, w czym ważna rola miała przypaść twemu bratu Nityi, ale najważniejsza rzecz jasna Leadbeaterowi, mimo iż wiedziano o jego skłonnościach homoseksualnych! To on stopniowo zaczął was usuwać spod wpływu ojca, po czym na jesieni zabrano was ze szkoły, przenosząc do budynków Towarzystwa Teozoficznego, i odtąd waszą edukacją według wiktoriańskich wzorów zajęli się Mistrzowie, grupa czołowych teozofów, prawdziwych mistrzów w robieniu wam wody z mózgu, niewątpliwie psychotyków – z  psychozami wrodzonymi, bądź nabytymi...

     Nie tylko położono silny nacisk na naukę języka angielskiego, byś mógł osobiście porozmawiać z powracającą w listopadzie Annie Besant, ale równocześnie zastosowano angielską dietę, opartą na jajkach, mleku i płatkach owsianych, w związku z  czym przez wiele lat cierpiałeś na silne bóle brzucha, gdyż w domu niczego takiego nie jadaliście. Nikt nie śmiał się jednak sprzeciwiać woli Mistrzów, czego pojąć nie mogłeś, ale jeszcze bardzie nie mogłeś zrozumieć powodów uwielbienia i niezdrowej egzaltacji, która ciebie otaczała, i pytałeś brata: „Dlaczego się uwzięli właśnie na mnie?” Do tego doszły intensywne ćwiczenia fizyczne (pływanie, jazda na rowerze, gra w tenisa), by wzmocnić wasze fizyczne organizmy, a to wszystko w rygorystycznie ustalonym porządku dnia. Dla uniknięcia „niepożądanych magnetyzacji”, ani wełna, ani flanela, bardzo przecież dla ciała przyjazne, nie mogły się stykać z twoją skórą i nikt poza Leadbeaterem nie mógł dotykać rzeczy używanych przez ciebie, bo… bo nie można było zrobić wyłomu w narastającym wokół ciebie obłędzie!

     1 sierpnia przyjęto was do nowicjatu, później do Sekcji Ezoterycznej, a już po pięciu miesiącach (normalnie trzeba było na to czekać dwa lata) zostałeś zaakceptowany przez Mistrza K.H. i zaraz potem uzyskałeś pierwsze Wtajemniczenie z udziałem na płaszczyźnie astralnej, cóż że fizycznie nieobecnej, Annie Besant, w czasie którego ty i Leadbeater pozostawaliście poza swoimi ciałami przez noc, dzień i noc z pauzami na chwilowy powrót do nich, by pożywić je ciepłym mlekiem. List, który nazajutrz po Wtajemniczeniu napisałeś do pani Besant, z własnoręcznie wykonanym przez ciebie rysunkiem przedstawiającym wszystkich Mistrzów biorących udział w tej ceremonii, świadczy co najmniej o zmysłach dość dobrze rozchwianych.

     W tym miejscu warto powiedzieć, kim byli owi tajemniczy Mistrzowie sprawujący opiekę nad Towarzystwem Teozoficznym od czasów powołania go do życia przez panią Bławatską, o której będzie jeszcze mowa. Otóż twierdziła ona, że podczas kilkuletniego pobytu w Tybecie nawiązała bezpośredni kontakt z przebywającymi tam Mistrzami, którzy zapoznawszy ją ze ściśle strzeżonymi doktrynami, nakazali jej etc., etc. Te duby smalone stały się od roku 1892 ezoteryczną podstawą działalności Towarzystwa. Ci wiecznie żywi (jak Lenin) Mistrzowie Koot Hoomi (K.H.) i Mistrz Morya (M.) mieli ciała zbyt subtelne, by zniosły życie w zamęcie cywilizacji, natomiast zaawansowani w rozwoju duchowym uczniowie mogli składać im wizyty w ich tybetańskich domach wyłącznie podczas snu w ciałach astralnych (płaszczyzna astralna to druga, znajdująca się bezpośrednio nad fizyczną, z siedmiu płaszczyzn, przez które ewoluuje uniwersum); mogli być również przez nich rewizytowani na podobnych zasadach, otrzymując stosowne wskazówki oraz polecenia zarówno dla siebie, jak i dla Towarzystwa. To Oni  udzielali  uczniom co jakiś czas kolejnych Wtajemniczeń, z których ostatnie, piąte, oznaczało osiągnięcie boskości. Amen.

     Twój ojciec, zadowolony i z waszych postępów w nauce, i z uzyskania przez ciebie Wtajemniczenia, nie mógł się jednak pogodzić z postawą Leadbeatera pełną nieskrywanej pogardy dla hinduskiej tradycji, która nie wzbraniała mu przy waszym wychowywaniu łamać reguł kastowych, a plotki o homoseksualnych skłonnościach „wujka Leadbeatera” również musiały wzbudzać jego niepokój. 6 marca 1910 roku, Annie Besant, zaalarmowana narastającym konfliktem, podjęła się roli mediatorki, skłaniając twego ojca do podpisania dokumentu, w którym zgadzał się na przekazanie jej prawa do opieki nad wami, po czym zabrała was do Benares, gdzie w październiku zacząłeś nauczać, zapewne w analogii do nauczającego w świątyni dwunastoletniego Jezusa – twoim słuchaczem był między innymi poeta Ernest Armine Wodehouse.

     Nauczanie to opierało się na naukach pobieranych przez ciebie w okresie nowicjatu od Mistrza K.H., zawsze w nocy i zawsze na płaszczyźnie astralnej, które spisywałeś co rano zapewne pod dyktando „wujka Leadbeatera”, a najpewniej to on je spisywał (później nie był w stanie znaleźć notatek z rzekomymi adnotacjami Mistrza K.H.) ze swej jasnowidzącej głowy i kazał ci wykuwać je na pamięć. Początek owego nauczania brzmiał tak: Słowa te nie są moimi, są to słowa Mistrza, który mnie nauczał. Bez niego nie mógłbym niczego dokonać, lecz z Jego pomocą wstąpiłem na Ścieżkę. I ty pragniesz wejść na tę samą Ścieżkę, więc słowa, które do mnie mówił, pomogą i tobie, jeśli im będziesz posłuszny (w przekładzie Wandy Dynowskiej).

    Skupmy się jednak w tej chwili na Annie Wood Besant (1847-1933), angielskiej teozofce, feministce oraz pisarce (zestaw budzący moją grozę), która była drugą przywódczynią Towarzystwa po jeszcze bardziej ekscentrycznej Helenie (Jelenie Pietrownie) Bławatskiej (1831-1891), też pisarce, ale rosyjskiej, będącej okultystką, medium spirytystycznym, twórcą teorii ras, na którą powoływali się niemieccy naziści, oraz wydawcą Magazynu Teozoficznego „Lucifer”, nie mogącej mieć na szczęście wpływu na twoje życie, jako że urodziłeś się już po jej śmierci, natomiast ta, która odcisnęło na nim tak mocne piętno, Annie Besant, piękna niegdyś kobieta, żona anglikańskiego pastora, która odeszła od niego utraciwszy wiarę w boskość Jezusa (w wyniku rozwodu straciła syna, a potem córkę, ale po osiągnięciu dojrzałości oboje powrócili do niej,  nawróciwszy się na teozofię), była już wówczas surową matroną w stroju zapiętym od stóp do głowy, ale bynajmniej nie prostym, gdyż o jakiejkolwiek prostocie w teozoficznym świecie – z samą tylko siedmioraką istotą człowieka, składającego się z ciała fizycznego, prany (energii życiowej), intelektu czy jaźni (duszy duchowej), co oczywiste, lecz także z ciała eterycznego (tzw. sobowtóra), ducha (emanacji absolutu) oraz duszy zwierzęcej (siedziby namiętności), co budzi mniejsze czy większe wątpliwości –  mowy być nie mogło…

     

                               

                                            Annie Besant

                

                                    Cdn.

09:44, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 88)

POSŁOWIE

       W poprzednim odcinku podałem na końcu datę napisania tych rozmów, chociaż praca nad ich obecnym kształtem, którą wykonałem na tamtych tekstach publikując je na swoich blogach przez niemal pół roku, też warta byłaby podkreślenia, nie to jest jednak istotne w tym posłowiu, w którym chciałbym zastanowić się przede wszystkim nad tym, czy choć jedno ziarno nauk zasianych przez ciebie w jakimkolwiek człowieku wydało plon nie aż stokrotny, lecz zadowalający. Zadowalający i ciebie, gdybyś żył, i mnie, który jeszcze żyję? Chciałbym też zastanowić się nad tak często podkreślanymi przez różnych badaczy twego życia i twoich dzieł sprzecznościami zawartymi nie tyle w twoich dziełach, co w wielu faktach z twego życia. Trzeba zatem dokonać jego w miarę skrótowego przeglądu.

      Urodziłeś się w roku 1895 w Kalkucie w rodzinie bramińskiej jako ósme dziecko, stąd imię Krishnamurti – Kriszna był ósmym awatarem, czyli wcieleniem boga Wisznu, natomiast murti to w hinduizmie wizerunek wyrażający boskiego ducha, będący narzędziem ułatwiającym nawiązanie z nim kontaktu na przykład podczas medytacji, a zatem Krishnamurti to ktoś, kto kontakt z Kriszną, a poprzez niego i z innymi bogami hinduistycznego panteonu nawiązać potrafi bez trudu. Twój ojciec Jiddu Narianiah (Jiddu to nazwisko, które też nosiłeś), absolwent uniwersytetu w Madrasie, członek najwyższej warny – kasty kapłańskiej, choć kapłanem nie był, z racji przynależności do niej musiał być człowiekiem natchnionym duchowo i charakteryzować się umysłem czystym od złych myśli i emocji, czyli sattwicznym, który w dharmie płynącej z jego własnej natury powinien zawierać w sobie między innymi samoopanowanie, wyrozumiałość, prawość, wiarę w duchowe prawdy, i takim był w istocie ten urzędnik brytyjskiej administracji średniego szczebla.

     Świetności duchowej swego dziadka, który był sanskryckim uczonym, no i wysokim urzędnikiem Kompanii Wschodnioindyjskiej, na pewno nie osiągnął, ale wspomniane wyżej cechy były wystarczające, by pozwolono mu w roku 1882 zostać szeregowym członkiem Towarzystwa Teozoficznego, dzięki czemu, po utracie posady w administracji kolonialnej, mógł się przenieść z dziećmi (twoja matka już nie żyła) do Madrasu, w pobliże siedziby Towarzystwa. Należący do niego Hindusi byli zapewne równie egzaltowani jak nawiedzeni Europejczycy działający w nim na zazwyczaj wyższych szczeblach, a wszyscy spragnieni przywództwa duchowego na miarę „nowych czasów” – potrzebujących nowego awatara czy nowego Mesjasza, którego, jak już wspomniałem, znaleźli w tobie, dziecku obdarzonym według jasnowidza Charlesa Leadbeatera (1847-1934), niezwykłą aurą duchową, wręcz boską. Przy okazji nadmieńmy, że miałeś nieprawdopodobne szczęście, gdyż nieco wcześniej pan Leadbeater odkrył Maitreję w ciele znacznie bardziej od ciebie przystojnego i inteligentnego chłopca Huberta van Hooka, syna Sekretarza Generalnego Towarzystwa Teozoficznego w Stanach Zjednoczonych, którego za namową pani Besant porzuciła w roku 1909 żona, wyruszając wraz z synem do Adyaru, by tam, pod okiem Leadbeatera, przygotował się on do czekającej go wspaniałej roli. Ten wybrał jednak ostatecznie ciebie, zapewne w przekonaniu, że łatwiej poddasz się jego wpływom, a Annie Besant ten wybór zaakceptowała.  

     Stop, nie tak szybko! Pozwól, że przez chwilę powrócę do twoich związków nie z tą początkowo dziwną i groźną panią,  która pod wpływem przepowiedni Leadbeatera  postanowiła ci w pewnym sensie matkować, lecz z twą biologiczną matką imieniem Sanjeevamma, osobą bardzo religijną i zarazem medialną w ówczesnym znaczeniu tego słowa, czyli będącą znakomitym medium, która spośród jedenaściorga dzieci postanowiła jedynie ciebie urodzić w pokoju stanowiącym rodzaj domowej świątyni, zwanym puja, co było sprzeczne z panującymi w domach hinduskich zwyczajami, mało tego wezwała rankiem znanego astrologa, by postawił horoskop, czego też nigdy wcześniej nie czyniła. Wynikało z niego, że wyrośniesz na Wielkiego Nauczyciela, ty, chłopiec nie tylko tak wątły i chorowity, że cudem nie umarłeś mając zaledwie dwa lata, a później przez rok nie chodziłeś do szkoły z powodu ustawicznych krwotoków z nosa i ust, lecz traktowany nawet przez wielu nauczycieli jako chłopiec umysłowo niedorozwinięty, który zamiast zaglądać do książek czy zeszytów wolał zapatrzyć się w chmury lub spoglądać w nieokreśloną dal.   

     Bity i szykanowany w szkole przez kolegów, nie uczestniczyłeś rzecz jasna w pozaszkolnym życiu grupy rówieśniczej, spędzając z matką  wszystkie wolne chwile i biorąc udział w odprawianych przez nią obrzędach. Można by bez przesady rzec, że matka aż do ostatniego jej tchnienia była całym twoim światem. Twoje zdolności metapsychiczne, które ujawniły się, gdy miałeś osiem czy dziewięć lat, były przecież nie tylko genetycznym odwzorowaniem takich samych zdolności, które miała twoja matka, rozmawiając w twej obecności ze swą kilka lat wcześniej zmarłą córeczką zawsze w tym samym miejscu w ogrodzie, gdzie po pewnym czasie też zacząłeś swą zmarłą siostrę dostrzegać, a następnie tak jak i ona eteryczne aury otaczające ludzi (w ogóle każdą żywą istotę, nawet rośliny), w których zapisana jest dla oczu wtajemniczonych (jasnowidzów) całkowita wiedza o nich, o czym wspomniałeś w  pamiętniku z 1913 roku, w osiem lat po śmierci matki. Po dwu kolejnych latach twój ojciec odszedł na emeryturę, a rodzina popadła w taką nędzę, że gdy po pierwszej odmowie zlitowała się wreszcie nad wami Annie Besant i mogliście się przenieść w styczniu 1909 roku, tak ważnym roku dla dalszych twoich losów, do nędznej chaty w pobliżu Adyaru, byłeś, tak jak i całe twoje rodzeństwo, skrajnie wychudzony, miałeś krzywe zęby i cierpiałeś na uporczywy kaszel.

                                       

             Cdn.

12:39, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 sierpnia 2010
Jestem podglądaczem

     Jest to zajęcie jak każde inne. Przynajmniej w dzisiejszym świecie, ponieważ dawniej starano się to robić ukradkiem, no i możliwości techniczne podglądania były choćby za czasów Romea i Julii Szekspira a thousand times the worse  (tysiąc razy gorsze) w porównaniu z tymi, którymi może dysponować współczesny podglądacz. Pamiętam, że w domu dziecka podglądaliśmy podczas kąpieli w wannie kucharkę oraz kierowniczkę domu dziecka. Kucharka, prosta ryża baba, była oczywiście piersiasta i dupiasta jak trzeba, a jej rubensowskie kształty z trudem mieściły  się w naszym polu widzenia, natomiast pani kierowniczka, dawna lwowska dama, była jej zupełnym przeciwieństwem, co znakomicie dopełniało w naszych młodocianych zmysłach oba skrajne bieguny kobiecości. Do podglądania wystarczały nam wywiercone ręcznie dziurki w łazienkowych drzwiach, zalepiane dla niepoznaki szarym mydłem. Koleżanek podglądać nie musieliśmy, bo ćwicząc na trzepaku nie miały na sobie majtek, a kikowanie w dekolty rozciągniętych po tysięcznym praniu bluzek nie nastręczało najmniejszych trudności. Tylko nieliczne, bardziej rozwinięte dysponowały cyckonoszami, równie znoszonymi, które ich piersi nie opinały nazbyt dokładnie, gdyż o biustonoszach elastycznych nikomu się jeszcze wówczas nie śniło. Starsi wychowankowie nie musieli ich zresztą podglądać, ponieważ wygłodniałe uczuciowo dziewczyny stanowiły łatwy łup, drżąc jedynie przed niechcianą ciążą…

     Dzisiaj podglądanie bywa tak jak dawniej zajęciem amatorskim, ale nie tylko, ponieważ istnieje cała armia zawodowych podglądaczy, którzy dla potrzeb określonych portali internetowych wyruszają każdego wieczoru na żer. Oczywiście z kamerami noktowizyjnymi. Wydawałoby się, że we Wiedniu, nad pięknym modrym Dunajem, rozbrzmiewają o tej porze jedynie walce jednego z braci Straussów, a okazuje się, że za wszystkimi krzewami śródmiejskich zieleńców odbywa się ruchanie na całego i we wszelkich możliwych pozycjach. Leciwą damę w wytwornym futrze, którą ta jedną ręką podwija wraz z suknią, drugą ręką opierając się o pień starego drzewa, rąbie od tyłu młody Murzyn w drelichowym ubraniu. Elegancko ubrana dziewczyna obciąga lachę zgredowi z tatuażami na obu ramionach, który obryzguje jej twarz nasieniem. Mimo ciemności widać i słychać ich wyraźnie, a ruchoma opaska osłaniająca oczy nie zapewnia im bynajmniej anonimowości. Te scenki uchwycone na żywo budzą we mnie niesmak, ale zapewne są jak najbardziej w smak milionom internautów, którym Big Brothery już widocznie nie wystarczają…

     W tytule napisałem jednak, że też jestem podglądaczem, muszę więc wyjaśnić, na czym moje podglądanie polega. Otóż pewnego dnia, gdy na estradzie przy iwonickim deptaku trwał w ramach Międzynarodowego Festiwalu Cygańskiego występ zespołu z Syberii, złożonego z Cyganów nieco podrasowanych, jak kradzione przez nich kiedyś konie, którym przed wystawieniem ich na targu podwiązywali ogony i podsmarowywali boki oraz grzbiety odpowiednią pastą, by po wypucowaniu sierść miały błyszczącą na glanc, a wśród nich (Cyganów, nie koni) brylowała śpiewaczka rzeczywiście wysokiej klasy, z głosem wyszkolonym w dobrym konserwatorium muzycznym, szedłem sobie górną ścieżką leśną na wysokości „Bełkotki” i w momencie, gdy ta śpiewaczka zaczęło po mistrzowsku śpiewać Oczi cziornyje, piosenkę świetnie tu dzięki wiatrowi słyszalną, usłyszałem tuż przed sobą inny głos. Młody chłopak w teatralnej pozie i z oczami skierowanemu ku niebu, dlatego mnie nie widział, wydzierał się na cały głos:

 

                Dosyć często rozważam
                Co jest warte me życie
                Setka zgranych kawałków
                Miraż bycia na szczycie
                W takich chwilach najczęściej
                Ruszam gdzieś w Połoniny
                Tam zmęczony wspinaczką
                Człowiek staje się inny

                   Ref. (2 x)
                   Tam na dole zostało wszystko
                   Wszystko to co cię męczy
                   Patrząc z góry wokoło
                   Świat wydaje się lepszy


                Uczesane przez wiatry
                Gołe szczyty Połonin
                Proszą byś po nich poszedł
                Biesom, Czadom się skłonił
                Z twarzą mokrą od deszczu
                Przeziębnięty, zmęczony
                Od złych rzeczy na dole
                Jesteś mgłą oddzielony

 

     I znowu refren: Tam na dole zostało wszystko /  Wszystko to co cię męczy /  Patrząc z góry wokoło / Świat wydaje się lepszy, dwukrotnie powtórzony, po czym głęboki ukłon, ręce rozdające pocałunki z oczami zwróconymi w kierunki niewidzialnej publiczności – i wtedy solista mnie zobaczył, zaklął:  „A niech to diabli!”, i zbiegł pędem w dół, przez chaszcze, byle skryć się przed moim wzrokiem. W tym momencie Cyganka sybirska brawurowo zakończyła swoją pieśń i Oczi cziornyje, oczi dziwnyje, oczi strasnyje i prekrasnyje również uleciały w siną dal w grzmocie oklasków, więc ja też, poruszony, a zarazem rozbawiony ruszyłem przed siebie, medytując nad scenką, w której wziąłem udział z najzupełniejszego przypadku, stając się jednak podglądaczem, cóż że mimowolnym.

    Przeszedłem kilkadziesiąt metrów i przy transformatorze poszedłem w prawo, zaglądając w pierwsze krzaki, gdzie niedawno zebrałem kilka rydzów. Wycofując się tyłem znalazłem się ponownie na ścieżce – oznakowanym szlaku wiodącym na Górę Przedziwną lub Żabią. Nagle z boku nadbiegła pani w średnim wieku, błyskawicznie zdjęła majtki, wypięła nagi tyłek i zaczęła sikać, popierdując głośno kilka razy. Stałem metr od niej i nie wiedziałem, co mam zrobić, szczęściem po chwili nadszedł pan z laską, spojrzał na mnie i z wyrzutem w głosie powiedział: „Hanka, czy ty wstydu nie masz?!” Pani Hanka uniosła oczy i zaklęła tak jak tamten solista: „A niech to diabli!” i z gołym tyłkiem, podciągając majtki w biegu uciekła stamtąd jak niepyszna w dół, nie oglądając się do tyłu. Pan z laską pokuśtykał w ślad za nią…

    A ja? Ja wracam do rozmów z Krishnamurtim, bo czas na finał.

 

                             

Na portalu gminnym zabrakło zdjęć z ubiegłorocznego Festiwalu Cygańskiego, bardzo lubianego przez kuracjuszy i wczasowiczów (może dlatego po raz pierwszy od wielu lat w tym roku się nie odbył?), przeto jestem zmuszony do podwatowania tego postu innym zdjęciem z ubiegłorocznej imprezy, którą zresztą opisałem na moim blogu, posiłkując się wówczas zdjęciem z innej imprezy, gdyż aktualne opublikowano z zaledwie dwumiesięcznym opóźnieniem.

04:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 87)

     Już najwyższy czas rozstać się z tobą. Gdy byłem kiedyś w Indiach, słyszałem o różnych duchowych przewodnikach, którzy obiecywali takim jak ja wskazać  najkrótszą drogę wyjścia z chaosu cierpienia i udręki, pozwoliłem się nawet raz wtłoczyć do autobusu, którym jechano na spotkanie z jednym z takich Mistrzów; instynktownie wiedziałem jednak, że to nie jest moja droga, ale dopiero teraz, podczas rozmów z tobą, drogę tę, tak mi się przynajmniej wydaje, odnalazłem. I oczywiście zamierzam po niej iść sam, bez żadnych przewodników, lasek i podpórek. Jedna z twoich książek wydanych po polsku nosiła tytuł Przemiana człowieka (Madras 1955); drugi człon tytułu wyróżniony został dużą literą – z tą paskudną manierą stylistyczną próbowałem wielokrotnie walczyć w czasie naszych rozmów, nie zawsze skutecznie. W pewnym sensie rozumiem ten zabieg, bo nie o zwyczajnego człowieka przecież chodzi, lecz o człowieka wyzwolonego, a więc człowieka przez duże C; nie o zwykłe życie, lecz o życie pełne, a zatem życie przez duże Ż, etc. Ta dygresja jest jednak nieistotna, istotne jest to, czy w toku tych rozmów trwających ponad sto dni dokonała się we mnie zasadnicza przemiana, czy nie. Myślę, że tak, ale na pewno będę to wiedział dopiero z chwilą żegnania się z tym światem, ponieważ nic w życiu nie dzieje się raz na zawsze…

 

                      

                      (Krishnamurti rishi, czyli mędrzec, mistrz mądrości)

 

     Mógłbym oczywiście rozmowy te na siłę kontynuować, szukać książek, do których nie dotarłem, ale nie widzę w tym najmniejszego sensu. W nabywaniu, gromadzeniu, ale w przesadnym dzieleniu się z innymi też. Wprawdzie kilka Twoich książek również zgromadziłem, lecz długo pokrywały się one kurzem, zanim po nie sięgnąłem, by podzielić się innymi tym, co stało się dla mnie wskazówką do dalszej wędrówki. Nie drogowskazem, gdyż ten nie pozostawia żadnej wątpliwości co do jej kierunku, a wątpliwość taka jest konieczna, by znowu nie zejść na manowce. Podkreśliłem kursywą dla mnie, nie chcę bowiem tak jak i Ty pełnić funkcji przewodnika, ściślej: wejść w rolę wiceprzewodnika po rozdrożach ludzkiego życia. Przez moment się zastanawiałem, czy te rozmowy-przemyślenia opublikować, przeważył jednak we mnie instynkt pisarski, bo żaden pisarz nie lubi pisać do szuflady. Ponadto uważam, że sztuka ładnego pisania, jak i mówienia, coraz bardziej zanika. Powinienem poprzedzić ten rzeczownik innym przymiotnikiem, bo chodzi rzecz jasna o sztukę mądrego pisania, czy mądrego mówienia, tak jak to było w twoim przypadku, Krishnamurti. Moje ja zapewne chętnie by sobie i ten przymiotnik przywłaszczyło, jednakże już potrafię je ograniczyć prawie do minimum i poddać się osądowi innych. A zatem rzucam te słowa na wiatr, w nadziei, że ktoś je pochwyci i zasieje w sobie. Słowa twoje, ale w pewnej mierze i moje, bo też zaświadczam je całym swoim życiem.

 

              

                                  [Iwonicz-Zdrój, wrzesień 2008 – styczeń 2009]

 

                                                                       Cdn.,

ale po czterodniowej przerwie związanej z koniecznością nabrania oddechu oraz napisania posłowia. W tym czasie zamieszczę tekst Jestem podglądaczem, napisany przeze mnie przed rokiem, ale jak najbardziej aktualny, ponieważ w miesiącach letnich na „imperialnej estradzie” ustawionej przy zdrojowym deptaku w Iwoniczu-Zdroju, tak jak zapewne przy wszystkich zdrojowych deptakach w naszym kraju, produkują się, często na siłę i w oprawie artystycznej bardziej niż żałosnej, różne zespoły, żeby zabawić P.T. Strasznych Kuracjuszy, jak by zapewne napisał w jednym z swych zjadliwych utworów Tadeusz Boy-Żeleński, przy którym słówka Janusza B. Roszkowskiego to paszkwile wręcz sielankowe, brzmiące niemal jak bukoliki, pastorele czy skotopaski…

08:30, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 86)

     O nałogowcach. „Niechże będą takimi, jakimi są. Jeśli ktoś chce się naprawdę zmienić, zmiana się dokonuje. Natomiast oni intelektualnie chcą się zmienić, a wrażeniowo i emocjonalnie wciąż ich pochłania przyjemność palenia, picia lub narkotyzowania się. I pytacie: co mają zrobić? Chcą to rzucić, a jednocześnie nie chcą; powiedzcie, jak można pogodzić jedno z drugim? Tak ujęte wydaje się to śmieszne, ale w istocie o to właśnie pytacie”. Największym naszym nałogiem jest konieczność posiadania możliwie największej ilości uzależnień, a największym uzależnieniem jest uzależnienie od własnych niepełności. Gdy osiąga ono punkt kulminacyjny, nazywamy to pełnią szczęścia.

 

     O Królestwie niebieskim. „Gdy pytacie, czy zdobędę Królestwo niebieskie życia służeniem, na wzór Chrystusa?, służenie wasze traci cały swój sens i wartość, bo staje się tylko środkiem do czegoś innego; główne zainteresowanie kieruje się ku innemu celowi, którym, w tym wypadku, jest Królestwo niebieskie. W zamian za szlachetne postępowanie oczekujecie nagrody, zapłaty, jest to więc rodzaj handlu; jak przeważnie całe nasze życie. W takim razie wasze miłosierdzie czy szlachetność nie mają żadnej wartości. Jeśli jesteście dobrzy dla mnie, licząc na otrzymanie jakiejkolwiek za to zapłaty, cóż za wartość ma wasza dobroć? Całe nasze życie jest takim interesownym procesem. Obawiamy się po prostu żyć. Dopiero gdy nam zamigoce przed oczyma jakaś pociągająca, ponętna nagroda, zdobywamy się na szlachetny uczynek; a więc działamy nie dla rzeczy samej w sobie, lecz dla otrzymania nęcącej zapłaty. Innymi słowy działamy dla zysku, jaki nam dany uczynek może przynieść. To samo dotyczy i naszych modlitw”.

 

     Najkrótsza droga. „Strzeżcie się ludzi, którzy wam zechcą pokazywać najkrótszą drogę. Bowiem nie istnieje inna droga wyjścia z chaosu cierpienia i udręki jak poprzez te same udręki i cierpienia. Gdy nareszcie zdacie sobie sprawę z ułudy wszelkich ucieczek – problem, od którego chcieliście uciec, odsłoni wam całe swoje znaczenie, a dogłębne wniknięcie weń oswobodzi myśl i serce od cierpienia”.  Najkrótsza droga jest zawsze drogą najdłuższą, drogą bez kresu – i bez powrotu.

 

 

[na podstawie: J. Krishnamurti Ku wyzwoleniu. Przekład Wandy Dynowskiej. Biblioteka Polsko-Indyjska 1969; pierwsze wydanie 1958.]

 

 

                                                                   Cdn.

08:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 85)

     To, co mówię, jest takie proste. „Nie chodzi tu o zrozumienie mnie, dlaczegóż byście mieli mnie koniecznie rozumieć? Prawda nie jest moją własnością. Trudno wam zrozumieć moje słowa, bo myśl wasza jest przytłoczona niezliczonymi pojęciami i wyobrażeniami. A przecież to, co mówię, jest takie proste. Oczywiście, iż nie jest to dla wybranych, lecz dla każdego, kto zada sobie trud spróbowania i sprawdzenia tego własnym doświadczeniem. Mówię, iż jeśli uwolnicie się od pojęć, wierzeń, wyobrażeń i wszelkich form zabezpieczeń się, jakie ludzie sobie wymyślili w przeciągu wieków, zrozumiecie życie. Więc trudność nie polega na rozumieniu mnie, lecz samego życia. Trudność ta będzie trwać, dopóki jesteście obarczeni świadomością, którą nazywamy ja. Nie mogę przekazać wam rozumienia istotnych wartości, ale możecie odkryć je sami, gdy staniecie się prawdziwie indywidualni, a przestaniecie być automatami. Można wyrwać się z tego zabójczego systemu fałszywych wartościowań, gdy ma się w duszy rzetelny, dogłębny bunt”. Już kilka razy zaznaczyłem, że właśnie dlatego to, co mówisz, jest takie trudne bardziej do wcielenia tego w codzienną praktykę życiową niźli do zrozumienia, gdyż jest takie proste!

 

     Istnieje możliwość wyzwolenia się. „Powiadam, że istnieje możliwość wyzwolenia się od wszelkiego cierpienia i życia pełnią, wspaniałą, całkowitą, wieczystą, ale potrzeba na to zupełnego otwarcia się ku życiu, bez żadnych schronień ani ostoi, nie pozostawiając sobie ani jednego punktu, na którym myśl mogłaby spocząć, w który serce mogłoby się schronić w chwili trudności i rozterki”. Ani jednego punktu, który w zależności od tego, co uznajemy za nasze potrzeby, nazywamy punktem procentowym (w terminologii bankowej), punktem g (w erotyce; u mężczyzn znajduje się on między jądrami a odbytem), względnie punktem widzenia (jako miarą naszej wewnętrznej ślepoty).

 

     O pamięci. „Według mnie pamięć jest oznaką niecałkowitości przeżycia, nieogarnięcia go do dna. Jeśli coś przeżywamy w pełni, do końca niejako, nie pozostawia to za sobą śladu w formie pamięci, ale gdy przeżywamy coś połowicznie, cząstkowo, pozostaje ślad tego jako pamięć. Czyż tak nie jest?” Tak jest na pewno, o czym świadczy fakt odwrotny, że natychmiast po przeczytaniu tego, co mówisz, staramy się wyrzucić to z pamięci…

 

     Konsekwencja w zasadach. „Dlaczego chcecie być konsekwentni? Ponieważ nie potraficie wyjść życiu naprzeciw, prosto, otwarcie, odważnie, przeto mówicie sobie, że musicie się kierować w życiu takimi a takimi zasadami, i oczywiście staracie się być im wierni. Toteż nie możecie zrozumieć prosto, całkowicie i dogłębnie żadnego doświadczenia, bo zbliżacie się do niego obciążeni pamięcią swoich zasad i poprzez nie widzicie i przyjmujecie każdą rzecz. Umysł nasz nauczył się ostrożności, przebiegłości, działania ostrzegawczego i przewidującego, i z tym podejrzliwym nastawieniem zbliżamy się do wszystkiego, co na nowo staje na naszej drodze, czyli nie spotykamy nigdy życia takim, jakim ono jest w momencie przyjścia, a zawsze poprzez dawne wspomnienia, dawne wnioski, urobione pojęcia i założony z góry stosunek do niego”.

 

                                                        Cdn.

08:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 84)

     O materialnym i duchowym zabezpieczaniu się. „Właściwą przyczyną dążenia do materialnego czy duchowego zabezpieczenia się jest zawsze ta sama chęć ujścia od trudności życiowych. Pragnienie zabezpieczenia się materialnego przejawia się w pożądaniu dobrej posady, znacznego kapitału, wpływowego stanowiska, w chęci posiadania naukowych stopni, czy wyróżniających tytułów i wszelkich innych bezsensownych wyodrębnień. Szukając zabezpieczenia się duchowego, stwarzacie formy religii i systemów filozoficznych, które was niewolą i wami rządzą; stajecie się ich niewolnikami, toteż według mnie utrudniają wam one zdobycie twórczego rozumienia i paczą wasze wartościowanie. Istnieje również inna forma zabezpieczania się, a mianowicie zagłuszanie się w tak zwanym służeniu, w pracy na rzecz innych; w istocie w różnorodnych formach działalności społecznikowskiej usiłujecie znaleźć ucieczkę od siebie, od konieczności stawienia czoła własnym walkom i rozterkom; to wszystko jest tylko różnymi odmianami i formami ucieczki od życia”.

 

     Technika a talent. „Mogę dać komuś farby, pędzle, paletę i płótno, ale nie mogę stworzyć z niego malarza, tylko w nim samym musi tkwić talent, tylko on sam może go z siebie wydobyć i ujawnić. W waszym dążeniu do duchowości wciąż się oglądacie za kierownikiem, nauczycielem, zbawcą, ja zaś powiadam, iż nic i nikt na świecie nie może was oswobodzić od rozterek i cierpienia. Można wam podać materiały, narzędzia, jak te służące do malowania, ale nikt nie jest w stanie wam dać żywego, twórczego płomienia intensywnego życia. Mówimy zawsze o technice, ale wszak nie technika jest na pierwszym planie; najpierw trzeba mieć w sobie płomień twórczy, a dopiero potem myśleć o technice. Ale mówi się nieraz: Tak, ale najpierw muszę się nauczyć od kogoś techniki, a gdy ją posiądę, zacznę malować. Istnieje wiele książek traktujących o technice malarstwa, ale nawet doskonałe jej opanowanie nie stworzy z człowieka artysty. Tylko gdy stoimy o własnych siłach, zupełnie sami, bez nauczycieli i mistrzów, możemy znaleźć Prawdę. To przede wszystkim należy zrozumieć”.

 

     Nie analizujemy słonecznego światła. „Wszak nie analizujemy słonecznego światła; ono jest, ono trwa. Tylko czasem, gdy słońce na długo się skryje, mówimy o jego promieniach. Podobnie jest z miłością i ze współczuciem”.  Podobnie jest ze wszystkim, co dla nas ważne lub nieważne, gdyż miara ważności nie jest wartością stałą szczególnie dla tych, którzy czekają na ukazanie się słońca, nawet gdy jest ono w zenicie. Ci inni, bardzo nieliczni, wiedzą, że trzeba mieć w sobie swoje własne słońce.

 

     Czy możliwe jest działanie bez celu. „Cóż byśmy zrobili w naszym codziennym życiu nie mając celów? W tym powszednim życiu trzeba mieć jakiś plan działania. Ale gdy przychodzi okrutne, dojmujące cierpienie, gdy stajemy przed jakimś wielkim przełomem, który żąda natychmiastowej decyzji, wówczas działamy nie oglądając się na żaden cel, wówczas nie kierujemy się żadna pobudką, bowiem całą naszą istotę pochłania ten ból i chęć, by sięgnąć w głąb, by zrozumieć i podjąć właściwą, słuszną decyzję”. Nie chodzi ci oczywiście o celową bezcelowość, która zastępowałaby wszelkie działania.

 

                                                                Cdn.

07:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 83)

     O wyzyskujących i wyzyskiwanych. „To wy sami stwarzacie wyzyskujących. Kapłani wszystkich wyznań wyzyskują was dzięki waszej żądzy pociechy i chęci ucieczki od własnego życia; chcecie ujść od wewnętrznych konfliktów i oszukać siebie, aby nie widzieć własnej nędzy i beznadziejnej szamotaniny, przeto szukacie u nich oparcia i chcecie znaleźć w nich pośrednika pomiędzy sobą a tym rozumieniem i mądrością, które się zdobywa tylko samemu, i właśnie dzięki temu stwarzacie z nich wciąż wyzyskujących. Tam, gdzie istnieje chęć zdobywania i posiadania materialnych czy psychicznych dóbr, tam znajdzie się zawsze wyzyskujący i wyzyskiwany. Zapytujecie mnie: Czy możecie zajrzeć w moje serce, by twierdzić, że wyzyskuję? Powiem wam więc, na jakiej podstawie to twierdzę. Otóż, gdybyście nie wyzyskiwali nikogo, zrozumielibyście sami tę żywą prawdę, tę rzeczywistość, o której mówię, i życie wasze byłoby proste, naturalne, radosne jak życie kwiatu. Ale w waszej żądzy posiadania wciąż chwytacie, co się tylko da, chcąc to sobie przywłaszczyć, i stwarzacie systemy, metody, organizacje, które wyzyskują innych”.

 

     O przeintelektualizowaniu życia. „Przeintelektualizowaliście wasze życie i zatraciliście zdolność prostoty, wasze teorie, wasz intelekt niszczą was i zżerają. Nazywacie siebie tolerancyjnymi, bowiem umiecie przeintelektualizować wszystko, co mówię, a tym samym obedrzeć to z żywej treści i znaczenia, aby móc dalej grzęznąć w swych próżnościach, dążeniach do władzy i niezliczonych ułudach. Zatraciliście zdolność rzetelnego myślenia i czystego uczucia. Staliście się tak obłudni, iż zatraciliście nawet zmysł tego, co jest proste, prawdziwe, normalne. Nie żyjecie; w uczuciach waszych nie ma głębi ani świeżości, ani tego przedziwnego aromatu czującego rozumienia; a ja twierdzę, że tylko tam, gdzie jest głębia myśli i uczucia, może zaistnieć przedziwna rzeczywistość pełni życia”.

 

     Człowiek stworzył Boga. „Człowiek stworzył Boga na własne swoje podobieństwo, wedle obrazu, jaki sobie urobił na podstawie świętych ksiąg, filozofii i przeżyć mistyków; stworzył go z własnej tęsknoty i oczekiwania, wyobraźnią podtrzymywaną przesądem, zasilaną cierpieniem, szukaniem oparcia i pociechy. Twierdzę, że istnieje wieczna, żywa, rzeczywista prawda, a jak się ją nazwie – Bogiem, Życiem, Miłością czy Prawdą – nie ma znaczenia; ale nie da się jej nigdy opisać ani słowami wymierzyć”. To stwarzanie na własne podobieństwo wydaje się być niepodobieństwem przede wszystkim tym ludziom, którzy stwarzają pozory, że w ogóle istnieją.

 

     Jeszcze jedna dwoistość. „Wszystkie autorytety – religijne, polityczne, moralne – są naszym własnym wytworem. Stworzyliśmy je dzięki wewnętrznej pustce, a teraz chcemy się od nich uwolnić, wierząc, iż w miarę ewolucji, w miarę naszego stopniowego rozwoju wniesiemy się ponad nie i ustalimy swe własne wewnętrzne prawo, swój wewnętrzny autorytet, który lubimy nazywać duchowym głosem, lub naszą wewnętrzną prawdą, a nawet utożsamiać ten głos z prawem kosmicznym, lecz w istocie stworzyliśmy tylko jeszcze jeden podział, jeszcze jedną dwoistość”. Jest jeszcze własne wewnętrzne bezprawie, gdyż pustoszenie siebie w imię tego, co nazywamy postępem, a co jest ciągłym wewnętrznym regresem, jest krzyczącą niesprawiedliwością wobec tego, co powinno być istotą życia i nas jako jego esencji – wzmagająca się siła, a nie postępująca martwota!  

                                                                                      Cdn.

06:41, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 82)

     Gdybym mówił. „Gdybym mówił wiem, aby was przekonać i pociągnąć za sobą, należałoby i mnie się wystrzegać, ale ja mówię tylko, że dla mnie przestały istnieć cierpienie i walka; a co się rozciąga poza tym, tego wam nie zdołam przekazać”. Ściślej: próbowałeś przekazać; nawet niedawno temu mówiłeś o możliwości osiągnięcia szczęścia, które jest absolutną, samowystarczalną pełnią, ale czy chciałeś przez to powiedzieć, że tylko tobie udało się zakosztować tego szczęścia, a nam pozostaje jedynie walka i cierpienie?

 

     Jeden z moich znajomych. „Ale z samego wyrzekania się nie rodzi się zdolność rozpoznawania prawdziwych wartości. Jeden z moich znajomych powiedział mi przed paru dniami: Odrzuciłem organizacje, rytuały, zrzeszenia, religie. Szedłem za tobą, a teraz odrzuciłem i to, co ty mówisz. I sam już nie wiem, gdzie jestem; wiem jedno, że nic nie rozumiem. Sądzę, iż wielu z moich słuchaczy jest w podobnej sytuacji. Twierdzę więc, że nie ma prawdziwego wyrzeczenia bez prawdziwego rozumienia…” Najpierw trzeba prawdziwie rozumieć, czym jest prawdziwe wyrzeczenie – można wyrzec się wszystkiego, oprócz siebie pozostającego poza wszelkimi wyrzeczeniami, ale na pewno nie poza wszelkim rozumieniem. Zresztą właśnie o tym będziesz zaraz mówił w kolejnych hasłach-akapitach.

 

     Idee. „Trzymanie się jednej czy paru idei i całkowite identyfikowanie się z nimi jest chorobliwe; takich ludzi zamyka się w domu wariatów. Idee są jak woda, którą nalewamy z płynącej rzeki do małego naczynia. Gdy trzymamy się uparcie jednej idei, ta nas niszczy, bo jak woda zamknięta w naczyniu, tak i ona psuje się w stagnacji. Ale jeśli sami jesteśmy w prądzie życia i płyniemy razem z pędem strumienia, wówczas o przywiązywaniu się do poszczególnej idei i kurczowym trzymaniu się jej nie ma mowy. Można uwolnić się od jakiejś idei czy wyobrażenia tylko przez głębokie zrozumienie jej istotnej wartości, ale samo odrzucanie lub przyjmowanie idei i wyobrażeń nie jest jeszcze rozumieniem. Żyć prawdziwie rozumnie to żyć całkowicie, żyć cały czas pełnią, to sięgać do dna każdej myśli, każdego uczucia, to spotykać każde zdarzenie i przeżycie całym sobą, integralnie; jedynie wtedy żyjemy w tym wieczystym teraz, a tylko w nim zawiera się istotne rozumienie. Człowiek o takiej inteligencji jest zarówno ponad ateistą, jak i ponad wierzącym czy bogobojnym. Jest on przede wszystkim ludzki, jest do głębi człowiekiem, a więc i prosto, naturalnie pomocnym zawsze i wszędzie. I to dopiero jest służenie, a nie owa fałszywa idea służenia, czczona w pewnych środowiskach przez tych, którzy mienią się być lepszymi od innych, co prowadzi jedynie do gloryfikacji swego ja, a więc jest obłudą”.

 

    O odczłowieczaniu. „Pytacie, czy moja nauka nie sprowadza się do rady, by jednostki odczłowieczyły się? A czy dziś uważacie siebie za tak bardzo ludzkich, że ja mogę was odczłowieczyć? Jeśli tak, to powinniście podnieść bunt przeciw mej nauce i moim radom; na nieszczęście jesteście zbyt potulni i bierni, tak w waszym uznawaniu moich nauk, jak i w niezgadzaniu się z nimi, czy w proteście”.

 

     Kto jest pełnym człowiekiem. „Ten jest pełnym człowiekiem, kto urzeczywistnił wolność integralnego czynu przez głębokie rozumienie prawdziwej wartości wszystkiego, co się składa na jego myślowe i uczuciowe życie”. Stąd w obecnych czasach, gdzie idea taka już nawet nie jest głoszona przez technokratów, będących współczesnymi „nauczycielami ludzkości”, taki pyszny rozkwit niepełności w prawie wszystkich wytworach rąk i myśli ludzkich.

 

                                                                     Cdn.

03:21, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 81)

     Jednością silni, ale indywidualnością też. „Twierdzę, że dopiero gdy zrozumiecie właściwą funkcję i zadanie indywidualności, możecie znaleźć wyjście z dzisiejszego chaosu. Według mnie indywidualność powinna wyrażać się w dziedzinie myśli, a nie w świecie działania, to znaczy trzeba myśleć samodzielnie, głęboko, niezależnie od tradycji i przyjętych zwyczajów, nie obawiając się niczyjej opinii ani krytyki, ale dla zapewnienia sobie środków utrzymania trzeba współdziałać z innymi, razem tworzyć plany, razem pracować. Człowiek przez swą zaborczą chciwość zbudował to, co nazywa dziś cywilizacją, wysoko ją ceni i uparcie się jej trzyma, ale budowa oparta na żądzy zysku, na wyścigu polegającym na pięciu się w górę ku złudnym wyżynom i pustym wartościom, nie może być trwała, musi wcześniej czy później runąć. Pytacie mnie, jaka na to rada. Nie ma jakiejś jednej ogólnej rady, ale każdy może indywidualnie, a przez to samo i kolektywnie, wyrwać się niejako z systemu, który jest tej cywilizacji wytworem”.

 

     Szacunek. „W tej chwili macie na przykład wielki szacunek dla mnie, bo się wam zdaje, że posiadam coś, czym się mogę z wami podzielić, ale gdyby ten szacunek miał istotną wartość, wyrażałby się w stosunku do wszystkich ludzi, a nie tylko do mnie jednego”.

 

     Jeśli jestem głodny. „Jeśli jestem głodny, jeśli mnie coś dojmująco boli, cóż mnie mogą obchodzić wasze zapewnienia, że w przyszłym życiu nie będę już cierpiał głodu, a zakosztuję radości? Jest to ważne dla tych, którzy to głoszą, lecz nie dla tego, kto cierpi. I wy za wszelką cenę chcecie doznać ulgi w waszym obecnym nędznym, ciasnym, chaotycznym istnieniu, i gotowi jesteście poddać się wyzyskowi innych i sami wyzyskiwać znużenie oraz łatwowierność ludzi, byle tę ulgę znaleźć. Dlatego nie ma piękna w waszym czynie, a w waszym życiu radości, tylko ciągłe rozbijanie się w pogoni za władzą, co was jeno oddala od poznania tej całej przepastnej głębi, jaką jest człowiek”.  Człowiek może być przepastną głębią, to prawda, ale sam najlepiej wie, z ilu płycizn się ona składa. Istotne w tym wszystkim jest to, by w głębi nie osiadać na płyciznach, i by nie szukać głębi na płyciznach.

 

     O ciśnieniu i naśladownictwie. „Istnieje nieustanne ciśnienie, które zniewala nas do stosowania się do różnych społecznych form i konwenansów, ciśnienie wywierane najbardziej przez współczesny system wychowania, w którym kamienie młyńskie egzaminów miażdżą młodzież, przyczyniając się do pchnięcia jej w przeciętność na całą resztę życia. Iluż to bezsensownym zwyczajom i tradycjom nieustannie się podporządkowujecie, a tym samym zatrzymujecie rozwój i wyraz swego twórczego życia! Stąd też płynie zupełnie fałszywe rozumienie zadań i funkcji jednostki, czego rezultatem jest naśladownictwo w dziedzinie myśli i uczuć, a współzawodnictwo i wyzysk w dziedzinie czynu. Dostosowywanie się ma wiele rodzajów i form; trzeba mieć jasną i czujną myśl, aby je rozpoznać wszędzie, pod jego wielorakimi subtelnymi pozorami.

     Słuchacie mnie oto i przytakujecie, jakbyście się całkowicie ze mną zgadzali, ale w swych uczynkach nadal po dawnemu podporządkowujecie się innym. A ja mówię: trzeba być albo za tym, albo przeciw temu. Gdybyście mnie rozumieli zarówno myślą, jak i sercem, zaistniałby czyn, i przerwałyby się wszystkie dyskusje, a kompromisy stałyby się niemożliwe. Nie mówilibyście wówczas o mojej czy twojej drodze, bo według mnie nie ma żadnej drogi. Gdzie jest naśladownictwo, które wypływa zawsze ze strachu, tam musi być cierpienie i owa sucha, martwa bezpłodność, którą wy nazywacie samodyscypliną”.

    NAŚLADOWNICTWO WZBRONIONE! Ileż wytworów dzieł rąk ludzkich opatrzono tym zastrzeżeniem, a mimo to zachowujemy się jak jedna z owych trzech sławnych i ponoć mądrych małpek, Mizaru, która zakrywa łapami oczy, by nie widzieć nic złego, jakby naprawdę nie było niczego złego w tym, że naśladujemy wszystko i wszystkich. Bóg Wadzira się mylił: nie uchronimy się przed złem, udając, że nie widzimy zła, nie słyszymy zła i nie mówimy o złu!

 

                                                         Cdn.

03:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 sierpnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 80)

     Jak wyrazić to, co niewyrażalne. „Zarzucasz mi, mój słuchaczu, że wciąż zmieniam swoje pojęcia i twierdzenia. Prawdziwy artysta, gdy maluje, zmienia ustawicznie środki wyrazu, usiłując znaleźć dla swego pędzla coraz to nową technikę; ja też w ciągu tych paru lat staram się znaleźć nową technikę wyrażania, używając tych samych, starych, słów, ale nadając im wciąż inne, świeże znaczenia. Robię eksperymenty ze słowami, starając się znaleźć odpowiednie zdania i zwroty dla wyrażenia tego, czego właściwie nie sposób wyrazić, bo trzeba to przeżyć samemu. Jeśli ktoś nigdy nie zachwycał się wonią jaśminu, zapachu tego nie da się mu przedstawić żadnym opisem. Podobnie słowa moje nigdy nie zdołają wyrazić w pełni tego, co chciałbym wam przekazać. Jak by to było dobrze, gdybyśmy mogli wymyślić nowy język! Na nieszczęście nie da się tego zrobić, usiłuję więc znaleźć jakiś sposób, by wam powiedzieć, jak zbliżyć się do Prawdy. Nie chcę używać mojej techniki do opisu tego, co się pod tym pojęciem skrywa – ta żywa, najwyższa ekstaza nie może być oddana w słowach. Gdy się o niej mówi, staje się martwa. Nie można dyskutować o tym, co jest ponad wszelkie słowa, można natomiast odkrywać to, co nam przeszkadza w poznaniu i przeżyciu tego, co jest istotne i wieczne”.

 

     Jeszcze raz o uzdrawianiu. „Mówiłem, że kiedyś uprawiałem leczenie, a raczej uzdrawianie; teraz zaniechałem tego, gdyż pragnę – jeśli można tak powiedzieć – leczyć serca i dusze ludzi. Moc, która leczy rany i schorzenia fizyczne, jest tą samą, która może uleczyć myśli i serca ludzkie; i to właśnie usiłuję dziś robić. Pragnę pomóc wam w osiągnięciu tej prostej, naturalnej pogody myśli i serca, pozbawionej wszelkiego lęku; pogody, która jest całkowitą harmonią”. Och, Krishnamurti, wydaje mi się, że znacznie łatwiej dotarłbyś do swoich słuchaczy, gdybyś powiedział: „Klienci, którzy zakupią Talizman Życia (artykuł nr 3, teraz tylko 8,28 zł), dający moc uzdrawiającą i nieśmiertelność, otrzymają w prezencie koreańską Monetę Szczęścia (artykuł nr 2), zapewniającą sukcesy w życiu oraz powodzenie w miłości…”!

 

     O wieczności. „Twierdzę, że nieśmiertelność istnieje, że wieczność jest faktem, albowiem sam je poznałem, ale ograniczony umysł nie może nic o nich wiedzieć. Więc przestańcie się nimi zajmować, zwracając raczej uwagę na chwilę dzisiejszą, w której upływa wasze życie, pełne w swych codziennych zdarzeniach tarć, okrucieństw, cierpień i konfliktów. Gdy myśl wasza i uczucia zaczną oswobadzać się od ograniczeń, od złudzeń gromadzonych przez wiele lat, od tego przesmutnego więzienia, w którym tkwicie od wieków, poznacie sami ową nieskończoność, wieczystość, która jest Życiem, Bogiem, Prawdą. Więc żyjcie gorąco, intensywnie w dziś, w teraz, bowiem tylko w teraźniejszości zawiera się wieczność.

     Gdy ktoś pyta, czy istnieje nieśmiertelność, chce zazwyczaj wiedzieć, czy on sam, jako indywidualna jednostka, będzie nadal istniał, lub czy zostanie unicestwiony; czyli myśli, operując odwrotnościami: albo się istnieje, albo się nie istnieje. Jeśli zechcecie ująć moją odpowiedź w płaszczyźnie dwoistości, nie zrozumiecie jej wcale. Strzeżcie się człowieka, który wam powie: znam nieśmiertelność, gdyż oznaczałoby to, że nieśmiertelność jest dlań czymś statycznym, nieruchomym, a to znów byłaby dwoistość: jego ja i tego, co jest nieśmiertelne. A ja mówię, że gdy osobowe ja znika – nastaje nieśmiertelność.

     Postaram się przedstawić to jeszcze inaczej: znamy tylko odwrotności – odwaga i strach, posiadanie i wyrzeczenie się, dobro i zło itd., a całe nasze życie dzieli się na przeciwieństwa – cnota i niecnota, prawość i nieprawość itd., przeto nigdy nie zbliżamy się do niego jako do niepodzielnej całości, mając zawsze tę dwoistość w myśli. Sami stworzyliście ten podział aż stał się nieodłącznym czynnikiem waszej umysłowości, stanowiąc dziś niemal jej podłoże, zacieśniając ją i ograniczając. I z tym ograniczającym pojęciem dwoistości pytacie: czy istnieje nieśmiertelność? Odpowiadam: istnieje; ale na to, by ją zrozumieć, myśl musi być wolna od pojęcia dwoistości. A wówczas poznacie sami, czym jest nieśmiertelność, nieśmiertelność, która nie jest ani ja, ani ty, która jest Życiem”. Dwoistość natury, dwoistość światła, dwoistość natury światła, dwoistość człowieka, dwoistość natury ludzkiej. I tylko nieśmiertelność, natura nieśmiertelności, a może sama dwoistość, natura dwoistości zachowująca homogeniczność (pełną jednorodność)?

 

                                                                          Cdn.

07:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »