RSS
czwartek, 21 listopada 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 38)

 

André Gide Ciasna brama. Czytelnik 1958

 

[Młodzieniec z brodą, ubrany na czarno, z nieodłączną Biblią w kieszeni długiego surduta, borykający się nieustannie z problemami duszy i niepokojami zmysłów, typowy wytwór środowiska protestanckiego – taki był wstępujący na drogę pisarską André Gide (1869-1951). I takie było całe jego pisarstwo. I taki już pozostał do śmierci – pełen najosobliwszych sprzeczności.

 

 

             http://jbr.blox.pl/resource/Gide_1893.jpg

 

                                            André Gide w roku 1893

 

 

 

Gdy rozgrzeszało go słońce Algierii i poddawał się głosom natury (swojej też, biseksualnej), pisał językiem biblijnym hymny pogańskie. Gdy w pewnym okresie życia zaczął skłaniać się ku katolicyzmowi, stał się już wkrótce autorem księgi bluźnierczej, bo za taką uznano Lochy Watykanu. Gdy zafascynował się komunizmem, to po podróży do Kraju Rad wystąpił z jego ostrą krytyką, co nie spodobało się innym francuskim sympatykom komunizmu, na przykład Romainowi Rollandowi, który do końca życia wierzył w możliwość dojścia „do pokoju przez rewolucję”. Witold Gombrowicz nie dziwił się tej fascynacji, ale oczywiście złudzeń nie miał, pisząc w swoich Dziennikach: „Ten wilk musiał być wywołany z lasu – teraz idzie o to, żeby nas nie pożarł”.

 André Gide został laureatem literackiej Nagrody Nobla za rok 1947. Wikipedia tym razem nie podaje uzasadnienia, być może zrażona moimi kąśliwymi uwagami pod adresem kilku innych uzasadnień, błędnie przetłumaczonych z języka szwedzkiego. Akademia Szwedzka przyznała mu tę nagrodę „för hans vittomfattande och betydelsefulla författarskap, i vilket mänsklighetens frågor och villkor ha framställts med oförskräckt sanningskärlek och psykologisk skarpsyn” („za jego wszechstronną i znaczącą twórczość, w której problemy i uwarunkowania ludzkiej egzystencji zostały przedstawione z nieulękłym umiłowaniem prawdy i psychologiczną przenikliwością”].

 

 

 

 

 „Nie odczuwamy kajdan i więzów, gdy idziemy z własnej woli za tym, który nas prowadzi. Lecz gdy zaczynamy się opierać i iść w przeciwną stronę – rozrywa nas cierpienie” (Błażej Pascal).

[Tylko jeden cytat, w dodatku cudzy, przecisnął się przez tę rzeczywiście ciasną bramę. W dodatku komentarz do Pascalowego stwierdzenia jest absolutnie zbędny, choć do „własnej woli” można by się przyczepić, ponieważ w tym przypadku jest to wola w znacznej mierze ubezwłasnowolniona].

 

 

 

                                   Fałszerze. Czytelnik 1958

 

Przesądy są podporą cywilizacji.

[Jakich cywilizacji? Tych, które istniały (andyjska, bizantyjska, egipska, helleńska, rzymska, łacińska) czy tych, które istnieją (według Samuela Huntingtona jest ich co najmniej dziewięć, w tym nasza, zachodnia)? Nie użyłem liczby pojedynczej, bo rzeczywiście przesądy najróżnorodniejszego rodzaju były i są podporą wszystkich cywilizacji].

 

Nigdy nie będzie dobrym powieściopisarzem ten, kto nie potrafi słuchać.

[To oczywiste. Nawet przy pisaniu autobiografii trzeba umieć słuchać samego siebie].

 

Są gatunki ryb, które giną, gdy woda staje się mniej czy więcej słona, a inne, przeciwnie, znoszą te zmiany doskonale i przebywają przy brzegu prądów, gdzie woda staje się mniej słona, by pożerać ryby, które słabną.

[Znakomite spostrzeżenie. I zapewne tak samo dzieje się w świecie ludzkim. Kiedy przez kilka lat grałem hazardowo w karty, bezbłędnie wyczuwałem graczy, którzy byli „do pożarcia”, nawet jeśli od dłuższego czasu wygrywali. Wystarczyło poczekać aż osłabną z wyczerpania (po całonocnej sesji następowało to najczęściej o świcie). Przestałem grać, gdy po spłukaniu się do zera jeden z nich powiesił się na drzewie w Lesie Bielańskim – wkrótce po moim wyjściu z domu, gdzie znajdowało się nielegalne kasyno gry].

          http://jbr.blox.pl/resource/hazardzista.jpg

 

Każda z dwóch kochających się istot nieświadomie i mimo woli kształtuje się według wymagań drugiej, pracuje nad tym, by upodobnić się z ideałem (???), który widzi w drugim sercu.

[Tłumacz (redaktor też) musiał być na bakier z polszczyzną, bo upodobnić się można wyłącznie do kogoś/czegoś.

Zakochani, po długoletnim przebywaniu ze sobą, rzeczywiście upodabniają się do siebie nawet fizycznie. Pod warunkiem, że ich miłość nie słabnie (chemia to jeszcze nie wszystko, najważniejsza jest empatia). Wczuwając się w swoje stany emocjonalnie, naśladują podświadomie mimikę twarzy partnera, przez co tworzą się u nich takie same rysy (bruzdy i zmarszczki). Jeśli tego podobieństwa nie widać na twarzach partnerów współżyjących ze sobą przez kilkadziesiąt lat, to nawet gdyby zapewniali głośno o swoim szczęściu i wzajemnej miłości, w istocie zawsze byli sobie obcy].

 

Kto prawdziwie kocha, musi wyrzec się szczerości.

[Zaskakujące stwierdzenie, bo triada: miłość, szczerość, zaufanie wydaje się być nie do podważenia, ale po głębszym namyśle można doszukać się w tym ziarna prawdy. Kochamy przecież partnera wraz z jego niedoskonałościami, które w wyniku różnych okoliczności mogą ujawnić się w każdej chwili. Zbytnia szczerość w takich momentach jest absolutnie niewskazana. W pozostałych chyba też nie warto być szczerym aż do bólu, który możemy nieświadomie komuś zadać].

 

Człowiek odczuwa tylko to, co sobie wyobraża, że odczuwa. Stąd można by wnioskować, że łudzi się, iż odczuwa to, co odczuwa.

[Przy wielu odczuciach, nawet ambiwalentnych, rzeczywiście może się tak dziać. Odczucia subiektywne też mogą pozostawać w kręgu ułud tego rodzaju, jeśli są takimi jedynie w naszym mniemaniu. Nie warto kruszyć o to kopii, jeśli są to wrażenia przelotne, gorzej, gdy krótkotrwałe doznania przeradzają się w stan permanentnego zaburzenia świadomości. Właśnie w takim stanie człowiek „łudzi się, iż odczuwa to, co odczuwa”, gdyż jego sposób myślenia ulega wówczas całkowitej dezorganizacji. Z „szaleństwa duszy”, czyli z psychozy (gr. psyche – dusza i osis – szaleństwo), można się wyleczyć, ale jak przekonać o tym kogoś, kto uważa się za całkowicie zdrowego?].

   

Nie to jest ważne, żeby być szczerym, ale żeby pozwolić innemu na szczerość.

[Trzeba być bardzo uczuciowo zakłamanym, żeby czuć przymus odmieniania słowa szczerość przez wszystkie przypadki].


Wiele rzeczy wymyka się umysłowi, i ten, kto, aby pojąć życie, używa tylko rozumu, podobny jest do tego, kto by chciał schwytać płomień szczypcami. Będzie miał przed sobą tylko kawał zwęglonego drewna, który natychmiast przestanie być płomieniem.

[Czyżby autor sugerował, że należy go chwytać palcami? Jest to jednak kwestia marginalna, bo istota rzeczy nie ulega wątpliwości].

 

Prawda psychologiczna istnieje tylko jako jednostkowe przypadki, ale sztuka istnieje tylko w uogólnieniu. Całe zagadnienie polega właśnie na tym: wyrazić rzeczy ogólne przy pomocy tego, co jednostkowe; wyrazić uogólnienie przez szczegóły.

[Uogólnienie można wyrazić też przez uogólnienie – tak czynią zazwyczaj mężczyźni, uważając, że poprzez babranie się w szczegółach można zatracić sens. Natomiast kobiety uwielbiają szczegóły, szczególnie nieistotne, uważając, i słusznie, że w normalnym życiu bywają one najistotniejsze].

 

Cechą miłości jest to, że nie może nigdy trwać w tym samym stanie, musi zwiększać się pod groźbą, że się zmniejszy, i to właśnie odróżnia ją od przyjaźni.

[Czy mamy przez to rozumieć, że przyjaźń powinna zmniejszać się pod groźbą, że się zwiększy?].

 

Pascal: „W sprawach duszy nie ma nic prostego; i dusza niczemu nie oddaje się po prostu”.

[Imię Błażej jest obecnie bardzo rzadkie. Współczesny Błażej Pascal napisałbym zapewne tak: „W sprawach ciała nie ma nic złożonego, jeśli ciało po prostu się oddaje”].

 

Każdy z nas bierze na siebie dramat według swej miary i otrzymuje swoją część tragizmu.

[Masochiści marzą o otrzymaniu części możliwie jak największej, a ci, którzy nie lubią się umartwiać, najchętniej zrezygnowaliby z przypadającej na nich części na rzecz osób najbardziej potrzebujących – i w ten sposób dramat wyradza się w farsę. Ostatnią postacią naprawdę tragiczną był Kreon].

 

 

                        http://jbr.blox.pl/resource/Antygona_ginie_ale_kleske_ponosi_Kreon.jpg

 

                                 Antygona ginie, ale klęskę ponosi Kreon

 

 

Nieświadomość niebezpieczeństwa ich siłą.

[Zapewne chodzi o dzieci, albo o wariatów. W innych przypadkach, kiedy jesteśmy w pełni świadomi niebezpieczeństwa utraty życia, pojawiają się inne mechanizmy obronne w celu zapobieżenia nadmiernej traumie. Uczucia paniki i trwogi potęgują się tylko w tłumie].

 

W sztuce, a szczególnie w literaturze, tylko ci mają znaczenie, którzy się rzucają ku niewiadomemu. Nie można odkryć nowej ziemi, nie straciwszy z oczu przede wszystkim i na długo brzegu.

[To prawda, ale można przeżyć rozczarowanie, kiedy niewiadome staje się wiadome, dlatego niektórzy artyści czy pisarze wolą trwać w stanie pośrednim między tym a tym. Matematycy nie przeżywają raczej takich dylematów, chyba że w równaniach lub nierównościach nie uda im się znaleźć poszukiwanych niewiadomych, gdyż bez nich rozwiązanie zadań jest niemożliwe (albo inaczej: można je znaleźć jedynie przez rozwiązanie tych zadań, uff!)].

 

Nauczysz się żyć – żyjąc.

[Umierania moglibyśmy się nauczyć, gdybyśmy umierali wielokrotnie, ale jedynie nielicznym szczęśliwcom się to udaje].

 

Ze wszystkiego można zrobić literaturę.

[Nawet ze zużytego papieru toaletowego, ale taka literatura będzie gówniana].


Jestem za paradoksem Wilde’a: natura naśladuje sztukę – i regułą dla artysty jest nie trzymać się tego, co mu podsuwa natura, lecz podsuwać jej to, co mogłaby i powinna naśladować.

[Paradoksy paradoksami, ale poza naśladownictwem natury sztuka próbuje dość nieudolnie dopełniać to, czego nie zdążyła ona wytworzyć. To, że Duchamp domalował wąsy Giocondzie, nie było chyba działaniem zbyt odkrywczym, gdyż nawet młodym brunetkom i szatynkom sypie się wąs pod nosem, a wstawienie do galerii sztuki pisuaru w charakterze fontanny raczej też nie pobudzi natury do naśladownictwa, choćby dlatego, iż zdaje ona sobie doskonale sprawę z tego, że naśladownictwo jest wzbronione].

 

      

                     http://jbr.blox.pl/resource/Duchamp_Mona_Lisa.jpg   http://jbr.blox.pl/resource/Duchamp__fontanna.jpg     

 

 

Język jest (dla mnie) bardziej pouczający niż czyn i, jak sądzę, straciłbym mniej utraciwszy wzrok, aniżeli słuch.

[Ślepcy są raczej innego zdania, ale wyostrzone zmysły, w tym słuch, stanowią rzeczywiście jakąś rekompensatę za utracony wzrok. Procesy kompensacji są samoistne i niezbyt korzystne w sytuacji, gdy odzyskanie utraconej funkcji jest możliwe. Osobiście nie byłbym zachwycony, gdybym musiał stwierdzić: „Od kiedy straciłem wzrok i słuch, wyostrzył mi się węch”. Mam wszystkie zmysły w miarę dobrze rozwinięte – i to mi w zupełności wystarcza do szczęścia, oczywiście też raczej umiarkowanego, bo od nadmiaru szczęścia można podobno zwariować].

 

Nic tak nie łączy ludzi jak wspólne wady i nałogi.

[Z nikim nie łączyły mnie wspólne nałogi, bo takowych nie miałem, być może poza pracoholizmem, ale praca była zawsze moją pasją. Twórczą, bez względu na to, czy wykonywałem ją rękoma, czy umysłem. Niestety nikt z moich bliskich tego nałogu czy tej pasji nie chciał podzielać z przyczyn bardziej złożonych, niż mi się to kiedyś wydawało – i to nas oczywiście dzieliło. Do tego stopnia, że nawet wspólne wady, jeśli takie mieliśmy, łączyć nas nie mogły].

 

 

 

 

                                  Lochy Watykanu. PIW 1962

 

Miłością ideału zastępowała miłość.

[Wiem coś o tym. Ideałów wiecznie żywych można by wymienić bez liku – wszystkie są stereotypami, które tchną martwotą, nawet jeśli zwijają się w konwulsjach].

 

Najgorsze postanowienia są zwykle najtrwalsze.

[Mowa zapewne o nieudanych związkach małżeńskich. Nawet ci, którzy w nich tkwią, nie mogą zrozumieć, dlaczego muszą się w tych więzach tak bezsensownie szarpać? Samotność we dwoje jest przecież stokroć gorsza od strachu przed niewiadomym. Ba, ale to jest znane, a niewiadome to niepewny los, nieznana przyszłość – nie każdy ma odwagę z tym się zmierzyć].

 

Mam wybitny wstręt do wdzięczności, tak samo jak do długów.

[Tym, którzy narzekają na czyjąś niewdzięczność, przypominam, co powiedział Voltaire: „Sztuka pochlebstwa dała początek sztuce dziękowania”. Wyrażanie wdzięczności jest niewątpliwie schlebianiem czyjejś próżności].

 

Skoro nie mogę być całkiem blisko przeszłości, staram się najbardziej od niej oddalić.

[Najbliżej przeszłości są ci, którzy już umarli].

 

Pluskwy nie kierują się przypadkiem: zmierzają prosto do karku, który przedkładają nad inne części ciała; czasami kierują się ku przegubom u rąk, rzadziej dają pierwszeństwo kostkom.

[Gide, który sporo podróżował, wiedział, co mówi. Sam pamiętam czasy, kiedy pluskwy w pokojach hotelowych były prawdziwą plagą. Nie tylko w Polsce. Okazuje się jednak, że mimo znakomitych środków dezynfekcyjnych nadal dają się podróżnym we znaki, nawet tym, którzy nie wierzą w teorię Darwina ani w to, co mówią entomologowie: „Pchły żywią się krwią zwierząt ciepłokrwistych, w tym człowieka”].

 

Zło może być równie bezcelowe jak dobro.

[Nie dziwię się, że wszystkie dzieła Gide’a umieszczono po jego śmierci w Indeksie Ksiąg Zakazanych. Zło mogłoby być bezcelowe, gdyby nie było szatana.  O tym, że jest, świadczy najlepiej fakt, że ktoś może nie wierzyć w celowość dobra. I na pewno chichocze, gdy do obowiązkowych hymnów pochwalnych na cześć dobra ktoś dokłada własne pięć groszy: „Nikt by nie pamiętał o dobrym Samarytaninie, gdyby miał tylko dobre intencje. By przejść do historii, musiał mieć też pieniądze” (Margaret Thatcher)].

 

 

                 http://jbr.blox.pl/resource/Andre_Gide.jpg   http://jbr.blox.pl/resource/Lochy_Watykanu.jpg

 

 

 

Kiedy fałsz zajmie miejsce prawdy, prawda musi się ukrywać.

[Kiedy prawda zajmie miejsce fałszu, fałsz też musi się ukrywać, dlatego we wszystkim potrzebna jest równowaga].

 

Sposobności nastręczają się zazwyczaj jedynie tym, którzy będąc wolni od potrzeb nie dają się im skusić.

[Sposobności mogą być różne, a brak potrzeb może być też potrzebą, duchową. Ktoś powiedział, że samotność stanowi dla duszy cudowną sposobność, by ukształtować się właśnie w taki sposób. Mogę zaświadczyć własnym życiem, że jest to możliwe. Warto jednak pamiętać o tym, co powiedział Paulo Coelho: „Odkryłem, że jeśli nadarzy się sposobność, by ulec pokusie, to niestety jej ulegamy. Każda istota na ziemi potrafi czynić zło, zależy to tylko od okoliczności”. Oczywiście nie jest to żadne odkrycie, sam wiem o tym od półwiecza, na długo przed owym pamiętnym dla niego dniem, gdy kupił sobie pierwszą maszynę do pisania i postanowił zostać pisarzem].

 

Na tym świecie wystarczy umieć czekać.

[Jest to jakieś pocieszenie dla tych, którzy są święcie przekonani o tym, że na tamtym świecie nic ich nie czeka].

 

 

                                                            Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



 



11:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 listopada 2013
Zeszyty dawnych lektur (odc. 37)

 

Malcolm Lowry Pod wulkanem. PIW 1963

 

[Jerzy Lisowski, którego pozdrawiam z tej strony świata jeszcze dla mnie widzialnego, napisał w posłowiu, że jest to kabalistyczna księga mądrości dla wiernych rozsianych po całym świecie, którzy zaszyfrowanymi cytatami z powieści pozdrawiają się niczym masońskim uściskiem dłoni. „Pod wulkanem to dramat samotnej walki człowieka z Bogiem i Szatanem. Z Bogiem i Szatanem, które są w nim. Walka dobrego ze złem, Arymana z Ormuzdem, światła i cienia – grzech pierworodny, wygnanie z Raju, Orfeuszowe błądzenie po piekle – odnajdujemy w tej powieści wszystkie mity od tysiącleci przez ludzkość gromadzone”. Malcolm Lowry sławy jednak nie zaznał – zmarł nagle w roku 1957 w wieku zaledwie czterdziestu ośmiu lat, zapiwszy się na śmierć tak jak Konsul, jego alter ego, bohater tej kultowej powieści dla ludzi takich jak oni, wręcz chorobliwie przewrażliwionych, z naczyniami krwionośnymi jakby przebijającymi się przez skórę i nerwami na wierzchu, którzy topią w alkoholu egzystencjalne smutki.

 

 

                http://jbr.blox.pl/resource/Malcolm_Lowry.jpg  http://jbr.blox.pl/resource/Pod_wulkanem.jpg

 

 

Znałem wielu takich ludzi, ale ta książka nieodparcie przywodzi mi na myśl Ireneusza Iredyńskiego (1939-1985), jeszcze krócej żyjącego niż Lowry poetę, prozaika, dramaturga, autora świetnych słuchowisk radiowych i bardzo lirycznych piosenek. Czy pamiętacie tę z repertuaru Jerzego Połomskiego?


Moja miła, moja cicha, moja śliczna,
lekki powiew i muzyka, zapach nocy,
przypomnienie, przytulenie, noc liryczna,
moja miła, moja cicha, moja śliczna...

 

Albo Wieczory niekochanych, w wykonaniu Czesława Niemena? Albo śpiewaną przez  Barbarę Brylską piosenkę Jestem cała w twoich rękach z filmu Anatomia miłości?

Dokładnie przed czterema laty, 1 listopada 2009, w Święcie Zmarłych kilku moich przyjaciół wspominałem już Irka na moim blogu – napomykając też o książce, którą teraz omawiam, bo w dniu Wszystkich Świętych (Pijaczków) nie można było jej pominąć. Byłem częstym gościem w jego domu na osiedlu Groty w Warszawie przez wiele wiosennych, letnich i jesiennych dni roku 1984, przedostatniego roku jego życia. On, ja i dwie półlitrowe butelki wódki czystej, którą wypijał sam. Nigdy nie zataczał się, nie bełkotał, umysł miał krystalicznie jasny. Mądry, wrażliwy, dobry człowiek. Otaczał mnie wręcz ojcowską troską, mimo iż właściwie byliśmy równolatkami, miał jednak pełną świadomość samozagłady, ku której kroczył niezachwianie każdego dnia.

Wiedziałem, że nie mogę mu pomóc. Mogłem tylko przy nim być, łagodzić jego poczucie egzystencjalnego osamotnienia – w jakimś stopniu, ale na pewno nie największym związane z tym, że jego druga ślubna, którą kiedyś uwiódł, gdy była żoną znakomitego plakacisty Waldemara Świerzego, pojawiała się na Grotach tylko od czasu do czasu, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Było widać, że żegna się z nim z prawdziwą ulgą. Po jej odejściu Irek nieodmiennie konstatował: „Trzeba ją było zostawić, kulwa, Waldkowi, ale wydawało jej się, kulwa, że musi mi matkować”. W tym momencie nie zdzierżyłem: „A ta cała Staniszkis też ci matkowała?”, bo nie mogło mi się pomieścić w głowie, że z tą straszną ciotką rewolucji, matkującą obecnie Jarosławowi Kaczyńskiemu, mógł być aż w trzyletnim związku, cóż że nieformalnym. „Wyszedłem wtedy, kulwa, z pierdla, a ona po marcu 68 też była zapuszkowana i miała kłopoty na uczelni. Ładna i niegłupia dupa, dopiero później zaczęło jej, kulwa, odbijać. Tak jest z każdą babą – jak zauważy, że ma nad tobą władzę, to pozbadnie cię z kretesem. Trzeba, kulwa, założyć takiej uzdę na pysk, chomąto na kark i wygnać do roboty w pole”.

Perorował przez chwilę o tym epizodzie ze swego życia w zapale coraz bardziej gasnącym, po czym jak Starski z Lalki uśmiechnął się na pół drwiąco, na pół smutnie i rozłożył bezradnie ręce. No tak, czasy, gdy na komendzie MO notowany był  jako alkoholik i awanturnik, prowadzący chuligański tryb życia, a za rzekomą próbę gwałtu na dziewiętnastoletniej dziewczynie został skazany w roku 1966 na karę trzech lat więzienia (odbył ją w więzieniach w Sztumie i Gdańsku), już minęły, ale zapraszany na przyjęcia potrafił nadal wprawiać w popłoch zebranych gości, zwracając się na przykład do gospodarza, ogólnie szanowanego pana profesora, i wskazując na jego wypindrzoną małżonkę: „Dziwię ci się, że możesz żyć z tak beznadziejnie głupią pizdą”. Sam byłem świadkiem takiej sceny, a o innych towarzyskich faux pas Irka krążyły po Warszawie legendy.

Nieautentyczności słów i gestów, sztuczne zachowania i konwencje tropił nie tylko w swoich utworach. W życiu też nie znosił zakłamania, natomiast dla innych ludzkich ułomności miał znacznie większe zrozumienie. Kiedy pierwszy raz usiedliśmy razem przy stole i spojrzałem przez okno na taras ciągnący się wzdłuż całego domu, myślałem, że mam halucynacje wzrokowe. Terakota zdawała się falować we wszystkich kierunkach naraz, jakby to było wzburzone morze. I wzrok mnie nie mylił! Okazało się jednak, że nie układali jej pijani marynarze, lecz dobrzy fachowcy, którym Irek podawał przez okno kolejne półlitrówki, bo „chłopaków suszyło”. To, co zrobili, przykrywali folią, żeby za szybko nie wysychało, bo skwar był niemiłosierny, więc o efektach ich pracy dowiedział się dopiero po kilku dniach równie pijanych, kiedy po otrzymaniu sowitej zapłaty odjechali w siną dal. Żona, którą wezwał telefonicznie, by doceniła wreszcie jego starania o dom, o mało co nie skręciła sobie kostki, kiedy po wejściu na taras zdjęła folię i próbowała po nim chodzić.

Byłem gotów poprawić tę okropną fuszerkę, co wiązałoby się z koniecznością zbicia wszystkich płytek za pomocą młotowiertarki i ułożenia ich na nowo, ale Irek stwierdził, że stworzony jestem do wyższych celów, a poza tym ten taras jest idealnym odbiciem jego duszy, więc nie pozwoli na żadne poprawki, dopóki żyje.  W roku 1985 już Irka nie odwiedzałem, bo psychicznie tego nie wytrzymywałem – zmarł w grudniu. W jego pogrzebie nie chciałem uczestniczyć, gdyż tak jak i on nie znosiłem sztucznych zachowań i konwencji.

Dopiero rok później, na Wszystkich Świętych, postawiłem mu na grobie wazon z jaskrawożółtymi chryzantemami, wielki znicz zdobionymi pucołowatymi aniołami i symboliczny kieliszek wódki – kiedyś powiedział, że lubi tę romską tradycję i chciałby, żeby po śmierci też go ktoś tak pięknie uhonorował. Na drugi dzień postanowiłem sprawdzić wczesnym rankiem, czy dar został przyjęty. Został, bo nie było ani kryształowego kieliszka z wódką, ani wazonu, ani znicza! Wprawdzie pewien niedowiarek powiedział, że wyniosła to jakaś hiena cmentarna, a wódkę wypiła, ale kazałem mu się popukać w głowę…

W książce Myślałem, więc byłem znalazł się zapisek z 27 maja 1984 roku. Dzisiaj przyszedł Irek Iredyński z miłymi słowami po lekturze „Luster i ech”: „To piękne gadanie poetyckie. Muszę jeszcze nauczyć cię pisania dramatów. Myślę o konstrukcji. Musisz, kulwa, robić jak Szekspir: akcja, akcja, akcja dramatyczna i nagle jakiś sztych filozoficzny…”. Dał mi również kopię listu do Konstantego Puzyny: „27-V-84 / Ket - / przesyłam Ci tekst słuchowiska poetyckiego. Dość rzadki to gatunek. Uważam, że w swoim gatunku jest to arcydziełko, co Ty jako ujawniony niedawno Poeta powinieneś odczytać. / W mitrę (ruską) Cię całuję. / I.I….”.

Irek, Irek, nie mogę nie myśleć o Tobie z najprawdziwszą czułością – i bólem!].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ireneusz_Iredynski.jpg 

Ireneusz Iredyński – in memoriam

 

 

 

Nie ugasisz ani cząstki pragnienia, jeżeli powiesz, jaka jest to miłość, która przychodzi za późno.

[Jeśli za dużo mówi się o miłości, to znaczy, że jej nie ma. Odnosi się to oczywiście do późnej miłości, bo ta pierwsza, młodzieńcza, nieznająca wagi ani słów, ani milczenia, powinna być radośnie rozćwierkana.

Ten komentarz jest pierwszą refleksją, która mi się nasunęła po przeczytaniu tamtego zapisku – można w nim, rzecz jasna, znaleźć znacznie więcej skojarzeń, ale należy dać innym pole do popisu: nie tylko tym nielicznym, których znam, nie mając jednak nawet w ich przypadku pewności co do kierunku, w jakim potoczy się ich myśl].

 

W każdym człowieku tkwi zawiedziony poeta.

[Niełatwo mi w to uwierzyć, gdy patrzę choćby na twarz mego sąsiada, w której trudno dopatrzyć się bodaj cienia refleksji nad pięknem tego świata, a nawet nad jego brzydotą i nad własną ludzką kondycją, będącą w stanie bardziej niż opłakanym. Ale może tkwi w nim poeta zapoznany i kiedy obrzuca małżonkę słowami uznanymi powszechnie za obraźliwe, „iskra z nieba roznieca w nim taki zapał, że światłość niebieska przenika jego duszę i rozpłomienia jej głębokość”?

Autor tych słów, Maurycy Mochnacki, pozostał idealistą nawet po klęsce powstania listopadowego, podczas którego odniósł wiele ran, ale jedynie na ciele, gdyż duch pozostał w nim niezłomny aż do chwili skonania, natomiast Cyprian Kamil Norwid był niewątpliwie bardziej od niego zawiedzionym człowiekiem, bo w powstaniu udziału wziąć nie mógł. Jako twórca też miał powody do pesymizmu, o czym niedawno pisałem, ale mimo wszystko jego słowa: „Poetą się nie jest, poetą się bywa” brzmią dość optymistycznie i mój sąsiad może z nich czerpać wzór do naśladowania].

 

Czas nie jest lekarzem, jest szarlatanem.

[Nie musi być ani jednym, ani drugim, bo sam potrafi uleczyć nas skutecznie ze wszystkich złudzeń].

 

W jaki sposób człowiek zamordowany może przekonać swojego zabójcę, że nie będzie straszył po śmierci?

[Nie byłoby problemu, gdyby zabójca wziął od niego słowo honoru tuż przed zamordowaniem go. Taka śmierć, mimo iż tragiczna, byłaby znacznie bardziej honorowa, nawet gdyby narzędziem zbrodni była siekiera].

 

Ale to zdumiewające, kiedy się nad tym zastanowić, jak duch ludzki kwitnie w cieniu rzeźni!

[Zamiast komentarza: plakat do przedstawienia Bóg mordu (Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie)].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Plakat_do_postu_o_Malcolmie_Lowrym.jpg

 

 

 

Wola człowieka jest niezwyciężona. Nawet Bóg nie potrafi jej zwyciężyć.

[Ten, kto to mówił, myślał chyba o konflikcie między wolą boską a ludzką. Według myślicieli katolickich nie musi go być. Wystarczy, jak wolna wola człowieka podporządkuje się wolnej woli Boga].

 

Najpierw strzelali, a potem zadawali pytania!

[Z tego zdania wynika, że strzelali ślepymi nabojami. Chyba że ci, którzy strzelali, zadawali sobie post factum pytania o sens życia – raczej własnego, niż tamtego, które komuś odebrali].

 

Ludzkość wszelkimi siłami dąży do jak najprędszego samounicestwienia.

[Tak będziemy mówili przez sto tysięcy lat, po czym umilkniemy, gdyż znacznie większą groźbę stanowić będzie wtedy ekspansja Słońca, która sprawi, że życie na Ziemi stanie się nie do zniesienia dla istot składających się w 60% z wody (u noworodków nawet do 75%), która zacznie gwałtownie parować pod wpływem zabójczo gorących promieni słonecznych, niegdyś życiodajnych. Tak w każdym razie twierdzi prof. Aleksander Wolszczan, odkrywca pierwszych planet znajdujących się poza Układem Słonecznym. Na jednej z nich będziemy musieli się schronić, żeby po pewnym czasie znowu głosić to, co powyżej].

 

Człowiek został obdarzony sumieniem, żeby żałował błędów przeszłości tylko w takim stopniu, w jakim to może zmienić przyszłość.

[A co z tymi, którzy nie mają już przyszłości, ale nadal mają sumienie?].

 

Nie ma ludzi, z którymi można by ufnie pić do dna pucharu.

[Ale można się z nimi znaleźć razem na dnie].

 

Zdarza się czasem, że śmierć dowodzi prawdy!

[Na wspaniałym filmie Ingmara Bergmana Siódma pieczęć Śmierć usiłowała dowieść Rycerzowi swojej prawdy, która pozostawała w kolizji z jego prawdą:

ŚMIERĆ: Dlaczego chcesz ze mną grać w szachy?

RYCERZ: Mam swoje powody.

ŚMIERĆ: Twoja sprawa.

RYCERZ: Jeżeli pozwolisz, postawię taki warunek : będę żyć dopóty, dopóki dotrzymam ci kroku w grze. Jeżeli wygram, uwolnisz mnie.

Każdy z nas gra w szachy ze Śmiercią – w końcu przegrywamy. A opisana przez Bergmana sceneria  tego wydarzenia jest dosyć banalna, to znaczy zgodna z naszymi wyobrażeniami o tym, w jaki sposób powinno się to odbywać: „Otwiera oczy, spogląda na ranne słońce, które jak wzdęta ryba wynurza się z zamglonego morza. Niebo jest szare i nieruchome, prawdziwe sklepienie z ołowiu. Po zachodniej stronie nieba wisi cicha, mroczna chmura. Wysoko, ledwo widoczna, szybuje mewa. Jej krzyk jest pełen niepokoju, złowróżbny”. W rzeczywistości pogoda może być olśniewająco piękna, a na błękicie nieba mogą radośnie dzwonić skowronki]. 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Siodma_pieczec.jpg

 

 

Udawał, że go przeraża to, czemu miał zamiar dać się pochłonąć, gdy tylko zyska pewność, że proces pochłaniania będzie trwał dostatecznie długo.

[Najbardziej przerażające jest to, że człowiek udaje przed sobą, że nie przeraża go to, co powinno go przerażać].

 

Odrobina samowiedzy jest rzeczą niebezpieczną.

[Odrobina, owszem, bo jest w nas jak odbezpieczony granat, który prędzej czy później musi wybuchnąć.  Ale prawdziwa samowiedza, mimo iż pożądana, nie jest czymś, co łatwo jest osiągnąć. Powiedzmy jednak, że ją zdobyliśmy. Ściślej: wydaje nam się, że ją zdobyliśmy, gdyż okazuje się, iż znacznie łatwiej zastosować ją do otaczającego nas świata, niż do samych siebie. Zresztą w tamtej sferze też czają się pułapki, bo zazwyczaj widzimy rzeczy i ludzi nie takimi, jakimi są w rzeczywistości, ale takimi, jakimi chcemy ich widzieć. A jeśli chodzi o nas samych, to najczęściej żyjemy złudzeniami na swój własny temat. Wiedza psychologiczna nie sprawdza się w lustrze, bo po odbiciu się w nim wraca do nas w tej samej postaci].

 

Tak, doprawdy, jak wiele koncepcji życia opieramy na pokrewnych, błędnych założeniach, ileż wilków czujemy za sobą w pościgu, podczas gdy prawdziwi wrogowie przechodzą obok nas w owczych skórach.

[W dzieciństwie graliśmy na planszy warcabowej w wilka i owce. Cztery owce, które zajmowały cały górny rząd, były czarne i bardzo wojownicze, a w dole samotny biały wilk myślał nie o tym, jak je pożreć, lecz jak przecisnąć się chyłkiem między nimi i dotrzeć na miejsce przez nie opuszczone, gdyż one musiały przeć do przodu jak taran, a on mógł tchórzliwie kluczyć i nawet się cofać. Od tej pory nikt mnie wilkiem nastraszyć już nie mógł].

 

Jaki jest pożytek z wolnej woli, jeśli nie posiada się wiary?

[Trzeba tu koniecznie dodać: wiary w siebie].

 

Nigdy się nie rezygnuje, nigdy nie traci się nadziei, nigdy nie przestaje się szukać po omacku sensu, wzoru, odpowiedzi.

[Ktoś powiedział, że po omacku to lepiej ślepemu dawać szukać].

 

Życie nie ma czasu do stracenia.

[Cudo myślowe! Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że czas, jaki został nam dany w momencie narodzin, nie jest wyłącznie naszą własnością. Chodzi o czas życia, bo czas śmierci należy do nas tylko wtedy, gdy zdążymy się z nim oswoić].

 

Stoczyłem się nisko. Spraw, żebym się stoczył jeszcze niżej, abym mógł poznać prawdę. Naucz mnie od nowa kochać, kochać życie. Spraw, abym poznał prawdziwe cierpienie. Uczyń mnie prawdziwie samotnym.

[Przejmujące wyznanie. Znajdowałem się kilkakrotnie w podobnej sytuacji, a może nawet w gorszej, bo nie byłem odurzony alkoholem. Dzięki prawdziwemu cierpieniu odzyskałem radość życia. Dzięki prawdziwej samotności nauczyłem się kochać. Nie ludzi, bo tak może powiedzieć nawet ktoś bez serca. Nie śmiem jednak powiedzieć, kogo nauczyłem się kochać, bo chyba nie ma nikogo na świecie, kto by zaświadczył, że go prawdziwie kochałem, a bez takiego świadectwa nikt moim słowom nie uwierzy].

 

 

                  http://jbr.blox.pl/resource/Wiez.jpg

 

 

Byłoby lepiej, gdyby kobiety nie miały żadnych w ogóle funkcji.

[Jeśli chodzi o funkcję rozrodczą, to poza nielicznymi wyjątkami, do których oczywiście należymy, nie powinny mieć dzieci. Tak samo jest w przypadku ich funkcji seksualnej – właściwie powinny wyłącznie nas do siebie dopuszczać. Jest tylko jeden szkopuł: inni mężczyźni myślą podobnie, a na domiar złego kobiety też mają w tych sprawach coś do powiedzenia!].

 

 

 

 

                                                            Cdn.

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



10:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »