RSS
wtorek, 24 grudnia 2013
Margarete, która chciała Polaka czyli Opowieść wigilijna o słoneczku

 

Pewna pani, najwyraźniej czerpiąca siłę z ziemi, bo zawsze uwielbiała biegać boso nie tylko po trawie, ale i po ściernisku, kamieniach czy nawet po śniegu, opowiedziała mi niezwykłą historię, która wydarzyła się przed ponad pięćdziesięciu laty, gdy była dziewczynką bardzo małą, bo pięcioletnią. Niezwykłą dla niej, bo odmieniła jej życie, ale okazuje się, że inni ludzie też byli tą historią poruszeni, co zawsze przyjmowała ze zdziwieniem, sądząc, że robią to z grzeczności, tak jak ja, poważny skądinąd człowiek, który oświadcza, że jest to najbardziej poruszająca historia, z jaką kiedykolwiek w swoim pisarskim życiu się spotkał. Ta wielowątkowa historia przetykana jest dramatycznymi zwrotami akcji i nieprzewidywalnym finałem, a mimo to tchnie optymizmem i wiarą w ludzi, przeto idealnie nadaje na opowieść wigilijną.

 

 http://jbr.blox.pl/resource/W_Wenecji.jpg

                          Ta pani, prawie bosa, wraz ze swoim mężem podczas pobytu w Wenecji

 

Ta dziewczynka pochodziła z biednego domu, gdzie wraz z dwiema siostrami musiała walczyć o kawałeczek miejsca dla siebie w jednym łóżku. Marzyła też o warkoczach, które miała jedynaczka z sąsiedniego domu. Długich warkoczach z kokardą codziennie w innym kolorze. A jej matka obcinała swoich córkom włosy na krótko – ze względów higienicznych, bo wszy w tamtych czasach nie próżnowały. Dlatego dziewczynka postanowiła sama spełnić swoje marzenie – splotła sobie warkocze ze starych pończoch, które znalazła w szufladzie poniemieckiej komody, i ozdobiła je na końcu wielką kokardą zrobioną z czerwonego gałganka. Przypięła je sobie na czubku głowy spinkami, po czym dumna i blada maszerowała przez całą wieś w samo południe słonecznego dnia, wzbudzając zrozumiały podziw wszystkich mieszkańców. Podziw zmieszany z zazdrością, bo cóż innego mogła wzbudzać, mając tak piękne warkocze?

Po powrocie do domu wolała jednak schować je do szuflady, bo myśląca wyłącznie o sprawach przyziemnych matka nie miała ochoty na zaspokajanie fanaberii swojej córki. A powiadomiona wkrótce przez sąsiadki o jej „wygłupie”, zaczęła krzyczeć, że wystawiła ich na pośmiewisko całej wsi, po czym zlała ją mokrą ścierką po głowie, żeby wybić z niej marzenie o warkoczach, choćby sztucznych. W dodatku nie pozwoliła jej się nawet wypłakać w dużej trzydrzwiowej szafie, w której dziewczynka często się ukrywała, gdy było jej bardzo źle.

 

 http://jbr.blox.pl/resource/dziewczyneczka_smutna_bo_nie_ma_warkoczy.jpg

 

Tym razem bolało ją nie to, że matka ją tak potraktowała. Nie mogła pojąć, że pośród wszystkich sąsiadek ze wsi były i takie, które nie zachwyciły się jej cudnymi warkoczami. Jedynie ostatni ślepiec mógł nie widzieć ich niezwykłego piękna! Na dodatek matka po zaledwie kilku minutach poszukiwań znalazła je w szufladzie i ze złością wrzuciła do rozpalonego pieca – zrozpaczona dziewczynka widziała tylko, jak zajmują się płomieniem i odbiegają gdzieś w tanecznych pląsach jak elfy, które na co dzień skrywały się w innej szufladzie, w poniemieckiej książeczce dla dzieci, pięknie ilustrowanej. Zanim zdążyła opłakać te małe leśne stworzenia, jeszcze bardziej okrutnie niż ona potraktowane przez niedobrą mamę, ta kazała jej pójść jak zwykle po obierki wszelkiego rodzaju oraz resztki suchego pieczywa do domu znajdującego się na drugim krańcu wsi, bo trzeba było czymś dokarmić wiecznie głodne króliki. 

Do mieszkających w tamtym domu dwóch babć ciotecznych zapłakana dziewczynka poszła bez przymusu, bo szczególnie jedna z nich traktowała ją bardzo serio i zawsze podawała jej w ślicznym porcelanowym kubeczku na ładnej podstawce gorące kakao, przyrządzane wprawdzie z wiórków kakaowych, ale i tak było bardzo smaczne, a na talerzyku obok znajdowały się upieczone przez nią ciasteczka z nadzieniem w postaci ciętych z bloku kawałków marmolady o smaku truskawkowym. Na myśl o tej królewskiej uczcie oblizała się od ucha do ucha.

 

I nagle zobaczyłam, że bez przerwy towarzyszy mi uśmiechnięte słoneczko, jakby chciało mnie pocieszyć i osuszyć łzy na moich policzkach. To było nie do wiary, bo kiedy się zatrzymałam, to ono też się zatrzymało. A kiedy cofnęłam się kilka kroków, to ono też cofnęło się razem ze mną. Zaczęłam obserwować przechodzących obok ludzi, myśląc, że słoneczko zaraz mnie opuści i powędruje za kimś innym. A ono uparcie tkwiło przy mnie. Uszczypnęłam się z niedowierzaniem w rękę – to nie był sen!

Poczułam się niesamowicie wyróżniona. To właśnie mnie, tylko mnie wybrało spośród tylu ludzi, którzy szli tą samą drogą. Może dlatego, że byli dorośli, a ja byłam małą dziewczynką? Ojej, naprzeciw mnie szła inna dziewczynka, piękna jak marzenie, w cudnej białej sukience w czerwone grochy i do tego z warkoczykiem z kokardą! Byłam święcie przekonana, że słoneczko zaraz mnie opuści i powędruje dalej z tamtą. Przecież nie pozostanie z dziewczynką w spranej sukience i do tego na bosaka. W dodatku brzydkiej, bo matka powiedziała, że byłam bardzo brzydka, gdy mając roczek zaczęłam nagle puchnąć, miałam dużą głowę i mało włosów.

Okazało się, że to była choroba, nie byle jaka, bo angielska, ale chyba nie mogło to być dla mnie pocieszeniem, kiedy leżałam w szpitalu, gdyż roczne dziecko zbyt dużo nie rozumie ani nie pamięta. Znacznie później dowiedziałam się od sąsiadów, że moja matka codziennie chciała mnie zabrać stamtąd do domu. Szła z pustym wózkiem cztery kilometry tam i cztery kilometry z powrotem przez wiele dni, po wyboistej drodze z wielkimi kałużami, póki lekarze nie pozwolili jej na wsadzenie do starego poniemieckiego wózka tego swojego brzydactwa, bo choroba na długo pozostawiła we mnie swoje ślady. To było dla mnie dużym zaskoczeniem, bardzo miłym. Pomyślałam sobie, że matka na swój sposób musiała mnie jednak kochać.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Po_powrocie_ze_szpitala.jpg 

Po powrocie ze szpitala jeszcze długo czułam się brzydka

 

Zaskoczenie to wzięło się stąd, że w wieku, w którym pamięć przechowuje takie wspomnienia, matka nie rozpieszczała żadnego z nas, bo poza dwiema siostrami miałam jeszcze brata. Wprawdzie ludzie mówili, że wcześniej, gdy byliśmy niemowlętami, otaczała nas czułością macierzyńską tak wielką, że tylko pozazdrościć, ale przecież jako pięcioletnia dziewczynka również byłam spragniona czułości i korzystałam z każdej okazji, by mieć choćby jej namiastkę.

Matka codziennie sprawdzała nam włosy, żeby zobaczyć, czy nie przynieśliśmy z przedszkola wszy. I wtedy kładłam głowę na jej kolanach, a jej ręka przesuwała się po moich włosach dość długo, ale ja pragnęłam przedłużyć ten moment niewysłowionej błogości w nieskończoność, więc gdy matka mówiła: „Nic tu nie widzę…” i chciała spędzić mnie z kolan, rzucałam śpiesznie: „Sprawdź, mamo, jeszcze za prawym uchem, bo wydaje mi się, że coś tam chodzi…”. Najgorsze było jednak to, że tylko raz dała się na to nabrać.

Ale teraz sytuacja była jeszcze gorsza, bo już przywiązałam się do myśli, że słoneczko tak bardzo mnie polubiło, że nigdy mnie nie opuści, a tu proszę, taki pech! Ze smutkiem opuściłam wzrok ku swoim zakurzonym stopom, żeby nie być świadkiem nieuniknionego rozstania z promiennym, złocistym szczęściem. A kiedy po dłuższej chwili uniosłam spłoszone oczy, myślałam, że oszaleję z radości, bo ta piękna dziewczynka już sporo kroków oddaliła się ode mnie, a słoneczko stało w tym samym miejscu i na mnie czekało! Poczułam się najważniejsza na całym świecie, najpiękniejsza pod słońcem i tak cholernie szczęśliwa.

 

       http://jbr.blox.pl/resource/Szesciolatka.jpg

 

Dlatego podczas wizyty u ciotecznych babć przepełniała mnie taka radość, że nawet nie skarżyłam się specjalnie na matkę, ale oczywiście nie mogłam się powstrzymać przed uronieniem kilku łezek na myśl o utracie swoich pięknych warkoczy. Babcia Tekla, z natury mniej wylewna, powiedziała, że jak dorosnę, to będę mogła sobie zapuścić włosy do samej ziemi, a teraz mam się słuchać matki, bo ona najlepiej wie, co jest dla mnie dobre, natomiast babcia Ana, po wysłuchaniu moich żalów, pogłaskała mnie czule po główce pokrytej krótko ściętymi włosami i kilka razy głęboko westchnęła, jakby nie mogła zrozumieć, jak można było nie pozwolić takiej  ładnej dziewczynce, bo dla niej zawsze byłam ładna, na posiadanie bodaj mysiego ogonka  z maluteńką kokardką.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Babcia_Ana.jpg http://jbr.blox.pl/resource/Babcia_Tekla.jpg

                                          Babcia Ana (w stroju śląskim) i babcia Tekla

 

 

Dopiero znacznie później zrozumiałam, skąd się wzięła pewna oschłość babci Tekli. Kiedy 13 stycznia 1945 roku ruszyła rosyjska ofensywa znad Wisły, nie spodziewała się, że wojna tak szybko dotrze do jej rodzinnej wsi położonej w pobliżu Opola, do którego nie można już było pojechać na rowerze po sprawunki, bo zostało ogłoszone, tak jak kiedyś Wrocław, miastem-twierdzą. Ale każdy, kto mógł, starał się stamtąd uciec przed nieuchronnym nadejściem Rosjan, którzy 24 stycznia wśród ogłuszającego huku kanonady artyleryjskiej wdarli się nocą do wszystkich domów we wsi, rozwalając kolbami pepesz zabarykadowane drzwi lub wybijając szyby w oknach. Przerażona babcia Tekla zdążyła tylko schować swoją piętnastoletnią córkę pod łóżkiem i wyszła z sypialni w samej podomce. Gwałcili ją po kolei, po czym sobie poszli.  

Jej najstarszej siostrze Elzie (Elizabeth) wydawało się, że jest bardziej przezorna, bo na kilka dni przedtem wywiozła swoje cztery młodziutkie córki aż do Lobositz (obecne Lovosice w Czechach), gdzie zamieszkali w szkole zamienionej na hotel dla uciekinierów. Tam jedna z jej córek, Greta, zachorowała na szkarlatynę. Zawieziono ją do szpitala w Leitmeritz (obecne Litomierzyce). Niestety błyskawicznie zbliżał się front, więc szpital zamknięto. Wywieziono z niego tylko najciężej chorych, a piętnastoletnia Greta musiała z dużą gorączką iść na piechotę do Lobositz (ok. 9 km). Oczywiście nastąpił gwałtowny nawrót choroby.

Kierownik szkoły odstąpił jej pokój w swoim domku, a matka musiała wezwać na pomoc rosyjskiego lekarza, bo niemiecki uciekł po wejściu Rosjan. Zaaplikował on chorej dziewczynce leki i zawiesił na drzwiach zajmowanego przez nią pokoju podstemplowaną bumagę z wielkim napisem po rosyjsku: „Uwaga: szkarlatyna, groźna choroba zakaźna, nie wchodzić!”. Mimo to żołnierze w futrzanych czapkach uszankach aż do nadejścia świtu zaglądali przez drzwi, ale widząc leżącą w łóżku dziewczynkę z wielkim kompresem na głowie, kreślili po sobie trzema palcami znak krzyża i opuszczali w popłochu dom, nie mając pojęcia, że pod jej łóżkiem znajdowała się klapa nad wejściem do dużej piwniczki, gdzie schroniła się nie tylko matka z trzema pozostałymi córkami, ale również wiele innych młodych kobiet i nieletnich dziewcząt nocujących do tej pory w szkole.

Dzięki temu wyzwoliciele z czerwonymi gwiazdami groźnie połyskującymi na uszankach musieli zadowolić się bezzębnymi staruszkami, a córki mojej babci Elzy mogły zachować swoje dziewczęce marzenia i nie odpowiadać na zaczepki nieznanych chłopaków, kiedy po powrocie do rodzinnego domu dorosły na tyle, że stały się obiektem ich westchnień. Dlatego ta, która szczęśliwie zachorowała przy końcu wojny na szkarlatynę w Lubositz, idąc z koleżankami do kościoła w Jędrzejowie, wzruszyła ramionami, patrząc na śmiałka, który będąc w towarzystwie kolegów wycelował w nią palcem i powiedział głośno: „Przekonacie się, że ta w czerwonym berecie zostanie moją żoną!”. Pozwólcie jednak, że na razie nie zdradzę, kim był ów młody człowiek, i powrócę do tak bardzo dla mnie pamiętnej wizyty u moich ciotecznych babć.

Babcia Ana zeszła do piwnicy po  obierki i czerstwe pieczywo, a ja, trochę już pocieszona, cały czas zerkałam zza firanki, żeby sprawdzić, czy słoneczko jeszcze na mnie czeka, czy może już się mną znudziło i poszło sobie z kimś innym. Bez wyjścia na dwór nie można było się jednak o tym przekonać, dlatego przestępowałam niecierpliwie z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy babcia wrzuci mi do ceratowej torby wszystko, co trzeba, i wyprawi mnie w drogę powrotną, wsadzając mi do kieszonki jak zwykle kilka ciasteczek owiniętych w kawałek pergaminu. Trwało to całą wieczność, aż wreszcie wybiegłam z domu i stanęłam jak wryta, bo słoneczko czekało na mnie w tym samym miejscu!

I od tej pory byłam najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem. I tamto szczęście, i tamta radość  we mnie do dzisiejszego dnia, mimo upływu ponad pięćdziesięciu lat. A jaki ma ta opowieść związek z Wigilią, która w moim domu rodzinnym przebiegała zawsze w smutnej atmosferze? Szczególnie smutnej w owym podniosłym momencie, gdy wszyscy zasiadali do wspólnej wieczerzy wigilijnej i wspólnej modlitwy, bo wcześniej przygotowania do świąt Bożego Narodzenia trwały cały adwent i przebiegały u nas w bardzo radosnej atmosferze, przynajmniej dla nas, dzieci. Dlatego nawet mi nie przeszkadzało, że w dniu wigilijnym moja matka ukradkiem ocierała łzy, a wieczorem, przy zasłanym pięknie stole, wybuchała niepowstrzymanym płaczem, bo nie mogła zostawić przy nim nawet pustych miejsc – w czasie wojny lub wkrótce po niej opuścili ten dom wszyscy jej bliscy, rodzice i rodzeństwo.

Nawet ta jej siostra, a moja ciotka Hilda, która w ciężkich czasach powojennych zatrudniła się w cyrku i została woltyżerką.  Zimy spędzała z całą trupą w Julinku, mimo że po polsku umiała tylko kląć, oczywiście dzięki swoim kolegom-żartownisiom. Spowodowało to zabawną pomyłkę. Słyszała, jak mówili oni o dyrektorze cyrku „pederasta”, i była święcie przekonana o tym, że tak się nazywa. Pewnego razu wezwano ją do dyrektora w jakiejś urzędowej sprawie. Weszła do sekretariatu i zapytała: „Czi je pon direktor Pederasta?”. Sekretarka posikała się ze śmiechu.

Tylko młodziutka Margarete została tutaj, bo zakochał się w niej Polak, wywodzący się z bardzo patriotycznej rodziny, który jako akowski partyzant musiał wraz z całą rodziną schronić się na Ziemiach Zachodnich. To właśnie on, Wiktor, mój przyszły tata, powiedział kolegom, że panna w czerwonym berecie zostanie jego żoną. A Greta wbrew wszelkiemu rozsądkowi odwzajemniła jego miłość. W dowodzie osobistym kazała sobie wymienić imię na Małgorzata i nawet dobrze po polsku mówić się nauczyła, używając języka i składni z trylogii powieściowej Henryka Sienkiewicza, ponieważ mąż czytał jej codziennie na głos do poduszki kolejny fragment z „Ogniem i mieczem”, z „Potopu” lub z „Pana Wołodyjowskiego”. Tutaj miała swoją sześcioosobową rodzinę, a tam, w Niemczech, rodziców i rodzeństwo, do których szczególnie tęskniła w wigilijnym dniu, gdyż zwyczaj nakazuje spędzać je razem ze wszystkimi najbliższymi, a w tamtych czasach (w latach pięćdziesiątych) kontakty z nimi były bardzo utrudnione.

 

                

http://jbr.blox.pl/resource/Greta_i_Wiktor.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Greta_i_Wiktor_2.jpg



 

http://jbr.blox.pl/resource/Greta_i_Wiktor_slub.jpg 

                                                Greta, która chciała Wiktora

 

A dlaczego mnie, wówczas malutkiej dziewczynce, łzy matki nie przeszkadzały? Od tamtego dnia, gdy spotkałam swoje słoneczko, miałam w sobie tyle radości, że myślałam, iż taka tęsknota też należy do życia. Ale gdy byłam już trochę starsza, obiecywałam sobie co roku, że kiedy dorosnę i założę własną rodzinę, to dzieci nigdy nie zobaczą mnie w dniu wigilijnym smutnej czy zapłakanej. Tak się złożyło, że w ubiegłym roku zasiadłam ze swoim mężem do wieczerzy wigilijnej wraz z całą nową rodziną naszej ukochanej córki, bo tym razem Alicja chciała Niemca i zamieszkała z nim w Aachen, mieście położonym na styku trzech państw, Niemiec, Holandii i Belgii.

Ale dzieci będzie mu rodziła jako Polka, bo wbrew wszelkiemu rozsądkowi (dla wielu kobiet z mojej najbliższej rodziny postępowanie takie stanowiło normę), nie zrezygnowała z obywatelstwa polskiego. Oczywiście Alicja uczy mówić po polsku swego Marcina, bo dla nas Martin jest Marcinem. Zastanawiał się nawet, czy nie zamieszkać w naszym kraju, ale jako przyszły ojciec musi myśleć o zabezpieczeniu przyszłości swoich dzieci, a różnica między poziomem płac a cen jest tam co najmniej trzykrotnie wyższa niż u nas, nie mówiąc o kwestiach socjalnych.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Alicja_ktora_chciala_Martina.jpg 

Alicja, która chciała Martina

 

 

No cóż, Niemcy zmierzali ku świetlanej przyszłości inną drogą niż my. Żelazna kurtyna aż do roku 1989 odizolowała nas od reszty świata kierującego się zdrowym rachunkiem ekonomicznym, a nie socjalistycznymi mrzonkami, które spowodowały u nas opóźnienia cywilizacyjne niełatwe do usunięcia w ciągu jednego pokolenia. Alicja o tym wie, a mimo to postanowiła pozostać zawieszona w sensie prawnym między tu a tam, choć przyjęcie obywatelstwa niemieckiego bardzo by jej życie codzienne ułatwiło. W tym roku też spędzimy u nich Wigilię i święta Bożego Narodzenia, bo Alicja jest w ósmym miesiącu ciąży i długa podróż mogłaby jej zaszkodzić. Ale ślub kościelny odbędzie się u nas, w naszym ładnym kościółku parafialnym. W oczekiwaniu na tę uroczystość i na przyjęcie ślubne młoda para zamieszka oczywiście w naszym starym domu, poniemieckim, a przecież tak bardzo polskim.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



02:50, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 grudnia 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 39)

 

Tomasz Mann Doktor Faustus. Czytelnik 1960

 

[Niemcy mieli w sztuce rody niemal dynastyczne – weźmy choćby Bachów, którzy przez prawie dwieście lat nadawali ton muzycznej kulturze europejskiej; najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że największy z nich, Jan Sebastian, zdobył za życia uznanie jedynie nielicznych koneserów i musiał zadowolić się mianem „ojca wielkich Bachów”, czyli czterech swoich synów. Jeśli chodzi o Mannów, to początkowo dwaj bracia, starszy Henryk (Heinrich) i o cztery lata młodszy Tomasz (Thomas), debiutując w tym samym 1894 roku, bili się w Niemczech o palmę pierwszeństwa w dziedzinie literatury po wydaniu dwóch głośnych powieści: Buddenbroków (1901, Thomas) oraz Profesora Unrata (1905, Heinrich).

Ten starszy wśród ówczesnej elity intelektualnej cieszył się zresztą większym uznaniem, skoro został prezesem Niemieckiej Akademii Sztuki, ale rozgłos światowy zdobył jednak młodszy Thomas, o czym zadecydowały względy ściśle pisarskie. Starszy nie dorobił się potomka, natomiast jeśli chodzi o dzieci Thomasa, to tylko dwoje z nich poszło w ślady sławnego ojca. Ani Klaus, ani Erika nie odnieśli jednak oszałamiających sukcesów w tej dziedzinie, chociaż jeśli chodzi o Klausa, to skandal wokół jego książki zatytułowanej Mefisto przyniósł mu uznanie, ale tylko w Niemczech i w dodatku pośmiertne.

W roku 1949 popełnił on bowiem samobójstwo. Raczej nie z tego powodu, że był homoseksualistą tak jak i jego ojciec. Wątpliwe jest też, by jego brat Michał targnął się na swoje życie w r. 1976, tuż po zakończeniu prac edytorskich nad pamiętnikami ojca, dlatego że odkrył prawdę o jego podwójnym życiu. W rodzinie Mannów gen samobójczy był dziedziczny – dwie siostry Tomasza również rozstały się z życiem z własnej woli. Dziedziczny był również u nich gen homoseksualny, o którego istnieniu nie wszyscy są przekonani, mimo zastanawiających obserwacji dokonanych przez naukowców wśród zwierząt: przy nadmiarze estrogenów spowodowanym brakiem pewnego enzymu pojawia się u nich skłonność do zaspokajania potrzeb seksualnych w obrębie tej samej płci. W każdym razie siostra Klausa, Erika, której pisarski rozgłos przyniosła relacja z podróży dookoła świata (Rundherum, 1929), była zdeklarowaną lesbijką. Dorobek prokreacyjny sześciorga dzieci Tomasza Manna nie mógł więc być imponujący i dlatego jest bardziej niż wątpliwie, żeby jego rodzina mogła zapisać w historii literatury tak długą kartę, jak w historii muzyki rodzina Bachów.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Tomasz_Mann.jpg

 

 

 Tomasz Mann (1875-1955) został uznany za jednego z najwybitniejszych pisarzy w dziejach literatury niemieckiej oraz światowej, o czym świadczy przyznanie mu w roku 1929 literackiej nagrody Nobla. Jeśli chodzi o mnie, zawsze byłem daleki od zafascynowania się jego twórczością. Nad okrzyczaną Czarodziejską górą ziewałem, ale dyskretnie, bo pomyślałem sobie, że może w wieku bardziej dojrzałym odkryję to coś, co każe innym zachwycać się tą książką. Jeszcze wtedy nie znałem sarkastycznej opinii Gombrowicza na temat dzieł uznawanych powszechnie za arcydzieła, mimo iż są nudne jak flaki z olejem.

Tomasza Manna stawia się w jednym rzędzie z Goethem, którego uznawał zresztą za swego mistrza, o czym świadczy fakt napisania przez niego powieści Doktor Faustus (1947), tak dla niego ważnej, że opatrzył ją w dwa lata później książką komentarzową: Jak powstał Doktor Faustus. Powieść o powieści (1949). W tym momencie nie mogło mi nie przyjść na myśl to, co powiedział Adam Hanuszkiewicz w czasie naszych rozmów dźwirzyńskich: „W latach osiemdziesiątych w dziewięciu krajach należących do Unii Europejskiej zrobiono plebiscyt – należało wytypować dziesięć arcydzieł literackich. I mimo iż w każdym kraju typowano oddzielnie – w co najmniej pięciu na pierwszym miejscu ulokowano Fausta Goethego, którego nikt nie zna i nikt nie czytał, i który poza Niemcami nigdzie nie jest grany! Przypomina mi to Volterowskie powiedzenie, iż Boska Komedia jest tak nudnym tekstem, że na pewno będzie arcydziełem literatury europejskiej!”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Doctor_Faustus.jpg

 

 

 

Sztuka zawsze w końcu odrzuca sztukę – pozory sztuki.

[Myślałem, że pozory mogą być tylko jedne, ale książka autorstwa pana Jacka Antoniego Zielińskiego, Prawdziwe pozory sztuki nowoczesnej, wskazuje na to, że pozory nie zawsze muszą być prawdziwe, mogą być także pozorne].

 

Jedynie to, co obojętne, jest wolne, zaś to, co charakterystyczne, nie jest wolne nigdy, jest napiętnowane, zdeterminowane, związane.

[Charakterystyczne dla niektórych jest to, że wszystko jest im obojętne. Nie będąc z niczym związani, czują się wolni].

 

Zło wcale nie byłoby złem, gdyby nie istniało dobro, ani dobro nie byłoby dobrem bez istnienia zła.

[To banał. Stokroć bardziej przewrotna jest myśl Stanisława Jerzego Leca: „Wszyscy chcą waszego dobra. Nie dajcie go sobie zabrać”].

 

Być młodym, to znaczy być pierwotnym, pozostawać blisko źródeł życia.

[Jakże szybko u większości młodych te źródła wysychają! Życie pozbawione prawdziwych pasji staje się jałowe w samej swej istocie – reszta to pozory sensowności].

 

Odwaga młodości jest owym „giń i stań się”, wiedzą o śmierci i odrodzeniu.

[Tak bywa – i to jest prawdziwie twórcze. Najczęściej sprowadza się to jednak do odwiecznego nakazu „pieprz i zabijaj”, co nawet w sensie prokreacyjnym też zatraciło w krajach wysoko cywilizowanych swój pierwotny impet].

 

Odszczepieństwo jest aktem wiary.

[W inne przekonania i wartości. Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego moja babcia Anna, wcześniej gorliwa katoliczka, stała się nagle świadkiem Jehowy? I doszedłem do wniosku, że w tej nowej wierze czuła się bardziej dowartościowana. Jako siostra Anna mogła bowiem sama studiować Pismo Święte i głosić słowo Boże, najpierw w Miliczu, a następnie w Warszawie. Żyła w prawdziwie ewangelicznym ubóstwie: miała starą ceratową torbę na Biblię oraz chrypliwy patefon na korbkę, na którym odtwarzała nauki wiodące do zbawienia, no i okulary w marnych oprawkach, które spadały jej na nos. Mówiła, że nie umrze, dopóki mnie nie zobaczy. I dotrzymała słowa. Przedziwne okoliczności związane z jej pogrzebem, a także ze zniknięciem z grobu jej doczesnych szczątków, kiedyś już opisałem. Może zwiastun upragnionego Har-Magedonu nadszedł jedynie dla niej, a w nowym mieście stworzonym przez Boga zamieszkała na razie tylko ona? (Specjalnie przyciąłem zdjęcie z Kongresu Świadków Jehowy w Warszawie, żeby na pierwszym planie znalazła się stara kobieta uderzająco podobna do mojej babci – z efektem odbicia jej głowy na białej koszuli, przypominającym aureolę, bo moja babcia Anna niewątpliwie była święta!)].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/swiadkowie_jehowy_025.jpg

 

 

 

Kretschmer: „Sztuka zdąża naprzód, czyni to zaś za pośrednictwem osobowości, która jest produktem i narzędziem czasu i w której motywy obiektywne i subiektywne łączą się ze sobą aż do całkowitego zatarcia różnic, jedne przejmują postać drugich”.

[Ernst Kretschmer, znakomity psychiatra niemiecki, twórca teorii konstytucjonalnej, w której rozwinął spostrzeżenia Hipokratesa oraz Hallera o podatności człowieka na różne choroby w związku z odmiennymi typami budowy ciała. Z tym że oni jako lekarze mówili o chorobach somatycznych, a on o chorobach psychicznych. Dziwne, że nie zdiagnozował takiej choroby u Adolfa Hitlera, którego był fanatycznym zwolennikiem. Jako sędzia tzw. sądów zdrowia dziedzicznego opowiadał się za sterylizacją ludzi „ułomnych umysłowo”. Oczywiście nie za te wybitne osiągnięcia w dziedzinie psychiatrii otrzymał po wojnie Złoty Medal Kraeplina, gdyby jednak pozbawiono go możliwości wykonywania zawodu, świat by się nie zawalił, bo wszystko, co istotne, odkrył przed wojną].

 

Nie chciałbym tu mówić o braku naiwności, gdyż naiwność leży w zasadzie u podstaw samego bytu, wszelkiego, nawet najbardziej świadomego i skomplikowanego. Naiwność to właśnie ów niedający się niemal załagodzić konflikt pomiędzy oporami a twórczym popędem wrodzonego geniuszu, pomiędzy czystością a umiejętnością – i tą właśnie naiwnością żyje sztuka, ta właśnie naiwność stwarza grunt podatny dla charakterystycznie utrudnionego rozwoju artystycznego dzieła.

[Oczywiście Tomasz Mann nie myślał o sztuce naiwnej i jej wytworach sporządzanych przez artystów nieprofesjonalnych, a także przez osoby chore psychicznie lub niepełnosprawne umysłowo. Taka naiwność zawsze mnie frapowała – w przeciwieństwie do cwaniactwa w sztuce, podszywającego się częstokroć pod wystylizowaną naiwność].

 

Wszelki akt rozkoszy jest dawaniem w braniu rozkoszy.

[Umberto Eco powiedział: „Jedna tylko rzecz podnieca zwierzęta bardziej niż rozkosz, a jest nią ból”. Człowiek jest niestety zwierzęciem].

 

Ktoś musiał zawsze być szalony i chory, aby inni nimi być nie musieli.

[Świadectwem prawdziwego szaleństwa byłoby to, gdybyśmy chcieli odejść od zmysłów po to, by uchronić przed tym innych. Chyba że chodziłoby o konia okładanego batem przez woźnicę. Nie mogąc go przed tym uchronić, wielki filozof niemiecki, Friedrich Nietzsche, popadł w obłęd. Byłem kiedyś świadkiem podobnej sceny w lesie w Iwoniczu-Zdroju, ale koń był mądrzejszy od woźnicy. Nie będąc w stanie podjechać pod górę z furą wyładowaną mokrymi klocami bukowego drewna, padł przed woźnicą na kolana, a nadal okładany przez niego batem, wywalił się na bok i udawał trupa, puszczając do mnie porozumiewawcze oko. Wściekły woźnica musiał rozładować wóz].

 

Artysta jest bratem zbrodniarza i szaleńca. Czy sądzisz, że powstało jakiekolwiek rozkoszne dzieło, jeśli jego twórca nie dostrzegł przy tym istnienia zbrodni i szaleństwa?

[Nie chodzi tylko o artystów, lecz w ogóle wszystkich ludzi. Mówi się jednak nie o tych, którzy mordują kogoś w celu zdobycia paczki papierosów, względnie popadają w obłęd w wyniku konfliktu z własną żoną. Niektórzy zbrodniarze i szaleńcy decydowali bowiem o losach milionów ludzi – i to przede wszystkim im przypatrują się uważnie uczeni i filozofowie, by odkryć powody ich okrutnych czynów, do których być może sami byliby zdolni, gdyby znajdowali się na miejscu tamtych i mogli dać upust swym zbrodniczym instynktom].

 

Sztuka jest sprawą ducha, duch zaś wcale a wcale nie powinien czuć się obowiązany do czegokolwiek wobec społeczeństwa, wobec wspólnoty. (…) Duch, jestem o tym przekonany, mimo najśmielszych, niezdyscyplinowanych, niedostępnych tłumowi wyskoków, poszukiwań i prób, może być pewien, że w jakiś wysoce pośredni sposób służy człowiekowi – na dłuższą metę zaś nawet ludziom.

[Oczywiście Tomaszowi Mannowi nie chodziło o duchy w sensie spirytystycznym, bo one przyjazne ludziom raczej nie są – w przeciwieństwie do duchów domowych, które dobrym ludziom zawsze pomagają, a szkodzą tylko złym. Te istoty nadprzyrodzone, zwane u nas krasnoludkami, skrzatami, koboldami, kłobukami, latawcami czy płonkami, najchętniej gnieżdżą się, jeśli są duszkami opiekuńczymi, w kątach za łóżkami lub za piecami, gdzie jest przytulnie i ciepło, inne wolą zamieszkiwać opustoszałe strychy lub puste beczki, w których widocznie łatwiej sprawdzić, czy ma się wszystkie klepki w idealnym porządku, o czym świadczył przykład greckiego filozofa, Diogenesa z Synopy, ale także mój, gdyż będąc w Monasterzyskach u Kazka Tylki sypiałem wyłącznie w ogromnej stuletniej beczce, która nagrzana słońcem pachniała jeszcze winem. A dlaczego przy omawianiu tego zagadnienia nie użyłem czasu przeszłego? Bo skoro w Dobre Duszki wierzy moja przyjaciółka Irena, to i ja w nie wierzę!].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Na_razie_dam_to.jpg

 

 

Geniusz to forma siły witalnej, głęboko doświadczonej w chorobie, z niej siły czerpiącej i dzięki niej twórczej.

[Tomasz Mann był w pewnym sensie mężczyzną i dlatego uważał, że geniusz musi ocierać się o szaleństwo, natomiast żona Alberta Einsteina była niewątpliwie kobietą i dlatego widziała to trochę inaczej: „Mój mąż to geniusz! On umie robić absolutnie wszystko, z wyjątkiem pieniędzy”].

 

Zakreślanie granic równa się już ich przekraczaniu.

[Najłatwiej zrobić to w wyobraźni, szczególnie wtedy, gdy są to granice świata widzialnego].

 

 



02:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 39 dokończenie)

 

Jak powstał „Doktor Faustus”. Czytelnik 1962

 

 

Wrogowie są koniecznym i wręcz utwierdzającym atrybutem wszelkiego silniejszego przejawu życia.

[Jeśli szukamy wrogów za wszelką cenę, to zawsze ich znajdziemy, nawet w sobie].

 

Życie jest udręką i tylko dopóki cierpimy, żyjemy.

[Ten, kto to powiedział, był niewątpliwie cierpiętnikiem. Nie jest sztuką poświęcić innym swoją radość życia – sztuką jest zarazić ich tą radością!].

 

Dzieło sztuki nosimy zawsze w sobie jako całość.

[Jeśli zarodek się nie rozwija, następuje poronienie].

 

Przeszłość przenika teraźniejszość.

[Kiedyś myślałem, że wystarczy nie dopuścić jej do głosu, żeby w nas całkowicie zamilkła; obecnie uważam, że trzeba dać jej się swobodnie wypowiedzieć, gdyż w innym razie będzie bezustannie wpadała nam w słowo].

 

 

 

                                     Czarodziejska góra. Czytelnik 1965

 

[W moich zapiskach prywatnych z tamtego czasu, opublikowanych w książce Myślałem, więc byłem, znalazł się i taki: „Przeczytałem Czarodziejską górę Tomasza Manna. Śnieg czy Mynheer Peepekorn to za mało, żeby autor mógł pozostać w moim odczuciu ‘pisarzem syntetycznych skrótów i skrótowych syntez’ lub ‘pisarzem piramidalnym’. W powieściach Mann jest zazwyczaj za rozwlekły i zbyt pedantyczny. Przypomina wielkiego smakosza – bez wielkiego smaku” ].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Czarodziejska.jpg

 

 

 

Dusza bez ciała jest czymś tak nieludzkim i strasznym, jak ciało bez duszy. Pierwsza z tych rzeczy jest zresztą rzadkim wyjątkiem, a druga – regułą.

[Zaciekawiła mnie kiedyś etymologia słowa „dusza” w różnych językach, nawiązująca najczęściej do „oddechu”, „tchnienia”; u nas bliskie temu słowu są także „dusić”, „dyszeć” czy „zdechnąć”, idealnie pasujące do tego, co nazywamy „polskim piekłem”].

 

Augustyn: „Wierzę, abym mógł poznać”.

[Droga poznania przez wiarę nie musi pozostawać w sprzeczności z wiarą w ludzki rozum, bo każde stworzenie na świecie swój rozum przecież ma].

 

Prawdą jest to, co służy człowiekowi – on jest miarą rzeczy.

[Już Protagoras z Abdery twierdził, że człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, co skłaniało Pana Wszelkiego Stworzenia do działań głęboko niehumanitarnych w stosunku nie tylko do innych zwierząt, ale także do tych istot ludzkich, które zaliczano do gatunku „podludzi”, gdyż prezentowali ponoć gorsze cechy rodzaju ludzkiego. Karol Wojtyła zmierzył się z tym zagadnieniem w roku 1960 jako filozof, przedstawiciel personalizmu chrześcijańskiego, w książce Miłość i odpowiedzialność. W jego ujęciu człowiek jako osoba jest jako jedyny byt na świecie „kimś”, a wszelkie inne byty są „czymś”. Poglądy filozoficzne mają to do siebie, że ich słuszność może być potwierdzona jedynie po skonfrontowaniu ich z innymi punktami widzenia (Protagoras miał wśród swoich adwersarzy samego Platona), należy się jednak obawiać, że w tym szczególnym przypadku próba podjęcia takiej polemiki zostałaby uznana u nas za świętokradztwo. Dogmat o nieomylności papieży dość łatwo jest podważyć, dlatego wielu duchownych i teologów katolickich nie chciało go zaakceptować już w chwili jego ogłoszenia w roku 1870, natomiast ci, których ogłoszono świętymi, omylni być nie mogą, bo działają w sferach ukrytych przed ludzkimi osądami].

 

Przeciwieństwa można z sensem łączyć z sobą. Bez sensu są tylko rzeczy połowiczne i mierne.

[Antoine de Saint-Exupéry mówił, że po sercu można spodziewać się nawet harmonii przeciwieństw. Antonimem serca nie jest wprawdzie „mózg”, ale ten organ nieodparcie na myśl się nasuwa. I słusznie, bo po nim można spodziewać się nawet dysharmonii podobieństw].

 

Formą jego jest logika, lecz istotą zamęt.

[Logika też potrafi wprowadzić zamęt, gdyż są sprawy, które dzieją się wbrew wszelkiej logice. W moim życiu osobistym doświadczałem tego tak często, iż mam prawo podejrzewać, że jestem chodzącym absurdem].

 

Wyrzeczono się sądów Bożych, bo nie można było nie zauważyć, że zwycięża silniejszy, nawet gdy nie ma słuszności.

[O sądach ludzkich można powiedzieć to samo. Słuszność była, jest i będzie zawsze po stronie silniejszego, co zauważył już Mikołaj Rej: „Małe złodziejaszki wieszacie, wielkim – nisko się kłaniacie”. A wyjątki jedynie potwierdzają tę regułę].

 

Milczenie czyni człowieka samotnym.

[Dlatego samotnicy gadają do siebie, żywo przy tym gestykulując. I chętnie przyznają rację swemu odbiciu w lustrze].

 

Wychodzimy z ciemności i idziemy w ciemność, pomiędzy tym są przeżycia, ale początku narodzin i śmierci nie przeżywamy, nie mają charakteru subiektywnego, jako wydarzenia należą całkowicie do obiektywnego świata.

[Początek narodzin jest dla nas niełatwym przeżyciem, o czym świadczy nasz pierwszy krzyk; kolejny jest już próbą porozumienia się z otaczającym nas światem. A o doświadczeniu śmierci pięknie pisał Rainer Maria Rilke w wierszu właśnie tak zatytułowanym (Todes-Erfahrung). Jest tam mowa o świecie jeszcze pełnym ról, które z upodobaniem gramy do końca, „tak iż możemy na chwilę porwani / istnienie grać nie myśląc o oklasku” (w przekładzie Mieczysława Jastruna)].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Rainer_Maria_Rilke_1900.jpg  http://jbr.blox.pl/resource/NAgrobek_Rilkego.jpg

 

 

 

Próżności brak formatu, prawdziwa wielkość nie jest próżna.

[Ci, którzy osiągnęli prawdziwą wielkość w byciu próżnym, nie mogą się nadziwić, że nazywa się to małością].

 

Istnieje egoistyczne oddanie i pełen oddania egoizm.

[Największymi egoistami są niewątpliwie altruiści, a raczej ci, którzy chcą za takich uchodzić].

 

Bóg stworzył człowieka, aby za jego pośrednictwem doznawać uczuć.

[W takim ujęciu Bóg przepełniony byłby uczuciami głęboko ludzkimi, co w sensie przenośnym i przy wielu zastrzeżeniach mogłoby nie wzbudzać szczególnych kontrowersji. Gdyby jednak sens tego zdania odwrócić, to jakich uczuć doznawaliby ludzie dopuszczający się tak okropnej herezji?].

 

Dopiero zwątpienie robi z miłości namiętność, tak iż można namiętność wręcz nazwać wątpiącą miłością.

[W pominiętym przeze mnie z konieczności wątku rozmów z Adamem Hanuszkiewiczem wyznał on, że zapalał prawdziwą namiętnością do jednej ze swoich żon dopiero wtedy, gdy ta zdradziła go z innym mężczyzną. Wydawało mu się to tak nienaturalne, że opowiedział o tym swemu przyjacielowi, długoletniemu dyrektorowi Muzeum Narodowego w Warszawie, a tamten westchnął: „U mnie było podobnie…”].

 

W nieskończoności nie ma wielkości, a w wieczności nie ma trwania, ani zmiany.

[O ile drugą część tego gołosłownego stwierdzenia da się jakoś uzasadnić, o tyle część pierwsza budzi we mnie sporo wątpliwości. O jaką wielkość Tomaszowi Mannowi chodziło? Zapewne nie o tę, która zawarta jest w terminie „nieskończoność”, oznaczającym byt nieograniczony w sensie wielkości bądź ilości, gdyż samo to pojęcie oznaczone symbolem prowadziło do wielu paradoksów; patrz paradoksy Zenona z Elei o Achillesie i żółwiu czy o strzale wystrzelonej z łuku. Z ich zlikwidowaniem mieli kłopoty nawet wybitni matematycy, a kiedy im się to wreszcie udało, to i tak bez przerwy ocierali się o absurd, mimo iż zrezygnowali z nieskończoności choćby potencjalnej na rzecz znacznie skromniejszej idei liczby aktualnie nieskończonej, którą dopiero w wieku dziewiętnastym udało się niemieckiemu matematykowi Georgowi Cantorowi osadzić we względnie logicznych ramach – dzięki dość karkołomnemu rozumowaniu przekątniowemu. Przywołałem go jednak nie dlatego, że cokolwiek z jego rozważań jestem w stanie pojąć, ale dlatego, że uporządkował on ponoć chaos definicyjny, „zastępując pojęcia wielkości i liczby pojęciami zbioru i mocy”. Być może o to przestarzałe pojęcie wielkości chodziło Tomaszowi Mannowi. Amen].

 

 

 

                                                          Opowiadania. PIW 1963

 

Nie wolno ci być – masz patrzeć! Nie wolno ci żyć – masz tworzyć! Nie wolno ci kochać – masz wiedzieć!

[Gdzieś wyczytałem, że w roku 1927 Tomasz Mann skarżył się księżnej Radziwiłłowej, iż najbardziej dla niego męczące było czyhanie ze wszystkich stron na jego „mądre powiedzenia” i ciągłe naprężanie się, by tym oczekiwaniom sprostać. To czuje się w jego prozie i dlatego obcowanie z nią nie sprawiało mi nigdy radości. Moje obecne komentarze, częstokroć też wysilone, są idealnym odbiciem tamtego stanu rzeczy].

 

Śmierć jest triumfem życia.

[W Siekierezadzie Edwarda Stachury mówiło się o triumfie życia nad śmiercią, a na obrazie Pietera Breugla, namalowanym czterysta lat wcześniej, o triumfie śmierci nad życiem. „Triumf” oznacza „zwycięstwo” (nad przeciwnikiem lub wrogiem) względnie „sukces” (także dumę z osiągniętego sukcesu). Te dwa znaczenia łączyło w starożytnym Rzymie jeszcze jedno – był to pochód zwycięskiego wodza, odzianego w purpurową togę i z wieńcem laurowym na głowie, który pozłacanym rydwanem jechał na Kapitol, by tam złożyć ofiarę Jowiszowi. Według mnie najważniejsze w tym wszystkim było jednak to, że przez całą drogę stojący za nim niewolnik powtarzał triumfatorowi słowa: „Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem!”, będące ostrzeżeniem przed grzechem pychy. Symptomatyczne jest, że Cesarstwo Rzymskie upadło, gdy ta tradycja zanikła, ale pierwsi chrześcijanie nie zapomnieli o ostrzeżeniu niewolnika, uznając pychę za początek wszelkiego grzechu, ponieważ mogła skłonić człowieka do głoszenia poglądów wręcz bezbożnych: „Nie mogę uznać istnienia Boga, bo musiałbym przyjąć, że sam nie jestem Bogiem”. Na marginesie dodam, że autor tych słów Fryderyk Nietzsche, powtórnie przeze mnie w tym poście przywołany, był synem luterańskiego pastora].


 

 http://jbr.blox.pl/resource/Pochod_triumfalny_Marka_Aureliusza.jpg

Pochód triumfalny Marka Aureliusza

 

 

Przestań pragnąć – zamiast pragnąć nicości!

[O tym, że pragnie się nicości, gdy przestaje się pragnąć (nie można pragnąć, kiedy się nic nie czuje), świadczy przywołany przeze mnie wcześniej przykład Jerzego Kosińskiego].

 

Twórczość wywodzi się z namiętności – i jest namiętnością!

[Szczególną namiętnością wykazują się w tym względzie pacykarze oraz grafomani. Potrzeby duchowe a fizjologiczne to są jednak zupełnie różne sprawy – te drugie trzeba zaspokajać, a te pierwsze można].

 

 

 

                                       Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.





01:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »