RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Hej, Bieszczady, hej, Bieszczady... (cz. 1)

     Podczas jazdy autokarem w kierunku Leska utkwiła mi na dłużej w pamięci nie ta informacja podana przez pana Staszka, że „nasz wielki król Władysław Jagiełło tu na Zamku w Sanoku 2 maja 1417 roku wziął ślub z Elżbietą Granowską, łasy bardziej na jej pieniądze niż na wdzięki, miała bowiem już czterdzieści pięć wiosen i nie mogła mu urodzić upragnionego potomka”. Dlatego, tak jak to się stało w przypadku czwartej żony, młodziutkiej Sonki, nikt jej nie oskarżał o zdradę małżeńską, ale jej pochodzenie, mimo iż nie wypadła sroce spod ogona, było powodem wielu złośliwych plotek, w których celował Stanisław Ciołek, sekretarz królewski, przedstawiając w alegorycznej bajce lwa, który poślubia świnię po tym, jak ta rzuciła na niego czary.

 

                

 

     Hm, a nikomu nie przeszkadzało, że była „kobietą po przejściach” wyjątkowo burzliwych, o czym Jagiełło, jej czwarty mąż, doskonale wiedział,  bo przecież to on wysłał jej na ratunek Jana z Jičina,  gdy w 1389 roku została porwana i zaślubiona przez śląskiego rycerza Wisła Czambora. Ten Jan nie tylko ją uwolnił, ale i poślubił, uczyniwszy ją najpierw wdową, też za przyzwoleniem króla, który przymknął oko, gdy upominającego się o małżonkę Wisła przeszyły przed krakowską łaźnią, skąd wychodził, strzały z aż dwunastu kusz. Gdyby Wiseł wskoczył do zaczarowanej dorożki, która jak Wisła Wisłą powinna, według zapewnień poety, być w Krakowie zawsze, to być może Jagiełło miałby tylko trzy żony, o Wiśle słuch by zaginął, a pan Staszek nie miałby okazji dodać: „Ci, którzy mają tylko jedną żonę, mogą pozazdrościć Jagielle, że miał ich cztery, ale tutaj w autokarze jest ktoś, kto przebił króla, mając żon aż pięć!”

    Puściłem to mimo uszu, jakby nie odnosiło się to do mnie, więc jaka jeszcze informacja mogła przykuć na całe dwie minuty moją uwagę? Działo się to znacznie wcześniej, jeszcze w Rymanowie, gdy pan Staszek powiedział: „Żaden Żyd nie miał wstępu do uzdrowiska Rymanów, może dlatego potomek jednego z nich z myślą o zemszczeniu się na hrabim Potockim przyczynił się do skonstruowania pierwszej bomby atomowej, a potomek drugiego, w Polsce jeszcze bardziej sławny, to ten, co się tak jąka, no, ten Aaaaaadam, sami wiecie…” Wiem, że ten pierwszy nazywał się Isidor Isaac Rabi i otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki za metodę rezonansową obserwacji właściwości magnetycznych jąder atomu w roku 1944, a dwa lata później urodził się Adam Michnik, właściwie Aaron Szechter, ale już w Warszawie.

     O nim pan Staszek rzeczywiście nie musiał nic więcej mówić, chyba że znałby tamtą panią z Doliny nicości Bronisława Wildsteina, z którą powieściowy Michał Bogatyrowicz, redaktor naczelny „Słowa”, czyli de facto Adam Michnik, kiedyś redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, uprawiał seks oralny zasypiając z członkiem w jej ustach, być może dlatego, że w tych sprawach ona też się jąkała, tak jak pewien uczestnik kursu spadochronowego z żelaznej anegdoty pana Staszka. Otóż na polecenie instruktora wszyscy mieli otworzyć spadochron w powietrzu po odliczeniu głośno „raz-dwa-trzy”, ale on powiedział „tttt-rzyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy” dopiero w kilka chwil po wylądowaniu w stogu siana. Pobladłemu ze strachu instruktorowi wyjaśnił, że-eeeeeeee je-eeego-ooooo sio-o-ooo-stra ją-ąą-ka się-ęęęęę je-eee-szszsz-czee baaa-rrr-dzieeej…

     Zanim wyjąkał, jak bardzo jąka się jego siostra, która tuż po urodzeniu dziecka, chcąc powiedzieć mężowi, że „raz, dwa, trzy i poooszło”, mówiła to tak długo, że jej syn osiągnął pełnoletniość, byliśmy już w Lesku, gdzie ponownie wstąpiliśmy do „Słodkiego Domku”, zamiast podjechać pod Zamek Kmitów. Rozumiem, że pan Staszek kierował się względami praktycznymi: wypicie kawy i zjedzenie ciastka w „Słodkim Domku” kosztuje na pewno mniej niż w pensjonacie „Zamek”. Kmitowie przewracają się w grobach – ich wspaniałe rodowe gniazdo zostało przemienione na pensjonat zaledwie dwugwiazdkowy! Należy wątpić, czy właściciele pensjonatu udobruchaliby ich, proponując jedną z atrakcji, jaką jest kolejka wąskotorowa, czyli Bieszczadzka Ciuchcia, kursująca w okresie letnim od Majdanu do Przysłupia, nawet gdyby na ich życzenie upozorowano napad na kolejkę, okazuje się jednak, że oni są najmniej winni takiego stanu rzeczy: to przecież według projektu Wincentego Pola, poety sławiącego iwonicką „Bełkotkę”, odbudowano zamek w latach 1836-1938, nadając mu kształt rezydencji klasycystyczno-renesansowej w stylu włoskim, przez co zatracił on całkowicie swój pierwotny wygląd, a zatem to do niego Kmitowie powinni kierować swe pretensje…

 

          

 

    Za stylem romantycznym w architekturze nigdy nie przepadałem, natomiast marzyło mi się, by znowu móc polatać szybowcem z legendarnym pilotem Piotrem Bobulą na pobliskim szybowisku w Weremieniu, ale program wycieczki, który pan Staszek musiał zrealizować, uległby wówczas znacznej redukcji, więc w drodze z Leska do Myczkowiec przypominałem sobie czasy, gdy byłem w Bieszczadach po raz pierwszy. Na dwunastą zaplanowany był rejs „Trampem” po Zalewie Solińskim, o którym wtedy nawet się nam nie śniło, był to bowiem rok 1958, a pierwsze roboty przy budowie zapory rozpoczęto dopiero w trzy lata później. Sołtys i mieszkańcy wsi Solina, nawet ci, którzy pamiętali przedwojenne próby zbudowania elektrowni wodnej w Myczkowcach, chyba nie wierzyli, że ich domy i budynki gospodarcze znajdą się na głębokości sześćdziesięciu metrów pod powierzchnią sztucznego jeziora. Najczęściej już nie żyją lub są tak starzy, że o zejściu na dno zalewu nie myślą – na kursach ekstremalnego nurkowania schodzi się na głębokość czterdziestu pięciu metrów, więc ich potomkowie też raczej tam nie dotrą, choćby dlatego że budynki pokryte są trzymetrową warstwą mułu, a widoczność już po pięciu metrach jest równa zeru, gdyż każdy deszcz wrzuca do „bieszczadzkiego morza” kolejne tony błota…

     My do Soliny i innych zalanych miejscowości, Wołkowyi czy Teleśnicy Sannej, schodziliśmy z otaczających je wzniesień, ze Stoczka i Jaworu od północy, z Tołsta i Wysokiego Horbu od południa, z Horbka, Pliszu i Czakowa od zachodu, no i z Żukowca oraz Stromego Berda, górujących nad samą zaporą, która podobno waży dwa miliony ton, czego potwierdzić nie mogę, ponieważ nie mam nawet wagi aptekarskiej. Zbocza były niekiedy tak strome, że trzeba było po nich zbiegać jak kozica, ale ona nie musi się przedzierać tak jak my przez chaszcze tak dzikie, że nawet jelenie omijały je szerokim łukiem. Oczywiście można było szukać ścieżek ludzkich czy zwierzęcych, ale nas ta dzikość fascynowała. Byliśmy młodzi i silni, hej!

     Przynajmniej jedna gitara musiała być, ale jeszcze wtedy nie śpiewano w tamtych stronach tytułowej piosenki przy użyciu następujących chwytów: „Hej Bieszczady, hej Bieszczady CF / Na Bieszczady nie ma rady FC, / Chciałoby się pokowboić C Gis Fis F, / A tu trzeba krowy doić FC…”, Przy wdzieraniu się na Otryt było to jednak zupełnie niemożliwe, gdyż bez czegoś w rodzaju maczety oraz ostrej siekierki o przejściu tamtędy nie było mowy. Każdego tam „nosiło”, czyli każdemu zdarzało się pobłądzić – mnie wodził po tej sakramenckiej głuszy diabeł otrycki, który w tamtych czasach nikomu nie mówił na powitanie „Szczęść Boże”, przez całe dwa dni, i nie mogłem wypatrzeć Anioła Stróża, gdyż ten ochrania jedynie zwyczajnych turystów, przepłaszając żmije i misie „gdzieś na Otrycie” i po cichu przeklinając „anielskie podłe swe życie”, tak strasznie jest bowiem zapracowany od czasu, gdy powstał zalew…

     Wtedy o spotkaniu tam jakiegoś człowieka można było tylko pomarzyć, natomiast żmij było pełno, a misie też się pojawiały, znacznie bardziej dobrotliwe, gdy pyski miały upaćkane miodem dzikich pszczół z leśnych barci – nie daj jednak Boże, gdy była to niedźwiedzica z młodymi! Eeeeeeeeech, było gdzie błądzić na tym grzbiecie o długości trzech godzin szybkiego marszu, oczywiście, gdyby to była odsłonięta równina, a nie zbity gąszcz krzaków, gałęzi, pni jodeł i buków, będących punktami widokowymi tylko dla ptaków, gdyż nawet z najwyższego szczytu, którym jest Trohaniec (939 m n.p.m.), nie było nic widać. Ale w końcu diabeł się nade mną ulitował, donosząc mi do nozdrzy dym z ogniska, przy którym siedzieli trzej drwale, popijając z metalowych kubków herbatę pachnącą dymem…

 

             

                                        Z lewej Tołsta, z prawej Otryt

     Och, jak ta herbata mi smakowała! A jak smakowały dorodne maliny i jagody z dużych osłonecznionych polan, będących pozostałościami dawnych połonin, na których wypasali bydło mieszkańcy tych ziem wypędzeni stąd po akcji „Wisła”, wiedzą jeszcze niektóre moje zmysły. Nie musieliśmy mieć pieniędzy, by spędzić tu całe trzymiesięczne wakacje – wystarczyło znieść na dół do skupu kilkadziesiąt kilogramów jagód lub grzybów w dniu, gdy na drodze pojawiała się rozklekotana ciężarówka z chlebem, zwyczajną kiełbasą, no i cukrem oraz makaronem, niezbędnymi dodatkami do kompotów i zup owocowych chłodzących się w potokach w aluminiowych menażkach…

     Stop, stop, właśnie dojechaliśmy do Zapory Solińskiej i pan Staszek zarządził półgodzinny postój. Na samo zachwycanie się widokiem z korony zapory oraz na podglądanie watah ogromnych karpi kotłujących się tuż przy betonowej ścianie pozostało zaledwie kilka minut, dochodziło się tam bowiem alejką handlową, podobną do tych na dawnym bazarze na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, gdzie w niektórych miejscach nie można było przejść wśród gąszczu rąk wymachujących na przykład butami. „Każdy handełes jest cymes!”, ale nie zauważyłem, by przekupnie zajadali się cymesem z cynamonem, czyli jabłkiem zapiekanym w cieście z sosem waniliowym. My z panem Staszkiem zjedliśmy na spółkę sporego pstrąga z frytkami i surówką, smacznego i darmowego, gdyż szef smażalni ryb wiedział, że przewodnik mógłby zaprowadzić wycieczkę do konkurencji mieszczącej się tuż obok…

     Z tego samego powodu wsiedliśmy na pokład statku spacerowego nie tutaj, lecz w Polańczyku. Oczywiście kapitan „Trampa” przymknął oko na to, że „pan pisarz” popłynął na gapę obok Wyspy Zajęczej w kierunku zapory wodnej w Solinie, mijając następnie Martwy Las i opływając Wyspę Skalistą. Gdyby to nie był rejs godzinny, przepłynęlibyśmy dodatkowo obok Drzewa Wisielca. Ta nazwa nie wzięła się zapewne z przypadku – w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, dokąd Tuwim chciał skoczyć na dzień ze swoją najmilszą (już nie pamiętam, czy Najbłękitniejszą była Halina Kon, jego miłość platoniczna, czy Stefania Marchew, jego przyszła żona, w każdym razie obie były tomaszowiankami), pokazywano mi „drzewo wisielca” w liczbie pojedynczej, mimo iż wisiała na nim cała rodzina, i ponoć dlatego tamto drzewo obumarło, tak jak i to…

 

                                                  

                               Nasz statek nie płynął obok Drzewa Wisielca

      Płynąc statkiem żałowałem, że nie został on wynajęty na podróż poślubną. Panną młodą musiałaby być koniecznie pani Maryśka z Warszawy, która twierdziła, że jest poznanianką, a panem młodym jeden z bieszczadzkich zakapiorów, którego później poznałem w Cisnej. Pani Maryśka nadawałaby się do tej roli znakomicie, choćby z tego powodu, że była osobą samotną. Dowiedziałem się tego, gdy w Iwoniczu-Zdroju czekałem po drugiej stronie „Trzech Lilii” na autokar. Pani Maryśka podeszła do mnie z paszportem w ręku, co mnie zdziwiło, gdyż przy wyjeździe w Bieszczady nie było to konieczne, i wyrecytowała jednym tchem: „Chciałam pojechać do Lwowa, ale mam nieważny paszport, dlatego jadę z wami, jestem osobą samotną, ale kto mnie zechce, skoro urodą nie grzeszę i jestem chora?”  Eeeeeee, dla tamtego zakapiora byłaby prawdziwą pięknością, a jej choroba musiała być w znacznym stopniu urojona, gdyż wszędzie jej było pełno i biegała jak fryga, a to, co jej ewentualnie dolegało, minęłoby w czasie nocy poślubnej na „Trampie” jak ręką odjął!

      Ale to mogła być melodia przyszłości, więc co takiego musiałoby wydarzyć się podczas tego godzinnego rejsu, by stał się on dla mnie niezapomnianym przeżyciem? Machanie ręką do każdego przepływającego obok jachtu lub innego statku spacerowego, względnie popatrywanie na dwie dziewczyny do połowy zanurzone w wodzie u brzegu Wyspy Skalistej to żadna atrakcja dla człowieka, który zwiedził kawałek świata. Więc co? Już wiem! Wokół „Trampa” powinny wynurzać się nagle krzyże oraz trumny, z których wysypywałyby się czaszki i piszczele – na tych wodach już się to zdarzało, choćby w roku 2009 w okolicach Polańczyka. Na dnie zalewu znalazło się chyba pięć cmentarzy, z których ekshumowane szczątki przeniesiono na inne miejsca wiecznego spoczynku, ale widocznie nie wszystkie…

                                                          Cdn.  

08:20, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2011
Oczy zewnętrzne (cz. 2)

      Zaledwie kilka dni po opisaniu wrażeń z Dębowca, pojechałem autokarem w Bieszczady. Tym razem siedziałem w przedostatnim rzędzie, ponieważ z tyłu miejsca były już zajęte przez dwie pary, jedną na pewno małżeńską, bo z dzieckiem. Rozprawiali głośno, więc mimowiednie musiałem się temu przysłuchiwać. Okazało się, że w Iwoniczu-Zdroju zamieszkali w „Amelii”, znajdującej się obok „Zofiówki”. W pewnym momencie zaczęli ostro krytykować rządy Tuska, a następnie zmieszali z błotem prezydenta Komorowskiego, co oznaczało, że mają poglądy prawicowe jak ów Norweg, który niedawno dokonał masakry na wyspie Utova, dziesiątkując uczestników zjazdu młodzieżówki partii demokratycznej, ale nawet jeśli miałbym obawę, że może dojść do strzelaniny w tym autokarze, to z uwagi na mój wiek zostałbym raczej oszczędzony.

    Tym bardziej zostałem zaskoczony, gdy zaczęli oni opisywać własne wrażenia z wycieczki do dębowieckiego Sanktuarium, którą odbyli dzień wcześniej. Zachwycając się otoczeniem parkowym z kalwarią, źródełkiem i kilkusetletnim dębem, oraz wykonaną w lipowym drewnie i pokrytą piękną polichromią figurą Matki Bożej Saletyńskiej w bocznej kaplicy kościoła, byli wręcz oburzeni, że „saletyni powierzyli misję upowszechniania treści Orędzia saletyńskiego nawiedzonej kobiecie, odstraszającej ludzi od wiary”. Prawie dwumetrowej wysokości pan siedzący tuż za mną dodał, że był tam już kiedyś, ale „zamiast tego głupiego babstwa pojawił się przed kaplicą młody ksiądz saletyn, który przekazał to samo w ciągu kilku minut, akcentując rolę Maryi jako Pojednawczyni grzeszników”…

 

      

                    

    Ciekaw jestem, co by powiedzieli na temat pani z tamtego autokaru, której poświęciłem już tyle słów? Zapewne nie mieli przyjemności jej poznać, muszę zatem kontynuować swoje rozważania sam – bez niczyjej podpowiedzi. Z drugiej części Desideraty dałbym z myślą o niej tylko urywek końcowych rad: „…w zgiełku ulicznym, zamęcie życia zachowaj spokój w swej duszy – z całym swym zakłamaniem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny”, ale to zakłamanie odnosiłoby się do niej, nie do świata.

    Inny rodzaj niepokoju, dalekiego od mistycznych uniesień, musiał panować w jej duszy, skoro nadal siedziała w Sanktuarium w towarzystwie dwu przybocznych dam do towarzystwa, robiąc zapewne na złość panu Staszkowi, który po wejściu tam innej grupy wycieczkowej poprosił szeptem, żeby dołączyły do grupy, bo w innym razie nie zdążymy dotrzeć przed wieczorną mszą do Michalitów w Miejscu Piastowym; tamte panie uniosły się z krzeseł, ale władczym ruchem ręki nakazała im nie ruszać się z miejsca. Wyszły stamtąd dopiero w ślad za tą drugą grupą, wyprowadzoną ze świątyni prawie czwórkami przez katechetkę z tubą w ręku, która udała się śpiesznie w kierunku klasztornych zabudowań, chyba za potrzebą; być może zgłodniała, gdyż wydatek energetyczny w trakcie jej półtoragodzinnego wystąpienia musiał być ogromny. I mniej więcej można to obliczyć: przy ciężkiej pracy mięśni kończyn i tułowia traci się około 8 kcal/min, nie wliczając w to pracy mięśni języka…

 

             

 

     Na powyższym zdjęciu górnicza „Solidarność” manifestuje przed Zarządem Kompanii Węglowej (KW), kwestionując wyniki przeprowadzonych przez uprawnioną firmę badań dotyczących wydatku energetycznego pracowników przeróbki mechanicznej węgla, gdyż pozbawiają one niektórych z nich prawa do tzw. emerytury pomostowej. Nie znam tych wyników, ale przy pracy lekkiej mogą one oscylować w granicach około 2 kcal/min – i ten wydatek energetyczny (ciężką pracę wykonują za nich separatory łopatkowe oraz flotowniki) jest dwukrotnie mniejszy niż w trakcie tej manifestacji: najbardziej gardłujący górnicy nie wyglądają na zabiedzonych!

     Na zabiedzonych nie wyglądali również mieszkańcy Karpackiej Troi z Trzcinicy w pobliżu Jasła, do której zajechaliśmy wcześniej. Ta unikalna placówka muzealna została otwarta dopiero przed miesiącem, z prawie rocznym opóźnieniem spowodowanym katastrofalną powodzią, która w czerwcu 2010 roku nawiedziła te strony, niszcząc park archeologiczny przy Skansenie. Napięty program wycieczki nie pozwolił nam ani na obejrzenie podobno świetnego filmu dokumentalnego Trzcinica – Karpacka Troja, opisującego dzieje grodziska od chwili jego narodzin we wczesnej epoce brązu (ok. 1650 p.n.e.) aż po jego upadek (ok. roku 1030 n.e.), ani na wejście na wysokie wzniesienie górujące nad doliną, gdzie za wałami drewniano-ziemnymi z palisadą i fosą, sięgającymi od podstawy nasypów jeszcze dzisiaj dziesięciu metrów wysokości, znajdowała się osada warowna; szkoda, gdyż można by się tam napić wody z czynnego źródła z X wieku i obejrzeć miejsce odkrycia skarbu, o którym zaraz wspomnę.

     Jednakże nawet samo zwiedzenie parku archeologicznego (dawne podgrodzie) wraz z ogromnym pawilonem wystawowym jest przeżyciem niezwykłym. Rekonstrukcje rekonstrukcjami, ale wykonano je przecież zgodnie z dawnymi technologiami, które można odtworzyć na podstawie archeologicznych wykopalisk z terenów zamieszkałych przez ludność pleszewskiej kultury mierzanowickiej. Tylko tutaj znaleziono aż sto pięćdziesiąt tysięcy zabytków różnego rodzaju, niekiedy unikalnych w skali europejskiej, w tym „srebrny skarb” (dwie złote monety giną pośród sześciuset przedmiotów): ozdoby, siekańce i placki srebrne, czy niezwykle kunsztowne okucie miecza, prawdopodobnie wykonane w okolicach dzisiejszego Tallina. W jaki sposób zrekonstruowano włosy na ciele mieszkańców grodu, których można obejrzeć w pawilonie, podglądając ich w toku codziennych czynności, a także niecodziennych wydarzeń, jakim był na przykład pogrzeb kobiety z dzieckiem?

 

 

 

 

                                   Cztery obrazki z Karpackiej Troi

 

    Muszę teraz objaśnić, dlaczego trzymałem się na uboczu również w trakcie oprowadzania naszej grupy przez przewodników z Karpackiej Troi. Przed każdą podróżą staram się dowiedzieć jak najwięcej o tym, co zobaczę. Tak czynił również Ryszard Kapuściński, którego książki, przede wszystkim Cesarz, są lekturą magiczną. Dzisiaj, dzięki Internetowi, jest to niezwykłe łatwe: wystarczy wpisać do wyszukiwarki dwa słowa, klikać i z powodzi tysięcy informacji wyławiać to, co istotne. Wbrew pozorom nie traci się przez to świeżości widzenia, a na pewno zyskuje się na głębi. Oczy zewnętrzne przemieniają się w oczy wewnętrzne. Jako człowiek znający się na ciesiołce przypatrywałem się uważnie tamtej sprzed kilku tysięcy lat – krokwiom dachowym mocowanym rzemieniami do podłużnych belek, grubo ciosanym podłogom etc., i będąc samemu we wnętrzu tych chat odtwarzałem oczami wyobraźni sceny, które tam się rozgrywały w dniu codziennym, ale i wtedy, gdy nagle pojawiali się najeźdźcy i wśród świstu strzał, szczęku oręża, jęku rannych, rzężenia konających cały tamten świat, stworzony z kilku tysięcy lat znojnych starań, stawał w płomieniach (inscenizowane sceny z udziałem dziesiątków statystów w dniu uroczystego otwarcia Skansenu starały się pokazać i to).

     To wszystko było już jednak za nami, gdy owa pani umościła się w końcu na siedzeniu przede mną, trzymając w ręku torbę z zakupami, których nie omieszkała dokonać w sklepie z dewocjonaliami, chyba po to, by mieć namacalny dowód, że tu była. Autokar ruszył i w tym samym momencie pan Staszek poinformował, że do Michalitów w Miejscu Piastowym z uwagi na znaczne opóźnienie już nie wstąpimy, natomiast do sklepu przy Młynie tak, choćby na chwilę, bo bez zjedzenia „amoniaczków” wycieczkę należałoby uznać za nieudaną.   

    Chyba diabeł we mnie wstąpił, bo pochyliłem się do przodu i podszepnąłem, że przed wejściem do Sanktuarium św. Michała Archanioła i Błogosławionego Bronisława zostało upamiętnione miejsce, gdzie w roku 1997 zatrzymał się papież Jan Paweł II w drodze z Dukli do Krosna, i wtedy jakby piorun strzelił w moją towarzyszkę podróży – zrzucając pozę damy zaczęła wrzeszczeć na cały głos, że jest dopiero za minutę dziewiętnasta, więc nie ma mowy o żadnym opóźnieniu, ponieważ mieliśmy wrócić do Iwonicza-Zdroju między dziewiętnastą a dwudziestą. Kierowca odkrzyknął, że powrót wyznaczony był na godzinę siedemnastą, pan Staszek dodał, że właśnie w kościele jest msza, a Michalici prosili, by w tym czasie nie wprowadzał grup wycieczkowych na teren świątyni, ale wszyscy musieli się ugiąć przed wrzaskami histerycznej baby – i autokar oczywiście tam wjechał.

     Moja sąsiadka natychmiast pobiegła obcałowywać mosiężną tabliczkę umieszczoną między kamieniami dziedzińca, gdzie zgromadzili się wszyscy poza mną (kilkakrotnie oglądałem to miejsce), co pan Staszek nie omieszkał wykorzystać, robiąc pamiątkowe zdjęcie i znowu narażając się tej pani, gdyż w zakładzie fotograficznym wykonano przez pomyłkę tylko jedną odbitkę i w „Watrze” rozegrała się nazajutrz dantejska scena, jako że osiem pozujących do tego zdjęcia niewiast zbierało się już do wyjazdu, ale chyba nie muszę wyjaśniać, w czyje ręce trafiła ta jedyna odbitka?

     W czasie owego krótkiego pobytu u Michalitów stałem w pobliżu autokaru pod dużym głazem, na którym wyryto w mosiądzu słowa błogosławionego Bronisława Markiewicza, świętego szczególnie mi bliskiego, gdyż zajmował się opuszczonymi dziećmi, dając im schronienie, chleb i zawód najczęściej praktyczny, najzdolniejszych kierował jednak na wyższe uczelnie. To, że był wielkim wychowawcą i społecznikiem, wiadomo, ale mówią o nim, że obdarzony był także darem profetycznym, gdyż w roku 1863 pisał: „Najwyżej zaś Pan Bóg was (Polaków) wyniesie, gdy dacie światu wielkiego papieża”, co mnie jednak nie przekonuje, gdyż piętnaście lat wcześniej wieszczył to Juliusz Słowacki w wierszu Słowiański Papież.

 

                  

          Widok na Sanktuarium i pomnik błogosławionego Bronisława Markiewicza

 

    

    Natomiast wyprorokować to, że samemu zostanie się świętym, jest znacznie większą sztuką. Napis na tym kamieniu to słowa z listu do ks. Władysława Sarny, który w owym 1887 roku był wikarym w Katedrze Przemyskiej: „Polecam się modlitwie, abym wkrótce został świętym, gdyż takich potrzeba wszędzie, a osobliwie Polakom. Gdy brakuje świętych w narodzie, robi się ciemno w głowach ludzkich i ludzie nie widzą dróg, którymi im należy postępować”. Te słowa oraz widok pań całujących mosiężną tabliczkę upamiętniającą wizytę Papieża, ale także chleby widniejące na tacy w sklepie przy Młynie, dokąd wstąpiliśmy hurmem z wyjątkiem tej pani, która na znak protestu jako jedyna nie opuściła autokaru, stały się kanwą mego snu, niestety, nie proroczego, który nawiedził mnie osiem godzin później.

    Śniło mi się, że stałem pod tym głazem i nagle zobaczyłem zmierzającego od strony Sanktuarium w moim kierunku papieża Jana Pawła II, z ostatniego okresu życia. Podążał krokiem nadspodziewanie szybkim, ale bardzo chwiejnym, może dlatego, że w ręku trzymał dużą tacę z okrągłymi chlebami. Za nim biegł w pewnej odległości młody kleryk w czarnej sutannie przewiązanej czarnym pasem i też dźwigał w rękach tacę z chlebami, ale jeszcze większą. Miał bardzo delikatną budowę ciała i twarz zatroskanego cherubina, ale nie dlatego, że ta taca bardzo mu ciążyła. Spoglądał z zatroskaniem ku Papieżowi, którego wprost nosiło po całej alei, a gdy znalazł się kilka kroków przede mną nagle zatoczył się gwałtownie i upadł na bok na plecy po prawej stronie tej alei, bardzo blisko mnie. Niewiele brakowało, by fiknął kozła, bo Jego stopy w sandałach znalazły się wysoko w górze, ale po chwili opadły i Papież leżał z twarzą do góry, zastygłą w przepraszającym grymasie...

     Pomyślałem sobie, że mogę zostać świętym, jeśli uklęknę z tyłu i podtrzymam w rękach Jego głowę – i po chwili wahania tak uczyniłem. W tym momencie nadbiegł przerażony kleryk, postawił tacę przy leżącym Papieżu i zaniósł się płaczem, więc pomyślałem, że wypada, abym i ja zaczął płakać. Zaniosłem się rozpaczliwym lamentem, nieco teatralnym, ale uznałem, że tak trzeba, bo nadbiegło mnóstwo gapiów ze świątyni, gdzie odprawiano mszę, i wszyscy rozpaczliwie szlochali... W tym momencie się obudziłem – widocznie mózg nie wiedział, jak ten wątek rozwinąć.  Dziwny sen – i przez to ta wycieczka została tą dziwnością naznaczona. A jakimi oczami patrzy śniący? Zewnętrznymi czy wewnętrznymi? Zapewne takimi, jakimi spogląda na świat w momencie przebudzenia…

23:25, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 lipca 2011
Oczy zewnętrzne (cz. 1)

     Zewnętrznymi oczami widzi się niewiele i powierzchownie. Zrozumiałem to nie po raz pierwszy podczas opisanej przeze mnie wycieczki do Lwowa, zdumiewając się, gdy słyszałem głos pewnej oburzonej pani: „To najbardziej dziadowska wycieczka, w jakiej w życiu uczestniczyłam!” No proszę, niby uczestniczyliśmy w tym samym wydarzeniu, ale jakże dla nas różnym w odbiorze, a stało się tak dlatego, że ja potraktowałem ten wyjazd nie jako coś zamkniętego w schematycznym szablonie myślowym, lecz otwartego na wszelkie możliwe doznania, zapewne dzięki temu, że nad „widzieć więcej i więcej” znacznie bardziej cenię „widzieć głębiej i głębiej”…

     To samo odczułem, gdy w kilka dni później pan Staszek zabrał mnie na popołudniową wycieczkę do Karpackiej Troi i Dębowca wraz z kuracjuszami z „Watry” oraz z „Sanvitu”. Usadowiłem się jak zwykle na samym końcu, a przede mną siedziała pewna pani, która na pewno nie znała tej oto fraszki Jana Kochanowskiego: Przemierzył  ziemię  i  głębokie  morze, / Wie  jako  wstają  i  zachodzą  zorze, / Wiatrom  rozumie,  praktykuje  komu, / A  sam  nie  widzi,  że  ma  kurwę  w  domu. Wszystko jest w tym genialnym, po staropolsku dosadnym utworze zrozumiałe, mimo upływu kilkuset lat od jego napisania, jedynie trzecią linijkę można by nieco objaśnić. „Wiatrom rozumie” = znać się na wiatrach; zajmuje się tym meteorologia, ale ukuto nawet specjalny termin „anemologia” na określenie nauki o wiatrach. „Praktykuje komu” = służyć komuś dobrymi radami, którymi, tak jak dobrymi chęciami, wybrukowane jest piekło.

     A jeśli chodzi o czwartą linijkę, najbardziej kontrowersyjną? To przez nią ta fraszka określana jest mianem „nieprzyzwoita”, czy, gdyby ująć to po staropolsku, „wszeteczna”, co według mnie jest grubym uproszczeniem i jeszcze jednym dowodem na powierzchowność widzenia zewnętrznego. Zamiast odczytywać ją dosłownie i tylko na niej się skupić, trzeba sobie uzmysłowić, że fraszka ta adresowana była Do matematyka, człowieka, który patrząc oczami zewnętrznymi na świat rozciągający się za dalekimi morzami, pozostawał ślepcem na to, co działo się wokół niego – ta wiarołomna żona jest tylko figurą retoryczną. Słusznie ktoś powiedział o tym utworze, jakby wychodzącym poza obręb kartezjańskiego układu współrzędnych, że są to dwie cięciwy w kole…

 

                 

                                                Jan z Czarnolasu

 

     Siedząca przede mną pani skwitowałaby zapewne ten wywód wzruszeniem ramion, przeświadczona o tym, że „wszystkie chłopy to świntuchy” i „mają tylko jedno w głowie”. Nie była wprawdzie damą w staroświeckim tego słowa znaczeniu, raczej damulką, ale w powierzchownym znaczeniu mogła nią być: wargi miała lekko zaciśnięte, nie patrzyła rozmówcom w oczy, szczególnie mężczyzn traktując jak powietrze i nie siląc się nawet na odrobinę kokieterii wobec nich, o czym świadczyły także jej piersi, wysuwane bez naprężania materiału bluzki. I tego wrażenia nie zmieniał fakt, że ubrana była zgodnie z najświeższą modą, starannie umalowana i wypacykowana. I jeszcze jedno: nie uśmiechała się nigdy szczerze, lecz sztucznie, bardziej do siebie, niż do innych; widać było, że ma duże mniemanie o sobie i że robi wszystko, co w jej mocy, by świat kręcił się wokół jej pępka…

     Jednakże pod względem moralnym niczego jej zarzucić nie było można, broń Boże! Oczywiście była to moralność mieszczańska, która z prawdziwymi wskazaniami etycznymi niewiele ma wspólnego, gdyż jej celem nie jest dogłębne zastanawianie się nad tym, jakie zachowania są godne człowieka, a jakie niegodne, i co jest dobre, a co złe nie dla nas, lecz w ogóle, o prawdziwych wartościach życia nie wspominając, jako że tych nie można przeliczyć na żadne dobra doczesne. Przykazanie mówiące, że powinniśmy „kochać bliźniego swego jak siebie samego”, należałoby opatrzyć dopiskiem: „jest to możliwe, jeśli nie kochamy siebie złą, samolubną miłością, a elementarna życzliwość dla innych nie jest nam obca, i jeśli nie chcemy na siłę umoralniać innych, lecz staramy się w trudzie ogromnym osiągnąć własną doskonałość moralną”…

     Gdybym napisał, że ta garstka przemyśleń związana jest wyłącznie z osobą i zachowaniami tej pani w trakcie naszej wycieczki, byłoby to nieprawdziwe. Nałożyło się na nie wiele zdarzeń z tamtego dnia, a ta pani, zupełnie mi nieznana nawet z imienia, spinała je tylko w sposób, który jej samej wydałby się zupełnie nieprzystający do tego, co wówczas robiła i czuła, nie widząc w tym żadnej śmieszności, nawet gdy mówiła głośno: „Ja jestem na wycieczce nie po to, by przewodnik gadał sobie z kierowcą, lecz po to, by wiedzieć, jak nazywają się te wzgórza, które właśnie mijamy!”, po czym wysyłała na przód autokaru koleżankę z turnusu jak swoją służkę, by przywołać pana Staszka do porządku, a ten chwytał za mikrofon i paplał, co mu ślina na język przyniesie…

     Na przykład w drodze z Dębowca do Miejsca Piastowego dowiedziała się, że Jasielskie Pogórze, którego środkiem przepływa Wisłoka, to część Pogórza Środkowobeskidzkiego, oddzielająca zachodnią część Obniżenia Gorlickiego i wschodni fragment Kotliny Jasielsko-Krośnieńskiej od pasm Beskidu Niskiego, i że wzniesienia osiągają tu 370-430 m n.p.m., ale gdy po dość obszernej opowieści o św. Janie z Dukli, czczonym nawet przez Ormian i wyznawców prawosławia, padła jedynie krótka wzmianka o Kalwarii Pacławskiej, Sanktuarium Męki Pańskiej i Matki Bożej Kalwaryjskiej, jako o jednym z miejsc świętych na Podkarpaciu, które warto zwiedzić, moja sąsiadka syknęła wściekle: „Tylko jedno zdanie na ten temat, a ja chciałabym wiedzieć więcej, ale ten kretyn woli mówić o ciastkach-amoniaczkach, które można kupić w jakimś Młynie! A ja jestem na wycieczce, nie na zakupach!”

     A ja, a ja, a ja! „Ja” jest wyjątkowo paskudne, więc bez „ja” muszę stanąć w obronie pana Staszka – amoniaczki można kupić tylko tam i są naprawdę pyszne, a ponadto nie jechaliśmy przecież do Kalwarii Pacławskiej, więc co by jej dała informacja o tym, że tamten klasztor znajduje się na szczycie góry o wysokości 465 m n.p.m, że wytyczona na malowniczych wzgórzach droga krzyżowa ma długość około 1,6 km i składa się z 35 murowanych oraz 7 drewnianych kaplic kalwaryjskich, i że przypomina ona krajobraz wokół Jerozolimy? Ach, prawda, ta pani była na wycieczce, powinienem przeto zamiast dywagacjami natury ogólnej zająć się opisem tej podróży, ale w tym momencie nasuwa mi się na myśl Wycieczka w nieznane, tytuł polskiego filmu psychologicznego z lat mej młodości, opartego na podstawie opowiadania Andrzeja Brychta Wycieczka: Auschwitz-Birkenau; to skojarzenie ma jedynie na celu przypomnienie nam, że każda podróż może wzbogacić nasze życie, ale żeby wzbogaciła nasze życie wewnętrzne, a na tym powinno nam szczególnie zależeć, musimy nauczyć się patrzeć na świat, ten daleki i ten bliski, przede wszystkim oczami wewnętrznymi…

 

     Gdy byliśmy w Krośnie, autokar przystanął – specjalnie dla mnie, jak powiedział w drodze powrotnej pan Staszek, informując przy okazji, kim był ten zagadkowy pan, starający się trzymać na uboczu – przy Muzeum Misyjnym Sióstr Klawerianek, mieszczącym się w piętrowym budyneczku za klasztorem. Prawdziwe olśnienie! Nie tylko bogactwem eksponatów z aż czterech kontynentów: przedmiotów codziennego użytku wykonanych z palmowych liści, rafii, drewna, skóry, nawet z traw, nie mówiąc o muszelkach, z których zrobiono przepiękny żyrandol, broni myśliwskiej, instrumentów muzycznych, ubiorów wręcz bajecznych (szkoda, że eksponowanych na współczesnych manekinach), w kolorach kolibrzych, papuzich, dzikich, krzykliwych, ale i niezwykle stonowanych, wyszukanych kolorystycznie (ta spódnica z kory to prawdziwy majstersztyk), no i malowideł na naturalnych tworzywach nawet tak wydawałoby się nietrwałych jak liście…

 

             

                                     Dwa spośród tysiąca eksponatów

 

    

    Więc co jeszcze było powodem mego zachwytu? Oprowadzająca nas po Muzeum siostra klawerianka. Jej prostota w zachowaniu, w mówieniu, wręcz misyjna, gdzie w zderzeniu z obcymi wzorami kulturowymi trzeba zachować powściągliwość, niczego nie narzucać na siłę, gdyż można osiągnąć skutek odwrotny – wiara jest przecież sprawą serca, ufnego serca, a nie nakazów, gróźb, o czym zdawano się nie wiedzieć w Sanktuarium Matki Boskiej Płaczącej w Dębowcu, dokąd następnie pojechaliśmy. Naprawdę nie rozumiem, skoro nie jest to klasztor sióstr Salezjanek, lecz Zgromadzenie Księży Misjonarzy Saletynów, dlaczego pozwolono tam jakiejś nawiedzonej kobiecie wzywać w katechetycznym zapale przez tubę i przez ponad godzinę do nawrócenia, do modlitwy, do życia będącego służbą Bożą jedynie te panie z naszej grupy, które od dawna tak czyniły, a wypędzając ze świątyni tych, którzy chcieli się tu pomodlić w skupieniu.

     Pewien starszy pan też wyszedł, i widząc, że pod sklepem z dewocjonaliami pomagam ekspedientce, na razie bezczynnej, oczyszczać kwietne klomby z uschłych liści i sczerniałych pąków, podszedł do mnie: „Przynajmniej robi pan coś pożytecznego…” Skinąłem potakująco głową, a on wskazał palcem w kierunku kościoła: „Przeprosiłem Matkę Bożą z la Salette, że tak krótko się do Niej modliłem, ale nie mogłem wytrzymać tego wściekłego jazgotu. Dobrze, że nie ma wśród nas ludzi młodych, bo ta baba odstręczyłaby ich od chodzenia do kościoła raz na zawsze! A nie wolno ich zrażać, bo przynajmniej w moich stronach młodzi wolą inne rozrywki niż uczestniczenie w zbiorowych modlitwach. Ja jestem człowiek starej daty i czytam sobie do poduszki na przykład Wołania duszy do Boga św. Teresy z Avila. Zna pan to?”

     Mówił do mnie dalej, dopóki nie poszedł napić się kawy do kawiarenki znajdującej się obok sklepu, a ja gorączkowo szukałem w pamięci słów być może z tych Wołań, które kiedyś mną wstrząsnęły. Wreszcie znalazłem: „Boże, wejrzyj, że nie rozumiemy samych siebie, że sami nie wiemy, co posiadamy, i nieskończenie oddalamy się od tego, czego pragniemy…” Jakiż niepokój musiał panować w duszy tej hiszpańskiej mistyczki, dla której życie ziemskie było męką! Zapamiętałem ją z obrazu namalowanego przez Rubensa, który w chwili jej śmierci miał zaledwie pięć lat, nie mogła mu zatem pozować, ale przynajmniej z tego obrazu widać, że pod habitem karmelitanki bosej miała rubensowskie kształty, więc było co umartwiać…  

 

                 

 

     Natomiast odniosłem wrażenie, że siostra klawerianka, mimo iż Pan Bóg też nie poskąpił jej kobiecych kształtów, o umartwianiu się raczej nie myśli, może dlatego, że zakonnice tego Zgromadzenia z racji pełnionej przez siebie służby wśród ludzi i dla ludzi, w tym dla dzieci, nie są raczej mistyczkami. Nie znam pism, na których opierają swoje powołanie, ale wątpię, czy Desiderata, napisana trzynaście lat przed moimi narodzinami przez Maksa Ehrmanna, prawnika z Indiany, mogłaby taką rolę spełnić, choć jego dezyderaty nie są bynajmniej aktem prawnym kierowanym przez jedną instytucję do drugiej, lecz radami mądrego człowieka skierowanymi do innych ludzi: „Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu, pamiętając, jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece, jak to możliwe, nie wyrzekaj się siebie, ale bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, gdyż oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami, jak i zamierzeniami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu…”

 

                                           Cdn.

00:20, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2011
Tylko we Lwowie! (cz. 4)

       Nam na pewno nie groziło znalezienie się w lodowatej wodzie, brrrr, najwyżej w błotnistej brei, w której ucierpiałyby najbardziej fryzury i makijaże pań, co mogło nastąpić lada moment, gdyż po kilku minutach nie było już odwrotu: nasz autokar znalazł się w pułapce na drodze tak wąskiej, że z trudem mieścił się między stromizną po lewej a nagłym spadkiem terenu po prawej stronie, gdzie przy gwałtownym zakolebaniu się można było stoczyć się w dół w moczary porośnięte młodniakiem. I taki koniec wydawał się nieuchronny, bo im dalej, tym było gorzej. Autokar podskakiwał gwałtownie w górę i w dół, mimo iż w wielu miejscach jechał z prędkością nie większą niż kilka kilometrów na godzinę, lub chwiał się niebezpiecznie na boki, co wzbudzało w niektórych okrzyki trwogi, a u innych potoki modlitewnych słów przy akompaniamencie upiornego jazgotu gałęzi szorujących po bokach luksusowego autokaru.

    I po szybach też, dzięki czemu niewiele było przez nie widać – komu by się zresztą chciało podziwiać te niezbyt zachwycające widoki, które się ukazywały w rzadkich prześwitach gałęzi? Siedząc po prawej stronie zastanawiałem się jedynie nad tym, czy w razie zwalenia się w dół, autokar będzie dachował tylko raz, czy dwa razy? Jakaś pani ze zbielałą twarzą krzyczała tuż przede mną, żeby zamknąć oczy, bo to, co widać przez przednią szybę, to prawdziwy horror! Eeeeeeeeeeeee, kierowcy rajdowi nie takie rzeczy widzą przez przednią szybę, faktem jest jednak, że nie zasiadają za kierownicą wycieczkowych autokarów! Jedyna nadzieja była w tym, że GPS wskazał kierowcy rzeczywiście drogę do „tego” Truskawca, a nie innej miejscowości o tej samej nazwie znajdującej się gdzieś w strefie podzwrotnikowej za lasami namorzynowymi!

 

              

                                  To powinien być „ten” Truskawiec!

 

    To nie są żarty, o czym przekonał się pewien turecki kierowca tira, którego wysłano z ładunkiem do Gibraltaru. Polski kierowca, pamiętający o katastrofie lotniczej samolotu C-87 Liberator, w której zginął generał Władysław Sikorski, dotarłby tam z zamkniętymi oczami, natomiast tamten, któremu ta nazwa nic nie mówiła, wpisał ją do systemu nawigacji satelitarnej i znalazł się tysiąc sześćset mil od miejsca docelowego! My jednak chyba aż tak nie zbłądziliśmy, ale na pewno mogliśmy powtórzyć wyczyn Anglików jadących na wskazany przez GPS skrót do czeskiej Pragi – ich jazda skończyła się na leśnym dukcie, gdzie utknęli zaledwie na kilka godzin dzięki miejscowym gospodarzom, którzy przy użyciu traktorów wyciągnęli ich samochód z grzęzawiska…

     Nie należało zatem tracić nadziei, a naszemu kierowcy, który zaciskał zbielałe knykcie na kierownicy, trzeba było dodać ducha, dlatego pan Staszek zarządził chóralne odśpiewanie piosenki, w której nie uczestniczyły na pewno panie odmawiające zdrowaśki lub skulone na siedzeniach w pozycjach prawie embrionalnych: „Kierowco, kierowco, czego ci potrzeba? Oliwy, benzyny, czy ładnej dziewczyny? Wszystko dostanie pan!”, po czym dodał: „Pan Mariusz ma wystarczająco dużo oliwy i benzyny, więc na pewno mu potrzeba ładnej dziewczyny, których tutaj nie brak, prawda, panie Mariu…” – przerwał, bo autokar zakolebał się gwałtownie i cudem nie zwalił się na bok, a siedząca obok mnie pani oddychała spazmatycznie i szeptała: „Boże, cała się trzęsę ze strachu...”

     Pan Mariusz nie odpowiedział, wpatrując się osłupiałym wzrokiem przed siebie, bo jakiegokolwiek śladu obecności ludzkiej na tym bezdrożu nie można się było dopatrzyć, chyba że w postaci pni drzew ściętych przez drwali i zwalonych w kilku miejscach Bóg wie kiedy. Jedynie pan Staszek nie tracił rezonu: „Co? O której wrócą panie do Krosna? Mamy niewielkie opóźnienie, ale można założyć, że autokar dotrze tam około godziny 23.00…” Głos sopranowy, dramatyczny: „Nie zdążymy wrócić nawet o północy!” Pan Staszek: „Nie lubię krakania, komu się śpieszy do domu, temu się śpieszy, ale nam nie, prawda? Jesteśmy wesołymi emerytami, bo nie chodzimy przecież na siódmą do roboty!” I zaintonował jakąś biesiadną pieśń, chyba „Góralu, czy ci nie żal”, podjętą przez kilka zaledwie głosów, z których wybijał się głos Kurpianki…

 

                   

                    Szkoda, że nie jechała z nami pani Apolonia Nowak z Kadzidła…

 

     Jechaliśmy i jechaliśmy bez końca, gwałtownie pikując w dół lub wznosząc się do góry jak w diabelskim młynie, ale nawet w piosence Permanentna rewolucja Pidżamy Porno wszystko się kończy, więc i nasza leśna przygoda musiała kiedyś dobiec kresu, co zdawał się zwiastować krzyk pana Staszka: „Widzicie, niedowiarki, już widać Truskawiec, zaraz tam będziemy!” Pani przy mnie odetchnęła z głęboką ulgą – z daleka jaśniała w zachodzącym słońcu jakaś wielka budowla, i chyba nie była to fatamorgana, gdyż tego typu halucynacyjne zjawiska pojawiają się pod wieczór tylko na pustyni. Pan Staszek zaczął objaśniać: „Wyłaniają się już po prawej stronie niebotyczne Gorgany, u których stóp leży, mniej więcej na tej samej wysokości co Iwonicz-Zdrój, uzdrowisko powstałe w tym samym czasie, ale rozleglejsze i wspanialsze od naszego, o czym świadczy nie tylko dziesięciokrotnie większa liczba mieszkańców. Przed wojną Truskawiec też był nasz i wypoczywał w nim sam Piłsudski…” 

     Ktoś krzyknął: „Wreszcie pierwsza chałupa na tym pustkowiu!”, na co pan Staszek: „Mogą to być potomkowie nacjonalistów ukraińskich, bojówkarzy z OUN, którzy w 1931 roku zastrzelili w pensjonacie prowadzonym przez siostry unickie odpoczywającego tam Tadeusza Hołówkę, bliskiego współpracownika Piłsudskiego, wybitnego polityka i publicystę, który był rzecznikiem dialogu z ukraińskimi siłami narodowymi. I proszę nie traktować tego jako czegoś, co już dawno temu odeszło na tym terenie w niepamięć, skoro na początku tego roku nadano honorowe obywatelstwo miasta Truskawiec Stepanowi Banderze!”

     Nagle autokar się zatrzymał, a ludzie z przodu zaczęli krzyczeć z przerażenia. Kolejni powstawali z miejsc jak na komendę, więc siedząc zupełnie z tyłu nic nie widziałem, ale słyszałem błagalne głosy: „Panie kierowco, niech pan otworzy drzwi, chcemy wysiąść!” Okazało się jednak, że bez wycofania się do tyłu było to niemożliwe. Po długich medytacjach kierowca cofnął się na tyle, by otworzyć środkowe drzwi, przez które z ulgą wyszli wszyscy, mimo iż musieli brodzić po błocie, a przeskoczenie na drugą stronę przez wyrwę w drodze, którą utworzyła rwąca woda nadal spływająca od strony zbocza, nie było wcale takie proste…

     Samochód osobowy mógłby jakoś przejechać w tym miejscu po lewej stronie, natomiast duży autokar od razu zaryłby przodem w żwirowym nasypie z prawej strony, co było widoczne gołym okiem, ale zdesperowany w najwyższym stopniu kierowca podjął taką próbę ze skutkiem wiadomym, po czym musiał się znowu wycofać, gdyż przejazd tędy wydawał się niemożliwy, a do zbawczej asfaltowej drogi prowadzącej do centrum kurortu było zaledwie sto metrów! Powrót do Lwowa (w tamtej chałupie był szeroki wjazd na podwórze, gdzie można było zawrócić) byłby próbą samobójczą, więc tylko usiąść i płakać, ale na szczęście nadbiegł stamtąd Ukrainiec z łomem i dwiema łopatami, którymi zaczęto gorączkowo ryć w kamienistym gruncie, żeby go choć trochę obniżyć...  

 

                

                            Wycieczkowicze musieli zabrać się do roboty

 

      Niektórzy być może pamiętali, że Gomułka nie nawoływał „literaci do łopaty”, lecz „literaci do pióra”, nie pozostawało mi więc nic innego, jak  pstrykać zdjęcia, dość marne, bo robione telefonem komórkowym, i służyć dobrą radą. Po mozolnym wysiłku udało się nieco spłaszczyć kamieniste wybrzuszenie, w które zarył się przedtem autokar, wiedziałem jednak, że to nie wystarczy, ale gdyby położyć w górnej części wyrwy długą belkę drewnianą, która leżała w pobliskim rowie, to autokar miałby szansę przeskoczyć po niej na drugą stronę, oczywiście „na styk”, pod warunkiem, że prawym kołem przejechałby po krańcu stalowego trygra – spadek z niego byłby katastrofalny w skutkach. Dwóch panów z pomocą jakiejś pani, w strojach bynajmniej nie roboczych, wyciągnęło tę belkę z błota i położyło tam, gdzie trzeba, podpierając ją większymi kamieniami, i po chwili autokar, sterowany wskazaniami naszych rąk, przetoczył się nad nią o centymetr od gruntu! Uff!

  

               

                  Gdyby nie ta belka, to szlibyśmy do Truskawca na piechotę

00:57, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Tylko we Lwowie! (cz. 4, dokończ.)

     Po usadowieniu się w autokarze pan Staszek wziął znowu mikrofon do ręki: „Ladies and Gentlemen, All’s Well That Ends Well, czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy. Zapewne wiecie, że jest to tytuł komedii autorstwa Williama Shakespeare’a, który jakby przywidywał proroczo, że zaraz napijemy się Naftusi, dobrej nie w smaku, bo nie jest to sorbet truskawkowy, ale dobrej na wszystko, ponieważ skutecznie zabija chorobotwórcze bakterie, grzyby, drożdże, a nawet komórki rakowe, no i odmładza tkanki ciała, co w naszym wieku nie jest bez znaczenia…” Ktoś syknął: „Niczego się nie napijemy, bo pijalnia będzie zamknięta!”, a na to pan Staszek: „Wielka szkoda, że malkontenci są wśród nas. Naftusi, której każdy napić się musi, jeśli chce uciec od kostusi, napijemy się, obiecuję…”

     Mój Boże, znacznie poważniejsze w skutkach jest to, że w czasie wyborów wierzymy w obiecanki polityków! Ponadto panu Staszkowi chodziło zapewne o podniesienie morale tych wycieczkowiczów, którzy jeszcze całkowicie nie upadli na duchu – może zaproponowanie im darmowej porcji lodów mogło ugasić czające się w ich duszyczkach zarzewie buntu, skoro o wypiciu Naftusi nie mogło być już mowy, bo pojawiliśmy się na truskawieckim deptaku zdrojowym grubo po godzinie 20.00? Pan Staszek wypytywał więc napotkanych po drodze przechodniów: „Czy można tu gdzieś kupić lody?”, a ponieważ wzruszali ramionami, wrzeszczał LOOODY – i wtedy odskakiwali ze strachu na bok…

     I czynił tak niestrudzenie, mimo iż zaproponowałem mu, by pytał tych młodych ludzi, bo starsi widocznie chodzą spać z kurami, o ice cream. Odkrzyknął: „Żadne ice cream, ani moroziwo, bo tak się one nazywają po ukraińsku, ale LODY, LOOODY, rozumiecie? Truskawiec, tak jak Wilno czy Lwów, był kiedyś polski, więc niech ci, którzy nam ten kurort ukradli, nauczą się mówić po polsku!” Pan Staszek widocznie wierzył w skuteczność opracowanej przez siebie metody nauki języka jednak obcego dla Ukraińców młodszego pokolenia niepamiętających czasów polskości tych ziem, dlatego to sakramentalne: „Czy można tu gdzieś kupić lody?” rozbrzmiewało dość długo, dopóki nie wróciliśmy do autokaru, przed którym był jeszcze otwarty sklep spożywczy…

 

          

                                               Truskawiec dawniej                   

 

               

                              Truskawiec dzisiaj

 

     Dopiero tam zapytana przez niego ekspedientka od razu wskazała na zamrażarkę, okazało się jednak, że oprócz mnie nikt lodów nie chce, więc pan Staszek postanowił kupić pięćdziesiąt plastykowych kubeczków do jednej butelki czerwonego wina oraz na prikusku kłębek owczego sera, z którego można było wyciągać po kawałku serową włóczkę. Hm, przy założeniu, że z panem Staszkiem chciałyby wypić brudzia z głębokim pocałunkiem w usta nawet te panie, które najbardziej na niego ujadały, to do każdego kubeczka należałoby nalać zaledwie po kilkanaście kropli odmierzanych kroplomierzem, a następnie dokonać cudu ich rozmnożenia, do czego pan Staszek, człowiek głębokiej wiary, był widocznie zdolny, dlatego poradziłem mu, by dodatkowo kupił dwie suszone rybki, tamtejszy przysmak, i obdzielił nimi wszystkich. 

     Oczywiście zapalił się do tego pomysłu, ale akurat podeszła do nas parka ładnych dzieciaków, które odezwały się do niego po polsku, co tak go wzruszyło, że w ferworze wciskania im do rączek garści naprawdę ładnych monet ukraińskich, zupełnie o tym zapomniał. Okazało się jednak, że niewiele osób skorzystało z poczęstunku pana Staszka, który po wyjeździe z Truskawca obszedł cały autokar, uśmiechając się przymilnie nawet do pań patrzących na niego spode łba z minami tak skwaszonymi, jakby przed chwilą napiły się octu siedmiu złodziei, więc bez konieczności dokonania przez niego cudu wystarczyło i wina, i sera. Ale pan Staszek widocznie nie przestał wierzyć w cuda, skoro w chwilę potem gorąco zapraszał wszystkich na następną wycieczkę po Bieszczadach…

 

 

            

Klasyczny przykład picia brudzia z głębokim pocałunkiem w usta w wykonaniu Breżniewa i Gierka

 

     Co by tu jeszcze powiedzieć, proszę Szanownej Wycieczki? O tym, że granicę przekroczyliśmy o 1.30 i w Iwoniczu-Zdroju byliśmy o 2.47, doskonale wiecie, i o tym, że wysiadający iwoniczanie machali do krośnian, wyśpiewując dość składnymi głosami: „Do widzenia, do widzenia, do miłego zobaczenia!”, niepomni, że zaraz będą musieli drałować pod górę z torbami wypełnionymi ukraińskimi koniakami, wódkami oraz winami. Wiecie też o tym, iż tamci odpowiadali tym samym, już uspokojeni po wzburzeniu spowodowanym przez jakiegoś kawalarza, który zakomunikował głośno, że kierowca ma prawo pracować w trybie ciągłym tylko dziewięć godzin, a niedługo minie doba, i dlatego będą musieli czekać na dworze na pierwszy bus odjeżdżający stąd do Krosna tuż przed piątą…

     W tym wzruszającym pożegnaniu nie brałem udziału, bo rzeczą pisarza jest na wszystko patrzeć chłodnym okiem i z tych względów ewakuowałem się z autokaru błyskawicznie przez środkowe drzwi, nie żegnając się nawet z panem Staszkiem, który siedział z przodu. Rankiem miał on łzy w oczach, gdy przypomniał sobie, jak podle został potraktowany po moim odejściu szczególnie przez kilka zajadłych pań, które krzyczały na cały głos, że to była najgorsza wycieczka, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyły, i kazały mu, staremu człowiekowi, wlec się z ciężkimi torbami pod strome wzniesienie na Osiedlu Wschodnim, zamiast kazać kierowcy tam podjechać, a przecież dla ich wygody wziął autokar z Krosna, zamiast z Iwonicza-Zdroju!

     Chciałoby się rzec, że ten autokar z bokami niemiłosiernie porysowanymi przez gałęzie (niewielkie wgięcie z przodu mniej rzucało się w oczy) nie przypominał w niczym tamtego, którym wyruszyliśmy w drogę poprzedniego dnia, nie jestem jednak właścicielem firmy przewozowej, by z tego powodu rwać sobie włosy z głowy, ale najogólniej mówiąc rozgoryczenie pana Staszka jest dla mnie zrozumiałe, niezrozumiała jest tylko reakcja owych pań, które nie pojmują, iż dane im było uczestniczyć za psie pieniądze w wyprawie na tyle niezwykłej, że poświęciłem jej aż czteroodcinkowy post!

     Normalne wycieczki są bowiem nudne jak flaki z olejem: jedziemy, docieramy na miejsce, oglądamy to samo, co tysiące ludzi ogląda tego samego dnia, pstrykamy setki zdjęć, gdzie na tle jakiejś wspaniałej budowli wyglądamy wręcz śmiesznie, kupujemy „pamiątki” świadczące jedynie o naszym bezguściu, po czym wracamy do domu, wmawiając sobie i innym, że było super, ach, och, ach, mimo iż nic szczególnego się tam nie wydarzyło, dlatego uważam, że za tę wycieczkę do Lwowa powinniśmy dopłacić panu Staszkowi po kilka stówek od łebka, a gdyby autokar wykopyrtnął się na dukcie leśnym i ubłoceni po uszy, dzięki czemu nie byłoby widać zadrapań i posiniaczeń na naszych ciałach, musielibyśmy maszerować co najmniej kilkanaście kilometrów do Truskawca, to i tysiąc złociszy byłoby za mało!

     W krajach znacznie zamożniejszych od naszego za ekstremalne wycieczki, które podnoszą poziom adrenaliny do maksimum, przyprawiają o dreszczyk emocji i dają niezapomniane wspomnienia, płaci się znacznie więcej. Mogą to być spływy kajakowe w Alpach, nurkowanie w wodach, gdzie pojawiają się rekiny, czy piesze wędrówki po amazońskiej dżungli z maczetami w rękach, oczywiście gromadne i dobrze zabezpieczone przez organizatorów. Indywidualne eskapady są też w modzie – nie zawsze kosztują więcej, ale bywają bardziej niebezpieczne, o czym przekonało się niedawno dwoje podróżników z naszego kraju w wieku słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku z Krosna…

     Celina Mróz (l. 65, emerytowany inżynier budownictwa wodnego) oraz jej mąż Jarosław Frąckiewicz (l. 70, filozof, emerytowany wykładowca Politechniki Gdańskiej, autor kilku książek podróżniczych) tak jak i ja prowadzili blog zatytułowany Składakiem przez świat, który rzeczywiście niemal opłynęli swoim dwuosobowym kajakiem, pokonując rzeki na kilku kontynentach, ale chyba dopiero w ostatnim czasie te, które kiedyś poznałem, będąc w Boliwii czy w Peru. To właśnie w Peru widziano ich po raz ostatni 26 maja tego roku w Atalaya po spłynięciu rzeką Urumba. To miasteczko leży przy ujściu sławnej z powieści Arkadego Fiedlera rzeki Ukajali (źródłowej rzeki Amazonki), z którą zamierzali się zmierzyć już następnego dnia, ostatniego, jak się okazało, dnia w ich życiu... 

 

    

      

      U Indian z plemienia Asháninka, którzy ich zamordowali z zimną krwią, podpływając do kajaka na łodzi zwanej tam pegue-pegue i strzelając do nich bez ostrzeżenia ze strzelb i z łuku, przebywałem przed kilkudziesięciu laty przez kilka tygodni, traktowany przez nich z ogromną serdecznością, nie mogę więc pojąć, do jakiego zdziczenia obyczajów musiało tam dojść w ostatnim czasie, a może desperacji u ludzi, którym biali przez kilkaset lat odbierali wierzenia, godność, a nawet życie – w zachłannym dążeniu do zagarnięcia występujących na tamtym terenie bogactw naturalnych, nie tylko złóż diamentów, tytanu czy wolframu, nie tylko kauczuku, ale przede wszystkim niewyobrażalnych mas drewna pozyskiwanego w sposób rabunkowy z „płuc Ziemi”, lasów podzwrotnikowych będących naturalnym siedliskiem wielu gatunków zwierząt oraz indiańskich plemion zagrożonych tak jak tamte całkowitym wyginięciem…

 

           

 

     Na tym zdjęciu można obejrzeć fragment jednej z wiosek tego wielkiego plemienia, którego przywódcy przepraszają rodziny ofiar oraz wszystkich Polaków za to, co się wydarzyło w maju tego roku. Widok dla mnie zatrważający. Ten człowiek ze strzelbą nie przypomina w niczym tamtych Indian, których zachowałem w pamięci; takie obrazki można zobaczyć nawet w Afryce. A co ma z tym wspólnego Lwów, Truskawiec czy Iwonicz-Zdrój? Wydaje się, że nic, ale jedynie tym, którzy zapominają o tym, że świat stał się globalną wioską. 

00:32, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2011
Tylko we Lwowie! (cz. 3)

     Dodajmy: autokaru w trzech czwartych kipiącego złością, bo zaledwie kilka osób zjadło obiad w „Premierze Lwowskiej”. Takie chłodne powitanie wyraźnie wzburzyło pana Staszka, który zamiast oddać głos pani Oli, chwycił za mikrofon, by uciszyć przede wszystkim głosy altowe, mezzosopranowe i sopranowe, tym razem nie liryczne, lecz dramatyczne i nabrzmiałe od pretensji: „Miłe panie, nie rozumiem, o co chodzi? Nie czuję się winny nawet w jednym procencie, nawet w jednym! Zgodnie z umową zamówiłem trzydzieści porcji pieczeni lwowskiej, i co? Nikt nie przyszedł, więc zjadłem tylko swoją, naprawdę pyszną i tanią, bo wraz z dodatkami zapłaciłem jedynie dwadzieścia hrywien, a w tej waszej restauracji ceny były księżycowe i za byle świństwo żądali co najmniej dwa razy tyle…”

     Głos pana Julka: „Za trzy obiady zapłaciłem sto sześćdziesiąt hrywien!” Pan Staszek: „To zdzierstwo i właśnie dlatego poszedłem do innej restauracji, by złożyć zamówienie dla tych, którzy wraz ze mną chcieli się delektować wybornym smakiem pieczeni lwowskiej! Niektóre panie mają do mnie pretensje zupełnie nieuzasadnione i nie biorą pod uwagę faktu, że najadłem się jeszcze wstydu, bo musiałem przeprosić kelnera za to, że z trzydziestu zamówionych przeze mnie porcji została skonsumowana tylko jedna… Co? Gdyby ktoś do mnie dzwonił, to bym przecież odebrał! Eeeeeeee, bądźcie panie poważne, bo ja jestem człowiekiem poważnym! To ja zadzwoniłem do pani Oli, co naraziło mnie na niepotrzebny wydatek, gdyż musiałem skorzystać z uprzejmości kelnerki, która użyczyła mi swojej komórki za aż osiemnaście hrywien!”

 

         

                                                   Sto hrywien

 

      Siedziałem zupełnie z tyłu, więc głosy z przedniej części autokaru docierały do mnie w strzępach lub, kiedy kierowca zapuścił silnik i zaczął manewrować na placu postojowym, poszatkowane jak kapusta, ale domyślałem się, że nie były one nazbyt przyjazne wobec pana Staszka, który absolutnie czuł się niewinny, stwierdzając na końcu: „Nie zadzwoniłem od razu, bo przysiadł się do mnie pisarz ukraiński polskiego pochodzenia, o, proszę, tu mam egzemplarz jego książki Ukraina była i będzie, więc sami rozumiecie, że nie mogłem się w tej sytuacji zachować jak ostatni cham i powiedzieć, żeby się wynosił, no a komórka mi się rozładowała, gdy w Krościenku bezskutecznie poszukiwałem pani Oli. Mówiąc szczerze, zgodnie z umową powinienem od granicy do granicy siedzieć sobie w autokarze jak wy wszyscy i niczym się nie przejmować, a tu, proszę, wszystkie pretensje do mnie – czy ja jestem winien temu, że nawet gmachu Opery nie obejrzeliście?”

     Pan Staszek mógł od razu wskazać winnego, chciał się jednak zachować elegancko wobec pani Oli, która jeszcze siedziała w autokarze, by pokazać kierowcy drogę do Truskawca. Nie oddawał jej jednak mikrofonu, gdyż tumult w przedniej części autokaru zdawał się nie ucichać. „Co? Że jestem organizatorem i za wszystko odpowiadam? Mogę na to odpowiedzieć, że od czterdziestu lat jestem przewodnikiem wycieczek i nigdy nikt nie miał do mnie żadnych zastrzeżeń, no i proszę sobie wreszcie uzmysłowić, że za jedyne siedemdziesiąt złotych zorganizowałem wycieczkę do Lwowa i Truskawca, a za samą wycieczkę do Lwowa trzeba zapłacić co najmniej sto dziesięć złotych! Może we Lwowie nie wszystko wyszło tak jak trzeba, ale w Truskawcu napijecie się wspaniałej Naftusi, jednej z kilkunastu wód mineralnych, które się tam wydobywa, i zapewniam, że odzyskacie dobry humor…”

     Wyjechaliśmy na ulicę. Pani Ola klepała to samo co przed południem, albowiem przejeżdżaliśmy ponownie obok tych samych obiektów zabytkowych. Kiedy wysiadała, dziękując „za wspólnie spędzony czas”, rozległy się podziękowania i gorące brawa. Autokar ruszył w dalszą drogę, a pan Staszek zauważył zgryźliwie: „Do mnie, Bogu ducha winnego, same pretensje, a dla pani Oli same brawa. Za co? Że pojawiła się dopiero we Lwowie, rozpuściła wycieczkę pod restauracją, by samej zjeść obiad, a wam powiedziała, że nie wie, gdzie jestem, choć jej powiedziałem, gdzie będę na was czekał z obiadem. Nie czuję się winny nawet na jeden procent… Co? Żadna krzywda się wam nie stała – byliście przecież pod opieką przewodniczki, która wiedziała, jak was doprowadzić do mnie, a że tego nie uczyniła i w dodatku wskazała wam tylko drogę do autokaru, to nie moja wina...”

     Z przodu wyraźnie się kotłowało, więc pan Staszek kontynuował: „Wzięła kupę forsy i co? Zostawiła nas na drodze i pojechała do domu, a powinna być z nami od granicy do granicy! Ja jestem człowiek honorowy, wypłaciłem jej całą kasę za jedną trzecią roboty, którą powinna dla nas wykonać. A wy jej brawo biliście, gdy wysiadała! Dlaczego nikt jej nie zmusił, by pojechała z nami do Truskawca? Miała obowiązek pojechać, bo za to jej zapłaciłem, ale jej zależało tylko na tym, żeby sprzedać te swoje foldery i mapki, i była wściekła, że na Cmentarzu Orląt, nazywanym przez Polaków Campo Santo, Miejscem Świętym, osobiście wręczyłem za pokwitowaniem pieniądze, które zebraliśmy od was na odnowę zabytkowych nagrobków polskich na Cmentarzu Łyczakowskim, temu panu, który oprowadzał was po Kaplicy Obrońców Lwowa. W innym razie połowa tej kwoty wpadłaby jej do kieszeni, bo takie szachry-machry się tam robi. Mówicie, że ona była cacy, a ja wam mówię, że od początku zachowywała się skandalicznie i dlatego już nigdy nie poproszę jej o oprowadzenie żadnej z moich grup…”

     Ale widocznie wyjaśnienia pana Staszka nadal spotykały się z odporem: „Miałem jej zapłacić tylko za Lwów? Jako człowiek honorowy zapłaciłem jej tyle pieniędzy za to, z czego się nie wywiązała, że dopłacę do tej wycieczki z własnej kieszeni, ale taki już jestem. I jeszcze jedno: nikt mnie nie szukał, choć ona wiedziała, gdzie poszedłem. A co by się stało, gdybym zasłabł nagle na ulicy? Zdechłbym jak pies i nikt by się tym nie zainteresował. Zostawmy jednak na boku wzajemne żale – wycieczka się jeszcze nie skończyła, mam nadzieję, że w Truskawcu, uzdrowiskowej perle dawnych polskich kresów, a teraz ukraińskiego Podkarpacia, humory zaczną nam znowu dopisywać – powinniśmy tam dotrzeć już niedługo…

 

              

   Na tej drodze z Lwowa do Truskawca rozgrywały się te kapitalne rozhowory

 

     Z Lwowa do Truskawca jest zaledwie dziewięćdziesiąt kilometrów, więc w najgorszym razie powinniśmy tam dotrzeć w ciągu półtorej godziny, czyli o godzinie 17.45, nawet biorąc pod uwagę nie najlepszy stan wszystkich dróg ukraińskich, ale przecież ten sławny kurort jest naturalną bazą wypoczynkową dla Lwowa i jednym z miejsc, gdzie można przeprowadzać masowe imprezy sportowe, dlatego buduje się tam dużą arenę lodową. Realna jest perspektywa przeprowadzenia w tym regionie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w roku 2022, a Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, których współorganizatorem wraz z nami jest przecież Ukraina, odbędą się już za rok! W ramach przygotowań do nich projekt szybkościowej autostrady Lwów-Truskawiec powinien być realizowany znacznie wcześniej niż w roku 2012, a dopiero w przyszłorocznym budżecie mają być zagwarantowane środki finansowe na ten cel!

     Jako zagorzały kibic piłkarski interesowałem się tym zagadnieniem od dawna, a teraz mogłem przekonać się na własne oczy, że konkursy organizowane od roku 2010 przez tamtejsze Ministerstwo Transportu i Łączności na najlepsze wykonanie prac remontowo-budowlanych na drogach objętych programem przygotowania infrastruktury do Euro-2012 – z wysokimi premiami przeznaczonymi nawet dla zwykłych pracowników, przyniosły na razie rezultaty dość mizerne, gdyż większość tych dróg jest nadal w opłakanym stanie…

 

               

                        Ta brygada ma szansę na zdobycie nagrody

 

     Nie wszyscy wiedzą, że w lipcu roku 1931, niemal w osiemdziesiątą rocznicę naszej eskapady, odbył się rajd samochodowy na trasie Lwów-Truskawiec-Lwów z udziałem słynnego kabaretu „Qui Pro Quo”. Z opisów tego rajdu wynika, że odbył się on szybko i sprawnie, mimo iż wóz oznaczony numerem 3, za którego kierownicą zasiadł niezapomniany aktor komediowy Adolf Dymsza, miał do pokonania trasę podwójną, z czego wynika, że ówczesne drogi na naszych dawnych ziemiach kresowych były w niezłym stanie technicznym, a kierowca nie wyprawiał na trasie kabaretowych sztuczek, ale gdyby żył i mógł wziąć udział w naszym rajdzie autokarowym z Lwowa do Truskawca, tym razem w charakterze pasażera, jego talent komiczny rozkwitłby niewątpliwie jeszcze bardziej…

 

        

                Adolf Dymsza (pierwszy od lewej) przed wyruszeniem w trasę

 

     Ten, który kierował naszym autokarem, był raczej zawodowym kierowcą, a nie aktorem, ale obdarzonym równie świetnym poczuciem humoru i niewątpliwym talentem komediowym.  Był zresztą podobny do zmarłego przed pięciu laty Leslie Nielsena – i bez trudu wyobraziłem go sobie w roli gamoniowatego detektywa Franka Drebina w Nagiej broni, który rozśmieszał mnie do łez. W roli kierowcy też był kapitalny, i żałowałem tylko, że ujawniło się to dopiero w drodze do Truskawca, gdy pozostało zaledwie dwadzieścia siedem kilometrów do osiągnięcia celu…

     Zakomunikował nam o tym pan Staszek, gdy autokar skręcił w prawo, wtaczając się na drogę znacznie bardziej wyboistą niż tamta, ale być może krótszą, według mnie wskazaną kierowcy przez system nawigacji satelitarnej GPS, który może pomóc kierowcom nieznającym trasy, ale nie zastępuje przecież logicznego myślenia: droga wiodąca do kurortu o europejskiej renomie nie mogła być przecież leśnym duktem! No cóż, mogło być jeszcze gorzej, o czym przekonało się wielu kierowców prowadzonych przez tę nawigację wprost do otwartych na oścież wrót stodoły, na torowisko tramwajowe lub strome schody miejskie, co byłoby zapewne przeżyciem dość humorystycznym, okupionym w najgorszym razie kilkoma guzami na głowie; na pewno nie było jednak do śmiechu tym, którzy wpadli nagle do kanału, jeziora lub na rozlewisko pokryte lodem…

 

       

To nie Spitsbergen, lecz Bielszowice w Rudzie Śląskiej z widoczną hałdą kopalnianą!

 

                                                                Cdn.

23:34, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2011
Tylko we Lwowie! (cz. 2)

     Cudownego arkadowego dziedzińca Kamienicy Królewskiej oczywiście nie obejrzeliśmy. Nie wstąpiliśmy także do „Czarnego Orła”, apteki-muzeum po przeciwległej stronie Rynku, z unikalnymi eksponatami w postaci przeróżnych narzędzi do wyrobu leków, starych dokumentów etc. Udało mi się ją tylko zlornetować, tak samo jak Kamienicę Zieloną, gdzie mieszkał Adam Hanuszkiewicz, ale niczego ciekawego nie udało mi się tam dostrzec, co powetowałem sobie wkrótce, gdy w pięknym budynku renesansowym niedaleko Rynku ujrzałem na balkonach pierwszego i drugiego piętra dwie blondyny o twarzach panienek podejrzanej konduity, tak rozlazłe i przechodzone, że poza mną nikt się nimi nie powinien zainteresować, a okazało się, że przypatrywał się im lubieżnym wzrokiem zaszlafrokowany staruszek z trzeciego piętra, ryzykujący wypadnięciem z okna, gdyż tak daleko się z niego wychylał!

     Już wtedy wiedzieliśmy, że wspaniałego gmachu Opery nie obejrzymy od środka, bo odbywała się tam jakaś „konferencja”. Jak się później okazało, nie obejrzeliśmy jej nawet z wewnątrz, a to miało być clou programu wycieczkowego. O Lwowskiej Galerii Sztuki, dawnej Galerii Obrazów, otwartej w roku 1897, mającej w swych zbiorach nie tylko płótna Matejki, Jacka Malczewskiego, Wojciecha Kossaka czy Artura Grottgera, ale także Rafaela, Rembrandta, Rubensa, Velázqueza, Watteau etc. (część tych obrazów z zakupionej przez lwowski magistrat wielkiej kolekcji Jana Jakowicza, których nie zdołano ukryć przed wejściem do Lwowa okupacyjnych wojsk niemieckich, została wywieziona na Zachód, w tym Autoportret Rembrandta), nasza przewodniczka nawet nie wspomniała. Nie zwiedziliśmy także żadnego z trzech Lwowskich Podziemi, znajdujących się w różnych miejscach Starego Miasta, gdzie można by zobaczyć oprócz zabytkowych eksponatów dobrze zachowane fragmenty czternastowiecznych murów…

 

             

                         Gmach Opery Lwowskiej, której nie obejrzeliśmy

 

               

                  Katedra Łacińska oglądana nie przez nas z wieży ratuszowej

 

     Z licznych świątyń znajdujących się na Starym Mieście, w tym Kościoła Dominikanów oraz Cerkwi Wołoskiej z przepiękną renesansową wieżą ufundowaną przez wspomnianego kupca greckiego, Konstantego Korniakta, nasza grupa weszła do środka tylko jednej: Katedry Łacińskiej, znajdującej się przy południowo-wschodnim narożniku lwowskiego rynku. Ja zostałem na zewnątrz, bo po pierwsze za wejście trzeba było zapłacić, a nie miałem przy sobie hrywien, a po drugie znacznie bardziej niż ta trójnawowa bazylika zaciekawiły mnie w sensie architektonicznym okalające ją kaplice: z najwspanialszą spośród nich Kaplicą Kampianów, której ściany pokryto rzeźbami z czarnego i szarego marmuru…

     Podziwiałem także utrzymaną w manierystycznym stylu Kaplicę Boimów, zwaną Ogrójcową, jedyną z kaplic grobowych pozostałych z dawnego cmentarza, wybudowaną przed czterema wiekami na zlecenie innego bogatego kupca lwowskiego, ale pochodzącego z Węgier, Jerzego Boima. Nie wiadomo, jakie towary sprowadzał do Polski György Boym, ale z największą dozą prawdopodobieństwa były to wina węgierskie, które w lwowskich piwnicach (częstokroć dwupoziomowych) pięknie się starzały, czyli nabierały mocy: „nie masz wina nad węgrzyna” – tak o tokaju mawiali wytrawni znawcy, ale chyba to porzekadło nie wyszło z ust jego wnuka Benedykta, który pragnął być misjonarzem w Chinach…

 

                    

                                                  Kaplica Boimów

 

    

     Starając się nie przegapić wyjścia naszej grupy z Katedry, popatrywałem ku bocznemu wyjściu z niej i wreszcie ujrzałem charakterystyczną postać pani Oli, wokół której zaczęli się gromadzić pozostali członkowie naszej wyprawy do Lwowa, jeszcze wtedy nieprzeczuwający, że właściwie już się ona zakończyła, mimo iż do odjazdu autokaru do Truskawca, który zaplanowano na godzinę 16.15, było sporo czasu. No tak, ale pan Staszek mówił, że musimy koniecznie zjeść obiad, by z nowymi siłami kontynuować zwiedzanie dwóch-trzech obiektów, które należało „zaliczyć”, a następnie ruszyć ku Truskawcowi, żeby napić się tam sławnej „Naftusi”, więc czas naglił. Mimo to moi współtowarzysze podróży trwali pod tym bocznym wyjściem w bezruchu jak Grupa Laokoona, choć nasza była oczywiście liczniejsza. Dopiero gdy podszedłem bliżej, zrozumiałem, skąd wzięła się ta zwłoka: zauważyłem, że brakuje w niej pana Staszka…

     Brakowało również pana Julka z Jedlicza, mego sąsiada z tylnego siedzenia autokaru, zasłużonego honorowego dawcy krwi nie stopnia pierwszego, lecz najwyższego z możliwych. Ktoś powiedział, że poszli zamówić obiad dla całej grupy. No tak, pan Staszek powiedział wcześniej, że bez zjedzenia sławnej pieczeni lwowskiej nie można twierdzić, że było się we Lwowie. Ruszyliśmy zatem zwartą ławą ku „Premierze Lwowskiej”, Restauracji Polskiej mieszczącej się przy ulicy Ruskiej, mijając po drodze pomnik Adama Mickiewicza, co przymusiło pani Olę do opowiedzenia całej historii jego powstania, tym razem nieśpiesznego, gdyż kucharze nie mogli przygotować trzydziestu (tyle osób zgłosiło chęć zjedzenia obiadu) porcji lwowskiej pieczeni w trymiga…

    Dzięki temu ta historia została zawarta aż w czterech długich akapitach, ale osobiście zastrzygłem uszami jedynie przy akapicie pierwszym i trzecim. Przy pierwszym dlatego, że jako Skorpion związany jestem z żywiołem wody, a pod pomnikiem płynie podziemna rzeka i dlatego musiano go posadowić na trzynastu palach. Przy trzecim dlatego, że wysokość pomnika jest prawie siedmiokrotnie większa od wysokości figury Wieszcza, a powinno być chyba odwrotnie? Ponadto kto nad kim powinien się unosić? Może Mickiewicz nad skrzydlatym geniuszem? Stop! Były to wyraźne oznaki majaczenia głodowego – i jedynie natychmiastowe zjedzenie pieczeni lwowskiej z dodatkami mogło mnie uwolnić od zaburzeń świadomości, wywołujących po pewnym czasie stan otępienia…

     Niestety, gdy wkrótce potem dotarliśmy do „Premiery Lwowskiej”, w drzwiach restauracji ujrzeliśmy tylko pana Julka – na nasz widok zaczął krzyczeć, że chyba można tu zjeść jakąś pieczeń, ale nie wie, czy to jest ta pieczeń, gdyż w karcie dań nie ma żadnej pieczeni, a kelner mówi, że jest. Ponadto nie wie, co stało się z panem Staszkiem, który kazał mu tu zaczekać, a sam poszedł do innej restauracji, by zamówić dla trzydziestu osób prawdziwą pieczeń lwowską. Ba, kto by nie chciał zjeść prawdziwej pieczeni lwowskiej? W dodatku nie mogliśmy narazić pana Staszka, by z własnej kieszeni zapłacił za trzydzieści porcji, bo o tym, że mógłby je zjeść sam, nie było raczej mowy, chyba że jak starożytny Rzymianin jadłby i rzygałby na okrągło…

     W związku z tym nikt z oczekujących nie chciał wejść do środka, choć mimo ulicznego zgiełku słychać było wyraźnie, jak co najmniej kilkunastu osobom kiszki z głodu grają marsza, a przecież muzyka marszowa ma wspomagać kroki maszerującego wojska szczególnie podczas uroczystych parad, my zaś ledwo powłóczyliśmy nogami. Wiadomo, że Polak głodny = Polak zły. U szynszyli zgrzytanie zębów jest oznaką niezadowolenia, u ludzi podobnie, jednakże pan Staszek tego nie słyszał, a według większości zgromadzonych powinien był usłyszeć. Pani Ola też zdawała być tego zdania, ale twierdziła, że nie zna numeru jego telefonu komórkowego, opierając zapewne to twierdzenie na teorii nieprawdopodobieństwa, bo sam mógłbym zaświadczyć, że na granicy nie dzwonił do niej z telefonu stacjonarnego. W praktyce nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż kilka osób bezskutecznie próbowało się do niego dodzwonić…

 

                  

                           We wnętrzu restauracji „Premiera Lwowska”

 

     To jeszcze bardziej potęgowało złość u prawie wszystkich, co jest zrozumiałe, gdyż lekarze ostrzegają, że nierozładowane, negatywne emocje mogą poważnie szkodzić zdrowiu. Ta złość narastała w miarę upływu czasu i beznadziejnego podreptywania w jednym miejscu. Niektórym odechciało się nie tylko jeść, ale na szczęście nikt nie podpalił się w proteście przeciw niezrozumiałemu zniknięciu pana Staszka, tak jak to uczynił w roku 1968 niejaki Ryszard Siwiec, który podczas ogólnokrajowych dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie dokonał w obecności najwyższych władz państwowych i stu tysięcy widzów aktu samospalenia w proteście przeciwko najazdowi wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację…

     Gdyby tak się stało, ulicę Ruską we Lwowie musiano by przemianować – tak uczyniono z jedną z ulic w Pradze, by uczcić pamięć bohaterskiego Polaka. Już sobie wyobrażałem tę podniosłą uroczystość, ale zakłócił ją pan Julek, który po trzech kwadransach wyszedł do nas po raz drugi i krzyknął, że jest głodny i nie ma zamiaru czekać na pana Staszka, dlatego zamówił trzy wieprzowiny po francusku, bo po lwowsku są tylko flaczki, dla siebie, jakiejś pani i oczywiście dla pani Oli – i właśnie w tym momencie jej komórka rozbrzmiała skoczną melodyjką!  Wyjątkowo inteligentni czytelnicy mego bloga domyślą się bez trudu, KTO wreszcie zadzwonił, ale CO powiedział, mogli dowiedzieć się dopiero o godzinie 16.15, gdy uśmiechnięty promiennie pan Staszek jako ostatni wskoczył do autokaru gotowego do odjazdu do Truskawca…

 

                                                        Cdn.

23:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lipca 2011
Tylko we Lwowie! (cz. 1)

     Autokar podskakiwał na wybojach i zataczał się jak pijany, więc słowa lwowskich piosenek odtwarzanych na monitorach z płyty CD docierały do mnie, siedzącego w ostatnim rzędzie, niezbyt wyraźnie, tym bardziej że pan Staszek użyczył wcześniej mikrofonu swej krewnej, Kurpiance (Zielonej chyba nie, bo miała co najmniej pięćdziesiąt wiosenek na karku, a czy Białej nie wiadomo, gdyż włosy farbowała), która wydzierała się już od godziny, jak przystało na córkę lub matkę znakomitej ponoć śpiewaczki kurpiowskiej, i skończyła dopiero wtedy, gdy lwowska przewodniczka wyrwała jej z ręki mikrofon na przedmieściach Lwowa.

     Kurpie z Puszczy Zielonej czy Białej byli mi zawsze bliscy, lubiłem także piosenki z tamtych stron, nawet te dość monotonne i „gadające” (tak ktoś je określił), są jednak przecież i piosneczki „skocne”, śpiewane na zabawach czy weselach z charakterystycznym „przytrampywaniem”, czyli przytupywaniem, ale „Gdzie strumyk płynie z wolna”, „Głęboka studzienka”, „Czerwona róża”, „Hej tam pod lasem”, „Jak to na wojence ładnie” czy nawet „Szła dzieweczka do laseczka” z ho-ho, ha-ha i la la-la-la la la-la-la etc. to nie są chyba piosenki kurpiowskie?

     Tak czy siak, poprzez te wszystkie kakofoniczne dźwięki, którymi autokar wypełniony był po dach, jakimś dziwnym sposobem przebijały się do mnie słowa, które w latach studenckich śpiewaliśmy na dwa głosy w gronie dość ścisłym, po wstępie też śpiewanym, ale na inną nutę: „Nie oddamy miasta Lwowa! / Jedna atomowa, / druga wodorowa – / Polska wróci znów do Lwowa!” (te bomby należało zrzucić na bratni Kraj Rad, by to wspaniałe miasto kresowe, kiedyś wojewódzkie dla Iwonicza-Zdroju, odzyskać): „Niech inni sy jadą, dzie mogą, dzie chcą, / Do Widnia, Paryża, Londynu, / A ja si zy Lwowa ni ruszym za próg! / Ta mamciu, ta skarz mnie Bóg! / / Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? / Tylko we Lwowie! / Gdzie pieśnią cię budzą i tulą do snu? / Tylko we Lwowie!”

     Ta rozśpiewana Kurpianka budziła we mnie tylko irytację i w dodatku wyrwała mnie ze snu, gdy po męczącym ponad dwugodzinnym postoju na przejściu granicznym w Krościenku zapadłem w drzemkę, chcąc przespać ten cały ukraiński bajzel i obudzić się dopiero we Lwowie, bo wszystko wskazywało na to, że dotrzemy tam dopiero w samo południe po odjeździe z Iwonicza-Zdroju o godzinie 5.30. Aha, mieliśmy powrócić o godzinie 22, tak w każdym razie obiecywał pan Staszek, organizator wycieczki do Lwowa i Truskawca, co mnie trochę zdziwiło, bo wydawało mi się, że na samo pobieżne obejrzenie Lwowa potrzeba co najmniej pół dnia…

     W drodze do Rymanowa pan Staszek zaintonował: „Kiedy ranne wstają zorze...”, bo ranne zorze rzeczywiście wstawały i zapowiadał się słoneczny dzień. Następnie zaproponował odmówienie zdrowaśki, mówiąc, że nasz ukochany papież Jan Paweł II apelował o codzienne odmawianie różańca. Modlitwa została podjęta przez zdecydowaną większość głosów kobiecych i męskich, wycieczka rozpoczynała się przeto w podniosłym nastroju, ale ludzie są tylko ludźmi i oprócz potrzeb natury duchowej mają też potrzeby fizjologiczne, tym bardziej jeśli w trakcie jazdy zbyt często gaszą pragnienie różnymi napojami…

     Zauważyłem, że szczególnie panie zabierają w każdą podróż tyle „mokrego prowiantu”, jakby wybierały się na Saharę. Pani siedząca w pobliżu oznajmiła sąsiadce, między jednym łykiem a drugim, że dla niej cztery litry płynów dziennie to norma – tak jakby piła do mnie, przez cały dzień mogącego obyć się bez picia, z czego mogłoby wynikać, że albo jestem nienormalny, albo moja matka puściła się z wielbłądem (nie jest istotne, czy był to wielbłąd jedno- czy dwugarbny). Nic zatem dziwnego, że właśnie panie najusilniej prosiły pana Staszka o zarządzenie krótkiego postoju w celu zrobienia „siku".

     Autokar zatrzymał się najpierw o 6. 30 przed Słodkim Domkiem w Lesku, który jest czynny od godziny 7.00, ale właściciel miał obiecać panu Staszkowi, że drzwi do toalety będę otwarte. Były one jednak zamknięte, co paniom szturmującym do nich popsuło wyraźnie humor – ja w tym czasie huśtałem się w błogim nastroju na przykawiarnianym placyku zabaw dla dzieci, a wracając do autokaru podziwiałem stojące przy wejściu do kawiarnio-cukierni świetne drewniane rzeźby z roku 2001, przedstawiające Niedźwiedzia (rzeźbiarz nazywa się Jan Niedźwiedź!), no i babę Jagę, której z kieszonki w fartuszku wyglądała niebieskawa ropucha…

 

         

                  

    W końcu autokar stanął przy jakimś lasku – i chętni do sikania brodzili w wysokiej trawie pokrytej rosą, by gdzieś za drzewami znaleźć w miarę odosobnione miejsce, ja zaś przeszedłem na drugą stronę drogi i zjadłem na pierwsze śniadanie przygarść dzikich czereśni, tylko tych, które udawało mi się dosięgnąć bez ryzyka wpadnięcia w głęboki dół między wybujałe pokrzywy. W Krościenku, „przejściu drogowym z uproszczonym ruchem granicznym” można było w nieco lepszych warunkach wysikać się w pojedynczej toalecie, często zajętej przez panie ze służby granicznej, wyrzucające fusy z kawiarki do klozetowej muszli. Pani Ola, przewodniczka ze Lwowa, miała zgodnie z umową tam na nas czekać, ale nie przyjechała, tłumacząc się, że w Dzień Konstytucji Ukrainy autobusy nie kursują, co być może jest zgodne z prawdą, nie bardziej jednak prawdziwą niż ta, że byliśmy na wycieczce 27 czerwca, a to święto obchodzone jest na Ukrainie 28 czerwca, o czym nikt z nas nie mógł wtedy wiedzieć…

     Pan Staszek też nie mógł wtedy wiedzieć, iż to, że w trakcie poszukiwań pani Oli i długiej rozmowy z nią rozładowała mu się komórka, okaże się brzemienne w skutkach. Bagatelizował zresztą fakt jej nieobecności, bo o czym tu gadać na wyboistej drodze do Lwowa przez Stary Sambor, który nawet przed wojną był w znacznej części zawszoną mieściną żydowską, z najstarszymi zabytkami dawno temu rozebranymi, nieistniejącymi lub zamkniętymi? I rzeczywiście po przetoczeniu się przed naszymi oczami kilku koszmarnych bloków mieszkalnych, można było jedynie podziwiać po drodze nędzne chałupy pokryte eternitem i jeden rarytas: nagle w polu widzenia pokazały się trzy strusie w towarzystwie stadka kóz. Nie zdziwiłem się więc, gdy pan Staszek nagle zameczał do mikrofonu, podskakując wraz z autokarem na wybojach: „Cieszcie się, panie i panowie, że mieszkacie w pięknym, praworządnym kraju, a nie w takim jak ten!” Spojrzałem po twarzach – najwyraźniej cieszył się z tego powodu jedynie on, bo w kakofonii przeróżnych dźwięków nikt nie słyszał nawet własnych myśli…

 

    Jak już wspomniałem, dopiero we Lwowie pojawiła się przewodniczka i ładną, śpiewną lwowszczyzną zaczęła opowiadać o zabytkowych budowlach, które po drodze mijaliśmy. Po prawej to, po lewej tamto, na wprost pod numerem takim a takim jeszcze coś – i zanim człowiek się zorientował, o jaką budowlę chodzi, już dawno ją mijaliśmy, ale sieczka informacyjna sypała się nieprzerwanie: po lewej, po prawej, na wprost. Głowy obracały się jak u manekinów: na prawo, gdy miały obrócić się na lewo, do tyłu, gdy miały zwrócić się w przód, a autokar jechał szybko, nie musząc nareszcie omijać dziur w jezdniach, o których ktoś napisał: „Masakra! Podróżujesz na własne ryzyko, jeśli nie jeździsz terenówką!” Cha-cha-cha, jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, co nas czeka!

     Zatrzymaliśmy się w końcu przy katedrze św. Jura, ściślej: archikatedralnym soborze cerkiewnym, gdzie msze odbywają się w obrządku grekokatolickim. Wyjąłem lornetkę i obejrzałem w dużym przybliżeniu rozkołysaną rytmicznie masę murów zwieńczoną centralną kopułą, na której świeciła się w słońcu latarnia z krzyżem, po czym mój wzrok zaczął się ślizgać po wypukło-wklęsłych powierzchniach głównej fasady, by rozsiąść się wygodnie na rzeźbie grupowej, umieszczonej nad balustradą z wazonami, gdzie św. Jura, czyli nasz Jerzy, walczył ze smokiem. 

     W tym czasie nasza grupa weszła już po schodach zwieńczonych oprócz balustrady rzeźbami skrzydlatych geniuszy i figurami jakichś świętych, o których zapewne coś opowiedziała w telegraficznym skrócie pani Ola, i zniknęła we wnętrzu świątyni. Przez chwilę żałowałem, że nie mogę wejść do groty św. Onufrego, by pomedytować wraz z nim nad marnością tego świata, ale gdy przewodnik jakiejś innej wycieczki zaczął trąbić mi do ucha, że na tym wzgórzu stały kiedyś domki mnichów-pustelników, choć nie jest wykluczone, że zamieszkiwali oni naturalne pieczary we wzgórzu, wbiegłem czym prędzej po schodach na górę…

     I to było to! Chrzciny! Młoda dziewczyna trzymała w rękach niemowlę, obok niej w ciemnym garniturku stał młody chłopak, jakby połknął kij, trzymając niebezpiecznie blisko ciała zapaloną cienką świeczkę. W kilku miejscach dużej świątyni paliło się mnóstwo takich cienkich świeczek – i przypomniałem sobie nagle celebrację „świętego ognia”, który w Wielką Sobotę traktowany jest przez wyznawców prawosławia jako dar z nieba, rozmnażany przez tysiące płonących pochodni składających się z trzydziestu trzech cienkich świeczek, które symbolizują 33 lata ziemskiego żywota naszego Zbawiciela. Tamta ceremonia uważana jest za największy cud, ale ta, oglądana przeze mnie we wnętrzu świątyni o innym wystroju, bo rokokowym, też była cudowna w swej niesłychanej prostocie.

    Przed nimi, wyraźnie poruszonymi tą uroczystością, stał ksiądz, równie młody jak oni.  Przemawiał do nich po ukraińsku, po czym zaintonował jakąś liturgiczną pieśń pięknym głębokim basem, jakby rozbrzmiewały organy; wtórowały mu cienkimi głosikami dwie dziewczyniny stojące koło mnie. Nagle nastała cisza – ksiądz wziął w ręce niemowlę, odwrócił się i idąc z nim ku kunsztownie rzeźbionemu ikonostasowi, z widniejącą po lewej stronie cudami słynącą ikoną Matki Boskiej Trembowelskiej, powierzał je śpiewnie Jej opiece, po czym ponownie się odwrócił, podszedł do matki, oddał niemowlę i młodzi natychmiast z nim odeszli, a dwaj kościelni, jeszcze zanim ksiądz zniknął w bocznych drzwiach, szybciutko zwinęli dywan, na którym jeszcze pod chwilą tamci stali...

 

                     

                          Wnętrze Soboru, niestety, nie w trakcie tej uroczystości

01:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Tylko we Lwowie! (cz. 1, dokończ.)

     Potem pojechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Oglądanie tej ogromnej nekropolii w galopie, w strugach informacyjnej sieczki, na pewno mija się z sensem takich wypraw, chyba że na tym polega ich sens, o czym miałem przekonać się po raz pierwszy w życiu, gdyż wprawdzie po świecie sporo podróżowałem, ale nigdy zbiorowo, bo na samo słowo „wycieczka” dostawałem gęsiej skórki, ale tym razem pan Staszek nie musiał mnie długo namawiać – kończyłem pracę nad poradnikiem Jak być kuracjuszem w Iwoniczu-Zdroju i uznałem, że muszę „zaliczyć” choć jedną wycieczkę, szczególnie do Lwowa, gdyż stanowi ona żelazny punkt programu przeznaczonego dla wszystkich turnusów sanatoryjnych… 

     Pani Ola gnała do przodu uff, puff, puff jak Tuwimowska lokomotywa, ale w przeciwieństwie do tamtej, do której doczepiono ze czterdzieści wagonów, nadążało za nią z trudem zaledwie 1/5 wycieczkowiczów spośród pięćdziesięciu dwu osób, przeważnie ludzi starszych, schorowanych lub z poważną nadwagą – oprócz grupki krewniaków pana Staszka ze zjazdu rodzinnego wspomnianego w poprzednim poście, byli to słuchacze Uniwersytetu Trzeciego wieku z Krosna oraz iwoniczanie, jego znajomi (do tego grona należałoby także zaliczyć pewną panią z Sanoka, która siedziała koło mnie). Większość wagonów poodczepiało się od niej z konieczności dość szybko, ale przewodniczce zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać – stała zwrócona twarzą ku następnemu punktowi docelowemu, w ogóle nie oglądając się do tyłu i przez przenośny mikrofonik rzucając słowa na wiatr, który zrywał się co chwila, jakby robiąc na złość tym, którzy chcieli cokolwiek usłyszeć…

      Gdy dochodziła do niej zdyszana grupa z wypiekami na twarzach, pani Ola właśnie kończyła opowiadać garstce słuchaczy o tym, co być może zaciekawiłoby także maruderów, ale ona nie pokazując im wprawdzie figi, rzucała komendę „idźmy dalej” i w orszaku kilku osób znowu zasuwała do przodu aż się za nimi kurzyło. Początkowo nie chciałem wlec się w ariergardzie i starałem się wyłapać choć jednym uchem to, co odklepywała jak pacierz, nie dodając tylko „amen” po każdej informacji, ale po dojściu do jedynie słusznego wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu, oderwałem się od naszej grupy na długo przed wejściem na monumentalny cmentarz Orląt Lwowskich…

     Niestety, żadna z naszych pań nie była chyba żoną admirała i nie miała na głowie modelu żaglowca płynącego na falach z gazy i tiulu, starałem się więc zapamiętać charakterystyczny szczegół ubioru sąsiadki pana Staszka, gdyż przez jego niedopatrzenie zabrakło trójkątnych chusteczek pionierów na szyję w jednym kolorze albo jednakowych czapeczek, a w pobliżu mnie sunęły kolejne grupy polskojęzyczne z przewodnikami nie specjalizującymi się widocznie w biegach krótkodystansowych jak pani Ola, czekali bowiem aż wszyscy skupią się wokół nich, nim zabierali się do udzielania objaśnień…

     Z tego, co sam zobaczyłem lub usłyszałem od nich, najbardziej utkwił mi w pamięci nawet nie grób Władysława Bełzy, duszy towarzystwa w dziewiętnastowiecznym Iwoniczu Załuskich, nie mówiąc o grobach Marii Konopnickiej, Seweryna Goszczyńskiego, Gabrieli Zapolskiej, Artura Grottgera, pułkownika Juliana Ordona, Iwana Franki czy Salomei Kruszelnickiej, będących stałym punktem w programie każdej „sentymentalnej podróży do Lwowa”, lecz grobowiec jakiegoś archireja, który nagle zachorzał ciężko, a gdy konsylium złożone ze znakomitych lekarzy orzekło, że ma przed sobą najwyżej kilka miesięcy życia, kazał sobie zbudować ten wyniosły pomnik pośmiertnej pychy, po czym przychodził tu podczas „hrobków”, czyli święta zmarłych, przez ponad trzydzieści lat, albowiem równie nagle cudownie ozdrowiał i zmarł dopiero w wieku 103 lat...

     Owe „hrobki” obchodzone są tu tradycyjnie w tydzień po Wielkanocy (według kalendarza juliańskiego) i w niczym nie przypominają tego, co można w Dniu Zmarłych obejrzeć na naszych cmentarzach w zazwyczaj ponure i mżyste dni listopadowe, gdzie nic, ino się powiesić na najbliższym drzewie lub zapić na śmierć w przycmentarnej knajpie. A tam, jak podczas Día de los Muertos w Meksyku, nastrój wesołej zabawy. Najpierw generalne mycie nagrobków, na których stawia się butelkę z wódką i „zagrychę” w postaci święconych jajek, a toasty wznosi się za zdrowie zmarłych. Niekiedy przynosi się rozstawiane stoliki, a przy niektórych grobowcach stawia się zaścielone białym obrusem stoły, uginające się pod ciężarem jadła i napojów, w przeważającej mierze wyskokowych…

    W ogóle Lwowianie mają tak jak Polacy zamiłowanie do piłki nożnej oraz do wódeczki, przeto do śniadanka złożonego z chleba, smalczyku i ogóreczka piją obowiązkowo małą setkę, a z okazji Euro 2012 wyprodukowano specjalną butelkę wódki, oczywiście nie tę, która kilkakrotnie krążyła w tylnej części autokaru; nic zatem dziwnego, że na Cmentarzu Łyczakowskim chyba największą kaplicą grobową i w dodatku położoną tuż przy głównym wejściu szczyciła się rodzina pana J.A. Baczewskiego – o sławnych wódkach i likierach tego byłego powstańca styczniowego nawet ja słyszałem, ale nie o tym, że przyjaźnił się ze swoim najgroźniejszym konkurentem, który po dojściu bolszewików do władzy uciekł z Moskwy do Lwowa. Chodzi o Włodzimierza Smirnowa, syna Piotra, sławnego destylera carskiego; produkowana przez nich wódka „Smirnoff” (nazwa francuska) uznawana jest do dzisiaj za najlepszą rosyjską wódkę. Ci dwaj panowie, Polak i Rosjanin, polubili się tak bardzo, że każdy z nich na etykiecie swej wódki zachwalał wódkę swego przyjaciela!

     Na marginesie niedzielnego (10 lipca) występu na iwonickiej estradzie Don Vasyla, którego luksusowy bus parkował pod moją „Zofiówką”, mocno zbladłej gwiazdy cygańskiej pieśni (zapewne dlatego odkrył i wypromował nową gwiazdę, oczywiście Wasyla juniora), w czerwonej marynarce przypominającego do złudzenia śpiewaka wykonującego kuplety Kalmana Żupana, przedsiębiorczego hodowcy świń z operetki Baron cygański Johanna Straussa (syna), dodam, że nasi Cyganie też piją wódkę (widziałem na własne oczy, że był to „Smirnoff”!) na grobach swoich bliskich w święto zmarłych. Oczywiście nie ci, którzy są katolikami lub luteranami, lecz na pewno znaczna część Lowarzy („koniarzy”) i wszyscy Kełderasze („kotlarze”), których tradycyjne wyznanie stanowi prawosławie. Spośród tych ostatnich wywodzi się większość tzw. królów cygańskich. Ostatni król z rodu Kwieków musiał się zrzec tytułu królewskiego w 1946 roku, ale sam znałem, jeśli nie króla to na pewno królika cygańskiego, jak ten, któremu na poniższym zdjęciu wyprawiono pogrzeb iście królewski!

 

     

 

     Następnie, tak jak i pozostałe wycieczki, których zatrzęsienie jest na szczęście tylko w weekendy, zwiedzaliśmy starówkę, mijając po drodze Podwale z Arsenałem Królewskim (z najbardziej wystrzałową wiadomością, że po pierwszym rozbiorze Polski zamieszkali w nim zakonnicy z likwidowanych przez austriackiego zaborcę zgromadzeń zakonnych o różnych zapewne regułach, a jeśli ktoś powie, że pisząc o tym miałem wisielczy humor, dodam, że w jednej z dwu wież, zwanej Wieżą Tokarzy i Powroźników, mieszkał kat z rodziną i pomocnikiem) oraz Wieżą Prochowni, która wsławiła się tym, że to z niej Łukasz Górka, rozwścieczony żonkoś żyjący w przymusowym celibacie, ostrzeliwał klasztor oo. Dominikanów, gdzie schroniła się jego żona, nie żona, sławna Halszka Ostrogska; ta tragikomiczna historia nie jest na pewno przeznaczona dla dzieci, które w specjalnych szelkach skakały w pobliżu na batutach…

     Skoro mowa o tym klasztorze, to zaciekawiła mnie jeszcze pobliska kamienica nr 2, w której najpierw mieściło się gimnazjum dominikańskie, a w dwudziestoleciu międzywojennym drugie gimnazjum humanistyczne, które na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej ukończył Stanisław Lem, co mogło sprawić, że w ucieczce przed jej grozą schronił się w świat fantazji, niezwykle hermetyczny. Wprawdzie jego książki wydano w dziesiątkach milionów egzemplarzy i przetłumaczono na chyba czterdzieści języków, ale proszę mi wskazać kogoś, kto z ręką na sercu powie, że w jego książkach, nie tylko w takich jak Summa technologiae czy Cyberiada, lecz i W filozofii upadku, względnie Filozofii przypadku, odnalazł zrozumiałe dla siebie przesłania natury filozoficznej…

    Na Starym Mieście przegalopowaliśmy przez Rynek, okolony czterdziestoma czteroma kamienicami z Ratuszem pośrodku (nie wspięliśmy się po jego schodkach na górę, by podziwiać panoramę miasta; z Wysokiego Zamku czy z Kopca Kościuszki też nie, bo w ogóle tam nie dotarliśmy) oraz czterema fontannami na każdym rogu, ozdobionymi posągami antycznych bóstw, dwu męskich i dwu żeńskich. Każda z tych kamienic o wąskich fasadach trzyokiennych ma swoją długą historię, a my zatrzymaliśmy się jedynie na chwilę przy sławnej Czarnej Kamienicy, będącej renesansową perełką, oraz nieco dłużej przy Kamienicy Królewskiej, też renesansowej, ale opatrzonej aż sześcioma oknami, nie dlatego, że była siedzibą króla Jana III Sobieskiego, bo to były czasy późniejsze, ale dlatego, że wybudowano ją w drugiej połowie XVI wieku na fundamentach dwu wyburzonych kamienic gotyckich dla… greckiego kupca Konstantego Korniakta, uhonorowanego tym wyjątkowym przywilejem oraz szlachectwem przez Stefana Batorego, który gustował widocznie w małmazji, cenionej u nas wyżej niż wina francuskie czy reńskie…

 

                     

                                               Kamienica Królewska 

                                                                Cdn.

01:09, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lipca 2011
Ostatni zajazd na Dydni

     Właściwie nie „zajazd”, lecz „zjazd”, i nie „na Dydni”, lecz „w Dydni”, ale licentia poetica. Tytuł miał rozbudzić ciekawość czytelników, uśpioną po moim ponad trzymiesięcznym milczeniu. Ale jeśli ktoś myśli, że Dydnia słynie z pijackich burd i oczami duszy widzi osiłków piorących się sztachetami po łbach przy akompaniamencie przeraźliwych pisków bab pokazujących sobie wzajemnie gołe tyłki, i uwijającego się pośród nich wójta-rozjemcę, który zajmuje się wyłącznie godzeniem zwaśnionych stron, łapiąc za łby dymiące i stukając nimi tak, że guzy są większe od największych kartofli, to głęboko się myli!  I choćby pękł nie uświadczy widoku rozwalających się chałup pokrytych zardzewiałą blachą, obejść gospodarskich, gdzie w kałużach gnojowicy taplają się umorusane dzieciaki, czy dróg wykładanych kocimi łbami, na których rowerzyści podskakują tak wysoko, jakby chcieli pójść w ślady Jeda Miltona, który jako pierwszy na świecie wykonał potrójne salto w tył (backflip) na rowerze typu BMX!

     Więc z czego słynie gmina Dydnia w powiecie brzozowskim? Na pewno z zapierających dech w piersiach pejzaży – mieszkańcy wierzą święcie, że otrzymali je nie z nadania królewskiego w XV stuleciu, a nawet nie z łaski praoceanu Tetydą zwanego, po którym pozostał tzw. flisz karpacki, składający się z przemiennie ułożonych na sobie warstw łupków iglastych i marglistych, mułowców, piaskowców, iłowców oraz zlepieńców, pofałdowanych już w górnej kredzie pod wpływem alpejskich ruchów górotwórczych i wypiętrzonych pod koniec trzeciorzędu na bajeczne pasma wzniesień Pogórza Dynowskiego i Przemyskiego, natomiast potoki z nich spływające ukształtowały stopniowo tę cudowną dolinę, przez którą płynie teraz rzeka San (nazwa wywodzi się bezpośrednio od Sian, gdyż w pobliżu miejscowości Sianki na Ukrainie znajduje się witik riki Sian, czyli źródło rzeki San, ale i tam etymologia tego słowa jest niejasna), więc skąd się to wszystko wzięło według nich? Oczywiście od Pana Boga, który w dziele stworzenia świata powołał do istnienia i króla Kazimierza Wielkiego, i praocean, i flisz karpacki w tamtejszych Jabłonkach tak ładnie wyeksponowany, i ruchy górotwórcze, i rzekę…

  

             

                          Ziemia Dydyńska (fot. Józef Ambrozowicz) 

 

     Gmina Dydnia słynie także, a może przede wszystkim z niezwykłej na terenie Podkarpacia gospodarności, która w ostatnich latach doprowadziła ją do rozkwitu. Chciałoby się rzec: „jaki pan, taki kram”, a panem wójtem od dwu kadencji jest człowiek, który powołuje się na słowa Cypriana Kamila Norwida i mówi o mieszaniu się na tym terenie dziedzictwa kulturowego łacińskiego zachodu z bizantyjską spuścizną wschodu, zdając się mniemać, i słusznie, że od pięknego języka do pięknych dróg jest już blisko, gdyż i z filozoficznego, i z pragmatycznego punktu widzenia: myśleć i czuć pięknie to działać pięknie, a więc skutecznie. Zresztą piękno wydaje się być tej krainie przyrodzone i udziela się ludziom zamieszkującym ją od co najmniej sześciu wieków, gdyż źródła pisane to jeszcze nie wszystko. Uroda ziemi, uroda ludzi. Uroda kobiet stojących przy zachwycających wieńcach dożynkowych – uroda prawdziwa, a nie sztuczna, typu lalki Barbie…

     Faktem jest jednak, że dzięki urodzajnej dolinie rzeki San nie było tu nigdy osławionej „biedy galicyjskiej” i z głodu nikt nie przymierał, chyba że spadały na tę krainę dopusty Boże, takie jak wojna, ogień czy mór – ci mieszkańcy, którzy twardo stali przy wierze katolickiej, mogli to sobie tłumaczyć obecnością na tym terenie innowierców, choć Bogiem a prawdą i grekokatolicy, i Żydzi wierzyli przecież w tego samego Boga! Faktem jest jednak, że do pogromów ludności innych wyznań w ponad sześciowiekowej historii Ziemi Dydyńskiej nie dochodziło – należałoby w tym miejscu dodać: do chwili wybuchu II wojny światowej, z zaznaczeniem, że ofiarami tych najbardziej tragicznych lat w dziejach tej Ziemi byli wszyscy mieszkańcy bez względu na wyznanie…

     Nazwa Dydnia wzięła się od Dydyńskich. Wiadomo, że Elżbieta Dydyńska wybudowała tu nowy drewniany kościół z końcem XV stulecia i że spłonął on wraz z wyposażeniem niemal tuż po konsekracji (ok. roku 1600) od ognia zaprószonego przez... organistę, w dodatku miejscowego! Źródła nie podają, czy nieszczęsnemu podpalaczowi powierzono organy w nowym kościele, wybudowanym w trzy lata później przez Pawła Dydyńskiego? Chciałoby się wierzyć, że tak było i że okupił on swoją winę, osłaniając bohaterską piersią miejscowego proboszcza, który zginął wraz z nim w czasie najazdu Tatarów w roku 1624, gdy ci spustoszyli wieś...

     Jednakże nawet miejscowe legendy tego budującego przykładu bohaterstwa mistrza organów nie odnotowały (jest to oczywiście do nadrobienia), natomiast pewne jest, że widniejący obecnie na tym samym miejscu murowany kościół zbudowano w dziesięć lat po pierwszym rozbiorze Polski, a stojącą w pobliżu drewnianą plebanię na rok przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości – obok dwukondygnacjowego XIX-wiecznego spichlerza plebańskiego. Dwuwieżowy kościół jest w stylu neogotyckim, a plebania w stylu zakopiańskim. Widocznie pomieszanie stylów nie wydało się Panu Bogu aż tak grzeszne, skoro jego budowniczym nie pomieszał języków, tak jak budowniczym wieży Babel...

     Pewne jest również, że na tutejszym cmentarzu spoczywa babcia i dziadek pana Staszka Węgrzyńskiego, o którym będzie jeszcze mowa. Babcia z domu Kochanowska, a dziadek z rodu Kraczkowskich, wywodzą się przeto z linii matki. A dlaczego nie spoczywają w Witryłowie? Otóż przed wybuchem drugiej wojny światowej mieszkańców wyznania rzymskokatolickiego dziewięciu sąsiednich wsi chowano wyłącznie w Dydni. Płyta nagrobna na owe czasy była okazała, a okalające ją ogrodzenie jest świadectwem kunsztownej roboty kowalskiej. Ale mój wzrok skupił się przede wszystkim na datach urodzin i śmierci wyrytych na nagrobku, wręcz szokujących! Oboje nie dożyli nawet czterdziestu lat! Umarli jednak w jednorocznym odstępie czasowym, a zatem nie zginęli śmiercią tragiczną, więc co się takiego wydarzyło, że tak prędko przenieśli się na tamten świat? Pan Staszek mówi, że po prostu zamartwili się na śmierć, gdyż ogólnoświatowy kryzys gospodarczy lat trzydziestych dotknął ich również boleśnie: oszczędności przywiezione przez nich z Hameryki stawały się kupką makulatury i miały pokrycie jedynie w ich biadoleniu!

 

         

                     Pan Staszek Węgrzyński przed grobem swoich dziadków

 

     Nie miałbym jednak o tym zielonego pojęcia i nie wiedziałbym w ogóle o istnieniu Dydni, gdyby to nie były rodzinne strony pana Staszka Węgrzyńskiego. A ten „zjazd”, zapewne nie ostatni, niedawno zorganizowany przez niego właśnie tutaj, to zjazd rodziny Węgrzyńskich, Kochanowskich i Kraczkowskich (względnie Karaczkowskich; to ci, których przodków tak przemianowano przed wyjazdem do USA). Do zdjęcia zbiorowego, zrobionego przez pana Staszka pod kościołem w Dydni, pozowało ponad sto osób – drugie tyle nie przyjechało; dotyczy to szczególnie ludzi młodych, koszmarnie zabieganych lub rozproszonych po całym świecie. Oby nieliczne dzieci obecne na zjeździe nie musiały już brać udziału w „wyścigu szczurów”!

    

    Ale raczej w intencji, by kontynuowały one dzieło swych poprzedników, pan Staszek uhonorował nagrodą specjalną w postaci dużego drewnianego orła kilkunastoletniego Kubę z Goleniowa. Jest to nagroda w pewnym sensie przechodnia, gdyż pan Staszek otrzymał tę rzeźbę od swego wujka, który w czasach Peerelu przemycał z terenu dawniejszej Ukraińskiej SSR złote obrączki – właśnie w brzuchu tego drewnianego orła, wydrążonego w środku i zaszpuntowanego na końcu korkiem, zamaskowanym naklejką z ceną rzeźby w rublach. W czasie przeszłym orzeł był wart tyle złota, ile w nim przemycono, czyli co najmniej kilogram! Polacy nie zawsze kochali się w żelezie, co broń Boże nie oznacza, że Kuba ma pójść w ślady swego dalekiego krewniaka! Wystarczy, że będzie miał złote serce i złote ręce…

 

  

     

     Na zjeździe nie byłem z powodu pewnego niedomówienia, dlatego gdy pan Staszek wybierał się tam kilka dni później, by rozwieźć krewniakom zdjęcia z tej uroczystości, nie omieszkałem wsiąść do samochodu choćby po to, by przekonać się, czy rzeczywiście „tamtejsze drogi oraz niedawno oddana do użytku nowa kładka nad Sanem w Witryłowie to klasa europejska”… I przekonałem się naocznie, że tak jest, gdy znaleźliśmy się w dolinie rzeki, gdzie w niektórych miejscach można by rozegrać bieg na 1500 metrów i może nawet pobić rekord świata 3:26,00 z roku 2008 Hichama El Guerroui z Maroka. Wzdłuż niej ciągną się rzeczywiście wspaniałe drogi, mimo iż kilometrami przebiegają przez miejsca niezamieszkane. Widać, że wybudowano je w ostatnich latach.  Po drodze oglądaliśmy witryłowskie kapliczki znane nie tylko w Polsce – przed kilku laty oglądałem u nieodżałowanej pamięci Wojtka Siemiona wystawę fotogramów kapliczek z Bieszczad oraz Beskidu Niskiego, między innymi tych właśnie.

     Ta nowa kładka, oddana niedawno do użytku, o długości ponad dwustu trzydzieści metrów jest najdłuższą kładką, jaką wybudowano nad rzeką San, i nawet jeśli nie jest aż tak wybitnym dziełem inżynieryjnym jak Double Helix Bridge w Singapurze (stalowa kładka piesza w kształcie podwójnej helisy, jak ta tworząca DNA), to i tak wzbudza mój szczery podziw. Ma półtora metra szerokości i to wystarczyło chłopakowi wjeżdżającemu na nią na dużym motorze, a także dwom dziewczynom o wyjątkowo długich nogach, które na niej siedziały. Stara kładka kołysała się tak bardzo, szczególnie przy silnych wiatrach, że piesi z trudem utrzymywali się na nogach, a rowerzyści obijali się o siatkę zabezpieczającą. Ta też się kołysze, ale łagodnie. Staszek robi mi zdjęcie i opowiada, że w dzieciństwie płynął z ojcem łódką aż do tego miejsca, a następnie spływali w dół, łowiąc ryby. Niedaleko stąd wyciągali wspaniałe szczupaki, ale w tamtych czasach cała rzeka mieniła się od ryb. Zbiorcza oczyszczalnia ścieków w Krzemiennej oraz porządna kanalizacja gminna powstają dopiero teraz – ścieki z domów przestaną spływać do rzeki, która po kilku latach znowu zacznie mienić się od ryb...

  

       

                            Ja na tej kładce (fot. Stanisław Węgrzyński)    

 

    Przez rzekę można przeprawić się promem we wsi Krzemienna, ale interesuje mnie Ulucz, a nie Jabłonica Ruska. Wprawdzie dojazd samochodem do Ulucza jest stamtąd możliwy, ale wędrówka piesza po długiej jeździe samochodem jest bardziej wskazana, a kładka w Witryłowie prowadzi właśnie do Ulucza, gdzie na wzgórzu Dębnikiem zwanym znajduje się otoczona starodrzewiem najstarsza w Polsce cerkiew pw. Wniebowstąpienia Pańskiego wzniesiona prawdopodobnie w latach 1510-1517.  Obok niej widnieje murowana kapliczka oraz kilka nagrobków z XIX i XX wieku.

     Znalazłem się tutaj po raz pierwszy, choć o jej istnieniu wiedziałem od co najmniej sześciu lat, gdy redagowałem dwa tomy wspomnień Romana  Mycielskiego, ostatniego z hrabiowskiego rodu Mycielskich z pałacu na Opieszynie koło Wrześni – w latach studenckich pracował on przy renowacji między innymi tej cerkwi, opowiadając o niezwykłych wyczynach cieśli z Haczowa, które wprawiły w osłupienie znanych profesorów z czołowych politechnik polskich, którzy stwierdzili po kilkudniowych badaniach, że z uwagi na groźbę zawalenia się całej budowli niemożliwe jest usunięcie jednej ze ścian (ze względu na jej opłakany stan techniczny trzeba ją było koniecznie zrekonstruować od nowa), a cieśle ludowi zapytali tylko: „Kiedy to mamy zrobić? Teraz, czy jutro rano?” A ponieważ akurat byli zajęci, w następnym dniu rozebrali tę ścianę w ciągu kilku godzin, w południe już fajrantując – i cerkiew się nie zawaliła!

 

      

                       Cerkiew w Uluczu z lotu ptaka (fot. Józef Ambrozowicz)

 

     Dla mnie, który kiedyś lubiłem zajmować się ciesiołką, szczególnie frapujące jest to, że wzniesiono ją wyłącznie z użyciem siekier i toporów, pił nie używano! Znajduje się w niej niekompletny ikonostas, a pomyśleć, że Bazylianie, do których ta cerkiew należała, w dawnych czasach prowadzili w budynku przyklasztornym szkołę rzeźbiarską, gdzie wyrabiano wspaniałe ikonostasy! Ale nie tylko, gdyż to z tej zapewne pracowni wywodzi się późnobarokowy ołtarz główny z kręconymi kolumnami, o bogatej dekoracji snycerskiej z bujnego akantu, który przeniesiono po wojnie do niezbyt odległego od tej cerkwi drewnianego kościoła pw. Przemienienia Pańskiego w Końskich; pasuje tam zresztą jak ulał, no bo ten kościół też był kiedyś cerkwią...

    Dlaczego grób rodziców pana Staszka znalazł się na cmentarzu w Końskich, a nie w Dydni, już wiadomo. I wiem także, dlaczego jest to jeden z najpiękniejszych grobów, jaki widziałem w życiu. Otóż z iwonicko-zdrojowej rodziny Kenarów pochodzi nie tylko sławny rzeźbiarz, Antoni Kenar, twórca szkoły zakopiańskiej, ale i Jerzy Kenar, też rzeźbiarz, który po wyemigrowaniu przy końcu lat siedemdziesiątych do USA, utworzył w Chicago Wooden Gallery, stając się jednym z najbardziej uznanych i rozpoznawalnych w świecie polskich artystów.

     Cofnijmy się jednak do roku 1971, gdy pan Staszek zamówił u niego, swego najlepszego podówczas przyjaciela, dwie stojące płaskorzeźby Chrystusa oraz Matki Boskiej ponadmetrowej wysokości z pięknego piaskowca cergowskiego o beżowym odcieniu, pochodzącego z kamieniołomu Lipowica koło Dukli. Rzeźby zostały wykonane przez artystę tuż przed jego wyjazdem na stałe do Szwecji (ożenił się ze Szwedką, którą poznał w Zdroju), po przyjacielsku, prawie za Bóg zapłać. Pierwotnie wieńczyły one dużą płytę lastrykową. Chwała Bogu, że po pewnym czasie ta płyta w środku pękła, i chwała miejscowemu kamieniarzowi, panu Romanowi Kogutowi z Krzywego, że robiąc wstawkę kamienną obejmującą znaczną część płyty, dopasował ją kolorystycznie do rzeźb i nadał jej taką samą szlachetną matowość, mimo iż pozostałe grobowce na tym cmentarzu zrobiono na wysoki połysk...

 

    

            

09:15, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
Ostatni zajazd na Dydni (cd.)

    I jeszcze o Witryłowie. Złożyliśmy tam wizytę znanemu na Ziemi Dydyńskiej pszczelarzowi Władysławowi („Dziuńkowi”) Kozłowskiemu, który ma sto sześćdziesiąt uli. Ile miodu można uzyskać z tej pasieki? Zależne jest to od wielu czynników, przede wszystkim pogodowych. Ba, gdyby pożytków było dużo jak w najlepszych latach (poprzedni rok był marny, a ten w miarę dobry), no i gdyby było można, jak żartują pszczelarze, nałożyć pszczołom-zbieraczkom jarzma z dwoma wiadrami na kark! Wiadomo jednak, że cukier drożeje, a trzeba go kupić rocznie „grubo ponad tonę”, by pszczółki mogły przezimować, natomiast ceny miodu od wielu lat są takie same. Trudno konkurować z wielkotowarowymi pasiekami, które mają do dyspozycji tysiące hektarów miododajnych upraw, a tu co?

     Tutejszy miód jest za to ekologiczny i wonny ponad wszelkie wyobrażenie (dostałem na drogę słój tego miodu i stwierdzam, że palce lizać i od czasu do czasu zdejmować pokrywkę, by napawać się jego aromatem). Z tej wizyty i serdecznej gościny zapamiętałem jeszcze, jak pan „Dziuniek” opowiadał, że ul ulowi nierówny. Z jednego można podebrać miód trzy razy do roku, a z innych tylko raz. Bo rodziny pszczele są jak rodziny ludzkie. U jednych panuje wzorowy porządek, a u drugich bałagan. Wszystko zależy od matek. Te, które są bałaganiarkami, wprowadzą bardak do każdego ula, także tego, w którym przy poprzedniej matce panował idealny ład, ale może być i tak, że do czasu lotu godowego były porządnisiami, a po zapłodnieniu ich przez trutnie wywodzące się z bałaganiarskich uli zaczynają nagle opuszczać się w swych obowiązkach i wprowadzać stopniowo nieład do swego ula!

     Byłem ciekaw, czy pszczoły pana „Dziuńka” dolatują na dość odległe wzgórze po drugiej stronie Sanu, gdzie pani Marta Półtorak, prezes klubu żużlowego PGE Marma Rzeszów (jej firma Marma Polskie Folie to jeden z największych producentów folii na naszym rynku), ma swoją rozległą posiadłość? Podobno kazała tam posadzić między innymi tysiąc krzaków borówki amerykańskiej, która kwitnie od kwietnia do maja, a kwiaty zapylane są właśnie przez pszczoły i trzmiele. Są tam też i inne pożytki, z którymi pszczoły muszą się jednak dzielić z danielami (jest tam hodowla tych pięknych zwierząt), żerują one bowiem na podleśnych łąkach, ale głównie w nocy, gdy pszczoły odpoczywają...  Odparł, że na pewno tam dolatują, gdyż nie jest to aż tak daleko w linii prostej – pszczoły nie muszą szukać przeprawy promowej ani kładki linowej, a po nektar mogą polecieć nawet trzy kilometry, jeśli za mało jest pożytków w pobliżu, ale z tak odległych lotów pożytku wielkiego nie ma, bo znaczną część nektaru muszą zjeść w drodze powrotnej, by nie paść z głodu.

 

         

    Pan „Dziuniek” w swym pszczelim królestwie  (fot. Stanisław Węgrzyński)

 

     W Witryłowie wstąpiliśmy również do Adama i Teresy Kraczkowskich, którzy akurat świętowali zdanie matury przez najmłodszego syna. Pan Staszek podał mi dużą chałkę i kazał wejść przodem. Niosłem tę chałkę na rękach jak niesie się chleb dożynkowy. Byłem nieogolony, miałem na sobie krótkie spodnie „bermudy” i zielone skarpety do kolan, a na głowie płócienny kapelusz w zielonkawe ciapki. Wszedłem, mówiąc donośnie i z solenną miną: „Witam was, dobrzy ludzie, chlebem i solą...” Kęsy, które nieśli do ust, znieruchomiały w powietrzu, a oczy mieli tak wielkie, że prawie wychodziły im z orbit. Dopiero po wejściu pana Staszka zamrugali powiekami, po czym śmiali się do łez wraz z nami...

Pan Adam był w dzieciństwie towarzyszem zabaw pana Staszka, którego dom rodzinny stał po drugiej stronie drogi, gdzie teraz trawy dochodzą aż do linii lasu (ani śladu po warzywniaku, poletku ziemniaczanym, drzewach owocowych). Już po wyzwoleniu, w nocy z 10 na 11 września 1946 roku, matka pana Staszka uciekała z tego domu wraz z małymi dziećmi, gdzie oczy poniosą. Ojca nie było, bo akurat tej nocy pełnił straż w oddziale samoobrony strzegącej wieś przed ewentualnym napadem band UPA (Ulucz, który sprzyjał banderowcom, był niedaleko), i nagle tuż przed północą, w złowróżbnej ciszy, gdy nawet ptaki nocne umilkły, jakby zatrwożone tym, co się za chwilę wydarzy, usłyszał strzały od strony Sanu, a po jakimś czasie niebo stanęło w płomieniach tuż nad jego domem! Ktoś z jego kolegów pobiegł zawiadomić Wojsko Polskie stacjonujące w Sanoku, a on z sąsiedniego wzgórza patrzył bezradnie na płonący dom i na wywlekane z obory bydło (po kilkunastu strzałach przerażone głosy zwierząt ucichały; ćwiartowano ubite sztuki na miejscu, by zabrać ze sobą najlepsze partie mięsa).

     W blasku czerwonej łuny widział także, jak zabierają z domu zapasy żywności i odzieży, w tym bele materiału, z którego mieszkający z nimi brat żony szył kiedyś ubrania dla akowskiej partyzantki, ale te wszystkie straty można było jakoś przeboleć, byle nic się nie stało żonie i dzieciom, więc modlił się żarliwie o ich ocalenie, powierzając ich Boskiej opiece, i później był pewien, że jego modlitwy zostały wysłuchane, gdy okazało się, że podczas tego napadu bestialsko zamordowano siedem osób, w tym matkę jego krewnego, Józka Dzika, a kilkanaście innych poraniono. Wojsko Polskie nie zdołało przybyć na czas, ale dzięki temu, że karabiny i jego, i pozostałych członków oddziału samoobrony nie próżnowały, upowcy zdołali spalić tylko pół wsi, w tym oczywiście dom Adama Kraczkowskiego – i jak się pojawili z zapalonymi żagwiami, tak zniknęli jak złe duchy, unosząc za sobą tętent końskich kopyt...

 

                 

                               Po napadzie banderowców na inną wieś

     Po wojnie zbudowano na pogorzelisku nowy dom, też drewniany, ale gdy pięcioro dzieci wyfrunęło z rodzinnego gniazda w świat, a rodzice umarli, okazało się, że nie było nikogo, kto chciałby tam osiąść, więc dom został sprzedany. Jednakże nabywca też nie chciał tu zamieszkać – chałupę kazał rozebrać i przenieść w inne, odległe miejsce, dlatego ponad sześciohektarowe gospodarstwo przepadło, przyłączone bezprawnie do miejscowego PGR-u, którego dyrektorem był… rodzony wuj pana Staszka, lecz prikaz z góry to prikaz!  Ojcowizna przestała istnieć nawet w wymiarze symbolicznym. Wiadomo, kto się w grobach przewraca na cmentarzach w Dydni i Końskich – praca dwu pokoleń, w tym harówka dziadków za Wielką Wodą, poszła na marne…

     Pan Staszek błaga w modlitwach o przebaczenie przede wszystkim dziadków, bo to oni kupili tę ziemię od hrabiego Ksawerego Dwernickiego, niepotraktowanego bynajmniej przez sotnię „Kryłacza” ulgowo, gdyż ponad stuletni dwór też poszedł z dymem, i bije się w piersi za pozostałych czterech braci, z których dwóch już nie żyje (najstarszy Władek prowadził w Nisku wzorcowe gospodarstwo rolne, hodując bydło mleczne, a po przejściu na emeryturę stał się zbieraczem ziół na dużą skalę; drugi z kolei, Janek, był dobrym wójtem gminy Lubczyna w powiecie goleniowskim). Z jeszcze żyjących braci, młodszy Zdzisław „zastał Bieszczady drewniane, a zostawił murowane”, najmłodszy Józio ratuje w Ustrzykach Dolnych polską służbę zdrowia przed całkowitą zapaścią. A co robi pan Staszek? Mówi, że robi dobrą minę do złej gry…

 

     Stamtąd pojechaliśmy do Krzywego, gdyż tam mieszka pani Jadzia Kraczkowska, która z dobrego serca obsługiwała wspomniany zjazd rodzinny na ponad sto osób zorganizowany przez pana Staszka, a normalnie obsługuje wszystkie bankiety oraz przyjęcia weselne w całej okolicy; czy stypy, nie wiem, ale zapewne też. W rozwożeniu tego, co nagotuje, nasmaży etc., pomaga jej mąż, Rysiu, który przy mówieniu machinalnie pokręca wąsa i sięga ręką do boku, jakby szukał szabli. Na działce żony pobudowali wielki dom. Dlaczego tak wielki? Pani Jadzia pokazuje na stary budynek gospodarczy: „Przed nim stała chałupka. W jednej izbie mieszkało nas, oprócz rodziców, pięcioro rodzeństwa, ścisk i harmider był okropny. I wtedy powiedziałam sobie, że muszę mieć kiedyś dom o siedmiu pokojach. I taki dom wybudowaliśmy...” Dom jest na zewnątrz nieotynkowany, w środku czyściutko, lecz skromnie. Ba, stałaby tu pańska rezydencja, gdyby pani Jadzia otworzyła w Warszawie pierogarnię i serwowała w niej nie różnokolorowe świństwa o smaku trawy morskiej, lecz pierogi własnej roboty, tak pyszne, że niewiele brakowało, bym wraz nimi zjadł talerz, na którym je podano!

     W tym samym Krzywem mniej zainteresował mnie fakt zatarcia cech stylowych dawnej cerkwi greckokatolickiej, bo to normalka na tych terenach. Znacznie bardziej zafrapowała mnie wiadomość, że przy końcu lat dziewięćdziesiątych zamieszkała tu warszawianka, której nazwisko pasuje jak ulał do tej miejscowości. Chodzi o panią Bogusławę Krzywonos, z którą z całą pewnością musiałem wielokrotnie spotykać się oko w oko, skoro w Warszawie mieszkała na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, a ja o kilkadziesiąt metrów dalej, w jednym z wieżowców przy ulicy Bagno...

     Przeprowadzka z mieszkania o powierzchni wynoszącej zaledwie kilkadziesiąt metrów kwadratowych do dużego domu z przylegającą do niego ponadhektarową działką, zamiana klaustrofobicznego pejzażu wielkomiejskiego, z walącymi się na głowę ścianami domów, z nigdy nieucichającym hałasem, smrodem spalin, zatłoczonymi ulicami, na idylliczny krajobraz, z ciszą, która aż dzwoni w uszach, z powietrzem przesyconym balsamiczną wonią drzew i zapachem kwiatów, możliwa jest tylko w takich krajach jak nasz, gdzie mieszkańcy wsi i małych miasteczek pchają się do centrów dużych miast, w przeciwieństwie do krajów bogatych, gdzie występuje tendencja odwrotna…

     Czy pani Krzywonos przenosząc się z Warszawy do Krzywego kierowała się wyłącznie przestępną ceną, a nie nazwą wsi, która mogłaby sugerować, że jej odlegli przodkowie otrzymali ją z nadania królewskiego w wieku XV (akta nadania nie zachowały się w zawierusze dziejowej)? Tego nie wiem, ale pośrednio mógłby wskazywać na to fakt utworzenia przez nią w roku 2002 w trzech klasach szkoły w Krzywem Izby Regionalnej, która ma podtrzymywać tradycję i zobrazować życie poprzednich pokoleń, być może jedynie z powodu szczupłości pomieszczeń ekspozycyjnych nie sięgając w czasy aż tak odległe…

 

      

                         Izba Regionalna (fot. Józef Ambrozowicz)

 

     Do Izby jednak nie wstąpiliśmy. I nie uczyniliśmy tego w obawie, że dziecinniejąc na stare lata moglibyśmy nagle zapałać chęcią wpakowania się do kołysek, w których sypiały tutejsze dzieci w XIX wieku, i donośnie chrapać przy wtórze jednej ze starych kołysanek z tego terenu, śpiewanej przez ducha siwuleńkiej babuni w koronkowym czepku, która po zamknięciu drzwi wejściowych na klucz przędzie wełnę na stojącym obok kołowrotku. Po prostu zaczęło się ściemniać i trzeba było wracać do Iwonicza-Zdroju. Najkrótsza droga byłaby przez Rymanów, ale pan Staszek chciał mi jeszcze pokazać na obrzeżach Krosna gospodarstwo pana Janka Sroki. I pokazał, i aż ślepia wyszły mi na wierzch ze zdumienia, bo komu by się chciało uprawiać ziemię i doglądać samemu konia, krów, świń czy kur, mając osiem krzyżyków na karku i pokaźną górniczą emeryturę? 

                                                  

08:26, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »