RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 50)

     Samoobrona. „O, jakże łatwo jest ranić ludzi! Jak wielkiej potrzeba dobroci i subtelności, by nigdy nikogo nie ukrzywdzić! Ranimy innych, bo sami jesteśmy poranieni przez nasze własne walki, rozterki, cierpienia… Niepokój i chaos wewnętrzny skłaniają nas do szukania jakiejś zewnętrznej ochrony, a im bardziej bronimy siebie, tym większa jest nasza brutalność wobec innych”. U mnie było podobnie, jak daleko mogę sięgnąć pamięcią. Będąc człowiekiem z natury dobrym i czułym, zmieniałem się nie do poznania, gdy w jakiejś sytuacji uznałem, że muszę bronić siebie. Począwszy od krwawych walk do upadłego staczanych już we wczesnym dzieciństwie – aż do zabójstwa w obronie własnej, dokonanego prawie przed półwieczem; późniejsze moje starcia z tymi, którzy chcieli mnie skrzywdzić, nie były aż tak spektakularne (rzadko lała się krew, a przede wszystkim nikt już nie zginął), ale ich istota nie zmieniła się ani o jotę: zawsze byłem święcie przekonany o tym, że działam w samoobronie!

    Dopiero dzisiaj, po tylu rozmowach z tobą, jestem prawie pewien, że nie tylko podczas tamtego dramatycznego wydarzenia przekroczyłem granicę samoobrony koniecznej – działo się tak zapewne, choć wstyd się do tego przyznać, także w rozlicznych „bojach małżeńskich”, toczonych przeze mnie też do upadłego, gdzie wszystkie uczucia, nie tylko miłosierdzia, schodziły na najdalszy plan. W napisanym dawno temu słuchowisku radiowym Gra luster i ech oddałem głos moim żonom nr 1 i nr 2, cytując fragmenty ich listów, ale dopiero teraz dociera do mnie to, czego wówczas absolutnie nie rozumiałem: że one również mogły czuć się przeze mnie ukrzywdzone!

     GŁOS KOBIECY II Zadawałam ci tyle pytań, a nie odpowiedziałeś na żadne. O co ci naprawdę chodzi? Czego ode mnie oczekujesz? Za co mnie tak bijesz? Każde twoje słowo jest jak precyzyjnie mierzone smagnięcie pejczem. Nie w tym rzecz, że boli, a boli bardzo, ale w tym, że nie wiem, za co? Twoje reakcje są tak niewspółmierne do znanych mi bodźców, że przy tym stanie wiedzy, jakim dysponuję – nie wiem. Naprawdę nie wiem. Dlaczego ty, którego tak kocham, zdajesz mi tyle wyrafinowanych cierpień? Dlaczego? I tak dalej, i tak dalej.

     Nawet dzisiaj nie wiem, o co naprawdę wtedy chodziło? Zapewne o jakieś błahostki, które wtedy urastały we mnie do wręcz gigantycznych rozmiarów. „O co nam naprawdę chodzi, co staramy się tak ochraniać i bronić? Oczywiście nasze pojęcie o sobie, na każdym poziomie i w każdej sferze. Gdybyśmy nie chronili tego pojęcia, tego centrum zaborczości i gromadzenia, ja i moje przestałoby istnieć. I bylibyśmy wówczas niesłychanie wrażliwi, bezobronni, otwarci, czujnie świadomi wszelkich odruchów i przejawów naszej psychiki, zarówno w jej powierzchniowych, jak i utajonych warstwach”. A zatem bronić siebie, to bronić się przede wszystkim przed tym, co może naruszyć nasze pojęcie o sobie? Ta prawda byłaby jeszcze do przełknięcia; najmniej strawna dla mnie jest myśl, że to pojęcie jest takie płytkie i że jak większość ludzi, którzy też nie zdają sobie z tego sprawy, mogę żyć na powierzchni siebie, zadowalając się ułudami!

     „Chęć dokuczenia innym jest głęboko zakorzenionym instynktem. Żywimy w sobie urazy, niechęci, pragnienie odwetu, a nagromadzenie ich wzmaga naszą żywotność i poczucie aktywności; to, co się w ten sposób nagromadzi, musi znaleźć wyładowanie, toteż znajduje ujście w gniewie, złości, obelgach, lekceważeniu, zaciętości, względnie w ich odwrotnościach, np. umyślnie przyjętej uprzejmości, wyrabianej łagodności itp. Właśnie to gromadzenie w sobie żalów, uraz, goryczy i żądzy odwetu wymaga antidotum w postaci przebaczenia; przebaczenie jest niepotrzebne tam, gdzie się nie zachowuje żalu ani poczucia krzywdy”.

     Zastanawiam się, czy jest ktoś, komu chciałbym wybaczyć? Chyba nie. I chyba nie ma takich, których chciałbym o wybaczenie prosić, choć w swoim już dość długim życiu na pewno wielu ludzi głęboko zraniłem. Nie widzę bowiem żadnego sensu w szukaniu dla siebie – takiego, jakim byłem kiedyś  – usprawiedliwienia w tym człowieku, którym prawdopodobnie jestem teraz. Złudną pewność w tym zakresie mogą mieć tylko ci, którzy w istocie, jak powiadasz, są niczym, a ja raczej do nich nie należę, skoro nie posiadam tytułów, majętności, władzy czy sławy, i w dodatku jestem w pełni świadom tej pustki, tej nicości, która się pod wymienionymi dobrami skrywa, ale czy w pełni pojmuję, że ja i owa pustka to jedno?

      „My i owa pustka to jedno łączne zjawisko, a nie dwa odrębne, niezależne od siebie procesy. Jeśli ja – obserwujący, myśliciel – obawiam się do niej zbliżyć jako do czegoś, co jest mi przeciwne i wrogie, wówczas wszelki ruch, jaki ku niej uczynię, doprowadzi mnie nieuniknienie do nowego złudzenia, a więc do nowych rozterek i udręk. Natomiast gdy odkryjemy, że pustka to my sami, wówczas strach – który trwa dopóty, dopóki myśliciel uważa, iż jest od swych myśli oddzielny, i stara się wejść z nimi w jakiś stosunek – odpada i znika. I dopiero wtedy myśl może zupełnie ucichnąć, a w tej ciszy, w tym spokoju objawia się Prawda”. Jeśli chodzi o Prawdę, jak i kilka innych tak wyróżnianych terminów pojawiających się w twoich wywodach, to użycie wielkiej litery jest uzasadnione także względami znaczeniowymi, ale nie takimi, o których wspominają słowniki ortograficzne. Trzeba jednak odbyć z tobą wiele rozmów, „bez pamięci uprzednio doznawanych milczeń i cisz”, by odkryć ich pełne znaczenia…

                                                  Cdn.

08:04, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 49)

     Osamotnienie. Pewne wydawnictwo wydało gruby tom twoich rozważań w postaci jakby jednostronicowych kazań na każdy z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni roku (o latach przestępnych zapomniało); zostałeś zatem po śmierci obwołany kaznodzieją! No dobrze, dzisiaj jest Wigilia AD 2008, moja kolejna samotna Wigilia bez choinki, bez zwyczajowych potraw i bez bliskich, więc temat twego dzisiejszego „kazania” jakby wymarzony! Ostatnio rzadko to robisz, ale dzisiaj jest dzień szczególny, przeto poprzedzasz je obrazowym wprowadzeniem:  Lekki wiatr niósł się od morza, miękki, orzeźwiający, a pod drzewem było cicho. Góry płonęły w dali jasnymi barwami; sroki tuż obok przekomarzały się głośno; krowa ze swym cielątkiem szła drogą, wiewiórka śmignęła na drzewo i usiadłszy na gałęzi machała puszystym ogonkiem, skrzecząc donośnie. Miała błyszczące oczka i ostre pazurki. Jaszczurka wygrzewała się na słońcu, a po chwili schwytała muchę. Wierzchołki drzew chwiały się lekko na wietrze, a wspaniały kształt uschłego drzewa rysował się ostro na tle nieba. Było ono wybielone przez słońce i piękne w swej śmierci. Obok stało inne, także suche drzewo, ale ciemne i pochylone, widać uschnięte niedawno. Kilka obłoków wisiało nieruchomo nad dalekimi górami.

     Gdy tak się widzi jak ty, i gdy aż tyle się widzi, poczucie osamotnienia jest właściwie absurdalne, gdyby jednak ograniczyć swoje widzenie do tego drugiego drzewa, też suchego, ale dopiero od niedawna, więc ciemnego i pochylonego jak w świeżej żałobie, mielibyśmy doskonałą ilustrację tego stanu. A zatem jeszcze raz: czym jest nie tyle osamotnienie, co poczucie osamotnienia? Rozstajemy się na zawsze z kimś dotąd bliskim, kto nas w jakiś sposób dopełniał, chronił przed uczuciem pustki, będącym jakby naszą cechą immanentną. Nieważne, czy stało się to z powodu rozstania z psychopatycznym mężem lub jędzowatą żoną, których jeszcze niedawno mieliśmy serdecznie dosyć, czy nieoczekiwanej śmierci dziecka, szczególnie jedynego, z którym wiązaliśmy tyle naszych nadziei, cóż że płonnych…

     „Jakże dziwną jest samotność, jak straszną! Nie mamy nigdy odwagi podejść do niej zbyt blisko, a gdy się to czasem zdarzy, czym prędzej przed nią uciekamy. Jesteśmy gotowi uczynić wszystko, by tej samotności ujść lub ją czymkolwiek zasłonić. Świadomie lub nieświadomie usiłujemy jej uniknąć, albo ją przezwyciężyć. Ale zarówno unikanie, jak i przezwyciężanie samotności jest daremne”. Mówisz, że możemy zatracać się w tłumie, a mimo to pozostać dojmująco samotni; możemy próbować zagłuszać poczucie samotności na wszelkie możliwe sposoby (poprzez gorączkową działalność na jakimkolwiek polu, szukanie zapomnienia w zabawie lub pijatyce, względnie w rytuałach i nabożeństwach, etc.), ale nawet gdyby udało się nam zrealizować najambitniejsze plany i osiągnąć szczyty powodzenia, nawet wtedy, upojeni władzą, bogactwem czy wiedzą, ujrzymy wiszący nad nami mroczny cień samotności.

     „Możemy uciekać od niej w najróżnorodniejszy sposób, zależnie od naszego charakteru i temperamentu, od psychologicznych dążeń i potrzeb, a mimo to jest ona z nami wciąż, czuwa, czeka, oddala się jeno na chwilę, by znowu rzucić się na nas z całą siłą”. Mówisz, że poczucie osamotnienia jest zdawaniem sobie sprawy z naszego odosobnienia, zasilanego w nas nieustannie poprzez nasze myśli, emocje, działania. „Czy całe nasze życie nie jest przejawem skłonności do izolowania się, wyodrębniania, odgraniczania od innych? Wszystkie ruchy i działania naszego ja, na każdym poziomie i w każdej sferze, są oddzielające, a poczucie osamotnienia jest uświadomieniem sobie tego przez nasze ja, gdy wszelka działalność ustaje. Działalność, czy to fizyczna, czy psychologiczna, jest środkiem do wyrażania i rozszerzania siebie – do ekspansji – a gdy działanie się urywa, uderza nas boleśnie świadomość pustki naszego ja”.

     Bardzo dawno temu napisałem, że pustkę można wypełnić samotnością; nie wiem, czy udałoby mi się obronić taką tezę w rozmowie z tobą – mówisz bowiem, i słusznie, że próbujemy ją zapełnić czymkolwiek bądź, w zależności od naszej natury, oby nie czymś marnym i małym, choć istoty problemu to nie zmienia. „Można by twierdzić, że ze społecznego punktu widzenia zapełnienie tej pustki czymś szlachetnym nie jest bynajmniej szkodliwe, a jednak – wszelkie łudzenie się przynosi wcześniej czy później, choć może nie od razu, nieskończoną mękę i spustoszenie. Tego palącego pragnienia, by zapełnić tę pustkę lub od niej ujść, co na jedno wychodzi, nie można stłumić ani uszlachetnić, któż bowiem, jaka istność miałaby tłumić albo uwznioślać, czy nie byłaby ona tylko inną odmianą tego samego pragnienia? Przedmioty pożądania mogą być różne, ale czy istota jego nie będzie zawsze podobna, ta sama?”

     Z moich doświadczeń wynika, że jest, a ty jedynie to potwierdzasz.  „Istota, która usiłuje zapełnić pustkę albo od niej uciec, nie jest bynajmniej czymś innym od tego, czego chce uniknąć; sama jest tym. Nie może uciec od siebie samej, jedyne, co może zrobić, to siebie zrozumieć, bo wszak sama jest tą pustką, tą samotnością, tym smutkiem, a dopóki uważa je za oddzielne od siebie, będzie trwać w ciągłej rozterce i ułudzie. Dopiero gdy w bezpośrednim przeżyciu pozna, że sama jest swą własną samotnością, uwolni się od lęku”. Mimo iż już samo słowo samotność wzbudza w nas lęk? „Słowo samotność, ze wszystkimi asocjacjami lęku i bólu, przeszkadza w doznawaniu tej samotności bezpośrednio, na nowo. Słowo jest pamięcią, a gdy jakieś słowo całkowicie traci swe znaczenie, wówczas dopiero stosunek pomiędzy doznającym a doznawaniem zmienia się, staje się bezpośredni, mierzący w samo sedno, a nie dokonuje się poprzez słowo, pamięć, pojęcie; wówczas doznający jest doznawaniem, i tylko to daje wolność od lęku”.

     Do tego momentu słuchałem uważnie, ale prawdziwie poruszony poczułem się dopiero wtedy, gdy padły te oto słowa: „Miłość i samotność nie mogą nigdy iść w parze; gdy czujemy osamotnienie, możemy być pewni, że nie kochamy. Możemy wprawdzie ukrywać pustkę pod słowem miłość, ale gdy przedmiot tej miłości nie jest z nami, albo nie odpowiada tym samym uczuciem, wówczas odczuwamy boleśnie ową pustkę i pogłębia się nasze rozczarowanie”. Mógłbym powiedzieć bez najmniejszej przesady, że całe moje życie było wypełnione tą pustką i tym rozczarowaniem!

     „Używamy słowa miłość jako ucieczki od siebie, od własnej połowiczności. Chwytamy się kurczowo kogoś kochanego, stajemy się wyłączni i zazdrośni, tęsknimy, gdy odjeżdża, czujemy się unicestwieni, gdy umiera; rzucamy się wtedy w coś, co by nam dało jakąś pociechę – wierzenie, rytuały, gorączkową działalność – coś, co by się stało wartością zastępczą. Ale czy to jest miłość? Miłość nie jest pojęciem, wyobrażeniem, ideą, ani skutkiem obcowania z kimś. Miłość nie jest czymś, czego by można używać jako ucieczki od siebie, od własnej małości i nędzy; a gdy to czynimy, stwarzamy nierozwiązalne problemy, matnie, tragedie”. Mógłbym znowu powiedzieć bez najmniejszej przesady, że przez całe życie stwarzałem wyłącznie nierozwiązalne problemy, matnie, tragedie; ale czy to była miłość?

                                               Cdn.

09:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 48)

     Pojęcie a fakt. „Wyobrażenia są dla nas ważniejsze od faktów; własne pojęcia o tym, jakim ktoś powinien być, ma większe znaczenie aniżeli to, jakim jest. Przyszłość bardziej nas zazwyczaj interesuje i pociąga niż teraźniejszość. Obraz, symbol mają większą wagę niż to, co faktycznie istnieje; staramy się wciąż nad tym, co jest, wznosić jakieś nadbudówki idei, wzorów, wyobrażeń, i tym sposobem stwarzamy sprzeczność pomiędzy tym, co jest, a tym, co powinno być. Ale owo powinno to wyobraźnia, fikcja, i pomiędzy tą ułudą a rzeczywistością powstaje starcie; sprzeczność ta nie istnieje w samych faktach, istnieje w nas. Nasze własne majaki przemawiają do nas bardziej aniżeli to, co jest; twory wyobraźni pociągają nas i zadowalają bardziej aniżeli to, co rzeczywiście istnieje, toteż się ich z uporem trzymamy. I oto fikcji nadajemy realność i uważamy ją za prawdę, a to, co jest w istocie prawdą, zdaje się nam złudą; i zostajemy schwytani w tryby starć pomiędzy wyobrażaną rzeczywistością a domniemaną ułudą”.

     I, jak zwykle, dzieje się tak z powodu naszego ja, które nie może nigdy ucichnąć i zniknąć, ponieważ wzmacniane jest i rozszerzane przez wzory i idee, będące zazwyczaj majakami wyobraźni. „Dopiero gdy musimy stanąć przed tym, co jest, twarzą w twarz, ów fantasmagoryjny obraz ulega rozbiciu, więc chodzi tu nie tyle o zagadnienie, jak uwolnić się od tworów własnej wyobraźni, ile o spojrzenie prosto w oczy temu, co jest”. Te twory są, rzecz jasna, projekcją naszego ja i tylko w nim mogą pieścić iluzję trwałości. Poprzez nasze pragnienia i tęsknoty, które bywają trwalsze od tego, co rozpadowi musi ulec, bądź dawno uległo rozpadowi. 

     „Pragnienia i tęsknoty są zawsze przemijające, nie posiadają stałego punktu oparcia, mogą utrzymywać przez pewien czas przedmiot, którego się chwytają, ale same w sobie nie posiadają trwałości. Jesteśmy tego instynktownie świadomi, więc usiłujemy nadać trwałość jakiejś idei, wierzeniu, jakimś rzeczom czy związkom z ludźmi, ale ponieważ jest to niemożliwe, stwarzamy doznającego, obserwatora jako trwałą, nieprzemijającą istność, owo ja odrębne i od pragnień oddzielne, myśliciela wyodrębnionego od swych myśli. Ale to oddzielanie jest ponad wszelką wątpliwość sztuczne, nieprawdziwe i wiedzie do niekończących się złudzeń”.

     Żeby ujrzeć je w odpowiednim powiększeniu, musimy znowu wziąć pod lupę nasze ja. „Dążenie do trwałości jest podstawą nieustannej tęsknoty do samowypełnienia, ale nasze ja nie może nigdy osiągnąć tego upragnionego stanu, bowiem samo jest znikome i przemijające, więc i to, w czym szuka wypełnienia, jest z konieczności nietrwałe, znikome. Trwanie, tj. ciągłość ja, to upadek i rozkład; ciągłość nie zawiera w sobie czynnika przemiany, ani jednego tchnienia nowego. Nasze ja musi się skończyć, aby prawdziwe nowe mogło się objawić”. To jest oczywiste, a wspomniana przez ciebie tęsknota jest stanem upragnionym jedynie przez nasze ja. „Pragnienie samowypełnienia jest jednym więcej sposobem przykrywania wewnętrznej pustki i ubóstwa, tai się w nim zawsze smutek i ból”. Nasz smutek i nasz ból, nawet jeśli określamy go mianem bólu świata (Weltschmerz), czy istnienia.

                                         Cdn.

09:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 47)

     Słowa. „Zapełniamy pustkę wewnętrzną słowem, dźwiękiem, lub zgiełkiem działania, ruchu, akcji; muzyka i śpiew stają się też wielce miłą ucieczką od własnej małości i nudy naszego życia”. Wiem o tym od bardzo dawna i dlatego pisanie stało się dla mnie od pewnego momentu udręką, mimo nieskrywanego podziwu wielu ludzi, których zachwycała moja maestria słowna, niebędąca w moim odczuciu niczym innym jak kuglarstwem, czyli zręcznym żonglowaniem słowami. Wolałem działać, z tym że męczący zgiełk, który po pewnym zaczął towarzyszyć moim działaniom, też nie był muzyką miłą dla moich uszu. To właśnie te rozterki sprawiły, że nagle odczułem palącą potrzebę porozmawiania z tobą – i na razie nie widać końca tych rozmów, wciąż dla mnie odkrywczych. W tej sytuacji pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że nie zapełniam nimi wewnętrznej pustki!

     „Słowa przepełniają nasze biblioteki, a rozmowom naszym nie ma końca. Wydaje się, iż nie mamy odwagi pozostać bez książki w ręku, bez żadnego zajęcia, sami ze sobą. A gdy się zdarzy, że jesteśmy sami, umysł jest niespokojny, myśl błądzi, przeskakuje z przedmiotu na przedmiot, zwraca się ku wspomnieniom, przeżuwa troski, zgryzoty, strapienia, wciąż o coś walczy, czegoś się dopomina, a więc właściwie nigdy nie jesteśmy sami ze sobą, w ciszy”.  Powtarzanie słów, modlitwa, śpiew mogą myśl uciszyć, ukołysać do snu, ale ten stan nie jest medytacją, ponieważ ta nie jest ułudą. „Większość z nas lubi żyć złudzeniami; jakże miło znajdować wciąż głębsze ułudy! A im szerszy zakreślają krąg, tym bardziej się ich trzymamy, lęk przed ich utratą skłania nas do przykrywania rzeczywistego, tego, co jest, lub wręcz do zaprzeczania mu. Ale nie oznacza to bynajmniej, że nie stać nas na zrozumienie tego, co jest, odsuwamy je jednak w obawie, iż rozwieją się nasze ulubione złudzenia”.

     Brzmi to prawie jak ulubione potrawy i w istocie obżarstwo myśli wywołuje jak w przypadku zwykłego obżarstwa podobne skutki. „Jakże dziwna się wydaje ta nasza łatwość wynajdywania różnych środków zastępczych – namiastek – i zadowalanie się nimi, zamiast szukać wartości prawdziwych i rzeczywistych. Symbol, słowo, obraz większego nabierają dla nas znaczenia aniżeli rzeczy same w sobie; i wokół tych symboli wznosimy całe gmachy ułudy, wzmacniając je wiedzą i doświadczeniem, a doświadczenie na ułudzie oparte jest przeszkodą w zrozumieniu prawdy. […] A przecież tak ważne jest pozwolić umrzeć wczorajszym przeżyciom i dzisiejszym wrażeniom, w przeciwnym razie wszystko zaczyna się powtarzać i jest ciągłym odgrzewaniem starego. Powtarzanie tych samych słów, rytuałów, czynności jest puste i jałowe; nigdy nie może przynieść odnowienia. Umieranie w dawnych przeżyciach – to twórczość”.

                                 Cdn.

08:42, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 46)

    Władza. Pominąłbym ten temat, ponieważ w naszych rozmowach wielokrotnie do niego powracałeś, gdy jednak mówisz, że zarówno ubóstwo, jak i bogactwo stanowią więzy, ponieważ i ubodzy, i bogaci gonią za władzą i powodzeniem, a władza i powodzenie czynią z nas niewolników, zamieniam się cały w słuch. Nie będąc człowiekiem ani ubogim, ani bogatym rzeczywiście czuję się wolny, gdyż wolność nie jest czymś, co się da zdobywać. Przydałoby mi się jednak trochę więcej pokory, gdyż bez niej, jak twierdzisz, nie może zrodzić się rozumienie, będące kluczem do prawdziwej harmonii z sobą samym, a zatem i ze światem. Doprowadziłoby mnie to na pewno do odrzucenia chęci odosabniania się, nadal we mnie przemożnej, co byłoby pierwszym krokiem w zakresie nabycia choćby elementarnych umiejętności obcowania z ludźmi, nawet przy oczywistym założeniu, że interesują się oni stokroć bardziej sobą, niż mną!

    Nabycie owych umiejętności, zwanych obecnie interpersonalnymi, musiałoby zostać poprzedzone koniecznością zapomnienia o sobie, o swoim ja, którego każdy ruch niesie tarcia i udręki. Specjalnie pominąłem rzucone przez ciebie jakby mimochodem przypomnienie, od którego moja pamięć otrząsa się jak pies po wyjściu z wody, że rozumienie powinniśmy mieć (bez traktowania tego jako zdobyczy) nie tyle dla siebie, co dla innych po to, by poznać miłosierdzie i odkryć największe piękno życia, jakim jest miłość. Albowiem i przed półtora rokiem, gdy te rozmowy przeprowadzałem, i teraz mógłbym coś takiego powtórzyć bezmyślnie jedynie za tobą! Nadal do tego nie dorosłem – nadal nie wiem, czym jest prawdziwe miłosierdzie, prawdziwa miłość, a tym bardziej prawdziwe rozumienie, ale przynajmniej zrozumiałem, że moja nieufność wobec słów, które nie mają pokrycia w naszych uczynkach, jest w pełni zrozumiała

                                            Cdn.

10:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 45)

    Oddzielność. Jesteśmy ponoć zwierzętami stadnymi, a zatem istotami społecznymi, mimo to niezwykle silne jest w nas, jednostkach, poczucie oddzielności, choć doskonale wiemy, ile szkody i zła wyrządziło to wybujałe poczucie indywidualizmu. Pragnienie zespołowej pracy, wspólnej akcji, czy nawet gotowość poświęcenia jednostki na rzecz ogółu są jakby ekspiacją za ten pierworodny grzech indywidualizmu, co skwapliwie wykorzystują zorganizowane religie czy partie polityczne, by odrębną jednostkę ograniczyć do minimum, stępiając w niej zmysł rozdzielności. Nie na tyle jednak, by nie pamiętała, że społecznej równości nie ustanowiła nigdy ani wszechwładza kapłanów (także świeckich rządców dusz, którzy uzurpują sobie prawo do kierowania losami innych, tworząc w dzisiejszym świecie uprzywilejowaną klasę nowych arcykapłanów), ani dyktatorów.

    Właśnie dlatego trzymamy się tak uporczywie tego poczucia oddzielności, wskazujesz jednak na jeszcze inny aspekt tej kwestii, który można by nazwać wrażeniowym. To, że żyjemy wrażeniami, będąc niejako pasmem wrażeń, jest dla mnie oczywiste. I to, że wrażenia nasze mogą być odrębne, ale nie uzmysłowiałem sobie, że identyfikujemy je z odrębnością naszej osoby. „Życie prywatne i obywatelskie dostarczają nam odmiennych wrażeń, skupiających się na rozmaitych poziomach, a gdy się one ze sobą nie zgadzają, następuje starcie. A że wrażenia i emocje, czy to w życiu prywatnym, czy publicznym, przeciwstawiają się sobie zawsze, bo w samej ich naturze tkwią sprzeczności, przeto zderzenie jest nieuniknione. Dopóki pragniemy zdobyć władzę, względnie posiąść pokorę, zderzenia i starcia będą z konieczności trwać, a one właśnie stwarzają niekończące się prywatne i społeczne udręki”.

    Powtórzmy raz jeszcze: rezygnacja z owych pragnień jest dla nas dlatego tak niesłychanie trudna, ponieważ to one dają nam upragnione poczucie odrębności i nieodłącznej od niej oddzielności. Właśnie z tego powodu słuchałem początkowo z niedowierzaniem, niekiedy wręcz z osłupieniem, gdy namawiałeś także mnie do rezygnacji z poczucia ja i moje, twierdząc, że jest to w najwyższym stopniu wskazane. Pomyślałem w pewnym momencie, że być może zgłosiłbym się do tej akcji na ochotnika, gdybym miał pewność, że moja rezygnacja indywidualna stanie się rezygnacją zbiorową, uzmysłowiając sobie dopiero teraz, iż to ja i moje podsuwały mi takie myśli…   

                                      Cdn. 

09:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 44)

    Złość.  Złość i gniew – te dwa bliźniacze uczucia chyba najbardziej zaważyły w sensie negatywnym na moim dotychczasowym życiu. Moja ostatnia żona, z którą przebywałem zdecydowanie najdłużej, więc najdłużej musiała znosić wybuchy mej niepohamowanej złości i niepohamowanego gniewu, mogłaby o tym zaświadczyć. Zewnętrzne powody tych wybuchów były zazwyczaj błahe, a to, co stanowiło ich istotę, chyba nawet dla mnie nie było całkowicie jasne. W pełni zdawałem sobie jedynie sprawę z ich niszczycielskich skutków. „No cóż – mówiłem sobie w momentach przejaśnień – taka jest moja natura, więc nie mogłem postąpić inaczej. Może zareagowałem nieco za gwałtownie, ale zostałem do tego sprowokowany. Na pewno trochę przez to straciłem, ale i coś zyskałem – cholerycy nie cierpią na owrzodzenie żołądka!” Dopiero teraz widzę, że złość i gniew, mimo chwilowego rozładowania, niepostrzeżenie osadzają się jednak na dnie psychiki, tworząc coraz grubsze złoża, których pozbyć się jest niesłychanie trudno, a bez ich całkowitego usunięcia nie ma mowy o wewnętrznym wyzwoleniu. Pomóż mi przeto w zrozumieniu tych tak szkodliwych nie tylko dla mnie uczuć…

    Dwóch nowych pasażerów zajęło przeciwległe miejsca. Rozmawiali tak głośno, iż musiało się słyszeć każde słowo. Zaczęli mówić dość spokojnie, ale wkrótce głosy nabrzmiały gniewem; były to pretensje i urazy tak częste w zażyłych stosunkach. Tak się unosili, iż zapominali, że nie są sami, reszta pasażerów dla nich nie istniała, w swym zacietrzewieniu nie widzieli nikogo poza sobą. „Złość i gniew mają zawsze tę cechę izolowania ludzi; podobnie jak smutek oddzielają nas od innych i przynajmniej na pewien czas przecinają wszelką możliwość porozumienia. Gniew daje nam chwilowo swoistą siłę i żywotność, właśnie dzięki temu oddzieleniu się i jakby odrzuceniu w siebie, ale tai się w nim także jakaś dziwna rozpacz. Odosobnienie jest zawsze rozpaczą”. Tak, po chwilowej euforii, tę rozpacz odczuwałem za każdym razem; i ona też się we mnie kumulowała, ale uświadomiłem to sobie dopiero teraz.

    „Złość wyrażająca się rozczarowaniem, zazdrością, chęcią dokuczenia komuś, jest gwałtownym wyładowaniem energii, które nam chwilowo sprawia przyjemność, bo usprawiedliwiamy w nim siebie. Gdy potępiamy innych, kryje się w tym zwykle nieuświadomiona chęć usprawiedliwiania siebie. Bez pewnego rodzaju zadowolenia z własnej osoby – cnoty swojej, czy prawości – lub odwrotnie: bez obniżania własnej oceny czy wręcz poniżania siebie, czymże jesteśmy? Używamy wszelkich środków dla samoutwierdzenia, a gniew, jak i nienawiść są jednym z najłatwiejszych po temu sposobów. Zwykłe rozgniewanie się – nagły wybuch gniewu, o którym w chwilę później się zapomina – jest jednak czymś zupełnie innym, aniżeli świadomie żywiona i myślą zasilana złość, która szuka sposobności, by dokuczyć, zranić, zaszkodzić. Zwykłe zirytowanie się może mieć po prostu fizjologiczne przyczyny, które łatwo usunąć, ale złość wyrastająca z psychologicznego podłoża jest o wiele bardziej złożona i trudniejsza do zrozumienia, a co za tym idzie i do pozbycia się jej”. Ba, gdyby to rozróżnienie było łatwe do uchwycenia, szczególnie wtedy gdy te przyczyny i to podłoże, którego sobie zazwyczaj nie uświadamiamy, nakładają się na siebie!

    „Większość z nas nie ma nic przeciw wybuchom gniewu, znajdujemy dla nich zawsze jakieś usprawiedliwienie. Dlaczegóż nie mamy się oburzać, gdy np. ktoś źle postępuje w stosunku do kogoś, albo nas samych? I ogarnia nas tak zwane święte oburzenie. Nigdy nie stwierdzamy po prostu: jestem zły, i na tym koniec, lecz wchodzimy w bardzo złożone tłumaczenia przyczyn naszego gniewu, czy oburzenia. Nigdy nie przyznajemy się, że ogarnia nas zazdrość czy gorycz, lecz staramy się od razu wytłumaczyć je i usprawiedliwić. Mówimy, że miłości zawsze towarzyszy zazdrość, lub że postępowanie czyjeś zupełnie słusznie nas rozgoryczyło. I właśnie takie wyrozumowane tłumaczenie słowne, bądź myślowe, podtrzymuje i zakorzenia w nas złość, nadając jej celowość i siłę. Tłumaczenie, ciche lub głośne, staje się jakby tarczą, zasłoną, która chroni nas przed koniecznością ujrzenia siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Ba, gdybyśmy ujrzeli siebie takimi, jakimi jesteśmy, musielibyśmy przynajmniej spróbować coś w sobie zmienić, coś w sobie odkłamać, a przede wszystkim nie ukazywać innym zafałszowanego wizerunku naszej istoty!

    Jest to jednak szczególnie trudne, albowiem to w innych usiłujemy się spełnić, co jest oczywiście iluzoryczne. „Lubimy, aby nas chwalono, miłe nam są pochlebstwa, wciąż się czegoś dla siebie spodziewamy, a gdy to nie przychodzi, czujemy się rozczarowani, budzi się w nas gorycz lub zazdrość. I wówczas spokojnie albo gwałtownie obwiniamy kogoś, mówimy, że to on jest winien naszemu rozgoryczeniu. I ten inny staje się bardzo ważny, bo od niego zależy nasze samopoczucie, radość, siła, dzięki niemu coś osiągamy, spodziewamy się jakiegoś dla siebie wypełnienia, więc tak niezwykłą nadajemy mu wagę, że musimy go chronić, posiadać. I oto ten inny staje się naszą ucieczką przed sobą, a gdy nagle czujemy się odrzuceni w siebie z powrotem, ogarnia nas lęk przed wejrzeniem we własny stan i ten strach zmienia się w złość, która różne przybiera formy  – zawodu, rozczarowania, pretensji, goryczy, zazdrości, itp.”.

    Ten inny to choćby moja ostatnia żona, oczywiście w moim przypadku, ponieważ podejrzewam, że prawie każdy z potencjalnych czytelników tej książki miał, ma lub będzie miał też kogoś w rodzaju tego innego. No dobrze, a moralny obowiązek przebaczania nawet swoim wrogom, najczęściej wyimaginowanym? Przed godziną powiedziałem komuś, że łatwiej przebaczać sobie, niż innym, natomiast złościć się na siebie w sprawach fundamentalnych jest wprost nie sposób! Właśnie dlatego potrafimy bez trudu zdobyć się na wielkoduszność dla swoich małości. Dotyczy to oczywiście również mnie, przede wszystkim mnie, ale ta świadomość jest mniej bolesna od uczucia bezsilności – gdzie podziewa się nasza wolna wola, dziwnie w takich stanach zniewolona? Nawet gdybym uściślił to pytanie, gdyż to właśnie te stany ją niewolą, to i tak powiesz, że działanie woli nie może uwolnić nas od złości, albowiem  w woli też kryje się gwałtowność,  wyrasta ona bowiem z żądzy stania się czymś, a pożądanie w samej swej naturze jest zdobywcze i władcze.

      „Tłumić złość wysiłkiem woli to przenosić ją tylko na inną płaszczyznę, nadając jej inne miana, ale to nie zmienia faktu, iż pozostaje ona tym, czym była, tj. tym samym gniewem. Aby uwolnić się od gniewu, co nie oznacza bynajmniej kultywowania jego odwrotności w postaci łagodnej słodyczy, trzeba przede wszystkim zrozumieć naturę pożądania. Nie istnieje żaden duchowy element zastępczy, stanowiący przeciwwagę pożądania, toteż nie można pożądań ani tłumić, ani uwznioślić. Musi w nas powstać ciche i bezstronne  – nieprzechylające się na żadną stronę w wyborze – zdawanie sobie sprawy z pożądań, a ta niejako ich odbiorcza świadomość zmieni się w bezpośrednie doznawanie, bez podmiotu, bez doznającego, który swoim przeżyciom nadaje imiona i nazwy”. Pożądań, czyli naszych pragnień, których inni, jakby nam na złość, nie chcą spełnić…

                                          Cdn.

10:27, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 43)

    Medytacja. O tym też już rozmawialiśmy, ale dość dawno temu. Znacznie wcześniej próbowałem uprawiać to, co nazywałem medytacją, mimo iż nigdy nie udało mi się w jej trakcie opanować umysłu na tyle, by spod jego kontroli nie wymknęła się choć jedna myśl, a przecież to jest jej istotą. „Prawdziwa medytacja ma dużą wagę, bo oczyszcza umysł; a jeśli nie umie on odsuwać myśli i pozostawać pusty, nie może się nigdy odnowić”. Czułem to instynktownie, ale wszelkie moje wysiłki, mające na celu opanowanie mego umysłu tak, by potrafił odsunąć od siebie wszystkie myśli, które napierały nań wówczas z tym większą siłą, były daremne; teraz już wiem, że musiały być daremne. „Nasze ja  – umysł  –  to kłębek sprzecznych zainteresowań, a to, co nazywamy koncentracją, czyli próbą poddania go dyscyplinie, jest jeno zasilaniem kolejnego zainteresowania, by mogło wziąć górę nad innymi. Wszelka dyscyplina jest wzbudzaniem oporów, a gdzie jest opór, tam nie ma rozumienia”.

    Ale nawet gdyby moje wysiłki nie były daremne, to okazuje się, że też byłyby daremne! „Opanowany umysł nie jest nigdy wolny, a tylko wolność umożliwia odkrywanie. Trzeba dużej bezpośredniości, aby móc odkrywać ruchy naszej psychiki  – naszego ja  – na każdym z poziomów jego przejawiania się. Choć niektóre odkrycia mogą wcale nie być przyjemne, jednak wszystkie ruchy naszej psychiki trzeba odsłonić, zdemaskować i zrozumieć, a wszelkie dyscypliny i metody niweczą bezpośredniość dla odkrywania konieczną. Wszystkie one, choćby najdoskonalsze, urabiają myśl wedle pewnego wzoru i zatrzymują ją w pewnym schemacie. Umysł dostosowuje się do tego, w co ćwiczenia go wdrożą, ale to, na czym się wzoruje, nie może być Prawdą”. Może być jedynie wyobrażeniem Prawdy czy Rzeczywistego na jego, umysłu, własne podobieństwo  –  i niczym innym.

    „Tylko w odkrywaniu może być prawdziwa radość; w nieustannym odsłanianiu  – od chwili do chwili  – wszystkich ścieżek naszego ja, wszystkich jego ruchów: myśli, uczuć, reagowań. A to ja, na jakimkolwiek poziomie by nie działało, nie przekracza nigdy granic umysłu. Wszystko, cokolwiek myśl jest w stanie pomyśleć, zachodzi w jego obrębie; nie może on pomyśleć nic, co by nie stanowiło cząstki jego natury…” To prawda, ale przecież umysł umysłowi nierówny i przy szczególnym jego wyostrzeniu powinien istnieć jakiś system wewnętrznej kontroli, który by mu pomagał uwalniać się od presji zbędnych myśli. „Choć istnieje wiele warstw psychiki, o których powierzchniowa nasza świadomość nic nie wie, niemniej przeto wszystkie one znajdują się w obrębie poznawalnego. Ruchy i reakcje naszego ja przejawiają się i odsłaniają w stosunku naszym do zjawisk i ludzi, a gdy te stosunki nie zamykają się w ramach przyjętych, konwencjonalnych form, dają nam świetną sposobność do odkrywania siebie, są one bowiem zawsze wyrazem naszego ja”.

    Niezbędna jest oczywiście baczna obserwacja tych stosunków, ale bez żadnej chęci wartościowania ani wyboru, zaś czujna czysta świadomość ma być rozpoznawaniem zmiennych ruchów naszego ja, bez rozszczepiania go na obserwatora i obserwowane. „A gdy tak patrzymy, wówczas umysł oswobadza się od wszystkiego, co zebrał, staje się pusty; ja  – ów gromadzący podmiot  – przestaje istnieć”. Bo pusty nie oznacza przecież pustki! „W tym jednolitym stanie ogarniamy rozumieniem, w momentalnym błysku, całkowity proces stanowiący naszą psychikę, zarówno powierzchniową, dostrzegalną, jak i ukrytą, i to od razu w jej całokształcie, a nie częściowo i ułamkami. Wtedy sny, jak i codzienne nasze czynności stają się procesem dalszego oswobadzania się, opróżniania psychiki od balastu przeszłości, ponieważ umysł, aby móc coś przyjąć, musi być zupełnie pusty…”

    Jednakże dla nas zupełnie pusty umysł wiązałby się z poczuciem pustki wręcz nie do zniesienia – okazuje się, że na wysypiskach śmieci czują się dobrze nie tylko szczury! „Umysł musi być oczyszczony nie tylko w swych świadomych, ale i w głębiej ukrytych warstwach, musi wyrzucić z siebie wszystko, a to może się dokonać jedynie wtedy, gdy przestaniemy nadawać imiona każdej rzeczy, każdemu zjawisku, przeżyciu…” Czy nie jest to jednak konieczne, by móc porozumiewać się z innymi ludźmi i w tych swoistych nośnikach pamięci utrwalić to, co przeżywamy? „Ów proces nazywania musi ustać – i to nie tylko na powierzchni naszej psychiki, ale aż do głębi, we wszystkich warstwach jej wewnętrznej struktury. Jest to zadanie trudne zarówno do zrozumienia, jak i wykonania, albowiem całe nasze świadome życie składa się z procesów nazywania, nadawania imion i terminów doświadczeniom, z rejestrowania ich i skrzętnego przechowywania w pamięci, żeby potem w nią sięgać dla poznawania i określania dalszych przeżyć…”

    Jest to rzeczywiście trudne przede wszystkim do wykonania! „Wolność nastaje, gdy cała nasza istota, zarówno w swych powierzchniowych, jak i głębinowych warstwach zostaje oswobodzona od przeszłości, od tego, co było. Wola jest wyrazem pragnienia; gdzie jest działanie woli, gdzie robimy wysiłek dla zdobycia niezależności i oswobodzenia się od wszystkiego, co przeszłe, tam nie może zaistnieć prawdziwa wolność, tam istotne oczyszczenie całej naszej psychiki nie jest możliwe. Gdy wszystkie, tak liczne, warstwy naszej psychiki są w całkowitym spokoju, przeniknione głęboką ciszą, wówczas, ale dopiero wówczas niezmierzone może się pojawić. A wraz z nim owo szczęście, które jest poza czasem, i twórczość, która niesie odnowienie”. Zapomniałeś jeszcze dodać: I WŁAŚNIE NA TYM POLEGA MEDYTACJA…

                                             Cdn.

06:21, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 42)

    Wrażenia i ich odtwarzanie. Wrażenie, odczucie, doznanie – dla nas to synonimy, ale ty nawet w ich obrębie potrafisz dokonywać znaczących rozróżnień. „Wszelkie powtarzanie czy odtwarzanie minionych wrażeń, choćby były pełne miłych i szlachetnych wzruszeń, nie może być doznawaniem, a ciągłe powtarzanie tego samego rytuału, tych samych słów, czy modlitw, jest jeno wrażeniowo przyjemnym odczuciem, któremu lubimy nadawać wzniosłe miana. Ale doznawanie to nie wrażeniowe odczucia – biorą w tym udział nasze zmysły, a rozumienie czy doznawanie dzieje się poza i ponad zmysłami… Doznawanie zachodzi w jednej chwili i kończy się, nie ma ciągłości, nie przedłuża się; to, co można rozciągnąć w czasie i przedłużyć, należy zawsze do dziedziny wrażeń, na jakimkolwiek poziomie by się pojawiały. Powtarzane wrażenia mogą się pozornie wydawać nowym przeżyciem, ale w istocie nie są one nigdy nowe. Nowe jawi się tylko w lotnej chwili doznawania, a to jest możliwe dopiero wówczas, gdy żądza wrażeń i poszukiwanie silnych przeżyć doszczętnie w nas wygasną”.

    Z racji swego wieku stwierdzam, że wygasają one w znacznym stopniu z powodu obniżania się poziomu choćby hormonu steroidowego w nadnerczach, ale w podświadomości trwają nadal w formie nieco tylko zmodyfikowanej. „Chęć powtarzania jakiegoś przeżycia jest charakterystyczną, lecz zawsze ograniczającą cechą żądzy wrażeń, jest ich składową częścią, a wzbogacanie pamięci jest tylko ich ekspansją. Chęć powtórzenia jakiegoś doświadczenia, czy to własnego, czy cudzego, prowadzi do zaniku wrażliwości, do martwoty. A powtarzanie prawdy staje się fałszem. Prawdy nie można powtarzać ani jej propagować, czy też używać do innego celu. To, co się daje używać i powtarzać, jest pozbawione życia, mechaniczne, statyczne… Doznawanie przychodzi, gdy żądza wrażeń wypali się do cna, gdy wszelkie określenia i nadawanie nazw ustaje. Nie ma myśli bez słów, procesu myślowego bez werbalizacji, kto jest w nią wplątany, jest niewolnikiem ułudy pożądań”.

    Właśnie dlatego jesteśmy kłębkiem zmąconych reakcji, a religijna czy polityczna propaganda może nas kształtować i niewolić: „Same słowa mają dla nas wprost niewiarygodne znaczenie; wywierają bezpośredni wpływ na nerwy, i te wrażenia nerwowe są dla nas ważniejsze od treści, która się ukrywa pod symbolami. Obraz, symbol, dźwięk, sztandar nabierają niebywałego znaczenia; czerpiemy siłę nie z istoty rzeczy, lecz z podstawionych zastępczych znaczeń…” Zawsze o tym wiedziałem: jako człowiek, broniąc się przed wszelkiego rodzaju propagandą, co mnie uchroniło przed zniewoleniem, ale także, niestety, jako pisarz, co mnie uchroniło przed tanią popularnością – nie przed dość bolesną świadomością, że moje słowa mogą przekonać zaledwie nielicznych, podobnie czujących jak ja. Mogę jedynie wierzyć, że nie o mnie mówiłeś, zamykając powyższy wywód: „Panuje w nas pustka, więc staramy się ją zapełnić słowem, wrażeniem, wyobrażeniem, nadzieją; ale pustka wciąż trwa”.

                                         Cdn.

10:26, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 41)

    Wyrzeczenie się dostatku. Kiedyś wystarczyło to uczynić, żeby zostać wariatem lub świętym, ponieważ prawie nikomu nie mieściło się w głowie, że można to zrobić przy zdrowych zmysłach, bądź nie będąc skłonionym do tego czynu przez Ducha Świętego. Miano wariata nadawano tym, którzy rozdawali wszystkie swoje majętności biednym kierując się przesłankami natury filozoficznej, a miano świętego tym, którzy czynili to z pobudek religijnych. Choć taką postawę można by uznać za cud niezbędny do uzyskania świętości, świętym z tego powodu zostać już chyba dziś nie sposób, stąd pazerność wielu „sług bożych”, a milionerzy, , wchodząc w popularnych programach telewizyjnych w środowiska ludzi biednych też niejako odświętnie, snują przy tym refleksje filozoficzne równie marnego gatunku, jak te ofiarowywane potrzebującym nędzne datki od sutych procentów na ich opasłych kontach bankowych. I jednym, i drugim znacznie dalej od ewangelicznej prostoty niż mnie, choć i mnie jest daleko do tej prostoty, o której tak pięknie i mądrze mówisz.

     „Żywe pragnienie szukania głębszych, wewnętrznych wartości uwalnia nas od wielu psychologicznych skomplikowań, jakie stwarza posiadanie, ale oswobodzenie się od rzeczy zewnętrznych nie czyni jeszcze życia prostym. Zewnętrzny ład i prostota niekoniecznie wyrażają spokój i prostotę wewnętrzną. Prostota w rzeczach zewnętrznych jest dobra, gdyż daje nam pewną swobodę i jest gestem rzetelności wobec siebie, ale dlaczego zaczynamy zawsze od zewnętrznej, a nie od wewnętrznej prostoty? Czy chcemy przez to siebie i innych przekonać o szczerości naszej intencji? Po co mamy siebie przekonywać? Uniezależnienie się od przedmiotów wymaga prawdziwej inteligencji, a nie gestów i udowodnień…” Zapamiętać: PRAWDZIWA INTELIGENCJA NIE JEST CECHĄ NALEŻĄCĄ DO NASZEGO JA. I jeszcze jedno: PRAWDZIWIE ROZUMNY CZŁOWIEK ZADOWALAJĄC SIĘ MAŁYM, PRZESTAJE BYĆ NIEWOLNIKIEM WŁASNOŚCI.

     „Dobrze jest być prostym zewnętrznie, ale stokroć ważniejsza jest prostota i jasna trzeźwość wewnętrzna. Jasność myśli i widzenia nie rodzi się ze zdecydowanego i wyraźnie do celu zmierzającego intelektu. Umysł nie może nigdy tej jasności stworzyć. Może się przystosować, może ułożyć i uporządkować myśli, ale to nie będzie ani jasnością ich, ani prostotą”. No tak, nawet dla mnie jest oczywiste, że prostota nie może należeć do intelektu ani tym bardziej z niego się rodzić. „Świadomie przyjęta prostota jest tylko przebiegłym przystosowywaniem się dla obrony przed bólem, jest zamykaniem się w sobie, które stwarza i pogłębia różne konflikty, a tarcia i rozterki sprowadzają zawsze mrok, zarówno wewnątrz nas, jak i na zewnątrz. Jasność i prostota nie mogą iść w parze z rozterką; tylko wolność od wszelkich konfliktów – a nie przezwyciężanie ich – rodzi prostotę. To, co jest raz przezwyciężone, musi być zwyciężane wciąż i wciąż od nowa, a więc rozterka przedłuża się bez końca”.

     Moja rozterka trwa od niepamiętnych czasów i do czasu naszych rozmów nawet nie przeszło mi przez myśl, że można się od niej uwolnić, uważając, że wpisana jest w los człowieka myślącego. „Myśl może tylko pamiętać i rejestrować, ale nie jest w stanie doznać wolności od rozterek, bowiem prostota, czyli przejrzystość, nie należą do dziedziny umysłu”. Na tym zakończyłeś, a ja jeszcze długo myślałem o tamtym człowieku, który wprawdzie wyrzekł się wszelkiego dostatku, ale przez ten gest nie uwolnił się od wszystkich rozterek, skoro przyszedł do ciebie, by się nimi podzielić; miał się czym dzielić, a zatem wszystkiego się nie wyrzekł. Tym bardziej mogę to powiedzieć o sobie, mimo iż moje majętności, które raczej roztrwoniłem niż rozdałem, wydają się być już nie z tego świata, co nie oznacza, że uważam się za świętego…

                                              Cdn.

10:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 40)

    Cisza. Droga była gładka, odgłos motoru równy, a ruch na drodze nieduży. Miałem żywą świadomość krajobrazu, mijających nas od czasu do czasu samochodów, drogowskazów na skraju gościńca, siedzącej w wozie osoby i błękitu nieba, ale dusza pogrążyła się w ciszę. Nie był to spokój znużenia, wyczerpania czy też odprężenia; była to cichość żywa i czujna. Nie istniał punkt, z którego by wypływała, i nie było tego, kto by ją obserwował – doznający był nieobecny, a mimo urywanej rozmowy nic nie przerywało milczenia. Gdy wóz toczył się szybko, uderzał nas prąd wiatru, ale ciszy tej nie naruszało nic – była ona w szumie wiatru i w odgłosie motoru, i w zamienianych z rzadka słowach. Pamięć uprzednio doznawanych milczeń i cisz wcale się nie nasuwała, myśl nie mówiła: „Ach, jak cicho!” Nie było werbalizacji, czyli stwierdzania, że obecne przeżycie jest podobne do tego, cośmy już niegdyś przeżyli; nie było żadnego ruchu myśli. Myśl nie rejestrowała wrażeń, przeto nie mogła schwytać tej ciszy, ani w nią wnikać, bo wszak słowo „cisza” nie jest ciszą..

    Samochód zatrzymał się przed domem. Szczekanie psa, wyładowywanie rzeczy i ogólne zamieszanie w niczym nie wpływało na tę przedziwną ciszą. Nic jej nie mogło zmącić, trwała nieprzerwanie. Wiatr szumiał wśród konarów sosen, długie cienie się kładły na ziemi, dziki kot chyłkiem przemknął wśród krzaków, a cisza była nienaruszona. Wibrowała ruchem, ale ten ruch jej nie rozpraszał. Nie było skupienia uwagi, które by się dało rozproszyć. Rozproszenie następuje, gdy uwaga odbiega od głównego punktu zainteresowania, a w tej ciszy nie było w ogóle takiego punktu, więc nie można się było od niego odchylić. Ruch nie był czymś od ciszy oddzielnym, zdawał się być w niej zawarty. Albowiem nie była to cisza martwoty, czy zaniku sił; była to cisza samego życia, wolnego od sprzeczności i tarć… 

     Ta cisza pulsowała wciąż odnawiającą się twórczością; taił się w niej ruch, który nie miał początku, więc nie mógł mieć i końca; nie była również czymś, co trwa. Wszelki ruch wymaga czasu, ale tu, w tej ciszy, nie istniał czas. Czas to: mniej i więcej, bliżej i dalej, wczoraj i jutro, w tej ciszy wszystkie porównania znikły. I nie była to cisza, która się kończy, aby znów się rozpocząć; była w niej jakaś jedyność i niepowtarzalność…

     Gdyby cisza ta była złudzeniem, intelekt byłby w jakimś do niej stosunku, chwytałby się jej lub ją odrzucał, zracjonalizowałby ją albo z subtelnym zadowoleniem pogrążył się w niej i z nią się zjednoczył. […] Treść tej ciszy jest dla słów niewyrażalna.

     Pst! Słowo „cisza” nie jest ciszą…

                                                  Cdn.

08:05, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 39)

     Wierzenia. Już kilka razy wypowiadałeś się na ten temat, a ja wciąż nadstawiam ucha, jakbym nie wierzył, że można tę ważną dla mnie kwestię zamknąć raz na zawsze w najprecyzyjniejszym nawet wywodzie. Sam nie jestem wprawdzie uwikłany w sensie religijnym w żadne wierzenia, ale bez przerwy spotykam się z ludźmi, którym przesłaniają one cały świat, jakby bycie istotą rozumną nie wykluczało sfer nierozumności. Okazało się jednak, że ja też nie zawsze zachowuję się racjonalnie! Przed kilkoma miesiącami przyjąłem bowiem medalik z wizerunkiem Matki Boskiej od siostry zakonnej, która zagadnęła mnie, gdym przechodził obok niej, siedzącej z modlitewnikiem pod drzewem. Zwyczajny medalik, dość tandetny, ale taki, który, zgodnie z życzeniami zakonnicy, miał mnie uchronić przed złem i obdarzyć szczęściem. I co? Do wczoraj spoczywał w mojej szufladzie, mimo iż wielokrotnie przemyśliwałem nad tym, jak się tego amuletu pozbyć; w końcu zaniosłem go nocą do kiosku z dewocjonaliami przy najbliższym kościele i tam pozostawiłem – czułem, że wyrzucenie go byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa…

     Nawet tak zdeklarowany niedowiarek jak ja jest zatem istotą w głębi duszy zabobonną, na czym od zarania ludzkości żerowali szamani różnej maści, przybrani w skóry zwierzęce czy w purpurowe szaty. Oczywiście, dziś bogom nie wystarczają cztery oblicza, ani dotychczasowe przybytki sakralne; ich ekspansja objęła już dawno świat profanum, są wszędzie tam, gdzie ludzie oddają cześć jakimś bogom, na przykład pieniądza czy rozrywki. „Jakże łatwo niszczymy delikatną wrażliwość naszej natury! Ciągłe walki i tarcia, lęki, niepokoje, ucieczki, stępiają prędko myśl i pustoszą serce; sprytny a usłużny intelekt rychło podsuwa nam jakieś zastępcze wartości, zamiast czujnego oddźwięku na samo życie. Zajmują nas rozrywki, rodzina, polityka, wierzenia i bogowie, a nie miłość i przejrzystość myśli. Jasność myśli zatraca się wśród różnych wierzeń i nagromadzonej wiedzy, a miłość wśród powierzchownych wrażeń. Czy z wierzeń może się zrodzić myśl jasna i przenikliwa? Czy zamykające nas w swym ciasnym kręgu przekonania mogą sprowadzić zrozumienie?”

     Nie mogą, oczywiście, że nie mogą, ale jakże są kuszące! Mimo iż stokroć bardziej kusząca powinna być perspektywa, którą otwierają przed nami twoje słowa: „Na to, aby rozumieć to, co jest, nie potrzeba wcale określonych wierzeń, trzeba tylko patrzeć uważnie i widzieć jasno rzecz każdą, a to oznacza prosty, bezpośredni kontakt ze wszystkim, co nas otacza, bez udziału pożądań ni pragnień. To one wnoszą zawsze zamęt, a wierzenia są tylko ich odmianą i przedłużeniem. Przejawy pragnień są złożone i nieuchwytne; gdy ich nie rozumiemy, wierzenia tylko wzmagają w nas konflikty, tarcia i antagonizmy. Przekonania nazywa się także wiarą, a wiara również jest schronieniem i przystanią dla pragnień”.

     Wierzenia lub ideologie stają się dla nas nieodzowną potrzebą. To prawda, widzimy to na każdym kroku, ale czy rozumiemy, dlaczego tak się dzieje? „Zdaje się nam, iż nie mając określonych przekonań nie potrafimy działać, że to ideologie wskazują nam coś, dla czego warto pracować i żyć. Dla większości z nas życie nie ma żadnego sensu poza tym, jaki mu nadają wierzenia i ideologie, więc przekonania nasze w tej czy innej dziedzinie stają się ważniejsze od samego życia. Jesteśmy pewni, że powinniśmy żyć według wzoru, który nam one przedstawiają; bez jakiegoś wzoru czy przykładu jakże byśmy mogli w ogóle działać? Więc podstawą naszych czynów stają się idee; czyn nasz wypływa z pojęć i wyobrażeń, przeto nabierają one stokroć większego znaczenia od samego czynu”.

     Dla mnie wszystko, co do tej pory powiedziałeś na ten temat, jest jasne i klarowne, nie zapominam jednak ani przez moment o tym, że nadal są we mnie ogromne obszary zaciemnienia, nawet jeśli nie z zaciemnionego wierzeniami czy ideologiami umysłu się wyłaniające, więc chełpliwość byłaby tu nie na miejscu, tym bardziej że uczucie pustki, o którym zaraz napomkniesz, też nie zawsze jest mi obce, choć nie z braku wierzeń czy ideologii ono wynika – wystarczy kilka tygodni bez rozmów z tobą, bez oddychania tą jasnością, którą tchną twoje słowa, a przecież tę jasność powinienem odnaleźć w sobie! „Wprawdzie idea może pobudzić do szeregu czynności, ale będzie to tylko działalność, a ta jest czymś zgoła innym aniżeli czyn. Działalność nas ogranicza – łapie nas jak w oka sieci – a gdy dla takiej lub innej przyczyny urywa się, czujemy się zupełnie zagubieni, zaś całe nasze życie traci sens i cel. Stajemy przed pustką. Świadomie lub nieświadomie czujemy niebezpieczeństwo tej pustki w sobie, więc idee i nieustające zajmowanie się jakąkolwiek działalnością nabierają ogromnego znaczenia. Staramy się zapełnić ową pustkę jakimś wierzeniem lub ideologią, a jakakolwiek działalność staje się nieodzowna jak haszysz. Jesteśmy gotowi poświęcać się dla niej i wyrzekać się, znosić wszelkie niewygody, poddawać się różnym złudzeniom”.

     Jak moja dawno nieżyjąca babcia, o której tajemniczym zaginięciu zaraz po pogrzebie na cmentarzu wawrzyszewskim (wówczas już w obrębie Warszawy) kiedyś pisałem. Była ona najpierw gorliwą katoliczką, a następnie, gdy ujrzała fałsz tej wiary, równie gorliwym świadkiem Jehowy, gotowym na męczeństwo w obronie swej nowej wiary, względnie na śmierć, która nastąpiła z powodu niewyrażenia przez nią zgody na transfuzję krwi – przy operacji zagrażającej jedynie jej życiu doczesnemu, do którego nie przywiązywała żadnej wagi, choć zapewne nie sądziła, że po niechybnym nadejściu Armagedonu (miał nadejść niechybnie w wieku dwudziestym) zostanie wraz z innymi świadkami Jehowy (only Jehovah’s Witnesses; Księga Objawienia 7:9, 14; 19:11-21) ubłogosławiona życiem wiecznym bynajmniej nie tam, gdzie ją pochowano.

    W kilka dni po jej pogrzebie, w którym brałem przecież udział, odbywającym się w scenerii godnej scen z Apokalipsy św. Jana, odnalazłem tylko pusty dół bez śladu po trumnie z jej ciałem, dół, w którym niebawem pochowano kogoś innego, a ona dosłownie rozpłynęła się w powietrzu wraz ze swoją wysłużoną Biblią, którą miała w splecionych dłoniach! Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech zajrzy do ksiąg cmentarnych na dawnym Wawrzyszewie! A może w styczniu 1967 roku nastąpił tam akt jej wniebowstąpienia? Snucie takich domysłów w rozmowach z tobą, który w żadne cuda nie wierzysz, jest co najmniej niestosowne, mogę cię jednak zapewnić, że zaślepiona swymi złudzeniami nie pojmowała, że działalność wynikająca z wierzeń oraz przekonań jest destrukcyjna i niesie w swych skutkach walkę i udrękę – wprost przeciwnie: szczęśliwszego od niej człowieka nigdy nie widziałem! No tak, ale ty przecież nigdy nie widziałeś mojej babci!

                                       Cdn.

10:21, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 38)

    „Ja”. „Dlaczego chodzi nam tak bardzo o uznanie, o stwierdzenie ważności naszej osoby, o oznaki szacunku? Czemu się tak uparcie trzymamy odrębności naszego imienia, stanowiska, zdobytych osiągnięć i majętności? Czy anonimowość jest poniżająca, czy być nieznanym jest hańbą? Dlaczego szukamy usilnie towarzystwa ludzi sławnych i popularnych? Czemu nie znajdujemy zadowolenia po prostu w byciu sobą – tym, czym jesteśmy? Czy to na tyle nas przeraża i zawstydza, że imię, stanowisko, tytuły i przeróżne dobra nabierają tak wielkiego znaczenia?” Tyle pytań, a odpowiedź, zawarta w nagłówku tego wywodu, może być tylko jedna. „Byłoby naprawdę ciekawe przekonać się, jak silne jest w nas to pragnienie poklasku i uznania. W podnieceniu bitwy dokonuje się niezwykłych, niemal niewiarygodnych czynów, które nam zyskują ludzki szacunek, a nawet cześć; mianuje się bohaterami ludzi, którzy zabijają swych bliźnich”.

    No cóż, nigdy nie traktujemy jako bliźnich naszych wrogów, nawet urojonych. „Dzięki sprytowi i poparciu, albo zdolnościom i wydajności pracy, człowiek wspina się po społecznej drabinie prawie do jej wierzchołka, ale ten nie jest dlań nigdy szczytem, gdyż w upojeniu powodzeniem pożąda coraz większych wyżyn. Interes, biuro, kraj stają się niejako nami samymi, utożsamiamy się z nimi; wszak od nas zależą decyzje, w naszym ręku spoczywa władza. Zorganizowane religie rozdają również stanowiska i honory, i tam możemy się stać kimś ważnym, wpływowym. Podobnie się dzieje, gdy zostajemy uczniem jakiegoś nauczyciela – guru, mistrza, lub uczestniczymy w ich pracy. To również przydaje nam ważności, bowiem jesteśmy ich przedstawicielami…” Wprawdzie dajemy nie we własnym imieniu, jesteśmy tylko pośrednikami, ale to my dajemy, to my jesteśmy dawcami dla tych, których moglibyśmy przecież pominąć i dać innym. „Można przywdziać szatę mnicha lub wszystkiego się wyrzec prócz kawałka płótna na obiodrzu, ale to wciąż nasze ja się wyrzeka, ja czyni ten czy inny gest”.

    Zaraz, zaraz… Czy moje ja nigdy nie pragnęło sławy i zaszczytów? Ktoś we mnie zapewne tego pragnął, ale ktoś inny we mnie czynił wszystko, by mi osiągnięcie owych wyżyn uniemożliwić, a ponieważ przeciwieństwa się znoszą, jestem, czym jestem: ni psem, ni wydrą, mimo iż dla wielu ludzi jestem człowiekiem sukcesu – wydałem bowiem ileś tam książek, a uhonorowanie mnie biogramem w Wielkiej Encyklopedii PWN zapewnia mi coś w rodzaju nieśmiertelności. Moje ambicje były jednak znacznie większe – i pozostały one niespełnione. Nigdy nie cierpiałem szczególnie z tego powodu, ponieważ intuicyjnie czułem, że są to rzeczy błahe i pozbawione głębszego sensu. Niektórzy znajdują się jednak w takiej sytuacji nie z własnej woli, i te osoby muszą bardzo cierpieć, to znaczy ich ja musi bardzo z tego powodu cierpieć.

     Przykład najbardziej kuriozalny to moja długoletnia przyjaciółka, zmarła przed siedmiu laty warszawska literatka, Stanisława Sznaper-Zakrzewska. Literatka, nie pisarka, bo poza debiutancką książeczką poetycką, wydaną w latach jej dziewiczej młodości przez „Rój”, niczego właściwie nie udało jej się wydać, mimo iż mogła obchodzić jubileusz aż siedemdziesięciolecia pracy twórczej, żyła bowiem ponad dziewięćdziesiąt lat. O marnym produkcyjniaku, który napisała w okresie socrealizmu zapewne w ostatniej desperacji, by wreszcie przełamać złą passę, nawet ona wolała nie wspominać. Może więc cierpiała na niemoc twórczą? Ależ skąd! Po jej śmierci zabrałem na przechowanie pękate teki jej maszynopisów, które wypełniły cały samochód. A może nie miała talentu? Ależ skąd! Po prostu zabrakło jej sprytu i poparcia, czyli siły przebicia, by jej książki mogły się ukazywać. Nie sił witalnych, gdyż tych miała w nadmiarze…

     Była to zresztą osoba wszechstronnie uzdolniona. Między innymi świetnie rysowała. Po wystawie wielkiej serii jej pięknych Madonn w warszawskim Domu Literatury wydawało się, że wreszcie uśmiechnie się do niej szczęście i zdobędzie uznanie przynajmniej w tej dziedzinie, albowiem jedno z poważnych wydawnictw kościelnych zamierzało te jej Madonny wydać w wielkich nakładach w postaci kalendarzy. Ale pech i tu ją dopadł! Pech w postaci owej drugiej istoty w niej, która czyniła wszystko, by upragnionej sławy, no i upragnionych pieniędzy nigdy nie mogła zdobyć. Stasia zaniosła bowiem do owego wydawnictwa ze dwieście przepięknych Madonn plus jedną, bez Dzieciątka, która dziwnym sposobem się tam znalazła. Napis własnoręcznie przez nią sporządzony głosił: Madonna jako kurwa jerozolimska…

     Wróćmy jednak do naszego ja, które też jest wciąż przez nas żywione i zasilane, które wciąż ma się utwierdzać, mimo iż przyjemność z przebywania na szczytach powodzenia kończy się jak na wszelkich szczytach, gdy zaczyna nam brakować w sensie metaforycznym tlenu. „Dlaczego więc nasze ja  […] goni za tym, co nieuchronnie musi przynieść cierpienie i udrękę? Pożądanie jakiejś konkretnej działalności jako przeciwieństwa negacji i bierności zmusza nas do ciągłych usiłowań, aby czymś być: tylko dzięki tym wysiłkom czujemy, że żyjemy, że życie nasze ma jakiś cel, a ufamy, iż w miarę postępu potrafimy odrzucić wszystkie przyczyny tarć i udręczeń. Wydaje się nam, że bylibyśmy niczym, że bylibyśmy straceni, gdyby nasza działalność ustała, a nasze życie nie miałoby żadnego sensu, więc tkwimy nadal w tych tarciach, antagonizmach, chaosie. A jednocześnie czujemy, że istnieje gdzieś jakaś inność, coś wielkiego, tak zupełnie niepodobnego do nędzy naszego żywota”.

     Ach, gdybyśmy tego nie czuli, bylibyśmy naprawdę szczęśliwi w życiu prostym jak oddychanie! I nie odczuwalibyśmy żadnych rozterek, nie toczylibyśmy ciągłych walk ze sobą – nasza prostota, nawet nie ewangeliczna, lecz głęboko ludzka, byłaby najwspanialszą formą okazywaną na zewnątrz, gdyż ta na pokaz jest świadectwem wewnętrznego ubóstwa, od którego nie oswobodzi nas, jak słusznie powiadasz, nawet szata mnicha. „Przyczyną tej wewnętrznej pustki jest nieustająca żądza stawania się czymś, ale jakkolwiek wielkie czynilibyśmy wysiłki, tej pustki nie zdołamy wypełnić nigdy. Możemy od niej uciekać w sposób prymitywny lub wielce wyrafinowany, ale jest ona z nami wciąż, równie nieodstępna jak nasz własny cień. Możemy odwracać się od tej pustki, nie chcieć w nią spojrzeć, a przecież ona ciągle i nieodmiennie trwa. Żadne wzbogacanie się, żadne wyrzeczenia, żadne pozory, maski, jakie nasze ja przybiera, nie przysłonią nigdy tego wewnętrznego ubóstwa”. O błogosławiony psie, o błogosławiona wydro, dzięki wam za to, że mnie, może wbrew mym skrytym pragnieniom,  przed tym uchroniliście!

     My, pozostający co najmniej od tysiąclecia w kręgu zachodniej cywilizacji, duchowi potomkowie choćby hiszpańskich konkwistadorów, nazywamy prawie zawsze nasze ja wielkim, ty zaś zawsze nazywasz je małym, co przy wnikliwszym wejrzeniu w jego istotę okazuje się po stokroć słuszne. „Przez wewnętrzne lub zewnętrzne działania nasze małe ja wciąż się stara wzbogacić, urosnąć, nazywając to zbieraniem doświadczeń, lub też inne nadając temu imiona, zależnie od chwilowej potrzeby lub upodobania. Ja nie znosi anonimowości, nie chce jej nigdy przyjąć; może przywdziać nową szatę, przybrać nowe imię, ale podstawą jego istnienia jest zawsze poczucie tożsamości. Proces ciągłego utożsamiania się, któremu ulegamy wszyscy, przeszkadza w zdawaniu sobie sprawy z naszej właściwej natury. Ten wciąż narastający proces utożsamiania się rozbudowuje i utrwala nasze ja, a dzieje się to zarówno wówczas, gdy coś popieramy i podtrzymujemy, jak i wtedy, gdy czemuś się przeciwstawiamy; takie działanie ogranicza nas i zamyka nieraz nawet szerokim, ale zawsze nieprzekraczalnym kręgiem. Każdy wysiłek naszego ja, aby czymś być, a czymś innym nie być, jest oddalaniem się od tego, czym ono w istocie jest. Czymże jest to ja, jeśli mu odebrać imię, poczucie własności, cechy, zamiłowania i antypatie, czymże ono w istocie jest? Czy po odebraniu tych wszystkich właściwości ja w ogóle by istniało? To strach naszego ja przed własną nicością rzuca nas w ciągłe działanie, ale w rzeczywistości nasze ja jest niczym, jest pustką”.

     Twarde słowa, lecz słowa, po których powinniśmy natychmiast i ostatecznie rozprawić się z naszym małym ja, na co nas być może stać, ale jak sprawić, by stało się ono naprawdę wielkim? Czy sam fakt jego zepchnięcia na margines wystarczy, aby ta przemiana mogła się dokonać? „Nie lękajcie się!” pozostanie czczym wezwaniem, jeśli raz na zawsze nie zrozumiemy, że to właśnie nasze małe ja każe nam się lękać. „Gdy nas stać na spojrzenie w tę pustkę bez zmrużenia oczu, na pozostanie sam na sam z tą pełną bólu oddzielnością, strach znika i zachodzi zasadnicza, dogłębna przemiana. Jednakże, aby mogła się ona dokonać, trzeba przeżyć tę nicość do dna, w czystym doznawaniu, a temu zazwyczaj przeszkadza obecność obserwatora, doznającego. Podobnie jeśli pragniemy przeżyć tę pustkę, aby ją przekroczyć, czy wznieść się poza nią, czy ponad nią, czyste doznawanie nie może zaistnieć, bowiem w tym pragnieniu to samo nasze ja trwa nadal. Jeśli podmiot, doznający, świadomie coś przeżywa, nie jest to już stanem czystego doznawania. A właśnie czyste doznawanie tego, co jest, bez chęci nazywania, analizowania itd. przynosi wolność od tego, co jest”.

                                                Cdn.

11:24, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 37)

    Wrażliwość. Znów ten wysoki biały mur, który ma oddzielić piękno od brzydoty. W sugestywnym obrazie, który roztaczasz: wspaniały dom położony w pięknym ogrodzie – oddzielony w sensie przenośnym owym murem od lepianek krytych palmowym liściem w brudnej i hałaśliwej wiosce. Ja też takie mury wznoszę bez przerwy od niepamiętnych czasów, żeby odgrodzić się od tych form życia, które uważam za niegodne uwagi, a zatem w moim mniemaniu za brzydkie, ale jednak od życia, mimo iż na początku naszych rozmów ostrzegałeś mnie przed otaczaniem się jakimikolwiek murami. „Unikać brzydoty, a szukać tylko piękna jest oznaką niewrażliwości. Podkreślanie przeciwieństw i zasilanie jednego z nich zacieśnia umysł i zamyka serce”. Najtrudniej jest mi pogodzić się z tym, że takie postępowanie jest oznaką niewrażliwości, ponieważ zawsze uważałem się za człowieka niezwykle wrażliwego, wręcz nadwrażliwca.

     No dobrze, powiedzmy, że przełknę i tę szczególnie gorzką dla mnie prawdę, gdyż takie oddzielanie się rodzi według ciebie twardość i niewrażliwość, ale mógłbyś mi przynajmniej oszczędzić kolejnej porcji prawdy, oczywistej tylko dla ciebie, a mnie przyprawiającej wręcz o rozstrój mózgu, ponieważ dla usprawiedliwienia takiej postawy nie mogę powołać się nawet na względy estetyczne, twierdzisz bowiem, że takie oddzielanie się wcale nie rozwija w nas zmysłu piękna! „Piękno i dobro nie przebywają w ogrodzie, z dala od wioski, ukrywają się one w prawdziwej wrażliwości reagującej żywo na jedno i drugie”. I nagle refleksja: jakże trudno jest nie odczuwać myślą! Wzięła się ona zapewne z tego, że przeczuwam, co powiesz: „Odsuwanie się od czegoś lub jednoczenie się z czymś wiedzie do ciasnoty, która niweczy wszelką wrażliwość, gdyż tej nie da się pielęgnować i rozwijać myślą; intelekt bowiem umie tylko dzielić i narzucać”.

     A dalej mówisz, że tak pojmowana przez ciebie wrażliwość, którą przyjmuję na razie na słowo, jest nieodzowna, by Prawda mogła się objawić. Mnie się na pewno nie objawi, póki nie zburzę w sobie owego wysokiego białego muru. „Rzeczywiste nie jest odwrotnością ułudy, a Prawda odwrotnością fałszu; a gdy staramy się do niej zbliżyć jako do przeciwieństwa, nie ukaże się nam nigdy. Rzeczywiste może się odsłonić tylko wtedy, gdy wszystkie przeciwieństwa znikną. W procesie potępiania lub wychwalania tai się zawsze przeciwieństwo, konflikt odwrotności, który musi wytwarzać dalsze tarcia i rozterki. Ale gdy podchodzimy do zjawisk beznamiętnie, nie emocjonalnie, gdy nie odpychamy ich, ani usprawiedliwiamy, wówczas nie wywołujemy żadnych sprzeczności ni konfliktów. Zjawiska i fakty same w sobie nie zawierają sprzeczności, nabierają ich dopiero wtedy, gdy przyjmujemy je z lubością albo z niechęcią i sprzeciwem. Taki emocjonalny stosunek wznosi mury niewrażliwości…”

     Nie słucham dalszego ciągu, ponieważ rozróżnienie między działaniem a czynem nie wydaje mi się w tym momencie ważne wobec kwestii stokroć dla mnie ważniejszej, albowiem wpierw muszę raz jeszcze uświadomić sobie jasno i dobitnie, że przez całe życie kierowałem się wyłącznie emocjami, zwalając to na karb mojej wrażliwości, czy wręcz nadwrażliwości. Dopiero teraz widzę, że była to po prostu drażliwość. Różnica zaledwie jednej litery, a jakże istotna, mimo iż jeden ze słowników języka polskiego dziwnie to słowo do tamtego zbliża, określając je „zbytnią wrażliwością”, zamiast „zbytnim przeczuleniem”, co według mnie bardziej oddaje jego sens. Ale to też jest dla mnie w tej chwili mało istotne – zastanawiam się bowiem nad tym, ile murów niewrażliwości wzniósł do tej pory mój emocjonalny stosunek do świata i czy będę kiedykolwiek w stanie je zburzyć?

                                          Cdn.

10:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 36)

     Szukanie prawdy. Za wszelką cenę usiłujemy znaleźć równowagę we wszystkim; także  równowaga psychiczna jest dziś w najwyższej cenie, o zrównoważeniu nie mogą jednak decydować specjaliści od psychoanalizy, ponieważ umiejętność przystosowania się do przyjętych norm niekoniecznie dowodzi zrównoważenia. Tak w każdym razie mówisz, i słusznie, po czym dodajesz: „Może właśnie te przyjęte dziś normy są wytworem cywilizacji pozbawionej równowagi. Społeczeństwo chciwe i zaborcze, ze swymi schematami i normami postępowania, nie jest zrównoważone, bez względu na to, czy jest rządzone przez lewicę, czy prawicę, względnie czy środki wyzysku skupiają się w ręku państwa, czy obywateli. Równowagą jest brak chciwości i zaborczego zdobywania. Ale pojęcia zrównoważenia czy niezrównoważenia należą do dziedziny myśli, więc nie mogą być sprawdzianem. Wszak sama myśl pełna uwarunkowanych reakcji, zasad i osądów nie jest ścisła, nie odpowiada prawdzie. Prawda nie jest pojęciem ani wnioskiem”.

     A zatem czym ona jest i jak jej poszukiwać? Pytanie już dla mnie retoryczne, ponieważ znam twoją odpowiedź: „Wszak chcąc coś znaleźć, trzeba wiedzieć, c z e g o się szuka. A jeśli szukamy z postanowieniem znalezienia, wówczas to, co znajdziemy, będzie tylko projekcją nas samych, będzie tym, czego pożądamy, a wytwór pragnienia nie jest Prawdą. Szukać prawdy, to jej zaprzeczać. Prawda nie ma stałego przybytku, żadna nie prowadzi do niej droga, żaden przewodnik nam jej nie wskaże, a słowo prawda nie jest nią samą. Czy znajduje się ona tu, a nie tam? Czy właśnie ten człowiek może nam ją wskazać, a nie tamten? Czy w ogóle może istnieć do niej jakiś przewodnik? Gdy prawdy chcemy świadomie szukać, wówczas to, co znajdziemy, będzie jeno wytworem niewiedzy, bo samo jej poszukiwanie rodzi się z niewiedzy. Nie można rozglądać się za Prawdą, ani szukać Rzeczywistego. Trzeba przestać żyć w naszym ja, aby Prawda mogła nam się ukazać”. 

     Nie pytam, jak znaleźć to, co jest niewysłowione, bo żeby znaleźć, trzeba szukać etc. Jako pisarz miałbym jednak chęć zapytać, jak wysłowić to, co jest niewysłowione, gdybym nie pojmował, że te słowa też są czcze i pozbawione sensu. Równie bezsensowne jest poszukiwanie ideału, w tym wypadku kogoś, komu udało się ponoć już tę Prawdę odkryć. „Dlaczego porównujemy siebie z ideałem? Czy jakiekolwiek porównywanie zbliża nas do rozumienia? Czy ideał jest czymś od nas różnym? Czy nie jest on naszym własnym dziełem, […] przez nas samych, wyobraźnią naszą stworzonym? A stąd przeszkodą w rozumieniu siebie takimi, jakimi naprawdę w tej chwili jesteśmy? Czy porównywanie nie jest uchylaniem się od badania i rozumienia siebie? Istnieje wiele odmian i sposobów uciekania od siebie, a porównywanie jest jednym z nich”.

     Miałem to wielkie szczęście, że mimo poczucia własnych ograniczeń nigdy nie poszukiwałem ideału, no ale istnieje przecież wiele odmian i sposobów uciekania od siebie, może dlatego tak rzadko siebie rozumiałem. „Dopóki nie zrozumiemy siebie, Bóg, którego szukamy, będzie bogiem złudnym, a wszelkie ułudy sprowadzają nieuniknienie rozterki i cierpienie.  […] Ale samopoznanie nie jest ostatecznym celem, jest ono tylko jednym wąskim wylotem na bezgraniczne i niewymierne”. To ostatnie zdanie warto podkreślić i zapamiętać, jak zresztą i kolejne, sprowadzające się do stwierdzenia, że największą przeszkodą w poznaniu siebie jest sama myśl i dlatego poznanie siebie jest tak trudne do osiągnięcia. „Odkrywa się siebie w działaniu, w naszym stosunku do zdarzeń i ludzi, a każdy czyn jest do czegoś stosunkiem. Samopoznania nie zdobywa się przez odosabnianie się ani oddalanie od życia; cofanie się od kontaktów z tym, co nas otacza, to śmierć. Śmierć jest ostateczną formą sprzeciwu, negacji, opierania się życiu”.

     Muszę zacząć od kolejnego akapitu, żeby trochę ochłonąć, zebrać myśli, ponieważ nadal odosabniam się od świata i ludzi, tych ostatnich traktując wybiórczo, kierując się sympatiami i antypatiami, a przede wszystkim kryteriami estetycznymi, co rodzi pytanie: czy przypadkiem sam dla siebie nie jestem ideałem, z którym porównuję innych, nawet jeśli dzieje się to poza moją świadomością? „Ale odkryć ten opór, to cofanie się można tylko obserwując siebie w czynie, w stosunku naszym do rzeczy i ludzi. Opór – czynny lub bierny – wyrażający się w porównywaniu, usprawiedliwianiu, potępianiu, czy też utożsamianiu się, jest i sprzeciwianiem się, i zaprzeczaniem temu, co jest”. Po tym zdaniu powinna nastąpić, według mnie, krótka pauza, którą zresztą w tym wywodzie też robisz. „W tym, co jest, zawiera się prawda rzeczy każdej. Świadomość jej obecności – bez chęci wyboru ni wartościowania – jest odsłanianiem jej i rozwijaniem. A to odsłanianie i rozchylanie się Prawdy jest początkiem mądrości. A mądrość jest nieodzowna, by to, co jest niewiadome i bezgraniczne, mogło się objawić”.

                       

                                           Cdn.

11:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 maja 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 35)

    Znane i nieznane. Chciałem już ten wywód pominąć, bo o znanym i nieznanym mówiłeś już tyle razy, ale w pewnym momencie powtórzyłeś to, co stanowi jakby kodę poprzedniej kwestii: dopiero wtedy, gdy myśl ucicha, ponieważ dopiero wtedy może nam się odsłonić nowe, czyli nieznane. Ta cichość myśli, czyli naszej psychiki, jest jednak stanem, który w zgiełku  panującym przede wszystkim w nas tak trudno osiągnąć, choć wydaje się to niesłychanie łatwe do osiągnięcia: „Owa cisza przychodzi sama, gdy człowiek nic nie trzyma, niczego nie pragnie, gdy nie chce niczym się stawać. Cisza ta nie wzrasta, nie można jej budować i nie da się jej zatrzymywać wysiłkiem ani żadnym ćwiczeniem. Cisza ta musi pozostać dla intelektu równie nieznana jak to, co jest poza czasem, bo jeśli intelekt jest jej świadom, to wówczas pojawia się doznający, który sam jest wypadkową przeszłych przeżyć i pamięta ubiegłe stany ciszy, a to, co już było doznane, jest tylko powtórzeniem, a więc projekcją naszego ja. Intelekt nie może nigdy doznać nowego, toteż musi zupełnie ucichnąć”.

     Tak więc nawet to, że pamiętamy ubiegłe stany ciszy, nie może nam pomóc w osiągnięciu tego stanu niejako na zawołanie! „Umysł jest cichy, gdy nic nie przeżywa, czyli niczego nie określa, nie notuje, nie nazywa i nie stara się gromadzić w pamięci. A owo notowanie i określanie jest procesem, który nieustannie się w nas odbywa na różnych poziomach świadomości, a nie tylko w powierzchniowej warstwie intelektu”. Już chciałem krzyknąć, iż na tym polega istota pisarstwa, ale zamilczę, gdyż podejrzewam, że to właśnie moje zacieśnione ja próbuje wtrącić swoje trzy grosze, byle nie dopuścić we mnie do głosu głębszej świadomości, która przemawia dopiero wtedy, gdy ucicha intelekt, choć okazuje się, że cała nasza świadomość, nie tylko ta głębsza, powinna pozostać cicha, co oznacza: wolna od wszelkich dążeń, osiągnięć itp., by bezmierne i bezczasowe mogło się objawić…

     „Jednak chęć zatrzymania tej ciszy, tej wolności, zmienia się w ciągłość pamięci doznającego człowieka, a to stanowi przeszkodę dla Rzeczywistego”. Bezmierne i bezczasowe, jakże to pięknie brzmi, ale jedynie w odczuciu prostym i bezpośrednim, gdy nie pozwalamy, by wgryzł się w to intelekt, dla którego i przestrzeń, i czas muszą mieścić się w granicach tego, co sam zna i czego sam doświadczył – z przeszłości i w przeszłości, podwójnie martwej! Para się wyłącznie normalnością, więc do zjawisk paranormalnych podchodzi jak pies do jeża, mimo iż stara się przy tym robić mądrą minę, co zwiększa jedynie komizm sytuacyjny (zamierzone przeze mnie w tym zdaniu igraszki słowne też temu celowi mają służyć).

     I nie chodzi bynajmniej o zjawiska zahaczające o astrologię, demonologię, ezoterykę etc., etc., gdyż bezmierne, bezczasowe to dla niego również zagadnienia paranormalne, nie mówiąc o Rzeczywistym, bo jedyną rzeczywistością jest on sam!  Intelekt, czyli nasze ja. Moje też. „Rzeczywiste nie ma ciągłości; pojawia się z chwili do chwili, wciąż nowe, wciąż świeże. To, co trwa, co posiada ciągłość, nie jest nigdy twórcze. Powierzchniowy umysł jest tylko narzędziem do porozumiewania się, nie może mierzyć tego, co jest niewymierne. O Rzeczywistym nie da się mówić, a gdy się o nim mówi, ono nie jest już Rzeczywistym”. I po krótkiej pauzie – tylko na pozór zaskakujące zakończenie: „I to jest medytacja”.

                                             Cdn.

11:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »