RSS
piątek, 25 lipca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 50)

 

Adolf Rudnicki Niekochana. PIW 1961

 

[Po dwu latach dotarłem wreszcie do odcinka 50, w którym przedstawię autora ostatnich już książek beletrystycznych z zeszytów dawnych lektur. Potem pojawi się wprawdzie jeszcze siedmiu autorów takich książek, ale byli oni prezentowani już w poprzednich odcinkach; wtedy nie przeprowadzałem jeszcze selekcji zgromadzonego w tych zeszytach materiału, kierując się wyłącznie kolejnością lektur przeczytanych przeze mnie w latach 1963-1968, a później nie miało to już sensu, bo kto by wiedział, że do jakiegoś odcinka sprzed kilkunastu miesięcy dołączyłem wypisy z kolejnej książki tego autora?

Oczywiście autorów książek beletrystycznych było znacznie więcej – po części będę ich prezentował w późniejszych odcinkach zbiorczo, bo z ich utworów zrobiłem zaledwie trzy-dwa wypisy albo tylko jeden. Wymienię też autorów książek, nierzadko wybitnych, z których nie zrobiłem żadnego wypisu, bo nie każdy pisarz ma aforystyczny zmysł, nie każdy jest producentem złotych myśli. Ale o tym już chyba mówiłem, a teraz trzeba opatrzyć słowem wstępnym autora, któremu zaszczyt wystąpienia w odcinku w jakimś sensie jubileuszowym przypadł z absolutnego przypadku.

Adolf Rudnicki (1909-1990), właściwie Aron Hirschhorn, czołowy w swoim czasie prozaik i eseista. Pochodził z chasydzkiej rodziny żydowskiej. W niedalekim Tarnowie spędził dzieciństwo i młodość. Przed wojną ukończył szkołę handlową i pracował jako urzędnik bankowy, a w wolnych chwilach pisał opowiadania oraz powieść Szczur, która w 1932 roku ukazała się w druku. Pięć lat później wyszła Niekochana, minipowieść o toksycznym związku doprowadzającym bohaterów do granicy szaleństwa, bodajże najpopularniejsza książka tego autora, któremu, wedle mojej opinii, daleko jest do wybitności. 

Jako uczestnik kampanii wrześniowej został wzięty do niewoli, z której udało mu się uciec. W latach 1940-1941 przebywał we Lwowie, gdzie był członkiem Narodowego Komitetu Żydowskiego, a 17 września 1940 roku wstąpił do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy. Od 1942 przebywał w Warszawie i działał w podziemiu kulturalnym, a w 1944 roku zaciągnął się na ochotnika do Armii Krajowej i brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie poświęcił się pracy pisarskiej, współpracując z „Kuźnicą” oraz „Światem”, pismami grupującymi twórców o ideologii zbliżonej do marksistowskiej i nie ma co ukrywać – zazwyczaj pochodzenia żydowskiego.

Tak jak i oni – Adolf Rudnicki najpierw mieszkał w Łodzi, a później w Warszawie. W domu na Mokotowie przy ulicy Iwickiej 8A, wspomnianym już w odcinku poświęconym Mieczysławowi Jastrunowi,  gdzie według wypróbowanego wzoru radzieckich organizatorów życia literackiego zgromadzono wyłącznie pisarzy, oczywiście „postępowych”. Jeśli chodzi o jego twórczość, to jej motywem znaczącym była martyrologia Żydów (od tytułu jednego z jego utworów pochodzi określenie epoka pieców);  pisał także utwory psychologiczne oraz eseje, m.in. o Dostojewskim].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/8a3dab2567a1413db081d17228fa5e9e.file.jpg

 

 

 

Nigdy nie czujemy się włączeni w świat w okresie cierpienia; cierpienie trzyma nas ponad, poza kręgiem świata.

[Czy zawsze cierpienie izoluje nas od świata? Kiedyś zapewne tak było, ale w dobie Internetu ani cierpieć, ani umierać nie musimy już samotnie. Mało tego – ktoś, kto porozumiewa się ze światem jedynie za pomocą mrugania powiekami czy ołówka trzymanego w ustach, może stać się celebrytą. W tym drugim przypadku chodzi oczywiście o Janusza Świtaja, którego jedyną wcześniejszą zasługą było to, że rozbił się na motocyklu. Takiego rozgłosu medialnego jak mój imiennik nigdy nie osiągnę, nawet gdybym wyprodukował 5 000 000 odcinków zeszytów dawnych lektur].

 

Któż nie kocha śmieszności ludzi silnych?

[Napoleon Bonaparte był niewątpliwie człowiekiem silnym, ale nie wtedy, gdy czuł się słaby i pokonany. A ludzie kochali jego wielkość, nie śmieszność. Wielkość, od której do śmieszności jest rzeczywiście tylko jeden krok, jeśli nie jest poparta siłą duchową. Czy Wincenty Witos, chłopski premier, którego rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego, był śmieszny, kiedy w roku 1930, aresztowany przez władze sanacyjne i osadzony w twierdzy brzeskiej, został przymuszony biciem do ręcznego mycia latryn?].

 

W miłości jak na wojnie rodzaj i nasilenie przeżyć zależą głównie od położenia, od tego, czy się jest stroną zaskoczoną, czy zaskakującą, czynną, czy bierną.

[Oj, prawda, prawda, a przekonałem się o tym boleśnie bardzo późno, ponieważ do tamtej pory zawsze byłem stroną czynną, zaskakującą. Najbardziej bezwzględne okazywały się kobiety, które czuły się przeze mnie pokrzywdzone – w wybranych przez swoją wybiórczą pamięć momentach i sytuacjach, podświadomie przez siebie wywoływanych, bądź sprowokowanych. Ktoś musiał odpowiedzieć za krzywdy, których doznały od innych ludzi, zazwyczaj w dzieciństwie, ale nie tylko. Zepchnięte w podświadomość stają się one w stosownych okolicznościach wulkanem eksplozywnym, który wyrzuca oprócz produktów gazowych głównie materiały piroklastyczne, pyły i popioły wulkanicznie; niekiedy również lawę w ilościach niewielkich, ale wystarczających do pokrycia serca].

 

Wolała udrękę z nim niż udrękę bez niego.

[Cierpiętnictwo, masochizm, samoudręka. Tym to było w istocie rzeczy].

 

Jakież to szczęście, że życie nie składa się z samej tylko miłości – byłoby zbyt okrutne.

[Stwierdzenie zdumiewające tylko na pozór. Ludziom zakochanym wydaje się, że miłość to słońce, które zawsze będzie świecić pełnym blaskiem i nigdy nie zajdzie. Ich miłosne noce rozświetlone są księżycem w pełni, którego zdaje się wciąż przybywać. I zapewne mogliby długo trwać w takim złudzeniu, gdyby Słońce nie oświetlało (poza zaćmieniami) jedynie połowy Księżyca i gdyby nie oglądali tej połowy pod różnymi kątami, spowodowanymi różnymi położeniami Słońca, Ziemi i Księżyca względem siebie. Są fazy Księżyca i fazy miłości. Kulminacje górne i kulminacje dolne. Nów, kwadra pierwsza, pełnia i kwadra ostatnia].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/fazyobraz.jpg

 

 

Łudziła się, że on nie ma woli, więc zdoła mu narzucić swoją.

[Zdarza się, że ktoś narzuca komuś swoją wolę, której nie ma. Bezwolność też posiada swoją własną dynamikę, w dużym stopniu niezależną od innych elementów wolicjonalnych].

 

 

                                           Niebieskie kartki. Czytelnik 1956

 

Człowiek nie jest aniołem, ale wi­nien być is­totą kulturalną. 

[Anegdotę z repertuaru Adama Hanuszkiewicza o kulturalnym, ale niezbyt ludzkim Aniele Stróżu przytoczyłem w odcinku 48. O tym, jaki powinien być człowiek kulturalny, mniej więcej wiemy i mniej więcej staramy się tacy być, jeśli nie jesteśmy ostatnimi chamami. Jeśli chodzi o mnie, to daleko mi do świętości ludzi kulturalnych w każdym calu, mimo iż impulsywność mojej natury udało mi się w znacznym stopniu poskromić. W sytuacjach ogromnych przeciążeń i napięć psychicznych nie jest to oczywiście takie proste; zdarzają mi się wówczas emocjonalne „wypsnięcia”. Na pocieszenie dla siebie przytoczę znowu Hanuszkiewicza z książki, która już się ukazała (zapowiada się na to, że druga książka z naszych rozmów dźwirzyńskich ukaże się jeszcze w tym roku!): „Człowiek może sobie uświadomić tylko swoją niedoskonałość. I jedynie to okazywało się być twórcze. Podlegając sublimacji tworzyło kulturę. Duchowość. Ale przy silnych biologicznie determinacjach i tak niewiele można zrobić. Można to częściowo zmienić jedynie przez wkroczenie na drogę empatii, otwarcia na świat, które wybierają często artyści czy pisarze, ale te determinacje prędzej czy później i tak z nas wylezą. Staszek Dygat ma takie opowiadanie z cyklu Rozmyślania przy goleniu.

W pierwszej klasie szkoły powszechnej Jaś pobił Stasia. Matka pokrzywdzonego przyszła do wychowawcy i powiada:

– Tak nie może być, niech pan coś z tym zrobi. Ja mam pięcioro dzieci i takie rzeczy jak tu w szkole u mnie się nie zdarzają!

– No ale ja jestem polonistą, młodym wychowawcą i nie zawsze wiem, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Może pani, ze swoim pedagogicznym doświadczeniem, wpłynie na Jasia...

– Chętnie to panu zademonstruję...

Wołają Jasia. Matka Stasia nadała swemu głosowi możliwie najłagodniejsze brzmienie:

– Jasiu, głowa jest najdelikatniejszą częścią ciała ludzkiego, tu są oczy, tu jest mózg, którym się myśli. Uderzenie w głowę może spowodować nieodwracalne szkody. Zrozum, że tego nie wolno robić. Bądź dobry dla bliźnich, przecież Stasio jest twoim bliźnim...

I tak pięknie i długo jeszcze mówiła. Nagle coś w niej zabulgotało. Chwyciła go za włosy, wykręciła mu rękę i wrzasnęła:

– Spierdalaj, skurwysynu! Jak jeszcze raz uderzysz mego syna, to nogi ci z dupy powyrywam!”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeszczerazmnieolejesztocinogizdupypowyrywampl088bba.jpg

 

 

Uro­jenia są groźny­mi faktami.

[Szczególnie groźne są wtedy, gdy cierpią na nie paranoicy mający władzę nad milionami ludzi, tacy jak  Hitler czy Stalin. U nas, niezbyt dawno temu, też dorwał się do władzy paranoik o skali znacznie mniejszej, ale takich podziałów społecznych, jakich dokonał od tamtej pory, nie udało się dokonać nawet najgorszym naszym zaborcom. Dlaczego otumanił tylu prostych ludzi, którzy uznali go za swego wodza? A czym był w dawnych czasach ciemny bełkot wieszczków? A na czym polegały szamańskie gesty? Niejaki „Pantarej” świetnie ten fenomen uchwycił: „Dobrzy, normalni ludzie od przedszkola są lubiani. Mają przyjaciół przez całe życie. Są do tańca i do różańca. Z paranoikami jest odwrotnie. Po gestach, chodzie, mlaskaniu, bełkotaniu, wywyższaniu się, bredzeniu poznać takiego. Chłopaki, widzieliście, żeby taki kiedyś piłkę kopał, piosenkę jakąś jak normalny zaśpiewał? Przylepiają się do takiego hieny, które zwietrzą korzyści. Stoją koło paranoika, dopóki on patrzy na nich jak na swoich. Co myślą naprawdę, dowiadujemy się, gdy wykopie ich ze wspólnej jamy. On, samotny, rozjuszony odyniec, życiowy nieudacznik zazdroszczący sławy Herostratesowi”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/apocalypto.jpg

 

Każdemu to, na czym mu mniej zależy.

[Powinniśmy zatem zacząć od zapytania siebie, na czym zależy nam najmniej, bo właśnie to najczęściej dostajemy od losu. A co zrobić potem? Nic, bo i tak nie dostaniemy tego, czego chcemy. Szczęśliwcami są inni. Tak się przynajmniej nam wydaje – bogaci i sławni ludzie też popełniają samobójstwa]. 

 

Sztu­ka z nad­miaru ro­zumu przes­ta­je rosnąć. 

[A serce karleje].

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



14:59, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 lipca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 49)

 

J. M. G. Le Clézio Protokół. PIW 1965

 

Jean-Marie Gustave Le Clézio albo J.M.G. Le Clézio (ur. 13 kwietnia 1940 w Nicei), francuski powieściopisarz (wydał ponad 30 książek), laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2008. W uzasadnieniu Akademia Szwedzka nazwała go „autorem nowych kierunków, poetyckiej przygody i zmysłowej ekstazy, eksploratorem człowieczeństwa poza i pod panującą cywilizacją”. Książka, z której zrobiłem wypisy (jedyna przeczytana przeze mnie w całości, bo inne przewertowałem znacznie później, przebywając na stypendium w Sztokholmie; wyłącznie przewertowałem, nie dlatego że były przekładami na język szwedzki, ale dlatego że potwornie mnie nudziły), utorowała mu drogę do sławy, według mnie całkowicie niezasłużonej. Wprawdzie nie otrzymała znacznie bardziej prestiżowej Nagrody Goncourtów (była do niej tylko czy aż nominowana), ale Nagroda Renaudot też sporo znaczyła we Francji, którą jeszcze wtedy uznawano za ogólnoświatową wyrocznię w sprawach literackich.

 

     http://jbr.blox.pl/resource/000ARP2158247_fmt.jpeghttp://jbr.blox.pl/resource/Protokol.jpg

 

Działo się to w roku 1963, gdy Le Clézio miał niewiele ponad dwadzieścia lat, ale pisać zaczął przecież już w wieku siedmiu-ośmiu lat, a zatem można go było nazwać pisarską wygą. Krytycy, piejący nad nim z zachwytu i porównujący go do Camusa (wolne żarty!), unosili się nad „dojrzałością jego spostrzeżeń”, ale jakież sądy mogli wydawać ci ludzie papierowi? Papierowe! Opinia Gombrowicza znacznie bardziej się dla mnie liczyła, chociaż zetknąłem się z nią dopiero po dwóch latach od przeczytania tej książki, gdy udało mi się nielegalnie zakupić Dziennik (1961-1966), wydany przez Instytut Literacki w Paryżu jako tom VIII jego dzieł zebranych. Poniższa notatka została jednak sporządzona nie w roku 1966, lecz 1 stycznia 1967:

Le Clézio? Niech będzie Le Clézio, choć nie mam pojęcia, co by tu o nim... Le Clézio odwiedził mnie z żoną wkrótce po moim przybyciu do Vence i wywarł jak najlepsze wrażenie, poważny, inteligentny, szczery. Dramatyczny (ma 27 lat) i skupiony. Bardzo urodziwy, a bardziej jeszcze fotogeniczny, więc „Express” i inne revues walą jego fotografie na całą stronę.

Prasa widzi w nim czołową sławę literatury francuskiej „a l’heure de promesse”, jest już znany w Europie, skatalogowany jako przyszły Camus Francji, ludzie przystają, gdy idzie ulicą. Dwadzieścia siedem lat, a już trzy powieści (ci Francuzi, rzeczywiście...).

Pomijając niewygody tej nieco karkołomnej pozycji, Le Clézio – tak mi się zdaje – jest zagrożony z dwóch stron. Pierwsze niebezpieczeństwo, to gatunek życia, jaki mu przypadł w udziale, zbyt rajsko-idylliczny. Zdrów, krzepki, opalony wśród kwiatów Nicei, z ładną żoną, krewetki, rozgłos i plaża... czegóż chcieć więcej? Jego powieści dyszą mrokiem nieprzeniknionym najskrajniejszej rozpaczy, gdy on sam, młody bóg w majteczkach kąpielowych, zanurza się w lazury słone Morza Śródziemnego. Ale ta kontrowersja jest zbyt naskórkowa, aby go mogła naprawdę skompromitować i dopiero drugi jad, o wiele bardziej przenikający, staje się wehikułem tej pierwszej trucizny. Ten drugi jad, to uroda.

Musiałbym go znać, gdy miał lat czternaście, trzynaście, aby móc o tym coś konkretniejszego powiedzieć. Tak jak go widzę obecnie, on broni się przed urodą przede wszystkim głosem – który jest niespodziewanie gruby, męski, solidny – tudzież krańcowym tragizmem swej wizji świata, a także heroizmem postawy etycznej. Mimo to zdarzają mu się pewne koncesje, jego żona, na przykład, też jest ładniutka i mają samochodzik sportowy niezłej marki, niemniej przystojny. A też uważam za bardzo znaczące i charakterystyczne, iż mieszkają w Nicei na placu, który się nazywa „Ile de Beauté” (Wyspa Piękności). Nie będę twierdził, naturalnie, że umyślnie ten plac sobie wybrali, ale w życiu zdarzają się takie zbieżności niedyskretne, demaskujące ukrytą tendencję... ten przypadek, moim zdaniem, nie jest wyłącznie przypadkiem.

Le Clézio tedy składa się z kontrastów: z jednej strony uroda, zdrowie, sława, fotosy, Nicea, róże, samochodzik, z drugiej ciemność, noc, pustka, samotność, absurd, śmierć. Ale jego największa trudność to ta, iż w nim dramat staje się urodziwy, powabny. On się buntuje, „młodość, nie wiem co to jest, to nie istnieje”, powiedział w którymś wywiadzie... ale nie wziął pod uwagę, że młodym nie jest się dla siebie samego, młodym jest się dla innych, poprzez innych.

Jedyne, co by go mogło uratować, to śmiech.

 

 

Le Clézio pozostał jednak śmiertelnie poważny do dzisiaj jak przystało na pana doktora nie tylko filologii francuskiej, albowiem w roku 1983 obronił w Instytucie Studiów o Meksyku kolejny doktorat z zakresu historii Michoacán, stanu w południowo-zachodnim  regionie tego kraju. Zaczął zapewne od informacji, że Olmekowie zaludnili te ziemie ok. roku 250 p.n.e., a później ubolewał, że stworzona przez ludy Keczua tysiącletnia cywilizacja rozpadła się w okamgnieniu z chwilą dotarcia tu hiszpańskich konkwistadorów, wspomaganych przez czarną ospę.

Oczytanie nie jest oczywiście niczym złym, ale może być pułapką. Postrzegany do roku 1975 jako innowator i buntownik, naśladował przecież w swoich eksperymentach formalnych choćby Michela Butora, bo taka panowała wówczas moda w literaturze francuskiej. Ale nawet wtedy, gdy jego sprzeciw wobec „zautomatyzowanej cywilizacji” przybrał kontestacyjną postać (w latach 1970-74 przemieszkiwał wśród Indian w panamskich dżunglach), to Indianinem przecież nie został, mimo iż poznał ich język i obyczaje. I nie zmieni tego faktu żadne oświadczenie pisarza, choćby zostało wygłoszone w dobrej wierze (na potrzeby promocji  własnych książek z tego zakresu): „Jestem Indianinem. Nie wiedziałem o tym, dopóki nie spotkałem Indian. Teraz wiem. Nie jestem może bardzo dobrym Indianinem. Nie umiem uprawiać kukurydzy, nie potrafiłbym wydłubać pirogi. Peyotl nie ma na mnie wielkiego oddziaływania. Ale jeśli chodzi o resztę, o sposób chodzenia i mówienia, okazywania miłości i odczuwania strachu, to mogę powiedzieć, że kiedy zetknąłem się z indiańskimi ludami, ja, który nie myślałem, że mam jakąś rodzinę, poczułem nagle, że posiadam tysiące ojców, braci i żon”.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Sam_bym_chcial_miec_tysiac_takich_zon.jpg 

Sam bym chciał mieć tysiąc takich żon!

 

Uwierzyłbym temu uniwersyteckiemu wykładowcy, gdyby pozostał w dżungli na zawsze. Mówiąc szczerze bardziej przemawiają do mnie książki Paula Gauguina o życiu i wierzeniach Maorysów, nie mówiąc o jego obrazach namalowanych na Tahiti, w tym o obrazie, którego reprodukcję otrzymałem właśnie w czasie sporządzania wypisów z tej lektury: Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Za wystąpienie w obronie ludności tubylczej został skazany przez władze kolonialne na więzienie i wkrótce potem zmarł na atak serca, natomiast Le Clézio w obronie Indian występował tylko na papierze, z którego starał się wycisnąć tyle, ile się da. Ktoś przy omawianiu książki Diego i Frida (1993; wyd. polskie 2009) bezbłędnie to wychwycił: „Autor nie popisał się, jeśli chodzi o zarys artystycznych osobowości. Za często wykorzystuje w niej cytaty z innych książek czy anegdoty. Więcej jest tam zapożyczeń niż samej treści”].

Tak się złożyło, że będzie starzał się wraz ze mną, bo jesteśmy rówieśnikami. Ale na pewno będziemy się starzeć inaczej, ponieważ żyjemy i widzimy inaczej. Nigdy bym się nie podpisał pod tym, co on powiedział, bo dla mnie są to sprawy bardziej niż marginalne:  „Jest tyle rzeczy, które trzeba nauczyć się widzieć. Nikt się niczym nie zachwyca. Ludzie żyją wśród cudów i nie zwracają na nie uwagi. Jest tyle niezwykłych i pięknych przedmiotów, chromowanych, z przewodami, silnikami i reflektorami! Są nożyczki, długopisy, zegarki, kałamarze, lusterka samochodowe, butelki lemoniady, widelce, papierosy, szyby, suszarki do włosów, wagi, swetry, windy, rowery, monety, maszyny do pisania, tranzystory”].

 

 

Odkrył, że najlepszy sposób zlania się z jakimś gatunkiem – to próbować pożądać samicy tego gatunku.

[W Kenii urodziła się dziwna koza o ludzkich rysach twarzy. Ponieważ takie kozie noworodki pojawiły się także w wielu innych krajach pasterskich tego kontynentu, a także na Bliskim Wschodzie, snuje się przypuszczenia, że jest to wytwór zoofilii, czyli spółkowania ze zwierzętami. Żeby jednak mieć pewność, że pasterz-zoofil pożądając samicy koziego gatunku chciał przez to zlać się z tym gatunkiem, należałoby wpierw zmusić go do tego, żeby wyśpiewał, a raczej wybeczał prawdę].


http://jbr.blox.pl/resource/kozakenia.jpg



 

Ten, kto pisze, tworzy sobie los…

[Ten, kto nie pisze, też tworzy sobie jakiś los, który nie zawsze jest ślepy, o czym był święcie przekonany jeden z naszych poetów staropolskich:

 

Na kogo srogi się uweźmie los,

  ten złamie palec, ucierając nos…

 

Jeśli był to palec niezbędny do pisania, to już wiemy, dlaczego  w tamtych czasach grafomanów było znacznie mniej niż teraz].

 

Jego prawda była poza nim.

[Widocznie była to prawda ewangeliczna. W ujęciu teologicznym wszystko może być poza nami, nawet świadomość. Chwała Bogu, że przynajmniej podświadomość jest w nas].

 

Od nadmiernego oglądania świata – świat całkiem wyszedł mu z oczu.

[Pytanie brzmi: dokąd poszedł świat? Skoro na oczy liczyć nie można, to w jaki sposób to ustalić? Pi razy oko?].

 

Rodzice urzeczowiają swoje dzieci – traktują je jak przedmioty – przedmioty, które można posiadać. Przekazują dzieciom psychozę na punkcie rzeczy.

[Przy końcu wstępu zacytowałem Le Clézio, który wydawał się też cierpieć na tę psychozę. Ale akurat pod tym stwierdzeniem podpisałbym się nawet obiema nogami. Z małym komentarzem. Rodzice tego typu, stanowiący zdecydowaną większość, też byli kiedyś dziećmi urzeczowionymi i dlatego takie wzory zachowań, bo innych nie znali, przenieśli na własne dzieci. Znacznie trudniej jest nauczyć kogoś, jak być, niż jak mieć].

 

Równoczesność to jeden z koniecznych elementów Jedności.

[Trzeba chyba sięgnąć do teorii względności, żeby to stwierdzenie zrozumieć. Czy rozumiałem je w momencie zapisywania? Śmiem w to wątpić. Czy Le Clézio, mój rówieśnik, będący w momencie wydania tej książki jeszcze młodszy niż ja w owym czasie, mógł w pełni rozumieć, co w tym zdaniu chciał powiedzieć? Wykluczone! Po prostu zachwycił się ciekawą konstrukcją słowną, stworzoną zapewne w całości lub w części przez kogoś innego, bo chłopak był nafaszerowany cudzymi mądrościami jak indyk. A jaki ma to wszystko związek z teorią względności?

W przeciwieństwie do mechaniki newtonowskiej, w której równoczesność zdarzeń nie zależy od układu odniesienia (związanego z niezmiennością upływu czasu), szczególna teoria względności opiera się na założeniu, że dwa zdarzenia są równoczesne w pewnym układzie odniesienia, gdyż mają w nim tę samą współrzędną czasową. Oczywiście nie zawsze tak jest, możliwa jest bowiem utrata równoczesności zdarzeń. Mogą one także ulec odwróceniu w układzie poruszającym się z prędkością światła, ale mówiąc szczerze mam to wszystko w głębokim poważaniu, bo do szczęścia wystarcza mi prędkość, z którą poruszam się podczas moich codziennych wędrówek po górkach].

 

Wychodząc od swego własnego ludzkiego ciała, od sumy aktualnych doznań, unicestwia się poprzez podwójny system zwielokrotnienia i utożsamienia.

[Już myślałem, że po poprzednim komentarzu będę mógł trochę odetchnąć, ale Le Clézio musiał przecież czymś poruszyć znudzonych mopsów z jury Nagrody Renaudot, żeby mu tę nagrodę przyznali. Choćby tym unicestwianiem się „poprzez podwójny system zwielokrotnienia i utożsamienia”. Czego i z czym? Nie bądźmy drobiazgowi!].

 

To tak jak z odchodami, nie lubię myśleć, że zostawiam gdziekolwiek cząstkę siebie samego. Chcę być nienaruszony.

[Dlatego niektórzy swoje odchody po prostu zjadają].

 

Szukają sposobu wtopienia się w rzeczy, bo lękają się swojej własnej osobowości (dzieci).

[Dzieci mogą lękać się jedynie osobowości osób dorosłych, których opiece zostali powierzeni wbrew swojej woli. Dotyczy to niestety także osób rzekomo najbliższych, przede wszystkim zakompleksionych matek. Ich teatralna nadopiekuńczość budziła moje rozbawienie do momentu, gdy zrozumiałem, że dzieje się to z ogromną krzywdą dla ich dzieci].

 

W obłędzie nie ma krańcowości.

[W obłędzie są same krańcowości, młody ośle, czyli autorze tej wydumanej książki!].

 

Na szczęście nie żyjemy logicznie. Życie nie jest logiczne.

[Jest to tak oczywiste, że nawet takiemu logikowi jak ja pozostaje tylko opatrzyć to stosowną ilustracją, jedną z tysiąca możliwych do pokazania na poparcie tej tezy].  

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zycie_nie_jest_logiczne.jpg

 

 

Cdn.

 

 

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/hotel-dla-twoich-rzeczy

Tym razem podaję link awizujący najnowszą książkę mojej córki Joanny, naprawdę znakomicie napisaną. Przyznam się, że prędzej spodziewałem się odejścia z tego świata, niż tego, że jeszcze za mego życia ukaże się książka autobiograficzna poświęcona w kilku fragmentach także ojcu, który przez całe dziesięć lat nie miał ze swoją dorastającą córką żadnego kontaktu. Zwrot „nie z jego winy” byłby dla mnie zbyt łatwym usprawiedliwieniem, bo przecież moją winą nie do odkupienia było to, że moja córka nie miała pełnego domu. Dla małego dziecka złe czy dobre wybory życiowe jego rodziców to kwestia nawet nie trzeciorzędna.  



17:23, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »