RSS
środa, 23 grudnia 2009
Wigilia u Wojciecha Siemiona

     Dwie poprzednie Wigilie spędziłem samotnie w Iwoniczu-Zdroju. Oto notatka sprzed roku, sporządzona z myślą o kimś, kto zaludniał jedynie moją wyobraźnię, nawet jeśli istniał w jakiejś realności: Gdy już zasiadłaś ze swymi bliskimi do wigilijnego stołu, wziąłem plecak, przypiąłem narty i pobiegłem po zmrożonym śniegu daleko przed siebie. Nagle ocknąłem się z zamyślenia i otworzyłem szeroko oczy, bo wydarzył się cud: księżyc w pełni, rozmigotana ziemia we wszystkich kierunkach, a na pokrytych szadzią krzewach zapalały się światełka! Biegłem i krzyczałem w zachwycie: „Hej, kolęda, kolęda!”

 

     W nędznym żłóbku kwili dzieciątko,

     Ma zziębnięte rączki, odkryty brzuszek,

     Więc pośpieszaj do niebożątka,

     Bo to przecież twój mały Januszek!

 

     Więc pośpieszaj migiem, w te pędy,

     Przytul, ogrzej, ukołysz do snu,

     Niech dzieciątko zaśnie radosne,

     Hej, kolęda, kolęda!

 

                  

     Żłobek Bożonarodzeniowy – Szopka Betlejemska

 

    A teraz będę miał Wigilię prawdziwą, najprawdziwszą, bo u Wojciecha Siemiona! Nawet jego nazwisko jest w pewnym sensie wigilijne, bo podczas Wigilii podawano kiedyś do stołu obok zupy grzybowej czy rybnej także siemieniotkę względnie siemionkę, którą warzono bądź z siemion konopi, czego osobiście nie zalecam, wiedząc, że na Śląsku, gdzie tę zupę serwuje się z grzankami, zwą ją, hm, pogańską, gdyż dzięki dużej ilości ziaren ma mieć moc magiczną i chronić między innymi przed świerzbem oraz wrzodami, bądź przyrządzano ją w innych regionach kraju z siemienia lnianego (u mnie, na Podkarpaciu, zwano ją siemieńcem) utłuczonego w stępie i rozgotowanego na gęste mleko, dzięki czemu w smaku nie jest tak gorzkawa jak ta na Śląsku, mimo iż jak pozostałe potrawy wigilijne ona też z czasów pogańskich się wywodzi, gdyż od niepamiętnych czasów w okresie przesilenia zimowego wystawiano u nas na stół to wszystko, co się na naszych polach wcześniej zrodziło, a dowody uprawy lnu w Polsce pochodzą sprzed sześciu tysięcy lat!

     Sławne Wigilie u Siemiona aż tego okresu nie sięgają, odbywają się w bowiem w Petrykozach od roku 1952 (z wyjątkiem Wigilii stanu wojennego w roku 1981), ale w skali nie neolitycznej kultury ceramiki wstęgowej rytej, lecz ludzkiej zdążyły już obrosnąć piękną tradycją. Około godziny 22 zjeżdżają tu kolędnicy z Warszawy, ale, jak widać, z Iwonicza-Zdroju też, a z wybiciem północy rozbrzmiewa poemat Gałczyńskiego Przed zapaleniem choinki, mistrzowsko inscenizowany od ponad pięćdziesięciu lat przez Siemiona. W dworze w Petrykozach, zaznaczmy, posadowionych w gminie Żabia Wola, ponieważ miejscowości o takiej nazwie jest w Polsce aż sześć. Wieś rodzinna, w której wielki aktor się urodził przed ponad osiemdziesięciu laty, Krzczonów, znajduje się natomiast koło Lublina, co również trzeba zaznaczyć, gdyż są jeszcze w naszym kraju cztery inne miejscowości o takiej nazwie, przeto pod tym względem Krzczonów ustępuje Petrykozom, choć ten podlubelski na pewno jest większy od tych żabiowolskich, zamieszkałych tylko przez dwustu chłopa, wliczając w to baby i dzieci, skoro w tamtejszym był TEATR LUDOWY, co na pewno miało jakiś wpływ na wybór profesji przez Wojciecha od Siemionów. To, że jadano tam chrześcijańską siemieniotkę, jest pewne, ponieważ dawniejsi krzczonowianie bez względu na płeć nosili  ubiory wykonane z lnianego samodziałowego płótna czy sukna, a kwitnący len to przecież bławatkowe niebo! Jednakże dopiero teraz wiem, dlaczego Siemion tak bardzo ceni moje przekłady z literatury szwedzkiej – mam zdjęcia, gdy obok kapeli ludowej stoi na schodach petrykoskiego dworu, trzymając w ręku jedną z moich antologii poezji szwedzkiej, z której kolejne wiersze właśnie przedstawiał słuchaczom obsiadającym stoły przy stawie. Otóż w lutym 1656 roku wojska koronne rozbiły w krzczonowskim lesie, wspierane przez miejscową partyzantkę chłopską, duży oddział armii szwedzkiej, tak że „ani jeden świadek klęski nie uszedł”, czego świadectwem są „szwedzkie mogiły” (tylko starszyzny, bo zwykłych żołnierzy pogrzebano na miejscu bitwy) na tzw. cmentarzu pogańskim w Krzczonowie…

 

                    

     Kapliczka Jana Nepomucena w Krzczonowie

 

     Nie sądzę, by chłopscy dragoni z żabiowolskich Petrykóz brali udział, jak tamci z Krzczonowa, w sławnej bitwie z Turkami pod Chocimiem etc., etc., musiało być jednak w tych Petrykozach coś szczególnego, co przywabiło tutaj Wojciecha Siemiona. Przypomnijmy sobie, jak w jednym z wywiadów wspominał on rodzinne strony: Jeżeli myślę o Krzczonowie, to natychmiast wyświetla mi się z fotograficzną dokładnością nasz stary dom rodzinny i stawy przy tym domu, i dziadkowa łódź, którą wypływaliśmy na połów, i bardzo piękne stare drzewa, o których wiem, że ich już tam nie ma, ale są w mojej wyobraźni. Pamiętam doskonale sąsiadów. I Józka, co grał na trąbce, i Józka Krzysiaka, który prowadził pięknie melodię na skrzypcach, i Mietka Robaka, znakomitego bębnistę… Tak mniej więcej  wygląda dworek petrykoski wybudowany w pierwszej połowie XIX wieku, którego zdjęcie zamieściłem w poście  10 maja zatytułowanym  Wojtek S., gdzie na strychu znajduje się prywatna galeria sztuki ze zbiorami polskiego malarstwa współczesnego (m.in. Wróblewski, Tarasewicz, Beksiński, Strumiłło!), a w pomieszczeniach piwnicznych cudowna galeria sztuki ludowej ze świątkami, ptakami i Bóg wie czym jeszcze. Dziesięciohektarowy park, z czterema połączonymi stawami zasilanymi bijącym nieopodal źródłem, to kolejna bajka ze starą chałupą z bali zestawionych na tzw. obłap, przeniesioną spod Krosna, w pobliżu którego obecnie mieszkam, autentyczną barcią, dwoma wiatrakami, tzw. koźlakami, pochodzącymi z okresu wybuchu powstania listopadowego, stusześćdziesięcioletnią karczmą, w której kiedyś bywał Józef Chełmoński i hr. Plater, nie licząc niżej podpisanego, który nigdy nie zapomni kolegów-poetów z najdalszych zakątków Europy pochylonych przy świetle kaganków nad misami z jadłem chłopskim, a przede wszystkim inscenizacji fragmentów trzeciej części Dziadów, w wykonaniu tylko dwojga aktorów, w tym oczywiście Siemiona, z zapierającą dech w piersiach Wielką Improwizacją… śpiewaną przez Małgorzatę Dudę! Jest tam jeszcze kuźnia z roku 1820 z oryginalnym paleniskiem, miechami i narzędziami kowalskimi, a gdyby przebywającym tu gościom było jeszcze mało, mogą sycić oczy kompozycjami rzeźbiarskimi ustawionymi w parku: Weselem chłopskim, z pięcioma weselnikami jadącymi na wozie, wśród których nie mogło oczywiście zabraknąć harmonisty i skrzypka, Bocianami Chełmońskiego (kobiety z dziećmi) oraz kamiennym kręgiem z rzeźbami poświęconymi Tadeuszowi Różewiczowi, z którym wielki aktor jest bardzo zaprzyjaźniony…

     Wiem, że miałem opowiedzieć o sławnych Wigiliach u Siemiona, ale czy to wszystko, o czym tu wspomniałem, nie jest najlepszym wprowadzeniem w ich nastrój? A teraz  wspomnienie z tej mojej ostatniej Wigilii u niego, podkreślam mojej, gdyż inni zachowali być może wspomnienia diametralnie różne od moich. Przede wszystkim kolędnicy. Pojawiają się tam na godzinę przed północą. Siemion nazywa ich Małymi Herodami, w postaci aniołów czy diabłów wcielają się bowiem mimo późnej pory miejscowe dzieci. Ale kto by o tej porze szedł spać, skoro za godzinę nawet bydlątka zaczną gadać ludzkimi głosami, nie mówiąc o ludziach? Przepięknie odgrywają swoje role, po czym zostają obdarowane dwoma koszami słodyczy i owoców wręczanych przez gospodarza domu, bo tak stary zwyczaj każe. Wcześniej są stare i nowe pastorałki polskie, jak ta z okolic Żegociny:  Nocka ciemna, gdy trzódka spała, Budzi gazda czeladkę swą. Wstańcie pastuszkowie, cud się dzieje Nad Betlejem jasne łuny lśnią I gromadka wnet naprzód bieży Gdzie Bóg-dziecię na sianku leży. Pieśni cudne kołyszą dziecię Cały świat w ukojeniu śpi A dziecina mała leży w żłobie Miłość światu głosi dziś I my dziś także Jemu mówmy Śpij Dziecino, boś między ludźmi w wykonaniu Mistrza Wojciecha przy akompaniamencie brzmień różnych instrumentów, wyczarowywanych z cyfrowego pianina przez  Janusza Tylmana, lub inna w góralskiej nucie utrzymana, no i jakieś teksty-cudeńka sprzed wieków przez niego na tę okazję wygrzebane. Potem każdy z przyjeżdżających może  przedstawić na przykład napisaną i skomponowaną przez siebie kolędę, albo zagrać na dowolnym instrumencie to, co mu w tej szczególnej chwili w duszy gra, a Gospodarz przeplecie to bożonarodzeniowymi wierszami Ernesta Brylla czy Tadeusza Nowaka, i aż żal, że już trzeba wyruszać na Pasterkę. A ci, którzy pozostają, kolędują niekiedy jeszcze przez wiele nocnych godzin. Co jeszcze mogę do tego dodać? Bóg się w czasie tych pamiętnych Wigilii u Siemiona naprawdę rodzi!

 

                     

     Kolędnicy mniej więcej tacy jak na Wigiliach u Siemiona

23:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 grudnia 2009
Donkiszoteria

     Farma Wiatrowa w Łękach Dukielskich. Jej istnienie odkryłem którejś czerwcowej nocy na dość odległych od niej Przymiarkach, gdy nagle wszystkie moje zmysły stanęły dęba – ki diabeł? A raczej ki diabły? Pięć par gorejących ślepiów, które zapalały się i gasły, śledziło każdy mój ruch: małego robaczka próbującego wygramolić się niezdarnie z samego jądra ciemności, a bez latarki nie przypominającego nawet świetlika polatującego nad ciemnymi sylwetkami krzewów. Reszta się zgadzała: znajoma krawędź lasu, znajomy kształt wzgórza z samotnym słupem triangulacyjnym na szczycie etc., tylko te tajemnicze światła widniejące tam, gdzie przedtem ich nie było! Nic zatem dziwnego, że na drugi dzień podążyłem w tamtym kierunku wczesnym przedpołudniem, a gdy w końcu dotarłem w pobliże Wietrzna (!), stanąłem jak wryty. Pięć białych wiatraków-olbrzymów mieliło powietrze na takich wysokościach, że po zadarciu głowy w górę odniosłem wrażenie, iż rozkołysało się niebo. Każda z turbin ma bowiem sto metrów wysokości, a promień wirnika czterdzieści osiem metrów! Nic zatem dziwnego, że choć to przecież dzieło rąk człowieczych, człowiek u ich podnóża odczuwa całą swoją znikomość, więc z najwyższym trudem powstrzymałem się przed padnięciem przed nimi na kolana! I Bogiem a prawdą absolutnie bym się nie zdziwił, gdyby ktoś o bardziej wybujałej wyobraźni ujrzał w tym rozwirowaniu skrzydeł Matkę Boską. Nie będą to, niestety, pastuszkowie, bo od kilkudziesięciu lat nikt tych wzgórz już nie wypasa, ale ten ktoś na pewno powiązałby to z osobą św. Jana z Dukli i spod  Pustelni dwa razy do roku wyruszałyby ku Łękom potężne procesje.

                  

                       Farma Wiatrowa w Łękach Dukielskich

     Zapamiętajmy, że tę farmę wybudowała firma portugalska „Martifer”, a w Portugalii znajduje się, jak wiadomo każdemu mieszkańcowi nie tylko Łęków Dukielskich, Fatima, gdzie trzem pastuszkom z Aljustrel po raz pierwszy objawiła się pewnego (niby feralnego) dnia Matka Boska, polecając im odmawiać różaniec, by wyprosić pokój dla świata, co dziwić nie powinno, bowiem 13 maja 1917 roku nadal trwała pierwsza wojna światowa, a po dwu miesiącach na pozycje wojsk angielskich pod Ypres miały spaść pierwsze pociski z gazem musztardowym, zwanym iperytem. Skoro tamto cudowne objawienie, jedno z sześciu, było możliwe w gminie Oure, dlaczego nie mogłoby się coś podobnego wydarzyć w rozmodlonej do granic możliwości gminie Dukla? Nie na darmo miejscowi księża po odmówieniu stosownych modlitw poświęcili teren farmy. Obawiam się jednak, że Pan Bóg tych modlitw może nie wysłuchać zbyt łaskawym uchem. Dlaczego? Ano dlatego, a odniesienie do poprzednich postów Co to jest myśl państwowa? staje się i w tym przypadku kuszące, że aż korci, by zapytać, dlaczego realizacji tej intratnej inwestycji nie podjęła się rodzima firma, Spółka „Inwestycje Wiatr-Projekt” z Rybnika, która we wrześniu 2008 roku miała już wszystkie uzgodnienia i pozwolenia niezbędne do rozpoczęcia budowy farmy? Zapewne miała „uzgodnienia i pozwolenia” na budowę kolejnych farm wiatrowych na Dukielszczyźnie (w gminie Bukowsko, sześć turbin, oraz w okolicach Nowotańca, dziewięć turbin) i też odstąpiła je firmie portugalskiej za ciężkie pieniądze, będące jednak śmiesznymi groszami w porównaniu do przyszłych zysków (koszty budowy takich farm zwracają się już po około siedmiu latach), które w obecnym stanie rzeczy będą transferowane nie do naszego kraju przecież! Portugalscy pastuszkowie pobili zatem polskich pastuszków na głowę, a Matka Boska Dukielska oniemiała z wrażenia! 16 czerwca podczas uroczystego otwarcia farmy na mocno wątpliwą osłodę gościom i mieszkańcom Łęk Dukielskich firma „Jaś Wędrowniczek” z Rymanowa zaserwowała wspaniały tort, a wątpliwości, które w niektórych głowach mogły się zrodzić, skutecznie zagłuszył zespół folklorystyczny „Łęczanie”, śpiewając być może: Łoj, dana, dana, nie ma tej fermy dla nas, dla nas, dla nas, łoj, dana dana!

 

               

                                Matka Boska Fatimska

 

     Skoro kalkulacje polskiej firmy były tak błędne, to czy jakiś Błędny Rycerz też się tu pojawi? Niewykluczone. Może będzie nim właściciel stadniny koni w Iwoniczu-Zdroju. Co najmniej pięciu koni – bez stajennego. Więc gdyby nie kilka młodych dziewczyn-wolontariuszek, które je obrządzają z miłości do tych pięknych zwierząt, byłyby zapewne takim samym obrazem nędzy i rozpaczy, jak całe otoczenie tego Zdroju. Na tych koniach nikt z kuracjuszy czy turystów jeździć nie może. Tylko  dziewczyny-wolontariuszki galopują na nich z rozwianymi włosami po leśnych drogach ku Przymiarkom, mijając w pędzie takich wędrowców jak ja. Wiadomo, że właściciel iwonickiej stadniny koni byłby idealnym kandydatem na Błędnego Rycerza, nie wiadomo jednak, z którym spośród tych pięciu wiatraków na poddukielskiej Farmie powinien się zmierzyć i która z owych dziewczyn zostanie przez niego obwołana donną Dulcyneą.

     Skoro zajmowanie się końmi wydaje się właściciela tej stadniny mało obchodzić, to być może czytanie romansów rycerskich jest jego głównym zajęciem. Po pewnym czasie może tak jak Don Kichot zatracić poczucie rzeczywistości. A gdy spośród tych dziewczyn wybierze sobie damę swego serca i uzna, że jej honoru musi bronić i walczyć o jej dobre imię (na wszelki wypadek do żadnej z tych młodych amazonek nie zakrzyknę, gdy będzie mijała mnie w galopie, żeby nie napytać sobie biedy), to dalszy ciąg można sobie wyobrazić. Jedna z coraz bardziej zaniedbanych klaczy otrzyma imię Rosynant i zostanie zmuszona do truchtu w kierunku Łęków Dukielskich, i do dźwigania na wychudłym grzbiecie rzeczywiście błędnego człowieczynę w tekturowej zbroi i z wykonaną z lekkiego tworzywa ogromną kopią dawnej rycerskiej kopii, której by przecież nie uniósł, nie mówiąc o rzuceniu jej w kierunku wirującego na podniebnych wysokościach skrzydła wiatraka!

     Pozostaje jeszcze do obsadzenia rola giermka. Wiadomo, że Sancho Pansa był realistą jak ja. Ale nie wiem, jak bym się zachował, gdyby Błędny Rycerz przejeżdżając koło „Zofiówki”, z której bym akurat wyszedł udając się w górki w stroju też nieco staroświeckim, przemówił do mnie nagle w te słowa: „Wiedz, Januszu, że te wszystkie burze, które nami teraz trzęsą, są nieomylnym znakiem, że wkrótce wszystko się wypogodzi i fortuna ku nam się obróci, boć zarówno szczęście, jak i nieszczęście trwać długo nie może, z czego wynika, że po tak długich nieszczęściach teraz kolej na szczęście!” Mój Boże, kto z nas nie pragnie szczęścia?!

                

   Don Kichot walczący z wiatrakiem (il. Gustave Doré)

00:02, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 grudnia 2009
Sezon biegowy na Przymiarkach, czyli lasy połemkowskie

     Dla doktora Janusza Lubasia zaczął się on już w październiku, o czym wspomniałem, natomiast dla mnie dopiero 19 grudnia. Przed wyjściem z „Zofiówki” spojrzałem raz jeszcze przez okno na sikorki fruwające wokół „ptasiej stołówki”, którą kilka razy dziennie zaopatruje pani Jo w kule tłuszczowe z ziarnami ze sklepu ogrodniczego po 85 gr/szt, namawiając mnie, na razie bezskutecznie, bym podzielił się z sikorkami i wiewiórkami łuskanymi orzechami z wielkiego wora uzbieranego przeze mnie w zdziczałym sadzie orzechowym, gdy nagle oko moje spoczęło na martwej sikorce spoczywającej z uniesionymi w górę i podgiętymi łapkami we wgłębieniu na daszku tuż za moim oknem! I przypomniał mi się wiersz pewnego poety szwedzkiego, zatytułowany Wigilia wróbelka, zamarzniętego i rozdeptywanego butami przechodniów na sztokholmskim chodniku w dniu wigilijnym, a raczej ten fragment wiersza, gdzie ten rozdeptany wróbelek spoczął w końcu „w poświęconej ziemi pod swoim sercem”… Ta sikorka Wigilii jednak nie doczekała – może to sprawka tego paskudnego kocura, który od czasu do czasu defiluje przed moim oknem, z mordą otłuszczoną i wyraźnie znudzoną?

     Dlatego dopiero po długiej zadumie wyszedłem na dwór prawie o godzinie czternastej, przypiąłem narty i specjalnie przejechałem przez cały deptak, budząc wśród kuracjuszy zdumienie, jakbym był co najmniej Marsjaninem z czasów, gdy ta planeta nie została jeszcze spenetrowana podczas kolejnych misji marsjańskich w rodzaju Mars Global Surveyor z roku 2004. Natomiast starsi iwoniczanie tylko wzdychali na mój widok, a ratownik z Zakładu Przyrodoleczniczego wyartykułował to, co pod tym wzdychaniem się kryło: „Gdy patrzę na pana, odczuwam nostalgię za latami młodości, za zimami z ogromną ilością śniegu, które trwały tu co najmniej trzy miesiące jeszcze w latach siedemdziesiątych, i widokiem setek narciarzy śmigających wokół Zdroju od rana do nocy – całe rodziny wybiegały z chałup na nartach częstokroć własnej roboty i wystruganych z jesionowego drewna; to była tutaj tradycja z dawien dawna, piękna tradycja… Nafciarze biegali zimą na nartach do roboty, po górkach i dolinach, całymi kilometrami, a teraz dojeżdżają samochodami, wszyscy wozimy dupy samochodami, bo wciąż gonimy za własnym ogonem, szlag by to trafił! Proszę pozdrowić ode mnie Przymiarki, gdzie cudownie mi się kiedyś biegało!”

     Od skoczni zacząłem się wspinać „jodełką” nie szlakiem turystycznym, rozjeżdżonym okropnie, lecz dawnym traktem spacerowym po lewej stronie, gdzie w październiku, schodząc tamtędy nocą z Wojtkiem Szczepanikiem, odrzuciliśmy na bok stosy zwalonych na ścieżkę gałęzi i konarów w ramach uprawiania myśli państwowej, dzięki czemu obecnie bez większego trudu znalazłem się na górze, gdzie podejścia były znacznie łagodniejsze, ale w październiku zatarasowane zostały zwalonymi drzewami, które musieliśmy z Wojtkiem z konieczności obchodzić. Liczyłem na to, że od tamtej pory pracownicy nadleśnictwa Dukla zdołali już uprzątnąć z tych drzew trakt spacerowy, więc po kilkunastu minutach znajdę się na Przymiarkach, i nie pomyliłem się w swoich rachubach, nie wziąłem jednak pod uwagę faktu, że wspomniane nadleśnictwo nawet wokół Zdroju nie uprawia myśli państwowej, przeto nie mogło jej uprawiać na tym odludziu. Owszem, obok traktu widniały ładnie ułożone sągi z drewnem opałowym na sprzedaż, natomiast na samym trakcie piętrzyły się w kilku miejscach stosy odciętych gałęzi, więc o ominięciu ich na nartach nie mogło być mowy. Przez ponad dwie godziny ściągałem przeto na bok te konary i gałęzie, żałując, że nie przytroczyłem do plecaka piły spalinowej, bo wówczas bzyk-bzyk-bzyk i nie musiałbym się tak strasznie umęczyć ani mieć dwu niezaplanowanych dziur w spodniach narciarskich, gdy wreszcie mogłem pobiec w kierunku Przymiarek.

     To bzyk-bzyk-bzyk na polecenie pana leśniczego powinni oczywiście zrobić jego pracownicy oraz obowiązkowo po cięciu drewna oczyścić trakt spacerowy, którymi chodzili przedtem iwoniczanie z psami, a nawet jechały tędy dziewczyny na koniach, ale, jak słusznie utrzymuje pan Czesław Aleksiewicz z „Sanato”, trzeba mieć mózg, żeby się odmóżdżyć! Nawiasem mówiąc nie dziwię się zbójeckim praktykom pracowników tego nadleśnictwa (uzyskać tylko tak zwaną grubiznę na sprzedaż, a resztę zostawić na pastwę losu), ponieważ  lasy wokół Zdroju zostały w majestacie wówczas obowiązującego łupieskiego prawa zagrabione Załuskim, natomiast te Łemkom. Być może pan nadleśniczy nie wie, że Łemkowie nadal domagają się zwrotu przynajmniej zagrabionych im lasów, ale ja o tym wiem, ponieważ utrzymuję z potomkami wypędzonych stąd Łemków kontakty nie tylko listowne. Niestety, nasze państwo, które niedawno chciało być czwartą Rzeczypospolitą, twierdzi w majestacie jaskrawego bezprawia i niesprawiedliwości – w NASZYM, przypominam, imieniu – że roszczenia Łemków są przedawnione, co jest łgarstwem godnym najlepszych sowieckich wzorów. Łemkowie posiadają bowiem pisemne dowody na to, że od kilkudziesięciu lat domagali się zwrotu tych lasów, a nasze ministerstwa, w tym leśnictwa, twierdzą, że żadne takie pisma do nich nie wpłynęły. Wspomniany przeze mnie Czesław Aleksiewicz wraz z żoną Janiną mogliby opisać, jak to w praktyce wyglądało, gdy z Ministerstwa Zdrowia „wyparowała” teczka z oryginałami pism, gdzie czarno na białym stało, że mają oni dożywotnio zagwarantowane prawo przynajmniej do mieszkania w zagrabionym, czytaj: upaństwowionym „Sanato”, po czym Urząd Gminy wraz z Dyrekcją Uzdrowiska pokazowo ich stamtąd, bo w asyście milicjantów, wyeksmitował, każąc im kopiami tamtych dokumentów podetrzeć sobie tyłki, a działo się to już w roku 1979!

     Tak więc częściowo obdarty i ogromnie zmachany dotarłem w końcu do Przymiarek, gdzie już zapadał zmrok i gdzie wpierw wybadałem grunt, zjeżdżając po spadzistym stoku ku Potokowi Wóleckiemu i czując się jak cesarz japoński zsuwający się na nartach majestatycznie i jak na zwolnionym filmie w dół, nie mając jednak za sobą dostojnej Ni, opiekunki cesarza, ani towarzyszącego mu orszaku zgiętych w niskim pokłonie dworzan, albowiem gruba warstwa dziewiczego śniegu jedynie na taką jazdę pozwalała. Następnie w nieco szybszym tempie wytyczyłem sobie na następne dni wielokilometrową trasę biegową między zdrojami (Iwoniczem a Rymanowem), po czym wracałem w ciemnościach rozświetlonych śniegiem na ostatnich nogach, bo dopadł mnie okropny głód. Ale nic to, ponieważ było tam tak pięknie, że chciało mi się śpiewać, światła iwonickiego zdroju wyłaniały się nad lasem jak słońce o świtaniu, a w samym lesie drzewa osypały się nagle nade mną chorałem śnieżnego pyłu, więc choć jestem ostatnio bardzo szczęśliwy, przepełniło moją duszę dodatkowe uczucie szczęścia wręcz nie do pomieszczenia w piersiach…

 

                                       

                                        Przymiarki o zachodzie

00:02, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 grudnia 2009
Specjaliści, czyli inauguracja sezonu zimowego w Iwoniczu-Zdroju

     Rozumiem, że lekarze muszą się specjalizować. Czasy, gdy balwierz upuszczał krew, nastawiał kości i wyrywał cęgami zęby, raczej już dawno minęły. Chociaż na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku sławny lekarz iwonicki dr Józef Aleksiewicz, specjalizujący się w ortopedii, po odebraniu mu przez zdziczałą komunistyczną tłuszczę kliniki „Sanato” wyrwał ze skrywaną satysfakcją cęgami ząb jakiemuś ubekowi, który chcąc sprawdzić, czy Doktor nie pobiera honorariów za być może świadczone pokątnie usługi w swej dawnej klinice, poskarżył się nieopatrznie, że boli go ząb. Doktor wyrwał mu jednak ząb znajdujący się obok, zdrowy, i ten ubek już nigdy więcej go nie nachodził, ponieważ po kilkunastu wizytach musiałby pobrać tak zwane zęby państwowe, a ich nieskazitelna biel nie pozwalałaby mu szpiclować! Nie sądzicie jednak, że za dużo pojawiło się wokół nas rozmaitych specjalistów? Gdy pisałem o testosteronowych chłopcach, nie dodałem, że bez prowadzącego ich doradcy, który ma pod opieką około siedemdziesięciu kulturystów, nie mieliby oni szans na odniesienie sukcesu. To on sprawdza specjalnymi szczypczykami warstwę tłuszczu na mięśniach, to on ustala reżim treningowy oraz dietetyczny, wyznacza ilość odżywek, sterydów do połknięcia przy każdym posiłku etc.

     Ostatnio chodząc po traktach spacerowych wokół Zdroju widzę coraz więcej kuracjuszy z kijkami trekingowymi w rękach, co początkowo wzbudzało we mnie uśmiech politowania, dopóki się nie dowiedziałem, że prosta wydawałoby się czynność wymachiwania kijkami w rytm kroków też wymaga specjalistycznego treningu, w dodatku suto opłacanego, ponieważ trenerzy wprowadzający do rozruchu na iwonickich traktach spacerowych adeptów tego typu rekreacyjnych zabaw dobrze się cenią! Hm, gdy idę szybkim krokiem, nie muszę pamiętać o wymachiwaniu rękoma w odwrotnym od stawianych kroków szyku, czyli gdy wymachuję prawym ramieniem, automatycznie wysuwam w tym samym momencie lewą nogę do przodu i vice versa, bo jest to oczywiste i zgodne z odwieczną logiką ludzkiego poruszania się przy szybkim marszu, ale właśnie na tym polegają tajniki Nordic Walking, za których zdobycie co zamożniejsi kuracjusze muszą słono zapłacić.

 

                          

     W sezonie zimowym, w kopnym śniegu trudno jest uprawiać ten sport. Gdyby jednak amatorzy tej zabawy zechcieli biegać na nartach jak ja (Nordic Walking, zwane „chodami nordyckimi”, wziął przed trzydziestu laty początek od intensywnych treningów w lecie fińskich narciarzy biegowych), zamiast ustawiać się w kolejce pod miejscowym wyciągiem na „oślej łączce” i znowu płacić za zjazdy, które na moich biegówkach są zaprawą do prawdziwych zjazdów na innych zboczach, choćby przymiarkowskich, to po prostu nie mogliby inaczej biegać. Nie chcę ich bynajmniej straszyć, ale kilka ofiar zjazdów, spowodowanych brakiem odpowiedniego wytrenowania, w sanatoriach iwonickich  już spotkałem – wypadki te miały miejsce zazwyczaj w Tatrach; moi znajomi zakopiańscy ortopedzi na nartach wyłącznie biegają, ponieważ na co dzień mają do czynienia z młodymi zjazdowcami o zniszczonych stawach nie tylko kolanowych, w przeciwieństwie do doktora Janusza Lubasia, też ortopedy, ale z Iwonicza-Zdroju, który niepomny tego, że wiosną wracał z Alp o kulach, czyni przygotowania do kolejnego sezonu zjazdowego. Niedawno spotkałem go o wczesnym zmierzchu na Przymiarkach – zbiegał z góry z kijkami trekingowymi, ćwicząc z zapamiętaniem skręty i wykonując gwałtowne ruchy całym, już prawie siedemdziesięcioletnim ciałem.

     – Dobry wieczór, panie doktorze, czy nie pora przerzucić się na narty biegowe?

     – Aaaaa, dobry wieczór! I raz, i dwa, i raz, i dwa, o tak, o tak, świetnie, świetnie! Na wiosnę pojechałem w Alpy bez przygotowania – i to był poważny błąd, którego już teraz nie powtórzę! A na biegówkach sezon zainaugurowałem już w październiku…

     – W Tatrach?

     – Tu na Przymiarkach, gdy śnieg się uleżał… Przez jeden dzień, ale dobre i to! I raz, i dwa, i raz, i dwa, o tak, o tak! A Strindberga sobie czytam, siedząc w fotelu i spoglądając spod oka na żonę… Ona swoje wie, patrząc na mnie, i ja swoje wiem dzięki Strindbergowi w pańskim przekładzie… Do widzenia!  I raz, i dwa, i raz, i dwa, o tak, o tak, świetnie, świetnie!

     Ja natomiast zainaugurowałem sezon zimowy w Iwoniczu-Zdroju tak naprawdę dopiero wczoraj (dzień wcześniej tylko trochę potrenowałem na trawiastych zboczach pokrytych wystarczającą jak tam warstwą śniegu). Ubierając się niezbyt wczesnym popołudniem, pomyślałem, że tym razem spróbuję zjechać trzykilometrowym zjazdem w dół od transformatora nad „Bełkotką” do Lubatówki. Tam są jedynie trzy miejsca, gdzie można wyhamować, a ponadto ta moja ulubiona w okresach, gdy nie ma za dużo śniegu, „nartostrada” wyślizgana i rozjeżdżona jest przez traktory zwożące drewno, niezbyt szeroka dla nart biegowych, z poboczami mało zachęcającymi do wylądowania na nich w razie potrzeby, bo po prawej głęboki rów, za nim zakrzaczone zbocze, a po lewej najeżone drzewami i przepaściste w wielu miejscach stoki zbiegające ku potokowi. Ostatni mój marcowy zjazd na tej drodze niezbyt mile wspominam, bo w momencie nabrania największej szybkości w trakcie pokonywania najwyższego wzniesienia moje oczy skonstatowały po wyjściu z zakrętu, że dalej jest rozjeżdżone ciasto śniegowo-gliniaste najeżone kamieniami – przeto poleciałem z rozpostartymi jak ptak rękami przed siebie, a potem do tyłu, by w momencie wyhamowania ciałem stwierdzić, że wszystkie członki są all right, natomiast utytłany jestem bardziej niż najbardziej utytłana świnia! Musiałem oczywiście zawrócić, a po dwustu metrach spotkałem Wojtka Szczepanika z psem, który akurat zjechał z Jeleniej Góry do siostry, więc de facto bardzo na tym zdarzeniu skorzystałem…

     Pomny jednak tamtej przygody wpakowałem do plecaka poduszkę (serio!) i ruszyłem. Nie drogą do „Bełkotki”, lecz od strony „Excelsioru” dziką przecinką leśną, ponieważ było tam co podziwiać w tej głuszy. Jodły oblepione zostały po raz pierwszy od października śniegiem, wokół skakały sarny, istne cuda! W końcu dotarłem do transformatora i ruszyłem w dół, w najbardziej stromych miejscach wyhamowując, bo rzucało mną w wielu miejscach niemiłosiernie na narzuconych kołami traktorów kamykach. Na tym największym zjeździe (pamiętnym z marca) już tylko polecałem duszę Bogu, bo miotało mną od krawędzi do krawędzi, gdy przy wyjściu z owego feralnego w marcu zakrętu moje oczy skonstatowały, że tym razem drogę zagradza mi nadjeżdżający od dołu traktor ciągnący za sobą cztery pary sań z radosnymi młokosami. Zerknąłem tylko w prawo i widząc rzadkie zarośla, skręciłem gwałtownie, przelatując nad głębokim rowem, po czym bezpiecznie zatrzymałem się w krzaczorach, trzymając się ich, bo narty zaczęły zjeżdżać w tył ku rowowi. Traktor się zatrzymał, chłopcy zaczęli mi bić brawo, ukłoniłem się więc jak należy, rozpiąłem narty i już bez przeszkód dojechałem na sam dół do asfaltowej drogi ku Lubatowej. Rozochocony tą kawalerską jazdą pobiegłem ku drodze wznoszącej się od kościoła ku Zdrojowi i po długim podchodzeniu, a następnie zjeździe w dół przez Turkówkę, znalazłem się rozgrzany jak koń dorożkarski, prrrrrrrrrrrrrrr, w „Zofiówce”. Wykąpałem się i nie myśląc o jedzeniu zagrzebałem się w łóżku, gdzie przez kilka godzin (noce znowu zarywam) spałem jak suseł, chrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr… 

00:40, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 grudnia 2009
Co to jest myśl państwowa? (2)

     Podkusiło mnie, by rozszerzyć ten post do dwu odcinków, mimo iż w poprzednim powiedziałem właściwie wszystko, co zamierzałem powiedzieć. Pokusę tę znalazłem w komentarzu jednej z moich czytelniczek o kryptonimie di, która po ogólnym stwierdzeniu: …u nas myśl państwowa w umysłach ludzi kojarzy się nadal z grabiami, które wiadomo, jak grabią... Skojarzenie z „grabić”, „ograbiać” jest oczywiste! Bo państwowe, to niczyje! A państwo, to Oni!, odniosła się na końcu do czasu ściśle określonego: A teraz […] myśl państwową odgrzewa się przy okazji kolejnych tromtadracko obchodzonych rocznic „cudów nad Wisłą” przeróżnego typu!, czyli do tej sfery naszego życia społecznego, którą w swoich refleksjach staram się pomijać, ponieważ dla mnie ważniejsza była myśl państwowa uprawiana w swoim czasie przez Eugeniusza Kwiatkowskiego, niźli przez Romana Dmowskiego, nie ukrywam bowiem, że myślenie pozytywistyczne zawsze było mi bliższe od myślenia politycznego, szczególnie w czasach, moich czasach, gdy o naszej doli czy niedoli decydują w ogromnej mierze nie mężowie stanu, lecz menedżerowie wielkich korporacji gospodarczych i finansowych. O myśli państwowej uprawianej we współczesnej Polsce wolałbym się nie wypowiadać, bo jest ona równie obskurna jak ta uprawiana przez wspomnianą przeze mnie trojkę Jeźdźców Apokalipsy!

     Nie zdziwiłbym się, gdyby działali oni w Samoobronie Rzeczpospolitej Polskiej, o czym mogły świadczyć i biało-czerwona opaska na ramieniu tego, kto kroczył na ich czele, i rozpięte rozporki u dwojga pozostałych, być może będące pokłosiem sławnej afery rozporkowej z udziałem prominentnych członków owej sławetnej partii lewicy narodowej, socjalizmu chrześcijańskiego i agraryzmu, występującej przeciw legalizacji eutanazji i aborcji, ale opowiadającej się za legalizacją… marihuany, co w doktrynie agrarystycznej mieści się jak najbardziej, głosi ona bowiem, że podstawą gospodarki jest rolnictwo oparte na samodzielnych gospodarstwach rolnych, specjalizujących się zapewne w uprawie konopi indyjskich. Znana ona była również z afery taśmowej, którą starała się pogrążyć swoich koalicjantów z PiS, partii bezprawia i niesprawiedliwości od samego zarania, wywodzącej się bowiem z Porozumienia Centrum, partii braci Kaczyńskich i innych czołowych obecnie polityków PIS, która na początku lat dziewięćdziesiątych uwłaszczyła się na wielomiliardowym wówczas, a według obecnych szacunków wielomilionowym majątku państwowym, czyli, jak już wiemy z poprzedniego odcinka, NASZYM, przejmując za darmo kilka budynków dawnego koncernu RSW „Prasa” znajdujących się w samym centrum Warszawy. Znam te budynki, ponieważ na samym początku lat siedemdziesiątych zachodziłem do nich z upoważnienia mej redakcji.   

        

     Afery z udziałem Samoobrony RP to przy tym pestka, choć trzeba przyznać, że były bardziej widowiskowe, bo z udziałem nie szczwanych lisów politycznych, jak bracia Kaczyńscy, lecz Marchołtów grubych a sprośnych jak Stanisław Łyżwiński, względnie rozbuchanej klaczy partyjnej, Renaty Begier, tej od afery taśmowej, której można wybaczyć fałszerstwa wyborcze, bo nie każda posłanka przyzna się do tego, że ma kurwiki w oczach i że lubi seks jak koń owies! Inne partie, działające w polskim parlamencie, odróżniają się od tamtej jedynie rodzajem afer, wstrząsających raz po raz tak zwaną opinią publiczną. Ostatnio mieliśmy do czynienia z aferą hazardową, z udziałem dwu czołowych polityków  (czyżby Chlebowski robił to dla chleba?) partii rządzącej, lobbujących na pewno nie bezinteresownie na rzecz właścicieli kasyn. Skarb Państwa (Państwo to My!) mógł na tym stracić nawet trzy miliardy złotych! Partiami te afery też wstrząsają, z tym że te największe otrząsają się z nich jak nierasowe kundle z brudnej wody, i nadal merdają ogonami w kierunku swych potencjalnych wyborców oraz szczekają donośnie o swych powinnościach wobec ukochanej ojczyzny i drogich obywateli. Nie dziwcie się zatem, że od wielu lat nie chcę oglądać tego cyrku, preferując w telewizji kanały wyłącznie niepublicystyczne, przeto jedynie z drugiej ręki dowiedziałbym się o tym, że na przykład nasz wspaniały prezydent wjechał do Sejmu na białym rumaku, by wypłazować dziecinną szabelką (prawdziwej szabli by nie uniósł) premiera Tuska!

     Ostatnio jakaś przeglądarka internetowa podała jednak wiadomość, która mną również wstrząsnęła. Dałbym bowiem głowę, że spośród tej bandy cwaniaczków, awanturników i durniów, a nawet psychopatów politycznych przynajmniej jeden z senatorów uprawiał przez cztery kadencje myśl państwową. Senator szczególnie mi bliski duchowo, nie dlatego że jako prawnik zajmował się w okresie stanu wojennego obroną osób oskarżanych w procesach politycznych, mimo iż jest to chwalebne, ale dlatego że był współautorem scenariuszy do siedemnastu filmów Krzysztofa Kieślowskiego, w tym Podwójnego życia Weroniki, Trzech kolorów czy… Dekalogu! Chodzi oczywiście o Krzysztofa Piesiewicza, który poza pieleszami domowymi (ma żonę i dwoje dorosłych dzieci) oddawał się od ponad roku z paniami wątpliwego autoramentu dziwnym a zdrożnym zabawom, z których prokuraturę zainteresowała najbardziej ta, iż wciągał do nosa kokainę, a nie te rozgrywające się w intymnych sytuacjach, i nie ta, iż pozwalał sobie malować usta szminką. Te same usta, które broniły kiedyś więźniów politycznych, a w ciągu ostatnich kilkunastu lat odnosiły się w Senacie RP do wielu bardzo trudnych moralnie tematów, występując niedawno przeciw zaśmiecaniu Konstytucji zmianami dotyczącymi kwestii in vitro czy przymusowej kastracji pedofilów, w czym popieram go bez zastrzeżeń, gdyż wszystkie jego wystąpienia były przejawami myśli państwowej (obywatelskiej) najlepszej próby, czego podwójne życie senatora nie jest w stanie przekreślić, z tym że przekreśliły jego karierę polityczną, co każdego człowieka myślącego musi napawać szczególną goryczą, bo któż go zastąpi?

     W tej sytuacji pozostaje jedynie wierzyć, że praca pozytywistyczna od podstaw w obecnej polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej ma głęboki sens, że trzeba nam nowych Świętochowskich, takich jak mój niedawno zmarły przyjaciel Grzegorz Roszko, poeta, malarz, muzyk, twórca i wieloletni kustosz Muzeum Pozytywizmu w tej samej, przepojonej duchem Aleksandra Świętochowskiego, Gołotczyźnie. Grzegorz uczył dzieci z mazowieckich wsi malować, rzeźbić, grać na instrumentach, zapoznawać się z regułami twórczości literackiej i dziennikarskiej, a także z istotą myśli państwowej w jej elementarnym wydaniu. Tej myśli na pewno nie uprawia nadleśniczy zarządzający w imieniu państwa, a więc nas wszystkich, lasami wokół iwonickiego uzdrowiska. Pisałem kiedyś o obrazie nędzy i rozpaczy rozciągającym się wokół uzdrowiskowych traktów spacerowych, o koszmarnie zaśmieconych lasach – z butwiejącymi pniami zwalonych drzew, niekiedy pociętych piłą spalinową, i stosami gałęzi, których nikt nie uprząta, nie mówiąc o rozjeżdżonych niemiłosiernie przez ciężkie pojazdy nieutwardzonych drogach, ale dopiero niedawno dowiedziałem się od jednego z tutejszych mieszkańców, że iwoniczanie uprzątnęliby te lasy błyskawicznie, gdyby nadleśniczy im na to pozwolił nieodpłatnie, jednakże on woli, żeby to wszystko zbutwiało, będąc żerem dla groźnych szkodników leśnych, niż żeby wpuścić do lasu mieszkańców, którzy by ten potworny bardak uprzątnęli z korzyścią dla wszystkich, jako że pensje na Podkarpaciu są bardziej niż mizerne…

     Gdyby to się działo w Szwecji, to ten nadleśniczy, kierujący się zapewne bzdurnymi przepisami, za gruntowne oczyszczenie tych lasów musiałby sporo z naszych wspólnych pieniędzy ludziom dopłacić, ale o tym zapewne nie wie. Chwała Bogu, że nie wie również o tym, iż pod jego bokiem ktoś ośmiela się uprawiać myśl państwową! Gdy ostatniej zimy lub podczas tegorocznych październikowych opadów śniegu małe jodełki dławiły się pod ciężarem śniegu, codziennie przez wiele godzin szedłem i uwalniałem je ze śnieżnych sideł, w razie konieczności podpierając je patykami – w nadziei że wyrosną z nich potężne jodły, które zaszumią na pewno już dla innych. Nauczył mnie tego oczywiście Wojtek Szczepanik, pokazując mi, jak należy uprawiać tę myśl i w górach izerskich czy karkonoskich, gdzie każdą sadzonkę należałoby chronić własnym ciałem, i tutaj…

 

                       

                                              Las jodłowy

00:08, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2009
Co to jest myśl państwowa?

     Gdy przed dwoma tygodniami po raz ostatni wracałem z jabłkami ze zdziczałego sadu – szara reneta przetrwała październikowe śniegi i listopadowe przymrozki – obok Centrum Rehabilitacji Rolników KRUS w Iwoniczu-Zdroju, ujrzałem dobrze już podpitych trzech „kuracjuszy” z nieodłącznymi papierosami w gębach aż proszących się o tak zwaną piąchę, którzy po wytoczeniu się stamtąd podążali w kierunku zbawczego baru „Na Górce”, zagadując do siebie bełkotliwie. Przewodził im barczysty chłopek-roztropek w kurtce z rękawami, pośrodku których widniała biało-czerwona opaska! Nie zdziwiłbym się, gdyby pod kurtką prężył się pod szyją biało-czerwony krawat! Pomyślałem sobie: „Jaka szkoda, że nie ma tutaj Jerzego Dudy-Gracza, tego od sławnej trojki z betoniarką, czyli Jeźdźców Apokalipsy, ale przede wszystkim od wstrząsającego cyklu Dialogi Polskie…” Po obejrzeniu tego cyklu wystosowałem do malarza list opatrzony datą 30 kwietnia 1985:

     Drogi Panie Jurku! Zostałem wręcz porażony Pańską wystawą w „Zachęcie”, dokonał Pan bowiem istnej rewolty w malarstwie polskim. W literaturze nie brak było Brzozowskich, Witkacych, Gombrowiczów, malarstwo natomiast nie wydało do czasu Pańskiego wystąpienia dzieł tak wielkich. Zdawało mi się w pewnej chwili, że przekroczył Pan granice malarstwa. To cudowne zespolenie wszelkich możliwych żywiołów w Pańskiej twórczości z ostatnich paru lat nasunęło mi porównanie z „Blaszanym bębenkiem” Grassa. Böll powiedział, że krytycy do końca stulecia nie zdołają strawić tej powieści. Jeśli chodzi o Pańskie malarstwo, powiedziałbym to samo.

     Znałem Pańską twórczość od samego początku, był mi Pan bliski, ale szok, którego doznałem po obejrzeniu Pańskich obrazów z „cyklu polskiego”, świadczy o niesamowitym skoku, jakiego dokonał Pan w ostatnim czasie. Przy tym wszystkim bledną Pana kuglarstwa, maestrie formalne. Jakże Pan pięknie zaistniał w sztuce polskiej – w tym „marnym, jałowym czasie”! Pan jest tą Pietą, która Polskiego Pijaczka, bełkoczącego o ojczyźnie, powinnościach artysty w obliczu zewnętrznego zagrożenia, itp., itp. (o ileż groźniejsze jest zagrożenie od wewnątrz!) przytula do swych piersi.

 

  

                     Jerzy Duda-Gracz Jeźdźcy Apokalipsy

     W tym momencie krusowscy „jeźdźcy Apokalipsy” wtaczali się już do baru, by po wcześniejszych kąpielach solankowych, w których zanurzali się jedynie do szyj, domoczyć sobie gardła w „aqua vitae” (wodzie, czytaj: wódzie życia, czyli staropolskiej okowicie), z tym że nawet ten pijaczek z patriotyczną opaską na ramieniu nie bełkotał o ojczyźnie itp., bo idąc tuż za nimi słyszałem, co do siebie zagadywali. Mówili bełkotliwie o dopłatach unijnych i o kontrolach z powietrza zleconych przez Agencje Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, a ściślej o tym, komu trzeba dać w łapę, żeby rzekome uprawy na nieużytkach czy zawyżone powierzchnie upraw oraz inne uprawy niż deklarowane stały się prawidłowościami, a niezgodne ze stanem faktycznym ilości bydła hodowlanego nadal ryczały i kwiczały w zagrodowej kontroli wzajemnej zgodności!             

     Idąc do „Zofiówki” pomyślałem sobie, czy ta trojka, będąca reprezentacją polskich rolników w Iwoniczu-Zdroju, uprawia jakąkolwiek myśl państwową? Od ponad sześćdziesięciu lat rolnicy polscy nie mogli uprawiać takiej myśli, bo albo byli okradani przez państwo, albo okradali państwo – i tak jest do dzisiaj. Średnio do każdego hektara rolnicy ci otrzymują około pięćset złotych dotacji, średnie polskie gospodarstwo rolne (od siedmiu do dziesięciu hektarów) przynosi rocznie pięć tysięcy euro dochodu (z obliczeń Instytutu Ekonomiki Rolnictwa, które kontrolowane są zapewne również z powietrza), a co z tego wynika? Przede wszystkim to, że rolnicy nadal nie płacą podatku dochodowego, nadal nie są zobowiązani do płacenia ubezpieczenia uzależnionego od dochodów, a zatem pobierają bezprawnie zawyżone świadczenia emerytalne, żerując na reszcie społeczeństwa, w tym na mnie, „chudym literacie”! Nawet tutaj, w sanatoryjnym życiu, dochodzi do jawnej niesprawiedliwości, bo okazuje się, że tylko krusowcy mogą za darmo zażywać wieczornych kąpieli rekreacyjnych w pięknie wyremontowanym basenie, gdy pozostali kuracjusze, opodatkowywani za nich, muszą za nie płacić, zmuszeni do kąpania się w ogólnodostępnym basenie sanatorium „Sanvit”, dalekim od standardów nie tylko europejskich!

 

                      

                                   Jerzy Duda-Gracz Babie lato      

 

                                                                                       Cdn.

01:50, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »