RSS
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

 

Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diable… nie wszedł rozdzialik zatytułowany NAGLE ANIOŁ PRZEZ NIĄ PRZEMÓWIŁ z uwagi na to, co Adam mówił o swej żonie czwartej, Magdzie, ale także o innej, znacznie bardziej znanej, Magdzie Zawadzkiej, żonie Holoubka. Była tam jeszcze zabawna anegdota o Barbarze Fijewskiej i jej dwóch kolejnych mężach (opowiedziana Adamowi przez Jana Świderskiego) oraz o Oldze Lipińskiej i Kalinie Jędrusik, poprzedzona taką oto refleksją Adama: Otóż uważam, że zasób słów „nieoficjalnych” zmniejsza się u nas drastycznie z dwóch powodów: pierwszy to gazetowość naszego języka, który w stosunku do mięsistej staropolszczyzny czy Morsztynowego baroku szeleści higienicznym papierem. Ostatni Mohikanie tamtego języka wymierają w zastraszającym tempie. Należała do nich niewątpliwie Kalina Jędrusik…

I cały ten rozdzialik pojawił się na moim blogu 24 czerwca, powitany wybuchami śmiechu przez kilka komentatorek. Usunąłem jednak ten post po uwadze Renaty Dymnej: „Nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Są rzeczy, które opowiada się tylko w garderobach i bufetach, i tam brzmią. Wyciągnięte ‘na scenę' wprawiają w konfuzję, nie dając w zamian nic szczególnego... Ale  stało się”. Odpisałem: „Droga Renato! Blog to nie jest wydrukowana książka, wystarczy pyknąć w 'usuń' – i post znika bez śladu, ale tego ‘baobaba’ bardzo mi żal – i ładnego zakończenia... To było jego, Adama, życie, a nie anegdota opowiadana po garderobach i bufetach!”.

Przywracam zatem końcową sekwencję (po usunięciu tego, co ją raziło):

 

Olga Lipińska mogła być zaskoczona „nieoficjalnym” zapytaniem Kaliny Jędrusik, kto ciebie p......i?", wystarczy popatrzeć na zdjęcia obu pań…

 

 Olga Lipińskajedrusik_kalina 

                                     Olga Lipińska i Kalina Jędrusik

 

 Ale moja Magda też mnie wczoraj zaskoczyła, pytając:

– Na czym polega obrzezanie?

– Nie wygłupiaj się!

– Ja się nie wygłupiam, po prostu nie wiem!

Musiałem jej to opisać, niestety nie mogąc zobrazować tego na własnym przykładzie, bo naprawdę nie wiedziała!

 

Przynajmniej była szczera i żądna wiedzy…

Ona?! Wcześniej o nic mnie nie pytała! Nigdy! Nawet w sprawach teatralnych! Kiedy zaczynałem o tym mówić, od razu mi przerywała i sama mówiła, co to jest teatr! W jej pojęciu pytanie jest dowodem głupoty, natomiast mówienie, polegające nawet na wygadywaniu bzdur – nie, bo zamazuje niewiedzę! Dla niej przyznanie się do niewiedzy jest głupotą, mimo iż tłumaczyłem jej, że zadawanie pytań dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: jest mądrością, albo prowadzi do mądrości! Ja robię to ciągle – jeśli nie rozumiem jakiegoś słowa, pytam o jego znaczenie…

 

Ale w końcu jednak zapytała…

Bardzo mnie to zaskoczyło! Myślę jednak, że od razu pożałowała swojej szczerości!

 

 

Cwen

 

Jeśli chodzi o Magdę, to wcale mnie to nie dziwi, ale z Kucówną było chyba inaczej? A z Rysiówną raczej na pewno, bo sam mówiłeś, że najwięcej się od niej nauczyłeś, choć jako mentorka nie przebierała w słowach…

O, tak, była szczera aż do bólu! I uważała mnie a priori za idiotę! Powiedziałbym, że im większe odnosiłem sukcesy (byłem wówczas szefem artystycznym telewizji, a na posiedzeniach Radiokomitetu każdego mojego słowa słuchano z największą uwagą), tym bardziej mnie postponowała, mając na podorędziu stały repertuar obelg: „Jesteś dureń, chuj głupi, nie odzywaj się!”, a gdy mówiłem, że nie może mnie tak traktować, bo w końcu znajdzie się jakaś blondynka, która mi powie: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”, to słyszałem: „Długo tak jeszcze będziesz bredził?”.

Próbowała tę sytuację moją z Rysiówną jakoś wyprostować Wanda Telakowska, przemądra baba z high life’u przedwojennego Warszawy, przyjaciółka Skamandrytów i Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, wówczas dowódcy dywizji, który wpisał się jej w roku 1937 do sztambucha tak: „Niniejszym stwierdzam kategorycznie i nieodwołalnie, że zdobyła pani sympatię, szacunek, uznanie, zachwyt i podziw wszystkich kawalerzystów, szwoleżerów, ułanów, strzelców konnych, pionierów oraz konnych artylerzystów, którzy mieli zaszczyt i przyjemność poznania Pani, Miła Panno Wando”. No więc pani Wanda poszła do mojej żony z własnej woli (powiedziała mi o tym ex post):

– Zrozum, Zosiu, ty byłaś w Krakowie śliczną, rozkwitłą jabłonką, a on był przy tobie takim małym krzaczkiem: grałaś wielkie role, a on drugoplanowe. Pobraliście się i przez te lata wyrósł nad tobą z tego krzaczka baobab, nie możesz go więc nadal traktować, jakby był krzaczkiem, bo to się skończy katastrofą!

A Zośka zapieniona:

– Co ty mi za bajdy przyrodnicze opowiadasz? Baobab?! Jaki on baobab?! Chuj, nie baobab!

Gdy robiłem z nią „Berenikę” i „Zmartwychwstanie”, które odniosły niekwestionowany sukces, oświadczyła wobec osób trzecich: „To jest wszystko, na co stać Adama, beze mnie jest nikim!”. Dopiero tuż przed moim odejściem nieco się opamiętała: „Trzeba było walnąć pięścią w stół!”, ale ja nie jestem od walenia pięścią w stół! Oczywiście te cechy charakterologiczne miała w genach, ale wieloletni pobyt w Ravensbrück na pewno w niejednym ją usprawiedliwia – kategoryczny, powiedziałbym, brutalny ton, z jakim się do mnie zwracała, musiał mieć swoje źródło w jej koszmarnych przeżyciach obozowych!

 

Aż w końcu przyszła blondynka, która ci powiedziała: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”. 

 

 

Kucówna

 

 Tak było. A potem przyszła kolejna, która mi powiedziała…  (zawiesza głos)

 

„Adam, jesteś zmęczony…”

Może na samym początku tak było, ale później słyszałem: „Adam, jestem zmęczona, położę się, a ty mi zrób herbatę…”. Ale pozwólcie, że zmienimy temat!

 

 

                                                 KONIEC!

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



14:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 b)

 

~pp
20 czerwca 2017 o 18:24

Na ostatnim zdjęciu obok Olbrychskiego siedzą Joanna Dark (piosenkarka) z mężem Markiem Dutkiewiczem, autorem tekstów do kilkuset piosenek, w tym przepięknego utworu: „Latawce, dmuchawce, wiatr” (Urszula)…

Szkoda,że to już ostatni raz ….

 

jbr
20 czerwca 2017 o 19:23

Dzięki za to objaśnienie. Mam nadzieję, że dzięki Renacie Dymnej będzie też wiadomo, kto tańczył wraz ze mną w ogrodzie Hanuszkiewiczów…

 

~WE
20 czerwca 2017 o 20:50

Nie ukrywam, że jestem bardzo rozczarowana sposobem, w jaki zakończyłeś tę swoją dokumentacyjną peregrynację po teczkach Hanuszkiewiczowskich. Oczywiście rozumiem, że za poradą pani Renaty nie chcesz odsłaniasz kulisów sprawy, o której kiedyś obszernie na swoim blogu opowiadałeś, by następnie, tuż po śmierci Pana Adama, te posty usunąć. Rozumiem też, że kierując się delikatnością wobec czterech żon Hanuszkiewicza nie chcesz odsłaniać „tajemnic alkowy”, ale są przecież historie anegdotyczne natury ogólnej, które według mnie powinny zostać zacytowane zanim odejdziesz z tego świata, co może nastąpić nawet za kilkadziesiąt lat, jesteś bowiem człowiekiem niesłychanie żywotnym, kandydatem na kolejnego iwonickiego stupięciolatka! Przypominam, że mi to obiecałeś!

 

~bosonoga
21 czerwca 2017 o 11:36

W pełni popieram apel WE, żeby choć tyciutki ciąg dalszy nastąpił! Po zerwaniu więzadeł krzyżowych w lewym kolanie nie mogę nie tylko włazić na Przymiarki dwa razy dziennie, ale w ogóle tam włazić, capito? Natomiast czytać mogę! Więc zmiłuj się – i coś dopisz!

 

~pp
21 czerwca 2017 o 20:29

No widzisz: siła złego na jednego! Nie wkładaj jeszcze teczek Hanuszkiewiczowskich do biurka! Z kobietami żaden mężczyzna jeszcze nie wygrał!

 

~jbr
21 czerwca 2017 o 23:42

Renata pewnie na wsi, nie odpowiada. Na tym zdjęciu w ogrodzie podrygiwał w tańcu na pewno Robert Kudelski (ten najbliżej mnie), którego Adam obsadził cztery lata wcześniej – w debiucie teatralnym – w roli Romea! W tym samym 1997 roku zdobył I nagrodę na Festiwalu Piosenki Francuskiej. Wielka kariera teatralna, filmowa, no i telewizyjna (od 2000 roku występował w znanych serialach) zdawała się stać przed nim otworem, ale ta dobra passa, nie wiadomo czemu, nagle się skończyła. Poprosił mnie przez Renatę o napisanie tekstów do kilku piosenek, bardzo mu się spodobały, ale kłopoty zawodowe, które na niego wkrótce spadły (Renata mówiła, że musiał występować w reklamach i statystował w filmach), sprawiły, że te teksty spoczęły na wieki wieków w jakiejś archiwalnej teczce, bo żaden kompozytor nie widział interesu w tym, żeby go promować. O losach pań pląsających wokół ukochanego psa Hanuszkiewiczów (zwał się Bary) nic konkretnego powiedzieć nie mogę, bo znałem je tylko z widzenia, ale należy domniemywać, że po roku 2005, gdy rozwiązano zespół Teatru Nowego, zaczęły prząść bardzo cienko, ale o tym owego pięknego czerwcowego dnia 2001 roku jeszcze nie wiedziały…

 

~Krakuska
24 czerwca 2017 o 11:46

A wśród tańczących pani Cwenówny nie było? Rozumiem, że nie z Solenizantem, który bał się, że nie przeżyje dwóch kos, ale ona była jeszcze stosunkowo młodą babką, więc podrygiwać w tańcu mogła. No, chyba że obowiązki gospodyni jej to uniemożliwiły, bo zorganizowanie przyjęcia urodzinowego dla sporej, jak się domyślam, liczby gości, to zapieprz nie lada!

 

~jbr
24 czerwca 2017 o 12:14

Adam w toku rozmów dźwirzyńskich (odbyły się one wkrótce po tych urodzinach kilka razy mówił, co utaiłem, że z Magdą podryguje już tylko w tańcu śmierci! Zataiłem też, iż narzekał, że ostatnie przyjęcie urodzinowe zorganizowała Mu Wiesia, jego asystentka, bo „Magda ma czułość tylko dla siebie”. A jeśli chodzi o tańcowanie z nią, to na zdjęciach dostępnych w Necie widać ich w gronie tańczących. Nie dałem jednak z nagrań bardzo ładnego kawałka (znowu ta paskudna cenzura wewnętrzna, bo wiedziałem, z kim mam do czynienia!), w którym Adam mówił, że jego babka twierdziła, że „jaki taniec, takie życie!”, to znaczy, że brak duchowej harmonii między partnerami w tańcu źle wróży na przyszłość. Adam nawet zażartował, że pary narzeczeńskie powinny obowiązkowo stawać przed specjalną komisją (złożoną z doświadczonych psychologów, seksuologów etc.), przed którą musiałyby zatańczyć kilka różnych kawałków, a po końcowej ocenie ujemnej nie miałyby prawa wstąpić w związek małżeński, dzięki czemu uniknięto by dziesiątków tysięcy rozwodów rocznie! Wspomniał też, że na samym początku znajomości z Magdą (był wówczas jeszcze z Kucówną) jeden z jego przyjaciół, obserwując ich taniec powiedział: „Nie boisz się z nią tańczyć? Ja bym się bał! Ta panienka nie tańczy z tobą, ona oplata cię jak wąż!”.

 

~Weronika
24 czerwca 2017 o 12:49

Oj, z tą komisją to nie jest głupi pomysł! Mój wybranek deptał mi po nogach na potańcówkach jako narzeczony, no ale miał inne „walory”. Jako mąż też deptał mi po nogach w tańcu, no ale miał inne „walory”, choć coraz mniejsze, chi-chi! Teraz już nie chce nam się tańczyć wspólnie, w dodatku mój mąż już nie ma żadnych „walorów”. Drepczemy w pobliżu siebie w tańcu śmierci, a raczej aż do śmierci, bo skoro nie rozwiodłam się z nim z uwagi na dzieci, gdy był na to czas, to tym bardziej nie rozwiodę się teraz – niech dzieciom i wnukom wydaje się, że wszystko gra!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:42

Pisz, pisz, bo chociaż mam zawroty głowy po tej cholernej korporektomii szyjnej (wstawienie implantu), to niedługi post mogę przeczytać na dwa razy, a dłuższy na sześć-siedem razy, ale mogę!
Bardzo Hanuszkiewicza lubiłam słuchać w telewizji… Taaaakich paaaanów (jak mówił) teraz coraz mniej!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:59

W tym kółku tanecznym ta odwrócona tyłem pani w sukience w grochy przypomina mi Joannę Górniak. W serialu „Plebania” była matką Krystiana. Rozpoznaję ją po włosach i figurze. Jestem ciekawa, czy trafiłam?

 

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:16

Specjalnie się tak podpisałam, bo Tania, lwowianka, opiekowała się umierającym (długo) Adamem. Ale do rzeczy. Z tego, co Pan napisał w ostatnich postach Hanuszkiewiczowskich, wynika, że zna Pan wywiad pani Cwen-Hanuszkiewicz z „Gali”.

Chciałabym, żeby odniósł się Pan do takiego oto fragmentu z tego wywiadu, bo jako fanka Hanuszkiewicza (bardzo już leciwa) długo nad nim rozmyślałam:

„Kiedy rozmawiałyśmy przed rokiem, mówiła Pani, że mąż zamknął się w sobie, że jest pogrążony w depresji. Odżywał nocami i snuł monologi, w których rozliczał się z przeszłością. Planowała Pani ich nagranie.

To były niezwykle ciekawe, realistyczne monologi. Adam rozmawiał ze wszystkimi – z Michnikiem, Kuroniem, z matką, wieloma ludźmi. Rozliczał swoje życie, rozprawiał się z teatrem, reżyserował i robił wykłady dla studentów. To, co mówił, było mądre, pełne pasji. Tkwiła w tym siła jego umysłu – to było to, co miał jeszcze do przekazania. I dawał to w nocy, duchom. Chciałam nagrać te monologi, ale nie byłam w stanie. Byłoby to naruszeniem Jego intymności”.

Przyznam się, że dla mnie postawa pani Magdy była co najmniej dziwna! Najwyraźniej nie rozumie, co oznacza słowo „intymność”!


1. «bardzo osobisty charakter czegoś»

2. «erotyczny, miłosny charakter czegoś»

3. «sprawa bardzo osobista, często o charakterze erotycznym»


Czy mam rację?

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:21

Aha, i jeszcze to wydaje mi się nieprawdziwe:

„Nie grywała Pani w zasadzie u innych reżyserów. Z wierności czy konieczności?

Płaciłam za to, że jestem Jego żoną”.

 

~jbr
25 czerwca 2017 o 07:55

Pozwoli Pani, że odpowiem najpierw na drugą kwestię przez Panią poruszoną: PANI MAGDZIE CWEN-HANUSZKIEWICZ PŁACONO WYŁĄCZNIE ZA TO, ŻE BYŁA JEGO ŻONĄ! NAWET PO JEGO ŚMIERCI ZOSTAŁA PRZYGARNIĘTA Z LITOŚCI PRZEZ DYREKTORA „RAMPY” JEDYNIE DLATEGO, ŻE BYŁ ZAPRZYJAŹNIONY Z HANUSZKIEWICZEM!

A teraz odpowiem na kwestię pierwszą: PANI MAGDA CWEN-HANUSZKIEWICZ NIE WIEDZIAŁA NAWET, CO TO JEST „OBRZEZANIE”, PRZEŻYWSZY PONAD 50 LAT I MAJĄC NIBY WYŻSZE WYKSZTAŁCENIE. TRUDNO WIĘC OD NIEJ WYMAGAĆ, BY ROZUMIAŁA, CO OZNACZA SŁOWO „INTYMNOŚĆ”.

W tym wywiadzie, i nie tylko w tym, gada od rzeczy lub zwyczajnie kłamie (Strindberg, który połączył Adama i mnie, mówił, że :kobieta kłamie za każdym otwarciem ust”; niezupełnie się z nim zgadzam w tej kwestii, ale niewątpliwie pani Magda do takich kobiet należy).

Redaktorka „Gali” napisała: „Planowała Pani ich nagranie”. Jest to stwierdzenie, nie pytanie (odnosiło się to zresztą do ich wcześniejszej rozmowy). Planować nagranie pani Magda mogła tylko za życia Hanuszkiewicza – po Jego śmierci mogła jedynie próbować odtworzyć owe nocne monologi śp. Adama, czyli wtłaczać Mu do ust jakieś brednie! Bo gdyby rzeczywiście te monologi miały jakiś sens, to każda mądra i kochająca kobieta zrobiłaby wszystko, żeby owe monologi utrwalić dla potomności, nieprawdaż? Ponadto niby z czego pani Cwenówna miałaby złożyć książkę o swoim „ukochanym mężu”? Na pewno nie z rozmów głębokich z Nim, bo nigdy nie była do nich zdolna! Z zasłyszanych opinii o Nim, z tego, co publicznie mówił? Słuchać hadko! Pozostała jednak po Nim nie tylko papierowa serwetka z trzema słowami. Zachowała się na pewno jakaś korespondencja, być może jakieś zapiski, ale do opracowania czegoś takiego trzeba tęgiej głowy, a nie pustej i w dodatku neurotycznej!

 

 

~WE
26 czerwca 2017 o 13:59

 

Fakt, że w tej skróconej postaci aż tak zabawne – dla większości czytelników – to nie będzie, ale dla mnie (rozumiem obiekcje Renaty Dymnej), dzięki temu skrótowi, to zakończenie stało się głębsze i bardziej prawdziwe!

 

 

 

~irena
26 czerwca 2017 o 14:12

 

Zgadzam się z WE! Zawsze mi się wydawało, że Hanuszkiewicz kochany był znacznie bardziej przez teatr, niż przez kobiety, z którymi dzielił POZOSTAŁĄ RESZTĘ ŻYCIA… I z psychologicznego punktu widzenia nie mogło być inaczej: szukał w nich matki, a matka może być tylko jedna: ta, co urodziła, nawet jeśli odrzuciła!

 

 

 

~mirosława
26 czerwca 2017 o 15:012

 

Hm, skoro anioł przez Rysiównę przemówił w ten sposób, to jestem ciekawa, co by było, gdyby diabeł przez nią przemówił? Może to byłyby słowa parlamentarne? Nie chodzi jednak o te, które padają w polskim parlamencie!!!

 

 

jbr
26 czerwca 2017 o 15:23

 

To są kwestie psychologicznie bardzo złożone – miałem więcej żon od Adama, ale właściwie szukałem tego samego, czyli de facto wczorajszego dnia!

 

Rzeczywiście był ode mnie mądrzejszy w tych sprawach o całe 16 lat – zrozumiałem to w kilka lat później (po dźwirzyńskich rozmowach).

 

 

 

~Genowefa
26 czerwca 2017 o 18:53

 

Jako starsza pani doskonale jeszcze pamiętam Hanuszkiewicza i nie ukrywam, że darząc go niekłamaną sympatią zawsze miałam mu za złe, że porzucił wspaniałą Kucównę dla „młodszego rocznika”, tym bardziej, że mój mąż zrobił to samo, gdy zapadłam na raka piersi. Jestem ciekawa, czy Kucówna traktowała Pana Adama tak jak pozostałe żony? Pan napisał, że kochał ją najbardziej i tę swoją zdradę odczuł najboleśniej. Oficjalnie nic złego o niej nie powiedział i ona też nie mściła się za to, co zrobił.
Dziękuję Panu za to, że te książki dźwirzyńskie ujrzały światło dzienne – mam je na półce i często do nich wracam.

 

 

 

~jbr
26 czerwca 2017 o 20:38

 

Dzięki za dobre słowa, miła pani Genowefo!
Moja robota została zakończona. Oficjalnie na ten temat już nie będę się wypowiadał. Te książki stoją u mnie na półce na poczesnym miejscu, ale nie muszę po nie sięgać: zapisane są w liniach papilarnych moich rąk!







09:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 a)

PRZYKRO MI, ŻE NA TYM PORTALU NIKT OD DAWNA MOICH POSTÓW NIE KOMENTUJE! NIE MA TU WPRAWDZIE LICZNIKA WEJŚĆ, ALE SAM MOGĘ SPRAWDZIĆ, ILE ICH JEST: NAWET TYSIĄC TYGODNIOWO! KTOŚ MI POWIEDZIAŁ, ŻE CZYTELNICY BOJĄ SIĘ OŚMIESZENIA PRZY KOMENTOWANIU MOICH POSTÓW, BO SĄ ZBYT TRUDNE. NA PORTALU ONETOWSKIM MAM GRUPĘ ZAPRZYJAŹNIONYCH OSÓB, KTÓRE OŚMIELIŁEM DO PISANIA, CO IM SIĘ PRZYJDZIE DO GŁOWY W TRAKCIE CZYTANIA. PRZY OKAZJI OŚMIELAJĄ SIĘ INNI CZYTELNICY.

WCZEŚNIEJ COŚ Z TEGO KOPIOWAŁEM TUTAJ, TYM RAZEM DO POSTÓW HANUSZKIEWICZOWSKICH JEST ZBYT DUŻO KOMENTARZY (BLOX UWAŻA, ŻE "TREŚĆ WPISU JEST ZA DUŻA", MUSZĘ WIĘC PODZIELIĆ JE NA DWIE CZĘŚCI!), PRZETO POSTANOWIŁEM JE DAĆ ODDZIELNIE, BO HANUSZKIEWICZ, CZY SIĘ TO KOMU PODOBA, CZY NIE, JEST DZIEDZICTWEM NARODOWYM.

 

 

~irena
14 marca 2017 o 23:27

Czy Ty się nie boisz odsłaniać kulis tego wszystkiego, co wiąże się z osobami jeszcze żyjącymi, a zatem mogącymi Ci w jakiś sposób zaszkodzić?

 

~jbr
14 marca 2017 o 23:52

Droga Irenko, zaszkodzić mogłoby mi tylko zepsute mięso z krokodyla, który by mnie połknął! Zapewne bałbym się spotkać z krokodylem oko w oko, ale gdyby mnie połknął, przestałbym się bać! Czyli strachy na Lachy!

 

  ~Wielbicielka Hanuszkiewicza z Łodzi

16 marca 2017 o 22:31

Czy zna Pan panią Elżbietę Piotrowską z radia Eska? Czytałam wywiad z nią, przyjaźniła się przez trzydzieści lat z Adamem Hanuszkiewiczem i wiem, że przyjaźni się też z Magdą Cwen-Hanuszkiewicz. Jest teatrologiem. Być może nie przy współpracy z panem Golimontem, lecz z panią Piotrowską powstanie ta zapowiadana książka o „fenomenie zjawiska Hanuszkiewicz”?

 

~jbr
17 marca 2017 o 00:20

Gdyby taka książka miała powstać, to już dawno by powstała, tak myślę. Ale na dobrą sprawę mało mnie to już interesuje. Dla mnie najważniejsze jest, że żywy głos Adama rozbrzmiewa i będzie rozbrzmiewał, nawet jak mnie już nie będzie na tym świecie. Proszę sobie wyobrazić, że pani Ela Piotrowska, „Piotrusia” dla Adama, znała tę książkę wiele lat przed wydaniem u BOSZA. I bardzo wysoko ją oceniła. Pisywaliśmy do siebie, rozmawialiśmy telefonicznie, szczerze panią Elę lubiłem i lubię ją nadal. Od dawna jest jednak przyjaciółką pani Magdy, oddaną i lojalną przyjaciółką, więc to, że zawsze stawała w jej obronie i starała się ją usprawiedliwiać, wcale mnie dziwiło, choć smuciło, bo drogi nasze musiały się rozejść. Zapewne nie będzie jej miło, kiedy przeczyta to, co już napisałem i zamierzam napisać, ale mam nadzieję, że zrozumie, iż moim obowiązkiem jest napisać prawdę, oczywiście w jakimś stopniu subiektywną, o genezie powstania książek opartych na rozmowach dźwirzyńskich, bo to, co znajduje się na kasetach z nagraniami czy w teczkach spoczywających w moim biurku, należy nie do mnie, lecz do historii teatru polskiego. Po pozbyciu się tego wszystko, będzie to dla mnie epizodem już na zawsze zamkniętym.
Serdecznie Panią pozdrawiam.

 

  ~p.pani
17 marca 2017 o 10:07

Przeczytałam c.d. rozliczeń z „Ciocią Madzią”, i nie tylko, bo i z p. G. (Golimontem Kiszczakowskim) też…. Na ich wspólnym zdjęciu absolutnie wyglądają na parę miłościwą (moja kobieca intuicja w takich sprawach nigdy mnie nie zawiodła – jest przecież mowa ciała!)… Co z tego wyniknie?!..

…zastanawiające, dlaczego w takim razie zamienił Adam mądrą panią ZK (Zofię Kucówną) na MC?! …zapewne młode ciało to spowodowało, jeśli, jak piszesz, intelekt szwankował!

 

  jbr
17 marca 2017 o 10:22

Akurat poprawiałem w części I datę śmierci Adama (z 1911 na 2011! w pamięci miałem datę urodzin Edwarda Helona, 105-latka z Iwonicza-Zdroju), więc odpowiadam na Twój komentarz od razu. Nie będą się zajmował kwestią: co właściwie łączyło wówczas panią MC z panem G., bo jest to obecnie nieistotne. W swoim czasie rzeczywiście obawialiśmy się, że wespół-zespół utrącą książkę naszą (drugą), żeby wydać własną, co byłoby niepowetowaną szkodą dla historii teatru – na szczęście tak się nie stało.
Dlaczego Adam związał się z MC w chwili, gdy ZK była chora na raka? Mówił nam o tym – i bardzo tego żałował! Mamy to na nagraniu i w jakiejś części tego postu ta bulwersująca wielu ludzi sprawa na pewno wychynie!

 

~mo
17 marca 2017 o 11:22

Panie Januszu, z wielkim zainteresowaniem czytam pana blog i maile, przyznam, że włos mi się jeży na głowie. Przypomniał pan mi postać mistrza Adama, za co wielkie dzięki mo

 

~jbr

17 marca 2017 o 11:24

W zjeżonych włosach jest Pani zapewne bardzo do twarzy, a w kolejnych odcinkach powinny się jeszcze bardziej zjeżyć! Serdeczności!

 

  ~WE
20 marca 2017 o 20:22

Przyznam się, że na razie czytałam tę książkę tylko we fragmentach – nie dlatego, że nudna, ale właśnie dlatego, że tak gęsta od ważkich treści nie tylko natury teatralnej, lecz psychologiczno-filozoficznych też, co słusznie podkreśliła pani Anna Wertmann. Przy czytaniu powierzchownym traci się zbyt dużo z tej pasjonującej lektury. Pani Anna podkreśliła również wagę rozmówców Mistrza Adama przy tych rozmowach w Dźwirzynie, gdzie kiedyś byłam z dziećmi na wakacjach, więc patrząc na scenki z filmiku „Big Han Adam Hanuszkiewicz”, chodzi o część pierwszą, mogłam sobie bez trudu wyobrazić niezwykłą scenerię do tych rozmów. Tuż za domkami jezioro zarośnięte trzcinami, a do morza też niedaleko.

 

  ~jbr
22 marca 2017 o 10:47

Proszę sobie wyobrazić, ze mimo upływu ponad 15 lat („dzięki czemu” sam znalazłem się w ówczesnym wieku Adama z dwiema kosami wiszącymi nad moim grzbietem) widzę jak na zwolnionym filmie przesuwające się sceny z tych naszych rozmów dźwirzyńskich, bo to był naprawdę Piękny Czas! Później już tak pięknie nie było, o czym przekona się Pani czytając dalsze części tego postu. A bez rozmówców, Renaty Dymnej i mnie, tych rozmów po prostu by nie było! Jako redaktor poświęciłem im w sumie rok życia, rok bardzo wytężonej pracy nad nimi, bo z tego ogromnego materiału nagraniowego (19 kaset dziewięćdziesiątek, obustronnie nagranych) trzeba było stworzyć dwie książki, już na szczęście wydane.

Radość z tego powodu została we mnie zabita dawno temu. Pozostała ulga, że ta praca nie poszła na marne.

 

~P.PANI
28 marca 2017 o 11:29

…a co skrywają OKULARY ?!

„Ciemne okulary wspaniale sprawdzają się jako element modnego wyglądu, stroju, budują wizerunek. Dodają tajemniczości, szyku, urody. – Widzimy je na twarzach ludzi show-biznesu i bohaterów popkultury. A za nimi podążają miliony naśladowców wierzących, że odgrywanie podpatrzonych ról uczyni ich mądrzejszymi, piękniejszymi, bardziej seksownymi…”. Tak piszą, ale te okulary podczas ceremonii na cmentarzu spełniały chyba inną rolę? Moja ciotka na pogrzebie wuja chciała ukryć pod nimi ciemne worki pod oczami od wylanych łez, może pani Magda też chciała ukryć przed ludźmi swoje emocje?

Na poniższym linku inna sceneria i inne komentarze, ciemnych okularów nie ma, prawda?

http://www.pomponik.pl/plotki/news-61-letnia-magdalena-cwenowna-w-samej-bieliznie-seksowna,nId,1885525

 

~DomorosłyFizjonomista
28 marca 2017 o 13:52

W jakikolwiek serialu sensacyjnym albo w migawkach telewizyjnych z wizyt VIP chronionych przez funkcjonariuszy tajnych służb – ochroniarze, policjanci, ale przestępcy też paradują w ciemnych okularach, które nie tylko zakrywają wzrok. Wywierają również psychologiczny wpływ na innych, dodając powagi, autorytetu, a nawet groźnego wyglądu. Czytałem, że szef policji jakiegoś angielskiego hrabstwa zakazał swym pracownikom noszenia przeciwsłonecznych okularów, ponieważ był zdania, że obywatele boją się funkcjonariuszy, którzy skrywają oczy za ciemnymi szkłami.

Co skrywała za nimi pani Cwen-Hanuszkiewicz? Proszę przyjrzeć się dokładnie temu zdjęciu pogrzebowemu – mimo przyciemnionych okularów widać, że ta pani nie ma zaczerwienionych i opuchniętych od płaczu oczu. Nie widać jednak też braku łez ani ewentualnej ulgi z powodu nagłego uwolnienia się od osoby ukochanej tylko w deklaracjach słownych. Może (poza cieniami i workami pod oczami, defektami skóry, zmianami na powierzchni oka) właśnie to chciała ukryć? A skoro autor postu wspomniał o woalkach, to dodam, że dawniej panie chowały oczy za woalkami, a dzisiaj tę rolę pełnią okulary przeciwsłoneczne.

 

~Mojetrzygrosze
28 marca 2017 o 14:01

Stylista Tomasz Jacyków, którego bardzo cenię, powiedział: „Biznesmen w czarnych okularach jest niewiarygodny, polityk również, nawet księgowa, bo to znaczy, że albo wczoraj była pijana, albo mąż podbił jej oko, albo kłamie”.

 

~feministka
29 marca 2017 o 02:22

Sorry, proszę mi wyjaśnić, dlaczego Pan Adam rzadko dopuszczał kobiety do spraw teatralnych? Czyżby uważał, że są na to za głupie? Sam Pan przecież podkreśla, że np. pani Wertmann zna się doskonale na sprawach teatralnych, czyż nie tak???????????????????

 

~jbr
29 marca 2017 o 09:52

Wspomniałem przecież o wyjątkach! Najogólniej Adam uważał, że: „Wszystkie baby w analizie są mądrzejsze od nas, ale syntezy – w formach, kształtach już przecież widocznych w zarysach – nie widzą”. Proszę zwrócić uwagę, że odnosiło się to także do Zofii Kucówny, kobiety, którą bardzo cenił, ale w domu najczęściej widywał ją z robótką szydełkową w rękach! Oczywiście są kobiety z dodatkowym męskim chromosomem w swoim genotypie – te robótkami ręcznymi się nie zajmują i mogą mieć widzenie syntetyczne………………………….

 

~Nina
30 marca 2017 o 20:05

Czy Pan Adam miał dzieci tylko z panią Zofią Rysiówną? To nie tylko wspaniała aktorka, ale i niezwykła kobieta. Młodszego o cztery lata Pana Adama mogła traktować jak szczeniaka, bo cóż on takiego przeżył w czasie wojny i okupacji?

A ona, mając 21 lat i będąc studentką Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej oraz zaprzysiężoną członkinią Związku Walki Zbrojnej miała za sobą brutalne przesłuchanie przez gestapo, podczas którego mimo tortur nie wydała nikogo, po czym spędziła 4 lata w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück! Dzięki temu sławny kurier polskiego państwa podziemnego Jan Karski, który został odbity w lipcu 1941 roku z więzienia w Nowym Sączu, mógł w późniejszym czasie przekazywać na Zachód swoje głośne raporty, w tym raport w sprawie Holocaustu (zagłady Żydów polskich). W odwecie za tę akcję, zorganizowaną przez jej starszego brata, podchorążego Zbigniewa Rysia, zamordowano 32 osoby. Pani Zofii udało się otrzymać „drugie życie”, tak to określała, być może dzięki znakomitej grze aktorskiej?

Dla kogo pasywa i aktywa tego w sumie nieudanego związku małżeńskiego były mniej więcej równe? Dla Pana Adama z pewnością tak, co wielokrotnie podkreślał. A dla Pani Zofii? Scenka, przytoczona przez Pana Adama, jest rozpaczliwie smutna, mimo iż w niejednym czytelniku wzbudzi wesołość. Dla historii teatru nie ma to na szczęście żadnego znaczenia: tam będą wiecznie występowali wspólnie – ona jako Berenika, królowa Palestyny, a on jako Tytus, cesarz rzymski… Fakt, że obsadzał ją w dużych rolach, ale nie dlatego, że była „żoną dyrektora” jak w wypadku Pani Magdy. Gdyby wyłącznie te względy decydowały, to w roku 1996 miesięcznik „Teatr” nie przyznałby Zofii Rysiównie Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza za całokształt twórczości, jako najlepszej aktorce teatralnej minionego półwiecza.

 

~jbr
1 kwietnia 2017 o 00:23

Przyznam się, że o tej „pozateatralnej Rysiównie” wiedziałem piąte przez dziesiąte! Dzięki wielkie za przypomnienie, dlaczego pani Zofia znalazła się w KL Ravensbrück! Nie tylko z Nią miał Adam dwoje dzieci, Anię i Piotra, którzy niejednokrotnie występują w jego opowieściach teatralnych – opartych na rozmowach dźwirzyńskich. Nawet już nie pamiętam, czy w ich trakcie wspomniał o córce Teresie z pierwszego małżeństwa z panią Martą Stachiewicz? W każdym razie w zredagowanych przeze mnie książkach o tej córce, która być może nadal jest sędzią we Wrocławiu, mowy nie ma. W materiałach nieopublikowanych Adam trochę więcej miejsca poświęcił związkowi z panią Martą, związkowi „mniej niż zero” w skali od 1 do 10… Na pewno nie odsłonię szczegółowo przez Niego opisanych okoliczności, w jakich zrodziły się uczuciowe związki z panią Zofią Rysiówną oraz panią Zofią Kucówną, bo obie te wielkie aktorki darzę ogromnym szacunkiem, a do „Pudelka” nie pisuję. Nie ujawnię też wszystkiego, co mówił o ostatniej żonie, bo nie jestem szakalem. Ponadto jako „praktyk małżeński” doskonale wiem, czym są złe emocje, zawiedzione nadzieje etc. Ale pyszną anegdotę o tym, dlaczego w oczach pani Zofii Rysiowny Adam był chujem, a nie baobabem – na pewno przytoczę!

 

~Teatrolog
2 kwietnia 2017 o 00:12

Proszę objaśnić mi, bo Adam Hanuszkiewicz już tego nie zrobi, co oznacza: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…? W Encyklopedii Teatru brzmi to w całości: Na podstawie „Ojca” w przekładzie Zygmunta Łanowskiego i Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego oraz innych motywów z dramatów Strindberga.

Byłabym Panu bardzo zobowiązana za odpowiedź.

 

~jbr
2 kwietnia 2017 o 00:48

Zawsze przed pójściem spać zaglądam do blogu i patrzę, czy pojawił się jakiś nowy komentarz. Pojawił się, a więc, mimo zmęczenia, odpowiadam, bo nie mam pewności, czy obudzę się rano…………………

Nie siedziałem do końca w myślach Adama Hanuszkiewicza wówczas, gdy pracował nad tym spektaklem. Prawdę mówiąc: namawiałem go do wykorzystania mojej adaptacji scenicznej „Spowiedzi szaleńca”, nie myślę o adaptacji, którą kiedyś zrobiłem dla Teatru Polskiego Radia (zrobiono z tego godzinne słuchowisko), lecz o znacznie większej sztuce – monodramie, który przygotowałem kiedyś dla samego Tadeusza Łomnickiego. Niestety, zmarł na scenie w Poznaniu – i sprawa upadła, choć nawet Elżbieta Baniewicz z „Twórczości” uważała, że jest to świetna adaptacja i byłaby wielka szkoda, gdyby przepadła. Próbowała zainteresować nią jakichś aktorów, ale nie czuli się na siłach, aby to zagrać. Był to wprawdzie monodram, ale na drugim planie występowało w nim wiele osób, więc bez trudu można by to było zrealizować w Teatrze Nowym.

Adam Hanuszkiewicz, ku mojemu żalowi, podjął jednak inną decyzję. Dostał ode mnie i mój przekład całościowy „Tańca śmierci” (żałował, że otrzymał go ode mnie za późno, gdy na scenie Teatru Narodowego spektakl ten został już zrealizowany), i wspomnianą adaptację „Spowiedzi szaleńca” i przetłumaczone przeze mnie Strindbergowskie „Listy miłosne i nienawistne”, i te wszystkie materiały, które weszły w skład programu do „W imię Ojca”. Coś tam wziął ode mnie, coś z „Ojca” w przekładzie Łanowskiego, sporo dopisał od siebie na podstawie tego wszystkiego – i w taki sposób powstała ta inscenizacja.

Powiem szczerze: gdybym miał na to wpływ, zrobiłbym to zupełnie inaczej, ale to był Jego Teatr i Jego widzenie teatru. A ja akurat znalazłem się, zupełnie dla mnie niespodziewanie, w tym wszystkim. Widocznie tak miało być. Gdyby nie to, nie byłoby przecież rozmów dźwirzyńskich. I bardzo dużo z Hanuszkiewicza przepadłoby na zawsze.

 

~angielka z konieczności

12 kwietnia 2017 o 23:39

Jaki spór wiedli Zeus z Herą?

Przepraszam, że o to pytam, ale książki jeszcze nie przeczytałam, bo od sześciu lat przebywam w Anglii. Teraz przeczytam ją na pewno, ale szkopuł w tym, że u Prószyńskiego nie można jej nabyć! I nie będzie drugiego nakładu… Co w tej sytuacji mam zrobić?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 14:48

Najpierw spór Zeusa (mężczyzny) z Herą (kobietą). Oddaję głos Hanuszkiewiczowi: „Otóż spierali się oni o to, które z nich odczuwa większą przyjemność z aktu seksualnego, a nie mogąc tego rozsądzić, udali się do wróżbity Terezjasza. Ponieważ był tylko mężczyzną, i jego wiedza musiała być połowiczna, przemienili go w kobietę i dopiero po dziesięciu latach przywrócili mu właściwą płeć, po czym zapytali:

– W czyim ciele było ci lepiej?

– Kobieta odczuwa dziesięciokrotnie większą przyjemność z seksu!”.

 

A jeśli chodzi o książkę, prześlę ją Pani, bo mam jeszcze kilka zapasowych egzemplarzy. Proszę wejść na moją stronę wydawniczą http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl, tam znajdzie Pani mój adres mailowy – proszę podać mi wszystkie dane do wysyłki. Serdecznie pozdrawiam!

 

~Czytelniczka z Krakowa

13 kwietnia 2017 o 21:25

Czy Pan sądzi, że te skreślenia sprawiły, ze książka o kobietach-diabłach nie stała się bestsellerem?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:01

Nawet pani Anna Derengowska z wydawnictwa „Prószyński i Ska” nie do końca rozumie, dlaczego skończyło się tylko na pierwszym nakładzie tej – nie tylko w moim przekonaniu – świetnej książki? Wypociny Danuty Wałęsowej trafiły do ponad 300 000 czytelników, książka Małgorzaty Tusk jeszcze ją przebiła o 100 000 egzemplarzy, a w przypadku książki Hanuszkiewicza skończyło się na kilkutysięcznym nakładzie! No tak, ale tamte książki to są „gorące kartofle”. Lech Wałęsa i Donald Tusk budzą nadal ogromne emocje społeczne, a Mistrz Adam przestał być „gorącą postacią” dawno temu, na siedem lat przed śmiercią zniknął z życia publicznego i oczywiście teatralnego, a dzisiejsze czasy wymagają ustawicznego bycia w centrum uwagi – czytelniczej też. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby ta nasza książka, od dawna przygotowane przeze mnie do druku, ukazała się natychmiast po śmierci Adama Hanuszkiewicza, to jej sprzedaż byłaby znacznie większa, ale „bolejąca wdowa” storpedowała ich wydanie o całe pół roku, kiedy ludzie zapomnieli już o śmierci Hanuszkiewicza, bo ich uwagę zaprzątnęły sensacyjne wydarzenia bieżące.

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:05

Aha, to nie jest książka o kobietach-diabłach! Kobiety bywają wprawdzie diablicami, ale anielicami też są! Proszę uważnie przeczytać odpowiednie fragmenty książki, w których tę kwestię rozważaliśmy do spółki z kobietą, panią Renatą…

 

 

~Anna z Rzeszowa

13 kwietnia 2017 o 22:16

Z opóźnieniem dowiedziałam się od koleżanki o tych Pana wpisach. Uczestniczyłam we wspomnianych XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych i rzeczywiście zgadzam się z prezentowanymi tu opiniami na temat gry aktorskiej pani Magdaleny Cwen-Hanuszkiewicz w tym spektaklu. Odniosłam wrażenie, że grała jakby przeciw Niemu, panu Adamowi, nie pozwalała mu błyszczeć we wspólnych scenach, rywalizowała z Nim, zachowywała się rzeczywiście jak rozkapryszona „żona dyrektora”, której się wyjątkowo dużo należy z samego faktu bycia Jego żoną…

Jestem ciekawa, w jakich okolicznościach była „asystentką reżysera”, bo nic na ten temat nie jest mi wiadomo?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:50

Owszem w Teatrze Nowym pobierała wynagrodzenie z tego tytułu i w trakcie Jego nieobecności próbowała z aktorami jakieś próby przeprowadzać, co do dzisiaj wspominają z rozbawieniem. Pamiętajmy, że dyrektorem tego teatru był Adam Hanuszkiewicz – trzeba było zaspokajać potrzeby finansowe małżonki, nawet jeśli teatr popadał w coraz większe długi!

Jej „wybitne role teatralne” można między bajki włożyć. Informacje podane w http://www.teatr-rampa.pl/aktorzy/magdalena-cwen-hanuszkiewicz,18. nie pozostawiają w tej kwestii żadnej wątpliwości. Jedna z nich jest myląca: „Od 2004 jest wykładowcą na wydziale aktorskim w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia”. Od wielu lat ta prywatna szkoła nie istnieje. Tak się złożyło, że wiem bardzo dużo na temat zatrudnienia pani Magdy na tej uczelni, ale obowiązuje mnie dyskrecja. Nie wiem natomiast nic o żadnym wychowanku pani Magdy, który by osiągnął znaczący sukces aktorski?

 C.D. ZARAZ NASTĄPI

 



09:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 10)

 

Tym razem rzeczywiście po raz ostatni, choć byłoby jeszcze o czym pisać! Niechaj jednak to, o czym Adam mówił w trakcie rozmów dźwirzyńskich, a co z różnych powodów nie weszło w skład dwóch wymienionych książek, pozostanie u mnie w teczkach, czy u Renaty Dymnej na nagranych taśmach magnetofonowych. Jak również to, co wydarzyło się później, gdy po kilku miesiącach mojej ciężkiej pracy redakcyjnej (Renata też zdzierała sobie głos, dyktując mi to, co odsłuchiwała z tych taśm) pierwsza książka o „kobiecie boskim diable” została przygotowana do druku jeszcze w roku 2001! Dodajmy: przy ścisłym współdziałaniu z Adamem, który na bieżąco opatrywał kolejne rozdziały swoimi uwagami, skreśleniami czy dopełnieniami.

Jakąż barwną opowieść można by wysnuć o jej pierwszym, niedoszłym wydawcy, panu Krzysztofie P., prezesie  firmy wydawniczej o dość dziwacznej nazwie „Hologram Production”, która wkrótce zmieniła się w chyba bardziej chwytliwe „Show Time Media”. Wprawdzie pan prezes po rozwodzie spał na składanym łóżku w wynajętym pokoju, ale planów promocji tej książki mogłoby mu pozazdrościć nawet prężne wydawnictwo amerykańskie! Specjalnie przygotowane widowisko estradowe promujące książkę miało się odbyć w wielkiej hali pod Warszawą, która mogła podobno pomieścić kilka tysięcy widzów! Gwarantował to punkt 14 naszej umowy z nim.

Na jego prośbę napisałem tekst wprowadzający (na podstawie Dziadów Mickiewiczowskich), którym to widowisko miało się rozpocząć. Muzykę miał napisać Janusz Tylman. W roli Mężczyzny miał oczywiście wystąpić Adam Hanuszkiewicz, a w roli Kobiety: Małgorzata Duda, znakomicie śpiewająca aktorka Teatru Nowego.

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

                        (chrząka, poprawia się)

                        Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

                        Postaci twojej zazdroszczą anieli,

                        A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...

 

KOBIETA (śpiewa)   Niżeli co?! Ach, tak!

                                 Jestem jak „zimne złoto”!

                                 No, dotknij mnie, idioto,

                                 pocałuj, kurde frak!

                                 Jestem w zasięgu ręki,

                                 więc co: odwagi brak,

                                 albo nie są ci w smak

                                 moje cielesne wdzięki?

                             

MĘŻCZYZNA  Owszem, ciało jak ciało,

                        nigdy go nie za wiele,

                        lecz to za mało, za mało,

                        gdzie dusza, mój aniele?

 

KOBIETA  Dusza jest w moim ciele!

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

 

KOBIETA (śpiewa)   Po to masz, chłopie, szablę,

                                     by ciąć mnie: rach-ciach-ciach,

                                     lecz w oczach twoich strach…

 

MĘŻCZYZNA (bojaźliwie)   Jakoś niezręcznie mi…

 

KOBIETA (śpiewa)   Czy wiesz, w czym sekret tkwi,

                                 mężczyzno – boski czorcie,                      

                                 w tym damsko-męskim sporcie?

                                 Raz górą ja, raz – ty!



MĘŻCZYZNA (ciężko wzdycha)    Odwieczna walka płci

                                                      już od wieków zarania, 

                                                      a gdzie dziewczę jak łania,

                                                      a gdzie czarowne sny?

 

KOBIETA (śpiewa)  Na głowie mam kraśny wianek,

                                W ręku zielony badylek,

                                Przede mną bieży baranek,

                                Nade mną leci motylek.

                                Na baranka bez ustanku

                                Wołam: baś, baś, mój baranku,

                                Baranek zawsze z daleka;

                                Motylka rózeczką gonię

                                I już, już chwytam go w dłonie;

                                Motylek zawsze ucieka…

 

MĘŻCZYZNA (z rozmarzeniem)    Tak śpiewaj, a będzie miło!

                                                       Wieszczowi się to wyśniło…

                                                       We śnie wszystko jest ciekawsze,

                                                       we śnie wierzysz, że na zawsze... 


 KOBIETA (wybucha „szatańskim” śmiechem, uragliwie)

                                           Trele-morele, tra-ta-ta-ta…

                                           Te twoje sny, mój luby,

                                            to jest kompleks kastrata!

 

MĘŻCZYZNA (syczy)  …sercem oziębłym, obojętną twarzą

                                    Wyrzekłaś słowo mej zguby

                                    I zapaliłaś niecne ogniska,

                                    Którymi łańcuch wiążący nas pryska,

                                    Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,

                                    Na moje wieczne męczarnie!

                                   Zwabiłaś mnie, zwodnico! Nieba cię ukarzą,

                                   Sam ja… nie puszczę bezkarnie…

 

KOBIETA (parska śmiechem) Paskudna zwodnica, cha, cha, cha,

                                                zwabiła biednego gacha!!!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle) Ha! Wyrodku niewiasty!

 

KOBIETA (zwija się ze śmiechu) Cha, cha, cha!

 

MĘŻCZYZNA (groźnie) Dość już tego, basta!!!

 

KOBIETA (śpiewa)  Nie boimy się was –

                                nieme są wasze krzyki,

                                głuche wasze poryki,

                                bo wreszcie nadszedł czas,

                                żeby naszych „wybawców

                                z wiecznej niewoli płci”,

                                tra-la-la-tra-la-li,

                                zdemaskować, szubrawców!



MĘŻCZYZNA (ze wzburzeniem, wymachując rękami)

                       Mnie nazywasz szubrawcem?! O, piekielna babo,

                       idź w diabły – na twój widok robi mi się słabo!

                       Nie można być przy tobie wzniosłym, czystym duchem,

                       bo ty jesteś… jesteś… zwyczajnym kocmołuchem!

 

KOBIETA (z nagłym rozczuleniem)

                         Uwielbiam, jak mój chłopczyk dąsa się i wścieka!

                 (potrząsa ze smutkiem lewą piersią)

                          Dałabym mu cycusia, lecz nie ma w nim mleka…

 

MĘŻCZYZNA (z furią)   

                           …o nie! nie… nie… żeby ją zabić,

                           Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!

 

KOBIETA (śpiewa)  Zabić?! Chcesz zabić mnie?!

                               Wpierw dobrze się zastanów

                               i nad językiem panuj,

                               bo pozwę do sądu cię!

                               To jest groźba karalna,

                               paragraf ten i ten…

 

MĘŻCZYZNA (z przestrachem w głosie)  Mój Boże, to zły sen!

                        (po małej pauzie)              Nie – to zjawa… realna!!!

 

KOBIETA  A ty chciałbyś,  żebym była nierealna?

                  (śpiewa)  Myśl moja, nazbyt skrzydlata,

                                Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni.

                                Za lekkim zefirkiem goni,

                                Za muszką, za kraśnym wiankiem,

                                Za motylem, za barankiem;

                                Ale nigdy za kochankiem…

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

 

KOBIETA (śpiewa) A ja zawsze… za kochankiem!

 

MĘŻCZYZNA  Udusiłbym cię z ochotą!

 

KOBIETA (śpiewnie) Zazdrosny???

 

MĘŻCZYZNA (odpowiada też śpiewnie)  Ja?!!! Pysk stul!!!

 

KOBIETA (śpiewa)   Nie czekaj do wiosny,

                                ale całuj mnie, tul!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle, śpiewnie) Nie jestem twym… kochankiem!

 

KOBIETA (śpiewa)   I nie będziesz, choćbyś pękł!

                                Bo nie jesteś, i w tym sęk,

                                ni motylkiem, ni barankiem…

 

MĘŻCZYZNA (z gorzką rezygnacją)    

                                Konsekwentnie, pomału

                                ściągasz mnie z piedestału…

                                Poddaję się, nie ma rady –

                                przez ciebie zszedłem… na dziady!

 

 

Spisując to, widziałem oczami duszy tę scenkę – i zapewniam was, że wzbudziłaby aplauz na widowni! Adam – wiadomo, a śpiewająca Małgosia Duda to była w tamtym czasie klasa sama w sobie. Poeci z tamtych lat, ci jeszcze żyjący, pamiętają ją z kapitalnych występów podczas Warszawskich Jesieni Poezji w dworku Wojciecha Siemiona w Petrykozach.

 

 

hanuszkiewicz adam portret_6528963

 

 

Chyba w sierpniu 2001 roku prezes SHOW TIME MEDIA  zorganizował wielkie przyjęcie na co najmniej sto osób w jakimś zajeździe pod Warszawą – wraz z sesją zdjęciową do książki, której głównym bohaterem był oczywiście Mistrz Adam. Zapamiętałem z tego kilka ujęć: 1) On na drzewie, a pod nim prawie roznegliżowane nimfy w białych sukniach i wiankach na głowie – wyciągające ku Niemu ręce w geście pożądania, 2) On wraz nimi po bokach, zbiegający z łąkowego wzgórza w choreograficznym układzie przez Niego kiedyś wymyślonym w inscenizacji jakiejś sztuki, bo przypominał im to, każąc tę scenkę powtarzać aż do uzyskania pożądanego przez siebie efektu, 3) no i On na harleyu (chyba stu harleyowców przyjechało do tego zajazdu!). A kto tę sesję zdjęciową robił? Sam Czesław Czapliński – światowej sławy artysta fotograf, dziennikarz i autor filmów dokumentalnych, od roku 1979 mieszkający w Nowym Jorku i Warszawie, patrz: http://www.czaplinski.com/articles,id,4.html...

Wydawca zobowiązał się do wydania i rozpowszechnienia utworu nie później niż do dnia 30 listopada 2001 roku. Do tego dnia książka się jednak nie ukazała. Pan Krzysztof zapewniał, że opóźnienie będzie niewielkie i w grudniu 2001 roku, a najpóźniej w styczniu 2002 roku książka ukaże się na pewno, bo wkrótce podpisze umowę z firmą Fuitsu Siemens Computers i otrzyma kwotę 80 000 PLN, a na następne umowy z kolejnymi firmami ma już listy intencyjne. Chyba diabeł mnie podkusił, żebym zaczął sprawdzać jego wiarogodność! Fakt, że miał wówczas kłopoty osobiste i wyprowadził się od żony do wynajętego pokoju, co niewątpliwie przyczyniło się do opóźnienia wydania książki, ale po moich ustaleniach i po zerwaniu z nim umowy, jakże proroczo brzmiały jego słowa wypowiedziane przez niego do mnie po wyjściu z gabinetu Adama Hanuszkiewicza: „Będziesz jeszcze gorzko tego żałował!”. I rzeczywiście gorzko tego żałowałem! Ale ta kwestia – na życzenie Renaty Dymnej – nie zostanie przeze mnie objaśniona, gdyż o zmarłych źle mówić nie należy z oczywistego względu: nie mogą się bronić…

Ze śp. Adamem spotkałem się później tylko raz, w Teatrze Nowym, kiedy ze wspomnianą przeze mnie wcześniej sztuką W imię „Ojca” Strindberga miał gościć w Vasateatern w Sztokholmie, dokładnie w dniu moich imienin, czyli 21 listopada 2004. Jako tłumaczowi z języka szwedzkiego Biuro Teatrów w Urzędzie m.st. Warszawy zleciło mi zrobienie tekstowanego przekładu tej sztuki, żeby widzowie-Szwedzi mogli śledzić przez słuchawki tok scenicznych dialogów. Jedyny szkopuł polegał na tym, że Mistrz Adam na spektaklach w Warszawie (o tym też była już mowa) dopowiadał dodatkowe kwestie. Pani, która organizowała ten wyjazd, odebrała jednak od Niego solenne przyrzeczenie, że podczas spektaklów w Sztokholmie będzie ściśle trzymał się tekstu – właśnie z uwagi na to, że będą one tekstowane na język szwedzki.

 

 

vasateatern

 

 

Rachunek za moją pracę miał jednak wystawić Teatr Nowy – i stąd moja wizyta tam w październiku 2004 roku. Adam akurat siedział w sekretariacie w otoczeniu kilku pań, w tym Renaty Dymnej, gdy tam wszedłem. Kiedy mnie ujrzał, zerwał się z miejsca i żwawo kuśtykając zamknął mnie w swoich objęciach. Wypuścił mnie z nich natychmiast po tym, gdy się dowiedział, że pojawiłem się tam w zamiarach jak najbardziej pokojowych i że ta wizyta nie ma nic wspólnego z naszą książką o kobietach… [Niestety, moja praca zdała się psu na budę! Podczas występów w Sztokholmie Adam nadal wygłaszał swoje komentarze „na stronie” i prowadził w dalszym ciągu „pogaduszki językoznawcze” z Jerzym Karaszkiewiczem – Doktorem Őstermarkem; widzowie Polacy wybuchali śmiechem, natomiast Szwedzi, słuchając mego tekstowanego przekładu, nie mogli pojąć, z czego się oni śmieją – i do końca spektaklu nie rozumieli już nic!]. 

 

Spoglądam z melancholią na sterty zadrukowanego papieru piętrzące się na łóżku. Za chwilę wpakuję je do teczek – i na pewno już do nich nie zajrzę. Pozostawię je w spadku mojej córce-pisarce. Może zmieni się wtedy klimat dla Hanuszkiewicza i stanie się On dziedzictwem narodowym? Bo i za Jego życia (myślę o okresie naszej znajomości), i po Jego śmierci – kolejni ministrowie dość wybiórczej jak widać „kultury” nie widzieli sensu, nawet kiedy osobiście o to poprosił, w sponsorowaniu podyktowanej przez Niego książki o teatrze przede wszystkim Hanuszkiewiczowskim, ale nie tylko. Hańba spada także na ludzi związanych z teatrem polskim, którzy w tamtych komisjach stypendialnych zasiadali. Dociekliwy badacz bez trudu ich odszuka i nazwie po imieniu, gdy przyjdzie na to czas!

Nagle spod tej papierowej góry, którą zacząłem zgarniać z łóżka, wyłoniła się koperta z dwoma zdjęciami, tylko dwoma. Na żadnym z nich nie ma Adama. Do Dźwirzyna aparatów fotograficznych nie zabraliśmy. Na wspomnianej sesji zdjęciowej w zajeździe pod Warszawą trzymałem się na uboczu, jak zwykle. Jakieś zdjęcia Czapliński mnie i Renacie jako współautorom książki zrobił, ale osobno. Nie my byliśmy przecież ważni, choć bez nas niczego by nie było. Te dwa zdjęcia zostały zrobione przez prezesa SHOW TIME MEDIA 16 czerwca 2001 roku w ogrodzie i w domu Hanuszkiewiczów podczas obchodu 77. rocznicy Jego urodzin. Ja pląsający gdzieś z boku, a w tanecznym centrum aktorzy Teatru Nowego. Natomiast w salonie (stoję z tyłu za siedzącym Danielem Olbrychskim) Adam kazał nam podziwiać świeżo przez Niego zakupiony wielki telewizor plazmę. I mój breakdanse, i ta plazma zostały w rozmowach dźwirzyńskich uwiecznione.

 

 

Breakdance

W salonie Hanuszkiewiczów

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

15:27, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »