RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Życie z Zawadą

     Mogłem napisać i zamieścić ten post wcześniej, ale tak jak tamten o pani Annie chciałem opublikować w wieczór wigilijny, tak i ten o NICH chcę zamieścić właśnie dzisiaj, w wieczór sylwestrowy – z pamięcią o ich ostatnim wspólnym Sylwestrze 1999/2000, odbywającym się na przełomie i stuleci, i tysiącleci! Tamten sobotni dzień, nie dość, że pamiętny historycznie, ożywa we wspomnieniach pani Anny szczególnie, jako że miała w tym dniu występ… cyrkowy – w charytatywnej imprezie „Aktorzy dzieciom”. W jakim numerze mogła wystąpić? Ci, którzy zapamiętali treść poprzedniego postu, domyślą się bez trudu: w ptasim, gdyż wystąpiła z gołębiami! Jej mąż sporządził darmowy serwis fotograficzny z tego występu, a następnie bawili się świetnie do rana, „z wężem à la Zorba o północy”, tuż pod moim nosem, mieszkałem bowiem wówczas na działkach literatów pod Serockiem niedaleko Jadwisina…

     Karnawał był zawsze ściśle związany z tańcami, choćby wokół ogniska, a pani Annie zapewne i po tamtym udanym Sylwestrze marzył się karnawał wenecki, odbywający się corocznie w styczniu – nie wystąpiłaby wprawdzie w locie Anioła, o co mogłaby pokusić się na pewno w roku 1954, gdy skakała z wieży na rozkaz wydany przez instruktora ob. Zawadę Andrzeja, ur. 16.07.1928 r. w Olsztynie, legitymującego się Książką Wyszkolenia Lotniczego Seria E Nr 0008789, przy okazji krótkiego kursu spadochronowego, który zorganizował mniej więcej na wysokości ZOO po praskiej stronie Wisły dla kolegów taterników, ale w stroju anioła owszem, bo ten świetnie by kontrastował ze strojem gondoliera weneckiego, koszulką w biało-niebieskie paski i czarnymi spodniami mocno opiętymi na jego udach, zawsze długich, a wręcz porażająco mocnych wtedy, gdy ujrzała go po raz pierwszy 17 września 1953 roku…

     Nie była jednak rozczarowana, kiedy na początku trzeciej dekady karnawałowego stycznia 2000 roku zamiast obrać azymut na Adriatyk, udał się sam do Katowic na zaproszenie tamtejszego Klubu Wysokogórskiego w związku z planowanym przez siebie rekonesansem pod K2 od strony Tybetu (bilet lotniczy był już zabukowany), wprost przeciwnie, szczerze uradowała się wieścią, że tańczył tam, „ucząc młode dziewczyny rock and rolla z czasu swej młodości”, dodajmy: ich wspólnej młodości. A zaledwie kilka dni później, po jego powrocie do domu, ciąg gwałtownie następujących po sobie zdarzeń jak ze złego snu: wyjątkowo złe samopoczucie – żółtaczka – nowotwór trzustki. Pierwsze wzbudziło tylko jej zaniepokojenie, drugie było dla niej sygnałem alarmującym, ale prawdziwym szokiem dla nich obojga okazała się diagnoza postawiona przez lekarzy! Zamiast widoku szczytu K2 ciągnącego za sobą biały welon chmur – długi szereg fantasmagoryjnych obrazów innych gór, przelatujących z olbrzymią szybkością przez jego mózg w świecie coraz bardziej niknącym za oślepiająco białą mgłą, gdy 3 lutego, na dzień przed odlotem na upragniony rekonesans, usypiano go, by przeprowadzić ciężką operację.

     

          

                     K2 – widok od strony północnej

 

      Wprawdzie uroczysta gala z okazji dwudziestej rocznicy zimowego wejścia na Everest odbyła się 16 lutego, dwa dni po wypisaniu ze szpitala, ale on, który tamtą wyprawę zorganizował i prowadził, a jeszcze niedawno temu przygotowywał cały program międzynarodowy tej imprezy, w punkcie pierwszym umieszczając zaproszenie dla Edmunda Hillary’ego, nie mógł w niej osobiście uczestniczyć. Pani Anna tam była i płakała wraz z innymi, gdy po kilku przemówieniach głównych zdobywców góry gór, Cichego i Wielickiego, „nagle rozległ się nagrany głos Andrzeja… emocjonalny, a jednocześnie dramatyczny głos nadziei”… To najbardziej nacechowany bolesną świadomością nieuchronnego końca fragment story zatytułowanej Życie z Zawadą, przenieśmy się zatem na moment do samych początków, jako że pamięć miłe sercu wspomnienia najwcześniejsze pokrywa najgrubszą warstwą pozłoty, która dziwnie odporna na trujące miazmaty wielu zdarzeń zewnętrznych jaśnieje wraz z upływem czasu coraz większym blaskiem…

     „Rzecz niepotrzebna, stojąca na drodze, zawadzająca” – oto synonimy słowa „zawada”, które pani Anna na pewno znała, gdy tamtego wrześniowego dnia AD 1953 przemknęło jej przez głowę, że tak się będzie nazywała, bo to był Ten, na którego czekała! Miłość od pierwszego wejrzenia, co do tego nie można mieć żadnej wątpliwości! Mężczyźni i kobiety jednak różnią się od siebie – ci pierwsi czują się zazwyczaj bardzo nieswojo, gdy partnerki górują nad nimi wzrostem (intelektem mogą, pod warunkiem, że udają głupie, by beznadziejnie głupich partnerów utwierdzić w przekonaniu, iż są mądrzy); hrabianka Emma Załuska z Iwonicza-Zdroju, niebrzydka i posażna przecież panna, ale mająca 185 cm wzrostu, musiała zasuszyć się w staropanieństwie, ponieważ odpowiednio dla niej rosłych kawalerów trzeba było w owych czasach ze świecą szukać…

     Ogromnej większości młodych dziewcząt zdaje się zupełnie nie przeszkadzać fakt, że muszą stawać na palcach, żeby pocałować swego chłopaka, a on musi się przy tym schylić. We wspólnym tańcu wygląda to jeszcze zabawniej, co widoczne jest na jednym z prezentowanych w tej książce zdjęć. Pani Annie w ogóle to nie przeszkadzało, wprost przeciwnie, i jest to zapewne atawizm: poczucie bezpieczeństwa musi być w takim pozornie dysharmonijnym układzie bezgraniczne. Służenie swemu mężczyźnie również nie budziło w niej oporów; będąc wolna w sobie, nie musiała być tak zwaną kobietą wyzwoloną – jej chłopak, później mąż mógł czuć się Liderem nie tylko podczas wypraw wysokogórskich, jednakże ich układy wzajemne zdawały się być nacechowane czułością znacznie większą w wielokrotnie częstszych i rozleglejszych na przestrzeni wielu-wielu lat kontaktach korespondencyjnych, niż osobistych, dość rzadkich i nacechowanych zdyszaną pośpiesznością.  „Zaczął się ustalać charakterystyczny dla naszego związku tryb życia. On w górach, ja w studio lub w plenerach, a pomiędzy – fale uczuć przepływające we wzajemnej korespondencji”, w tym jakby z natury rzeczy nieco mniej wylewnych listach Dużego Psa adresowanych do Pieska, Pieseczka, Pieskowej…

     Psy są synonimem wierności, wielkiej przyjaźni i poświęcenia. Zapewne wielu czytelników zaskoczy informacja podana przez panią Annę o obopólnych niewiernościach, u niej bardziej incydentalnych i tylko takich, które w najmniejszym stopniu nie mogły zagrozić ich „małżeńskiej miłości”, czego bynajmniej nie można powiedzieć o jej ukochanym, który mając „swe wielkie uwielbienia: góry i kobiety (góry są też rodzaju żeńskiego!)” nie potrafił się oprzeć okresowym fascynacjom uczuciowym, przechowując listy od swych przygodnych „sympatii” tak dobrze ukryte, że same wpadały w jej ręce. O wielu jego „satelitkach” dowiadywała się wcześniej czy później od usłużnych koleżanek; z niektórymi z nich potrafiła się nawet zaprzyjaźnić, co znamionuje wielką klasę kobiecą. Jeszcze bardziej zdumiewający może być dla poniektórych fakt, że pani Anna potrafi opowiadać o sprawach, w innych małżeństwach traktowanych jako bolesne i wstydliwe, z ogromnym poczuciem humoru, czego dowodem jest konstatacja, która powinna być oczywista także dla nas, że stanowili oni „pokazową parę monogamiczną”…

                      

                   

                  Jako Anna w Cieniu tamtej wiosny (1974)

     W tej sytuacji stwierdzenie niby prostego faktu, że każdy heteroseksualny mężczyzna ma  „słabość do kobiet”, ale ma również szacunek przynajmniej w stosunku do siebie, gdyż to jest miara prawdziwej dojrzałości emocjonalnej, wydaje się psychologicznie naciągane, a jakiekolwiek moralizowanie wręcz niesmaczne. Dla pani Anny istotna była jej niepodważalna pozycja w jego życiu tylko raz wystawiona na ciężką próbę, niedługo po ślubie, gdy zachwiała się w swym przekonaniu, że nie jest „tą pierwszą, jedyną”; pozostałe jego „wypady z bezpiecznej bazy małżeńskiej” nie miały dla niej aż tak wielkiego znaczenia, by myśleć o odejściu od niego – starała się te „efemeryczne zdarzenia”, te incydenty „oswajać” dla celu nadrzędnego, jakim była trwałość ich związku. „W rezultacie cóż, udało się: kochaliśmy się 47 lat”. I nie mam żadnych wątpliwości, że tak istotnie było, ponadto po takim wyznaniu, na które niewiele kobiet byłoby stać, zwątpienie w szczerość choć jednego jej słowa zapisanego w tej książce byłoby absolutnie nie na miejscu…

     Pani Anna zapewne nie wie, że konkludując: „Ze swej strony nigdy nie obstawałam za bezwzględną wyłącznością, która – powszechnie wiadomo – jest rzeczą rzadką, prawie abstrakcyjną. Czuję w tym pojęciu obcy mi przymus, ubezwłasnowolnienie, jakby posiadanie kogoś jak – własną rzecz!”, powtarza niemal słowo w słowo to, co na ten temat powiedział Krishnamurti (patrz: moje Rozmowy z Krishnamurtim). To dlatego nie zna uczucia zazdrości: „…jestem, przyznaję, wyzbyta dość powszechnej u kobiet zazdrości, wynika to może z mego zasadniczego braku kompleksów…” – dla Krishnamurtiego zazdrość jest wręcz równoznaczna z nienawiścią, albowiem gdy się kocha, nie ma miejsca na zazdrość; jest ona nie solą miłości, lecz żrącą solą umysłu, przeżerającą serce na wylot, dymem, który dławi płomień, aż ten gaśnie; oczywiście odnosi się to nie do zazdrości w formie łagodnej, nieco żartobliwej, lecz patologicznej, urojonej, która prowadzi do irracjonalnych zachowań…

     Mamy w tej książce zwierzenia tylko jednej strony, pani Anny, naprawdę pełnokrwistej kobiety, z ogromnym temperamentem; druga strona, nieprzymuszana przez nią do mówienia na tematy dla niego drażliwe nawet za życia, dawała czasem głos w notatkach: „Każda kobieta pragnie mieć kochanka, marzy o nim. Wolę być tym niepokojącym, tajemniczym kochankiem niż nudnym mężem – zdradzanym. […] Jak sobie właściwie wyobrażam stosunki z Anna, jak mają wyglądać, do czego prowadzić?” (pod datą 3 stycznia 1954). W początkowym okresie ich znajomości nie mogły one wyglądać inaczej, później ich brzmienie w toku korespondencji, tej kierowanej przez nią do niego zawsze żarliwie miłosnej, musiało i u niego, znacznie bardziej powściągliwego w wyrażaniu swych uczuć, przybrać następującą formę: „Moja najdroższa, jesteś najmądrzejszą i najlepszą żoną na świecie”. Gdyby było inaczej, ten związek nie miałby szans na przetrwanie, a okazało się, że miał szansę także na rozwój – i prawdą jest, co podkreśla pani Anna, że oboje zawdzięczali sobie bardzo dużo: ona stała się wybitną aktorką, on zaś przekształcił pod jej wpływem „swój nieco melancholijny, jeszcze młodzieńczy temperament w zdecydowane działanie”…

23:24, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Życie z Zawadą (cd.)

     Ta książka jest zapisem tych jego zmagań  w drodze ku szczytom – dosłownie i w przenośni, a jej udział w nich, mniejszy czy większy, jest bezsporny, mimo iż Andrzej Zawada nie zdobył żadnego z ośmiotysięczników (rekordową wysokość zimową około 8250 m. osiągnął wraz z Andrzejem Heinrichem w grudniu 1974 roku podczas zorganizowanej przez siebie i nie do końca udanej narodowej wyprawy na Lhotse), a trzeba wejść na szczyty aż czternastu, by należeć do zdobywców Korony Himalajów. Z himalaistów widniejących na zdjęciu, które zamieszczam poniżej, udało się to jedynie Krzysztofowi Wielickiemu w latach 1980-1996, a więc w ciągu szesnastu lat tak jak Reinholdowi Messnerowi, z tym że Messner uczynił to w roku 1986 jako pierwszy, natomiast Wielicki dopiero w dziesięć lat później jako piąty człowiek na świecie.

     Drugiemu, Jerzemu Kukuczce, dla mnie najwybitniejszemu himalaiście wszech czasów, zajęło to jedynie dziewięć lat (1979-1987), ale spóźnił się o rok. Dwa lata później już nie żył, tuż przed granią szczytową nowej drogi na Lhotse spadając w dwukilometrową przepaść; i pomyśleć, że niespełna rok wcześniej cały świat oniemiał na wieść o pierwszym zimowym i w dodatku solowym wejściu Krzysztofa Wielickiego na to samo Lhotse w noc sylwestrową roku 1988 w… gorsecie ortopedycznym, który nosił po uszkodzeniu kręgosłupa w górach! Trzeci z Polaków, jako dwudziesty na liście zdobywców Korony, Piotr Pustelnik, poświęcił na to aż lat dwadzieścia, a uczynił to właśnie w tym, jeszcze 2010, roku w dziesięć lat po śmierci Andrzeja Zawady. A co z Leszkiem Cichym? Wszedł, o ile dobrze pamiętam, tylko na dwa ośmiotysięczniki, ale za to jako pierwszy Polak skompletował Koronę Ziemi, wchodząc między innymi na Mont Blanc, Górę Kościuszki oraz Piramidę Carstensza.

     Osiągnięcia Andrzeja Zawady są znacznie skromniejsze, ale jego zasługi dla wprowadzenia polskiego alpinizmu (nie chodzi o alpinism, lecz o mountaineering, wspinaczkę wysokogórską) na arenę międzynarodową ogromne. To on sprawił, choć ten pomysł świtał nie tylko w jego głowie, że alpinizm zimowy na długi czas stał się „polską specjalnością”. Zaczęło się skromnie od Tatr – to on kierował w roku 1959 pierwszym przejściem zimowym całej ich grani głównej, będąc ponadto jeszcze przez kilkanaście kolejnych lat aktywnym wspinaczem, ale znacznie większe zdolności przejawiał w dziedzinie, którą dziś nazwalibyśmy menadżerstwem, umiejętnością stworzenia ze skrajnych indywidualistów, dwójkami powiązanych jedynie jakby z konieczności, zespołu zdolnego do zmierzenia się w górach z prawdziwymi wyzwaniami, które niósł sezon zimowy, wcześniej martwy.

     A co ważniejsze dzięki swym dyplomatycznym zabiegom (był przecież synem dyplomaty) potrafił ideę tę zrealizować, znajdując nie tylko sponsora indywidualnego, którym był mający wyraźną słabość do taterników „Jul”, Julian Godlewski, członek rady nadzorczej koncernu Thyssen-Krupp, wystawiający czeki gwarantujące „wkład dewizowy” niezbędny do pokrycia kosztów mniejszych wypraw, co w tamtych czasach było u nas ewenementem, lecz także umiejąc sięgnąć do znaczniej zasobniejszej kiesy państwowej, jakby intuicyjnie wyczuwał, że w związku ze stopniowo pogarszającymi się nastrojami społecznymi ekipa gierkowska na gwałt potrzebuje spektakularnych sukcesów, o których głośno byłoby na świecie, a zatem i w kraju.

     Stąd idea narodowych wypraw, którym władze nadawały propagandowy rozgłos, traktując czołowych alpinistów jak towar eksportowy, a w razie pożądanego sukcesu fetując ich jak zdobywców złotych medali olimpijskich i obsypując najwyższymi odznaczeniami państwowymi. Spośród kilku tysięcy polskich alpinistów niektórzy wyspecjalizowali się wtedy we wspinaczce zimowej, choćby Tadeusz Piotrowski, wybitny wspinacz o legendarnej odporności, który w szczególnie feralnym roku 1986 stał się trzynastą z kolei ofiarą K2 – któż będzie pamiętał, iż stało się to nie z powodu jego słabości, lecz awarii raków wspinaczkowych? Dokonał on na własną rękę wielu niezwykle trudnych wejść zimowych w różnych górach, ale tymi, które odbijały się najgłośniejszym echem w świecie, kierował oczywiście Andrzej Zawada – zresztą w pionierskiej zimowej wyprawie wchodząc wraz z nim na Noszak (7485), pierwszy siedmiotysięcznik zdobyty zimą, co było preludium do zorganizowania wyprawy, która w roku 1980 dokonała pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. Skoro temu wyczynowi nadano rangę wydarzenia historycznego, należy dodać, że szczyt góry gór został zdobyty 17 lutego…

 

            

              Polska Ekspedycja Zimowa 1980

Od lewej: Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki i „Lider”, Andrzej Zawada

 

     Dlaczego w jej składzie obok Wielickiego i Cichego nie znalazł się Piotrowski, wspinacz w warunkach zimowych niezrównany?  Zapamiętałem głośną śmierć filmowca Stanisława Latałły (w roli Franciszka Retmana głównego bohatera Iluminacji Krzysztofa Zanussiego) podczas wspomnianej wyprawy na Lhotse w grudniu 1974 – całe odium spadło na Piotrowskiego, gdyż podczas jednego z odwrotów w trzyosobowym zespole to on był alpinistą najsilniejszym i najbardziej doświadczonym, i to on powinien związać się liną z pozostałą dwójką kolegów oraz otoczyć szczególną opieką filmowca, niby bezpiecznego, bo idącego pośrodku, lecz poza kontaktem wzrokowym, i zmarłego chyba z wyczerpania na poręczówkach – nie tylko według mnie musiano znaleźć kozła ofiarnego tej daremnej ofiary nieudanej wyprawy, choć Piotrowski na pewno popełnił niewybaczalny w skutkach błąd, który w tak nieludzko trudnych warunkach, gdy mózg przeistacza się w zmrożoną grudę, przydarzył się nie tylko jemu…

    Pani Anna przyjmuje jednak punkt widzenia swego męża, który jako kierownik wyprawy „we wspinaniu górskim widział przede wszystkim działanie zespołowe, specyficzną więź – kolegów od liny”, co jest rozumowaniem jak najbardziej słusznym, choć taka więź bywała w górach przyczyną tragedii: odpadnięcie od skały jednego z nich mogło bowiem spowodować upadek w przepaść drugiego, szczególnie wtedy, gdy siła uderzenia zwielokrotnionej przez prędkość masy spadającego z góry ciała kolegi jest tak wielka, że wyrywają się haki lub nawet śruby lodowe, a uderzenie w głowę przypomina proces wbijania przez kafar pala w dno River of Death. Ładna metafora, prawda? Ale pani Anna w metaforach raczej nigdy się nie lubowała, szczególnie takich, które dotyczyły najbardziej dramatycznych wydarzeń w górach rozgrywających się nawet wtedy, gdy jej Andrzej odbywał bajeczną podróż statkiem ms. „Generał Bem” po dwu oceanach i wielu egzotycznych morzach z powodu zablokowanego na skutek wojny izraelsko-egipskiej Kanału Sueskiego, by dotrzeć do Hajfongu (brał udział w zakładaniu polskiej stacji geofizycznej w Wietnamie), w jednym tylko liście z dnia 13.09.57 donosząc mu o śmierci trzech kolegów-wspinaczy…

     W maju 1989 roku przy zejściu z Everestu zginęło aż pięciu wytrawnych polskich alpinistów, bo zasypała ich lawina, a iluż z nich pochłonęły poczciwe Tatry? Ba, nawet skałki treningowe mogły stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo. A on zanotował zaledwie jeden upadek z dziesięciu metrów, z którego w dodatku udało mu się wyjść z niewielkimi obrażeniami. Prawdziwy szczęściarz i w życiu osobistym, i wspinaczkowym, balansujący podczas niezliczonych wejść czy zejść na pograniczu życia i śmierci, ani ładnej, ani tym bardziej metaforycznej, dlatego z drżeniem w sercu nasłuchiwała stamtąd wieści, oby pomyślnych, nawet jeśli nie radosnych, czyli nie uwieńczonych sukcesem! Pani Anna dość szczegółowo opisuje te zimowe wyprawy (także na Cho Oyu na przełomie 1984 i 1985 roku, czy kanadyjsko-polską na K2 na przełomie 1987 i 1988) podkreślając wielokrotnie, że ich prawdziwym Liderem był jej mąż, co oczywiście nie mija się z prawdą, mimo iż w rodzimym środowisku alpinistycznym nie mogło zabraknąć „polskich piekieł”, ale nawet dzisiaj stara się zrozumieć ludzi, którzy z zawodowej zawiści usiłowali za wszelką ceną podważać jego zasługi: w górach częstokroć wielcy, a tu dziwnie mierni; może dlatego, że te żałosne spektakle rozgrywały się na nizinach, gdzie „górskie bractwo” przemieniało się w harcerzyków w krótkich spodenkach (patrz: nazwa szczepów harcerskich na Podkarpaciu, obecnym terenie mego zamieszkania)?

       

                    

                     Andrzej Zawada jako Lider

 

     Minęły dawne rycerskie czasy, gdy zdolności organizatorskie wówczas tylko jej chłopaka doceniał sam „Wawa”, po odwilży październikowej 1956 wybrany prezesem reaktywowanego koła warszawskiego Klubu Wysokogórskiego, ale zapewne nie tylko on, skoro Andrzej Zawada został wtedy sekretarzem Zarządu Głównego. „Wawa” Wawrzyniec Żuławski (urodzony w roku 1916 oczywiście w Zakopanem), syn znanego pisarza Jerzego, sam również pisarz (Niebieski krzyż czy Tragedie tatrzańskie), ale i utalentowany kompozytor (Wierchowe nuty czy Pójdziemy w góry, w góry, przyjacielu), no i świetny taternik oraz ofiarny ratownik górski – 18 sierpnia 1957 roku poszedł po raz ostatni w góry, w góry, śpiesząc z pomocą przyjaciołom-alpinistom zaginionym na masywie Mont Blanc, gdzie pozostał na stałe, zasypany przez lodową lawinę. To dlatego konstruktor radiostacji stacjonarnych używanych przez wiele lat przez Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe nazwał je „Wawa” na jego cześć, jest to bowiem skrót od jego imienia…

     Stop. O górach wielkich, ale i iwonickich pagórach mógłbym pisać w nieskończoność – w omawianej książce o tych pierwszych można naczytać się dowoli, połykając „bakcyla górskiego”, bądź nie. Pani Anna, mająca przecież własne pasje, starała się zawsze żywo uczestniczyć we wszystkich pasjach najpierw swego ukochanego Andrzeja, a później swego ukochanego męża. Tylko niekłamana miłość zdolna jest do takich wyrzeczeń i poświęceń! Zawsze cichych – rozgłos towarzyszył wielu jego poczynaniom; ona starała się pozostawać w ich cieniu, choć w późniejszym okresie, gdy stawała się sławna, role zaczynały się w znacznym stopniu odwracać, czego zdawała się nie dostrzegać i gdyby to zależało wyłącznie od niej, oddałaby mu cały pierwszy plan, a w sztuce Czuwanie, którą wystawił Teatr na Woli, na jej łóżku siedziałby on, a nie Emilian Kamiński…

 

                 

                       Czuwanie

 

     Jednakże na szczęście dla tych czytelników, których bardziej fascynuje ona sama, równolegle do wątków wysokogórskich toczą się w tej książce wątki związane z jej życiem zawodowym, teatralnym, filmowym etc., począwszy od niezwykle interesujących studiów w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie, poprzez debiut w roli Cherubina w Weselu Figara w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, gdzie spędziła dwa sezony, poprzez kolejny debiut w roli Wiery w Miesiącu na wsi Turgieniewa w Teatrze Powszechnym w Łodzi, gdzie też grała przez dwa sezony, by zdobyć wreszcie upragniony, choć nieoczekiwany angaż do Teatru Ziemi Mazowieckiej w Warszawie, co po czterech miesiącach zaowocowało równie upragnionym ślubem z Andrzejem, który się odbył 28 września 1963 roku, z weselem trwającym prawie tydzień!

     Zapamiętajmy jednak, że był to teatr objazdowy, więc jego mieszkanie, dzielone zazwyczaj z różnymi gośćmi, nie zawsze cementującymi ich związek, rzadko bywało naprawdę wspólne. Za to egzotyki nigdy w ich związku nie brakowało – opisywanej i przez niego, i przez nią świetnie, więc mówienie, że nie dostawało im „zacięcia literackiego”, jest czystą kokieterią! Z tym, że najbardziej mnie zafrapowały nie jej pięknie opisane podróże teatralne w latach 1989-90 po egzotycznych krajach odbywane, lecz te na ziemi mazowieckiej na wielkiej krypie amerykańskiej, służącej w Normandii w czasie wojny do przeprawiania czołgów, którą ciągnął holownik od miejscowości do miejscowości, gdzie dla wspanialej publiczności pachnącej mlekiem po wieczornym udoju i nierzadko gnojówką grano nie tylko barwne komedie, jak Huzarzy Breala (ona jako młoda dziewczyna zakochana w Pierro), lecz także dramaty, jak Skrzywdzeni i poniżeni Dostojewskiego (ona jako księżniczka Katia) – barka desantowa została przeobrażona w scenę „wraz z widownią na 200 miejsc i hotelikiem dla aktorów”…

     Po sześciu latach teatralnej tułaczki („szczególnie dokuczliwy był zapach spalin w zdezelowanych teatralnych autobusach”) wreszcie naprawdę stały Teatr Klasyczny w Pałacu Kultury i Nauki, przemianowany później na Teatr Studio, teatr naprawdę znakomity. O rolach teatralnych, filmowych, następnie telewizyjnych pani Anny można by napisać dużą rozprawę monograficzną, wskażę tu zatem tylko na jej rolę w głośnym filmie Witolda Leszczyńskiego Żywot Mateusza (1967) – filmie szczególnie mi bliskim, bo poetyckim, będącym dość luźną adaptacją Ptaków Tarjei Vesaasa, zmarłego w trzy lata później norweskiego powieściopisarza, poety i dramaturga, który jak tylu wybitnych pisarzy nie otrzymał literackiej nagrody Nobla, mimo iż wielokrotnie był do niej nominowany. Wystąpiła tam w roli Olgi, skrojonej przez nią kapitalnie, siostry Matisa, ze znakomitą kreacją Franciszka Pieczki. Nie ma wprawdzie w tym filmie surowych norweskich pejzaży, ale są tam postacie zaludniające utwory Vesaasa – prości ludzie zmagający się z trudnymi problemami egzystencjalnymi: śmierci, lęku czy poczucia winy…

 

                      

                           Żywot Mateusza

 

     Wróćmy jednak do meritum sprawy. Pan Andrzej mógł mieć kłopoty z pisaniem artykułów o swych górskich wyprawach, bo jak oddać słowami narkotyczne piękno gór kuszących swymi wdziękami, a zarazem opornych jak skały, gdy zgrabiałymi rękami trzeba w nie wbić zbawczy hak, i zdobywanie ich krok po kroku, nawet w częstych odwrotach, z wręcz miłosną żarliwością mimo przejmującego zimna, śniegu i lodów? Natomiast jego relacje ze wspomnianej kilkumiesięcznej podróży, odbytej w lutym-maju 1957 roku z Gdyni do Hajfongu statkiem ms. „Generał Bem”, są reportersko wręcz doskonałe – w przeciwieństwie do tych z gór (podczas tamtej podróży nie byłby sobą, gdyby nie postawił stopy na Fan-Si-Pan, 3142 m, najwyższym szczycie Indochin), gdyż tylko góry były jego prawdziwą miłością, a taka miłość nie potrzebuje dużo słów…

     Pani Anna potrzebuje znacznie więcej słów, by opowiedzieć nam o swej wielkiej miłości do człowieka, który w jej oczach był zawsze jak te jego umiłowane góry – fascynujący i trudno dostępny, zdobywany przez nią krok po kroku etc. Z jej strony była to na pewno miłość prawdziwa, a z jego? Mimo paradoksów, na które pani Annie kazali zwracać uwagę inni, choćby jej długoletnia przyjaciółka Maria, uważająca NA POZÓR SŁUSZNIE, że jej niegasnące uczucie nie było z jego strony równoważne i że zbyt je wykorzystywał „dla własnych działań zawodowych i innych, tych pozamałżeńskich”, chciała być zaślepiona, chciała być z nim na dobre i na złe od chwili, gdy spotkała go po raz pierwszy, jakby powtarzała w duchu nie ową standardową przysięgę, powtarzaną po nim w urzędzie stanu cywilnego, gdzie zgodność, szczęśliwość i trwałość związku jest również bardzo pożądana, lecz tę, jaką wypowiada się tylko w kościele: „Ja Anna biorę sobie Ciebie Andrzeja za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”… Dla pani Anny oznaczało i oznacza to jednak jeszcze więcej!

     Byłam z Nim do końca, w przenośni i dosłownie. Tej nocy, upalnej, sierpniowej, czuwałam obok łóżka szpitalnego na fotelu, dręczyły mnie komary, więc po prostu położyłam się obok Andrzeja. Trzymałam Go za rękę. Zmarł o godzinie 3 rano 21 sierpnia 2000 roku.

     Zakończyło się nasze wspólne życie, ale nie zakończyła się miłość, i tak niech trwa, póki mnie na tym świecie, póki przyjaciele mają Go w pamięci, póki to wspomnienie o naszym wspólnym bytowaniu przyda się komuś, być może do własnego życiowego doświadczenia. A w końcu wszyscy spotkamy się w abstrakcyjnej Wiecznej Radości – w co głęboko wierzę.

     

                  

 

 

-------------------------- 

Anna Milewska Życie z Zawadą. Oficyna Wydawnicza Łośgraf, Warszawa 2009, www.losgraf.pl, wsk@losgraf.pl 

23:06, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 grudnia 2010
Pani Anna

     Wojciech Siemion nie żyje, więc nie mogłem pojechać do Niego na Wigilię, od samego rana snułem jednak w myślach opowieść prawie wigilijną, którą w chwili, gdy na pochmurnym niebie mogła ukazać się pierwsza gwiazda, zamieszczam na blogu. O pani Annie Milewskiej i Andrzeju Zawadzie, i o ich pięknej miłości, która mnie urzekła. Wątpię, by ktoś nie słyszał o pani Annie, świetnej aktorce teatralnej i filmowej, którą osobiście wielokrotnie podziwiałem w Teatrze „Studio” jeszcze za czasów Józefa Szajny, między innymi w Dantem w roli Beatrycze; z wielu ról filmowych zapamiętałem ją przede wszystkim jako Olgę w Żywocie Mateusza; seriali telewizyjnych nie oglądam, ale miliony telewidzów zachwycają się nią do dzisiaj jako dr Julią w Złotopolskich. Czy Andrzej Zawada jest dzisiaj równie rozpoznawalną postacią? Wśród ludzi jak ja kochających góry na pewno tak, ale w powszechnej świadomości, którą zaludniają rozdęci przez mass media „bohaterowie” formatu nawet nie kieszonkowego, ten prawdziwie górski olbrzym zostaje wypierany choćby przez gurgów z Harry’ego Pottera…   

     Dzięki Pawłowi Zawadzkiemu otrzymałem z wydawnictwa łośgraf dwie książki Anny Milewskiej – ponad stustronicowy wybór jej wierszy Mijamy, mijamy, pozostawiamy oraz ponad sześćsetstronicową, bogato ilustrowaną księgę Życie z Zawadą. W dzisiejszym poście zajmę się pierwszą z nich. Dedykowana Mężowi książka poetycka jest znacznie skromniejsza, w miękkiej okładce, ale tak być powinno. Zdjęcia w środku, tak jak trzeba jedynie czarno-białe, pokazują Autorkę w różnych okresach życia i wielokrotnie sięgają lat znacznie wcześniejszych, niż osiemdziesiąte, gdy powstawały pierwsze wiersze tu zamieszczone. Tylko kilka fotografii obejmuje krąg osób Jej najbliższych: Mamy, Taty oraz męża Andrzeja (na tej ostatniej, zamieszczonej przed wierszem Ku Himalajom, autorka znajduje się tuż przy Nim, jak zwykle miłośnie wpatrzona w oczu Jego chmurność)…

     Powiedziałem w rozmowie telefonicznej pani Annie, że chętnie czytam jej wiersze, co mogłoby wywołać zdziwienie tych, którzy wiedzą, że przed pięciu laty wziąłem rozbrat z poezją i pozbyłem się wszystkich książek poetyckich. Dlaczego chętnie je czytam? Bo pisane są z prawdziwej potrzeby serca, przy użyciu minimalnych „środków poetyckiego wyrazu”, co nie oznacza, że jest to poezja niedzielna – wprost przeciwnie, utwory te uderzają i precyzją obrazowania, i dojrzałością refleksji, nie będąc przy tym przeintelektualizowane, co dla mnie byłoby nie do zniesienia.  Widać, że wyrosły z niezwykłego uduchowienia, przesyconego wprawdzie sporą domieszką zmysłowości, ale takiej, która jest cząstką psychiki wyższej i nie obejmuje tego, co nazywa się niższą częścią duszy.

     Ten, kto w pierwszym z prezentowanych w tym wyborze wierszy, zatytułowanym Kogut w teatrze, będzie poszukiwał świecidełek i pobrzękadeł, którymi tak chętnie obwieszają się nie tylko młode dziewczyny cygańskie, ale poeci też, nie znajdzie ich tam, mimo iż kogut jest jakby kwintesencją migotliwości i piań. No tak, ale ten wiersz pochodzi z października 1980 roku, z początków drogi poetyckiej już dojrzałej kobiety, a kogut z piórami błyszczącymi wieczorem jedynie na scenie, teraz zmierzwionymi na kogucim ciele, jest „biednym aktorem piejącym w pustym korytarzu”; nie zapominajmy, że autorka tego wiersza spędziła szmat życia w garderobach teatralnych sam na sam z lustrem i obok olśniewających sukcesów zaznała zapewne także gorzkiego smaku małych lub większych porażek scenicznych…

     Takich świetnych wierszy, gdzie obraz i słowo współgrają ze sobą doskonale, jest w tym wyborze sporo. Ot, z okazji świąt Bożego Narodzenia warto przytoczyć w całości wiersz tak właśnie zatytułowany: Na kaflach mozaiki / dziecinna Madonna / patrzy zdziwionym okiem / na swoje macierzyństwo // Osieł i wielbłąd / w gipsowym orszaku / podążają do szopki / świątynia jest pełna // W drodze ku wyjściu / pod organami / widać cień krzyża / który – nic jeszcze nie znaczy // A dołem tłum świąteczny / ciężki przejedzony / zawodzi modląco – / zmiłuj się nad nami… Wymienię jeszcze Chwilę przedwiośnia, przedpołudniową, a zatem niedawno przebudzoną, z koronką bezlistnej gałęzi szarpaną wiatrem w ogrodzie oraz czasem wstrzymanym między stołem a schodami dla tej właśnie chwili, czy wiersz Styczniowa kosmogonia ‘82 z innej, zimnej i okrutnej bajki, który również warto przytoczyć w całości, by pokazać, że pani Anna zamiast piać w pustym korytarzu wolała wychodzić na dwór i łapać życie na gorąco: Woda pod mostem rozpięta / jak kosmiczna mapa / wypiętrzona lodem w białości jedwabiu // stojące przeloty /skrzepłe wirowania / złapane mgławice / gwałtowność bezruchu // Mały żołnierz na moście / pilnuje go przed kosmitami / póki co – grzeje buty o koksownik…   

     Tylko z jednego z wierszy prezentowanych w tym wyborze można się o pani Annie dowiedzieć bardzo dużo: wiadomo, że nie nosi zegarka i że z wypiekami na twarzy nie spędza weekendów w supermarketach, ponieważ nie lubi robić zakupów; wiadomo, że ludzie pytają ją o różne sprawy, o których wie, bo wie, lub nie wie, bo nie musi wiedzieć, natomiast nie pytają jej o to, o czym wie lub chce wiedzieć – na przykład wie, gdzie nocują wrony, a chce wiedzieć, „jakie są trasy jesiennych kwiczołów” (w wierszu Pytania)… Wprawdzie moja wiedza o świecie ptaków nie dorównuje tej, którą posiadła pani Anna, ale z zupełnego przypadku wiem, jak wyglądają kwiczoły, gdyż kolega z domu dziecka, który pasjonował się ptakami, pokazał mi ich gniazdo i mówił, że skrzeczą jak sroki: czak-czak-czak i dlatego nazwano je kwiczołami…

 

                  

 

     Jednakże tam, w domu dziecka, gdzie na święta dostawaliśmy aż po dwa cukierki czekoladowe i po jednym jabłku, a na co dzień w brzuchach, które nie mogły wezwać na pomoc hamburgera z colą, kiszki często nam marsza grały, nie mieliśmy pojęcia, że te niewielkie i pięknie ubarwione ptaki mogą dla innych, zapewne zawsze sytych, stanowić przysmak kulinarny, i dałbym głowę, że pani Anna też tego nie wie lub nie chce wiedzieć! Kwiczoły w galarecie. Kwiczoły oczyszczone bez wyjmowania wnętrzności (tylko żółć się odrzuca, bo karmią się jałowcem i dlatego właśnie są wielkim przysmakiem), pozostawiając nóżki wyciągnięte wzdłuż, obłożyć młodą słoniną cienko pokrajaną, owinąć bawełną i upiec pod blachą, polewając ściekłym ze słoniny tłuszczem. Na 10 kwiczołów rozgotować ćwiartkę bulionu w litrze wody i rozpuścić w nim łyżkę żelatyny. Sklarować białkiem i przecedzić na czysto. Upieczone kwiczoły obrać ze słoniny, ostudzić, wkładając łebkami i piersią w foremki, trzymając nóżki w górze i zalać tym bulionem, ustawić foremki w śniegu trochę ukośnie, aby zastygnięte po wyjęciu dobrze było układać…

     Chwała Bogu, że śnieg stopniał i że to danie nie figuruje wśród dwunastu potraw wigilijnych, z których kilka, jak kapustę z grochem, pierogi z kapustą czy kutię, podawano nawet w domu dziecka. Uwielbiałem szczególnie kutię – podczas jednej z Wigilii udało mi się zjeść jej tyle, że tym razem to ja kwiczałem z bólu, więc „Wujciowi”, Władysławowi Jędruchowi, wspaniałemu człowiekowi, który jako były lwowski akowiec wolał nie wyścibiać nosa z Tczewa, nie pozostało nic innego, jak wziąć mnie na barana i podczas szalejącej śnieżycy pokłusować do odległego szpitala, co uratowało mi niewątpliwie życie, nabawiłem się bowiem przez łakomstwo poważnego skrętu kiszek…

      Myślę, że pani Anna wybaczy mi tę kwiczołową dygresję, bo skoro nie dziwi się ludziom pytającym o swoje, to zapewne zrozumie i mnie, który przecież wie, jak wygląda cisza dla ptaków, mogąca być rzeczywiście chwilą przed przyczajoną burzą (patrz: Cisza dla ptaków)… Zachwycił mnie jeszcze wiersz Czerwiec, który czytałem patrząc na umieszczone obok zdjęcie pani Anny, wówczas młodziutkiej dziewczyny z cudownie marzycielskim uśmiechem, jakby w przypomnieniu chwil uwiecznionych później: Biegnę / ulicą miękkim asfaltem / i nagle w twarz / gorący oddech / jaśminów / ach! co robić co robić / co robić z nadmiarem! // Wysoko / w tunelu pod ścianą wieżowca / wirują w spiralach / rozpięte / jaskółki / co robić co robić / z nadmiarem! // Trawy / czerwcowe / jeszcze nie koszone / białe lotnie dmuchawców / siadają mi na dłoni / co robić co robić! // Chłopcy / długowłosi / z zębami jak wilki / śmieją się z czegoś / knują swoje sprawy // Ci wiedzą / co robić co!

     We wczesnej młodości zastanawiamy się nad tym, co robić z nadmiarem, a później coraz częściej nad tym, co robić z brakiem. Ach, nie, mąż na razie tylko odjechał na kolejną wyprawę wysokogórską, ale przecież odjechać – to umrzeć trochę, więc trzeba szybko poukładać nową rzeczywistość (Odjazd). A smak Samotnych świąt Bożego Narodzenia ’92  pani Anna też zna i wie, że świąteczna samotność bywa cudowna, bo w samotności przychodzą cuda / w samotności myśl się wygładza / płynie spokojnie jak sonata skrzypcowa… Na szczęście to były tylko odjazdy i powroty najbardziej pamiętne podczas jego podróży, ale czasami odbywanych wspólnie, co za radość! Florencja. Wenecja. Paryż. Kazimierz nad Wisłą. Lizdejki. Zakopane. Himalaje, ale także umiłowane Tatry: Na północnej ścianie Mnicha /  to – jakby na fasadzie / katedry Sagrada Familia Gaudiego… Zgadza się, ponieważ tak jak pani Anna też stałem tam kiedyś na skalnej półeczce, nim wyruszyłem w górę, i barcelońską katedrą Sagrada Familia się zachwycałem, choć nie mogłem mieć podobnych skojarzeń, gdyż oglądałem ją później…

     Z nadmiarem takich cudownych przeżyć nie ma kłopotów wtedy, gdy jest ich w naszym życiu coraz mniej, ale co robić z brakiem, którego niczym zastąpić nie można? Brakiem bliskich i najbliższych jak mama, tata, których można spotkać już tylko we śnie: …od parku lekkostopa w swoich / pantofelkach małych / idzie ku mnie biała / mama – jak młoda / z uśmiechem podaje / owoce / i zimne mleko na czas / podwieczorku… (z wiersza Sen) lub we wspomnieniach przyjaciół taty, którzy tak jak on z autokrytycznym uśmieszkiem / ze świadomością przemijania / piękni / leciutko zgarbieni / […] odchodzą po kolei / jak ginący gatunek / nie ma dla nich ogrodów przetrwania… Ci Piękni siedemdziesięcioletni to dawniejsi Piękni dwudziestoletni, bo jest to zapewne nawiązanie do autobiografii Hłaski napisanej na trzy lata przed jego tajemniczą śmiercią.

     Czas jednak na wiersze z lat ostatnich, najpierw na ten z 12 maja 2000 roku, zatytułowany Błaganie, który mną wstrząsnął: Nie odchodź, nie zostawiaj mnie / wśród tych szalonych akacji / nie tak miało być / nie tak umawialiśmy się // […] Nie zostawiaj mnie jeszcze nie czas / tyle świata tyle rzek gór rozległych / co mam robić sama ze wszystkim tym / kto mnie zabierze w letni dzień / w białych brzózek szept / a kwiaty kwitną jak nigdy dotąd… Wtedy pani Anna żyła jeszcze między rozpaczą a nadzieją, że jej umiłowany mąż jakimś cudownym sposobem ozdrowieje, choć czy nie zaniepokoił jej fakt, że, kiedyś tak nieuważny, też dostrzegł, że kwiaty w ich ogrodzie kwitły jak nigdy dotąd? Ale później nie miała już żadnej nadziei, skoro w czerwcowym wierszu opatrzonym tytułem Południca, w omdlałej ciszy południa, chwili osobliwej, gdy ptaki leniwie szeleściły w liściach akacji, a kwiaty przysnęły, płakała.

     Ostatecznie wszelka nadzieja zgasła w sierpniu, w miesiącu dla niej na pewno pozbawionym światłości, przynajmniej tamtym, o którym w rocznicę śmierci Andrzeja Zawady pisała tak (nie, w pierwszej linijce nie ma błędu, ma być nie „przede mną”, lecz „przede inną”): Leży przede inną zeszłoroczny kalendarz / nie mam odwagi otworzyć / wszystko i tak pamiętam / zapis najtrwalszy w dysku mojej głowy / trzymam ją rękami / żeby nie pękła // zamknął się rok / – co mogę zrobić – / dla Ciebie / Ukochany… Pamiętać, pamiętać i innym przypominać o Jego istnieniu, bo wprawdzie mijamy, mijamy, ale coś jednak pozostawiamy po sobie, jeśli uda nam się to zapisać na najmniejszym nawet twardym dysku świata, wielkości pocztowego znaczka na karcie świątecznej, gdyż wówczas będzie miało szansę na przetrwanie, dopóki będzie istniał świat…

 

                     

    

     Od tamtej pory minęło całe dziesięć lat w smutku i tęsknocie nieustającej, którą można koić choćby w Rytwianach, gdzie w zdziczałym ogrodzie kamedulskiej pustelni pani Anna została dopuszczona do błogosławionej / chwili wyciszenia samotności błogiej…, czy nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, z którym przywitała się po latach i okazało się, że był tak samo piękny jak za młodości / naszej a chwili dla niego / koloru nie zmienił / kosówki nie przerosły / jagodziska te same / za to widzę / że chyba można by przejść suchą stopą / po jasnej smudze co leci / z Karbu na wyspę wprost / gdyby ktoś umiał chodzić po świetle / Gdyby to umiał ktoś! Wiadomo, że nikt z nas tego nie umie, choć pamiętam pewien wieczór, gdy w zachodzącym słońcu schodziłem ze Świnickiej Przełęczy żlebem i trawersem na Karb – był on skąpany w takim właśnie jasnym świetle, i miałem wrażenie, że w nim płynę jak we śnie, gdyż w snach wszystko jest możliwe…

     Triada w układzie: zrozumienie, ukojenie, pocieszenie to jest chyba najlepsza kolejność wychodzenia z najgłębszej nawet traumy. Ukojenie jest możliwe, bo przecież nie tylko na Czerwonych Wierchach pięknie jest – / póki się jest… Póki się będzie choćby staruszką, jedną z tych, które pani Anna uwielbiała za ich nieprawdopodobne kapelusze / spracowane ręce i buty / nieskładne / afektowane opowieści…, dodając przed czternastu laty, że przykro będzie być jedną z nich, myślę jednak, że jeśli pani Anna do tej pory nie zmieniła zdania, to zmieni je na pewno – jest i zawsze była piękna, zewnętrznie i wewnętrznie, o czym wybór jej wierszy przekonuje w sposób niebudzący wątpliwości, i zawsze będzie piękna, tak powiedziałem w rozmowie telefonicznej i niniejszym słowa moje potwierdzam. Poeci wiedzą, że prawdziwe piękno nie ulega niszczącemu działaniu czasu…

 

                  

 

----------

 Anna Milewska mijamy, mijamy / pozostawiamy. Oficyna Wydawnicza Łośgraf, Warszawa 2009, www.losgraf.pl, wsk@losgraf.pl

16:59, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Klub morderców liter (cz. 3)

     Kolejne wystąpienie niejakiego Diaża – w Klubie jak w każdej organizacji rewolucyjnej zdawała się obowiązywać pełna konspiracja – jest opowieścią science fiction, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że nie chodziło w niej o zgodność ze stanem wiedzy o nauce i technice w połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia, gdy Krzyżanowski pisał swoją książkę. Tak samo, jak pewne jest, że niektóre tragiczne w skutkach odkrycia naukowe mogą niejednokrotnie wpływać na życie jednostek wtopionych w masy ludzkie, czy mas ludzkich z wtopionymi w nie jednostkami nie tylko w kraju będącym miejscem akcji tej opowieści; w różnych epokach masy ludzkie starano się wykorzystywać do wykonywania niewolniczej pracy – współczesne określenie zarządzanie zasobami ludzkimi do nich nawiązuje…

     A wszystko zaczęło się od idei stworzenia dyferencjalnych ideomotorów, mechanicznych ustawień etycznych czy eksterioryzatorów, czyli po prostu EKSÓW, która zaświtała w głowie pewnego idealisty i marzyciela, gdy ujrzał powiewające na wietrze… biustonosze, wyrywane z rąk ulicznych sprzedawczyń przez gwałtowny podmuch wiatru. Koronkowy batyst kuliście wydymany („napełnienie form wewnętrznych myśli”) ciągnący za sobą tasiemki („wszystkie ja na zewnątrz, w świat”) przybrał w swobodnym locie asocjacji ostateczny kształt myślowy w postaci wniosku: NALEŻY KONIECZNIE SOCJALIZOWAĆ PSYCHIKĘ, wszystkie plączące się w głowach psychiczne treści wydmuchiwać spod czaszek sterowanym strumieniem powietrza, odwrócić „in” w „ex”…

     Luźne refleksje, nawet tak odkrywcze jak te, nie nadają się jednak do opatentowania, dlatego twórca tej idei pozostał nieznany i umarł z głodu, ale gdy jego formuły i szkice trafiły w ręce inżyniera Tutusa, dla którego myślenie było równoznaczne z modelowaniem, skonkretyzowały się natychmiast w postaci modelu ideomotoru, sterującego jedynie tymi ruchami i natężeniami mięśni człowieka, które mają znaczenie socjalne, doskonalonego coraz bardziej dzięki notatkom owego anonimowego odkrywcy, by w końcu przybrać postać centralnego innerwatora. Działaniu tej etycznej machiny, którą zbudowano „zgodnie z ostatnimi osiągnięciami moralności i techniki”, przyświecało hasło: wszyscy muszą poddać się jej woli, czas skończyć z chałupnictwem ja, z oddzielnie działającymi systemami nerwowymi – wprowadzenie centralnego planowania rzeczywistości było tylko kwestią czasu…

     Współpraca z włoskimi bakteriologami, Nettetimi, którym udało się uzyskać sztucznie „wszelkie gatunki i podgatunki bakterii mózgowych” wraz z ich szczepami nazwanymi wibrofagami, wywołującymi po wprowadzeniu ich do mózgu pożądane przez eksperymentatora wzory ludzkich zachowań, pozwoliła inżynierowi Tutusowi na stworzenie projektów coraz bardziej udoskonalonych eksów, dzięki którym państwo mogło uzyskać absolutną władzę nad obywatelami w sposób mechaniczny, bez konieczności długotrwałego i nie zawsze efektywnego prania mózgów. Prawdziwą grozę budzi zawarta w tej opowieści i urealniona dzięki eksom wizja ponadświatowego państwa nazwanego Eksinija, składającego się z dwu klas: initów, panów życia i śmierci milionowych mas już nawet nie ludzkich, gdyż eksonowie, sterowani za pomocą przekazywanych eksom dyrektyw initiańskiej Rady Najwyższej, nie byli ludźmi w staroświeckim tego słowa znaczeniu. Na przykład na impuls wysyłany przez Eks Kopulacyjny milionowe masy kobiet i mężczyzn musiały natychmiast ze sobą kopulować w taki sposób, by „najmniejsza strata czasu dawała największą liczbę poczęć”. I wszystko byłoby cacy, gdyby w apogeum eksyfikacji nie zawiódł „czynnik ludzki”, po czym, jakby w zmowie ze zbuntowanymi eksonami, zaczęły odmawiać posłuszeństwa także eksy – koniec Eksinii był nieunikniony. Można by rzec, że Krzyżanowski przewidział rozpad Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich…

      

                 

    Inita udający się na posiedzenie Rady Najwyższej?

 

     Wystąpienie Diaża opisałem oczywiście jedynie z grubsza, gdyż Historia o trzech ustach, opowiedziana przez Fewa na kolejnym sobotnim posiedzeniu Klubu, wydała mi się bardziej zabawna. Liczba trzy jest tu wyraźnie wyeksponowana. W wielu religiach symbolizuje ona boskie trójce, w greckiej z dodatkowymi potrojeniami: Zeus (z potrójną błyskawicą), Pluton (z trzygłowym psem Cerberem) i Posejdon (z trójzębem). W judaizmie, religii według mnie najbardziej złożonej, symbolizuje świętość, pełnię, całkowitość. Tam nie tylko boska istota, ale także ludzka ma troisty charakter istnienia; człowiek pozostaje bowiem w relacji nie tylko do Boga, czy do innych ludzi i świata zewnętrznego, lecz i siebie samego oraz własnego świata wewnętrznego. Stwarzanie–życie–śmierć. Albo: początek-środek–koniec. Albo: niebo–ziemia-piekło…

     O symbolice liczby trzy, choćby sennej, magicznej czy ezoterycznej, mógłbym pisać w nieskończoność, jako że Czas składa się też z trzech elementów: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, czyli z już doświadczonego, właśnie przeżywanego oraz nieznanego, ale najwyższy czas powrócić do historii o trzech ustach, która zaczęła się w karczmie „Pod Trzema Królami”, a jej bohaterami była oczywiście hulaszcza trójka biesiadników w troistym tego słowa znaczeniu, gdyż każdy z nich trwonił czas na co innego: Ing na gadanie, Nig na pocałunki, a Gni na jedzenie. Na przeszkodzie w tym, by mogli robić bez umiaru to, w czym z rozkoszą się lubowali, stały ich tylko pojedyncze usta. Gdyby mieli po troje ust, to Ing mógłby równocześnie wygłaszać toast, cytować świętych ojców i opowiadać barwną historyjkę, Nig całować się z trzema dziewkami naraz, a Gni pracowicie obdzierać zębami mięso z trzech baranich kości…

     Nie chodziło o to, by każdy z nich mógł jednocześnie mówić, jeść i całować, jak zasugerowała tłusta dziewka siedząca na kolanach Niga, gdyż, jak słusznie zauważył Ing, wietrząc od razu pyszny temat do kolejnych rozważań, „sylogizmy nie rodzą się pod spódnicą”, a nonsens takiego uproszczonego rozumowania wykazał już błogosławiony po trzykroć św. Augustyn, nauczający, że w odróżnieniu od bezmyślnego zwierzęcia człowiek jest stworzeniem WYBIERAJĄCYM, mającym możliwość wyboru z wielości tego, co dla niego najlepsze. Ba, szkopuł polegał jednak na tym, że dla każdego z trójki kompanów biesiadujących w karczmie „Pod Trzema Królami”, to najlepsze oznaczało zupełnie co innego! Bez pocałunków nie byłoby życia – argumentował Nig, z czym do końca się nie zgadzam, gdyż można zapłodnić kobietę, nie całując jej. Gdybyśmy nie jedli i nie pili, to byśmy już dawno zdechli – kontrargumentował Gni, z czym mógłbym się zgodzić, gdyby on sam zgodził się z dla mnie oczywistym stwierdzeniem Sokratesa: Edimus, ut vivamus, non vivimus ut edamus (jemy po to, by żyć, a nie żyjemy po to, by jeść)

     Po wysłuchaniu ich argumentów, Ing stwierdził z satysfakcją, że Nig ma jedynie rację w tym, że Gni nie ma racji, z czego należałoby wysunąć wniosek, że rację może mieć tylko on, uważając, że prawdziwym przeznaczeniem ust jest „wygłaszanie słów darowanych z wysokości”, ale nawet nie śniło mu się, że obżartuch i opój Gni też jest biegły w Piśmie, gdzie powiedziano przecież, iż „nie w usta wchodzącym, a z ust wychodzącym brzydzi się człowiek”! A co się śniło złotoustemu Ingowi, gdy spierającym się do upadłego kompanom sen skleił i powieki, i usta? We śnie zwidział mu się „okropny trójusty stwór poruszający bez przerwy sześcioma wargami”, co na jawie okazało się faktem, gdyż trójka kompanów tuż po przebudzeniu zajadle kontynuowała przerwany spór, z racji ich od dawna dokonanych wyborów bardziej niż jałowy, należało go zatem uczynić, jak zasugerował jeden ze słuchaczy wystąpienia Fewa, „sporem wędrownym” – nikt z tej trójki nie mógł być dla żadnego z pozostałych wyrocznią, ale instytucje wyroczni usytuowane były od najdawniejszych czasów nie tylko w pobliżu świątyń, a za Pytię mógł robić każdy, oprócz niemowy czy mnicha kameduły, którego obowiązuje ślub milczenia…

     Trójce skłóconych kompanów nie pozostawało zatem nic innego, jak opuścić gościnną karczmę „Pod Trzema Królami” i wyruszyć w drogę, by odnaleźć kogoś, kto potrafiłby odpowiedzieć na troiste zapytanie: do czego usta są dane od Boga?, dlaczego człowiek ma jedne usta, a nie troje?, co pasuje lepiej do ust: pocałunek, słowo czy jedzenie? Ale żadne odpowiedzi zadowolić ich oczywiście nie mogły, ponieważ byli rozdzielną w swoich preferencjach (!) trójką grzesznych duszyczek, a nie trójcą świętą. Wydawało się jednak, gdy kieszenie opustoszały i zaczęły męczyć ich w nocy głodne sny, że w końcu musi dojść w ich sporze do przesilenia i doszło, kiedy po dotarciu do jakiegoś miasteczka żarłok Gni wygryzł z oprawy cudownej ikony, którą niesiono tam w procesji i którą on chciał niby tylko ucałować, największy z drogocennych kamieni. Wprawdzie po równie cudownej przemianie tego kamienia w złoto trzej przybysze mogli w miejscowej karczmie znowu dać swoim ustom to, co było dla nich najlepsze, ale Ing nie potrafił nałożyć cugli językowi – jego barwna historyjka o tym, w jaki sposób w ich pustych kieszeniach znalazły się złote monety, sprawiła, że cała trójka z rękoma zakutymi w dyby znalazła się nazajutrz przed sędzią, który w trakcie przewodu sądowego ani razu nie otworzył ust, co Ingowi wydało się tak niesłychane, że zapragnął się dowiedzieć, zanim zostanie skazany na śmierć, do czego dane są ludziom usta?

     Sędzia oczywiście nie odpowiedział – bardziej wymowny od wszystkich słów był wyrok, który w jego imieniu odczytał sekretarz sądu: pod groźbą kary śmierci „skazanemu imieniem Ing zabrania się mówić, skazanemu imieniem Nig zabrania się całować, a skazanemu imieniem Gni zabrania się jeść”… I jak tu nie lubić Krzyżanowskiego? O tym, jak się ta historia zakończyła, a zakończyła się, jak można się domyślić, w karczmie „Pod Trzema Królami”, każdy może sobie przeczytać, gdyż ja muszę jak najśpieszniej zakończyć ten post, by samemu nie zasłużyć na wyrok, jaki otrzymał skazany imieniem Ing…

     A jest przecież jeszcze kolejne i nieoczekiwanie ostatnie wystąpienie Szoga z cudną opowieścią o obolu zmarłych, który należało mieć w ustach, by u czarnych wód Acheronu nie być odrzuconym z życia i nieprzyjętym w śmierć – mimo to ani zmarły Marek Lucjusz Sept nie ściskał go mocno między zębami, ofiarując go małej Fabii uwielbiającej słodkie daktyle, ani ona, już jako dorosła niewolnica niezwykłej urody, gdy w odpowiedzi na skargi darczyńcy, który od tylu lat zawieszony między życiem a śmiercią trzykrotnie błagał ją we śnie o oddanie obola zmarłych, wybrała samobójczą śmierć, by oddać mu swój obol, ale on, widząc ją, nie mógł go przecież przyjąć, bo kiedy złączyły się ich wargi, złączyły się również ich dusze, a upuszczony obol „wpadł w czarne wody międzyświata”…

 

             

             Obol (łac. obolus, grec. Οβολός

 

     Następnego posiedzenia sobotniego już nie było. Rar, który poprzednim razem z powodów tylko sobie wiadomych zbojkotował posiedzenie Klubu, miał ponoć otrzymać, jak opisał to obrazowo Przewodniczący Zez, „lufę między zęby” i w niedzielę pójść „pod łopatę”, natomiast w Klubie możliwa była wizyta policji, ale co można znaleźć, przeszukując pustkę? Narrator, gość Klubu, którym był niewątpliwie autor książki, postanowił jednak przynajmniej w sobie zapełnić pustkę po nieoczekiwanym finale tej opowieści, lecz po opisaniu tego, w czym dane mu było uczestniczyć przez zaledwie sześć sobotnich wieczorów, i uświadomieniu sobie, że to nie on władał słowami, lecz to one nim zawładnęły, doszedł do dość pesymistycznej konkluzji: „…słowa [są] złe i żywotne – każdy, kto się na nie skusi, zostanie szybciej zabity nimi, niż zabije je”. Los Rara mógł podzielić także Krzyżanowski, to pewne…

22:59, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 grudnia 2010
Klub morderców liter (cz. 2)

     Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie miałem ambicji napisania dysertacji doktorskiej i dlatego skupiam się na drugim, tym razem nowelowym wystąpieniu niejakiego Tiuda. Nie ukrywam, że przynajmniej pierwsza z jego opowieści-przypowieści wręcz mnie zelektryzowała. Jeśli mężczyźni idealizują kobiety, nawet ci dalecy od ideału, bywający częstokroć ostatnimi gałganami, to dzieje się tak dlatego, że uważają się za ich wyłącznych panów i władców, a kobiety pozwalają im łaskawie tkwić w tej ułudzie, by mieć pewność panowania nad nimi. Czy jednak to, co uderza w tak skrajnie różnych zachowaniach bohaterki tej noweli, można nazwać istotą kobiecości? Skrajne uproszczenia wiodą zawsze na manowce. Może więc rzeczywiście lepiej rozkoszować się przesłaniami parabolicznymi tej przypowieści, zamiast skupiać się na „brudzie i smrodzie”? Tak czy siak bez uważnego wsłuchania się w nią nasze myślenie o zawartym w niej przesłaniu może być jedynie abstrakcyjne, magiczne, względnie życzeniowe...

     Tuż przed trzecimi zapowiedziami w kościele, gdy kapłan, o. Paulin, miał związać stułą stęsknione ręce Françoise i Pierre, właśnie obchodzono w jakiejś wiosce gdzieś na południu Francji szalone Święto Osła, podczas którego setki narzeczonych wyło po oślemu: „ija - ija”, wraz z kłębiącym się tłumem innych uczestników tych uroczystości wprowadzając śmiertelnie przerażonego osiołka, wśród rechotów, pohukiwań i gradu ciosów pałkami, do świątyni, gdzie słudzy kościelni, uczepieni jego uszu i ogona, osadzili go siłą na tronie, a ten srał pod siebie i rżał żałośnie niemal ludzkim głosem: „ija - ija”... Rozkolebane kadzielnice, wypełnione wszelką zgnilizną, wydzielały ohydny fetor, ze świętych kielichów lało się wino wprost w podstawione gęby wieśniaków, którzy coraz bardziej podochoceni bili się między sobą, wyli i skandowali bluźnierstwa na przeciągły modlitewny sposób, dzięki czemu odznaczali się później jeszcze większą pobożnością, modląc się żarliwie do Boga i wszystkich świętych, by im wybaczono grzechy, jakich się dopuścili podczas tego Święta…

     Przerażona tym widokiem Françoise chciała zawrócić, ale Pierre’owi tak było śpieszno do nocy poślubnej, że udało mu się odnaleźć kapłana poza drzwiami świątyni i ubłagać go, by mimo niezbyt sprzyjających okoliczności połączył ich węzłem małżeńskim. Wydaje mi się jednak, że stary zakonnik wysłuchał przede wszystkim niemej prośby widniejącej w oczach młodej dziewczyny, dziewiczo zalęknionej, a równocześnie w jakiś przedziwny sposób zafascynowanej tym, co się wokół niej rozgrywało, i wszedł z narzeczonymi do środka – na jego widok rozszalały tłum na chwilę ucichł, ale tylko na chwilę, mimo to udało mu się w powszechnym tumulcie i przy gorszącym zachowaniu osła, który w kulminacyjnym momencie zwrócił spieniony pysk ku narzeczonej i zawył „i-i-i-i-ja!”, co sprawiło, że na moment straciła przytomność, dokonać aktu zaślubin…

     I od tego dnia Françoise i Pierre żyli w poczuciu nieopisanego szczęścia do czasu, gdy rozkochaną w mężu młodą małżonkę obudził pewnej nocy ryk osła na znak, że nadciągało kolejne Święto – on spał jak zabity, a ona w narastającym rytmie błagalnych i żądających krzyków: „i-ja – i-ja” wyszła wbrew swej woli prawie naga na ulicę, gdzie oddała się komuś, kogo w ogóle nie znała, po czym rankiem z podwojoną czułością pożegnała męża wyruszającego do pracy w polu, kochała go przecież bezgranicznie. I tak było, dopóki znowu nie nadeszło Święto… Tym razem w dzikim uniesieniu oddała się staremu cuchnącemu żebrakowi, który nie wierząc własnym oczom kaprawym „chciwie wziął wszystko”, a ona wróciła do domu i położywszy się przy boku swego ukochanego męża płakała z obrzydzenia i szczęścia…

    Gdy następnego roku znowu wyszła na ulicę, napotkała o. Paulina, tego, który udzielił im ślubu. Nie zdziwił się, widząc ją nagą, z drżącymi wargami i oczami zasnutymi mgłą tęsknoty. Kazał jej wrócić do domu, przyodziać się przyzwoicie i czekać na niego. Przyszedł. Najpierw dał się jej wypłakać, po czym rzekł: „Tak, dziecko, nadszedł dla ciebie czas poznania tego, co niedane wiedzieć wszystkim: tajemnicy Osła. Kwiaty kwitną tak czysto i wonnie dlatego, że ich korzenie nawożone są w brudzie i smrodzie... Nasz kościół otworzył świątynie Świętu Osła: on sam chce, by z niego, Chrystusowej narzeczonej, śmiano się i by mu urągano, ponieważ wiadoma mu jest wielka tajemnica. W święto, w radość, z weselem i śmiechem wchodzą wszyscy, a dalej idą tylko wybrani. Prawdę ci powiadam: nie ma dróg bezbolesnych". A gdy zapytała go, czy ma milczeć, odparł: „Tak, dziecko. Bo jakże ujawnić tajemnicę Osła… osłom?”

 

                  

     Na powyższym malowidle osłem jest Balaam, bo okłada kijem biedne zwierzę, które w przeciwieństwie do niego widzi anioła zesłanego przez rozgniewanego Jahwe. Tiud nie sugeruje, że Françoise po tej rozmowie stała się aniołem, ale na pewno umiała dochowywać ślubów milczenia. Zresztą zgodnie z zaleceniem Przewodniczącego Zeza należało teraz przedstawić tamtą historyjkę w ujęciu à rebours: Françoise miała przemienić się w „wesołego kleryka” o imieniu François. Jak wiadomo, nie tylko de La Rochefoucauld, który głosił, że można być zakochanym jak szaleniec, ale nie jak głupiec, czy Rabelais, który po śmierci miał zamiar udać się w poszukiwaniu wielkiego być może, nosili to franciszkańskie imię, do tej pory byłem jednak przekonany, że goliardzi (waganci) wyłącznie pisali i wykonywali swawolne pieśni, i nie miałem pojęcia, gdyż nikt w naszym moralnie załganym kraju o tym nie wspomina, że bywali „mieszanką błazna z kapelanem” i że w ich podróżnym mieszku „leżały obok siebie jak mąż z żoną, złożone akuratnie i przytulone jedno do drugiego: obszywany dzwoneczkami błazeński płaszcz z pstrych skrawków i czarna, przetarta na szwach sutanna”!

     Szedł sobie hulaka François vel nabożny o. François z huśtającą się na pasku manierką z winem, którą od czasu do czasu całował namiętnie w „szklane usta”, oraz z różańcem z koralików po trzykroć owiniętym wokół prawej dłoni. Szedł sobie od wioski do wioski, dyżurując w miejscowych gospodach: wzywano go do umierającego, do kobiety rodzącej, do chorych noworodków, nie ma sprawy, sutanna na grzbiet, krzyż wygrzebany z worka, ale czy woda, którą ochoczo kropił każdego, kto sobie tego zażyczył, była naprawdę święcona, któż mógł to wiedzieć? Przedtem ze dwie szklaneczki wina wypite duszkiem, żeby naoliwić język, i ze dwie potem, żeby wprawić w dobry nastrój i siebie, i wieśniaków, tuż obok niego zapijających swe strapienia, a ponieważ nazajutrz dzień był jarmarczny, nie mógł się wymówić od udania się na plac targowy tym razem w płaszczu z dzwoneczkami, by rozśmieszać ich do łez błazeńskimi sztuczkami. Pamiętał jednak, że przed Angelusem miał pewnej młodej parze udzielić ślubu w miejscowym kościele, a oto z wieży dzwonnicy zabrzmiał właśnie Angelus (tego samego terminu użył Cyprian Kamil Norwid w Białych kwiatach; chodzi oczywiście o Anioł Pański)…

        Wyrwawszy się z rąk rozbawionych wieśniaków, popędził do gospody, by przebrać się w sutannę i ku swej grozie stwierdził, że mieszek jest pusty – złodziej zostawił tylko krzyż! Nie wiadomo, czy nieszczęsny goliard zdołał wychylić dla kurażu choć jedną szklaneczkę wina, ale wiadomo, że gnany poczuciem obowiązku wtargnął w błazeńskim stroju, na którym obok dzwoneczków dyndał krzyż, do kościoła ze słowami: In nomine…, a kościelny sługa zdołał jedynie machinalnie podchwycić: …cum spirito Tuo, gdyż na widok błazna wchodzącego po stopniach ołtarza nastąpił Sądny Dzień – przede wszystkim dla niegodziwca, którego po przykładnym obiciu porzucono niedaleko wejścia do świątyni, gdzie dopiero nocny chłód przywrócił mu świadomość. Siniaków i zadrapań nie mógł wrzucić do pustego mieszka, ale pustkę, która w niej była, troskliwie związał dwoma supłami, zarzucił worek na plecy i po odnalezieniu w trawie kija ruszył w drogę, która okazała się Golgotą – poruszającą się po drodze pstrokaciznę podzwaniającą dzwoneczkami, bo strój podróżny też mu przecież ukradziono, nie pozostawiały w spokoju ani szczekające psy, ani gwiżdżący i pohukujący w ślad za nią ludzie. „Świętu zabłąkanemu w codzienność” pozostało zatem, po zrozumieniu, „jak samotny i bezdomny jest śmiech”, jedyne wyjście: usunąć się ostatecznie z tego najlepszego ze światów…

     Tiud chciał na tym zakończyć, lecz Przewodniczący zarzucił mu, że w środku tej opowieści pomylił jakieś „kubiki”, i nakazał przytoczyć „karne opowiadanie”, na szczęście krótkie. Tak czy siak już widzę, że o zamknięciu w dwu częściach moich refleksji nad Klubem morderców liter mowy być nie może, zbyt mnie bowiem ta lektura wciągnęła. Chwała Bogu, że książki-postaci tej opowieści, „Notker Balbulus” (ściślej: Notker zwany Balbulusem) oraz „Czwarta Ewangelia”, czyli Ewangelia wg św. Jana, mojej wyobraźni ani serca nie są w stanie poruszyć, co nie oznacza, że inni czytelnicy pozostaną równie obojętni jak ja – de gustibus non est disputandum. Jeśli chodzi o Notkera (ok. 840-912), mnicha z benedyktyńskiego klasztoru St. Gallen, w czterdziestu sekwencjach opisującego sposób łączenia tekstu z melodią, to w chwili skonania nie miał zapewne pojęcia, że w jednym ze swych wcieleń będzie wielce obiecującym młodzieńcem, autorem Komentarzy do ciszy, które nie zawierały nic oprócz tytułu, a następnie próbującym znaki nut zamieniać na litery, co okazało się niemożliwe, gdyż „nie umiał się rozdrabniać i rozgałęziać idei”, będąc „żywym dążeniem nie z jedności w mnogość, ale z mnogości w jedność”…

     Chciałbym powiedzieć „uff”, ale nie mogę, jako że ten młodzian po przeobrażeniu się w dwudziestopięcioletniego młodego człowieka „z uparcie nierozszczepioną jednością natury” postanowił gwałtem zawładnąć mnogością, w czym chyba dopomógł mu pobyt w klasztorze St. Gallen, gdzie szukając na próżno zaginionego chorału In media vitae – mors (Pośród życia – śmierć), którego autorstwo przypisuje legenda Notkerowi, w końcu wyśnił go sobie w wypracowanej w średniowieczu siedmiostopniowej skali muzycznej, dostrzegając natychmiast niezwykłe zbieżności tego utworu ze swymi Komentarzami do ciszy, co w konsekwencji doprowadziło go do „Czwartej Ewangelii” i odkrycia, że tajemniczy skrót „S-um” zapisany na jej marginesie przed trzystu laty oznacza właśnie SILENTIUM, a „czy można mówić o ciszy, nie naruszając jej tym samym, czy można komentować to, co…” – co jest niewyrażalne? Nie można! Ale gdybym ja był członkiem Klubu Morderców Liter, to z całą pewnością zaśmiałbym się w tym momencie Tiudowi w nos, mówiąc, że Notker wprowadził owo sławne tekstowanie do Alleluja jedynie dlatego, że był Balbulusem, czyli Jąkałą!

 

                   

                                                        Cdn.

06:29, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Klub morderców liter (cz. 1)

     Czyżby Zygmunt Krzyżanowski przewidział to, co dopadnie go przy końcu życia: częściowy paraliż mózgu, uniemożliwiający rozróżniane liter? Jeszcze na dobre nie zacząłem czytać kolejnej jego książki, jak zwykle przeglądając najpierw pobieżnie strony, by poczuć jej smak, gdy już pisałem o niej w mailu do Joanny, mej przyjaciółki z Kanady pachnącej żywicą: „Mówisz, że wszystko jest kwestią czasu? Jakiego? Czas. Czas. Gdy zdradza nas dzień dzisiejszy, pozostaje nam wieczność. Widać, że ostatnio siedzę nad książkami Zygmunta Krzyżanowskiego: wcześniej nad Powrotem Münchhausena, a teraz medytuję nad Klubem morderców liter… Co się dzieje, kiedy pisarz nie ma książek ani żadnych przyborów do pisania, a nawet słów, bo wszystkie litery zostały zamordowane? Może tworzyć za pomocą systemu słów niedorzecznych, dodając do sylaby kolejne sylaby niemające żadnego związku znaczeniowego, a przez to tworzące nowe znaczenia, pozornie tylko beztreściowe; może tworzyć za pomocą bezsłowia, wyimaginowanych obrazów... Stop. Dopiero przymierzam się do czytania, a moja pamięć jeszcze na dobre niczego sobie nie przyswoiła...”

     A oto jej odpowiedź: „Będziesz trochę zaskoczony, ale ten koncept pisania, polegający na posługiwaniu się terminami występującymi poza słowem, znaczeniami poza znaczeniem, współcześnie wcielił w życie Bob Dylan w Tarantuli, w dziele (nie w piosence, lecz w noweli) dla co poniektórych nonsensownym, ale nie dla mego syna Davida, który sam pisze i śpiewa poezje już poniekąd zawodowo, a w programie Creative Writing (Twórczego Pisania) na wydziale English Department University of Montreal jego główną inspiracją jest właśnie Bob Dylan, fantastyczny i bardzo intrygujący poeta.  Oczywiście domyślam się, że motywy, które przyczyniły się do powstania Tarantuli, były diametralnie różne od tych, które skłoniły Krzyżanowskiego do napisania Klubu morderców liter. Tam miało miejsce ograbienie człowieka z elementarnych praw do zaistnienia osobowego i twórczego, tutaj rozgrywało się to w sferze przewartościowania pojęć w tzw. cywilizowanym świecie, gdzie wartości się zdewaluowały.

     Obaj ci pisarze rzucali wyzwanie mimo wszystko temu samemu światu, choć rozpiętemu na przeciwległych biegunach, wystawiając na drwiny to, co powszechnie uznane i zatwierdzone przez czynniki wyższe samozakłamanego, względnie przymuszonego do ideologicznego zakłamania społeczeństwa. Próba, na jaką został wystawiony Krzyżanowski, poddany przez kilkadziesiąt lat traktowaniu bardziej niż nieludzkiemu, nie może być porównywalna z tą, której podlega twórca w świecie nazywanym „wolnym”, tym niemniej chcę podkreślić, że wyzwanie rzucone ograniczeniu ludzkiej wolności zarówno w świecie totalitarnym, jak i ucywilizowanym kulturowo manifestuje się takim samym stawieniem czoła siłom, które dyktują swoje normy, wyznaczają kierunki myślenia oraz działania. Tzw. wolność człowieka zawsze jest poddana konfrontacji – wszyscy jesteśmy wystawieni na represje, bowiem światem od początku świata rządzą siły zniewalające. Chwała Dylanowi, no i oczywiście Krzyżanowskiemu, że twórczo, a przy tym awangardowo przeciwstawili się temu”.

 

                  

                            Bob Dylan

 

                

                       David Bronski

 

     Po zaznaczeniu, co nie zmienia istoty rzeczy, że Krzyżanowski napisał tę książkę w roku 1926, piętnaście lat przed narodzinami Boba Dylana, a czterdzieści przed powstaniem Tarantuli, i że obaj twórcy nie mogli mieć pojęcia o swoim istnieniu, oraz po stwierdzeniu, że jeszcze kilka takich maili i post miałbym z głowy, spróbuję jednak jeszcze trochę pogłówkować, żeby z oszałamiającego bogactwa form i treści kłębiących się w tej książce wydobyć nawet nie ich esencję, gdyż wszystko, w zależności od punktu widzenia i siedzenia czytającego, może tu być esencją, lecz to, co najbardziej zapłodniło moją wyobraźnię…

    Nie chodzi o to, że regały z książkami, wiszące po obu stronach mego okna, staną się od tej chwili regałami o ośmiu całkowicie pustych półkach, które trzeba będzie dopiero zapełnić fantazmami, a moje iwonickie mieszkanko, aż trzykrotnie większe od tego, którym dysponował Zygmunt Krzyżanowski, zostanie przeze mnie imaginacyjnie poszerzone, by znalazło się w nim miejsce na dodatkowe pomieszczenie z kominkiem oraz z co najmniej siedmioma fotelami – w celu założenia w nim Klubu Morderców Liter. Odznaczam się wprawdzie dużą wyobraźnią, ale w przeciwieństwie do Krzyżanowskiego musiałem ją poszerzać do tego stopnia zaledwie przez sześć lat, w czasach gdy moja przestrzeń życiowa została zredukowana do dwu metrów kwadratowych…

     Wprawdzie działo się to niemal przed półwieczem, ale nadal jestem w stanie wczuć się w sytuację pisarza żyjącego (nie wegetującego, gdyż pisarz, dopóki jest twórczy, nigdy nie wegetuje) w maleńkim pokoiku, gdzie poza piecem, zazwyczaj obywającym się bez opału, tak jak on bez jedzenia, mieściło się tylko łóżko, krzesło i półki z książkami – cztery grube dechy, wyginające się na całej długości ściany pod ciężarem książek. Po telegramie zawiadamiającym o śmierci matki, musiał jednak zamienić te książki na bilety kolejowe, gdyż w drodze na pogrzeb miał do przebycia tysiące wiorst. Po powrocie z pogrzebu, nie mogąc patrzeć na puste półki, postanowił je zaludnić, odtwarzając treść nieistniejących książek z pamięci, przewracając w myślach poszczególne strony, ale pamięć roniła litery, słowa wracały do niego niepełne, tworzyły się między nimi luki, które trzeba było zapełnić – stopniowo tworzyła się biblioteka fantazmów...  

     Zdejmując z półek te wyobrażone książki-fantazmy, zanurzał ich niewidzialne litery w atramencie, przekształcając je w rękopisy, a te w rozgłos i pieniądze (przedtem wszystkie realne rękopisy wracały do niego odrzucane przez wydawnictwa, z ofrankowanymi kopertami, które krzyczały, że bezpowrotnie stracił szansę na choćby skromny posiłek). Wraz z rosnącym dobrobytem, ten nędzny pokoik dzięki sile inercji też zaczął się rozrastać, stając się dużym mieszkaniem z amfiladowym układem pomieszczeń, gdzie stały przeszklone szafy biblioteczne wypełnione książkami-fantazmami. U szczytu powodzenia usiłował pijany atramentem forsować za wszelką cenę wciąż nowe tematy, ale umęczona fantazja nie była w stanie niczego więcej wymyślić, a on przeistaczał się w profesjonalnego zabójcę pomysłów – to była zemsta sprzedanej pustki!

     W tej sytuacji należało dokonać procesu odwrotnego, opróżnić przynajmniej jeden pokój: kominkowy z rzędami ABSOLUTNIE PUSTYCH półek na książki. Jako sprofesjonalizowany treser słów, nie mający z czego pisać, zamykał się tam co wieczór, wraz z milczeniem i pustką, cierpliwie czekając na to, że w końcu ta pustka bezksiąża (wolałbym: bezksiążkowości) do niego przemówi, dokonało się to jednak dopiero wtedy, gdy jego świadomość wypoczęła, wykorzystała czas i nabrała treści. Zrozumiał, że zamysły wymagają miłości i milczenia – zamiast marnotrawić trzeba je skrzętnie zbierać, ukrywać przed oczami wścibskich, zamykać w pokoju na klucz i po pewnym czasie „fantazm po fantazmie, utwór po utworze, egzemplarz po egzemplarzu zaczęły zapełniać te półki”, tworząc niewidzialną bibliotekę. A on, po stanowczym zatrzaśnięciu pokrywki kałamarza, powrócił „do królestwa czystego wolnego zamysłu”. Żadnego papieru, żadnych słów, żadnych liter. 

     W tym prostokątnym pokoju widniało poza wspomnianymi półkami oraz kominkiem jedynie siedem ciężkich rzeźbionych foteli, na których podczas cotygodniowych sobotnich posiedzeń, gdy w kominku rozpalano oczywiście ogień (tak miły zmarzniętym dłoniom pisarza, który wie, jak ciężko jest zapisywać swoje imaginacyjne wizje, gdy atrament od przejmującego chłodu gęstnieje w kałamarzu), zasiadali członkowie Klubu Morderców Liter, „wybrańcy ze świata piszących i czytających”, którzy pragnęli wejść w bezliterowość i wraz z nim pracować „przy grządce czystych zamysłów” – podobnych do Gardinetti di S. Francisco, maluteńkich kwietników zakładanych przy franciszkańskich klasztorach, gdzie kwiaty, zgodnie z przykazaniem świętego Franciszka miały rosnąć „nie dla innych, lecz same dla siebie” – w celu uzyskania ponadczasowego, nieopadającego i nierodzącego kwiatostanu zmysłów i form...

     To wprowadzenie jest niezbędne do zrozumienia istoty kontrapunktowych wystąpień kolejnych członków Klubu, Rara, Tiuda, Diaża, Fewa i Szoga pod batutą przez Przewodniczącego Zeza, pisarza-pomysłodawcy, który miał wystąpić na końcu. Dlaczego nie miał swego wystąpienia Chic, mimo iż żywo uczestniczył w tamtych, nie wiadomo. Już same nazwiska członków Klubu, w najbardziej science-fikcyjnym wystąpieniu Diaża stające się fikcją do kwadratu, wprowadzają nas w świat fantasmagorii, bijący jak wzburzone morze o brzeg świata w znacznym, lecz nie całkowitym sensie odrealnionego. Pominę wystąpienie Rara, siedemdziesiąte trzecie z kolei, co oznaczało, że siedemdziesiąt trzy niezapisane opowieści wraz z komentarzami robionymi na żywo przez słuchaczy zostały umieszczone na półkach. Pozostawiam szekspirologom prześledzenie napisanej przez niego sztuki, w której najważniejszą rolę odgrywała chyba Rola, gdzie grało aż dwu Hamletów w płaszczach białym i czarnym, dzieląc się po połowie kwestiami wypowiadanymi w oryginale sztuki Williama Szekspira przez jednego Hamleta; Ofelia też została rozdzielona, w planie dramatycznym występując jako Felia, a w komediowym jako Fela, rozdwojeni zostali także Rosencrantz i Guildenstern, nikt nie zamierzał ich jednak uśmiercać jak w tragikomicznym filmie Toma Stopparda Rozencrantz i Guildenstern nie żyją z roku 1990…

 

           

                                            Cdn.

 

-----------

Zygmunt Krzyżanowski Klub morderców liter. Przełożyła i przypisami opatrzyła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2010.

www.marszalek.com.pl   info@marszalek.com.pl

    

11:57, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010
Powrót Münchhausena (cz. 2)

     W przedmowie zatytułowanej Krzyżanowski z krzyża zdjęty mój przyjaciel Paweł Zawadzki, któremu niedawno poświęciłem trzyczęściowy post Mapa bohatera, zastanawia się nad tym, czy gdyby premiera tej książki „miała miejsce w Galicji, ceniącej fety – może odezwałby się i Dzwon Zygmunta”? Śmiem twierdzić, że na pewno nie w tej Galicji, w której przyszło mi zamieszkać na stare lata, chyba że baron Münchhausen zostałby wystrzelony z armaty wprost w ten dzwon, a prof. Zygmunt Januszewski, ten sam, którego exlibris zdobi papier listowy Pawła, sporządziłby jeszcze jedną ilustrację, równie świetną, jak te Gustave’a Dorégo w Przygodach Münchhausena opisanych w roku 1786 przez Gottfrieda Augusta Bürgera, którymi się zaczytywałem w dziesiątej klasie licealnej, bo wtedy dotarły one do szkolnej biblioteki…

     „W kilkadziesiąt lat po śmierci Zygmunt Krzyżanowski doczekał się uznania. Dziś w Rosji jego twórczość ocenia się jako najważniejsze odkrycie literackie ostatniego półwiecza. Podobnie w Łotwie i na Ukrainie, w Niemczech i we Francji. Myślę, że polski czytelnik ma również pełne prawo do poznania dorobku tego niepowtarzalnego, oryginalnego pisarza i eseisty”. Tak pisała z rozgoryczeniem tłumaczka Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, która przez całe siedem lat zabiegała na próżno o wydanie bodaj niewielkiego wyboru jego opowiadań w Polsce. Ani „Czytelnik”, ani „Bellona”, ani Ministerstwo Kultury, ani Fundacja „Semper Polonia” nie były jednak zainteresowane, co jest oczywistym skandalem, w utorowaniu bodaj początku drogi tego świetnego pisarza do Polski. Uczyniła to dopiero w roku 2004, w piętnaście lat po ukazaniu się w Moskwie pierwszego książkowego wydania wyboru jego utworów, maluteńka oficyna wydawnicza STON 2 (dla każdego, kto zna język rosyjski, lamentacyjne słowo ston pasuje tu jak ulał) w Kielcach, którego szefa-poetę oczywiście znam, wydając wraz z Instytutem Adama Mickiewicza Trzynastą kategorię rozsądku, a zaraz potem Niemożliwe do przewidzenia. 

                

      Jako poecie jest mi podwójnie miło, bo za wydaniem moskiewskim (AD 1989) stał również poeta, Wadim Perelmuter, rosyjski wydawca dzieł zebranych pisarza nazywającego się tam Сигизмунд Доминикович Кржижановский… Z tego, co mi wiadomo, wyszło do tej pory pięć tomów, a dalsze są w opracowaniu. No cóż, jak słusznie zauważyła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, Josepha Conrada też trzeba było przekładać na język polski, mimo iż Józef Teodor Konrad Korzeniowski, syn pisarza Apollona Korzeniowskiego, świetnie znał swój język ojczysty, wiedział jednak, że światową sławę łatwiej będzie zdobyć, pisząc wyłącznie w języku angielskim, i tak się stało, był to jednak świadomy wybór języka, nie przymus, jak w przypadku Zygmunta Krzyżanowskiego, który mimo to ojczyźnie-polszczyźnie nie sprzeniewierzył się nigdy, przez cały okres moskiewski tłumacząc na język rosyjski polskich klasyków, a tuż przed śmiercią m.in. poezję Juliana Tuwima…

     Stawia się go w jednym z rzędzie z Kafką, Witkacym, Bułhakowem czy Gombrowiczem. Takie współrzędności stylów pisarskich nasuwają się same. Chciałbym się jednak teraz skupić na „pojedynku dwu fantastów” (tak określa to Paweł Zawadzki) w książce Powrót Münchhausena. Pojedynku świetnym – do ostatniej kropli atramentu, jako że krwią podpisuje się zazwyczaj jedynie cyrografy. Znalazłem się jednak w nieoczekiwanym kłopocie – czytając książkę robiłem dziesiątki notatek, nie zdając sobie sprawy, że w ogromnej mierze będą się one pokrywały z tym, co w świetnym posłowiu wypunktowała pani Wiesława Olbrych! Dla każdego uważnego czytelnika, dysponującego podstawową wiedzą historyczno-literacką, jest bowiem oczywiste, iż ten baron Münchhausen, poza znanymi z tradycji literackiej kilkoma rekwizytami teatralnymi, tak, teatralnymi, nie ma nic wspólnego z tamtym: osiemnastowiecznym żołnierzem-samochwałą i osławionym łgarzem, będąc tutaj alter-ego Zygmunta Krzyżanowskiego i przejmując wszelkie skomplikowania jego życiowych oraz pisarskich losów…

     To nawet nie Sir Falstaff, fikcyjna postać pojawiająca się aż w trzech sztukach Williama Szekspira, dla mnie najświetniej przez niego skrojona w scenie z Henryka IV, gdy on i książę Henryk, przyszły król Henryk V, parodiują scenę rozmowy księcia z jego ojcem – książę najpierw grał siebie, zaś Falstaff króla, a następnie Falstaff księcia, zaś książę króla; na marginesie tej dygresji warto dodać, że Krzyżanowski odbył w roku 1942 swoją ostatnią długą podróż, tym razem po Syberii z wykładami o Szekspirze. Powieściowy baron Münchhausen parodiuje rzeczywistość nie tylko sowiecką, ale wydaje się, że tylko w tamtych realiach nie jest to parodia doprowadzona do absurdu, gdyż rzeczywistość kilku ostatnich dziesiątków lat życia Krzyżanowskiego to absurd w najczystszej postaci – nie czysty absurd, występujący choćby w dramatach Witkacego, gdzie była to jedynie czarna komedia oparta na estetycznej formie czystej formy, a nie tej stukającej podkutymi buciorami na bruku Długiego arbackiego Zaułka…

     Myślałem, że ta książka w swym pierwotnym zamyśle przeznaczona była do użytku teatralnego, gdyż wiele jej fragmentów tak właśnie jest rozpisanych, okazuje się jednak, że Krzyżanowski na przełomie lat 1924/1925, po odrzuceniu przez „Mieżrabfilmrus” scenariusza z przygodami barona, próbował założyć prywatne studio filmowe i dopiero po fiasku tego przedsięwzięcia zdecydował się napisać powieść, którą wydawnictwo „Ziemia i Fabryka” kierowane oczywiście przez poetę-fantastę Władimira Narbuta chciało o dziwo wydać, mimo iż recenzenci zarzucali pisarzowi „oszczercze prezentowanie radzieckiej rzeczywistości”, co nie doprowadziło do zguby i autora, i redaktora naczelnego jedynie dlatego, że niedoszły wydawca-poeta, niewątpliwie szalony i mający ogromne szczęście w nieszczęściu, został w wyniku donosu tylko wyrzucony z partii i zwolniony z piastowanego stanowiska…

     Tamtego krotochwilnego barona Münchhausena obsadzano w wielu rolach filmowych, także w Związku Radzieckim, ale tego od „teorii nieprawdopodobieństwa”, „kwestii bytu-niebytu”, „choroby prawdy”, morbus veritatis, czy „warunkowych trupów” (rozstrzeliwanych dla postrachu na niby) mógłby obsadzić w filmie jedynie Zygmunt Krzyżanowski, bez trudu wcielając się w jego postać, ponieważ sam był tą postacią, choć jako światowca w każdym calu, starającego się do ostatniego tchu zachować choćby pozory elegancji, niełatwo jest go sobie wyobrazić w podniszczonej czapce z daszkiem na skołtunionej głowie, w skórzanej kurtce oraz butach z cholewami w harmonijkę – w takim przebraniu-kamuflażu udawał się bowiem pan baron w charakterze korespondenta kilku poczytnych gazet do Kraju Rad nie po rady, lecz by samemu rad udzielać…

     Gdy mieszkańcy pewnej wsi podzielili się na dwa wrogie obozy, gdyż zmniejszone przez wojnę domową pogłowie koni nie pozwalało na zaprzęganie ich i do furmanek, i do pługów, pan baron kazał przynieść piłę i poprzecinać je na pół, dzięki czemu ich ilość się podwoiła – przednie nogi zaprzęgano do furmanek, a tylne do pługów. Genialnie proste, prawda? Nic zatem dziwnego, że wieśniacy nie wiedzieli, jak mu dziękować, a ponieważ już wcześniej wyszli mu „na spotkanie w procesji z chlebem i solą, bijąc pokłony do ziemi przy dźwięku dzwonów”, wyczerpując zapewne zapasy i chleba, i soli, podarowali mu dwunożnego konia, na którym pan baron mógł kontynuować podróż, nie docierając do najbliższej stacji kolejowej jedynie z tego względu, że połówka wychudzonej szkapy ledwo przebierającej dwoma kopytami nie mogła ujść przed pogonią nafutrowanych kradzionym owsem czworonożnych koni jednej z band, która żyła z plądrowania kogo popadnie, choć w całkowicie spustoszonym kraju stawało się to coraz bardziej utrudnione…

     Dlatego bandyci na widok barona poszli po rozum do głowy, czyli postanowili skorzystać z jego rozumu i zamiast kazać mu wyskakiwać z czapki z daszkiem, skórzanej kurtki oraz butów z cholewami w harmonijkę, obwołali go, mając zapewne zapas takich czapek, kurtek i butów na sto lat, swoim hersztem, czyli atamanem, a gdy widocznie niegodzien takiego zaszczytu codziennie im się naprzykrzał, prosząc, by go odwołali i przeszli na republikański styl rządów, zgodzili się go uwolnić pod warunkiem, że się wykupi choćby dobrą radą. I pan baron natychmiast ułożył „plan racjonalizacji przemysłu rozbójniczego”: bandyci zamiast kryć się po lasach w obawie przed krasnoarmiejcami, mogli przecież jako potomkowie rosyjskich chłopów z płucami godnymi zazdrości, rozwiniętymi niepomiernie dzięki dmuchaniem od setek lat w samowary, ustawić się w jednym szeregu na skraju lasu i trzema dziesiątkami gąb dmuchać na księżyc, który w końcu musiał zgasnąć, a w całkowitych ciemnościach świecą jedynie oczy diabłów i zbójów…

     Nie ma przypadku w tym, że jedna z najśmielszych fantazji barona Münchhausena podczas fantasmogoryjnego pobytu w Rosji dotyczyła idei stworzenia münch-dań w postaci przywiązanych do końców długich sznurów maluteńkich kawałeczków słoniny, które dawano do iluzorycznego połknięcia nieskończonej ilości gęb rozwartych w stronę rozdającego; jeszcze bardziej genialnym pomysłem było przydzielenie każdemu punktowi żywieniowemu zaklinacza szczurów, które przy akompaniamencie fujarki same pchały się do kuchennych kadzi i kotłów, względnie lekarza hipnotyzera: „Oto nie popielniczka z niedopałkami, ale talerz zupy z kluskami. Jedz. O, tak. Teraz jesteś syty. Otrzyj się serwetką. Następny”. Można też było nasycić głód cielesny, budząc w sobie głód duchowy w czasie długich biesiad słownych choćby z Heglem… 

     No cóż, po odebraniu mi przez panią Wiesławę Olbrych pola do analiz kwestii bardziej złożonych, muszę w obawie, że oskarży mnie o plagiat, wyrzucić wszystkie swoje notatki do kosza. Mieńsze da łuczsze – lepiej mało, a dobrze, co nie oznacza, że autorka posłowia napisała dużo, a źle, wprost przeciwnie: jestem pełen podziwu dla bystrości jej umysłu i zapoznając się z jej błyskotliwymi interpretacjami sensów (odkrytych  poprzez ukrywanie, czy ukrytych poprzez odkrywanie?) tego parabolicznego dzieła, ani razu nie miałem ochoty zarżeć ze śmiechu po münchhausenowsku. Pan baron mówił bowiem, że w Związku Socjalistycznych Republik Rad: kobieta, będącą w carskiej Rosji istotą dysharmonijną, charakteryzującą się długim włosem i krótkim rozumem, „osiągnęła w końcu to, że i jej włos stał się krótki”…

        Bernhardine von Brünn, z którą stary i chyba zupełnie już zidiociały baron Karl von Münchhausen zawarł w roku 1794 małżeństwo, charakteryzowała się zapewne włosem długim, jeśli nie była łysa i nie nosiła piętrowej peruki, w której poza wszami mogły się gnieździć nawet myszy, ale czy wyłącznie jej głupota doprowadziła do rujnującego obie strony procesu rozwodowego? A może cierpiała na „zespół Münchhausena”, wiążący się przecież ze znacznymi nieprawidłowościami w zakresie związków z innymi ludźmi? Ta wyniszczająca ciało i duszę choroba ma niekiedy przebieg wręcz diaboliczny (Syndroma neurologicum diabolicum), ale dlaczego jej nazwa pochodzi od nazwiska barona? Nie był przecież ani psychopatą, ani masochistą, a szpadą swej fantazji przebijał jedynie nadętych do rozpuku konkretystów, śmiertelnie poważnych klaunów, którzy nikogo rozbawiać nie mieli zamiaru, rywalizując wyłącznie ze sobą o tytuł najgorszego nudziarza na świecie. Wydaje mi się, że ten fenomen potrafiłby objaśnić jedynie Zygmunt Krzyżanowski, gdyby żył…

                

                   Karl von Münchhausen

11:52, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 grudnia 2010
Powrót Münchhausena (cz. 1)

     Kruki, kawki, wrony zawsze gromadzą się przed zimą, ale czy musiały wysypać się tak nagle z jesiennego rogu obfitości barw oscylujących wyłącznie pomiędzy żółcią a czerwienią? Czy te czerwone róże, które ustawiłem na szafce przed drzwiami, musiały w ciągu jednego dnia tak dziwnie sczernieć, mimo iż poprzednie kwitły i pachniały przez całe dwa tygodnie? Poeto, nie na wszystkie pytania znajdziesz odpowiedź, nie wszystko musisz zrozumieć – pora melancholijna minęła, w szkarłacie, złocie już nie stoi las przy lesie, mimo iż do początku kalendarzowej zimy jeszcze daleko… W poczuciu zdrady ze strony jesieni i wbrew swej woli musiałem przeto w ciągu całego minionego tygodnia brodzić w śniegu, przemierzać niezmierzone obszary bieli, żyć w niej – dosłownie i przenośnie, bo śnieg i tyle mrocznych myśli trzeba było rozświetlić, tyle czarnych miejsc wymazać jasnością rozumienia, cóż że bardziej niż niepełnego…

     To była taka sama vinterresa, podróż zimowa, jak ta, którą przez dziesiątki lat odbywał mój szwedzki przyjaciel i poeta Folke Isaksson w dalekiej Norrlandii. Tutaj, na Przymiarkach, szczyty wzgórz widniejących przede mną też były białe, jodełki pokryte czapami śniegu obejmowały tylko jeden ton, a podszycie ciszy oczekiwało na jeden jedyny szept: „Widzę tę białość jak rosę światła wokół latarni…” Dodawałem w duchu: laterna magica i przez te wszystkie dni myślałem oczywiście o magicznej latarni bergmanowskiej, ale po wczorajszej nocnej lekturze książki Powrót Münchhausena (nadesłanej mi na polecenie Pawła Zawadzkiego, autora świetnego wstępu do tej książki) stało się dla mnie jasne, że właśnie o tę latarnię magiczną, rozświetlającą moskiewskie mieszkanko na Arbacie, mi chodzi! Tak maciupeńkie, że na dobrą sprawę mogły go zamieszkiwać jedynie stwory o niewielkim wzroście, rekompensowanym być może przez wyobraźnię niezwykle wybujałą…

     Zygmunt Krzyżanowski (1887-1950), autor tej książki, odznaczał się niezwykle bujną wyobraźnią, lecz gnomem na pewno nie był, faktem jest jednak, że ten władający biegle siedmioma językami, w tym łaciną i greką, absolwent prawa uniwersytetu w Kijowie, który w latach 1912–1914 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach tak różnych, jak matematyka, astronomia, filozofia, teoria sztuki czy literatura (w jego prozie ta znajomość topografii oraz architektury miast będących europejskimi ośrodkami uniwersyteckimi okaże się niezwykle przydatna), późniejszy pisarz, filozof i erudyta, w którego dorobku poza nowelami, powieściami, dramatami czy scenariuszami filmowymi znalazły się również eseje filozoficzne oraz prace z zakresu teorii teatru, gnieździł się na sześciu metrach kwadratowych przez lat dwadzieścia osiem, gdy po wybuchu pierwszej wojny światowej musiał jako poddany rosyjski wrócić do Kijowa, a następnie losy rzuciły go w marcu 1922 do Moskwy. 

     Te losy to śmierć obojga rodziców oraz zaproszenie od Aleksandra Tairowa, jednego z wielkich reformatorów teatru rosyjskiego, zafascynowanego jego wykładami z psychologii twórczości artystycznej, który w owym czasie kierował moskiewskim Teatrem Kameralnym. Zaowocowało to wystawieniem tam Człowieka, który był czwartkiem Gilberta Keitha Chestertona, powieści adaptowanej przez Krzyżanowskiego na tę scenę tak świetnie, że odniosła ogromny sukces, co w tamtych realiach musiało doprowadzić do katastrofy, której zwiastunem była zerwana podczas jednego ze spektakli winda wraz z częścią scenicznej dekoracji. I rzeczywiście kolejne przedstawienie (Eugeniusz Oniegin) w opracowaniu opromienionego świeżym rozgłosem autora wspomnianej adaptacji zostało decyzją władz zdjęte tuż przed premierą, a sam Teatr czasowo zawieszony. Działo się to w roku 1936, po którym Krzyżanowski żył już jedynie we własnym cieniu, a kilkanaście lat wcześniej mógł rozkoszować się towarzystwem Achmatowej, Babla, Jesienina, Majakowskiego, Wachtangowa czy Meyerholda, z którym bardzo blisko współpracował jego brat cioteczny, Włodzimierz Tezawrowski…

    Ach, to nie baron Münchhausen był „konsultantem pewnego moskiewskiego reżysera” (czytaj: Tairowa, którego ideą był teatr wyzwolony jako synteza wszystkich sztuk), lecz Zygmunt Krzyżanowski – i to on zaproponował mu wystawienie Rewizora Gogola we własnej skali, powiedzmy münchhausenowskiej, której akcja koncentrowałaby się nie na jednostce, lecz na masach. A zatem jej tytuł brzmiałby Trzydzieści tysięcy kurierów, nie jeden kurier, którego w wersji oryginalnej Chlestakow wysłał z listem do córki Horodniczego, by zdobyć jej serce i majątek. Tamten pojedynczy kurier był oczywiście obrzydliwie usłużny, natomiast trzydzieści tysięcy kurierów postanowiło przeciwstawić się krwiopijcy-burżujowi i zastrajkować. 29 999 listów nie dociera do adresatki ku rozpaczy postarzałego i wychudłego ze zgryzoty fatyganta, w rzeczywistości szczwanego lisa kutego na cztery łapy, niestety, ostatni z kurierów, sentymentalny dureń, zanosi po kilku latach list do wcale nie niedostępnej pięknotki, której ogród zdążył zarosnąć ostami i krzakami…

     I wreszcie zakochani mogą się spotkać i wyznać sobie miłość, ale już po chwili następują sceny niemal eisensteinowskie, gdy trzydzieści tysięcy gniewnych kurierów na czele ze skruszonym łamistrajkiem, rozrzucając wśród widzów prawie trzydzieści tysięcy rozerwanych kopert z niedostarczonych przesyłek i skandując „Przyjdź do ogrodu!”, idzie do ogrodu, by rozprawić się z Chlestakowem – przerażona wybranka jego serca, chcąc go uratować, jest gotowa oddać się po kolei wszystkim trzydziestu tysięcy kurierom, na szczęście następuje pojednanie, gdy jej śmiertelnie wystraszony kochaś wyznaje bez bicia, że nie jest żadnym dygnitarzem, lecz człowiekiem pracy, takim samym jak oni, i w ślad za tym wyznaniem, przy dźwiękach narodowej pieśni Na każdy owoc przyjdzie czas, idzie w ruch trzydzieści tysięcy łopat, które skopują zaniedbaną ziemię, uwalniając ją od burżuazyjnych chwastów; nad ogrodem jaśniejące purpurą zorze i opadająca z oczu przefarbowanego na czerwono Chlestakowa zasłona wraz z opadającą kurtyną, dobre, co? 

       

                    

     Napisałem, że mieszkanko na Arbacie mogły jedynie zamieszkiwać stwory gnomopodobne, ale zapewniam, że Zygmunt Krzyżanowski nie wyglądał jak gnom! Na portrecie olejnym zrobionym przez Żannę Gierasimową lewa dłoń wyłaniająca się z bieli mankietu i podpierająca podbródek zakończona jest kaskadowo opadającymi palcami bardziej pianisty niż pisarza – to po swej matce Fabianie odziedziczył wyjątkową muzykalność, to jej zawdzięczał znajomość techniki fortepianowej w „niekończącym się spotkaniu z Chopinem” i mimo iż nie spełnił jej marzeń o studiach w paryskim konserwatorium, owe godziny spędzone z nią przy fortepianie rozbrzmiały później w jego prozie mistrzowsko poprowadzonymi liniami melodycznymi. Twarz na tym portrecie-zdjęciu, którą z braku skanera mogę na razie tylko opisać, podkreślona u dołu bielą idealnie skrojonego kołnierzyka koszuli i pochylona nieco ku przodowi jak ku niewidzialnej widowni, jest twarzą artysty po koncercie zakończonym niemilknącymi brawami. Oczy za okularami bez oprawek, osadzonymi na idealnie skrojonym nosie, wpatrzone w przestrzeń prawie wiekuistą, proste czarne włosy z przedziałkiem z lewej strony wysrebrzone dyskretną siwizną, a może blaskiem scenicznych reflektorów?

     Zazwyczaj to żony przygotowują artystów do koncertu, dbają o ich strój i wygląd, ale wiadomo, że ów wybitny, a mimo to najniżej jak to tylko możliwe opłacany językowy pianista koncertowy, po oczywistym stwierdzeniu, jakby wyjętym w pewnym okresie z ust Augusta Strindberga, że „nie stać go na utrzymanie siebie, a co dopiero żony”, wiódł w swej arbackiej dziupli żywot samotnika. Owszem, ze swą „babą na dochodne”, Anną Bowszek, spotykał się w celach wiadomych przynajmniej wówczas, gdy był w pełni sił męskich, co zapewne zdarzało się sporadycznie, jako że kartki żywnościowe pozyskiwane z moskiewskiego związku pisarzy, do którego przyjęto go dzięki cudowi ludzkiej solidarności w najgorszym dla „elementów podejrzanych”, w tym obywateli pochodzenia polskiego, roku 1939, zwiększały jedynie i aż szansę przeżycia, czyli możliwość uniknięcia śmierci głodowej, bo w jego otoczeniu ludzie z głodu jednak umierali…

     W takich warunkach zdrowie nie mogło mu oczywiście dopisywać do końca żywota, niezbyt długiego nawet z mojej perspektywy. „Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać”. Wydawałoby się, że zostanie spełnione przynajmniej to drugie jego życzenie, wyrażone jednak z dramatycznej konieczności, bo jakiż pisarz przy zdrowych zmysłach nie marzy, jeśli nie o sławie i powszechnym uznaniu, to choćby o ujrzeniu swoich tekstów w druku? Niestety, w ostatnim okresie życia, z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, musiał oddać się pod opiekę Anny, z którą długoletni związek wtedy właśnie formalnie usankcjonował. W jej mieszkanku, nazbyt dla niego przestronnym, czystym i ładnym, jego myśli „nie układały się w obrazy ani w uporządkowane ciągi”, jako że poprzednie, niezwykle twórcze, wznosiły się przecież od nieładu i tutaj były absolutnie nie na miejscu, co wprawiało go w stan ustawicznego rozdrażnienia, wzmaganego depresyjnymi myślami, o czym świadczą ostatnie notatki: 1. O życiu myśleć za późno, pora wymyślić swój koniec. 2. Życie dośpiewane i dopite. 3. Najbliższa stacja przeznaczenia: śmierć. 4. Życie należy zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

     Zdał je w Wigilię 1950 roku, jakby wiedział, że dla mnie, piszącego teraz o nim, nawet myśl o zbliżającej się Wigilii jest przeżyciem traumatycznym, tym bardziej po tragicznej śmierci Wojciecha Siemiona, który potrafił jak nikt przed nim koić moje smutki… Wracam jednak do Zygmunta Krzyżanowskiego. To, co teraz powiem, zabrzmi okrutnie, lecz chwała Bogu, że tworzył w osamotnieniu i za życia nie miał szans na wydanie swoich utworów, bo dzięki temu dożył aż tylu lat, niezakatowany na Łubiance choćby za jedną z setek drwin z rzeczywistości sowieckiej, których się dopuścił nie tylko w Powrocie Münchhausena. Jego utwory były przecież znane w kręgu moskiewskich twórców, którzy zapoznawali się z nimi dzięki popularnym w owych czasach spotkaniom w prywatnych domach, zwanych „cztieniami”, a mimo to nikt nie złożył donosu do władz związkowych będących na usługach złowieszczych służb, że jego podlane zjadliwie satyrycznym sosem fantasmagorie najdelikatniej mówiąc miały się nijak do socrealistycznego nurtu w sztuce!

          

 

     Za znacznie mniejsze przewiny zamordowano bezlitośnie tylu chudożnikow riewolucyonnoj Rossiji, mimo iż większość z nich bała się chyba własnego cienia, a temu krnąbrnemu Polaczkowi, za którego duszę modlił się chyba sam baron Münchhausen do świętego Nikogo, uszło na sucho nawet to, że mając po raz pierwszy i ostatni możliwość stałego zatrudnienia ośmielił się zrezygnować z jakże dla niego zaszczytnej funkcji redaktora Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej – rezygnacji wyrażonej w dodatku na piśmie, z uzasadnieniem najwidoczniej tak absurdalnym dla kierownictwa zespołu: Uważając próbę przekształcenia mnie z człowieka w urzędnika za wielce nieudaną, proszę o zwolnienie z funkcji redaktora..., że zadośćuczyniło jego prośbie, zamiast dążyć do ukarania tej wręcz niesłychanej w tamtej rzeczywistości niesubordynacji, za którą należała się bardziej humanitarna od wywózki do gułagu kula w łeb, tym bardziej że po jego podróżach w latach 1912–1914 po Włoszech i Niemczech bez trudu można mu było wmówić za pomocą niezbyt nawet wyrafinowanych tortur współpracę z wywiadami obu państw złowrogiej Osi…

 

--------

Zygmunt Krzyżanowski Powrót Münchhausena. Przekład Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Ilustracje Zygmunt Januszewski. Wydawnictwo BOSZ (www.bosz.com.pl, biuro@bosz.com.pl), Olszanica 2005

 

                                         Cdn.

23:26, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »