RSS
wtorek, 31 marca 2009
W cieniu Czarodziejskiej Góry

    Po trzydziestu dniach słownej rozwiązłości ostatni dzień miesiąca chciałbym uczcić możliwie najbardziej wstrzemięźliwym postem. 

W moim wieku, i jest to zapewne prawidłowość, miłości duchowe są znacznie bardziej zmysłowe od tych fizycznych. A Góra Winiarska, na której stoku rozsiadła się „Zofiówka”, staje się powoli moją Czarodziejską Górą…

     PS. Niestety, właśnie wróciłem po raz ostatni w tym sezonie narciarskim z Przymiarek, z czego wynika konieczność zamieszczenia jeszcze jednego postu. 

01:02, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Raporty ściśle tajne

    Do poufnej wiadomości Jaśnie Wielmożnego Pana i mego Dobrodzieja, Wojciecha Szczepanika, prześwietnego Radcy Koronnego w Królestwie Galicji i Lodomerii, miłościwie nam panującego na Przymiarkach, przebywającego chwilowo, czyli od czterdziestu lat, wraz ze swym przybocznym orszakiem złożonym z co najmniej sześciu dorodnych córek noszących imię Weronika, bo prowadzących życie co najmniej poszóstne (w przeciwieństwie do filmowej Weroniki, która prowadziła życie tylko podwójne), w Jeleniej Górze, w mieszkaniu z co najmniej jednym oknem wychodzącym na Szrenicę: 

Raport ściśle tajny z Przymiarek nr 15/ 28 marca / AD 2009

    Usiłując ten raport napisać w już zapadającym mroku muszę schronić się za potężnym bukiem, bo porywisty i ciekawski wiatr próbuje zaglądać mi przez ramię i wyrywać kartki z notatnika. Już na samym wstępie muszę donieść Jaśnie Wielmożnemu Panu i memu Dobrodziejowi, a ustaliłem to ponad wszelką wątpliwość, że to nie deszcz, bo nie pada, ale wiatr zmiata, względnie pochłania śnieg ze zboczy! Niby bardzo zimny wiatr, ale w zetknięciu z jeszcze zimniejszym śniegiem, pozornie już zupełnie zdechłym od długiego leżenia, najwidoczniej rozpala się do białości, przez co i śnieg rozgrzewa się do czerwoności, po czym topnieje z rozkoszy w lubieżnych uściskach wichury. Wolę nie myśleć, co tu się dzieje w nocy, o tych dzikich wiatrośnieżnych orgiach, po których pozostaje na zboczach jedynie wydeptana trawa! Nie tyle z racji mego wieku, bo krew to nie woda i mógłbym nie zdzierżyć, ale w obawie, że mogłaby mi przypaść niezbyt wdzięczna rola podglądacza, jako że śnieg i wichura niekoniecznie muszą gustować w seksie grupowym, od dwóch dni usuwam się stąd dyskretnie przed północą. A teraz, ścieląc się pokornie do nóg Jaśnie Wielmożnego Pana i mego Dobrodzieja, podpinam do butów narty, wciskam  drugą czapkę na łeb – i ruszam w drogę! 

Dyplomowany Raportmistrz (-) Janusz B. Roszkowski (podpis  czytelny) 

                                                  

Raport ściśle tajny z Przymiarek nr 16/ 29 marca / AD 2009

    Ponieważ przed dotarciem na Przymiarki zrobiło się ciemno, piszę ten raport tuż po zejściu na dół, pod latarnią naprzeciw skoczni narciarskich. Donoszę, że w wyniku owych nocnych orgii  pobliskie wzgórza zostały ogołocone ze śniegu do cna, a wiatr swawoli jedynie z jego nędznymi resztkami w kilku miejscach przy potokach, atoli pod tym najwyżej położonym grzbietem osłoniętym przez las lub zarośla, ciągnącym się hen wysoko i hen daleko, śniegu jest jeszcze tak dużo, że byłem zmuszony do zatrzymania się dopiero dwieście metrów przed głównym deptakiem rymanowskiego zdroju. Gdyby nie wzywał mnie Jaśnie Wielmożny Pan i mój Dobrodziej do siebie, to przychodziłbym tu jeszcze dopóty, dopóki byłoby tego śniegu tyle, ile pod nartami, albowiem doznaję tu uczuć wręcz mistycznych, o których bogobojnym iwoniczanom, chodzącym spać z kurami, ani się śni, chyba żeby miejscowy proboszcz przywrócił w okresie postu dawne praktyki, zaniechane tu co najmniej od czasu ostatniej epidemii cholery – z pochodami obnażonych do pasa biczowników, kobiet i mężczyzn, sunących po deptaku na placu Dietla i zadających sobie nawzajem razy aż do krwi, co doprowadzało niekiedy w dawnych czasach do histerii przeradzającej się w orgie (jak te na Przymiarkach), czemu kres położył dopiero  edykt papieski zabraniający takich ekscesów, natomiast  Kościół nigdy nie miał nic przeciwko umiarkowanemu biczowaniu jako praktyki pobożnościowej, któremu oddawali się z zapałem nawet polscy królowie, jak Władysław IV Waza czy Jan Kazimierz…

    Nie na to chciałem jednak zwrócić uwagę Jaśnie Wielmożnego Pana i mego Dobrodzieja, wspominając o moich doznaniach mistycznych. Proszę sobie wyobrazić morze świateł w zatokach między wzgórzami i rozgwieżdżone niebo z ostrym sierpem Księżyca, a właściwie świetlistym neonem w kształcie sierpa, podświetlającym bladawą poświatę całej tarczy! Halina Poświatowska, widząc tę dziwną poświatę, byłaby na pewno szczęśliwa w chwili skonania… Z trwożną nadzieją, że mi Jaśnie Wielmożny Pan i mój Dobrodziej wybaczy tamtą zbędną dla tego raportu dygresję o biczownikach –  

Dyplomowany Raportmistrz (-) Janusz B. Roszkowski(podpis czytelny)

                  

                   Przymiarki w zimowej szacie o zachodzie 

Raport ściśle tajny z Przymiarek nr 17/ 30 marca / AD 2009

    Już idąc w górę ku Przymiarkom tonąłem we łzach na myśl o rozstaniu się z tym miejscem, przeto nie dostrzegałem na całkowicie ogołoconych ze śniegu ścieżkach nawet orzeszków bukowych, będących jak Jaśnie Wielmożny Pan i mój Dobrodziej doskonale wie moim ulubionym przysmakiem, przeto dzisiejszy i ostatni do kolejnego sezonu narciarskiego raport z Przymiarek nie będzie zapewnie zadowalający, bo nie o łzach kapiących na zbutwiale liście miałem przecież w raportach moich donosić! Nawet myśl tak kuszącą, jak ta podsunięta mi przez Jaśnie Wielmożnego Pana i mego Dobrodzieja o możliwości dalszego narciarzowania w Jakuszycach, moja skołatana głowa spychała na drugi plan w owych chwilach wielkiej żałoby na dość jeszcze  tłustych ostatkach śniegowych na Przymiarkach, po których człapałem w prawie nieprzeniknionej mgle, wybijając kijkami rytm Marsza żałobnego c-moll Szopena. A później wracałem do domu w ciemnościach wręcz egipskich, nie dostrzegając sterczących krawężników ustawionych ukośnie na zdewastowanych traktach spacerowych, na których cudem nie skręciłem kostek, nie wspominając o drzewach, w które waliłem głową, nabijając sobie kolejne guzy (w latarkę czołową mam być ponoć wyposażony przez Jaśnie Wielmożnego Pana i mego Dobrodzieja dopiero na traktach karkonoskich). Z oby niepłonną  nadzieją, że Jaśnie Wielmożny Pan i mój Dobrodziej w bezmiernej łaskawości swej przebaczy mi te chwile słabości – 

Dyplomowany Raportmistrz (-) Janusz B. Roszkowski (podpis nieczytelny)

00:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2009
Maski ceremonialne czy... przeciwgazowe?

    Gdy biegam na nartach po  śniegu wycofującym się coraz szybciej od linii dolnego ku linii górnego lasu na najwyższym zboczu, powinienem myśleć o lodowcach, które topnieją w coraz bardziej zastraszającym tempie, a tymczasem dziś miałem głowę zajętą przez dłuższy czas myślami o wulkanach. Tych na Filipinach, których wybuchy pochłonęły prawie połowę wszystkich śmiertelnych ofiar tego kataklizmu w skali globalnej. Otóż ludność zamieszkująca te wyspy wierzy niezachwianie do dzisiaj, że te straszliwe erupcje spowodowane są wyłącznie przez bogów wulkanicznych gór, którzy okazują w ten sposób swoje niezadowolenie i wybuchają gwałtownym gniewem, by ukarać tubylców za rozliczne grzechy, z których najcięższym jest opieszałość w spełnianiu powinności religijnych. Są oni bowiem, myślę oczywiście o owych groźnych bogach, wręcz niesyci błagalnych modlitw i hołdów lennych w postaci ceremonialnych obrzędów połączonych ze składaniem stosownych darów na ręce, rzecz jasna, kapłanów, bo tak to się jakimś dziwnym trafem dzieje pod wszystkimi długościami i szerokościami geograficznymi świata. Widomą oznaką, że bogowie wulkanicznych gór są z tego powodu bardzo kontenci, jest to, że z kraterów okolicznych wulkanów dobiegają w tym czasie jedynie pomruki zadowolenia. Gdyby było inaczej, a tak się niestety niedawno zdarzyło, że akurat w dniu rozpoczęcia ogólnokrajowych ceremonii obrzędowych doszło do potężnej i straszliwej w skutkach erupcji jednego z wulkanów, to arcykapłan będzie mógł zawsze zwalić na kogoś winę. Tym razem winnym był prezydent kraju, który z powodu jakiegoś międzynarodowego sympozjum poprosił arcykapłana o przesunięcie terminu tych obrzędów o kilkanaście dni, tak by znamienici goście mogli być ich naocznymi świadkami, a to, jak widać, najwyraźniej nie spodobało się bogom, którzy wpadli w gniew.

    Nie śmiem zapytać, dlaczego tego gniewu nie wyładowali, zamiast na niewinnych ludziach mieszkających z konieczności w pobliżu tego wulkanu i nie mających najmniejszego wpływu na tamtą fatalną decyzję, na bezpośrednich sprawcach tej nieszczęsnej zwłoki? Ściślej: na sprawcy, panu prezydencie, ponieważ arcykapłan, który się na nią  zgodził, w ogóle nie poczuwał się do winy; współczuję biedakowi, bo jak można w ogóle poczuwać się do czegokolwiek, mając w głowie takie pomieszanie z poplątaniem? Otóż, zapytany przez fotoreportera, jak można pogodzić wiarę, jaką głosi, z nauką zwaną sejsmologią, odparł bez drgnienia powieki: „Nauka nauką, a wiara wiarą!” W tym miejscu wypadałoby powiedzieć amen, ale moje myśli nadal nie dają mi spokoju. Dlaczego mieszkańcy tych wysp nie złożą zamiast bogom gór choć jednego wota dziękczynnego – te dochodzące do dwu metrów wysokości wieżyczki zrobione z bajecznie kolorowych owoców są zapewne równie pyszne w smaku – czuwającym  dniem i nocą nad ich bezpieczeństwem sejsmologom zatrudnionym w laboratoriach, które znajdują się w pobliżu zionących ogniem i siarką wulkanów? No, tak, ale kapłani nauki zamiast kolorowych szat mają na sobie drelichowe ubrania, przybrudzone plecaki wyładowane instrumentami pomiarowymi, a na twarzach, gdy podchodzą w pobliże kraterów, maski bynajmniej nie ceremonialne, bo przeciwgazowe…

                     Wulkan Mayon na Filipinach wybuchał aż pięćdziesiąt razy!
03:19, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 marca 2009
"Barbarzyńcy" byli wymysłem prawdziwych barbarzyńców!

    Okazuje się, że skrybowie kościoła katolickiego fałszowali nie tylko własną historię, tworząc różne mity podawane maluczkim do wierzenia, ale w ogóle fałszowali historię powszechną. Na przykład tak zwani europejscy barbarzyńcy, Hunowie czy Wandalowie, byli ich wymysłem. Attyla, jadający i pijący z umiarem w przeciwieństwie do Rzymian,  już wtedy bynajmniej nie pogan, rozkoszował się śpiewem pięknych dziewic, a nie obleśnych eunuchów, zaś Hunowie jako złotnicy mogli iść w zawody z najbardziej cenionymi  złotnikami Cesarstwa Rzymskiego. Dalej:  Wandalowie nie byli bynajmniej wandalami, lecz twórcami wyrafinowanej kultury, a w ich królestwie ceniono między innymi pantomimę. Ograbili wprawdzie Rzym z bogactw, które Rzymianie zagrabili podczas swoich tysiącletnich podbojów wszędzie, gdzie się dało, nie oszczędzając nawet świątyni jerozolimskiej, lecz niczego nie zniszczyli. Tak samo było wcześniej, gdy bez dobycia miecza zdobyli potężną Kartaginę, pozostającą od sześciu wieków pod panowaniem Rzymian, potomków tych, którzy podczas szturmu zniszczyli ją kiedyś doszczętnie i zatopili w morzu krwi; ta krwiożerczość ich zresztą zgubiła, ponieważ w chwili nadejścia „Wandali” oddawali się najbardziej barbarzyńskiej rozrywce, jaką można było wymyślić, a taką były przecież walki gladiatorów. „Wandalowie” byli ponadto chrześcijanami, ściślej arianami, przeciwstawiającymi się jedynie niektórym bzdurnym dogmatom wymyślonym przez ojców kościoła rzymskiego, i to tłumaczy furię, z jaką ci za pomocą opłacanych przez siebie skrybów atakowali tych groźnych dla ich jak najbardziej ziemskiego władania schizmatyków, stokroć od nich uczciwszych i szlachetniejszych, przypisując im najgorsze cechy, które sami posiadali. Prawdziwymi wandalami byli bowiem krzyżowcy, idący na swe zbójeckie wyprawy z papieskim błogosławieństwem, nie mówiąc o misjonarzach spod znaku arcybarbarzyńskiego dla niekatolików krzyża, ale wspomnianych przeze mnie skrybów, będących zawołanymi łgarzami,  nigdy nie interesowała prawda materialna, dodajmy: skrybów, którzy przez wieki kształtowali to, co przynajmniej do czasu nowych badań zwaliśmy „historią Europy”…

    PS. Tutaj w Iwoniczu pewien „Wandal” też dał popalić nie tylko miejscowemu proboszczowi! Osławiony w środowiskach papistowskich Jakub Sieneński, właściciel Iwańca (obecnie Iwonicza) w roku 1595 wieku kazał wybudować tu zbór ariański, gdzie nieszczęśni parafianie musieli się modlić w obcym im obrządku, a ci, którzy chcieli nadal wierzyć w Trójcę Świętą czy w Maryję Matkę Bożą, ukrywali się po lasach wraz ze swoim proboszczem! I kto wie, czy w końcu nie musieliby przejść na nadrzewny tryb życia jak ich bardzo dalecy przodkowie, gdyby w roku 1658  nie wypędzono Braci Polskich z kraju, gdy ci znajdowali się u szczytu potęgi. A kto w sejmie bronił do upadłego ich praw? Oczywiście Jakub Sieneński, mój krajan od dwóch lat (jego imiennik Jakub Sieneński był przed dwustu laty Prymasem Polski)! Muszę w tym miejscu nadmienić, iż tak podaje kilka niezbyt pewnych źródeł, natomiast jedno z nich twierdzi, że zbór ariański w Iwoniczu kazał wystawić Zbigniew Sieneński, chyba wnuk tego Zbigniewa (1520-1567), który był właścicielem Iwańca (Iwonicza), Rymanowa, czy pobliskiej Klimkówki. Niestety, nie jestem na razie w stanie ustalić, jak się ta sprawa faktycznie przedstawiała, ponieważ pod nazwiskiem jego wnuka pozostaje w Wikipendii puste miejsce na wpis…

      

Dawny zbór ariański (później spichlerz dworski) w Iwoniczu
00:40, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 marca 2009
Chcieć czy nie chcieć?

    Kolejna internautka zadała mi dziś dwa pytania, dzięki czemu kolejny post mam z głowy:1) „Ile ma pan właściwie lat?” Odpowiadam: „Moja sparaliżowana przyjaciółka, która nie przestała być moją przyjaciółką tylko z tego powodu, że przed miesiącem rozstałem się z nią na wieki wieków amen, mawiała, że jest bezwiekowa, więc i ja mógłbym powiedzieć, że jestem bezwiekowy, gdyby nie pewien szkopuł: ona mawiała też, że jest bezimienna, natomiast ja mam imiona, w dodatku dwa, więc nie mogę wymigać się sianem. Chcąc określić swój wiek możliwie najbardziej dokładnie, oświadczam z ręką na sercu: jestem młodszy od Matuzalema, a starszy od Dziewicy Orleańskiej. Jak pani zapewne wie: Matuzalem żył dokładnie 939 lat, natomiast Dziewica Orleańska miała około 19 lat. Jeśli chodzi o Joannę d’Arc, świętą Kościoła katolickiego, mimo iż oskarżoną przez kościelny sąd biskupi w Rouen o czary, herezję, rozpustę oraz pychę i spaloną żywcem na stosie, sprawa jej wieku nie budzi raczej wątpliwości (niezbyt precyzyjna data jej urodzin mieści się w przedziale kilku miesięcy, a  oskarżenie tej niewątpliwej dziewicy o rozpustę wzięło się zapewne z faktu, że po jej uwięzieniu żołdacy angielscy wielokrotnie dopuścili się na niej gwałtu), natomiast znacznie więcej wątpliwości, choć tylko wśród sceptyków, budzi sprawa wieku Matuzalema. Sceptycy sugerują, że w tym przypadku chodziło raczej o miesiące księżycowe, widocznie powątpiewając w to, że Biblia jest Pismem Świętym podyktowanym słowo w słowo przez Boga; gdybyśmy chcieli przyjąć ich świętokradczy i absurdalny punkt widzenia, musielibyśmy ponadto uznać, że zrodził swego syna Lamecha w wieku 15 lat (patrz: Księga Rodzaju 5:25)! W tej samej Księdze kilka wersetów później Bóg przepowiada, że przedstawiciele rodzaju ludzkiego z powodu swego zepsucia nie będą żyć dłużej niż 120 lat, po czym zesłał na nich Biblijny Potop, i rzeczywiście tylko tej cholernej Francuzce, Jeanne Calment, udało się dożyć ponad sto dwadzieścia lat, co mnie raczej nie grozi, tym bardziej nie mogę marzyć, że zrównam się wiekiem z Matuzalemem, ponieważ tak korzystnych warunków do długiego życia jak przed tamtym, najsławniejszym z potopów, umożliwiających również życie dinozaurom, już chyba nie będzie, co jako człowiek pokorny będę przyjmował z rezygnacją do samej śmierci, nie wrzeszcząc w chwili skonania:  Po mnie choćby potop!

            

Adam żył niewiele krócej od Matuzalema, bo 930 lat (o Ewie z wiadomych względów Biblia nie wspomina, a  tym bardziej o tym, ile lat żył Wąż)

    2) „Nie ukrywa pan (patrz: komentarze), że na dwu portalach zamieszcza pan te same posty. Po co?” Odpowiadam: „To również kwestia przypadku, nie jestem bowiem schizofrenikiem i nie cierpię na rozdwojenie jaźni. Moja córka Joanna po zalogowaniu mnie na jednym portalu nie mogła mego bloga odnaleźć, więc zalogowała mnie na drugim – i tak już zostało. Inne głosy, inne ściany (jak tytuł książki Trumana Capote’a). Tu garstka odwiedzających mój blog i tam garstka, w sumie garść. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Popuśćmy na chwilę wodzy wyobraźni: gdyby mnie było stać na tysiąc sekretarek zatrudnionych na pełen etat, zamieszczałbym to, co tu piszę, na tysiącach portali blogowych prowadzonych we wszystkich językach i narzeczach świata! No, tak, ale że w sytuacji takiego rozdwojenia blogowego prędzej czy później może dojść do jakiejś wpadki, przekonałem się już kilka razy, na szczęście w ostatniej chwili udało mi się zmodyfikować niejasny dla czytelników fragment postu w jednym lub drugim blogu, dzięki czemu nie wylazło szydło z worka, ale pewnego razu nie miałem wyboru – musiałem cały akapit przenieść do archiwum. Dopiero teraz mogę go stamtąd wyciągnąć za uszy, dzięki pytaniu, które mi pani zadała. Oto on: „Mój blog kazałem nazwać Black and White, bo nigdy nie pisałem biało na białym czy czarno na czarnym, lecz zawsze czarno na białym, zgodnie z tym, co widzą moje oczy – nie oślepione rzekomo nieskazitelną bielą i nie spowite rzekomo absolutną czernią. A że diabli rechoczą złośliwie za plecami? To przecież nie mój wymysł – pojawiło się to na moim blogu diabli wiedzą skąd!” Dopiero teraz zauważyłem, że jest to tak zwane pomieszanie z poplątaniem, najwyraźniej z winy diabłów, choć rechoczą one złośliwie za plecami na tylko jednym z moich blogów  – tam, gdzie powinno być zdecydowanie czarno na białym (Black and White), jest w istocie biało (z przewagą niebieskawości) na czarnym, natomiast wyraźnie czarno na białym jest na drugim blogu. Tak więc krętactwo, u mnie najzupełniej przypadkowe, nie popłaca! Kreślę się z wyrazami szacunku i poważania w nadziei, że obie moje odpowiedzi w pełni panią usatysfakcjonują. jbr”. Po tak długiej dygresji zasadnicza refleksja zawarta w tytule dzisiejszego postu powinna być zwięzła: Można czegoś chcieć lub nie chcieć, ale okazuje się, że nie tylko – można bowiem także czegoś chcieć i nie chcieć, a to znak, że nasze myślenie podszyte jest lękiem; myślenie, nie odczucie, bo to ostatnie jest znacznie bardziej zdecydowane.

00:27, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 marca 2009
Joanna od aniołów

    Po wczorajszym poście pewna internautka zapytała mnie, czy poza synem mam również jakieś córki. Niebiosa są jednak dla mnie, niepoprawnego grzesznika, łaskawe, bo to pytanie po wczorajszym poście, który mnie bardzo przygnębił (proszę koniecznie zajrzeć do mego komentarza!), spadło mi znowu jak z nieba! Tak, mam dwie córki, z tym że młodsza, Bogna, nie dorosła jeszcze do oddzielnego postu, mimo iż od kilku miesięcy jest pełnoletnia. No, tak, ale cóż to za dorosłość, skoro podczas ostatniego mego pobytu w Warszawie uczyła mnie na środku ruchliwej ulicy, na szczęście z zakazem wjazdu wszelkich pojazdów poza księżycowymi, kroków flamenco oraz koreańskiego tańca ze sztyletami? Zawsze fascynowało mnie flamenco, taniec Cyganów andaluzyjskich z elementami kultury hinduskiej, perskiej, żydowskiej, mauretańskiej etc., z jego niezwykłymi łukami melodycznymi, splątanymi rytmami, taniec przeniknięty boskim, a zarazem szatańskim duchem, który wyzwala przeżycia i mistycznej natury, i dzikiej zmysłowości też, okiełznywanej nieoczekiwanie nagłymi napięciami i wstrzymaniami energii, jestem jednak człowiekiem w miarę poważnym jak na mój wiek przystało i, owszem, byłem gotów do akompaniowania mej córce do tańca klaskaniem w dłonie, pstrykaniem palcami czy uderzeniami otwartymi dłońmi o pudełko z butami, bo akurat je sobie kupiłem, a nawet do używania nóg jako instrumentów perkusyjnych, ale ona jeszcze sobie zażyczyła, żebym wśród gromadzących się gapiów podkreślał ten jej taniec głosem, w dodatku nie cichym, ponieważ głos cantaora jest równie ekspresyjny jak rytmy, które podkreśla. I wtedy krzyknąłem basta, co po hiszpańsku oznacza dosyć, wystarczy! Nie musiałem krzyczeć po polsku, bo skoro moja córka na środku traktu spacerowego tańczy flamenco, to można przypuszczać, że mówi po hiszpańsku, nawet płynnie, bo za rok ukończy czteroletnie Liceum Ogólnokształcące im. Cervantesa z językiem hiszpańskim jako wykładowym. A jeśli chodzi o koreański taniec ze sztyletami, to nawet mi się bardzo spodobał i posłusznie wykonywałem wszystkie pas, jakie moja córka wtedy demonstrowała, dziękując w duchu Bogu, że nie muszę wymachiwać sztyletem, bo na szczęście sztylety o długich ostrzach zostawiła w domu, uff!Oczywiście Bogna mówi już także po koreańsku (nie wyssała tego raczej z mlekiem ojca, ma bowiem chłopaka o nazwisku świetnym do zapamiętania, bo składającym się tylko z jednej litery O i z jednym tylko imieniem InCheol – chwała Bogu, że jest   młodym aktorem południowokoreańskim, obsadzanym, hm, w rolach żołdaków i gangsterów, a nie na przykład młodym malarzem hiszpańskim, nawet gdyby miał okazać się  prawnukiem sławnego malarza, który w całości nazywał się Pablo Diego Jose Francisco de Paula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano de la Santisima Trinidad Martyr Patricio Clito  Ruiz y  Picasso!). InCheola (czytaj: Inczola) miałem przyjemność gościć niedawno w „Zofiówce” – gdy wracaliśmy z długiego spaceru od Lubatowej, przechodnie rozdziawiali na jego widok gęby w zdumieniu równym temu, jakie wzbudził w nich widok wielbłąda stąpającego po tej samej drodze we wrześniu 2001 roku)… 

 

         

Bogna w pełnej charakteryzacji; ja zaś jako niewidoczny    na zdjęciu cantaor wprowadzam ją w bosko-szatański       świat flamenca, rzucając kapelusz pod jej nogi

     Natomiast druga moja córka jak najbardziej do oddzielnego postu dorosła, jest bowiem Joanną od aniołów, czyli matką, co nie oznacza, że przypomina PT Matronę Krakowską, tak pysznie skarykaturowaną przez Boya. Moja córka, jak najbardziej od aniołów, też mnie przed siedmiu laty skarykaturowała, o czym świadczy to, co wisi na ścianie mej iwonickiej pustelni, względnie widnieje na tylnej okładce jednej z moich ostatnio wydanych książek, wyrywając mnie wówczas gwałtownie z przekonania, że też jestem aniołem, i brutalnie uświadamiając mi, że są różne anioły. Ten na jej świetnej karykaturze, wypisz-wymaluj jej ukochany ojczulek mimo nieco zakamuflowanego (dla tych, którzy nie znają języka angielskiego) podpisu My father, ma wprawdzie brwi utkane z liści laurowych, co mogłoby mi pochlebiać, no, ale nad kosmatymi uszami widnieją wyraźne rożki, co próbuję ukryć przed wzrokiem niepowołanych, mając na głowie nieodłączny kapelusz nawet podczas tanecznych wywijańców na największym asfaltowym parkiecie świata przy jadalni sanatorium „Górnik”. Mniemanie mej anielskiej córki o czcigodnym ojcu i w innych sferach nie będzie szczególnie budujące dla moich trzech nieletnich na szczęście wnuczek, o czym świadczy chyba nie najlepiej mający o mnie świadczyć limeryk, który podarowała mi przed rokiem na moje urodziny! Oto on:

Pewien Tatodziadek z „Zofiówki”

pod osłoną nocy napadał jałówki.

Mawiał: krówka łaciata czy mleczna,

to przyjemność tania i bezpieczna…

I nie uciekały przed nim wcale krówki!!!

    Po kilkakrotnym odchrząknięciu dodam, że Joanna jest nie tylko świetną karykaturzystką, ale poetką też, o czym świadczą jej wiersze, niestety, nie tak liczne, jak by tego pragnął jej ojciec-poeta, bo zawarte tylko w jednym zbiorku, nie licząc tych zamieszczanych w antologiach Grupy Literacko-Artystycznej „Korale” (patrz: www..korale.org.pl). Skoro mi jednak życzyła, gdy w szpitalu chciano mnie pilnie wyekspediować na tamten świat, bym wracał do zdrowia i to jak najszybciej, bo będę jeszcze w użyciu, to ja również jej życzę, gdy będzie już Publisherem Number One na zasłużonej emeryturze, by mogła w pełni przekazać ludziom to, co tak pięknie w jej naprawdę anielskiej duszy gra!

    PS. A może nie będzie musiała czekać do emerytury i znacznie wcześniej zostanie zawodową pisarką? Albowiem niedawno otrzymałem od niej spory fragment powieści dla młodzieży, który dosłownie zwalił mnie z nóg – z tak świetną prozą zetknąłem się w swoim życiu zaledwie kilkadziesiąt razy! Mógłbym powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, nie chcąc jednak zanadto wbijać siebie w dumę, dodaję z pokorą: jabłoni w najlepszym okresie owocowania…

  Asia już dawno nie dosiada takiego Pegaza

00:51, jbroszkowski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 26 marca 2009
Zdradzony przez ojca

    Ścisnęło mi się serce, gdy Wojtek S. po raz kolejny mówił z niekłamaną miłością o swoim ś.p. ojcu, dla niego pamięci naprawdę świętej, jakby ten ojciec w rzeczywistości nigdy dla niego nie umarł i nadal prowadzi go za rękę po łąkach i lasach, pokazując byliny, krzewy i drzewa (co rzadsze koniecznie z łacińską nazwą!) czy setki drobnych stworzeń bytujących w trawach, opowiadając o zwyczajach gryzoni roślinożernych, żerujących częściowo pod ziemią, czy zajęcy szaraków, których uszy nazywa się słuchami, a nogi skokami (nogi tylne są znacznie dłuższe od przednich), o sposobach rozróżniania głosów ptaków śpiewających (rudziki nawołują się powtarzanym w krótkich seriach ostrym i metalicznym tik lub cienkim i przeciągłym siii, natomiast słowiki szare, nieczęsto słyszane, bo są z natury skryte, zaczynają trelować jak najęte, o tak: ciiii, ciii, ciiihuuu, ciiiihuuu, a zaraz potem terkotliwe trrrrr… trrrrr…, gdy wabią samiczkę) czy tropów zwierzęcych (wataha wilków pozostawia za sobą tylko pojedyncze ślady, każdy z nich biegnie bowiem za drugim ślad w ślad, pokażę ci to zimową porą, synku, bo wilki jeszcze tutaj podchodzą za Cergową, a odciski kończyn dzika zależne są od tego, czy zwierzę porusza się stępa, galopem lub kłusem, na przykład w stępie i kłusie tropy składają się z podwójnych odcisków, ponieważ odcisk kończyny tylnej częściowo zachodzi na odcisk przedniej, natomiast ślad pozostawiony przez jeża przypomina trochę ślad wiewiórki, z tym że za odciskami pięciu palców znajduje się sześć odcisków jakby żołędzi, a u wiewiórki tylko trzy) itd., itd. Na wprowadzaniu syna w tajniki świata przyrody się jednak nie kończyło – ten ojciec dysponował także rzadkiej głębi mądrością życiową i przekazywał ją swemu synowi aż do jego pełnoletności…

    Ścisnęło mi się serce, ponieważ musiałem sobie zadać bardzo niewygodne pytanie: czego ja, tak rzadko obecny w dziecięcym i młodzieńczym okresie życia mego syna, go nauczyłem? Być może nauczyłem Bogusza,  jak kosić trawę elektryczną kosiarką (podpatrzył u mnie ten ruch zarzucania na ramię zbytecznego kabla) lub wbijać młotkiem gwoździe w luźne deski (wie ode mnie, że konieczna jest przeciwwaga, czyli duży młot trzymany drugą ręką od tyłu, względnie że taki gwóźdź trzeba przy wbijaniu ścisnąć w połowie kombinerkami). Reszta jego manualnych umiejętności, jak zresztą innych jego zdolności związanych z wrodzoną inteligencją, to zasługa genów, nie moja. A przecież bardzo go kochałem (i nadal kocham) – czy była to jednak miłość mądra, wytyczająca mu drogę na dalsze lata coraz bardziej dorosłego życia, gdzie i z niejedną bezmiłością będzie się musiał zetknąć? Tytuł tego postu to tytuł książki Wojciecha Eichelbergera Zdradzony przez ojca. Wyjeżdżając na zawsze z rodzinnego domu Bogusza zabrałem ją ze sobą. Może uważałem, że lepiej będzie, żeby nawet tytuł nie wpadł mu w oko? Nigdy nie chciałem zdradzić mego syna, ale w ogromnej mierze go zdradziłem…

    Wnioski z tego, co tu napisałem, mogą wyciągać inni ojcowie, byle bardzo młodzi – dla mnie jest za późno, by cokolwiek zmienić. Mój wspaniały syn, tak duży i silny, że unosi mnie w górę jedną ręką, już od kilku lat jest pełnoletni, czyli dorosły, więc nie pojmuję, dlaczego mnie nie udało się nigdy do niego dorosnąć? I jest już ojcem. Myślę sobie: całe szczęście, że na razie nie ma syna. Być może, zanim go będzie miał, zdoła się nauczyć sam, bo nie ode mnie, jak go nie zdradzać.

 

 Mój syn jako przestępca drogowy  (fragment policyjnego protokołu)
00:42, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 25 marca 2009
Sen

    W ostatnich dziesięciu latach tak rzadko mi się coś śniło (w warstwie świadomej mej psychiki), że od razu po przebudzeniu sięgnąłem po notatnik, by w nim zapisać pod datą 7 marca: „Śniło mi się, że poszedłem na stok narciarski, by sprawdzić, czy chociaż tam uda mi się pojeździć na nartach, gdy nagle z tej kańciapy, gdzie kupuje się bilety na wyciąg, wyszła młoda dziewczyna ekstrawagancko wymalowana (pomyślałem sobie: tak wyglądała kiedyś Beata, gdy wyszła z garderoby teatralnej, gdzie jej  „zrobiono” twarz, by mnie wprawić w osłupienie), ale w kompletnie nie pasującym do tego makijażu bardzo podniszczonym płaszczu i powiedziała błagalnym głosem: Panie lotniku, panie lotniku, mam tutaj obraz z Matką Boską, proszę, niech pan go kupi, bo samotnie wychowuję troje dzieci i nie mam co im dać jeść! Po czym weszła do środka i wyniosła stamtąd duży obraz, na którym widniała Matka Boska, tak jak się Ją zazwyczaj przedstawia na takich malowidłach, ale zauważyłem, że Jej stylizowane serce widniejące na sukni kurczy się i rozkurcza, wyraźnie bije! Kobieta trzymając ten obraz w drżących rękach (byłem zaskoczony, że na palcach ma doczepione sztuczne i czarne jak noc paznokcie z nalepionymi na nich migającymi gwiazdkami) nadal błagała: Panie lotniku, panie lotniku, niech pan mi za ten obraz da chociaż dwadzieścia złotych, żebym miała na chleb dla moich dzieci! Dopiero w tym momencie zauważyłem, że mam na sobie czarną skórzaną kurtkę lotniczą z napisem na lewym ramieniu AVIATOR, ale pomyślałem, że po pierwsze nie będę miał gdzie tego obrazu zawiesić  w mojej kawalerce, nie mówiąc o tym, że nie będzie on absolutnie pasował do obrazków, które już u mnie wiszą – nie powieszę go bowiem obok akwareli przedstawiającej kwitnące jabłonie, świetnej, ale utrzymanej w tak dziwnym kolorycie, że znany ukraiński akwarelista powiedział mi, gdy za ten obraz płaciłem: Ja też bardzo tę akwarelę lubię, ale przez trzy lata jeździła ze mną po wystawach w całej Europie i nikt nie chciał jej kupić, zwiedzający przystawali przy niej dłużej niż przy innych, patrzyli, patrzyli i na tym się kończyło… Tym bardziej nie będę mógł zawiesić tego obrazu na przeciwległej ścianie, w tym momencie musiałem w sobie stłumić niestosowny w tych okolicznościach śmiech – obok mojej karykatury, którą siedem lat temu narysowała moja starsza córka, Joanna: na mojej głowie otoczonej od dołu buchającymi płomieniami widnieją bowiem z boku, za krzaczastymi brwiami w postaci laurowych liści, wyraźne rożki! Jednakże ta dziewczyna patrzyła na mnie tak błagalnym głosem, że nie miałem serca jej odmówić. Najpierw chciałem jej dać pięćdziesiąt złotych i wymówić się brakiem miejsca na ścianach mej kawalerki, ale nagle pomyślałem sobie: dam jej dwieście złotych, wezmę ten obraz i sprezentuję go świeżo poznanemu Wojtkowi S. Nie wiem, czy pan sędzia się z tego prezentu ucieszy, ale jego siostra ma w Iwoniczu-Zdroju dom, więc na pewno ten obraz gdzieś ulokuje…”

     O tym wszystkim zdążyłem pomyśleć, zanim się obudziłem. Nie mam w domu żadnych senników, więc nie wiem, jak należy ten sen zinterpretować. Jego nierealność osadzona jest jednak na zadziwiająco realnych fundamentach faktów. Tej nocy, przed ułożeniem się do snu, byłem jak zwykle na długim spacerze. Po drodze poszedłem na stok zjazdowy, by sprawdzić, czy na pożegnanie zimy uda mi się tam rano jeszcze pojeździć. Ponadto przed dwoma dniami poznałem biegnąc na nartach Wojtka S., iwoniczanina, od czterdziestu lat mieszkającego w Jeleniej Górze, który właśnie przyjechał w rodzinne strony z okazji jakiegoś pogrzebu. Z jego pośpiesznej relacji dowiedziałem się, że góry i górki to również jego żywioł, u siebie jest nawet goprowcem, co sprawiło,  że wbrew moim zwyczajom zaprosiłem go już nazajutrz na posiady do mej kawalerki w „Zofiówce”. W trakcie tego miłego spotkania nie pytałem go jednak, kim jest z zawodu. Natomiast później poszedłem na spytki do pani Joli, też z „Zofiówki”, która od razu powiedziała, gdy wymieniłem jego nazwisko: „Jeśli chodzi na spacer z czarnym psem swojej siostry, to na pewno jest to pan sędzia. Gdy był młody i jeszcze tu mieszkał, to widziałam, jak codziennie biegł ku Cergowej, pieszo albo na nartach…” Reszta z tego snu to również fakty, poza oczywiście tą dziwną dziewczyną z obrazem Matki Boskiej oraz moją kurtką lotniczą. Sam nie potrafię sobie tego snu objaśnić, choć moje zachowania w trakcie tego snu w sensie psychologicznym są zupełnie zrozumiałe, czekam zatem na kolejny komentarz sobolanny, bo kto jak kto, ale ona potrafi namalować nawet ten sen w kilku malarskich odsłonach z interpretacjami ujętymi w symbolice biblijnej oraz w odniesieniu do antycznych mitów!

                                       Anna Sobol Nokturn cis-moll
01:41, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 marca 2009
Nocny lot

    „Zerżnął pan tytuł od Saint-Exupėry’ego!” mógłby zakrzyknąć jakiś sfrustrowany krytyk literacki, mający możność zamieszczania streszczeń różnych książek jedynie na łamach Internetu, gotowego pomieścić w swych przepastnych czeluściach  wszelkie bzdurstwa. Gdy myślę o dziesiątkach, jeśli nie setkach streszczeń Nocnego lotu, które można znaleźć w internetowych wyszukiwarkach, no i ściągnąć je sobie, choć nie dlatego nazywają się one ściągami, to od razu w myślach układa mi się następujący dwuwiersz: 

                       Ściągnij tysiące papierowych ściąg „Nocnego lotu”

                 i zrzuć je nad szkołami z papierowego samolotu!

 

      Jako że omawianie lektur szkolnych w większości szkół to typowa papierkowa robota, podczas której poza suchym szelestem papieru niczego nie słychać, a Nocny lot został przez Antoine’a Saint-Exupėry’ego napisany na prawdziwie nocnym niebie eksplozywną krwią pulsującą w napowietrznych żyłach!  Wszystkie jego książki pozostały zresztą w moim dawnym domu, więc sfrustrowani krytycy literaccy mogą odetchnąć z głęboką ulgą. Gdybym nawet zabrał ze sobą mego ukochanego  Małego Księcia (Le Petit Prince), żeby mi codziennie przypominał, że oczy są ślepe, a szukać należy tylko sercem, to gdzie na tym dziedzińcu wokół „Zofiówki”, wprawdzie przypominającym rozmiarami planetę B-612, ale obsikiwanym metodycznie przez paskudne pieski, mógłbym pielęgnować moją różę?

               

                                      

                                                        Mały Książę i Róża

     A o Antoinie myślę jedynie wtedy, gdy nocą przebywam na Przymiarkach. Najpierw muszę jednak objaśnić, że Przymiarki, o których już napomknąłem w jednym z moich postów, to najbardziej widokowy grzbiet  górski w całym Beskidzie Niskim, rozciągający się pomiędzy dwoma uzdrowiskami – Rymanowem-Zdrojem i Iwoniczem-Zdrojem. Przy bardzo dobrej widoczności można stamtąd obserwować nawet odległe o sto pięćdziesiąt kilometrów Tatry. Przymiotnik górski jest jednak pewnym nadużyciem, ponieważ najwyższy z trzech szczytów tego grzbietu, Kopa, wznosi się zaledwie 640 m n.p.m. Ale dla człowieka, który i w Andach, i w Himalajach bywał, wznosi się ona tak jak i tamte szczyty tuż pod samym niebem, na którym prawie te same gwiazdy świecą i prawie takie same chmury jak tamte mogą te gwiazdy przesłonić. Właśnie o nocnym, rozgwieżdżonym niebie oraz o nocnym, nieprzeniknionym niebie będzie ta moja dzisiejsza refleksja związana jak najściślej z Antoine’em Saint-Exupėrym…

     Co widział Antoine-Fabien podczas nocnego lotu? Dokładnie to samo co ja z grzbietu Przymiarek, gdy biegnę na nartach. Mogę sobie nawet wyobrazić, że lecę jego pocztowym samolotem. Widzę w dole światła odległych domostw i jest we mnie to samo poczucie wspólnoty i braterstwa ze wszystkimi ludźmi, i mogę do nich krzyczeć jak on, że wielkość jest powołaniem człowieka. A kiedy pewnej nocy zerwał się nagle na Przymiarkach potężny wiatr, wzbudziła się w moim sercu taka sama trwoga, jakiej doznał Antoine-Fabien, gdy podczas owego pamiętnego lotu z Patagonii zerwała się nagle potężna wichura, która spadła z Andów i ogarnęła Atlantyk, i tak jak i tutaj zgasiła wszystkie gwiazdy, i ja też postanowiłem w nieprzeniknionej ciemności tak jak Antoine-Fabien wznieść się ponad burzę i lecieć, lecieć na los szczęścia, w ekstatycznym uniesieniu, mimo świadomości, że zbiornik paliwa się w końcu opróżni i samolot runie na ziemię!

    Dopiero w kilkanaście lat po tym, jak ten dramatyczny lot opisał, dokładnie 31 sierpnia 1944 roku Antoine Saint-Exupėry nie powrócił z wywiadowczego lotu do bazy na Korsyce, mnie natomiast nocą z 23 na 24 marca 2009 roku udało się powrócić do „Zofiówki”. Miałem od niego więcej szczęścia, ale nie wiem, czy już jutro mnie ono nie opuści…

01:06, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 23 marca 2009
O duchach ciąg dalszy

    Nie spodziewałem się, że mój post z 14 marca O duchach wywoła aż takie reperkusje. Nie oznacza to jednak, że w stuletniej „Zofiówce”, gdzie mieszkam i gdzie przez tyle lat musiało się nagromadzić mnóstwo zalarwień astralnych, zaczęło nagle straszyć. Tak, zalarwień astralnych, będących według Piotra Grudy – pioniera współczesnej biotroniki i, co w tym momencie bardziej nas interesuje, egzorcysty świeckiego – formą opętania tzw. larwami astralnymi, czyli form energii nie mających osobowości, a duchy, o czym wiedzą nawet ci, którzy nie chodzą na jego wykłady, osobowości raczej nie mają, mimo iż widzimy je w postaci na przykład własnej prababki, którą znamy jedynie ze zdjęcia w starym albumie rodzinnym, albo zupełnie nam obcego żołnierza ubranego w mundur austriacki, który z manlicherem na ramieniu wędruje po naszym pokoju, względnie dziecka leżącego na kuchennym stole w kołysce-dłubance, którą obecnie można obejrzeć jedynie w jakimś skansenie! „Larwy astralne” – jak larwy szkodników, które na szczęście nie żerują na drewnie, z którego cieśle pod wodzą  Floriana Waisa wybudowali przed stu laty „Zofiówkę” – w zależności od umiejscowienia powodują i w naszym ciele, i na naszym umyśle szkody bardzo wymierne: zachwiania instynktu samozachowawczego, siły twórczej lub seksualności, woli działania, relacji z bliskimi, komunikacji z otoczeniem lub postrzegania rzeczywistości, czyli prawie wszystkiego, na czym mi szczególnie zależy! I naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, skąd te fatalne energie pochodzą: z moich silnych kompleksów, czy z zewnątrz w postaci uroków i klątw!

     Tym, którzy spodziewali się, że wspominając na wstępie o reperkusjach wywołanych przez ten temat, oznajmię, że pan Piotr Gruda, widząc, że na jego wykładach nie tylko nie idzie mi jak po grudzie, gdyż przyswajam sobie tajemną dla mnie dotąd wiedzę w trymiga, postanowił uczynić mnie zamiast Uczniem Czarnoksiężnika, od razu swoją Prawą Ręką (lewą ręką, jak uważają Arabowie, można sobie jedynie podcierać tyłek). Ok, mogę wam zrobić wykład o tym, w jaki sposób należy się kontaktować z duchami osób zmarłych, a także, idąc za wskazówką mego Mistrza, przestrzec was przed POCHOPNYMI I LEKKOMYŚLNYMI PRÓBAMI KONTAKTÓW Z  TAMTĄ   STRONĄ! Nie chce mi się jednak wyważać drzwi, przez które trzeba przejść, by się  t a m  dostać, ponieważ zostały one otwarte na oścież przez mego Mistrza Piotra. Oddaję mu przeto głos: Musimy wiedzieć, że jako laicy nie mamy żadnych drogowskazów w poruszaniu się po tym nieznanym obszarze. Nie należy więc eksperymentować „na własną rękę" i bez doświadczonego spirytysty (patrz. PRZYCZYNY OPĘTAŃ). Musimy zdać sobie sprawę z tego, że duch osoby zmarłej ma za sobą cały bagaż doświadczeń i zachowuje go w pamięci. Ma też, jak my wszyscy, swoje upodobania, wady i zalety. Wreszcie przyzwyczajenia jego nie zawsze pasują do obecnego czasu. Mógł przecież żyć w bardzo odległej epoce. Wiedzieć też należy, że osobowość i charakter nie zmieniają się z chwilą opuszczenia ciała fizycznego (w momencie śmierci). Dlatego spotkać możemy wśród duchów osoby zacne i wielkiej wiedzy, chcące nas czegoś nauczyć, czy służyć pomocą, jak i zwykłych oszustów, drani, a nawet zabójców. Należy pamiętać, że kontaktując się z duchami osób zmarłych winni im jesteśmy okazanie szacunku. Należy traktować ich jak gości, którzy przybywając, mają nam coś do powiedzenia. Wszelkie próby traktowania ich w sposób przedmiotowy mogą wywołać poczucie krzywdy i zrozumiały gniew. Skutki tego mogą być nieprzewidywalne. Nie powinno się podejmować prób kontaktu ze zmarłym przed upływem sześciu miesięcy od daty śmierci. W tym czasie duchy przechodzą okres adaptacyjny w nowych warunkach i nie należy tego zakłócać.

    Jasne? Jasne. A zatem – czuj duch!

                         

Takie wyobrażenie duchów nie jest wcale przerażające!
00:50, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2009
Czy zwierzęta obdarzone są jaźnią?

    W komentarzu do mego postu z 5 marca Czy zwierzęta mają duszę? dr_bloger zasugerował, że zwierzęta też obdarzone są jaźnią, choć nieco bardziej prymitywną od naszej. Zbyłem to żartem, odpowiadając mu, że jeśli chodzi o zwierzęta udomowione, czyli takie, które od wieków mają kontakt z człowiekiem, to zapewne ma rację, ale jeśli chodzi o zwierzęta dzikie… Właśnie! Czy słuszne jest moje powątpiewanie w to, że wszystkie zwierzęta obdarzone są jaźnią, nawet jeśli nie posługują się językiem niemieckim i nie określają jej terminem das Selbst, która i u nich, wbrew twierdzeniom Junga i jego bezmyślnych uczniów, stanowi centrum życia psychicznego, jest więc osią, wokół której organizuje się struktura psychiczna nie tylko człowieka? Moja postawa jest tym bardziej dziwna, że przychylam się przecież do opinii nie tylko wyznawców hinduizmu, że zwierzęta mają duszę, podobnie jak my, a skoro tak, to muszą być obdarzone i jaźnią, podobnie jak my. Ponadto Hindusi w wierzeniach o reinkarnacji nie ograniczają się wyłącznie do świętych krów!

    Nawet w Tybetańskiej Księdze Śmierci, na której się oparłem pisząc kiedyś Rozmowy ze zmarłym, ostrzega się zmarłych przed wejściem w nieczyste łono, które może zrodzić psa, konia, ptaka lub ludzką istotę, lecz nigdy bogów, którym Czysta Przestrzeń potrzebna jest do oddychania jak powietrze! Wspomniana już przeze mnie sobolanna, posądzająca mnie o ślepy pozarozumowy mizoginizm, choć doskonale wie, że jak pan S.[Strindberg] też kobiety kocham (nienawiść jest najczystszą postacią miłości), skomentowałaby zapewne chętnie tamto ostrzeżenie z Tybetańskiej Księgi Śmierci, sugerując, że kusi mnie w tym miejscu, by te opozycje: nieczyste łono – Czysta Przestrzeń rozwinąć, niby wyłącznie w tym celu, by spróbować objaśnić, dlaczego tylko jedną z tych sfer, boską, wyróżniono dużymi literami, ale mimo iż jej przekonanie o szczególnie perfidnej odmianie mego męskiego szowinizmu jest ugruntowane na amen, stwierdzam jako rzecz nie podlegającą najmniejszej wątpliwości, że chodzi mi wyłącznie o wyjaśnienie kwestii tytułowej! A termin ptak (w znaczeniu ornitologicznym, a nie seksualnym) wytłuściłem w druku, ponieważ jeśli chodzi o psa czy konia sprawa jest jasna, z pewnością chodzi o zwierzęta domowe, natomiast „ptak” jest dwuznaczny z innego powodu, niekoniecznie oznacza bowiem ptaka domowego…

    A może jest to tylko beznadziejna próba uratowania sensu mojej odpowiedzi danej drowi_blogerowi? Nie tylko Hindusi wierzą, że w jakimś swoim wcieleniu możemy być na przykład mrówką lub osą, zwierzętami niewątpliwie dzikimi, choć w swoich zachowaniach społecznych przypominającymi nas, ludzi, do złudzenia! Ostatnio przypatrywałem się na Animal Planet życiu lemurów katta, żyjących na Madagaskarze, niby małpiatek, chociaż wydawane przez nich odgłosy to wyraźnie kocie mruczenia i piski! W tym stadzie wyróżniały się szczególnie: młoda, piękna i dumna samica, królewska w każdym calu, nic zatem dziwnego, że komentator nazywał ją królową Wiktorią, oraz stary, brzydki i tchórzliwy samiec, nic zatem dziwnego, że był pospolitym Tadkiem. Trzeba jednak nadmienić, że ten Tadzio trzymał się na uboczu najważniejszych wydarzeń stadnych z konieczności – w latach młodzieńczych stracił bowiem jedną z dwóch przednich kończyn, co w świecie lemurów skazywało go na nędzną wegetację. Na ironię losu stracił tę przednią łapę w wypadku samochodowym, a kierowcą tego feralnego dla niego pojazdu  nie był w dodatku lemur z innego wrogiego stada! Dlaczego nazwałem jednak jego wegetację nędzną, skoro mimo kalectwa mógł objadać się do woli? Są to bowiem zwierzęta przede wszystkim roślinożerne, a liści, nasion i owoców na Madagaskarze jest w bród, natomiast na latające wyżej nad ziemią owady polują one tylko okazjonalnie, więc Tadzio mógł je sobie darować.

    Atoli tak jak i wśród ludzi samce tego gatunku również kierują się odwiecznym nakazem ewolucyjnym: „Pieprz i zabijaj!” Ba, w Tadziu też ten nakaz tkwił, ale ani o próbie zabicia rywala, ani o pieprzeniu nie mógł nawet marzyć, ponieważ tylko w świecie ludzkim znane jest takie pojęcie jak litość i tylko w nim jakaś samica gotowa jest oddać się wybrakowanemu samcowi z litości (natomiast rozpadającemu się ze starości, byle bogatemu, z największą chęcią odda się wiele młodych i ładnych samiczek ludzkich, jest to jednak inna kwestia). Tam obowiązuje bowiem zasada respektowana przez obie płcie: kto silniejszy, ten lepszy, ponieważ jakość genów przekazywanych za pośrednictwem nasienia decyduje o przetrwaniu i rozwoju gatunku. Samiec dominujący jest samcem dominującym i basta, inne samce mogą się tylko przyglądać jego seksualnym popisom, tocząc ślinę z pyska i czekając z utęsknieniem na swoją kolej, której najbliżej jest samiec nr 2, a po nim nr 3 itd. Na jakim miejscu w tej kolejce plasował się Tadek? Na ostatnim od końca, który nie miał mieć nigdy kresu! Stała się jednak rzecz przedziwna, do pomyślenia jedynie w teorii gier losowych, lecz przenigdy w praktyce życiowej, szczególnie w świecie lemurów. Otóż Tadek wykołował wszystkich samców uganiających się za potencjalnymi rywalami, w tym samców beta, czyli drugiej kategorii, którzy latali chyba wokół własnego ogona, z konieczności bardziej oklapłego, zamiast odbiec w pojedynkę od zziajanych durniów i wykorzystać szansę, która szybko się nie powtórzy. Natomiast Tadek, nie ruszając się do pewnego momentu z drzewa, wykorzystał po mistrzowsku szansę dla niego jedną na milion, gdyż lemurzyce mają ruję tylko raz w roku, zdobywając w dodatku najbardziej łakomy kąsek: najwspanialszą spośród wszystkich samic, wspomnianą Wiktorię! I to on przekazał swoje zwycięskie geny przyszłym pokoleniom!

 

        W świecie lemurów                  Triumfujący Tadek?

    A konkluzja? Samcze, nie biegaj na próżno wokół własnego ogona, nawet tak okazałego jak u lemurów! Natomiast jeśli chodzi o Tadka, no, cóż, mogę mu tylko pozazdrościć – tyle wspaniałych samic defiluje wokół mnie, a ja z racji mego kulawego wieku muszę się obejść smakiem! Moje ja powinno oczywiście z tego powodu bardzo cierpieć, bo co z tego, że mam obie nogi i że jeszcze tyle twórczej energii przepływa z części świadomej mej struktury psychicznej do nieświadomej? Do tej pory myślałem, że jestem obdarzony wybujałą jaźnią, ale do tej, którą zdaje się mieć Tadek, ta moja nawet się nie umywa!

01:02, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 marca 2009
O procesach ewolucyjnych w dziejach głupoty bardzo ludzkiej

    Ponieważ wspomniane przeze mnie ptaki zaczęły latać do tyłu w wyniku ewolucyjnych i z jakiegoś powodu koniecznych zmian ich wcześniejszych zachowań podczas lotu, powinienem chyba ten temat kontynuować w tym z konieczności znacznie bardziej obszernym poście. Procesy ewolucyjne nie zakończyły się wraz ze śmiercią ich odkrywcy, Karola Darwina. Pamiętamy zapewne książkę Alberta Camusa Dżuma. Warto dopisać do nich ewolucyjną glosę: europejscy potomkowie tych, którzy chorowali w Afryce na dżumę, już nigdy na nią nie zachorują – wykształcił się w ich organizmach mechanizm odpornościowy na tę straszną chorobę. Tak samo będzie zapewne z AIDS. Już teraz w tych krajach afrykańskich, gdzie znaczna część tamtejszej populacji zarażona jest tą śmiertelną chorobą, pojawiają się osobnicy odporni na zarażenie; najdziwniejsze, że jedną z nich jest prostytutka z dwudziestoletnim stażem, nie stosująca żadnych środków zabezpieczających. Ich potomkowie też nie zachorują, nawet gdyby oddawali się prostytucji…

    Jesteśmy spokrewnieni z każdym żywym organizmem na Ziemi. Z każdym. Z dżdżownicami też, którym Darwin poświęcił ostatnią książkę, wiedząc, że już niedługo zajmą się jego martwym ciałem. Według niego zrobiły dla Ziemi więcej dobrego niż wszyscy ludzie razem wzięci – bardziej znikomi niż tym samozwańczym „panom wszelkiego stworzenia” się wydaje. Mogłyby im to powiedzieć choćby bakterie, których w garstce ziemi, powstałej z prochów nawet Leonarda da Vinci, jest około dwadzieścia pięć miliardów. Porównajmy to z liczbą ludzi żyjących na Ziemi i schylmy przed nimi czoło. Tym bardziej że w razie jakiegoś kosmicznego kataklizmu mają znacznie więcej od nas szans na przetrwanie…

    I jeszcze jedna refleksja: największymi wrogami darwinowskiego ewolucjonizmu były wszelkiego rodzaju instytucje religijne. Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że mogą być nimi nadal, mimo coraz bardziej miażdżących dowodów naukowych na potwierdzenie słuszności tej teorii, których w ostatnim czasie dostarczyli przede wszystkim genetycy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że przecież religie też ewoluowały, od form najbardziej prymitywnych do coraz bardziej złożonych. Zresztą te, którym dawno temu udało się obrosnąć w pióra i sadło, z natury rzeczy nie są już tak krwiożercze jak w okresach swego największego ekspansjonizmu, co zgodnie z teorią ewolucji jest zwiastunem ich nieuchronnej zagłady (w kościołach europejskich widać to już gołym okiem). W terminologii przyrodniczej są to leciwe samce alfa, którym podległe im samice lada chwila wypowiedzą posłuszeństwo, ponieważ nie będą oni w stanie podjąć walki z młodymi i jurnymi samcami beta. Samice to wyznawcy różnych wielkich religii, z mózgami wypranymi zdawałoby się już do cna, co jednak dotyczy w rzeczywistości jedynie dość powierzchniowych warstw umysłu – okazało się, ku zdumieniu postronnych badaczy, że tak samo było w przypadku większości ludzi zniewolonych jeszcze nie tak dawno przez równie potężne religie świeckie: faszyzm czy komunizm. To też jest triumf ewolucjonizmu. Samice jeszcze nie wiedzą, że dopiero wraz z nadejściem samców beta, czyli rosnących w siłę ruchów quasi-religijnych o sekciarskim zabarwieniu, czeka je prawdziwe pranie mózgu, a może ćwiczą się w odwiecznej cnocie cierpliwości, ponieważ wiedzą podświadomie, że wszelkie skrajności w przyrodzie się znoszą i te ruchy też w końcu czeka zagłada? One na pewno w większości przetrwają i przekażą potomstwu swoje geny, bo jedynie to się liczy jako jedyny jasny punkt na obszarach zaciemnionych strachem i nadzieją…

                  

        Żyjąc na drzewach nie wygadywaliśmy przynajmniej bredni

    Ach, zapomniałem o jedynej w swoim rodzaju scence obyczajowej! Sławny profesor, w najwyższym stopniu kompetentny obrońca darwinowskiej teorii ewolucji,  mający odwagę spotykać się oko w oko ze zdeklarowanymi wrogami tej teorii, osobnikami koszmarnie ograniczonymi, a zarazem agresywnymi (samce beta!), próbuje także skłonić do udziału w tej polemice hierarchów kościołów naczelnych, a zatem osobników zdecydowanie bardziej kulturalnych od tamtych, nie posługujących się już od dawna mieczami bożymi jako jedynymi argumentami wiary, których wcześniej nazwałem samcami alfa. Wprawdzie twierdzili jakby nieco wstydliwie, że wierzą na przykład w dogmat Niepokalanego Poczęcia, pozostający oczywiście w jaskrawej sprzeczności z teorią ewolucji, ale ich usta nie miotały klątw na profesora, a z ich oczu nie biły pioruny. Pewnego razu profesor pojechał jednak do Afryki, ponieważ jeden z tamtejszych biskupów zwalczał teorię ewolucji wręcz z obsesyjnym nieprzejednaniem, poruszając ten temat we wszystkich swoich kazaniach, które ściągały rzesze fanatycznych słuchaczy. A oto ta scenka, która rozgrywa się w Kenii, a więc tam, gdzie protoplasta przyszłego homo sapiens zszedł po raz pierwszy z drzewa! Biały profesor o anglosaskich rysach mówi na powitanie do czarnego biskupa o dość małpiej fizjonomii: „Cieszę się, że jestem afrykańską małpą i że przybyłem tu, gdzie są moje korzenie!”, na co tamten: „A ja się cieszę, że zostałem stworzony na obraz i podobieństwo Boga!” Może człowiek kulturalny nie powinien w tym momencie wybuchnąć śmiechem, i tak właśnie zachował się pan profesor, ale ja wybuchnąłem, o czym donoszę z głębokim wstydem, bo jest to zachowanie wyraźnie małpie. W dodatku pomyślałem sobie: skoro wszyscy ludzie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, gdyż Biblia nie mówi o żadnych wyjątkach, to w poczet bogopodobnych istot należałoby wpisać także białego Hitlera czy czarnego Bokassę, nie pomijając przy tym mniej wyeksponowanych w historii ludzkości innych seryjnych morderców, nie tylko białych i czarnych, kierujących się jednak tym samym odwiecznym nakazem ewolucyjnym: „Pieprz i zabijaj!” 

00:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009
O lataniu do tyłu

    Pisałem już o cudach, więc powinienem zaraz po tamtej zamieścić tę notkę, okazało się jednak, że latanie do tyłu, choć wygląda na cud, cudem nie jest, no, ale dla zaostrzenia ciekawości czytelników mego bloga objaśnię to na samym końcu tego akapitu. Na australijskiej Wyspie Kangura jest raj dla dzikich zwierząt. No, może nie dla części misiów koala płci brzydszej, które trzeba sterylizować. Namnożyło się ich bowiem tak dużo, że w niedalekiej przyszłości wszystkie eukaliptusy zostałyby ogołocone z liści. Niestety, dla kangurów rajem też nie są. Wbrew nazwie bardzo trudno się na nie natknąć, ponieważ ukrywają się w gęstych krzakach przed dyszącymi zemstą miejscowymi plantatorami, dla których są prawdziwą plagą; przedtem zapewne taką plagą dla kangurów byli pierwsi osadnicy. Za to dla pięciu gatunków ptaków, które nie występują nigdzie indziej na ziemi, prawdziwym rajem musi być inna wyspa australijska, Lord Howe, znana także z bajecznych raf koralowych, niestety wulkaniczna, która ma kiedyś zniknąć w morskich odmętach wraz ze swymi unikalnymi ptakami, szczególnie jednym gatunkiem, których przedstawiciele latają wyłącznie do… tyłu, może dla ilustracji tezy, że lot w przód, czyli w przyszłość, na tej wyspie skazanej na zagładę jest bezsensowny, a może już teraz tym lotem, podobnym do pisma arabskiego, piszą własny Raj utracony?

                      

Lord Howe (ptaki latające do tyłu są teraz z niewidocznej strony wyspy)
01:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 marca 2009
O słoniach wielkości kozy

    Wczoraj mówiłem o świecie słoni, nie myśląc jednak o słoniach wielkości kozy! A takie żyły kiedyś na Sycylii, gdzie ich przodkowie, jeszcze o naturalnych wymiarach, musieli się schronić, gdy śródziemnomorską… pustynię, zapewne z wielkimi oazami zieleni, po raz kolejny zalało morze, przeciskając się przez znów drożną Cieśninę Gibraltarską. Słonie musiały się przystosować do sycylijskiej diety w postaci rzadkich traw, ostów etc., w sam raz dla stworów wielkości dzisiejszych kóz, które nadal tam się pasą. Tamte słoniokozy miały jednak trochę więcej szczęścia, bo nikt ich raczej nie doił, czyli nie ograbiał z pokarmu przeznaczonego dla słoniokoźlątek. To, co teraz powiem, może nie będzie nazbyt odkrywcze, ponieważ nie zostanie jak w omawianym przypadku poparte żadnymi dowodami wykopaliskowymi, ale gdyby pewien sławny wódz kartagiński w wieku drugim przed naszą erą przekroczył Alpy z kawalkadą słoni bojowych o takich rozmiarach jak te sycylijskie, to o Kannach nikt by nie słyszał, a przez cały Rzym nie przetoczyłby się trwożny krzyk: Hannibal ante portas

                        

                           Na perskiej miniaturze słonie bojowe w czasach Hannibala

    Napór kontynentu afrykańskiego (tam, w Północnej Afryce, znajdowała się Kartagina) na nasz trwa nadal, więc ta historia może się powtórzyć. Po zamknięciu przez spiętrzone skały Cieśniny Gibraltarskiej wystarczy zaledwie dwa tysiące lat, by w miejscu Morza Śródziemnego znowu pojawiła się pustynia. Słonie afrykańskie na pewno nie przepuszczą takiej okazji. Należy jednak powątpiewać, czy w razie kolejnego kataklizmu w postaci udrożnienia się Cieśniny znajdą schronienie na Sycylii, obecnie stokroć mniej gościnnej niż dawniej z powodu zasiedlenia jej przez groźne stwory człowiekowate, zwane mafiosami…

    Nawet gdyby te słonie były biegłe w piśmie, to marną pociechą dla nich będzie fakt, że historia mafii sycylijskiej liczy sobie zaledwie dwa wieki, natomiast historia osiadłych ongiś na tej wyspie ich kozopodobnych  przodków zapewne kilka milionów lat, dzięki czemu zdążyli skamienieć.  No, ale jeszcze wcześniej było tam morze – pozostałością po nim są ogromne pokłady soli na Sycylii, wydobywanej dopiero od pięćdziesięciu lat, więc starczy jej na dalsze milion. Mam tylko nadzieję, że żony kolejnych mafiosów nie będą nią kiedyś peklować słoniowego mięsa, czyli słoninę, jak w tym starym kawale z bardzo długą brodą, który odpamiętał mi się teraz dzięki temu postowi: "Pewnemu słoniowi Wydział Paszportowy MSW od dłuższego czasu odmawiał wydania paszportu służbowego (wyjazdy do Afryki), ponieważ specsłużby podejrzewały go o chęć ucieczki na Zachód – jego szpiegowskie kontakty z agentami kapitalistycznej Małpolandii wydawały się bowiem nie podlegać najmniejszej wątpliwości, więc jako wytrawny szpieg musiał wyczuwać trąbą, że zaczyna mu się palić grunt pod nogami. Zaprzyjaźniona z nim mrówka, być może pozostająca również na  usługach obcego wywiadu, chcąc mu pomóc wsadziła  go w rozkrojoną bułkę i stanęła do odprawy paszportowo-celnej. A to co takiego? zapytał podejrzliwie celnik, wskazując na bułkę. A mrówka, bez drgnienia powiek: Tooooo? To jest  bułka ze słoniną…

     Co to jest przypadek?    19 marca

     Pod datą 3 marca zapisałem w swoim notesie, który wybierając się na narty wrzucam zawsze do plecaka, ponieważ pomysły na wszystkie moje dotychczasowe posty nasunęły mi się w trakcie biegania na nartach (jeszcze dzisiaj biegałem na Przymiarkach!): „Spotkałem na leśnej drodze po drugiej stronie Bełkotki pana X. Powrócić przy okazji jakichś rozważań do roli przypadku w naszym życiu”. Okazało się bowiem, że ja oraz pan X., wcześniej mi nieznany, przez kilka lat mieszkaliśmy nad Zalewem Zegrzyńskim w pobliżu siebie, a spotkaliśmy się dopiero tutaj w odległości ponad czterystu kilometrów od tamtego miejsca. Nie był to zatem przypadek aż tak dziwny jak ten, gdy na drugim krańcu świata, w ogromnym mieście, gdzie znalazłem się po raz pierwszy, spotkałem na samym wstępie mego przyjaciela z lat młodości, mimo iż nasze drogi po jego wyjeździe z kraju rozeszły się już dawno temu. Nie chodzi mi jednak o wywołanie tym postem licytacji przypadków niezwykłych, lecz o kilka refleksji na ten temat.

  A zatem: co to jest przypadek? Jeśli ktoś mi powie, że przypadek jest ślepy, więc nie ma o czym mówić, zaripostuję natychmiast, być może cytując jedną z moich notek, dotąd nie publikowanych: „Przypadek nas złączył, przypadek rozłączył. Niech żyje przypadek – jasnowidzący, nawet jeśli ślepy!”, z której mogłoby wynikać, że przypadek może być jasnowidzący. Już w Księgach Samuelowych mówi się o przypadku, z tym że tam o tym, co jest, a co nie jest przypadkiem, decyduje wyłącznie Bóg. A zatem: albo ingerencja sił nadprzyrodzonych, albo wyjątkowy zbieg okoliczności – ze zdecydowanym akcentem położonym na tej pierwszej opcji. A co o tym sądzą racjonaliści? Teoria prawdopodobieństwa, będąca działem nauki zajmującej się zdarzeniami losowymi, została zrodzona, o czym nie wszyscy wiedzą, już w wieku siedemnastym w wyniku pierwszych analiz gier losowych, przeprowadzonych między innymi przez Blaise’a Pascala, co mnie osobiście nie dziwi, ponieważ ten głęboko wierzący chrześcijanin był zarazem filozofem o poglądach na świat dość trzeźwych, skoro twierdził, że Boga czuje serce, a nie rozum…

                                                                      

                                                         Blaise Pascal  

       Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa to nie przypadek sprawił, że Blaise Pascal zajął się analizą gier losowych – był bowiem na pewno wynalazcą pierwszej maszyny liczącej, ale ruletki ponoć też. Wprawdzie w swoich pismach nie wyznaje, że w skrytości ducha marzył o głównej wygranej na loterii czy poważnej wygranej w ruletce, ale możemy się tego domyślić, z tym że w przeciwieństwie do nas nie chciał, by o wszystkim decydował czysty przypadek. No, tak, ale Pascal nie był na pewno przeciętnym człowiekiem, a w życiu przeciętnego człowieka prawo wielkich liczb odnosi się jedynie do tych, które codziennie padają w dużym lotku. Jednakże bez względu na to, jak by je skreślał, drżącą ręką czy na chybił trafił, po kolejnym losowaniu musi stwierdzić z coraz głębszym westchnieniem, że przynajmniej dla niego nie ma w zakresie tych ludzkich ułud najmniejszego przypadku!

00:24, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 marca 2009
W świecie słoni i Tauregów

    Już wcześniej zapowiadałem ten post, wspominając o Tauregach, czas zatem na zapisanie tego, co dojrzewało w mej pamięci od kilku tygodni. Zupełny przypadek. Otwierane jeden po drugim dwa różne kanały, przyrodniczy i dokumentalny, ale właściwie mówiące o tym samym. O tańcach godowych. W świecie słoni oraz Tauregów, plemienia koczowniczego żyjącego na Saharze w warunkach też właściwie naturalnych. Na początku obie te opowieści spinał w dodatku wszechobecny piasek, ponieważ słonie uciekając przed suszą brnęły po kostki w piachu, a podczas burzy piaskowej przeżywały znacznie gorsze katusze od swych ludzkich pobratymców, nie miały bowiem ani turbanów, ani szerokich chust, którymi mogłyby sobie zakrywać trąby, jako że przez nie oddychają. No, ale wreszcie niemal wszystkim słoniom (prócz jednego słoniątka, które w tej burzy zabłądziło, oddalając się od matki) udało się dotrzeć do zbawczej oazy, stworzonej dzięki życiodajnej wodzie. Tauregowie bez swoich oaz też by długo nie przeżyli, a na rozpalonych piaskach, pod morderczym słońcem na pewno nie myśleliby, podobnie jak i słonie, o tańcach godowych! Można by niby dopatrzyć się pewnej różnicy między nimi, bo w przeciwieństwie do świata słoni, gdzie przedstawiciele obu płci żyją w oddzielnych stadach, spotykając się tylko podczas rui samic, a zatem dość rzadko, gdyż słonica ma ruję jedynie raz na trzy lata, Tauregowie żyją niby gromadnie, często w małżeńskich stadłach, choć jeśli chodzi o najmłodszych przedstawicieli obu płci, to żyją oni do pewnego czasu równie rozdzielnie jak ich słoniowate siostry i bracia, z tym że na erotyczne spotkania nie muszą czekać aż tak długo. Zresztą, tańce godowe wśród słoni też nie trwają aż tak długo, choć biorąc pod uwagę masę ich ciał muszą być równie wyczerpujące…

    Opis tych tańców zacznę od słoni, ponieważ w sensie choreograficznym nie są one tak skomplikowane jak tamte. W stadzie słonic z młodymi słoniątkami wielkie poruszenie – jedna z młodych samic ma ruję, stąd natychmiastowa, mimo iż niezapowiadana wizyta samca w zamiarach wiadomych na pierwszy rzut oka, o czym świadczy potężna pyta podrygująca pod jego brzuchem w tanecznych podrygach. Oczywiście chciałaby ona od razu dotrzeć do celu, ale hola, hola, do gonionego, miły panie, bo skąd pewność, że nie jesteś dychawicznym starcem, któremu w głowie niestosowne figle? Samica ucieka, nie oddalając się jednak zanadto od swego stada, a samiec pędzi za nią ile sił w słoniowatych nogach, sterowany bez wątpienia ową potężną pałą, której dzikie pląsy mogą przyprawić o zawrót głowy nie tylko przyglądające się jej popisom inne samice, lecz w pewnym stopniu również najbardziej zainteresowaną, która uciekając wprawdzie jej nie widzi, ale zapewne czuje jej rozwibrowaną obecność w zagęszczającym się powietrzu. Dalszego ciągu chyba opisywać nie muszę, dodam tylko jedno, bo wydaje mi się to wzruszające i bardzo ludzkie: po odejściu samca, młoda samica jeszcze długo drży, czule pocieszana przez inne samice, które, choć nie są w okresie rui, też nie mogą opanować swego podniecenia…

    U Tauregów tańczą tylko młodzianie-prawiczki, z twarzami wymalowanymi jak nie przymierzając u najbardziej zalotnych dziewic: podkreślone czarną kredką oczy, czerwoną usta, a policzki rzecz jasna różem! Stroje też godowe jak u najbarwniejszego ptactwa, mimo iż te ich są tradycyjnie koloru indygo (intensywnie niebieskiego), no, ale od czego są ręcznie tkane pasy, turbany, zasłony na twarzach oraz przeróżne ozdoby! Tańczą przez całe dwa dni, nie bacząc na żar lejący się z nieba, nie żałując nie tylko nóg, ale także gardeł, z których bez przerwy wybiegają wabiące trele. A więc tańczą właściwie do upadłego, choć nie zdarzyło się jeszcze, by któryś z nich padł wymalowaną twarzą na piasek i wyzionął ducha, co zrozumiałe, ponieważ ich popisom przyglądają się młode i piękne dziewice o oczach jak gwiazdy, ponętniejsze niż hurysy, gdyż stąpają jak najbardziej po ziemi (czytaj: po piasku), a nieba mogą przychylić swemu wybrankowi być może już tej nocy – wystarczy, że któraś z nich przy nim przystanie i dotknie go rozpaloną i drżącą ręką! Tak, gdyż podobnie jak młoda słonica, taka nieśmiała dziewczyna przy pierwszym zetknięciu się z dzikim i rozbuchanym żywiołem męskim też drży z podniecenia, mimo że młodzianie skrywają swoje rozedrgane pały pod powiewającym materiałem „bubu”, stroju okrywającego ich ciała od stóp do ramion…

                                

                         Przedmiot westchnień tańczących Tauregów

    Paniom w naszym kręgu kulturowym nie mieściłoby się w głowie jeszcze jedno: nie dosyć, że taka młodziutka Taureżka, zobowiązana tradycją do utraty cnoty akurat w ciągu owych dwu szalonych dni i nocy, może sobie wybrać, kogo zechce, to w dodatku nie zobowiązuje jej to do wyjścia za mąż za swego wybranka, bo mogło się okazać, że w łóżku zamiast do tańca, był raczej do różańca! Zgodnie z tradycją musi oczywiście opuścić stan panieński, ale ma jeszcze jedną szansę na ostateczny wybór, więc wszyscy młodzianie muszą stanąć ponownie do rozstrzygającego tańca, w tych samych strojach godowych, tak samo wymalowani, tańczący i trelujący do upadłego! Wydawałoby się, że u nas młode samiczki wyzwoliły się znacznie bardziej od tamtych, szczególnie w wielkich miastach, ale nawet jeśli wcześniej od nich tracą dziewictwo, to zazwyczaj z byle kim i byle jak, najczęściej w pijanym czy narkotycznym widzie, będąc takimi sami ofiarami zdziczałej emancypacji jak ich z konieczności cnotliwsze matki…

                  

                              W kilka lat po tańcach godowych

01:06, jbroszkowski
Link Komentarze (8) »
józeksuch@basensanvit.pl

    Dziś publikuję wyjątkowo aż dwa posty, ponieważ być może zamartwia się pan na śmierć, nie wiedząc, co się takiego strasznego mogło wydarzyć, skoro od ponad tygodnia nie pojawiam się na basenie. Niby jest pan pewny, że żyję, ponieważ codziennie ukazują się na moim blogu nowe posty, ale po mojej ewentualnej śmierci mógłby je tam przecież zamieszczać mój duch, straszący w wolnych od pisania chwilach w „Zofiówce”. By pana uspokoić, muszę przedstawić rozkład moich zajęć w ciągu ubiegłego tygodnia, a raczej rozkład dnia, jako że wszystkie te dni były do siebie bliźniaczo podobne. Jak pan wie, mniej więcej o czwartej nad ranem wracałem z nocnego obchodu moich iwonickich włości, później spałem około pięciu godzin, a następnie spożywałem śniadanie (śledzie w zalewie cytrynowej według pańskiej receptury, reszta też bez zmian), po czym musiałem się zabrać za pisanie kolejnego postu, żeby zapewnić panu codzienną porcję godziwej lektury. W trakcie tego przygotowywałem warzę, jak pięknie mówili drzewiej pańscy iwoniccy przodkowie, lecz nie podług przepisów pańskiej prababki, jako że ryba morska duszona  w jarzynach to potrawa opatrzona tajną pieczęcią mojej kuchni, mimo iż jeszcze jej nie opatentowałem. Obowiązkowa surówka z czarnej rzodkwi, selera, marchwi, jabłek i kiszonej kapusty też czeka na opatentowanie. Gdy już spożyłem to, com sobie przyrządził, wyruszałem ku Przymiarkom, by tam sobie biegać na nartach, zapisywać kolejne refleksje pisarskie, i tak póki nie ściemniło się na dobre, chyba że była pełnia księżyca i można było urzędować tam prawie do północy.  No, a potem powrót do domu, kolacja, redagowanie i zamieszczanie postu, poprawianie wcześniejszych, rozmyślanie nad następnymi, spacer nocny etc., etc.

    Tak było na Przymiarkach aż do niedzieli włącznie, kiedy mnie na stoku zbiegającym ku potokowi sakramencko sponiewierało, oj, sponiewierało, co i nie dziwota, bo nie dość, że było już zupełnie ciemno, to na jednej części stoku szklanica, więc narty pędziły jak szalone, a sto metrów dalej miękkawy śnieg, w który zaryłem nieoczekiwanie i z ogromną siłą nosem tak, że mnie aż zamroczyło, no, ale zębów nie pogubiłem, nos też pozostał na swoim miejscu, zamiast krwi spływał po twarzy topniejący śnieg, więc nie było nad czym deliberować. Pojeździłem jeszcze z pół godziny, żeby całkowicie otrzeźwieć i wróciłem do domu. Dobrze jednak, że wczoraj zaczął padać deszcz, bo rankiem plecy i ramiona były jednak obolałe, oj, obolałe, więc o pływaniu też nie byłoby mowy, ponieważ szczególnie ramiona są przy tej czynności raczej niezbędne, przeto po południu powlokłem się ku Przymiarkom, po raz pierwszy bez nart, ale za to z parasolem, gdyż zacinał deszcz ze śniegiem. Już w połowie drogi schowałem parasol do plecaka, a na samej górze skonstatowałem ze smutkiem, że pozostało tam jeszcze wystarczająco dużo śniegu, nawet lekko przymrożonego, by sobie dwustumetrowe rundki przebiegać, oj, przebiegać! Skoro pan już wie, że złego diabli nie wezmą, to jeszcze tylko dodam, że od dłuższego czasu się nie golę, więc przypominam do złudzenia legendarnego Człowieka Śniegu, szczególnie gdy nocą wyłaniam się pochylony z lasu na przykład na tej ścieżce nad „Sanvitem”, nie zdziw się pan zatem, jeśli jakiś kuracjusz-lunatyk znajdujący się akurat na dachu tego sanatorium z kamerą noktowizyjną w zębach zrobi sensacyjny film, który nazajutrz obiegnie cały świat, a pan oglądając go w dzienniku telewizyjnym zaczniesz kręcić z niedowierzaniem głową, bo w tym kawałku twarzy Mr. Yeti majaczącej znad lewego ramienia dostrzeżesz pan oko, które może należeć wyłącznie do pana Janusza R.! Tego, którego w dającej się przewidzieć przyszłości (nic to, że dziś ma znowu padać śnieg) ujrzy pan ponownie w wodzie – w peruwiańskim poncho, w okularach pływackich marki „Arena” i meksykańskim kapeluszu na głowie…

                            

                                 Człowiek Śniegu czyli Yeti-Przebieraniec

01:03, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Co tam słychać, panie, w polityce?

    O polityce w moim blogu ani słowa, mimo iż wiem, jak ogromny wpływ wywiera ona na życie wszystkich ludzi, na moje być może też. Ale od czasów, gdy niejaki Bokassa koronował się na cesarza, wydając na tę ceremonię kwotę stanowiącą jedną trzecią budżetu swego cesarstwa, będącego jednym z najbiedniejszych krajów afrykańskich, i każąc sobie między innymi włożyć na durnowatą łepetynę koronę wysadzaną pięcioma tysiącami diamentów, cóż jeszcze sensownego można o polityce powiedzieć? Inny z władców afrykańskich podobno pożerał swoich politycznych przeciwników, smakując swój triumf kawałek po kawałku dzięki zamrażarce, gdzie mógł podzielonych na porcje wrogów składować, co jest jedynie potwierdzeniem tego, co o politykach zawsze myślałem: wszyscy oni są ludożercami, nawet jeśli nie zawsze w dosłownym tego słowa znaczeniu. Żerują bowiem na ludziach, a ściślej na ich głupocie, wpierw robiąc im wodę z mózgu, który dzięki temu socjotechnicznemu zabiegowi staje się móżdżkiem w kulinarnym tego słowa znaczeniu. Oto jeden z niezawodnych przepisów mojej babci:    

Na rozgrzanym tłuszczu podsmażamy cebulkę, którą po podsmażeniu przekładamy na talerz, a na ten sam tłuszcz wrzucamy móżdżek. Rozgniatamy go i pilnujemy, by ładnie obsmażył się z każdej strony. Następnie dodajemy lekko zmiksowane jajka i mieszamy, a gdy zaczynają się ścinać, dodajemy wcześniej przygotowaną cebulkę. Mieszamy całość, póki nie otrzymamy w miarę stałej konsystencji. 

     Powinienem powiedzieć „smacznego!”, względnie „guten Appetit!” etc., zamierzałem jednak mówić o polityce, co jak widać do niczego sensownego mnie nie prowadzi. A może w tym moim pozornym szaleństwie jest jakaś metoda? Jakiś ukryty cel? Nie ukrywam bowiem, że szlag mnie trafia, gdy porównuję liczniki odwiedzin na moim blogu i blogu niejakiego Marcinkiewicza, wyciągniętego kiedyś przez Prezesa Kaczyńskiego jak królik z kapelusza, dzięki czemu został premierem, czyli znanym politykiem. Ale nawet teraz, gdy jest przecież politykiem zdymisjonowanym, niejako w służbie biernej, nadal jest bardziej znany ode mnie, pisarza w służbie czynnej jednak, i mimo iż w przeciwieństwie do mnie plecie w swoich postach, co mu ślinie na język przyniesie, na jego blog wlazło już grubo ponad trzy miliony gości, a na mój zaledwie dziewięciuset pięćdziesięciu! Statystyka komentarzy jest równie miażdżąca dla mego nie najlepszego w tej sytuacji samopoczucia: jego wypociny skomentowano prawie sześćdziesiąt tysięcy razy, a moje tematy trudne tylko dziesięciokrotnie – i żadne wyliczenia związane z naszymi stażami blogowymi (moim zaledwie półtoramiesięcznym) statystyki tej znacząco na moją korzyść nie poprawią! Mógłbym wprawdzie zakląć się na wszystkie świętości, że wolę jeden mądry komentarz od tysiąca głupich, a te dziesięć na moim blogu należy do tych pierwszych, nie oznacza to jednak, niestety, że moje dotychczasowe posty skomentowano dziesięć tysięcy razy.  Więc czy to, co naskrobałem dzisiaj w swoim notesie, jadąc na nartach po lesie, może mi przynieść ulgę w tym moim strapieniu? Oto ta notka: „Głos mam też podobno piękniejszy od tych, które wychodzą z kiepsko nastrojonych instrumentów głosowych wielu gwiazd estrady, a na moje koncerty w lesie nie przychodzi nawet pies z kulawą nogą. A pierzchające na mój widok sarny? Przecież wiadomo, że są one z natury płochliwe!” 

                  

                        Pijany polityk (poseł) chrapiący w Sejmie

   PS. W te moje rzekome cierpienia starego Wertera może jedynie uwierzyć ktoś, kto mnie nie zna – życie jest teatrem, więc najważniejsze jest, żeby się dobrze bawić, nawet  swoim kosztem!

00:33, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 marca 2009
Czy cuda są możliwe?

     I kolejna refleksja, na niedzielę jak znalazł, która po poprzednich automatycznie nawiedziła mój umysł: czy możliwe są cudowne uzdrowienia, a zatem cuda? Oczywiście, są na to dość liczne dowody. Nie tylko pod tak zwanymi cudownymi obrazami czy figurami, pod tymi ostatnimi częściej, bo są bardziej namacalne, jak woda, która zawsze wytryska czy spływa w ich pobliżu, a zatem jest też a priori cudowna. Choćby ta w Bronx, dzielnicy Nowego Jorku, przy replice Madonny z Lourdes. Zwyczajna woda z miejskich wodociągów, ale dla kilku z miliona obmywającej nią twarz osób rzeczywiście cudowna, a posteriori też, bo uzdrawiająca. Wierzą w to, o dziwo, nawet naukowcy, którzy jak na naukowców przystało uzasadniają ten fenomen następującym równaniem: wiara plus efekt placebo równa się cud. A co z tymi milionami nieszczęśników, po których wszelkie cudowne wody spływają jak woda po kaczce? Po prostu nie dostąpiły łaski uzdrawiającej, bo widocznie są nazbyt grzeszne, albo nie wierzą wystarczająco żarliwie…

    PS. Bronx, znany z filmowych i książkowych opowieści o Strasznej Dzielnicy, w której brutalność i przestępczość są jedynym prawem, zafascynował mnie już w czasach, gdy studiowałem w Szwecji – profesor zlecił nam bowiem odnalezienie i opisanie śladów szwedzkiego osadnictwa w Stanach Zjednoczonych, a ja miałem zebrać materiały dotyczące osoby Jonasa Bronka, pod którego wodzą te tereny, gdzie teraz znajduje się Straszna Dzielnica,  zostały w siedemnastym wieku zasiedlone właśnie przez Szwedów. Zabrałem się ochoczo do pracy, gdyż wiązało się to z moją wcześniejszą fascynacją osobą i twórczością Edgara Allana Poe, pisarza, który inspirował Baudelaire’a czy Dostojewskiego, któremu zawdzięczamy zdiagnozowanie podstaw choroby wieku dziewiętnastego, neurozy, świadomości dualizmu świata czy bólu istnienia, oraz takie pojęcia w nowych wówczas nurtach sztuki, jak dekadentyzm czy symbolizm. Mroczny jak najbardziej podejrzane zaułki w niektórych portowych miastach podczas bezksiężycowej nocy Poe, ze swymi skrajnie brutalnymi, wręcz makabrycznymi opisami świata, który można odnaleźć chyba tylko w stanach eliptycznych czy upojeniach alkoholowych, doskonale pasowałby do World of Darkness (Świata Ciemności) w Bronx ZOO, gdzie przebywają wyłącznie zwierzęta żerujące nocą, jak panda wielka czy pantera śnieżna. Nie ma więc żadnego przypadku, że przez trzy lata po śmierci żony mieszkał w pobliżu głównej bramy tego zoo, w niewielkiej, sześcioizbowej chacie zwanej Poe Cottage, gdzie napisał tylko jeden krótki poemat Anabel Lee, co mnie nie dziwi, ponieważ nocą najwidoczniej żerował w Świecie Ciemności, a w dzień spał, póki ciemności znowu nie zakryły ziemi…

                       

                           Edgar Allan Poe

00:31, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 marca 2009
O duchach

     Halinka się do mnie wczoraj odezwała, Halinka Thylwe, świetna tłumaczka nie tylko literatury szwedzkiej. Swoim mailem wprawiła mnie jednak w kłopot w pewnym sensie natury lingwistycznej, znacznie większy, niż gdyby przemówiła do mnie językiem Stagneliusa: Kvällens gullmoln fästet kransa. / Ălvorna på ängen dansa…, zawtórowałbym jej bowiem natychmiast: …och den bladbekrönta näcken / gigan rör i silverbäcken, natomiast nie miałem zielonego pojęcia, jak odpowiedzieć jej na taką oto przyśpiewkę: Hejze, hej, Janusku, kajześ sie zapodział? / Cyześ nie łottajał, cy Cie wicher porwał? / Tos ci jus nie śniezy, wiem to od juhasa, /  pewnieś z jakąś dziewką zdrowo se pohasał, / hej! Na szczęście przypomniałem sobie, co przed czterdziestu laty śpiewała pewna młoda wówczas i kraśna iwoniczanka w Stefanowej Dolinie, naśladując po mistrzowsku przyśpiewkę importowaną spod samiuśkich Tater: Ja sie bede łopierała, wy mnie chłopy ciągcie, / zaciągcie mnie za stodołe, tam mi dupe zrąbcie, / hej! Może Halinka nie dostrzeże związku między swoją przyśpiewką a tą, przesłaną przeze mnie, bo nie partię solową Halki powinienem odśpiewać, lecz Jontka,  na pewno jednak doceni, że bardzo się starałem w miarę sensownie jej odpowiedzieć!

                                

                         Scena z opery Stanisława Moniuszki Halka

    Po tym rozśpiewanym wstępie wracajmy do nieco smętniejszego meritum sprawy, czyli do duchów…Mało kto się przyzna, że boi się duchów, ale w istnienie duchów wierzy mnóstwo ludzi. Ja chyba też, mimo że dla kamuflażu, bo wstyd się do zabobonnej wiary w duchy przyznać, mówię o zjawiskach paranormalnych. Są jednak ludzie, którzy o duchach mówią wprost. Słyszą je, widzą je, boją się ich. W najgłębszym przekonaniu, że mieszkają w domach nawiedzonych przez duchy, szukają ratunku u specjalistów duchologów, bo tacy też oferują już swoje usługi przez Internet, a gdy oni nie mogą nic na to zaradzić, zwracają się z prośbą o pomoc do egzorcystów, a kiedy i to nie pomaga, pakują swój dobytek i zmykają z nawiedzonego domu gdzie pieprz rośnie.

     Współcześni duchologowie – nie mylić ze spirytystami, bo ci w istnienie duchów nie mogą wątpić w żadnym przypadku, skoro potrafią wywołać je na zawołanie – posługują się oczywiście supernowoczesnymi przyrządami pomiarowymi, rejestrującymi zmiany natężenia pola elektromagnetycznego w miejscach szczególnie przez duchy nawiedzanych, względnie w miejscach o szczególnym natężeniu aktywności paranormalnej (tak jak to mi się w strachem zmąconym umyśle mogłoby przedstawiać), lub wychwytującymi najlżejsze odgłosy hałasów, jak najsłuszniej bardzo podejrzane w grobowej ciszy, w jakiej pogrążony jest dom, a także kamerami na podczerwień, które rozróżniają w ciemnościach zarysy kształtów zupełnie niewidzialnych gołym okiem, jako że duchy zdecydowanie nie przepadają za światłem dziennym, o czym wiedzą nawet dyletanci. Niestety, urządzenia te nawet w dwudziestu procentach nie potwierdzają istnienia duchów w miejscach wskazanych przez przerażonych domowników, co według nich świadczy jedynie o niedoskonałości tych przyrządów, z których duchy najwyraźniej kpią sobie w żywe oczy. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że właśnie dzięki kamerom udało się uchwycić setki duchów  w rozlicznych pozach, a twierdzenie to popierają dowodem w postaci filmiku, na których te zdjęcia zostały wyeksponowane. Ponieważ można je w Internecie obejrzeć za darmo, łatwo uwierzyć w istnienie duchów, jako że bezinteresowność rzadko bywa podejrzana, najzupełniej według mnie niesłusznie. Mój sceptycyzm może się jednak brać z pamięci o powiedzonku żywym  w latach mojej młodości: pic na wodę – fotomontaż.

     No, a jeśli chodzi o naocznych przecież świadkach tych „duchowych” wydarzeń, mieszkających w nawiedzonych domach? Nie jestem psychologiem z zawodu, ale patrząc na tych ludzi widzę gołym okiem, że mamy tu do czynienia z psychozą zbiorową. Jedna rzecz w ich zachowaniach mnie jednak uderzyła: wystarczyło, by w ich domach zamiast dziesiątków „bezdusznych” urządzeń pomiarowych, czujników, mikrofonów i kamer, pojawiła się mniej od nich sceptyczna osoba, słysząca, widząca i czująca za pomocą własnych zmysłów to samo, co ci śmiertelnie przestraszeni ludzie, i współczująca im z całej „duszy”, a zdarza się cud: duchom zaczyna być głupio, że swoją obecnością w tym domu sprawiają domownikom tyle kłopotów, i nagle przestają straszyć, jakby się dematerializując, co w przypadku duchów brzmi dość nieprawdopodobnie. Nazywa się to ceremonią oczyszczenia nawiedzonego domu z duchów z natury swej ponoć nieczystych, odnoszę jednak wrażenie, przyglądając się tej ceremonii, że chodzi tu raczej o oczyszczenie umysłów z pozarozumowego strachu, który ma wieeeeeelkie oooooooczy!  Po tych refleksjach, muszę sobie jednak raz jeszcze zadać męskie pytanie: wierzę w duchy, czy nie? A oto moja odpowiedź, jak zwykle raczej wymijająca: wierzę w istnienie zjawisk paranormalnych…  

00:23, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2009
Esemesografia

    Może mam jednak jakieś sumienie i ono mnie gryzie? Po wczorajszej, dość kontrowersyjnej notce zapragnąłem nagle pokazać, że romantykiem też potrafię być! 

– Tęsknię za Tobą! / – No, dobrze, ale powiedz jak? / – Jak uwolniony z klatki ptak… / – Powiedz, co później stanie się z tym ptakiem? / – Zostanie świętym lub łajdakiem… / – Nie mów tak, bo prawdziwie wolny / jest ten, kto do miłości wciąż jest zdolny… / – A Ty? / – Ja, ach, mój miły,   pragnę Cię kochać z całej siły! 

                

                                                Kochać potrafią nawet samoloty

    Bogiem a prawdą sam wymyśliłem te esemesy, nazywając ten niewątpliwy twór mej wyobraźni  Esemesografią I, więc kolejny, na szczęście ostatni już utwór tego rodzaju, musiałem nazwać Esemesografią II: 

    – Jutro wyjeżdżam… / – Dokąd? / – No, do siebie… / – Czy to jest w piekle? / – Może w niebie? / – Czemu wyjeżdżasz? / – Bo tak trzeba… / – Więc proszę… / – O co? / – Przychyl mi, proszę, tego nieba! 

    Pisząc te utwory zachowywałem się jak dawni zaklinacze deszczu etc., z tym że ja usiłowałem zaklinać miłość! Przynajmniej w ujęciu romantycznym mogłoby tak to się przedstawiać, nie wykluczam jednak, że chciałem być po prostu prekursorem esemesografii, nowego gatunku literackiego. Tak, niezbyt miła pani z dość odległego postu, wszystko jest literaturą, każde zdarzenie, ba, każde wypowiadane przez nas słowo, bez względu na to, czy oparte jest na prawdzie, czy fikcji, zazwyczaj na jednym i drugim, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy, ponieważ prawd jest tyle, ilu ludzi! A wręcz farsą są nasze zachowania duchową nieszczerością nacechowane i podlane bigoteryjnym sosem, które uważamy za  szczyt autentyczności!

00:28, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2