RSS
niedziela, 20 marca 2011
Pani Anna Milewska gościła w Iwoniczu-Zdroju (cz. 2)

     Spotkanie w Krośnieńskiej Bibliotece Publicznej trwało prawie dwie godziny, bo między innymi przyszła na nie para emerytowanych profesorów. Ona siedziała z przodu po prawej, on zaś w głębi nieco po lewej. Po przedstawieniu przez prowadzącą spotkanie bibliotekarkę skróconego życiorysu pani Anny, podniosła do góry rękę Pani Profesor z kartką w ręku, do której w miarę dyskretnie zerkała.

     PANI PROFESOR: Jest pani wnuczką Jadwigi Milewskiej, ziemianki z Rembówka koło Opinogóry, działaczki społecznej, która w swym majątku zorganizowała ochronkę dla dzieci służby folwarcznej, prowadziła dla służby i okolicznych włościan kursy z różnych dziedzin życia, udzielała się w kole ziemianek i na polu dobroczynności, brała udział w zorganizowaniu w Grędzicach Szkoły Gospodyń Wiejskich oraz w przygotowaniu wystaw gospodarczych. Publikowała artykuły w „Ogniwie – Zbiorze Pożytecznych Wiadomości dla Gospodyń” oraz szkice etnograficzne w „Wiśle” (m.in. Kołysanki z ciechanowskiego, Śpiewy dożynkowe zebrane w Rembówku i Ucieszne opowiadania z Ciechanowskiego oraz Sposoby zabawiania dzieci i ich zabawy w Ciechanowskiem). Interesowała się warunkami życia włościan i służby folwarcznej, prowadziła badania terenowe z zakresu higieny ludu, a wyniki swych obserwacji publikowała w czasopiśmie „Zdrowie”. Ale to przez dziadka, Jakuba Tymoteusza Milewskiego, związana jest pani z Ciechanowskiem, gdyż babcia pochodziła z Warszawy…

     PANI ANNA: Skąd pani to wszystko wie?

     PANI PROFESOR: Z Internetu…

PANI ANNA: Ach, ten Internet, wszystko można tam znaleźć… Moja babcia Jadzia nie pochodziła jednak z Warszawy, bo urodziła się w Chojnowie koło Przasnysza, natomiast ukończyła ze złotym medalem pensję Jadwigi Sikorskiej w Warszawie, no i tam zmarła w 1943 roku, więc doskonale ją pamiętam – byłam jej ukochaną wnuczką. Nawet dziadka pamiętam, bo zmarł, gdy miałam pięć lat…

     PANI PROFESOR: Pani babci wystawiono w 2007 roku pomnik w Rostkowie. Może i pani wystawią pomnik jako doktor Julii ze Złotopolskich?

     PANI ANNA: Wolne żarty!

     PANI PROFESOR: Czy może pani opowiedzieć nam coś, czego nie wiemy, o pani babci?

 

               

                   Pani Anna i ja w Krośnieńskiej Bibliotece Publicznej

 

     I tak przez całe pół godziny – szczególnie młodsi wiekiem słuchacze zaczęli się kręcić na krzesłach niespokojnie, co zapewne zauważyła prowadząca spotkanie bibliotekarka, gdyż wykorzystała moment zawieszenia głosu przez panią Annę, by zadać pytanie o to, która z jej licznych pasji życiowych jest dla niej najważniejsza: aktorska, pisarska, a może górska? Pani Anna, przepraszając słuchaczy, że rozmowa zeszła może na boczne dla nich tory, ale jej bliskie, odparła, że aktorką została z najzupełniejszego przypadku, pisarką też, bo nigdy nie uważała się za poetkę przez duże p, natomiast miała wewnętrzną potrzebę, by utrwalić pamięć ukochanego męża, który tak szybko i niespodziewanie odszedł z tego świata, i nie zdążył napisać żadnej książki z organizowanych przez siebie wypraw, a jeśli chodzi o góry, to taterniczką została ze snobizmu, bo ci młodzi chłopcy w podartych i łatanych portkach oraz kraciastych flanelowych koszulach, zasiadający przy długim stole pod oknem w jadalni schroniskowej „Morskiego Oka” i posługujący się dziwnym językiem, to był światek z jednej strony dość zabawny, ale jednocześnie i pociągający.

     Owszem, lubiła wspinać się w lecie po nasłonecznionych skałkach, ale zimą, brrr, tym bardziej że od dziecka ma odmrożone ręce. Ale w Afganistanie z mężem była i pod Everestem też. Na wysokości 5500 metrów przeżyła chwile euforii, zaczepiała Szerpów łamaną angielszczyzną, a potem jakieś szepty wokół niej i na ustach pac, coś mokrego i oślizgłego, jakby żaba – to była maska tlenowa. „Co tu się dzieje?” „Czy wiesz, jak długo spałaś?” mówi do mnie mąż. „Ze dwie godziny?” „Już drugą dobę!” W tym momencie pani Anna zawiesiła na moment głos, by po chwili dodać: „Odejście w górach jest miłe. Oczywiście odejście na zawsze. Zasypia się łagodnie. Ta biedna Wanda Rutkiewicz śpi tak do dzisiaj i bardziej się już nie zestarzeje – nawet po kilku tysiącach lat będzie taka jak wówczas, gdy zasnęła snem wiecznym... Czy państwo wiecie, że jej nadal żyjąca matka, Maria Błaszkiewicz, nie przyjmuje do wiadomości faktu, że córka nie żyje? Uważa, że Wanda mogła zejść ze szczytu z tybetańskiej strony i zamieszkać w jednym z nepalskich klasztorów, ale kiedyś wróci, bo wie, że matkę trzeba godnie pochować...

 

                

                                        Wanda Rutkiewicz

 

    W tym momencie zabrał głos Pan Profesor i mówił przez kolejne pół godziny, dzieląc swą wypowiedź na dwa podstawowe człony tematyczne, zamykane zwrotem pytającym: „Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany?” Przykładowo.

     PAN PROFESOR: Skoro ukończyła pani historię sztuki, to powinna pani znać profesora Lorentza?

     PANI ANNA: Tak, miałam u niego wykłady i jako jedyna dostałam piątkę...

     PAN PROFESOR: I zapewne zna pani prof. Kazimierza Michałowskiego?

     PANI ANNA: O, tak!

     PAN PROFESOR: To ja wskazałem mu na Wiślicę... Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany? Ale nie o tym chciałem mówić. Gdy powiedziała pani „Wanda Rutkiewicz”, która śpi snem wiecznym gdzieś pod Kanczendzongą w Himalajach, ujrzałem Alpy, bo po Alpach ta znakomita alpinistka też się przecież wspinała… Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany? Ciała Wandy Rutkiewicz do dzisiaj nie odnaleziono, jedna z ekspedycji idąca na Kanczendzongę natrafiła w kilka lat po tym tragicznym wypadku na inne zwłoki kobiece, ale badania wykazały, że to nie była Rutkiewicz. Prędzej czy później ktoś ją jednak odnajdzie i być może okaże się, że jej ciało spoczywa nie na wysokości 8200 m. n.p.m., gdzie widziano ją po raz ostatni, lecz niżej, bo raczej spadła w przepaść, może właśnie na wysokości 3200 m. n.p.m., tak jak ciało najbardziej znanego alpinisty sprzed ponad pięciu tysięcy lat, odnalezione na początku lat dziewięćdziesiątych w dolinie Ötz na graniach lodowca Schnalstal. Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany? Ten Ötzi, człowiek lodu, był ubrany tak, że turyści niemieccy byli przekonani, że są to zwłoki współczesnego alpinisty, kogoś takiego jak Wanda Rutkiewicz, która jednak raczej nie została przez nikogo zaatakowana na grani Kanczendzongi i nie będzie miała grotu strzały pod łopatką. Mam nadzieję, że zostałem dobrze zrozumiany?

 

                   

                                       Ötzi (rekonstrukcja)

 

     Pan Profesor przerwał swój wywód dopiero wtedy, gdy kilkoro słuchaczy ziewając zaczęło wychodzić z sali.

     PAN PROFESOR: Mam nadzieję, że nie mówiłem zbyt długo?

     PROWADZĄCA: Ależ nie, panie profesorze, należałoby jednak oddać głos naszemu gościowi, pani Annie Milewskiej…

     Na szczęście bibliotekarka nie zauważyła, a może nie chciała zauważyć podniesionej do góry ręki pana Tomasza Świątka, wąsatego Poland Globtrottera, bo gdyby ten zaczął opowiadać choćby tylko o jednej ze swych wypraw rowerowych z Krosna aż do Władywostoku – byłaby to baśń rozpisana na sto trzydzieści dwie długie noce i na ponad czternaście tysięcy kilometrów słów, przetykanych i jakąś rzewną dumką, i na pewno piosenką o Bajkale, gdyż tam pan Tomasz też dotarł:

  

         Sławnoje morie, swiaszczennyj Bajkał
         Sławnyj korabl' – omulewaja bocz'ka
         ej, barguzin, poszewieliwaj wał,
         płyt' mołodcu niedalioczko…

 

     Być może skończyłoby się tylko na pierwszej zwrotce, po której pan Tomasz przypomniałby sobie, że śpiewając ją w namiocie rozbitym nad Bajkałem, musiał nagle zarzucić sobie podwójny koc na głowę, tak okropnie cięły go komary! Pani Anna byłaby zachwycona, gdyby go poznała bliżej, albowiem jego hobby to opiekowanie się staruszkami i leczenie ptaków, no i koniecznie musiałaby zjeść pajdę chleba z margaryną i talerz musli z dodatkiem jogurtu, gdyż tym żywił się w czasie tej podróży i zapewne nadal jest na podobnej diecie, skoro mieszka w pobliżu Krosna w indiańskim tipi – bez prądu, gazu, ale nie bez wody, jak ktoś pisze w Internecie, gdyż szałas ustawiony jest nad Wisłokiem…

 

                 

                            Tomasz Świątek – krośnieński obieżyświat

 

     Na stronie internetowej Krośnieńskiej Biblioteki Publicznej, gdzie opisano to spotkanie, ilustrując je wieloma zdjęciami, nie znajdziecie ani słowa z tego, co ja tu opisałem, dziwić to jednak może jedynie tych, którzy nie zetknęli się z fenomenami ludzkiej pamięci, będącej przedmiotem badań psychologii ko-ko-ko-kognitywnej!  Jest to zresztą zaledwie cząstka MOICH wspomnień związanych z pobytem pani Anny w Iwoniczu-Zdroju, które mogę przywoływać, patrząc na zdjęcia czy to z warzelni soli w Lubatówce, będącej jakby reliktem dziewiętnastowiecznej manufaktury (panią Annę zafascynował szczególnie srebrzysty komin przypominający człon rakiety kosmicznej), czy zrobione na piętrze jednej z tamtych chałup, gdzie miejscowy rolnik zajmuje się hodowlą… kanarków, do których pani Anna próbowała śpiewnie zagadywać, czy w pomieszczeniach muzealnych Sanktuarium św. Michała Archanioła i Błogosławionego Bronisława w Miejscu Piastowym, gdzie pani Anna skomentowała półgłosem znajdujące się tam wąskie i niewielkie żelazne łóżko ks. Bronisława Markiewicza: „Tak mógł sypiać jedynie człowiek naprawdę wielki duchem…”, czy – po spotkaniu w sali widowiskowej Domu Sokoła w Rymanowie – zdjęcie uwieczniające panią Annę w sławnej nie tylko na Podkarpaciu restauracji „Jaś Wędrowniczek”, gdzie zachwycona właścicielka, wspinająca się kiedyś po skałkach i zaprzyjaźniona z samym Krzysztofem Wielickim, zdobywcą Korony Himalajów, kazała podać pani Annie, „wspaniałej żonie świętej i nieodżałowanej pamięci Andrzeja Zawady”, specjalność zakładu: serwowane ponoć tylko tam królicze wątróbki, które pani Anna pałaszowała z ogromnym apetytem, na co ja, skończony dureń, bom nie skorzystał z podanej mi karty dań, patrzyłem łakomym okiem, oblizując się w duchu od ucha do ucha i zaspokajając głód jedynie kromką razowego chleba posmarowanego smalcem domowej roboty oraz przystawką w postaci kwaszonego ogórka…

    Po wyjeździe pani Anny zrobiło się dziwnie pusto i cicho w Zdroju, ale red. Paweł Zawadzki, od którego to wszystko się zaczęło, przypomniał mi, że na pani Annie świat się nie kończy, choć myślę, że nie miałaby ona nic przeciwko temu, by w swoim warszawskim domu poddać się procedurze uzdrawiająco-oczyszczającej w beczce z drzewa syberyjskiego cedru mającego całe trzysta lat, do której wpuszczana jest para nasycona esencjami ziołowymi, co daje ponoć „wprost niesamowity przypływ sił, uczucie świeżości i lekkości”. Nie zdziwiłbym się także, gdyby została zakupiona do zdrojowego SPA (poprawia przemianę materii, likwiduje bóle reumatyczne, wpływa odmładzająco na skórę), gdyż, jak twierdzi producent (patrz: TOKPOL Sp. z o.o.), wystarczy dwadzieścia minut, by poczuć jej cudowną moc! Do posiadania REWELACYJNEJ FITO-BECZKI, uszczelnianej dodatkowo pszczelim woskiem, może uda się Pawłowi namówić panią Annę, która w przeciwieństwie do mnie bez trudu znajdzie u siebie półtora metra kwadratowego wolnej powierzchni – ja wolę spać w stuletniej beczce Kazka Tylki z Monastyrca koło Leska. 

                

                           Cedrowa beczka

     Śmiem także wątpić, Pawle, że mimo sukcesu, jaki osiągnąłem zajmując się sprzedażą książek pani Anny, zostanę w iwonickim Zdroju prekursorem „biblioterapii, czyli leczenia książką”…

01:38, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2011
Pani Anna Milewska gościła w Iwoniczu-Zdroju (cz. 1)

    Pani Anna Milewska, znana aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, o której, w związku z jej ostatnio wydanymi książkami, pisałem w postach z 24 i 31 grudnia 2010 roku, była przez cały tydzień (5-11 marca 2011) honorowym gościem Uzdrowiska Iwonicz S.A. – dzięki moim skromnym zabiegom, ale przede wszystkim hojności prezesa tej firmy, Piotra Komornickiego. Poza darmowym pobytem pani Anna korzystała z zabiegów leczniczych, a nawet upiększających w zdrojowym zakładzie SPA. Sama pani Anna mówiła i do mnie, i na forach publicznych, że goszczona była przez Zdrój po królewsku i że odczuła na sobie zbawienny wpływ kąpieli solankowych, perełkowych etc. Była zatem żywą reklamą Uzdrowiska pojawiającą się kilka razy dziennie na deptaku; odwdzięczyła się ponadto dwoma spotkaniami z kuracjuszami w „Starych Łazienkach” oraz w szpitalu uzdrowiskowym „Excelsior”.

 

                       

                     W jaskini solnej Zakładu Przyrodoleczniczego

 

             

         I na plakacie zapraszającym na spotkanie w „Excelsiorze”

 

     A zabiegów leczniczych pani Anna niewątpliwie potrzebowała nie tylko z uwagi na to, że „sześćdziesiąt lat minęło jak jeden dzień” od chwili, gdy z kocią zwinnością wspinała się po drzewach (dlatego w czasie studiów na UW miała ksywę „Kot”) – przed rokiem pani Anna poszalała bowiem wbrew przestrogom przyjaciół w Alpach i gdy zjeżdżała na nartach z wysokości 3000 m n.p.m. „coś” jej chrupnęło w biodrze, więc w ostatnich odcinkach serialu Złotopolscy musiano pośpiesznie skorygować scenariusz, by dr Julia, którą wieść o śmierci listonosza Józefa rzekomo ścięła z nóg, mogła jeździć na wózku, nim wszczepiono jej endoprotezę.  Nie ułatwiło to wprawdzie zadania scenarzyście, myślę jednak, że znacznie bardziej był on zaskoczony faktem nieoczekiwanego zniknięcia z Dwójki tego serialu – po 1121 odcinkach i 13 latach – w dodatku z niedokończonymi wątkami.

     Powodem zaprzestania jego emisji miał być gwałtowny spadek ze szczytu listy oglądalności (w roku 2001 ponad 16 procent polskich telewidzów oglądało ten serial, bardziej popularny wówczas od Big Brothera czy Gliniarza z Beverly Hills) i z sytuacją paradoksalną, gdyż weekendowe powtórki tego serialu miały większą oglądalność, niż jego premierowe odcinki! Fani tego serialu uważają, że doniesienia o spadku oglądalności pojawiły się w massmediach na życzenie władz TVP2. I coś w tym musiało być, skoro ostatni odcinek emitowano 25 grudnia 2010 roku, a we wrześniu tego roku donoszono: „Analizy oglądalności pokazują, że serial nadal cieszy się dużym zainteresowaniem. […] Wiosną i latem serial miał ponad 3 mln widzów oraz ponad 2 mln widzów oglądających powtórki w okresie wakacji. […]  Po M jak miłość, Barwach szczęścia i Na dobre i na złe, Złotopolscy byli czwartym najchętniej oglądanym serialem w ofercie TVP2. Jednak trzeba pamiętać, że wszystkie te seriale, w przeciwieństwie do Złotopolskich, emitowane są w prime time, co znacznie zwiększa ich możliwości dotarcia do widzów i osiągnięcia wyższych wyników oglądalności. Tak więc śmiało można postawić i obronić tezę, że serial Złotopolscy jest najlepiej oglądanym polskim serialem telewizyjnym w paśmie non prime time”.

  

                  

                                     Jako dr Julia w Złotopolskich

     Od razu zaznaczam, że żadnych seriali nie oglądam, przeto nie mogę być fanem serialu, który z pani Anny uczynił jedną z najbardziej popularnych osób w kraju, o czym przekonałem się naocznie w czasie jej pobytu w Iwoniczu-Zdroju. Gdy pierwszego dnia, zanim w sanatoriach pojawiły się pierwsze afisze z jej zdjęciem, szedłem z nią na kawę do Zakładu Przyrodoleczniczego, znaczna część kuracjuszy rozpoznawała ją natychmiast, a niektóre panie z okrzykiem radosnego zaskoczenia: „Dr Julia!” przypadały jej do rąk (za kawę nie musiała oczywiście płacić). Tak samo było podczas spotkań wyjazdowych w domach ludowych w Iwoniczu wsi oraz w Lubatowej, a także w pobliskich miastach, w Krośnie i Rymanowie. Niedziela 6 marca była jedynym dniem wolnym – w tym dniu spotkania nie zorganizowałem w obawie, że pani Anna w ogóle nie przyjedzie, nieoczekiwanie zaproponowano jej bowiem udział w serialu Plebania, ale na szczęście pojawiła się w Iwoniczu-Zdroju o godzinie drugiej w nocy z 4 na 5 marca, w sześć godzin po zakończeniu czwartego dnia zdjęciowego, widocznie przestraszona moim mailem: „OK, możesz nie przyjeżdżać – jestem przygotowany na lincz. W smole i pierzu powinno być mi do twarzy!” Gdy „Neobus” podjeżdżał na przystanek końcowy, ujrzałem panią Annę siedzącą w szoferce busa obok rozanielonego kierowcy, który podwiózł nas pod sam ganek sanatorium „Pod Jodłą”, ale nie musiał mi pomagać przy wnoszeniu bagażu, gdyż ten składał się z zaledwie jednej torby podróżnej, niezbyt wielkiej i po części wypełnionej książkami!

    Pani Anna, zażyczyła sobie, bym po niedzielnym obiedzie oprowadził ją po Zdroju. Następnie chciała pójść do „Bełkotki”. Po wysłuchaniu opowieści i legend o tym cudownym źródle, postanowiła dotrzeć na szczyt Góry Przedziwnej. Hm, osiemdziesięcioletnia dama z endoprotezą, przy gęsto padającym śniegu, po zrytej i oblodzonej drodze, gdyż leśnicy akurat robili ścinkę drzew? Ale uparła się i nie było rady. Do szczytu dotarliśmy niespodziewanie szybko – przy schodzeniu w dół rozpętała się jednak śnieżna kurzawica, zlodowacony szlak zatarasowany był gałęziami i pociętymi klocami, lecz pani Anna za każdym razem mnie odpędzała, gdy chciałem podać jej ramię czy choćby ją asekurować, machnąłem przeto ręką i popędziłem susami w dół jak za dawnych lat, gdyż w takich warunkach wskazany jest jak najkrótszy kontakt z podłożem, o czym doskonale wiedzą tatrzańskie kozice.

     Z dołu obserwowałem panią Annę, która od czasu do czasu przystawała, podziwiając grację śmigających w pobliżu saren z białymi plamami na tyłkach, zwanymi lusterkami, a także pracowicie opukującego buk strzaskany w górnej części, który pan leśniczy kazał zachować z uwagi na „ładny, bo nietypowy wierzchołek”, dzięcioła trójpalczastego.  Powiedziała mi później „jako ornitolog-amator”, że to był samiec, bo na głowie miał żółtą plamę, zamiast charakterystycznej dla samiczki siwosrebrnej z kreskowaniem. I wyobraźcie sobie, że bez jednego upadku dotarła do sanatorium „Pod Jodłą”, gdzie przed drzwiami długo otrzepywałem ją ze śniegu.  Była bardzo zadowolona, że sprawiła psikusa swemu lekarzowi, który przestrzegał ją przed jakimkolwiek upadkiem. A nazajutrz, gdy do niej wpadłem po obiedzie, kazała mi usiąść w fotelu i wysłuchać wiersza, który napisała po czterech latach „niepoezjowania” – w tym czasie pracowała nad ogromną książką Życie z Zawadą, a także nad Noszakiem, książeczką, która napisała „w zastępstwie męża”. Ostrzegła mnie na wstępie, że mogę być zaskoczony, przedstawiła mnie bowiem w tym wierszu w postaci rogatego Satyra!

                    

     Spotkania w domach ludowych w Iwoniczu wsi oraz w Lubatowej miały szczególnie uroczysty charakter, gdyż związane były mimo różnych terminów z obchodami Dnia Kobiet. To pierwsze uświetnili swą obecnością wicestarosta krośnieński, burmistrz miasta i gminy oraz miejscowy proboszcz, ale na pierwszym planie królowała pani Anna – obdarowywana, obfotografowywana, będąca przez cały czas w centrum powszechnej uwagi. Oglądając występy zespołu szkolnego, śmiała się szczególnie głośno, gdy trzech chłopców w bibułkowych spódniczkach odegrało baletową scenkę z Jeziora łabędziego. Natomiast w Lubatowej, zwanej „małą Warszawą”, zebrało się, poza nami oraz oficjelami: burmistrzem miasta i gminy, sołtysem itp., sto trzydzieści osiem członkiń największego w Polsce Koła Gospodyń Wiejskich, z których jedną trzecią – w gronie dwu panów rozdając im czekolady – całowałem w rękę i miałem wrażenie, że te spracowane ręce pachną świeżo wydojonym mlekiem lub wypieczonym chlebem, mimo iż w Lubatowej krów jest coraz mniej, a po chleb chodzi się zazwyczaj do sklepu.  

     Wcześniej występował zespół: „Mali Lubatowianie...” składający się z chyba ośmiu młodych dziewcząt. Były one nieco pomniejszoną w sensie fizycznym repliką własnych matek, ciotek etc. ze znanego z występów nie tylko w Zdroju, ale nawet za granicą, zespołu „Lubatowianie”. Młódki kolebały się w czasie śpiewu tak jak i tamte – wszystkie urodziwe nad wyraz, ale każda inaczej. Ta śliczna czarnulka z prawej to była pyza tocząca się ze śmiechem po polnych drogach, a te dwie w środku przypominały mi Południcę w dziewczęcym wydaniu z wiersza Leśmiana Świdryga i Midryga, która: rozdwaja się po równu, rozszczepia się żwawo / na dwie dziewki, na siostrzane – na lewą i prawą, tańczące na odsiebkę, na odkrętkę i znów na odwrotkę, depczące macierzankę, błyszczkę i tymotkę... – patrząc na nie, dopiero wstępujące w dorosłe życie, o trumnach i otchłaniach śmierci oczywiście nie myślałem!

 

                    

                               Zespół „Lubatowianie”

 

                                                     Cdn.

01:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »