RSS
środa, 12 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

Adam i Magda

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:58, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

ja się ożeniłem I

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki (patrz:  (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego, zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.



Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888 roku: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o   j a k o   c o ś   p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

15:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr

_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_

warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http:// www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_ nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (patrz: http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »