RSS
piątek, 30 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 6)

     Dialogi z Andrzejem (Surynem)

 

     – Andrzeju, mówiłeś, że rzygać ci się chce na samą myśl, że masz przepisywać Dialogi z Tomaszem, a ja powiem, że robi mi się niedobrze, gdy patrzę na to, jak przepisano choćby to zdanie: Cierpię mimo, że nie chcę. Co to znaczy? Koszmar stylistyczny z powodu fatalnie postawionego przecinka. Tym swoim „mikrofonowym głosem” mówiłeś przecież wyraźnie: Cierpię, mimo że nie chcę. Bo tylko tak można to powiedzieć. Waldek i Wacek, twoi przyjaciele ze znakomitym słuchem muzycznym, wiedzą o tym doskonale, ale być może myślą, że inaczej się mówi i słyszy, a inaczej się pisze. Niekiedy tak jest, ale nie w tym przypadku. Tę dygresję rzucam jednak tylko na rozgrzewkę, jako ćwiczenie w rozmowie z duchem, czyli tobą. Jak się czujesz w tej nowej roli?

     –  Jestem zmęczony, mam dosyć tego tunelu. O, gdybyż można ze swoim duchem rozmawiać tak, jak z tobą. Ale on jest światłem albo bólem.

 

            

 

     – A zatem duch twój nadal wionie kędy chce! W napisanej przeze mnie kiedyś Rozmowie ze zmarłym (inspiracją do niej była Tybetańska Księga Śmierci, z którą na pewno musiałeś się zapoznać) stan umysłu człowieka, który wyzwolił się z iluzorycznego ciała, staje się czystą pustką, ale nie nicością, pustką czegoś nieograniczenie czystego, promienistego, wibrującego, pustką ogromnej masy światła, która napierając na jaźń, powstałą z przemiany umysłu ze wszystkimi jego istnościami, może wywołać uczucie oszołomienia, a nawet znużenia, jeśli trwa to zbyt długo.

     W życiu po życiu widzianym z innej perspektywy filozoficznej przedstawia się to tak jak w twoim odczuciu, ale tunel i światło widzimy jedynie na początku, natomiast bólu zazwyczaj nie odczuwamy. Nie można cierpieć w nieskończoność. Śmierć kładzie temu kres. Chciałbym jednak zapytać o tę dziwną chorobę, która wycieńczała twoje ciało. Zapewne słyszałeś określenie „piękna choroba”. Choroba jest najczęściej brzydka, jeśli dotyczy tylko ciała. W twojej chorobie było jednak dużo duchowego piękna. Ktoś powiedział, że „miłość to piękna choroba”. Dużo mówisz o miłości…

     – Zachorowałem, bo nie kochałem. A więc nie żyłem, imitowałem życie. Aż duch pewnego dnia, nader dotkliwie powiedział: nie! dość! Jesteś kimś innym, szkoda cię na plagiat. I tak się zaczęło. Choroba jak drabina do siebie, a wszystko po drodze jak nieustająca lekcja. Najpierw trzeba było oswoić i utulić lęk. To porządny, to potężny destruktor. Nigdy nie odwracaj oczu. Patrz, nie oceniając z taką miłością, na jaką cię stać. A stać cię na coraz więcej. Potem przyszła akceptacja, trudna rzecz powiedzieć prawie wszystkiemu: tak. Potem nauka wymiany: dar za dar. Tak przyjmować, nie oddawać. Wdech, wydech. Nie wiązanie się, ani nie wzbranianie.  Coraz bliżej tylko tego swego złotego środka. Przychodzi dystans, umiejętność przepuszczania przez siebie świata.

     – Mówiłeś, że w tym przejawia się twoja pojedynczość w wielości i że jeśli kimkolwiek jesteś, to właśnie tym akurat niepowtórzonym teraz, tutaj, i że to wszystko znajduje się w permanentnym ruchu. Zapewne dość powolnym, bo w innym razie nie potrafiłbyś dogadywać się cierpliwie z własnym ciałem, a obszar pogłębionej wzajemności między nim a duszą nie mógłby rosnąć w miarę twego wewnętrznego doskonalenia się. Jednak to tego potrzeba dużo światła. „Jako w niebie tako i na ziemi”. Czy nie stąd, w czasach, kiedy jeszcze żyłeś, wzięło się to twoje pragnienie ustawicznej wędrówki za słońcem?

     – Szedłem i znikałem w tym chodzeniu, chodzeniu za słońcem pod wiatr / stawiałem stopy jak pacierz / oddech chwalił oddech / oczy patrzyły, uszy słyszały i wierzyły / czułem się jakbym siebie wołał / jako w niebie tako i na ziemi / dom pachniał kawą, świat krwią / po co ci to? / wołałem przez ten Babilon / wiara nadzieja miłość, jakie są każdy widzi / w lustrze i na rogach ulic / kto woła światło, ten i ciemność woła / lecz ciemność sama z siebie nie istnieje…

     – Ktoś powiedział to samo i dodał, że jest to po prostu nieobecność światła, które przychodzi i odchodzi, które można stworzyć i zniszczyć, w przeciwieństwie do ciemności, która wiecznie trwa, chociaż jej nie ma i dlatego nie można jej stworzyć ani zniszczyć, bo jak można pokonać to, czego nie ma?  Ale ty byś chyba odparł, że dla wierzącego nic trudnego. Może jednak tam, po tamtej stronie, tego rodzaju dylematy przestają ciążyć?

     – Siła ciążenia, rzeczy najcięższe opadają pierwsze i na nic nasze ingerencje. Zatrzymujemy te, które bardzo chcemy zatrzymać, widzimy to, co potrafimy, a medytacja staje się wówczas, kiedy umysł jak sito przepuszcza wszystko, a zatrzymuje to, co na teraz niezbędne. Widzisz, akceptujesz, wybierasz, ingerując w sposób maksymalnie oszczędny. Trawestując tu Simone Weil, można by rzec: Kiedy osobowość atakuje nas wielością, ty na to odpowiadasz, owszem, ale nie widzę konieczności. A to wszystko ponad ocean! Fenomeny falują, nazwa sprzed godziny nie ma teraz nic do rzeczy.

     – Hm, znowu ten przecinek przed „owszem”, stwarzający kilka możliwości interpretacyjnych. Ja bym rozumiał to wszystko tak: Kiedy osobowość atakuje nas wielością, ty na to odpowiadasz: „Owszem, dostrzegam to, ale nie widzę w tym żadnej konieczności. Bo to wszystko ponad oceanem! Fenomeny falują, nazwa sprzed godziny nie ma teraz nic do rzeczy”. Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że pozostawisz mnie z tymi wątpliwościami, bo twoją uwagę zaprząta teraz na przykład… koń karmiczny!

     – Koń karmiczny: / to nie ja / i tamto nie ja /zawieszony miedzy niemożliwym a niemożliwym / rozśmieszam kosmos…

     – Może i rozśmieszasz, ale przecież kosmos to ty! Każda cząstka naszego ciała jest bowiem odwzorowaniem porządku kosmicznego, co dziwić nie może: stamtąd się wywodzimy i tam, prędzej czy później, powrócimy…

     –  Mimo, że na Ziemi błąkam się już osiemdziesiąt tysięcy lat, pochodzę z Syriusza B i pewnie za niedługo tam powrócę, gdyż Ziemia zaczęła remont generalny, jest to bolesne, ale konieczne…

     – „Za niedługo”, zamiast „niedługo” i znowu ten absurdalny przecinek po „mimo” – wybacz, ale niechlujstwo językowe niesłychanie mnie rozprasza! O czym to my? Aha, pisałem kiedyś, że poeci mają w sobie uczucia prawie kosmiczne, nie tylko w metafizycznym znaczeniu.  Pozwól, że zacytuję twoje słowa: Wstał z łóżka, z jękiem niecierpliwym. Zapragnął kobiety tak, jak spotkania z nieziemską istotą. Był sam, włączył Bacha, obrócił się na pięcie, zaczął tańczyć, opasując się energią tej fugi, jak szarfą. Po chwili wyglądał jak wirująca mumia. Potem duet, vibrato fletu, smutek w świetnej oprawie. Lewa ręka trzymała niebo, prawa oparta na ziemi czyniła ze mnie baterię tego świata… Pamiętasz, co było dalej?

     – Pozwalał dowolnie łączyć się w sobie tęczowym mocom. Tak czuł i widział wstęgi, smugi, korzenie mocy tańczące w nim. Całkowicie oddał się muzyce i żywiołom. I czuł, że tego po nim oczekiwano…

     – Stop! Zastanowiła mnie ta forma bezosobowa: KTO po tobie tego oczekiwał? I czego? Że tak zapragniesz kobiety, jak zapragnąłeś? Bujnie rozłożonej na złotych skrzydłach, śpiącej rozkosznej harpii, cud baby, tyleż eterycznej, co pełnokrwistej. Lub że pozwolisz dowolnie łączyć się w sobie tęczowym mocom? Darujmy sobie Bacha, Malczewskiego i anonimowego Jurka z postawionym przezeń na jednym z trzech zakupionych jezior pływającym domkiem, gdzie twoje pustelnicze tęsknoty nie mogłyby stać się ciałem, bo w istocie do pustelniczego życia nie byłeś stworzony. To wszystko ułudy. Andrzeju, najwyższy czas wyjechać z kolejnej bajki, którą sobie stworzyłeś!

     – Kiedyś jechałem z Olsztyna do Szczecina i cały czas było Wąbrzeźno…

     – To się nazywa gonitwa myśli. Opowiedz, o czym wtedy myślałeś? Jak do siebie mówiłeś?

     – Odrzuć demony wyobraźni, symbole kultury, wszystko to, co nas ogranicza, odgradza od przeżycia, tu i teraz twej takości. Dopokąd będziesz kimkolwiek, nie będziesz sobą. Nie idzie mi o to, byś się ogałacał z kultury, alienował ze społeczności, jedynie byś dostrzegł swe głębokie uwięzienie, i choć raz przekroczył stare granice. Albowiem, kto raz zobaczył światło swej jaźni, nigdy już nie będzie błądził.

     – Demons of the Mind, ten film Petera Sykesa oglądałem w Szwecji w roku 1973, ale chyba o innych demonach wyobraźni myślałeś…

 

                     

                              Czy o takich demonach wyobraźni myślałeś?

 

    MÓGŁBYM TAK PISAĆ I PISAĆ JESZCZE BARDZO DŁUGO, ALE NIE WIDZĘ W TYM NAJMNIEJSZEGO SENSU. TO MIAŁO BYĆ ĆWICZENIE W ROZMOWIE Z DUCHEM ZMARŁEGO POETY, A DUCHY MAJĄ TO DO SIEBIE, ŻE NAGLE SIĘ POKAZUJĄ I NAGLE ZNIKAJĄ. ALE MÓWIAC SZCZERZE, DECYZJA O NAGŁYM ZAKOŃCZENIU TEGO POSTU TO NIE ICH SPRAWKA, LECZ POŚREDNIO PAWŁA ZAWADZKIEGO. W POŁUDNIE OTRZYMAŁEM OD NIEGO PRZESYŁKĘ Z LALKĄ ANIOŁA EDUARDA KOCZERGINA. ZACZĄŁEM CZYTAĆ I CZYTAŁEM DO TERAZ. PO TEJ LEKTURZE TEGO TYPU ZABAWY LITERACKIE (MYŚLĘ PRZEDE O WYDUMANYCH DIALOGACH Z ANDRZEJEM) NIE WYDAJĄ SIĘ BYĆ NAWET ZABAWNE…

 

02:29, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 5)

     Nie dziwię się, że „pewna anonimowa warszawska galeria” nie solidaryzowała się z poczynaniami Artysty, bo konia z rzędem temu, kto wskaże związek logiczny między tym, co działo się w Jonkowie, a tym, co znalazło się na plakatach? Inna sprawa, że w dziele pana Kwieka też trudno dopatrzeć się jakiejkolwiek logiki, więc może zsumowane dwie nielogiczne sekwencje tworzą jakąś logiczną całość? A katalog Muzeum Narodowego w Warszawie? Widocznie absurdy muszą być także skatalogowane!

     A jaki ma to wszystko związek ze śp. Poetą? Mógłbym bez trudu udowodnić, że ma, ale odchodziłbym w ten sposób coraz dalej od sedna sprawy: dlaczego tylu niebanalnych ludzi uczyniło tak dużo dla poety niewiele przecież znaczącego w historii literatury nie tylko czasów, w których żył? Być może powinienem najpierw z nimi porozmawiać na ten temat, ale z wielu względów jest to niemożliwe, a ponadto bezsensowne, wywodzimy się bowiem z tak różnych światów, posługujemy się językami tak odmiennymi, że trzeba by lat, żeby w ogóle móc się porozumieć w kwestiach drugorzędnych, nie mówiąc o zasadniczych. Może więc w tej sytuacji porozmawiać z samym zainteresowanym? Rozmowy ze zmarłymi nie są przecież niczym nadzwyczajnym w sferze ezoterycznej, ale nie tylko, bo okazuje się, że takie rozmowy prowadziła nawet św. Faustyna!

      Przyszło mi to na myśl na dzisiejszym spacerze, gdy nagle mi się przypomniało, że miałem także w rękach inną książeczkę Suryna, zatytułowaną Dialogi z Tomaszem, i coś o niej dawno temu pisałem, ale naprawdę nie pamiętam, w jakich okolicznościach to się działo, ani gdzie się ten tekst zapodział. Może i starałbym się odnaleźć jego kopię, gdyby jakiś głos we mnie nie mówiłł, że lepiej zrobię, jeśli ponownie zapoznam się z tymi dialogami właśnie teraz, gdy zastanawiam się nad tym, czy snucie tych refleksji miało w ogóle jakikolwiek sens.  Najpierw muszę jednak opisać możliwie najkrócej obchody „tamtego Dnia” i mieć to już wreszcie z głowy…

     Przypominam: Teatr Wiejski w Węgajtach, 4 września 1999 roku, godz. 11. Pokaz filmu Waldemara Czechowskiego, którego tytuł Za światłem mógł być dla niektórych nieco mylący, bo nie przed nim, lecz po nim odbyła się promocja książki Światło (patrz: moja recenzja), po czym w największym pomieszczeniu tej „artystycznej stodoły” zaczęły się tzw. wspominki, znane już ze średniowiecznych obrzędów pogrzebowych, gdzie odprawiano je jednak według przepisów zawartych w Ars moriendi, a tam na pewno nie doradzano, by żałobnicy gromadzili się jak tutaj wokół ułożonego na środku kamiennego kręgu tybetańskiego.

 

           

 

     Na marginesie dodam, iż twierdzenie, że „Suryn inspirował się lamaizmem”, nie jest zbyt ścisłe, gdyż „lamaizm” jest określeniem raczej pejoratywnym buddyzmu tybetańskiego; z tego, co wiem, nie kultywował on tantr wadżrajany, lecz zapoznał się tylko z naukami Dalajlamy. Waldemar Czachowski, autor wszystkich zdjęć z tej uroczystości, podpisał to tak: „Spirala, na podobieństwo mandal, które A. Suryn budował – kręgi mocy otwarte”, i to mnie przekonuje, tym bardziej że był on naprawdę bliskim przyjacielem śp. Poety, będącego dla niego „przybranym bratem duchowym”.         

     Każdy coś tam mówił i mnie też udzielono głosu, ale prawie nic z tego nie zapamiętałem, bo te mowy nie były przecież starannie wystudiowane, przerywane lamentami płaczek i szlochami zgromadzonych. Wydawało mi się, że tu każdy wzruszał się przede wszystkim sobą, co jest przecież ludzkie. Zapamiętałem tylko wyznanie pewnego miejscowego rolnika, w którego domu Zmarły często przebywał na dłużej, nie pomagając w pracach polowych nawet w okresach takiego ich natężenia (sianokosy, żniwa, wykopki), że najmniejsza pomoc z Jego strony wydawałaby się czymś najbardziej oczywistym, wolał jednak w tym czasie siedzieć pod lipą i pobierać lekcje od dmuchawców albo chodzić po polach i ustawiać na miedzach kamienne kopczyki sakralne, tzw. stupy. Wtedy tego rolnika to denerwowało, ale teraz zrozumiał, że poeci muszą bujać w obłokach, by obdarzać ludzi innymi, cenniejszymi darami. Dopiero w wiele lat później opowiedział mi Thomas Notter, Szwajcar, który od 1993 roku gospodaruje na obrzeżach Suwalskiego Parku Narodowego, że przez pewien czas też gościł u siebie Andrzeja Suryna, ale „poza dobrymi chęciami żadnego pożytku z niego nie miał”, a gdy próbowałem wypytać go o szczegóły, roześmiał się tylko i machnął ręką, dodając, że „najlepiej wychodziła mu gra na szklankach i garnkach”…

     Wielokilometrowa „wędrówka drogą Suryna”, która rozpoczęła się o godz. 14.30, miała unaocznić wszystkim, że był On przede wszystkim „poetą wędrownym, który szedł przez świat i życie z kosturem w ręku”. Dlatego na czele pochodu kroczył przebrany w Jego strój i postukujący Jego kosturem kierownik artystyczny węgajckiego Teatru Wiejskiego Wacław Sobaszek. Ustawiona we wsi Pupki  (4 km za Węgajtami) stupa była jak najbardziej na miejscu, tak jak i widniejący obok niej na poniższym zdjęciu Jego portret, niesiony w pochodzie jak noszono dawniej w procesji feretrony, kolorystycznie dopasowany do pejzażu tak świetnie, jakby Jan Rylke przy malowaniu tylko to miał na uwadze.

 

       

 

     Na kolejnym zdjęciu, zrobionym, jak wynika z podpisu Waldemara Czechowskiego, „na drodze z Nowego Kawkowa do Gotek i Pupek” (powinno być Godek, bo wieś nazywa się Godki, ale nie tylko on stosuje tę nieortograficzną odmianę) widać wyraźnie, że gapiów po prawej, czyli Pawła Zawadzkiego i mnie, stojącego przy nim z założonymi rękami, zafrapowała scena chyba oświadczyn, do której przygrywała Kapela Węgajcka. Być może wyznawali sobie miłość do tego samego obiektu westchnień, na cześć którego odsłonił Kamień Pamięci właśnie w Godkach pan Krzysztof Łepkowski…

 

           

 

     Specjalnie nie pisałem wcześniej przy omawianiu „wspominek”, kim jest ten rolnik, u którego tak często gościł śp. Poeta. A jest to temat na wspaniałą opowieść o „aliantach”, jak o nich mówiła wieś, którzy w stanie wojennym postanowili wyprowadzić się z Warszawy i zacząć gospodarzyć na Warmii, nie będąc przy tym absolwentami SGGW, lecz architektami, polonistami, specjalistami handlu zagranicznego czy historykami sztuki – jak Łepkowscy. W zakupionym przez nich w Godkach domu nie domykały się okna i drzwi, a na środku jednego z pokojów widniała kupa, ludzka, nie zwierzęca, ale dookoła rozpościerała się piękna dolina okolona wzgórzem i lasem.  Nie mieli (poza małymi dziećmi) najmniejszego pojęcia o pracy na roli, ale od tego były podręczniki, pokazujące, że pług należy ustawiać przy pomocy poziomicy, żeby lemiesz wchodził w ziemię pod odpowiednim kątem, że należy stosować biodynamiczne metody uprawy i opryskiwać pola za pomocą miotełek, co jedni sąsiedzi kwitowali salwami śmiechu, a inni posądzali ich o czary.

     Może ci prości ludzie kiwaliby głowami ze zrozumieniem, gdyby zapoznali się z założeniami doktryny antropozoficznej Rudolfa Steinera (1861-1925), austriackiego wizjonera i chrześcijańskiego gnostyka, w której bezpośrednie poznanie świata duchowego, wsparte na doświadczeniu indywidualnym oraz praktyce medytacyjnej i związanej z nią całościowej przemianie człowieka, odgrywa rolę zasadniczą. Dobrze by było, gdyby wcześniej wiedzieli, co to jest mistyka neoplatońska czy linia Karma Kagyu w Diamentowej Drodze, bo i z tamtego, i z buddyzmu czerpała chrześcijańska gnoza (uwaga: Suryn jeździł na spotkania różokrzyżowców i żywo interesował się antropozofią), i jako prawdziwi chrześcijanie uwalniali na ścieżce gnozy iskry Ducha, oddając je Bogu, zamiast oddawać pokłon diabelskim wynalazkom, do których ekologowie zaliczają to wszystko, co zabija, niszczy, truje i szkodzi na skalę masową, ale przecież i indywidualną, jak alkohol czy papierosy.          

    Pijaku i palaczu, który naśmiewałeś się z Łepkowskich, nie wiedząc, że z antropozofii nie tylko rolnictwo biodynamiczne się wywodzi, lecz także architektura organiczna, której twój dom jest całkowitym zaprzeczeniem, zamknij potulnie pysk i zapamiętaj raz na zawsze, że nie dla ciebie sutry i tantry, nie jesteś bowiem istotą duchową, ekologicznie czystą, nietoksyczną i nieszkodliwą dla otoczenia, jaką może być tylko w pełni zhumanizowany człowiek! To prawda, że „ci Łepkowscy” nie wiedzieli, jaka królica jest kotna, a gdy pierwszy raz cieliła im się krowa, to przygotowywali się do tego jak do operacji na otwartym sercu, ale to oni hodują zwierzęta niemal już wymarłych ras, owce czarnogłówki czy kury zielononóżki, sadzą kosztele i kronselki! To oni uczą dzieci mielenia ziarna i pieczenia chleba, lepienia i wypalania glinianych naczyń!

 

       

                          Zielona Szkoła w Godkach u Łepkowskich

 

     Stop! To wszystko przez Pawła Zawadzkiego, który podczas „wędrówki drogą Suryna” tyle różnych historii mi naopowiadał, że po raz kolejny odwiódł mnie od głównego tematu. A zatem: o godz. 17 usiedliśmy w ławach kościoła w Nowym Kawkowie, gdzie odbyła się msza za duszę śp. Poety, podczas której „Schola” pod kierunkiem Johanna Wolfganga Niklausa wykonała Requiem. Skoro Wolfgang, to był to zapewne utwór Mozarta, jeśli mnie nie myli pamięć, której odświeżyć nie mam jak, bo organizatorzy podają tylko „Requiem”, jakby pod tym tytułem nie mogło się kryć przynajmniej kilku kompozytorów, choćby Giuseppe Verdi.

     Następnie o godz. 19 oglądaliśmy wystawę „Suryn – rękopisy, rysunki, zdjęcia”, po czym Stanisław Sojka śpiewał piosenki nie tylko do słów śp. Poety, co oczywiście ściągnęło mnóstwo okolicznych mieszkańców, we wcześniejszych uroczystościach występujących nielicznie – mogło to być spowodowane wykopkami ziemniaków, ale akurat tego dnia, podczas wielokilometrowej wędrówki, żadnego ruchu na polach ziemniaczanych nie dostrzegłem. W ostatnim punkcie programu, „Nocnym czuwaniu”, gdzie miał śpiewać Mieczysław Litwiński, już nie uczestniczyłem, gdyż na myśl o tym, że kolejną noc spędzę w samochodzie, ciarki po mnie przeszły i postanowiłem wracać do Warszawy. Na szczęście rozorany bok mego Hyundaia znajdował się od strony pasażera.

 

                                                 Cdn.  

14:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 4)

    Do Węgajt dotarliśmy przed nocą, by zdążyć na ognisko, wokół którego przy pieczonych kiełbaskach i napojach rozgrzewających mieliśmy wraz z innymi zaproszonymi gośćmi snuć wspominki do bladego świtu. Wcisnąłem się pomiędzy samochody stłoczone na łące i poszliśmy w kierunku wątłego blasku, ledwo, ledwo pełgającego po ziemi, bo okazało się, że ognisko właśnie wygaszano. Miejscowi po chwili zaczęli odjeżdżać, ale nie mam pojęcia, kto z nich rozorał mi bok samochodu, bo odkryłem to, gdy już ich nie było. Przyjazd o tej porze na obchody poświęcone pamięci poety, które miały się zacząć nazajutrz, 4 września 1999 roku, o godzinie 11, sensu w ogóle nie miał, gdyż okazało się, że wszystkie miejsca noclegowe były już zajęte i tylko „Muza Poety” mogła u zaprzyjaźnionych gospodarzy złożyć w łożnicy swoje cielesne powaby, a Panu Redaktorowi i mnie po próbie złożenia kości na twardych ławach w jakiejś lodowatej budzie (dwa ofiarowane nam kocyki były zapewne utkane wyłącznie z dobrych chęci organizatorów imprezy) pozostawało jedynie o suchym pysku dygotać do rana w pozycjach półleżących na przednich siedzeniach już mocno wychłodzonego samochodu.

    Nic to, o świcie zaczęliśmy biegać po zroszonej łące, tłumiąc parskanie i rżenie, by nie obudzić jakiegoś koguta, ale prawidłowe krążenie krwi w żyłach udało nam się przywrócić dopiero po kilku kwadransach dzięki tak zwanym „tupotom”, umiejętności wystukiwania nogami najbardziej wymyślnych rytmów w jednym z rosyjskich tańców narodowych i prowadzenia tym sposobem rozmowy, co zademonstrował Pan Redaktor, kończąc ten popis serią hołubców wybijanych z taką brawurą, że nie pozostało mi nic innego, jak odpowiedzieć mu wykonaniem kilkudziesięciu akrobatycznych ewolucji breakdance’owych bardziej śmiałych, niż te, które robi na swoich pokazach Tamman „Junior” Alwan. O zaspokojeniu głodu nie wypadało nawet myśleć po tym, jak Paweł przypomniał, że śp. Poeta pod koniec życia żywił się wyłącznie ziarnami i ziołami, i w ogóle marzył o zbudowaniu pustelni i o życiu średniowiecznego ascety…

 

        

                                    Słupnicy mogą być różni!

 

    W hagiograficznych opracowaniach tego typu, z którymi można zapoznać się w Internecie, sporo jest takich „głodnych kawałków” – niedługo się dowiemy, że lewitował, posiadał moc uzdrawiającą, przewidział katastrofę smoleńską etc. Skoro już musiał tak pośpiesznie odejść z tego świata, to koniecznie należało dodać, że uczynił to z listem w ręku, w którym pisał: „Modlę się o świat, bo nie wygląda najlepiej”. To fakt oczywisty od dawien dawna i nic nie wskazuje na to, że od czasu tamtej modlitwy zaczął wyglądać lepiej. Zresztą śp. Poeta słusznie zauważył wcześniej, że świat jest taki jak my.

    Pomnika nikt mu jeszcze nie postawił, ale to tylko kwestia czasu. Na razie artysta rzeźbiarz Jacek Adamas (przyjechał z Warszawy na Warmię i zamieszkał we wsi Worławki w kilka lat po uroczystościach, które należałoby wreszcie opisać) zamierza postawić na swojej posesji dwunastometrową rzeźbę Strażnika, twierdząc, że „duchowym przewodnikiem projektu jest nieżyjący już poeta Andrzej Sulima-Suryn, który żył w zgodzie z przyrodą i był pionierem ekologicznego myślenia”, i dodając, że do grupy inicjatywnej fundacji, która ma zbierać fundusze na budowę Strażnika, należy również Wacław Sobaszek z Teatru Węgajty, gdzie ponad dwanaście lat temu odbyły się uroczyste obchody Dnia etc., których wciąż opisać nie mogę, bo po pierwsze śp. Poeta nie był u nas pionierem ekologicznego myślenia, jako że ten tytuł stokroć bardziej należy się prof. Julianowi Aleksandrowiczowi, będącemu „pionierem pionierów polskiej myśli ekologicznej”, a po drugie – jeśli Strażnik ma między innymi czuwać nad tym, by wiatraki energetyczne nie niszczyły warmińskiego krajobrazu, w co artysta rzeźbiarz angażuje się od wielu lat, to dlaczego sam ma ten krajobraz zaburzać?

     W złośliwych komentarzach pod artykułem o tym „niezwykłym projekcie” – niejaki „Ron” nie obraża artysty jak inni (jeden z nich nazywa go „kolejnym wariatem z warszawki, który zwichrował i chce pod Olsztynem urządzać skansen”, inny twierdzi, że „jesienne przesilenie poczyniło znów spore zmiany psychosomatyczne w organizmie tego pseudoartysty i ekologa od siedmiu boleści” etc.), ale występuje z konkretną propozycją, która wydaje się być jak najbardziej na rzeczy: „A może zwołać czyn partyjny i dla uczczenia święta wyborów rozpocząć budowę Strażnika, deklarując wzniesienie go na wysokość 100 m, co tam – 1000 m, bo wtedy nikt go nie obejmie wzrokiem i nie będzie szpecił krajobrazu tak drogiego Artyście? Do czynu!”.

 

                 

                                         To jest ten projekt

 

     Projekt jak projekt – gdyby mnie się nie podobał, to nawet z Przymiarek, skąd niekiedy widoczne są Tatry, nie będzie go widać. Jednakże postawiony na miejscu dawnej wieży ciśnień podniesie na pewno ciśnienie niejednemu mieszkańcowi Worławek. Tak było również przed czterema laty, kiedy w ramach happeningu zwróconego przeciwko władzom Jonkowa, które według Artysty pozwalały na niszczenie przyrody, dopuszczając do wycinania przydrożnych drzew, rozwiesił on plakaty, gdzie pod słowami: „Ach Ty w kur… żesz jeb…” widniała Wenus z Milo i Grupa Laokoona.

    

     Postaci te, prawie nikomu na tamtym terenie nieznane, nikogo by nie obeszły, natomiast wulgaryzmy, mimo iż nie on był autorem pokazanej na plakatach pracy znanego warszawskiego performera, Przemysława Kwieka, tak bardzo wzburzyły Powszechną Moralność, że sąd grodzki orzekł karę 510 zł grzywny – zamienioną na dziesięć dni aresztu, gdy Artysta odmówił jej zapłacenia, będąc gotów do pójścia za kratki w proteście przeciw temu wyrokowi, co w styczniu ubiegłego roku mogło nastąpić, gdyby w ostatniej chwili pewna warszawska galeria „w imię pomocy koleżeńskiej, a nie wyrazu solidarności z poczynaniami Jacka” nie przelała orzeczonej kwoty na rachunek sądu.

 

        

Dowód rzeczowy (utrwalony także w katalogu Muzeum Narodowego w Warszawie)

 

                                                          Cdn.

22:57, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 3)

       Okładkę drugiej książeczki Suryna zatytułowanej Myśli zamieściłem dlatego, że ukazała się ona w tym samym 1999 roku i z owych „Surynowych aforyzmów” również napisałem recenzję na prośbę chyba Pawła Zawadzkiego, ale nie wiem, gdzie i czy w ogóle została opublikowana. Na użytek tego postu nie ma to zresztą większego znaczenia, gdyż na tamtej wrześniowej podróży do Węgajt chciałbym się przede wszystkim skupić. Zresztą tych myśli było zaledwie 78, a sam napisałem co najmniej kilkaset, bynajmniej nie „makatkowych” jak choćby ta Surynowa 18: Jeśli się nie obudzisz – próżno się trudzisz., 28: O! Jak rześko uśmiechnięty / Pływa w ukropie listek mięty!, czy 56: Nie ma miejsca bez Boga / Więc próżna twoja trwoga. W zbiorze moich aforyzmów, mimo iż pisałem je mając dwadzieścia lat, nie uświadczy się też rewelacji filozoficznych takiego typu jak 9: Myśleć to tworzyć., 19: Nasza śmierć – to my, Bóg to życie, czy 64: Chłopa z jajami, babę z cycami, niebo z chmurami, wszystko to miałem.

     Wprowadzenie do wyboru „Surynowych myśli” takich karteluszkowych notek świadczy jedynie o bezmyślności tych, którzy podali je do druku z krzywdą dla nieżyjącego Poety. W dawnych czasach w porządnych wydawnictwach bywali porządni redaktorzy, którzy chronili autorów przed wygadywaniem głupstw, nawet jeśli mieli na to ochotę, a dzisiaj przygotowywaniem książek do druku lub ich wydawaniem zajmują się ludzie, którzy nie mają o tym najmniejszego pojęcia. Nie mówię o czasach Gutenberga, bo tych nikt z nas nie pamięta, ale w poczuciu niezmierzonej władzy nad Słowem różni dyletanci nie biegaliby dwoma palcami po klawiaturze laptopa, gdyby posadzono ich choćby raz w tygodniu przed klawiaturą linotypu. Naciśnięcie odpowiedniego klawisza odpowiednim palcem powodowało wybranie żądanej litery, a po ustawieniu całego wiersza liter następował jego odlew w temperaturze topnienia około 250 °C, po czym czcionki wracały do zasobnika. Każda poprawka wymagała odlewu całych wierszy, a wszystko to działo się w ogromnym hałasie spadających matryc i w trujących oparach ołowiu, który czuję w płucach do dzisiaj, mimo iż bywałem tam tylko wtedy, gdy Wielce Szanowny Pan Linotypista składał kolejny numer naszego miesięcznika.

 

            

                                           Klawiatura linotypu

 

     Stąd mój ogromny szacunek nie tylko dla każdego słowa napisanego, ale i wydrukowanego. Ach, miałem nad tą drugą książeczką się nie rozwodzić, ale skoro mnie poniosło, to muszę dodać, że nie recenzowałbym jej, gdyby nie było tam ciekawych refleksji, pod którymi sam mógłbym się podpisać – oczywiście po przeprowadzeniu korekty, bo wydawca zapomniał, że przed „by”, „ale” etc. trzeba postawić przecinek, nie są to bowiem linijki wiersza, które autor może interpunkcyjnie rozpisać jak chce, lecz aforyzmu: 4. Ludzie pragną, by zawsze było wczoraj. Lecz wczoraj pragnie jutra. Jedyna rada – bądź teraz. 7. Kiedy wszystko stracisz, odzyskasz siebie. 10. Jeśli słuchasz wielu rad, nie słyszysz siebie. 16. Ograniczając „byty”, umacniasz istnienie. 26. Świat zawsze jest taki jak Ty. 30. Błędy są ze strachu, a strach z braku miłości. 41. Najtrudniej jest stworzyć siebie. 42. Nie pragnij więcej, kiedy mniej wystarcza. 44. Dość tego, Panie Ego! 48. Od dawna przecież wiadomo: / jaki sapiens – taki homo. 50. Tyle mam, / ile dam. 57. Człowiek jest niepomiernie większy od siebie. 60. Między Bogiem a prawdą jest jeszcze trochę miejsca. I to jest życie. 63. Twój spokój uspokaja świat. 76. Stań się tym, kim jesteś! 78. Chmury na chwilę przesłaniają niebo – ja siebie też.

     Nie jest to głupie, jest to nawet mądre. Tę garsteczkę ciekawych przemyśleń należy jednak widzieć we właściwej skali – na tle dorobku wielkich aforystów, choćby B. Pascala (Myśli, 1670), F. La Rochefoaucaulda (Maksymy, 1665), S. Chamforta (Maksymy i myśli…, 1795) czy na naszym podwórku St. J. Leca, czyli de facto barona Stanisława Jerzego de Tusch-Letza, wywodzącego się z uszlachconej rodziny żydowskiej związanej ze Lwowem (Myśli nieuczesane, 1957, Myśli nieuczesane nowe, 1964). Tak sobie wtedy mówiłem w duchu, ale ani na piśmie, ani głośno nie wyraziłem swojej opinii, skrępowany podniosłą atmosferą, którą stwarzano wokół tego poety wędrownego, jakby jego śmierć wymagała oprawy, której za życia nie znosił. Nie wędrował on bowiem od zamku do zamku jak Rilke, do którego przed śmiercią trochę się upodobnił, lecz od chałupy do chałupy.

 

     

                                Rainer Maria Rilke oczywiście po lewej

 

 

                                                               Cdn.

22:52, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 2)

      Sam złapałem się na tym, że pisząc swoją recenzję popadłem również w ton „apoteozyjny” (nie ma przymiotnika od „apoteoza”, z gr. apotheosis, czyli ubóstwienie, a powinien być), co mogłoby potwierdzić przez kogoś wysuniętą tezę, że nawet najbardziej racjonalne jednostki, do których śmiem siebie zaliczyć, również mogą poddać się psychozie tłumu, gdy się w nim znajdą. O tym i o wielu innych sprawach myślałem podczas tej wielogodzinnej drogi, kiedy moi współpasażerowie milkli, ale najpierw ta recenzja, którą przytaczam w całości, gdyż będzie świetnym wprowadzeniem do dalszego ciągu tej opowieści:

 

     NA ŚWIETLE MALOWANE

 

Stałeś na chmurze! Ziemia była twoimi stopami, a twoja myśl dosięgła Boga!

Otworzyłeś oczy i każdy atom w twoim umyśle był dziełem stworzenia.

Wyciągnąłeś rękę i zapytałeś: czym jestem? I to było powietrze.

A twoja dusza wyszła i ujrzałeś gwiazdy i słońca przepływające obok jak chmury.

I wołałeś; widzę niebo pod Boskimi stopami!

A tam wysoko była ciemność, dokąd nikt nie dotarł.

I zrozumiałeś życie swojej matki i zapragnąłeś kobiety.

I topola stała zielona w głębi twego oka,

A twoja wielkość pierzchła i leżałeś jak łza

Na swej własnej stopie, w swym własnym blasku,

Zaś chmura zniknęła bez śladu.

 

                 [Julius Wecksel Stałeś na chmurze, 1863]

 

     Jakoś tak rzekł Krishnamurti: wszystko, czego szukamy, jest jedynie projekcją nas samych, naszych pragnień, a wytwory pragnień nie są Prawdą, są jedynie jej mniej czy bardziej przybliżoną projekcją zawartą w słowie „prawda” (w echu naszych pragnień); szukać jej świadomie i udawać, że wiemy, czego szukamy i gdzie ją znajdziemy (bez świadomości, iż szukamy Niepoznawalnego na drodze donikąd), to schodzić na „piękne manowce”, bo dróg do niej nie ma żadnych (ona sama jest Drogą), to tkwić w samoułudzie, w niewiedzy o Niej i o nas samych, w ciemnościach naszego „ja”, tego przewodnika ślepców…

 

     Lat temu trzysta w oceanie kultury

     pławiłem się jak dziecko swego czasu,

     dziś pośrodku widmowego lasu

     wołam o światło i niewątpliwość!

     I gdybyś na tę drogę dał mi tylko wiarę,

     radośnie bym ci służył, o nic nie pytając,

     życie, śmierć i cierpienie za nic zgoła mając.

 

                [Andrzej Sulima-Suryn, z Fausta 96]

 

     Tak oto drogą nieco okrężną, ale jednak Drogą, doszliśmy do tego niedawno zmarłego Poety (1952-1998), którego na próżno szukać na mapie poetyckiego świata. Dlaczego tak się stało? W przejmującym posłowiu do pośmiertnego zbioru Jego wierszy (Światło, wyd. Tikkun, Warszawa 1999) czytamy: „Chciał, żeby go było mało. Jak najmniej. […] Gdy go pierwszy raz spotkałem, półprzezroczystego w mrocznym fotelu […], siedział, jakby się dopiero wynurzał z powietrza. Nie ma na świecie poety, którego trzeba namawiać do publikacji. Był chyba wyjątkiem. Nie wiedział, gdzie jest jaka redakcja. Nie znał żadnego telefonu. Żadnych melin literackich. Kuchennych schodów do Fundacji, gdzie fundują tomiki. Lecz przecież – Bogiem a prawdą – ciągle myślał o wydaniu tak zwanego tomiku. […] Chciał, żebym wziął w tym udział. […] Jako gość na okładce. A także w tych słowach, usiłujących sprostać niewidzialnemu. Niech go będzie więcej, bo było go za mało… Tomik tomikiem, ale najważniejsze jest wędrowanie przez boski świat. Boski, czyli górski. Dlaczego nie pojechaliśmy w te góry? Może nawet w trójkę. On, Staszek i ja. Chciał pobyć w innej baśni. Mieć przed sobą jakiś szczyt. Patrzeć z wysoka. Wejść tam, żeby oglądać, jak to było, zanim nas – ptaki – ewolucja okradła ze skrzydeł. Zobaczyć. Rozmawiać i rozmawiać. Lub milczeć i milczeć. Nie pojechaliśmy. On pojechał. Sam. W inne góry. Teraz możemy tylko milczeć i milczeć…”.

      Mogę już zdradzić, że słowa te napisał Henryk Waniek, którego piękną Kołysankę reprodukowano na okładce, a „Staszkiem” jest Stanisław Sojka, który „śpiewa Suryna” na kompakcie dołączonym do tomiku! Przyznam się, że bez ich pośrednictwa nie zaglądnąłbym do tej książki, mimo jej zewnętrznej urody, a może właśnie dlatego, bo Poetów nie stać na taki luksus…

 

            

                               Henryk Waniek Ziemia

 

     Tego Poetę stać jednak było na luksus posiadania wspaniałych Przyjaciół (również pośród poetów!), którzy postanowili ocalić jego słowa od zapomnienia. Na kompakcie Andrzej Sulima-Suryn czyta swoje wiersze. Jakże je czyta! Każdą głoskę maluje światłem, nasyca muzyką. W druku tego wyraźnie nie widać. Ani nie słychać. Jesteśmy za mało uważni, widzący i słyszący jedynie to, co chcemy lub możemy widzieć i słyszeć. Za mało otwarci na Tajemnicę, która dla Suryna kryła się w każdym słowie:

 

     Szukaliśmy długo – słowo i ja

     – między snem a jawą – wzgórza

     porośnięte trawą asemantyczną

     muzyka jadalna i zjawa liryczna

     wołaliśmy z niepojętych brzegów

     jak kochankowie o ciało – aby słowo się

     stało.

     Bogiem ludzkiej księgi.

 

     Poeta ten, „rozczytany w Hessem, Lao-Tsym, Steinerze i Jungu”, nie mógł znać Juliusa Wecksela, którego wiersz Stałeś na chmurze, przełożony przeze mnie z języka szwedzkiego, przywołałem na samym wstępie. Lecz czy nie są oni mieszkańcami tych samych, podniebnych, przestrzeni? Tym razem w Surynowym słowie, a raczej śpiewie:

 

     Bądź wyzłocony

     zachodzącym słońcem

     dopóki żyjesz

     a i potem niech Ci się

     wiedzie – mówiłem na wiatr

     do niego – bliźniego, obracając

     Ziemię stopami, jesień, Cezanne

     oszronione śliwki – gdziekolwiek

     bym nie szedł wracałem do domu

     przez kalejdoskop świata –

     a jak szedłem

     to chwaliłem i modliłem co

     widziałem

     –  bo piękno jest w nas  –

     wzrokiem Pana

 

     Natomiast Krishnamurtiego niewątpliwie znał. Lub czuł. Gdyż sam był „jednym z Wędrowców, których gna po świecie potrzeba starej mądrości” (Piotr Matywiecki; podkreślenie moje). Gdyż samowypełnienia szukał nie w dobrach doczesnych, czy ideologiach, nie w zewnętrznych przeżyciach czy pożądaniach, będących iluzją, czymś tak dalece nietrwałym, iż instynktownie usiłujemy nadać bodaj pozory trwałości jakimś ideom, wierzeniom, rzeczom czy związkom z ludźmi, będącym jeno sposobem przykrywania wewnętrznej pustki i ubóstwa. W wierszu Samadhi Suryn odkrywa nam tajemnicę swojego samowypełnienia:

 

     Nadzieja na oddech

     jak ciepło na płomień

     jak nadzieja na siebie

     żyłem jak radża Patanu

     lub gepard na gałęzi

     niewątpliwy od świtu do świtu

     wypełniony duchem

     –  czyniłem co miałem, trwałem

     w nienazwaniu – jak całość

     w całości

 

     Aż w końcu, „posługując się słowem jak pielgrzymim kosturem” (według Piotra Matywieckiego), poprzez „drogi, co prowadzą i błądzą”, dotarł do kresu, gdzie „nie było tego, który mówi, / nie było tego, który słyszy / – było światło” – kwintesencja owej „starej mądrości”, która nam, nietrwałym wytworom czasu, pomaga sięgnąć w Ponadczasowe, „uciec przed niepojętym” we wreszcie nazwane Nienazwane, bo choć „światło nie ma imienia, / zna wszystkie imiona – kiedyś cię zawoła”.

 

     Umarł w świetle

     Urodził się w świetle

     Ciemność zostawił ciemności

     Jego drogi są naszymi

     Jego myśli

     Jego czyny

      Jedyny a powtórzony

     Znikam by rosnąć…

 

     I  tak się w istocie stało:  Andrzej Sulima-Suryn zniknął, żeby rosnąć...

 

                      

 

                                                                 Cdn.

22:42, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2011
Kult nieznanego poety (cz. 1)

    Tytuł i temat tego postu miały być zupełnie inne, związane w przewrotny sposób ze zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia. Gazet wprawdzie nie czytam od wielu lat, ale od czasu do czasu przechodzę obok kiosku „Ruchu” i na stronie reklamowej jakiejś bulwarówki jak byk było wypisane: STATYSTYCZNY EUROPEJCZYK WYDA W TYM ROKU NA ZAKUPY ŚWIĄTECZNE CZTERY TYSIĄCE ZŁOTYCH! W duchu zatarłem z zadowoleniem ręce i ujrzałem tytuł STATYSTYKI ŚWIĄTECZNE, dziwnie iluminowany jak w sztandarowym wierszu Artura Rimbauda z takim na przykład obrazkiem: Popłynęła krew, pod dachem Sinobrodego – w rzeźniach, w cyrkach, gdzie pod pieczęcią Bożą pobladły okna. Popłynęły krew i mleko. / Bobry już budowały. Zadymiły mazagrany w gospodach. W ociekającym jeszcze oszklonym gmachu dzieci w żałobie ujrzały cudowne obrazy.

     I od razu rozpisywałem w myślach nowy post, na początku robiąc niby zafrasowaną minę, że skoro w tym roku nie zamierzam wydać na zakupy świąteczne ani złotówki (ryby jadam codziennie, a jeśli chodzi o inne specjały – mam w zapasie czternaście dużych słojów miodu, dwa wielkie wory orzechów włoskich i ponad sto kilogramów jabłek), to te statystyki zdecydowanie obniżam, jakbym nie czuł się Europejczykiem po tych wszystkich bredniach wygadywanych w ostatnim czasie przez czołowych odmóżdżaczy głównej partii opozycyjnej w naszym kraju, których nazwisk nie wymieniam, bo nawet to grozi chwilowym uwiądem mózgu. Wiedziałem doskonale, że moje zafrasowanie, prawdziwe czy rzekome, nikogo nie interesuje, ale brnąłem w to dalej, zastanawiając się, jak to zilustrować? Może wzorować się na obrońcach praw zwierząt futerkowych, którzy na happeningach świecą nagością pod hasłem LEPIEJ NAGO NIŻ W FUTRZE?

 

               

 

     Wprawdzie obrońcy ci paradowali u nas w majtkach i stanikach, ale zauważyłem, że w hiszpańskiej Pampelunie też, co można by objaśnić wpływami moralności katolickiej, z tym że u tych ostatnich jest to po części zrozumiałe, gdyż są obrońcami byków, a te aż takim futrem jak niedźwiedzie poszczycić się nie mogą. Niedawno pokazywano jednak happening na plaży, gdzie wszyscy byli naprawdę nadzy i to zdjęcie stało się dla mnie inspiracją do dalszych rozważań. Mówi się przecież „goły, lecz wesoły”, nieprawdaż? Ja nie robię zakupów świątecznych ze względu na styl życia, który preferuję, co w Polsce normą nie jest, ale bez trudu można by u nas znaleźć tysiące biedaków, którzy z tego powodu raczej nie kipią wesołością. Gdyby ich jednak suto opłacić, to na pewno przyjechaliby gromadnie do Iwonicza-Zdroju i w ramach happeningu ukazującego poszerzający się w naszym kraju obszar biedy wytarzaliby się radośnie i nago w śniegu na Przymiarkach, by następnie wskoczyć w futra przygotowane przez organizatorów i ze śpiewem na ustach pomaszerować raźnie do ustawionych na placu Dietla straganów, gdzie również na koszt organizatorów dokonaliby świątecznych zakupów i przystroili się jak choinki, ale niekoniecznie wzorując się na amerykańskich wozach strażackich, bo na Podkarpaciu obowiązuje jednak styl narodowo-patriotyczny.

     I tak sobie te rozważania snułem i snułem, co w pewnym sensie jest zrozumiałe, ponieważ w nastroju świątecznym byłem już przedwczoraj, gdy przy sanatorium „Górnik” zapalono latarnie (il. 1), dlatego na Gościńcach Pańskich postanowiłem przymierzyć się do roli św. Mikołaja (il. 2) i tę zbożną ideę podchwycił wczoraj wiatr, gdy poszedłem na Przymiarki, żeby zainaugurować tam sezon narciarski (biegowy), pięknie podkolorowując mi twarz (il. 3). Gdyby ktoś podejrzewał, że do zrobienia tych ilustracji zatrudniłem jakiegoś sławnego fotografika, to muszę go wyprowadzić z błędu: zdjęcia robiłem sam przy użyciu telefonu komórkowego za złotówkę.

 

             

 

 

                

 

    

     Tyle na temat statystyk świątecznych i w ogóle tegorocznych świąt, bo dalsza część tego postu związana będzie z kultem poety, który żadnej kolędy chyba nie napisał. W dwu poprzednich postach pojawiły się dwa wiersze, w tym jeden mój, a teraz doszedł jeszcze Rimbaud, i zapewne stąd przyszła mi raptem na myśl historia wydawałoby się dawno temu zapomniana. Zacząłem grzebać w papierzyskach i znalazłem, co potrzeba: „List do przyjaciół Andrzeja Suryna” z maja 1998 roku, moją recenzję z pośmiertno-debiutanckiego tomiku wierszy tego poety, wydanego w roku następnym, a także kilka zdjęć z września AD 1999 dotyczących owego dziwnego wydarzenia, które zamierzam opisać. Na jednym z nich widnieję i ja obok red. Pawła Zawadzkiego, o którym już wielokrotnie na moim blogu pisałem. Ze wspomnianego listu można było wyczytać, że znajdował się on w wąskim gronie przyjaciół Andrzeja Suryna, rozmyślających przy powrocie z uroczystości pogrzebowych nad sposobami upamiętnienia zmarłego poety, a zatem mógł być współautorem pomysłu zorganizowania w Teatrze Wiejskim w Węgajtach uroczystych obchodów dnia poświęconego pamięci poety właściwie nieznanego, po to, by przynajmniej kilkadziesiąt osób ściągniętych tam z najdalszych zakątków kraju i nawet z zagranicy mogło go wreszcie poznać.

     Poety nieznanego, choćby dlatego że za życia nie wydał żadnego zbioru wierszy i w żadnych salonach literackich nie bywał. Poety, którego poznać osobiście już nie mogłem, bo kilkanaście miesięcy przed tą uroczystością zmarł po wyjeździe do Montrealu. Pojmujecie zatem, że tak jak kiedyś natychmiast przyjąłem zaproszenie na spotkanie z „królem polskich hipisów”, o którym koniecznie trzeba napisać, bo to, co mogę o nim opowiedzieć, jest barwne nad wyraz, tak teraz, po przeczytaniu tomiku wierszy Andrzeja Suryna i napisaniu recenzji z niej, postanowiłem natychmiast wsiąść do samochodu i pojechać do Węgajt. Po drodze, dzięki Pawłowi oraz jakiejś zabranej przez niego dziewczynie, która była jedną z „Muz” owego poety, moja wiedza o nim nieco się wzbogaciła, ale żadnych rewelacji w tym nie było, wprost przeciwnie, co jeszcze bardziej spotęgowało moją ciekawość, socjologicznie zrozumiałą. Pomyślałem sobie, że jego śmierć stała się dla wielu ludzi okazją do podbarwienia własnego życia, do przeżycia czegoś odświętnego, ale jaką rolę w tym wszystkim odgrywali znani przecież artyści, których wymieniłem w recenzji? Dziwne to wszystko było i fascynujące.

 

                     

                               Andrzej Sulima-Suryn

 

                                                                Cdn.

23:30, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2011
Pani Zofia

      Kilku czytelników mego bloga pyta mnie w mailach, dlaczego tak rzadko teraz piszę i dlaczego nawet śmierć Adama Hanuszkiewicza nie pobudziła mnie do pisania? Mogę na to odpowiedzieć, że niepisanie jest też pisaniem, gromadzeniem sił i doświadczeń na innych polach, o których dzisiaj nie mam ochoty pisać. Mam natomiast chęć napisać o Pani Zofii, dobrym duchu iwonickiego „Sanata”, tym bardziej że po wyjeździe właścicieli do Tarnowa, zobowiązałem się ochotniczo do conocnych obchodów tego pensjonatu – i za każdym razem mam nieodparte wrażenie, że Jej duch mi towarzyszy.

     Nie wszyscy wiedzą, że bez udziału Pani Zofii sławna lecznica dra Józefa Aleksiewicza w ogóle by nie powstała. Została ona zresztą z dziejowej konieczności umiejscowiona nie tu, gdzie na fundamentach tamtej rozparł się bezczelnie socrealistyczny Zakład Przyrodoleczniczy, lecz w budynku z założenia mieszkalnym – rezydencji prawdziwie wielkopańskiej, Pani Zofia wywodziła się bowiem z Reyssów, świetnej rodziny ziemiańskiej związanej ze Lwowem (tak jak śp. Adam Hanuszkiewicz). W nekrologu nie mówi się o godnościach piastowanych przez Jej rodziców, ale wystarczą informacje dotyczące Jej rodzeństwa, sióstr: Stanisławy, będącej żoną profesora tamtejszego uniwersytetu, Heleny – żony radcy apelacyjnego, Henryki – starościny, Malwiny Reyssówny – dyr. Szkoły Muzycznej, czy brata Edmunda – radcy wojewódzkiego.

     Z domu rodzinnego wyniosła Pani Zofia „tężyznę duchową, umiłowanie tradycji, wiarę głęboką i to wielkie serce – czułe na każdy odruch szlachetny”, natomiast po swoich przodkach iście stepową urodę godną „córki Kresów”. Jako świeżo upieczona absolwentka Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego im. Zofii Strzałkowskiej we Lwowie „weszła w związki małżeńskie z drem Józefem, tak chlubnie zapisanym w historii Lwowa”. O tym jednak potem, gdyż marzeniem moim jest, by po utworzeniu wydawnictwa w Iwoniczu-Zdroju jedną z pierwszych książek w nim wydanych były zachowane zapiski Doktora z tamtego okresu. O Pani Zofii wiem, dzięki nekrologowi z dnia 2 marca 1933 roku, że „towarzyszyła mężowi w czasie obrony Lwowa w przejściu przez placówki ukraińskie, by wraz z nim objąć placówkę szpitala na Politechnice, za co odznaczono Ją Krzyżem Obrony Lwowa i ‘Orlętami’ [Odznaką Honorową przyznawaną uczestnikom obrony Lwowa 1918-1920]”.

    Kolejna wiadomość jest przygnębiająca: „Spełniając swe posłannictwo […] nabawiła się gruźlicy, objawiającej się w kolanach”. Była to gruźlica kostno-stawowa, nawet obecnie jedna z najczęstszych postaci gruźlicy pozapłucnej w Polsce, chociaż nowych przypadków jest zaledwie kilkadziesiąt rocznie, ale w tamtych czasach były to dziesiątki tysięcy osób atakowanych co roku przez tę podstępną chorobę, szczególnie dzieci. Pani Zofia „w dalszem stadium leczenia w lecznicy słynnego Calfota w Paryżu […] stara się poznać metody administracyjne tego światowej sławy zakładu, bo znając bezinteresowność i poświęcenie swego męża, rodzi w duszy plan wielkiej fundacji – fundacji dla dzieci gruźliczych”. Tym właśnie była idea zbudowania w Iwoniczu-Zdroju sanatorium „Sanato” – wniesiona w posagu do małżeństwa piękna kamienica we Lwowie została sprzedana. Niestety, wspomniana wcześniej „dziejowa konieczność” w postaci Wielkiego Kryzysu, największego kryzysu gospodarczego w XX wieku, który miał miejsce w latach 1929-1933 (u nas dłużej, patrz przypis), sprawiła, że tylko część marzeń można było wcielić w czyn: budowa osobnego sanatorium została odłożona do lepszych czasów, a „Sanato”, „wspaniale pod względem techniki lekarskiej urządzone”, musiało pomieścić się w ich domu, gdzie o wystawnych przyjęciach, rautach czy balach i tak zresztą nie myślano.

 

          

 

                   „Sanato” na obrazach Stanisława Jakubczyka

 

    

     Nie pozwalała na to choćby choroba Pani Zofii. „Miała w duszy ciszę i spokój zaświatów i odeszła tam, gdzie bólu ni śmierci nie ma”. Ale przedtem były gorączki, nocne poty, osłabienie, chudnięcie, obrzęk tkanek miękkich, ból i ograniczenie ruchomości w obrębie zajętego stawu. Znacznie dotkliwsze dla niej musiało być zaatakowanie przez prątki gruźlicy układu moczowo-płciowego – kobieta tak piękna pod każdym względem nie mogła mieć dzieci, co było krzyczącą niesprawiedliwością losu. Mogła natomiast zająć się nimi z macierzyńską troskliwością. Zdążyła jednak swoim pięknym kaligraficznym pismem zaledwie oznakować kartoniki na kluczach do pokojów, gdy „zasnęła w Panu w 42 r. życia”…

 

                    

                       Pani Zofia – Dobry Duch tego domu

 

     Ten post mógł powstać dzięki rulonikowi z powiększonym nekrologiem, poświęconym pamięci Pani Zofii. Otrzymałem go kiedyś od pani Janiny Aleksiewicz, a dzisiaj szukając czegoś za drukarką wziąłem go w rękę, rozwinąłem – i ze środka wypadła zażółcona książeczka zatytułowana Przyjdzie chwila wieczorna, dedykowana w owym feralnym roku 1933 „J. Wielmożnemu Panu Dr. Aleksiewiczowi” przez Autora, którym był Stanisław Grzycki, zapewne lekarz, lwowianin, uczeń prof. Szymonowicza z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, który po wojnie był profesorem na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Lublinie. Zawarte w niej utwory wierszowane poświęcone są Tej, która odeszła tak niespodziewanie, rozsiewając łzy i ból, doktor Aleksiewicz nigdy bowiem nie pogodził się z Jej utratą, „traktując zmarłą żonę, wręcz przez niego ubóstwianą już za życia, jak kapliczkę” (według określenia pani Janiny). Autor tej książeczki, wydanej przez niego własnym sumptem w Drukarni Towarzystwa Św. Anioła w Miejscu Piastowym, chciał widocznie wspomóc na duchu zbolałego wdowca, natchnąć go jakąś nadzieją:

 

 

       PRZYJDZIE CHWILA…

 

     Przyjdzie chwila wieczorna, zegar uderzy godzinę,

     Będziesz sam,

     Beze mnie, która odejdzie gdzieś daleko,

     I wspomnisz, może zatęsknisz. A wówczas ja,

     Ta sama, lecz zrodzona z mgły

     Marzeń, przyjdę do ciebie,

     Z zaświatów spłynę cicho i niemo –

     Serce twe zadrga,

     Będziemy znowu razem: ja i ty.

22:40, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »