RSS
niedziela, 25 grudnia 2016
105 LAT I 7 DNI NAPRAWDĘ MINĘŁO!

 

Kiedy dowiedziałem się, że pan Edward złamał sobie aż pięć żeber i od dwóch dni nie je i nie śpi, byłem poważnie zaniepokojony, bo wyglądało to na prawdziwy pech! A potem był szpital w Krośnie. Ale kiedy doszła mnie wieść, że pan Edward oblizuje się na widok urodziwych pielęgniarek, a apatycznym wzrokiem spogląda na dwie starsze panie spoczywające na sąsiednich łóżkach, wiedziałem, że rychło wróci do pełni sił! I rzeczywiście – po kilku dniach został stamtąd wypisany, a lekarz prowadzący nawet nie widział potrzeby odwiezienia karetką sędziwego pacjenta do domu, co w takiej na przykład Szwecji byłoby obligatoriskt, czyli obowiązkowe, wraz z obowiązkowym przewiezieniem go w wygodnej pozycji leżącej. A tu: upchał wnuk Maciek dziadka na tylnym siedzeniu zwykłej osobówki jak worek kartofli i bujaj się Fela, bo jutro niedziela! 

Miałem kiedyś pęknięte tylko jedno żebro i wiem, jaki to był koszmarny ból przy oddychaniu. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym złamał sobie pięć żeber, tfu, odpukać! Oczywiście pan Edward powinien z racji swojego wieku przebywać w pomieszczeniach, gdzie możliwość złamania sobie czegokolwiek jest praktycznie wykluczona. W takich komfortowych warunkach przebywają stulatkowie w domach opieki społecznej na zachodzie Europy. Poza całodzienną opieką lekarską i pielęgniarską mają do dyspozycji gabinety zabiegowe – panu Edwardowi też przydałyby się codzienne masaże, ćwiczenia usprawniające, także w wodzie, dzięki czemu na pewno chodziłby bardziej wyprostowany, a dieta, którą by tam otrzymywał, różniłaby się nieco od tej, jaką sam sobie zaordynował!

Można na cywilizację wybrzydzać, mówić, że gdzieś tam w górach ludzie żyją po sto kilkadziesiąt lat, ale… Stop! Zatrzymajmy się najpierw na tych górach. Kaukaz, z legendą o dziewięćsetstuletnim panu młodym i pannie młodej młodszej o trzysta lat, nasuwa się na myśl automatycznie. Półtora tysiąca stulatków tam żyjących, jeśli ich metryki urodzenia są pewne, robi oczywiście wrażenie. Pewne jest niewątpliwie to, że górskie powietrze, przyroda i klimat Kaukazu Północnego wpływają pozytywnie na zdrowie i sprzyjają długowieczności, ale poza odżywianiem (wzmianki o baranim tłuszczu, który dodaje się do większości potraw kaukaskiej kuchni i wytwarza się z niego słodycze oraz mydło, pojawiają się już w Biblii) ważny jest również styl życia: ludzie, którzy mieszkają w górskich wioskach, przywykli od dziecka do ciężkiej pracy, a nie do leniuchowania! 107-letnia pani Mirishan, którą oglądam na zdjęciu, ma na pewno tyle lat, bo mapa jej twarzy na to wskazuje. Ponadto zaświadczają o tym jej wnuki, które mają po ok. 60 lat. Całe życie ciężko pracowała w kołchozie, w represyjnych latach 40. XX wieku deportowano ją do Kirgizji, ale nic nie mogło złamać hartu jej ducha. Po kilkunastu latach udało jej się powrócić w rodzinne strony, nadal sama zajmuje się gospodarstwem i dogląda wnuków, przyrządza im jedzenie. Nigdy nie była u lekarza ani nie zwracała się o pomoc lekarską, dzieci rodziła w domu. Narzeka jedynie na słuch, więc trzeba mówić do niej głośno. Wprawdzie u nas żyją panie w tym wieku, jedna z nich ma ponad 111 lat, ale nie sądzę, by odznaczała się taką żywością ciała i umysłu!

Wcześniej pisałem, że najstarszy Polak ma 107 lat i że panie pod względem długowieczności biją nas na głowę, okazuje się jednak, że Antoni Sławiński, mieszkaniec Kudowy Zdroju, według oświadczenia własnego urodził się 6 lipca 1905 roku na Wołyniu, byłby więc najstarszym mieszkańcem naszego kraju http://www.kudowa.pl/pl/aktualnosci/z-wizyta-u-pana-antoniego, detronizując panią Jadwigę Szubartowicz w długości życia o ponad 100 dni!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Antoni_Slawinski.jpg

 

To, że burmistrz tamtego, też kurortowego miasta w to wierzy, jest zrozumiałe. Znaczne większe wątpliwości budzi fakt, że brak jest dokumentów potwierdzających jego datę urodzenia (ktoś napisał w komentarzu: „w latach, kiedy urodził się ten pan i jego rówieśnicy, często dopisywano kilka lat, by nie iść do wojska”).  Z informacji podanych pod wskazanym przeze mnie linkiem wynika wprawdzie co innego, ale czy służba w kawalerii pana Antoniego w 1925 roku, kiedy miał mieć 20 lat, ma potwierdzenie w jakichkolwiek dokumentach? Należy w to powątpiewać, bo w innym razie nawet brak metryki urodzenia (nie tylko podczas rzezi wołyńskiej płonęły archiwa kościelne) nie stanowiłby przeszkody do uznania jego wieku za prawdziwy.

Niestety, obecnie nie ma bezinwazyjnych metod badawczych, które by u człowieka żywego wskazały z niewielkim odchyleniem na wiek rzeczywisty. Badania szwów czaszkowych przeprowadza się na razie tylko na szkieletach osób zmarłych. Badanie stanu uzębienia u osobnika bezzębnego też w grę nie wchodzi. Metody radiometrycznej (każdy z izotopów ma określony czas, po którym połowa jego atomów ulega rozpadowi na atomy pierwiastków potomnych oraz jeden lub więcej rodzajów promienia) użyć można tylko do określenia wieku skał. Tak jak i metody sedymentologicznej, choć można by chyba dokonać pomiarów tempa sedymentacji różnych osadów w zbiorniku wodnym, jakim w pewnym sensie jest ciało pana Antoniego Sławińskiego, bo składa się przecież ono w znacznej mierze z wody, nieprawdaż? Krew to przede wszystkim woda, ale jednak krew to nie woda – czyżby w panu Antonim ta jego krew była tak mało krwista, że dopiero w 1937 roku, mając 32 lata ożenił się z panią Teklą i zaczął płodzić potomstwo? Wolne żarty, zwyczajny chłop z jajami rozpocząłby służbę prokreacyjną   znacznie wcześniej! A mówiąc zupełnie serio – pan Antoni na podane przez siebie lata absolutnie nie wygląda! Microsoft udostępnił narzędzie How-Old.net, które na podstawie zdjęcia szacuje wiek osób na nim się znajdujących. Niestety nie jest ono jeszcze doskonałe, ale nawet laik, patrząc na zamieszczone powyżej zdjęcie pana Antoniego, nie da mu więcej niż 102 lata!

Wprawdzie w Tybecie widziałem ponad stuletnich mnichów, wyglądających na 60-latków, którzy, jak w powieści Jerzego Andrzejewskiego, szli skacząc po górach (zostało to oczywiście zaczerpnięte z biblijnej Pieśni nad pieśniami), ale to było w Tybecie – na szczytach duchowości, gdzie można odżywiać się wyłącznie światłem! Do Karakorum niestety nie dotarłem. Pod tym pasmem górskim w dolinie rzeki Hunza znajduje się podobno światowe centrum długowieczności. Najciekawsze jest jednak to, że Hunzowie, lud tę dolinę zamieszkujący, nie tylko pod względem genetycznym przypominają wschodnich Europejczyków! Ta dorosła dziewczyna Hunza ze zdjęcia poniżej mogłaby urodzić się w np. w Warszawie (skóra biała, oczy zielone, ostry podbródek).

 

http://jbr.blox.pl/resource/hunzavalleypakistan.jpg

 

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy szczęśliwym małżeństwem w tym plemieniu było akurat to, gdzie on dożył 106 lat, a ona 103. Bardziej absorbuje mnie pytanie, jakie gody obchodzili? Brylantowe (75 lat długoletniego pożycia małżeńskiego) z pewnością, dębowe (80 lat dpm) też niewykluczone, ale w plemionach za mąż wychodzi się raczej wcześniej, więc co? Skala się skończyła, czy po prostu obchodzi się tam jeszcze inne gody, skoro prawdą jest, że niektórzy członkowie tego plemienia żyją znacznie-znacznie dłużej?

Faktem jest, że nie wiedzą, co to rak, cukrzyca, otyłość czy wysokie ciśnienie, czyli typowe choroby cywilizacyjne. Faktem jest też, że zjadają w dużych ilościach pestki moreli, które zawierają spore ilości witaminy B17. Ma ona działanie przeciwrakowe, a Hunzowie, dzięki tym pestkom, spożywają jej 200 razy więcej niż przeciętny Amerykanin! Jeszcze jedno: dla nich człowiekiem w średnim wieku jest stulatek!

Hunzowie są tym, co jedzą: w dużej ilości spożywają surowe owoce i warzywa (np. ziemniaki, marchewkę, rzepę, dynię, jabłka, czarne porzeczki, wiśnie, śliwki, morele), orzechy (laskowe i migdały) oraz zrobione z nich oleje. Ponadto konsumują dużo zbóż: grykę, pszenicę, proso oraz jęczmień, które jakoś im nie szkodzą. Być może sekret tkwi w odpowiednim przygotowaniu tych zbóż do konsumpcji poprzez moczenie, kiełkowanie i fermentowanie, tak jak to się dzieje w innych cywilizacjach „zbożowych”? Albo po prostu w lepszym ich przyswajaniu? Poza  mlekiem i jogurtami piją praktycznie tylko wodę pochodzącą z lodowca; wino używane jest jedynie w celach medycznych. Dalej: mimo iż pracują fizycznie, jedzą niewiele (dwa główne posiłki w ciągu dnia); dorosłym ludziom w tym surowym klimacie wystarcza niecałe 2000 kalorii dziennie. Dzięki temu są dużo bardziej wytrzymali i mają więcej energii. Dodajmy, że oczyszczają się za pomocą postów i że robią to od najmłodszych lat. Taki ścisły post trwa kilka dni i odbywa się najczęściej wiosną.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Matka_i_corka.png 

Powyżej: matka (naprawdę stareńka) i córka.  Jeśli prawdą jest, że niektórzy  z Hunzów dożywają 145 lat, to wyczyn Francuzki Jeanne Calment (1875-1997), której udało się przeżyć w niezłym zdrowiu 122 lata i w gorszym 164 dni, nieco blednie. Była ona jednak najstarszą udokumentowaną Ziemianką. Tak jak pan Edward Helon uwielbiała słodycze, zjadała tygodniowo prawie kilogram czekolady (temu, jak również oliwie z oliwek, którą dodawała do potraw i wcierała w skórę, przypisywała swoją długowieczność i stosunkowo młody wygląd). Pomińmy fakt, że paliła do 117 roku życia, ale tylko dwa papierosy dziennie, w tym jeden do szklaneczki porto. Na rowerze jeździła do stu lat, uprawiała też inne sporty. Samodzielnie chodziła prawie do 115. roku życia. Niestety upadła i złamała kość udową, od tej pory jeździła na wózku. Dopiero po ukończeniu 122 lat podupadła na siłach i już nie podnosiła się z łóżka.

Kiedy zmarł jej jedyny wnuk ciężko ranny w wypadku drogowym, 90-letnia Calment zawarła umowę z pewnym prawnikiem, który za przejęcie  domu po jej śmierci (liczył, że nastąpi to najpóźniej po 10 latach) miał jej wypłacać dożywotnią pensję w wysokości 2500 franków miesięcznie. Gdy na dwa lata przed jej zgonem zmarł na raka, trzydziestoletnie spłaty tego domu przekroczyły dwukrotnie jego wartość. Wdowa po nim musiała spłacać ten dom jeszcze przez ponad dwa lata! Dla mnie informacją najciekawszą jest to, że osobiście znała Vincentego van Gogha, kiedy ten niezwykły, ale i tragiczny malarz mieszkał w Arles. Opowiadała w tym, mając 114 lat, w filmie nakręconym z okazji setnej rocznicy jego pobytu w Arles (ona tam się urodziła i mieszkała w tym mieście do śmierci). Według niej był brzydki i nieuprzejmy.

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeanne_calment.jpg

 

O tym wszystkim opowiadałem tym przedstawicielom najbliższej rodziny pana Edwarda Helona, zebranym w Barze na „Górce” w sobotę 17 grudnia 2016 roku, którym udało się dojechać na uroczyste przyjęcie zorganizowane z okazji Jego 105. urodzin, Jego córka, pani Janina, mądrze zadbała o to, żeby świadkiem owego niesłychanego wydarzenia w nowożytnych dziejach Iwonicza-Zdroju był pisarz-kronikarz tych dziejów, który w najnowszym, już trzecim wydaniu swojej książki kuracyjnej podał wiadomość z ostatniej chwili o tym, że Iwonicz-Zdrój ma swojego 105-latka, wraz z linkiem na obszerną opowieść o tym fakcie na tym właśnie blogu onetowskim. Pani Janina mogłaby się wahać, gdybym był żarłokiem i moczymordą, goszcząc mnie jednak wcześniej u siebie wiedziała dobrze, że spustoszenia na stołach nie zrobię, a świadectwo prawdzie dam. Ta prawda będzie oczywiście subiektywna, a ponadto niepełna, bo takie zdarzenia nabierają odpowiedniego wymiaru dopiero po jakimś czasie, kiedy nabierzemy do nich tzw. dystansu.

Przed Barem „Na Górce” stawiłem się dziesięć minut wcześniej, o godz. 13:50, jako pierwszy z przyszłych biesiadników. Po zlokalizowaniu sali, w której na stołach znajdowało się już to, co trzeba do rozpoczęcia uroczystości, wyszedłem na dwór, żeby być świadkiem przybycia orszaku z Dostojnym Jubilatem. Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, ale zaprzężone aż w sześć karych koni (dla podkreślenia rangi tego wydarzenia).  No tak, ale śniegi na drogach są obecnie rozgarniane przez pługi, więc powóz ze znakiem herbowym Helonów i stangretem na koźle ubranym we frak i pudrowaną perukę, albo, stosownie do zimowej pogody, w pelerynę podbitą futrem pasowałby bardziej. Przy podjeżdżaniu pod Bar „Na Górce” jego wielkie biczysko zataczałoby oczywiście fantazyjne koła. Dodajmy do tego parskanie koni gwałtownie osadzonych w miejscu za pomocą nagłego ściągnięcia lejców tuż przed samym wejściem do biesiadnej sali.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego cały Bar nie został rzęsiście iluminowany z tej okazji, a drogi prowadzącej do niego nie zwieńczono bramą triumfalną, niekoniecznie stałą, w kształcie monumentalnej budowli stawianej już w czasach rzymskich dla upamiętnienia ważnej osoby lub uczczenia ważnego wydarzenia, czyli właśnie takiej osoby jak Edward Helon (przyznacie, że to nazwisko ma szlachetne, wręcz antyczne brzmienie!) i jubileusz 105-lecia Jego urodzin. O takie sprawy powinny zadbać władze Gminy, mając za wzór choćby Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie, mówiąc nieco ironicznie, bo naprawdę było mi przykro, że nikt o tym nie pomyślał. Niechby chociaż rozwieszono między drzewami baner, żeby poinformować kuracjuszy o tym niezwykle ważnym wydarzeniu w życiu kurortu o kilkusetletniej tradycji. Załuscy na pewno nie omieszkaliby tego wykorzystać dla celów reklamowych!

Tak sobie rozmyślałem, ryjąc kijkiem leszczynowym w śniegu: Edward Helon, mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, ma 105 lat! Kuracjusze idący w stronę sanatorium KRUS przystawali, czytali i żywo komentowali ten mój napis, wypytując o szczegóły. Ale zanim zdążyłem im wszystko objaśnić, nadjechały pierwsze samochody, a wśród nich ten, który przywiózł pana Edwarda.

Kiedy wnukowie pomogli mu wyjść z samochodu – stał na chodniku wyraźnie oszołomiony. Już dzień wcześniej, gdy władze miasta i gminy odwiedziły go w domu, składając gratulacje i wręczając okolicznościowy dyplom, zapytał córkę, kiedy pan burmistrz ze swoją świtą opuścił dom: „Czego oni ode mnie chcieli?”. „Pojutrze będziesz miał 105 lat!” – krzyknęła mu do ucha pani Janina. „Ja… 105 lat? Coś ci się chyba pokręciło w głowie!”. „W niedzielę będziesz miał naprawdę 105 lat!”. „No to będę miał – po co robić z tego powodu tyle szumu?”.

I przed Barem „Na Górce”, gdzie stał samotnie na chodniku i czekał, aż go wprowadzą do środka, i w sali biesiadnej, gdy go już usadowiono przy stole, miał minę przestraszonego dziecka, które wywołano do tablicy, dano do ręki kredę i kazano rozwiązać jakieś skomplikowane równanie z wieloma niewiadomymi: „Dziadku, poznajesz mnie, to ja, Mietek! Mieeeeeetek!!!", „Dziadku, to ja, Marysia! Maaaaaaaaaaaaaaaaaarysia!!!”, „Dziaaaaaaadku…. dziaaaaadku… dziaaaaaaaaaadku…. to jaaaaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaaaaaa…”. A on rozglądał się dookoła, jakby pytał: "Ktoooo to jest?, ktoooooo, ktoooooooooooo, ktooooooooo, ktoooooo?”. I zazwyczaj na próżno krzyczeli, bo po dziadku, nawet jeśli córka objaśniała mu, kim są, te informacje spływały jak woda po kaczce. O Józefie Przenajświętszy, spłodzenie pięciorga potomstwa jest sprawą dość prostą i pan Edward mógłby te pięć kresek na tablicy, do której go nieoczekiwanie wywołano, narysować drżącą ręką w każdej chwili, choć jedną kreskę trzeba by wymazać, bo najstarszy syn opuścił niedawno ten ziemski padół , ale to, co się potem z tym równaniem z pięcioma wiadomymi porobiło, zaczęło w pewnym momencie przekraczać możliwości obliczania tego na palcach nie tylko rąk, bo i nóg też! Na tej sali najmłodszy „zstępny” miał zaledwie kilkanaście miesięcy!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105_III.jpg

 

Stoi pan Edward przy tej jubileuszowej tablicy i drapie się po głowie. Bo obok skomplikowanych liczb dochodzą jeszcze takie pojęcia jak „zstępny”. O Jezusie Przenajświętszy, jeszcze mnie, staremu, każą się wspinać na sam czubek drzewa genealogicznego Helonów, bo o „wstępnych”, czyli moich przodkach, niewiele wiadomo, i od moich lędźwi zaczną spuszczać we wszystkich kierunkach tych tam „zstępnych”, którzy w genealogii oznaczają każdego kolejnego potomka tej samej osoby: jej dziecko, wnuka, prawnuka, praprawnuka itd., natomiast „wspólni zstępni” to zstępni tej samej pary, pochodzący z tego samego związku kobiety i mężczyzny (nie tylko z małżeństwa), amen.

Wszystkie poty biją na pana Edwarda, rozgląda się coraz bardziej przestraszony dookoła, a ci wszyscy zstępni i wspólni zstępni zachowują się tak, jakby nie rozumieli jego dylematów, napierają na niego roześmiane postaci z kielichami w rękach i śpiewają możliwie najgłośniej: „Dwieeeeeeeeeeeeeeście lat, dwieeeeeeeeście lat, niech żyyyyyyyyje, żyyyyyyje nam, nieeeech żyyyyyyyyyyyyyyyyje naaaam!”. I spełniają toast szampanem, a pan Edward nie odpowiada, nie pije, usta ma coraz bardziej spierzchnięte, w jego wzroku czai się prawie trwoga, bo nikt z biesiadników nie widzi potrzeby podpowiedzenia mu, co ma zrobić z tą kredą w ręku i z tą tablicą, która czysta, niezapisana (tabula rasa) była tylko w chwili jego narodzin, 18 grudnia 1911 roku (w tym dniu narodziło się także Związkowe Naczelnictwo Skautowe, czyli polskie harcerstwo), a później została zapisana stopniowo w ciągu życia i zdobywania doświadczeń, czyli w ciągu 38 352 dni, które od tamtej pory minęły.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105.jpg

 

Dlatego pan Edward nie chce patrzeć na tort urodzinowy, bo tam to wszystko zostało wypisane w tych 105 latach! Odchodzi od niego najdalej jak to możliwe i po chwili znajduje się za stołem obok najstarszego, żyjącego syna, Mariana. Siedzi tam pozornie nieobecny, czasami udaje, że przysypia, żeby nikt nie widział, że nadal stoi przy już pogryzmolonej tablicy z kredą w ręku i nie wie, co ma zrobić z tymi wszystkimi liczbami, równaniami z coraz większą ilością niewiadomych, bo potok zstępnych i wspólnych zstępnych nie wyschnie już nigdy. Mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta, tort urodzinowy został pokrojony i zjedzony przez biesiadników, a z jego talerzyka nie znikło nic, kieliszek napełniony przed czterema godzinami też jest nadal pełny.

Czasami mój wzrok spotyka się z jego wzrokiem i mam wrażenie, że nici porozumienia między nami nic nie jest w stanie przeciąć, bo tylko my dwaj wiemy, co jest tutaj „grane”. Niechaj inni się dobrze bawią, jedzą i piją, bo po to przebyli daleką drogę, żeby w gronie rodzinnym uczcić w ten sposób te 105 lat życia tego, dzięki któremu bezpośrednio czy pośrednio też cieszą się życiem. Bardzo mi się ci prości, serdeczni ludzie podobają. Nie ma w nich żadnego zadęcia, żadnej sztuczności. W dzieciach, które tam były, też to jest. Dobre ziarno zasiał pan Edward, bez dwóch zdań! Chciałbym się z nimi jeszcze raz spotkać z okazji 110-lecia urodzin pana Edwarda. Dałby Bóg, żeby było to możliwe!


 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_z_moja_ksiazka.jpg

 

 

Skoro nawet pan Edward miał w rękach moją książkę, to chyba mam moralne prawo zaprosić wszystkich również jako wydawca na swoją stronę internetową?

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:07, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »