RSS
czwartek, 30 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 7)

 

Na oryginalnym nagraniu ta scenka rozegrała się z udziałem pani Magdy, bo akurat na chwilę do nas weszła w trakcie naszych rozmów:

(wchodzi Magda)

Magdo, Adam mówił wczoraj, że to kobiety wybierają mężczyzn, czy to prawda?

Magda: „Ja go nie wybrałam…”.

Adam: „Prawdę mówi – ona mnie nie wybrała, ona mnie uwiodła! A że to nie jest u kobiet świadome, lecz instynktowne, mówi prawdę. Swoją. Tak mówi zawsze, kiedy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji: TO JEST MOJA PRAWDA. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet, którym w obronie swoich racji brakuje argumentów rzeczowych…”

Magda: „Nie słuchajcie tego, co on wygaduje, bo to nieprawda!”.

Adam: „Prawda. Mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami…” etc.

Nie powiodły się więc moje zabiegi redaktorskie, bo i tak wszystko, co jej dotyczyło, zostało przez nią skreślone. 

 

 

Adam i Magda III

 

Nie skreśliła natomiast, gdyż byłaby to jawna dekonspiracja, rozdziału JUŻ DAWNO CHCIAŁEM NAPISAĆ POWIEŚĆ O KOBIETACH, mimo iż doskonale wiedziała, że rzekome notatki z obserwacji, jakie Adam sam poczynił, albo oparł na autentycznych scenkach małżeńskich, które rzekomo opisywali mu Jego znajomi czy przyjaciele, dotyczyły wyłącznie ich relacji wzajemnych. W nagraniach Adam mówi o tym wprost, przytaczając znacznie więcej „historyjek”. Usunąłem te, które dla czytelników byłyby nużące, a panią Magdę mogły wyjątkowo wzburzyć. Na przykład tę, w której Adam wcielił się w „pana inżyniera w podeszłym wieku”:

 

Bardzo miły człowiek. Jedzie z przyjaciółmi i z żoną samochodem. Leje jak z cebra, nie widzi szosy. Szyba brudna. Szuka jakiejś szmaty, żeby ją przetrzeć. Nie ma. Wychodzi na deszcz. Przemoczony, grzebie w bagażniku. Nie ma. W tym czasie małżonka w samochodzie mówi do przyjaciół:

– Ircha leży na półeczce...

– Jak możesz?!

– Mogę, niech się nauczy porządku!

Zdumiewające! Jej postępowanie stało się jednak dla mnie zrozumiałe, gdy inżynier opowiedział mi, jak tresowała ją matka w domu. Otóż jako mała dziewczynka dostała śliczną bluzkę koronkową. Położyła ją na krześle. „Od tego jest szafa!” warknęła matka. Dziewczynka przez trzy dni wieszała bluzkę w szafie, ale czwartego znowu położyła ją na krześle. Bluzka znikła.

– Nie widziałaś, mamo, mojej bluzeczki?

– Jest tam, gdzie ją zostawiłaś!

– Nie ma nigdzie...

– To szukaj!

Szukała. Nie znalazła. Po tygodniu myjąc podłogę w łazience znalazła ją zwiniętą jak ścierka, wsadzoną za rurą za sedesem! Ta jego ircha samochodowa była jej jedwabną bluzeczką koronkową z wczesnego dzieciństwa! Biedne dziecko, biedny mąż – i biedna matka, która chciała jedynie nauczyć córkę porządku!

 

Jeśli chodzi o skreślenia „osobowe”, to pani Magda szczególnie bacznie przyglądała się wszelkim kwestiom, w których Renata Dymna śmiała mówić o swoich przyjacielskich związkach z Adamem, gdyż patent na takie więzi miała przecież tylko ona!

 

Kiedy wybieraliśmy się gdzieś razem, pierwsza informacja, jaką mi przekazywałeś telefonicznie, to kolor twojego garnituru (albo pytałeś mnie o kolor sukni, w której wystąpię), po to, chociaż tego wprost nie mówiłeś, by to odpowiednio zsynchronizować

Tak, dwa kolory niewspółbrzmiące ze sobą stworzyłyby dysonans, który by mnie drażnił. Nie chodziło tu o to, jak inni nas zobaczą, ale o moje poczucie dyskomfortu. Wychodząc z domu, przymierzam czasem kilka marynarek w poszukiwaniu właściwej, żeby zharmonizować to ze strojem partnerki. Jeśli mężczyzna jest w czerni, nie ma problemu - prawie wszystko do niej pasuje, ale jeśli wychodzę nie w czerni, bo przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym ani przedstawicielem high-life'u spędzającym życie na rautach, to staram się uzgodnić z kobietą kolorystyczną gamę ubiorów.

Pamiętam, że udzieliłeś mi kiedyś bardzo pouczającej lekcji, zabierając mnie na występ Orkiestry Filadelfijskiej w Teatrze Wielkim. Wielka gala, prezydent, stroje wieczorowe... Więc i ja włożyłam suknię odsłaniającą ramiona, ale przed wyjściem z domu nie mogłam do niej znaleźć długich rękawiczek. Byłam w prawdziwej żeńskiej rozterce, zapytałam cię więc, czy widać, że brakuje ich do stroju, a ty: „Jeśli cały czas będziesz myślała o tym, że nie masz rękawiczek, wszyscy to zauważą! Masz tylko jedno wyjście - udawać, że tak miało być!”.

Jak się coś ukrywa, to widać (tak samo, jak widać, czy ktoś udaje, że nie wie, albo udaje, że wie)...

 

To skreślenie burzyło sens dalszego ciągu rozmowy, czym pani Cwenówna się nie przejmowała, musiałem więc jako redaktor książki przerobić to tak, aby na tej gali pozostała Renata sama ze swoją rozterką z powodu braku rękawiczek!

Natomiast do dwóch innych wypowiedzi Adama o Renacie przeczepić się nie wypadało: Nie tylko my troje – jest jeszcze choćby taka Jungowska, którą cenię na równi z tobą, Renato, jeśli chodzi o realne, ale także magiczne rozeznanie rzeczywistości… […] Ty, Renato, jesteś do rozmów o literaturze w tej chwili pierwsza dla mnie osoba. Masz syntetyczne, męskie widzenie; dzięki Bogu, że nie zdecydowałaś się na karierę uniwersytecką, bo wtedy nie byłabyś dla mnie tak dobrym rozmówcą – wykładając musiałabyś rozwijać wiedzę, która zabija intuicję, a w lesie literatury najważniejszy jest instynkt literacki; inaczej gubimy najważniejsze tropy...

Pani Cwenównie na pewno nie były one w smak, ale te pochwały Adama nie dotyczyły bezpośrednio teatru; nożyce cenzorskie szczęknęłyby złowrogo, gdyby powiedział: „Ty, Renato, jesteś do rozmów o TEATRZE w tej chwili pierwsza dla mnie osoba”, bo taką osobą mogła być przecież jedynie ona, kreująca się w wywiadach dla pism raczej niemających nic z X Muzą wspólnego jako Jego prawa ręka teatralna, „asystentka reżysera”, związana z Nim twórczo „24 godziny na dobę”, co absurdem nie jest tylko dla niej! Dlatego w Reszta jest monologiem wykreśliła część zdania ze wstępu napisanego przez Renatę Dymną: Byłam z Nim przez całe osiemnaście lat..., proponując coś wyjątkowo paskudnego i stylistycznie nieskładnego: Byłam zatrudniona w Teatrze Nowym przez Adama osiemnaście lat…; w ostateczności zgodziła się łaskawie na zaproponowane przeze mnie: „Jako kierownik literacki Teatru Nowego przebywałam w pobliżu Adama przez osiemnaście lat”…

Można się domyślić, co mówiła prywatnie Adamowi na temat pani Renaty na podstawie takiego oto wyimka z rozmów dźwirzyńskich, który z oczywistych względów do książki wejść nie mógł:

Po rozejściu z Rysiówną starałem się pozostać ojcem dla moich dzieci, ale ilekroć tam przychodziłem, rozgrywał się między nami taki mniej więcej dialog:

– Co z dziećmi?

– A co ciebie dzieci obchodzą?

– Jak się uczą?

– Od kiedy ty się nimi interesujesz?

– Chciałbym częściej spotykać się z dziećmi…

– U tej kurwy?!

„Kurwą” była oczywiście Kucówna, tak jak później „kurwą” dla Kucówny była Magda, a dla Magdy ta czy owa, którą z jakichś powodów, bynajmniej nie osobistych, wyróżniałem – błędne koło „kurew”!

Renata Dymna niewątpliwie należała do osób przez Niego wyróżnianych, co musiało panią Magdę doprowadzać do szewskiej pasji,  mimo iż mogła podejrzewać męża jedynie o „zdradę duchową”, ale na podstawie własnych obserwacji wiem, że kobiety mające niezbyt rozwiniętą sferę duchową szczególnie są zazdrosne o to, czego same nie mogą doświadczyć.

Poniżej na zdjęciu nr 1: na wernisażu prac znanego fotografika Rafała Latoszka (po lewej) – Renata (w koralach na szyi) stoi obok Adama, któremu towarzyszy także pani Magda. Na zdjęciu nr 2: na tle dwóch znakomitych portretów Adama  (jeden z nich widnieje na okładce książki Reszta jest monologiem) – Renata ma po prawej ręce Rafała Latoszka (w krawacie w paski), nie tylko świetnego fotografika, ale i „Ironmana”, gdyż udało mu się ukończyć zawody triatlonowe organizowane przez World Triathlon Corporation, czyli  wyścigi na dystansach: 3,86 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg maratoński (najlepsi z zawodników polskich dokonywali tego w ciągu niespełna 10 godzin!).



 

Na wernisażu prac Rafała Latoszka

 

Renata Dymna  (Rafał Latoszek z lewej)

 Cdn.



15:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 6)

 

A ja, cóż, będę kontynuował te rozważania dopóty, dopóki nie uznam, że w tej sprawie nie mam już nic sensownego do powiedzenia. Nie w mojej sprawie. W sprawie Adama Hanuszkiewicza, bo to on należy do historii teatru. Rozmowy dźwirzyńskie też do tej historii należą. Nie mogę się zatem zgodzić z próbami wyrokowania o nich przez tę, która z powodów zasadniczych nie brała w nich udziału – przynajmniej w tym, co ukazało się w druku, bo w nagranych kasetach Adam mówi o niej wielokrotnie, ale ani razu z szacunkiem! Szacunek był przeznaczony dla dwóch Jego poprzednich żon, które w przeciwieństwie do niej były wybitnymi aktorkami: chodzi o Zofię Rysiówną, prawdziwą, choć surową mentorkę, od której się najwięcej nauczył, oraz o Zofię Kucówną, którą najbardziej kochał i najboleśniej zdradził, co uważał za swój największy błąd życiowy. 

 

Dość dawno temu wspomniałem o przeredagowanej przeze mnie z konieczności wypowiedzi Adama. Chodziło o Meyerholda, którego żona mogłaby powiedzieć bez żadnej przesady, że była ze swoim ubóstwianym mężem dwadzieścia cztery godziny na dobę nawet w chwilach, gdy ten wielki inscenizator rosyjski rozmawiał z kimś na tematy zawodowe, szukając potwierdzenia dla swoich wywodów wyłącznie w jej aprobujących oczach, a nie swoich rozmówców. Na nasze zapytanie, czy w takich momentach zazdrości Meyerholdowi, Adam zaśmiał się i rzekł, że on też patrzy wtedy wyłącznie na Magdę, w obawie, że wbije mu zaraz szpilę. Mogę to potwierdzić – pani Magda przy wspólnym stole, gdy przychodziliśmy wieczorami do ich domku na kolację – atakowała niewybrednie Adama przy każdej okazji, czym byłem wręcz zszokowany. W ciągu tamtych lipcowych dni 2001 roku nie dostrzegłem z jej strony żadnego czułego gestu i ani jednego miłego słowa zwróconego do męża, którego rzekomo tak kochała! Od pięciu lat nie współżyli już wówczas z sobą – od czasu, gdy zdradziła go z przyjacielem ich domu (Adam szukał wówczas pocieszenia w ramionach młodej studentki z Łodzi, dlatego spóźnił się na te rozmowy).

To również znalazło się na nagranych taśmach, ale jako marginalne dodatki do poważnych rozmów o kobietach i o teatrze. Adam rzadko dopuszczał kobiety do rozmów o sprawach teatralnych. Z książki Reszta jest monologiem wiemy, że takimi wyjątkami były pani Helenka, która miała zaledwie kilka klas szkoły powszechnej, ale na jej zdaniu mógł naprawdę polegać: …była garderobianą, ale w zasadzie sam się ubierałem, natomiast pasjami lubiłem z nią rozmawiać. Wszyscy się dziwili: „Jak kobieta może być garderobianą mężczyzny?”, a ja odpowiadałem: „Ona jest od rozmów...”. Miała w sobie dziecięcą prostotę, a zarazem ostrość widzenia i zawsze widziała, który król jest nagi..., oraz Tamara, o której mówił tak: Była moją asystentką w Narodowym i najbliższą współpracownicą. Charakterystyczne, że gdy przyjeżdżaliśmy gdzieś z występami teatralnymi, witająca nas delegacja ruszała z kwiatami do niej, zamiast do mojej żony! Wyglądała jak Turczynka (ze sturczonych Taterów), godna i piękna, w sam raz materiał na moją żonę! Ale łączyły nas tylko sprawy teatralne – uważałem ją za osobę z wybitnym wyczuciem formy, powiedziałbym „formalnie uczuloną na teatr”; miała do tego stopnia trafne widzenie teatru, że nawet Tadzio Łomnicki pytał ją o zdanie!

Natomiast na tych dziewiętnastu kasetach z nagraniami rozmów dźwirzyńskich nie ma ani słowa o pani Cwen-Hanuszkiewicz w kontekście spraw teatralnych. I w ciągu całych dwóch tygodni nie przypominam sobie, by Adam choć raz pytał ją o zdanie w jakiejkolwiek kwestii z tego zakresu, bo „była nie od tego”! Do kina w Kołobrzegu, na film Ridleya Scotta Hannibal, też pojechał, jak wspomniałem, nie z nią, lecz z Renatą Dymną, bo to Renata Dymna (wówczas jeszcze z dodatkiem „-Kijowska”) była dla Adama partnerką do rozmów również o filmach. Każdy z takich afrontów pani Cwenówna zakodowała sobie jednak w mściwej pamięci. Czekała tylko na moment, kiedy będzie mogła te zniewagi pomścić. Po wielu latach, już po śmierci Adama, wreszcie się doczekała!

 

Renata Dymna miała od Adama pozwolenie na pośmiertne wydanie książek z dźwirzyńskich rozmów. Dał je chyba w lipcu 2010 roku (zmarł w grudniu 2011), ale było ono poświadczone tylko Jego podpisem. Pani Magda sprowadziła do domu notariusza niedługo przed Jego śmiercią i weszła w ten sposób w posiadanie praw do całej Jego spuścizny. Nie opuszczał już wówczas łóżka, zdany całkowicie na jej łaskę i niełaskę. Nie chodzi o bezpośrednią opiekę, bo tę sprawowała Tania, pochodząca z Jego stron rodzinnych, ze Lwowa. Pani Magda Cwen twierdzi w wywiadach, że, wbrew „podłym insynuacjom” brukowców, bardzo o męża dbała w ostatnich latach przed Jego śmiercią. I ja w to wierzę, bo znam podobny casus.

Znajomy pisarz, mniej więcej w tym samym wieku co Adam w roku 2011, bo 88-letni, nadal nie chce się zgodzić na notarialne przepisanie swego dużego majątku żonie o ponad dwadzieścia lat młodszej, mimo iż ta nagabuje go o to od kilkunastu lat, obawiając się, że majątek ten w dużej mierze trafi po jego śmierci w ręce jego pierwszej żony, która sprawuje kuratelę nad jego jedynym żyjącym synem, chorym psychicznie. Mój znajomy mówi do żony: „Jeszcze nie umieram…”, a do mnie na osobności: „Gdybym jej wszystko przepisał notarialnie, miałaby mnie w dupie, a tak to chcąc nie chcąc musi koło mnie tańczyć”. 

Jeśli chodzi o Adama Hanuszkiewicza, to jego taktyka była podobna. Już podczas rozmów dźwirzyńskich, o czym świadczą nagrania, nie miał w stosunku do swojej połowicy żadnych złudzeń. Kiedy zapytałem Go wprost, dlaczego się z nią nie rozwiedzie, odparł natychmiast: „Bo się boję, że puściłaby mnie w samych skarpetkach!”. W rozmowach z nami przekręcał jej nazwisko na „Cwanówna”. Przestał się bać, gdy czuł, że kres jego życia zbliża się nieubłaganie, o czym świadczy fakt, że zajmował się kwestiami związanymi z własnym pogrzebem! Pani Madzia spełniła tylko częściowo Jego wolę, bo nie zaśpiewała na pogrzebie marszu żałobnego Chopina z tekstem Zembatego: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”, ale na załączonym poniżej zdjęciu widać, że w roli żałobnej wdowy spisała się znakomicie (jestem ciekaw, czy wcześniej przestudiowała „żałobny SV – savoir vivre – ubraniowy”, gdyż w wielu regionach kraju pojawienie się wdowy na pogrzebie bez nakrycia głowy i woalki uznawane jest za nietakt):

 

magdalena-cwenowna_22835868

 

Nauka, która zajmuje się analizą kształtu ust – ich charakterystycznych cech: rozmiaru, kształtu, wypełnienia czy konturu – wywodzi się ze starodawnej chińskiej praktyki, która powstała prawie trzy tysiące lat temu. Obecnie istnieją szkoły uczące Mien Shiang, czyli umiejętności czytania twarzy [„Mien” (twarz), „Shiang” (czytanie)], a nie mimiki twarzy, gdyż ta może być kontrolowana. Fizjonomika, czyli nauka rozpoznawania charakteru z twarzy, wykładana jest ponadto coraz częściej na wyższych uczelniach, gdyż jej wagę doceniają nie tylko międzynarodowe koncerny podczas rekrutowania kandydatów na wysokie stanowiska. W słynnej Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point też już wiedzą, że blisko osadzone oczy, mocno zarysowane brwi oraz kwadratowa szczęka są gwarancją osiągnięcia sukcesów w tym zawodzie.

Cienkich zaciśniętych ust nie będzie miał ani świetny generał, ani znakomity menedżer. Nie świadczą one także o głębokiej żałobie. Nawet średniej klasy obserwator wie, że duże usta oznaczają bogate życie uczuciowe, egzaltację w wyrażaniu emocji, często zmysłowość, zwłaszcza gdy obie wargi są jednakowej grubości, natomiast wąskie, cienkie wargi w dużych ustach wskazują, że egzaltacja i uczuciowość kierują się bardziej ku własnej osobie niż otoczeniu. Osoby o takich ustach mogą prowadzić uporządkowane życie, ale wyróżniają się lodowatym temperamentem i wyrachowaniem.

 

O właśnie takim temperamencie, choć na pozór mogłoby wydawać się, że jest inaczej, świadczy również przykład zdjęciowy z innej okoliczności. Pod datą 16 września 2015 r. możemy przeczytać na blogu BOUTIQUE BIELIZNY: Piękno – kobiecość. Odwaga i naturalność. Akceptacja. Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz udowadnia, że piękno ma wiele synonimów, a dojrzałość… jest jednym z nich.

Jakaś złośliwa komentatorka napisała: Gdyby nie dodatek „Hanuszkiewicz” w tym nazwisku żadna z czytelniczek tego bloga nawet nie spojrzałaby na tę starzejącą się kobietę o ciele, jakim może się poszczycić mnóstwo kobiet w tym wieku, z tym że od tego „dojrzałego piękna” wieje neurotycznym chłodem! Usta nie kłamią!

 

Usta nie kłamią!

 

 Nie byłoby tej dygresji, gdyby Adam w jednym z nagrań nie wspomniał o tym szczególe anatomicznym swojej żony. W ogóle był znakomitym fizjonomistą, ale ja też do nich należę, a moje wybory małżeńskie świadczyły wręcz o ślepocie, co w psychologicznym sensie jest niestety normą, bo przy wyborze partnerek życiowych nie mądrością się przecież kierujemy, o czym Adam dobrze wiedział. W Kobieto! Boski diable… mówił o tym. Nie ma tam jednak scenki nagranej w Dźwirzynie z udziałem pani Magdy, bo to ona tę scenkę usunęła, już po Jego śmierci, korzystając z uprawnień, które jej przekazał w zapisie testamentowym. Uznała – według mnie całkowicie bezzasadnie – że ma prawo Go cenzurować. Pokażmy zatem to skreślenie:

 

Pozwól, Adamie, że na chwilę powrócę do tego, co mówiłeś wczoraj. Twierdziłeś, że to kobieta decyduje o związku, o doborze partnera...

To oczywiste!

Jest to jednak stwierdzenie ogólne. Czy w przypadku Magdy było tak samo?

Ona mówi, że mnie nie wybrała!

No właśnie…

Prawdę powiedziała, że nie „wybrała” - ona mnie uwiodła! To nie jest u kobiet świadome działanie, ale instynktowne, dlatego powiedziała prawdę. Swoją. „To jest moja prawda!” - tak mówi zawsze, gdy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet!

A czy mnie też może uwieść?

Nieee! Ona nie jest zaprogramowana na takich mężczyzn jak ty, ale na takich jak ja! Uwiodła mnie tak, jak mężczyzna uwodzi kobiety!

Nie chciałabym, Adamie, zmuszać cię do niedyskrecji, ale wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Kobieta, której zależy na jakimś mężczyźnie, nie postępuje tak jak on - ma przecież swoje kobiece sztuczki… 

Po pierwsze nie będę niedyskretny, bo mówiłem już o tym wiele razy. A po drugie mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami: „Dzień, w którym pierwszy raz spotkałem panią, był najszczęśliwszym dniem mojego życia!”.  A Magda właśnie przyszła do mnie z kwiatkiem…

Z tego, co pamiętam, zostawiła kwiaty portierowi w hotelu… 

Tak było za drugim razem, a za pierwszym przyszła do mnie w czasie próby Karłowicza w Łodzi z kwiatkiem i podziękowaniem za czas spędzony u mnie w Teatrze Narodowym.  Na drugi dzień jem obiad w restauracji, przychodzę do szatni po płaszcz, a tam taaaaki bukiet... To nie był bukiecik, tylko gigantyczny bukiet! A szatniarz, mrugając okiem: „Położyła to dla pana taka śliczna dziewczyna, i uciekła”. Nie byłem pewien, kto, ale domyśliłem się, że to ona… No więc, przepraszam, kto kogo uwiódł?!

 

Cdn.



11:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 5)

 

 

Pod skrzydłami Adama

Mówi się często, że Hanuszkiewicz miał pasję tworzenia i wyobraźnię dziecka, a dzieci tworzą często rzeczy abstrakcyjne i zaskakujące.

– Adam zawsze czuł się młody i miał szczególny stosunek do młodych aktorów – wspomina dziś Anna Gornostaj. – Kiedy angażował aktora, brał za niego pełną odpowiedzialność. Brał go pod swoje skrzydła, uczył rzemiosła teatralnego, emisji głosu, co przydawało się zwłaszcza na wielkiej scenie Teatru Narodowego. Bardzo dbał o nasz rozwój artystyczny. Ja w pierwszym sezonie grałam w ośmiu sztukach, od małych epizodów po duże role. Jak choćby Zosię w „Panu Tadeuszu”.

 

Hanuszkiewicz wychował sobie grupę wyznawców, którzy poszliby za nim w ogień. Tak było z publicznością, aktorami, ale też pozostałymi pracownikami teatru. Na jego spektakle w Narodowym waliły tłumy.

– Jego spektakle wyznaczały nowe tropy w historii teatru – mówi Anna Chodakowska, sceniczna Antygona, Balladyna i Salomea w jego spektaklach. – Adam lubił prowadzić potyczki z teoretykami teatru i literatury. Zachwycał błyskotliwością skojarzeń. Nie bał się konfrontacji. Był magiem, uroczym megalomanem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie”.

– Oczywiście lubił być uwielbiany i często z tego powodu nazywany był „słodkim kabotynem” – dodaje Anna Gornostaj. – Miał niezwykły urok osobisty, czym zjednywał sobie ludzi. Byliśmy w niego wpatrzeni jak w obraz i nawet uwierzyliśmy, że jest wielkim intelektualistą. A potem zorientowaliśmy się, że w tym bez trudu kładli go na łopatki Erwin Axer, Janusz Warmiński czy Zygmunt Hübner. Jako dyrektor miał piękną cechę pozaartystyczną: nie był małostkowy i nie słuchał plotek. Nie można było mu więc donosić na innego aktora, co staje się niemalże praktyką w wielu teatrach.

 

Obserwując relacje Kazimierza Dejmka i Adama Hanuszkiewicza, myślę, że lubili się tak jak Mickiewicz ze Słowackim. Hanuszkiewicz z tego określenia „barbarzyńca w ogrodzie tradycji” był dumny. Bolało go natomiast, że przez lata czuł nieskrywaną niechęć części środowiska za przyjęcie dyrekcji Narodowego po wyrzuceniu Kazimierza Dejmka. Zawsze wyjaśniał, że zdecydował się na to, by uratować prowadzony przez siebie zespół Teatru Powszechnego przeznaczonego do kilkuletniego zamknięcia z powodu koniecznego remontu. Potem „odpokutował winy”, gdy sam został usunięty z Narodowego przez władze stanu wojennego.

 

Trzy z czterech żon Hanuszkiewicza były aktorkami. Dało się wyczuć, że do każdej z nich miał szczególny stosunek. W towarzystwie starszej o cztery lata „heroiny” Zofii Rysiówny czuł się scenicznym uczniem, dla dziewięć lat młodszej Zofii Kucówny był partnerem, a dla ostatniej, 20 lat młodszej Magdy Cwenówny – nauczycielem. I tak traktował je w rozmowach, jakie z nim prowadziłem.

Często miałem wrażenie, że Zofia Rysiówna jest dla niego niczym posąg ze spiżu. Zawsze wyrażał się o niej z wielkim szacunkiem. Trochę jak o osobie z innej epoki, mimo że – przypominam – dzieliły ich zaledwie cztery lata.

– Rysiówna to przede wszystkim fascynująca kobieta – mówił mi Hanuszkiewicz – i największa aktorka, z jaką się w życiu zetknąłem, a poznałem w życiu naprawdę wiele kobiet. Nie dziwię się też wcale, że zarówno Woszczerowicz, jak i Jaracz byli nią zachwyceni. To kobieta niezwykle inteligentna, a równocześnie, co zwykle idzie w parze, piekielnie złośliwa. Bywają chwile, że jej złośliwość niemal zabija. Przypomina mi w tym znany posąg Woltera z bardzo cynicznym uśmieszkiem.

– Moja fascynacja Rysiówną zaczęła się od pojedynków słownych – dodawał. – Myślę zresztą, że ona zwróciła na mnie uwagę, bo poza wszystkim byłem jedynym mężczyzną, z którym miała trudności z wygrywaniem tych pojedynków. Zawdzięczam jej bardzo wiele. Choćby to, że nauczyła mnie słuchać rozmówcy i artykułować precyzyjnie swoje myśli. Niemal przez cały czas naszego związku stale mnie strofowała, mówiła: „bełkoczesz”. Ja nigdy się nie obrażałem, tylko intensywniej pracowałem nad sobą.

 

 Rysiówna i Hanuszkiewicz

Rysiówna i Hanuszkiewicz w Berenice, Teatr Powszechny (Warszawa), 16.02.1962,

fot. Edward Hartwig

 

Hanuszkiewicz należał do nielicznych znanych mi artystów, którzy o każdej swojej żonie, także byłej, potrafili mówić z szacunkiem. Ale przede wszystkim mówił o sobie: pięknie i z uznaniem, powiedziałbym nawet – z najwyższym uznaniem. Prezentując na deskach Teatru Narodowego klasykę polską i światową, bardzo chętnie odwoływał się do kultury masowej. Bywało, że przemawiał do widzów językiem estrady, komiksu, kabaretu, pojawiały się nawiązania do muzyki popularnej. Najlepszym przykładem wykorzystania tych chwytów okazała się „Balladyna” z Anną Chodakowską w roli tytułowej. Wzorcem dla Bożeny Dykiel, która jako Goplana poruszała się na hondzie, była seksualnie wyzwolona komiksowa Barbarella. Młodzież szalała ze szczęścia, część dorosłych wychodziła z teatru z bolącymi głowami od głośnej muzyki i spalin.

 

„Balladyna”, czyli cud w Częstochowie

Henryk Talar chciał sprawdzić, czy sukces tamtego spektaklu da się powtórzyć po ponad ćwierć wieku. Obejmując dyrekcję teatru w Częstochowie, postanowił namówić Hanuszkiewicza do ponownej realizacji „Balladyny”.

– Adam powiedział krótko: „Chyba zwariowałeś – opowiada mi dziś Talar. – Chcesz, bym własnymi rękami burzył mit, który stworzyłem i który najwięksi badacze teatru uznali za wydarzenie bez precedensu w odczytaniu polskiej literatury. Nie ma mowy”. Wyjaśniłem, że złożyłem mu tę propozycję z kilku powodów, po pierwsze: jest w świetniej formie, po drugie: od tamtej premiery w Narodowym wyrosły nowe pokolenia, a on sam jako twórca teatru jest bogatszy o nowe doświadczenia, więc to przedstawienie może być wydarzeniem na skalę co najmniej ogólnopolską. „Częstochowa wprawdzie jest miastem cudów, ale na mnie nie licz” – odpowiedział Adam, sądząc chyba, że będę drążył temat. Miał rację, bo nie ustępowałem. „Muszę najpierw zobaczyć wasz teatr” – powiedział w czasie jednego z kolejnych spotkań. Przyjmowaliśmy go jak wielkiego artystę, co najwyraźniej mu odpowiadało. Chciał zrobić wrażenie na zespole, mówił o teatrze światowym. W końcu zauważył, że gdyby miało dojść do premiery „Balladyny”, należałoby przebudować teatr, to znaczy zrobić... rozsuwany dach, by na scenie mógł... wylądować helikopter. Tu powołał się na głośną prapremierę „Miss Saigon” na West Endzie. Zamurowało mnie, ale nie chcąc tego okazywać, przyjąłem jego pomysł jako oczywistość, co z kolei zadziwiło Adama. Potem zaprosiłem go na spacer na wały pod Jasną Górą, gdzie dotarliśmy do ulubionego miejsca deskorolkowców. „Wiem, że wspomniałeś o helikopterze, ale nie uważasz, że dzisiejsza młodzież jeździ nie na hondach, tylko na deskorolkach?” – rzuciłem mu mimochodem. „Mają być hondy i koniec” – powiedział Hanuszkiewicz. Nazajutrz jednak obwieścił wszystkim, że wpadł na pomysł, by wcześniejsze hondy zamienić na deskorolki. Zespół był zachwycony. Okazało się nawet, że nie trzeba wyburzać dachu, bo lądowanie helikoptera nie jest w tej opowieści najważniejsze. Hanuszkiewicz czuł się u nas znakomicie. Pogodziłem się z tym, że przez ponad miesiąc prób to on jest „dyrektorem” teatru. Pracował całym sobą, bez taryfy ulgowej. Wprawdzie nie popieram metody, w której reżyser pokazuje aktorom, jak mają grać, ale patrzyłem z podziwem, jak odgrywa poszczególne postacie „Balladyny”. Wręcz trudno mi było ocenić, czy lepszy był jako Kirkor czy jako Alina. Pomyślałem, że mógłby nawet wystawić monodram według „Balladyny”, który byłby przyjęty entuzjastycznie. Po zakończeniu prób powiedział mi: „Wiesz, polubiłem pracę na prowincji. Tu znajduję spokój i aktorów, którzy tworzą prawdziwą sztukę, bo w Warszawie powstaje ersatz, coś zastępczego. Tam nikt nie ma czasu. Każdy biegnie na jakieś inne zajęcie, a tu jest pełne oddanie”. Bo zespół częstochowski był mu oddany całym sercem, on to czuł i potrafił docenić.

 

Można by sądzić, że „Reszta jest monologiem” to spojrzenie człowieka okaleczonego, którego wyrzucono z Teatru Narodowego, któremu potem zabrano Teatr Nowy, oddając budynek prywatnemu właścicielowi, by urządził tam supermarket, a także zlikwidowano Teatr Mały, który Hanuszkiewicz niemal własnoręcznie urządził w podziemiach Domów Towarowych Centrum, tworząc nowoczesną, uwielbianą przez widzów i aktorów przestrzeń w miejscu planowanym na nocny klub. A jednak z tych wypowiedzi bije optymizm i pogoda ducha. Hanuszkiewicz z pewnością musiał przeżyć te świadome i czynione z premedytacją próby wymazania go z historii kilku warszawskich miejsc teatralnych. Z historii teatru na szczęście wymazać się go nie da.

 

Tyle Jan Bończa-Szabłowski, znany krytyk teatralny, który naszą książkę potraktował w znacznej mierze jako pretekst do snucia własnych rozważań o Hanuszkiewiczu, co jest oczywiście cenne. Z kolei Zdzisław Pietrasik – też znany krytyk filmowy i teatralny, dziennikarz, publicysta, szef działu kulturalnego tygodnika „Polityka” – napisał na marginesie tej książki tak:

Rozmowy nagrane zostały latem 2001 r. w nadmorskim Dźwirzynie, dziesięć i pół roku przed śmiercią reżysera. Wydane obecnie, brzmią niczym spóźniony testament jednej z najważniejszych postaci w polskim teatrze drugiej połowy XX w. Z rozmów wyłania się obraz człowieka spełnionego, który wie, że wszystko zawdzięcza sobie. Był bowiem Hanuszkiewicz samoukiem, jak powtarza w rozmowie, zajął się reżyserią, żeby się uczyć. Uczył się zaś na największych: na Mickiewiczu, Słowackim, Norwidzie, Wyspiańskim, na klasykach europejskiej literatury. Jednych drażnił, innych zachwycał. Po spektaklach „Wesela” czy „Beniowskiego” przed wyjściem dla aktorów ustawiały się kolejki młodych widzów proszących o autografy. 

Na scenie operował głównie obrazem, ale chętnie wygłaszał monologi o teatrze. W latach dyrektorowania w Teatrze Nowym zdarzało się, że występował przed spektaklem z prelekcją, by po opadnięciu kurtyny jeszcze się upewnić, czy widownia wszystko zrozumiała.

 Książka, która ukazuje się prawie pięć lat po śmierci twórcy, też jest wielkim monologiem, przerywanym jedynie pytaniami. Hanuszkiewicz imponuje wiedzą nie tylko teatralną, ma także niebanalne przemyślenia na tematy naukowe, etyczne i religijne. To, co mówi o Polsce i Polakach, też daje dzisiaj do myślenia. No, i chwali się, ale przyznajmy, żaden artysta nie potrafił chwalić się tak pięknie jak pan Adam. Każda taka opowieść ma efektowną strukturę dramatyczną: on proponuje coś zupełnie nowego, prawie wszyscy się oburzają, ale właśnie prawie, ponieważ w finale opowieści pojawia się niekwestionowany autorytet, który stwierdza: miał pan absolutną rację!

 

Ci dwaj krytycy są jednak mężczyznami. Mógłbym przytoczyć kolejne opinie, bardzo pochlebne, innych krytyków-mężczyzn na temat tej książki, choćby pana Tomasza Miłkowskiego, prezesa AICT, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych, były one jednak skierowane tylko do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponadto chodzi mi o opinię wyrażoną przez inną kobietę, z którą pani Cwen-Hanuszkiewicz być może już się zapoznała, bo o niej jest tam również mowa!

 

AICT Polska

Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Honda, wanna, drabina - czyli Adama Hanuszkiewicza spójność Formy z Treścią...

niedziela, 24 kwietnia 2016 20:27 Anna Rzepa-Wertmann

O ukochaniu szczerości, prostoty i bezpośredniości Widzów i Krytyków. Takoż o odpowiednich proporcjach Formy, Treści, Wyobraźni i Wrażliwości – czyli o recepcie na idealną inscenizację. Gdzieś pomiędzy fascynująca rozmowa Renaty Dymnej i Janusza B. Roszkowskiego z Adamem Hanuszkiewiczem, przez wydawnictwo BOSZ w książkową formę ubrana, „Reszta jest monologiem...”

„…nazwać fenomen Adama Hanuszkiewicza. I pokazać go ludziom mądrym i wrażliwym”…

Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz  miała rację w wywiadzie udzielonym Iwonie Kłopockiej. Jej wybitnego męża – Adama Stanisława – nie dało się zakwalifikować, sklasyfikować, skatalogować w jakiejkolwiek semantyczno-prasowej szufladzie. Był ponad wszystko, wbrew oportunistom i niezależnie od okoliczności indywidualnością. Pozwalał sobie na nonkonformizm i dezynwolturę, traktując przy tym aktora i widza jako równoprawnych partnerów w swoistej grze intelektualnej. Bez dwóch zdań człowiek niebanalny, nieszablonowy, perfekcjonista w każdym calu. Oddany Teatrowi bez reszty genialny samouk, który od innych wymagał tyle samo, co od siebie: do cna, końca, po granice ludzkiego organizmu i umysłu. Przy tym uparty, konsekwentny w swych wizjach i wyborach artystycznych, szczery do bólu. Bezgranicznie nietolerujący w swoim otoczeniu ludzi  głupich, chciwych, bezmyślnych, ograniczonych, nastawionych na błysk, prestiż, zysk i karierę.

„(...) Mawiał: Życie trwa krótko, oczekiwanie na śmierć bardzo długo”.

Dźwirzyno, sierpniowe upalne lato 2001 roku. Trójka dobrych przyjaciół – Renata Dymna-Kijowska, Janusz B. Roszkowski oraz Adam Hanuszkiewicz – rozmawiają na tysiące tematów: ważnych, ważkich, cennych, ponadczasowych. O życiu i śmierci, sławie i zagubieniu, prostocie i prostactwie, głupocie i mądrości. Przede wszystkim jednak o Prawdzie, Sztuce, Teatrze, Słowie, Formie i Treści. Dyskursy tego formatu wymagają bezwzględnego utrwalenia; najpierw jednak boleśnie zweryfikowała je Pani Historia. Czternaście i pół roku później (w marcu 2016 r.) za sprawą wydawnictwa BOSZ stały się kanwą do tomu „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”. Powstał wywiad-rzeka wielkiej wartości, ważny, nieprzemijający. Śmiem twierdzić, iż wiele młodych polskich gwiazd teatrologiczno-krytyczno-medialnych winno te 304 strony przeczytać obowiązkowo: powoli, nadzwyczaj dokładnie, ze zrozumieniem sensu i idei zawartych w słowach i myślach całej trójki rozmówców! Tylko że chwilę później nasuwa się takowa refleksja: ile z tego zrozumieją Maje, Igi, Olgi, Agaty, Szymonowie, Witoldowie i inni młodzi wszechwiedzący krytycy  (z obowiązkowym doktoratem z teatrologii i listą staży „Erasmusa” lub „Socratesa”, wpisanych dumnie do C.V. jako widome stopnie do kariery!)? Co znajdą na kartach tej książki, próbując inter-spektakularnie zarysować skomplikowaną złożoność psychologiczną Adama Hanuszkiewicza jako patrona modernistycznej wizji... itp. itd.? Gwarantuję, że tylko Williamowe „Słowa, Słowa, Słowa…". Właśnie takiej krytyki Adam Hanuszkiewicz nie cierpiał, nigdy nie uważał jej za wartościową, szczerą i miarodajną, całe swoje życie z nią walczył! Ważniejsza była dla niego opinia prostego szeregowego widza – szczera, prawdziwa, wnikliwa i dokładna (nawet, jeśli była negatywna: za biskupem Krasickim powtarzał, iż prawdziwa cnota krytyk się nie boi i nie obawia!) niż powierzchowna i „pod styl” ocena mediów. Powiedział kiedyś Jolancie Ciosek:

„(...) Zawsze mi krytycy przykładali. To taka nasza lokalna specyfika. Mickiewicza nazywano agentem rosyjskim, Krasiński dostał w twarz na ulicy, Norwid – wróg naszej inteligencji, Żeromski – bolszewik. Oto polska specyfika, dopóki cię nie wyszydzą, jesteś nikim. (...) Byłem atakowany i nagradzany. Teatr postmodernistyczny, za który zostałem odznaczony, a który od lat jest tak głośny, robiłem już w latach sześćdziesiątych. (...)”…

„... Do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Renacie Dymnej i Januszowi B. Roszkowskiemu udała się rzecz niezwykła: inteligentnie zadając pytania, ciekawie snując wątki, odbrązowili mit teatralny. Słowa układają się w zdania, owe zaś tworzą obraz: wieloznaczny, barwny, intrygujący. Zbijający co i rusz czytelnika z tropu jak widmo pryzmatowe; niby banalnie jasne, białe, mleczne  ale ileż tam się kłębi barw, znaczeń, sensów! Gospodarz dźwirzyńskich posiad intelektualnych został przez nich utrwalony zarówno jako Człowiek, jak i Twórca. Człowiek świadomy swoich osiągnięć, ale także i porażek, o których mówi bez ogródek (wielu dzisiejszych luminarzy teatru szczerość i bezkompromisowość Hanuszkiewicza zaboli, oj zaboli i to bardzo). Wieczny poszukiwacz sensów, znaczeń, intonacji i podtekstów zawartych w tekstach przez niego inscenizowanych. Jednocześnie otwarty na ciągłą naukę, zdobywanie wiedzy i doświadczeń, doskonalenie się intelektualne i duchowe. Tak na marginesie: skąd tytuł tego akapitu? Otóż  na początku XXI wieku Adam Hanuszkiewicz spytał pewnego młodego businessmana, na cóż mu pieniądze. Onże wypalił, że są dla niego kluczem do wolności. Padła riposta:

„Ale pieniądze są do czegoś i wolność jest też do czegoś; do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Dla młodego rekina finansjery Wolność oznaczała czerwone sportowe auto na F lub L, luksusowy Penthouse, wakacje na Oahu alboż innym bezludnym raju do wynajęcia (bagatelka – 15000 $/day...). Dla Adama od Klasyków wolność znaczyła ciągłe poszukiwanie, prowokowanie intelektualne, odkrywanie coraz nowych rzeczy poprzez zmianę intonacji frazy w Wielkiej Improwizacji, obserwowanie swojego Wewnętrznego Dziecka i uczenie się od Niego, niepodległość sądów i opinii, niezależność podejmowanych decyzji (prywatnych i artystycznych). Wierność swoim Mistrzom, Autorytetom i ideom. Poczucie humoru i dystans do świata, otoczenia, nade wszystko do samego siebie.

„Umarł Adam Hanuszkiewicz, nudno będzie w teatrze”

Adam Hanuszkiewicz był na równi ceniony i kochany, co szykanowany, opluwany i nienawidzony. Wolność/Indywidualność oznacza, iż szczerość, otwartość i bezkompromisowość nie są to cnoty i zalety szczególnie przez ogół cenione, a już w szczególności rozumiane i tolerowane. Jeszcze tak w dziejach Ludzkości nie było, by głupcy i ludzie ograniczeni dobrze znosili krytykę  lubo wyciągali wnioski ze swoich błędów, na które zwracają im uwagę inni! Niech ten akapit podsumuje pewien cytat...

„(...)Zapytasz, skąd się moja inność bierze? To, co powiem, będzie raczej niegłupie, chociaż nie wiem, czy mądrość jest dzisiaj ludziom potrzebna. Stąd, że ja się uczyłem u Profesora Materii – nie kończyłem żadnej filozofii, żadnej polonistyki, żadnej historii teatru. Dlatego tę historię teatru i tę filozofię teatru musiałem budować na sobie; moją własną filozofię też budowałem na sobie – na swoim doświadczeniu egzystencjalnym. Dlatego zarzut, który mi kiedyś ktoś postawił, że ja się uczę życia z książek, jest nieprawdą. Książki mogą jedynie potwierdzić to, co wiem z obserwacji; w innym razie nie mogłyby mnie niczego nauczyć”.

Kochani, „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim” to jazda obowiązkowa dla każdego, kto ceni w Teatrze wolność, intelekt, pasję, wiedzę i poszukiwania. Mądre ważne rozmowy o życiu, ludziach, świecie, teatrze, sztuce, uczuciach. Takich debat nigdy dosyć, na takie tomy zawsze jest miejsce na półce – mam nadzieję, że nie tylko mojej...

Tako rzecze Anna Rzepa-Wertmann, naprawdę mądra Pani, która bezbłędnie wypunktowała to, co stanowi istotę tej książki!

 

cdn.

22:09, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 4)

 

 A jaka jest wartość tych dźwirzyńskich rozmów, a poniekąd i mojej pracy, którą w tę książkę włożyłem? Niech o tym powiedzą inni!


AICT/IACT Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Renata Dymna, Janusz B. Roszkowski „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”.

Redakcja: Janusz B. Roszkowski

Projekt graficzny: Władysław Pluta

Liczba stron: 303 + 1nn,

Wydawnictwo BOSZ Olszanica, marzec 2016.

 

 Hanuszkiewicz, artysta czy uroczy kabotyn

Adam Hanuszkiewicz najchętniej mówił o sobie, i to zawsze z najwyższym uznaniem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie” – pisze Jan Bończa-Szabłowski w „Rzeczpospolitej”.

«Nazywany był „barbarzyńcą w ogrodzie tradycji”, jego spektakle teatralne wzbudzały niesłabnące dyskusje. Starsi odsądzali go od czci i wiary, wśród młodych miał wyznawców, dla których był niekwestionowanym guru. Przeciwnicy zarzucali mu drogę na skróty, efekciarstwo, zwolennicy kochali za to, że w nudne szkolne lektury tchnął ducha. W tym roku minie pięć lat od śmierci Adama Hanuszkiewicza. Ten czas jest dość bezwzględny wobec dzisiejszych młodych awangardystów, których „nowatorskie wizje” są często jedynie odpryskami awangardy proponowanej przez niego przed laty. Na tle dzisiejszych „niepokornych” jawi się jako artysta niezwykle kreatywny, o oryginalnych poglądach, konsekwentny w swojej wizji, duch prawdziwie wolny, ale też uroczy kabotyn, kroczący własną drogą, nieuwikłany w środowiskowe koterie ani polityczne układy.

Okazją do przypomnienia fenomenu Hanuszkiewicza jest książka „Reszta jest monologiem” wydawnictwa BOSZ, zawierająca serię rozmów, jakie przeprowadzili z nim Renata Dymna, długoletnia kierowniczka literacka Teatru Nowego, którego był dyrektorem, oraz Janusz B. Roszkowski, poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Jej lektura zachęciła mnie do przywołania własnych rozmów z Hanuszkiewiczem i osobami, które go znały.

To, że mówimy o nim akurat na tych łamach, nie jest przypadkowe. Hanuszkiewicz był zawsze wiernym fanem „Plusa Minusa”, czytał z uwagą artykuły tu zamieszczane, polemizował, dyskutował. A w rozdziale „Szczęście polega na samorealizacji” wspomnianej książki przyznał, że sobotni dodatek „Rzeczpospolitej” bardzo ceni, gdyż „jest to jedyne pismo kulturalne przypominające Die Zeit, gdzie w każdym artykule można odnaleźć coś na czasie”.

Był genialnym samoukiem. To z pewnością mu doskwierało i rodziło kompleksy. Formą ich odreagowania było opowiadanie o sobie jako o kimś szczególnym, wręcz namaszczonym przez Stwórcę. A miał Hanuszkiewicz nie tylko dar przekonywania, ale i wielki talent artystyczny. Pierwszym tego przykładem był Wacław w „Zemście”. Jeleniogórski spektakl, którego premiera odbyła się w 1945 roku, zachwycił Wandę Siemaszkową i młody amant rok później stał w Łodzi przed komisją egzaminacyjną, a jego egzamin eksternistyczny oceniali Leon Schiller, Edmund Wierciński, Jacek Woszczerowicz i Aleksander Zelwerowicz, czyli teatralne tuzy.

O początkach jego kariery opowiadała mi niegdyś jego była żona Zofia Rysiówna:

– Spotkaliśmy się w Krakowie. Wiedliśmy tam bardzo skromne życie. Nie mieliśmy właściwie żadnych znajomych. Byliśmy zdani na własne siły. On był ze Lwowa, ja z Nowego Sącza. Wiele czasu spędzaliśmy razem. Adamowi nie działo się zresztą najlepiej. Bronisław Dąbrowski, dyrektor Teatru im. Słowackiego, nie akceptował go, Juliusz Osterwa wprawdzie darzył sympatią i uznaniem, ale nie dawał mu żadnych poważnych zadań aktorskich. Snuliśmy wspólne plany życiowe i zawodowe. Chodziliśmy na spacery. Ćwiczyliśmy też razem dialogi z ulubionych sztuk. Adam bardzo dużo czytał i był świeżo po lekturze ‘Sułkowskiego’. Uważał, że powinien zagrać tę postać, mnie zaś widział w roli księżniczki. Pamiętam także, że aby mieć sprawność w dialogowaniu, mówiliśmy sobie fragmenty ‘Wesela’, które wówczas grane było w Starym Teatrze. Nie zawsze graliśmy razem, ale zawsze staraliśmy się bywać na swoich premierach, po których dzieliliśmy się wrażeniami.

Hanuszkiewicz przeszedł przez sceny Krakowa, Poznania, aby trafić do Warszawy, która potrafiła dać mu szansę zaistnienia jako artyście. Przecierał szlaki w rodzącym się Teatrze Telewizji, ukształtował jego odrębność. Zawsze podkreślał: „Ja jestem oświeceniowiec, racjonalista”. I tak odniósł się do swej słynnej inscenizacji „Kordiana”: „W ‘Kordianie’ krytycy zobaczyli tylko drabinę, a nie widzieli, że gdy Kordian stoi na tej drabinie w białej koszuli, oświetlony bocznymi reflektorami, i mówi: ‘Tu szczyt, lękam się spojrzeć w świata przepaść’, to dokładnie stoi na szczycie teatralnym Mont Blanc. Ale cóż, są ludzie, którzy widzą oddzielnie drabinę i oddzielnie Kordiana. A ileż funkcji miała ta drabina w całym przedstawieniu! Latarnia, klatka więzienna, krzyż przed rozstrzelaniem. Kordian w finale stoi jakby ukrzyżowany na tej drabinie”.

 

Kordian-Drabina

 

Do historii teatru przeszedł jako inscenizator Słowackiego, Mickiewicza, ale też Norwida: „Ja tym swoim Norwidowskim spektaklem pokazywanym w teatrze przy pełnej widowni upowszechniałem w Polsce Norwida – opowiada w książce. – Albowiem do tej pory, można to stwierdzić, ten wielki poeta funkcjonował u nas wyłącznie w postaci mott do powieści czy artykułów. W obiegu literackim czy publicystycznym, a więc i społecznym, krążyły jedynie cytaty oderwane od poetyckich kontekstów. W teatrze próbował go właściwie przedstawić tylko Horzyca, ale przy pustej widowni. I nagle sto bitych kompletów przy moim Norwidzie".

Fenomenem było też „Wesele” Wyspiańskiego. Hanuszkiewicz sięgał po ten utwór dziesięciokrotnie. Gromadząc, jak twierdzą autorzy książki, na widowniach pół miliona osób: „Obawiam się, że tego fenomenu nie da się już powtórzyć. O czasy, o obyczaje – podsumował sam Hanuszkiewicz. – Cyceron w swej mowie wiedział, do kogo ma się zwrócić, bo Katylina usiłował go wcześniej zamordować. A kto zamordował Teatr? Moi zaprzysiężeni wrogowie powiedzieliby, że ja to uczyniłem, posiłkując się właśnie tymi liczbami”.

W „Weselu” zaskoczył m.in. tym, że postać Racheli powierzył nie aktorce, lecz piosenkarce Magdzie Umer:

– Rachela to osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie „Wesela” – mówił mi Hanuszkiewicz. – Pomyślałem więc, że mogłaby to zagrać dziewczyna, która nie jest aktorką. Ktoś, kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania i bycia kimś innym. Pomysł został przyjęty bardzo życzliwie, głównie przez męską część zespołu Teatru Narodowego. Panie przyjęły to z dużym dystansem.

 

               Magda Umer i Hanuszkiewiczw scence z tego spektaklu, Teatr Narodowy,

11 grudnia 1974

fot. Dudley Renard Leonard

 

cdn.

22:08, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 3)

 

 

Aż wstyd przytaczać kalumnie rzucane przez nią na nas i na tę książkę nie tylko w wywiadzie prasowym udzielonym bardzo poczytnemu pismu, ale i, co gorsza, w rozmowach z kolejnymi wydawcami (poprzedni mieli dosyć użerania się z nią i rezygnowali z jej wydania). Niezmordowanej Renacie Dymnej udało się w końcu znaleźć jeszcze jedno wydawnictwo gotowe do wydania tej książki. I wtedy zaczęła się kolejna heca, o czym świadczy poniższa korespondencja mailowa:

 

                                                                                 30.01.2015

Droga Pani Magdo, robi Pani straszną krzywdę przede wszystkim Adamowi, a najgorsze, że wprowadza Pani wydawcę, pana Bogdana Szymanika, w błąd, bo Adam miał do wszystkiego, co po spisaniu mu przynosiliśmy, stosunek wręcz entuzjastyczny, powtarzając „świetne, świetne”. Jest zresztą plik książki „Reszta jest monologiem”, wysoko oceniony przez tych, którzy ją czytali (a są to świetni krytycy teatralni, czy także nietuzinkowi ludzie teatru i przyjaciele Adama). Pani przy naszych rozmowach z Adamem na temat książek nam podyktowanych nigdy nie było. Bez trudu możemy udowodnić, że Adam żywo pracował nad tą książką, nanosząc setki poprawek na wydrukach, a niekiedy na swoim papierze firmowym, bo jesteśmy w ich posiadaniu. Nie rozumiemy, dlaczego zmieniła Pani nagle front, bo wcześniej zdawała się Pani nie mieć nic przeciwko wydaniu książki, gdyby znalazł się chętny wydawca. Nasza korespondencja e-mailowa to potwierdza; potwierdza również fakt, że była Pani w posiadaniu pliku książki na długo przed zainteresowaniem się nią wydawnictwa BOSZ i że nigdy nie zgłaszała Pani do niej żadnych zastrzeżeń. Byłoby dziwne, gdyby nie przeczytała Pani książki wcześniej, bo przecież jako długoletnia towarzyszka życia Adama i w dodatku spadkobierczyni praw autorskich do tego, co napisał (czy podyktował) za życia, ma Pani moralny obowiązek zadbania o to, by pamięć o Nim była wciąż żywa. Adam powiadał: „Niech piszą o nas, co chcą, ale niech piszą!”. Wszyscy wiedzą, że minęły nie tylko trzy lata po Jego śmierci fizycznej, ale de facto jest to już aż osiem lat, gdy zamilkł po odebraniu Mu Teatru Nowego. „Kobieto! Boski diable…”, mimo iż poruszała niektóre aspekty teatralne, nie była książką o Jego teatrze, a ta jest. Nawet gdyby – zgodnie ze swoją zapowiedzią po śmierci Adama – zamierzała Pani wydać książkę o Nim, to nie byłaby ona skonfrontowana z tym, co on osobiście miał w tych kwestiach do powiedzenia.

Prosząc Panią raz jeszcze o wyrażenie zgody na wydanie tej znakomitej książki pani śp. Męża, kreślimy się z wyrazami szacunku

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

PS Jeśli Pani nie zmieni swego stanowiska wobec tej książki, niedługo prasa dostanie list protestacyjny od  całego środowiska teatralnego (uniknęła tego Pani w ostatniej chwili przy poprzedniej książce). Środowisko to zapozna się i z treścią tego listu, i z tym, co Adam pisał odręcznie na wydrukach wielu partii z tej książki, a także na osobnych kartkach, jak również z plikiem książki. A jeśli i to nie pomoże – wszyscy zapoznają się z tym, co Adam podyktował nam o Pani w roku 2001. Są to słowa szczere, prawdziwe, które wyjaśnią powody, dla których chce Go Pani skazać na zapomnienie. Wie Pani aż do dobrze, że w dzisiejszym świecie wirtualnym niczego na zapomnienie skazać nie można – jeśli książka Adama nie ukaże się drukiem, zostanie rozpowszechniona w „drugim obiegu” wraz ze wskazaniem przyczyny, dla której nie można jej zakupić w księgarni, względnie wypożyczyć w bibliotece.

A skąd niby jest w naszym posiadaniu podpisana przez Adama zgoda na wydanie tych książek po Jego śmierci? W sensie prawnym akt notarialny, jaki Pani posiada, jest ważniejszy, bo z datą późniejszą, ale w sensie moralnym nie może Pani twierdzić, że Adam nie chciał, aby te książki ukazały się drukiem. Ta jego zgoda zostanie też upubliczniona  i jakim argumentem się Pani wtedy posłuży?

 

                                                                                          09.02.2015

Szanowny Panie,

Po głębokim przemyśleniu, konsultacjach z Rodziną i Przyjaciółmi postanowiłam – zgodnie z udzielonymi mi testamentem mojego śp. Męża wyłącznymi w tym zakresie pełnomocnictwami – udzielić JEDNORAZOWEJ zgody na publikację przez Pańskie Wydawnictwo książki, której maszynopis otrzymałam.

Poddawana przez autorów szantażowi – zarówno bezpośredniemu jak i z wykorzystaniem Osób mi bliskich – uważam, że mniejszą dla Pamięci Adama krzywdą będzie publikacja tego materiału niż zapowiadana przez Autorów kampania pomówień.

Poprzednia publikacja tego samego autorskiego duetu nie miała ani jednej recenzji w liczących się mediach, a jej sprzedaż nie pozwoliła nawet na rozliczenie symbolicznej zaliczki wypłaconej przez Wydawnictwo. Obecnie książka znajduje się w ofercie wiodących sieci księgarskich ze zniżką 75% od detalicznej ceny katalogowej.

Autorzy pozycji, która miałaby się znaleźć w ofercie Pańskiego Wydawnictwa – zarówno w kierowanych do mnie mailach, jak i kontaktach z Rodziną i Przyjaciółmi – twierdzą, iż ich jedynym celem jest przypominanie o Adamie Hanuszkiewiczu i krzewienie wiedzy o Jego teatrze. Skoro tak, proponuję, by wszystkie osoby dysponujące prawami autorskimi do przyszłej książki złożyły – na etapie umowy wydawniczej – oświadczenie, iż całość swoich honorariów przekazują na cel społeczny. Myślę, że najwłaściwszy byłby Dom Aktora Weterana w Skolimowie. Byłaby to kontynuacja zgłoszonej przez mojego śp. Męża dyspozycji, by kwesta na Jego pogrzebie zasiliła właśnie ten cel.

 

Szanowny Panie

Jeśli w dalszym ciągu jest Pan zainteresowany publikacją oraz podziela Pan moją w tym zakresie opinię proszę o umówienie stosownej, wspólnej, wizyty w wybranej przez Pana kancelarii notarialnej celem zawarcia – w formie aktu notarialnego – stosownej umowy na udzielenie JEDNORAZOWEJ licencji dla publikacji znanego nam tekstu. Mam także nadzieję, iż – zgodnie z ustną deklaracją – zechce Pan dopilnować, by tekst ten został poprawnie zredagowany w sposób zarówno zapewniający czytelnikowi czystość językową, jak i niwelujący sformułowania mogące wprowadzić Czytelnika w błąd.

 

                Z wyrazami szacunku Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz

 

 

                                                                                                                 09.02.2015

Zgadzamy się na przekazanie naszych honorariów do Skolimowa. Nasz warunek – wydanie książki w BOSZu (lub innym renomowanym wydawnictwie). Prosimy o potwierdzenie, że możemy wznowić rozmowy z p. Bogdanem Szymanikiem.

Pani propozycja wydania książki Pani męża, w której zawarty jest jego żywy głos, w moim miniwydawnictwie „Mons Admirabilis", jest de facto skazaniem jej na niebyt, i w ogóle nie wchodzi w grę.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                    16 lutego 2015

Wielce Szanowna Pani!

Nie raczyła Pani odpowiedzieć na nasze pismo, co świadczy jedynie o Pani złej woli.

Uściślijmy zatem kilka spraw:

1) Zgodziliśmy się na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie, dlatego że takie jest Pani życzenie, mimo iż nie ma ono żadnego pokrycia w ostatniej woli śp. Adama Hanuszkiewicza. Mowa w niej była jedynie o kwiatkach składanych na Jego pogrzebie, a nie o tym, aby np. spadkobierca Jego praw autorskich przekazywał wszystkie pieniądze z tytułu wykorzystania tych praw na konto Domu Aktora w Skolimowie, jak również, aby to samo mieli obowiązek czynić współautorzy książek, które Adam podyktował za swego życia, względnie ci, którzy mają zamiar takie książki napisać w przyszłości. Musiałaby Pani przedstawić dowód, że On tak postępował w okresie swego życia, przekazując na rzecz tego Domu honoraria za napisane przez siebie książki, no i że spadkobierca Jego praw autorskich tak czynił do tej pory i zamierza tak czynić w dalszym ciągu. Zgodziliśmy się na Pani życzenie, żeby pokazać, że liczy się dla nas dobro książki śp. Adama, a nie nadzieja na zysk z tytułu ciężkiej pracy nad tą książką, bo żaden wydawca, biorąc obecną sytuację rynku książki, nie byłby w stanie pokryć tych kosztów nawet w 10%.

2) Znamy Pani opinie na temat tej książki. Ośmielamy się jednak stwierdzić, że nie mają one pokrycia w opiniach wielu wybitnych teoretyków ani ludzi teatru (mamy na to dowody także pisemne, bo opinie te zostały złożone w swoim czasie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego). Najistotniejsze jest jednak to, że nie mają one pokrycia w woli śp. Adama wyrażonej wprost w trakcie dyktowania nam każdej z książek. Dziwi nas, że nie zapoznała się Pani w trakcie lektur obu książek z Jego życzeniem? Wręcz błagał, aby niczego nie „porządkować” i nie nadawać tym rozmowom linearnego kształtu. Dla nas to było oczywiste, czemu dawaliśmy wyraz w trakcie tych rozmów. Proszę wybaczyć, ale nikt nie ma prawa tej Jego woli naruszyć.

3) Z zasmuceniem stwierdzamy, że informacje podane przez Panią w związku z opublikowaną przez Wydawnictwo Prószyński książką „Kobieto! Boski diable…” są w znacznej mierze nieprawdziwe (wystarczy wejść do Internetu i prześledzić aktualne ceny zbytu tej książki nie tylko u Prószyńskiego, ale również w Empiku, Księgarni Internetowej PWN czy nawet w Merlinie). Może to wielkie wydawnictwo, przeżywając kryzys finansowy, rzeczywiście nie przeprowadziło takiej kampanii marketingowej, na jaką ta książka zasługiwała, ale mówiło się o niej w wielu stacjach radiowych (choćby w pr. II PR), a wszystkie recenzje, jakie prześledziliśmy, mówiły o tej książce z uznaniem. W kilku teatrach w całej Polsce też odbyły się imprezy promocyjne, mimo iż nie było to książka o Hanuszkiewiczowskim Teatrze – tak ja ta druga, zatytułowana „Reszta jest monologiem”. Jeśli chodzi o książkę drugą, to trudno się dziwić, że wydawnictwa nastawione jednak na jakiś zysk, nie chcą zaryzykować swoich pieniędzy, bo rynek wyraźnie im mówi, że będą musiały dopłacić do tego interesu. Dlatego pojawienie się wydawnictwa takiego jak BOSZ należało powitać z pocałowaniem obu rąk, zamiast zniechęcać do wydania książki. Pani decyzja o udzielenie zgody na jej wydanie, ale w moim miniaturowym wydawnictwie, które nie ma żadnej możliwości na jej promocję, jest de facto próbą zniszczenia tej książki, zepchnięcia jej w najciemniejszy kąt. Jeśli takie jest Pani życzenie, to tylko pogratulować!

4) No i ostatnia, najważniejsza kwestia. Obawiamy się, że kolejne nasze starania o wydanie tej książki, JEDYNEGO ŻYWEGO GŁOSU ADAMA, mogą znowu spotkać się z Pani strony z kolejnymi działaniami obstrukcyjnymi, bo nie ukrywa Pani niechęci do niej z powodów tylko Pani wiadomych, których nie zamierzamy zgadywać. Dlatego prosimy o udzielenie nam „JEDNORAZOWEJ zgody” notarialnej na publikację książki, której plik elektroniczny Pani otrzymała, w dowolnym wydawnictwie, możliwie najlepszym, bo chodzi przecież o to, by ta świetna książka (podkreślamy: nie tylko w naszym, współautorów, mniemaniu) dotarła do możliwie jak największej rzeszy czytelników. Oczywiście, zgodnie z punktem pierwszym, honoraria Pani i nasze zostaną przez wydawcę przekazane na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Kontakty osobiste są wskazane wtedy, gdy wszystkie strony są życzliwie do siebie nastawione, a w naszej sytuacji, nad czym ubolewamy, tak nie jest. Są to jednak sprawy marginalne dla tej centralnej, jaką jest książka śp. Adama, Jego ostatnia książka, bo innej już sam nie napisze.

Słowa ulatują – pisma pozostają. Przyjdzie czas, jeśli nie zmieni Pani swego nastawienia, że wszyscy się z nimi zapoznają i na podstawie tego, co Pani napisała, i tego, co my piszemy, plus na podstawie konkretnych dowodów pisemnych pozostawionych przez śp. Adama oraz nieujawnionych dotychczas nagrań będą mogli sobie wyrobić opinię o intencjach naszych oraz o intencjach Pani. Nie jest to szantaż, bo szantaż jest działaniem niezgodnym z prawem i podlega działaniom prokuratury (proszę skierować tam powiadomienie, jeśli naprawdę uważa Pani, że działamy niezgodnie z prawem).

Jeśli do końca lutego br. nie otrzymamy konkretnej odpowiedzi na nasze poprzednie pismo – zgoda na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie oraz Pani zgoda na wydanie książki w poważnym wydawnictwie, gwarantującym jej odpowiednią promocję, zaczniemy działać poza Panią – ofiarą tego działania może paść także ta książka, ale to obciąży jedynie Pani sumienie.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                           03.03.1915

Szanowni Państwo, chciałbym potwierdzić, że książka pozostaje w sferze mojego zainteresowania. Mam oczywiście świadomość, że tak elitarny temat ma ograniczony krąg odbiorców. Niemniej Hanuszkiewicz jest godzien utrwalenia w świadomości społecznej także w ten sposób. Liczę na aktywną postawę Przyjaciół p. Adama przy promocji tej książki. Proszę zatem o załatwienie wszystkich spraw formalnych i wówczas wracamy do naszej współpracy.

 

Pozdrawiam serdecznie

Bogdan Szymanik

 

                                                                                  03.03.1915

 

Jest to zatem wyłącznie uzależnione od Pani dobrej woli.

Reszta bez zmian, zgodnie z Pani życzeniem.

Honoraria zostaną przekazane na Dom Aktora Weterana w Skolimowie.

Tak jak do tej pory – nie chcemy wojny z Panią, bo nie my jesteśmy w tym wszystkim najważniejsi, lecz śp. Adam Hanuszkiewicz. Jest to JEGO GŁOS ŻYWY, nie nasz.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

Ponieważ z jej strony nie było nadal odzewu, wysłałem do niej 18 maja 2015 r. mail zatytułowany: „Grajmy w otwarte karty, pani Magdo!”:

Podobno w rozmowie z panią Anią Biesiadą wyraziła Pani zgodę na wydanie książki Adama w wydawnictwie „Bosz” pod warunkiem, że jako współautorzy podpiszemy u notariusza oświadczenie o zrzeczeniu się naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie.

Nie uczestniczyłem w tej rozmowie, wiem jedynie, że z wydawnictwem BOSZ Pani się nie kontaktowała, a jedynie to świadczyłoby o Pani dobrych intencjach. Takich jednak nie ma. Doszły mnie słuchy z Warszawy (nie od Renaty), że gra Pani jedynie na zwłokę i w rzeczywistości nie chce Pani, aby książka Adama ujrzała światło dzienne.

Straciłem serce do tej książki, nie musi wyjść drukiem. Już Pani mówiłem, że będzie i tak dostępna na moim blogu z wyjaśnieniem, że nie chciała Pani dopuścić do jej wydania.

Dalej: wszystko, co powiedział o Pani Adam, będzie nie tylko dostępne powszechnie w formie dźwiękowej, ale przekażę to osobiście i nieodpłatnie (mogą dać kilka groszy na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie) bulwarówkom i zainteresowanym pismom kolorowym.

Jeśli po przesłaniu przez nas oświadczeń wydawcy (ten notariusz to są bzdety, wystarczyłoby nasze pisemne oświadczenie z uwiarygodnionymi podpisami np. u mnie w Urzędzie Gminy, tak samo prawnie ważne jak oświadczenie podstemplowane u notariusza), nie udzieli Pani mu zgody na wydanie książki na Pani warunkach, zgłoszonych w mailu, będę działał tak jak wyżej, a skorpiony nie żartują!!!

 

Dopiero ten mail przymusił ją do odpowiedzi, oczywiście kłamliwej:

Proszę sobie oszczędzić dalszych listów tego typu. Wydawnictwo BOSZ ma od dawna moją zgodę.

Tę zgodę BOSZ otrzymał dopiero wtedy! Ale z jadowym dodatkiem, znanym już z jej maila przesłanego do mnie w dniu 9 lutego 2015 r. Zwróciła uwagę Wydawcy, że książka jest źle napisana i zredagowana, po czym, otrzymawszy ją do korekty, nie poczyniła na niej żadnych uwag – ani merytorycznych, ani stylistycznych! Wydawca też nie poczynił, mało tego: do końca pracowałem nad nią jako jedyny redaktor (Renata Dymna do mnie zgłaszała swoje uwagi), co zostało odnotowane w stopce redakcyjnej.

 

Cdn.

22:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 2)

 

Wróćmy jednak do czeku na perskim dywanie! Czyli do naszych honorariów, które mają być przekazywane sukcesywnie na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Niedawno została wpłacona na ich konto pierwsza rata za sprzedaż 416 egzemplarzy; w lipcu br. ma dojść kolejna. Taki warunek postawiła wielce zbolała wdowa po Mistrzu Adamie, Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, która przy pierwszej książce (Kobieto! Boski diable…) zawzięcie walczyła o swoją „dolę”, 1/3 kwoty z zaliczki w wysokości 20 000 zł! Skąd więc ta nagła szczodrobliwość? Zapewne wtedy liczyła na dużo więcej, bo i Prószyński liczył na znacznie więcej, o czym świadczy taki oto mail od nich:

 

Szanowny Panie Januszu, 

Rzeczywiście książka została wyprzedana, a dodruku niestety nie planujemy.

Przyznam, że zaskoczyła mnie w wypadku tej książki pewna blokada medialna, a raczej brak zainteresowania... Opór, z jakim ją przyjmowano.

Mam nadzieję, że dla nowej części klimat będzie bardziej sprzyjający.

Pozdrawiam

Anna Derengowska

 

Pani Magda doskonale wiedziała, że druga książka tym bardziej nie przyniesie kokosów, ba, nawet nie można było liczyć na tak dużą zaliczkę jak przy pierwszej. Na co więc liczyła? Być może na to, a jest to bardzo prawdopodobne przypuszczenie, że kiedy w końcu zostanie pensjonariuszką Domu Aktora Weterana w Skolimowie, to zapamiętają jej tę hojność. Mogło jednak zaważyć co innego: liczenie na naszą małostkowość (chciwość). Była święcie przekonana, że wraz z Renatą Dymną nie zgodzimy się na takie rozwiązanie sprawy, ale przeliczyła się. W tych wszystkich jej zagrywkach, bardzo podławych, nie chodziło zresztą o mnie, byłem bowiem człowiekiem z zewnątrz, spoza teatru; w okresie rozmów dźwirzyńskich darzyła mnie nawet wyraźną sympatią po tym, jak w dniu imienin otrzymała ode mnie wielki bukiet pięknych kwiatów, zerwanych przeze mnie poprzedniej nocy w jakimś miejscowym ogrodzie. Zaraz potem długo i szczerze ze sobą rozmawialiśmy (Adam i Renata pojechali wtedy do kina w Kołobrzegu na Hannibala Ridleya Scotta), w tym wypadku obowiązuje mnie jednak dyskrecja.

W pewnej chwili powiedziała: „Szkoda, że wcześniej się jakoś nie dogadaliśmy, bo moglibyście zamieszkać u nas”. Czyli w ich piętrowym domku rekreacyjnym, który od lat wynajmowali w Dźwirzynie, na tyle dużym, że Renata i ja nie musielibyśmy wynajmować za własne pieniądze osobnej kwatery. Sądzę jednak, że przy jej neurotycznym usposobieniu te nasze dźwirzyńskie rozmowy nie odbywałyby się w tak harmonijnej atmosferze, jak to miało miejsce na neutralnym gruncie, nie byłyby tak owocne. Niestety nie robiliśmy wówczas zdjęć, bo zapomnieliśmy o zabraniu aparatów fotograficznych, ale akurat w trakcie tych rozmów nagrywano z Adamem właśnie w Dźwirzynie – przed domkiem rekreacyjnym, na tle trzcin pobliskiego jeziora czy nad morzem ­– kilka scenek do filmu dokumentalnego Big Han Adam Hanuszkiewicz https://www.youtube.com/watch?v=iQMZXTPUIXM; takiego Adama i w tych strojach widywaliśmy codziennie, a w tej swojej ulubionej różowej tunice został pochowany.

 

Dźwirzyno domki letniskowe

 

 

Pani Magda w tych nagrywanych na kasety wielogodzinnych rozmowach, rozpoczynających się codziennie o dziesiątej rano (tak jak próby w teatrze!), nawet nie próbowała uczestniczyć, gdyż „nie była od tych spraw”, co zresztą w licznych wywiadach podkreślała: Kiedy mąż jeszcze pracował, był typowym artystą. W związku z tym ja musiałam być bardzo przyziemną kobietą. Budować domy, kupować samochody, robić za praczkę, sprzątaczkę, kucharkę, kochankę i panią domu… Poruszane przez nas kwestie, częstokroć bardzo złożone, przekraczały zdecydowanie jej możliwości intelektualne, co było powodem jej zrozumiałej frustracji. Gdy ze dwa razy wchodziła do naszego domku w trakcie rozmów z Adamem i próbowaliśmy ją do nich wciągnąć, uciekała stamtąd jak najśpieszniej, czując, że jest intruzem.

Dlatego ogarnia mnie pusty śmiech, kiedy czytam tego rodzaju wynurzenia pani Magdy: Muszę pozbierać wszystko, czym mnie Adam obdarzył. Całą wiedzę o Jego teatrze. Kiedyś po premierze „Traviaty” w Operze Wrocławskiej Bogusław Kaczyński powiedział: „Adam, obejrzałem dziesiątki realizacji »Traviaty« z najlepszymi sopranami świata, ale nigdy mi się nie zdarzyło, żebym się wzruszył. A na Twojej płakałem. Teraz rozumiem, że krytycy nie mają narzędzi do analizy Twojej sztuki i dlatego piszą takie bzdury”. Sądzę, że ja mam te narzędzia do rozebrania sztuki Adama. Ponieważ nie tylko żyłam z Nim 30 lat, ale też byłam Jego asystentką przy wszystkich spektaklach, również za granicą. I to wszystko z Nim przeżyłam. Mam nadzieję, że uda mi się zanalizować fenomen zjawiska Hanuszkiewicz.

W jaki sposób miałaby to uczynić, skoro nie potrafiła sensownie skonstruować bardziej złożonego zdania, o czym powiedziała wprost w jakiejś swojej uwadze do pierwszej książki wydanej przez Prószyńskiego: „ja się na tym nie znam”? Mogła jednak skorzystać z usług swego przyjaciela, Andrzeja Golimonta, który w swoim czasie był nie tylko warszawskim radnym z najdłuższym stażem (wybieranym do Rady miasta stołecznego Warszawy przez kolejne pięć kadencji!), ale również autorem książki napisanej wspólnie z gen. Czesławem Kiszczakiem: Generałowie bezpieki, Od grudnia do Magdalenki. Co dziwić nie może, ponieważ ten dziennikarz i publicysta „Sztandaru Młodych”, „Dziennika Ludowego”, „Trybuny” i „NIE” był w okresie przygotowań i obrad Okrągłego Stołu współpracownikiem Kiszczaka. Umiał więc dziarsko machać piórem, ba, potrafił wydobywać nim, jako współautor książki, nawet Sekrety spod sutanny! Już sobie wyobrażam jakość „analizy fenomenu Hanuszkiewicz” ich autorstwa!

Poniżej na zdjęciu: w tydzień po pogrzebie wdowa po Hanuszkiewiczu (trzydzieści lat od niego młodsza) na wernisażu Erotica w towarzystwie pana Golimonta (rocznik 1969), którego nazwała „przyjacielem ich domu”, gdy jakiś brukowiec śmiał w to powątpiewać, posądzając ich chyba o romans.

 

Magda Hanuszkiewicz z panem Golimontem na wernisażu Erotica

 

 

Nawet gdyby tak rzeczywiście było, to jestem przekonany, że Adam przyklasnąłby temu z zaświatów, ale próby utrącenia przez nich Jego książki na pewno by nie zaaprobował! Oczywiście pan Golimont pozostawał w cieniu, ale jego obecność bywała wyczuwalna w stylu odpowiedzi, których od czasu do czasu raczyła nam udzielać pani Magda. Czyżby nie rozumiała, że w książce Reszta jest monologiem jej rzekomo „ukochany mąż” sam zanalizował swój własny fenomen – przy naszym chyba istotnym udziale, skoro w momencie ukończenia tych rozmów Adam krzyczał do kogoś, kto akurat do niego zadzwonił: „Właśnie ukończyliśmy pracę nad drugą książką! Świetnie nam się współpracowało, bo Renata i Janusz są po prostu genialni! Genialni!!”. Mamy to na nagraniu, ale do książki woleliśmy nie dawać, bo panią Magdę szlag by trafił!


cdn.

22:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni

 

Adam Hanuszkiewicz (rocznik 1924), gdy zmarł 4 grudnia 2011 roku, był młodszy od iwoniczanina Edwarda Helona, który szykował się wtedy do obchodu 100. rocznicy urodzin, „tylko” o 13 lat, no ale po odebraniu mu w roku 2004 Teatru Nowego wpadł w depresję i siedem ostatnich lat spędził praktycznie w łóżku, co długiemu żywotowi na pewno nie służy. Na szczęście Renacie Dymnej i mnie udało się dziesięć lat wcześniej przeprowadzić z nim wywiad-rzekę, który zaowocował dwiema pokaźnymi książkami: Kobieto! Boski diable… (Prószyński i S-ka, 2012) oraz Reszta jest monologiem (Wydawnictwo BOSZ, 2016).

Na okładce tej drugiej widnieje wyłącznie nazwisko Adama Hanuszkiewicza. Wydawca uznał, że współautorzy powinni pozostać trochę w ukryciu, czemu specjalnie się nie dziwię, ale przynajmniej wyeksponował mnie jako redaktora książki – w przeciwieństwie do wydawnictwa Prószyński i S-ka, które z moich redaktorskich usług korzystało również wtedy, gdy pani Cwen-Hanuszkiewicz poszatkowała gotową do druku książkę swoimi bzdurnymi skreśleniami. Panie „redaktorki” nie miały pojęcia, co z tym fantem zrobić, ale w stopce redakcyjnej mnie nie ma.

Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, których od Prószyńskiego za zredagowanie książki nie otrzymałem. Od BOSZA zresztą też nie otrzymałem nawet złamanego grosza za w sumie wiele miesięcy ciężkiej pracy, bo wszystkie honoraria z Reszta jest monologiem będą przekazywane na rzecz Domu Aktora-Weterana w Skolimowie.

W sporządzonym przez Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich opisie uroczystej promocji tej książki, zorganizowanym wyłącznie staraniem Renaty Dymnej, ta kwestia została przedstawiona nieprawdziwie, bo nie o „część dochodu z wydania książki” przecież chodziło! Sugeruje to bowiem, iż Wydawnictwo BOSZ zrezygnowało z części swoich dochodów, a prawdą jest, że wyłącznie współautorom odebrano całość ich honorariów za wykonaną pracę (Renacie Dymnej i mnie) względnie za udzielenie zgody na wydanie tej książki (Magdalenie Cwen-Hanuszkiewicz). O tym mówi treść na zdjęciu czeku, który będzie można za chwilę obejrzeć, ale najpierw przeczytajmy ten opis:

4 kwietnia 2016 roku na Małej Scenie warszawskiego Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera odbyło się artystyczne spotkanie promujące wydaną przez Wydawnictwo BOSZ książkę „Reszta jest monologiem”, będącą zapisem rozmowy Adama Hanuszkiewicza z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim.

Spotkanie, pełne zabawnych i wzruszających anegdot i wspomnień przywołanych przez wychowanków i przyjaciół Mistrza, urozmaiciły występy aktorów i muzyków współpracujących z bohaterem wieczoru w czasach jego szefowania Teatrowi Narodowemu i  Nowemu. Zaśpiewali m.in.: Edyta Jungowska, Brygida Turowska, Małgorzata Duda, Julian Mere, Aleksander Trąbczyński. Krzysztof Szuster pojawił się wraz z pointerem, niemal wierną kopią swoich dwóch psów, które występowały w słynnej inscenizacji „Miesiąca na wsi” Czechowa w Teatrze Małym. Nie zabrakło też motocykla Hondy z „Balladyny”, na którym to on właśnie jeździł w stroju Balladyny, jako Bożena Dykiel. Sam Mistrz pojawił się na ekranie w historycznych już sekwencjach filmowych.

Miłym dla nas zakończeniem wieczoru była zapowiedź, że część dochodu z wydania książki zostanie przeznaczona na Dom Artystów Weteranów Scen Polskich im. Wojciecha Bogusławskiego w Skolimowie, za co serdecznie dziękujemy. Prowadzący wieczór – Renata Dymna i Piotr Gąsowski, uroczyście przekazali symboliczny czek na ręce dyrektor DAW, Anny Solnickiej-Heller, i Prezes Fundacji, Marleny Miarczyńskiej, która przez lata była też aktorką u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym i Małym.

Sam Adam Hanuszkiewicz wielokrotnie bywał gościem w naszym domu w Skolimowie, gdzie prowadził długie rozmowy z Tamarą Taterą, obecnie mieszkanką DAW, a niegdyś  swoją „prawą ręką” jeszcze w Teatrze Narodowym. Pani Tamarze Wydawnictwo BOSZ było uprzejme przekazać w prezencie egzemplarz książki „Reszta jest monologiem”.

Życzymy pasjonującej lektury.


 czek

 

O tym czeku, mającym za oprawę – jak na ironię losu – chyba dywan perski, będzie jeszcze mowa. A jeśli chodzi o promocję książki w Teatrze Powszechnym, to nie chciałem w niej uczestniczyć, bo taki był układ między mną a Renatą Dymną: ja byłem od czarnej roboty redakcyjnej, zaś ona od czarnej roboty promocyjnej (to, że te książki wyszły drukiem, jest przede wszystkim jej zasługą, choć bez mojej szarpaniny z „ciocią Madzią” zapewne nic by z tego nie wyszło). Moja córka Joanna Jagiełło zastąpiła mnie na tej uroczystej gali promocyjnej, wyrażając się z entuzjazmem o sposobie, w jaki została ona zorganizowana. Renata Dymna wyreżyserowała ten dwugodzinny program znakomicie, a niemające najmniejszego pojęcia o zakulisowych rozgrywkach dwie panie reprezentujące DAW (Dom Aktora Weterana) oraz Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich były zapewne bardzo wzruszone przede hojnością współautora i redaktora książki, który sam przyznał we wstępie do tej książki, że nigdy nie był związany z teatrem zawodowo…

W czerwcu 2016 roku w teatrze w Jeleniej Górze też miałem swojego człowieka, Wojtka Szczepanika, który po dwugodzinnym spektaklu promocyjnym, zorganizowanym przez Renatę Dymną, piał z zachwytu.  Niedługo dojdą kolejne promocje w innych teatrach, ale żadna z nich nie odbędzie się tam, gdzie przede wszystkim powinna mieć miejsce: w warszawskim Teatrze Narodowym! Dlaczego nie tam?  Proszę posłuchać, bo jest to casus zadziwiający: Teatr ten, w ogromnej mierze także Hanuszkiewiczowski, miał już w roku 2012 na plakatach promocję Jego poprzedniej  książki, Kobieto! Boski diable… (przeszkodziła w tym pani Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, wstrzymując na pół roku jej druk), dlaczego więc wycofał się z promowania Reszta jest monologiem, książki stokroć bardziej teatralnej niż poprzednia? A chodziło tylko o użyczenie małej sali, bez ponoszenia żadnych kosztów obsługi tego przedsięwzięcia! Wystarczy jednak przeczytać, co Adam Hanuszkiewicz powiedział o tym środowisku w swoim wywiadzie, by tę nikczemność i małość zrozumieć. Jest to oczywiste draństwo, za które pan Jan Englert (dyrektor… artystyczny) będzie się smażył wiecznie w teatralnym piekle!

 

 Reszta jest monologiem_500szer

 

cdn.

21:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »