RSS
środa, 31 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 22)

     Dotychczasowe rozmowy powstały w oparciu o książkę: J. Krishnamurti Uwagi o ludziach i życiu, z II i III tomu [Madras 1967, Biblioteka Polsko-Indyjska; przekład Wandy Dynowskiej], po czym sięgnąłem po kolejną: Uwagi o życiu (Commentaries on Living tom I, też w przekładzie Wandy Dynowskiej, ale dopiero teraz zauważyłem, że w założonej przez nią w roku 1944 w Indiach  Bibliotece Polsko-Indyjskiej pierwsze wydanie Uwag o życiu ukazało się już w roku 1959, a do mnie dotarło dopiero drugie wydanie z roku 1970, jest zatem możliwe, że jest to książka chronologicznie wcześniejsza od Uwag o ludziach i życiu, będąc jej częścią pierwszą. Są to kwestie do ustalenia, ale dla mnie, dla tych rozmów niemające żadnego znaczenia. Nie w czasie przeszłym się bowiem one rozgrywają, gdy to błędne datowanie mogło zaistnieć, ani przyszłym, gdy można by ten błąd ewentualnie naprawić. A zatem w jakim? Ponadczasowym, mimo iż zawsze teraźniejszym…

     W momencie rozpoczęcia tych rozmów niewiele wiedziałem o tobie, Krishnamurti, gdyż nie miałem jeszcze wówczas dostępu do Internetu, i nawet nie miałem pojęcia, że już nie żyjesz. Warto zresztą przypomnieć, iż po drugiej wojnie światowej, a także na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy te książki do mnie dotarły, nieopatrzone przez tłumaczkę żadnym wstępem, jedynie wąska grupka wtajemniczonych wiedziała u nas o twoim istnieniu. Stary antykwariusz warszawski, który mi te książki polecił, zafascynowany twoimi naukami już w latach młodości, gdyż jego ojciec był członkiem Polskiego Towarzystwa Teozoficznego, przekazując mi w telegraficznym skrócie garść podstawowych informacji o tobie, chciał się ze mną spotkać prywatnie, by pokazać mi międzywojenne wydania broszur z twymi tekstami, ale oczywiście nigdy do tego spotkania nie doszło, bo „nie miałem czasu”. Uważam to jednak za bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, bo kiedy wreszcie czas na te rozmowy znalazłem, pozwoliło mi się to skupić jedynie na tym, co było dla mnie istotne – na poszukiwaniu drogi ku wyzwoleniu na miarę własnych możliwości i potrzeb…

 

     Po tym krótkim wstępie wracam do dalszego ciągu naszych rozmów. W rozważaniu zatytulowanym Trzech świątobliwych egoistów mówisz o takich, którzy uważają się za wybranych, czyli powołanych do wskazywania drogi innym, gdyż posiedli pewną wiedzę i są pewni swej słuszności. Na pozór łagodni i skromni, mają w sobie jakąś twardość, nieczułość serca i ową szczególną nietolerancję, właściwą ludziom, którzy się czują czymś lepszym od innych ludzi. Jak zwykle w takich razach, natychmiast przymierzam to do siebie: czy ja też jestem jednym z takich świątobliwych egoistów? Teraz na pewno nie, ale kiedyś? Tak czy siak mieliśmy ze sobą wiele wspólnego: nasze pragnienia wybiegały zawsze w przyszłość.

     „Chęć stania się czymś jutro, kiedyś, w przyszłości, hamuje poczynania w dzisiaj. A właśnie dzisiaj o wiele więcej znaczy aniżeli jutro; chwila obecna zawiera całość czasu; dogłębne zrozumienie tego wyzwala nas z więzów czasu. Stawanie się czymś dokonuje się zawsze w czasie, jest jego przedłużeniem, a więc i przedłużaniem męki. Stawać się jest czymś zgoła innym aniżeli być. Być można tylko w teraz, a wejść w stan bytu jest największą z przemian. Stawanie się czymś jest jeno formą ciągłości, przedłużaniem czasu; a przemiana dogłębna i całkowita może dokonać się tylko w teraz; tylko w teraz można być”. Wydaje mi się, że dopiero teraz, przynajmniej w chwilach rozmów z tobą, jestem w teraz, a więc naprawdę jestem. Nie ekspansywne, kartezjańskie myślę, więc jestem, ale biernie czujne, krishnamurtowskie czuję, więc jestem jak gwiazda przewodnia mi przyświeca…

    Dlaczego identyfikujemy się z czymś poza sobą, z grupą, organizacją, narodem? Dlaczego nazywamy siebie chrześcijaninem, mahometaninem, hinduistą, buddystą czy… krishnamurtystą? Tak, bo już za życia miałeś rzesze wyznawców, którzy pragnęli się z tobą utożsamić. „Czy takie utożsamianie się z innym człowiekiem jest dowodem miłości? Czy obejmuje ono odkrywcze eksperymentowanie? Czy może odwrotnie: wszelkie utożsamianie się kładzie kres miłości i samodzielnemu odkrywaniu? Wszak identyfikowanie się z czymkolwiek bądź jest formą posiadania, stwierdzaniem własności, a czy uczucie posiadania nie jest zaprzeczeniem miłości? Uważać coś za swą własność to upewnić się w poczuciu bezpieczeństwa, otaczać się murem, który nas chroni i czyni nieosiągalnym. W każdym utożsamianiu się kryje się zawsze mniej lub bardziej subtelny opór, a czy miłość jest rodzajem samoobronnego oporu? Czy miłość może w ogóle istnieć tam, gdzie jest samoobrona? Miłość jest bezobronna, giętka, odbiorcza, jest najwyższą wrażliwością, a identyfikowanie się niweczy wszelką wrażliwość; nie idzie ono nigdy w parze z miłością, jedno wyklucza drugie. Identyfikowanie się z czymkolwiek bądź jest w samym swym założeniu procesem myślowym, który dąży do zabezpieczenia się i ekspansji; w tym procesie stawania się czymś, człowiek musi bronić się i sprzeciwiać, posiadać i odrzucać; może w nim zdobyć więcej sprytu i twardości, ale cóż to ma wspólnego z miłością? Utożsamianie się niweczy wolność, a tylko w pełnej swobodzie może istnieć ta najwyższa forma wrażliwości, jaką jest miłość”.

     Mój pies, moja żona czy mój mąż, moja partia, moja religia etc. „Nie można doznać szczęścia, jakie rodzi się z prawdy, gdy nie eksperymentujemy w odkrywaniu siebie. A identyfikowanie się uniemożliwia odkrywczość; jest ono jedną z odmian lenistwa; jest jakby doświadczeniem zastępczym – doświadczanym poprzez kogoś innego – a więc czymś sztucznym i nieprawdziwym”.  Mnie to jakby nie dotyczy, bo nie utożsamiałem się nigdy z żadną partią czy religią, nie miałem psa i mimo tylu formalnych związków nie miałem właściwie żony, choć Bogiem a prawdą pragnąłem mieć, a gdybym miał, to być może chciałbym się z nią zidentyfikować, więc ten wywód i mnie mógłby dotyczyć.

     „Aby móc samemu doświadczać, trzeba skończyć z wszelkim utożsamianiem się, jak i ze strachem; lęk uniemożliwia prawdziwe doznania. A u podłoża wszelkiego utożsamiania się – z człowiekiem, grupą, ideologią czy teorią – kryje się zawsze strach. Lęk zawsze się czemuś przeciwstawia, coś tłumi, budzi chęć samoobrony, a czy w tym stanie można się puścić na nieznane morza? Nie da się znaleźć prawdy i szczęścia, jeżeli nie podejmiemy takiej odkrywczej wędrówki, badając drogi i działania naszego ja. Wszak nie można odpłynąć od brzegu, stojąc na kotwicy. Utożsamianie się jest schronem. A wszelkie schronienie wymaga obrony; a to, co jest bronione, niszczeje szybko. Identyfikowanie się z czymkolwiek sprowadza nieodmiennie swe własne zniszczenie; stąd powstają ustawiczne starcia i konflikty pomiędzy różnymi wiernościami. Im bardziej staramy się utożsamić z czymś albo odwrotnie walczymy przeciw temu, tym większe powstają w nas przeszkody ku rozumieniu. Gdy jasno zdamy sobie sprawę z całego procesu utożsamiania się z różnymi, zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi czynnikami i zrozumiemy, że jego zewnętrzne przejawy są tylko projekcją naszej własnej wewnętrznej chęci i potrzeby, dopiero wówczas prawdziwe odkrywanie i radość stają się możliwe. Człowiek, który się z czymś na stałe utożsamił, nigdy nie pozna wolności. A tylko w wolności jawi się Prawda”.

                                 Cdn.

19:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 21)

     Chcesz teraz rozmawiać ze mną o czymś, co początkowo wydawało mi się mało interesujące, ponieważ uważałem, że mnie to nie dotyczy, szczególnie w zakresie obejmującym trzeci człon rozdziału zatytułowanego Przyjemność, rozkosz a nałóg. Nie piłem alkoholu, nie paliłem papierosów, stroniłem od narkotyków. Zaraz, zaraz, a pracoholizm, bo przecież przez całe życie byłem pracoholikiem? Względnie, szczególnie w okresach między kolejnymi małżeństwami, seksoholizm, gdy nawet siedem kochanek tygodniowo zdawało się nie zaspokajać mego neurotycznego głodu? Z długiego wstępu, którym opatrzyłeś ten rozdział, chciałem znaleźć choć jeden fragment, mogący mi coś wstępnie objaśnić. Przeczytałem raz i drugi – i nagle zatrzymałem się przy jednym zdaniu: Gdzieniegdzie widniały nagrobki, a wspaniały, na wpół zrujnowany łuk bramy, świadczył o dawno minionej chwale. Czy to aluzja do mojego dotychczasowego życia?

      Czynienie aluzji jest jednak obce naturze takiego człowieka jak ty, który zawsze mówi ludziom wprost to, co o nich myśli. Cóż więc mogłoby się tu odnosić do tematyki, którą chcesz poruszyć? Może ostatni fragment? Przyjemnie było iść w łagodnym świetle księżyca; cienie na ziemi rysowały się jasno i wyraźnie. Klekocąca ciężarówka przejechała drogą z głośnym trąbieniem, ale turkot po chwili ucichł i nad polami znów rozpostarła się wieczorna cisza i ogrom samotności. Pokreśliłem pierwsze słowo, by mogło być „jakimś” odniesieniem do tytułowej przyjemności, mimo iż wiem, że jest to paskudne nadużycie, którego się dopuściłem, by samemu sobie dowieść, jak zbędny jest ruch myśli w dochodzeniu do jakiejkolwiek prawdy. To, że potrafię śmiać się z własnego ja, jest być może początkiem rozumienia tego nowego, nieznanego, o którym wiem na pewno jedynie to, że na razie znajduje się poza mną…

     „Przede wszystkim zbadajmy, czym są w ogóle nałogi, nie dzieląc ich na dobre i złe. Podtrzymywanie nałogów, przyzwyczajeń, choćby dobrych i ogólnie akceptowanych, stępia nasz umysł”. Filiżanka czarnej kawy codziennie rano. Papieros wypalany przed snem. Potrawy, bez których nie wyobrażamy sobie życia. Ulubione seriale telewizyjne. Itd., itd. „Nie chodzi o rozpatrywanie przyjemnych czy przykrych nałogów, ani sposobów pozbycia się któregokolwiek z nich, chodzi mi przede wszystkim o zrozumienie, czym sam w sobie jest nałóg. Zauważyliśmy już, że tworzy się na podstawie przyjemności i chęci jej powtórzenia, czyli przedłużenia jej. Więc przyzwyczajenie czy nałóg opiera się na przyjemności i pamięci o niej. Doświadczenie początkowo przykre może zmienić się z czasem w przyjemne i w przyzwyczajenie”.

     Dawanie folgi zmysłom jest tym samym – opiera się na przyjemności, cóż, że krótkotrwałej i złudnej, i pamięci o niej, cóż, że zmąconej przez pożądanie, równie krótkotrwałe i ułudne. „Jeśli czujecie się wewnętrznie zahamowani, jeśli życie wasze jest gdzieś zatamowane, wtedy seks staje się jedynym swobodnym ujściem energii, a więc ulgą”. Nie muszę już chyba dodawać, że też krótkotrwałą i złudną. „Jak mówiłem, nałóg jest powtarzaniem jakiejś przyjemnej czynności pod wpływem podniecającej pamięci, i obrazów, które nam wyobraźnia podsuwa. Wydzieliny gruczołowe i ich skutki, jak np. przy głodzie, nie są nałogiem, lecz normalnym procesem fizycznego organizmu, ale gdy pozwalamy sobie na wywoływanie wrażeń przez podniecające obrazy wyobraźni, jest to wówczas na pewno procesem stwarzającym nałóg. Pożywienie jest konieczne, ale pożądanie jakiegoś specjalnego, ulubionego smaku jest już nałogiem. Znajdowanie przyjemności w pewnych myślach lub czynnościach, subtelnych czy bardziej prymitywnych, i pożądanie ich powtórzenia zmienia się w nałóg”.

     Rzecz jasna, chodzi ci przede wszystkim o zrozumienie, czym są nałogi i co w sobie zawierają, by podjąć mądrą dla siebie decyzję i odejść od nich, a nie o gorączkowe pozbywanie się ich, by z kolei nabyć inne, pozornie mniej dla nas szkodliwe czy bardziej przyjemne. I daleki od wszelkich skrajności nie namawiasz nas do tego, co dla wielu sannjasinów*, jogów, nie mówiąc o przyszłych świętych stawało się celem samym w sobie: do poddawania się różnym udręczeniom, zmuszania się do przeciwstawiania się wszelkiego rodzaju przyjemnościom, tłumienia w sobie wszelkiej na nie wrażliwości. „Wszak patrzeć na piękno drzewa, chmury czy na światło księżycowe igrające na wodzie, albo obserwować ludzi jest przyjemnością; uniewrażliwić się na nią, to zaprzeczyć pięknu. Lecz z drugiej strony są ludzie, którzy odrzucają brzydotę, a chcą chwytać tylko piękno. Pragną przebywać w ładnym, własnym trudem stworzonym ogrodzie, a wyłączyć hałasy, przykre zapachy, całą brutalność i ordynarność istniejące poza jego murami”.

     Ja też tego pragnąłem, i nawet taki zaczarowany ogród stworzyłem, głosząc z całym przekonaniem, że żyjąc w estetycznym otoczeniu człowiek staje się automatycznie piękniejszy, co okazało się jeszcze jedną ułudą! „I nieraz im się to udaje; ale nie można oddalić wszystkiego, co brzydkie, a trzymać się tylko ładnego, bez stępienia swej wrażliwości. Trzeba być czułym i wrażliwym tak na smutek, jak i na radość, a nie uciekać od jednego, a gonić za drugim. Życie jest zarówno miłością, jak i śmiercią. Kochać – to być otwartym na wszystko i na wszystko wrażliwym, a wszelki nałóg niweczy wrażliwość i zabija miłość”. I w chwilę potem następuje definicja miłości, której do tej pory nie znałem, choć uważałem się za wytrawnego poetę miłości i śmierci: „Miłość to nie tylko rozkosz, nie jest ona również sprawą pamięci. Miłość to stan zupełnej bezobronności i piękna, a te giną, gdy intelekt buduje wokół siebie egocentryczne mury. Miłość jest życiem, ale także i śmiercią. Odsuwać śmierć, a trzymać się kurczowo życia, to zaprzeczać miłości”.

     A zatem nie hamletowskie zasnąć, zasnąć powinno nam przyświecać, lecz krishnamurtowskie zbudzić się. „Sama świadomość, że się spało, jest już zbudzeniem się; nie ma potrzeby używania woli”. To pojmuję, pojmuję też bez trudu, że nie ma piękna bez pewnej surowości wewnętrznej, gdyż na tej drodze zaszedłem już dość daleko, aczkolwiek i na to rzucasz jedyne w swoim rodzaju światło: „Surowość ta, czy innymi słowy wyrzeczenie, nie polega na jakimkolwiek zewnętrznym symbolu, albo czynie; nie zależy od zakonnej szaty, względnie poprzestawaniu na noszeniu obiodrza*; nie zależy od ograniczenia posiłków do jednego dziennie, ani na życiu w pustelni. Takie życie, poddane określonej dyscyplinie i świadomej prostocie, nie jest jeszcze surowością, jest tylko zewnętrznym pozorem bez wewnętrznej treści. Surowość, o której mówię, to prostota wewnętrznej samotności, prostota psychiki wolnej od sprzeczności i rozterek, od płomienia pożądań i pragnień, nawet pragnienia najwyższego. Bez tej surowości nie ma miłości; a piękno należy do miłości”…

 

*Sannjasin = człowiek, który wyrzekł się świata, *obiodrze = opaska na biodra.

 

                                              Cdn.

09:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 20)

     Słońce skryło się właśnie poza górami, różowawy odblask leżał jeszcze na skałach ku wschodowi. Droga schodziła w dół, wijąc się przez dolinę. Był cichy wieczór, tylko lekki powiew poruszał listki. Gwiazda wieczorna podniosła się wysoko nad horyzontem; za chwilę nastąpi ciemność, bo nie było księżyca. Drzewa tak otwarte i gościnne za dnia skupiają się teraz w sobie, jakby uchodząc od zbliżającej się nocy. Było chłodnawo i cicho pośród tych wzgórz, niebo było usiane gwiazdami, a kontur gór rysował się jasno i ostro na jego tle. Zapach tak charakterystyczny dla nocy wypełniał powietrze; gdzieś w oddali szczekały psy. Była to cicha noc, a cisza ta zdawała się przenikać skały i drzewa, i wszystko wokoło.

     Gdy to czytałem, przyszło mi na myśl, że ta sceneria byłaby wręcz wymarzona dla kolędy Cicha noc, no ale następny akapit zaczyna się od: Myśl również ucichła. I zaraz potem rozchodzi się wokół twój wyciszony głos: „Medytacja nie jest środkiem dla osiągnięcia jakiegoś rezultatu, dla wywołania stanu, który już kiedyś był, lub może być. Jeśli medytacja ma jakąś pobudkę, intencję, pożądany cel, może on być osiągnięty, ale wówczas nie jest to medytacja, lecz tylko spełnienie naszego życzenia. Pragnienia nigdy nie dają się zaspokoić, nie masz im końca. Zrozumienie pragnień, bez chęci uciszenia ich, ani odwrotnie podtrzymania i pobudzenia, jest początkiem, końcem i celem medytacji. Ale jest coś jeszcze poza tym. Dziwne jest, jak medytujący uparcie stara się przedłużyć swe istnienie, zmieniając się w obserwatora, doznającego, stając się mechanizmem pamięci, która przypomina, ocenia, gromadzi lub odrzuca. Jeśli medytacja należy do doznającego, tedy zasila go tylko i czyni zeń doznającego. Cichość myśli to nieobecność doznającego, obserwatora, który jest świadom, że jest cichy. Gdy umysł jest cichy, stan jego jest czujny, obudzony. Możemy być chwilami w stanie obudzenia na wiele rzeczy, możemy szukać, badać, zgłębiać, ale to są działania pożądań, woli, rozpoznawania i zdobywania jakiejś korzyści. Natomiast to, co jest zawsze obudzone i czujne, nie jest ani pragnieniem, ani jego tworem. Pragnienia stwarzają konflikt, a konflikt jest mrokiem”.

     Widocznie przez chwilę mój umysł był w stanie obudzenia, bo słuchałem i nic nie przychodziło mi na myśl, nic, dosłownie nic, jakbym stał się tamtą ciszą, która zdawała się przenikać skały i drzewa, i wszystko wokoło. A przecież powinienem wiercić się i wzdychać niespokojnie, bo i o istocie medytacji już mówiłeś, i o naszej potrzebie gromadzenia między innymi wiedzy. Pytasz swą kolejną rozmówczynię, która w ciągłej za nią pogoni szukała jej wszędzie, mnożąc jedynie kolejne izmy, takie jak katolicyzm, hinduizm, sufizm, buddyzm, a nawet okultyzm, czy na tym polega mądrość? Ta pani zagłębiała się także w książki z zakresu psychoanalizy etc., podobnie jak ja i zapewne jak ty, przyszły czytelniku tych moich rozmów z Krishnamurtim. I jestem pewien, że na jego pytanie, po co to robimy, odpowiedziałbyś z takim samym oburzeniem jak owa pani: „Cóż za dziwne pytanie! Gdyby się nie szukało, byłoby wegetowanie; gdyby człowiek wciąż się nie uczył, życie nie miałoby sensu!”

     Ja bym się już teraz nie oburzył i nie wygłaszał truizmów, ponieważ wiem, że                    każdym twoim słowem zostałbym natychmiast przygwożdżony do własnej Ściany Płaczu: „Czy rozumienie przychodzi wraz z wiedzą? Czy wiedza nie jest raczej przeszkodą do twórczego rozumienia? Sądzimy, że gromadzenie faktów i informacji, że zdobywanie encyklopedycznej wiedzy wyzwoli nas z więzów i ograniczeń, ale wcale tak nie jest. Antagonizmy, nienawiści i wojny nie przestały istnieć, choć wszyscy wiemy, jak są niszczące i destrukcyjne. […] Choć posiadamy teraz tak dużo wiedzy, w tylu dziedzinach, nie powstrzymało to gwałtów i brutalności wśród ludzi, nawet wśród tych samych grup narodowościowych i religijnych. Może wiedza zaślepia nas, utrudnia widzenie innego czynnika, który byłby prawdziwym rozwiązaniem i dałby wyjście z całego tego chaosu?”

     Miła pani, zmiłuj się nad sobą i nie zadawaj pytania, co jest tym czynnikiem, gdyż byłoby to jedynie dodawanie słów do i tak dostatecznie przeciążonego pani umysłu! „Dla większości ludzi wiedza jest nagromadzeniem słów, lub zasilaniem ich przesądów i wierzeń. Słowa i myśli są rusztowaniem, ramami, w których obrębie istnieje pojęcie ja. Pojęcie to zwęża się lub rozszerza przez doświadczenia i wiedzę, ale twarde jądro ja wciąż pozostaje, a sama wiedza nigdy nie może go zniweczyć. Rewolucją jest dobrowolne rozbicie tego jądra, tego pojęcia, zaś działanie zrodzone z wiedzy uwieczniającej ja może tylko prowadzić do większej nędzy i destrukcji”.

     Jednakże taka odpowiedź, choć jasna jak słońce, i pani, i właściwie prawie nikomu nie wystarcza, bo czynnik, czynnik, czynnik, czyli to, co można posiąść, nawet iluzorycznie, jest najważniejszy, nieprawdaż? „Myśl tego czynnika nigdy nie znajdzie, umysł nigdy go nie odkryje. Chcielibyście go poznać i zbudować na nim swoje życie, ale wasze ja z całą swą wiedzą, lękiem, zahamowaniem i ułudą nie odkryje go nigdy, a bez znalezienia go zdobycie tylko nieco większej wiedzy będzie dalszą przeszkodą dla zaistnienia tego czynnika”. Ale pani oczywiście myśli, że zaistnienie tego czynnika nie może nastąpić samoistnie, że trzeba go szukać, a skoro szukanie według ciebie musi ustać, to trzeba znaleźć przewodnika, a kto może być lepszym przewodnikiem od tego, kto uświadomił jej, że coś takiego w ogóle istnieje? „Staracie się o przewodnictwo chcąc coś odkryć, ale gdy ktoś wami kieruje, znika wasza wolność, stajecie się niewolnikiem tego, kto wie. A ten, kto twierdzi, że wie, jest już niewolnikiem swej wiedzy; on również musi być wolny, by coś odkryć. Odkrywanie dokonuje się od chwili do chwili, więc wiedza jest przeszkodą”. No tak, bo to, co wiemy, jest już w przeszłości, przeto nie jest w stanie zgłębić tego, co jest nowe i nieznane; wiedza musi zniknąć, by tamto mogło zaistnieć…  

     Akurat nie w tym ostatnim przypadku, gdy jedynie streszczałem to, co mówiłeś, ale łapię się na tym, że coraz częściej staram się wyprzedzić twoją myśl, mówić twoim głosem, choć w momencie otrzeźwienia wiem, jak bardzo daleko pozostaję nadal za twoją myślą i twoim słowem. „Wieczór stawał się coraz ciemniejszy, a dalekie szczekanie psów nie naruszało tego, co się rozciągało ponad wszelką świadomość. Nie można o tym myśleć i umysłem doświadczać. Czymże więc było to, co ujrzało i co jest świadome czegoś tak zupełnie odmiennego od myślowych projekcji? Kto tego doznaje? Oczywiście nie jest to umysł codziennej, zwykłej pamięci, i reakcji. Czy istnieje więc jakiś inny umysł, a może cząstka umysłu jest uśpiona i zbudzić ją może tylko to, co jest poza i ponad myślą?”

     Tym czymś nie jest na pewno spekulująca myśl, tym czymś nie jest na pewno jeszcze jedno jej ułudne wyobrażenie… A zatem co? Gdybyż ten, kto pyta, nie mógł nigdy błądzić, przeto jedynie proszę: pomóż mi w tym moim ustawicznym błądzeniu! „Jeśli ten ogrom, ten bezmiar jest przez pracę myśli zrodzony, tedy co zdaje sobie z niego sprawę? Czy to umysł jako doznający jest jej świadom, czy też to bezmierne jest siebie samo świadome, gdy doznający znika? Nie było go, gdy to zaistniało schodząc z góry, a jednak świadomość myśli była zgoła inna, w rodzaju, jak i w stopniu, od tego, co jest niewymierne. Umysł nie działał, był jeno czujny i odbiorczy, i choć zauważał podmuchy wiatru igrające wśród listowia, w nim samym żaden nie istniał ruch. Nie było obserwatora, który mierzy obserwowane. Było tylko to, i owo to było świadome siebie, bez nijakiej miary. Nie miało ono początku i nie miało słów.  Myśl wie, iż nie jest w stanie pochwycić doświadczeniem i słowem tego, co zawsze trwa, jest bezczasowe i bezmierne”. W moich uszach brzmi to jak początek Księgi Genesis, rzecz jasna, w twoim tłumaczeniu…

                                                    Cdn.

08:39, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 19)

    Pod drzewami było w ten wieczór bardzo cicho. Jaszczurka posuwała się to w górę, to w dół po jeszcze ciepłej od słońca skale. […] Głęboki głos sowy odzywał się od wzgórz – jej mieszkania; co wieczór około tej samej godziny rozlegało się jej pohukiwanie, a w miarę pogłębiania się ciemności stawało się coraz rzadsze; ale nieraz późno w noc rozlegało się znów donośnie. Ta sowa zdawała się wołać inne, po drugiej stronie doliny, a ich głębokie głosy jakby powiększały ciszę i piękno nocy. Ładny był wieczór. Młodziutki księżyc pochylał się nad ciemną górą. Takim wstępem opatrzyłeś rozdział zatytułowany Zazdrość i samotność. Zanim zdołałem pojąć, co w tym opisie jest kluczem do zrozumienia jego sensu, zacząłeś swój wywód: „Narodziny współczucia nie są trudne, jeśli serca nie wypełniają sprawy myślowe. To intelekt zabija miłość, zawsze pełen żądań i lęków, impulsów, decyzji, zaprzeczeń i przywiązań. A jakże trudno brać to wszystko prosto! Nie potrzeba żadnych filozofii ani doktryn, aby być delikatnym i dobrym”.

    Szczodrość ręki i serca – moje ręce nie są przecież puste, serce przepełnione jest po brzegi najróżnorodniejszymi uczuciami, a do prawdziwej szczodrości jest im jakże daleko! „Szczodrość, wielkoduszność z innego pochodzi źródła, ze źródła, co nie zna miary. Ambicja i zazdrość niszczy je i wysusza, równie nieuniknienie jak ogień pali. Trzeba dotknąć tego źródła, ale podejść doń trzeba z pustymi rękami, bez modlitw, próśb i bez poświęceń. Żadne księgi i żaden guru nie wskaże drogi do tego źródła. Nie można zbliżyć się doń przez uprawianie cnót, choć te są oczywiście potrzebne, ani przez umartwienia czy posłuszeństwo. Gdy myśl jest pogodna i cicha – bez żadnego ruchu – już się tam jest. Pogodność nie ma żadnej pobudki, ni dążenia do więcej”.

    Właśnie owo dążenie do więcej zasila naszą zazdrość; takiego terminu używa w swoich przekładach Wanda Dynowska, choć w niektórych fragmentach twoich wywodów wprowadziłem na własną odpowiedzialność mocniejsze sformułowanie: zawiść, odstępując od tego tam, gdzie taka ingerencja budziła we mnie jakąkolwiek wątpliwość; niech każdy z potencjalnych czytelników tych rozmów ma też możliwość wyboru między zazdrość a zawiść. Niepodlegające najmniejszym wątpliwościom jest za to stwierdzenie, że kultura, w której żyjemy, zasila w nas to bardzo brzydkie uczucie. Do wymienionych przez ciebie ogłoszeń, afiszy, współzawodnictwa, ciągłych porównań czy kultu sukcesu dodałbym mocniejsze określenie wyścig szczurów (rat race), będące synonimem bezsensownej i niekończącej się pogoni za sukcesem zawodowym i materialnym, z zaznaczeniem, że w przeciwieństwie do nas prawdziwe szczury zachowują się tak jedynie w warunkach laboratoryjnych – w przez nas, ludzi, skonstruowanych sztucznych labiryntach i obracających się kołach…

     Kucharz, któremu udało się zaistnieć w świadomości społecznej z powodu udziału w jakimś programie telewizyjnym o dużej skali oglądalności, staje się nagle kimś w rodzaju guru dla milionów tych, którym się to jeszcze nie udało. „Duch współzawodnictwa jest rozwijany od dzieciństwa. Pojęcia, że trzeba być i czynić lepiej niż inni, wpaja się dzieciom wciąż w różnych formach; cytuje się przykłady powodzeń, dzielnych czynów, bohaterów itd. Podstawą całej kultury obecnej jest zazdrość, pożądliwość i gromadzenie. Jeśli nie pożąda się dóbr światowych, a zamiast tego słucha się nauk jakiegoś religijnego nauczyciela, otrzymuje się obietnicę nagrody, odpowiedniego zasłużonego miejsca w zaświatach. Wszyscyśmy na tych pojęciach wychowani, żądza powodzenia zakorzeniła się niemal w każdym. Dąży się do powodzenia różnymi drogami, w dziedzinie sztuki, interesów, czy religii. A wszystko to jest formą zazdrości. Ale dopiero wtedy, gdy ta staje się nieznośną udręką, staramy się jej pozbyć. Dopóki jest przyjemna, kompensując inne braki, jest przyjmowana jako część naszej natury. Nie dostrzegamy, iż w samej tej przyjemności kryje się zarodek cierpienia. Przywiązywanie się daje również przyjemne przeżycia, ale jednocześnie niesie zazdrość i cierpienie, a to nie jest miłość”.

     Początkowo nie mogłem zrozumieć, co może mieć wspólnego zazdrość z samotnością, teraz już wiem. „W obrębie tego pola działania żyje się, cierpi i umiera. Dopiero gdy cierpienie w tym zamykającym nas kręgu staje się nieznośne, zaczynamy walczyć, by krąg przełamać”. Chodzi o próby przełamywania poczucia głębokiej samotności – przez wyrzekanie się, a nie przez pożądanie, chęć posiadania. „Wciąż chcemy posiadać, tak ludzi, jak przedmioty, czepiamy się wierzeń i nadziei, wciąż czegoś oczekujemy. Dlaczego istnieje to pożądanie, ta chęć posiadania ludzi i przedmiotów, to gorące do nich przywiązywanie się?” Ba, nawet to, co nazywamy elementarnymi potrzebami, jak pożywienie, odzież, dach nad głową, nawet bycie z osobami najbliższymi, mężem, żoną czy dziećmi, co uznawane jest też za potrzebę elementarną, może być używane do psychologicznego samozadowolenia, a więc stwarzać niepokoje, lęki i zazdrości.

     O tym wiem aż za dobrze, choć nadal nie potrafiłbym odpowiedzieć sensownie na pytanie, dlaczego uzależniamy się psychologicznie od kogoś innego, mimo iż pojmuję, że to jest rdzeniem zagadnienia, a nie kwestia, jak uwolnić się od udręczeń z tym związanych, ponieważ są one tylko skutkiem, symptomatem, a zajmowanie się symptomatami jest bezużyteczne. „Oczywiście jesteśmy fizycznie wzajemnie od siebie zależni i zawsze tak będzie, jest to naturalne i nieuniknione. Ale dopóki nie zrozumiemy naszej psychicznej zależności od innych, zazdrość będzie trwała”. I podwójna samotność we dwoje, potrójna, poczwórna itd. w większym gronie rodzinnym, o innych związkach chwilowo nie wspominając. Zatrzymać przyjemność przywiązań, a odrzucić udrękę towarzyszącą im jak cień, jak cień, którego prawie nigdy nie widzimy, któż by tego nie chciał? „Przywiązania ukrywają w sobie lęk. Obawiamy się tego, czym jesteśmy lub czym będziemy, jeśli ta druga osoba nas opuści lub umrze, i przywiązujemy się dzięki tej obawie. Dopóki zajmuje was przyjemność przywiązania, lęk drzemie ukryty, zamknięty, ale na nieszczęście zawsze obecny”.

     Znam ten lęk, wszyscy go znamy. Lęk zazwyczaj absurdalny, bo na absurdzie oparty. I nie ma on nic wspólnego z miłością, o czym mogę zaświadczyć całym moim życiem. A zazdrość? Gdy wspomnę, ile udręczeń zazdrości przeżyłem w schyłkowej fazie mego ostatniego związku małżeńskiego, ogarnia mnie pusty śmiech. Przez dwadzieścia lat chyba nigdy nie kochałem mojej żony prawdziwie, bez neurotycznych oczekiwań, które dławiły w zarodku każde żywsze uczucie, a z zupełną pewnością mogę to samo powiedzieć o niej, bo po dwudziestu latach niby wspólnego życia ze mną jej skrywana do tej pory nienawiść do mnie przybrała wręcz monstrualne wymiary, a tu nagle wyznania miłosne godne podstarzałego Romea, za którymi krył się zwyczajny strach, zaś odarta przez czas z wielu powabów młodości Julia, gdy zniszczyła wszystko, co można było zniszczyć, również zdobyła się na gruzach naszego dotąd wspólnego życia na kilka nieśmiałych wyznań miłosnych, za którymi chyba nie mogło się kryć nic więcej poza jej lękiem.

     Jej lęk, mój lęk, czy lęki mogą usprawiedliwić wszystko? Nie wiem. Nie wiem  również, dlaczego opatrzyłem kilkoma wykrzyknikami właśnie te słowa spośród tysiąca innych: „Potępiając siebie, nazywając siebie brzydką, nieznośną, egoistką, w niczym nie zmniejsza się zagadnienia […]; odwrotnie, tylko się go zwiększa. Potępianie jest odwracaniem uwagi od spojrzenia w twarz temu, co się aktualnie dzieje, i tylko zasila się w ten sposób charakterystyczną skłonność w ogóle do potępiania, która jest właściwością naszego ja”. Czyżbym uczynił to z myślą o mojej Julii, w beznadziejnej nadziei, że zrozumie, iż taki wybieg uniemożliwia zrozumienie siebie, własnych uczynków, zła, które wyrządzając innym wyrządza się przede wszystkim samemu sobie, bo dzięki tobie wiem, jak ułudna jest wszelka nadzieja?

     „Przekonacie się, jak jest trudno nie potępiać i nie usprawiedliwiać, bowiem nawykliśmy przez wieki zaprzeczać lub stwierdzać”. To fakt. A co się za tym kryje? Lęk. Przed czym? Przed samotnością, a w rzeczywistości przed wewnętrzną pustką, w którą boimy się spojrzeć, gdyż możemy tam znaleźć jedynie odbicie własnej twarzy, na której maluje się przerażenie. Mimo to chcemy tę pustkę, jak wszystko, co nas przeraża, jakoś obłaskawić, nadając jej jakąś nazwę, po czym spróbować ją czymś wypełnić, zapełnić, zagospodarować. „Czy byłoby możliwe patrzeć w tę pustkę nie nazywając jej żadnym imieniem, bez jakiegokolwiek jej określania? Samo nazwanie jakiegoś stanu nie oznacza wcale, że go rozumiemy, raczej odwrotnie, nazwanie jest przeszkodą do zrozumienia. […] Czy mogłaby być przerwa pomiędzy odczuciem a nadaniem mu nazwy? Gdy doświadczamy tej przerwy, tego interwału, przekonujemy się, że myśliciel znika jako oddzielna, odrębna od myśli istność. Proces werbalizacji jest częścią naszego ja, istności, która jest zazdrosna, a jednocześnie usiłuje tę zazdrość opanować. Jeśli istotnie zrozumie się tę prawdę, strach znika. Nadawanie nazwy ma swoje fizjologiczne, jak i psychologiczne skutki. Gdy wszelkie nazywanie ustaje, dopiero wtedy można sobie w pełni uświadomić to, co nazywamy pustką samotności. Wówczas nie oddzielamy się od tego, co jest”.

     Uświadomienie sobie czegoś w pełni możliwe jest dopiero wówczas, gdy tę pełnię w sobie posiadamy. Musimy powściągnąć niecierpliwość, bo w świecie ducha nic nie dzieje się od razu: nasze chcenie jest bezsilne, choć nikt poza nami nie może tego chcieć. A zatem: niech się dzieje, po prostu, samo, bez żadnej ingerencji z zewnątrz, do której tak chętnie chcielibyśmy się zwrócić, mówiąc na przykład: niech się dzieje wola nieba…, choć naprawdę nieba przychylić możemy sobie tylko sami – niczego pożądliwie nie pragnąc!

                                             Cdn.

10:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 18)

    Czy można myśleć bez słów? Przynajmniej dla mnie było to dotąd niemożliwe. Moje myślenie jest jednym wielkim monologiem – partie dialogowe też się w nim pojawiają, z tym że to ja użyczam głosu tym osobom, które akurat moje myśli nawiedzają. Prawie paranoja, prawie, ponieważ moja paranoja nie wymyka mi się jeszcze spod kontroli. „Czy istnieje myślenie bez werbalizacji, tj. bez słów i symboli? Czy słowa są dla myśli nieodzowne? Gdyby nie było symboli, obrazów, odnośników, czy istniałoby to, co nazywamy myśleniem?” Już wiem, do czego zmierzasz! Myślenie bez werbalizacji byłoby możliwe, gdyby z procesu myślenia wykluczyć umysł, który bez wymienionych przez ciebie składników nie mógłby, tak nam się przynajmniej wydaje, w ogóle funkcjonować na jako takim poziomie. „Umysł składa się z odnośników, asocjacji, obrazów i słów. Wartościowanie wypływa z tego podłoża; słowa takie jak Bóg, miłość, socjalizm, komunizm itp. odgrywają niezmiernie ważną rolę w naszym życiu. […] Znaczenie słów zmienia się zależnie od kultury, w której się wychowaliśmy. Dla chrześcijanina pewne słowa i symbole mają ogromne znaczenie, a dla muzułmanina inny zespół i symboli ma znaczenie równie doniosłe. Wartościowanie odbywa się w obrębie tego pola”.

     Nie zapytam, czy można wyjść poza to pole, zapewne można, na przykład stając się wolnomyślicielem jak ja, z tym że nic się właściwie nie zmieni poza faktem, że wartościowanie będzie się odbywało w obrębie innego pola. „Myślenie jest zawsze uwarunkowane, wolność myśli nie istnieje. Możemy myśleć, co się nam podoba, będzie to zawsze ograniczone. Wartościowanie jest procesem myśli, wyboru. Gdy umysł, jak to się zwykle dzieje, jest całkiem zadowolony z pozostawania w obrębie pewnych, szerszych lub węższych opłotków, nie troszczy się o żadne zasadnicze sprawy; ma swą nagrodę. Ale jeśli chce się odkryć, czy istnieje coś poza myślą, trzeba odrzucić wszelkie wartościowanie, a sam proces myślenia musi ustać”. Ba, łatwo to powiedzieć komuś, kto wie, jak to osiągnąć! Nie będąc jednak zadowolony z pozostawania w obrębie moich opłotków, cóż że szerokich i sięgających zdawałoby się poza najdalsze horyzonty mego myślenia, chcę przynajmniej spróbować odkryć to, co istnieje poza moją myślą, by nie stać się paranoikiem całkowitym…

     No dobrze, ale jak zawiesić myśl w działaniu? Już wiem, że żaden wysiłek, żadna metoda procesu tego nie powstrzyma, bo same są wynikiem wartościowania, a zatem procesem myśli. Podobnie jak twój rozmówca mógłbym szukać usprawiedliwienia dla siebie, ripostując, że przecież wszystko wokół nas czyni wysiłki, by przetrwać, więc dlaczego w naszym, ludzkim świecie miałoby się dziać inaczej niż w świecie przyrody, z której wyrośliśmy; sam mówisz, że najróżnorodniejsze wzory kultury ograniczają nas w takim samym stopniu. „Czy walczymy tylko po to, by utrzymać się przy życiu, czy też po to, by żyć w obrębie pewnego psychologicznego lub ideologicznego wzorca? Chcemy czymś być; impuls ambicji, chęć osiągnięć i strach powodują naszą walkę w obrębie społeczności, ukształtowanej przez zbiorową ambicję, żądzę osiągnięć i strach. Czynimy wysiłki, aby coś zdobyć, lub czegoś uniknąć. Gdyby chodziło nam tylko o utrzymanie się przy życiu, cały nasz światopogląd byłby zasadniczo inny. Wysiłek zawiera w sobie wybór, a wybór opiera się na porównywaniu, wartościowaniu, potępianiu. Myśl składa się z tych ścierań się i sprzeczności; czy więc taka myśl może uwolnić się od własnych samoutrwalających się ograniczeń?”

     O tak, w rozterkach naszych zawsze zwracaliśmy się do jakichś czynników wyższych, istniejących, taką mamy przynajmniej nadzieję, ponad tym, co ogranicza nie tylko nas, ale nawet naszą pozornie wysoko szybującą myśl! „O, jakże gorąco pragniemy osiągnąć stan zadowolenia! Czy mogę spytać, czy nie chodzi wam o dojście, o osiągnięcie, o oswobodzenie umysłu od uwarunkowań? Umysł jest uwikłany w więzy, które tworzy ze swych pragnień i wysiłków, każdy ruch, jaki czyni w jakimkolwiek kierunku, mieści się w granicach tego więzienia, ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, więc w swym cierpieniu i rozterce szukamy i modlimy się, i prosimy o jakiś zewnętrzny czynnik, aby się uwolnić. Zazwyczaj spotykamy to, o co prosimy, ale to, co znajdujemy, jest wynikiem ruchu naszego własnego szukania. Jesteśmy nadal więźniem, jeno w nowym, może nieco przyjemniejszym, bardziej zadowalającym nas więzieniu”.

     Nie zapytam: cóż na Boga mam w tej sytuacji robić, bo już w samym tym pytaniu jest zawoalowane odniesienie do „czynnika zewnętrznego”, i nie popadnę w rozpacz z tego powodu, że każdy ruch mojej myśli jest jedynie poszerzeniem mego więzienia, ponieważ wiem, że tak jest. „Nadzieja jest jeszcze jednym ruchem myśli, uciekającej od rozpaczy. Rozpacz i nadzieja są to słowa, które obezwładniają myśl swą emocjonalną zawartością, swym pozornie przeciwstawnym i odwrotnym impulsem. Czy nie byłoby możliwe trwać w stanie rozpaczy – lub jakimkolwiek innym stanie – bez rzucania się od razu w odwrotne pojęcie, lub bez kurczowego trzymania się danego stanu, jeśli jest on obiecującym, miłym, radosnym itp.? Rozterka zaczyna się, gdy uciekamy od stanu zwanego cierpieniem, udręką, w inny – zwany radością i szczęściem. A jeśli zrozumiemy stan, w którym w danej chwili jesteśmy, będzie się to równało nieprzyjęciu go. Zarówno przyjęcie, zgodzenie się nasze, jak i zaprzeczenie mu znajduje się w obrębie wartościowania”.

     Zrozumieć, zrozumieć, zrozumieć stan, w którym w danej chwili jesteśmy, przez prostotę i uwagę, rzecz jasna biernie czujną, a myśl sama ustanie. To już moja mantra, którą będę powtarzał tak długo, póki to rozumienie nie uwolni mego umysłu od balastu po stokroć zbędnych myśli. „Nie jest to bynajmniej śpiączką ani umniejszeniem intensywności życia, stanem negacji; jest to stan zgoła inny”. Wiem i póki ten stan nie osiądzie we mnie na zawsze, ta świadomość musi mi na razie wystarczyć…

                                                 Cdn.

13:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 17)

    Zawsze chciałem medytować, kilka razy w życiu udało mi się zbliżyć do stanu, w którym wydawało się to możliwe, w ostateczności nie byłem jednak zdolny do medytacji, nad czym głęboko ubolewałem. „Nie być zdolnym do medytacji to nie móc widzieć słonecznego blasku i głębokich cieni, iskrzących się wód i delikatnego listowia. Ale jakże mało ludzi widzi to wszystko! Medytacja nic nam nie ofiarowuje, daremne byłyby wszystkie modlitwy i prośby. Nie ratuje nas od żadnego cierpienia. Ale czyni wszystko nieskończenie jasnym i prostym; aby to jednak spostrzec, myśl musi oswobodzić się – bez żadnej pobudki, ani przyczyny – ze wszystkiego, co nagromadziła dzięki pobudkom i zamiarom”. O tym, że na tym polega sens medytacji, wiedziałem od zawsze i z siebie, a mimo to nie byłem do niej zdolny, ponieważ powierzchowne rozumienie istoty takich praktyk na pewno nie wystarczy.

     Oczywiście, mogłem jak tylu innych wpaść w sidła samooszukiwania się i udawać, że medytuję, co po zewnętrznym opanowaniu różnych technik medytacyjnych wydawałoby się osobom postronnym wiarygodne, mnie jednak z takiej ułudy, nawet gdybym nie wyzwolił się z niej sam, wyzwoliłby choćby przykład pewnej pani, którą przed wielu laty poznałem w dawnej stołówce Związku Literatów Polskich w Warszawie. Ta „jogini”,  żeńska adeptka systemu rozwoju duchowego starającego się urzeczywistniać nauki Diamentowej Drogi,  przeraźliwie pusta wewnątrz, a na zewnątrz żarłoczna na wszystko, co mogłoby tę pustkę zamaskować, utrzymywała z całą powagą w przerwach między mlaśnięciami, bo właśnie pochłaniała drugiego kurczaka, że dzięki medytacji jest już prawie zdolna do lewitowania, co w jej przypadku było bardziej niż wątpliwie, w przeciwieństwie do jednego z jej opasłych kufrów podróżnych, który do lewitowania był na pewno zdolny, przynajmniej do chwili, gdy spadając jej podczas podróży do Zakopanego na łeb pozbawił ją życia.

     A zatem, co jest istotą medytacji? „Jest ona oczyszczeniem się ze znanego. Gonić za znanym, w jego rozlicznych formach, jest grą ułudy, samooszukiwania się; wówczas medytujący jest panem, na pierwszym planie, a prosty akt medytacji wcale się nie dokonuje. Medytujący może działać tylko w polu znanego, musi więc zniknąć, aby nieznane mogło zaistnieć. Niepoznawalne nie woła nas, nie zaprasza, i my go nie możemy przywołać. Pojawia się i znika jak wiatr, nie można go uchwycić i zatrzymać ku swemu użytkowi i dobru. Nie posiada utylitarnej wartości. Ale bez niego życie jest nieskończenie puste”.

     Jestem pewien, że tamta nieszczęsna pani zastanawiała się za życia nad tym, jak medytować, jakiego trzymać się systemu, dhajany* czy kalpany*, względnie medytacji z mantrą*, a nie nad tym, czym jest medytacja, czyli nad jej istotą. I nie sądzę, by równie uważnie jak ja wsłuchiwała się w twoje słowa, gdyż po zdobyciu na tygodniowym kursie w Paryżu „certyfikatu” upoważniającego do nauczania hatha yogi, prowadziła w Warszawie pokątne kursy (w czasach peerelowskich nie można było mieć jak obecnie oficjalnych „pracowni”) z udziałem znudzonych pań nie tylko literatek, płacących chętnie „mistrzyni” za ułudy „doświadczenia boskości w formie prawdy świadomości i miłości” (SAME OŚCI!), zdobywanego ponoć dzięki asanie, czyli ćwiczeniom fizycznym i oddechowym, prathajanie, sublimacji zmysłów, względnie dharanie, skupieniu i koncentracji, natomiast stopnie wyższe, uzyskiwane dzięki dhajanie, czyli medytacji i kontemplacji, sublimacji świadomości, oraz samadhi, ekstazie światłości, oświecenia i urzeczywistnienia, to były dla samej „mistrzyni” zagadnienia naprawdę księżycowe – w tym procesie zharmonizowania naszej energii życiowej, słonecznej i właśnie księżycowej!   

     Sam też mam o tym dość mgliste pojęcie, ale mimo iż nie zamierzam otwierać w Iwoniczu-Zdroju żadnej pracowni, staram się z twego wywodu nie uronić ani słowa. „Samo badanie, czym jest medytacja, otwiera ku niej wrota. Badanie nie znajduje się na zewnątrz umysłu, a wewnątrz jego ruchu. W badaniu tym najważniejsze staje się zrozumienie prawdziwych intencji medytującego, a nie jego usiłowań. To, co chce osiągnąć, będzie projekcją jego własnego pożądania, jego pragnień i chęci. Gdy się ujrzy jasno ten fakt, wszelkie dążenie ustaje, co samo przez się ma doniosłe znaczenie. Wówczas nie chwyta się już czegoś poza sobą, znika ruch ku zewnątrz z jego wewnętrzną reakcją; ale gdy szukanie całkowicie znika, powstaje ruch myśli, który nie jest ani ku zewnątrz, ani ku wewnątrz. Poszukiwania i dążenia nie ustają dzięki woli, ani też złożonemu procesowi wniosków. Tylko głębokie rozumienie sprowadza ich ustanie. A kres szukania to początek cichości umysłu”.

     Właśnie cichości, tak trudnej do osiągnięcia, a nie koncentracji, bo przynajmniej ja koncentrację umysłu osiągam bez trudu, nie będąc jednak w stanie medytować przy największym nawet jej natężeniu. Może właśnie dlatego? „Zainteresowanie sobą, jak każde zainteresowanie, sprowadza koncentrację, ale ta ma swoją przyczynę, swą świadomą lub nieświadomą intencję; zawsze jest w niej coś do uzyskania, lub do odrzucenia, wysiłek, by coś ogarnąć, by dotrzeć do drugiego brzegu. Skupienie uwagi z jakimś celem ma zawsze na widoku zdobycie czegoś i nagromadzenie”. W tym miejscu mógłbym już nie słuchać dalszego ciągu, ponieważ takie terminy jak intencja, wysiłek, zdobycie, nagromadzenie wywołują we mnie wręcz pawłowowski odruch: zaczynam machinalnie kiwać głową, co oznacza możliwość zrozumienia tego procesu tak dotąd dla mnie niepojętego; z tym że zamiast pawłowowski powinno być rzecz jasna krishnamurtowski, a ty nie każesz być ślepo posłusznym jakimkolwiek odruchom, przeto znowu zamieniam się cały w słuch.

     „Nasza uwaga wraz z tym ruchem ku czemuś, lub odwrotnie oddalania się od czegoś, jest po prostu wynikiem przyciągania przyjemności, a odpychania przykrości, natomiast medytacja jest tym nadzwyczajnym skupieniem uwagi, gdzie nie ma aktora czyniącego wysiłek, nie ma procesu pożądliwości; nie ma celu, nie ma przedmiotu do zdobycia, wysiłek jest bowiem częścią procesu zdobywania, jest gromadzeniem doświadczeń przez doświadczającego. Może on skupiać uwagę, być świadom i zdawać sobie sprawę z procesu, ale pożądanie przezeń doznań musi całkiem ustać, bowiem doznający jest tylko wytworem znanego”. Nic z tego, co mówisz, nie budzi we mnie najmniejszej wątpliwości, wierzę ci także, gdy mówisz, że w medytacji jest wielkie szczęście, muszę ci jednak wierzyć na słowo, dopóki tego szczęścia nie będzie mi dane samemu zakosztować. Byłoby to zapewne znacznie łatwiejsze, gdybym w wieku pięciu lat mieszkał w Madrasie i już wtedy uprawiał medytację – jak ty…

 

                      

*Dhajana = patrzeć umysłem, *kalpana =  budować obrazy duchowe dzięki aktywnej wizualizacji; *medytacja z mantrą polega na medytowaniu dzięki powtarzaniu w nieskończoność jakiejś mantry (może składać się z jednej sylaby), względnie mantr – z użyciem koralikowego sznura modlitewnego.

                                                 Cdn.

12:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 16)

     Gwiazdy zdawały się bledsze i odległe przy świetle ulicznej latarni, tylko Mars świecił jasno i czerwono. Nadszedł żebrak powolnym, znużonym krokiem, poruszając się z trudem; okrywały go łachmany, nogi miał owinięte podartymi szmatami, obwiązane grubym sznurem. W ręku trzymał długi kij. Mruczał coś do siebie, na nas nawet nie spojrzał. Nieco dalej wznosił się przy ulicy elegancki hotel, z rzędem luksusowych samochodów wszelakich marek… Nawet nie pytam ciebie, czy ten żebrak też poszukuje źródła szczęścia, ponieważ po co by w innym razie trzymał w ręku długi kij? Takim kijem żebracy pod wszystkimi długościami i szerokościami geograficznymi grzebią w śmietnikach; zresztą, ci, którzy mieszkają w eleganckim hotelu i jeżdżą luksusowymi samochodami, też grzebią w różnych śmietnikach w poszukiwaniu źródła szczęścia, z tym że swój długi kij, częstokroć inkrustowany kością słoniową, masą perłową lub złotem, ukrywają nawet przed swoim wzrokiem.

      Mówisz, że poszukiwanie źródła szczęścia jest niezmiernie złudnym zjawiskiem, i zapewne tak jest. „Nie znajdując zadowolenia w teraźniejszym, szukamy czegoś poza nim. Gdy nas teraźniejszość boli, staramy się przerzucić myśl w przyszłość, lub zagłębić się w przeszłości, ale przekonujemy się wkrótce, że i to jest pochłonięte przez teraźniejszość. Nigdy nie przyjdzie nam na myśl, by zatrzymać się i zbadać całą zawartość teraźniejszego, zawsze gonimy marzenie o przyszłości, albo wybieramy najbogatsze wspomnienia z umarłej przeszłości i ożywiamy je. Czepiamy się tego, co było niegdyś, albo odrzucamy je w świetle wyobrażanego jutra; a pomijamy teraźniejsze, jest ono tylko przejściem od przeszłości w przyszłość i trzeba je przebyć jak można najprędzej”. W metaforycznym ujęciu: ten twój żebrak najbliższy jest ideału, ponieważ grzebie swoim kijem wyłącznie w teraźniejszym, no tak, ale on szuka z konieczności rzeczy bardzo przyziemnych, na przykład kawałka nadpleśniałej kiełbasy, i nie zaprząta sobie głowy wzniosłymi ideałami, które z daleka omijają żołądek, jelita i odbyt, ponieważ Bóg, prawda, wolność czy wyzwolenie nie zaspokoją fizycznego głodu, choć okazuje się, że głodu duchowego też nie nasycą…

     „Udręczeni nietrwałością, przemijaniem wszystkiego wzbudzamy w sobie chęć szukania czegoś stałego, pod jakimkolwiek imieniem; i nasza własna do niego tęsknota stwarza owo stałe, które jest odwrotnością tego, co jest. Czyli właściwie nie ma szukania ani badania, tylko pragnienie znalezienia czegoś stałego, co będzie pocieszającym samozadowoleniem. Gdy zdajemy sobie sprawę ze stanu nieustającej zmienności naszego umysłu, zaczynamy stwarzać tego stanu odwrotność, i wpadamy w rozterkę, w konflikt dwoistości, a wówczas, chcąc od tej rozterki uciec, gonimy za nową odwrotnością, czyli myśl jest pochwycona w kołowrót przeciwieństw”.

     Ja na pewno po wysłuchaniu tego nie zapytam: czy w takim razie w ogóle nie należy szukać?, i nie uzasadnię tego pytania zdawałoby się oczywistym stwierdzeniem, że życie byłoby bardzo ubogie, gdyby nie istniało odkrywanie, ponieważ znam twoją odpowiedź. „A czy odkrywa się cokolwiek nowego przez szukanie? Nowe nie jest odwrotnością starego, nie jest bynajmniej antytezą tego, co jest. A jeśli nowe ma być tylko projekcją starego, tedy jest tylko tego starego odmianą i przedłużeniem. Wszelkie rozpoznanie opiera się na przeszłości, więc to, co możemy rozpoznać, nie jest nowym. Szukanie powstaje z cierpienia w teraz, więc to, czego szukamy, jest już znane. Szukamy pociechy i zapewne ją znajdziemy, ale to również będzie przemijające, gdyż samo nasze pragnienie znalezienia nie jest trwałe. Wszelkie pragnienie czegoś – radości, szczęścia, Boga – jest przemijające”.

      Żebrak nie martwi się tym, że każde jego poszukiwanie jest wynikiem pragnienia, a zatem jest przemijające, i nie uważa, że z tego powodu jest ono daremne. Czyżby zrozumiał intuicyjnie prawdę tego procesu, w związku z czym samo przemijanie stało się dla niego radością? Wprawdzie mruczał coś do siebie, ale z całą pewnością nie pytał siebie, jak ma pojąć tę prawdę, ponieważ kierowany tą samą intuicją znał odpowiedź na to pytanie, identyczną z twoją, mimo iż nawet na ciebie nie spojrzał? „Nie istnieje jak, nie istnieje metoda. Wszelka metoda stwarza pojęcie trwałego. Dopóki pragniemy dojść, osiągnąć, zdobyć, będziemy wciąż stwarzali konflikty, a te zabijają wrażliwość. Tylko wrażliwy umysł może pojąć prawdę. Szukanie rodzi się z konfliktów i rozterek; gdy te ustają, znika potrzeba i chęć szukania. Wówczas nastaje szczęśliwość”.

                                                 Cdn.

18:44, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 15)

     Samotna papużka zawisła na uschłej gałęzi pobliskiego drzewa; siedziała zupełnie cicho, nawet nie muskając piórek, tylko okiem czujnym i ruchliwym wodziła dokoła. Miała upierzenie miękkiej zielonej barwy, długi, nieco jaśniejszy zielony ogon i jaskrawo czerwony dziób. Chciałoby się jej dotknąć, palce zanurzyć w tę barwę soczystą, ale jedno poruszenie, a odleci. Choć siedziała nieruchomo – jak zastygła kula zielonego światła – czuło się jej żywość, zdawała się jej nawet użyczać uschłej gałęzi, na której siedziała. Cóż za przedziwne piękno! Nie śmiało się oczu oderwać, wstrzymywało się oddech, by nagle nie uleciało.

     Widziało się dziesiątki papug w ich porywistych kapryśnych lotach, albo uwieszonych na telegraficznych drutach, albo wśród czerwonawych pól młodej kukurydzy. A przecież ta jedna zdawała się w sobie skupiać całe życie, całą doskonałość piękna. Nic,  tylko ta plama miękkiej, żywej zieleni na ciemnej gałęzi, na tle błękitu nieba. Ani słów, ani myśli, ani świadomości, że się nie myśli. Intensywność piękna. Łzy napływały do oczu, aż poczynały mrugać, ach, ale czy to mruganie nie spłoszy ptaka? Nie. Trwał dalej nieruchomo, tak wiotki, o lśniących delikatnych piórkach. Chyba parę minut tylko upłynęło, ale zawarły one cały dzień, cały rok, cały czas; w tych paru chwilach było całe życie, bez końca, ni początku. Nie było to doznanie do zapamiętania, martwe wspomnienie ożywiane myślą, równie nietrwałą; było to intensywnie żywe, więc nie do znalezienia wśród rzeczy martwych.

     Ktoś zawołał z domu za ogrodem, i sucha gałązka naraz opustoszała.

     Mój Boże, oto najpełniejsza ilustracja jednego z cudów odbiorczo cichej świadomości, za dokonanie którego powinieneś zostać obwołany po stokroć świętym, nawet przez takiego niedowiarka jak ja! Wiem jednak, że wówczas natychmiast cud by się skończył, a raczej, że w ogóle by nie zaistniał; ponadto ten opis miał być w twoim zamyśle jedynie obrazową ilustracją odpowiedzi na czyjeś zapytanie: „Czemu nie posiadam głębokiej wnikliwości?” Na to pytanie mógłbym odpowiedzieć podobnie jak ty, gdyż wiedziałem niemal od zawsze, zapewne z obserwacji, ale kierując się także intuicją, a ty to potwierdzasz, że w osiągnięciu takiej wnikliwości nie pomaga na pewno wiedza, nawet głęboka, wprost przeciwnie: jest przeszkodą. To znaczy: wiedza techniczna jest niezbędna inżynierom, tak jak lekarzom medyczna, ale w osiąganiu prawdziwej duchowości wiedza nawet filozoficzna czy psychologiczna jest jednak przeszkodą.  „Czy wiedza daje swobodę myśli i pomaga nam w akcji odkrywczej? Choć wiedza jest potrzebna, aby używać tego, co już zostało odkryte, to przecież stan odkrywania jest od niej niezależny. […] Czyż więc wiedza pomaga w odkrywaniu Rzeczywistego”.

     O, za chwilę nawet mnie zaskoczysz, ale tylko przez chwilę, ponieważ rozmawiamy już ze sobą tak długo, że powinienem to przewidzieć. Nie to, że Rzeczywiste, czy Bóg – lub jakimkolwiek innym imieniem byśmy to nazwali – nie posiada stałego miejsca, z określonym adresem, a zatem nie może istnieć doń droga, lecz to, że do Prawdy też dróg nie ma! „Jesteśmy wytworem wszystkiego, czego nas nauczono, i na tym ograniczającym podłożu opierają się wszystkie nasze doświadczenia, a te ze swej strony zasilają i modyfikują nasze ograniczenia”. W całym naszym jestestwie, wraz z jego najprzemyślniejszymi wytworami. „Wszak to, co nazywamy Atmanem, duszą czy wyższą jaźnią, znajduje się wciąż w obrębie granic tego, cośmy czytali lub słyszeli”. To twierdzenie, jak wszystkie do tej pory, jest oczywiście przekonujące, ale już wiem, że nie wolno na tym poprzestać. „Jeśli to was tylko przekonuje, to znaczy, że sami nie widzicie prawdy tych twierdzeń. Co do Prawdy nie można być przekonanym, ani się na nią zgadzać. Można zgadzać się lub nie zgadzać w opiniach i wnioskach, ale fakt nie wymaga zgodzenia się nań, on  jest”.

     To fakt, a wniosek, jaki z niego wynika, jest taki: na fakt nie powinno się patrzeć poprzez zasłonę przekonań, opinii czy wierzeń, lecz zbliżyć się do niego – do Prawdy, czy Boga – bez żadnej wiedzy, bez przypomnień i pamięci. „Gdy posiadamy prawdziwe rozumienie siebie, naszego ja, wówczas wiedza zajmuje właściwe jej miejsce”. Bez tego rozumienia staranie się o samopoznanie budzi wprawdzie poczucie pewnych osiągnięć i zdobyczy, co jest równie przyjemne i podniecające jak powodzenie w zwykłym życiu, niesie jednak ze sobą takie samo zagrożenie, jakie występuje przy gromadzeniu zewnętrznych atrybutów bogactwa czy władzy. „Wszelkie gromadzenie wykrzywia i paczy percepcję, nie jest możliwe obserwowanie i rozumienie ja w jego codziennych działaniach, w jego szybkich i sprytnych reakcjach, gdy umysł jest obarczony wiedzą. Dopóki psychika nasza dźwiga brzemię wiedzy i sama jest tej wiedzy wytworem, nie może stać się nowa, świeża i nieskazitelna”.

     W tym miejscu niemal bezwiednie nasuwa się pytanie: czy głęboka przenikliwość jest darem? W każdym razie twoja rozmówczyni doszła do takiej konkluzji, podenerwowana zapewne głupawymi uwagami swego męża: „Dlaczego jeden człowiek posiada głębokie, wnikliwe rozumienie, zdolność ogarniania całości, podczas gdy inni widzą tylko fragmenty i szczegóły, a nie są zdolni do szerokiego ogarniania całokształtu? Dlaczego nie możemy mieć wszyscy tego rozumienia, tej syntetycznej zdolności, by widzieć wszystkość, a wy zdajecie się ją posiadać? Dlaczego tak jest, że jeden tę zdolność ma, a inny jej nie ma?”.

     Mówiąc wy, myślała oczywiście o tobie, Krishnamurti, ponieważ wyłącznie do ciebie zwracała się z tymi pytaniami. I była na tyle szczera, że nie ukrywała, iż sama pragnęłaby ten rzadki dar posiąść, nie przypuszczając jednak, że nawet w podziwie dla ciebie, któremu udało się ów dar posiąść, kryła się zwyczajna zawiść. „Cały świat jest pełen zazdrości, ambicji, którą widzi w nieustannej pogoni za powodzeniem, zarówno w stosunku ucznia do mistrza, jak mistrza do jeszcze odeń wyższego mistrza i tak bez końca…” Pełnia rozumienia, szerokie ogarnianie całości nie mogą zrodzić się z tak niskich uczuć, to pewne. A zatem z czego, a raczej kiedy mogą się one pojawić? Tak jak zwykle: dopiero wtedy, gdy wszelka chęć zdobycia czegoś znika…

     Mówisz, że zazdrość, ambicja, a nawet zarozumiałość podyktowały tej kobiecie pytania dotyczące daru głębokiej przenikliwości, względnie że te pytania zostały podyktowane przez pragnienie powodzenia, wypływające oczywiście z jej ja. „Czy można badać jakieś zagadnienie, dopóki psychika jest związana z jakąś pobudką?” Rzecz jasna, zazdrość i ambicja, będące w istocie żądzą bycia czymś lub stania się kimś, muszą całkowicie zniknąć, zanim pojawi się głębokie rozumienie. Twoja rozmówczyni sama doszła do takiego wniosku, nie przypuszczając, że nawet w tak słusznej na pozór konkluzji może kryć się pułapka. „I znów, jeśli mogę podkreślić, chce pani  p o s i ą ś ć  tę zdolność, i gotowa jest pani poddać się różnym ćwiczeniom, aby ją zdobyć. Pani, przyszły właściciel, nabywca, jest wciąż najważniejszym czynnikiem, a nie sama zdolność. A ona jawi się tylko wtedy, gdy nie żywimy żadnych pobudek, ni pragnień”.

     Najbardziej kapitalna jest jednak twoja ostatnia odpowiedź na jej pytanie, czy nasz umysł, będący wedle ciebie wytworem czasu, wiedzy, chęci, pobudek, może się w ogóle bez tego obyć: „Proszę to pytanie zadać sobie, nie tylko słownie i powierzchownie, a równie poważnie i gorąco jak człowiek głodny pragnie pożywienia. Gdy chcemy coś badać, o coś pytać, ważne jest, by przekonać się samemu, co się kryje u podłoża tego pytania. Możemy chcieć z zazdrości, albo niepowodowani żadną pobudką. Stanem naszej psychiki, gdy naprawdę badamy zdolność głębokiej, totalnej percepcji, jest zupełna pokora, i całkowita cisza; właśnie ta pokora, ta cisza, jest tą zdolnością. Nie jest to czymś, co można nabyć”.

                                                   Cdn.

11:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 14)

     Czerwonawa ziemia przed domem była pokryta kwiatami w kształcie trąbek, o złotym serduszku, o dużych liliowych, delikatnie pachnących płatkach. W dzień zamiatano opadłe płatki, ale nocą znowu pokrywały ziemię. Pnąca roślina była silna, o ząbkowanych, błyszczących w słońcu liściach. Grupka dzieci biegła nieuważnie po kwiatach, a mężczyzna spieszący się do samochodu nawet na nie nie spojrzał. Przechodzień schylił się po kwiat, powąchał i wziął ze sobą, by za chwilę rzucić. Kobieta, zapewne posługaczka, wyszła z domu, podniosła kwiat i wpięła go we włosy. Prześliczne były te kwiaty, ale tak prędko więdły w słońcu.

      Jeszcze jedna z twoich niezwykłych przypowieści, do której klucz znajduje się zapewne w kolejnych słowach, które wypowiesz. I nieważne, że te rozważania znowu dotyczą śmierci, ściślej obawy przed śmiercią, ponieważ na pewno oświetlisz je nieco inaczej. O moim stosunku do śmierci też mówiłem wcześniej, choć to nie znaczy, że nie posiada on różnych odcieni znaczeniowych w zależności od tego, kto we mnie mówi. Teraz mówi poeta, którego poezja była w ogromnej mierze poezją miłości i śmierci, gdyż przede wszystkim w tym kręgu obraca się nasze życie. Stąd ważność tego, co nazywamy śmiercią. I ważność pytań, które sobie stawiamy: co oznacza śmierć? co jest poza śmiercią? Nie byłbyś sobą, gdybyś nie odpowiedział pytaniem: „Czy pragniecie prawdy, czy pocieszającej odpowiedzi?”

    Pragnę wyłącznie prawdy, i dobrze o tym wiesz, przeto mów. „Śmierć jest nieunikniona. Ciągłość może być przerwana, albo może być podtrzymywana i żywiona. To, co ma ciągłość, nie może nigdy się odnowić, stać się nowym. I nigdy nie może poznać nieznanego. Ciągłość jest trwaniem, a to, co zawsze trwa, nie jest ponadczasowe. Poprzez czas, poprzez ciągłość bezczasowe nie może zaistnieć. Musi się coś skończyć, aby nowe mogło powstać. Nowe nie istnieje w ciągłości myśli. Myśl jest ciągłością ruchu w czasie, a ruch ten nie może w sobie zawrzeć stanu bytu, który jest poza czasem. Myśl wspiera się o przeszłość; samo jej istnienie należy do czasu. Czas jest nie tylko chronologiczny, jest myślowy, jako ruch przeszłości poprzez teraźniejszość w przyszłość; jest to ruch pamięci, słowa, obrazu, symbolu, wspomnienia, powtarzania. Myśl, pamięć, jest w ciągłości poprzez słowo i powtarzalność. Kres myśli jest początkiem nowego; śmierć myśli jest życiem wiecznym. Aby nowe mogło zaistnieć, musi coś wciąż się kończyć. To, co jest nowe, nie może być w ciągłości; nowe nie może być nigdy w obrębie pola czasu. Nowe istnieje tylko w śmierci od chwili do chwili. Codzienna śmierć musi istnieć, aby nieznane powstało. Koniec jest początkiem, ale lęk uniemożliwia zaistnienie kresu”.

     Ktoś, kto nie wysłuchałby tego dość złożonego wywodu uważnie, lecz skupiłby się na samym zakończeniu, mógłby wykrzyknąć: „Wręcz umieram ze strachu przed śmiercią! Ale niech żyje lęk, jeśli może mnie przed nią uchronić!” Myślę, że byłoby lepiej, gdyby na tym pocieszeniu samego siebie, poprzez całkowite niezrozumienie sensu twoich słów, poprzestał i w ogóle nie słuchał dalszego ciągu, gdyż rozczarowanie sobą, własną pustką duchową, mogłoby ten lęk jedynie nasilić. „Co rozumiecie pod słowem strach? Czymże jest strach? Nie jest on abstrakcją, nie istnieje niezależnie, sam przez się, pojawia się tylko w związku, w stosunku do czegoś”. Nie pytaj, czego się obawiamy, bo przecież wiesz, że prawie każdy z nas obawia się śmierci! „Mówicie, że śmierci, ale cóż wiecie o śmierci? Choć mamy teorie, spekulacje, jak i pewne zaobserwowane fakty dotyczące jej, to jest ona nieznanym. Cokolwiek byśmy o niej nie wiedzieli, nie można śmierci wciągnąć w pole znanego; wyciągamy rękę, aby ją schwytać, ale ręka pozostaje pusta. Asocjacje są znanym; ale z nieznanym nie można się spoufalić; przyzwyczajenie nie może jej uchwycić i wciągnąć w swój obręb; a więc jest strach”.

     Strach, strach, strach, odwieczny i nie do przezwyciężenia nawet największym stoicyzmem, bo za nim stoi umysł, który nie może przecież zrozumieć lub ogarnąć nieznanego, a ręka wyciągnięta nawet w największej pokorze może tylko otrzymać poznawalne, nie może ująć niepoznawalnego; tego niepojętego stanu, jakim jest śmierć, nie można także doświadczyć żadnym sposobem, gdyż jest to równoznaczne z nadawaniem ciągłości myśli, a zatem z zasilaniem przeszłości, przedłużaniem znanego. „Chcecie poznać, czym jest śmierć, a czy wiecie, czym jest życie? Znacie życie tylko jako walkę, zamęt, ścieranie się, jako przemijające radości i smutki. Ale czy to jest życie? Czy walki i udręki to życie? W tym stanie, który zwiemy życiem, chcemy doznać czegoś, co nie znajduje się w polu naszej świadomości. Tę udrękę, walkę, nienawiść, które się zmieniają w radość, to wszystko nazywamy życiem, i chcemy doświadczyć czegoś, co jest odwrotnością tego, co zwiemy życiem. Odwrotność jest dalszym ciągiem tego, co jest, może w nieco zmodyfikowanej formie. Ale śmierć nie jest odwrotnością. Jest nieznanym. Poznawalne pożąda doznania śmierci – niepoznawalnego, ale cokolwiek by się robiło, śmierci nie jest się w stanie poznać; dlatego jest przerażenie”.

     Nie pytaj, czy tak jest, bo wiadomo, że tak jest, co nie oznacza, że od tego oczywistego stwierdzenia w zamąconym strachem umyśle przeciętnego człowieka robi się jaśniej, a tylko wtedy mogłoby dojść bodaj do próby zrozumienia tego fenomenu. Jak zwykle wolimy iść na skróty, skróty myślowe, gdyż nasze ja nie zna innej drogi, choć już sama myśl o możliwości doświadczenia tu, za życia, czym jest śmierć, jest absurdalna. Ty też o tym wiesz, ale jak zwykle cierpliwie proces tego najskrytszego chyba pragnienia większości ludzi starasz się wyjaśnić. „To, co jest już doświadczone, jest zgoła czymś innym, aniżeli sam akt doświadczania. Doświadczenie nie znajduje się w obrębie pola doznającego, ale gdy akt doświadczania blednie, pojawia się doznający i doświadczenie, i wówczas ten akt doświadczenia jest wciągnięty w pole znanego. Poznający, doznający pożąda stanu doznawania nieznanego, a ponieważ nie może wejść w ten stan – jest przerażony. Sam jest  tym przerażeniem, strachem, lękiem, […] sam tego strachu narzędziem”.

     I nie warto się obruszać na tak oczywisty fakt, choć z powodu pejoratywnego wydźwięku takiej postawy, tchórzostwo jest ostatnią rzeczą, do której przyznajemy się bez oporów. „Czy jesteście istotą oddzielną od swych cech? Czy nie ma tożsamości pomiędzy wami a waszymi cechami? Czy nie jesteście waszymi myślami, wzruszeniami itd.? Nie jesteście wszak czymś oddzielnym od waszych cech i myśli, jesteście nimi. Myśli stwarzają was, rzekomo oddzielną istność; bez myśli nie ma myśliciela. Widząc, rozumiejąc swą znikomość i przemijalność myśl stwarza myśliciela jako czynnik trwały; i myśliciel staje się wtedy doznającym, analizującym, obserwatorem oddzielnym od przemijającego. Wszyscy pożądamy pewnego rodzaju trwałości, a widząc wszędzie wokół nietrwałość, myśl stwarza myśliciela, który ma być przypuszczalnie trwałym. I ten myśliciel poczyna tworzyć inne, wyższe stany trwałości  – duszę, Atmana*, wyższe ja itd.”.

     Słusznie zauważasz, że jest to już jednak inna kwestia, do której zapewne jeszcze niejednokrotnie powrócisz, ponieważ w tej chwili zajmuje nas dylemat naszego strachu przed śmiercią. „Nie mogąc jej doświadczyć, lękacie się jej. Śmierć jest nieznanym, i obawiacie się nieznanego. Czy tak? Ale czy można obawiać się czegoś, co nam jest nieznane? Jeśli coś jest nam zgoła nieznane, jak można się go obawiać? W istocie nie obawiacie się nieznanego, śmierci, lecz utraty tego, co znacie, gdyż może to sprawić ból, lub odebrać wam coś, wasze samozadowolenie. Czyli to znane wywołuje lęk, a nie nieznane. Jakże może coś, czego nie znamy, wywoływać strach? Nie można tego wymierzyć miarą przyjemności i udręki, jest po prostu nieznane. Strach nie może istnieć sam w sobie, pojawia się tylko w stosunku do czegoś. Obawiacie się znanego, w jego stosunku do śmierci, czy tak nie jest? Ponieważ trzymacie się kurczowo znanego doświadczenia, przeraża was to, co przyszłość może przynieść. Ale to, co może być, przyszłość, jest jeno reakcją, spekulowaniem, odwrotnością tego, co  jest”.

     To prawda, że nie staramy się poznać tego, co jest, nie mówiąc o podejmowaniu prób jego zrozumienia, a jeszcze rzadziej otwieramy skrytkę rzekomo znanego, by zajrzeć do jej wnętrza, bo obawiamy się tego, co tam możemy odkryć. „Czy większość z nas nie obawia się spojrzeć w siebie? Może się tam odkryć niezbyt przyjemne rzeczy, więc lepiej nie patrzyć, wolimy nie znać tego, co jest. Obawiamy się nie tylko tego, co może być w przyszłości, ale i tego, co można odkryć teraz, w czasie teraźniejszym. Obawiamy się poznać siebie takimi, jakimi jesteśmy, i to unikanie tego, co jest, sprawia, iż boimy się tego, co może być. Podchodzimy z lękiem do tzw. znanego, równie jak do nieznanego, do śmierci. Przyczyna unikania tego, co jest, to pożądanie samozadowolenia. Wciąż chcemy zabezpieczenia, nieustannie pragniemy, aby nas nic nie niepokoiło; to owa chęć uniknięcia wszelkiej przykrości, wszelkiego niepokoju, jest przyczyną naszego uchylania się i uciekania od tego, co jest, i od tego, co może być. Strach jest nieuznawaniem tego, co jest, i całe nasze życie upływa w stanie tego nieustającego lęku”.

     Dzięki twoim naukom już wiemy, jak się od niego uwolnić, ale powtórz to raz jeszcze. „Aby móc uwolnić się od czegoś, trzeba to zrozumieć. Trzeba wiedzieć, czy jest to strach, czy tylko chęć niewidzenia. To pragnienie niewidzenia rodzi lęk; a jeśli uchylamy się od zrozumienia tego, co jest, strach działa jako środek ochronny. Można prowadzić życie pełne samozadowolenia, uchylając się starannie od wszelkiego wnikania w to, co  jest; wielu ludzi tak właśnie czyni; ale nie są szczęśliwi, nie są nimi także ci, którzy się bawią powierzchownym badaniem tego, co jest. Tylko ludzie w swym badaniu poważni mogą być świadomi szczęścia, i tylko ci są wolni od lęku”. Ale pytanie, jak zrozumieć to, co jest, i ja pragnąłbym ci zadać, choćby dlatego, że chcę uniknąć wszelkiej spekulacji. „Trzeba widzieć to, co jest, w zwierciadle stosunku do wszystkiego, co istnieje. Nie można zrozumieć tego, co jest, zamykając się w sobie, w izolacji, w odosobnieniu; nie można go też zrozumieć, jeśli w nas jest obserwator, który interpretuje, który przyjmuje lub odrzuca. To, co jest, może być zrozumiane tylko wówczas, gdy myśl jest biernie cicha, gdy nie stara się działać i wpływać na to, co jest”. Po stokroć wiem, że być odbiorczo świadomym jest strasznie trudno, że jest to trudne, dopóki działa myśl… 

     Chyba już o tym mówiłem, ale powtórzę raz jeszcze: sam nigdy nie bałem się śmierci i często wychodziłem jej naprzeciw, ryzykując wielokrotnie utratą życia. Moja matka popełniła samobójstwo, ja też kilka razy byłem bliski podjęcia takiej decyzji – ostatecznej tylko dla mnie i zapewne dla niewielkiego kręgu najbliższych osób, ponieważ moja śmierć w powszechnym istnieniu pozostałaby czymś błahym, niezauważalnym. Dziś byłoby to możliwe jedynie w sytuacji choroby, która nie dawałaby mi szansy na godne życie. Godne, gdyż samo życie w sensie wegetacyjnym nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Chciałbym umierać jak David Hume – radośnie, przy dźwiękach muzyki, pośród ucztujących przyjaciół. To on jako pierwszy stwierdził, że świadomy obraz świata tworzy się w nas w znacznej mierze pod wpływem nawyków i emocji, co dało początek psychologii zachowań irracjonalnych, szczególnie uderzających w naszym stosunku do śmierci…

*Atman = brahman: jeden z terminów będących kwintesencją „Upaniszad”, bardzo bliski pojęcia „absolut”; istnieje sam w sobie i dla siebie, z przestrzenią i czasem, dobrem i złem, jako absolutna całość, jedynie prawdziwa i wieczna.

                                                   Cdn.

12:27, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 13)

     Po raz kolejny mówisz o kwestiach związanych z dążeniem do władzy, pominąłbym więc rozdział zatytułowany W pogoni za władzą, gdybyś nie poprzedził go obrazkiem rodzajowym, który może wprawić w zdumienie nawet kogoś, kto już od dłuższego czasu próbuje podążać za tokiem twoich myśli. Krowa gospodarska rodziła; dwie czy trzy osoby, które się nią zwykle zajmowały, karmiąc, czyszcząc i dojąc, były teraz przy niej. Patrzyła na nie bacznie, a gdy któraś się oddalała, przywoływała je z powrotem lekkim muczeniem… Ci ludzie zdawali się być dla niej ważniejsi od dziecka, które właśnie się urodziło! Czyżby to miała być przypowieść? A może po prostu wstęp do stwierdzenia: matka poprzez swoje dziecko też dąży do władzy? Względnie do pytania: dlaczego hołdujemy autorytetom?

     „Dawniej autorytet księdza miał władzę nad nami, teraz jest to autorytet specjalisty, eksperta. Czy nie zauważyliście, jak się traktuje człowieka z tytułem, ze stanowiskiem, o pewnej władzy wykonawczej? Władza w różnej formie zdaje się dominować w naszym życiu: władza jednostki nad grupą ludzi, używanie jednego przez drugiego, lub używanie siebie wzajemnie”. Oczywiście robi się to dla obopólnej korzyści, obopólnego samozadowolenia. „Potrzebuje się głosów wyborczych, aby się znaleźć u władzy; używa się ludzi, by osiągnąć coś, o co nam chodzi, a oni potrzebują tego, co się im obiecuje. Kobieta potrzebuje mężczyzny, a mężczyzna kobiety. Nasze obecne stosunki opierają się na potrzebie i użyciu. Taki stosunek jest w samej swej naturze brutalny, dlatego też u samych podstaw naszego społeczeństwa jest brutalność i gwałt”.

     I w stosunkach międzynarodowych, i w życiu jednostek dzieje się  podobnie, przeto i skutki muszą być podobne. „Stosunki wzajemne są wówczas procesem samoizolacji, odosabniania się i dezintegracji”. O tym, że ta diagnoza jest słuszna, nie trzeba nikogo przekonywać, choć zapewne każdy z nas wyciągnie z niej inne wnioski dla siebie, gdyż potrzeba samozakłamania jest w nas równie silna jak potrzeba samozadowolenia na różnych poziomach naszej istoty. „Mówić o pokoju jest całkowitym nonsensem, dopóki stosunek z jednym człowiekiem, czy z wieloma, będzie opierał się na potrzebie i użytkowaniu; taki stosunek prowadzi nieuniknienie do władzy, do przewagi siły”. Rodzi brutalność, gwałt i udrękę. „Władza i siła, idei czy miecza, są sobie podobne, są destrukcyjne. Idee i wierzenia sprawiają, że człowiek powstaje przeciw człowiekowi, tak samo jak zmusza do tego miecz. Jedne i drugie – idee, przekonania, wyznania, względnie miecze i szpady są antytezą miłości”.

     Brutalność i gwałt, owszem, ale miecze i szpady, mimo że dla ciebie to tylko figura stylistyczna, są jednak rekwizytami z innej epoki, na co w swej zapowiedzi zwraca uwagę autor jednego z programów na Discovery World: Ludzkość ewoluuje i wraz z nią ewoluuje jej zdolność zabijania… Z każdej epoki będzie jednak to, co stanowi kwintesencję naszej pogoni za władzą: „Każdy stara się ujść od swej własnej niewystarczalności, wewnętrznej pustki i ubóstwa, osamotnienia i oddzielności”. Pytanie, które idzie w ślad za tym, jest tylko retoryczne, bo rzeczywiście bylibyśmy niczym, gdybyśmy potrafili dobrowolnie odsunąć od siebie nasze zdobycze w różnych dziedzinach. „Chodzi wam o zewnętrzne pozory; o to samo chodzi też innym, i z tego wzajemnego starcia powstaje nienawiść i strach, gwałt i destrukcja. […] Ponieważ prawie każdy chce być górą, stworzyliśmy społeczeństwo oparte na gwałcie, walce i wrogości”. A wykorzenienie tego wszystkiego w sobie jest takie proste – wystarczy nie żywić ambicji, chciwości, żądzy władzy, stanowisk i sławy, pozostając chętnie tym, czym się jest, prostym i nikim!

     W każdym razie mnie wydaje się to proste i chyba już dość daleko zaszedłem na tej drodze, skoro pytanie: Co za korzyść z mojej przemiany, jeśli pozostali się nie zmienią? nie mogłoby zrodzić się w mej głowie, gdyż dzięki tobie wiem, że ten drugi, ten inny, to ja sam! To samo dotyczy tego, co nazywamy światem. „Świat to wy sami; wy jesteście zasadniczym problemem; problemy nie są od was oddzielne, świat jest projekcją was samych. Nie może się przemienić, zanim nie przetworzycie się wy. Szczęście jest w przetwarzaniu się, a nie w zdobywaniu i gromadzeniu. […] Dopóki więcej jest miarą szczęścia, wynikiem będzie zawsze konflikt, nędza, rozczarowanie. Szczęście nie jest wspomnieniem, jest stanem, który się pojawia wraz z prawdą, wiecznie nową, nigdy ciągłą”.

 

     Po raz kolejny mówisz, że starcia, konflikty, rozterki w nas samych będą nieuniknione, dopóki nie nastąpi scalenie pomiędzy wyzwaniami życia a naszą odpowiedzią na nie; i po raz kolejny słucham uważnie, bo może nie dosłyszałem czegoś, co jest dla mnie ważne? Można oczywiście starać się uciec od spraw tego świata, prowadząc życie kontemplacyjne, ale już wiem, że żadna ucieczka nie zbliża nas do zrozumienia istoty naszych rozterek wewnętrznych. „Odosabnianie się, izolacja, choć każdy świadomie lub nieświadomie do niej po swojemu dąży, nie rozwiązuje bynajmniej naszych trudności; odwrotnie, tylko je wzmaga, zasila, powiększa. Staramy się zrozumieć, jakie czynniki nas ograniczają i zacieśniają, stwarzając dalsze walki i rozterki. Zdajemy sobie sprawę tylko z konfliktu, z przyjemności lub cierpienia, a naszego ograniczenia nie jesteśmy świadomi”.

     A nawet kiedy to sobie po części uświadamiamy, przyczyn własnego ograniczenia upatrujemy w czynnikach zewnętrznych: wpływie środowiska i społecznego otoczenia, w którym się wychowujemy, względnie kulturowych, ekonomicznych i politycznych ciśnień, którym podlegamy. „Te wpływy są przez nas samych stworzone, czyż nie? Społeczeństwo jest wypadkową stosunku człowieka do człowieka, jest to oczywiste. A stosunek ten opiera się na potrzebie, użytkowaniu, wygodzie, zaspokajaniu swych zachcianek, i to wszystko wytwarza wpływy i wartości, które nas obowiązują i wiążą. To związanie stanowi nasze ograniczenie. Wiążą nas nasze własne myśli i czyny, ale nie jesteśmy tego wcale świadomi… […] Dopóki nie zdajemy sobie sprawy z naszego ograniczenia i zacieśnienia, będziemy stwarzać tylko dalszy chaos i tarcia”.

     Pytanie, które po takim wywodzie musi ci zadać każdy rozmówca, jest oczywiste: „Jak można zdać sobie sprawę z własnego ograniczenia?” A twoja odpowiedź, przynajmniej dla mnie, jest też oczywista: „Nie można być świadomym swego zacieśnienia w abstrakcji, byłoby to tylko werbalne i nie miałoby żadnego znaczenia. Jesteśmy tylko świadomi walki, rozterki. Konflikt istnieje tam, gdzie odpowiedź, jaką dajemy na wyzwania życia, nie jest całkowita i odpowiednia. A konflikt ten jest wynikiem naszego ograniczenia i zacieśnienia. Ograniczenie wynika z przywiązywania się; przywiązania do tradycji, do pracy, do własności, do ludzi, do idei itd. Gdyby nie było tych przywiązań, czy istniałoby ograniczenie? Oczywiście nie byłoby go. Więc dlaczego się przywiązujemy? Jestem przywiązany do mego kraju, gdyż utożsamianie się z nim nadaje mi pewne znaczenie i wartość. Utożsamiam się z moją pracą i staje się ona wielce ważna. Identyfikuję się z rodziną, z własnością, jestem do nich przywiązany, jestem nimi. Przedmiot mego przywiązania staje się środkiem ucieczki od siebie samego, od swej własnej pustki”.

     Wszystko to umacnia jedynie nasze ograniczenia. Przywiązanie się do kogoś, mimo zmiany przedmiotu na podmiot, nie jest niczym innym: ta osoba jest też pomocą w uchodzeniu od siebie, dlatego nabiera niezmiernej dla nas wagi: musimy ją posiąść, musimy ją utrzymać. „Istnieją rozmaite ucieczki na różnych poziomach, w różnych dziedzinach naszej istoty”. Ale bez względu na to, czy formy tych ucieczek są wyższe (praca na rzecz ogółu, poszukiwanie wiedzy lub szczególnych doświadczeń religijnych) lub niższe (szukanie ucieczki w zabawie lub alkoholu), wszystkie są sobie równe, ponieważ ich motyw jest  wspólny. Ale odpowiedzialność za skutki tych ucieczek nie powinna być zbiorowa: każdy z nas musi zdać sobie jasno sprawę z tego, że ucieka i w co ucieka, by móc zrozumieć, dlaczego ucieka, i w konsekwencji poznać własne ograniczenia.

     Tego, że błaha i daremna jest ucieczka od jednej ucieczki poprzez ucieczkę w coś (kogoś) innego, bo jeszcze bardziej nas zacieśnia i uzależnia, doświadczyłem wielokrotnie na własnej skórze, miotając się w coraz bardziej zawężającym się kręgu niby nowych  rozterek i konfliktów, choć dziwnie znajomych. Wprawdzie byłem wystarczająco inteligentny, by zrozumieć, że to uzależnianie się uniemożliwia mi rozumienie w lot wyzwań życia, nie na tyle jednak, by wysnuć z tego wniosek, dla ciebie oczywisty: „Wszystkie ucieczki sprzeciwiają się prawdziwej inteligencji, bo nieuniknienie każda prowadzi do tarć, walk i rozterek”.

      Najstraszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że są one tak bardzo jałowe, marne, pozostające w jaskrawej sprzeczności z naszymi ideałami, którymi tę jałowość, tę marność staramy się przykryć, zamaskować. „Ideał jest fikcją stworzoną przez nasze ja, a usiłowanie stania się ideałem jest uchodzeniem od tego, co  jest. Można zrozumieć to, co jest,  i odpowiednio się do tego ustosunkować tylko wtedy, gdy nie szukamy żadnej ucieczki. Samo rozmyślanie nad tym, co  jest, stanowi wymykanie się odeń; myślenie o jakimś zagadnieniu jest ucieczką odeń, albowiem właśnie umysł nie chce być tym, czym  jest – w lęku przed tym, co jest, szuka różnych ucieczek, a drogą ucieczki staje się myślenie”. Gdybyż to było myślenie, Krishnamurti, nawet względnie jasne, ale to jest ślepa gonitwa myśli, a raczej strzępów myśli, które w ciągłych ucieczkach od tego, co jest, wystrzępiły się jak skrzydła ćmom, podążającym na oślep ku śmiercionośnemu, zamiast życiodajnemu, światłu lampy…

                                             Cdn.

15:38, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 12)

     To ponadczasowe piękno obejmowało każde źdźbło trawy, każde drzewo i wielkie rzesze ćwierkających ptaków; nic nie było od siebie oddzielne, rozbite na cząstki. Dudnienie pociągu na odległym moście było częścią wszechogarniającej ciszy. To wstęp do rozdziału zatytułowanego Śmierć. Równie przejmujący jest opis ciała złożonego na stosie i przykrytego chrustem, by szybciej zajęło się ogniem, który za pomocą palnego łuczywa wzniecił młody chłopiec. Żółtawe jasne płomienie odbijały się na ciemnej powierzchni wody, tuż obok gwiazd. Lekki powiew wiatru ucichł o zachodzie. Słychać było teraz tylko trzask ognia, poza tym panowała cisza. Śmierć była tuż. Płonęła. Pomiędzy tymi ludźmi, jakby zastygłymi w nieruchomości, a żywym płomieniem rozciągała się nieskończona przestrzeń, odległość niezmierzona, wielka, bezbrzeżna samotność. Nie było to coś odrębnego, odciętego, oddzielonego od życia. Początek tu był, zawsze początek. […] Ogrom śmierci, jej bezpośredniość, jakże były blisko! Wraz ze spłonięciem tego ciała umarło się również. Bezbrzeżna, bezmierna samotność, a jednak nie oddzielność, nie odosobnienie. Odosobnienie to umysł, lecz nie śmierć.

     Takim ceremoniom pogrzebowym przyglądałem się podczas pobytu w Indiach wielokrotnie i za każdym razem czułem to samo co ty. Dlatego prosiłem moje dzieci, aby po śmierci kazały skremować moje ciało. Niestety, nie odbędzie się to w owej niezwykłej scenerii, którą opisujesz z taką cudowną naturalnością, na jaką mogą się zdobyć jedynie ci, którzy mają naprawdę coś ważnego do powiedzenia tym, którzy śmierci boją się jak zarazy i chowają swoich zmarłych tak, jakby sami byli już dawno umarli. Obawa śmierci, lęk przed niebytem, czy pytanie, co dzieje się po śmierci, mnie nie dotyczą. Być może dlatego, że jeden z moich przodków był psem, a pies, nawet jeśli nie wierzymy w reinkarnację, ma w sensie egzystencjalnym poważniejsze zmartwienia i tak błahe sprawy nie spędzają mu snu z powiek.

     Lęk przed niebytem musiał jednak dręczyć niejakiego Zhenga, który osadzony w roku 246 p.n.e. na tronie jako trzynastoletni władca ogłosił się później pierwszym cesarzem chińskim, przyjąwszy imię Shi Huangdi. To on  zapoczątkował nie tylko dynastię Qin, lecz także budowę Wielkiego Muru. Zdobywszy absolutną władzę nad wszystkimi istotami żyjącymi w obrębie dawnych Walczących Królestw, ten wielki reformator i równie wielki tyran postanowił zdobyć jeszcze władzę nad tym, co zdawało się być poza zasięgiem nie tylko zwykłych śmiertelników, ale również tych, którzy jak i on uważali się w pewnym sensie za nieśmiertelnych, choć ich doczesne szczątki składane we wspaniałych grobowcach jednak temu przeczyły. Zawołał przeto swego nadwornego medyka i zapytał, czy poza pigułami nafaszerowanymi żywą rtęcią, która jako substancja uznawana wtedy za wieczną miała mu tej wieczności choć trochę udzielić, istnieje coś, co pomoże mu rzeczywiście stać się nieśmiertelnym? Struchlały medyk, bo wszyscy, do których zwracał się boski cesarz, truchleli od razu, jako że najmniejsza oznaka jego niezadowolenia oznaczała dla nich natychmiastowy wyrok śmierci, wybąkał, że w starych księgach mówi się o pewnej roślinie zapewniającej wieczne życie, która rośnie na wyspach zwanych…

     Nie zapamiętałem nazwy tych wysp, zresztą dla cesarza też nie miało to większego znaczenia, gdyż zależało mu wyłącznie na nieśmiertelności, którą ta niezwykła roślina mogła mu zapewnić. Polecił więc medykowi podążyć tam w te pędy i przywieźć ją jak najszybciej. Struchlały medyk struchlał jeszcze bardziej i wyjąkał, że byłby gotów do natychmiastowej podróży, gdyby nie drobny szkopuł: nikt nie wie, gdzie się te wyspy znajdują! Hm, szkopuł rzeczywiście drobny, przynajmniej dla cesarza, który nakazał mu, by nie bacząc na koszty i trudy udał się choćby na koniec świata i wydobył dla niego tę cudowną roślinę nawet spod ziemi. Tak więc medyk wędrował w poszukiwaniu wieczności dla swego władcy po całym świecie, a cesarz przeżuwał w ustach piguły nafaszerowane żywą rtęcią, które w rzeczywistości zdecydowanie skracały mu życie, zatruwając stopniowo cały organizm i wprawiając go w dodatku w obłęd.

     To, że jak równy z równymi zaczął rozmawiać z bogami musiało zaniepokoić co najmniej jego doradcę, który będąc wcześniej jego mentorem zalecał mu przystającą wielkiemu władcy powściągliwość w słowach i gestach, a teraz musiał być świadkiem scen co najmniej dziwacznych, gdy cesarz wdrapywał się nagle z kocią zręcznością na szczyt góry i wrzeszczał stamtąd jak opętany, wygrażając bogom pięścią i obrzucając ich niezbyt wybrednymi  epitetami. W większe zakłopotanie musiało jednak wprawić jego przyboczną świtę inne zachowanie cesarza, gdy z mieczem w ręku rozkazał morzu, choć nie mógł znać Ksiąg Mojżeszowych, by rozstąpiło się przed jego wojskiem, a gdy nie usłuchało, począł w furii siec wodę mieczem! No cóż, trucizna zatruła również mózg, przyspieszając w wieku zaledwie trzydziestu czterech lat zgon cesarza, na który zapewne z utęsknieniem czekał jego truciciel, medyk nadworny, który w innym razie musiałby wędrować po świecie do kresu swoich ziemskich dni…

     Śmierć. Ów wielki cesarz musiał w skrytości ducha przeczuwać, że też jej nie umknie, ponieważ od dawna przygotowywał sobie grobowiec, ale taki, który zapewniłby mu nieśmiertelność po śmierci przynajmniej w sensie materialnym, gdyż został otoczony rzekami wypełnionymi żywą rtęcią, a zatem wiecznością. Na firmamencie niebieskim przypominającym do złudzenia ten, który w normalnym toku spraw ziemskich dane jest oglądać wszystkim śmiertelnikom, migotały czternastokaratowym blaskiem gwiazdy w konstelacjach ustalonych na niebie w chwili jego śmierci. Osiem tysięcy żołnierzy armii terakotowej strzegło dostępu do cesarskiego grobowca, zabezpieczonego dodatkowo całym systemem zasadzek i pułapek. Oprócz pokaźnej gromady jego nałożnic, by żaden śmiertelnik nie mógł wejść w ciała boskością cesarza znaczone, pogrzebano tam żywcem również budowniczych owego podziemnego świata, bo tylko któryś z nich mógł wprowadzić tu intruzów i zaburzyć nie tylko spokój tego miejsca…    

     To wszystko jest jednak dla mnie interesujące jedynie o tyle, o ile potwierdza słuszność twoich słów, Krishnamurti. „Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że chęć ucieczki od faktu śmierci przez taki czy inny rodzaj wierzenia – jak reinkarnacja czy zmartwychwstanie – lub łatwe zracjonalizowanie problemu, jest niemal powszechne. Tak gorąco pragniemy znaleźć jakieś rozumowe, logiczne wytłumaczenie śmierci, jakąś zadowalającą odpowiedź na jej zagadkę, że z całą łatwością wpadamy w różne ułudy”. My, jako zwykli śmiertelnicy, moglibyśmy się usprawiedliwić tym, że w takie ułudy wpadł kiedyś nawet wydawałoby się wszechwładny, ba, boski, tak mu się przynajmniej zdawało, cesarz, choć dla maluczkich, i wtedy, i teraz, chyba najbardziej pocieszająca jest myśl, że wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi.

     Czy bagatelizowanie tego problemu chroni nas jednak od odwiecznego strachu przed śmiercią? „Jakkolwiek uspokajająca może być taka ucieczka, nie przynosi bynajmniej zrozumienia problemu. Sama ucieczka rodzi lęk. Strach pojawia się w samym ruchu uchodzenia od faktu, od tego, co  jest. Wiara, choćby najbardziej pocieszająca, zawiera w sobie zalążek strachu. Odcinamy się od faktu śmierci, bo nie chcemy w nią spojrzeć, a teorie i wierzenia przedstawiają łatwe wyjście. Tak więc, jeśli chcemy odkryć nadzwyczajne znaczenie śmierci, musimy przede wszystkim odrzucić, prosto, łatwo, bez sprzeciwów i oporów, wszelkie pożądanie pociechy i nadziei. Jest to chyba jasne, nieprawdaż?” Aż za jasne, ale nie dla tych, którzy znaczą czernią najdrobniejsze nawet napomknienie o śmierci, a samą śmierć otaczają nieprzeniknionym kirem. Mówimy „czarna rozpacz”; najczarniejsza z rozpaczy jest ta, która rodzi się w obliczu śmierci kogoś bliskiego, lub kogoś, kogo tłumy zwykłych śmiertelników nagle za bliskiego sobie uważają, nie bacząc na przepaść społeczną, dzielącą ich od prezydenta Kennedy’ego czy księżnej Dajany, zapewne w poczuciu wspólnej niedoli zgotowanej przez wspólnego wroga – śmierć…

     Och, pamiętam, że w Japonii śmierć przybrana jest dyskretną bielą, w przeciwieństwie do Meksyku, gdzie chyba tancerze conchero  użyczają jej swoich wyuzdanych kolorów, ale tak czy siak, jeśli nie rozpacz, to przynajmniej nastrój melancholijny śmierci zawsze towarzyszy. I nie jest prawdą, że nadzieja, w takim sensie, w jakim ją pojmujemy, umiera w nas ostatnia. „Czy musi być rozpacz, gdy nie ma stanu, który zwiemy nadzieją? Dlaczego mamy zawsze myśleć w terminach odwrotności, przeciwstawień? Czy nadzieja jest przeciwstawieniem rozpaczy? Jeśli tak, tedy ukrywa w sobie zalążek rozpaczy; taka nadzieja jest zabarwiona lękiem. Jeśli chcemy zdobyć rozumienie, czy nie jest konieczne uwolnić się od tych odwrotności w myśleniu? Stan umysłu ma niezmierną wagę. Ruch rozpaczy i nadziei przeszkadza zrozumieniu, lub przeżyciu śmierci. Ruch przeciwieństw musi ustać. Trzeba zbliżyć się do zagadnienia śmierci z całkowicie nową świadomością, w której zwykły, znany proces rozpoznawczy będzie nieobecny”.

     Nawet nie muszę pytać, na czym ten proces rozpoznawczy się zasadza, ponieważ w różnych kontekstach udzieliłeś już odpowiedzi na podobne pytania wielokrotnie. „Rozpoznawanie jest procesem znanego, wynikiem przeszłości. Obawiamy się wszystkiego, co nie jest znajome, dobrze nam znane. Gdybyśmy znali śmierć, nie byłoby przed nią obawy, ani potrzeby jakichkolwiek tłumaczeń. Ale nie można śmierci poznać, jest to coś zupełnie nowego, nigdy dotąd niedoświadczanego. To, co jest doświadczone, staje się znanym, przeszłością, i właśnie z przeszłości, ze znanego, przychodzi potrzeba rozpoznawania”. Aby śmierć nie była dla nas czymś nieznanym, musimy umożliwić zaistnienie nieznanego w bezpośrednim przeżyciu, z zastrzeżeniem,  że to przeżycie nie może być przechowywane, gdyż wówczas zamienia się ono w pamięć, czyli w ruch rozpoznający, który  tamuje drogę każdemu nowemu doświadczeniu…

     „Wypadki, choroby, starość sprowadzają śmierć, ale w tych okolicznościach nie jest możliwe być w pełni świadomym. Stykamy się wtedy z cierpieniem, nadzieją lub rozpaczą, lękiem przed osamotnieniem. I cała nasza natura świadomie lub nieświadomie buntuje się, walczy odpychając śmierć – nieuniknione. Umieramy ze straszliwym oporem przeciwko śmierci. Ale czy byłoby możliwe bez oporu, bez przygnębienia, bez samobójczych lub sadystycznych tendencji, w pełni życia i umysłowych sił wejść w dom śmierci? Jest to możliwe, jeśli umrzemy dla wszystkiego znanego, dla samego ja. Więc naszym problemem nie jest śmierć, lecz zagadnienie, jak się uwolnić od wiekami nagromadzonych psychologicznych doświadczeń…”

     Gdy mówisz o czynnikach zewnętrznych i wewnętrznych, tworzących i nasilających nasz lęk przed śmiercią, w pierwszym rzędzie o wpływie środowiska z jego tradycją, wierzeniami i kulturą, które nie pozwalają myśli uwolnić się od własnych więzów, przypomina mi się od razu jedna z wysp indonezyjskich, gdzie w każdym domu znajduje się grota śmierci: składa się tam od wieków ocalałe od ognia czaszki najbliższych członków rodziny, z którymi pozostający przy życiu spotykają się niemal codziennie, wpadając na krótką pogawędkę lub przynosząc im ulubione przysmaki; w Siódmej pieczęci Bergmana, gdzie Rycerz gra w szachy ze Śmiercią, chodziło jednak o coś zupełnie innego, nie o oswojenie się ze śmiercią, lecz o próbę odwleczenia groźby śmierci, tego, co było straszne, bo nieznane…

     A jeśli chodzi o czynniki wewnętrzne? Ba, gdyby to było coś, czego myśl nie jest w stanie dotknąć, coś spoza granic umysłu, wolne od jakichkolwiek spekulacji! „Spekulowanie o tym, co jest poza myślą, jest daremne i bezcelowe. Aby to, co jest poza umysłem, mogło zaistnieć, myśl, która jest naszym ja, musi ustać. Myśl musi przestać działać, stać się zupełnie cicha, cichością bez żadnej pobudki ni przymusu. Nie można tego stanu przywoływać. Umysł może dzielić pole swego działania na szlachetne i nieszlachetne, pożądane i niepożądane, wyższe i niższe, ale wszystkie te podziały i poddziały znajdują się wciąż w obrębie tegoż umysłu; więc każdy ruch myśli w jakimkolwiek kierunku jest reakcją przeszłości, czasu – reakcją naszego ja. Ta prawda jest jedynym wyzwalającym czynnikiem: kto tej prawdy nie widzi, cokolwiek by robił, pozostanie w więzach; jego umartwienia, śluby, ćwiczenia, poświęcenia i ofiary mogą mieć socjologiczne znaczenie i przynosić pociechę, ale nie mają żadnego znaczenia w stosunku do prawdy”.

      Filozofia oznacza umiłowanie prawdy. Dla jednych w suchym, pedantycznym, kantowskim znaczeniu, gdzie wszystko opiera się na nieustannym ruchu myśli, która do nieznanego zbliżyć się nawet nie potrafi; dla mnie ma ona smak spęczniałej od soków żywotnych myśli sokratejskiej, wychylającej z całkowitym spokojem nawet kielich cykuty; smaku twojej myśli, Krishnamurti, nie sposób porównać z czymkolwiek dotąd mi znanym – zawiera on jednak zapewne także smak śmierci, nieznanego, które dane mi było najwcześniej pojąć chyba na zasadzie szczęśliwego zbiegu okoliczności, który sprawił, że akurat w tej kwestii myśl moja zawsze była tak cicha jak to tylko możliwe, nawet w przerażającym łoskocie pogrzebowych werbli…

                                      Cdn.

19:23, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 11)

     Ten fragment o konflikcie z synem przytoczyłem celowo, ponieważ sam taki konflikt przeżyłem. I zapewne w głębszym aspekcie byłem jego jedyną stroną. W pewnym momencie nastawiłem jednak baczniej uszu, bo zacząłeś rozpatrywać problem twórczości literackiej, który nadal zaprząta moją uwagę. „Wyraz zależy od twórczości, styl tworzy się w zależności od tego, co mamy do powiedzenia. Jeśli mamy naprawdę coś do powiedzenia, to sama treść stworzy styl. Ale jeśli jest się tylko mistrzem techniki, wówczas nie istnieje żaden żywotny problem”. Nic ująć, nic dodać. Zawiera się w tym najpełniejsze wyjaśnienie tego, dlaczego przed kilku laty postanowiłem zerwać z literaturą, przynajmniej z taką, jaką dotąd uprawiałem. W pewnym momencie uświadomiłem sobie bowiem, że stałem się mistrzem techniki, bo w najdoskonalszą formę mogłem przyoblec właściwie wszystko, choć w istocie nie miałem już nic do powiedzenia.

     Rzecz jasna, wiedziałem to tylko dla siebie; innym musiały wystarczyć wyjaśnienia, które składałem w złej wierze, ponieważ przyznanie się do niemocy twórczej jest równie trudne, jak przyznanie się do impotencji. Na tę niemoc złożyło się wiele czynników, z których najważniejsze były jednak te tak akcentowane przez ciebie nie tylko w poprzednim akapicie: wewnętrzne konflikty i tarcia, objawiające się także na zewnątrz i po odbiciu się tam wracające znowu do wewnątrz, co w pewnym momencie skłaniało mnie do wyciągnięcia mylnego wniosku, że pochodzą one wyłącznie ze świata zewnętrznego, gdyż tak się to wszystko we mnie wymieszało. Odkąd mogę sięgnąć pamięcią, otaczały mnie one kręgami, które jednocześnie przechodziły przeze mnie, tak iż w końcu przeniknęły całą mą istotę i przesłoniły mi cały świat. Najgorsze było jednak to, że  z tego zamętu nic sensownego zrodzić się nie mogło, żaden gwiaździsty dyjament z bezpłodnego ognia, który mnie trawił i spopielał. Pełna świadomość przy niemożności przeciwstawienia się temu stanowi rzeczy powodowała bowiem we mnie kolejny zamęt, w którym było wszystko poza jasnością i zrozumieniem…

     „Czy konflikty na jakimkolwiek polu stworzą rozumienie? Czy nie istnieje nieprzerwany ciąg konfliktów w woli bycia i stawania się w sensie pozytywnym, czy też w wysiłku, by czegoś uniknąć? Czy przyczyna konfliktu nie staje się skutkiem, który kolejno zmienia się w przyczynę? Nie można się od konfliktów uwolnić, zanim nie zaistnieje rozumienie tego, co jest. A to, co jest, nie może być nigdy zrozumiane przez pryzmat idei; trzeba doń podchodzić na nowo, na świeżo. Jako że to, co  jest, nie jest nigdy statyczne: umysł nie powinien być zniewolony przez wiedzę, ani ideologię, czy wierzenia, ani przez określoną konkluzję. Z samej swej natury konflikt dzieli, jak każda opozycja; a czy wyłączanie, oddzielanie, nie jest czynnikiem destrukcyjnym? Wszelki rodzaj władzy, jednostki czy Państwa, każde usiłowanie, aby stać się czymś więcej, lub uniknąć czegoś, jest procesem dezintegracji”. Słusznie zakłada twój rozmówca, że można wiedzieć, co jest złe, ale to nie znaczy, że wie się, co jest dobre, i że przez negację nie można dojść do scalenia gdyż cechuje ją  powierzchowność osądu zakorzenionego wyłącznie w sferze werbalnej, stąd jej kategoryczność. A według ciebie jedynie dogłębne zrozumienie czynników wiodących do destrukcji może sprawić, że zacznie dokonywać się w nas scalenie. „Nie można do scalenia dojść, ani osiągnąć je; dojście będzie śmiercią. Nie jest ono celem, końcem, stanem bytu; jest ono żywe, a jak rzecz żywa może się stać zamiarem i celem?

     Pragnienie osiągnięcia integracji nie różni się niczym od wszelkich innych pragnień;  a wszystkie one są przyczyną konfliktów. Gdy ich nie ma, scalenie staje się samo. Jest ono stanem całkowitej, absolutnej uwagi, a całkowita uwaga nie może zaistnieć tam, gdzie jest wysiłek, konflikt, opór czy koncentracja. Koncentracja jest utrwalaniem, zatrzymywaniem, jest to proces oddzielania, eliminowania, a całkowita uwaga nie może zaistnieć tam, gdzie jest wykluczanie czy wyłączanie czegoś. Wyłączanie czegoś jest zacieśnianiem, a to, co jest ciasne, nie może nigdy być świadome pełni ani całości. Całkowita uwaga nie jest również możliwa tam, gdzie istnieje potępianie, usprawiedliwianie czy utożsamianie się, lub gdzie myśl jest zaciemniona przez konkluzje i wnioski, spekulacje i teorie. Tylko gdy dogłębnie zrozumiemy przeszkody, może zaistnieć wolność. Wolność dla więźnia jest abstrakcją, ale bierna czujność odsłania nam te przeszkody, a gdy się od nich uwolnić – pojawia się scalenie”. W takim ujęciu wolność jest nadal dla mnie abstrakcją, choć wiem, że nigdy nie byłem tak bliski wyjścia z wewnętrznego więzienia jak teraz…

                                                 Cdn.

19:36, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 10)

     Bydło wracało z pastwisk, popędzane przez małego chłopca. Nie mógł mieć więcej jak dziesięć lub dwanaście lat, a choć cały dzień spędził sam przy stadzie, śpiewał teraz ochoczo, od czasu do czasu popędzając krowy, które opóźniały się lub odłączały od reszty. Uśmiechał się i ciemna twarzyczka cała się rozjaśniała. […] Nie zdawał sobie sprawy, że jest sam, zapewne nigdy nie przyszło mu to głowy, ani go to przygnębiało, po prostu był sam i był radosny… Równie rzadko jak ta cudowna cisza, o której mówiłeś wcześniej, spływa na nas przedziwna radość, też nie mająca racjonalnego podłoża. Radość wypływająca jakby sama z siebie, której źródłem nie są nigdy zdarzenia zewnętrzne czy inni ludzie, nawet najbardziej nam bliscy.

     „Być radosnym z powodu czegoś równa się nieradości. A w szukaniu zadowolenia i radości w stosunkach z ludźmi ukrywa się lęk; radość zależna od ludzi jest tylko samozadowoleniem. Radość jest stanem nieuzależniania się”. Od czegokolwiek, bądź kogokolwiek. Jakie zatem warunki muszą zostać spełnione, by rzeczywista radość mogła zaistnieć? „Wolność jest i musi być zawsze u początków; nie jest ona końcem, ani celem do osiągnięcia. Nie można być wolnym w przyszłości”. Radość rzeczywista musi mieć ścisły związek z rzeczywistością, z tym, co dzieje się teraz, a jej wyłącznym źródłem jest tak niełatwy do osiągnięcia stan biernie czujnej świadomości tego, co  jest.

      Jednakże bez scalenia naszej natury jest to na pewno niemożliwe, a czy możliwe jest wytworzenie scalonej jednostki ludzkiej poprzez odpowiedni system wychowania? Wprawdzie mówisz, że jest to możliwe, ale na pewno w jakiejś mitycznej Arkadii, a nie w dzisiejszym świecie, gdzie wszystkie społeczeństwa potrzebują nie całkowitych, scalonych ludzkich indywidualności, lecz jednostek o bardzo powierzchownej jednolitości, poddających się posłusznie wszelkim nakazom i zakazom i godzących się na całkowite ograniczenie w imię tak zwanego dobra wspólnego.

     Ten nietzscheański, najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów, który zwie się Państwem, i który łże we wszystkich językach dobra i zła, miałby nagle w proteście przeciw błędnemu systemowi wychowania kroczyć w jednym szeregu z tymi, którzy na swoich sztandarach wypisali hasło: SPOŁECZEŃSTWO ISTNIEJE DLA JEDNOSTKI? Nietzsche powiedział bez ogródek to, o czym też doskonale wiedziałeś, że człowiek zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się Państwo, zainteresowane wyłącznie masową produkcją obywateli; jego nadczłowiek był wszak twoją w pełni scaloną ludzką istotą…

     Niestety, wszystkie społeczeństwa, jakie do tej pory istniały, potrzebowały przede wszystkim jednostek społecznie użytecznych, a w dzisiejszym świecie, stechnicyzowanym do granic możliwości, potrzebują jedynie użytecznych i sprawnych maszyn, których roboty na razie zastąpić nie potrafią. Miałeś szczęście, że nie dożyłeś chwili, gdy system wychowania, któremu byłeś tak przeciwny, święci największe w dziejach ludzkości triumfy. Ostrzegałeś wprawdzie przed niebezpieczeństwem kopiowania, i słusznie, ale nie mogłeś przewidzieć, że nad ludzkością zawiśnie o ileż groźniejsza groźba klonowania jednostek w pełni scalonych wyłącznie z programem genetycznym opracowanym przez naukowców pozostających w służbie owego Najzimniejszego Ze Wszystkich Zimnych Potworów.

     Obawiam się, że przy żadnej z prób stworzenia doskonałego programu dla tej złowieszczej wizji twój głos nie będzie brany pod uwagę. Jednakże dla istniejących jeszcze jednostek niedostosowanych społecznie, takich jak ja, jest on nadal aktualny i pouczający. „Kopiowanie, naśladownictwo jest bez wątpienia procesem dezintegracji; czy właśnie nie to dzieje się teraz w świecie? […] Trzymamy się ideologii, uczęszczamy na masowe polityczne zebrania; istnieją masowe rozrywki sportowe, masowe nabożeństwa i masowa hipnoza. Czy to są oznaki integracji, scalenia? Dopasowywanie się to nie scalenie”. Dyscyplina, dyscyplina, nienawidzę tego słowa, jeśli ma ono na celu konieczność dostosowania się do jakiegoś społecznie użytecznego ideału, lub naśladowania społecznie użytecznego, rzecz jasna, autorytetu. To, że rodzi ona opór czy opozycję (opór jest opozycją), jest, choćby na moim przykładzie, oczywiste. „Dyscyplina jest procesem izolacji; czy jest to odosobnienie pewnej grupy, czy indywidualnej jednostki”. Jest zatem, wbrew swemu założeniu, procesem dezintegracji społecznej…

     „Dlaczego dostosowujemy się? Nie tylko dla fizycznego bezpieczeństwa, ale także dla psychologicznej wygody i zabezpieczenia się”. Przed czym? Przed wszelką niepewnością. Niepewnością jutra, ale także niepewnością siebie. Zamiast przyjemna mówimy dręcząca niepewność; w szczęśliwości trwać pragniemy wiecznie, ale przenigdy w niepewności, która jest przecież brakiem bezpieczeństwa, a przeto musi budzić w nas lęk. „Strach przed niepewnością skłania nas, aby tak zewnętrznie, jak i wewnętrznie dostosowywać się”. To właśnie ten strach jest podstawą wszelkiej dyscypliny, która jest zawsze, świadomie lub nieświadomie wynikiem strachu, będącego jednym z czynników wiodących do dezintegracji.

      „Rozumienie nieprawdy jako nieprawdy, widzenie prawdy w nieprawdzie, widzenie prawdy jako prawdy, oto początek mądrości. Nie jest to kwestia zamiany. Nie można zastąpić strachu czymś innym, a jeśli to uczynicie, strach pozostanie. Można go z powodzeniem przykryć, zasłonić, lub od niego uciekać, ale on pozostanie. Ważne jest całkowite wyeliminowanie strachu, a nie znajdowanie czegoś zastępczego. A dyscyplina w jakiejkolwiek formie nigdy nie uwolni od strachu. Trzeba obserwować strach, badać go i zrozumieć; nie jest on abstrakcją, przychodzi tylko w stosunku do czegoś, i właśnie ten stosunek musi być zrozumiany”. Mówisz to nadal w kontekście systemu wychowania, ale dostrzeżemy bez trudu, że można i należy odnieść te słowa do wszelkich możliwych kontekstów ludzkich zachowań…

 

     Robimy wszystko, żeby nie zasłużyć sobie na miano barbarzyńców. Wcześniej rozkwit szkół wyższych, bibliotek, sal koncertowych, galerii sztuki, przybytków muzealnych wszelkiego rodzaju, gdzie eksponuje się między innymi dawne sale tortur, a ostatnio masowy dostęp do Internetu ma świadczyć o tym, że barbarzyńcami przestaliśmy być już dawno. Chyba jednak nie, skoro mówisz, że zabijanie drugiego człowieka jest szczytem barbarzyństwa. Wprawdzie ostatnia wojna światowa skończyła się przed półwieczem, ale wojny lokalne, których ofiarami padają miliony ludzi, wybuchają i toczą się bez przerwy, nawet podczas trwania igrzysk olimpijskich, bez rozejmu obowiązującego w okresach największego ponoć barbarzyństwa, kiedy jednak ucichał szczęk oręża.

     Współczesnymi barbarzyńcami nie są ludzie zazwyczaj niepiśmienni, stroniący od kultury zwanej wysoką etc., wprost przeciwnie: niedawno postawiono przed Trybunałem w Hadze pana doktora Karadzićia, odpowiadającego za zbrodnie ludobójstwa w Bośni, który w okresie ukrywania się przed międzynarodowym wymiarem sprawiedliwości jeździł po swojej ukochanej Serbii z wykładami na temat tego, jak należy żyć, by czuć się szczęśliwym. Są to jednak sytuacje i postawy skrajne, których źródłem nie są może czynniki aż tak spektakularne, lecz równie dla człowieka destrukcyjne: wewnętrzne konflikty i tarcia. „W tej chwili mamy konflikt na wszystkich poziomach naszego życia, świadomy lub nieświadomy. […] Nasza nieustająca walka jest przeciwstawianiem tego, co jest, temu, co powinno być; pomiędzy tezą a antytezą; przyjęliśmy konflikt jako nieunikniony, i owo nieuniknione stało się normą, zostało przyjęte jako słuszne – choć może właśnie jest fałszywe.

      Czy może to, co jest, być przetworzone przez konflikt w jego odwrotność? Jestem tym, walczę, by być  tamtym, co jest odwrotnością pierwszego, ale czy przez to je przetworzyłem? Czy odwrotność, antyteza, nie jest zmodyfikowaną projekcją tego samego, tego, co  jest? Czy odwrotność nie ma w sobie zawsze elementów swego przeciwieństwa? Czy można zrozumieć to, co jest, przez porównania? Czy jakikolwiek gotowy wniosek o tym, co jest, nie stanowi przeszkody w zrozumieniu go? Jeśli chcemy coś zrozumieć, czy nie musimy obserwować tego i badać? A czy można swobodnie badać, jeśli mamy już gotową o tym opinię: za, albo przeciw? Jeśli chcecie zrozumieć syna, czy nie należy go obserwować, nie potępiając ani nie utożsamiając się z nim? Jeśli jesteście w konflikcie z synem, jest oczywiste, że go nie rozumiecie. Czy więc konflikt jest potrzebny do zrozumienia?”. Tyle pytań – i ani żadnej odpowiedzi, która mogłaby im zaprzeczyć, co mogłoby świadczyć o tym, że okres konfliktów i tarć wewnętrznych mam już za sobą, choć oczywiście absolutnie o tym nie świadczy…

                                                 Cdn.

14:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 9)

     Niedawno był okrutny pożar wśród tych wzgórz i dzikie zwierzęta wywędrowały dalej; obecnie jednak niektóre wracały… Granatowe sroki, głośne i kłótliwe, brązowe sarny, żywe i czujne, podstępne kojoty w kolorze skał, wśród których się czaiły. Teraz przeszła przez drogę przepiórka chyba z tuzinem małych, zachęcała je łagodnie, prowadząc ku gęstwinie krzaków. Były to okrągłe złotawo szare kłębuszki delikatnego pierza, tak bezbronne w tym niebezpiecznym świecie… Wiadomo, że te wszystkie zwierzęta łączy poczucie śmiertelnego zagrożenia, ale co łączy ludzi? Poczucie śmiertelnego zagrożenia też, gdyż to jest to zwierzęce, co nas łączy, stwierdza szwedzki poeta Sandro Key-Åberg, a jego wcześniejsza konstatacja, że nawet pod błękitem myśli, w tym naszym niby wyższym świecie jest niemal tyle samo zwierzęcości, co w świecie niższym, rządzonym przez instynkty, wytrąca nas z błogiego przekonania, że dzięki myśleniu wznieśliśmy się ponad zwierzęcość, stając się panami wszelkiego stworzenia. Inne konstatacje poety odzierają nas z reszty złudzeń, okazuje się bowiem, że rozdziela nas nie to, co zwierzęce w nas, lecz to, co ludzkie, i że człowiek zapada się w to, co zwierzęce, wówczas gdy dosięga dna w drugim człowieku!

     Jest to zresztą zgodne z wieloma twoimi stwierdzeniami, Krishnamurti, myślałem jednak, że ludzi łączą  przynajmniej powszechne idee. I kolejne zaskoczenie, bo mówisz, że idee nas nie łączą: „Możemy zejść się razem dla wygody, albo z potrzeby, z nienawiści lub nabożności, oraz w niebezpieczeństwie, ale żaden z tych czynników nie utrzymuje nas razem. Wszystkie muszą odpaść od nas, abyśmy zostali sami. W tej samotności jest miłość i właśnie ona utrzymuje nas razem”. Miłość? Twój rozmówca twierdzi i według mnie słusznie, że raczej ambicja, chciwość, zawiść rządzą większością ludzi i mimo iż są one okrutnymi wrogami człowieka, wydaje się, że nie można bez nich żyć. Poszczególnym jednostkom niekiedy udaje się osiągnąć stan takiej miłości do ludzi, że zostają świętymi. Myślę choćby o Bracie Albercie, który mówił, że powinno się być dobrym jak chleb…

     Ja takiego stanu na pewno nie osiągnę, ale jak w ogóle można go osiągnąć? Jak w człowieku z natury ambitnym, chciwym i zawistnym może dokonać się tak ogromne przeobrażenie wewnętrzne? Zapewne aktem wiary, Brat Albert nie miałby w tej kwestii żadnej wątpliwości, nie aktem woli, która, jak mówiłeś już o tym wielokrotnie, jest skoncentrowanym pragnieniem, a zatem jego wytworem, i jako taka nie może sprowadzić zasadniczej przemiany. W twoim rozumieniu wolność od uczuć wprawdzie niskich, ale górujących w człowieku, „przychodzi nie przez tarcia przeciwieństw, rodzi się wraz ze zrozumieniem tego, co jest; ale to nie jest możliwe, dopóki nas obchodzi zmiana tego, co jest.  Dla ciebie ważne jest jak zwykle jasne zrozumienie tego złożonego procesu, a nie pytanie, jak się od jego negatywnych następstw uwolnić. Okazuje się bowiem, że same działania z pobudek nawet najbardziej szlachetnych i idealistycznych nie wystarczą…

     Bez jasnego zrozumienia – chciałoby się rzec: poza rozumieniem w tym sensie, w jakim my je pojmujemy, nawet nie wyobrażając sobie możliwości wykluczenia intelektu z tego procesu – wszelka zmiana może być jedynie powierzchowna i błaha. „Im bardziej walczymy z jakimś głęboko zakorzenionym przyzwyczajeniem, tym więcej je zasilamy”. Zdawanie sobie sprawy z jakiegoś  przyzwyczajenia, bez natychmiastowej chęci zastąpienia go innym, na pewno podobnym i równie dla nas szkodliwym, jest jedyną możliwością zerwania z nim. Już w porzekadle, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, kryje się potwierdzenie wtórności tego stanu dla tego, co wprawdzie niezbyt potocznie, ale pięknie nazywamy naszą istnością, czyli egzystencją, która powinna być skupiona oczywiście na teraźniejszości. To twoja mantra, którą my też musimy powtarzać.

     „Przeszłość nie może nigdy powrócić, a przyszłość jest nie do przewidzenia, więc pozostaje nam tylko teraźniejszość. A odpowiednio ustosunkować się do teraźniejszości można tylko wtedy, gdy myśl jest wolna od ciężaru pamięci; jeśli jesteśmy wolni od wspomnień o przeszłym i nadziei na przyszłość. Gdy myśl skupia się na teraźniejszym, bez żadnych porównań, wówczas jest możliwość zaistnienia innych wartości”. A przede wszystkim możliwość zbadania naszego obecnego stanu, bo od tego trzeba zacząć, by te inne wartości mogły w nas zaistnieć. „Gdy myśl jest zajęta naszą własną udręką, nadzieją, lękiem, nie ma w niej miejsca na swobodę. Zamykający się proces myślowy tylko obezwładnia i zacieśnia nasz umysł; i tak się zamyka zaczarowany krąg”. Dla mnie nadal zaczarowany, choć jego odczarowanie wydaje się być tylko kwestią czasu, mimo iż nie w czasie ten proces musi się odbyć, a na pewno nie w czasie przeszłym, bądź przyszłym…

     „Nasze ja ze swymi absorbującymi zajęciami stwarza swe własne udręki i trudności, które oddziaływają na ciało, a przejmowanie się niedomaganiami ciała stwarza dlań dalsze trudności. Nie znaczy to, że należy lekceważyć zdrowie, ale zbytnie przejmowanie się zdrowiem, jak i prawdą czy ideami, tylko utwierdza myśl w jej własnej ciasnocie”. Na ten fragment twego wywodu zwróciłem szczególną uwagę. Kilka lat temu, właśnie w wyniku owych „absorbujących zajęć” mego ja, stan mego zdrowia, dotąd wyśmienitego, zaczął pogarszać się gwałtownie, tak że w pewnym momencie byłem bliski śmierci, nie wspominając o poprzedzającym tę kulminację sześciomiesięcznym okresie, w którym nie mogłem nawet chodzić. Lekarze byli bezradni, a ich diagnozy dopełniane coraz większymi dawkami leków jedynie pogarszały mój stan. W końcu wyrzucili mnie ze szpitala na noszach. Gdy majaczący i z trudem łapiący oddech znalazłem się w swoim lodowatym pokoju, bez leków, bez jedzenia i bez żadnej opieki, nastąpił cud. Cud jasności zrozumienia mego rzeczywistego stanu, po którym miałem oczyszczony umysł, oczyszczone ciało, a pełny powrót do zdrowia nastąpił już po miesiącu.

     Jedynym moim lekiem była dziko rosnąca za oknem pokrzywa, no i potężny dąb, prawie wypełniający całą widzialną przestrzeń, z którego czerpałem żywotne soki. „Pomiędzy zaabsorbowanym a aktywnym umysłem istnieje duża różnica. Czynny umysł jest cichy, świadomy i nie zajęty wyborem”. Wtedy czułem to całym sobą –  bez żadnego wysilenia, bez żadnych pragnień, a myśli moje, skąpane w tej cudownej jasności i bujające kędy chciały, nie sprowadzały na mnie żadnych udręczeń. Dostąpiłem przeto już raz łaski takiego stanu, który nazwałeś obudzonym, ale dopiero teraz to sobie uświadomiłem. Może dlatego, że cisza myśli trwała stosunkowo zbyt krótko?

     Nie pytam, czy mogę ten stan odzyskać, nawet sposobem cudownym, ponieważ wiem, co mi odpowiesz, Krishnamurti. „Czy można ciszę kultywować, pielęgnować i starannie zasilać? A kto będzie tym kultywatorem? Czy jest on odmienny od całokształtu naszej istoty? Czy istnieje cisza myśli, gdy jedno pragnienie ma przewagę nad innymi, lub gdy powstaje opór przeciw nim? Czy istnieje cisza, gdy umysł jest ćwiczony, opanowywany, kształtowany? Czy to wszystko nie zawiera w sobie pojęcia o tzw. wyższym ja, które sądzi, wybiera, kieruje? A czy istność taka rzeczywiście istnieje? Jeśli tak, czy nie jest ona wytworem myśli? Myśl, która dzieli się na wyższe, trwałe i przemijające, jest wciąż jeszcze wytworem przeszłości, tradycji, czasu. I w tym podziale widzi swe własne zabezpieczenie. Myśl, lub pragnienie, stara się teraz znaleźć swe zabezpieczenie w ciszy, więc pyta o metodę lub system, który ją zapewnia. Zamiast światowych dóbr pożąda teraz przyjemności ciszy, i stwarza przez to konflikt pomiędzy tym, co  jest, a tym, co  powinno  być. Nie ma ciszy tam, gdzie jest konflikt, opór, stłumienie”. Wiem, że nie można starać się o ciszę, gdyż nie może być ciszy, dopóki istnieje ten, kto się o nią stara, kto usiłuje ją osiągnąć, ale chyba jestem gotów na zapytanie siebie: czy cała moja istota może być cicha? Czy całość mego umysłu, tak świadomego, jak i podświadomego, może być cicha? Nie wiem, ale jestem na to gotów, choćby dlatego, że w pewnym momencie  zacząłem czuć, że jest to możliwe…

                                        Cdn.

22:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 8)

     Był cichy wieczór, na jeziorze widać było białe żagle. W dali widniał śniegiem pokryty szczyt, zdawał się jakby zawieszony w błękicie nieba…  Na tak wyciszonym tle rozpatrujesz właściwości pożądań i pragnień. Wydaje mi się, że te pierwsze kojarzą się nam przede wszystkim z silnym pociągiem fizycznym, żądzą, choć słownik języka polskiego plasuje takie znaczenie tego słowa na drugim miejscu A może przemawia przeze mnie mężczyzna, dla którego pożądać kobiety jest równoznaczne z pożądać szczęścia? Odejdźmy jednak od tej dygresji, zapewne niepotrzebnej, choć nauczyłeś mnie już, że nasze oceny rzadko bywają słuszne.

     Tym razem rozmawiasz z kimś innym, postanowiłem jednak włączyć się w tok tej rozmowy, ponieważ twój rozmówca zdaje się niekiedy mówić prawie moim głosem: „Odkąd mogę zapamiętać, miałem zawsze nieustające konflikty, przeważnie w sobie, choć czasem przejawiające się na zewnątrz”. Już chciałem wtrącić, że w moim przypadku akcenty należałoby rozłożyć na odwrót, bo u mnie konflikty przejawiające się na zewnątrz były co najmniej równie częste, a na pewno gwałtowniejsze i wyrządziły mi znacznie więcej szkody, jednakże po dłuższym namyśle już nie jestem tego taki pewien. „Niewiele sobie robię z tarć zewnętrznych, gdyż nauczyłem się dostosowywać do warunków. To dostosowywanie się było jednak ciężkie, bo niełatwo daję się przekonywać, a tym bardziej sobą kierować”. Bez komentarza.

     „To, co mnie dręczy i czego nie potrafię zrozumieć, to ta wewnętrzna rozterka, której nie jestem w stanie opanować”. Tak, tak jest w istocie, choć w moim przypadku długo nie chciałem dopuścić jej do głosu, wręcz kneblowałem jej usta, mimo iż nasilające się konflikty zewnętrzne mówiły same za siebie. „Nie znoszę wielu ludzi, a jednocześnie chcę przebaczać i zapominać”. To pierwsze jest najszczerszą prawdą, ale przebaczać i zapominać uczę się dopiero teraz. „Instynktownie lubię spokój, jednak z łatwością unoszę się gniewem. Mam dobre zdrowie, co może być, przynajmniej w moim wypadku, nieszczęściem”. Wszystko się zgadza, prócz wątpliwości, jakie budzi we mnie to zaskakujące stwierdzenie, że dobre zdrowie może być dla kogoś nieszczęściem, choć zapewne może być. Na przykład: gdyby seryjny gwałciciel i morderca nie miał dobrego zdrowia, to może zostałby psychoterapeutą w ośrodku dla ofiar przemocy seksualnej.

     Mnie to nie dotyczy, nie dlatego że jestem mężczyzną, bo ostatnimi czasy ofiarą takiej przemocy ze strony kobiet padł niejeden mężczyzna. „Nie jestem specjalnie skryty, ale nie znoszę mówienia o sobie, i nigdy bym nie potrafił rozmawiać z psychoanalitykiem”. Jest to prawda, choć być może niepełna. Do tej pory mówiłem bowiem o sobie nawet o to niepytany i ze szczerością dla innych zdumiewającą. Dopiero dzięki tobie zrozumiałem, że to ja, ja, ja mówiłem, a raczej, że to moje ja przeze mnie mówiło. O sobie, a nie o mnie. W tym akapicie też jest za dużo tego ja, na szczęście stwierdzenie mego rozmówcy: „jestem już po trzydziestce”, co w moim przypadku zupełnie mija się z prawdą, pozwala mi zrezygnować z robienia dalszych porównań, które mimo występowania w nich pewnych podobieństw zawsze mijają się z istotą rzeczy, o czym wiem oczywiście od ciebie…

     „Pamięć jest częścią pragnień”. Chyba też już o tym mówiłeś, Krishnamurti, ale prawdy głoszone przez ciebie warto powtarzać w nieskończoność, by utrwaliły się w nas na dobre. Nie w naszej pamięci, skoro jest ona częścią naszych pragnień. To zastrzeżenie nie może budzić wątpliwości, szczególnie po uważnym wsłuchaniu się w dalszy ciąg twego wywodu. „Dualizm pragnień, wprowadzany przez nasz intelekt, jest złudzeniem; w istocie nie istnieje on, są tylko różne ich rodzaje. Dualizm istnieje tylko pomiędzy czasem a wiecznością. A zadaniem naszym jest poznać ułudność tego dualizmu pożądań. Dzielą się one na chcę i nie chcę, ale unikanie jednego, a pogoń za drugim jest wciąż tym samym pożądaniem. I nie można ujść od konfliktu przez żadne odwrotności w pragnieniach, gdyż one same zawierają swą własną odwrotność”. Nie zapytam, co należy w tej sytuacji uczynić, ponieważ już jestem w stanie przewidzieć, jak brzmiałaby twoja odpowiedź. „Trzeba zdawać sobie sprawę, że pragnienia rozszczepiają się na oddzielne, wojujące ze sobą części. I że my sami jesteśmy tymi sprzecznymi, walczącymi ze sobą pożądaniami i pragnieniami; jesteśmy całym tym kłębkiem, z którego każda nić ciągnie w swoją stronę”.

     To porównanie jest świetne, ale spisując twoje słowa zmieniłem machinalnie „kłębek” na „kłębowisko”, bo nieodparcie nasunęło mi się na myśl Kłębowisko żmij Mauriaca. Nasze pragnienia są w nas takim kłębowiskiem żmij. A tuż po naprawieniu tego błędu przypomnienie wczorajszej refleksji przy schodzeniu ze zbocza Góry Przedziwnej, gdzie zachód słońca stworzył na panoramicznie poszerzonej krawędzi wierzchołków drzew obraz tak przepyszny, że z wrażenia zaparło mi dech w piersiach: Zamiast zatrzymać się i chłonąć ten widok wszystkimi zmysłami, po krótkiej chwili idę dalej, a młyn pamięci miele bez przerwy. Tak, już potrafię panować nad emocjami i nie opatrywać nimi powracających obsesyjnie obrazów z przeszłości, która, choć martwa, jest wciąż we mnie żywa, mimo iż nie pragnę powrotu do żadnego z miejsc, pojawiających się uporczywie w mych wspomnieniach, ani do żadnej z osób, nadal zaludniających moją pamięć. No tak, ale obrazy przywoływane świadomie i opatrzone znakiem jakiejś jasności to zaledwie przebłysk w otchłaniach ciemności, w których jestem pogrążony od tylu dziesięcioleci.

     „Zanim nie uchwycimy, choćby w błysku prawdy, iż pragnienia są jednolitą jednością, cokolwiek byśmy robili, lub nie robili, będzie miało nieistotne znaczenie, gdyż pragnienie tylko mnoży pragnienie, a intelekt jest schwytany w sidła konfliktów i starć. Wolność od  walki przychodzi tylko wówczas, gdy pożądania, składające się na nasze ja, wygasają”. Sprzeczność w tym, że pragnienia są jednolitą jednością, a zarazem rozszczepiają się na oddzielne części, będące wobec siebie w ciągłej opozycji, jest w świetle twoich wywodów tylko pozorna. Pozostaje jednak do rozstrzygnięcia kwestia o wiele bardziej niepokojąca: jeśli nasze pragnienia mają ustać, to czy mają ustać także nasze potrzeby, w jakiś sposób przez te pragnienia wyrażane? Potrzeby organiczne, kształtowane i zasilane przez pożądania psychologiczne, które dzielisz na widoczne i ukryte, świadome i nieświadome.

     To wiem, nawet gdybyś nam o tym nie przypominał, Krishnamurti, bo już dawno zapoznałem się z pismami Freuda, o czymś świadczy moja refleksja zrodzona na zboczu Góry Przedziwnej, nie zapominając przy tym, że Freud dokonał jedynie syntezy prawd od dawna znanych, zapewne już w czasach Fu Hsi, pierwszego z legendarnych cesarzy Chin, który żył w latach 2953–2838 p.n.e. i miał odkryć pod wpływem sennego widzenia osiem trygramów Ba kua, będących podstawą i początkiem mojej ulubionej Księgi Przemian: „Nagle woda na środku rzeki wzburzyła się, pokrywając pianą znaczną jej część i z wzburzonych nurtów wyłonił się najpierw grzbiet, później głowa jakiegoś dziwnego zwierzęcia przypominającego hipopotama. Zwierzę miało na grzbiecie wyrysowane jakieś tajemnicze znaki. Fu Hsi doliczył się ośmiu znaków, a ich wspólną cechą było to, że każdy z nich składał się z trzech całych lub w połowie przerywanych kresek. Zbiór ośmiu trójkreskowych znaków był pełną kombinacją poszczególnych linii”. Fu Hsi zinterpretował to bez trudu, choć podejrzewam, że nawet Jung miałby ogromne trudności przy próbie zinterpretowania tego snu.

Nie z sennych widzeń wyłoniły się jednak prawdy, które głosisz, opatrzone znakami nie tajemniczymi, wymagającymi zawiłych interpretacji, lecz, powtórzę to określenie raz jeszcze, niezwykłej jasności, i nieważne, z jakich źródeł korzystasz, ponieważ tak czy siak korzystasz przede wszystkim z własnej mądrości, nawet gdy mówisz o zdawałoby się prześwietlonych przez współczesnych psychoanalityków na wylot pożądaniach widocznych i ukrytych, w twoim ujęciu nie odnoszących się jedynie do sił popędowych, które we freudowskiej doktrynie najmocniej ujawniają się właśnie w marzeniach (widzeniach) sennych: „Te ostatnie mają o wiele większe znaczenie aniżeli znane i oczywiste; ale nie możemy poznać tych głębszych, jeśli powierzchowne nie zostaną zrozumiane i poskromione. Nie znaczy to wcale, by świadome pożądania miały być tłumione, uwznioślane lub kształtowane wedle jakiegoś wzorca; ale muszą być obserwowane i uspokojone. Wraz z uciszeniem powierzchniowego rozfalowania jawi się możliwość, że głębsze pragnienia, pobudki i chęci podniosą się ku powierzchni”.

     Nieważne, z jakich źródeł korzystasz, ponieważ tak czy siak korzystasz przede wszystkim z własnej mądrości, nawet gdy mówisz o zdawałoby się prześwietlonych przez współczesnych psychoanalityków na wylot pożądaniach widocznych i ukrytych: „Te ostatnie mają o wiele większe znaczenie aniżeli znane i oczywiste; ale nie możemy poznać tych głębszych, jeśli powierzchowne nie zostaną zrozumiane i poskromione. Nie znaczy to wcale, by świadome pożądania miały być tłumione, uwznioślane lub kształtowane wedle jakiegoś wzorca; ale muszą być obserwowane i uspokojone. Wraz z uciszeniem powierzchniowego rozfalowania jawi się możliwość, że głębsze pragnienia, pobudki i chęci podniosą się ku powierzchni”.

     Tylko pozornie można wysiłkiem woli stłumić jedno pragnienie i zwrócić się ku innemu, gdyż wola sterowana jest przez nasze ja, które samo jest wytworem wszystkich pożądań i pragnień. „Dopóki ja usiłuje uwolnić się od pragnień i pożądań, tylko je zasila, choć w innym kierunku, czyli utrzymuje i przedłuża stan wewnętrznego konfliktu i rozterki”. Dopiero gdy jako doznający staniemy się doznaniem poza naszym ja, pragnienia z ich różnorodnymi starciami mogą ustać, choć warto zdać sobie sprawę z tego, że pełnię spokoju wewnętrznego trzeba okupić początkowym okresem wzmożonego niepokoju, który w naszym odczuciu będzie przedłużał się w nieskończoność. To jest ta twoja zasada realizmu, inna od freudowskiej, z którą stykam się boleśnie na co dzień…

                                              Cdn.

13:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 7)

     Nieco dalej na tej samej ścieżce śpiewała dziewczyna z akompaniamentem strun jakiegoś instrumentu, a miała piękny głos. Z drugiej strony pola ktoś podchwycił tę samą pieśń pełnym głosem, a dziewczyna umilkła, słuchając aż ten męski głos dokończy pieśni… Zazwyczaj tak się zaczyna, a później śpiewa się osobno i bez odzewu z drugiej strony, aż do całkowitego zachrypnięcia. Mówisz, że w chęci posiadania ukrywa się dziwny element gwałtu. To, że ten element występuje w chęci posiadania jakiejś kobiety na własność przynajmniej w tej kulturze, w której wyrosłem, było dla mnie zawsze oczywiste, choć uważałem, że mnie to nie dotyczy, dopóki w trakcie rozpadu mego ostatniego związku ze zdumieniem i wstydem nie zauważyłem, że niewiele się różnię od innych ludzkich samców, których dotąd uważałem za „prymitywów”.

     Wprawdzie wiedziałem, że wśród ludów uznawanych przez nas za prymitywne to prawo posiadania musi być interpretowane nieco inaczej, skoro gościnność pana domu nie ogranicza się do podania obcemu przybyszowi wieczerzy, ale niejako na deser nawet własnej żony, sam byłem jednak wręcz gotów zabić moją samicę, byle nie dostała się w łapy innego. I starałem się tę moją samicę gwałcić przy każdej nadarzającej się okazji, byle potwierdzić swe prawo posiadania. Ona zresztą, ale dopiero wtedy, gdy czuła, że może mnie bezpowrotnie stracić, też starała się, choć oczywiście w nieco bardziej subtelny sposób, potwierdzić własne prawo posiadania, a zatem to prawo zdaje się nie być wyłączną domeną mężczyzny.

    I nie byłem w stanie inaczej reagować, mimo świadomości, że takie zachowania są wręcz anachroniczne w świecie dzisiejszym, z oczywistych względów coraz bardziej mi obcym, gdzie obie płci, już nie tak ostro jak kiedyś zarysowane w swych biologicznych i kulturowych odmiennościach, robią wszystko, by wymieszać się ze sobą aż do uzyskania pożądanej konsystencji z cechami obojnactwa, względnie bezpłciowości. Gdzie związki partnerskie, czyli konkubinaty, jedynie u nas mające jeszcze pejoratywny wydźwięk, zastępują coraz częściej owe tradycyjne, małżeńskie, w których obie strony tego ubezpieczenia na dożycie nie uciekają się już dla zabicia małżeńskiej nudy do pokątnych „trójkącików”, lecz za obustronną zgodą stają się „parami Swingers” i łączą się z innymi takimi parami, by na oczach partnerów uprawiać seks wymienny, od Soft Swinging, w którym dopuszcza się seks oralny, aż do Full Swap, oznaczający wymianę partnerów wraz ze stosunkiem waginalnym i analnym.

     Jednakże ta kolejna już w trakcie mego życia rewolucja seksualna nie zmienia poruszanej przez Ciebie istoty rzeczy, która do spraw damsko-męskich bynajmniej się nie ogranicza: „Od chwili, gdy powiem to moje, każda rzecz zdaje się wymagać dbania o nią i obrony, i w samym tym akcie ukrywa się opór, z którego rodzi się gwałt”. Odnosimy zwycięstwo, które jest zarodkiem klęski. „To, co jest raz zdobyte, trzeba zdobywać wciąż od nowa. Zwycięzca jest zawsze w strachu, a własność jest jego mrokiem”. A co dzieje się ze zwyciężonym? Jeśli pożąda zwycięstwa, traci to, co zyskał, nie różni się więc niczym od zwycięzcy. „Mieć miskę pustą, to posiadać to, co jest ponad śmiercią”. Posiadanie tego, co jest ponad śmiercią, wydaje mi się w chwili obecnej trudne nawet do zrozumienia, pozostaje mi więc mieć pustą miskę…

 

     Często mówisz obrazami pozornie czysto opisowymi, po głębszym zastanowieniu widać jednak, że zawsze mają one charakter metaforyczny i tchną najczystszą poezją; mimo to w chwilę potem nie stronisz od zbanalizowanych metafor, nadając im oczywiście głębszy sens. Zbanalizowanych być może dopiero teraz, a wówczas bardzo świeżych i nośnych, bo na dotarciu do podświadomości twoich rozmówców najbardziej ci przecież zależało.  Na przykład ogień miłości. „Miłość jest dziwnym zjawiskiem – jak prędko więdnie, jak prędko dym tłumi płomień. Ten płomień nie należy do mnie, czy do was, jest po prostu płomieniem jasnym i samowystarczalnym; nie jest ani osobistym, ani bezosobistym, nie należy do wczoraj ani do jutra. Posiada uzdrowieńcze ciepło i aromat, który nigdy nie jest stały. Nie można go posiąść, zmonopolizować ani utrzymać w dłoni. Jeśli się go trzyma, pali i niszczy, a dym napełnia całą naszą istotę; i nie ma już miejsca na ogień miłości”.

     Nie jest to recepta na trwałą miłość, nigdy nie wypisujesz cudownych recept na nasze dolegliwości. Brak miłości lub jej utrata jest chyba najbardziej dręczącą dolegliwością serca, zapewne nie tylko mego. Zbliżam się do kresu życia, a nadal nie znam smaku miłości. Krótkotrwałe zauroczenia miłosne nie były na pewno miłością w tym sensie, jakie nadajesz temu zjawisku. Mówisz, że miłość jest po prostu płomieniem jasnym i samowystarczalnym. Po prostu, bo nie można go posiąść ani utrzymać w dłoni. Mogą o tym zaświadczyć moje dłonie, pokryte bliznami po dotkliwych poparzeniach…

 

     „Prawdy nie można zdobyć, nie można wziąć jej szturmem; a jeśli zechce się ją uchwycić, wyślizgnie się wam z rąk. Prawda przychodzi w ciszy i bez naszej wiedzy. To, co wiemy, to nie jest prawda, jest to tylko pojęcie, idea, symbol”. Mówisz, że wszelkie wzorce działania są zawsze naszego własnego wyrobu, zgodne z naszymi ograniczeniami; są ucieczką od wewnętrznego ubóstwa, od bólu wewnętrznej niewystarczalności, od samotności. „Cały ten proces to wy sami”. Ja sam, wiem już  o tym, Krishnamurti. I od razu muszę się usprawiedliwić, dlaczego nie po raz pierwszy wyrywam z kontekstu pojedyncze zdania, łącząc je też w dowolny, choć, mam nadzieję, właściwy sposób: nie chcę uronić z twoich wywodów ani jednego ważnego słowa, nawet jeśli dotyczą problemów, które akurat mnie nie dotyczą, a może tylko pozornie mnie nie dotyczą, bo we wszystkich twoich opowieściach można znaleźć jakąś ogólną ideę, pod którą można podpiąć jedną z własnych rozterek.

     Ogólną ideę, a nie ogólny morał, bo z moralizatorstwem nie ma to nic wspólnego. Ideę tak niesłychanie dla nas trudną do zrozumienia, ponieważ nie wypływa z twego umysłu, a my posiłkujemy się nim niemal wyłącznie, próbując znaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania. „Szukanie intelektualnej odpowiedzi prowadzi donikąd”. To wiem, i to, że mimo błądzenia w nieprzeniknionych ciemnościach nie mogę jak Goethe pragnąć „więcej światła”, zamiast po prostu światła, bo ustawicznie ostrzegasz nas przed pragnieniem „więcej”, przeto staram się pragnąć coraz mniej i mniej, i mniej w przeczuciu, że właśnie owo pragnienie więcej i więcej, i więcej doprowadziły mnie do wewnętrznego ubóstwa…

 

     Tutaj nie było się ludzką istotą, wędrowcem z innej krainy, było się tym wzgórzem i kozami na zboczach, i kóz tych pasterzem, było się niebem i kwitnącą ziemią; nie czymś od niej oddzielnym, lecz nią samą. […] Nie istniał oddzielny człowiek, który wybiera, porównuje, działa, szuka, było się wszystkim i we wszystkim. Być wszystkim i we wszystkim – to jest zapewne kwintesencja owego stanu obudzonego, który powinien wynikać niejako sam z siebie, bez żadnych zabiegów, bez najmniejszego wysilenia z naszej strony i przy zachowywaniu przez cały czas biernej czujności, co jest wręcz sprzeczne z tymi wzorcami postępowania, które w naszej kulturze wyssaliśmy niemal z mlekiem matki, a przeto wymaga od nas nie lada wysiłku duchowego.

     Stąd trudność osiągnięcia tego stanu, nie mówiąc o możliwości utrwalenia go w sobie. Jeśli chodzi o mnie, to po tylu latach spędzonych w domu dziecka, a później aż siedmiu w więzieniu, gdzie najwyższa czujność była jedyną szansą na przetrwanie, jest to zadaniem właściwie niewykonalnym. Nie zapomniałem jednak, Krishnamurti, że bycie w tym stanie nie może być poprzedzone żadnym wysiłkiem, żadnym dążeniem, to musi dziać się samo i stać się samo, jednakże to swoiste samorództwo nie byłoby możliwe bez zaczynu nie tyle twoich słów, co niezwykłej jasności, w której są skąpane. A zatem pokora i jeszcze raz pokora, ale też naturalna, bo nie można ćwiczyć się w pokorze ani jej kultywować, nie wolno obnosić się z nią jak z kolejną zdobyczą…

                          Cdn.

12:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 6)

    W pewnym momencie pytasz kogoś, czy obawia się zamieszania, jakie może wytworzyć swym działaniem, czy chaosu w sobie samym? Kontekst jest tu bez znaczenia. I sugerujesz, że nie miałoby to miejsca, gdybyśmy mieli jasność w sobie i z tej wewnętrznej jasności wynikałby każdy nasz czyn. „Lubimy uciekać od naszych trudności na różne sposoby, ale czyniąc tak, tylko je zwiększamy”. Na przykład tracąc wszelką podnietę do działania w dziedzinie, która do tej pory wydawała nam się ważna, i obiektywnie była ważna. Przed trzema laty postanowiłem nie pisać „na Bóg wie czyje zamówienie”, żegnając się także z poezją, którą pisałem przecież wyłącznie na zamówienie wewnętrzne, a w czymś w rodzaju posłowia-manifestu ogłosiłem, że odtąd mam zamiar podążać jedynie za największymi wyzwaniami, nawet gdybym miał im nie sprostać, bo tylko to może uchronić mnie przed samobójstwem.

     I rzeczywiście zamilkłem na długi czas całkowicie, a po tej emigracji wewnętrznej postanowiłem udać się dodatkowo na emigrację do Ameryki Południowej i tam przepaść gdzieś bez śladu. Może zostałbym latarnikiem? Wzruszający list pożegnalny do dzieci, bo wzruszyłem się przy tym do łez, dopiero wczoraj zniszczyłem. Czy właśnie to miało być „podążaniem za największymi wyzwaniami”? Nie chcę się pastwić nad sobą, chcę jedynie pokazać, do czego prowadzi chaos w sobie samym, i przyznać ci jak zwykle rację, bo podnietę do działania utraciłem rzeczywiście z powodu zbytniego szafowania energią, której ilość, jak słusznie zauważasz, jest ograniczona, robiąc mnóstwo rzeczy, które nie miały dla mnie  zasadniczego, a dla większości postronnych nawet sensownego znaczenia. No i z powodu moich ambicji, być może wygórowanych, a w każdym razie takich, którym z powodu ogromnego przepracowania nie mogłem sprostać, co paraliżowało wszystkie moje ruchy, nawet jeśli widziany z zewnątrz rozmach mojej wewnętrznej szamotaniny wydawał się poniektórym imponujący.

     Wszelkiego rodzaju ambicje znowu słusznie wrzucasz do jednego worka, te osobiste i te bezosobiste, bo pobudki naszych działań są rzeczywiście te same. „Zamiast terminu ja, podstawiacie inny: kraj czy Bóg, ale czujecie się ciągle bardzo ważni. Ambicja wciąż działa, bezwzględna, zawistna, straszna”. Oczywiście, mógłbym twierdzić za innymi, że kiedyś, owszem, różne chore ambicje brały mnie we władanie, ale teraz jestem wreszcie wolny od wszelkich ambicji, i może byłoby to prawdą, gdybym był po prostu zadowolony z samego życia, zamiast z mego życia, spętanego przez moje ja. Dlatego mogę podejrzewać, że to twoje słowa pozwalają mi uwierzyć, że moje prawdziwe zainteresowania są jeszcze uśpione i czekają na obudzenie, by dać mi podnietę do działań naprawdę twórczych bez najmniejszego wysilenia z mej strony, ale nawet jeśli dojrzałem już do takiej przemiany, to zgodnie z twoim zaleceniem nie będę ich szukał; jeśli mają się objawić, objawią się same…

 

     Kolejne i zapewne jeszcze nie ostatnie akapity o osamotnieniu, odosobnieniu, próbie odcięcia się od wszystkiego, bo taki stan i w poprzednich okresach, i przez co najmniej kilka ostatnich miesięcy przeżywałem, dopóki nie zacząłem z tobą rozmawiać. Że nie można przy takim nastawieniu osiągnąć szczęścia, to już wiem z własnego doświadczenia, a ty to tylko potwierdzasz. „Czy życie nie jest kontaktem, obcowaniem, wspólnością, porozumieniem? Można odsunąć się od jednego kontaktu, czy obcowania, szukając szczęścia w innym, ale nie da się zerwać wszystkich kontaktów. Nawet w całkowitym odosobnieniu jest się w kontakcie ze swymi myślami, ze sobą samym. Samobójstwo jest krańcową formą izolacji, odcięcia się”.

     O samobójstwie, jak już napomknąłem, przemyśliwałem w ciągu ostatnich lat wielokrotnie, chciałem popełnić je jednak tak, aby wyglądało to na splot nieszczęśliwych okoliczności, na przykład udając się do jednego z krajów tropikalnych, którego zabójczy klimat szybko ściąłby mnie z nóg, bo mój organizm nie znosi nawet względnych upałów. Organizm, dodajmy, człowieka prawie siedemdziesięcioletniego, o siłach wydawałoby się niespożytych, choć nawet z mojego punktu widzenia jest to tylko ukłon w stronę mego dość zaawansowanego wieku. Przed czym chciałem tchórzliwie uciekać? Przed życiem, choćby przed koniecznością definitywnego zdelegalizowania związku z tą, z którą byłem przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Związku, który tchnął rozkładem od samego początku, jak i wszystkie moje poprzednie związki, z tym że dzięki sile inercji jedynie ten utrzymywał się tak długo, cementowany z obu stron wszelkimi możliwymi lękami, przede wszystkim przed samotnością. Kto ponosi za to winę? Oczywiście wyłącznie ja! Już nigdy nie będę szukał łatwych usprawiedliwień dla swoich, świadomych przecież, wyborów…

      „Nic nie jest w stanie istnieć w odosobnieniu”. Tak mówisz, i zapewne masz jak zwykle rację, ale co ma na to odpowiedzieć ktoś taki jak ja, dla którego nawet troje obcych ludzi to wrogi tłum, a dziesięcioro to groźna tłuszcza? „Jakkolwiek ciężkie mogą być stosunki z innymi, muszą być z całą cierpliwością, dogłębnie zrozumiane”. Mogę wyrazić gotowość na nawiązanie takich stosunków, choć jest to dla mnie niesłychanie trudne, ale przy szalejących we mnie emocjach, zazwyczaj negatywnych, dogłębne zrozumienie ich istoty wydaje się być z mej strony wręcz niemożliwe. Wiem, że ważne jest, aby ujawnić przed sobą cały ten proces negacji, przejawiający się emocjami, których destrukcyjna siła poraża także mnie, ale jak w tej sytuacji ujrzeć jego prawdę?

     Właściwie głośno myślę, ponieważ po podpowiedź nie mogę zwrócić się do ciebie, jako że byłaby ona oczywista: „Prawda jest czymś, czego nie można powiedzieć drugiemu człowiekowi; musi on być gotowy do jej przyjęcia, a nikt nie może mu dać tego przygotowania”. Ja sam muszę ją odkryć, sam muszę podjąć podróż odkrywczą, z pełną świadomością, że wszystkie tropy będą przede wszystkim  prowadziły do mnie. „My sami jesteśmy zasadniczą trudnością, a nie to, co nazywamy życiem”. O tym też wiem od dawna. Jestem jednak jak dziecko, któremu od dawna znudziło się raczkowanie, a lęka się postawić pierwszy krok. Prawie siedemdziesięcioletnie dziecko. Sytuacja śmieszna i niemal beznadziejna. Wsłuchuję się jednak z ufnością w twoje słowa: „Nie martwcie się; niech ziarno rzucone zakorzeni się samo”…

 

     Obudziłem się w nocy i usłyszałem w sobie cały ten poniższy wtręt oraz nakaz natychmiastowego zamieszczenia go w dowolnym miejscu tej książki, bo być może wskazuje on na początkową fazę przemiany mego ducha, dokonanej pod wpływem naszych rozmów. Zacząłem prowadzić te rozmowy niemal tuż po apogeum stanów depresyjnych, które nasilały się we mnie od wielu lat, stąd tyle pesymistycznych stwierdzeń z mej strony. W gruncie rzeczy jestem jednak optymistą. Wprawdzie nadal przeżywam pewien wstrząs, gdy tuż po moim wejściu do przepełnionego tramwaju czy autobusu ktoś czuje się w obowiązku bezzwłocznego ustąpienia mi miejsca, mimo że nie wchodzę tam o lasce, wprost przeciwnie  – moje sportowe obuwie oraz wysłużony plecak głoszą komunikat: „Uwaga, czuję się jeszcze bardzo młody i jestem bardzo sprawny”. I tak jest w istocie. W sensie duchowym też nie czuję się wypalony. Wprost przeciwnie – zapisanie jednej strony tych rozmów zajmuje mi zaledwie dwie-trzy godziny dziennie, nie ma jednak we mnie żadnej chełpliwości: o tym, czy jest to mądre, czy głupie, nie mnie wyrokować. Na pewno jest to mądre tam, gdzie ty mówisz; wątpliwości mogą budzić jedynie moje wtręty czy komentarze.

     Zresztą pamiętam, co powiedziałeś pewnemu człowiekowi, który czując się dyletantem wzdragał się malować, choć to zajęcie bardzo lubił. Chodzi o to, żeby robić to, co się lubi, bo od tego zależy nasz spokój wewnętrzny, dzięki czemu łatwiej stawiamy czoła wszelkim trudnościom życiowym. Ja nie czuję się dyletantem jako pisarz, a w razie czyichś wątpliwości mógłbym podeprzeć się dwudziestym trzecim tomem najnowszej Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, gdzie zamieszczono mój biogram, co niekiedy czynię nie po to, by zaspokoić własną próżność, lecz by zachować dystans, keep your distance, wobec innych ludzi, nie wobec siebie, gdyż wciąż otwartą raną mego serca jest świadomość tego, czego nie udało mi się dokonać z powodu niepodjęcia jakichkolwiek starań w tym kierunku. A pisać mimo wszystko chyba lubię, bo daje mi to poczucie jakiejś władzy, ale wyłącznie nad własną niemocą…

 

     „Czyż nie są dziwne drogi, jakimi umysł oszukuje siebie? Nie lubi niepokoju ani wytrącania ze starych kolein, wygodnych przyzwyczajeń i nałogów myśli i czynu, a gdy się czymś zaniepokoi, szuka sposobów i środków ustalenia nowych granic i pól, gdzie by mógł spokojnie i bezpiecznie trwać”. Trwać w przyzwyczajeniach i nałogach, nawet jeśli pozornie nowych. „Okoliczności, słowo, gest, jakieś przeżycie może nas zbudzić i zaniepokoić, ale mamy ochotę ponownie usnąć. Dzieje się tak ustawicznie z większością ludzi; nie jest to wcale stan obudzony”. Właśnie, czy dzięki rozmowom z tobą zbliżam się do osiągnięcia stanu obudzonego, czy jest to jedynie chwilowe przebudzenie z długotrwałego letargu?  W myśl twoich zaleceń staram się jednak nie zaprzątać sobie tym uwagi, bo to odwiodłoby mnie od celu, którym jest ten nadal dość mglisty dla mnie stan.

     „Ważne jest być wciąż obudzonym, a nie pytać, jak to zrobić; szukanie jak  jest znów chęcią zabezpieczenia się”. Przed czym, Krishnamurti? Przed możliwością, czy niemożliwością osiągnięcia tego stanu? „Porównywanie tego, co jest, z tym, co powinno być, sprowadza udrękę i ból”. Zawsze przed tym przestrzegałeś, bo jest to przecież działanie naszego ja, które w stanie obudzenia powinno ustać całkowicie. Wydaje mi się, że nawet w obecnym stanie, wciąż dalekim od pełnego obudzenia, jestem w nieco lepszej sytuacji od jednego z twoich rozmówców, który stwierdził, że nadajesz słowom zupełnie inne znaczenia, znacznie szersze od ich poręcznych zawężeń znajdujących się w powszechnym użyciu, co wręcz uniemożliwia porozumienie obu stronom, które w toku rozmowy powinny nadawać słowom to samo znaczenie o tym samym czasie. Po tylu rozmowach wydaje mi się bowiem, że chwytam w lot znaczenie prawie każdego twego słowa, a resztę po niezbyt długim namyśle, czyli prawie o tym samym czasie,  ale do pewności, że tak jest istotnie, jest mi widocznie nadal daleko, skoro aż dwukrotnie i w krótkich odstępach czasu użyłem zwrotu „wydaje mi się” oraz przysłówka „prawie”…

                                  Cdn.

07:28, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 marca 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 5)

     Deszcz przestał padać; drogi były czyste, a kurz zmyty z drzew. Ziemia odświeżyła się, a żaby gadały głośno w stawie; były duże, o podgardlach wzdętych przyjemnością… Masz rację, Krishnamurti, mego zainteresowania również nie wzbudzało nic, co nie dawałoby mi choćby chwilowej przyjemności, bez względu na to, czy była to gra, zabawa, rozmowa, książka, dzieło sztuki czy osoba. To były moje zabawki. Jeśli nie umiałem się nimi bawić, względnie gdy mnie nużyły, porzucałem je dla innych, mimo iż  z góry wiedziałem, że te również szybko mnie znużą. Zwiększało się jedynie we mnie poczucie rozczarowania. Mówisz, że gdyby udało mi wniknąć w ten proces pożądliwości, nabywania, zainteresowania i znudzenia, może by doprowadziło mnie to do wolności, z zaznaczeniem, że nie powinienem starać się jej nabyć, bo wkrótce po nabyciu też by mi się znudziła. Dzisiaj ta pogoń za więcej, szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych pod względem materialnym, stała się wręcz modelowym wzorem kultury, wyznacznikiem prawidłowego rozwoju jednostki, która ma żyć normalnie w cyklofrenicznym kręgu ustawicznych wysiłków w celu zdobywania i gromadzenia – aż do całkowitego znużenia i wyczerpania. Ten konsumpcyjny tryb życia, w najprymitywniejszym ujęciu przejawiający się w wielkim żarciu, prowadzi w konsekwencji do degeneracji rodzaju ludzkiego (Hieronim Bosch miałby modele na podorędziu: koszmarne grubasy, anorektycy, rzesze fanatyków gier komputerowych o rozbłyskujących oczach etc.) oraz zagrożenia bytu naszej planety, która mimo gorączkowych poszukiwań pozaziemskich cywilizacji zdaje się być we wszechświecie cudem przypadku i spełnionego nieprawdopodobieństwa…

     A ja? Żyjący prawie zawsze i częstokroć z wyboru na pograniczu minimum egzystencjalnego powinienem czuć się wolny od tych pożądań, które nie pozwalają nam być prawdziwie wolnymi, a mimo to wciąż jest mi daleko do tak rozumianej przez ciebie wolności. Już coś wiem, coś rozumiem, ale nadal nie umiem odróżnić prawdy od błędu, a to jest według ciebie początkiem mądrości. W poczuciu pokory spróbuję więc wsłuchać się w to, co mówisz, i stać się tak cichym jak to tylko możliwe, bo tylko w takim wyciszeniu mogę usłyszeć to, co może przybliżyć mnie do zrozumienia sensu twoich słów. „Przeszłość rzuca cień na teraźniejsze i stwarza swą własną przyszłość”. Chodzi ci o ustawiczną pracę myśli –  przyrównujesz to do wciąż temperowanego ołówka, który szybko się zużywa. „Umysł zawsze boi się dojścia do swego końca. Ale żyć to wciąż, codziennie coś kończyć, to umierać dla wszelkich zdobyczy, wspomnień, doświadczeń, dla całej przeszłości”. Chodzi ci o to, by nie gromadzić doświadczeń, bo są one wiedzą, pamięcią, a pamięć nie jest stanem żywym doznawania. „Oczyszczenie umysłu jest życiem, jest twórczością. Piękno leży w stanie doznawania, a nie w już doznanym, bowiem to, co jest już doznane, należy zawsze do przeszłości, a przeszłość nie jest przeżywaniem, nie jest życiem”. Tego nie trzeba już objaśniać, a tego, co teraz powiesz, objaśnić nie sposób, bo trzeba to czuć: „Oczyszczenie umysłu jest ciszą serca”. 

 

     Głęboko w lasach panuje ta specjalna cisza, w której niemal się słyszy narodziny roślin, traw, kwiatów… „Trzeba oddalić wyobraźnię i wszelkie spekulacje, aby Rzeczywiste mogło zaistnieć”. Trzeba skupić się na rozumieniu tego, co jest, a nie przewidywać na podstawie tego, co powinno być. Marzenia zakorzenione są zazwyczaj w przyszłości, gdyż niesłychanie rzadko spełniają się tu i teraz. Jeśli spełniają się natychmiast, to w wielu milionach przypadków na jeden  wyłącznie w naszej wyobraźni, ale jest to czcza zabawa, nieszkodliwa tylko dla dzieci, które mają jeszcze czas, by choć część tych marzeń spełnić w realnym świecie. Mnie się do tej pory wydawało, że w chwilach wytchnienia po morderczej pracy, nieważne, czy sensownej, mam prawo do puszczania wodzy fantazji, skoro nie odwodzi mnie to od wprzęgania się w jarzmo kolejnej pracy, nieważne, czy sensownej. Teraz wiem, że ani to, ani tamto nie posuwało mnie ani o krok naprzód, będąc działaniem pozornym, a więc bezsensownym. I wbrew pozorom ani to, ani tamto nie działo się tu i teraz, ale tam i wtedy. Na pewno w przeszłości, martwej, choć dla mnie wciąż żywej. Samo zakorzenienie się w czymś zapewnia poczucie bezpieczeństwa w bardzo ograniczonym wymiarze i uniemożliwia zaistnienie Rzeczywistego. „Rzeczywiste nie ma ciągłości. Istnieje od chwili do chwili, jest bezczasowe i bezgraniczne”. Nie ma ciągłości, a jest bezgraniczne, istnieje od chwili do chwili, a jest bezczasowe – niby tylko słowa, ale słowa naprawdę poruszające wyobraźnię!

 

     Wprawdzie mówisz o tym, Krishnamurti, w innym kontekście, ale wspomnę o tym, bo jest to ważne. Akurat nie dla mnie, ponieważ od dziecka czułem instynktownie, że wszelkie wzory do naśladowania, w postaci nadludzkich bohaterów czy niedoścignionych mistrzów, są mi obce i że mogą mnie jedynie ograniczać we własnym rozwoju. Oczywiście podziwiałem wielu z nich, ale wiedziałem, że byli oni skrojeni na inną miarę, własną, a nie moją. Ponadto każda epoka ma własną miarę bohaterstwa czy mistrzostwa. Na przykład i Miłosz, i Herbert znakomicie wpisali się w swoją epokę, szczególnie w tym kraju, w którym i ja żyłem, gdzie walka z totalitaryzmem i zniewoleniem powinna być nakazem moralnym poety i gdzie bycie „poetą prywatnym” wołało wręcz o pomstę do nieba, o czym świadczyła furia Herberta, gdy zetknął się z moją poezją. Ze znakomitym wyczuciem własnych interesów się w nią wpisali, bo jeden Nobla dostał, a drugi się o niego otarł. Myślę, że Rilke w tej epoce o Noblu nie mógłby nawet marzyć. Zastanawiające jest tylko, dlaczego Herbert, czując się człowiekiem tak bardzo wolnym, był niewolnikiem swego nałogu, bo właściwie zapił się na śmierć. Do iluż wzorów, iluż przykładów godnych do naśladowania musiał się przystosowywać i zewnętrznie, i wewnętrznie, by tak się i zewnętrznie, i wewnętrznie spętać? Pamiętam, z jakim rozbawieniem patrzyłem w Oborach na to, jak ceremonialnie wita się z Grochowiakiem, również zawołanym alkoholikiem. Obaj parafrazowali zapewne słynne „dwa na słońcach swych przeciwnych bogi”! By nie być posądzonym o zawiść, wracam jednak do tego, co stanowi istotę twoich rozważań, Krishnamurti: „A czy w opieraniu się na kimś, w braniu z kogoś przykładu nie tai się u podłoża strach?” Do na kimś i z kogoś dodajmy na czymś i z czegoś, a najogólniej: starajmy się zrozumieć, co nas uzależnia, i poznać własne ograniczenia. Tylko tyle – i aż tyle…

 

     „Miłość jest dziwnym zjawiskiem; dopóki wciska się w nie myśl, nie jest ono miłością”, a zatem dopóki ukochana osoba jest upostaciowaniem przyjemnych wzruszeń, obrazów i wspomnień. „Wrażenia to nie miłość”; wrażeniowość należy bowiem do sfery myśli, które są zawsze, w ten czy inny sposób, źródłem niechęci, nawet wrogości. Tak w każdym razie mówisz, Krishnamurti, burząc znowu moje, ale chyba nie tylko moje wyobrażenie miłości. Gdy jednak z bierną czujnością przyjrzę się swoim reakcjom we wszystkich dotychczasowych związkach z kobietami, a było tych związków wystarczająco dużo, by na ich podstawie wysnuwać wnioski natury ogólnej, prawda twoich słów staje się dla mnie uderzająca. Pamiętam, że prawie zawsze, nawet po euforycznych przeżyciach miłosnych, a częstokroć w ich trakcie, co wprawiało mnie w pewne zakłopotanie, czułem do swojej partnerki co najmniej niechęć, którą natychmiast starałem się przykryć zdwojoną czułością lub gorliwymi zapewnieniami o miłości. Właśnie dlatego napisałem w jednym z wcześniejszych akapitów, że chyba nikogo nie kochałem prawdziwie w swoim życiu, bo jak takie reakcje, potworne nawet dla mnie, pogodzić z powszechnymi wyobrażeniami o miłości? Pamiętam także, że w rozmowach z tymi, którzy twierdzili, że ich związek z partnerem był lub jest najczystszą postacią miłości, gdyż ta osoba była lub jest właśnie upostaciowaniem samych przyjemnych wzruszeń, obrazów i wspomnień, miałem wrażenie, że te osoby rzeczywiście tak czują, ale jedynie dlatego, że w przeciwieństwie do mnie nieświadomie zawężały swoje czucie, by móc czuć to, co czuć pragnęły, czyli kochać i być kochanym. Nie zazdrościłem im jednak, mimo iż na pewno były, a raczej czuły się szczęśliwsze ode mnie, tak jak nie zazdroszczę ludziom głęboko wierzącym, którzy dla siebie rezerwują niebo, a dla takich jak ja piekło, przed większością ułud potrafię bowiem bronić się skutecznie…

     Dopiero teraz przypomniałem sobie, że w jednym z listów od pani J., który zamieściłem w książce myślałem, więc byłem, ta tak skrywana przeze mnie miłosna niechęć została jednak zdemaskowana: Przez miłość godzimy się ze światem – ani tego chcesz, ani możesz (te Twoje niechęci, które są potworne, bo powstają z obojętności, podsycają obojętność i obojętnością się kończą); zresztą, sam będziesz rozumiał coraz mniej, albo patrzył ze zdumieniem na własne blizny… Słowa wypowiedziane przed ponad trzydziestu laty, właściwie prorocze; zgadzam się prawie ze wszystkimi, tylko ta „obojętność” budzi mój opór, czy dlatego że najcelniej we mnie uderza? Chociaż nie, inna z kobiet, tym razem jedna z moich żon, a więc znająca mnie chyba lepiej, w słuchowisku radiowym Gra luster i ech, mówi tak: Im bardziej czegoś pragniesz, tym bardziej się boisz… […] W efekcie – kumuluje się agresja (bo ty się boisz agresywnie) i zwraca przeciwko temu, co kochasz… Prawda, prawda, ale najistotniejsze w tym wszystkim jest jednak pytanie, co było przyczyną tych moich niechęci, czy wręcz wrogości? Mówisz, że intelekt, będący siedliskiem nienawiści, oddzielności, tarć i sprzeciwów, wobec którego serce (w poetyckim rozumieniu tego słowa), przytłoczone sprawami myśli, nie może dojść do głosu, zagłuszane przez myśl, która ustawicznie dąży do powodzenia, do osiągnięcia jakiejś korzyści, a w momencie zahamowania, zetknięcia się z przeszkodami przemienia się w niechęć, wrogość, nienawiść. Czy jest to kwintesencja owej odwiecznej walki płci, tezy lansowanej w głównej mierze przez Augusta Strindberga, którą z taką satysfakcją, będąc tłumaczem właśnie tych jego dzieł, gdzie wyłożona jest ona najpełniej, próbowałem zasiać w umysłach polskich czytelników?

     „Zazdrość jest także nienawiścią, nieprawdaż?” Prawda, prawda, Krishnamurti! Gdy się kocha, nie ma miejsca na zazdrość, choć powszechnie się uważa, że jest ona solą miłości. Powiedziałbyś: żrącą solą umysłu, przeżerającą serce na wylot, ale widocznie nie chcesz się powtarzać, więc nazywasz to poetycko dymem, który zdusza płomień, aż ten gaśnie. Zazdrość o kogoś, w moim przypadku o innego mężczyznę, byłaby dla mnie uwłaczająca, dlatego starałem się nigdy nie dopuszczać do głosu uczucia tak niskiego; jeśli byłem zazdrosny to wyłącznie o coś, o niedostatki uczuciowe tej, która powinna mnie kochać miłością na poziomie wysokiego C w śpiewie solowym, mimo iż związek kobiety i mężczyzny jest podobno duetem. Do tej pory uważałem, że wszystkie moje klęski w życiu osobistym wzięły się z tego, że byłem idealistą, a ideał zazwyczaj sięga bruku. Nie oznacza to, broń Boże, że uważałem się za ideał mężczyzny, nie przeszkadzało mi to jednak trwać w świętym przekonaniu, że tą idealną istotą będzie ta, którą sobie wybierałem przede wszystkim na partnerki życiowe, choć z góry wiedziałem, że do ideału jest im daleko. No tak, ale do ideału można przecież dorosnąć, nieprawdaż? Ściślej: powinno się dorosnąć, możliwie najszybciej, by mój wybór okazał się właściwy. Rozczarowanie tkwiące właściwie w samym założeniu. Choć to, co mówisz, wydaje się temu przeczyć: „To, czego szukamy, to znajdujemy, ale to nie będzie prawda”. Już chciałem krzyknąć, że nigdy nie znalazłem tego, czego szukałem, ale ugryzłem się w język: zawsze szukałem bowiem swojej klęski, i tę klęskę bez szczególnego trudu znajdowałem…

                                              Cdn.

00:44, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »