RSS
czwartek, 28 maja 2009
Zapiski drobne

   Najwyższy czas rozstać się z codziennym pisaniem postów, choć zapewne będzie mi bardzo brakowało tych dni rozpalonych gorączką myśli i tych prawie nieprzespanych nocy, gdy czułem się jak latarnik rozświecający drogę innym, a nieraz i samemu sobie. Czas ruszyć w kolejną wędrówkę, by zapłodnić pamięć i wyobraźnię. Zostawię za sobą już ponadstuletnią „Zofiówkę”, a więc damę raczej leciwą, która po gruntownej renowacji powinna z dołu od frontu przypominać ten dwuwiersz, nie pamiętam czyjego autorstwa: Patrzę z przodu: ładna, wiotka… / Patrzę z tyłu: moja ciotka! Bo od tyłu „Zofiówka” nadal koszmarniasta, a na domiar złego ozdobiona paskudnymi blaszakami, które mają się do tej zabytkowej budowli jak pięść do nosa! Niestety, z przodu niby ładniejsza w porównaniu z dawnym barem „Expresso”, ale tandetny wystrój dystyngowanej damie nie przystoi! Białe plastykowe okna (u góry takie same, z tym że tam zniszczono przy okazji zabytkowe obramowania) i biel cienkowarstwowych tynków mineralnych (marnego gatunku, więc za dwa lata pokryją się zielonkawym nalotem glonów) mogą sugerować, że we wnętrzu kręcą odcinek serialu Szpital na peryferiach.

   Ten czeski serial zaczęto kręcić w roku 1977, więc ta cała obróbka blacharska (rynny, okapy, parapety, osłony nad nieprawidłowo wykonanym ociepleniem części fundamentowej) ze świecącej się jak psu jaja ocynkowanej blachy (zamiast z choćby  blachy powlekanej w kolorze brązowym, bardziej odpowiedniej dla drewnianego budynku) absolutnie by tam nie raziła. Ani betonowe płyty chodnikowe o różnej fakturze ułożone ponownie pod oknami w sąsiedztwie starych płyt, częstokroć potrzaskanych i wgłębionych w grunt, na których dr Dana Králová czy siostra Marta Hunkova-Penkavova musiałyby iść bardzo ostrożnie, żeby ze zwichniętymi kostkami nie wylądować na ostrym dyżurze, tym bardziej gdyby dostały oczopląsu, bo nad tymi płytami widnieją przypominające ówczesne „pikasy”, którymi zdobiono nawet geesowskie gospody na wsiach, „żyrafowate” bohomazy wykonane na nieregularnej ścianie fundamentu według szablonu!

   Temu, kto nakazał to wymalować, być może wpadł kiedyś w oko słynny rysunek Andrzeja Mleczki pochodzący z tegoż samego serialowego 1977 roku, na którym nosorożec usiłował kopulować z ŻYRAFĄ, a podpis u dołu, za który chciano wyrzucić z pracy ze „Szpilek”… Jerzego Urbana, brzmiał Obywatelu, nie pieprz bez sensu!, co było oczywiście równoznaczne z bezsensownym działaniem ówczesnych władz. Władzę nad pracownikami zatrudnionymi tutaj sprawuje mimo wszystko nie ich szef, tylko zleceniodawca robót, który  zapewne nie słyszał o wyrafinowanie pięknych malowidłach naskalnych naszych praprapraprzodków jaskiniowych, a z całą pewnością nie wie, co oznacza termin abc coloring homes, czyli ABC KOLORYSTYKI DOMÓW, w dodatku ZABYTKOWYCH, o czym przed stu laty wiedział prosty cieśla wiejski Florian Wais z Klimkówki, no ale jego syn Kazimierz został rektorem Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie!

   Przejdźmy wreszcie do  dużego tarasu na szczycie tej dobudówki, będącego właściwie płaskim dachem z wysmołowaną warstwą papy asfaltowej, z której przy dużym nasłonecznieniu kilkadziesiąt związków rakotwórczych przenikało do płuc i innych narządów zewnętrznych oraz wewnętrznych tych, którzy po tej stronie mieszkali lub biesiadowali pod ogrodowym parasolem, przeto zapewne w trosce o zdrowie mieszkańców inwestor wraz z wykonawcą postanowili pokryć go w trakcie remontu folią w płynie, którą jak z prawdziwym znawstwem ogłosił na zebraniu Prezes Wspólnoty stosuje się nawet w sklepach, posiada więc według niego właściwości wręcz lecznicze. Tę Dobrą Nowinę ogłosił na zebraniu dotyczącym renowacji górnej, drewnianej części pensjonatu tonem ex cathedra, w którym przebijała wyraźna pogarda dla mego dyletanctwa…

   Zamurowało mnie tak, że nie zapytałem, czy posadzki w sklepach pokryte są papą i wysmołowane, a jeśli nawet są, to czy nie wie, że folią w płynie można przykrywać jedynie powierzchnie czyste, odtłuszczone, nieagresywne chemicznie, a przede wszystkim nie zawierające… bituminów?! Wykonawca i Prezes do dzisiaj zachodzą w głowę, dlaczego folia w płynie położona na bituminach zamiast grzecznie wyschnąć śmie nadal oblepiać smołowatą papką na przykład buty pani Joli spod jedynki, która wieszając tam pranie dostała w dodatku poważnego uczulenia? No cóż, tępota ludzka nie zna granic, a ignorancja i arogancja to siostry syjamskie połączone ze sobą jednym mózgiem, w dodatku szczątkowym, więc w żaden sposób nie może do niego dotrzeć to, co jako stary fachman powtarzam od dwu lat:  na tę dobrze wysmołowaną socrealistyczną papę asfaltową należy dać kilkucentymetrową warstwę szlichty betonowej z odpowiednimi dylatacjami i dopiero po wyschnięciu pokryć to stosownym impregnatem (na przykład folią w płynie), po czym zgodnie ze sztuką budowlaną wyłożyć taras wodo- i mrozoodpornymi płytkami gresowymi (sam bym je położył w ciągu trzech dni).

   Ten koszmarny taras wprawdzie mieści się w nieludzkich założeniach etycznych i estetycznych gomułkowskiej czy gierkowskiej epoki, gdy w bratnim kraju kręcono serial Szpital na peryferiach, ale nawiązywanie do nich w dzisiejszych czasach wydaje mi się pewnym anachronizmem. Ponadto myślę, że ani dr Sova, ani tym bardziej dr Strosmajer nie chcieliby tu wypić kawy pod tym parasolem! Z tym że jeśli w ich role wcielili się aktorzy nie mający pojęcia o toksykologii, to w krótkiej i dobrze płatnej scence mogliby tu jednak wystąpić. A teraz czas na podsumowanie. Nie zapytam, dlaczego cała ta odnowicielska para  poszła przynajmniej od zewnątrz w gwizdek, ponieważ nawet dziecko wie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Ściślej o to, by wydać tych pieniędzy jak najmniej, a zarobić jak najwięcej, ponieważ ten, kto kupił ten dół, ponoć właściciel jednego z rzeszowskich hoteli, zamierza te wykrojone z pierwotnej powierzchni mieszkanka sprzedać po raczej wygórowanej cenie…

 

 

                         

                    Ten rysunek Mleczki też oddaje istotę rzeczy

    Ten wtręt nieprzypadkowo wszedł w skład swoistego spisu z natury – remanentu koniecznego do zamknięcia ostatniego na razie miesiąca blogowego, nieważne że z datą wcześniejszą. Towar postowy został już rozchodowany. Czy po stu piętnastu dniach pisania pozostało coś jeszcze na składzie? Niewiele. Garść luźnych zapisków, które trzeba opublikować, by osiągnąć bilans zerowy.

   W czasie przeszłym już dawno umarliśmy.

   Dużo wody upłynęło. W Styksie.

   Być może jestem człowiekiem małej wiary, ale nie wierzę w ciąg dalszy tego, co nie miało nawet porządnego początku. W dalszym ciągu mogą być tylko kolejne rozczarowania…

   Nieważne, czy poniżasz siebie, czy mnie. Czym jest uczucie, które nie wywyższa?

   No cóż, mężczyźni myślą tylko jedną półkulą mózgową (dlatego, w przeciwieństwie do kobiet, potrafią się skupić wyłącznie na jednej rzeczy), a kobiety dwoma, a być może aż czterema, zgodnie z czterema porami roku, co nie przeszkadza im trwać tylko w jednej!

   Każda droga jest taka jak cel, do którego prowadzi. Jakże może być prosta, gdy cel taki kręty?

   Od czułości kwitną ręce. Lub więdną, gdy nie potrafimy nikogo nią otoczyć.

   Iluzje najpierw niszczą wszystko wokół nas, a na końcu nas niszczą.

   Neurotycznych biorców paraliżuje strach przed dawaniem; dla nich jest to równoznaczne z wydawaniem siebie w ręce innych, a jeśli się kiedykolwiek otwierają, to wyłącznie na innego neurotycznego biorcę!

   Dają sobie w kościele znak pokoju, a najchętniej jeden wsadziłby drugiemu nóż pod piąte żebro. (Zasłyszane na ulicy w Iwoniczu-Zdroju.)

   Księżulkowie, te wilki w ludzkiej skórze przebrane za pasterzy, podają swoim owieczkom różne bajdy do wierzenia, które muszą im jakoś pomieścić się we łbach, bo w innym razie zupełnie by zbaranieli. (Na ławce przed Szpitalem Uzdrowiskowym „Excelsior”, gdy rozległy się dzwony wzywające wiernych na modlitwę, z ust pacjentki w podeszłym wieku mającej na głowie beret moherowy, co było to dla mnie tak dużym zaskoczeniem, że mimowolnie się przeżegnałem, jakbym ujrzał diabła.)

   Mamy teraz księdza, który jest sknera jak cholera. Ludzie mówią, że ma w innych stronach  dwoje nieślubnych dzieciaków, więc musi sknerzyć. Gdy jakiś biedak położy mu na tacy drobniaki, mówi „Bóg zapłać” tak cicho, jakby miał za chwilę umrzeć, ale jak widzi na tacy banknot pięćdziesięciozłotowy, to wykrzykuje na cały głos: „WIELKIE BÓG ZAPŁAĆ!” (Chłop z Klimkówki.)

   Genetyczna radość życia. (Określenie pewnej kuracjuszki, o dziwo, właśnie owej cierpiętnicy z postu O uśmiechu!)

   Powiada pan, że nie jest pan za bardzo mądry, a kto, panie, mówi, że jest mądry? Tylko głupi! No i człowiek uczony, z tych głupich. Mój ojciec mawiał, że lepiej być mądrym niż uczonym, i ja też tak mówię… (Chłop z Lubatówki.)

   Ludzie są ograniczeni, no bo tak żyją. A skoro żyją marnie, to czują też marnie. Zresztą, większość ludzi mogłaby umrzeć w powiciu, ponieważ w sensie duchowym w ogóle nie żyje. Jednakże uczciwość filozoficzna nakazuje spojrzeć na to z drugiej strony – dla tych ludzi to, co my nazywamy duchowością, w ogóle nie jest życiem!

                             

                          Swoich zapisków aż tak kunsztownie nie ozdabiałem

00:20, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 27 maja 2009
Medycyna niekonwencjonalna

      Melchior Wańkowicz chyba  po trzech tygodniach intensywnej pracy nad książką, z zarywaniem nocy, wylądował w stanie krytycznym w szpitalu, a ja piszę już od stu piętnastu dni, śniadanie jedząc często wieczorem i śpiąc po dwie-trzy godziny na dobę, więc jeśli nie przestanę pisać, to w końcu padnę, a moi bliscy będą musieli szukać ratunku w medycynie niekonwencjonalnej, ponieważ po niedawnym poście Potencjalny pacjencie, lecz się sam! sami rozumiecie, że medycyna konwencjonalna w moim przypadku nie wchodzi w grę. Wydawało się, że ten post nie przeciśnie się przez moje mocne postanowienie, które powziąłem 12 maja, o natychmiastowym zakończeniu działalności blogowej, a jednak stało się inaczej, mimo iż wykaz kilkudziesięciu tytułów gotowych do rozwinięcia znajdujących się w archiwum świadczy o tym, że resztki zdrowego rozsądku udało się mimo wszystko zachować.

     A teraz, po głębszym westchnieniu, czas na historię prawdziwą, choć z trudem znajdującą racjonalne wyjaśnienie. Przypuszczam, że przyczyną tego jest kurczowe trzymanie się przez nas wiedzy książkowej, czyli nasza niewiedza. Gdy leżałem przez dwa miesiące w szpitalu w Krośnie, czując się z dnia na dzień coraz gorzej, pewnego razu przyszedł do naszej sali jakiś mocno już posunięty w latach pacjent. Siedział na łóżku oddalonym znacznie od mojego, ale gdy zaczął mówić przeszedł mnie dreszcz. Widać było, że to jest prosty człowiek, ale sposób obrazowania, bogactwo języka  wzbudziły mój podziw. Ale nie tylko to – byłem wtedy w depresji, a on kipiał witalnością, radością życia, choć usłyszałem, jak opowiadał znajomemu, że właśnie wykryto u niego aż dwa poważne ogniska rakowe: na płucach i na żołądku. Zanim wyszedł z sali, jeszcze dobiegło moich uszu: – Pomyśl, kolego,  czy to nie cudowne? Udało mi się przeżyć siedemdziesiąt pięć lat w pełnym zdrowiu, więc ze spokojem zapukam do bram niebieskich, żeby mnie święty Piotr wreszcie tam wpuścił! Po czym odszedł, a mnie zrobiło się jeszcze ciężej na duszy. Ale wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy następnego dnia tego człowieka położono na sąsiednim łóżku, które właśnie się zwolniło! Powiem tylko, że z niewielkimi przerwami na sen oraz odwieczne rytuały życia szpitalnego przegadaliśmy ze sobą cały ten dzień i całą noc, i jeszcze pół kolejnego dnia, póki go nie zwolniono do domu, gdzie miał oczekiwać na wezwanie na operację, którą miano przeprowadzić w specjalistycznej klinice w innym mieście. Ściślej: on mówił, to był jeden wielki monolog, tak wspaniały, że gdybym mógł go zapisać, byłby on księgą ksiąg! Nie o tym chcę jednak mówić w tym poście…

Na kilka godzin przed wypisem ze szpitala przyjechała po niego córka. Popatrzyła na mnie i zaczęła kiwać głową: – Oj, wykończą tu pana, wykończą. Z moim mężem było to samo. Cierpiał na przewlekłą dyskopatię i w końcu nie mógł zrobić nawet dwudziestu kroków, żeby nie zwijać się z bólu. Załatwiłam mu miejsce w klinice w Krakowie, bo tutejsze konowały są dobre tylko do brania łapówek. Tam znany profesor neurochirurg po kilkudniowej obserwacji powiedział, że jedyny ratunek dla mego męża widzi w operacji polegającej na trwałym unieruchomieniu kręgosłupa za pomocą jakiegoś żelastwa i śrub. Zapytał, czy wyrażamy zgodę, a ja na to: „Czy bez operacji naprawdę się nie obejdzie, panie profesorze?” A on rozłożył bezradnie ręce. Kazał nam się zastanowić i podjąć decyzję, ale odchodząc z sali poprosił mnie, bym poszła z nim do jego gabinetu. Tam wyjął z kieszeni fartucha notes, coś w nim zapisał i podał mi kartkę: „Nikomu ani słowa. Tu jest adres kręgarza, który mieszka na Słowacji. Mówi dość dobrze po polsku. To prosty chłop, ale podobno czyni cuda. Proszę się jednak z tym pośpieszyć, bo nie mogę trzymać pani męża na oddziale w nieskończoność”. Natychmiast udałam się z mym bratem na Słowację pod wskazany adres i na drugi dzień przywieźliśmy tego kręgarza do Krakowa. W obecności pana profesora, który koniecznie chciał zobaczyć, co on będzie wyprawiał, ten żylasty chłop o dość drobnej posturze dokładnie obmacał plecy mego męża, od czasu do czasu coś do siebie pomrukując. Wreszcie oświadczył: „Dlaczego ten człowiek tak długo się z tym męczył? Kilka lat temu mógłby po ustawieniu tego kręgu od razu pójść do domu, a teraz zostało to tak spaprane, że będzie musiał leżeć na łóżku przez tydzień, zanim stąd wyjdzie. No i ostrzegam, że może zemdleć, gdy uderzę. Mam zaczynać?” Spojrzałam na pana profesora, a on skinął głową, więc i ja skinęłam. Wtedy ten kręgarz jedną rękę podsadził pod brzuch mego męża, unosząc go trochę w górę, po czym drugą huknął tak, że usłyszeliśmy chrupot, a mego męża rzeczywiście pan profesor musiał cucić. Kręgarz wyszedł na dwór na papierosa, wrócił, jeszcze raz obmacał dokładnie plecy mego męża, cmoknął z zadowoleniem, wziął ode mnie dwieście złotych, po czym mój brat odwiózł go na Słowację. Ja zostałam. I było tak jak powiedział ten prosty chłop. Po tygodniu mój mąż został wypisany ze szpitala i chociaż od tamtej pory minęło dziesięć lat, cieszy się najlepszym zdrowiem. Ale szpitali nie lubi, dlatego wysłał mnie tutaj z moim bratem, który siedzi w samochodzie… Zapytałem: – A pan profesor? Zaczęła się śmiać: – Pan profesor znowu rozłożył ręce i powiedział: „Widzi pani, my jesteśmy od medycyny konwencjonalnej, a jest jeszcze niekonwencjonalna, o której nie mamy zielonego pojęcia…”

                          

Chyba nie dla każdego, a już na pewno wykonywane nie przez każdego!

01:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 maja 2009
Imieniny Miasta

       Jeden z ostatnich postów z tej serii  powinienem poświęcić miastu, w którym przyszło mi żyć na stare lata. Hm, co by tu wymyślić? Już wiem, mimo iż jest to temat nieco spóźniony, ponieważ w dniach 16 i 17 maja obchodzono w Iwoniczu-Zdroju hucznie V Imieniny Miasta – nie pytajmy dlaczego dopiero piąte miasta rzekomo co najmniej czterechsetletniego? Było jednak wtedy zbyt tłoczno i zbyt głośno na iwonickim deptaku, bym miał zamiar wpychać jeszcze swoją skromną osobę w ten tłum kłębiący się przed estradą szczególnie podczas koncertu Gwiazdy Imienin, którą był  zespół „Universe”. Widok z góry od strony  „Belwederu”, obok którego właśnie przechodziłem, zupełnie mi wystarczył i  wolałem nie sprawdzać, czy w krwi tej Gwiazdy nie ma przypadkiem kilku promili alkoholu. Doskonale bowiem pamiętałem nagłówki prasowe z początków listopada 2007 roku, które zawiadamiały, że założyciel i lider tego zespołu, czterdziestotrzyletni wokalista Mirosław Breguła odebrał sobie życie, wieszając się na rurze gazowej znajdującej się na klatce schodowej starej chorzowskiej kamienicy, gdzie mieszkał. Zostawił wprawdzie list pożegnalny, ale dla jego fanów prawdziwym listem pożegnalnym powinno być jego ostatnie wyznanie w udzielonym wcześniej wywiadzie: Od półtora roku niczego nie napisałem. Od trzech lat nie pamiętam dnia, kiedy bym nie pił. Jestem na dnie. No cóż, okazuje się, że gwiazdy też mogą być na dnie. Pamiętam nawet ze dwie napisane przez niego piosenki, będące, jak stwierdził jeden z dziennikarzy muzycznych „chwytliwymi melodiami do bujania się”: Daj mi wreszcie święty spokój, którą w roku 1992 jego zespół wygrał w Opolu konkurs premier, no i Wołanie przez ciszę, obie znakomicie ilustrujące to, co później nastąpiło. Zespół z takim bagażem i w dodatku produkujący się na coraz bardziej podrzędnych estradach krajowych od dwudziestu ośmiu lat, może być rzeczywiście Gwiazdą Imienin Miasta Iwonicz-Zdrój, tego z mojego postu Obraz nędzy i rozpaczy!  Mogę jedynie żałować, że nie byłem tam dzień wcześniej, 16 maja, gdy bito rekord na „Najdłuższy Keks”, niestety nie do Księgi Guinnessa, lecz tylko Polskiej Księgi Rekordów, nie wiem zatem, czy w tej sytuacji zdołałbym się załapać choć na jeden kawałek keksa, który jest moim ulubionym ciastem – w dodatku jadanym przeze mnie tylko dwa razy do roku z okazji świąt…

     Obchody imieninowe zaczęły się jednak wcześniej, być może właśnie 13 maja, gdy przypadkiem schodziłem z Góry Borowinowej i usłyszałem melodyjny głos trąbek, instrumentu, który szczególnie lubię, a ponieważ zauważyłem, że przed namiotową estradą ustawioną przed dawną Muszlą Koncertową jest sporo wolnych miejsc, przysiadłem się na jednym z nich. Dwóch trąbkarzy grało partię solową znanego utworu, którego nazwy nie zapamiętałem, z towarzyszeniem czteroosobowej Orkiestry Uzdrowiskowej, zredukowanej tamtym razem do dwu osób, w których rozpoznałem pana Marka i jego Śpiewającą Małżonkę produkujących się trzy razy tygodniowo do tzw. kotleta w restauracji „Galicja”. Muszę jednak uczciwie przyznać, że grali i śpiewali naprawdę dobrze, nie fałszując mimo zimna, które usztywnia struny instrumentów, głosowych też. Gościnnie występujący w tym koncercie trąbkarze dostroili się do nich tak, jakby wszyscy razem odbyli co najmniej kilkanaście prób, dosiedziałem więc do końca koncertu, czego absolutnie nie żałuję, mimo iż kiszki grały mi z głodu marsza żałobnego. Szczególnie nie żałuję tego, że byłem świadkiem końcowej prezentacji trąbkarzy, dokonanej przez pana Marka, szefa Orkiestry Uzdrowiskowej. Obok emerytowanego muzyka Filharmonii Rzeszowskiej grał bowiem na trąbce sam… Prezes Uzdrowiska Iwonicz S.A.! Gdy ochłonąłem ze zdumienia, pomyślałem sobie, że ja też bym zagrał, choćby na grzebieniu, jako że w dzieciństwie byłem wirtuozem tego niesłusznie zapomnianego instrumentu muzycznego, gdybym był prezesem spółki akcyjnej, która w okresie tzw. transformacji ustrojowej przejęła za bezcen ogromny majątek niby państwowy, lecz po wojnie zagrabiony prawowitym właścicielom, Załuskim! Ponadto gdyby ten Prezes chciał w ramach ekspiacji rzeczywiście umilić życie kuracjuszom, to chwyciłby za łopatę, a wiceprezes za taczkę, żeby wyrównać i zasypać choć jedną dziurę na pobliskich, tak kiedyś pięknie utrzymanych traktach spacerowych – byłby to na pewno najlepszy upominek imieninowy dla iwonickiego zdroju!

       Niestety, zdjęcia z V Imienin Miasta po dziewięciu dniach po tej imprezie nadal są niedostępne w iwonickim portalu internetowym, będę więc zmuszony pokazać pod tym postem występ innego zespołu przy innej okazji, których jest tutaj bez liku, gospodarze Imieninowego Miasta wychodzą bowiem z jedynie słusznego założenia, z którego wychodził także gospodarz innego miasta, zwanego Wiecznym, niejaki Neron, a które brzmi:  PANEM ET CIRCENSES, czyli CHLEBA I IGRZYSK! Prezes Uzdrowiska Iwonicz S.A. świadomie lub nieświadomie wzoruje się również na Prezesie Cesarstwa Rzymskiego, który wielokrotnie sam występował na scenie jako śpiewak (pisał wiersze), a nawet jako woźnica zaprzęgu, co przyniosło mu popularność wśród plebsu. Na trąbce wprawdzie nie grał, ale podczas swoich występów akompaniował sobie grą na lutni. Innych paraleli wolałbym już nie przeprowadzać, biorąc pod uwagę fakt, że tak jak i większość budynków rzymskich w czasach Nerona Claudiusa Caesara Augustusa Germanicusa, zabytkowa zabudowa Placu Dietla jest w znacznej mierze również drewniana. Wiadomo choćby z sienkiewiczowskiego  Quo vadis, że słusznie oskarżano Nerona o podpalenie miasta, ponieważ wielki pożar i płomienie buchające pod niebo stanowiły świetną oprawę dla jego występu, który miał miejsce w 64 r. n.e., a ten, chcąc odsunąć od siebie podejrzenia, zrzucił winę na chrześcijan, co zapoczątkowało ich prześladowania, w Iwoniczu-Zdroju wręcz niewyobrażalne! Wyobrażalne są natomiast nieustające igrzyska w tym mieście, ponieważ sponsorzy łatwiej dadzą kasę na występ zespołu „Universe”, jako bardziej medialnego, niż załatanie choć jednej dziury w zdrojowych traktach spacerowych! Igrzyska są bowiem dobre na wszystko, o czym doskonale wiedział Neron, szczególnie świetne urządzając po wielkim pożarze Rzymu, by skanalizować wściekłość ludu, który być może także klął na dziury i wystające kocie łby w smrodliwych zaułkach Wiecznego Miasta, ponieważ zawartość nocników wylewano wówczas przez okna, czego na szczęście iwoniczanie nie robią. I byłby zapewne Prezesem Imperium do końca swoich dni, gdyby się nie rozzuchwalił i nie kazał sobie wybudować Złotego Domu na rzymskim pogorzelisku. To było polityczne samobójstwo, po którym musiał odebrać sobie życie. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Jakiż artysta ginie wraz ze mną!”

PONIŻEJ: dawna Muszla Koncertowa, w której mieściła się ponoć Orkiestra Kameralna rzeszowskich filharmoników, bądź iwonicka Orkiestra Dęta OSP, stanowi obecnie jedynie tło dla imperialnej estrady namiotowej (niewidocznej na tym zdjęciu).

                    
02:32, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 maja 2009
Idzie skacząc po górach

      To tytuł najlepszej według mnie książki Jerzego Andrzejewskiego, którą czytałem przed czterdziestu laty, książki napisanej jednym tchem z kropką postawioną dopiero na końcu. Przyszła mi natychmiast na myśl, mimo iż scenka, którą wczoraj zobaczyłem i którą za chwilę opiszę, wydaje się nie mieć nic z tą książką wspólnego. Przypomnijmy, że tytuł tamtej książki jest częścią zwrotu zaczerpniętego z biblijnej, ściślej: salomonowej, a jeszcze ściślej: nieustalonego autorstwa Pieśni nad pieśniami, w której Oblubienica (będąca oprócz lilii także kwiatem polnym) wykrzykuje w pieśni II: Głos miłego mego! Oto on idzie, skacząc po górach, przeskakując pagórki; / podobny jest mój miły do sarny lub do jelonka… W tej cudownej pieśni jest więc tak jak w dniu wczorajszym: ukwiecone łąki na Przymiarkach i sarny błyskawicznie przeskakujące pagórki na widok zbliżającego się wędrowca, czyli mnie. Osiemdziesięcioletni Antonio Oritz, bohater powieści Andrzejewskiego, jest też w pewnym sensie owym miłym z tej pieśni, a jego malarski geniusz pozwala mu iść skacząc po górach w symbolicznym zespoleniu wartości duchowych z cielesnością, mimo iż w sensie fizycznym już nieco chromającą…

      A oto ta wczorajsza scenka. Zbiegałem z Przymiarek lasem w dół, by przeskoczyć asfaltową drogę i wspiąć się ponownie ku „Jaroszewiczówce”, gdy nagle ujrzałem starą kobietę, która wyszła z domu Mieczysława Jakieły, świetnego niegdyś narciarza iwonickiego, przede wszystkim biegowego, a więc miłego memu sercu, który od czterdziestu lat mieszka pod Przymiarkami nad potokiem. To była jego matka-staruszka – opierając się prawą ręką na kiju i posuwając się z trudem kroczek za kroczkiem doszła w końcu do pola ziemniaczanego, znajdującego się o dwa sarnie susy od domu, po czym otarła lewą ręką pot z czoła, pochyliła się nad redlinami i nadal wsparta na tym kiju zaczęła wyrywać chwasty ręką lewą, mimo iż widać było, że jest praworęczna. Po niewielu minutach zaczęła się powoli prostować, znowu otarła pot z czoła, kilka razy westchnęła (stojąc na leśnej drodze wyraźnie widziałem, jak wzdęła się przy tym bluzka na jej przywiędłych piersiach) i z jeszcze większym mozołem niż wprzódy, bo teren w kierunku domu wnosił się dość ostro, cofnęła się tam, skąd przyszła, z tym że nie od razu zniknęła za domem, gdyż przed nim były jakieś grządki ogrodzone niebieskim płotkiem, nad którymi ponownie się pochyliła wsparła ciężko na kiju, by wyrwać kolejne chwasty. I wtedy pomyślałem sobie, że to jej pochylenie nad ziemią ma wymiar odwieczny, powtarza się bowiem od niezliczonych pokoleń kobiet najbliżej z nią spokrewnionych, począwszy od protoplastki jej rodu. A moi czytelnicy dostrzegą bez trudu, iż mimo odmienności płci czy profesji ma ona wiele wspólnego z Antonio Oritzem (ze mną zapewne też), który nawet na starość szedł skacząc po górach! 

                                            

                                 Po prostu Przymiarki… 

        Ten obraz byłby jednak niepełny, gdyby nie ta młoda dziewczyna z sąsiedniego domu, która w tym samym momencie zbiegała pędem w dół ku przejściu nad potokiem – miała rozwiane włosy, a kusa spódniczka ukazywała nogi stworzone do szybowania w powietrzu. A matka Jakieły? W sensie nie metafizycznym, lecz dosłownym będzie coraz wolniej, a mimo to coraz szybciej schodziła w dół, jak tamta biegnąca dziewczyna, jednakże w dół już ostateczny, jak jeden z tych na miejscowym cmentarzu (załóżmy, że wywodząc się z Iwonicza zostanie tam pochowana) z rzędami nagrobków Pernali, Penarów, Kandeferów, Kenarów, Suchów czy Jakiełów oraz z napisami będącymi oby nie pobożnymi westchnieniami: Będę tu czekał (a) na zmartwychwstanie… W jakimś wierszu napisałem, że życie jest najbardziej śmiertelne, natomiast w innym, że śmierć jest miłością życia. Podpisałbym się nadal pod oboma tymi stwierdzeniami, ale to drugie jest mi teraz bliższe. Podejrzewam, że równie bliskie musiało być ono Anieli Aleksiewicz (6 II 1904 – 15 VI 1978), względnie jej dzieciom, co w sensie ontologicznym na jedno wychodzi, żonie legendarnego lekarza zdrojowego, śp. dra Józefa, skoro na jej nagrobku widnieją tylko te słowa: Dwie piękne rzeczy posiada świat – miłość i śmierć.  A refleksja końcowa? PAMIĘTAJĄC O ŚMIERCI NIE ZAPOMNIJCIE O ŻYCIU! 

                                              

                                    No comments

00:52, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 maja 2009
Testosteronowi chłopcy

      Pochodzimy w prostej linii genetycznej od szympansów, a mimo to jak bardzo się w sensie biologicznym od nich oddaliliśmy –  są one bowiem, mimo iż wzrostem i wagą nie różnią się od nas, wielokrotnie  silniejsze, nie dysponują jednak choćby najprymitywniejszymi narzędziami do zabijania. A zatem nasza słabość stała się naszą siłą, stokroć bardziej wydoskonaloną i bezwzględną od najbardziej wydoskonalonej w toku ewolucji siły najokrutniejszych drapieżników…

Gdy patrzymy na występy kulturystów, może się nam wydawać, że pod względem zwierzęcej siły przynajmniej oni mogą dorównać szympansom. Wprawdzie słuchając wypowiedzi owych supermenów można powątpiewać, czy dorównują im również pod względem inteligencji, ale nie to mnie zaskoczyło. Okazuje się bowiem, że ci przypominający greckich herosów młodzi mężczyźni, wyglądający na scenie jak okazy nadludzkiej mocy, a na plaży wzbudzający w kobietach konwulsyjne drżenie ud, są w rzeczywistości słabeuszami i często ledwo powłóczą nogami! Albowiem minuta występu na scenie, gdy prężą mięśnie napompowane prawie do pęknięcia opinającej je skóry, to siedemdziesiąt dni wielogodzinnych ćwiczeń na siłowni i przestrzegania ścisłej diety, bynajmniej nie wzmacniającej, ponieważ jej celem jest zredukowanie tłuszczu do 4% wagi ciała, co jest wręcz zabójcze dla organizmu, dla którego normą jest 12%! Gdyby nie suplementy diety, odżywki, sterydy – cała garść powlekanych tabletek do każdego niskokalorycznego posiłku – ci Testosterone Boys nie mieliby siły nie tylko ćwiczyć, ale nawet utrzymać się na nogach. Przed występami są tak bardzo odwodnieni i słabi, że trzeba im często udzielać medycznej pomocy lub nawet ich hospitalizować. Ich dziewczyny opowiadają, że po pół roku takiego życia – są już nie do życia, a ich agresja rośnie z każdym miesiącem. Ponadto są coraz bardziej zimni uczuciowo – nawet w sensie sprawności seksualnej ich potencja rośnie jedynie w ciągu kilku pierwszych tygodni po rozpoczęciu koksowania się, a później coraz bardziej słabnie, co jeszcze potęguje ich agresywne zachowania; po pewnym czasie stają się impotentami sterydowymi, mogąc być seksualnymi supermenami wyłącznie po zażyciu kolejnych tabletek w rodzaju X-Zyte, zażywanych codziennie. Po czterdziestce grozi im trwała impotencja, której żadne środki farmakologiczne nie wspomogą, no ale wcześniej jest ta minuta na scenie oraz w telewizji – najlepsi z nich stają się idolami innych młodych chłopców marzących o takiej karierze oraz bożyszczami kobiet, zaś ci, którzy zajmują w zawodach dalsze miejsca, postanawiają ćwiczyć jeszcze więcej i brać jeszcze więcej suplementów diety, odżywek, sterydów w nadziei, że kiedyś ta jedna minuta triumfu wybije i dla nich. Tak jak kiedyś wybiła dla Arnolda Schwarzeneggera, późniejszej gwiazdy filmowej i politycznej, u którego nawet szczątkowy mózg jest napompowanym muskułem…

 

          

        Jako kulturysta, Terminator, gubernator stanu Kalifornia

   

02:14, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 maja 2009
Zdehumanizowany świat
      Z tym zdehumanizowanym światem będę żegnał się bez żalu. Ze światem tak mało sokratejskim, gdzie z prostym ateńskim szewcem można było wszczynać filozoficzne dysputy, a nawet ze światem sprzed ostatniej wojny światowej, gdzie stolarz po ośmiogodzinnym dniu pracy w warszawskich tramwajach (stać go było na wybudowanie domu oraz utrzymanie żony i dzieci) mógł rozkoszować się bożym światem, a w niedziele, po wyjściu z kościoła, chodzić na koncerty lub wystawy malarskie, no i kupować prawdziwe obrazy (nie zaś koszmarne malowidła o tematyce religijnej oferowane przez domokrążców). Praca też była wówczas w cenie, nie miała jednak nic wspólnego ze współczesnym pracoholizmem – chorobą naszego wieku, stanem uzależnienia równie groźnym jak te, o których wspominałem w poście Marlboro Man, powodującym zaburzenia najważniejszych sfer życia codziennego i wykluczającym istnienie życia niecodziennego z cudownością świata fizycznego oraz duchowego. Wiem o tym, ponieważ sam w niektórych okresach mego życia byłem pracoholikiem. Obecnie pracoholikami nie są wyłącznie osoby niepewne siebie czy niedowartościowane, lecz takie, które dążąc do osiągnięcia sukcesu oraz prestiżu społecznego stawiają sobie coraz ambitniejsze cele, a z rywalizacji czynią cel nadrzędny. Częstokroć są do tego zmuszane przez pracodawców, ponieważ w wyścigu szczurów nieznane jest pojęcie miłosierdzia. Mogą oczywiście zapomnieć o rozwoju duchowym, nie mówiąc o spontaniczności czy fantazji. Niektórym z nich udaje się zarobić jak na przeciętne płace, przede wszystkim tu, na Podkarpaciu, ogromne pieniądze, więc kupują dobre samochody, stają się właścicielami dużych mieszkań czy domów, które będą jednak musieli spłacać przez dziesięciolecia, przeto ich choroba, czyli pracoholizm, jeszcze się pogłębi, a strach przed ewentualną utratą pracy będą musieli ukrywać w innych uzależnieniach, na przykład w postępującym alkoholizmie. Pamiętam moje przerażenie, gdy przez kilka lat obserwowałem rosnącą wręcz lawinowo degradację duchową kilku młodych i świetnie wykształconych ludzi, którzy w końcu stawali się imbecylami we wszystkich dziedzinach życia poza swoją pracą. W Japonii pracoholizm został już dawno temu nazwany chorobą cywilizacyjną, a termin karoshi, oznaczający śmierć na skutek przepracowania, ukuto w roku 1969.

  Wiadomo z dawien dawna, że wszystko na świecie dąży do równowagi, czego odzwierciedleniem jest choćby ul, więc obok niezliczonej rzeszy pracoholików-robotnic pojawia się we współczesnych społecznościach ogromna armia nierobów-trutni. Niestety, nasz kraj wyhodował ich stosunkowo najwięcej na świecie, stąd nasza bieda. Jednakże w przeciwieństwie do normalnej rodziny pszczelej, gdzie ich jedyną funkcją jest dostarczenie królowej nasienia w pogodny wiosenny dzień, przeto pojawiają się w ulu dopiero na wiosnę, a już na jesieni usuwane są stamtąd przez robotnice, ginąc w krótkim czasie z zimna i głodu (podziękowania za tę informację dla pana Tadeusza Rysza z iwonickiej pasieki „Pszczeli zdrój”), w naszej nienormalnej społeczności bytują aż do końca swego coraz bardziej trutniowatego życia, ginąc najczęściej z obżarstwa bądź przepicia. Niekiedy te ludzkie trutnie są na utrzymaniu starych rodziców, a niekiedy pobierają zasiłki socjalne lub renty chorobowe, co nie przeszkadza im dorywczo pracować na czarno, by zdobyć więcej kasy na papierosy i alkohol, wyłącznie dorywczo, ponieważ trutnie z natury swej pracą gardzą. Każdy z nas widzi mnóstwo takich trutni dookoła siebie, ale nie każdy wie, jak na przykład radzono sobie z tym problemem w czasach Rembrandta, a więc czterysta lat temu. Pisałem o tym w swej książce, już niedostępnej w obiegu księgarskim: Za czasów Rembrandta nie było wprawdzie takich zbiurokratyzowanych instytucji  [jak Ośrodki Pomocy Społecznej], ale nie było również darmozjadów. Obiboków karano chłostą, a gdy to nie pomagało, zamykano ich w lochu, który powoli wypełniał się wodą. Nawet największy leniuch pompował z całych sił, żeby nie utonąć, stając się od tej pory wzorem sumiennego i wydajnego pracownika. Na tym mógłbym ten post zakończyć, ale chcąc wyprowadzić czytelników mego bloga z błędnego być może mniemania, że w siedemnastowiecznej Rzeczpospolitej Obojga Narodów skorzystano z niderlandzkiego wzoru, muszę stwierdzić z ubolewaniem, że tak się nie stało, co odbija nam się czkawką do dnia dzisiejszego. U nas był to bowiem okres kontrreformacji, trwający do końca siedemnastego wieku, zaznaczający się jedynie bujnym rozwojem bractw religijnych, działających między innymi pod hasłem Res sacra miser (Biedny rzecz święta), pozornie bardzo szlachetnym, z tym że dzisiejsi trutnie, wyciągając ręce po zasiłki społeczne, też zaklinają się, że są bardzo biedni. W praktyce okazało się jednak, że siedemnastowieczne przytułki dla ubogich stały się miejscem pijackich burd oraz ekscesów seksualnych, ponieważ jedyną funkcją społeczną trutni jest wszak dostarczanie nasienia królowej – w tym przypadku: królowej jednej nocy, pisanej małymi literami, żebyście nie skojarzyli jej z pięknym kwiatem o takiej nazwie…

                    

            Dwa trutnie-nieroby (są jeszcze inne,  m.in. w Sejmie)

04:32, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 maja 2009
O odnawialnych źródłach energii

Energia oceanów, a także energia geotermalna to niewyczerpalne i odnawialne w nieskończoność źródła energii, której wytworzenie w ogóle nie zanieczyszcza środowiska naturalnego. Świat bez koszmarnych elektrowni węglowych i w razie awarii jeszcze koszmarniejszych elektrowni jądrowych jest możliwy już w niedalekiej przyszłości Najnowocześniejsze baterie słoneczne, które już niedługo będą stanowić najróżnorodniejsze pokrycia dachowe, ponieważ można je dowolnie kształtować i zwijać jak papier, a także magazynować wytwarzaną przez nie energię po to, by wykorzystywać ją podczas  zachmurzenia czy po zmroku, to już nie wizja naukowa, lecz rzeczywistość. Wszelkiego rodzaju przemysły, w tym motoryzacyjny, też drżą w posadach, choć niewiele brakowało, aby to one wytrąciły z posad bryłę świata. Szejkom arabskim nie opłaci się wypuszczać spod piasków ropy naftowej, tego najgroźniejszego dżina, którym już tyle razy szantażowali świat, natomiast rosyjskim bojarom ta sama rewolucja technologiczna obetnie gazopromowe brody, a ich groźny car, czyli gaz, którym w postaci groźby wstrzymania jego dostaw też  szantażują przynajmniej część świata, będzie się odtąd kojarzył jego dotychczasowym odbiorcom jedynie z gazem rozweselającym…

                 

 Kilka przykładów odnawialnych źródeł energii: geotermalna i wiatrowa

01:14, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 maja 2009
Potencjalny pacjencie, lecz się sam!

     Oto mrożąca krew w żyłach informacja podana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO): co roku w szpitalach na całym świecie umiera przeciętnie 200 000 pacjentów z braku wykwalifikowanych pielęgniarek. Jeśli dodamy do tego zgony z powodu błędów lekarskich, wniosek nasuwa się tylko jeden: mimo wszystko lepiej być zdrowym niż bogatym, a najlepiej, rzecz jasna, i zdrowym, i bogatym, bowiem biednemu wiatr zawsze w oczy wieje! Biednym krajom też. Polska nie jest Szwecją ani Szwajcarią (drugą Japonią też się nie stała), więc powinniśmy zastanawiać się znacznie dłużej od przedstawicieli tamtych nacji, zanim zdecydujemy się na przekroczenie szpitalnych progów. Ja zdecydowałem się na ten nierozważny krok tylko raz i jedynie cudem uniknąłem śmierci z powodu rażących zaniedbań tych, którzy z hipokratesową przysięgą na ustach mieli stać na straży mego zdrowia, przeto już wiem, czym to grozi. Na marginesie dodam, że do szpitala poszedłem na własnych nogach, a wywieziono mnie stamtąd po dwu miesiącach na noszach do lodowatego mieszkania bez ogrzewania, bez jedzenia, bez leków, mimo iż miałem je jeszcze przyjmować, ponieważ był piątek po południu, a obiecana przy wypisie ze szpitala pomoc z opieki społecznej nadeszła dopiero w poniedziałek! No, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni – lekarze krośnieńscy nie mieli pojęcia, co mi naprawdę dolega, aplikując mi kroplówki z wszelkimi możliwymi truciznami, w miejsce których napływała w nocy moja krew, ponieważ pielęgniarki bardzo często zapominały je odłączyć i odstawić na bok stojak (innym chorym też) – wyleczyłem się bowiem z moich dolegliwości sam, smagając się pokrzywami i trzy razy dziennie pijąc pokrzywowe herbatki, zawierzyłem bowiem słowom pewnej sławnej zielarki: „Gdyby ludzie wiedzieli, czym jest pokrzywa, niczego innego w swych przydomowych ogródkach już by nie uprawiali!” 

      A lekarzy, których do tamtej pory znałem tylko z filmów, unikam odtąd jak ognia. Czasami mam jednak koszmary senne i widzę tego towarzysza szpitalnej niedoli z sąsiedniego łóżka, starego inżyniera-wiertacza, twórcę niezliczonych  odwiertów złóż gazu, ropy naftowej, ale siarki też, który po przybyciu zaciągał mnie codziennie do okna i pokazywał miejsca, gdzie zanosił do okopów niemieckich bimber oraz machorkę na skręty, za którymi czerwonoarmiści, o, z tamtych okopów na wzgórzu, również przepadali, a po tygodniu leczenia nie na to, co trzeba, mimo iż skamlał do ordynatora: „Ja nie mam żadnego zapalenia płuc, ja mam chore serce!” (rozrusznik serca zdiagnozowano jako dziurę w płucach!), spoczywał na łóżku opuchnięty, sinoblady jak trup, od czasu do czasu poskamlując coraz ciszej na widok każdej osoby w bieli: „Ja… mam… chore… serce…” Wreszcie na obrazie uzyskanym tomografem komputerowym wyszło szydło z worka, co dla ordynatora, niech jego imię będzie przeklęte na wieki, wypasionego „Boga i cara” na tym oddziale, było sygnałem do natychmiastowego wyrzucenia do domu tego osiemdziesięciotrzyletniego biedaka, który na próżno skamlał, by położono go na kilka dni na oddziale kardiologicznym – wyniesiono go bowiem już po godzinie na noszach i wywieziono karetką, tak jak w kilka dni później mnie… Przeto zaklinam wszystkich, którzy przeczytają ten post, aby zamiast skamleć na szpitalnym łóżku: Medice, cura te ipsum! (Lekarzu, lecz się sam!) postanowili sami siebie uleczyć! 

           

              Wojewódzki Szpital Podkarpacki im. Jana Pawła II w Krośnie

02:24, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 maja 2009
Współczesna Atlantyda?

     Ach, jak ten czas przy pisaniu zleciał! Od Wielkiej Nocy minęło już tyle dni! Z powodu gorączki świątecznej nie miałem okazji porozmawiać dłużej z Weroniką, która, jak wspomniałem w poście jej poświęconym, we Wrocławiu studiuje architekturę. Jako studentka osiągająca świetne wyniki nauczania miała ona odbyć podobno wakacyjny staż w zespole, który podjął się zadania z gatunku science fiction, o czym będzie za chwilę mowa. Nawet gdyby te plany miały się zmienić, to z racji jej zainteresowań mogłaby zapewne napisać tekst znacznie ciekawszy ode mnie, no, ale to ja piszę ten blog, więc muszę się jakoś z tego zadania wywiązać.

      Sztuczne wyspy nie są żadną nowością, ale ta budowana w Dubaju, przypominająca liść palmy, widoczna jest nawet z kosmosu. Na The Palm ma zamieszkać w luksusowych willach aż sto tysięcy ludzi. Będzie tam też podwodne miasteczko z akwaparkiem i dziewięciokilometrową rafą koralową, prawdziwą, choć też wytworzoną sztucznie, która ma wyrosnąć już po dwu latach. Taka jest wola sułtana, któremu w dzieciństwie na pewno czytano baśnie Szeherezady. Czy później zainteresowały go pisma Platona? Bo mnie od razu przyszła na myśl Atlantyda, co w pewnym momencie przyszło też na myśl narratorowi tej niezwykłej opowieści na Discovery Science, który jednak utrzymywał, że ta dubajska wyspa, solidnie utwardzona dzięki najnowszym technologiom i zaopatrzona w siedemnastokilometrowy falochron, raczej nigdy nie zniknie w morskich odmętach… 

                                             

                                         The Palm w Dubaju

01:36, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2009
Ścieżka Zdrowia
     Wołtuszowa - wieś lokalizowana na prawie wołoskim w XV wieku. Jedna z pierwszych wzmianek o miejscowości pochodzi z 1470 r. i wymienia wieś Valathoslowa należącą do dóbr Rymanowskich. Wieś zamieszkiwała ludność łemkowska trudniąca się rolnictwem. W 1935 r. wieś liczyła 158 grekokatolików. Ludność wsi została przesiedlona w ramach „Akcji Wisła” na Ukrainę, a zabudowania zostały spalone. Cerkiew z 1899 r. p.w. Opieki NMP została rozebrana w 1953 r. 

     Tę informację bez objaśnienia, że tę cerkiew rozebrano, bo przy remoncie domów zdrojowych potrzebowano dobrego drewna, może sobie każdy ściągnąć z Internetu, ale nie każdy może otrzymać maila od syna Wołtuszowianina, który odezwał się do mnie już w kilka godzin po opublikowaniu przeze mnie postu Jabłoń naznaczona białym krzyżem. Oto fragmenty tego maila: Przyjemnie było poczytać dzisiaj o jabłoniach Wólki, tzn. tam, gdzie była Wólka do 1945 roku. Za tydzień po raz trzeci wyjeżdżam z żoną z Florydy przez Balice do Lwowa na pięć miesięcy, gdzie od lipca mam już mieszkanie. Wolałbym pogadać z Panem oko w oko, może uda się to tego roku, gdy około 17 lipca przyjadę do Gorlic. Proszę o namiary: adres, telefon. I proszę sobie w międzyczasie przeczytać  http://www.lemko.org/wmax_PL.html. Wspomina Pan o duchach Michajła Orysyka, Kuźmy Steciaka, Wasyla Krasowskiego, Andrija Iliasza, Hryhorija Bencza i wielu innych wspaniałych rzeźbiarzy z Wólki.  Hm... wszystkie te nazwiska są mi bliskie. Ola Bencz jest zastępcą ministra kultury Ukrainy…  Podam tylko, że mój ojciec (1917-1995) był rzeźbiarzem z Wołtuszowej, a pochowany jest przy dwóch braciach w wiosce Teofipilka, rajon Kozowa, oblast Ternopil, bo pomarł, gdy był tam jako turysta z Florydy u rodziny. Odwiedzał ich co roku w ostatnich latach. W Teofipiłce mieszkali wysiedleńcy 45 roku z Wołtuszowej, Bałucianki i Wisłoczka http://lemko.org/maps100/Pages/Pg60.html. Uciekam od komputera, bo u Pana ranek, a u mnie nadchodzi północ... lemko vładek Miami Beach 

                     

Oto adresat maila lemko vładek, Walter (Władysław) Maksymowicz, do roku 2005 inżynier w NASA 

          W nagłówku widniało Walter Maksimovich, drugi człon na pewno zamerykanizowany, pyknąłem więc we wskazany link i otworzyła mi się strona: „Więcej o Walterze Maksymowiczu”. Każdy z moich czytelników może tam wejść i zapoznać się z tą  dramatyczną relacją, natomiast nie każdy może udać się w chwilę potem w drogę do Wołtuszowej, a ja zrobiłem to natychmiast po przeczytaniu maila, idąc oczywiście na przełaj przez Przymiarki, gdzie starą drogą zbiegłem do Rymanowa Zdroju. Ściślej do Deszna, połemkowsko-polskiej wsi, bo na wprost mieszkali prawie sami Polacy (nie licząc kilku Cyganów) oraz mieszane rodziny polsko-łemkowskie, a dalej w stronę Bałucianki sami Łemkowie. Po kwadransie znalazłem się przy  bistrze „Pod Dębem”, gdzie zamierzałem skręcić w prawo ku Wołtuszowej, zobaczyłem jednak dziadka klozetowego siedzącego na stołku przed znajdującym się tuż obok zdrojowym szaletem i chyba wspomniany duch Łemków kazał mi do niego zagadać:

     – Dzień dobry…

     – A dobry, dobry, bo słoneczny i ciepły…

     – Jeśli pan stąd, to na pewno pamięta pan, jak wysiedlano Łemków...

     – Jestem z Deszna, ale z północnego, bo w południowym mieszkali sami Łemkowie, którzy mówili Doszno, nie Deszno, a czy pamiętam? Jak dzisiaj, chociaż to było w 1946 roku. A może wcześniej, ale już po wyzwoleniu, chyba w 45 latem, bo siedzieliśmy ciągle w wodzie, tak było gorąco. Byłem wtedy małym chłopakiem, ale sam pan wie, że dzieciaki muszą wszystko zobaczyć na własne oczy i żadna rózga nie zagoni ich do chałupy. O, właśnie tędy, tu, gdzie teraz siedzę, dawnym traktem węgierskim przejeżdżały te furmanki z tymi Łemkami z Bałucianki i Deszna w kierunku Rymanowa, a tu z boku z tymi z Wołtuszowej, furmanka za furmanką, furmanka za furmanką, a oni siedzieli na nich ze zwieszonymi głowami, jakby bali się ludziom prosto w oczy spojrzeć…

     – A co? Żarli się z Polakami?

     – Gdzie tam, panie, my tutaj żyli z nimi naprawdę po sąsiedzku, naprawdę serdecznie, zawsze! Ich było tu dwa razy tyle co naszych, ale nigdy nie dochodziło do żadnych zwad, nigdy! Tu nawet kilka małżeństw mieszanych było, i ci Łemkowie tutaj pozostali…

     – Ale z tego, jak pan ich opisuje na tych furmankach, wynika co innego. A jak mieli się czuć ludzie, których wypędzano na zawsze z rodzinnych stron?

     – Co pan wygaduje? Kto ich stąd wypędzał? Może gdzie indziej robiło to wojsko w ramach Akcji „Wisła", i u nas w chałupie też ci żołnierze mieszkali, ale ci z Deszna sami, dobrowolnie wyjechali do swoich ukraińskich braci…

     – A kto ich prześladował i mordował w czasie okupacji, że nie widzieli wyjścia i musieli stąd uciekać?

     – Tego to ja, panie, nie pamiętam, ale chałup to im nasi nie spalili. Cerkiew rozebrali później Lubatowianie na budowę Domu Ludowego, bo jej upowcy nie puścili z dymem, ale chałupy to właśnie upowcy spalili, gdy Łemkowie stąd wyjechali. Sam ich z ukrycia widziałem, dzicy byli i straszni, żagwie w łapach, a piana na pyskach, ale ludzie mówią, że łemkowscy desznianie im sprzyjali. Nauczyciele w szkole też nam to samo mówili – i żeby nie żałować dawnych koleżanek i kolegów, chociaż nie powiem – dobrze nam się z nimi bawiło… Czasem ci Łemkowie tu teraz przyjeżdżają, ale  ci, którym z tej biedy udało się wyrwać za ocean, to nie chodzą z takim starym plecakiem jak pan…

     – Przyjeżdża tu także z Ukrainy Iwan Krasowski, który jest etnografem…

     – A… ten pan profesor ze Lwowa, bo Krasowscy są stąd…

     – A takie nazwisko jak Iwan Bebło coś panu mówi?

     – Chyba nie…

     – Też pochodzi z deszniańskich Łemków, ale budował Lwów…

     – No, proszę, a dawniej te Łemki ni czytaty, ni pisaty! Ale muszę już pójść do środka i sprawdzić, czy mi goście posadzki nie zaszczali albo deski na ustępie nie obsrali, bo różni ludzie tu przychodzą…

     Spojrzałem jeszcze w ślad za nim, bo w tego starego człowieka też wpisała się historia wysiedlenia Łemków z tych stron, po czym udałem się ku Wołtuszowej. I na samym wstępie miła niespodzianka. Duża tablica ufundowana przez Gospodarstwo Agroturystyczne „Dom pod Lipą”, znajdujące się podobno w Desznie, a na niej wszystkie podstawowe informacje o Wołtuszonej wraz z dwiema strofkami, z których drugą zapisałem: Wołtuszowa, choć śpi snem Łemków okryta, / Budzi się dla Ciebie i na nowo świta, / Woła szumem potoków i szelestem kniei / „Jam źródłem radości, jam źródłem nadziei…” Już zatem na samym początku drogi z wypielęgnowanymi trawnikami na poboczu wiedziałem, że na miejscu tej dużej połemkowskiej wsi, bliskiej sercu pana Waltera Maksimovicha, zachowały się jedynie cztery studnie, trzy podmurówki (piwnice), cmentarz oraz kamienna kapliczka z końca XIX wieku. Niewiele. A później szedłem drogą asfaltową bez żadnego wyboju (!) wzdłuż Czarnego Potoku, by przy kolejnej tablicy ustawionej tym razem przez Nadleśnictwo Rymanów dowiedzieć się, z kim ci Łemkowie tutaj bytowali, skoro jeszcze dzisiaj można się z tymi ich pobratymcami spotkać: m.in. z sarnami, jeleniami, dzikami,  żbikami, wilkami, niedźwiedziami oraz orłami. A po dziesięciu minutach skręciłem w prawo, będąc już na właściwej drodze, która zaprowadziła mnie aż do Wołtuszowej.

                     

Hm, WOŁTUSZOWA WITA …opisanymi przeze mnie resztkami dawnej wsi łemkowskiej 

    

02:12, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
Ścieżka Zdrowia cd.
 W przeciwieństwie do połemkowskiej Wólki, gdzie jeszcze teraz zaciera się ślady po dawnych mieszkańcach tamtych ziem, tu dzieje się wprost przeciwnie. Przynajmniej ostatnio, bo wcześniej różnie z tym bywało, o czym świadczą zniszczone nagrobki na wołtuszańskim cmentarzyku, jeden z nich z roku 1889.  Widoczne jest to zresztą wszędzie w rymanowskich lasach, czyściutkich, wręcz wypielęgnowanych. Nadleśnictwo Dukla, które z lasów otaczających iwonicki zdrój zrobiło jedno wielkie śmietnikowisko (patrz: post Obraz nędzy i rozpaczy), nie dorasta temu nadleśnictwu nawet do pięt! Nieco mnie tylko zadziwiła świetnie poznakowana „Ścieżka Łemka” – dlaczego w liczbie pojedynczej? Biegnąca obok dawnej drogi, werżniętej w wielu miejscach w grunt tak, że skryłby się tam woźnica siedzący na wozie, jest wprawdzie wąska, ale nawet jeśli taka była i przed ponad sześćdziesięciu laty, to Łemek z żoną i dziećmi mogliby przecież iść po niej gęsiego! Szedłem i szedłem myśląc sobie, że dobrze się stało, iż dawną drogę konną zatarasowały w wielu miejscach konary i pnie zwalonych drzew, bo przynajmniej nie pędzą po niej z rykiem (tak jak w Iwoniczu-Zdroju) motocykle i wszelkiego rodzaju pojazdy terenowe. Przystawałem  po drodze obok ogrodzonych i oznakowanych tabliczkami połemkowskich studni oraz podmurowanych piwniczek. I jedne, i drugie to prawdziwe cudeńka architektoniczne! Wszystkie zbudowane z płaskich kamieni wypłukiwanych z gruntu przez deszcze lub potoki. Studnie, jak najbardziej okrągłe, z kamieni płasko nakładanych na siebie, tak samo jak podmurówki piwnic czterometrowej długości i półtorametrowej szerokości, dość niskich, więc przy wchodzeniu do nich trzeba się było trochę pochylić. Jedynie ich łukowe sklepienia robiono z płaskich kamieni ustawianych na sztorc. I to wszystko zaprawiane tylko wiatrem!  Ale mimo iż nad tymi piwniczkami nie ma już chałup (chyży), więc od tylu lat wystawione są na śniegi i deszcze, jedna z nich przetrwała w prawie nienaruszonym stanie do dzisiaj! A później poszedłem na Połoninę Beskidzką, po drodze mijając ławeczki przy punktach widokowych, na których na pewno nie siadywali Wołtuszanie, by podziwiać wschody czy zachody słońca, bo mieli je we krwi. Widać, gdzie wypasali owce i bydło, i widać, gdzie były pola uprawne, ponieważ żaden idiota ze spychaczami się tu nie panoszył,  i tarasy sztucznie przez Wołtuszan zrobione, teraz zarośnięte trawą, widoczne są jak okiem sięgnąć. Ponieważ z Iwonicza-Zdroju wyszedłem dopiero w południe, na wołtuszańskiej połoninie zaczęło się już zmierzchać, przeto  trzeba było, choć rozstawanie się z tym całym dookolnym pięknem przychodziło mi  z trudem, schodzić ku Cerkwisku, żegnany podskokami pasących się saren. A przy Cerkwisku, miejscu po dawnej cerkwi otoczonym wiekowymi lipami, z której pozostały jedynie kamienie z cerkiewnego ołtarza oraz porośnięta mchem chrzcielnica, nagle przeżyłem szok, bo obok niej przebiega Ścieżka Zdrowia aż do samego Deszna, obecnie Rymanowa-Zdroju! Chyba rozumiecie – to, co pozostało po Wołtuszowej, to właściwie miejsce pamięci, uświęcone tylowiekową bytnością Łemków na tych ziemiach, przerwaną w niezwykle dramatycznych okolicznościach, a tutaj: SKŁONY BOCZNE TUŁOWIA, PODCIĄGANIE SIĘ NA DRĄŻKU DO POZYCJI PODPARTEJ, SKOK PRZEZ PRZESZKODĘ, UGINANIE I WYPROSTOWYWANIE KOLAN, POMPKI etc.! Niech się gimnastykuje autor tego idiotycznego pomysłu, a być może, jak mawiał imćpan Zagłoba, trochę oleum napłynie mu do łba! Nie chodzi jednak o to, by ci, którzy znajdą się na tej Ścieżce, pojęli, dlaczego (patrz symbole rysunkowe) ten, kto biegnie, a więc jest zdyszany, ma wykonywać piętnaście pompek, uginać i wyprostowywać kolana dziesięć razy, a ten, kto sobie spaceruje, a więc jest znacznie mniej zmęczony, ma robić tylko sześć pompek i tylko pięciokrotnie uginać i wyprostowywać kolana itp.? Rzecz w tym, że propozycja uprawiania ćwiczeń w tym miejscu jest tak samo niestosowna, jak gdyby ludziom zwiedzającym były obóz zagłady Oświęcim-Brzezinka (Auschwitz-Birkenau) zaproponowano, by ustawili się do apelu na złowrogim Appelplatz – z zaleceniem by jedni stali na baczność w bezruchu przez pół nocy, a inni przez całą noc…
02:09, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 maja 2009
O kometach słów kilka

     Komety mogą przynosić życie, lub zagładę. Przed ponad trzema miliardami lat, bombardując jałową Ziemię, przyniosły wodę, a więc życie. Później niewiele brakowało, aby uderzenie komety doprowadziło do zniszczenia życia na naszej planecie, ale przyniosło zagładę tylko stworzeniom żyjącym na jej powierzchni, przede wszystkim dinozaurom, co akurat nam, ludziom, wyszło na dobre, ponieważ spod ziemi mogły wreszcie wypełznąć stworzenia, które uratowały się z katastrofy, zwane później ssakami. Ślad po upadku tego meteorytu można odnaleźć w lasach Amazonii; siła tego uderzenia była dość znaczna, bo oblicza się ją na sto milionów ton trotylu, ale wcześniej nasza planeta, na szczęście jeszcze wówczas niezamieszkana, musiała być świadkiem znacznie potężniejszych fajerwerków. U pradziejów Ziemi wielkich komet, resztek poplanetarnych, było takie mnóstwo, że chcąc nie chcąc musiały zderzać się z czym popadnie, dzisiaj jest ich już stosunkowo niewiele, więc mogą  – ale nie muszą  – omijać Ziemię, niekiedy w niebezpiecznej odległości, więc nadal są  dla nas, ludzi, śmiertelnie groźne, o czym doskonale wiedzą zajmujący się nimi naukowcy, którzy z niepokojem obserwują trajektorie ich lotów. Jednakże nawet oni nie wiedzą, jak długo możemy spać spokojnie w kojącym poszumie deszczu komet o miniaturowych rozmiarach, które bez przerwy spadają na Ziemię; zakładom oczyszczania miast te marne sześćdziesiąt tysięcy ton kosmicznych śmieci rocznie też nie spędza snu z powiek… 

                        

                                 Przelot komety w pobliżu Ziemi  

      A oto ciąg dalszy tego, co na swój prywatny użytek nazywam kometologią. W mitologii rzymskiej czczono Jowisza pod różnymi przydomkami, takimi jak Iuppiter Stator (Ten, który wstrzymuje uciekające wojsko) czy Iuppiter Victor (Zwycięzca). Wielka szkoda, że ten kult wraz z towarzyszącymi mu wspaniałymi igrzyskami nie trwa do dzisiaj, ponieważ po tym, co obecnie wiemy o jego planetarnym imienniku, należałoby tej największej planecie naszego układu słonecznego nadać przydomek Zbawca Ziemi (byłbym wdzięczny, gdyby jakiś łacinnik wpisał w komentarzu pod tym postem nazwę łacińską). Ziemianie, którzy od czasów plemiennych oddawali cześć religijną nawet drzewom czy zwierzętom, Słońcu i Księżycowi zresztą też, zupełnie zapomnieli o tej zbawczej dla nich planecie, mimo iż była ona im znana już w starożytności.To, że Jowisz wielokrotnie ratował Ziemię, a w każdym razie życie na niej, przed całkowitą zagładą, wiemy oglądając jego tarczę, poznaczoną przez blizny po potwornych uderzeniach wielkich meteorytów; najnowsza blizna po uderzeniu w powierzchnię Jowisza komety powstała niedawno, bo w roku 1994; najbardziej przerażające w tym wszystkim jest to, że blizna ta jest wielkości Ziemi! 

                    

Barringer Crater w Arizonie1200 m średnicy, 200 m głębokości

 

00:31, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 maja 2009
Jabłoń naznaczona białym krzyżem

     Idąc na Przymiarki nie mogę nie myśleć o Łemkach, którzy od niepamiętnych czasów tam bytowali (mająca temu przeczyć teoria migracji wołoskiej została wysunięta przede wszystkim przez badaczy polskich, których prace „naukowe” niekiedy zatrącają o absurd; patrz: Łemkowie zapomniani Polacy niejakiego Bartoszczuka), ale nie tylko tam. Przecież Iwonicz był aż do czasów Załuskich Iwańcem, więc nie od św. Iwona ta nazwa się wywodzi. A jego piętnastowieczni właściciele, kmiecie Boczek i Benesz, właśnie od owej rusińskiej nazwy wywiedli swe rodowe nazwisko, mianując się Iwanieckimi. Bezwzględni koloniści, i polscy, i niemieccy, spychali stopniowo Łemków coraz wyżej aż ku Przymiarkom, „zachęcając” ich do tego groźbami lub siłą, bądź marnymi groszami, za które wykupywali ich ziemie w latach dla nich naprawdę głodowych, choć nie aż takich jak lata 1847-49 oraz 1873-74, gdy wskutek głodu lub epidemii cholery wymarła prawie połowa mieszkańców łemkowskich wiosek, w tym Wólki! Zastanawiające jest jedno: dlaczego większość autorów rzekomej historii Iwonicza (zerknijcie do google’a) jak ognia unika wzmianki o tym, że Iwonicz to właśnie były Iwaniec (patrz: przypis)?

     Czego się wstydzą? O czym woleliby zapomnieć jako potomkowie dawnych kolonistów? W domach pożydowskich też niektórzy z nich mieszkają, więc rzeczywiście muszą mieć pamięć wybiórczą! A jeśli chodzi o Łemków, to wystarczy przypomnieć, że Stefanową Dolinę, przez którą szlakiem wiodącym na wprost skoczni narciarskich poprzez Przymiarki można dojść do Rymanowa-Zdroju, wykupili od nich Załuscy dopiero po pierwszej wojnie światowej. Przedwczoraj szedłem tam jednak od strony lubatowskiej Turkówki i zaledwie znalazłem się w połowie drogi, a już zacząłem odczuwać ich obecność, która wzrastała z każdym kolejnym metrem. Jest to zapewne tylko ich duch, o którym w niedawnym poście wspominał chłop z koniem, ale na tyle potężny, że nie pozwala mi w tym miejscu zrobić nawet stu kroków, bym choć przez chwilę o nich nie pomyślał. Absolutnie nie pojmuję, dlaczego ja, przybysz z mazowieckich nizin, mam być kronikarzem ich losu, a raczej resztek tego losu w postaci ostatnich połemkowskich drzew, które trwają obok już nieistniejących chyży nie tyle na przekór przyrodzie, bo ta je chroni w swej przedziwnej szczodrobliwości, ale bezdusznych ludzi, którzy przybywają tu z piłami motorowymi i spychaczami jako najczarniejsze spośród aniołów zagłady?

 

  

 Chyża ze wsi Przysłup (pow.gorlicki)    Najstarsza  zachowana fotografia Łemka 

     Hm, skoro tam, na nizinach, coraz bardziej słabłem i miałem wrażenie, że niedługo pożegnam się z życiem, a tu w górkach jestem coraz silniejszy i wyraźnie młodnieję wbrew metryce, to jakie są naprawdę moje korzenie? Nie czas jednak nad tym deliberować w miejscu, gdzie ogromne czereśnie, których jeszcze nie ścięto i nie zepchnięto wraz z karpami ku potokowi widniejącemu w dole, niedawno zawiązały owoce. Cofam się zatem do tego momentu przed dwoma dniami, gdy zostałem przez owego ducha wręcz zmuszony do zatrzymania się, by na ściętym buku zapisać w notesie to, czego dowiedziałem się przed kilkoma dniami i co mogłoby w innym razie zatrzeć się w mojej pamięci: Ci Łemkowie z Wólki rzeczywiście zniknęli stąd jak duchy wczesną jesienią 1945 w wyniku akcji przesiedleńczej zapoczątkowanej umową z dnia 6.09.1945 r. pomiedzy PKWN a władzami Ukrainy Sowieckiej. Ściślej: wyjechali na Ukrainę po agitacji sowieckich funkcjonariuszy niby dobrowolnie, nieprzymuszeni do tego siłą przez władze polskie jak Łemkowie z innych stron, usunięci w większości ze swoich ojcowizn przymusowo (do końca 1946 roku opuściło swoje ziemie około siedemdziesiąt tysięcy Łemków), zanim rozpoczęła się akcja „Wisła”, podczas której wypędzono na Ziemie Odzyskane pozostałych Łemków (od 25 do 40 tysięcy)…

     Pretekstem do ostatecznego rozwiązania kwestii łemkowskiej w ramach akcji „Wisła” była w marcu 1947 roku śmierć gen. Karola Świerczewskiego, wcześniej generała majora Armii Czerwonej, który w wojnie polsko-bolszewickiej na własną prośbę walczył z oddziałami Wojska Polskiego i w roku 1920 został dwukrotnie ranny w bitwie pod Chobnoje. Pretekstem, ponieważ już w czasie bitwy o Przełęcz Dukielską, czyli na jesieni 1944 roku, miały miejsce pierwsze „dobrowolne” deportacje Łemków aż za Dniepropietrowsk. Tam zmuszono ich do pracy w kołchozie. Wychowani w biedzie szczególnie dotkliwej na przednówku, gdy liczył się każdy ziemniak, byli początkowo zaskoczeni, gdy podczas wykopków brygadier poganiał ich, zirytowany, że dokładnie rozkopują redliny motykami. Wreszcie wrzasnął: „A co będziecie jeść w zimie? Słomę?”  Od tamtej pory wykopywali ziemniaki jak popadło, a po resztę przychodzili nocą, dzięki czemu przetrzymali zimę. Ale z wiosną już byli z powrotem. I znowu ich deportowano. Aż do skutku.

     Nie odnosi się to jednak do mieszkańców Wólki, już niedługo po ich wyjeździe nieistniejącej, gdyż ci nie mieli dokąd ani po co wracać. Trzeba być jednak człowiekiem bardzo ograniczonym, by wierzyć w tę ich rzekomą „dobrowolność”! Istnieje przymus pośredni i przymus bezpośredni – „wyjeżdżali głównie ci, którzy byli zastraszeni przez polskie podziemie i wojsko”. To był młot, a kowadłem były sotnie UPA, które też nie próżnowały. Łemkowie z Wólki z racji zamieszkiwania na przymiarkowskim odludziu musieli być poddawani szczególnej presji ze wszystkich stron, skoro już w połowie 1943 roku zaczęli tracić więź z odwiecznymi sąsiadami, iwoniczanami, odpowiadając wrogością na odczuwaną wrogość z ich strony, spowodowaną przede wszystkim stacjonowaniem w dworze Załuskich w Iwoniczu wsi batalionu SS Galizien, w którego skład wchodziło sześciuset ukraińskich ochotników z terenu Galicji – szeptana plotka głosiła, że znaczna część nich to Łemkowie, co według mnie było zwyczajną brednią, niepotwierdzoną przez żadnego poważnego historyka…

     Kapitalnym świadectwem tego stanu rzeczy jest wydana w roku 2007 książka „Na przekór i na bakier” Ryszarda Sługockiego, warszawianina, który ostatnie lata okupacyjne spędził w Iwoniczu-Zdroju. Poznałem go osobiście i chyba nie udało mi się go przekonać, iż nie jest prawdą to, co napisał w rozdziałach „Do Deszna przez Wólkę” oraz „Cisza przed burzą”. Fakt, że dzieci z Wólki rzucały za nim i jego ośmioma kolegami-narciarzami śnieżkami i grudami lodu, a w drodze powrotnej kilkoro wyrostków czekało na nich ze sztachetami (jeden z nich miał widły do siana), ale to jego kolega strzelił z pistoletu na postrach i mimo to Niemcy się o tym od mieszkańców Wólki nie dowiedzieli. Fakt, że baba z Wólki oszukała jego matkę na maśle, formując piękny czubek z masła na kubku wypełnionym powietrzem, a zdemaskowana wykrzykiwała schodząc po schodach: „My tu pryjdiom i wam Lacham gorła podrezajem!”, ale autor mija się z prawdą, piszac, że „w łemkowskich wsiach Niemcy znajdowali ochotników do SS-Galizien i ukraińskiej policji”, a tym bardziej, że „wielu chłopaków z tej wsi i z Bałucianki poszło ochotniczo do SS-Galizien”!

     Trzydzieści siedem rodzin wyjechało z Wólki w większości na Ukrainę, gdzie osiedli w okolicach Tarnopola i Lwowa. Ich potomkowie nadal tam mieszkają i oczywiście tak jak ich ojcowie czy dziadowie nadal przepięknie rzeźbią w drewnie, ba, ich prace, tak jak prace ich ojców czy dziadów eksponowane są nie tylko w wielu muzeach ukraińskich, bo zachodnioeuropejskich też. Ze dwie rodziny przeniosły się jednak stamtąd do Borysławia, bo tam dochodziły już, jak mawiali starzy, wiatry od Cergowej czy od Suchej Góry. Pan Józek Such mówi, że odwiedził ich kiedyś, przyjęty przez nich ze wzruszającą gościnnością. Jego dziadek, wielki kawalarz, opowiadał, że kilku kraśnym Łemkiniom kupił na długo przed wojną ładne majtki, których one przedtem nie nosiły – były uszczęśliwione i starały się mu odwdzięczyć jak mogły. Nawet jeśli pan Józek sprecyzował, na czym te dowody wdzięczności polegały, to ja wolę nie pamiętać, że chodziło na przykład o jajka i śmietanę, by puścić wodze wyobraźni, bo na starych fotografiach widać, że były to diwki, czyli dziewczyny, naprawdę hoże! To oczywiście żart, bo tak naprawdę to chodzę po miejscach, po których one kiedyś chodziły, po to, by usłyszeć ich śmiech osypujący się jeszcze przed kilkoma tygodniami w kwiatach czereśni…

     Te zapiski w notesie miały być w moim zamierzeniu kolejnym komentarzem do postu Dwie pary, gdzie wspomniałem o dawnej łemkowskiej drodze, ale ten duch wiedział aż za dobrze, że stanie się inaczej, gdy tylko znajdę się na samej górze, ponieważ stamtąd musiałem natychmiast dostrzec, co się na połemkowskiej ziemi dzieje! Od razu dobiegł do moich uszu z sąsiedniego wzgórza dziwny rumor i po chwili dostrzegłem dwa spychacze, będące dowodem na to, że wymazywanie ostatnich śladów materialnych bytności Łemków na terenie dawnej Wólki trwa nadal! Spychacze te zasypywały właśnie utworzoną przez wody spływające ku potokowi głęboką nieckę ziemią zgarniętą z wybrzuszeń na tym wzgórzu, na których zapewne siadywali łemkowscy pasterze rzeźbiąc w drewnie lipowym przeróżne pamiątki (talerze, tace z motywami liści drzew górskich poprzeplatanych gronami winorośli lub szkatułki z płaskorzeźbami na wieczkach w postaci stylizowanych liści czy kwiatów, ale także dzikich zwierząt i orłów) ku zachwytowi iwonickich kuracjuszy i gości zdrojowych, a pożytkowi ubogich mieszkańców Wólki, którzy nigdy nie śmierdzieli groszem. Poeta Władysław Bełza, posługujący się tak jak i inni podczas wędrówek wokół zdroju palicami, czyli laskami zakończonymi rączką z głową lwa, a dodatkowo zdobionymi stylizowanymi korzeniami, liśćmi i winogronami, pisał, że posługiwali się przy tej pracy prymitywnymi narzędziami, nie precyzując jednak, że robili je sami ze starych pilników, kos, względnie brzytew. I jeszcze jedna informacja: WSZYSCY MIESZKAŃCY WÓLKI BYLI RZEŹBIARZAMI, oczywiście mężczyźni, ponieważ kobiety zajmowały się hafciarstwem, równie mistrzowskim…

     Myślę o tym patrząc na spychacze, które kończą pracę przed zapadnięciem zmierzchu. Natychmiast tam idę, miotając w ślad za nimi przekleństwa. Niech spadną one na głowę obecnego właściciela tych połemkowskich ziem, bezprawnego ponad wszelką wątpliwość, nawet gdyby mi wymachiwał przed oczami tysiącem akt kupna-sprzedaży, za to, że nie ma w sobie za grosz zmysłu historycznego, a także ludzkich uczuć, bo gdyby je miał, to by chociaż oszczędził tę jedną starą, lecz pięknie kwitnącą jabłoń spośród dziesiątków, które już wyciął i zepchnął spychaczem wraz z wykrotami w dół potoku, choć tę jedną jabłoń, rosnącą na swoje nieszczęście nieco wyżej, na skraju łąki, i dlatego jej pień naznaczono białym krzyżem, trochę większym od tego, którym znaczono plecy akowców-skazańców z pobliskiej Lubatowej, nim 24 lipca 1944 roku nie rozstrzelano ich w Lesie Grabińskim. Ja jestem bezsilny, ale duchy Michajła Orysyka (1885-1946), Kuźmy Steciaka (1886-1946), Wasyla Krasowskiego (1895-1975), Andrija Iliasza (1864-1942), Hryhorija Bencza (1905-1988) i wielu innych wspaniałych rzeźbiarzy z Wólki nie wybaczą nikomu tej zbrodni dokonanej na niewinnym drzewie i będą kierowały rękami oraz dłutami swych synów: Stepana Orysyka (ur. 1930, żyje w Truskawcu), Iwana Steciaka (ur. 1919, żyje w Bereżanach), Andrija Krasowskiego (ur. 1934, żyje w Truskawcu)  i wielu innych, by ci wyrzeźbili oskarżycielską Drogę Krzyżową tych łemkowskich ziem oraz drzew owocowych wraz ze wszystkimi stacjami ich ponad sześćdziesięcioletniej męki.

                  

Połemkowskie potoki wyglądają jak prawdziwe dżungle, z tym że straszą tam obecnie jedynie puszczyki.

01:46, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »
sobota, 16 maja 2009
Towarzystwa wzajemnej adoracji

     Mówimy o nich z przekąsem, z wydźwiękiem zawsze pejoratywnym, jeśli są to towarzystwa, w których sami nie uczestniczymy, zastanówmy się więc, skąd się one biorą i  z jakich potrzeb ludzkich się wywodzą? Zwierzęcych, rzecz jasna, też, ponieważ jesteśmy przede wszystkim zwierzętami, począwszy od funkcji wydalniczych, a skończywszy na funkcjach naśladowczych, polegających na przyjmowaniu od innych rzeczy, które wydają nam się warte adaptacji w naszych wnętrzach. Im bardziej pustych, tym bardziej wymagających wypełnienia czymkolwiek, nawet duchowym śmieciem, na którym kładziemy dla kamuflażu pozłotę. Mówimy często, by usprawiedliwić te Bogiem a prawdą złe wybory, że na tym polega postęp, mnie jednak interesował zawsze kryjący się za tymi wyborami regres. Stosunkowo niewielu ludzi, na szczęście dla nich, rozczytuje się w moich refleksjach, więc niewielu z nich obruszy się na moje słowa, umiłowanie prawdy (filozofia) już od czasu tragicznej śmierci Sokratesa przestaje bowiem interesować tych, którzy daliby się pokroić żywcem wyłącznie za to, co uważają za własną prawdę, oczywiście bez użycia żadnego ostrego przedmiotu, na przykład noża, ponieważ ludzkie tchórzostwo, zdobione słownym heroizmem, jest uderzające. Ale to właśnie na styku tych dwu paskudnych postaw rodzą się towarzystwa wzajemnej adoracji. Na poniższym zdjęciu znajdziecie najprostszy model takiego układu towarzyskiego, gdzie wzajemne ple-ple wzbogacane jest achami i ochami; są oczywiście układy bardziej złożone, grupujące do kilkudziesięciu osób, ale zasady ich funkcjonowania są identyczne.   

                    

                 Najprostszy model Towarzystwa Wzajemnej Adoracji 

     Mój pogląd na nie został już z grubsza wyłożony, byłem jednak ogromnie ciekaw, jak na to patrzą inni. W dobie Internetu przeprowadzanie ankiet wydaje się zajęciem mało sensownym, a w dodatku bardzo kosztownym dla podatników, których chyba aż tak bardzo nie interesuje to, co inni ludzie myślą na jakiś temat, ponieważ zazwyczaj mają wyrobione zdanie na każdy temat. Jednakże na własny koszt (opłacam usługę neostrada tp) mam prawo miotać się w internetowej sieci przez okrągłą dobę. Wystarczy w którejś z największych przeglądarek internetowych wpisać „towarzystwa wzajemnej adoracji”, a natychmiast (w niespełna pół sekundy) wyświetli się nam mnóstwo (około dziewięćdziesiąt tysięcy) informacji, w których możemy zanurzyć naszą badawczą myśl. Nawet jeśli jesteśmy z natury dość pokorni, nauczy nas to jeszcze większej pokory, ponieważ okaże się, że nie zjedliśmy wszystkich rozumów. Z braku miejsca wymienię jedynie kilka z możliwych sposobów wzajemnych adoracji. 1) Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, czyli Forum Atrakcyjnych Osobowości  – działające pod hasłem rzeczywiście atrakcyjnym: Do what you like, like what you do, czyli Rób, co lubisz, polub, co robisz. A co robią na tym forum owe osobowości uważające się zapewne za atrakcyjne? Oczywiście wypisują różne nonsensy (już prawie 200 000 wiadomości!). 2) Encyklopedia Strzelcowa: Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. Już myślałem, o naiwny, że chodzi tu o Towarzystwa Strzeleckie, czyli Bractwa Kurkowe, wyodrębniające się z szarego tłumu przeciętnych zjadaczy chleba przynajmniej bajecznie kolorowymi strojami, ale moje iluzje rozwiał Główny Strzelec, oświadczając, że jego Towarzystwo, zwane w skrócie TWA, ma wyłącznie na celu rozwiać mity na temat trzęsącego forum i pewnie całym światem ugrupowania żydo-komuno-masonerii – osławionej Grupy Trzymającej Władzę. 3) Towarzystwo Wzajemnej Adoracji grupy usenetowej POL.SOC.SEKS.  Władze tego Towarzystwa, przynajmniej w nim trzymające władzę, same proponują wymienne dla siebie nazwy: Związek Erotomanów Gawędziarzy lub Stowarzyszenie Internetowych Zboczeńców. Wystarczy? Bo ja miałem dosyć po przejrzeniu ofert zaledwie trzech pierwszych z tysięcy innych TWA, skrzydlatych, nieformalnych, zmotoryzowanych, muzycznych, szachowych, turystycznych, no i  literackich, do których z racji mej profesji mógłbym zapewne wstąpić jako zwyczajny członek, ponieważ funkcje kierownicze sprawują już z całą pewnością najgorsi grafomani!

01:54, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2009
Zawód: upychacz ludzi w wagonach metra

     Dzięki inżynierii genetycznej będziemy mogli już niebawem sterować procesami ewolucji naszego gatunku. Naukowcy twierdzą, że jest to konieczne, ponieważ w innym razie na pewno byśmy nie przetrwali w perspektywie kolejnych milionów lat. Pytanie tylko, w jakim kierunku podążą te zmiany? W sensie ogólnym zapewne w pożądanym. Nie będziemy obciążeni błędami genetycznymi, a zatem niektórzy ludzie nie będą widzieli dźwięków w postaci kolorów, a równocześnie czuli ich w postaci różnych smaków, ktoś inny nie urodzi się wprawdzie jako ślepiec, ale zarazem nie zostanie malarzem, obdarzonym niezwykłym wyczuciem nie tylko barw, ale nawet perspektywy. Wszyscy będą mieć najwyższy poziom inteligencji (ja mam według testów bardzo niski), będą znacznie bardziej zdrowi niż obecnie, no i długowieczni. Już obecnie widać, do czego to doprowadzi – na przykład w Japonii ludzi upycha się w wagonach metra siłą jak sardynki, na ulicach wszyscy depczą sobie po piętach, ale nawet we własnych mieszkaniach muszą starać się wykorzystać każdy metr kwadratowy do maksimum, czyli do niezbędnego minimum. W dodatku ci żałośni potomkowie kamikadze w swoich obowiązkowych quasihełmofonach, bo trzeba jakoś dzięki walkmanom odgrodzić się od tego klaustrofobicznego świata, ani myślą o kolejnych podbojach, czyli następnych wojnach światowych – w sensie demograficznym błogosławionych, nawet gdyby zabrzmiało to nieludzko, ponieważ trzęsienia ziemi pochłaniają tam zbyt mało ofiar, co nie dziwi, skoro japońscy inżynierowie wpadli na idiotyczny pomysł budowania pneumatycznych domów odpornych na wstrząsy sejsmiczne…

             

                Tokio, tak było kiedyś….           …a tak jest dzisiaj   

      Wstrząsy sejsmiczne bywają niekiedy zbawienne, przynajmniej dla najwyższych łańcuchów górskich na naszym globie, które powstały w wyniku napierania na siebie kontynentów po rozpadzie Pangei, są zatem stosunkowo młode, ponieważ liczą sobie zaledwie pięć milionów lat. Mimo to już dawno by ich nie było – sama Amazonka z dorzeczami porywa rocznie z Andów około pięć miliardów ton skał. Na szczęście dzięki ruchom tektonicznym ziemi góry wciąż rosną. Niekiedy, podczas gwałtownego trzęsienia ziemi, wręcz na naszych oczach – nie o dwa centymetry rocznie, ale aż o pięć metrów w ciągu kilku sekund!

01:35, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 maja 2009
Graffiti

     Jest to zapewne sztuka. Nawet jeśli potworne bohomazy niszczą fasady zabytkowych budynków. Potrafią pokryć wszystko, pociągi też, gdy nie są w ruchu. Ale później już są w ruchu, przypominając niekiedy pokryte w całości kolorowymi tatuażami ciała zatwardziałych przestępców z więzienia stanowego San Qentin, o którym śpiewał Johnny Cash. Graffiti oznaczało rysunki lub napisy na ścianach, kamieniach i naczyniach antycznych. Pociągów jeszcze wtedy nie było. Zanim ta zaraza we współczesnej odmianie dotarła do nas, chowałem przed nią oczy w wielu stolicach europejskich w nadziei (matce głupich), że nas ominie, ale przy tak ogromnym natężeniu ruchu turystycznego na świecie nic nie może nas ominąć – bez względu na to, czy jest to ptasia grypa, czy choroba szalonych krów. Od wielkiego dzwonu można paść oczy wytworami sztuki grafficiarskiej przez duże S – salonem wystawienniczym powinny być jednak wyznaczone do tego miejsca, jak  betonowy parkan służewieckiego toru wyścigów konnych w Warszawie, kiedyś ohydny, a teraz pokryty ładnymi malowidłami, względnie domy prywatne, zdobione niekiedy z ogromnym smakiem przez uzdolnionych grafficiarzy.   

                                                          

                                                   To też graffiti!         

      Swoistą odmianą graffiti jest blogomania. Na większości blogów rządzą bowiem napisy, rzadko sensowne, i obrazki, czasami pornograficzne. Niektórzy próbują pisać teksty – ciesząc się jak małe dzieci, że w ogóle udało im się sklecić do kupy kilka słów. Wśród uprawiających radosną twórczość milionów blogerów znajdują się także uzdolnieni amatorzy, piszący częstokroć zaskakująco dobrze, no i zawodowcy, do których z racji mej profesji  i ja się zaliczam. Portale blogowe są jakby murami służewieckich torów konnych, na których każdy może napisać, co mu się żywnie podoba, dzięki czemu nie musi pokrywać ścian np. przystanków autobusowych swymi złotymi myślami. Jeden z takich przystanków stał się wręcz areną prawdziwego turnieju poetyckiego: DO HANI C. ZE SKRZE… (końcówka wydrapana) Marzą mi się z Tobą, Haniu, w łóżku harce, / bo najchętniej zakisiłbym ogóreczka w Twojej szparce! W odzewie na to miłosne wyznanie kunsztowna odpowiedź prawdopodobnie Hani C., na co wskazywałby kobiecy charakter pisma, no i różowy kolor pisaka: Moja pizda, głupi ciulu, to nie beczka, / więc nie zakisisz w niej nigdy swego ogóreczka! (Patrz: komentarz.)  Komu z nich przyznać tytuł poeta laureatus? Nie śmiałbym orzekać, ponieważ pamiętam, że w przeszłości tytuły takie przyznawali poetom papieże (np. Maciejowi Sarbiewskiemu) lub cesarze (np.Janowi Dantyszkowi). Taki zaszczytny tytuł poeta miał prawo nosić aż do śmierci, jak również  wieniec wawrzynowy spleciony z gałązek i liści laurowych, ten ostatni w miejscach publicznych i na szyi, ale zapewniam, że żaden z laureatusów nie traktował tego jako chomąta, wprost przeciwnie, był on bowiem dla nich zachętą do jeszcze doskonalszego pisania nawet bzdetów. Piszcie, piszcie i jeszcze raz piszcie! – zachęcają trawestując słynne słowa Lenina właściciele portali, chociaż dla nich ważna jest nie jakość, lecz ilość, ponieważ tuż za tropami setek tysięcy blogierów podążają z wywieszonymi ozorami ociekającymi śliną tysiące reklamodawców, a reklamy w przeciwieństwie do naszej pisaniny nie są darmowe!

                  

Najdroższe przed wojną reklamowe zdanie świata za 5000 zł w roku 1931 (autor Melchior Wańkowicz)

    

04:14, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 13 maja 2009
Pytałem najwyższych drzew

     Post sto pierwszy powinien się jakoś wyróżniać od pozostałych, gdzie podjąłem aż tyle trudnych tematów, nie zawsze pozostających, co mnie kilka razy mile zaskoczyło, bez odzewu. Tym bardziej że te komentarze nie były ani bzdurne, ani zdawkowe. Ponad siedem tysięcy gości w ciągu stu dni na dwu różnych portalach, gdzie opublikowałem te same posty, to kolejne miłe dla mnie zaskoczenie, a moja wdzięczność dla tych najczęściej anonimowych PT Czytelników jest niekłamana. Ale teraz cicho-sza, bo może by tym razem moja miła-niemiła, znana-nieznana skoczyć na chwilę do tuwimowskiego Tomaszowa (w pierwszej chwili napisałem „Ciechanowa”, co Zygmunt Freud objaśniłby bez trudu, ponieważ już od prawie pół roku nie śmiem zapytać: jak Ci się tam żyje Grzesiu Roszko, mój drogi braciszku-poeto, wojujący od ponad roku z rakiem i płucami zalewanymi wodą, spod której Twój głos coraz ciszej do mnie docierał?)? Oczywiście każdy z nas ma w swoim życiu uczuciowym takie miejsce magiczne, do którego chciałby chętnie wpaść, najczęściej realne, ale niekoniecznie, bo może być ono wyobrażone, urealniające się w sferze naszej wyobraźni.

     Pytałem najwyższych drzew, gdzie jesteś? Zadzierały korony wysoko ku niebu, ale nie mogły cię odnaleźć nawet za najdalszymi chmurami. Pytałem saren, które zapuszczają się w największe gęstwiny. Potrząsały przecząco łebkami. Pytałem wiatru. Mówiłem mu o sygnałach, które do mnie wysyłasz. Nawet próbował je naśladować, ale nie miał pojęcia, skąd dobiegają. Więc już nie wiem: może mi się tylko wyśniłaś? I śnisz mi się codziennie, a jedyną realnością jest moja tęsknota za tobą?

     Ten twór mej wyobraźni nie jest wprawdzie wierszowany jak tyle  innych, ale należy do zaklęć tego samego gatunku, nie mówiąc o tym prostym i prawie klasycznie rymowanym czterowierszu, którego kiedyś nie mógłbym napisać, a który pewnego dnia napisałem ot, tak sobie, patrząc w okno zalewane strugami deszczu:   Na dworze pada deszcz, jest ślisko, / Więc trzymaj mnie za rękę i bądź blisko, / Najbliżej, jeszcze bliżej, stop się ze mną, / A twoje oczy niech rozświetlą każdą ciemność 

     Wbrew memu wcześniejszemu oświadczeniu nie pożegnałem się zatem z poezją! 

                

W Muzeum Pozytywizmu w Gołotczyźnie sławna „Krzewnia”, gdzie mieszkał i działał Aleksander Świętochowski oraz kustosz Grzesio Roszko, kontynuator jego dzieła

 

02:48, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 maja 2009
100 dni, 100 postów, 100 komentarzy

      John Reed, jedyny Amerykanin pochowany pod murami Kremla, napisał książkę zatytułowaną Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. Ja napisałem w ciągu stu dni aż sto postów, kilka razy podwójnych, które jednak nie wstrząsnęły nie tylko światem, ale nawet „blogowym światkiem” (określenie pewnej blogerki), więc nie liczę na to, że po skremowaniu moje prochy spoczną choćby pod komiksowymi murami Samaris. I chwała Bogu, że tak się stanie, wiadomo bowiem z najnowszej historii, czym kończy się kult jednostki. Właściwie ten termin zarezerwowano wyłącznie dla przywódców komunistycznych, Józefa Stalina, Mao Zedonga, Kim Ir Sena czy Nicolae Ceausescu, a z jeszcze żyjących – Fidela Castro lub Kim Dzong Ila, względnie przywódców postkomunistycznych – Aleksandra Łukaszenki czy  już nieżyjącego Saparmurata Nijazowa, co jest oczywistym błędem, ponieważ począwszy od Adolfa Hitlera, zajadłego żydokomunożercy, a skończywszy na absolutnych władcach wielu republik bananowych czy afrykańskich cesarstw, dalekich od prokomunistycznych sympatii, mówienie o kulcie jednostki również nie jest pozbawione sensu. Wielu zagranicznych socjologów, obserwatorów zachowań grup społecznych, uważa, że kult, jakim otaczano u nas POLSKIEGO PAPIEŻA Jana Pawła II, szczególnie w końcowym okresie jego pontyfikatu, nosił wiele znamion kultu jednostki, a  pomnikomania czy nazewnictwomania, wbrew wielu Jego prośbom, zdawała się  nosić cechy zbiorowej histerii, która zaczęła się udzielać nawet ludziom skądinąd trzeźwo myślącym, czego najlepszym przykładem była moja przyjaciółka, dr Anita Thierry (to właśnie ona była autorem pracy doktorskiej Szwedzkie wierzenia demonologiczne), zdeklarowana ateistka – natomiast w tamtym czasie jej mieszkanie, przedtem przepełnione wizerunkami koni lub kopiami figurek ze świątyń w Kadjuraho, uprawiających seks w parach lub grupowo, ze zwierzętami też, wypełniło się nagle, po schowaniu do szaf tamtego zberezeństwa, wizerunkami Jana Pawła II, włącznie z jarmarcznymi odlewami Jego postaci w najbardziej tandetnych materiałach, a na moje zapytanie, czy stała się nagle osobą wierzącą, odpowiadała z nieco przepraszającym uśmiechem: „Nie, nie wierzę w Boga, ale kocham Papieża, bo jest tak samo stary i cierpiący jak ja…”, nic więc dziwnego, że na wieść o Jego śmierci umarła prawie natomiast – po wylewie krwi do mózgu…

     Muszę się zatem zgodzić z opinią zagranicznych socjologów, mimo iż w imię tego kultu nie popełniono zbrodni ludobójstwa i mimo iż osobiście bardzo cenię tego wspaniałego nie tylko dla Polaków przywódcę duchowego, jako poetę też. Jeden z internautów uważa jednak, że znacznie groźniejszy od kultu jednostki jest kult masy, zazwyczaj lepiej się prezentujący w liczbie mnogiej jako KULT MAS, no, ale temu zagadnieniu, w ujęciu socjologicznym nie mniej interesującemu od tamtego, warto poświęcić osobny post, który postaram się napisać w przyszłości. 

                  

           Józef Stalin                      Fidel Castro

01:30, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 maja 2009
Niestraszne nam strachy!

     W Iwoniczu-Zdroju chodzę od ponad dwu lat po dnie archaicznego, przybrzeżnego morza, które zwało się Tetyda. A te wszystkie okoliczne wzniesienia, tylekroć obiegnięte przeze mnie, składają się z na przemian ułożonych w ciągu milionów lat iłowców, mułowców, piaskowców i zlepieńców, czyli warstw osadowych pochodzenia morskiego, nazwanych fliszem karpackim. Stąd te lecznicze solanki jodowo-bromowe i stąd pokłady ropy naftowej oraz gazu ziemnego. W tym przypadku bardziej od hipotezy Mendelejewa o nieorganicznym pochodzeniu ropy naftowej przemawia do mnie hipoteza Englera i Hoefera, badaczy niemieckich, twierdzących, że jest ona produktem rozkładu tłuszczu zwierząt morskich (zmuszano nas w dzieciństwie do picia tranu rybiego), a także hipoteza polskiego uczonego Bronisława Radziszewskiego wysunięta w roku 1877, który po wykryciu w niej śladów chlorofilu, utrzymywał, że jest ona produktem rozkładu roślin morskich. Krakowskim targiem przyjmijmy zatem, że powstała ona tak samo jak gaz ziemny z rozkładu szczątków organizmów i zwierzęcych, i roślinnych w ciągu, powtórzmy, milionów lat. Przedwczoraj nie miałem jednak zamiaru cofać się aż tak bardzo w czasie, postanowiłem bowiem, jako że właśnie rozpoczął się dawny sezon zdrojowy,  podążyć śladem woźniców sprzed zaledwie stu siedemdziesięciu lat, gdy Amelia i Karol hr. Załuscy wskrzeszali umarłe od co najmniej stulecia iwonickie zdrojowisko. Pierwsi kuracjusze, zwabiani w to miejsce przez peany zamieszczane w gazetach lwowskich czy krakowskich, przybywali tu przede wszystkim po zdrowie, nie bacząc na trudy nawet wielodniowej podróży odbywanej wtedy wyłącznie pojazdami konnymi, nie mówiąc o karkołomnej drodze od Iwonicza wsi do samego zdroju, od cmentarza coraz bardziej w górę, a później gościńcem po dość łagodnym grzbiecie wzgórza otwartego na przestrzał, oprócz lasu po prawej stronie, a dalej o kilkanaście świśnięć batem serpentynami w dół, na którą płochliwe konie, rżąc przeraźliwie, ani myślały wkroczyć! Na szczęście stelmachowie budowali w owym czasie wozy nader solidne i wyposażali je w dobre hamulce, a woźnice nie wyruszali w drogę, tak jak obecni kierowcy, kompletnie pijani ─ jeden głębszy, owszem, ale tylko jeden, po którym strzelało się batem na pewno raźniej…

     Gdyby staraniem hr. Amelii Załuskiej nie wybudowano w roku 1852 nowej drogi, biegnącej przez wieś do uzdrowiska dołem wzdłuż potoku, to na pewno cały ten stary gościniec zachowałby się w całości, a tak przetrwały tylko te jego fragmenty, którymi można było dojechać do pól. Ponadto jeszcze przed dwudziestu laty każda piędź ziemi była tu uprawiana, a teraz nieużytki, nieużytki z bliznami pól uprawnych u góry, i tylko na tyłach cmentarza na samym dole pola są nadal rozległe, pokryte teraz świeżą runią zbóż lub pyszną żółcią rzepaku. Ale na samej górze gościniec ten biegnie tak jak za czasów Amelii i Karola hr. Załuskich, choć koleiny są zapewne płytsze i bardziej zarosłe trawami niż wtedy. A mniej więcej w połowie drogi woźnice na pewno wstrzymywali na chwilę konie, by zdjąć czapki z głów i przeżegnać się szczególnie szerokim znakiem krzyża, ponieważ wiedzieli, że niebawem będą przejeżdżali obok mrocznego i cieszącego się złą sławą lasu zwanego „Piekliska”, bo ponoć ukrywał się w nim w swoim czasie osławiony Diabeł Łańcucki. Gdy jednak podchodzę bliżej, nie jestem już tego tak pewien, ponieważ odlana w betonie kapliczka przydrożna  na pewno nie jest aż tak stara, zaraz, zaraz, a skąd się wzięły po lewej stronie fragmenty starego krzyża wykutego w kamieniu, złożone teraz na ziemi? Zapewne ten krzyż tu przedtem stał, ale kogo o to zapytać, skoro jak okiem sięgnąć ani śladu człowieka? Przechylam górną część rozłamanego krzyża i widzę pod spodem groszówkę i dwugroszówkę. Podnoszę się z kolan i najpierw dostrzegam na wysuniętym gzymsie kapliczki wiązkę przywiędłych mleczy przyciśniętą polnym kamieniem, a później widniejące nad głową Madonny srebrzyste gniazdo os w kształcie dużej kuli z jednym otworem centymetrowej wielkości, aha, osy wtargnęły do środka przez rozbitą szybę w górnej części ramy. Kapliczka okolona jest jak zwykle czterema drzewami, z których uwagę przykuwa przede wszystkim sosna z bajeczną koroną zwróconą wyłącznie ku wschodowi, gdyż z tyłu napiera na nią ogromny modrzew. Idę dalej i nagle widzę pole strzeżone aż przez dziewięć strachów na wróble. W przeciwieństwie do zazwyczaj spotykanych, z których zwisają brudne i znoszone łachy, te są  pięknie i czysto ubrane. W kolorowe sukienki, spódnice z bluzkami, w podomki, koszule nocne i w damskie chusty na głowach, więc można założyć, że przyodziewała je kobieta. W pięknym słońcu, na polu obramionym zielenią tworzą widok wręcz przepyszny.

                                  

                            W takim rzędzie ustawione były te strachy,

                              z  tym że stały na polu ziemniaczanym,

                                  no i miały na sobie stroje kobiece

         Kolejną zagadką jest dla mnie samo pole o rozmiarach osiemdziesiąt na dwadzieścia metrów, na którym usypano dwadzieścia osiem redlin. Strachy na wróble (względnie szpaki) strzegą zatem zagłębionych w ziemi sadzeniaków. Przed kim? Zapewne nie przed ziemniakożerczymi wróblami czy szpakami, lecz przed dzikami, których nigdy tu jeszcze nie widziałem. Zresztą straszydliska na dziki, sarny czy inną zwierzynę leśną zaopatrzone są w blaszki, puszki lub rurki, by móc wydawać odstraszające zwierzynę dźwięki, a te są  zwyczajnymi, choć  nadzwyczajnymi strachami na wróble!  Idę dalej, bo nie ma kogo o to zapytać. Poza tym niewielkim polem nie widać wokół jak okiem sięgnąć śladu innych pól uprawnych. Prawdziwa ziemia niczyja. W oddali widnieją skupiska domostw w Klimkówce, no i w Rymanowie, a dalej już tylko wzgórza, wzgórza i wzgórza. Na jednym z nich dwa nowoczesne wiatraki stojące w bezruchu. Idąc pomyślałem sobie, że Matka Boska w kapliczce oddalonej stąd o sto pięćdziesiąt metrów widocznie nie strzegła dostatecznie tamtego pola, skoro musiano postawić tam aż tyle tych niezbyt dla mnie strasznych straszydeł, gdy nagle słyszę przybliżający się od dołu terkot niewielkiego traktorka, zapewne domowej roboty jak prawie wszystkie rolnicze ustrojstwa na Podkarpaciu, który po kilku minutach zatrzymuje się właśnie przy tym jedynym tutaj polu. Stary chłop z ponad siedmioma krzyżykami na karku pochyla się nad stwardniałymi redlinami i delikatnym ruchem dłoni dotyka zaledwie kilkunastu wykiełkowanych pędów. Natychmiast zawracam i wypytuję go o to, co pozostałoby dla mnie zagadką, gdyby nie jego nieoczekiwane przybycie. Zgadłem: te strachy ubrała kobieta – nie jego żona, bo biedaczce siedem lat młodszej zmarło się siedem lat temu na to, co chodzi tyłem, ale jego córka, która z dwoma dzieciakami jest przy nim dlatego, gdyż przed kilku laty jej męża rozjechał na drodze niedaleko domu taki młody gnojek ze Zdroju, pędzący samochodem grubo ponad setką. A sadzeniaki to łakomy kąsek dla dzików, ale także jelenia, który potrafi rogami rozkopać kawał pola w poszukiwaniu ziemniaków, choć te nie wypuszczają pędów jak należy, bo jedna stacja radiowa podaje obfite opady, a druga znowu suszę, natomiast deszczu ani widu, ani słychu…  Aaaa, a ten kamienny krzyż jest z roku 17.., oj, zapomniałem, dokładna data była tam wyryta, ale pochodzi z bardzo dawnych czasów. Gdy się rozpadł ze starości, postawiliśmy tę kapliczkę, będzie to ze czterdzieści lat temu…

     Tylko tyle zapisałem w swoim notesie. A dlaczego dałem taki tytuł? Nie pytalibyście o to, gdybyście sami zawędrowali na to pole, leżące tuż obok starego gościńca!

01:14, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 maja 2009
Wojtek S.

      Od pewnego czasu to imię wraz ze skrótem nazwiska zaczynającego się na S. dość często gości na moim blogu, nic więc dziwnego że zanim tego skrótu w jakimś poście nie rozwinąłem, Ania Sobol myślała, że wspominam o Wojtku Siemionie. Obecnie mogę o nim tylko wspominać, ponieważ z tym wspaniałym człowiekiem i aktorem wyściskałem się po raz ostatni w dzień wigilijny roku 2006. Nie był to jednak dzień 24 grudnia, w którym we wcześniejszych latach Petrykozy były otwarte dla wszystkich od godziny 22 począwszy od roku 1952, z wyjątkiem Wigilii 1981 roku, gdy wprowadzono stan wojenny i zabroniono urządzania wszelkich zgromadzeń publicznych. W roku 2006 Petrykozy otworzyły się dla wigilijnych gości wyjątkowo 25 grudnia, a mimo to ten powigilijny dzień był dla mnie najwspanialszą Wigilią w moim życiu. W tym poście nie będę jednak opisywał sławnych Wigilii u Siemiona, gdyż zamieszczone w maju brzmiałyby dziwacznie, umówmy się zatem, że opiszę je 25 grudnia. Rok wcześniej tuż przed świętami odbyło się moje pożegnanie z poezją w Domu Kultury „Kadr” w Warszawie i to pożegnalne spotkanie prowadził oczywiście Wojtek. Zapamiętam na zawsze inscenizację Śpiewu starego capa, cyklu wierszy dedykowanych przeze mnie Niezbyt świętemu Wojciechowi Siemionowi. Aktor porwał z sali kilka osób i kazał im pierwszy wiersz z tego cyklu „wypowiedzieć nogami”: Chociaż się potykasz, sapiesz, / biegnij, biegnij, stary capie, / prędzej, i nie żałuj nóg, / szybciej, do utraty tchu! Miał już wtedy prawie osiem krzyżyków na grzbiecie, więc chociaż odgrywał tę scenkę świetnie, to biegnąc potykał się, sapał i nie mógł złapać tchu naprawdę! Nie ukrywam, że bardzo za nim tęsknię, ale nie mam pojęcia, kiedy się z nim spotkam. Czasami zagląda w moje obecne strony – przed kilkunastoma miesiącami był w Krośnie i znajoma dentystka kupiła mi nawet bilet na jego występ, ze zwyczajami wigilijnymi zresztą związany, lecz dzień wcześniej musiałem pilnie wyjechać do Warszawy i rozminęliśmy się ku memu wielkiemu żalowi… 

                        

     Spotkałem się z nim po raz pierwszy stosunkowo późno, ponieważ jako outsider i samotnik przez dziesiątki lat nie utrzymywałem niemal żadnych kontaktów towarzyskich. Gdy jednak w roku 1998 wyszły w moim przekładzie Listy miłosne i nienawistne Augusta Strindberga i w Domu Literatury w Warszawie miała się odbyć promocja tej książki, a organizatorzy przedstawili mi do wyboru nazwiska trzech wybitnych aktorów, z których jeden miał na tym spotkaniu fragmenty tej książki odczytać, wskazałem natychmiast na Wojciecha Siemiona. I było tak, jak to sobie wyobraziłem. Po moim krótkim wprowadzeniu sławny aktor w prawie godzinnym spektaklu wzniósł się na wyżyny kunsztu aktorskiego, cieniując po mistrzowsku rozdartą sprzecznościami pomiędzy kochać a nienawidzić duszę wielkiego dramaturga szwedzkiego. Ale wcześniej był jego telefon do mnie: „Korci mnie, żeby zapytać, czy autor świetnych przekładów książek Strindberga jest zarazem autorem tych cudownych wierszy lirycznych, które podziwiam od lat?” Podczas jednego ze Światowych Dni Poezji w Warszawie przedstawiając pani prezydentowej Jolancie Kwaśniewskiej najwybitniejszych poetów polskich również wyróżnił mnie określeniem „poeta cudowny”, co sprawiło mi niekłamaną radość jedynie dlatego, że powiedział to On, najcudowniejszy mistrz słowa poetyckiego, cóż, że mówionego, jakiego wydała nasza ziemia. Powiedzieć, że Wojciech Siemion  recytował wiersze, to nie powiedzieć nic. Każde wypowiadane przez niego słowo – krtanią, twarzą, całym ciałem – to był prawdziwy koncert z najwspanialszą orkiestracją każdej głoski. Wynikało to z jego niezwykłej świadomości językowej: „My mamy wspólnotę języka współczesnego i tym językiem usiłujemy wypowiedzieć wszystko, a na przykład język Mickiewicza jest zupełnie inny i właśnie na to starałem się wyczulić studentów wydziału aktorskiego: Zdarto żagle, ster prysnął… To rrr! I że główne słowo jest jedno w każdym półwersie i nie może być więcej, a my operujemy językiem w różnych formach, ale jest to język współczesny. Nim się posiłkujemy, mówiąc i wysłuchując komunikatu dźwiękowego, stąd nasza bezradność, gdy stykamy się z inną materią językową…”

                                     

                                     Dwór w Petrykozach  

      Tyle zdołałem zapamiętać z setek jego wypowiedzi podczas rozlicznych spotkań w Petrykozach. Mówił, że pragnąłby napisać kilkadziesiąt książeczek poświęconych takim właśnie, nie akademickim, analizom wierszy poetów skrajnie różnych, ale według niego wybitnych, w pełni świadom tego, że nikt poza nim nie mógłby się o to pokusić, po czym stwierdzał z ubolewaniem, że żadna instytucja kulturalna nie jest tym projektem zainteresowana. Zamierzał także wejść w rolę umierającego Strindberga w mojej adaptacji Listów miłosnych i nienawistnych, którą kiedyś napisałem na życzenie innego wielkiego aktora Tadeusza Łomnickiego, niestety, na niedługo przed jego nagłą śmiercią. I ten projekt przepadł w biurkach ministerialnych decydentów, mimo iż niedługo będzie się obchodzić na całym świecie setną rocznicę śmierci genialnego dramaturga szwedzkiego, porównywanego z Szekspirem. Proszę mi jednak wierzyć, że tego typu sprawy już od dłuższego czasu nie wzbudzają we mnie żadnych emocji, odkąd zrozumiałem, że w pewnej chwili zacząłem iść  po linie rozpiętej między tym a tamtym światem. Wojtek Siemion idzie o kilkanaście kroków przede mną. Od czasu do czasu nasze spojrzenia się krzyżują i przekazujemy sobie porozumiewawcze znaki…

01:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2