RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 34)

    Miłość w stosunkach wzajemnych. Ferma była zasobna i dobrze utrzymana. Niekiedy dobiegały stamtąd gniewne, podniesione głosy, po czym gwar dziecinny przycichał. Spoza gąszczu drzew dolatywała pieśń, ale podniesione głosy przygłuszały ją. Z domu wyszła kobieta; trzasnąwszy drzwiami skierowała się do opłotków obórki, gdzie poczęła okładać nagle krowę kijem. Głuchy, a przecież donośny odgłos uderzeń dobiegał aż do nas, na wzgórze. „Jakże łatwo zniszczyć to, co kochamy!” Bardzo łatwo, wiem o tym z własnego doświadczenia. Każdą miłość. Z byle powodu. Choć armaty, które wytaczamy, zdają się świadczyć o czymś wręcz przeciwnym. Kulami są nasze argumenty, które stopniowo urastają do monstrualnych rozmiarów, co zmusza nas do wytaczania kolejnych armat, coraz potężniejszych.

     Oczywiście, celujemy do kogoś, kogo dotąd kochaliśmy, ale strzelamy przede wszystkim do samego siebie! „Przez nieustanne tarcia, zawiedzione nadzieje i rozczarowania, to, co było proste i piękne, staje się ciężkie i bolesne. Stosunki z ludźmi są rzeczą złożona i trudną; niewielu wychodzi z nich obronną ręką, bez blizn. Chcielibyśmy, aby były trwałe, niezawodne, jakby statyczne, a one są w ciągłym ruchu, są procesem, który trzeba wszechstronnie zrozumieć, a nie dostosowywać do jakichś wewnętrznych wzorów lub konwencjonalnych zwyczajów”. Jedynie miłość jest przeciwieństwem rutyny i konwencjonalizmu, ale jak sprawić, by była uczuciem trwałym i niezawodnym, skoro w naszych stosunkach wzajemnych pojawia się szybciej niż byśmy tego pragnęli, jakby wbrew naszej woli, właśnie to, co jest zaprzeczeniem miłości, czyli  rutyna i konwencjonalizm?

     „Miłość w stosunkach wzajemnych jest oczyszczająca, gdyż możemy w nich odkrywać własne reakcje i odruchy naszego ja. […] Ale jakże się tych odkryć boimy! Samoobrona ta przybiera różne formy: narzucania lub poddawania się, lęku lub oczekiwania, zazdrości lub nadziei, czy też biernej zgody, itd., itd. Na domiar złego nie umiemy kochać, a jeśli nawet kochamy, ograniczamy to uczucie, wtłaczamy w określone formy i wyobrażenia, nie dajemy miłości pełnej swobody”. A to wszystko wynika oczywiście – choć dla nas nie jest to aż tak oczywiste –  z tego, że KOCHAMY MÓZGIEM, NIE SERCEM. „Intelekt może się zmieniać i dopasowywać, ale nie miłość. Intelekt może stać się nieprzystępny i niewrażliwy na cierpienie, ale miłość tego nie potrafi; intelekt potrafi zawsze wycofać się i zabezpieczyć, może być wyłączny, zaborczy, osobisty lub bezosobisty, ale miłości nie można do niczego przystosować, nie da się jej zamknąć w żadne opłotki i niczym zabezpieczyć. Smutek naszego życia polega na tym, że nazywamy miłością to, co właściwie należy do intelektu. Przepełniamy serce tym, co pochodzi z dziedziny myśli, więc serca nasze są wciąż puste i głodne”. Moje serce prawie zawsze było puste i głodne.

     „To intelekt rodzi zaborczość i zazdrość, to on chwyta, trzyma, zagarnia, i on też niszczy i pustoszy. […] Pragniemy wciąż, aby nas kochano, a nie znamy miłości, która niczego nie żąda; dajemy tylko po to, aby coś w zamian otrzymać, a to jest hojnością typowo intelektualną, nic z sercem niemającą wspólnego. Myśl wciąż szuka pewności i zabezpieczenia się, a czy można upewnić się myślą w miłości? Czy może intelekt, którego podłożem jest pamięć i czas, pochwycić miłość, która jest sama w sobie wiecznością?” Nie może, z całą pewnością nie może tego uczynić, Krishnamurti, bo intelekt jest zakochany wyłącznie w samym sobie!

     Powiadasz jednak, i jak zwykle masz rację, że nie zawsze nawet sercem potrafimy kochać tak, jak byśmy tego pragnęli, ponieważ tak bardzo zacieśniliśmy nasze uczucia, że nasze serca też stały się ścieśnione, pełne wahań i niepewności. „I właśnie to czyni nasze życie tak ciężkim, trudnym i męczącym. Raz się nam zdaje, że kochamy, a za chwilę już się to ulatnia. Czujemy przypływ jakiejś wielkiej, ponadmyślowej, nieuchwytnej mocy, płynącej z jakichś niezgłębionych źródeł, a po chwili znów intelekt się wkrada i niweczy tę moc, bo w owych starciach wewnętrznych zdaje się on być zawsze zwycięzcą”. Nasze pełne wahań i niepewności serce nie może rozstrzygnąć tej walki na swoją korzyść, ani położyć jej kresu, to pewne, albowiem samo szukanie sposobów wyjścia z tej matni jest – powtórzmy to raz jeszcze – kolejnym usiłowaniem naszego intelektu, naszego ja, by usunąć rozterki, zdobyć spokój, a przede wszystkim władzę nad naszymi uczuciami, nad naszą, choć już nie naszą miłością.

     Mówimy wiem, wiem, wiem, a w rzeczywistości wiemy tylko to, co podpowiada nam umysł, nie serce, gdyż serce nie musi niczego wiedzieć; wystarczy, że czuje, ale nie musi o tym wiedzieć. „Najtrudniej nam zrozumieć, że nie istnieją żadne sposoby ni środki, by przywołać miłość, gdy pożąda jej nasze ja. Gdy dogłębnie zrozumiemy tę prawdę, wówczas zaistnieje możliwość przyjęcia czegoś, co nie jest z tego świata. A bez tego czegoś nie może zaistnieć trwała miłość w stosunkach wzajemnych, choćbyśmy się o to jak najusilniej starali”. A zatem nie tylko królestwo Chrystusowe, ale i nasza miłość nie jest z tego świata? Jak najbardziej jest, ale tylko wówczas, gdy nie jest naszym własnym tworem, tworem naszego ja i przychodzi dopiero wtedy, gdy myśl ucicha…

                                    Cdn.

07:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 33)

     Sen. Wczesnym rankiem, nie wiedząc jeszcze, co będzie tematem dzisiejszej rozmowy, nagryzmoliłem na kartce wyrwanej z zeszytu: Prawie nigdy nie budzę się lekki, skąpany w jasności. Materia, z której się wydobywam, jest gęsta i ciemna. Na szczęście już nie lepka. Wiem, że to przeszłość wciąż mnie osacza. Snów nie pamiętam, chyba że coś mnie nagle wyrwie nocą ze snu. Mają one w sobie zapewne tę samą gęstość i ciemność co stan mej jaźni w momencie budzenia się ze snu. Trochę mnie to martwi, ponieważ wiem, że przede mną jeszcze daleka droga do lekkości i jasności, czyli do osiągnięcia stanu pełnego obudzenia, który musi objąć także moje noce. Zakłócanie rytmu dobowego, robienie z nocy dnia, i odwrotnie, czy skracanie snu do minimum, co przez całe lata praktykowałem, nic nie daje, dopóki gęsta i ciemna przeszłość nie odejdzie raz na zawsze w przeszłość  – niby martwą, a wciąż jeszcze żywą…

     „Co by się z nami stało, gdybyśmy byli pozbawieni snu? Czy mielibyśmy więcej czasu na walki, intrygi, złośliwości? Czy bylibyśmy jeszcze bardziej okrutni i bezwzględni? Czy też byłoby nieco więcej miejsca na pokorę, współczucie, prostotę? Czy stalibyśmy się bardziej twórczy? Sen jest czymś dziwnym a niezmiernie ważnym. Dla większości ludzi ich dzienne czynności rozciągają się i na stan nocnego spoczynku; ich sen jest dalszym ciągiem ich życia – tępego i przytłumionego lub pełnego podniecających wrażeń, przedłużeniem – na innym poziomie – jego płytkości i bezsensownych walk”. Jeśli chodzi o mnie, wolę się przyznać jedynie do płytkości i bezsensowności moich wewnętrznych zmagań, choć że wpływają one na jakość mego życia to pewne…

     „Sen odświeża nasze fizyczne ciało; organy wewnętrzne, posiadające swe własne odrębne życie, odnawiają się w tym wypoczynku, pożądania ucichają podczas snu i nie narzucają się organizmowi…”. Już chciałem krzyknąć, że, owszem, narzucają się i to częstokroć z większą intensywnością niż podczas czuwania, ale w dalszym ciągu swego wywodu sam o tym mówisz, jakby nie dostrzegając w tym żadnej sprzeczności. „…ale gdy ten jest odświeżony i wypoczęty, pragnienia mają nowe, większe możliwości do wyrażania się i ekspansji. Jasne jest, że im mniej się wtrącamy w działanie wewnętrznych organów naszego ciała, tym lepiej, im mniej myśl chce rządzić ciałem, tym zdrowsze i naturalniejsze są jego funkcje. Jednak choroby ciała należą do innej kategorii, mogą one być skutkiem działania myśli, albo też wynikać z jego własnej słabości…”

     Z moich obserwacji wynika, że znacznie częściej są one skutkiem działania myśli i że to stanowi główną jego słabość. Wystarczyłby przykład mojej matki, która będąc najzdrowsza w świecie umierała każdej nocy z powodu wewnętrznych rozterek i lęków, aż w końcu umarła na dobre; jej samobójcza śmierć położyła jedynie kres jej nocnym agoniom… „Sen ma bezsprzecznie duże znaczenie, ale im pożądania są bardziej zasilane, tym znaczenie jego jest mniejsze. Pożądania, czy to pozytywne, czy negatywne, są w zasadzie, u swych podstaw, zawsze zabarwione agresywnością i utwierdzają nasze ja, a sen jest czasowym tej cechy zawieszeniem. Sen nie jest odwrotnością pożądań, ani ich zaprzeczeniem, ale jest stanem, w którym nie mogą działać…” Mogą, mogą, jeśli nie w powierzchniowych warstwach naszej świadomości, o których słusznie mówisz, że się w pewnym stopniu uciszają, to w jej pokładach głębszych, które dzięki temu wydobywają się w postaci marzeń sennych na powierzchnię!

     Ten mój wtręt, niemogący według mnie budzić żadnych wątpliwości, wydaje się jednak błahy już przy kolejnym twoim stwierdzeniu, dla mnie kapitalnym. „W istocie jest zupełnie możliwe połączenie wszystkich warstw czy pokładów naszej świadomości, tak aby były w ciągłym z sobą kontakcie zarówno podczas dnia – na jawie – jak i w nocy, podczas snu. […] Takie połączenie pozbawia intelekt poczucia swej ważności, a tym samym odbiera mu jego dominującą rolę. Wówczas jego zamykające się w sobie tendencje oraz wysiłki ku ekspansji znikają całkiem prosto i naturalnie. W tym procesie impuls do stawania się znika, pęd do nieustającego gromadzenia ustaje”. To, że podczas snu rozwiązywały się nieraz nurtujące mnie problemy, dostrzegłem już dawno, były to jednak problemy dotyczące jakby lepszej strony mej istoty, tej wyższej, twórczej, i to właśnie przy ich rozwiązywaniu świadomy umysł mógł ucichnąć – w przeciwieństwie do tych codziennych, gdzie walił we wszelkie możliwe bębny…

     „Gdy świadomy umysł ucicha, staje się zdolny do przyjmowania odpowiedzi na zagadnienia, które nas obchodzą; a dzieje się tak zupełnie prosto. Ale rzeczą jeszcze ważniejszą i nade wszystko doniosłą jest dokonujące się w nas podczas snu odnowienie, bez żadnego z naszej strony wysiłku. Można rozwijać świadomie jakąś zdolność lub dar natury, można wyrabiać technikę czy dostosowywać swe postępowanie do jakiegoś wzoru, ale nie będzie w tym odnowienia. Rozwijanie, wyrabianie czegoś nie jest nigdy twórcze. Odnowienie twórcze dokonuje się samo, gdy nie ma z naszej strony żadnego wysiłku, gdy dobrowolnie odrzucamy wszelki impuls do gromadzenia, zdobywania i spichlerzowania doświadczeń”. Ba, odrzucić ten impuls, to jakby sprawić, że informacje w nim zawarte odbędą drogę powrotną od efektora do receptora z prędkością tak wielką, że ulegną one zatarciu w naszym mózgu, a to jest science fiction. Ten impuls nie należy bowiem do dziedziny fantasy, ale horrorem dla nas może być. „Właśnie ten zaborczy i samoobronny impuls stwarza rozpiętość czasu i uniemożliwia twórcze odnowienie”.  

     Moja myśl zatrzymała się natychmiast przy rozpiętości czasu i zaczęła się już z tą dziwną dla niej konstrukcją mocować, pomrukując przy tym z ukontentowania, nim nie nakazałeś jej, by ucichła. „Świadomość taka, jaką znamy, działa zawsze w czasie, notuje i gromadzi doświadczenia na różnych swych poziomach; i wszystko, co się w tej świadomości odbywa, jest jej własną projekcją, posiada właściwe sobie cechy i jest całkiem wymierne. Podczas snu ta świadomość albo zostaje zasilona, albo zachodzi coś zgoła innego. U większości z nas sen wzmacnia nasze dotychczasowe przeżycia, jest także procesem notowania i gromadzenia, w ciągu którego dokonuje się ekspansja, ale nie odnowienie. Rozszerzanie naszego ja – proces ekspansji – daje nam uczucie podniosłego podniecenia, zachwytu własnym osiągnięciem, jest dokonaniem – jak się nam zdaje – czegoś wielkiego, ale to wszystko nie jest bynajmniej twórczym odnowieniem. Cały ten proces stawania się i zdobywania musi się skończyć, ale nie po to, by nam ułatwić nowe doświadczenia; musi po prostu samorzutnie się skończyć. Nieraz podczas snu, a niekiedy i za dnia, gdy troska o własne stawanie się całkowicie znika, gdy skutki jakiejś przyczyny przestają działać, rodzi się to, co jest poza czasem, poza obrębem wymiernej przyczynowości”.  Rozpiętość czasu sam opatrzyłem kursywą, nie wiedząc, że wkrótce potem podkreślisz w ten sam sposób poza czasem, dzięki czemu tamta konstrukcja stała się oczywista…

                                    Cdn.

14:50, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 32)

      Prostota serca. Prostota skromnego życia jest mi dobrze znana. Od właściwie zawsze miałem nieduże wymagania, zadowalałem się małym, wyrzekałem się wygód i przyjemności. Wydawało mi się, że taka postawa, szczególnie w dzisiejszym świecie, zwanym nie bez kozery konsumpcyjnym, godna jest podkreślenia, dopóki nie powiedziałeś, że jest to stosunkowo łatwe i nie dowodzi wewnętrznej wolności. „Znałem człowieka, który porzucił światowe życie i jego powaby, a jednak pożerały go żądze i pragnienia i nie mógł zaznać chwili spokoju, choć przywdział szatę mnicha. Miał niespokojne szukające oczy, a duszę rozdartą sprzecznościami wątpień i nadziei”.

      Jeszcze przed kilku miesiącami mógłbyś to samo powiedzieć o mnie, mimo iż nigdy nie przybrałem szaty mnicha, ale czy swego iwonickiego mieszkanka nie nazywałem pustelnią, a nielicznych gości nie częstowałem winem o nazwie Dusza mnicha, które kupowałem wyłącznie ze względu na nazwę? O niespokojnych oczach czy duszy rozdartej sprzecznościami zwątpień i nadziei wolę zapomnieć. Nie musisz mnie już przekonywać, że prostota serca ma większą wagę i większe znaczenie aniżeli prostota skromnego życia. „Można zewnętrznie wyrzekać się wielu rzeczy, oddawać się różnym praktykom i ćwiczeniom, i wyznaczać sobie krok za krokiem drogę do określonego celu; […] można zewnętrznie jak najbardziej uprościć swe życie i mieć nadzieję, że te starannie obmyślane, z góry ułożone metody pozwolą nam osiągnąć szczęście, które nie jest z tego świata”.

       Myślą tak nie tylko mnisi, spędzający dnie na modlitwie i czuwaniu, nie tylko ci, którzy mierzą swój postęp wedle sprawdzianów cnoty: wyrzeczenia, opanowania, tolerancji czy łagodności postępowania, ale także ci, którzy z innych powodów uczą się sztuki koncentracji czy umiejętności medytowania. Jedno ich łączy: każdy z nich chce dojść do jakiejś Prawdy. „Ale czy się dojdzie do Prawdy przez zewnętrzne opanowanie i dyscyplinę? Zewnętrzna prostota  – odrzucenie zbytków i wygodnictwa – jest oczywiście potrzebna, ale czy ten gest może sam przez się otworzyć nam wrota do Prawdy?”

      Pytasz, dlaczego ten zewnętrzny gest zdaje się nam tak ważny, dlaczego tak gorąco pragniemy uzewnętrznić nasze postanowienia, dlaczego chcemy sobie udowadniać, że nasze postępowanie jest rzetelne, i od razu na te pytania odpowiadasz, ponieważ kryje się w tym i lęk przed łudzeniem siebie, czy przed tym, co pomyślą lub powiedzą ludzie, a przede wszystkim przekonanie siebie o ważności naszego stawania się. „W pragnieniu stania się czymś biorą początek wszystkie skomplikowania. Powodowani wciąż wzrastającą chęcią stawania się kimś coraz większym – czy to wewnętrznie, czy zewnętrznie – gromadzimy lub wyrzekamy się, pielęgnujemy cnoty, odrzucamy wady itd.”

      Ale już przecież mówiłeś, że to nie wystarczy! Dlaczego więc to robimy, nawet jeśli bezowocność naszych wysileń na tej drodze nawet dla nas jest oczywista?  „Widząc, że czas wszystko unosi, chcielibyśmy uchwycić się czegoś, co mu się ostoi. Borykanie się, aby czymś być, a czymś innym nie być […] nie może nigdy ustać dzięki jakimś zewnętrznym gestom, praktykom czy regułom; ale samo zrozumienie tej walki uwolni nas prosto i naturalnie od gromadzenia wewnętrznych i zewnętrznych dóbr, a więc wyzwoli nas i od wszystkich płynących stąd rozterek. Wyrzeczenie nie prowadzi do Prawdy, dosięgnąć jej nie można żadnym sposobem, ani metodą. Wszystkie środki, metody i cele są jeno formą pożądań, muszą wszystkie zniknąć, aby Rzeczywiste mogło się objawić”.

     Wiem, że wędrówka do prostoty serca jest długa, a mimo to nie muszę się do niej przygotowywać – moje podniszczone buty i stary plecak, zazwyczaj pusty, powinny mi w zupełności wystarczyć. „Troska o wygody i powodzenie obciąża umysł i serce, a udając się w daleką wędrówkę trzeba być wolnym od wszelkich obciążeń”. Jest to niewątpliwie prawda, ale czy te moje buty nie są jedynie zewnętrznie podniszczone, i czy ten mój stary plecak jest naprawdę pusty?

                                       Cdn.

23:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 31)

    Oblicza jednostki ludzkiej. O tym, że nie istnieje we mnie jedno oblicze, jedna osoba, wiedziałem od dawna. Pisałem przed wielu laty o zgiełku wewnętrznym, o licznych głosach rozbrzmiewających we mnie. Nie wiedziałem jednak, jak je uciszyć, jak sprawić, by ta wielość przekrzykujących się ze sobą nieprzerwanie głosów przemówiła we mnie jednym głosem, czystym i harmonijnym jak cała moja istota, gdyby taki stan udało mi się osiągnąć. Do tej pory było to dla mnie nieosiągalne, ale dopiero teraz zaczynam pojmować, dlaczego tak się działo. Zrozumiałem to dzięki tobie, ale nie nazwę ciebie moim guru, moim nauczycielem, ponieważ wiem, co byś mi na to odpowiedział: „O, jakże niszczymy się wzajemnie, uczeń – nauczyciela, a guru – ucznia! Wciąż przystosowujemy się do innych, poddając się im, a potem zrywamy więzy, by znów za chwilę wejść w określone ramy!”

    Wprawdzie nigdy nie przystosowywałem się do innych, ale poddawałem się przecież sobie i we własne ramy wchodziłem, coraz bardziej ciasne, a owe głosy świadczyły o braku możliwości porozumienia się z samym sobą, o mej pogłębiającej się niemocie.  „Owa krzykliwa ciżba walczy ze sobą dzień i noc, i ta wojna, to ścieranie się stanowi ból naszego życia. Ledwie uda się nam uciszyć jeden głos, a już powstaje drugi i dziesiąty, i ten pozornie niekończący się proces to nasze życie. Staramy się narzucić jeden głos, jedną osobę reszcie, ale wkrótce i ta jedna się na wielość rozszczepia. Głos wielu staje się głosem jednej i owa jedna poczyna rządzić i nabierać znaczenia, ale jest to wciąż ta sama gadanina. Jesteśmy mnogością głosów, a usiłujemy pochwycić cichy i jedyny głos. Ten jeden zastępuje liczne dopiero wówczas, gdy te zamilkną, aby go usłyszeć. Ale wielość ich nigdy nie odnajdzie tego jednego”.

    Pusta komunikacja wewnętrzna wytwarza zwielokrotnione echa w postaci „mowy zewnętrznej” – na tym problemie trzeba się skupić, nie można bowiem rozwiązać problemu, którego nie rozumiemy. „Idzie nie o to, jak usłyszeć ten jeden głos, idzie o zrozumienie splotu licznych głosów, z których składa się nasza istota. Jedno oblicze spośród wielu nie może pojąć pozostałych; jedna postać nie jest w stanie zrozumieć mnogości postaci, które wchodzą w skład naszego ja. Nawet gdy tylko jedna z nich stara się opanować inne, urobić je i nimi rządzić, usiłowania jej zawsze zacieśniają i zamykają nas w sobie. Część nie może zrozumieć całości, toteż nigdy nie zrozumiemy siebie. Nie ogarniając wzrokiem całości nie jesteśmy jej świadomi, gdyż cząstka wciąż pochłania naszą uwagę. Część się dzieli, rozszczepia i staje się wielością. Aby zdać sobie sprawę z całokształtu siebie, ze starć i konfliktów zachodzących pomiędzy tymi licznymi w nas osobami, trzeba zrozumieć samą istotę p o ż ą d a ń”.

    O tym, że są one motorem wszelkiego działania i że z nich wypływają wszystkie nasze chęci i dążenia, częstokroć sprzeczne i ścierające się ze sobą, już wiem, jak i to, że nie należy ich tłumić ani uszlachetniać, że trzeba je zrozumieć, ale w sobie – poza obserwatorem, poza tym, który rozumie, a raczej usiłuje zrozumieć, ponieważ jest on wciąż jeszcze wytworem pragnienia, by zrozumieć, natomiast jeśli chcemy uwolnić się od tego jednego swego oblicza, jak i od wielu, to powinniśmy rozumieć bez doznającego, czyli bez podmiotu, bez naszego ja. Reszty twego wywodu, choć brzmi on w moich uszach dziwnie znajomo, jednak nie streszczę, bo jest to mantra, którą warto powtarzać w nieskończoność: „Wszelkie działanie oparte na dostosowywaniu się i przeciwstawianiu, analizowaniu i zgadzaniu się, tylko zasila obserwatora, tego, który doświadcza; a ten nigdy nie zrozumie całości. Jest on sam tym wszystkim, co nagromadził, a rozumienie nie rodzi się w cieniu przeszłości. Opieranie się na przeszłości, wyciąganie z niej wniosków może nam wskazać drogę działania, ale przygotowywanie sobie środków dla osiągnięcia czegoś nie jest rozumieniem. Rozumienie nie należy do dziedziny intelektu, a gdy staramy się opanować i uciszyć myśl, aby uchwyciła to, co jest poza intelektem, doznanie nasze jest jeno projekcją przeszłości. Wyłącznie w czujnym, jasnym uświadomieniu sobie całokształtu tego procesu powstaje samorzutnie cisza, która nie pochodzi od doznającego. I tylko w tej ciszy może zaistnieć rozumienie”.

                                           Cdn.

14:44, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 30)

    Cnota. Niedawno jedna z pań, której powiedziałem nieco żartobliwie, że oddając się bez umiaru licznym przyjemnostkom zatraca to, co kiedyś nazywano cnotą, wybuchła, nie traktując widocznie mojej uwagi w kategorii żartu: „Czuję się kobietą wyzwoloną, to prawda, i używam życia pełnymi garściami, ale zapewniam pana, że nie puszczam się na prawo i lewo, więc nikt nie może powątpiewać w moją cnotliwość!” Zakłopotany tym wybuchem nie wybąkałem już ani słowa, bo z oczu pani biły pioruny i chyba nawet ten fragment twego opisu nie spełniłby roli odgromnika: Odbicie jaskrawo zachodzącego słońca rozjarzyło wschodnią część nieba, było to jakby drugim zachodem, a ogromne obłoki o przedziwnych kształtach płonęły wszystkimi kolorami tęczy. Było w tym widoku coś tak fantastycznie pięknego, iż niemal trudno było to znieść. Woda odbijała jaskrawy blask barw i przedziwna świetlna smuga biegła po niej daleko, aż do horyzontu.

    Burze w szklance wody mają jednak to do siebie, że poza szklankę nie wychodzą i błyskawicznie przemijają, więc nie wiedzieć kiedy owa pani znikła wraz ze swoją cnotliwością gdzieś za horyzontem, nie dowiadując się, czym naprawdę jest cnota: „Cnota jest sprawą serca, a nie rozumu. Gdy intelekt zaczyna świadomie wyrabiać cnoty, jest to tylko wyrachowaniem, samoobroną, sprytnym przystosowywaniem się do środowiska. Doskonalenie się jest zaprzeczeniem cnoty. Jak może istnieć cnota tam, gdzie jest strach? Strach pochodzi zawsze z umysłu, a nie z serca; ukrywa się przebiegle, różne przybierając formy – zacności, cnoty, służenia innym, przystosowywania się itd. W stosunkach ludzkich opartych na intelekcie strach będzie istniał zawsze. W istocie nasze ja nie jest oddzielne od swych intelektualnych czynności, ale samo siebie od nich oddziela i wyodrębnia i tym sposobem nadaje sobie trwałość i ciągłość. Jak dziecko ćwiczy gamy na fortepianie, tak nasze ja – intelekt – pilnie praktykuje cnoty, aby nadać sobie więcej trwałości i wyrobić zdolność opanowywania różnych życiowych sytuacji, albo też dla osiągnięcia tego, co uważa za najwyższe".

     W rozważaniach filozoficznych czy etycznych mówi się o dobru najwyższym, które ma być równoznaczne z osiągnięciem jednostkowego szczęścia, o poświęceniu najwyższym, które powinno być  bezinteresowne, natomiast w klasycznym dla informatyki zadaniu synchronizacji procesów, przedstawionym w postaci „problemu pięciu ucztujących filozofów”, najwyższym numerem oznaczony jest tylko jeden widelec, co stwarza problem niełatwy do rozwiązania nawet dla wybitnych informatyków, o czym zwyczajni zjadacze komputerowego chleba, tacy jak ja, w ogóle nie mają zielonego pojęcia, natomiast prawdy, które ty głosiłeś, miały być dostępne dla każdego, więc czym jest to twoje najwyższe? „Najwyższego nie można dosięgać, nie prowadzi doń żadna droga; stopniowe urastanie i wznoszenie się ku niemu nie jest możliwe. Prawda musi sama do nas przyjść; nie można ku niej dążyć; nie zbliży nas do niej na pewno praktykowanie cnót. To, co ludzie przez wyrabianie cnoty osiągają, nie jest Prawdą, tylko ich własnym z wnętrza psychiki rzutowanym pragnieniem”.

     A jednak wrócę jeszcze na chwilę do tamtej pani, mimo iż jako dziecko już raczej nie ćwiczyła gam na fortepianie, bo słuchając jej odniosłem wrażenie, że  jej cnotliwość, z którą tak się obnosiła, była sprawą rozumu, a nie serca… W tym ujęciu mówi się zresztą o cnotliwości dziewczęcej, a ta pani była młodą, ale jednak rozwódką, skupmy się zatem na tym pojęciu cnoty, w naszej kulturze też coraz rzadziej praktykowanej, która oznacza prawość, szlachetność, zacność. „Człowiek o ograniczonym umyśle i słabym charakterze może praktykować cnoty, ale pomimo to nie przestanie być małym i ciasnym. Cnota jest wówczas ucieczką od własnej małości, a wyrabiane i gromadzone zalety pozostają drobne i małostkowe”.

    Nic ująć, choć chyba warto jeszcze coś dodać: „Aby w coś wniknąć i naprawdę to zrozumieć, musi zrodzić się w głębi serca zdolność odbiorczości i rozpoznawania, i całkowite przyjęcie tego, co jest, a ta zdolność wykwita samorzutnie, gdy myśl ucichnie”.  A dalej to, co dla mnie brzmi już jak refren: „Ale taka cisza myśli nie jest wynikiem wyrachowania i z góry ułożonego, umyślnie podjętego wysiłku. Samo  pragnienie ciszy jest odmianą pożądania osiągnięć, a to rodzi nieskończone rozterki i udręczenia. A żądza, aby czymś jednym być, a czymś innym nie być jest zaprzeczeniem cnoty serca. […] Cnotą jest spokój, cnotą jest wolność od żądzy stawania się, a spokój ten płynie z serca, nie z myśli. Wprawdzie można uspokoić myśl przez odpowiednie ćwiczenia, praktyki, przymusy, ale taka dyscyplina niweczy cnotę serca, zaś bez niej nie masz pokoju, ni błogosławieństwa. Prawdziwą cnotą serca jest  w s z e c h r o z u m i e n i e”. 

                                     Cdn.

11:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 29)

     Doznawanie. Dolina tonęła w cieniu; zachodzące słońce złociło odległe szczyty, a to wieczorne rozjarzenie zdawało się płynąć z samego ich wnętrza. Po północnej stronie drogi góry były skaliste i nagie, jakby wypalone słońcem, a po południowej zielone i aż ciężkie od gęstwiny krzewów i drzew. Droga biegła prosto, przedzielając dużą malowniczą dolinę. Góry zdawały się tego wieczoru bliskie a nierealne, lekkie i o miękkim konturze. Wysoko na tle nieba krążyły duże ciężkie ptaki. Szare wiewiórki przebiegały przez drogę; z daleka dolatywał warkot samolotu. Po obu stronach drogi rozciągały się starannie utrzymane pomarańczowe gaje. Po upalnym dniu unosił się silny zapach rozgrzanej ziemi, skoszonego siana i wrzosów. Drzewa pomarańczowe o ciemnej zieleni świeciły gdzieniegdzie jaskrawością owoców. Rozlegały się nawoływania przepiórek, a samotny bażant właśnie zniknął wśród krzaków. Długa wężowata jaszczurka, spłoszona przez psa, czmychnęła w suche chwasty. Cisza wieczoru spływała powoli na ziemię.

      „Przeżycie już doznane, a stan aktualny doznawania to dwie różne rzeczy. Pierwsze jest zawsze przeszkodą w stosunku do drugiego. Przykre czy miłe, ale już minione przeżycie tamuje swobodne płynięcie doznawania. Przeżycie, które minęło, jest przeszłością, znajduje się już w sieci czasu, stało się pamięcią, a ta ożywa tylko jako reakcja na to, co zachodzi w dziś. Życie jest w tym, co jest dziś, a nie w tym, co było wczoraj. Ważkość i siła minionych doznań rzucają cień na to, co przeżywamy teraz, a więc doznawanie, które jest zawsze w teraz, krzepnie, ścina się niejako w doznane. Umysł nasz jest lamusem doznanych przeżyć, tego, co jest znane i utrwalone w pamięci, więc nigdy nie może być w stanie czystego doznawania, bo to, czego doświadcza, jest zawsze tylko dalszym ciągiem już przeżytego. Umysł zna tylko tę następczość, a dopóki jest w jej więzach, dopóty człowiek nigdy nie zdoła przyjąć nowego”.

     Czyli nigdy nie będzie mógł wejść w stan prawdziwego doznawania. A stan to piękny, o czym świadczy każdy z twoich opisów, będący najczystszą postacią doznawania umysłu wolnego od własnych projekcji, wynikających z nagromadzonych doświadczeń, choć takie opisy są zapewne zaledwie wstępem do tego, co nazywasz doznawaniem nieznanego. Powtórz raz jeszcze, dlaczego osiągnięcie tego stanu jest dla nas wręcz niemożliwe: „Myśl jest wyrazem niezliczonych przeżyć, jest działaniem pamięci, a dopóki ta jest czynna i wtrąca się w każde przeżycie, nie można wejść w stan czystego doznawania. Nie ma sposobu ani metody, aby położyć kres gromadzeniu doświadczeń, gdyż każdy z umyślnie użytych środków staje się jedną więcej przeszkodą dla doznawania. Obrać cel to trzymać się przeszłości i stwarzać ciągłość, a posiadać środki do osiągnięcia celu to utrwalać znane”.

    Wiem, że dla takiego doznawania nieodzowna jest pokora, ale jak się jej uczyć, skoro sam mówisz, że nasz umysł jest tak chciwy, że nigdy mu nie dosyć, i chce od razu wchłonąć ten nieuchwytny stan i dodać go do zasobu nagromadzonych doświadczeń? W twoich opisach znajduje się zapewne klucz do zrozumienia tego stanu, w którym nie ma podmiotu ani przedmiotu, doznającego i doznawanego, a zatem żadnego rozdwojenia. „W stanie płynącego doznawania jedno i drugie znika; nie ma tego, kto doznaje, ani doznawanego. Drzewo, pies, gwiazda wieczorna nie są w tym stanie przedmiotem przeżycia, są ruchem prostego doznawania; nie ma w nim odstępu pomiędzy obserwatorem a obserwowanym; nie ma tu interwału ani w czasie, ani w przestrzeni, przez który myśl mogłaby się wcisnąć w ten stan, przyswoić go sobie i z nim się utożsamić. Myśl jest nieobecna, jest tylko proste b y c i e”. Proste jedynie dla ciebie; dla mnie nadal w spiralach, elipsach, zygzakach, esach-floresach…

                                   Cdn.

10:41, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 28)

     Wiedza. Już kilka razy ten termin padał z twoich ust, najczęściej w ujęciu pejoratywnym, ale tym razem stał się tytułem osobnego rozdzialiku, poprzedzonego opisem, który intelektualistów o umysłach spekulatywnych (łac. speculativis = oparty na myśleniu abstrakcyjnym; oderwany od życia)  mógłby wprawić w osłupienie, gdyby w ogóle udało im się przebrnąć przez pierwsze zdanie – zbyt proste, aby mogło być prawdziwe, choć właśnie ono, w przeciwieństwie do ich mózgowych wypocin, zawiera tak podkreślany przez nich rudymentarny system kodów i znaczeń! Dlatego zostało przeze mnie wytłuszczone, choć powinienem wytłuścić wszystkie – dla przypomnienia, że tamci chcą być zrozumiani w wąskim kręgu wtajemniczonych osób, natomiast ty pragnąłeś ze swymi słowami dotrzeć do wszystkich!

    Słońce zachodziło. Pociąg biegł przez malowniczą okolicę. Stada wracały z pastwisk, wzbijając tumany złotawego pyłu. Znad horyzontu podnosiły się wielkie czarne chmury, raz po raz dawał się słyszeć daleki grzmot. Jakże radośnie śmiała się zieleń pól, jak miło wyglądała wioska tuląca się do stóp góry! Zapadał zmierzch. Dostrzegliśmy dużego jelenia pasącego się spokojnie na łące, nawet nie podniósł głowy, by spojrzeć na przelatujący pociąg.

     My zaś automatycznie patrzymy w ślad za nim – i różne myśli przelatują nam przez głowę. „Wiedza jest błyskiem światła na wąskim odcinku pomiędzy ogromem ciemni nieznanego, ale nie jest w stanie ponad ten mrok się wznieść, ani weń przeniknąć. Wiedza jest nieodzowna dla techniki, jak węgiel dla lokomotywy, ale nie może nigdy sięgnąć w nieznane. Niewiadome nie da się włączyć w krąg znanego. Trzeba odsunąć wszystko, co się wie, aby niewiadome mogło się objawić. Ale jakież to trudne!” 

     Trudne, bo całą naszą istotą tkwimy w przeszłości, czyli w znanym, a nieznana jest jedynie teraźniejszość, choć błędnie przypuszczamy, że przyszłość. „Przyszłość jest jeno przedłużeniem przeszłości, torującej sobie drogę w jutro poprzez nieznaną teraźniejszość. Ów odstęp, ów interwał pomiędzy przeszłością a przyszłością wypełniają raz po raz świetlne błyski wiedzy, przysłaniając próżnię teraźniejszości; ale właśnie w tej próżni ukrywa się cud życia”. O tym, że w lęku przed nieznanym uciekamy w wiedzę, już wiemy, jak i o tym, że oddajemy się jej namiętnie także z lęku przed wewnętrzną pustką, poczuciem własnej nicości. Wtedy staje się ona nałogiem, a czym jest nałóg, też już wiemy. Więc czego sobie jeszcze jasno nie uświadamiamy? Chyba tego: „Wiedza jest niewiedzą, gdy nie rozumiemy dróg i reagowań naszego ja. Zrozumienie siebie jest jednocześnie uwolnieniem się od wiedzy”. Czyli procesu zdobywania i gromadzenia, oddzielającego nas od życia, od Prawdy i od szczęścia, które ona daje…

 

     Zacność. Nie zazdroszczę ludziom zacnym, nie dlatego że do nich nie należę. Mimo iż tak jak wielu spośród ludzi uważanych za zacnych nie jestem chciwy, zadowalam się małym i nie mam specjalnych nałogów, nie zauważyłem, by ludzie darzyli mnie z tego tytułu coraz większym szacunkiem. Zresztą nigdy nie pragnąłem być człowiekiem zacnym, jakbym intuicyjnie przeczuwał to, co wyłuszczasz na samym wstępie swego rozważania na ten temat: „Zacność jest to nieszczęście, wysusza ono serce i myśl; wślizguje się niepostrzeżenie i niweczy wszelką miłość. […] Owi zacni zajmują najczęściej stanowisko obronne wobec życia, są pełni obaw i podejrzeń. Lęk kryje się w ich sercu; święte oburzenie jest ich cnotliwością, a poczciwość i nabożność puklerzem ochronnym. Są jak bęben, pusty w środku, lecz głośny, gdy się weń uderzy. Nie potrafią nigdy otworzyć serca na Prawdę, Rzeczywiste…”

     To oczywiste dla każdego, kto ma oczy otwarte na rzeczywistość, a zarazem ma świadomość, że u ciebie pod terminem Rzeczywiste skrywa się znacznie więcej! Na końcu tego rozważania występują  jednak opozycje trudniejsze do zrozumienia wprost, choć odnoszące się na pewno do zacności. „Brak chciwości i brak hojności łączą się ściśle ze sobą. Jedno i drugie jest procesem zamykania się w sobie, bierną formą egocentryzmu”. I dalej: „Podobnie jak szczodrość serca, tak hojność ręki jest ruchem ku zewnątrz, ku ludziom, a to jest niejednokrotnie przykre, zwodnicze i demaskujące nas wobec siebie samych. Hojność ręki nie jest trudna, spotyka się ją często. Szerokości serca nie da się rozwijać ani wyrabiać; jest to wolność od żądzy gromadzenia”. I na samym końcu: „Wielkoduszność i szerokość serca nie mogą się zrodzić, dopóki istnieje w nas nieustanna pamięć siebie, owego ja i moje”.

 

     Polityka. O tym też już mówiłeś, ale przecież mówi się o tym bez przerwy. We wszystkich poważnych gazetach i czasopismach, programach radiowych czy telewizyjnych. Jest ona wszechobecna w naszym życiu, w moim też, mimo iż odgrodziłem się od niej prawie szczelnym murem, póki mi nie uświadomiłeś, że żadne mury nie mogą odgrodzić nas od życia, którego zewnętrznym objawem jest także działalność polityczna i społeczna, względnie „żywe” zainteresowanie tymi zagadnieniami, które od wieków odbywa się pod hasłem: Co tam słychać, panie, w polityce? Czy Ziobro stanie przed Trybunałem Stanu?  Rosja i Stalin – trudne pożegnanie! Polska rośnie w siłę, czy w uległość? Obama – barak wuja Toma… Jarosław Kaczyński jest gejem! Dziadek marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego był piratem!

     „Nawet będąc ciasnym i małego serca można mówić o wielkich rzeczach, o szeroko znanych i popularnych przywódcach, można pokrywać swą płytkość zdawkowymi frazesami o zagadnieniach światowych. […] Polityka jest uzgadnianiem skutków, a że większość z nas obchodzą tylko skutki, przeto zewnętrzność nabrała dla nas tak wielkiego, dominującego znaczenia. Przez sprytne manipulowanie różnymi skutkami spodziewamy się zaprowadzić pokój i ład; niestety nie jest to takie proste. Życie jest procesem integralnym, ogarniającym zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną stronę; zewnętrzność wpływa bez wątpienia na stronę wewnętrzną, ale ta nieodmiennie zwycięża i zdobywa przewagę. W zewnętrznych przejawach wyrażamy to, czym jesteśmy. Nie da się oddzielić tego, co jest wewnątrz, od tego, co jest na zewnątrz, nie można tych dwu elementów utrzymać w oddzielnych przegródkach, gdyż nieustannie na siebie oddziaływają, ale wewnętrzne tęsknoty, pożądania, ukryte motywy i zamysły są zawsze silniejsze. Życie nie jest zależne od polityki i ekonomii, podobnie jak pojedynczy liść czy gałąź nie stanowią drzewa. Życie jest procesem olbrzymim, wszechogarniającym, a piękno jego można odkryć tylko ogarniając je w jego całkowitości i pełni”.

     Niestety, nasze życie, życie większości ludzi, którzy nigdy nie umieją wychylić się poza przyczyny i skutki, a przeto stają się, jak powiadasz, niewolnikami emocjonujących politycznych bodźców i religijnego sentymentalizmu, jest puste i niewiele warte. „Pełne scalenie naszej istoty dokonuje się tylko w głębokim i wszechstronnym rozumieniu. Rozumienie musi sięgać w głąb naszej psychiki, a nie poprzestawać na jej powierzchniowych falowaniach”. Rozumienie, a nie pożądanie tego, co w głębi może się kryć – mistyczne perły nęcą tak samo jak te ukryte w fałdach płaszcza muszli perłopławów…

                                             Cdn.

08:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 27)

     Bogaty i biedny. Chciałem te rozważania pominąć, ponieważ wiedziałem z góry, że w twoim ujęciu bogaci będą biednymi, a biedni bogatymi, oczywiście w sensie duchowym; tym bardziej że moje obserwacje też to potwierdzają. Na porannym spacerze, gdy jak zwykle układałem sobie w głowie kolejny wątek, który mógł się przewinąć w naszych dzisiejszych  rozmowach, doszedłem jednak do wniosku, że mimo wszystko kilka akapitów warto temu zagadnieniu poświęcić z uwagi na pyszną anegdotę, którą mi niedawno opowiedziała moja sparaliżowana przyjaciółka B., anegdotę sprzed prawie czterdziestu lat, a więc z czasów, gdy jeszcze szła skacząc po górach. Czyli po Alpach szwajcarskich, a w owym precyzyjnie jak w zegarku szwajcarskim odmierzonym czasie: w obniżeniu tektonicznym miedzy Alpami a Jurą, gdyż wydarzyło się to nad Jeziorem Lemańskim, w rezydencji letniej pewnego bogatego przedsiębiorcy pochodzenia żydowskiego. Ale najpierw oddam głos tobie, ponieważ jakimś opisowym wstępem należałoby chyba tę anegdotę poprzedzić, a w tym jesteś prawdziwym mistrzem…

     Papugi jak lśniące zielone błyskawice powracały właśnie na nocne legowiska; wylatują one wczesnym rankiem kierując się ku północy, do sadów i pól zielonych, w szeroką przestrzeń, a nad wieczorem wracają, by spędzić noc wśród gałęzi miejskich drzew. Ciekawy jest ich lot, nigdy równy, raczej gwałtowny, zuchowaty, hałaśliwy. Nie lecą wprost przed siebie, jak inne ptaki, lecz zataczają kręgi, to w lewo, to w prawo, lub spadają nagle w listowie drzew. Ze wszystkich ptaków mają  chyba najbardziej niespokojny lot; ale jakże są piękne, o tym połyskliwym złoto-zielonym upierzeniu i czerwonym dziobie! Sępy, szpetne i ciężkie, długo krążyły nad drzewami, aby wreszcie usadowić się na palmach do snu.

     Zbliżał się do nas jakiś człowiek grający na fujarce; szedł pod górę nie przestając grać. Poszliśmy za nim. Skręcił w jedną z małych uliczek wciąż grając. Jakże dziwnie brzmiała ta pieśń fujarki pośród gwaru miasta; dźwięki jej przenikały głęboko w serce. Było w nich coś z prawdziwego piękna.

     Zaraz, zaraz, papugi i sępy nad Jeziorem Lemańskim? Pieśń fujarki nad Jeziorem Lemańskim? Lenartowicz raczej nie stamtąd czerpał natchnienie: U tej krynicy, u tej kaliny / Jasio fujarki kręcił z wierzbiny. Ty wprawdzie niejednokrotnie przebywałeś w Szwajcarii, właśnie nad Jeziorem Lemańskim, nad którym leży Lozanna czy Genewa, ale raczej na pewno nie znalazłeś się w pobliżu rezydencji letniej owego bogatego przedsiębiorcy pochodzenia żydowskiego, odgrodzonej od świata tysiącem podniebnych murów, nawet jeśli niewidocznych, gdzie mogłyby rozbrzmiewać tylko dźwięki fletu, za którymi podążałyby wyłącznie szczury! A ponadto wystarczy uważnie wczytać się w twój opis, by zdobyć przekonanie, że nie może on dotyczyć tego miejsca! Idąc w pewnym oddaleniu za grajkiem, minęliśmy parę wąskich uliczek, aż znaleźliśmy się na szerszej i lepiej oświetlonej. Na brzegu chodnika siedziała grupa ludzi, grajek przyłączył się do niej, my uczyniliśmy to samo. I oto siedzieliśmy wokół niego, a on grał. W gronie słuchaczy znajdowali się przeważnie posługacze, kierowcy taksówek i stróże nocni, było też kilkoro dzieci i opodal parę psów.

     Wśród nich byłeś i ty, i ja bym tam był, gdybym przypadkowo znalazł się w tamtym miejscu, ale na pewno nie byłoby tam bogatych przedsiębiorców, bez względu na ich pochodzenie. Wkrótce odeszliśmy w stronę morza, szeroką drogą, mijając rzęsiście oświetlone domy ludzi zamożnych. Bogatych otacza zazwyczaj swoista, im tylko właściwa atmosfera; choćby byli najbardziej kulturalni, delikatni, o starożytnych tradycjach i wielkiej ogładzie, cechuje ich zawsze jakaś wyniosłość i nieprzystępność, owa niezachwiana pewność siebie i jakaś twardość, którą tak trudno przełamać. To nie oni posiadają bogactwo, lecz bogactwo posiadło ich, a to w swych skutkach jest gorsze od śmierci. Filantropia jest wyrazem ich pychy i zarozumiałości; […] dają dużo na cele humanitarne, ustanawiają fundacje, tworzą stypendia, więc uważają się za dobroczyńców, budowniczych, twórców. Wznoszą kościoły i świątynie. Ale ich bóg jest bogiem ich złota…

     Stop, w tym miejscu możemy przenieść się nad Jezioro Lemańskie, do rezydencji letniej pewnego bogatego przedsiębiorcy pochodzenia żydowskiego, w której przed prawie czterdziestu laty przebywała podczas letnich wakacji moja obecnie sparaliżowana przyjaciółka B., młodziutka wówczas i śliczna, i skacząca po okolicznych górach jak kozica – z głową zwieńczoną taką burzą włosów, której nie potrafiłyby wyzwolić żadne alpejskie wiatry! Jako Kopciuszkowi z dzikiego Lachestanu dano jej wpierw do czyszczenia zwyczajne platery dla służby, nawet nie srebra wystawiane tam przy każdym posiłku na pańskim stole, ale gdy właściciel owej rezydencji odkrył ku swemu niesłychanemu zdumieniu, że dzikuska mówi biegle po francusku i jest chemikiem, kazał ją natychmiast zatrudnić w charakterze konserwatorki złotych sztućców w ilości dla nas wręcz niewyobrażalnej, bo wykładanych na przyjęciach z udziałem co najmniej stu osób!

     Największe zanieczyszczenia gromadziły się w pobliżu monogramów oraz pól herbowych, jako że bogaty przedsiębiorca pochodzenia żydowskiego był baronem, równie operetkowym jak baron cygański, choć nie z tej operetki się wywodził. Podczas tych czynności towarzyszyli jej na zmianę właściciele owego skarbu, nie dlatego iż podejrzewali dziewczynę o złe zamiary, gdyż wystarczyłby nadzór majordomusa. Można być pewnym, że nie kunszt, z jakim dziewczyna oddawała się temu żmudnemu zajęciu, czy kunsztowność pradawnej roboty złotniczej podziwiali, lecz blask złota, który chyba jednak bardziej zaćmiewał wzrok pani domu, ponieważ pan baron dość rychło dostrzegł niezwykłą urodę i ogładę towarzyską młodej Polki, proponując jej w pewnym momencie miejsce przy stole podczas najbliższego przyjęcia, co spotkało się rzecz jasna z oburzeniem pani baronowej, która nawet nie dla potencjalnej rywalki, ale dla osoby ze sfer niższych widziała miejsce z góry dla niej przeznaczone, czyli wśród posługaczy.

     Pani baronowa zatchnęłaby się zapewne ze zdumienia, gdyby pojęła, że kierowała się wobec tej „posługaczki” uczuciem zawiści – w dodatku nie z powodu jej olśniewającej urody, bo to byłoby zrozumiałe, lecz z uwagi na to, że ta mając wzrok, którego nie raził blask złota, mogła ujrzeć Rzeczywiste, czyli to, czego za żadne pieniądze nie można nabyć.  Zdumienie pani baronowej byłoby zapewne jeszcze większe, gdyby pojęła, że młodziutką Polkę bogactwo to wręcz śmieszyło, bo ona intuicyjnie i od dziecka wiedziała to, co nie dla wszystkich jest takie oczywiste: „Im większe są zewnętrzne, na pokaz roztaczane zbytki, tym większe wewnętrzne ubóstwo”. Czuł to również syn baronostwa, studiujący w Genewie, który na tym przyjęciu powiedział o tym tylko jej, usługującej do stołu, ale to jest już inna story – zbuntowany młody człowiek, mimo wszystko gołodupiec będący na garnuszku swoich bogatych rodziców, pochyli się zapewne w późniejszym wieku, już jako właściciel odziedziczonej fortuny, nad kolejną konserwatorką „rodowych sztućców”, zmamiony tym samym blaskiem złota…

                                                            Cdn.

09:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 26)

     Obrzędy i nawrócenia. „Można się nawrócić z jednego wyznania na drugie, przejść od jednych dogmatów i wierzeń do innych, ale nie można się nawrócić ku rozumieniu Rzeczywistego i Prawdy”. Szkoda, bo jedynie ku temu chętnie bym się nawrócił. „Można zmienić zdanie i wierzenie, ale Prawda – Bóg – nie jest sprawą przekonań; jest to doznanie nieoparte na żadnym dogmacie ani wierzeniu, ani też na żadnym uprzednio doświadczonym przeżyciu. Jeśli przeżywamy coś, co się rodzi z naszego wierzenia, przeżycie to będzie reakcją przez nie uwarunkowaną. Jeśli przychodzi jakieś nagłe, zupełnie nieoczekiwane i bezpośrednie doznanie, a my potem na nim opieramy następne, nowe, wówczas będą one tylko ciągłością pamięci, reagującej na kontakt z chwilą obecną. Pamięć jest zawsze rzeczą martwą, ożywającą tylko przy kontakcie z wiecznie żywą teraźniejszością”.

     We wszystkich kościołach kapłani przekonują,  że ich Bóg jest Prawdą, jedyną i wiecznie żywą, ale ta prawda jest nierzeczywista w przeciwieństwie do twojej Prawdy, która pozostaje w ścisłym kontakcie z Nierzeczywistym. „Nawrócenie jest zamianą jednego dogmatu lub wierzenia na inne, przejściem od jednego rodzaju obrzędów do innych, które w danej chwili dają nam więcej zadowolenia, ale to nie otwiera nam bynajmniej drogi do Prawdy. Odwrotnie: szukanie tego, co da nam większe zadowolenie, przeszkadza ujrzeć Rzeczywiste i Prawdę. A przecież właśnie do takich nawróceń dążą różne zorganizowane religie i wyznaniowe grupy; usiłują one nawracać ludzi ku bardziej lub mniej logicznym dogmatom, przesądom, nadziejom i oczekiwaniom. Zapraszają nas do lepszego więzienia. Może ono być wygodne lub niewygodne, to zależy od naszej natury i upodobań, ale jest zawsze i w każdym razie więzieniem”. Z racji swego doświadczenia potwierdzam, że  bez względu na jego standard, nawet gdyby było pięciogwiazdkowe, jest ono cholernie niewygodne…

     O tym, że do lepszych więzień zapraszają nas także organizacje polityczne, wspomniałeś już wcześniej. Naczelnikami takich więzień w niedawnych czasach byli między innymi Hitler i Stalin, powinniśmy przeto wiedzieć, czego ich potencjalni pensjonariusze mogą się tam spodziewać, ale pamięć historyczna wypierana jest przez pamięć mechaniczną, na której bazują nie tylko reklamodawcy – ideologowie też, którzy poprzez mechaniczne powtarzanie utrwalają w ludzkich mózgach tym razem polityczne schematy obietnic możliwego szczęścia tutaj, na ziemi, ponieważ obietnice szczęścia niebiańskiego zostały już dawno temu opatentowane przez organizacje religijne. Zatem nie z ich ust może paść tak oczywiste dla ciebie stwierdzenie, że Prawda jest poza wszelkimi schematami i ideologiami.

    No ale ty nie posługujesz się intelektem jako jedynym narzędziem poznania. „Intelekt znajduje zabezpieczenie w religijnych czy politycznych schematach i czerpie z nich siłę; właśnie ten fakt nadaje żywotność wszelkim stowarzyszeniom. Są w nich zawsze starzy bywalcy i nowicjusze; oni to utrzymują ruch w organizacjach, podtrzymują ich lokaty i stan posiadania, a zasięg wpływów i prestiż stowarzyszenia przyciągają ku niemu ludzi hołdujących powodzeniu i światowym mądrościom. Gdy intelekt spostrzega, że dotychczasowe ramy ideologiczne już go nie zadowalają i nie wzmagają jego żywotności, zwraca się do innych wierzeń i dogmatów, które nowych dostarczają podniet i zadowolenia. Intelekt jest więc wytworem środowiska, żywi się i odświeża zewnętrznymi wrażeniami i utożsamianiem, tj. jednoczeniem się z różnymi ideologiami; dlatego też trzyma się uparcie reguł postępowania, schematów myślenia itp. Dopóki umysł jest wytworem przeszłości, nigdy  nie odkryje Prawdy, a nawet nie dopuści, by Prawda się objawiła. Trzymając się zrzeszeń i organizacji, tym samym oddala od siebie szukanie Prawdy”.

     Na długo przed tymi rozmowami byłym zaciekłym wrogiem intelektualistów wszelkiej maści, a gdy ktoś, chcąc najwidoczniej powiedzieć mi komplement, podkreślał sprawność mego intelektu, odczuwałem to jako obelgę. Do żadnych organizacji religijnych czy politycznych nigdy nie należałem. Byłem wprawdzie długoletnim członkiem Związku Literatów Polskich w Warszawie, w karierze zawodowej mi to jednak nie pomogło, może dlatego że mój udział w nim ograniczał się wyłącznie do okresowego spożywania obiadów w literackiej stołówce, zazwyczaj samotnie, choć zdarzyło mi się dać kilka razy po mordzie komuś, kto zbyt nachalnie usiłował ze mną biesiadować. Jest zatem oczywiste, że niezmiernie rzadko przechodziłem po obiedzie do kawiarni na parterze, będącej salonem wystawowym nie tylko polskiej literatury, lecz także sztuk pokrewnych…

     Mimo to, a może właśnie dlatego, gdyż zaostrzało to mój zmysł obserwacji, mógłbym o obrzędowości życia literackiego w Polsce sporo powiedzieć, czego jednak nie zrobię, ponieważ moje spostrzeżenia pokrywają się całkowicie z tym, co mówisz na ten temat: „Obrzędy stwarzają atmosferę, w której uczestnicy czują się zazwyczaj miło i dobrze; zarówno jednostkowe, jak i zespołowe rytuały dają pewien spokój myśli i stanowią uderzającą przeciwwagę nudy i uciążliwości codziennego życia. Posiadają dużo swoistego piękna, harmonii, rytmu, ale w istocie są podnietami, które, podobnie jak wszystkie środki podniecające, z czasem przytępiają myśl i wyziębiają serce. Obrzędy stają się przyzwyczajeniem, tak iż trudno się bez nich obejść. I ową tęsknotę do nich, czy też potrzebę ich, uważa się za duchowe odnowienie, za wzmocnienie sił, by lepiej stawić czoła życiu, za codzienną czy cotygodniową medytację itp.; ale wnikając nieco głębiej w ten proces, zauważymy, iż są one próżnym powtarzaniem, dającym wspaniałą a wielce szacowną ucieczkę od konieczności poznawania siebie. A bez tego wszelkie działanie ma niewielką wartość. Powtarzanie słów, zdań, śpiewów, chociaż chwilowo może się zdawać podnietą i czynnikiem podnoszącym, w istocie działa usypiająco. A gdy w takim przytępionym stanie przychodzą różne przeżycia, są one tylko projekcjami naszego ja. Jakkolwiek byłyby przyjemne, są zawsze złudne. Doznanie Prawdy nie przychodzi pod wpływem żadnych praktyk, ani powtarzanych obrzędów. Prawda nie jest celem jakiegoś procesu, ani rezultatem dążeń i wysiłków. Nie można jej przywoływać, albowiem nie należy do dziedziny myśli”.   Amen. 

                                     Cdn.

13:08, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 25)

     Samotność a osamotnienie. Słońce już zaszło, a sylwetki drzew rysowały się wyraźnie na tle ciemniejącego nieba. Szeroka, majestatyczna rzeka płynęła spokojnie i cicho; księżyc podnosił się znad horyzontu, wychylając się spoza pni dwóch wielkich drzew, ale długie cienie nie kładły się jeszcze na ziemię. […] Przyroda nie była słodka ani łaskawa w ten wieczór. Drzewa spowite milczeniem i mrokiem wydawały się surowe i skupione w sobie. Minęło nas na rowerze paru żywo rozprawiających wieśniaków i znów zapanowała ta sama głęboka cisza, spokój, który nastaje, gdy rzecz wszelka zdaje się samotna i w sobie skupiona.

     Ale samotność ta nie jest samotnością bolesną ani przerażającą, jest ona inna. Jest to samotność samego istnienia, niczym nieskażona, bogata pełnią, doskonała. To drzewo tamaryszku opodal, samo w sobie skupione, jest tylko i jedynie sobą. Podobnie samą, zwartą i całkowitą w sobie jest ta samotność. Człowiek jest sam – jak ogień, jak kwiat – ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu. Ten opis, z podkreśleniem takiej a nie innej samotności, to też słowa, niby tylko słowa, ale takie, które nie gilotynują ciszy. Słowa wyrastające z ogromu i nieskazitelności stanu samotności samego istnienia.

     Zdawał sobie z tego sprawę jeden z wielkich poetów szwedzkich – jego słowa o samotności, którą dzielił z każdym kwiatem, już przytaczałem – coraz częściej zdaję sobie z tego sprawę i ja. Bolesna i przerażająca jest tylko samotność, którą dzielimy z innym człowiekiem. Obcym. I z sobą samym. Też obcym. Ale samotność, o której mówisz, jest diametralnie inna. „Tylko trwając w takiej samotności można wejść w kontakt i prawdziwe obcowanie ze wszystkim, co nas otacza. Ta  samotność to nie zamykanie się, ani odpychanie czegokolwiek bądź. Jest ona oczyszczeniem, uwolnieniem się od wszelkich motywów, pragnień, dążeń i celów. Samotność ta nie jest wytworem umysłu ani jego celem; nie można jej chcieć. Gdy taka chęć się w nas pojawia, jest ona tylko ucieczką od smutku, iż nie potrafimy z niczym wejść w żywy kontakt, w prawdziwe zjednoczenie”. Ten smutek zawsze był ze mną, coraz bardziej dojmujący; właściwie nie znałem innego stanu, nie licząc krótkich chwil złudnej radości…

     „Samotność bolesna to osamotnienie, z jego lękiem i udręką, nieunikniony skutek działania naszego małego ja. Właśnie ten proces odosabniania się – czy to ograniczony i ciasny, czy w swym zasięgu szeroki – stwarza zamęt, chaos, konflikty i cierpienia. Odosabnianie się nie może nigdy zrodzić prawdziwej samotności; musi ono całkowicie zniknąć, aby mogła się pojawić samotność istotna. Ta jest jednolita i niepodzielna, a odosabnianie się jest zawsze dzieleniem i wyodrębnianiem. To, co jest samo w sobie, samotne, jest zarazem giętkie, a więc wytrzymałe. Tylko owo samoistnie samotne może wejść w kontakt z tym, co jest bezgraniczne i bezprzyczynowe. Dla człowieka, który zna taką samotność – życie jest wieczne, nie ma dlań śmierci. Bo to, co jest samoistne, nie może przestać być”.

     Księżyc wznosił się teraz ponad wierzchołki drzew, a cienie stawały się coraz ciemniejsze i głębsze. Pies gdzieś zaszczekał, gdyśmy przechodzili koło wioski, wracając brzegiem rzeki. Nurt jej był tak cichy, iż chwytał odbicie gwiazd i świateł wielkiego mostu w oddali. Na wysokim brzegu stały dzieci; aż do nas dobiegał ich śmiech i kwilenie jakiegoś niemowlęcia. Rybacy wytrząsali i układali swe sieci. Nocny ptak cicho przeleciał. Z drugiego brzegu dolatywała tęskna pieśń, słowa jej brzmiały wyraźnie i przejmująco. Oto znów ta wszechprzenikająca samotność życia, które samo w sobie skupione trwa. A więc sami w sobie skupieni po prostu trwajmy…

                                                     Cdn.

12:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 24)

     Miłość a myśl. Wprawdzie ta konfiguracja gdzieś już się w naszych rozmowach pojawiła, ale niejako na marginesie twoich wywodów o istocie miłości, natomiast teraz wysuwa się na plan pierwszy, więc słucham uważnie, gdyż problem ten nieustannie zaprząta moją uwagę od niepamiętnych czasów „Myśl, z całą swą emocjonalną zawartością, to nie miłość. Myśl nieodmiennie miłości zaprzecza, gdyż podstawą jej jest pamięć, a miłość nie ma nic z pamięcią wspólnego. Gdy myślimy o kimś kochanym, owa myśl nie jest miłością. Możemy sobie przypominać przyzwyczajenia, ruchy, sposób bycia, upodobania czy antypatie przyjaciela i myśleć o miłych lub smutnych chwilach czy zdarzeniach w naszych wzajemnych stosunkach, ale obrazy, które nam pamięć podsuwa, to nie miłość. Myśl z samej swej natury zawsze dzieli i wyodrębnia. Poczucie czasu i przestrzeni, rozłąki i bólu rodzi się z myślowego procesu, a miłość może istnieć tylko tam, gdzie ten proces ustaje”.

     Gdybyśmy to wszystko pojęli do głębi i potrafili inaczej odczuwać to, co we wszystkich językach i narzeczach świata oznacza ten sam stan głębokiego przywiązania do kogoś, względnie namiętnego uczucia do osoby płci odmiennej, byłaby to wręcz rewolucja w naszych dotychczasowych wyobrażeniach tego stanu. „Intelekt nieuniknienie wytwarza poczucie własności, ów zmysł posiadania, z którego świadomie lub nieświadomie rodzi się zazdrość; a gdzie jest  zazdrość, tam nie może być miłości, mimo iż większość ludzi uważa właśnie zazdrość za wyraz miłości. Zazdrość i zawiść są zawsze wytworem myśli, reakcją emocjonalnych składników intelektu. Gdy poczucie posiadania lub bycia posiadanym napotyka zaporę i zahamowanie, tworzy się pustka, którą wypełnia zazdrość zamiast miłości. Tyle zawiłych komplikacji i cierpienia właśnie dlatego, że myśl chce grać rolę miłości”.

     Tyle zawiłych komplikacji i cierpienia – kto tego nie doświadczył choć raz w życiu, ten raczej nie zrozumie Otella, nie mówiąc o samym sobie, a już na pewno nie zrozumie, czym jest miłość chora, kaleka, czyli miłość własna, bo taka miłość jest zawsze chora i kaleka. Czas jednak na pożegnanie z kolejnymi jej wyobrażeniami. „Gdy nie myślimy często o kimś bliskim, jesteśmy skłonni przypuszczać, że go nie kochamy; ale czy myślenie o kimś jest miłością? Gdybyśmy na przykład spostrzegli, że nie myślimy o przyjacielu, którego – wedle naszego przekonania – kochamy, bylibyśmy tym niemal przerażeni, nieprawdaż? Podobnie gdybyśmy nie zwracali się myślą do kogoś drogiego, kto umarł, wyrzucalibyśmy sobie oziębłość, obojętność, brak wierności, i w tym poczuciu staralibyśmy się specjalnie zwracać ku niemu myśl, stawialibyśmy przy sobie i wpatrywali się w jego fotografie, lub we własne o nim wspomnienia, czyli obrazy myślą lub ręką ludzką stworzone; ale wypełniać serce obrazami wyobraźni to nie zostawiać w nim miejsca na miłość. Gdy przyjaciel jest z nami, nie myślimy o nim, prawda? Tylko w jego nieobecności pamięć przywołuje sceny i zdarzenia chwil przeżytych z nim, a minionych, czyli poczyna odtwarzać to, czego już nie ma, co umarło. I to ożywianie nieistniejącej, martwej przeszłości jakże często nazywamy miłością. Tak więc dla wielu ludzi miłość jest ożywianiem tego, co już jest martwe, a to jest zaprzeczaniem samemu życiu. Żyjemy wciąż martwą przeszłością, tym, czego nie ma, toteż sami jesteśmy jakby martwi, choć nazywamy to miłością. Wszelkie procesy myślowe zaprzeczają zawsze miłości. To myśl, a nie miłość, stwarza różne komplikacje emocjonalne. Myśl jest największym wrogiem miłości. Oddziela to, co jest, od tego, co powinno być; na tym podziale i odróżnieniu opiera się cała nasza moralność, ale zarówno ludzie moralni, jak i amoralni nie wiedzą, czym jest miłość. Wskazania moralne stworzone przez intelekt, aby utrzymać w pewnych ramach wzajemne stosunki ludzkie w społeczeństwie, nie mają nic wspólnego z miłością; stanowią raczej proces tężenia, na kształt twardniejącego cementu”. Piękna metafora, doceniam to jako poeta, nie to mnie jednak poruszyło najbardziej. Zawsze podejrzewałem, że każda wielka poezja miłosna zrodziła się z niedosytu, z głodu miłości; tak w każdym razie było w przypadku mojej poezji miłosnej, co oczywiście nie przesądza o jej wielkości…

      I oczywiście myśl, myśl, myśl wypełniała pustkę po każdej potencjalnej miłości, martwej chyba już w momencie narodzin. „Myśl nie jest nigdy drogą do miłości; nie może budzić jej ani rozwijać, bowiem miłości nie da się hodować jak roślin w ogrodzie. Sama chęć wyrabiania jej i kultywowania jest procesem myślowym. Każdy, kto potrafi z pewną dozą czujności obserwować siebie, stwierdzi z łatwością, jak wielką rolą odgrywa w jego życiu myśl. Ma ona oczywiście swe właściwe miejsce, spełnia swe zadanie, ale nie ma ono nic wspólnego z miłością. Tylko to, co ma jakiś związek z myślą, może być przez myśl zrozumiane, a tego, co nie ma z nią żadnego związku, intelekt nigdy nie zdoła uchwycić. Spytacie, czymże tedy jest miłość? Miłość jest stanem duszy, w którym myśl całkowicie ucicha. Ale samo określenie miłości jest procesem intelektualnym, więc nie ma z nią nic wspólnego. Trzeba zrozumieć myśl samą w sobie, a nie starać się schwytać miłość myślą. Jednak samo odsunięcie wszystkich myśli nie sprowadza jeszcze miłości. Można uwolnić się od intelektualizmu, gdy zrozumiemy w pełni prawdziwe znaczenie procesów myślowych, a na to potrzeba głębokiego rozumienia siebie; płytkie i powierzchowne o sobie twierdzenia na nic się tu nie zdadzą. Umiejętność prawdziwej medytacji, a nie przyzwyczajenia myślowe, jasna świadomość i czujność wobec siebie, a nie określenia i definicje, odsłaniają nam istotę procesów myślowych. A bez doświadczalnego ich poznania miłość się nie objawi”.

                                                 Cdn.

12:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 kwietnia 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 23)

      Plotki i obmowy. W pierwszej chwili pomyślałem sobie: po co poruszać w rozmowie tematy tak błahe, po czym uświadomiłem sobie, że większość ludzi poświęca gros czasu i uwagi  właśnie tak bzdurnym sprawom, które rodzą się, jak powiadasz, z niespokojnej i rozproszonej myśli. „Umysł pełen niepokoju i powierzchniowej ruchliwości […] musi być wciąż czymś zajęty, pożąda coraz silniejszych wrażeń i zmiany przedmiotów przyciągających jego uwagę, a plotki i obmowy tego wszystkiego mu dostarczają”. Czy mnie też to dotyczy? Trudno plotkować o kimś, trudno obmawiać kogoś będąc takim samotnikiem jak ja, choć w okresach szczególnego niepokoju i wręcz galopady myśli nie zostawiałem na nienawistnych mi wówczas osobach suchej nitki. Natomiast będąc w towarzystwie innych ludzi zazwyczaj krakałem tak jak i oni, czyli brałem udział w plotkach i obmowach, mimo iż zdawałem sobie w pełni sprawę z tego, że są to tematy zastępcze i niewarte funta kłaków. Doskonale pamiętam uczucie ogromnego dyskomfortu, jakie mi towarzyszyło podczas takich spotkań towarzyskich, dlatego tak rzadko w nich uczestniczyłem.

      „Zajmowanie się plotkami jest antytezą wrażliwości i głębszego odczuwania. Mówienie o innych, źle czy dobrze, jest ucieczką od siebie, a ta z kolei staje się przyczyną rozedrgania myśli. Wszelka ucieczka jest z samej swej natury pełna niepokoju. Większość ludzi zajmuje się z upodobaniem cudzymi sprawami; wyraża się to między innymi w chętnym czytaniu niezliczonych czasopism, które zapełniają całe szpalty opisami kradzieży, zabójstw, rozwodów itp. Interesuje nas, co inni o nas myślą, chcemy więc i o nich wszystko wiedzieć; liczymy się z ich opinią, stąd powstają różne, mniej czy bardziej subtelne formy snobizmu i hołdowania autorytetom. I rozpraszamy się coraz bardziej, uzależniając się od rzeczy zewnętrznych, a wewnątrz nas szerzy się pustka. Im więcej uwagi kierujemy ku zewnątrz, tym więcej potrzebujemy wrażeń i rozrywek, a ich wpływ czyni całą psychikę niespokojną, zaś myśl rozproszoną, niezdolną do głębszych odkryć i dociekań”. Te coraz większe spustoszenia wewnętrzne obserwowałem w ostatnich latach nawet u bardzo młodych ludzi, częstokroć absolwentów renomowanych uczelni, więc już w początkach kariery zawodowej niemających żadnych kłopotów natury materialnej, z którymi po pewnym czasie nie można było zamienić ani jednego sensownego słowa; zewnętrznymi objawami tego spustoszenia były „piwne brzuchy” czy podwójne podbródki pod coraz bardziej tępymi mordami…

       Wyrazem rozedrgania myśli jest nie tylko zajmowanie się plotkami, a powstrzymywanie się od nich wcale nie dowodzi, że umysł jest cichy. „Cisza i spokój umysłu nie rodzą się z jakiegokolwiek zaprzeczenia czy wyrzeczenia się, przychodzą one wraz ze zrozumieniem tego, co jest. Aby zrozumieć to, co jest, trzeba być niesłychanie czujnym i ogarniać w lot każdą rzecz, bowiem to, co jest, nie pozostaje w bezruchu, nigdy nie jest statyczne”. To już wiem, nie wiem natomiast, co jeszcze może być wyrazem rozedrgania myśli? „Większość z nas nie czułaby wcale, że żyje, gdybyśmy się wciąż o coś nie kłopotali i nie martwili; nieustanne borykanie się z trudnościami jest dla wielu ludzi jakby potwierdzeniem ich własnego istnienia. Po prostu nie możemy sobie wyobrazić życia bez jakiejś troski czy kłopotu, i zdaje się nam, że im więcej nas pochłania jakaś sprawa, tym żywsi jesteśmy i bardziej aktywni. A przecież nieustanne naprężenie myśli zajętej jakimś problemem – najczęściej przez nią samą stworzonym –  tylko nuży umysł i stępia wrażliwość”.

      To prawda, przez całe życie bez przerwy kłopotałem się o coś i czymś się martwiłem; przedtem dotyczyło to moich żon, później moich dzieci, a w okresach największego rozedrgania myśli nawet ludzi prawie mi obcych; dopiero teraz zadaję sobie pytanie: czy kiedykolwiek kłopotałem się o siebie, martwiłem się sobą? Nie, ponieważ tak bardzo pochłaniały mnie sprawy innych ludzi, że dla mnie nie starczało już czasu! „Co jest przyczyną tego nieustającego zaabsorbowania myśli jakąś trudnością lub zagadnieniem? Czy kłopotanie się, jakby ciągłe przeżuwanie trosk i zmartwień może coś pomóc i rozwiązać? Czy raczej odpowiedź na nurtujące nas zagadnienie przychodzi sama, gdy myśl się ucisza? Ale większości ludzi spokój i cisza wydają się czymś przerażającym; boją się takiej ciszy w sobie, bo któż wie, co się z niej może nagle, nieoczekiwanie wyłonić? […] Psychika, która się obawia odkryć w sobie nieoczekiwane, musi z konieczności utrzymywać postawę obronną, a nieustanne kłopotanie się jest jej samoobroną”.

     Złożone? Złożone. Proste? Proste. „Powierzchniowe warstwy naszego umysłu stały się nazbyt ruchliwe i rozedrgane pod wpływem otaczających warunków, przyzwyczajeń oraz ciągłego naprężenia; życie współczesne wzmaga tę zewnętrzną ruchliwość i rozproszenie; i to zmienia się również w formę samoobrony. Wszelka postawa obronna jest rodzajem oporu i utrudnia rozumienie”. Utrudnia. Bez wątpienia. Dzięki tobie już to rozumiem. Mam jednak chęć na małą dygresję, które nie będzie chyba odejściem od tematu. Gdy mówiłeś o życiu współczesnym, wzmagającym w nas zewnętrzną ruchliwość i rozproszenie, przypomniał mi się list, który dała mi wczoraj do przeczytania pani B., moja przyjaciółka o aktywności duchowej może dlatego tak niezwykłej, bo od jedenastu lat jest prawie całkowicie sparaliżowana? Ten piękny i poważny list został napisany przez pewnego pana w Zakopanem, w miejscu wydawałoby się najmniej odpowiednim do tego, by w ogóle zajmować się sprawami poważnymi. Jakaż cudowna kaligrafia, jakaż spokojna mądrość emanująca z każdego słowa! No tak, ale ten list został napisany 16 sierpnia 1911 roku (pod datą widnieje dopisek: „godz. 8 rano, barometr 768”), a to wiele wyjaśnia…

     Ten nieznany mi pan na pewno nie doszedł do tego cudownego spokoju wewnętrznego przez ćwiczenia i urabianie myśli, gdyż to zamiast sprowadzić spokój, tylko stępia i zacieśnia umysł, zmniejsza naszą wrażliwość. Zapewne miał on w sobie ciekawość poznawania świata i ludzi, ale na pewno nie miał tej zachłannej a miałkiej ciekawości, która objawia się w plotkach i obmowach, i z całą pewnością czuł, że wszelkie rozumienie przychodzi wraz z poznawaniem siebie,o czym świadczył dalszy ciąg listu, będący potwierdzeniem twoich słów: „Sama ciekawość wraz z jej spekulatywnymi odmianami stanowi przeszkodę w samopoznaniu. Spekulacje myślowe, jak i ciekawość dowodzą tylko niepokoju i rozedrgania myśli; a choćby najzdolniejszy, ale rozproszony umysł niweczy szczęście i rozumienie”. A przecież na szczęściu i w co najmniej w tym samym stopniu na rozumieniu zależy mi najbardziej…

                                   Cdn.

11:05, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »