RSS
czwartek, 30 kwietnia 2009
In vitro

     Kto jest przeciwnikiem pozaustrojowej metody zapłodnienia in vitro, stosowanej od dawna u wielu gatunków zwierząt, np. bydła domowego czy trzody chlewnej, lecz budzącej kontrowersje jedynie wówczas, gdy obejmuje ona samice zwierząt nazywających się człowiek (jest to jedynie nazwa określonego gatunku, tak jak owca czy krowa)? Przede wszystkim kobiety, najczęściej stare kobiety, a w każdym razie te, którym szczęśliwie udało się urodzić dzieci po bożemu, przeto nie chcą wczuć się w cierpienie milionów kobiet, którym naturalne poczęcie i macierzyństwo nie są dane z woli tego samego Boga, który w Księdze Rodzaju (Genesis) głosił: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię…, nie mówiąc o żadnych wyjątkach, albowiem Ziemia stworzona po to, by była zamieszkała przez ludzi. I drzewiej tak właśnie bywało, a bycie bezpłodną traktowano jak prawdziwy dopust boży, szczególnie w sytuacji, gdy kobiety, nawet hrabiny, jak Anna z Działyńskich Potocka, właścicielka pobliskiego Rymanowa-Zdroju, rodziły po kilkanaścioro dzieci, a powiedzenie co rok to prorok nie było tylko przysłowiem ludowym. Niestety, w czasach współczesnych aż piętnastu procentom małżeństw żaden stosunek seksualny nie pomoże w uzyskaniu potomstwa. Wielu księżom dzięki takim stosunkom jednak się to udaje, czy nie stąd ta ich nieskrywana pogarda dla nieudaczników? Tak, gdyż dzięki postępowi wiedzy medycznej okazało się, że mężczyźni też mogą być niepłodni, co kiedyś było nie do pomyślenia! Zresztą problem ten zaczyna dotykać nie tylko ludzi, ale także ich zwierzęcych krewniaków – w innej książce pisałem, że w wyniku zanieczyszczenia środowiska hormonami żeńskimi  (znajdują się one m.in. w specyfikach, którymi kobiety próbują podtrzymać młodość), niektórym rybom, gadom i ptakom przestają się wykształcać męskie narządy płciowe, nie wspominając o zdegenerowanych  plemnikach u tych, którzy te narządy w postaci szczątkowej bądź uwstecznionej jeszcze posiadają. Jednakże od dłuższego czasu mężczyźni już w średnim wieku zaczynają się również odmładzać na siłę, przeto tylko patrzeć, jak nadmiar hormonów męskich w przyrodzie zacznie zagrażać biologicznym podstawom ludzkiej egzystencji.

     Jedynym ratunkiem dla wspomnianych małżeństw nie mogących w sposób naturalny mieć dzieci (ich liczba zwiększa się z roku na rok) jest więc metoda zapłodnienia pozaustrojowego in vitro. Oglądałem ostatnio program zatytułowany Za wszelką cenę. Bezpłodni rodzice pragną mieć bowiem dzieci za wszelką cenę. Wyrzeczeń materialnych i bólu, przede wszystkim psychicznego. Bo upragnione dziecko z próbówki jest tak samo wzruszająco piękne jak to poczęte naturalnie, a takich dzieci jest już na świecie ponad trzy miliony i kolejne ćwierć miliona rodzi się co roku!  

                          

                   Luise Joy Brown, pierwsze dziecko poczęte z próbówki

 

02:05, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
środa, 29 kwietnia 2009
Niemowlę musi natychmiast wydorośleć!
     Niemowlę jest wystarczająco inteligentne, żeby krzykiem lub płaczem sterować zachowaniami osób dorosłych w pożądanym dla siebie kierunku. Dość szybko uświadamia sobie jednak, że dotyczy to raczej wąskiego kręgu tych osób, w których później rozpozna swoich rodziców, dziadków itp.; inne z nich, na przykład niezbyt czuła babysitter, chcąc uciszyć jego krzyk czy płacz, może posunąć się nawet do poważnego naruszenia jego nietykalności cielesnej, o czym wiadomo dzięki ukrytym kamerom. Zresztą w kręgu osób najbliższych też nie zawsze udaje mu się krzykiem lub płaczem uzyskać to, co chce, bo na przykład powolny dotąd jego zachciankom ojciec może nagle wpaść w szał i albo rzuci nim o podłogę, albo zacznie dusić. Dlatego dość powszechne mniemanie, że okres niemowlęctwa jest najszczęśliwszym okresem w życiu człowieka, pozostawmy w sferze górnolotnych, lecz czczych frazesów. Chwała Bogu, że niemowlę jest zazwyczaj wystarczająco inteligentne, żeby o przykrych incydentach z okresu najwcześniejszego dzieciństwa jak najszybciej zapomnieć, co by się jednak stało, gdyby w jego roli występował człowiek dorosły, to znaczy, gdyby człowiek dorosły był niemowlęciem? Czy byłby wystarczająco inteligentny, żeby sobie z taką rolą poradzić? Nie chodzi bynajmniej o poczucie śmieszności, gdyż to można przykryć błazenadą, ale o poczucie śmiertelnego zagrożenia! 

Ktoś, kto ten pierwszy akapit przeczyta i będzie wystarczająco inteligentny, żeby powiązać to wszystko w miarę sensowną całość,  pomyśli sobie: „Gdyby termin człowiek dorosły oznaczał człowieka w bardzo podeszłym wieku, to wszystko byłoby jasne, bo na starość człowiek podobno dziecinnieje, a będąc całkowicie zniedołężniały może nawet oślinić się lub robić pod siebie, czyli zachowywać się jak niemowlę, ale w tym stanie nie ma się raczej poczucia śmieszności, a tym bardziej śmiertelnego zagrożenia!” To rozumowanie jest jak najbardziej logiczne, ale gdybyśmy na tym poprzestali, bylibyśmy, jak mawiał Kochanowski, i przed szkodą i po szkodzie głupi. Być może człowiek, który stworzył pierwszy sztuczny mózg, choć jego stworzenie wymagało nie lada inteligencji, był na tyle głupi, że nie przewidział, iż na tym się nie skończy. To znaczy nie na tym, że człowiekowi uda się stworzyć kolejne, coraz doskonalsze sztuczne mózgi, bo to było wiadome, ale na tym, że wkrótce te myślące maszyny będą przewyższały inteligencją nawet ich twórców, a w dość bliskiej przyszłości w ogóle nie będą ich potrzebowały, ponieważ z powodu ich bardzo ograniczonych możliwości (pro)kreacyjnych będą musiały rozmnażać się same przez multiplikowanie. W obliczu tej nowej generacji maszyn myślących, mających możliwość powiększania zasobu swej inteligencji w nieskończoność, człowiek, ograniczony do ściśle określonej ilości szarych komórek, będzie jak owo niemowlę, które krzykiem lub płaczem usiłuje sterować w pożądanym dla siebie kierunku zachowaniami osób dorosłych, w tym wypadku będą to jednak nieczułe maszyny, w dodatku piekielnie inteligentne, więc na pewno wobec tak absurdalnych reakcji pozostaną całkowicie obojętne. Dla własnego dobra niemowlę musi zatem natychmiast wydorośleć, czyli stać się też myślącą maszyną, bo jedynie pełnoprawne partnerstwo może zapewnić mu możliwość przetrwania w owym złowrogim cybernetycznym świecie. Stanie się to możliwe jedynie wówczas, gdy będzie podłączał swój mózg do układów scalonych każdej z kolejnych generacji maszyn myślących, czyli w nieskończoność, ponieważ ten proces będzie trwał aż do końca świata i zapewne o jeden dzień dłużej, jak mówi się przy okazji kolejnego występu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy…

                  
01:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 kwietnia 2009
Stara kobieta wysiaduje

    Nie ma to być recenzja znakomitego dramatu Tadeusza Różewicza pod tym właśnie tytułem, który przed czterdziestu laty zrobił na mnie piorunujące wrażenie (ta sztuka grana jest nadal z niezmiennym powodzeniem na deskach wielu teatrów nie tylko polskich). Tamta stara kobieta chciała zresztą zmierzyć się ze światem ludzkości dążącej do samozagłady, by chronić i podtrzymać życie jak archaiczna bogini o nadludzkiej mocy, mimo iż zasiadająca na monstrualnym śmietniku współczesnej cywilizacji, ja natomiast chcę mówić o starych kobietach, które wysiadują jedynie śmierć. Ba, gdyby tylko swoją śmierć, to na pewno nie podjąłbym tego tematu, ale one jak dawni władcy pragną, cóż, że nieświadomie, pociągnąć za sobą do grobu innych ludzi – w przypadku władców były to najczęściej żony i młode nałożnice, które musiały im towarzyszyć w drodze na tamten świat. Mnie to osobiście nie dziwi, ponieważ dopiero w ostatnich czasach mężczyźni są gotowi dzielić się swymi kobietami z innymi mężczyznami, co dla mnie jest wyrazem postępującej degeneracji męskopodobnych istot. Zgadzam się z opinią jednego z internautów, że między innymi Cezary Pazura, bożyszcze współczesnych kobietopodobnych istot, również jest istotą męskopodobną, ale w tej chwili zajmuje mnie wyłącznie kwestia starych kobiet…

     W ostatnich latach widziałem dziesiątki udręczonych kobiet, które za swój święty obowiązek uważają opiekę nad swymi starymi rodzicami, zazwyczaj matkami, gdyż wiadomo, że kobiety żyją przeciętnie dziesięć lat dłużej od mężczyzn. Te udręczone córki są kobietami pracującymi, więc trudno im pogodzić pracę zawodową oraz obowiązki domowe (mąż, dzieci, względnie same dzieci) z koniecznością zajmowania się jeszcze osobą coraz bardziej starą, najczęściej schorowaną i niezbyt sprawną, a przy tym terrorystką – bardzo groźną, jeśli postępuje u niej proces odmóżdżenia. I stawania się „tele-mułem”, jak jeden z internautów świetnie to ujął, ponieważ poza słuchaniem Radia Maryja czymś ta nieszczęsna kobieta musi wypełnić czas swego roślinno-ziemskiego bytowania. No, ale te udręczone córki twierdzą, że tak trzeba, choć ich oczy mówią co innego! Tak trzeba tylko u nas, ponieważ na przykład w krajach skandynawskich, gdyż te znam najlepiej, starzy ludzie dożywają swoich dni w domach opieki społecznej, w warunkach o niebo lepszych od tych, które mogłyby im zapewnić ich zabiegane dzieci. „Zgoda – wykrzykną te udręczone córki – ale widział pan chyba relacje telewizyjne z takich domów u nas, przeto za żadne skarby mojej matki tam nie oddam!” Mógłbym na to odpowiedzieć, że wyjątki nie muszą stanowić reguły, ale mój głos i tak byłby głosem wołającego na puszczy. Mimo wszystko będę jednak kontynuował tę kwestię, ponieważ uważam, że  jest ona u nas paląca, może nie na wsiach, gdzie zazwyczaj jakieś więzi rodzinne są jeszcze podtrzymywane, ale na pewno w miastach, gdzie pojęcie rodzina stało się mitem, natomiast gromady dzieci włóczących się po podwórzach z kluczami i telefonami komórkowymi na szyi są faktem nawet socjologicznym…

     Z konieczności skupię się jednak na opisaniu tylko jednego przypadku spośród dziesiątków, z którymi zetknąłem się osobiście. Moja śp. przyjaciółka, nie tyle stara pisarka, bo wówczas była już tylko starą kobietą, przez kilkanaście lat dręczyła swą córkę, aż ta stała się w końcu widmowym cieniem samej siebie. A przecież zaklepałem mej przyjaciółce, która brała czynny udział w powstaniu warszawskim, miejsce w ciechanowskim Domu Pomocy Społecznej „Kombatant”, gdzie miałem wcześniej spotkanie autorskie. Dom ten zachwycił mnie nie tylko wielobarwnymi różami, w jakich tamtego dnia wręcz tonął, albowiem zapewnia on swoim pensjonariuszom poza  rehabilitacją i odnową biologiczną (fizykoterapia, kinezyterapia, hydroterapia, kąpiele słoneczne, masaże, sauna czy rekreacja ruchowa: fitness, atlas, grupowe lub indywidualne programy terapeutyczne, choćby w basenie, w którym nie stosuje się chloru, natomiast dodawana do wody solanka ma właściwości lecznicze, nie podrażnia oczu i skóry), także zakrojoną na dużą skalę terapię zajęciową, nie wspominając o licznych wycieczkach krajoznawczych i zagranicznych! A co w swoim ponurym mieszkaniu miała moja śp. przyjaciółka, która twierdziła, że go nie opuści, bo ma tu swoje pokrywające się kurzem papiery (w „Kombatancie” pensjonariusze mogą mieć nawet swoje wersalki)? Cztery ściany, zaludniane czasami przez pracownice pomocy społecznej, które ją okradały, oraz łapiącą z trudem oddech córkę ze zlepionymi włosami, która wpadała tam kilkanaście razy dziennie z obłędem w oczach oraz, jak mawiała, „z praniem, gotowaniem i matki pod siebie szczaniem”, nic więc dziwnego, że pewnego dnia zaczęła nagle okładać swą niedołężną matkę pięściami i targać za resztki włosów, no, ale na końcu wypłakały się obie w swoich objęciach za wszystkie czasy, szczególnie za te ostatnie, koszmarne dla jednej, i dla drugiej…

     Ja przestałem tam oczywiście przychodzić, a gdy moja śp. przyjaciółka do mnie wydzwaniała, mówiąc: „Janusz, ja tylko patrzę w sufit i czekam na śmierć…”, odpowiadałem jak automat: „Zdychaj jak pies, bo sama tego chciałaś!” Nieludzkie? To nie ja, to ona była nieludzka w swym koszmarnym egoizmie! I tak moja przyjaciółka umierała, umierała, najpierw osiemdziesięcioletnia, potem dziewięćdziesięcioletnia, aż w końcu umarła, grzebiąc za życia we wspólnym grobie swoją córkę, którą ponoć bardzo kochała – było to jednak tak dawno temu, gdy jej córka miała kilka latek, że mogła już tego nie pamiętać…     

          

          „Kombatant”                       Sala terapii zajęciowej  

    PS. Przez wiele lat po śmierci mej przyjaciółki przechowywałem te jej drogocenne „papiery” na moim strychu; od czasu do czasu starałem się je przynajmniej odkurzyć…

01:46, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
O dotyku

     Wiadomo, jak ważny jest dotyk. Doceniał to nawet spotkany przeze mnie w lesie stary lubatowianin, który po podaniu mi ręki stwierdził: Widać, że ta pana ręka dużo pracowała fizycznie, jest ciepła i miła w dotyku. Ojciec mi zawsze mówił, że po tym najlepiej ludzi poznać, więc gdy w kościele dotykam czyjejś ręki, która jest zimna i oślizgła, myślę sobie w duchu: „Gad!” Podobno głaskane kury znoszą więcej jajek. Głaskane koty czy psy wprawdzie jajek nie znoszą, ale na pewno czują się lepiej od kotów ciągniętych z całej siły za ogon, nie mówiąc o karmionych kopniakami psach. To samo dotyczy ludzi. Nie tylko dzieci, którym nawet największa porcja słodyczy nie zastąpi choćby najskromniejszej porcji codziennej pieszczoty. Te, które tego nie zaznały w dzieciństwie, mogą w późniejszym wieku trafić do najgorszej kategorii psychopatycznych osobników w dziale „okrutni ludzie” (trafił tam między innymi Charles Manson, karłowaty gnom z pokaźną brodą, znany nam szczególnie, ponieważ to on polecił swej młodocianej bandzie zamordować bestialsko między innymi Sharon Tate, ciężarną żonę Romana Polańskiego, niedługo po zakończeniu przez niego prac nad… Dzieckiem Rosemary). Dorośli też potrzebują czułości, której symbolem, poza pocałunkiem, jest właśnie dotyk, niekoniecznie sygnalizujący potrzeby erotyczne, choć do tego się zazwyczaj sprowadza, nie zaspokaja zatem elementarnego głodu uczuciowego – występującego w równym stopniu u wszystkich istot żyjących.

    Widok zidiociałej baby obsypującej pocałunkami wyleniałego kota czy parszywego kundla (kot w rewanżu otrze się babie o nogi, natomiast pies przeciągnie jej jęzorem po ustach) nie jest może nazbyt estetyczny, nie zmienia to jednak faktu, że obie strony tego układu uczuciowego są na pewno szczęśliwsze od tych, którzy z różnych powodów skapią sobie czułości. Stronami są na przykład mąż i żona w trakcie procesu rozwodowego, do którego najczęściej dochodzi z powodu skąpstwa uczuciowego obu stron, choć odkrycia tego oczywistego faktu dokonuje zazwyczaj tylko jedna z nich, oskarżając o to drugą. Takich zaniedbań w sferze uczuciowej jest jednak bez liku, a stronami są ci, którzy z takich czy innych względów pozostają w najróżnorodniejszych układach wzajemnych, gdzie dotyk, a raczej jego brak, odgrywa tak wielką rolę.

    Kiedyś ten brak nie był aż tak dotkliwy, albowiem i ludzie, i zwierzęta (udomowione) przebywali przez większą część dni i nocy blisko siebie, więc i o bliskość było łatwiej. No, ale rodziny wielopokoleniowe zostały rozbite, rodzice są zabiegani, a dzieci latają po podwórzu z kluczami na szyi. Z kluczami od mieszkań, w których mogą przebywać koty i psy, tym bardziej że już piętnaście procent małżeństw nie może mieć dzieci, natomiast może mieć psy i koty, więc można założyć, że w wielu mieszkaniach przebywa wiele samotnych zwierząt, które też by chętnie latały po podwórzu z kluczami na szyi, z tym że złodziejom byłoby jednak łatwiej się do nich dobrać, niż do tych na szyjach dzieci, gdyż mózgi małych dzieci są proporcjonalnie znacznie większe od mózgów nawet dużych zwierząt i przestrogę przed złodziejami mieszkaniowymi potrafią w przeciwieństwie do nich pojąć bez trudu. Jednakże ani osamotnione dzieci, ani osamotnione zwierzęta nie są w stanie pojąć, dlaczego muszą być samotne wśród ludzi…

                     

      Wśród ludzi dorosłych też nie brak takich, którzy mogliby się czuć samotni i niezaspokojeni uczuciowo, ale z racji swej częstokroć bardzo wątpliwej dorosłości mają obowiązek pozostającym pod ich opieką dzieciom i zwierzętom dać należną im porcję czułości. W świecie realnym jest to jednak niemożliwe lub przynajmniej bardzo utrudnione, ale od czego jest świat wirtualny? Wystarczy założyć zwierzętom specjalne kubraczki, a dzieciom takie same piżamy i można je głaskać i pieścić do woli za pośrednictwem Internetu na odległość – wasz dotyk, nawet taki od niechcenia, odczują dzięki wszytym w materiał sensorom na własnej skórze, tym razem w niedwuznacznym tych słów znaczeniu. Samotna babcia, przebywająca w domu starców, też będzie mogła być tym sposobem dopieszczona, a jeśli we własnym domku z ogródkiem mieszka sama, to dzięki takiej piżamie jej zgon odkryjemy prawie natychmiast, a nie dopiero po trzech tygodniach, gdy jej ciało ulegnie daleko posuniętemu rozkładowi. Konstruktorzy tych bardzo pomysłowych i nadzwyczaj prostych w obsłudze urządzeń twierdzą, że wirtualny seks też będzie możliwy, w co wierzę, skoro już teraz leciwa staruszka o głosie wampa potrafi zaspokoić przez telefon nie mającego czasu na seks konwencjonalny młodego byczka…

00:31, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 kwietnia 2009
Keep smiling!

    Najpierw fragment rozmowy, którą przeprowadziłem wczoraj z pewną kuracjuszką na ławeczce widokowej w pobliżu „Jaroszewiczówki” w drodze na Żabią Górę.

    – Uśmiech jest bardzo ważny. W sanatorium to niemożliwe, ale w domu codziennie ćwiczę przed lustrem mięśnie mimiczne twarzy, żeby się do ludzi uśmiechać, tak jak to jest w zwyczaju na przykład w Australii, gdzie wszyscy się do wszystkich uśmiechają. Dosłownie aż mnie szczęka bolała od rozdziawiania buzi w obowiązkowym uśmiechu, gdy mijałam po drodze setki ludzi uprawiających tak jak ja jogging…

    – Keep smiling…

    – Tak, keep smiling…

    – Te uśmiechy są sztuczne…

    – Ale są!

    – A czy nie mogłaby się pani uśmiechać do ludzi w sposób naturalny, gdy będzie pani miała na to ochotę? Smutek na twarzy też może być uśmiechem…

    – Smutek?

    – Tak, byle opromieniony melancholijnym uśmiechem…

    – Ja już chyba tak nie umiem, za długo mieszkałam w Australii.

   Następnie się rozstaliśmy, obdarzając się w miarę naturalnymi uśmiechami. Dawna kindersztuba też tego wymagała, ale uśmiech musiał być stosunkowo naturalny, natomiast ta wymiana uśmiechów, o którym ta pani mówiła, jest wymianą handlową: ja tobie uśmiech, ty mi uśmiech, w sumie każdy z nas będzie posiadał dwa uśmiechy. Posiadał. Prawie wszystko sprowadza się teraz do wymiany. Towar za towar. Niby w tym wszystkim chodzi o uśmiech, ale w sumie jest to bardzo przygnębiające.

    Ale wcześniej, w drodze do tamtej ławeczki widokowej, była inna ławeczka ustawiona naprzeciw sanatorium „Wisła”, na której siedziała inna pani, też zapewne kuracjuszka, z tym że w przeciwieństwie do tamtej miała twarz skrzywioną nie jak twarz płaczącego dziecka, lecz jakby przed chwilą napiła się octu siedmiu złodziei, widać, że etatowa cierpiętnica. Zerknąłem na okładkę książki, którą trzymała w ręku. Gwiazdy patrzą na nas Archibalda Cronina. Przy tym słońcu, które potokami spływało ze wzgórza w dół, zalewając tę ławeczkę, tytuł wydał mi się kuriozalny, choć adekwatny do twarzy tej pani. Kiedyś takich ludzi omijałem z daleka, ale Wojtek S. twierdzi, że z każdym człowiekiem należy rozmawiać, a dla pisarza jest to wręcz obowiązkiem.

    – Dzień dobry – zacząłem rozmowę.

    – Dla kogo dobry, dla tego dobry!

    – Słoneczny, piękny…

    – Nie dla mnie!

    – A co się stało?

    – Noga mnie boli!

    – Od tego się nie umiera…

    – Lekarz macał, macał i niczego nie wymacał, a ja nie po to tu przyjechałam, żeby przesiadywać na ławce!

    – Niech się pani spróbuje do mnie uśmiechnąć…

    – Do pana? Przecież ja pana nie znam!

    – To niech się pani uśmiechnie do słońca…

    – To nie byłoby dla mnie żadnym pocieszeniem!

    – Lubi pani cierpieć, prawda?

    – No, wie pan!

    – Cierpienie sprawia pani przyjemność, nawet radość, bo może pani swoją cierpiętniczą twarzą oskarżać innych o nieczułość i brak zrozumienia…

    – Nawet gdyby tak było, to pana słowa nie są dla mnie budujące!

    – Moje słowa, ani niczyje słowa, nie mają panią budować – odparłem na odchodnym. – Wyłącznie pani czyny mogą panią budować…

    Nie uśmiechnąłem się do niej na pożegnanie, bo odczułem głęboki smutek na myśl o tym, że ta pani nie potrafiła się nawet uśmiechać do słońca!   

         

      Oto osławiony na całym świecie uśmiech naszego Prezydenta,

             którego Australijczycy mogą nam tylko pozazdrościć!

            

05:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 kwietnia 2009
Wypalanie traw
     O tej porze roku przestaję wędrować po górkach nocami aż do świtu, bo nie jestem przecież zawodowym nietoperzem. O tej porze, teraz już w pysznej tu porze kwitnienia, wstaję o wczesnym świcie i idę w kierunku Gościńców, ku otwartym na przestrzał połoninom. Łąki tu potwornie zaniedbane od dwudziestu lat i niekoszone, a naprawienie tych zaniedbań byłoby teraz bardzo utrudnione, ponieważ mrówki zdążyły utworzyć na nich sporo kopców ziemnych sięgających kolan – zimą utrudniały mi one jazdę na nartach. Wczoraj o świcie też się tam znalazłem, a gdy ujrzałem po lewej ręce słońce, które właśnie wyłaniało się nad linią lasów rosnących na wzgórzach nad Lubatówką, zszedłem natychmiast z drogi w bok, idąc na przełaj przez ugorujące łąki i nagle dostrzegłem… Widziałem nawet podpalacza, niemłodego chłopa, który na mój widok ukrył się pośpiesznie za krzakami, no i płomienie, które gnały z wiatrem w przeciwnym od niego kierunku, pożerając wszystko na swej drodze, poza młodniakami, którym osmalały tylko pnie. Ten, który przed chwilą wzniecił ogień, widział tylko gęstwę oklapłych po zimie traw, będącą symbolem jego wieloletniego lenistwa. Na tych terenach zaniedbanych rolniczo, czyli mówiąc krótko: nieużytkach, ten szkodliwy zwyczaj, gdzie indziej uznawany za akt wandalizmu agrarnego, a tutaj (jak również w wielu innych regionach naszego kraju zwanych Polską B) mocno utrwalony w przyzwyczajeniach miejscowej ludności, jest obecnie traktowany jako zabieg nie tyle nawet rolniczy, co konieczny do uzyskania dopłat bezpośrednich i rolnośrodowiskowych z funduszów unijnych. Wprawdzie ci, którzy dopuszczają się takich praktyk, mogą z mocy obowiązującego prawa zostać pozbawieni tych dotacji, ale nawet gdyby udało mi się tego rolnika złapać za rękę z zapaloną zapałką (raczej zapalniczką), to mogłoby się to dla mnie skończyć wyłącznie źle, na przykład złamaniem szczęki.

Ten, który przed chwilą wzniecił ogień, traktował to więc jako metodę najmniej pracochłonnego pozbycia się skołtunionych traw, chwastów i ich nasion, ale na pewno nie widział miriadów stworzonek tam bytujących, nie słyszał ich przerażonych głosów, które po jakimś czasie ucichały. Oczywiście do wypalania traw dochodzi w przyrodzie w sposób jak najbardziej naturalny, od pożarów wywołanych uderzeniem piorunów, o czym wiedzieliśmy już wtedy, gdy siedzieliśmy jeszcze na drzewach, patrząc z przerażeniem na zbliżającą się falę ognia, dzieje się to jednak sporadycznie. Ten, który przed chwilą wzniecił ogień, o takich rzeczach jednak nie myślał w tym momencie i na pewno popukałby się w głowę, gdybym nazwał go stworzeniobójcą, mimo iż przez jego zbrodnicze działanie dochodzi tu do prawdziwej rzezi niewiniątek – tych form życia poczętego, przez które i my musieliśmy kiedyś przejść zanim staliśmy się istotami rozumnymi, co w przypadku tego podpalacza, ściślej: wypalacza traw, brzmi jak kiepski żart. W kulturach stokroć bardziej rozwiniętych duchowo od naszej wyrosła właśnie z tej ontologicznej świadomości wiara w reinkarnację, którą starałbym się wyłożyć temu chłopu po chłopsku, by zrozumiał: „Mogłeś być kiedyś mrówką i możesz w kolejnym swoim wcieleniu być mrówką, więc nie zabijaj mrówek!” Obawiam się jednak, że z tego wszystkiego pojąłby jedynie, że gadam od rzeczy, tym bardziej gdybym próbował jeszcze objaśnić, co to jest ontologia, no, bo na jaki język miałbym przełożyć jej definicję: teoria bytu, podstawowy dział filozofii zajmujący się badaniem charakteru i struktury rzeczywistości? Na język migowy? Wtórny analfabetyzm nawet wśród robotników wielkoprzemysłowych jest faktem, więc tym bardziej w ramach lektur obowiązkowych nie można by zlecić rolnikom lektury powieści Williama Whartona Niezawinione śmierci, w której autor opisuje śmierć swojej córki, zięcia i wnuczek w karambolu drogowym spowodowanym wypalaniem traw… 

 
03:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 kwietnia 2009
N.p.m.
     Skrót n.p.m., czyli nad poziomem morza, względnie m n.p.m, czyli metry nad poziomem morza, określa punkt odniesienia, którym jest poziom morza – średni, jako że kula ziemska nie jest idealną figurą geometryczną, w związku z czym średnie poziomy poszczególnych mórz i oceanów są różne. Czytelnikom mego bloga ta informacja dotycząca tytułowego pojęcia geograficznego powinna wystarczyć, mnie tym bardziej, ponieważ moja dzisiejsza refleksja dotyczy zupełnie innego zagadnienia. Jan Parandowski w Alchemii słowa zajmuje się wpływem wielu czynników na procesy twórczości pisarskiej, niektórych wręcz kuriozalnych. Ja też piszę różne teksty w różnych czapeczkach, ściśle przestrzegając tego rytuału; znałem takich, którzy bez wiecznego pióra określonej marki, napełnionego takim a nie innym kolorem atramentu, w ogóle nie zabierali się do pracy; niektórzy moi koledzy do dzisiaj piszą wszystko odręcznie lub wystukują swoje teksty na przedpotopowych maszynach do pisania Tak działo się już w starożytności i tak jest zapewne teraz, chociaż życie współczesne, a przede wszystkim technika współczesna nie sprzyjają rodzeniu się takich osobliwości w pracy pisarzy. Tak czy siak wszystkie te zabiegi mają na celu wspomożenie tego procesu, które kiedyś zwało się natchnieniem, będącym według Schillera niespodzianką duszy – gorzej, jeśli bania z poezją rozbija się nad głową grafomana!

    W tym poście chcę się jednak skupić nie na wybiegach pisarskich, nie zawsze skutecznych, o czym przekonujemy się biorąc książki do ręki, lecz na czynnikach jak najbardziej obiektywnych, które procesy twórcze mogą wspomóc. Jan Parandowski, który tytuł swej książki zapożyczył ze znanego wiersza Rimbauda, mówił właśnie o takich, bynajmniej nie magicznych czynnikach  – cisza i samotność czy gwar salonów, życie osiadłe czy ciągłe podróże, bieda czy bogactwo, etc.? Nie zajął się jednak kwestią n.p.m., przeto moja dzisiejsza refleksja będzie glosą na marginesie jego książki. Zauważyłem już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, że kipiący dziką zmysłowością zbiór erotyków W obrotach ciał mogłem napisać jedynie w wysokich górach (w Tatrach) – pozostałe erotyki z kilku tomików noszą wyraźne piętno nizinności, ponieważ powstały w Warszawie. W Zakopanem mieszkałem na Antałówce (940 m n.p.m.) lub w Dolinie Białego  (ok. 850 m n.p.m.), ale w trakcie pisania tamtej książki codziennie przebywałem na wysokości średniej ok. 1500 m n.p.m. (przypominam, że Świnica piętrzy się na wysokości 2301 m n.p.m.), natomiast w Warszawie najwyższym „szczytem” jest Góra Śmieciowa na Radiowie (144 m. n.p.m.). A zatem moje Rondo zrodziło się na wysokości znacznie mniejszej, w samym centrum Warszawy, co stanowi wytłumaczenie wybitnie depresyjnego charakteru tego poematu. Wolę się nawet nie zastanawiać nad tym, co napisałbym na Żuławach – na prawdziwych depresjach, które osiągają tam dno, czyli wysokość 1,8 m p.p.m.!

     Iwonicz-Zdrój położony jest na wysokości 410 m n.p.m., „Zofiówka” kilkadziesiąt metrów wyżej, ale zdecydowana większość pomysłów na dotychczasowe posty zrodziła się na wysokości mniej więcej 550-600 m n.p.m., obecnie chyba dla mnie optymalnej, gdzie nie tylko nie muszę pobudzać się do myślenia, ale wręcz odwrotnie – staram się przed rozszalałą burzą myśli osłonić mój mózg w medytacyjnym wyciszeniu… 

                                    

                        Optymalne dla mnie około 600 m n.p.m.

PS. Koniecznie zaglądnijcie do komentarza!  

01:12, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Jeśli zapytają cię, skąd jesteś
     Jeśli zapytają cię, skąd jesteś, odpowiedz: pochodzę z kosmosu, narodziłem się w sercu gwiazdy. Bo tylko gwiazdy zawierają wszystko, co potrzebne jest do utworzenia życia. Mówimy o najbliższej nam gwieździe, czyli o naszym Słońcu, że jest  życiodajne, chociaż naprawdę życiodajne stanie się dopiero wtedy, gdy wybuchnie, grzebiąc wprawdzie życie na naszej planecie, ale rozsiewając w kosmosie wszystkie pierwiastki niezbędne do utworzenia nowego życia na innych planetach. Reszta, to gra przypadków. Skoro jednak na każde ziemskie ziarnko piasku przypada milion gwiazd – ponadto nowe galaktyki z miriadami gwiazd rodzą się nieustannie – a wokół każdej gwiazdy krążą planety, to istnienie różnych form życia na wielu z nich jest absolutnie pewne. A czy istnieją gdzieś inteligentne formy życia? Jeśli tak, to dlaczego nie odpowiadają na nasze sygnały radiowe, które wysyłamy z Ziemi od pięćdziesięciu lat w ramach programu naukowego SETI (Search for Extra-Terrestrial Intelligence)? Odpowiedź jest prosta, choć niezbyt nas zadowalająca: w tym czasie nasze sygnały radiowe dotarły zaledwie do kilkuset gwiazd – odpowiedź stamtąd może nadejść za kolejne pięćdziesiąt lat, chyba że istoty pozaziemskie dysponują bardziej zaawansowanymi technologiami od nas, Ziemian, i nastąpi to wcześniej; pytanie tylko, czy zdołamy je odczytać przy użyciu naszych być może koszmarnie prymitywnych instrumentów pomiarowych?

A oto zakodowana wiadomość adresowana do ewentualnych cywilizacji pozaziemskich, którą wysyła się przez radioteleskop w Arecibo. Zawiera ona m.in. schematyczny obraz kobiety (może komuś uda się ją zlokalizować?) i mężczyzny oraz położenie kuli ziemskiej w kosmosie.

                              
02:19, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
środa, 22 kwietnia 2009
Cudowna niecudowność

            

    W samym korycie Iwonki, potoku przerzynającego Iwonicz-Zdrój na pół, mniej więcej na wysokości "Krakowiaka"  żółci się kaczeniec o dwudziestu kwiatkach, po wiosennych roztopach obmywany aż po liście przykwiatowe strumieniami wody, więc jego istnienie zakrawa na cud, a przecież cudem nie jest. To samo można powiedzieć o roślinie na razie nie kwitnącej, której nazwy nie znam, wyrastającej niedaleko od niego w górnej części zabetonowanego obrzeża strumienia, czy o tamtym drzewku rosnącym przed ponad czterdziestu laty na szczycie więziennych murów. Cuda przyrody są widoczne okiem nieuzbrojonym wiarą i objawiają się bez żadnej ingerencji sił nadprzyrodzonych. Miliony nasion unoszonych wiatrem przepadają bezpowrotnie – o czym obrońcy życia niepoczętego zdają się nie mieć zielonego pojęcia – by jedno z nich mogło się zakorzenić niemal w powietrzu lub, jak w tym pierwszym przypadku, w wartko płynącej wodzie. Wystarczy garstka tego, co od biedy można by nazwać ziemią. Na zwietrzałym murze lub podłożu obmywanym teraz wodą strumienia, lecz kiedyś odsłoniętym choć przez chwilę, która wystarczyła, by nasienie mogło się tam zagnieździć, a później wykiełkować i urosnąć jak ten piękny kaczeniec. Wprawdzie w niektórych miejscach na Przymiarkach od kaczeńców aż się żółci, rosną one jednak w przydrożnych rowach lub w pobliżu strumieni, a nie pośrodku nich…

    W dawnych czasach niezwykłe twory przyrody otaczano religijną czcią, kapłani nie tylko greccy, słowiańscy, germańscy czy celtyccy, ale i perscy czy hinduscy odprawiali w Świętych Gajach swe obrządki, to samo dotyczy Kamiennych Kręgów, rozpowszechnionych w kulturze gockiej północnej Europy już przed sześcioma tysiącami lat (w Polsce znajdujemy je na Pomorzu), spotykanych jednak również w Afryce, Azji, w obu Amerykach czy Australii, będących na pewno miejscami kultu (być może pierwszymi obserwatoriami astronomicznymi do przewidywania zaćmień i pozycji ciał niebieskich, a zarazem Świątyniami Słońca), gdzie ludzie zanosili swoje modły ku niebu w nadziei na wieczne zbawienie od ziemskich strapień, póki nie wymyślono innych bogów, niestety antropomorficznych (patrz: komentarz), obdarzonych przeto naszymi życzeniowymi zaletami oraz jak najbardziej realnymi wadami i grzechami, z których najgorszym jest PYCHA.  

               

                                  Kamienny krąg (kromlech) – Stonehenge

PS. Prawdopobnie tylko mnie pokora pozwala modlić się do kaczeńców.

01:38, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Sędzia Anna Maria Wesołowska
    Będąc na Przymiarkach można przejść bokiem do Kościółka Świętego Krzyża w Klimkówce, miejsca od kilku wieków uświęconego, będącego celem dwu wielkich corocznych pielgrzymek odpustowych, gdyż wyorano tam kiedyś półtorametrowy krzyż gotycki z ukrzyżowanym Chrystusem, krzyż nie dębowy, bo taki mógłby długo poleżeć w ziemi, ale lipowy, który po dłuższym leżeniu w gliniastej glebie długo by w stanie nienaruszonym w niej nie przetrwał. Według innego podania przypłynął tam potokiem, zwanym odtąd Potokiem Świętokrzyskim, co też nie do końca jest zrozumiałe, bo krzyż jest duży, ciężki i w jakimś zakolu na pewno by utknął. No, ale to był przecież cud, więc nie ma nad czym deliberować. Bardzo lubię to miejsce, gdzie czuje się modlitewne skupienie co najmniej setek tysięcy pielgrzymów przychodzących tutaj pojedynczo bądź w procesjach, by umocnić się duchowo lub odzyskać zdrowie po przemyciu rąk i twarzy wodą z cudownego źródełka (pierwotne wyschło ze zgrozy, bo Żydzi rymanowscy urządzali sobie ponoć pod nim kąpiele rytualne, a obecne to po prostu studnia wykopana na pobliskim zboczu, z którego rurami płynie woda pod kościółek, ale bogać tam, ważna jest wiara). Przychodzę tu jednak i z tego powodu, że cieślą, który ten skromny kościółek wzniósł, był Florian Wais, twórca „Zofiówki”! Ostatnio muszę jednak zachodzić tutaj od strony Przymiarek, bo idąc do Klimkówki od strony Osiedla Wschodniego mógłbym natknąć się na Staszka, którego chałupę od dłuższego czasu omijam szerokim łukiem. A przecież chciałbym tam zajść na kolejne pyszne gadki i kolejne znakomite nalewki, szczególnie jeżynową. A dlaczego tego nie zrobię? Ano, dlatego że Staszek, przecie niegłupi człowiek, od tych telewizyjno-serialowych nasiadówek po prostu zdurniał do imentu. Za każdym razem tuż po przekroczeniu progu musiałem bowiem wysłuchać ze wszystkimi szczegółami, co się działo w poprzednim odcinku serialu Sędzia Anna Maria Wesołowska. Mówiłem do Staszka jak do słupa: „Jezu, Maryjo, Józefie święty, przestań mi wreszcie opowiadać bzdury!”, a on zaperzał się, że to nie żadne bzdury, tylko najświętsza prawda! Ta pani sędzia to ponoć według zapewnień Staszka fest kobita, co mnie się kojarzy wyłącznie ze strawestowaną piosenką Jeszcze jeden mazur dzisiaj, z ułanem, który pyta pannę Krysię, czy ta pozwoli zaprosić się do tańca, i z panną Krysią, która pyta: Jaka pyta? Co za pyta? Komu pyta stoi?, ponieważ jako fest kobita pyty się nie boi

                       

                             Kościółek Świętego Krzyża w Klimkówce 

     Gęba u Staszka zbójecka, wypisz-wymaluj dziadek Józek, który po przepiciu tartaku zaczął chadzać pieszo na Węgry do swej czardaszowej, ognistej kochanki, gdzie i przedniego kochania, i przedniego tokaju miał w bród, i nie musiał się już zasadzać opodal Przełęczy Dukielskiej z bandą takich samych jak on opojów na karawanę kupców ciągnącą  tamtędy z beczkami najprzedniejszych win madziarskich, co mogło sprawić, że nie dożyłby nawet tych czterdziestu czterech lat, gdy w końcu zapił się na śmierć, albowiem miejscowi powiadają, że w tamtych czasach stała przy tym trakcie szubienica, na której dyndały poczerniałe od długiego wiszenia ciała zbójów tu grasujących, ku przestrodze tych, którzy chcieliby się zajmować zbójeckim rzemiosłem. Być może dziadek Józek przechwalał się tym tylko po dziesięciu głębszych, ale nie można go przecież w grobie pociągnąć za język, w każdym razie ta węgierska kochanka nie była jego wymysłem, o czym przekonała się na własnej skórze jego żona Tekla, bogobojna klimkowianka, która najchętniej przesiadywała w miejscowym kościele, modląc się chyba równocześnie do wszystkich świętych. Bo cóż to za sromota! Ten ancykryst przyprowadzał bowiem bez uprzedzenia tę wyuzdaną Węgrzycę wprost do ich chałupy, a nie myślcie sobie, że było tam kilkanaście izb jak teraz u Staszka. Ba, żeby tylko przyprowadzał i na oczach Tekluni, leżącej na garstce słomy w rogu izby, wyprawiał z tą piekielnicą najdziksze harce miłosne na małżeńskim wyrze pod świętymi obrazkami, ale on umyślił sobie jeszcze, by swą ślubną po prostu struć na amen! I uczyniłby to bez ochyby, gdyby w karczmie znajdującej się już niedaleko Klimkówki, gdzie popasał ze swą kochanką na moment przed godziną zero, nie wygadał się z tego niecnego zamiaru po pijaku, i gdyby żona arendarza usłyszawszy to nie zaprzęgła migiem bryczki i nie ostrzegła już chyba niczego dobrego się po mężu nie spodziewającą babcię Teklę! Dzięki temu ostrzeżeniu (no, proszę, więc Żydy nie tylko sprowadzały na gojów cholerę czy spowodowały wyschnięcie cudownego źródełka przy Kościółku Świętego Krzyża!) babcia Tekla ocalała, zaś dziadek Józek wbrew swej woli nie popełnił strasznego czynu, po którym by się wiecznie w piekle smażył, gdyż na próżno się ze swą węgierską kochanką dwoił i troił, by Teklunię struć, ta bowiem żadnej z przyrządzonych przez nich potraw nie chciała tknąć,  wymawiając się, że cierpi na rozstrój żołądka, a jeśli chodzi o napoje, to preferowała herbatkę z własnej mięty i niczego innego by nie przełknęła, nawet gdyby jej podważano zęby nożem! Po tygodniu rozeźlony dziadek Józek powlókł się ze swoją ognistą kochanką na Węgry, gdzie niebawem wyzionął grzesznego ducha. A Staszek? Jest do niego podobny kubek w kubek, czy nie? Próbowałem się kiedyś, gdy jeszcze w jego chałupie nie królowała Sędzia Anna Maria Wesołowska, tego dowiedzieć, zadając mu po siódmym kieliszku jeżynowej nalewki serię pytań: „Miałeś, Staszku, tartak?” „Przepiłeś ten tartak w karczmach żydowskich?” „Chodziłeś, Staszku, pieszo na Węgry do swej ognistej kochanki?” „Sprowadzałeś ją do tej chałupy?” „Chciałeś struć na amen swą Zośkę, z którą niedługo będziesz obchodził złote gody?” „Zapiłeś się na śmierć, mając lat czterdzieści i cztery?”, ale choć za każdym razem Staszek odpowiadał na moje pytania przeczącym skinieniem głowy, nadal obstawał przy swoim, upewniając się tylko, czy jego Zośka tego nie słyszy, więc przyjmijmy, że po prostu za mało o nim wiem!

01:20, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Dwie pary

Niedzielne popołudnie. Idę na Przymiarki. Zaraz po wyjściu z lasu migawka pierwsza. I pierwsza para. Są młodzi. Leżą półnadzy na kocu. To znaczy ona leży na nim, naśladując ruchy kopulacyjne. Z jej niedopiętych dżinsów wylewa się kawałek tyłka. Nagle dziewczyna chwyta za plastykową butelkę z wodą mineralną, zrywa się z koca i oblewa chłopaka. Ten głośno klnąc też podrywa się z koca, chwyta za drugą butelkę i biegnąc za uciekającą dziewczyną opryskuje jej spocone plecy. Słychać głośne piski, po czym wrzask dziewczyny: „O, kurwa, żeby cię pojebało, całą dupę mam mokrą!” Odchodzę stamtąd i przez długi czas nic się nie dzieje. Po prostu świeci słońce, tocząc promienie po zieloności kolejnych wzgórz. Przede mną pustkowie. Tam, gdzie znajdowała się kiedyś Wólka, wieś łemkowska, dostrzegam jeszcze dwa spłachcie śniegu tuż przy zdziczałych drzewach owocowych szykujących się do kwitnienia. A dalej już tylko wiosna i błękit nieba ocierający się o ostatnie wzgórze, które zbiega do Rymanowa-Zdroju. Właśnie tam idę. Już dochodzę. Zaczynam schodzić w dół. I po chwili powinna być migawka druga. I druga para. Ale pozwólcie, że wstrzymam się z tym na pewien czas. Powściągliwość w tej sytuacji  jest konieczna. Znowu schodzę, ale tym razem pośpiesznie w dół i po prawej stronie, tuż przy lesie, natykam się na starą drogę, prawdopodobnie wiodącą kiedyś od innej wsi łemkowskiej, Bałucianki, na szczyt Przymiarek. Głęboko werżniętą w grunt, ale wąską. Akurat na niewielką furę zaprzężoną w silnego konia rasy huculskiej. Teraz jest porośnięta trawą, ale nadal widoczne są ślady kolein, w których kwitną kaczeńce. Wzruszająca, bardzo ludzka droga, którą w jednym miejscu przecięły koła traktora, tworząc głębokie koleiny z bajorami, gdzie drobne żyjątka wodne odnalazły swe miejsce na ziemi.

                                   

                         Cerkiew w Bałuciance 

        Łemków wysiedlono z tych stron na Ukrainę i Ziemie Odzyskane w latach 1945-1947. Byli urodzonymi snycerzami. Na przedmiotach codziennego użytku, łyżnikach, kredensach, skrzyniach wyczarowywali prostymi dłutami kwiaty, grona winorośli lub zwyczajne liście tutejszych drzew: jaworu, klonu czy dębu. Dekoracyjne tace i talerze, które nabywali kuracjusze, to już wpływ szkółki snycerskiej, założonej przez hr. Annę z Działyńskich Potocką, właścicielkę Rymanowa od roku 1872. Muszę jednak te rozważania zawiesić, bo ta druga para właśnie zaczyna schodzić w dół. Po chwili przechodzą niedaleko ode mnie: on opiera się ciężko na lasce, a ona próbuje wcisnąć niesforne kosmyki siwych włosów pod chustkę mieniącą się w słońcu od brokatowych nici. Po chwili znikają za zaroślami. Przenieśmy się wobec tego tam, gdzie ujrzałem ich przed dwoma kwadransami. W dwóch trzecich tego długiego i nagiego wzgórza znajduje się niezbyt stara kapliczka, wtulona między cztery młode drzewa: dwa świerki i dwie brzózki. Kapliczka betonowa, a mimo to nie odpycha swym wyglądem. Kamyczki wprasowane w beton są bowiem barwne, a owalne metalowe drzwiczki z szybą, za którą widnieje figurka Matki Boskiej wyłaniająca się spośród sztucznych róż białych, żółtych, różowych i czerwonych, a plecami oparta o różowe goździki, okolone są starannie dobranymi kamieniami polnymi o kształtach też owalnych. Z prawej strony niewielka studzienka z kranikiem, z którego skapują krople wody. Tuż przed kapliczką znicze, a pół metra dalej prosta ława oparta na dwóch pniach. To na niej siedziała ta para starych ludzi ze złożonymi do modlitwy sękatymi rękami. Ich wargi poruszały się w bruzdach i zmarszczkach wokół ust. W pewnej chwili wstali jak na komendę i pieszczotliwymi ruchami tym razem uniesionych rąk przecierali szybę, przekazując sobie flanelową szmatkę. Po czym znowu usiedli w modlitewnym skupieniu. To właśnie wtedy, nie chcąc ich rozpraszać, zszedłem pośpiesznym krokiem w dół, gdzie natknąłem się na starą łemkowską drogę...

01:30, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Obraz nędzy i rozpaczy

Przedwojenni pacjenci iwonickiego uzdrowiska, w przeważającej mierze Żydzi (cadykowie w ogóle nie musieli za nic płacić) przez Michała hr. Załuskiego traktowani z należytą atencją, ponieważ bez nich kasa zdrojowa świeciłaby pustkami, cmokali z zachwytem: „Iwonicz jest schön!” Dzisiaj z perspektywy deptaka zdrojowego, po renowacji Starych Łazienek dokonanej dzięki akcji Tyskich Browarów Książęcych „Odnawiamy Skarby Podkarpackie”, do której nie dorzuciłem swoich trzech groszy (od każdej opróżnionej puszki) jedynie z tego powodu, że w ogóle nie piję piwa, czy po niedawnej renowacji Wieży Zegarowej, również jest dość piękny, niestety nie da się wykluczyć z pola widzenia obskurnego budynku zwanego „Bazarem”, którego zwieńczeniem jest ta wieża, względnie Muszli Koncertowej, która lata świetności, gdy wokół niej paradowały damy w krynolinach czy panowie w surdutach, ma również za sobą. Lepiej nie iść za nią przed siebie, tam gdzie kiedyś było coś w rodzaju korsa spacerowego z klombami budzącymi zachwyt i samych kuracjuszy, i  znamienitych gości, zapraszanych tu przez hrabiostwo Załuskich, którzy byli prawdziwymi koneserami sztuk wszelkich. Przepiękny Stary Pałac modrzewiowy z roku 1838 zaprojektowała wszak hrabina Amelia z książęcego rodu, bo jej ojcem był Michał Kleofas ks. Ogiński, twórca sławnego poloneza Pożegnanie z ojczyzną. Nie o tym chcę jednak pisać w tym poście, bo jest to temat godny osobnej książki, co już zresztą uczyniłem przed rokiem, w ostatnim czasie dopisując jedynie ostatni rozdział (projektowana data wydania na jesieni tego roku). Tak czy siak, mimo iż nie wszystko z perspektywy deptaka zdrojowego jest schön, to jest tam jeszcze wystarczająco dużo dziewiętnastowiecznego piękna, by tytuł tego postu mógł wydać się komuś, kto tu już bywał, absolutnie przesadzony. Obrazem nędzy i rozpaczy jest jednak otoczenie dawniej „przeczystych zdrojów iwonickich”, czyli lasy i wzgórza je okalające…

          

             Deptak w Iwoniczu-Zdroju, ze wspomnianą Wieżą  Zegarową  

     Miałem to nieszczęście, że spacerowałem kiedyś wokół uzdrowisk we Włoszech, Austrii, Francji czy Szwajcarii, po czym zamieszkałem tutaj. Jeśli ktoś czytający moje poprzednie posty dziwił się, dlaczego wokół tego uzdrowiska staram się spacerować (w wysokich butach z nieprzemakalnej pianki gumopodobnej) wyłącznie nocą, zapraszam go tutaj, by w towarzystwie Pana Burmistrza i Jego Świty przekonał się na własne oczy, co się tutaj dzieje – strzaskane drzewa na ścieżkach spacerowych, których tygodniami nikt nie usuwa, a w ich pobliżu kolejne strzaskane drzewa z obłażącą korą, sterty gałęzi, obcięte piłą motorową kawałki butwiejących pni i mnóstwo walających się od niepamiętnych czasów śmieci. Dewastowane od sześćdziesięciu lat trakty spacerowe z rozwalonymi krawężnikami, grząskimi zapadliskami nad strumieniami po zawalających się przekopach, koszmarnymi koleinami i dziurami, które kuracjusze starają się obchodzić bokiem (wielokrotnie pytali mnie z zatroskaniem, czy da się w ogóle tędy przejść), dopełniają tego obrazu – naprawdę nędzy i rozpaczy! Czy przeniesienie się choćby na moment do Iwonicza-Zdroju sprzed stu lat, gdy  po tych traktach wędrowali schludnie ubrani, a nie zaświnieni po kolana kuracjusze na czele z „duszą ówczesnego towarzystwa zdrojowego”, poetą Władysławem Bełzą, cokolwiek w obecnym obrazie zmieni? Dodajmy do tego fatalną gospodarkę ściekami, która grozi zamknięciem uzdrowiska – z bezsensownym wylewaniem do rur kanalizacyjnych setek tysięcy metrów sześciennych wód leczniczych i źródlanych, jakby obecnym PT Decydentom ścieśnionym na grzędzie ich papierowej „małej ojczyzny” pojęcie zamkniętego obiegu wody, znane nawet w przyrodzie, która pod ich stopami zajmuje się tym ustawicznie, było całkowicie obce, tym bardziej recyklingu, wywodzącego się z języka angielskiego, a oznaczającego jedną z kompleksowych metod ochrony środowiska naturalnego, co w interesującym mnie przypadku dotyczy sortowania śmieci, czyli ograniczenia zużycia surowców naturalnych i zmniejszenia ilości odpadów walających się teraz po iwonickich lasach.

     Starzy iwoniczanie, gdy opisuję im to, co w tym poście, mówią: „Bo teraz nie ma pana. Był pan – był porządek”. Myślą rzecz jasna o ostatnim panu iwonickim, hr. Michale, którego pamiętają z wczesnego dzieciństwa. Obecnie jest wprawdzie nowy pan, Pan Burmistrz, którego widziałem nawet na własne oczy, oczywiście nie na traktach spacerowych wokół zdroju, gdzie albo by od razu skręcił kostkę, albo by nie mógł wyciągnąć wypucowanego trzewika z gliniastego błota. Widziałem go podczas jednego z letnich koncertów na iwonickim deptaku, gdy w czerwonej czapce św. Mikołaja kwestował z zapałem na rzecz na pewno nie otoczenia wokół Zdroju, którym z woli mieszkańców zarządza. Iwoniczanie dodają z przekąsem: „Z woli mieszkańców wsi Lubatowa, skąd się jego ród wywodzi, którzy przez sto pięćdziesiąt lat spoglądali z zawiścią na mieszkańców Iwonicza bogacących się na kuracjuszach i turystach, gdy tamci, przyłażący górką pieszo i częstokroć boso w błocie czy spiekocie, mogli marzyć jedynie o wykonywaniu najbardziej podrzędnych prac w uzdrowisku…” Dodam: w ramach swoich obowiązków musieli również pielęgnować ścieżki spacerowe wokół zdroju, jak również tereny doń przylegające, by kuracjusze i goście mogli w pełni rozkoszować się pięknem tego miejsca. Wniosku wysnuwać nie będę, bo jest on nie tylko dla mnie oczywisty. Nic zatem dziwnego, że z nakazu Pana Burmistrza i Jego Świty wydaje się pieniądze iwonickich podatników, moje też, na prace porządkowe wokół najbliższego sąsiedztwa zdrojowego deptaka, a nieco dalej jak to na podkarpackich wsiach nadal bywa, gdzie z przodu drewnianej chałupy obleczonej różowym Royal Sidingem zielona, krótko przystrzyżona trawka z tujami w kilku odmianach, pod którymi kryją się plastikowe muchomory, krasnale z taczką, łopatą czy kosiarką, z boków biały betonowy grill Wenecja Landmann z hipermarketu Leroy Merlin, plastikowe meble ogrodowe w kolorze bordo z niebieskim parasolem, a z tyłu za chałupą brud, smród i ubóstwo. Pieniądze przeznaczone na promocję gminy uzdrowiskowej, wyrzucane obecnie w przysłowiowe błoto, można by przeznaczyć na usunięcie realnego błocka z koszmarnych tras spacerowych, a zimą wydać polecenie, by ratrak, który tej zimy pokiereszował Przymiarki z okazji jakichś zawodów wtedy, gdy już prawie nie było śniegu, robił to wówczas, gdy po obfitych opadach  kuracjusze musieli mozolnie wydeptywać sobie wąskie ścieżki dochodzące z konieczności tylko do „Bełkotki”. Dziwne tylko, że ktoś może się jeszcze dziwić, że do Iwonicza-Zdroju przyjeżdża z roku na rok coraz mniej turystów – wystarczy, że zwabieni zaproszeniem na rekreacyjne pływanie, widniejącym na tablicy reklamowej przy sanatorium „Sanvit”, poranią sobie nogi  o sterczące w wodzie śruby, po czym idąc ze skargą do dyrektora usłyszą, żeby nalepili sobie plastry i nie zawracali mu głowy!

03:02, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 kwietnia 2009
Sadzenie ziemniaków

W cudownie wiosennym słońcu, innym od tego, który przyświecał mi niedawno na pławiących się w śniegu izersko-karkonoskich szczytach, poszedłem wczoraj ku wzgórzom rozbiegającym się od  Gościńców we wszystkich kierunkach, by w zacisznym miejscu pod niewielkim laskiem rozebrać się do naga i wystawić ciało, przez tyle miesięcy skute grubą warstwą ubrań, na dobroczynne działanie słonecznych promieni. Dopiero po dwóch godzinach ruszyłem dalej, ku ostatniemu wzgórzu, które zbiega ku Lubatówce. Właśnie tam pośród ugorujących od dawna pól porosłych chwastami ujrzałem poletko mające ze dwanaście metrów szerokości i z pięćdziesiąt metrów długości, na którym sadzono ziemniaki. Nie wiem, czy pracujący tam ludzie podśpiewywali w duchu jedną z religijnych piosenek: "Błogosław Panie nas, na pracę i znojny trud, wszak Tyś wybrał nas, by Cię poznał i wielbił świat!", ale ich trud musiał być bardzo znojny,  bo i mężczyzna, i kobieta, oboje w średnim wieku, grzbietami rąk przybrudzonych od spodu gliniastą ziemią co chwila ocierali pot z czoła, mimo iż obsadzali dopiero dziesiątą bruzdę. Tę pracę wykonywali bowiem ręcznie, wlokąc za sobą ciężkie kubły z sadzeniakami. Był tam jeszcze ich syn, mniej więcej dwudziestoletni chłopak o ładnej twarzy i ujmującym uśmiechu. Taki młody, a przecież najważniejszy w tym triumwiracie powołanym do wykonania tego zadania, ponieważ to on robił bruzdy, w które jego rodzice wkładali ziemniaki przydeptując je butami, a następnie je przyorywał tworząc redliny. Patrzyłem jak urzeczony na pojazd, którym się posługiwał, żałując, że nie mam przy sobie kamery, bo to zdjęcie mogłoby obiegnąć cały świat i zdobyć Bóg wie jakie nagrody! Ów pojazd, którym można wywozić drzewa z lasu i wykonywać wszelkie prace polowe, wymyślił i wyrychtował już nieżyjący dziadek tego chłopaka – jest to trójkołowiec mający dwie skrzynie biegów, dzięki czemu może jechać do przodu i do tyłu, zrobiony z uciętej ramy motocykla WSK 125, do której zostały przyspawane płaskowniki z możliwością osadzenia na nich tego, co aktualnie jest potrzebne, na przykład pługa. Z tyłu można podczepić przyczepkę, też własnej roboty. Starszy mężczyzny spojrzał w pewnym momencie na swoją żonę i zapytał: „Zaraz skończymy ten kawałek, a resztę może zostawimy na jutro? Zostały jeszcze trzy rzędy…”, a ona: „Damy radę, zróbmy to dzisiaj, bo jutro jest jeszcze tyle do zrobienia…” Zaproponowałem, że mogę im trochę pomóc. „Eeee… nie… – odparł mężczyzna wskazując na swoje ręce. – Dziękujemy za dobre chęci, ale to nie jest robota dla pana, bo ręce i nogi całe ubłocone…” Jego żona przytakiwała tym słowom skinieniami głowy, uśmiechając się do mnie życzliwie. Mężczyzna dorzucił: „Rozejrzyj się pan dookoła, dwadzieścia lat temu na tym wzgórzu pracowało o tej porze pełno ludzi, wszyscy do siebie zagadywali, śmiali się i śpiewali, a teraz same ugory, nikomu się już nie chce wychodzić w pole, bo się nie opłaca, a nam się opłaca, bo Bóg dał moim pradziadom ziemię po to, by o niej nie zapominać. Ja nie mam czasu siedzieć przed telewizorem, bo nawet gdy wszystkie pola są już obrobione,  przychodzę tu czy tam i patrzę, jak mi rośnie, lepiej lub gorzej, ale rośnie. Biorę do ręki to, co rośnie, lub się pochylam, wącham, i chce mi się żyć… Ale, ale, po co ja to panu mówię?” I oboje znowu zanurzyli ręce w kubłach i pochyleni nad bruzdą wrzucali mniej więcej w równych odstępach ziemniak za ziemniakiem. Prości ludzie o spracowanych rękach, ale jakże godni i piękni – i ten boski majestat ziemi, który od nich bił!

  

    Vincent van Gogh Jedzący ziemniaki

   

      Vincent van Gogh Siewca                   

          Pożegnałem się z nimi, zaproszony przez nich na kawę i ciasto, jeśli zechcę ich kiedyś odwiedzić, i przeszedłem bokiem na inny skłon tego samego wzgórza, zbiegający ku potokowi w Lesie Grabińskim, gdzie też sadzono ziemniaki. Było tam trzech mężczyzn, wszyscy w rękawiczkach. Najstarszy z nich machając zawzięcie łopatą przysypywał ziemniaki na samych krańcach rozległego pola, tam gdzie nie mogła tego uczynić przyczepiona do traktora dwurzędowa sadzarka z automatycznymi podajnikami ziemniaków odpowiednio podkiełkowanych i pobudzonych, odpowiedzialna za robienie odpowiednich rozstawów rzędów i za odpowiednią gęstość sadzenia, ze zbiornikiem o pojemności sto osiemdziesiąt kilogramów, uzupełnianym w razie potrzeby ziemniakami wysypywanymi z worków ustawionych na dużej przyczepie stojącej na poboczu. Jeden z dwu pozostałych mężczyzn prowadził traktor, a drugi stał z tyłu sadzarki, kontrolując, czy podajniki prawidłowo wykonują swą robotę. Nikt z nich nie ocierał potu z czoła. Długie na sto trzydzieści metrów i idealnie równe redliny rosły w oczach, jakby pod sadzarką pracowały mechaniczne krety. Właśnie usypały dwudziestą redlinę i pomyślałem sobie, że ci młodzi mężczyźni mogliby na chwilę zjechać na sąsiedni skłon wzgórza i błyskawicznie pomóc tamtym w nasadzeniu tych trzech rzędów, no, ale cuda zdarzają się tylko w bajkach. Aha, z tyłu traktora, przed sadzarką siedział sobie chłopczyk, przyglądając się pracy łańcuchowych podajników. Jazda na traktorze dla małego dziecka nie jest chyba nazbyt zdrowa, pamiętam traktorzystów, którzy musieli wcześniej przechodzić na rentę chorobową, ponieważ w wyniku wstrząsów mieli obniżone żołądki, no, ale może ten chłopiec odziedziczył w genach po swoich przodkach to, co miał pewien chłop spod narwiańskiego Serocka, czyli chłopski żołądek?

    Za prawdziwość tej historii ręczył ktoś, komu mogę ufać. Otóż, niedługo przed ostatnią wojną  światową na rynek w Serocku, gdzie mieściła się apteka, zajechał chłop na furce i poprosił aptekarza o krople żołądkowe, bo mu zołąd dokuca psełokropnie. Aptekarz wydał krople, chłop odjechał. Po kilku godzinach aptekarz odkrywa, że zamiast kropli żołądkowych wlał do buteleczki kwas solny! Aptekarz zbladł, cały dygocze ze strachu, bo po chłopie już ani widu, ani słychu,  no, a skąd miał wiedzieć, gdzie go szukać? Obiadu nie zjadł, kolacji też nie tknął, wymawiając się przed zatroskaną żoną rozstrojem… żołądka, przez całą noc nie mógł zmrużyć oka, a jedna myśl czarniejsza od drugiej: „Nawet jeśli mówiłem coś o dawkowaniu, to chłop jak to chłop gotów wypić to duszkiem i trup na miejscu jak amen w pacierzu!” Chwała Bogu, że żona spała jak kamień, ponieważ biedak zrywał się z posłania za każdym stukotem w pobliżu ganku: „Czy to nie policja granatowa?!” I oczami duszy widział nagłówki prasowe: APTEKARZ-TRUCICIEL, siebie w kajdankach doprowadzanego na rozprawę sądową, wyrok w postaci co najmniej dziesięciu lat ciężkiego więzienia… I tak przez cały kolejny dzień i całą noc!  A trzeciego dnia z samego rana podjeżdża pod aptekę na furce ten sam chłop i krzyczy od drzwi: „Panie aptekazu, panie aptekazu, dawaj pan jesce jednom takom butelecke tych kropelek! Wypiłem tamtom łod razu, a potem pierdnąłem az mi dziure w gaciach wypaliło i zołond był cacy az do dzisiej!”

00:53, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 kwietnia 2009
Jak ocalić świat przed zagładą... konsumpcyjną?
    Już jestem w „Zofiówce”, która po gruntownym remoncie dobudowanej kiedyś do tego zabytkowego obiektu socrealistycznej stołówki, przemianowanej teraz na pokoje mieszkalne, przestanie wreszcie straszyć obskurnymi oknami przybudówki i zapraszać przechodniów do nieistniejącego od dawna Baru Expresso, po którego kuchni za dnia łaziły kiedyś karaluchy, a nocami ponoć także szczury. Już minęły święta wielkanocne wraz z tradycyjnym obżarstwem i opilstwem, więc ten post mógłby wydać się nieaktualny, ale akurat kwestia Jak ocalić świat przed zagładą… konsumpcyjną? jest i jeszcze długo będzie jak najbardziej aktualna, ponieważ ten świat, który sobie sami stworzyliśmy na obraz i podobieństwo swoje, będzie się coraz bardziej  skupiał w wielkich mega-miastach, którego mieszkańcy zużywają wielokrotnie więcej zasobów naturalnych ziemi, niż mieszkańcy wsi. W tym nie tylko wody, której już w wielu rejonach świata dotkliwie brakuje, ale także… mleka. A okazuje się, że krowy są większymi trucicielami niż wszystkie odrzutowce razem wzięte! Chodzi o groźny metan wytwarzający się z ich odchodów, który można jednak z powodzeniem spożytkować, wytwarzając z niego cenny biogaz; ten uzyskiwany z odchodów jednej krowy jest w stanie zaspokoić potrzeby energetyczne średniej wielkości farmy!

Jeśli zaś chodzi o wodę, to już obecnie najwyższej jakości wodę, dorównującą nie tylko walorami smakowymi tej z najczystszych górskich źródeł, uzyskuje się z… miejskich ścieków! Wiemy, jakim zagrożeniem dla ziemskiej atmosfery były i są nadal, mimo odejścia od freonu, urządzenia chłodnicze, których przybywa nawet na wsiach, gdzie jeszcze niedawno do schładzania mleka wystarczała studnia, a ziemianki znakomicie zastępowały lodówki. Ten problem niebawem zniknie – do zamrażania czy schładzania produktów spożywczych wystarczy skondensowany w niewielkim agregacie… rozsadzający uszy dźwięk, którego w ogóle nie będzie słychać! Prawdziwym ocaleniem dla ludzkości będą jednak miejskie farmy, które już obecnie istnieją w Singapurze, wielomilionowym mieście składającym się z prawie samych wieżowców, gdzie brakuje miejsca na większe obszary zieleni, a cóż dopiero mówić o farmach produkującej jarzyny czy owoce, względnie zwierzęta rzeźne. Od czego są jednak dachy wieżowców czy przestrzeń między nimi, gdzie na platformach można uprawiać czy hodować co się żywnie podoba. W dodatku do „badylarskiej” uprawy roślin nie potrzeba ani grama ziemi, a wodę automaty rozpylają niezwykle oszczędnie wprost na wiszące w powietrzu korzenie; smak uzyskanej tym sposobem sałaty nie odbiega od tej z upraw tradycyjnych… Salvador Dali przy całej potędze swojej wyobraźni chyba nie wymyślił ryczących krów, gdaczących kur czy kwiczących świń wysoko między wieżowcami!

01:14, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Dlaczego bywam niepoważny?

Ten post zaczął się jak wiele innych od maila: Śledzę pańską twórczość od kilkudziesięciu lat i wiem, że jest pan niesłychanie mądrym i wrażliwym człowiekiem, ale czasami nie mogę zrozumieć, dlaczego z takim upodobaniem przywdziewa pan szaty błazna, a w każdym razie prześmiewcy? Wiem, że z loży szyderców lepiej widać ułomności ludzkie, ale największe autorytety moralne naszych czasów spoglądały na nie z innej perspektywy, zauważając raczej heroizm „nędznego ludzkiego robactwa” niż jego małości. Mnie pańska postawa absolutnie nie odstręczy od czytania wszystkiego, co pan napisze, ale czy kogoś innego ten częsty u pana brak powagi nie może skłonić do przypuszczenia, całkowicie mylnego, że to, co pan pisze, też nie jest zbyt poważne?

 

         

    Hm, odpowiem pani na to pytanie całkiem poważnie, choć najpierw mam ochotę podeprzeć się słowami Adama Hanuszkiewicza, mimo iż wiem, że jako enfant terrible polskiego teatru, czyli osoba łamiąca wszelkie reguły i w najwyższym stopniu nietaktowna, może być nie tylko przez panią potraktowana jako advocatus diaboli – obrońca niesłusznej sprawy. Dlaczego więc w tej kontrowersyjnej kwestii, którą pani podjęła, chcę przywołać słowa postaci też kontrowersyjnej? Nie, nie dlatego, że podobne leczy się podobnym, ponieważ nie mam zamiaru wyleczyć się z mojej poważnej niepowagi, ale po prostu dlatego, że jego słowa trafiają w sedno sprawy: Wśród moich rozlicznych wad najbardziej uderzają gadulstwo i brak powagi, co w pewnym stopniu usprawiedliwia wrogo do mnie usposobionych recenzentów, gdyż u nas trzeba się nadąć, żeby zyskać ich uznanie, a ja mam w sobie gówniarza! Dlatego łatwo we mnie strzelać i mnie ośmieszać (sam też się czasami ośmieszam). Mnie z kolei najbardziej śmieszą ci boleściwie nadęci – Norwid mówi, że ten, kto piastuje stanowisko powyżej swych możliwości, musi się nadąć…

    Powód, dla którego przywołałem słowa Adama Hanuszkiewicza, już pani zna. Mógłbym jeszcze, żeby panią całkowicie przekonać, podeprzeć te słowa tymi, które niejednokrotnie wypowiadał w tej materii delikatnej dla PT Nadętych Witold Gombrowicz nie tylko w okresie całkowitej niepowagi (patrz: Ferdydurke), ale także w latach późniejszych, gdy jako człowiek absolutnie poważny pisał swoje świetne Dzienniki, mam jednak chętkę zacytować słowa człowieka, który przynajmniej dla swego syna był najwyższym autorytetem moralnym naszych czasów. Od razu zaznaczam, że filozoficzny sens tych słów obejmuje znacznie poważniejsze obszary ludzkich działań niż te, którymi zajmujemy się w tym poście. Nie wiem, jaki pomnik postawiono na iwonickim cmentarzu śp. Andrzejowi Szczepanikowi, natomiast wiem, jaki ja bym mu wzniósł – z kararyjskiego marmuru, białego jak niezdeptany śnieg na karkonoskich szczytach, pozbawionego żył i plam, na którym kazałbym wyryć złotymi głoskami tę jego cudownej mądrości maksymę: Z głodu się jeszcze nikt nie zesrał…

00:34, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009
Z wieży widokowej

Czas pożegnać się z izersko-karkonoskimi krajobrazami i wracać do Iwonicza-Zdroju, gdzie, jak ktoś mi doniósł w mailu, w lasach u podnóża wzgórz od strony osiedla wschodniego więcej jest śmieci niż pierwiosnków i przylaszczek. Wrześniowe „Sprzątanie świata” zostało tam potraktowane wyraźnie po macoszemu, o czym świadczą sterty spłowiałych papierów, wyrobów plastykowych czy butelek po piwie oraz wódce, częstokroć rozbitych, walające się na zboczach tuż nad ścieżką, po której bogobojni iwoniczanie chodzą do kościoła, spoglądając widocznie w niebo zamiast w bok. Na pozaplanowe wiosenne „Sprzątanie świata” nie ma więc raczej co liczyć na zboczach oddalonych od iwonickiego kościoła o rzut kamieniem, natomiast wokół samego kościoła, skąd dzieci zniosły niedawno kilkanaście worków śmieci, jak najbardziej, co jest oczywiście bardzo chwalebne, ale z perspektywy nieco oddalonej od świętego przybytku dość przygnębiające. Na całe szczęście nie muszę jeszcze dzisiaj oglądać tego na własne oczy, mimo iż właśnie stoję na galerii wieży widokowej, która sięga wysokości najwyższych drzew, i rozglądam się wokół, ale ta wieża znajduje się na jeleniogórskim Wzgórzu im. Bolesława Krzywoustego i widać z niej doskonale całe miasto, przed wojną zwane Hirschbergem, ale nie widać zdewastowanych budynków z liszajami po odpadniętych tynkach, co mnie nie martwi, bo wystarczy, że w samym mieście musiałem chyłkiem i ze spuszczonymi oczami przebiegać ulice, byle nie widzieć całej tej brzydoty spowodowanej przez ludzkie niechlujstwo, i wsiąść jak najśpieszniej do autobusu dojeżdżającego do Jakuszyc, Karpacza lub Szklarskiej Poręby, by zanurzyć się po chwili w niepokalanej bieli śniegu…

 

    Wieżę otwarto dla zwiedzających w maju 1911 dzięki loteriom, zbiórkom publicznym oraz wpłatom indywidualnym mieszczan niemieckich, pragnących, co brzmi wręcz niewiarygodnie, uczcić osiemsetlecie wzniesienia przez polskiego księcia Bolesława III Krzywoustego grodziska, właśnie w tym miejscu, o czym mają świadczyć archeologiczne wykopaliska, mimo to wieża otrzymała przed prawie stu laty, i jest to fakt bynajmniej nie legendarny, miano Kaiserturm (Wieża Cesarska) na cześć jednak cesarza niemieckiego Wilhelma, a nie wspomnianego polskiego księcia. Całe to pomieszanie z poplątaniem widoczne jest w Jeleniej Górze na każdym kroku, jakby do jego mieszkańców nie dotarł jeszcze fakt, że wyrzuceni stąd Niemcy już nigdy tutaj nie wrócą, chyba że w turystycznym wcieleniu. Tak sobie myślę, podziwiając z wysokości prawie trzydziestu metrów nad ziemią całą Kotlinę Jeleniogórską, nie zapominając jednak ani przez moment o tym miłym staruszku, którego spotkałem idąc tutaj i który zapewne nadal grabi liście przed swoją ukochaną działeczką z kilkoma drzewkami, zagonkami i niewielkim tunelem foliowym, szczęśliwy, że przynajmniej tam może się schronić przed swoją wściekłą połowicą z prawie nieodłącznymi papilotami nad pooranym czarnymi myślami czołem, o które bije w furii potrójne podgardle,  miotającą  się teraz z rurą warczącego odkurzacza w ręku w wielkim poniemieckim mieszkaniu…

PS. Koszmarniasta małżonka owego miłego staruszka mogła być w poprzednim wcieleniu tym głupawym, lecz w miarę sympatycznym psem w papilotach.

        
02:03, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
"Perła Zachodu"

    W ogóle tego z Wojtkiem S. nie uzgadniałem, ale po wczorajszym dniu narty pozostały w pokrowcach, jakby po tylu dniach nasyconych śnieżną bielą – oprócz rozmigotanego barwnymi kraszankami dnia Wielkiej Nocy – powrót do wiosennej zieloności, nie znaczonej ciemnymi kikutami martwych drzew, był sprawą  najzupełniej oczywistą. Niestety, niedługo było nam dane chodzić po górach kipiących wszystkimi odcieniami zieleni, bo nagle znaleźliśmy się w widmowym lesie z drzewostanem w niektórych miejscach zupełnie przetrzebionym, po którym pozostały odsłonięte stoki, znaczone stosami powalonych przez wichurę świerków, lub całkowicie nagie zbocza – bez pni zwleczonych w dół, pociętych i ułożonych jakby w całopalne stosy, z których zamiast dymu unosiła się w górę balsamiczna woń trocin, co jednak nie wprawiło nas w pogodny nastrój, wprost przeciwnie, nasza melancholia jeszcze się pogłębiła. Nagle jak na umówione hasło zaczęliśmy pędem zbiegać w dół, ku nieskazitelnemu błękitowi rzeki. Dopiero tam odetchnęliśmy z głęboką ulgą, z oczami pełnymi lśnień bijących od rwąco toczącej się wody. Na twarzy mego przyjaciela pojawił się nawet cień uśmiechu: Pokażę ci prawdziwe cudo. Po spętaniu tej Szalonej Rzeki, czyli spiętrzeniu Bobru i utworzeniu zaporowego Jeziora Modrego oraz zbudowaniu ścieżki nad jego brzegiem posadowiono tam w roku 1927 gospodę-schronisko do 1945 roku zwaną „Turmsteinbaude”, która po wojnie przez kilka lat stała pusta, póki w roku 1950 nie otwarto tam schroniska PTTK pod nazwą „Perła Zachodu”. Wprawdzie już po dziesięciu latach, po koszmarnym skażeniu rzeki, okoliczni mieszkańcy i turyści mawiali o nim „Perła Smrodu”, więc przez kilkadziesiąt lat świeciło ono pustkami, ale obecnie znowu powróciło do dawnej świetności. Mam w domu przedwojenną widokówkę, ale takiego widoku nawet z tej kamiennej wieży przy schronisku już teraz, bracie, nie uświadczysz, chyba że sfotografowałbyś to z lotu ptaka…  

   

    Szliśmy wzdłuż Bobru, a ja pomyślałem sobie, że wreszcie znalazłem się nad rzeką, przy której żerował bohater mojego wierszyka dla dzieci: Mały bóbr mieszkał w Bobrze / i byłoby mu dobrze, / gdyby mógł nic nie robić, / nawet klusek nie drobić, / tylko psocić, figlować / i nad rzeką bobrować, / a nie uczyć się w szkole, / siedzieć w książkach jak mole / i nie widzieć, jak wkoło / jest radośnie, wesoło, / jak wspaniale, jak dobrze / wokół Bobru i w Bobrze…, gdy nagle ocknąłem się z zamyślenia, bo jakaś zdyszana dziewczynka na rowerze przystanęła obok nas, pytając, jak dojechać do Cudownego Źródła, bo i jej, i mamie, która niedaleko stąd rozmawia przez komórkę, strasznie chce się pić. „Źródło znajduje się po prawej stronie drogi w dole, jedź prosto i patrz w prawo, a zobaczysz je bez trudu – odparł Wojtek, a widząc nadjeżdżającą na rowerze kobietę, która zaczęła przy nas hamować, dodał pytająco. – A dlaczego nie napijecie się czegoś w schronisku?” Kobieta machnęła wściekle ręką i ponaglając dziewczynkę, pomknęła w dół. Spojrzeliśmy za nimi, a potem na siebie i miny nam wyraźnie zrzedły, chociaż ta kobieta właściwie nic nam nie powiedziała. „Pomylona baba – mruknął Wojtek. – A ta dziewczynka też niezbyt dobrze wychowana, bo ani dzień dobry, ani dziękuję, ani kuku-ryku…” Po kilku minutach byliśmy już przy „Perle Zachodu”. To znaczy przy małym czerwonym fiacie, który ukrywał się za kamienną wieżą. Stała przy nim jakaś niewiasta ze ścierą w ręku, pucując zawzięcie blachy nieco już w kilku miejscach przyszarzałego auta. „Dzień dobry…– zaczął Wojtek z szerokim uśmiechem. – No, tak, po zimie trzeba zadbać o samochód…” Baba obrzuciła nas kosym okiem: „Jak ktoś się rozjeżdża mercedesami, to nie rozumie, że mnie nie stać na lepszy samochód! – i prawie splunęła w naszą stronę. – Chcecie piwo i co tam jeszcze, to zamówcie, a nie, to nie zawracajcie mi głowy!” I odwróciła się do nas bokiem, machając po blasze szmatą tak, jakby chciała nią walić nas po pyskach. To było tak, jakby złośliwy gnom wydął policzki i dmuchnął, bo dosłownie zmiotło nas stamtąd. Już z oddali spojrzałem raz jeszcze w kierunku Wieży Schroniska w dogasającym słońcu – prawdziwa PERŁA ZACHODU!  

01:17, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Życie na śniegu
     Przez kilkadziesiąt lat biegałem na nartach, oczywiście po śniegu, nie mając pojęcia, że mogą na nim bytować jakiekolwiek stworzenia. Tym bardziej w szczytowych partiach Karkonoszy, gdzie jeszcze o tej porze roku średnia grubość pokrywy śnieżnej wynosi około metra. Pod dawną elektrownią wodną po stronie czeskiej z widokiem na Śnieżkę zasiedliśmy właśnie do posiłku serwowanego na prowizorycznym stole zrobionym z dech z trudem wygrzebanych z głębokiego śniegu, gdy nagle Wojtek S. wskazał przed siebie: „Spójrz, co się tam dzieje…” Spojrzałem i nie wierzyłem własnym oczom: nieskazitelna bieg śniegu popstrzona była miriadami ciemnych punkcików, które poruszały się w różnych kierunkach! Od czasu do czasu sunęła po nim jakaś rozleniwiona słońcem mucha, po chwili inny skrzydlaty owad uniósł się w powietrze i raptem zniknął w gardle błyskawicznie przelatującego tuż nad nami ptaka. „Czy to sikorka?” zapytałem. „Nieee – skrzywił się z niesmakiem. – To drozd obrożny, samczyk, bo miał znacznie jaśniejszą od samiczki półobrożę na szyi”. A następnie wskazał ku Śnieżce: „Ostatniego niedźwiedzia zabito pod nią dwieście lat temu, a żbiki wytępiono tutaj przed stu laty, później wytrzebiono wilki, orły i puchacze, a wielkie chrząszcze z rodziny jelonkowatych i kózkowatych czy piękne motyle niepylaki Apollo mogłeś oglądać już tylko w Domu Norweskim w Cieplicach, przyszpilone do plansz przez kolekcjonerów. Z powodu zanieczyszczenia powietrza umarły tu nie tylko świerki – dotknęło to także wód powierzchniowych. Teraz ten potok pod naszymi nogami ukryty jest prawie całkowicie pod śniegiem, ale nawet gdy śnieg stopnieje nie zobaczysz w nim licznych tu kiedyś pstrągów potokowych, lipieni, salamander czy traszek, i mimo podejmowanych obecnie starań wątpię, czy z powodu ogromnego natężenia ruchu turystycznego uda się choć cząstkę z tego utraconego raju przywrócić karkonoskiej przyrodzie…”

Wstałem, bo ścierpły mi nie tylko nogi. Wojtka S. też odeszła ochota na spożycie kanapek. Spakowaliśmy się, ruszając przed siebie. Odbijałem się kijkami od śniegu, już nie spoglądając w dół, ani w górę, ponieważ orła bielika mój przyjaciel zobaczył tutaj po raz ostatni przed dwoma laty…

  

00:29, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Dom Gerharta Hauptmanna

    Gdy wysiedliśmy wczoraj z autobusu w Jagniątkowie, by udać się z nartami ku wyżej położonym partiom gór, a Wojtek S. nieoczekiwanie zaproponował mi, bym zerknął na dom-muzeum Gerharta Hauptmanna jedynie od zewnątrz, ponieważ o tak wczesnej porze był on jeszcze zamknięty dla zwiedzających, skrzywiłem się w duchu, ale poszedłem w tamtym kierunku, nie chcąc mu sprawiać przykrości swoją odmową. No, bo czego miałem tam szukać? Nigdy nie interesowała mnie twórczość tego pisarza, która przebrzmiała wraz z jego śmiercią, mimo iż w roku 1912 był laureatem literackiej nagrody Nobla. Przypominam: w tym roku umarł August Strindberg, pisarz i dramaturg o niebo lepszy od Hauptmanna, który tej nagrody nigdy nie otrzymał, ponieważ jej fundatora Alfreda Nobla postawił jako wynalazcę dynamitu w jednym rzędzie z bandytami i zbrodniarzami ludzkości, a w dodatku przy różnych okazjach wyrażał się najdelikatniej mówiąc mało pochlebnie o kilku członkach Akademii Szwedzkiej wchodzących w skład Komitetu Noblowskiego. Natomiast gdyby Hauptmann nagrody tej nie otrzymał, to mimo iż był autorem Tkaczy, głośnego w swoim czasie dramatu opisującego wstrząsającą nędzę tkaczy śląskich, która w roku 1844 stała się zarzewiem ich kolejnego powstania stłumionego przez pruską piechotę przy użyciu kartaczy, a w wielu innych utworach piętnował niesprawiedliwość społeczną, możecie być pewni, że robotnicy niemieccy nie złożyliby się po kilka fenigów, by z zapalonymi pochodniami udać się w wielotysięcznym pochodzie pod dom Gerharta Hauptmanna, żeby wręczyć mu nagrodę Anty-Nobla, jak to się stało w przypadku Augusta Strindberga. Albowiem oczytani w tamtych czasach w literaturze robotnicy doskonale wiedzieli, że styl to człowiek, a eklektyzm w wielu utworach Hauptmanna był uderzający, no, a ten wyniosły, podobny do zamku dom, będący w pewnym sensie obiektem muzealnym już w chwili jego oddania do użytku w roku 1901, z „rajską halą” ozdobioną kosztownymi polichromiami i wypełniony cennymi zbiorami sztuki, surowego kamienia łąkowego („Wiesenstein”) raczej nie przypominał ani tym bardziej ostentacyjnie głoszonych poglądów tego fałszywego „demokraty”, który już wcześniej potrafił zwęszyć dobrą partię, żeniąc się z córką bogatego kupca.

           

    Gdy wieczorem zeszliśmy z nartami w dół, tym razem Wojtek S. poszedł w kierunku Domu Gerharta Hauptmanna, a ja patrzyłem z obskurnej ławki przystanku autobusowego w ślad za nim, póki nie pojawił się z ułamaną gałązką cisu pospolitego. Najpierw podał jak zwykle nazwę łacińską tego drzewa: Taxus baccata, po czym objaśnił: „Cis w Henrykowie Lubańskim mógłby być świadkiem ślubu Mieszka I z Dobrawą Przemyślidką, jest to więc długowieczne, lecz bardzo wolno rosnące drzewo. Nie ulega zatem wątpliwości, że to, pod którym znalazłem tę gałązkę, zostało posadzone pod nadzorem Hauptmanna, który sam zaprojektował otoczenie swego domu, zapewne nie wiedząc, że król Władysław Jagiełło, który pod Grunwaldem dał łupnia Krzyżakom, tak bardzo cenił drewno cisowe, z którego wyrabiano znakomitej jakości łuki, że chcąc ograniczyć jego eksport do krajów ościennych, przede wszystkim do Świętego Cesarstwa  Rzymskiego Narodu Niemieckiego, postanowił objąć to drzewo ochroną na mocy statutu warckiego”. To rzekłszy raz jeszcze spojrzał ku rezydencji Hauptmanna i mruknął pod nosem: „Tchórz, gdyby w roku 1933 nie milczał, Hitler mógłby nie dojść do władzy!” Autobus właśnie nadjechał, wsiedliśmy, aż do końca podróży pogrążeni we własnym milczeniu. Wojtek S. od czasu do czasu gładził ręką gałązkę cisa, ja zaś przeżuwałem w myślach jego ostatnie słowa. Dom Gerharta Hauptmanna, nazywany przezeń pompatycznie „świątynią duszy”, widocznie nie dopomógł mu w odbudowie własnej duszy, a „zamkiem sprzeciwu i obrony” był jedynie w sprawach błahych, jako schronienie przed życiem towarzyskim ówczesnego Berlina, natomiast w roku 1933, gdy naziści doszli do władzy, został bez słowa sprzeciwu poddany im przez pisarza, który tchórzliwie wycofał się z życia publicznego w najbardziej krytycznej chwili w historii swego narodu. Nie należał wprawdzie do zdeklarowanych zwolenników brunatnego reżimu, jak norweski noblista Kurt Hamsun, ale zachowały się przecież jego czołobitne telegramy wysyłane do wysokich urzędników III Rzeszy z urodzinowymi życzeniami stu lat!

    Wypisz-wymaluj: Jagniątkowo (Agnetendorf). I wielki, przynajmniej w mniemaniu innych, Hauptmann jako to jagnię bezbronne, spoglądający jagnięcymi oczami przez okna swej żałosnej warowni ku potężnym karkonoskim Duchom Gór, w które widocznie wierzył, jak we wszystkie swoje ułudy, nazbyt teatralnie, co musiało się skończyć tak jak się skończyło: wielkim bum-bum, przede wszystkim w styczniu 1945 roku w poddrezdeńskim Loschwitz, gdzie udał się na kurację do sanatorium, będąc świadkiem bombardowania stolicy Saksonii, po którym mógł w swoim dzienniku zapisać tylko tyle: „Kto zapomniał już łez, w Dreźnie może się ich nauczyć na nowo”, gdyż do zacisznego Jagniątkowa mogło w kilka miesięcy później docierać jedynie widmowe echo huku radzieckich dział, jako że te tereny zostały zajęte przez Armię Czerwoną dopiero po kapitulacji Niemiec 8 maja 1945 roku. Co przygotował ten szczwany stary lis na przywitanie „wyzwolicieli”?  Ano, wszystkie rosyjskie wydania swoich dzieł, co mu się szczodrze opłaciło, ponieważ po wypędzeniu dziesięciu milionów sudeckich Niemców mógł dzięki wspaniałomyślności czerwonoarmistów pozostać w swoim domu aż do śmierci, a nawet przez kolejnych sześć tygodni po 6 czerwca 1946 roku, zanim wbrew wcześniej przez niego wyrażonej woli przewieziono jego zwłoki na bałtycką wyspę Hiddsensee, gdzie pochowano go, tym razem zgodnie z jego życzeniem, w stroju… franciszkańskim, co biorąc pod uwagę przepych, jakim otaczał się za życia, było równie kuriozalne, jak znacznie późniejsze życzenie jego młodszego kolegi po piórze, Jarosława Iwaszkiewicza, by pochowano go w stroju… górniczym (prześmiewcy mówili, że Iwaszkiewiczowi, który za życia zamiast przodków wolał rąbać tyłki, pomieszało się od tego grzesznego fedrowania we łbie). Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Hauptmanna, a raczej do jego ostatnich słów, które wybąkał na trzy dni przed śmiercią: Bin ich noch in meinem Hause? Czy jeszcze jestem w swoim domu? Według mnie miał i tak wielkie szczęście, że jeszcze za jego życia nie rozważano przekazania tego domu pod zarząd Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej!

    PS. Z okazji świąt Wielkiej Nocy życzę PT Czytelnikom mego bloga to, czego życzyłem  najbliższym memu sercu osobom, czyli między innymi: „Śpiewającego Jajka intonującego Pieśni nad Pieśniami podczas mszy żałobnych!”, „Zwariowanego Jajka wybijającego na podstawce projektu Triada-Design hołubce!”, „Wirującego od bieguna do bieguna Jajka-bąka, napędzanego rączką mojej najmłodszej wnuczki!”, „Okrągłego Jajka toczącego się jak kula śniegowa po zboczach Śnieżnych Kotłów!” czy „Skośnookiego Jajka w tańcu ze sztyletami na linie rozpiętej między Seulem a Warszawą!”

02:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 kwietnia 2009
Łóżko Weroniki

    Śpiąc w pokoju Weroniki z oknem wychodzącym na Szrenicę powinienem śnić o sławnej chuście nazwanej jej imieniem, uchodzącej za jedną z najcenniejszych relikwii chrześcijaństwa, tym bardziej że wyniesiony ponad główny grzbiet Karkonoszy kopulasty szczyt Szrenicy przypomina kopułę nad centralną częścią Bazyliki św. Piotra na Watykanie, którą wzniesiono ponoć dla tej chusty. Szczyt Szrenicy jest równie imponujący jak tamta kopuła, ale nie podtrzymują go przecież cztery filary, a Obserwatorium Górskie (pomijam budynek schroniska, na szczęście z łóżka Weroniki mało widoczny) nie przypomina kaplicy, w której umieszczona jest moja ukochana Pieta – dłuta Michała Anioła Buonarrotiego. Ponieważ masyw Szrenicy zbudowany jest z granitu (pytałem o to Wojtka S. kilka razy, ponieważ moje myśli od razu zaczęły krążyć wokół watykańskiej bazyliki), niewiele jest tam rumowisk skalnych powstałych w wyniku wietrzenia, a zatem nie odnajdziemy w jej wnętrzu grot podobnych do Grot Watykańskich, w których znajdują się sarkofagi papieskie i kaplice, a w krypcie Jana XXIII prosty grobowiec przykryty marmurową płytą z napisem Johannes Paulus II, od 2 kwietnia 2005 roku będący przedmiotem westchnień milionów polskich pielgrzymów, pozostawmy więc to miejsce w należnym takiemu miejscu spokoju, kopułę Szrenicy też, tym bardziej że kolejka linowa prowadząca na jej szczyt nie przypomina w niczym schodów wiodących do Bazyliki św. Piotra.

    Nie ma sensu rozwodzić się także nad chustą Weroniki, będącą jednym z wielu sfałszowanych elementów Tradycji Kościoła, jak choćby drewniany tron umieszczony we wnętrzu ogromnego tronu z brązu w centralnej części Bazyliki św. Piotra, na którym wedle tej  tradycji miał zasiadać sam św. Piotr, mimo iż badania wykonane w 1974 roku wykazały niezbicie, że pochodzi on z przełomu XII-XIII wieku; cztery lata później amerykańskiego chemika Waltera McCrone’a wyrzucono z grupy badawczej STURP (Shroud of Turin Research Project), ponieważ stwierdził, iż Całun Turyński, mający rzekomo odwzorowywać ciało Chrystusa po zdjęciu z krzyża (takich całunów-relikwii było kiedyś w europejskich przybytkach wiary co najmniej kilkadziesiąt, a jeden z nich nosił ślady pisma arabskiego na płótnie!), powstał w średniowieczu, co w czternaście lat później potwierdziły trzy niezależne grupy badaczy, określając jego wiek na około sześćset lat, co ma  zresztą odbicie w wiarygodnych dokumentach, gdzie historia całunu zaczyna się dopiero w roku 1357. To, że ciało poranionego Chrystusa, odwzorowane na tym całunie z kompletnym brakiem proporcji i wydzielające czerwony pigment zamiast krwi, spowodowało wykrętną jak zwykle reakcję Kościoła katolickiego, który poza zakazem dalszych badań nad całunem pozostawia kwestię jego autentyczności osobistym osądom wierzących, stwierdzając, że nie ma ona związku z prawdziwością nauczania Chrystusa, dziwi mnie jedynie o tyle, że znacznie większą odwagą wykazał się papież Klemens VII, który najpierw pozwolił swemu wujowi na umieszczenie tego całunu w kościele w Lirey, ale po oburzeniu biskupa z Troyes, Pierre’a d’Arcisa, który objaśnił mu czarno na białym, że całun jest zręcznym malowidłem, wykonanym przez osobiście mu znanego malarza, by zwiększyć napływ pielgrzymów i dochodów, postanowił mimo protestów duchownych z Lirey naprawić swój błąd już w rok później,  pisząc w bulli z 6 stycznia 1390: ...trzeba ostrzegać lud w chwili największego napływu [wiernych] i powiedzieć głośno i wyraźnie (…), że to wyobrażenie nie jest prawdziwym całunem Pana Naszego, lecz tylko malowidłem albo obrazem całunu…

    Amen. Chcąc zająć się czymś bardziej budującym pozostawiam w spokoju chustę Weroniki, mimo iż wspomina o niej sam św. Jan przy opisie Grobu Pańskiego, zresztą jako jedyny spośród ewangelistów, i mimo iż jej historia jest równie frapująca jak tamta, albowiem znacznie ciekawsze dla mnie jest to, że Weronika, na której łóżku śpię od dziesięciu nocy, studiuje we Wrocławiu architekturę i z tego, co wiem od jej ojca, ze sławnych brył architektonicznych na pewno nie fascynuje jej, mimo iż imponująca, bryła Bazyliki św. Piotra na Watykanie. Podejrzewam, ponieważ nie spotkałem się z nią jeszcze osobiście, iż znacznie bliższa jej sercu jest Sagrada Familia, natchnione dzieło Antoniego Gaudiego,  katalońskiego architekta-wizjonera, który mawiał, że katedry nie buduje jeden człowiek, gdyż jest ona dziełem wielu pokoleń, co po jego bezsensownej śmierci (zmarł w 1926 roku potrącony przez tramwaj) okazało się prorocze, albowiem jej budowa trwa po dziś dzień. Wiem, że Bazylikę św. Piotra też budowano przez sto osiemnaście lat i że nazwiska tych, którym ta bazylika zawdzięcza swój obecny kształt architektoniczny, Bramantiego, Rafaela, a przede wszystkim Michała Anioła, stanowią wystarczającą rekomendację dla zwiedzających – nie wszyscy jednak wiedzą, że projekt tego ostatniego twórcy, najmocniej odciskający się na całej budowli, zdradza wyraźne związki z architekturą starożytnego Rzymu, a zatem pogańską, w przeciwieństwie do dzieła Antoniego Gaudiego, na które, jak sam mówił, duży wpływ miało poznanie przez niego we wczesnej młodości PRAWDZIWYCH WARTOŚCI NAUKI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ.

    Pamiętam, z jakim uniesieniem pielgrzymowałem przed ponad trzydziestu laty do Barcelony, by przez dwa tygodnie rozkoszować się rzeźbiarsko-secesyjnym stylem świeckich dzieł Gaudiego, w których wykorzystywał zawiłe desenie, najbardziej fantastyczne formy, ale także podpatrywane przezeń w przyrodzie kształty organiczne, czy w świecie podwodnym stany materii o bajecznej płynności, był bowiem prekursorem architektury biomorficznej, ale to wszystko, np. Colonia Gϋel czy Casa Milà, było dla mnie zaledwie uwerturą do Sagrada di Familia, tej świątyni pokutnej, gdzie spoczywa jego ziemskie ciało, ale nie jego duch, który będzie się tam unosił, nawet gdyby w wyniku jakiegoś kosmicznego kataklizmu, bądź  terrorystycznego ataku o podłożu religijnym miała ta niebotyczna katedra przemienić się w stos gruzów. Czy dlatego ten twórca jest mi tak bliski, że jak ja mimo żywiołowego charakteru był samotnikiem, żył w świecie bardziej wyobrażonym niż realnym, spędzał czas wolny na długich spacerach i unikał jedzenia potraw mięsnych? No, ale mnie nie udało się stworzyć takiego dzieła i nie udało mi się wyjść poza Euklidesową geometrię, chociaż pragnąłem tego z całej duszy, Weroniko!

                                          

02:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2