RSS
środa, 30 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 65)

     Laski i podpórki. „Nie jestem w stanie nikomu odebrać lasek i podpórek, każdy tylko sam może je odrzucić. Gdybym odebrał wam jedną podporę, zaraz wynaleźlibyście sobie drugą. Gdybym zniszczył jedną klatkę, stworzylibyście sobie niebawem inną i ozdabiali skrzętnie jej pręty. Nie jest moim celem odbierać ludziom kulawym ich kul, a raczej obudzić w nich tak gorące pragnienie prawdy, by zmusiło ich samych do odrzucenia wszystkich podpór i zerwania wszystkich więzów. Nikt nie odrzuca swych prawd, zasad, idei, zanim tego nie zapragnie”.

 

     Słabość. „Skarga słabego na własną słabość jest skutkiem ucisku. Ale gdyby nie uskarżał się na swą słabość, lecz znosił ją, przemieniając w siłę, nikt by go nie uciskał. Chcielibyście osiągnąć szczęście bez walki, wznieść się nagle jakimś cudem na wyżyny – i dlatego tworzycie tyle wiar, dogmatów, wyznań i rytuałów; chcecie, by was wspierały. Obawiacie się stanąć twarzą w twarz z własną słabością, a przecież tylko odważnie spojrzawszy w nią można ją zrozumieć, a wówczas przezwyciężyć i wznieść się ku doskonałości”.

 

     Cel. „Trzeba najpierw poznać cel, który chcemy osiągnąć. Gdy bardzo chcemy dostać się do jakiejś miejscowości, nie odwrócą naszej uwagi przydrożne widoki, rozrywki ni zabawy; ale gdy nie wiemy sami, dokąd zdążamy, te poboczne, drugorzędne sprawy mogą nabrać dużej wagi i na długo przykuć naszą uwagę”.

 

     O pomaganiu innym. „Jeśli twój brat jest chory, czy zachorujesz również? Jeśli ktoś wpadnie pod samochód, czy rzucisz się pod niego także? Jeśli istnieją na świecie ślepcy, to czy chcąc im pomóc sami chcielibyście oślepnąć? A jeśli inni nie widzą celu przed sobą i nie dążą donikąd, czy zejdziecie na ich drogę? To przekonanie, że można pomóc ludziom schodząc do ich poziomu, zamiast ich podnosić na wyższy, jest bezsensowne. Chcąc naprawdę pomagać, trzeba być samemu ponad chęcią i potrzebą pomocy.

     Strzeżcie się ludzi, którzy wciąż mówią o pomaganiu innym; prawdopodobnie chcą oni tylko wyrazić swe własne indywidualne pragnienia, chęci, wyobrażenia lub sympatie. Czy kwiat, który roztacza miły zapach, myśli o pomaganiu komukolwiek bądź? Czy światło jaśniejąc myśli, że pomaga ludziom, albo że istnieje po to, by rozpraszać mrok? Tylko człowiek, który wciąż myśli o sobie, pełen egocentryzmu, mówi o pomaganiu innym. A ja mówię: mądrości i prostoty życia nie osiąga się przy czyjejkolwiek pomocy, nikt inny nie może was oswobodzić od waszych małych reakcji, prócz was samych; nikt, oprócz was samych, nie może was uwolnić od uczucia osamotnienia i pustki w sercu, od próżności i pogoni za złudnym i błahym”. Zawsze wystrzegałem się takich ludzi i nadal mam zamiar się wystrzegać, sztuką jest bowiem pomagać sobie – przede wszystkim w wyzwalaniu się od własnych ograniczeń i własnej małości.

                                                      Cdn.

10:04, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 64)

      Więzienie. „Więzy, w których się znajdujecie, sami sobie stworzyliście. Nikt inny nie stwarza wokół was ograniczeń i tylko wy sami możecie je zniweczyć. Ale wolicie upiększać swoje więzienie, bo łatwiej je dekorować, aniżeli rozbić. Obawiacie się wyjść w szeroką przestrzeń, bo jesteście spętani ciasnotą waszych pojęć, bo wciąż żyje w was lęk przed prawdziwym zrozumieniem życia. Grzęźniecie w zadowoleniu, zatrzymujecie się na mieliznach łatwej wygody, a skutkiem tego jest mierność, przeciętność, ciasnota. Chcąc zdobyć wolność, trzeba mieć w sobie ciągły bunt, wciąż się zmieniać, dziś być innym aniżeli wczoraj; nasze pojęcia, myśli, uczucia muszą się zmieniać, rozszerzać, rosnąć z dnia na dzień, nigdy się nie zatrzymywać i nie trwać w tym samym stanie, w zastoju. Wy zaś lubicie więzienia waszych ciasnych poglądów i przesądnych wierzeń, a gdy je odrzucacie, boicie się siebie. Ale nigdy nie osiągniecie Prawdy uciekając od siebie, unikając poddania badaniu swego psychicznego świata, odwracając się od życia, nie starając się o jego zrozumienie”.

 

      Duch a materia. „Wciąż dzielicie życie na dwie odrębne dziedziny – materię i ducha, a podział taki nie istnieje, jest złudzeniem. Gdziekolwiek jest życie, tam musi być materia, a gdy się życie oddziela od materii, nie można go w ogóle zrozumieć. W Indiach uważano widzialny świat za cień wiecznego i niezmiennego, więc po co się zajmować tym, co jest tylko cieniem, niech przechodzi i znika, jak znikają wszystkie cienie, zaś w krajach Zachodu mówi się: Nie wiemy, czym jest Prawda, ale oto mamy przed sobą widzialny cień – uczyńmy go realnym i rzeczywistym. Oto dwie krańcowości. Gdy więc mnie pytacie, czy świat interesów jest odpowiednim polem dla duchowego rozwoju, odpowiem, że jest. Wszystko może nam pomagać w rozwoju duchowości, bo wszędzie napotykamy doświadczenia. Nie można uciekać od walk i zmagań życia, aby osiągnąć duchowość”. 

 

      Mrok. „Jeśli przebywamy wśród mroku, cóż za sens mówić: Nie mam odwagi wyjść z tej ciemności z obawy, że poza nią może być jeszcze mroczniej. Celem życia jest odważnie spotykać wszystkie cienie, a nie w lęku przed nimi się cofać”.

 

      Bóg. „Każdy chce czegoś wielkiego w przyszłości, chce zapewnić sobie miejsce w niebie, najbliżej Boga, którego sam sobie stworzył. Ale w takim niebie nie ma ani odrobiny Prawdy, jest ono doszczętnie jej pozbawione, jest puste”. Tak, niebo, będące kwintesencją naszych ziemskich złudzeń, jest puste. Było takie również dla Pära Lagerkvista, laureata literackiej nagrody Nobla w roku 1951, najuczciwszego ze znanych mi pisarzy (jako jedyny na świecie, przynajmniej w owym czasie, przełożyłem wybór jego dzienników, które z wiadomych względów mogły się ukazać u nas dopiero w piętnaście lat później, patrz: W sercu Genesis, Oficyna Literatów i Dziennikarzy „Pod Wiatr”, Warszawa 1992). Dla mnie, niewychowanego jak on w atmosferze surowej religijności, gdyż powojenne domy dziecka na pewno nie przypominały domu jego dzieciństwa, opuszczenie Boga, który nie istnieje, nie było przeżyciem traumatycznym, no ale on przestając w Niego wierzyć, nie przestał wierzyć w to, że w człowieku istnieje boski pierwiastek, przede wszystkim w postaci ludzkiej trwogi przed Nieznanym, które mnie napawało zawsze jedynie ciekawością.

                                              Cdn.

08:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 63)

      Miłość nieskazitelna. „Można czerpać wodę ze źródła małym albo dużym dzbanem, ale niezależnie od ilości zaczerpniętej wody, będzie to zawsze woda całej studni, bowiem wszystkie właściwości tej wody zawierają się w każdej jej cząstce. Podobnie jeśli jesteśmy w stanie dać drugiemu miłość, która sama w sobie jest nieskazitelna, nie trzeba się troszczyć, ile on z niej weźmie, po prostu to nie nasza rzecz. Słońce nie dba, gdzie padną jego promienie. Jeśli kogoś gorąco kochamy, sprowadza to nieuniknienie wielkie napięcie, zmagania, walki, niepokoje, zazdrość, nieustanną czujność w ciągłym pytaniu, czy aby i my jesteśmy kochani. W tym całym napięciu uczuć powoli zaczyna się budzić prawdziwa nieskazitelność miłości, ale jeśli lęk nas przed nią ogarnia z obawy przed cierpieniem, rozminiemy się z nią lub przejdziemy obok niej, a to będzie zamknięciem sobie jednej z głównych i najważniejszych dróg doświadczeń i doznań życia. Jak może człowiek, który nie zna wielkich namiętności, najwyższych ekstaz i uniesień, ogarnąć życie, które jest i bólem, i ekstazą, i pragnieniem, i tęsknotą, jest bowiem wszystkim, a jego szczytem jest owa nieskazitelność miłości? Chcąc zajść daleko, trzeba zacząć blisko, chcąc wspiąć się wysoko, trzeba zacząć nisko, od podnóża góry. Ale jeśli od początku zdajemy sobie jasno sprawę z tego, dokąd chcemy zajść, i mamy przed oczami wizję szczytu – pełni życia – wówczas wspinanie staje się rozkoszą, a walka i zmaganie przestaje być nużącym, bolesnym procesem, zmieniając się w ekstazę radości”.

 

      Krytycyzm. „Krytycyzm ma tylko o tyle wartość, o ile wyrabia w nas zdolność obserwacji, którą później można zwrócić ku sobie. Sam niegdyś krytykowałem wszystko i wszystkich, ale później zastosowałem ten krytycyzm do siebie, aby przekonać się, czy to, co krytykowałem u innych, znajduje się i we mnie. I od chwili, gdy skierowałem to światło krytycyzmu na siebie, począłem wzrastać – i niweczyć wszystko, co nieistotne. Oto dlaczego warto być krytycznym; bo choć na początku będzie to krytycyzm osobisty, zależny od nastrojów, warunków i różnych ograniczeń, później oswobodzi się stopniowo od osobistych czynników, a w końcu potrafi we wszystkich swoich przejawach zwracać uwagę jedynie na rzeczy najistotniejsze, a te mogą się stać się naszym przewodnikiem”.

 

      Wołanie o miłość. „Czy wszystko wokół nas nie woła o miłość? Każda usychająca gałąź, więdnący kwiat, każdy dojrzały owoc i każdy człowiek. Ale jeśli nie znacie miłości, jeśli usychająca gałązka nie obudzi ani jednego drgnienia waszego współczucia, wówczas będziecie musieli cierpieć i poznać, czym są łzy”. Nie, nie chciałbym tego komentować, ponieważ w tych trzech przepięknych i wstrząsająco prawdziwych zdaniach nie ma ani jednego słowa zbędnego, a ja nie mam w sobie ani jednego słowa, które warto by dodać…

                                                    Cdn.

11:35, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 62)

     Wywodu o Prawdzie nie komentowałem, gdyż pytania, które mógłbym ci postawić w trakcie tego wywodu, stawiałem już wcześniej. Nie jest to wywód kompletny, musiałbym bowiem wyłuskiwać z wcześniejszych naszych rozmów wszystkie wątki z tą kluczową dla twego nauczania kwestią związane, co doprowadziłoby do rozdęcia tej książki ponad miarę czytelniczej wytrzymałości. Musiałbym w dodatku sięgnąć do tekstów, których w książkach stanowiących kanwę tych naszych rozmów nie ma, w tej ostatniej też, bo przecież w roku 1953 kończyłeś swe wystąpienie w Londynie tak: Nieznane może zaistnieć, gdy człowiek niczego nie szuka, nie pragnie, nie oczekuje i o nic nie prosi. Wtedy, rozumiejąc całość siebie samego, uspokaja się myślą i wchodzi w tę wielką ciszę, w której spotyka twórczą rzeczywistość i Prawdę.

     Wszystko może być twórcze, bądź odtwórcze. Według mnie rozmowy twórcze to takie, w których żadne szablony ani konspekty nie obowiązują, żadne zaczynanie od, ani kończenie na, żadne kropki przed czy po. A jeśli chodzi o Prawdę, to nie jej przecież szukamy, gdyż szukać się jej świadomie nie da, a to, co znajdujemy, jest jedynie projekcją naszych aktualnych uwarunkowań oraz związanych z nimi złudzeń, więc prawdą jest jedynie to, że nieustannie szukamy psychicznego bezpieczeństwa, oczywiście w tej sytuacji złudnego. O tym zresztą w różnych kontekstach już mówiłeś, przejdźmy zatem do kolejnych kwestii (w nich też jeszcze nieraz o Prawdzie będziesz napomykał) poruszanych przez ciebie w trakcie wspomnianych wystąpień publicznych w ujęciu hasłowym, niekiedy zaledwie jedno-, dwu- lub trzyzdaniowym.

 

 

     Prawdziwy nauczyciel. „Prawdziwy nauczyciel nigdy nie prowadzi, nie kieruje, nie rządzi wami i nigdy nie mówi: poprzez mnie znajdziecie Prawdę. Wskazuje tylko, jak bardzo fałszywymi, czyli sprzeciwiającymi się Prawdzie, są wasze najtajniejsze pragnienia, ale zawsze sami musicie poznać ich złudną naturę i własnym wysiłkiem uwolnić od nich serce i myśl. Tak więc chcąc znaleźć Prawdę nie można iść w niczyje ślady. Jakże można znaleźć idąc za kimś, gdy to, czego szukamy, jest w głębi naszej istoty, w nas samych? Powiadacie, że nie macie siły, odwagi ani dostatecznej mądrości, by samemu odkryć Prawdę. Ale jakże się zdobywa mądrość, jeśli nie przez własny wysiłek? Chcąc zajść daleko, trzeba zacząć blisko. W prawdziwym tego słowa znaczeniu, owszem, jestem nauczycielem, ale nie chcę, abyście mnie naśladowali, abyście za mną szli, a nawet abyście przyjmowali to, co mówię…”

 

     Teraźniejszość a przyszłość. „Dopóki teraźniejszość nie zostanie zrozumiana, przyszłość nie odkryje nam swego znaczenia, ponieważ przyszłość w istocie nie istnieje. Trzeba całą uwagę skupiać na tym, co jest teraz, w danej chwili; tylko poprzez teraźniejszość można dosięgnąć wieczności; wieczność jest nieustanną teraźniejszością”.

 

     Jednostka a indywidualność. „W każdym okresie życia kładzie się cały nacisk na jednostkę, a nie na indywidualność samą w sobie, a właśnie indywidualność, gdy zdobędzie pełnię świadomości siebie, rozszerza własną samoświadomość niepomiernie; my zaś, zamiast tego, wciąż dbamy tylko o powiększenie i rozszerzenie naszego małego ja”.

 

     Oddzielność naszego ja. „Dopóki istnieje świadomość oddzielności naszego małego ja, poznanie Prawdy nie jest możliwe, ale zanim zdamy sobie z tego jasno sprawę, musimy przejść przez trzy okresy. W pierwszym człowiek jest niewolnikiem swych zmysłów i namiętności. Chcąc je zadowolić, staje się bezwzględny i egoistyczny, wszystkie jego pożądania kierują się ku rzeczom zewnętrznym, pragnie wrażeń, mocnych podniet, posiadania, własności itp., a tym samym zaplątuje się w sieć trudności i udręczeń. W drugim okresie, gdy poczyna zdawać sobie sprawę ze swych usterek, słabości, wad, okrucieństw i złudzeń, stara się wyplątać z sieci, którą stworzył, usiłuje opanować zmysły i uwolnić się spod ich wszechwładnego panowania. Pragnieniem jego, popartym dobrowolnie przyjętą dyscypliną, jest oswobodzenie swego umysłu i serca i osiągnięcie pełnej harmonii. W trzecim okresie człowiek staje się władcą swych zmysłów, uniezależniając się od pożądań, wrażeń, podniet, a następnie od lęku i wszystkich złudzeń, jakie strach wytwarza. A wtedy rodzi się w nim pewna specjalna wewnętrzna samotność, płynąca z radości, a nie ze znużenia, nie będąca ucieczką od świata konfliktów, ani usuwaniem się od walki, lecz ogromnym, aktywnym skupieniem się na rzeczach najistotniejszych; z tej wewnętrznej twórczej samotności wypływa głęboka harmonia, zjednoczenie rozumu i serca. Cała przeszłość z jej upadkami i cierpieniami, jak i przyszłość z jej nadziejami, tęsknotami, zamiarami znika, a rodzi się harmonia teraźniejszości, a to jest urzeczywistnieniem tej pełni i całkowitości, które istnieją w rzeczy każdej”.

                                                     Cdn.

07:53, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 61)

     Prawda. „Prawda, ta wewnętrzna pełnia, trwa ukryta w każdej rzeczy i każdym człowieku, przeto szukać jej trzeba wyłącznie w sobie samym, albowiem przebywa ona w nas.  Według mnie urzeczywistnienie tej Prawdy jest wypełnieniem przeznaczeń człowieka, ale dopóki dzielimy życie na zewnętrzne i wewnętrzne i usiłujemy je jako dwie różne wielkości złączyć i zharmonizować, dopóty znalezienie Prawdy jest niemożliwe. Wspomnę na chwilę o sobie  – nigdy nie wyobrażałem sobie, czym Prawda jest, nigdy nie pożądałem posiadania jej. Jak można chcieć czegoś, o czym się nic nie wie? Ale znałem to, co mnie wiązało, co paczyło moją myśl i wzruszenia, co marnowało mą energię. Znałem to, co jest tak łatwe do poznania. I przez proces uwalniania się od pragnień, które są przyczyną tylu przeszkód i utrudnień, wiem dziś, czym Prawda jest; ale gdyby mi ktoś wówczas powiedział, czym ona jest, a ja bym na podstawie tego ją sobie wyobraził i według tego wyobrażenia urabiał swe życie, nie byłoby to prawdą, byłoby to coś martwego, co zmieniłoby się w popiół. A wy właśnie wciąż usiłujecie to robić. Cała budowa i skład waszej myśli oparty jest na zdobywaniu i naśladowaniu, i dlatego wszystkie wasze zdobycze i osiągnięcia są jako popiół, są niczym.  Jedynym prostym, prawdziwie ludzkim sposobem poznania Prawdy jest usuwanie tego, co przeszkadza jej się objawić. Stając się świadomym siebie, zdajemy sobie sprawę ze swych więzów, i w tym procesie uświadamiania sobie siebie samego odkrywamy wszystko, czego się uporczywie trzymamy i co nas więzi, i przez to wyzwalamy się.

     Mówiłem często o Prawdzie, chcąc przekazać wam, iż jest to nieustanne, nieskończone odnawianie się niemające początku ni końca. Nie może w nim istnieć żaden cel ani kres, czy meta, do której się dąży, a gdy stawiamy sobie podobną metę i to staje się pobudką naszego dążenia, każdy nasz czyn martwieje przez to, że jest niepełny i niecałkowity. Umysł istoty skończonej nie jest w stanie ogarnąć tego, co nieskończone, więc wszystkie wasze wysiłki, by uchwycić, pojąć i określić Prawdę, są złudne i daremne, mogą tylko zmienić się w pogoń za ideą, za pojęciem, jakie sobie o Prawdzie wytworzyliście. Nie starajcie się więc wyobrażać sobie, czym jest Prawda, lecz bądźcie czujni i świadomi siebie teraz, w danej chwili, bacząc, by uwolnić umysł od bezpośrednich, dziś krępujących was więzów, bowiem czyn pozbawiony interesownej pobudki jest rozumieniem, a ono się pojawia, gdy myśl i serce są wolne od pożądań. Wielu ludzi pragnie poznać boski plan i jego cel, by móc dostosować swe przemijające życie do tych odwiecznych prawd. Ale Prawda nie da się zamknąć w żadnym ideale, zamierzeniu, czy myślowym systemie, bo jest to z gruntu fałszywe, a wzorowanie się na takiej nieprawdzie jest zaprzeczaniem samemu życiu. Prawda jest zawsze w ruchu, wciąż płynie, przeto wymyka się człowiekowi, który urabia swą myśl podług jakiegoś z góry przyjętego wzoru czy kieruje się ideałami, bo te są zawsze statyczne.

     Szukacie ucieczki od niezliczonych trudności i konfliktów, jakie codziennie są waszym udziałem, więc z cierpienia rodzi się chęć szukania, a wy nazywacie to szukaniem Prawdy. Wszak gdy coś nas boli – a któż nie zna bólu – chcemy znaleźć niezwłoczną ulgę; w przypadku bólu fizycznego idziemy do apteki po jakikolwiek środek, choćby paliatyw, byle zmniejszyć ból. Gdy doznajecie chwilowo moralnego cierpienia, dzieje się podobnie: od razu szukacie ulgi, pociechy, a wyobrażacie sobie, że jest to szukanie Prawdy. Czyli jesteście nieustannie powodowani chęcią znalezienia kompensaty za swe cierpienia, a pomijacie jego prawdziwą przyczynę, więc żyjecie w ułudzie. W myślach waszych panuje taki zamęt, iż w jednej chwili zwracacie się do tych, którzy ofiarowują wam różne pokrzepienia, a w chwilę później do kogoś, kto im całkowicie zaprzecza. Przeto życie wasze staje się wyrafinowaną obłudą, jest trwaniem w myślowym chaosie. Natomiast w rzeczywistym szukaniu Prawdy przede wszystkim chodzi o bezwzględną szczerość wobec siebie. Postarajcie się zbadać sumiennie, co właściwie myślicie, nie udawajcie przed sobą, że myśli wasze są tym, co uważacie za pożądane, co trzeba myśleć; jeśli będziecie świadomi swych myśli i w pełni czujni w stosunku do każdego swego czynu, zrozumiecie niebawem sami, bez uciekania się do samoanalizy, co jest waszym prawdziwym pragnieniem, czego w istocie szukacie. Ten proces przekonywania się, o co nam właściwie chodzi, nie wymaga dużej dozy woli, ani siły, tylko szczerej, rzetelnej chęci odkrycia prawdy swoich myśli i pragnień, przekonania się, czy jesteśmy wobec siebie uczciwi, czy też umyślnie siebie łudzimy”.

                                                   Cdn.

06:39, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 60)

     Powinienem z radością zapowiedzieć przejście do trzeciej fazy naszych rozmów, a czynię to ze smutkiem. Jeszcze nie wiem, czy jest on wywołany faktem ich nieuchronnego zakończenia, czy moją obawą, że raczej niewiele one wniosą do tego, co już powiedziałeś, mimo iż książka zatytułowana Ku wyzwoleniu jest objętościowo grubsza od tamtych? Skąd ta obawa? Czy bierze się ona z tego, że książka ta jest jakby zlepkiem twoich przemówień oraz dyskusji z twoim udziałem, między innymi w Londynie, w Ommen (Holandia), w Ojai (Kalifornia), w Indiach, w Alpino i Stresa (Włochy), a także w Norwegii, gdzie w latach 1931–1933 użyczono ci sal i mównic? Wprawdzie wiem, że jeździłeś po świecie z wykładami, ale nie wyobrażam sobie ciebie stojącego na katedrze i mówiącego jak z katedry, a tym bardziej ciebie przemawiającego z mównicy, a później ocierającego chusteczką pot z czoła w krzyżowym ogniu pytań. A może przemawia przeze mnie zwyczajna zawiść, że nie tylko ze mną rozmawiałeś, choć wiem, że przeprowadzenie takich rozmów jak nasze w zatłoczonych salach byłoby absolutnie niemożliwe?

     Czy w tej sytuacji będzie mnie stać na obiektywizm? No cóż, mogę jedynie zapewnić, że będę się bardzo o to starał, i pozostaje mi mieć nadzieję, że dążenie przeze mnie do jak najdalej posuniętej lapidarności, której materiał wykrojony z przemówień i dyskusji według mnie wymaga, nie zostanie mi poczytane za złośliwość. Z tych samych względów unikanie dosłownych powtórzeń z twojej strony, jak również niepotrzebnych dygresji z mojej powinno być równie oczywiste; zastrzegam sobie jednak prawo do adiustacji tekstu, poprawiania ewidentnych błędów, dokonywania skrótów, jak również scalania rozproszonych wątków, ponieważ uważam, że redaktorzy twoich książek wykazywali się nazbyt wielką czołobitnością dla każdego twego słowa wypowiadanego przecież na żywo, a zatem niecyzelowanego przy pisarskim biurku; ta czołobitność byłaby zrozumiała tylko przy założeniu, że przede wszystkim myśleli o sobie, nawet jeśli przed każdym wypowiedzianym przez ciebie słowem wybijali głębokie pokłony.

     Hasłowe ujęcie poruszanych przez ciebie kwestii podobnie jak w poprzedniej książce, choć przy odmiennych założeniach, które nakreśliłem przed chwilą, wydało mi się naturalne. Na samym wstępie muszę się jednak przyznać, że wprawdzie nie wysłuchałem ani jednego twego przemówienia na żywo i w związku z tym nie mogłem wziąć udziału w żadnej dyskusji, ale zaledwie wziąłem tę książkę do ręki, od razu zaczęło mi się cisnąć na usta pytanie, które w roku 1931 padło w Londynie: „Jeśli jesteście przeciwni duchowym autorytetom, czemu jeździcie wszędzie, przemawiając i nauczając?” Twoja odpowiedź nie świadczy o tym, przepraszam za uprzednią zgryźliwość, że musiałeś ocierać chusteczką pot z czoła: „Po prostu, bo mam po temu ochotę. Nie ustanawiam żadnego autorytetu, nie narzucam nikomu mojego. Jeżdżę, bo sam tego chcę; zbyt wiele cierpienia widzę w ludzkich twarzach”.

 

                    

                                          Cdn.

08:05, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 59)

     Płomień a dym. Niedawno, mówiąc o zazdrości, użyłeś tego samego porównania i prawie w tym samym kontekście, bo tak czy owak chodziło o miłość, a właściwie o jej brak. Wprawdzie nieraz mówimy, że kochamy, ale nigdy całym sobą, zawsze zatrzymujemy coś dla siebie; nie fizycznie, fizycznie oddajemy się całkowicie, zwłaszcza na początku, ale może i tu pozostaje jakaś reszta. To, co dajemy, jest tylko darem zmysłów, a to, czym naprawdę moglibyśmy kogoś obdarzyć, jest dalekie, chyba wcale w nas nieobudzone. Spotykamy się wśród dymu i gubimy się w nim, a o płomieniu nie wiemy nic. Zaznaczyłem to kursywą, ponieważ mówi to w rozmowie z tobą jakaś kobieta, mężatka, o której tylko tyle wiem, że nie była jedną z moich żon, choć większość z nich też była za bardzo oczytana, zbyt współczesna i rozpaczliwie powierzchowna. A ja? Prawdę mówiąc, mógłbym owe trzy zdania powtórzyć za tamtą nieznaną mi kobietą słowo w słowo, myśląc, rzecz jasna, o sobie! Czyżbyś o tym wiedział, odpowiadając niby jej, a przecież mnie?

     „Wiele mówimy i piszemy o pięknie, malujemy je i staramy się wyrażać w tańcu, jakże często prawimy o nim kazania, a przecież sami nie tworzymy piękna i nie znamy miłości. Znamy tylko słowa”. Nie mam pytań, a jeśli mam, to tylko jedno skierowane do siebie, oby do siebie z przeszłości: „Jak można być otwartym na kogoś, będąc tak bardzo w sobie zamkniętym?” Jeszcze nie odpowiedź, ale objaśnienie tego faktu znajduję, jak zwykle, w twoich słowach: „Otwieramy jedno okno, a inne trzymamy zamknięte, gdyż chcemy, by świeży wiatr wlatywał tylko przez okno, któreśmy świadomie wybrali. Nigdy nie wychodzimy sami w szeroką, otwartą przestrzeń; nie otwieramy też nigdy na oścież wszystkich okien i drzwi”. Chodzi rzecz jasna o to, że nie potrafimy otworzyć się całkowicie na drugiego człowieka, czyli na miłość…

     Najbardziej w tym wszystkim boli jednak mnie, wrażliwca, już sama możliwość posądzenia mnie o niewrażliwość, nie mówiąc o tępocie, mimo iż doskonale wiem, że przynajmniej w tym zakresie moja niewrażliwość i tępota były wręcz uderzające! Czy nie wynikały one przypadkiem z lęku związanego z możliwym upadkiem z piedestału i czy można te braki jakoś uzupełnić? „Niewrażliwy nie stanie się wrażliwym, wszystko, co może zrobić, to zdać sobie sprawę z tego, jaki jest, czyli ze swej niewrażliwości, i pozwolić, by wyjawiła mu ona swą pełną treść. Nie trzeba w ten proces wtrącać się intelektem, nie trzeba chcieć zmienić swojej niewrażliwości, bo ten, kto się wtrąca i chce zmiany, jest właśnie głupi i niewrażliwy. Trzeba wsłuchać się w to, co jest, a ono odsłoni nam całą swą zawartość, swe źródło i treść; nie staraj się jej tłumaczyć, nie chciej od razu działać, tylko słuchaj pilnie, nie przerywając, nie interpretując, słuchaj całej opowieści do końca. Dopiero wówczas możesz zacząć działać. Robienie nie jest ważne, słuchanie jest najważniejsze”.

     Zawsze zdawałem sobie z tego sprawę, co nie oznacza, że umiałem słuchać, chciałbym jednak wrócić do wcześniejszej kwestii: czy rozdawanie siebie, bo tak czyniłem wielokrotnie, nie było prawdziwym dawaniem, skoro zatrzymywałem dla siebie, tak mi się przynajmniej zdawało, tak niewiele? „Zatrzymywanie czegoś dla siebie jest nieuniknione, bo właściwie nie mamy nic do dania. Dzielenie się nie jest darzeniem; sama świadomość dawania czy dzielenia się uniemożliwia najgłębszy kontakt, prawdziwe obcowanie”. Obcowanie w postaci miłości możliwie najmniej zmysłowej, a zarazem płomiennej, prawda? Jednakże nie w naszym, ogromnie uproszczonym, wręcz trywialnym ujęciu tego zjawiska, lecz w takim, któremu poświęciłeś nie tylko ten wywód…

    Wydawałoby się, że zwrot: nie ma dymu bez ognia jest prostym stwierdzeniem oczywistego faktu, choć nawet w takim znaczeniu może tak mówić jedynie ten, kto nigdy nie próbował ognia rozniecić. Może być bowiem dużo dymu, a nie będzie ognia! Jest jednak jeszcze kontekst frazeologiczny tego stwierdzenia: zawsze jest jakaś, choćby ukryta, przyczyna. Przyczyna, powiedzmy, fiaska naszych prób rozniecenia ognia, które poszły z dymem. „Dym nie jest płomieniem, a my go najczęściej bierzemy za płomień i z nim się utożsamiamy. Bądźmy świadomi dymu, czyli tego, co jest, nie starajmy się jednak rozpraszać go ciągłym dmuchaniem, chcąc ujrzeć płomień…”

     Miłość jak płomień wciąż pali cię, / Gdy jesteś blisko, tak kręcisz mnie, / W moich marzeniach chcę ciebie mieć, / Zawsze dotykać i tulić cię… Jeden z tysiąca koszmarnych tekstów o płomieniach miłości, ale nie zapamiętałem ani jednego o dymie miłości – dzięki tobie już wiem, dlaczego tak się dzieje! „Obserwujmy dym cicho, uważnie, cierpliwie; rozproszyć go nie możemy, gdyż sami nim jesteśmy, ale gdy dym się rozejdzie, płomień sam się ukaże…”

    

 [na podstawie: J. Krishnamurti Uwagi o życiu. Przekład Wandy Dynowskiej. Biblioteka Polsko-Indyjska 1970; pierwsze wydanie 1959. Tytuł oryginału Commentaries on Living.]

 

                                                             Cdn.

07:39, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 16 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 58)

     Poczucie godności własnej. Wpierw warto zanotować, że nienawiść, podobnie jak i miłość, wiąże nas nierozerwalnym węzłem z kimś, od kogo chcemy się uwolnić, ponieważ nienawiść zawiera w sobie przeszłość, której bez pozbycia się nienawistnych uczuć nie można wymazać. I jak zwykle: zrozumienie, dlaczego chcemy tę przeszłość wymazać, jest ważniejsze od tego, co i jak trzeba zrobić, żeby stało się to możliwe. Że my sami jesteśmy tą przeszłością, powinno być już dla nas truizmem. „Wszyscy mamy pewne wyobrażenie o sobie, stawiamy siebie na pewnym poziomie – zazwyczaj wysokim – i wciąż z tych wyżyn spadamy; właśnie tego upadku tak się wstydzimy, bo przeczy naszemu wygórowanemu o sobie mniemaniu. Poczucie godności jest przyczyną wstydu ogarniającego nas, gdy spadamy z piedestału, na który siebie postawiliśmy. Trzeba zrozumieć to wysokie poczucie godności osobistej, a nie upadek, którego ono jest przyczyną. Gdybyśmy nie postawili siebie na jakiejś wyżynie, nie byłoby możliwości upadku. Po cóż więc stawiać siebie na piedestale zwanym godnością osobistą, szacunkiem ludzkim, miłością własną, ideałem itp.?”

     Gdybym chciał to zagadnienie zręcznie obejść, powiedziałbym, że będąc na dnie też można upaść, ponieważ i usprawiedliwienia dla siebie, i możliwe dna można mnożyć w nieskończoność, natomiast fakt jest jedyny i niepodważalny – fakt moich niezliczonych upadków z wyłącznie moich wyżyn czy piedestałów. „Żyć z tym trzeba dalej bez lęku, gdyż lęk uniemożliwia proste przyjęcie prawdy, uniemożliwia prawdziwy kontakt, nawet ze sobą samym. Nie mając miłości nie da się żyć ciągle z tą prawdą o sobie; bez miłości nie wymaże się tego, co jest przeszłością, a gdzie jest miłość, tam przeszłość znika. Miłujcie, a czas przestanie istnieć”. Ja, podstarzały Romeo, już to zrozumiałem, a co ty na to, niegdysiejsza Julio? Niepotrzebnie o to pytam, ponieważ ten spektakl grany jest w zmiennej obsadzie, podobnie jak inne spektakle, o czym świadczy choćby Four Color of the Sky, względnie Interval Games na zmienne obsady instrumentalne…

                                                    Cdn.

07:13, jbroszkowski
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 57)

     Problemy i od nich ucieczka. „Wszystkie nasze trudności i problemy pochodzą z jednego źródła, i dopóki nie poznamy i nie zrozumiemy tego źródła, każdy wysiłek, by jakiś poszczególny problem rozwiązać, będzie daremny, sprowadzi tylko dalszy zamęt i udrękę”. To jest już dla mnie (powinno już być dla nas) oczywiste. „Badanie musi być ciche, bezstronne, niezamącone pragnieniem radości, ani obawą bólu”. Jeśli uda mi (nam) się wyciszyć wszystkie emocje, stanie się to możliwe. „Ale dopóki nie odczuwamy natychmiastowej konieczności obudzenia w sobie tej odbiorczej, a żywej i jasnej świadomości, powstaje w nas wciąż pytanie, jak problem rozwiązać, jak zniweczyć przeszłość”. Z tym jak nie mogę (możemy) sobie jeszcze poradzić; jest to odruch wprawdzie warunkowy, ale niełatwo się go pozbyć.

     „Gdy widzimy tuż przed sobą wielkie niebezpieczeństwo, nie pytamy, jak go uniknąć; jeśli usiłując rozwiązać jakiś problem, pytamy jak, w jaki sposób, oznacza to, że nie odczuwamy jeszcze naglącej potrzeby, by w czujnej ciszy go zbadać”. No właśnie, dlaczego nie odczuwamy takiej potrzeby? „Świadomie czy nieświadomie uchylamy się od uznania, że to ciche, odbiorcze obserwowanie naszych problemów jest konieczne i najważniejsze, ponieważ w istocie wcale nie chcemy się ich pozbyć, bo co byśmy bez nich robili? Wolimy trzymać się uparcie czegoś, co znamy, choćby było przykre i ciężkie do zniesienia, niźli zapuszczać się w ryzykowne dociekania, które Bóg wie dokąd mogłyby nas zaprowadzić”. Już wiem, że mogą nas zaprowadzić jedynie do naszego ja, ponieważ to ono jest źródłem wszystkich lęków. „Problemy obciążają umysł, napełniają go lękiem, bo zawsze i nieodmiennie zasilają nasze ja oraz moje. Gdy nie ma zagadnień, problemów, spraw, osiągnięć i klęsk, nie ma i ja”.

     Reasumując: wystarczy to ja zrozumieć, by mieć każdy problem z głowy, z tym że zrozumienie naszego ja jest nie lada problemem! „Prawdy się w ogóle nie osiąga, nie można jej odsłaniać po trochu; albo się ją widzi, albo nie… Widzenie Prawdy wyzwala, a nie wola i wysiłek”. Ba, widzenie! Człowiek, który pragnie być ślepcem, też widzi jakąś prawdę, w dodatku oswojoną, więc niby własną, a zatem widzi na niby… Bo jeśli chodzi o źródło, z którego pochodzą wszystkie nasze problemy, to być może powinniśmy kierować się wskazaniami napisanej przed kilkoma tysiącami lat, a zatem obrosłej prawdziwą mądrością Księgi Przemian (I Ching), która w 4 heksagramie każe źródła rzeki poszukiwać w ciemnym wnętrzu góry, a nie w wypływającym na powierzchnię ziemi strumieniu…

                                                     Cdn.

07:53, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 56)

     Wyłączność w posiadaniu. Tuż przed przejściem do meritum sprawy mówisz o oczyszczeniu się przez wyznanie. Podczas rozmów z tobą otwierałem wielokrotnie na oścież swoje serce, dzięki czemu naprawdę czułem się oczyszczony wewnętrznie, co podczas rozmów z innymi ludźmi byłoby niemożliwe. Nie pytam, dlaczego tak się działo, gdyż wiem, że znajdę u ciebie trafne objaśnienie i tego faktu. „Pełne oczyszczenie przez wyznanie nie tyle zależy od słuchającego, ile od tego, który mówi i pragnie otworzyć serce; to szczere otwarcie się jest najważniejsze, a gdy ono zaistnieje, zawsze znajdzie się ktoś – choćby przechodzień czy żebrak – przed kim będziemy mogli się wypowiedzieć. Analityczna introspekcja nie otwiera serca, raczej odwrotnie, zamyka nas i przygnębia, jest też zgoła bezużyteczna. Otworzyć się to wsłuchiwać się nie tylko w siebie samego, ale w każdy ruch życia wokół nas”.

     Z twoich słów wynika niezbicie, iż nabyta przeze mnie umiejętność otwierania się przed tobą nie była równoznaczna z umiejętnością  szczerego otwarcia się przed kimkolwiek bądź, co oznacza, że wsłuchiwałem się mimo wszystko jedynie w siebie, nie oczyściłem się więc wewnętrznie na tyle, by móc wsłuchiwać się w każdy ruch życia wokół mnie. Ponadto okazuje się, że także słuchający może odnieść z czyichś wyznań znaczne korzyści, nie musi być zatem przysłowiowym darmowym słuchaczem, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie słuchał intelektem, dla którego każde wyznanie jest wymarzonym materiałem na plotkę i obmowę. „Takie wsłuchanie się w drugiego człowieka oczyszcza także nasze własne serce, wymiata zeń wszystko, co należy do sfery intelektu…”

     A jeśli chodzi o meritum sprawy, to fakt posiadania na wyłączność na przykład zwykłego ołówka sprawia nam zapewne mniejsze zadowolenie, niż fakt posiadania luksusowego samochodu czy stylowego domu. To samo można powiedzieć o istotach żywych, kocie, psie czy człowieku, którym jest kobieta lub mężczyzna – w niezbyt odległych czasach byli nimi zazwyczaj żona lub mąż, choć zazdrosnych kochanków obojga płci też nie brakowało; dzisiaj te układy w stosunkach nie tylko damsko-męskich bardziej się pokomplikowały. O zazdrosnych kochankach wspomniałem nie bez kozery, ponieważ bez uczucia zazdrości problem wyłączności w posiadaniu w ogóle by nie istniał.

     „Wyłączność posiadania napawa nas jakąś pewnością siebie i wrażeniem bezpieczeństwa. Posiadanie czegoś na własność nadaje ważność naszej osobie i właśnie tej naszej wzmożonej ważności trzymamy się tak namiętnie. Uczucie, że posiadamy człowieka, zwiększa w nas siłę i napełnia jakimś pełnym samozadowolenia zaspokojeniem. Zazdrość w istocie nie dotyczy bezpośrednio tego drugiego człowieka; żywimy ją tak chętnie dlatego, że nadaje wartość i ważność naszej osobie”.  Mówisz, znowu słusznie, że zazdrość niewiele się różni od nienawiści. „Wyłączność jest poczuciem pewności posiadania; posiadać to być zazdrosnym. W poczuciu własności ukrywa się niechęć. W istocie nienawidzimy to, co posiadamy, i to się przejawia w zazdrości”. Mówisz, że w sensie materialnym możemy posiadać niewiele, ale w pełni satysfakcjonuje nas fakt, że przynajmniej posiadamy kogoś lub siebie wzajemnie, i tę obustronną potrzebę nazywamy miłością. „Gdzie jest posiadanie, tam nie ma miłości; posiadać, to znaczy zniweczyć wszelką miłość”.

                                                       Cdn.

07:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 55)

     Konsekwentność. „Człowiek konsekwentny nie jest człowiekiem myślącym. Łatwiej jest i bezpieczniej bez wahań ni odchyleń trzymać się wyznaczonego planu działania, być wiernym tradycji lub ideologii, aniżeli narażać się na trud i niebezpieczeństwo samodzielnego myślenia. Poddanie się wewnętrznym czy zewnętrznym autorytetom oszczędza nam wahań i wątpliwości, uwalnia od potrzeby zastanawiania się, broni przed niepokojem i myślową rozterką”. A mnie się zawsze wydawało, że jestem człowiekiem w miarę konsekwentnym; na szczęście nie o taki rodzaj konsekwencji ci chodzi, ponieważ Bogiem a prawdą byłem konsekwentny jedynie w brnięciu w różne absurdy.

     „Być ze sobą w sprzeczności to rozterka i cierpienie, ale nasze ja w samej swej naturze jest pełne sprzeczności; składa się z licznych istot o różnych maskach i obliczach, a każda jest w opozycji do innych. Cała struktura naszego ja spleciona jest ze sprzecznych dążeń i wartościowań, z licznych pożądań i pragnień, działających na różnych płaszczyznach naszej psychiki, a wszystkie rodzą własne odwrotności. Ja – osobowość nasza – jest splątaną siecią niezmiernie złożonych pragnień, pożądań, tęsknot, a każda z nich ma swój rozpęd i w swój własny, a odrębny, mierzy cel, nieraz wprost przeciwstawiający się innym dążeniom i nadziejom. Nasze ja przybiera te maski zależnie od pobudzających je w różny sposób okoliczności, bodźców i wrażeń, przeto w jego obrębie sprzeczności są nieuniknione, a wiodą one zawsze do ułudy i cierpienia; chcąc od nich uciec, wynajdujemy nowe środki oszukiwania siebie, a to powiększa jedynie starcia i zawikłania. Gdy wewnętrzne sprzeczności stają się nie do zniesienia, świadomie lub nieświadomie staramy się od nich uciec przez śmierć, względnie chorobę umysłową. Albo rzucamy się w jakąś działalność, która może nas całkowicie pochłonąć – oddajemy się jakiejś idei, grupie, partii, ojczyźnie, albo szukamy ratunku w zorganizowanych religiach z ich dogmatami i rytuałami”. W tym naprawdę potrafimy być konsekwentni!

     „Gdy chcemy być czymś innym niż jesteśmy, powiększamy jedynie wewnętrzne sprzeczności: lęk przed tym, co jest, stwarza ułudną odwrotność tego, co jest, i w pogoni za tą odwrotnością mamy nadzieję, że uda nam się zniweczyć strach”. Na pewno już mówiłeś o tym, że sprzeczności wewnętrzne muszą nieodmiennie stwarzać tarcia i zatargi na zewnątrz, przeto konflikty zewnętrzne stanowią dowód wewnętrznych sprzeczności, ale być może wyraziłeś to teraz z większą precyzją, więc nakazuję umysłowi, by wsłuchiwał się uważnie w dalszy ciąg twego wywodu. Mówisz, że tylko całkowite scalenie naszej natury oswobadza nas zarówno od tych sprzeczności, jak i od konsekwentności w działaniu, z tym że owo scalenie nie jest stosowaniem się do jakichkolwiek, choćby najszlachetniejszych, czy najlepiej pomyślanych, wzorów lub schematów – polega ono na dogłębnym zrozumieniu, czujnym i odbiorczym, tego procesu.  Bez ustawicznego zatrudniania pamięci, która korzystając z własnych zasobów niemal takich samych słów i przetwarzając je na niemal takie same prawdy, zapomina o tym, że diabeł tkwi w szczegółach. Nie mówmy jednak o pamięci, nawet zapominającej, ponieważ musimy się od niej uwolnić!

     „Scalenie – integracja – nie jest pojęciem ani pamięciowym obrazem, więc nie da się go wyrobić ani rozwijać. Wprawdzie, znużeni rozterką i sprzecznościami, pragniemy scalenia, które stopi w jednolitość całą naszą naturę, ale starając się o nie, nie wznosimy się wcale ponad walki i tarcia. Sprzeczności w sobie można ukrywać, lub się do nich nie przyznawać, można też nie zdawać sobie z nich sprawy, ale one w nas są i lada chwila grożą wybuchem. Zadaniem naszym jest zrozumieć ten narastający w nas konflikt, a nie troszczyć się o integrację. Ta, podobnie jak i spokój, jest wartością wtórną, nie jest celem samym w sobie, jest tylko rezultatem, więc nie ma pierwszorzędnego znaczenia”. Najważniejsze, według ciebie, jest bowiem zrozumienie istoty tego konfliktu, które ma wprawdzie w sobie moc wyzwolenia nas od wszelkich rozterek, ale może się ono dokonać jedynie w stanie wolnym od ja, z jego nieustannym krzykiem: więcej i więcej! – doznawanie jest wtedy bezpośrednie, bez udziału pamięci, a scalenie naszej natury dokonuje się samo przez się i spokój sam się pojawia.

                                                 Cdn.

08:10, jbroszkowski
Link Komentarze (7) »
wtorek, 08 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 54)

     Bezpośredniość. Pozujemy, pozujemy, pozujemy, rzadko bywamy sobą. Na idiotę pozują niekiedy mędrcy, natomiast na intelektualistę – skończeni durnie, ale jedynie w tym ostatnim przypadku można mówić o niebyciu sobą. Zalotna poza młodej dziewczyny, niedbała poza artysty, dostojna poza profesora, poza biznesmena, polityka, księdza etc., etc. Specjalny chód, charakterystyczne dla danej profesji zachowanie się, specyficzny uśmiech. Wszystkie te pozy mają sprawiać wrażenie naturalności, choć starannie są wystudiowane, nierzadko wręcz wysmakowane – środki użyte do wywołania pożądanego wrażenia mogą być dalekie od taniego efekciarstwa. Bezpośredniość też może być pozą.

     Pozer to ktoś, kto chce innym wydać się innym, niż jest, by wywrzeć na nich wrażenie dla siebie korzystne, a zatem odnieść z tego jakąś korzyść. Jeśli chodzi o mnie, staram się nie przybierać żadnych póz, zachowywać się naturalnie, może dlatego, że wolę śmiać się z innych, niż z samego siebie. Pozerstwo jest bowiem zawsze śmieszne, bez względu na cele, niskie czy szczytne, jakie przyświecają tym, którzy chcą się wydawać innymi niż są; ty zaś dodajesz, że jest ono ponadto dowodem małości uczuć i ciasnoty myśli. „Ciasny umysł zawsze pozostanie ciasny, nie może nagle stać się wybitny i twórczy. […] Bóg człowieka o płytkiej i ciasnej myśli będzie bogiem małym. […] Zewnętrzne czy wewnętrzne ozdoby nie przyczyniają się do pogłębienia myśli i duszy, a przecież tylko ogromna głębia myśli nadaje jej piękno…”

     Pozerzy obawiają się wszystkiego, co jest naturalne i bezpośrednie, ponieważ może to odsłonić prawdę o tym, czym są w istocie. „Owo zabijanie bezpośredniości jest zwyczajem ludzi o ciasnych umysłach; oni to dekorują przemyślnie zewnętrzność swą na wszystkich poziomach, a dekoracja ta staje się samouwielbieniem. A tylko w samorzutnej bezpośredniości i swobodzie można robić odkrycia. […] Bez samorzutnej bezpośredniości nie ma samopoznania, a bez niego człowiek poddaje się każdej przejściowej fali wpływów, które mogą spowodować zacieśnienie umysłu albo jego ekspansję, ale nie mogą uwolnić go od naporu najróżnorodniejszych zewnętrznych oddziaływań…” Owe zewnętrzne oddziaływania są lustrzanym odbiciem wewnętrznej pustki, którą staramy się ukryć w kolejnych pozach – przebraniach i maskach.

                                          Cdn.

06:50, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 53)

    Wyzwanie i odpowiedź. Słońce wzniosło się ponad palmy; na murze usadowiły się małpy, ogonami niemal dotykając ziemi. Były duże, ale lękliwe, na przyjazne wołania zeskakiwały z muru w popłochu i pędziły na duże drzewo widniejące wśród pobliskiego pola. Twarze i dłonie miały całkiem czarne; wyglądały wcale inteligentnie, jednak mniej były sprytne i psotne od innego gatunku mniejszych brunatnych małpek. „Dlaczego myśli są tak natarczywe? Tak niespokojne, tak rozpaczliwie natrętne! […] Są w ciągłym ruchu, jak te małpy na drzewach, a ta ich ruchliwość męczy i wyczerpuje. Nie można od nich uciec, zdają się wszędzie nas ścigać…”

     W pierwszej chwili myślałem, że chcesz mówić o natręctwie myśli, będącej objawem wielu nerwic i psychonerwic, ale okazuje się, że w ich ruchliwości nie ma niczego nienormalnego. „Czy myśl może być kiedykolwiek w bezruchu, w spokoju? Można myśleć o spokoju, lub zmuszać się do ciszy, ale czy myśl może być w ogóle sama przez się spokojna? Czy nieustanna ruchliwość nie stanowi jej właściwej natury? Czy myśl nie jest odpowiedzią na nieustannie pojawiające się wyzwania życia? A te nie mogą ustać, bo wszak każdy ruch życia jest wyzwaniem; a jeśli tych wyzwań nie jesteśmy świadomi, jeśli przestajemy je słyszeć i być na nie wrażliwi, oznacza to tylko zanik żywotności w nas, martwotę, śmierć”.

    Przyznaję, że po wysłuchaniu tego objaśnienia prawie zbaraniałem. Przez ostatnie miesiące ubolewałem, że kierując się twoimi wskazówkami nie jestem w stanie wyciszyć moich myśli na tyle, bym mógł się bodaj zbliżyć do stanu, który kusząco nazywasz obudzonym, a tu nagle taka niespodzianka! Gdy jednak ochłonąłem ze zdumienia, okazało się, że w twoich słowach nie ma żadnej sprzeczności z tym, co mówiłeś przedtem. „Wyzwanie-odpowiedź to ruch samego życia. Ale odpowiedzi dawane przez nas mogą być odpowiednie lub nieodpowiednie, a te niewłaściwe, jakby rozmijające się z wyzwaniami życia, dają początek myślom z całym ich niepokojem. Wyzwania życia żądają czynów, nie słów; nie werbalizacji, bo ta jest myślą. […] Wyzwanie jest zawsze nowe, świeże, nieoczekiwane, a czy myśl-pojęcie może być kiedykolwiek nowe?”

                                   Cdn.

06:40, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 52)

     To, co jest, a co powinno być. Mówiłeś już o tym tyle razy, że powinienem tę kwestię pominąć, ale widocznie w skrytości ducha wierzę w sens powtarzania modlitewnych wersetów lub magicznych formuł, mimo iż wiem, że twoje mantry ze sferą wierzeń nie mają nic wspólnego. A zatem – ad rem, czyli do rzeczy. Starcie zachodzi pomiędzy konkretnym faktem a mitem, na przykład pomiędzy tym, czym jesteśmy, a tym, czym chcielibyśmy być, względnie pomiędzy tym, co jest, a tym, co powinno być, oczywiście w naszych wyobrażeniach. Wszystkie mity, ideały, wyobrażenia, utopie pozostają, rzecz jasna, w sprzeczności z rzeczywistością, mogą jednak stać się ucieczką w rzeczywistość urojoną.  Urojenia naszej wyobraźni pozwalają nam wprawdzie przez krótką chwilę bujać w obłokach, ale zderzenie z twardą rzeczywistością staje się tym bardziej bolesne. W tym stanie zdajemy się pojmować, że powinny one z naszej psychiki, z naszego życia zniknąć jak najszybciej, ba, ale czym je zastąpić? Najchętniej nowymi mitami, ideałami, wyobrażeniami, utopiami we wciąż odradzającej się nadziei, że właśnie te, cudownym sposobem, nie zrodzą w nas kolejnego zamętu i cierpienia…

 

     Zazdrość. I o tym mówiłeś wiele razy, używając raz jeszcze tej samej przenośni, że miłość jest płomieniem bez dymu, ale od razu zaznaczasz, że w naszym, a więc ludzkim świecie jest ona zjawiskiem niezmiernie rzadkim. „W życiu najczęściej gryzący dym nas dusi, żre nam oczy, dławi gardło, wyciska łzy. Spoza gęstego dymu rzadko można dojrzeć płomień, a kiedy dym się zagęszcza i przybiera na sile, płomień zagasa. A przecież bez płomienia miłości życie ma tak niewielką wartość, jest jałowe i nużące; ale jakże ogień ma płonąć wśród kłębów gęstego dymu? Oba nie mogą istnieć równocześnie – dym musi opaść, aby ogień mógł się w pełni rozjarzyć. Płomień nie walczy z dymem, gdyż ten nie jest jego rywalem, jego przeciwieństwem, płomień w ogóle nie ma rywali, ani wrogów. Dym nie jest płomieniem, nigdy nie może go w sobie zawrzeć, ale obecność dymu też nie wskazuje na istnienie ognia, ponieważ ten ogień jest od dymu wolny”.

     Miłość i nienawiść jak światło i mrok; nurt rzeki, gdy ta płynie przez osłonecznione równiny, jest cichy i spokojny, a gdy przepływa przez mroczne wąwozy, staje się gwałtowny i rwący. Te piękne porównania miałyby wskazywać na to, że właśnie zmienność naszych uczuć stanowi o ich pięknie, nie mówiąc o zazdrości, która zgodnie z inną przenośnią, będącą w prawie powszechnym użyciu, ma być solą miłości, czyli jej istotą. Nie dziwi mnie, jeśli tak mówią bardzo młodzi ludzie, ponieważ do pewnego wieku niedobór soli jest wręcz szkodliwy dla młodych organizmów (nawet w paśnikach zostawia się bryły soli, żeby cielaki mogły sobie polizać), natomiast w pewnym wieku nadmiar soli określany jest przez dietetyków terminem biała śmierć; nadmierna zazdrość, czyli taka, której objawy stają dla partnera co najmniej męczące, też oznacza śmierć miłości, powolną lub gwałtowną. Jak w opisanym przez ciebie nurcie rzeki przepływającej przez mroczne wąwozy. A światło i mrok? „Gdzie jest światłość, tam nie ma mroku. Mrok nie może ukryć światłości; a jeśli ją skrywa, tedy jej nie ma. Gdzie jest zazdrość, tam nie ma miłości”.

  

                                         Cdn.

08:14, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 czerwca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 51)

     Świadomość. Wieczór stopniowo błękitniał, jak to się działo zawsze w tych górach; samo powietrze zdawało się błękitne, a jaskrawa biel pobliskich domów traciła swą ostrość w tej delikatnej niebieskawej poświacie. Szafir morza zdawał się zalewać ląd i otulać go swą barwą, a góry jaśniały również przejrzystą błękitnością. Był to widok jak z bajki; chwila niezmiernej ciszy. Choć dochodziły nas różne wieczorne głosy z oddali, cisza je połykała, zlewały się z nią, i myśmy również w niej zatonęli. Dziwną miała właściwość ta cisza, zdawała się odnawiać rzecz wszelką, zmywać z niej kurz i ból wieków oraz odświeżać jej serce. I oczy nasze również ta cisza spłukała, a myśl wgarnęła w siebie i roztopiła. Ryk osła dobiegał z oddali, echa roznosiły się po dolinie, a cisza przyjmowała je wszystkie. Dzień się kończył śmiercią wszystkich wczorajszych dni, a w śmierci tej taiło się odrodzenie, wolne od smutku przeszłości. Z bezmiaru tej ciszy wyłaniało się nowe życie.

     Z tego opisu wynika, że w owej niezwykłej scenerii nie byłeś sam i że ktoś jeszcze poza tobą zatonął w tamtej niezmiernej ciszy. Podejrzewam, że to nie mogłem być ja, bo jak długo myśl moja szybowałaby swobodnie w błękicie, nierozszarpywana w locie przez inne myśli, niby obce, a dziwnie znajome? Natomiast tym gościem, który siedząc w pokoju czekał w skrytym napięciu na rozmowę z tobą, jeszcze niedawno mogłem być na pewno! „Jakże nam śpieszno do rozwiązania wszystkich naszych problemów! Jak uporczywie szukamy odpowiedzi, wyjścia, środków zaradczych!” Tak jest w istocie, gdyż, jak słusznie zauważasz, największym problemem dla siebie jesteśmy my sami, a rozwiązania szukamy poza sobą jedynie dlatego, że o tym nie wiemy…

     „Wówczas odpowiedź staje się najważniejsza, a nie pytanie. Ale odpowiedź nie jest czymś od pytania oddzielnym, rozwiązanie kryje się w samym zagadnieniu, nie gdzieś poza nim… A ponieważ uporczywe szukanie odpowiedzi jest oddalaniem się od istoty problemu, przeto gubimy się niebawem wśród własnych tworów – pojęć, przekonań, ideałów, przeżyć – i oddajemy cześć tym z gruba ciosanym bóstwom, popadając tym samym w coraz większy zamęt i znużenie. Jest stosunkowo łatwo dojść do jakiegoś określonego wniosku, ale jest bardzo trudno zrozumieć całość zagadnienia; wymaga to zupełnie innego podejścia, w którym nie będzie się ukrywać nawet najmniejsza chęć uzyskania natychmiastowej odpowiedzi”.

     Jeszcze niedawno, nie mogąc rozwiązać jakiegoś problemu, też czatowałem na (p)odpowiedź, dlaczego nie mogę go rozwiązać, szukając jej wszędzie, byle nie w sobie. „Trzeba przede wszystkim ustalić nasz właściwy do danego problemu stosunek, jest to pierwszy krok ku zrozumieniu go; ale jak może taki stosunek zaistnieć, skoro nam chodzi wyłącznie o to, by czym prędzej danej kwestii się pozbyć, wszak chęć znalezienia jak najszybszej odpowiedzi jest właśnie tym. Odpowiedni stosunek to bezpośrednie spokojne obcowanie, a nie jest ono możliwe, póki w nas trwa czynny czy bierny opór wobec problemu. Sposób naszego podejścia do zagadnienia jest ważniejszy od niego samego, gdyż nasze podejście je warunkuje i ono określa jego rozwiązanie”.

     Dla mnie też zawsze było oczywiste, że rozwiązanie każdego zagadnienia kryje się przede wszystkim w nas, choć nie było to równoznaczne z uświadomieniem sobie, iż kryje się ono we mnie! „Jest ono wytworem naszego ja, więc przede wszystkim to ja musimy zrozumieć; ja i mój problem to nie są dwa różne, oddzielne od siebie procesy. Ja sam jestem problemem, który wchodzi mi w drogę. Działania naszego ja są zastraszająco jednostajne; jakże są nudne, błahe, denerwujące, bezsensowne! Jego sprzeczne, wciąż ze sobą walczące pożądania, nadzieje, oczekiwania i żale, wszystkie jego zniechęcenia, jego zdobycze i majaki pochłaniają i niewolą nas, a przecież są nieważkie i beztreściwe; a wszystkie jego odruchy i działania wiodą do znużenia. Ciągle się wspina i ciągle zsuwa w dół, wciąż za czymś goni i rozbija o przeszkody, wciąż zdobywa i wciąż traci, i wciąż usiłuje się wyrwać z tego męczącego kręgu małostek…”

     Uciekając, rzecz jasna, w zewnętrzną działalność, w rozkoszne złudzenia, w zabawę, pijaństwo czy rozpustę, lub w świat książek, w studia, sztukę, etc. Jego zdolność tworzenia złud jest niewyczerpana! Goni za różnymi namiastkami, a każda z nich to kolejny problem, rozterka i cierpienie: „Zadowolenie czy szczęście uzyskane za pomocą czegoś lub dzięki czemuś nieuniknienie sprowadza udrękę i konflikty, gdyż środki stają się wówczas ważniejsze od samego celu, tj. szczęścia”.

     Niesłychanie sugestywnie ilustrujesz to stwierdzenie, posługując się przykładami krzesła oraz człowieka. Jeśli piękne krzesło daje nam zadowolenie (sam fakt posiadania tak pięknego przedmiotu odgrywa zapewne w tym procesie znaczącą rolę), staje się tym samym dla nas tak ważne, choć samo w sobie ma niewielkie znaczenie, że zaczynamy je ochraniać i bronić przed innymi z taką zaciekłością, iż początkowa radość z jego piękna, którą odczuwaliśmy na początku, w pewnym momencie pierzcha i zostajemy sam na sam ze zwykłym krzesłem. To samo dzieje się z człowiekiem, nawet początkowo pięknym, jeśli używamy go jako narzędzia służącego naszym celom: do zaspokajania naszej przyjemności, lecz także tęsknoty do szczęścia. Nie musisz pytać, czy w takim używaniu ku czemuś drugiego człowieka nie kryje się chęć wyodrębnienia się od niego, mimo iż nazywamy to obcowaniem z nim, bo jest to oczywiste.

     „To obcowanie, aż do jednoczenia się – komunii wewnętrznej – może istnieć tylko wówczas, gdy nie ma w nas ani odrobiny lęku, a tam, gdzie jest używanie, czyli wyzyskiwanie drugiego człowieka, a więc i uzależnianie się od niego, tam zakrada się zawsze przejmujący strach i ból. Nic nie może istnieć w odosobnieniu, więc usiłowania naszego ja do wyodrębnienia się i oddzielenia, prowadzi tylko do jego zahamowań i jałowej udręki. Chcąc uciec od poczucia własnej niecałkowitości, szukamy wypełnienia siebie w ideach, poglądach, ludziach i rzeczach; i oto wracamy do punktu, z którego wyszliśmy – uciekamy się do środków zastępczych, do namiastek”. No cóż, gdybym miał zilustrować to, co czuję po wysłuchaniu tego wywodu, pokazałbym to na takim samym przykładzie, jakim na początku tego akapitu uzasadniałeś swoją tezę, czyli człowieka i krzesła: po prostu usiadłbym na tym krześle, żeby gorzko nad sobą zapłakać…

     Moje ja potrafi jednak wyplątać się z każdej matni: przypominając mi nagle, że twoje rozważania miały przecież dotyczyć nie mnie, lecz świadomości, najlepiej rozpatrywanej w sensie ogólnym! Niestety, ten ruch też przewidziałeś: „Trudności i zawiłe problemy będą istnieć zawsze tam, gdzie ja bierze górę, a na to, aby sobie jasno uświadomić, co jest, a co nie jest ruchem i wyrazem naszego ja, potrzeba nieustannej czujności. Owa czujność nie jest wyćwiczoną uwagą, jest wszechstronną jasnością myśli, wolną od wyborów i wartościowań, czyli czystą świadomością. Wyrobiona uwaga tylko zasila nasze ja, staje się znów namiastką i uzależnieniem się, natomiast jasna świadomość nie jest umyślnie wywoływana przez ćwiczenia i praktyki; jest to ogarnianie zagadnienia w jego całości, zarówno w powierzchniowej, jak i głębszej, ukrytej postaci. Chcąc, aby nam się odsłoniły te głębsze pokłady, trzeba zrozumieć wpierw widzialną, zewnętrzną stronę problemu, ale owo ukryte nie ujawni się nam, zanim powierzchniowy umysł nie ucichnie i nie uspokoi się”.

     Ale nas interesują przede wszystkim słowa, słowa, słowa, słowa! „Werbalizacja – rozpraszanie się w słowach – zdradza słabą i płytką umysłowość, a przeżycia, które zawsze lubimy gromadzić, wciąż się powtarzają. Jasna świadomość nie jest sprawą postanowienia, ani woli, gdyż trzymanie się ustalonego wolą kierunku wywołuje opór i sprzyja wyłączności. Świadomość – wolna od wartościowania – to ciche obserwowanie tego, co jest, a w tej bezstronnej cichości całokształt zagadnienia sam się przed nami rozwija i daje się we wszystkich swoich aspektach zrozumieć. Żadne zagadnienie nie może znaleźć rozwiązania, jeśli rozpatrywać je będziemy tylko na jednym – jemu właściwym – poziomie; jest ono zjawiskiem bardzo złożonym, więc trzeba ogarnąć rozumieniem całość tego procesu, wszystkie jego postacie i przemiany. Starać się rozwiązać problem tylko na jednym poziomie, czy to fizycznym, czy psychologicznym, to zapraszać nowe zawiłości i udręki. By mógł się w pełni przed nami odsłonić, potrzeba jasnej świadomości, tej czujnej odbiorczości, która ukazuje nam od razu całokształt danego procesu”.

     Nagle zaczynasz mówić o miłości i przez chwilę zastanawiam się, jaki może mieć ona związek z jasną świadomością, ale tylko przez chwilę, ponieważ dalsze twoje słowa od razu rozpraszają moje wątpliwości. „Miłość nie jest wrażeniem ani emocją. Wrażenia dają początek myślom poprzez symbole i słowa. Emocje i myśli zastępują miłość, zajmują w nas jej miejsce. Ale należą one do intelektu, podobnie jak żądze zmysłowe, które intelekt rozbudza i podtrzymuje wspomnieniami dawniej doznanych rozkoszy, i sam się nimi rozkoszuje. Umysł składa się z rozmaitych, a sprzecznych pożądań, pragnień, zainteresowań, z całą im właściwą gamą wrażeń”. Oczywiście, jeśli mamy do wyboru wrażenia przyjemne lub przykre, to przy założeniu, że nie jesteśmy masochistami, zdecydowanie preferujemy te pierwsze, stając się, jak powiadasz, ich niewolnikiem.

     My, czyli nasz umysł – nasze ja. „Unikanie wrażeń przykrych jest także niewolą, której towarzyszą specyficzne trudności i złudzenia. To umysł nasz, to ja jest twórcą tych niezliczonych problemów, toteż nie może ich nigdy rozwiązać. Ale miłość nie należy do sfery ja, nie ma z intelektem nic wspólnego; gdy jednak intelekt zaczyna się wtrącać, rodzą się wrażenia, które lubi on nazywać miłością. Tę oto intelektualną miłość można roztrząsać, porównywać, ubierać w dowolne szaty. Umysł może się delektować obrazami doznanych w przeszłości, jak i przewidywanych w przyszłości rozkoszy, a tym samym podsycać żądzę”.

     W tym miejscu odetchnąłem głęboko, ponieważ w moim wieku żadne obrazy przeszłych czy przyszłych rozkoszy nie są w stanie podsycić we mnie żądzy, choć odczułbym jeszcze większą ulgę, gdyby okazało się, że ruchy myślowe, o których za chwilę wspomnisz, nie mają żadnego związku z ruchami kopulacyjnymi!  „Gdzie wrażenia przeważają, tam nie ma miejsca na miłość. Wówczas tylko ruchy myślowe wypełniają serce, a miłość staje się niewiadomą, nieznanym, za którym się tęskni, które się czci. Zostaje uznana za ideał, a w ideały się wierzy i ich się używa. I oto intelekt zapanowuje wszechwładnie, a miłość to już tylko słowo, wrażenie, mit. Można ją wówczas porównywać, mówić: ja kocham więcej, ty kochasz mniej itd. Prawdziwa miłość nie jest osobista, ani bezosobista; miłość jest stanem bytu, w którym wrażenie jako myśl nie istnieje”.

                                            Cdn.

08:02, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »