RSS
poniedziałek, 14 listopada 2011
O drzewach

      Drzewach życia, drzewach opiekuńczych, do których od niepamiętnych czasów przychodziło się w chwilach słabości, cierpienia, a nawet śmierci – tak było w przypadku Krishnamurtiego, kiedy pod swoim ukochanym pieprzowcem żegnał się z życiem. To pod nim przez ponad sześćdziesiąt lat medytował i miewał prorocze wizje, lecz w tym samym Ojai najsłynniejsze swe mowy wygłaszał jednak w Dębowym Gaju, bo dąb jest przecież uosobieniem sił witalnych i niezwykłej mocy, o czym wiedziano od zawsze, odprawiając pod nim obrzędy adresowane do pogańskich bogów. Później, kiedy chrześcijańskim „misjonarzom” udało się ogniem i mieczem zniszczyć ośrodki pogańskich kultów, robiono to już tylko ukradkiem, ale robiono, ponieważ biegłym w Piśmie Świętym barbarzyńcom rzadko udawało się znaleźć odszczepieńców, którzy śmieliby podnieść siekiery na drzewa odwiecznie święte, nie na próżno zwane drzewami piorunowymi, bo zgodnie z powszechnymi wierzeniami porażały świętokradcze ręce.

     Nowi kapłani, może dlatego iż nie byli przybrani w skóry zwierzęce, pozostawali równie bezradni wobec zabobonnych lęków tkwiących w duszach „ciemnego ludu”, wierzącego święcie aż do czasów współczesnych, że w dębach mieszkają potężne duchy, którym trzeba składać ofiary. Dlatego dla odczynienia nieczystych uroków przez nie rzucanych kazali zawieszać na przydrożnych dębach kapliczki z poświęconymi obrazami Matki Boskiej, głosząc, że właśnie tu miała się Ona kiedyś komuś ukazać.

     Czy „ciemni” byli także mieszkańcy słonecznej Hellady i Imperium Romanum, o którym powiadano, że słońce nigdy nad nim nie zachodzi? W krainie mądrością płynącej, kolebce cywilizacji europejskiej, dąb był drzewem najwyższego boga, pana światłości i nieba, Zeusa, spełniając rolę boskiego wieszcza, o czym świadczyły całe gaje świętych dębów-wróżbitów w Dodonie, mateczniku wyroczni greckich. Z szumu ich liści odczytywano wyroki boskie, ale szumiały one także w wielu greckich mitach, jak w tym o Orfeuszu i Eurydyce, który i w mej poezji znalazł poczesne miejsce. Nie chciałem się jednak powtarzać i pisać o tym, co wzruszało tylu poetów przede mną – gdy po stracie ukochanej żony Eurydyki zrozpaczony Orfeusz przez całe siedem miesięcy łkał u stóp skały na brzegu rzeki Strymon (obecnie Struma) w Tracji, właśnie znane z twardości dęby, przejęte jego żałosnym śpiewem, rozczuliły się nad nim do tego stopnia, że aż zmiękły, bo takie jest serce tego drzewa.

    

    Ten wspaniały dąb, w ogóle rosnący przez ponad sto trzydzieści lat, a ponad sto przed moim oknem w „Zofiówce”, bo obliczyłem jego słoje, gdy na życzenie pewnego pana, któremu zasłaniał widok, idiota-leśnik kazał go wiosną ubiegłego roku zwalić na ziemię i porąbać na szczapy, wprawdzie nie użalał się nade mną przed trzema laty, lecz dawał mi taką moc w mej ogromnej niemocy, że już po miesiącu byłem w stanie iść skacząc po górach. Nie mogąc przytulić się fizycznie do jego pnia, co dodaje energii, aktywizuje siły życiowe, wzmacnia psychikę, a w przypadku rekonwalescencji przyśpiesza powrót do zdrowia, medytowałem pod nim na odległość, zespalałem się z nim duchowo – i często miałem wrażenie, że krążą we mnie jego soki.

     Po pewnym czasie siłą ducha zacząłem wspinać się po jego pniu coraz wyżej, by jak dawni bogowie przebywać na najwyższych piętrach gałęzi i konarów, w rozłożystej koronie wspierającej całe niebo. A gdy na noc schodziłem w dół i dotykałem stopami ziemi, wydawało mi się, że podnoszą się z niej gorące opary siarczkowe, przesączające się po potężnych korzeniach z otchłani wszelkich możliwych piekieł. Dąb, ten klasyczny przykład dwubiegunowości naszych marzeń i lęków, w wierzeniach wielu ludów pierwotnych został stworzony jako pierwsze drzewo na świecie i był właściwie nieśmiertelny, gdyż tylko piorun, ogień boży, mógł go unicestwić. I w pewnym sensie miały rację, mimo iż wiedzieć nie mogły, że rósł on już w paleogenie (starszej epoce trzeciorzędu) przed sześćdziesięcioma pięcioma milionami lat!

      Ale nie tylko one uważały go za drzewo święte. We wspomnianym przeze mnie Imperium Romanum dąb poświęcono Jowiszowi, który był najwyższym bogiem nieba i piorunów, władcą bogów i ludzi – i on, i Junona, jego boska małżonka, nosili wieńce z liści tego drzewa. Naśladowali ich rzymscy cezarowie, a zwycięskich wodzów wieńczono koronami z dębowych liści. Dlaczego nie liści laurowymi, skoro laur symbolizował zwycięstwo, bohaterski czyn, triumf, sławę i chwałę? Owszem początkowo wręczano im wawrzyn, póki nie stał się laurem Apollina. Dla nich, w przeciwieństwie do, niestety, poetów, przyjęcie tego lauru byłoby haniebne, bo jakiż prawdziwy mężczyzna chciałby mieć wieniec upleciony z liści krzewu, w który przemieniła się kobieta, żeby odrzucić jego zaloty? Obraz zatytułowany Apollo i Dafne, który namalował Giovanni Battista Tiepolo, by uwiecznić tę sławną opowiastkę mitologiczną, wzbudziłby w nich tylko politowanie!

 

                  

 

      A skoro baba się w to wszystko wdała, to wiadomo: liście laurowe musiały w końcu wylądować w kuchni, przemieniając się w liście… bobkowe, tfu! Dla niewiast ogarniętych szałem kulinarnym nie ma żadnej świętości – to zapewne za ich sprawką do kiszenia ogórków używa się nie tylko liści wiśni czy czarnej porzeczki, ale także świętego dębu! W starożytnym Rzymie takie świętokradztwo byłoby niemożliwe – pasterze owiec zganiali swoje stada pod dęby, by w ich świętym cieniu nabierały sił żywotnych, gdyż wierzyli, że mają one wpływ na rozrodczość zwierząt. Owce też doili pod nimi, pierwsze krople ofiarując właśnie im, bo to one nadawały mleku szczególną zdrowotność. Jeśli jednak chodzi o zabobonne zwyczaje, takie jak zakopywanie pod dębami włosów, w których miały gnieździć się siły nieczyste, oraz paznokci, które mogły wskazać demonom drogę do kończyn zmarłego, nie mówiąc o porzucaniu niemowląt pod nimi lub w wypalonych piorunami dziuplach (do dzisiaj mówi się we Włoszech o ludziach niewiadomego pochodzenia „urodzeni z dębu”), to jestem niemal pewny, że… Stop, bo po raz kolejny okrzykną mnie mizoginem, co jest rzecz jasna absurdem!

     Już z tego, co napisałem, wynika niezbicie, że kult oddawany dębom sięga czasów przedbiblijnych, ale powiedzcie to ludziom żyjącym tu, na Podkarpaciu, gdzie nie dalej niż w XIX wieku śpiewano starą pieśń religijną o stworzeniu świata, kiedy nie było jeszcze ani nieba, ani ziemi, tylko morze sine, a w nim oczywiście dwa potężne dęby, będące zapewne protoplastami tych, które jako jedyne ostały się w odmętach wód podczas biblijnego potopu, zesłanego przez Boga na ziemię dla zatopienia wszelkiego zła, i dawały w swych koronach odpocznienie [proszę mi tego słowa nie podkreślać na czerwono!] tym, którzy widocznie w swoim życiu aż tyle zła nie uczynili, żeby być skazanymi na zagładę.

     Zapoznawałem się w swoim czasie z językiem starosłowiańskim na Uniwersytecie Toruńskim, więc wiem, że dąbrowa od dąbra (dębu) się wywodzi – w świętych gajach Słowian to jemu oddawano najwyższą cześć: „Jeden tylko bóg, twórca błyskawicy, jest panem całego świata i składają mu w ofierze woły oraz wszystkie inne zwierzęta”. Tak pisał historyk bizantyjski, Prokopius z Cezarei, któremu można wierzyć, gdyż żył w tamtych czasach. Wokół najpotężniejszego dębu w okolicznych dąbrowach lub lasach mieszanych odprawiano taneczne korowody ze śpiewami i pobrzękiwaniem we wszystko, co hałas czyniło, po czym składano u jego stóp ofiary z owoców, nabiału, plastrów miodu oraz zwierząt na pewno zabitych, ale przypuszcza się, że również oprawionych i upieczonych, by nocą mógł się bóg-dąb tym wszystkim posilić. Naiwni ofiarodawcy mogli się przekonać rankiem, że odznaczał się on równie ogromnym apetytem, gdyż wokół pnia leżały tylko żołędzie – dla ludzi niejadalne, chociaż święte. Takie obserwacje należało jednak czynić z należytej odległości od Świętego Drzewa, ponieważ mogli się do niego zbliżać jedynie kapłani i wodzowie – u Obodrytów wchodzący za ogrodzenie przez jedną z dwu bram. Świętokradców, którzy ten zakaz śmieli omijać, skazywano na śmierć. 

     Wracajmy jednak do czasów bardziej nam współczesnych. Najbardziej znanym u nas dębem był rosnący na Żmudzi tysiącletni Baublis (taką nazwę nadawano tam tylko dębom otaczanym religijną czcią, wierząc, że w określone dni wydobywał się z nich głos przepowiadający przyszłość), ponieważ został uwieczniony w Panu Tadeuszu przez Adama Mickiewicza, który pytał: Czy żyje wielki Baublis, w którego ogromie / Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie / Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem? Wtedy już nie żył, gdyż po podpaleniu go przez głupkowatego pastucha krów musiano powalić olbrzyma na ziemię – dziesięciu chłopa trudziło się nad tym cały dzień. Działo się to w roku 1812, gdy miał miejsce Ostatni zajazd na Litwie opisywany w tym poemacie, który wydano w Paryżu w roku 1834. Licentia poetica aż tak wielka nie była, gdyż w pniu o obwodzie ponad dwunastu i pół metra mogłoby się wygodnie rozsiąść dziesięciu biesiadników, ale Dionizy Paszkiewicz, poeta, filolog i historyk, w ustawionym w swoim ogrodzie wypróchniałym w środku klocu na sześć łokci litewskich wysokim (łokieć litewski = 64,9 cm) postanowił urządzić muzeum, rozwieszając w nim zbroje, wykopaliska z mogił żmudzkich, portrety znakomitych rodaków oraz śmigownicę, działo polowe z czasów najazdu szwedzkiego.

     Gdy wkrótce potem wkroczyły tam wojska Napoleona I, Francuzi oglądali z podziwem pień olbrzyma, nie widzieli bowiem nigdy dębu tej wielkości, co dziwić nie może, gdyż u nich nie zachował się nawet dąb, być może legendarny, w którego wypróchniałym pniu miał około siedemset lat wcześniej pędzić pustelniczy żywot późniejszy święty Bernard z Clairvaux, by czerpać stamtąd moc i natchnienie do swej spekulatywnej mistyki, w pewnym sensie pogaństwem podszytej, co we wczesnym katolicyzmie bywało normą, bo na zastanych fundamentach każda budowla nowej wiary oprzeć się przecież musiała.

     Stare pnie Baublisa można podziwiać jeszcze dziś w pawilonach ze szkła i metalu wybudowanych w tym celu w roku 1971 w Poškakaimis na Litwie. Zdecydowana większość Polaków woli jednak patrzeć na drzewo żywe, w dodatku nieco szersze w obwodzie od tamtego, a według legend nawet starsze, bo szumiące ponoć nad polską krainą aż tysiąc dwieście lat. Przewodniki są skromniejsze, dając mu lat tylko tysiąc, lecz w istocie liczy sobie zaledwie sześćset czterdzieści pięć wiosen. „Drzewo żywe” należy zresztą opatrzyć cudzysłowem, gdyż bez podpór teleskopowych oraz instalacji odgromowej już dawno by runęło, w niektórych miejscach ma bowiem zaledwie dziesięć procent zdrowej tkanki!

     Dlatego nie mam zamiaru jechać do Bartkowa w gminie Zagnańsk, by popatrzeć na coś, co jest zaprzeczeniem tego, czym powinno być – ten dąb, który do wiosny ubiegłego roku rósł przed moim oknem, był wystarczająco potężny i miał w sobie prawdziwą moc, gdyż w jego pniu nie zauważyłem nigdzie nawet śladów próchna. Podobny dąb, rosnący w dąbrowie niedaleko miejsca mego poprzedniego zamieszkania, natchnął mnie nawet kiedyś, właśnie jesienią, choć wcześniejszą niż ta, do napisania wiersza.

 

                    

      

      xxx

 

     Dąb zgarbił się w nocy.

     Nad ranem zaczął dygotać,

     może ze starości,

     może z zimna,

     może od wiatru,

     a przecież jeszcze niedawno

     unosił się w słońcu,

     jakby milion złotych pszczół

     siedziało w jego koronie

     i piło szum,

     napinał konary,

     jakby swymi gałęziami

     obejmował niebo,

     opierał się największym wichurom,

     jakby był zakorzeniony w każdym swoim liściu –

 

     W południe

     sfrunął z drzewa

     pierwszy liść.

 

 

     PS Ten post dedykuję sobie w dniu moich urodzin.

04:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »