RSS
czwartek, 25 listopada 2010
Ludobójstwo

    Od chwili katastrofy smoleńskiej, gdzie w opinii Prezesa zginęli „męczennicy” –  oczywiście sprawy pisowskiej – staram się myśleć o zbrodni katyńskiej posługując się własnym rozumem, by nie popaść w obłęd: w opinii przynajmniej kilku milionów „prawdziwych Polaków” współcześni Rosjanie muszą uznać to, co wydarzyło się w Katyniu w marcu 1940 roku, za zbrodnię ludobójstwa (zbrodnię przeciwko ludzkości), jeśli chcą w ogóle myśleć o wybaczeniu, choć Bogiem a prawdą takiej zbrodni wybaczyć nie sposób, nawet gdyby Putin z Miedwiediewem przeszli na katolicyzm, posypali sobie głowy popiołem i poszli do przysłowiowej Canossy, najlepiej na klęczkach z Moskwy do Oświęcimia, gdyż Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau mógłby nie powstać, gdyby nie pakt Ribbentrop-Mołotow.

    Notabene sami Rosjanie ukręcili sobie bat na własny tyłek: chcąc zdjąć z siebie odium tej potwornej zbrodni, usiłowali zwalić ją na hitlerowców, nazywając ją „zbrodnią ludobójstwa”, co po potwierdzeniu przez Chruszczowa, że była ona dziełem sowieckich władz, skwapliwie podchwycili polscy historycy i prokuratorzy, utrzymując, że sowiecka kwalifikacja prawna tej zbrodni stanowi dowód prawa międzynarodowego. W dodatku Rosjanie popełnili ten niewybaczalny w sensie prawnym błąd dwukrotnie, no ale wtedy nie musieli się liczyć z nikim i niczym: 1) przeprowadzając w styczniu 1944 drugą (pierwszą przeprowadzili Niemcy w kwietniu 1943) ekshumację ofiar i fałszując wszystko, co możliwe, poza faktem, że skazańcy mordowani byli strzałami w podstawę nasady czaszki z pistoletów Walther, a nie z pistoletów TT, popularnych rosyjskich tetetek, znacznie bardziej zawodnych od Waltherów i dlatego w te ostatnie wyposażono funkcjonariuszy NKWD już w okresie „wielkich czystek”; 2) Podczas procesu norymberskiego wnosząc akt oskarżenia o ludobójstwo 11000 polskich oficerów w Katyniu przez III Rzeszę.

 

            

         Węzeł katyński – ręce związane na plecach ofiary

 

    Pozostawmy jednak kwestie prawne na boku – mną  jako twórcą najbardziej wstrząsnęła wiadomość, że jednym z trzech głównych organizatorów zbrodni w Miednoje był major W. Błochin, który krótko przed nią był katem Izaaka Babla, wspaniałego pisarza, który brał udział w wojnie domowej po stronie komunistów, piorąc szlachtę pod Białą Cerkwią aż w niebie grzmiało, co z niezwykłym mistrzostwem opisał w Armii konnej, oraz Wsiewołoda Meyerholda, nowatorskiego twórcę współczesnego teatru sowieckiego, któremu nie pomogło to, że zgodnie z bolszewicką modą nosił skórzaną kurtkę i czerwony szalik; podczas aresztowania jego ukochaną żonę enkawudziści zadźgali nożami w wannie…

    Zresztą Katyń jest symbolem, bo nie tylko tam bestialsko mordowano oficerów Wojska Polskiego, Policji Państwowej czy Korpusu Ochrony Pogranicza, często w stanie spoczynku, w sumie prawie dwadzieścia dwa tysiące osób. Zbrodnia to straszna, ale oprawcy stalinowcy mordowali również obywateli radzieckich – w samym lesie katyńskim NKWD pogrzebało mniej więcej tyle samo Rosjan, co Polaków, ale ogółem liczba pomordowanych obywateli radzieckich, ofiar represji stalinowskich, idzie w miliony (według najnowszych szacunków jest ona  porównywalna z rosyjskimi stratami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, w której zginęło, jak wiemy, ponad dwadzieścia sześć milionów osób) – i w tym wypadku można z całą pewnością mówić o zbrodni ludobójstwa…

    Ten paskudny europocentryzm daje o sobie znać nawet przy tym złowrogim terminie, wydawałoby się, zdefiniowanym raz na zawsze i wyznaczonym przez holocaust, zagładę Żydów europejskich w czasie drugiej wojny światowej, kiedy ludzie ludziom ponoć po raz pierwszy w dziejach ludzkości zgotowali taki los. A okazuje się, że Europejczycy mają na sumieniu znacznie wcześniejszą zbrodnię ludobójstwa dokonaną na mieszkańcach Konga Belgijskiego w latach 1877 do 1922, po której liczba mieszkańców tej kolonii zmniejszyła się o połowę – z dwudziestu milionów do dziesięciu! Okazało się w dodatku, że najgorsze zbrodnie obciążały sumienie króla Leopolda II, przedstawiającego się jako dobroczyńca tubylczej ludności i chrześcijański cywilizator, a w rzeczywistości będącego bezwzględnym eksploratorem, traktującym ten ogromny obszar jako prywatną własność i dopiero w roku 1908 zmuszonego do przekazania jej państwu.

    Stosy odciętych rąk tubylców, dodajmy prawych rąk, którzy ośmielili się nie dostarczać odpowiedniej ilości kauczuku i kości słoniowej, tortury, egzekucje, kobiety biczowane i gwałcone, wsie palone bez ostrzeżenia natomiast w Belgii wspaniałe budowle w dosłownym sensie zaprawiane ich potem i krwią! Na czele powołanej przez Leopolda II zbrodniczej Force Publique (FP) stali belgijscy oficerowie jak najbardziej biali, a brudną robotą zajmowały się czarne kongoidalne małpy człekokształtne, jako dzieci porywane z najdzikszych plemion Górnego Konga, gdzie uprawiano praktyki kanibalistyczne, a następnie wychowywane i ćwiczone w MISJACH KATOLICKICH do przyszłej roli rzezimieszków – gorszą od nowoczesnej broni, w którą ich wyposażono, były chicotte, bicze ze skóry hipopotama: po standardowej karze w postaci dziewięćdziesięciu batów dla tych, którzy się lenili i nie przynosili z lasu odpowiedniej ilości soku kauczukowego (z jednego drzewa można pozyskać rocznie osiem kilogramów kauczuku), mogli przeżyć jedynie nieszczęśnicy wyjątkowo gruboskórni

 

             

     Te ślady na skórze hipopotamiej są nie po chicotte, lecz po walkach godowych!

 

     Dlaczego dopiero po dziesięciu latach te koszmarne zbrodnie zaczęły wychodzić na jaw i to dzięki angielskiemu dziennikarzowi? Do Konga mogli udawać się jedynie belgijscy katolicy po złożeniu Leopoldowi II przysięgi na Biblię, że będą milczeć. Jeden z misjonarzy ośmielił się nawet pisnąć kilkadziesiąt słówek po powrocie z wioski Insongo Mboyo, ale wyłącznie w liście do dowódcy Force Publique, która i tę wioskę pacyfikowała (od łac. pax = pokój): „Byłem tak poruszony, Wasza Ekscelencjo, ich opowieściami, że pozwoliłem sobie obiecać im, że za zbrodnie, które popełnią, będziecie ich tylko zabijać…” Jeden z „żołnierzy” służących pod rozkazami owego dowódcy poszerza dzięki swemu zeznaniu nasze domniemania na temat opowieści, które tak wzburzyły misjonarza, że zamiast do suto zastawionego stołu postanowił najpierw zasiąść do biurka: „Rozkazali nam ścinać głowy mężczyzn i wieszać je na wioskowej palisadzie, a także ich genitalia, a kobiety i dzieci krzyżować…” No cóż, Chrystus też został ukrzyżowany, ale z tego, co wiem, nie ukarano go za to, że przyniósł z lasu za mało soku kauczukowego…   

 

                   

         Pozyskiwanie soku mlecznego z kauczukowca

 

  A to wszystko zaczęło się od podróży misyjnych Dawida Livingstone’a, który od roku 1841 podróżował po różnych częściach Afryki, głosząc Słowo Boże i odkrywając, jak powiadają, Afrykę na świat. Mówią, że położył wielkie zasługi w zmianie spojrzenia Zachodu na ten kontynent. Mówią też, że był przeciwnikiem niewolnictwa i walczył o jego zniesienie. Kierował się niewątpliwie szlachetnymi pobudkami. Zmarł w roku 1873. Dwa lata wcześniej cały świat pasjonował się jego zaginięciem w głębi Czarnego Lądu i odnalezieniem go przez Henry’ego Stanleya, tego samego, który korzystając z notatek oraz map Livingstone’a i opłacany przez Międzynarodowe Towarzystwo Afrykańskie, stworzone właśnie przez Leopolda II dla zaspokojenia chorych ambicji i proklamowania w zaciszu swego gabinetu prywatnego państwa-przedsiębiorstwa w Afryce, dokonał przejęcia terytorium… Wolnego Państwa Kongo na rzecz Towarzystwa, czyli Leopolda II! Dwu największych badaczy Afryki, ale jakże odmiennych. Już nie poczucie misji czy pasji badawczej, ale zimno skalkulowane uczestnictwo w służbie mediów i mocarstw, równie zaborczych. W moim odczuciu i to, i to jest ludobójstwem – w sensie duchowym czy fizycznym…

 

           

               Henry Morton Stanley – „podróżnik”

11:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 listopada 2010
Mapa bohatera (cz. 3)

     A jednak będzie ciąg dalszy, czyli część trzecia! Już przed kilku dniami nadeszła bowiem trzecia gruba koperta od Pawła-błogina z między innymi ostatnio wydaną książką Zygmunta Krzyżanowskiego, piszącego niemal wyłącznie po rosyjsku znakomitego pisarza polskiego pochodzenia, o którym wspominałem i któremu poświęcę osobny post. Tytuł książki Klub morderców liter z kilkoma pierwszymi zdaniami, mogącymi przyprawić o dreszcz, metafizyczny też. Czy pęcherzyki powietrza nad topielcem zdołały „złowić w siebie słońce, błękit nieba, zielone rozkołysanie wybrzeża”? Z kilkudziesięciu wycinków artykułów Pawła dowiedziałem się między innymi, że pomnik krasnoludka, który stoi we Wrocławiu, jest mniej abstrakcyjny i absurdalny od pomnika-krzesła Kantora, że według Koheleta żaden człowiek, nawet ja, nie zdoła wyrazić wszystkiego słowami, że pory dnia we śnie mogą odpowiadać porom roku, że idioci mogą być nie tylko kwadratowi czy okrągli, lecz także zygzakowaci, że małżeństwo księżniczki Karoliny Grimaldi z ostatnim atamanem Kozaków dońskich byłoby znacznie ciekawsze od jej zakończonego rozwodem mariażu z księciem Ernstem Augustem, etc., etc.

     Paweł w chwili wysyłania tej poleconej przesyłki, której nadanie kosztowało pięć złotych i dziesięć groszy, miał do dyspozycji zaledwie dwadzieścia złotych, a następnego dnia postanowił wysłać do mnie kolejny list, tym razem tylko priorytetowy za niecałe dwa złote, bo zapomniał włożyć do koperty już napisany komentarz do drugiej części tego postu. Ale to głupstwo, listonosz przyniesie mu za dziesięć dni dziewięćset złotych emerytury, mianem „renty starczej” określanej w czasach, gdy siedemdziesięciolatkowie nie mogli się nadziwić, że jeszcze żyją, więc wreszcie będzie mógł porozsyłać do adresatów kilkadziesiąt grubych kopert piętrzących się na biurku i dopiero wtedy odczuje pełną błogość, która pozwoli mu nie przejmować się niczym, nawet losem Polski, gdyż tak jak kiedyś w mieszkaniu znanej (mnie też) warszawskiej spirytystki zawsze może pojawić się duch słynnej Pytii, by za pomocą tzw. pisma automatycznego wywróżyć nam to, o czym i tak doskonale wiemy: „Jest źle, będzie gorzej, ale idzie ku lepszemu”…

     W dniu wyborów samorządowych, a także moich imienin (Janusz obchodzi imieniny tylko raz w roku, 21 listopada) znajdujemy się jak bardzo często w naszej historii u bram raju, który „polskim piekłem” nazywany bywa od czasu Wielkiej Emigracji – po upadku powstania listopadowego skupionej w Paryżu w co najmniej trzech obozach wzajemnie się zwalczających: konserwatywno-arystokratycznym (Hotel Lambert), demokratycznym (Towarzystwo Demokratyczne Polskie) i rewolucyjnym (Gromady Ludu Polskiego), z pierwszym i trzecim usytuowanym na dwu przeciwległych biegunach, a drugim pośrodku za późnych żalów, potępieńczych swarów („nie daj Boże żyć pod rosyjskim niebem i w polskim piekle”). A skąd ten nieoczekiwany zwrot „u bram raju”? Został wzięty z tytułu utworu Henryka Sienkiewicza (przypomniał o nim oczywiście Paweł), gdy w roku 1904 wydano w Krakowie jednodniówkę ku czci Juliusza Słowackiego, którego szczątki zamierzano sprowadzić do kraju i uroczyście pochować na Wawelu. Niestety, Miłość Chrześcijańska wraz ze swymi córkami: Sprawiedliwością, Litością i Prawdą musiała uciec do raju z miasta pełnego pomników ku czci Nienawiści. Sienkiewicz myślał o Krakowie, ale równie dobrze mogłaby to być Warszawa, szczególnie po katastrofie smoleńskiej, z którą te dwa odwiecznie zwaśnione miasta połączyły się w jedynym dla nich możliwym mariażu: z „polskim piekłem”…

     Zanim Juliusz Słowacki, będący przecież prawdziwym Królem Ducha, spoczął na Wawelu, minęły dwadzieścia trzy lata zażartych sporów. Widząc, co się dzieje, w tym samym 1904 roku Henryk Sienkiewicz zaproponował, by w drodze kompromisu złożyć doczesne szczątki autora Grobu Agamemnona na Giewoncie, przeciw czemu zaprotestował Stanisław Witkiewicz, uważając, że tam „tłuste papiery i skorupy od jaj” otaczałyby jego grobowiec, i wskazując na jedną z tatrzańskich dolin, widocznie jeszcze wówczas nie zaśmieconą. Dopiero marszałek Józef Piłsudski, który wielbił wiersze Słowackiego i jako jeden z nielicznych nie uważał go za wieszcza wtorowo sorta, po żołniersku przeciął te potępieńcze swary, wydając tuż po zamachu majowym w 1926 rozkaz pochowania Króla Ducha na Wawelu, co nastąpiło 28 czerwca 1927 roku. Hierarchowie Kościoła wiedzieli, że z Marszałkiem żartów nie ma, więc potulnie podreptali za niechcianą trumną, gdy po mszy i mowach Marszałek rzucił komendę: „W imieniu rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, by królom był równy”.

 

              

                                   Krypta Wieszczów

 

     Dwaj najwięksi wieszczowie narodowi mogli wreszcie spocząć razem, mimo iż za życia mieli dwie diametralnie różne wizje „mesjanizmu polskiego”, zresztą nie tylko w kwestiach polityczno-ideowych, lecz i poetyckich będąc zagorzałymi przeciwnikami. Jeśli jednak ktoś myśli, że sprawa pochówku Adama Mickiewicza nie budziła żadnych sporów, to się grubo myli. Przywódcy wspomnianego przeze mnie Hotelu Lambert po śmierci wieszcza, którego 26 listopada 1855 roku powaliła w Konstantynopolu cholera, wyszli z dość trzeba przyznać absurdalnym pomysłem usypania wielkiego kopca Mickiewicza nad cieśniną Bosfor! Dopiero po miesiącu skakania sobie do oczu monarchiści i działacze ugrupowań demokratycznych uzgodnili, że ciało wieszcza pierwowo ponoć sorta ma spocząć w Paryżu na cmentarzu Montmorency. I mimo iż już w kwietniu 1869 niejaki „Litwin”, czyli tenże sam Henryk Sienkiewicz, zaapelował w krakowskim dzienniku „Kraj”: „Zanieśmy Mickiewicza na Wawel”, pochowano go tam uroczyście dopiero 4 lipca 1890 roku…

     Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jeśli chodzi o Mickiewicza sprawa jego pochówku na Wawelu aż tak bardzo nie roznamiętniła umysłów nawet tych, którzy po cichu poszeptywali, że Barbara Majewska, matka wieszcza, była przechrzczoną Żydówką, natomiast jako lokalny patriota muszę z żalem stwierdzić, że w sprawie pochowania na Wawelu zmarłego w roku 1872 Wincentego Pola, piewcę Iwonicza-Zdroju oraz źródła zwanego „Bełkotką”, wybuchła, niestety, awantura, gdyż przeciw przyjaciołom oraz wielbicielom bardzo popularnego wówczas poety, uważającym, że on też jest równy królom (ducha) wystąpiła Kapituła wawelska, argumentując, że Pol był tajnym współpracownikiem austriackiej policji, mimo iż biskupi doskonale wiedzieli, że Sacher, dyrektor policji we Lwowie, sporządził wprawdzie wiele raportów na podstawie wiadomości uzyskanych od poety, lecz informacje te zdobywał podstępem. Tak czy siak Wincenty Pol nie trafił na Wawel, w związku z czym nie wyryto na jego krypcie bodaj dwu pierwszych linijek wiersza poświęconego memu ulubionemu źródłu: W cieniu tych lasów, coś tam szemrząc słodko, Dziś, jak przed laty, witasz nas, „Bełkotko”!

     Ale tamta awantura to była przysłowiowa burza w szklance wody w porównaniu z wręcz dziką awanturą, która wybuchła po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, „starego socjalisty i bezbożnika”, od którego kardynał Sapieha wziął przy pogrzebie Słowackiego, traktowanego na Wawelu jako persona non grata, pisemne przyrzeczenie, że po nim już nikt nie będzie mógł tutaj spocząć, mimo iż dla prawie całego polskiego społeczeństwa było oczywiste, że to „nikt” nie może odnosić się do Marszałka, otoczonego w kraju wręcz kultem religijnym, o czym świadczył ćwierćmilionowy kondukt żałobny odprowadzający 18 maja 1935 roku trumnę z Piłsudskim do krypty św. Leonarda. O tym, dlaczego wylądowała ona w końcu w podziemiach pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, mimo iż w proteście przeciw zszarganiu pamięci Marszałka premier wraz z rządem podał się do dymisji, a tłum demonstrantów powybijał kamieniami okna w Pałacu Arcybiskupów, można by napisać poemat heroikomiczny…

 

     

                          Krypta Marszałka

 

     Jak wiadomo, trumny Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki spoczęły po proteście Rodziny Marszałka nie w Jego krypcie, jak planowała Kuria Arcybiskupia, lecz w przedsionku krypty. Jeśli chodzi o sam pochówek, to Kuria uczyniła to tak błyskawicznie, że wykluczyło to poważną walkę stronnictw będących za i przeciw, co nie oznacza, że ta absurdalna decyzja nie stała się w samym swym zamyśle zarzewiem „polskiego piekła”, w którym będziemy się smażyć przez całe dziesięciolecia – zupełnie zmarnowane dla rozwoju nowoczesnej myśli państwowej. Ta sama Kuria Krakowska, która miała wątpliwości co do kręgosłupa moralnego „Słowackiego-heretyka”, ośmielającego się w swych utworach obrażać nawet papieża, tym razem nie miała najmniejszych wątpliwości co do słuszności swej decyzji, czyniąc to w imię rzekomej Miłości Chrześcijańskiej, której ani Prawda, ani Sprawiedliwość (nie mylić z Prawem i Sprawiedliwością) nie towarzyszyły.

     Na Wawelu składano do tej pory doczesne szczątki tych, którzy powinni być „królom równi”. O naszym tragicznie zmarłym prezydencie nie tylko z racji wzrostu, ale i rzekomych zasług dla kraju można by jedynie powiedzieć zgodnie z prawdą, że był „królikom równy”, z manią wielkości odwrotnie proporcjonalną do małości, rozdmuchaną przez znajomych królika, w związku z czym stał się Królikiem Wielkim. No cóż, Andrzej Krajewski zauważa jak najsłuszniej, że wawelskie krypty naznaczone są i świętością, i śmiesznością, ale przecież są one odbiciem w krzywych zwierciadłach tego, co postronni obserwatorzy nazywają „polskim fenomenem”: zabawnym bądź przerażającym w zależności od wypukłości i zgięć lustrzanej tafli.

     Takie maluteńkie odbicie dostrzegam także tu, w Iwoniczu-Zdroju, w dniu wyborów samorządowych. Wieść gminna głosi, że do byłego dyrektora iwonickiego „gastronomika”, jedynego kandydata, który mógł zagrozić obecnemu burmistrzowi gminy, kandydującemu ponownie do objęcia tego stanowiska za dziesięć tysięcy złotych miesięcznie, przyszła Rada Parafialna z prośbą popartą groźbami, żeby wycofał swoją kandydaturę – i tej „prośbie” stało się oczywiście zadość. I tak miał biedak szczęście, że Rada nie była forpocztą tłumnej procesji z duchowieństwem i chorągwiami (jak zapisał w swoim sprawozdaniu Józef Wiśniowski, wiceprezes komitetu sprowadzenia zwłok Juliusza Słowackiego do kraju) i że śpiew Boże coś Polskę nie był zagłuszany przez orkiestrę strażacką. Wybory będą rzecz jasna w pełni demokratyczne. Ja również jako Janusz-błogin nie naruszę błogiej ciszy wyborczej i post ten zamieszczę dopiero po zamknięciu urn wyborczych, i nie będę krzyczał na opustoszałych (z chwilą, gdy kury idą spać) iwonickich ulicach, których interaktywne usytuowanie zamieszczam poniżej, ani „Lubatowa Pany!”, ani „Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie…”, gdyż dzięki Pawłowi wiem, że powinienem miłować nieprzyjaciół i rzewnie zapłakać na wieść o śmierci nawet swego najgorszego wroga…  

 

                 

23:52, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 listopada 2010
Pięć opowiastek z jednego dnia

     Na Przełęczy Dukielskiej. Z 15 na 16 listopada zasnąłem po trzeciej w nocy, a o godzinie siódmej zadzwonił Wojtek z informacją, że o ósmej wyjeżdżamy autobusem z przesiadką w Miejscu Piastowym do Barwinka. O dziesiątej byliśmy na miejscu – ja, Wojtek i jego pies, przez całą drogę usiłujący zsunąć z pyska ortalionowy kaganiec. Barwinek to dawne przejście graniczne polsko-słowackie, zlikwidowane na mocy układu z Schengen. Ale tak zwana „infrastruktura” w postaci budynków odprawowych pozostała. Mieszczą się tu teraz sklepy, w których przede wszystkim zaopatrują się Słowacy, gdyż po wejściu do strefy euro jest u nich drożej niż u nas (przedtem było na odwrót).

     Słowak z wielkim brzuchem przyjechał po wędliny i ładuje do furgonetki dwanaście dużych pojemników z kiełbasami, szynkami, baleronami etc. To znaczy nadzoruje załadunek, zacierając z zadowolenia pulchne rączki bez żadnych odcisków, natomiast pot z czoła ociera młody chłopak, który dźwiga te ciężkie pojemniki. Szefunio patrzy na nas początkowo podejrzliwie, ale nasz strój widocznie go przekonuje, że jesteśmy łazikami podlejszej kategorii, którzy lepszymi kiełbasami, szynkami, baleronami etc. raczej się nie zażerają, bo po minucie spuszcza z nas wzrok i przykrywa cały towar chyba starą kapą na łóżko. Nie ma pojęcia, że Wojtek ma też w plecaku ze cztery pęta kiełbasy, z tym że najtańszej, które zakupił dla psa…

     Po stronie słowackiej pomnik z 1967 roku z ogromnego granitowego ciosu: dwie dłonie splecione na Tellermine, przeciwpancernej minie talerzowej, jednej spośród dwudziestu trzech tysięcy poniemieckich min, które rosyjscy saperzy rozbroili na tym terenie w lipcu 1944 roku, podobnego typu jak ta, na której dwadzieścia metrów poniżej tego pomnika słowacki generał wyleciał w powietrze. W tym miejscu leży wielki głaz, rozłupany na pół za pomocą ośmiu klinów. Jesteśmy na wysokości 500 m n.p.m. na sławnej Przełęczy Dukielskiej. W bitwie o nią poległo pi razy oko sto tysięcy biednych sołdatuszek brawych rebiatuszek, bez żadnej osłony artyleryjskiej pędzonych pod ogień niemieckich karabinów maszynowych przez politruków wymachujących naganami – i jedni, i drudzy byli oczywiście pijani. Ponoć sowieccy dowódcy machając pogardliwie łapami mówili później, też po pijanemu, że zabici to była „inteligencka swołocz”, której należało się pozbyć.

     Ciężko rannych przywożono także do Iwonicza-Zdroju, na teren Zakładu Zdrojowego, gdzie najczęściej dogorywali – brakło dla nich nie tylko środków opatrunkowych. Ci, którzy mogli się wykuśtykać na zwykłych kijach wyłamywanych z krzewów czy młodych drzew, żebrali po okolicznych domach, gdyż na handel wymienny nie mieli żadnego z owych kilkudziesięciu lub choćby kilkunastu zdobycznych zegarków, które albo stracili na urwanych członkach, albo zagrabiono je im w lazarecie. Na środku obecnego deptaka zdrojowego był długi wychodek – wykopany dół z dwoma drewnianymi drągami: na jednym sołdatuszki cudem wyrwane ze szponów śmierci siedziały, a drugiego się trzymały. Gdy miały oberwane kończyny górne, musiały liczyć na pomoc padruga dysponującego przynajmniej jedną ręką i jedną nogą…

     Wszystkie okoliczne potoki i źródła lecznicze były dokumentnie obesrane i zawalone flakami oraz wnętrznościami wszelkiego rodzaju zwierząt, w tym psów i kotów, dlatego tuż po odejściu Rosjan w kwietniu 1944 w Iwoniczu nie było wody pitnej poza deszczową, zebraną do beczek. Rosyjscy lekarze, felczerzy i wierchuszkowie srali wprost do miedzianych wanien w Zakładzie Zdrojowym, do szaf, szuflad biurek etc. – rzeki fekaliów przelewały się w wielu pomieszczeniach przez nawet najwyższe progi drzwiowe. O tym pisał między innymi w swoim przerażającym raporcie naczelny lekarz zdrojowy, dr Józef Aleksiewicz, właściciel „Sanato”, jeszcze wtedy nieupaństwowionego…

 

                    

                          Dr Józef Aleksiewicz

 

     Ale o tym myślałem tylko przez chwilę, stojąc na Przełęczy, najniższej w głównym łańcuchu Karpat. I tylko przez chwilę zastanawiałem się nad tym, gdzie stały szubienice z dyndającymi na wietrze poczerniałymi ciałami zbójów zasadzających się tu na karawany kupców przewożących przednie wina węgierskie, wyobrażając sobie ich ostatnie podrygi na tym świecie – skazańcy mieli, jak wiadomo, prawo do zagrania jakiejś rzewnej melodyjki nawet na grzebieniu kata, wypalenia przed egzekucją machorkowego skręta lub poproszenia o kieliszek na przykład tokaju. Nie miałem bowiem czasu na dłuższe deliberacje, bo jeśli chodzi o marszrutę, to Wojtek jak typowy polski przywódca demokratyczny  najpierw zapytał mnie o zdanie na ten temat, uważnie wysłuchał mojej opinii, po czym wskazał dokładnie na kierunek odwrotny, autorytatywnym gestem nakazując marsz w dół ku wsi Barwinek złocącej się w słońcu i nim  ocknąłem się z zaskoczenia, ujrzałem daleko przed sobą prawie w potoku pędzących pod górę tirów jego szpakowatą czuprynę nad plecakiem oraz ogon psa…

     Barwinek. W tej wsi jestem po raz pierwszy. Czasy jej świetności dawno minęły. Nie ma tu nawet porządnego zajazdu jak za czasów Oktawiana Gucciego, kupca włoskiego, który władał nią pod koniec szesnastego wieku, czy choćby karczmy żydowskiej, bo taka była kiedyś i tu, i w odległej o dobrą godzinę marszu Zyndranowej, wsi łemkowskiej za przeciwległym wzgórzem, do której podążymy po południu. To w Barwinku skoncentrowały się w kwietniu 1769 oddziały konfederatów barskich pod wodzą sławnego warchoła ks. Jerzego Marcina Lubomirskiego, to tu przybył z Podola Kazimierz Pułaski, bardzo młody, a już czołowy dowódca konfederackich szwadronów kawaleryjskich, sygnując własnoręcznym podpisem uniwersał, zwany później Uniwersałem Pułaskiego, wzywający pod broń szlachtę Podkarpacia, nie okoliczne chłopstwo, które mimo to zaciągało się do konfederackich oddziałów wręcz gwałtem. Na łące za miejscowym sklepem, dawniej geesowskim, otwartym do południa i przed wieczorem, rozciągały się konfederackie szańce aż po kraniec wzgórza, na które zamierzamy wejść…

 

                          

                             Kazimierz Pułaski

 

     W miejscu, gdzie obecnie wchodzi się do sklepu, mógł stać Kazimierz Pułaski, chwiejąc się na nogach na pewno nie po pociągnięciu z manierki kilku łyków mocnej gorzały, lecz z rozpaczy po śmierci ukochanego brata Franciszka, który zginął w bitwie pod Włodawą śpiesząc mu z pomocą, kiedy przyszły bohater Ameryki rozpoczął swój wielki rajd kawaleryjski na Podlasie i Litwę. A na pewno mógł tutaj stać pradziad tego pijanego chłopaka – chwiejącego się na nogach po wypiciu kolejnego piwa i mamroczącego, że kocha psy, ale życie w Barwinku jest do dupy, nie ma tu bowiem ani roboty, ani turystów. Wprawdzie ten pradziad nie mógł być świadkiem groźby wyrażonej głośno przez oficera austriackiego przed dowódcami konfederatów, że albo natychmiast się stąd wyniosą, albo nastąpi atak wojsk korpusu preszowskiej straży przedniej gen. Esterhazego, ale na pewno widział, że atak ten nastąpił, a pod jego naporem odwrót oddziałów konfederackich, co zapoczątkowało na tym terenie rozbiór Polski przez Austrię, od tej chwili władczynię Królestwa Lodomerii i Galicji.

     Wydawałoby się, że mieszkańcy Barwinka mogli wówczas wreszcie odetchnąć zniewolonymi piersiami nieco swobodniej, niestety, aż do połowy dziewiętnastego wieku wieś była świadkiem przemarszów na Węgry także wojsk rosyjskich, żegnanych przez cara Mikołaja I, oraz bitwy rosyjsko-węgierskiej, która w roku 1849 właśnie tutaj się rozegrała, ale czy ślady po transzejach na zalesionych wzgórzach są z tego okresu, czy obu wojen światowych, nie wiem. Natomiast wiem, że u schyłku XIX wieku tereny te zakupili przemysłowcy wiedeńscy Thonetowie, zakładając tu sławny zwierzyniec oraz znaną na terenie monarchii Fabrykę Mebli Giętych, gdzie okoliczni mieszkańcy znaleźli pracę, której na próżno poszukuje ten pijany chłopak sprzed sklepowych drzwi – przy założeniu, że przepity do szpiku kości byłby w ogóle zdolny do jakiejkolwiek roboty.

     W listopadzie 1914 jego przodkowie mieli innego rodzaju kłopoty – wojska austriackie w czasie ciężkich walk na przełęczach karpackich Barwinek zrównały z ziemią. W okresie drugiej wojny światowej było tu nieco spokojniej, ale tylko do września-października 1944 roku, gdy rozpętało się wokół prawdziwe piekło – po zbombardowaniu wsi przez Niemców zginęło wielu mieszkańców. W tak zwanych międzyczasach typowa wieś spokojna, choć niezbyt wesoła, gdyż sławna była „galicyjska bieda”. Teraz, po zamknięciu przejścia granicznego oraz likwidacji placówek z przygranicznikami, aż za spokojna, chyba że zbliża się termin wyborów samorządowych i mieszkańcy muszą tak jak obecnie wybrać sołtysa…

     Właśnie. Chcieliśmy iść do niego per pedes apostolorum, ale jakiś mężczyzna z dwiema butelkami piwa w ręku, słysząc, że o niego dopytujemy, kazał drugiemu zadzwonić do przedstawiciela lokalnej społeczności na komórkę, i po kilku minutach pan sołtys podjechał pod sklep, jakby wyrażone niezbyt głośno życzenie moje i Wojtka było alarmującym wezwaniem do ugaszenia pożaru zagrażającego całej wsi. Pomyślałem sobie, choć jest to tylko przypuszczenie, że pan sołtys w okresie wyborów jest widocznie bardziej czujny niż zazwyczaj, bo cholera wie, czego od niego chce dwu obcych facetów z dużymi plecakami, w których może być przecież kiełbasa wyborcza, a może materiały agitacyjne? Czas zatem na rozpoczęcie nowej opowieści…

     Pan sołtys. Przy sklepie jest sołtysówka – spore pomieszczenie z meblami typowo geesowskimi i krzesłami o elementach nawet giętych, ale z pewnością niepochodzącymi z fabryki Thonetów. Piec wiejski z piekarnikiem aż prosi się o to, by rozpalić ogień – oczami wyobraźni widzę gar z parującym mięsiwem i bochny pysznego wiejskiego chleba wyciągane z piekarnika, a pod spodem z boku kosz z pękatą butlą, gdzie wino już dawno osiągnęło pełną dojrzałość. Pan sołtys proponuje jednak tylko herbatę, wskazując ręką na elektryczny czajnik. Na pierwszy rzut oka widzę, że nie może pochodzić z tych stron – zdradzają go rysy twarzy. Tak, pochodzi z białostockiego, a tutaj osiadł po służbie na placówce straży granicznej, dość wcześnie przechodząc na zasłużoną emeryturę, może mieć bowiem nie więcej niż pięćdziesiąt kilka lat. Bardzo miły, kulturalny człowiek, wyrażający nawet chęć oprowadzenia nas po całej okolicy, ale latem, nie o tej porze, mimo iż cudownie jesiennej, szybkimi krokami zbliżają się bowiem wybory i już za cztery dni odbędzie się głosowanie. Ile tu może paść ogółem głosów? Sto osiemdziesiąt.

     Pan sołtys opowiada na moją prośbę o służbie przygranicznej, za jego czasów nie tak ciężkiej jak kiedyś, gdy pogranicznicy dysponowali jedynie końmi i własnymi nogami, które zimą musiały pokonywać zaspy dwumetrowej wysokości, po czym wskazuje nam na miejsca, które zdążymy obejrzeć, zanim udamy się do Zyndranowej – ot, za tą łąką na wzgórzu znajduje się po prawej ręce Modrzyna, rezerwat modrzewia polskiego z okazami nawet dwustuletnimi, a poniżej warto obejrzeć miejsce kaźni ponad pięciuset Żydów z Rymanowa, Dukli i Jaślisk, których zamordowali Niemcy niby z przysłowiową niemiecką pedanterią, ale czy nie było w tej opinii pewnej przesady, skoro mieszkańcy wsi widzieli, jak po tej przerażającej masakrze nieszczęśników z gwiazdą Dawida na ramieniu jeszcze na drugi dzień unosiła się w tym miejscu ziemia?

     Aha, przyjechały tu kiedyś z Ameryki dwie Żydówki, prosząc, żeby je w tamto miejsce zawiózł, bo wśród pomordowanych miał się znajdować ich rodzony wuj. Zawiózł, dyskretnie stojąc przy samochodzie, by swobodnie mogły odprawić swe szwargotliwe modły. Tych ponad pięciuset Żydów spoczywa w jednym miejscu, a nieco na uboczu jest mogiła dwu młodych Żydów, którym udało się uciec z tego pogromu, ale przed mrozami dopadł ich policjant Sołomka i błagających o zmiłowanie zastrzelił jak wściekłe psy, po czym kazał tu pogrzebać. Pan sołtys widział, że kobiety modlą się tylko przy mogile zbiorowej, więc kiedy wróciły do samochodu powiedział im o tamtej. Zawróciły, przeczytały napis i zaczęły z płaczem wybijać głębokie pokłony, gdyż widniało  tam nazwisko ich wuja…

    Będziemy w tamtym miejscu po zejściu z Modrzyny, ale nie powiedziałem najważniejszego: co było przyczyną tego, że pan sołtys raczył do nas przyjechać i powitać nas z tradycyjną polską gościnnością? Otóż Wojtek kupował w sklepie maślankę, ja zaś spojrzałem po wejściu do sieni na dwa powiększone zdjęcia, naklejone chyba na kawałek deski, na których widok oczy wyszły mi z orbit. Gdy Wojtek wyszedł ze sklepu wskazałem mu na te zdjęcia i postanowiliśmy natychmiast wybadać, w jaki sposób się tam znalazły i kto je zawiesił. Sklepowa, młoda i ładna dziewczyna, wiedziała tylko, że zrobił to pan sołtys – czas zatem na kolejną opowieść…

11:05, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
Pięć opowiastek z jednego dnia (cd.)

    Sekwoje. Obie ogromne. Jedna już zwalona na ziemię, pocięta ręczną piłą na ogromne kloce, z których pierwszy znajdował się na platformie z czterokonnym zaprzęgiem. Druga jeszcze stojąca, widoczna zaledwie do pewnej i tak podniebnej wysokości. Mniej więcej trzy metry nad ziemią ogromne nacięcie, w którym na dwu fotogramach zmieścili się bez trudu w pozycji leżącej dwaj różni drwale z buńczucznymi minami. Takimi, jakie zapewne mieli chłopi iwoniccy, gdy w czasie rabacji galicyjskiej wtargnęli w marcu 1846 roku do pałacu Załuskich w Iwoniczu wsi i wymachując cepami, kosami oraz pałkami wrzeszczeli do struchlałej gromadki dzieci i świeżo owdowiałej hrabiny Amelii, ich prawdziwej dobrodziejki: „My tu tera pany!!!” Ci drwale wspięli się tam po bocznych rusztowaniach, przymocowanych do potężnego drzewa. I zapewne nie samymi siekierami zrobili to ogromne nacięcie. Pod drzewem zadziera w górę zmierzwione łepetyny gromadka ich kolegów z oczami zwróconymi ku nim, szczególnie uprzywilejowanym, bo to przede wszystkich na nich skierowane zostało oko obiektywu. Powiększone odbitki zdjęć na pewno dziewiętnastowiecznych. Fotograf nie uwiecznił oczywiście tego momentu, nie uszedłby bowiem z życiem, gdy po cięciu piłą poprzeczną od tyłu na wysokości górnej krawędzi nacięcia odwieczna sekwoja zwaliła się na ziemię…

     Sekwoje wiecznie zielone (Sequoia sempervivens) są bowiem odwieczne. Wiek niektórych to historia Polski, ale nie ta od czasów Mieszka I, gdyż dożywają nawet dwu tysięcy lat ze sporym naddatkiem. No i są najwyższymi roślinami występującymi obecnie na ziemi – te na zdjęciach są na pewno równie wysokie jak te rosnące obecnie w kalifornijskim parku narodowym Redwood, mierzące ponad sto dziesięć metrów. I pomyśleć: ich potomkinie żyły już przed milionami lat i przetrwały nawet okresy zlodowacenia, oczywiście tam, gdzie ono nie docierało, a tu przyszli drwale i rach-ciach-ciach te olbrzymki zrąbali, choć naturalnie strasznie się przy tym naharowali. Forma żeńska nie wskazuje jednak na to, że Czirokezi widzieli w tych drzewach jakieś mityczne istoty kobiecopodobne – sekwoja znaczy bowiem w ich języku świńska stopa, ha, ale jakież to musiałyby być świnie, żeby mieć taaaaaaaaaakie stopy?!

     Kusiło mnie, by napisać, że w Barwinku mieszkają potomkowie owych drwali uwiecznionych na tych zdjęciach, próbowałem nawet wmówić panu sołtysowi, że wśród tych żylastych mężczyzn spoczywających w wycięciu jest jego pradziad. Niestety, tak nie jest, a szkoda. Nie wiadomo, kto został uwieczniony na tych starych fotogramach.W każdym razie potomkowie owych drwali mogą mieszkać na Podkarpaciu, gdyż mnóstwo ich przodków wyjechało za Wielką Wodę za chlebem, w tym oczywiście Łemków, którzy na cięciu piłą ręczną wiekowych jodeł na bale znali się jak nikt, więc na pewno nie drapali się w głowę, gdy kazano im przeciąć w poprzek grubachną sekwoję… Niestety, w Barwinku sekwoje nie rosną, musieliśmy się więc zadowolić widokiem wspaniałych okazów modrzewia polskiego w pobliskim rezerwacie nazwanym Modrzyna, mimo iż przeważają tam jodły, równie wyniosłe (do pięćdziesięciu metrów wysokości) i mogące dożyć dwustu lat, a ich średnica w pierśnicy też może  przekroczyć dziewięćdziesiąt centymetrów, ale mimo to do modrzewiów się jednak nie umywają, choćby z tego względu, że to nie z nich, lecz z drewna modrzewiowego zbudowano słynne średniowieczne kościoły na Podkarpaciu: w Bliznem czy w Haczowie, do których Wojtek mnie kiedyś zawiózł…

             

             Modrzew polski  rosnący w Modrzynie

     Akurat śniadowaliśmy na samym grzbiecie Modrzyny, po obu stronach opadającym gwałtownie w dół, obok potężnego modrzewia z konarowym wygięciem na wysokości ponad dwu metrów nad ziemią, na które Wojtek mnie podsadził, by za pomocą zdjęcia zrobionego telefonem komórkowym „uwiecznić solenizanta”, gdy nadszedł pan leśniczy, patrząc podejrzliwie na dużego czarnego psa. Wojtek od razu uprzedził ewentualne pytanie, wyjaśniając, że pies zjadł od rana trzy kilogramy kiełbasy. Pan leśniczy, którego ojciec też był tutaj leśniczym, wdał się z nami w dłuższą pogawędkę, bardzo ciekawie opisując i sam rezerwat, i w ogóle świat drzew. Widział wszystko, nawet samosiejki maluteńkich jodełek pod naszymi stopami, określając ich wiek na rok, dwa lub cztery. Mówił, że trudno określić wiek tutejszych drzew, gdyż nie mając sprzyjających warunków jodła może tu trwać w utajeniu nawet przez czterdzieści lat, dopóki nie powstaną warunki sprzyjające wzrostowi. Zapytałem go o etos tej pracy. Roześmiał się. „Gospodarzę na tysiącu pięciuset hektarach lasów i poza rzadkimi chwilami wytchnienia, jak ta dzisiejsza, gdy mogę przez dwie godziny spokojnie obejść las, muszę myśleć o sześciu tysiącach metrów sześciennych drewna rocznie, które z tych lasów trzeba pozyskać, na szczęście obecnie to ja w znacznym stopniu decyduję o prawidłowej gospodarce leśnej, bo za czasów mego ojca bywało z tym różnie – plany wyrębów i to określonej jakości drewna musiały być rygorystycznie przestrzegane, a lasy podkarpackie to nie lasy na nizinach, gdzie wszystko można wyliczyć z dokładnością prawie do centymetra sześciennego i przewidzieć – tutaj w ogromnej mierze rządzi natura”…

     Zyndranowa. I już ostatnia opowieść o pośpiesznym zejściu do Zyndranowej, właściwie tylko do samego Muzeum Kultury Łemkowskiej, gdzie i tak przyjęto nas w drodze wyjątku po moim oświadczeniu, że wiele postów poświęciłem Łemkom, gdyż wkrótce gwałtownie zaczęło się ściemniać, więc o zapukaniu do innych chałup, by zasięgnąć języka, mowy być nie mogło, zresztą i tak cudem zdążyliśmy na ostatni autobus powrotny jedynie dzięki uprzejmości kierowcy, który już odjeżdżał z końcowego przystanku i zagarnął nas do środka kilkadziesiąt metrów poniżej z koszulami przylepionymi do grzbietów, bo drałowaliśmy pod górę jak zdyszane psy myśliwskie niemogące doścignąć zdobyczy.

     Do tej byłej wsi połemkowskiej trzeba będzie zatem powrócić latem. To, że założył ją rycerz Zyndram z Maszkowic, osiedlając w niej jeńców pojmanych w bitwie pod Grunwaldem, to tylko legenda. Już bardziej prawdopodobne jest to, że był nim Zyndram z Jaślisk, względnie, że nazwa wsi pochodzi od niemieckiego zyndra = kopalnia (rudy żelaza?)… Jednakże na pewno wiemy, którędy jeździli Łemkowie do Barwinka, droga została bowiem wyżłobiona przez ich wozy, a kapliczka, do której trzeba się teraz przedzierać przez krzaki tarniny, świadczy o ich odwiecznej obecności na tej ziemi, mimo iż sporządzony cyrylicą napis na kapliczce został przykryty grubą warstwą wapiennej farby.

                   

                      My, Łemkowie z Zyndranowej   

     Po zyndranowskich Łemkach, zamieszkujących wieś rozciągającą się na wiele kilometrów, pozostało niewiele śladów: my z braku czasu mogliśmy jedynie obejrzeć to, co eksponuje się w miejscowym Muzeum, na stronie internetowej prezentującego się pod jakże nostalgicznym i dla większości wypędzonych stąd Łemków nieaktualnym fragmentem wiersza, które w przekładzie na język polski brzmi: „…tu pragnę żyć i umierać, gdzie żyli mój ojciec i moja matka…” Resztę tego, co nazywamy teraz zabytkami kultury materialnej Łemków, po wypędzeniu ich w roku 1947 w ramach akcji „Wisła”, zdewastowano lub po prostu zniszczono: cerkwie, kapliczki, cmentarze, nie mówiąc o chyżach i obiektach gospodarczych – ze stu osiemdziesięciu zagród łemkowskich ocalały w Zyndranowej nieliczne…

     I gdyby nie Teodor Gocz, któremu po chwilowej „gomułkowskiej odwilży” udało się powrócić do rodzinnej wsi i zagrody, do roku 1955 zamieszkanej przez jego wiekowego pradziadka, Teodora Kukiełę, dawnego pisarza gromadzkiego, o zyndranowskich Łemkach nikt by już zapewne nie pamiętał – stworzona przez niego w roku 1968 Izba Pamiątek Kultury Łemkowskiej miała właśnie na celu ocalenie ich od zapomnienia. Działacze łemkowscy wznieśli tu nawet pomnik dla uczczenia żołnierzy poległych w trakcie wyzwalania tych terenów w czasie ostatniej wojny, gdyż i wśród nich żywa była pamięć dramatycznych bojów toczonych u wrót Przełęczy Dukielskiej, co dziwić mogło jedynie władze, którym nie mogło się pomieścić w ideologicznie zakutych łbach, że Łemkowie, których przecież stąd wypędzono pod idiotycznymi zarzutami, ośmielają się uczestniczyć w upamiętnieniu tamtych wydarzeń, przeto kazali przed trzydziestu czterema laty wysadzić ten pomnik jednostce saperów z Dębicy.

     Stokroć bardziej światli byli działacze Łemkowscy, którzy uhonorowali pamięć także Żydów zyndranowskich – przejmując opiekę nad Chatą Żydowską i przygotowując wystawę judaików w pomieszczeniach pożydowskiej karczmy. O kłopotach z utrzymaniem Izby Pamiątek można by długo mówić, ale po roku 1996, po przemienieniu Izby w Muzeum nastały lepsze czasy, zatrudniono na stałe etnografa i wydawano nawet kwartalnik „Zahroda”, z przerwą na bardzo chude lata 1999-2001, a obecnie, od roku 2002, najlepsze, bo doszły również pieniądze unijne i widać z daleka, że roboty na terenie placówki toczą się w mniej więcej właściwym rytmie. Co wchodzi obecnie w skład ekspozycji muzealnej? Zbudowana w roku 1860 chyża (do roku 1901 użytkowana jako chałupa kurna) – w sieni prezentowane są żarna, wagi, narzędzia stolarskie itp., w izbie: stare meble, piec z kapą i zapieckiem, naczynia gliniane i żeliwne, jest tam oczywiście pradziadkowa kancelaria pisarza gminnego z dokumentami, zdjęciami, starymi banknotami i monetami, trzeba jeszcze wspomnieć o komorze z zabytkami sztuki cerkiewnej, stajni z eksponatami pasterskimi oraz rzemiosła tkackiego, czy o tzw. boisku z wystawą narzędzi i sprzętu rolniczego… 

     Następne obiekty to koniusznia, gdzie nie parska żaden hucuł, gdyż zgromadzono w niej jedynie militaria z okresu obu wojen światowych, na szczęście w kuźni cygańskiej znajduje się wszystko, co powinno być na wyposażeniu starej kuźni, a w kaplicy, będącej wprawdzie rekonstrukcją kaplicy łemkowskiej z przełomu XIX i XX wieku, jest typowy ołtarzyk z figurami i obrazami świętych, w chlewiku nie kwiczą, niestety, świnki, nie beczą owce i nie gdaczą kury, ale przynajmniej wiadomo, jak wyglądał, wiatrak nie miele zboża na mąkę, lecz posiada kompletny mechanizm, mała karczma nie prowadzi już wyszynku piwa ani okowity, mimo nadal kuszącego okienka z ladą, a w świetlicy wiejskiej nikt z miejscowych mieszkańców nie korzysta ze zgromadzonych tu starych pism i książek – no cóż, muzeum to muzeum, chwała jednak Teodorowi Goczowi i upartym działaczom łemkowskim, że w ogóle jest i że można bodaj powąchać to, co jeszcze przed siedemdziesięciu laty pachniało pełnią razowego życia, ale jakże dobrze wypieczonego!

 

                 

                                 Wygnanie

10:52, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
piątek, 12 listopada 2010
Mapa bohatera (cz. 2)

    Ten post podzieliłem na dwie części. Ta pierwsza to w pewnym uproszczeniu część astrologiczna, natomiast ta druga będzie częścią wyraźnie ekologiczną, gdyż dwiema podstawowymi pasjami Pawła Zawadzkiego były niemal od zawsze astrologia oraz ekologia. Astrolog patrzy przede wszystkim w gwiazdy – Słońce też jest gwiazdą, wokół której krążą planety z koniunkcjami tak istotnymi przy stawianiu horoskopów. Ekolog patrzy przede wszystkim na Ziemię, jedyną z planet układu słonecznego zamieszkałą przez istoty ludzkie, i nie może pojąć, dlaczego bywają one aż tak nieludzkie w stosunku do własnej Matki-Ziemi? W dodatku sprawiają wrażenie, jakby były ogarnięte samobójczym szałem, gdyż coraz bardziej zatracają podstawowy instynkt: samozachowawczy.

    Paweł (dwa dni temu otrzymałem od niego kolejną pękatą kopertę) powołuje się na obliczenia, z których wynika, że Matka-Ziemia potrzebuje o jedną trzecią więcej czasu na odnowienie zasobów naturalnych, które ludzie zużywają w ciągu roku, co stwarza sytuację równi pochyłej, po której staczają się ku własnej zgubie. Mówienie, że zużywają te zasoby na własne potrzeby, przy rozdętym ponad wszelką miarę konsumpcjonizmie, jest oczywistą nieprawdą. Jeśli wyznacznikiem jakości życia ma być nadmierna konsumpcja dóbr materialnych i usług, nielicząca się z żadnymi kosztami ekologicznymi, społecznymi czy indywidualnymi, a jedyną wartością hedonistyczny materializm, to i Paweł, i ja, i nam podobni zgłaszamy stanowczy protest przeciwko takiej postawie.

    Już dawno temu, gdy wyjeżdżałem na Zachód z naszego biednego kraju, z kolejkami nawet po papier toaletowy, uderzało mnie tam to, co później obejrzałem w szokującym filmie zatytułowanym La Grande bouffe, czyli Wielkie żarcie, i to bynajmniej nie w willach bogaczy czy w restauracjach, lecz w okresie weekendów wprost na ulicach – zasłanych tackami z zaledwie napoczętymi porcjami fast-foodowych produktów lub w ogóle nienaruszonymi, obok walających się plastykowych kubków lub butelek z niedopitymi napojami. Tak było również w starożytnym Rzymie, z tym że tam serwowano dania jednak znacznie wykwintniejsze, choćby języczki flamingów w specjalnym sosie ze sfermentowanych wnętrzności rybich, pito nawet stuletnie wina, no i wymiotowano do specjalnych naczyń, a nie gdzie popadnie. Różne podaje się przyczyny upadku Cesarstwa Rzymskiego, choć dla mnie nie ulega wątpliwości, że zażarło się ono i zapiło na śmierć (to dlatego zabrakło przywódców pokroju Juliusza Cezara, a do władzy dochodzili ludzie słabi, chciwi, skorumpowani, częstokroć chorzy psychicznie), stanowiąc łatwy łup dla barbarzyńskich hord, praktykujących z konieczności umiar w jedzeniu i piciu, oczywiście przed dokonaniem podboju rzymskiego imperium.

   Nie tylko Paweł ostrzega, że jeśli człowiek, najbardziej niebezpieczny ze wszystkich znanych drapieżników, się nie opamięta, czeka go ten sam los. Czy jednak w świecie agresywnej reklamy, nawołującej do kupowania i posiadania wszelkich możliwych dóbr, powrót do zrównoważonej konsumpcji jest w ogóle możliwy? Konsumpcji dóbr nazwanych przez ekologów „śladem ekologicznym” w postaci ziemi uprawnej, pastwisk, lasów, łowisk morskich etc. Na razie odpowiedź musi być przecząca, dopóki rozrzutność, zachłanność i chciwość są w cenie – w przeciwieństwie do rozumu. Dla Pawła idealnym modelem rozwoju zrównoważonego są klasztory, mimo iż biskup Ignacy Krasicki był innego zdania, czemu dał wyraz w Monachomachii, no ale Paweł ma na myśli klasztory benedyktyńskie – sam zresztą chciał przywdziać mnisią szatę, o czym świadczy jego komentarz do zdjęć zamieszczonych w tym poście: „Tak wygląda człowiek, który się przejął lekturą dzieł Lwa Tołstoja do tego stopnia, że chciał zostać kamedułą”.

    Śmiem wątpić, że wszyscy ludzie chcieliby się zamknąć w klasztorach benedyktyńskich, by wieść tam życie pobożne i pracowite, zresztą ten idealny model rozwoju zrównoważonego wcielali i nadal wcielają w życie choćby Indianie Hopi, o których niedawno pisałem, mający blade pojęcie o wspomnianej przez Pawła najstarszej rodzinie zakonnej. Ich przepowiednie prorokują ludzkości zagładę właśnie z powodu bezsensownego niszczenia przez ponoć rozumne istoty ich środowiska naturalnego, a wizja „gwiezdnych wojen” sięga poza planetę Ziemia, będącą we wszechświecie cudem wszelkich możliwych przypadków, dzięki którym istnieje na niej życie aż tak złożone i bogate. Wprawdzie Jon Elster twierdzi, że przywiązanie do rozumu nie do końca jest rozumne, szczególnie jeśli nasze myślenie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem, jak w przypadku myślenia konsumpcyjnego, człowiek nie ma jednak innego narzędzia poznania, co nie oznacza, że dla swego oraz potomnych dobra nie powinien go odpowiednio zmodyfikować…

    Specjalnie to zdanie tak skonstruowałem. Paweł od dłuższego czasu zarzuca mnie bowiem publikacjami dotyczącymi GMO, czyli organizmów genetycznie zmodyfikowanych, nazwanych przez Jeffreya Smitha w książce Nasiona kłamstwa „bronią biologiczną masowego rażenia”. Naukowcy twierdzą (Paweł przytacza aforyzm Antoine’a de Saint-Exupéry’ego: „Ludzie światowi używają nauki, sztuki, filozofii tak jak używają kurew”), że bez GMO miliony ludzi na ziemi umrze z głodu. Pomijając fakt, że miliony ludzi umiera z głodu i bez GMO, Paweł podaje przykład wręcz porażający: tylko w roku 2006 Zjednoczenie Hodowców Ziemniaków w USA kazało zniszczyć prawie siedem milionów worków ziemniaków na rynku amerykańskim i kanadyjskim, by podnieść ceny. Ogółem marnuje się, zazwyczaj świadomie i celowo, około pięćdziesiąt procent wyprodukowanej na świecie żywności!

    Mnie osobiście grozą napawa informacja podana przez Komisję Europejską, że to samo dotyczy ryb, będących podstawą mego pożywienia, a tu w Iwoniczu-Zdroju dostępnych w wyborze bardziej niż nędznym: również około pięćdziesiąt procent złowionych ryb wyrzuca się ponownie do mórz, by utrzymać ceny na „odpowiednim poziomie” – odpowiednim na pewno nie dla mnie, gdyż są one coraz droższe; obniża się „promocyjnie” ceny jedynie ryb hodowanych prawie w kloacznych ściekach, jak pang. Jeszcze bardziej można współczuć tym, którzy spożywają wieprzowinę z hodowli przemysłowej prosiaków karmionych śrutą sojową GMO oraz faszerowanych dodatkowo antybiotykami i hormonami wzrostu (u nas też). Wiadomo, że od początku świata człowiek, w celu udoskonalenia roślin uprawnych, krzyżował, selekcjonował itp., nie krzyżował jednak „ziemniaka z przebiśniegiem, pomidora z rybą, sałaty ze szczurem” – takie eksperymenty umożliwia dopiero GMO!

    Czy możliwy jest ratunek przed tymi wszystkimi zagrożeniami, o których mówili Hopi w swych przepowiedniach i o których pisze Paweł w swoich artykułach? Zagrożeniami wręcz dla biologicznej egzystencji człowieka? Czy możliwe jest obronienie się przed ludzką zachłannością, która szczególnie uderza w wielkich miastach, gdzie spekulacje gruntami i mieszkaniami dochodzą do granic absurdu, jak choćby w Warszawie? Tak, ale pod warunkiem, że politycy przestaną zajmować się bzdurnymi sprawami ideologicznymi, odgrzewanymi wątkami martyrologicznymi z innych epok, a skupią się na tym, co dla ludzi żyjących tu i teraz, przede wszystkim mieszkańców wielkich miast, jest kwestią życia i śmierci. Na przykładzie włodarzy Wiednia, już od dziewięćdziesięciu lat konserwatywnych awangardystów (jak ich określa w swej książce Joanna Giecewicz), okazuje się, że jest to możliwe – dzięki ich pragmatyzmowi koszt budowy jednego metra kwadratowego jest we Wiedniu pięć razy niższy niż w Warszawie, i w odpowiedzi na to współczynnik demograficzny trzykrotnie wyższy, to samo dotyczy ilości drzew, stawów, parków, ścieżek rowerowych i bulwarów spacerowych; w Warszawie zieleń miejska wypierana jest przez parkingi osiedlowe, zaś zawód „ogrodnik osiedlowy” jest nieznany…

    Taką nadzieję niesie także EM BIO, technologia efektywnych mikroorganizmów, u nas wdrażana od kilku lat przez firmę „Greenland” na licencji EMRO – EM Research Organization Japonia (patrz: następny akapit, gdzie będzie mowa o innej Japonii). W skład produktów EM wchodzą jedynie mikroorganizmy występujące w naturze, nie poddane żadnym modyfikacjom: bakterie kwasu mlekowego, fotosyntetyzujące, saprofityczne oraz drożdże, grzyby, promieniowce i woda, oczywiście pitna i dobrej jakości. Powinniśmy myć się jedynie „żywymi mydłami”, nie zawierającymi sztucznych barwników i dodatków zapachowych, które wywołują reakcje alergiczne: EM Żywym Mydłem w płynie (zastępuje z powodzeniem także szampon z odżywką), mydłem Bokashi (z dodatkiem fermentowanych otręb), mydłem z melasą (z trzciny cukrowej) czy mydłem z glinką ceramiczną EMX…

    Inne produkty tej firmy, oparte również na tej samej technologii, są skutecznym narzędziem w rozwiązywaniu współczesnych problemów utylizacji i przerobu odpadów ze ścieków nie tylko komunalnych, gdyż można je stosować i w naszych przydomowych urządzeniach kanalizacyjnych, które dzięki nim staną się biologiczną oczyszczalnią ścieków – przestaną zatruwać otoczenie, przekształcając warstwy osadowe w bezpieczny produkt organiczny do ponownego użycia, oraz atmosferę, nie emitując do nie smrodliwych wyziewów. Preparaty EM-1 przywracają glebom naturalną żyzność, stymulują odporność zwierząt i roślin, powstrzymują procesy gnilne, przyśpieszają rozkład materii organicznej – można je stosować w ogrodzie, dzięki czemu będziemy mogli mieć, poza gwarancją silnego rozrostu korzeni posadzonych tam roślin i drzew, pięknie wybarwione kwiaty, smaczne owoce i warzywa, doskonały kompost, i poczucie, że odzyskaliśmy raj dawno temu utracony…

    Z braku miejsca nie mogę omawiać wszystkich artykułów czy propozycji Pawła (przygotowuje do druku dwa grube tomy) – niektóre brzmią niemal absurdalnie w uchu przeciętnego Polaka, szczególnie młodego, biorącego udział w wyścigu szczurów, ale na szczęście jeszcze niezapracowanego na śmierć jak wielu jego rówieśników żyjących choćby w Japonii, w oczach Pawła „pracowitych idiotów”, produkujących niezliczone ilości zbędnych rzeczy, bez których na pewno można się obejść, zamiast jak on ćwiczyć się w nicnierobieniu, leżąc przez pół dnia na leśnej polanie do góry brzuchem (burczenie w brzuchu uspokoi melon stosownie przyrządzony), co pozwala na osiągnięcie błogostanu. „Człowiek wypełniony błogą ciszą wewnętrzną może usłyszeć śpiew ptaka, szum drzew, pluskanie potoku, a nawet szmer rosnącej trawy… Człowiek, który osiągnął błogostan, jest błogosławieństwem dla innych. Pełen życzliwości i wewnętrznego spokoju uśmiecha się bezinteresownie i promiennie, bo żyje w nieustannej harmonii z Matką Ziemią i św. Franciszkiem…” Taki człowiek nie wie, co to jest „karoshi”, śmierć z przepracowania około trzystu tysięcy pracowitych japońskich idiotów rocznie! Takim człowiekiem jest niewątpliwie Paweł – pamiętam, jak kiedyś na szybowisku w Weremieniu, nie zważając na gorączkowy ruch panujący dookoła, przez cały dzień pochylał się tuż za pasem startowym nad ranną jaskółką, opatrując ją i karmiąc, póki nie oddał jej w dobre ręce, i pamiętam jego kontemplacyjną postawę, gdy go u siebie gościłem, która mnie, wówczas pracoholika, doprowadzała w duchu do białej gorączki. Dlatego popieram jego apel, by z Japonii i Ameryki zrobić drugą Polskę – Polskę nie Winkelriedów narodów, lecz Pawłów-błoginów, Januszów-błoginów itd.

       

  Paweł w rozmowie z kandydatką na błoginię? Paweł-ekolog wygląda tak samo jak Paweł-astrolog (fot. Izabela Podlaska); niestety, zdjęcia Pawła-błogina nie mam – liczę na wyobraźnię czytelników!

09:17, jbroszkowski
Link Komentarze (9) »
niedziela, 07 listopada 2010
Mapa bohatera

    Na bardzo ciekawym blogu mojej córki Asi (http://pisarskiecwiczenia.blog.onet.pl/), który prowadzi od 1 stycznia tego roku, zamieściłem pod postem MAPA BOHATERA z cyklu Jak napisać powieść w rok bardzo długi komentarz, gdyż dwa razy go dopisywałem: Znowu świetne ćwiczenia, na które naprędce odpowiem na razie tylko tak: jako piszący właściwie zawsze sami jesteśmy bohaterem, a raczej bohaterami naszej przyszłej książki. Ściślej: powinniśmy być! Ja mogę jako pisarz-mężczyzna być Bridget Jones i Kubą Rozpruwaczem, i Alicją z Krainy Czarów, i czort jeszcze wie kim. Ale gdybym miał znaleźć bohatera, którego w żaden sposób odnaleźć w sobie nie mogę, to jest nim niewątpliwie red. Paweł Zawadzki, autor między innymi poradnika „Jak zostać emerytem” (niestety, wydawca dał mu dwa tysiące zaliczki i na razie poradnika nie wydał).

     Nie: jak być emerytem, ale jak nim zostać, ponieważ po wyrzuceniu go z posady bibliotekarza PAN Paweł musiał przeżyć, nie mając żadnych pieniędzy, do emerytury, czyli przez dziesięć lat ZA TRZY ZŁOTE DZIENNIE (po opłaceniu czynszu) W SAMYM CENTRUM WARSZAWY!!! I przeżył – i dotrwał do emerytury, co graniczy z cudem, ale cudem nie jest, czego świadectwem jest niewydany poradnik.  Może i Paweł miałby nieco więcej pieniędzy na jedzenie, jako że czynsz był niewielki, gdyż do śmierci ciotki żył na Mariensztacie na sześciu metrach kwadratowych, tak jak kiedyś w Moskwie Sigizmund Dominikowicz Krżyżanowski (Zygmunt Krzyżanowski), znakomity pisarz rosyjski polskiego pochodzenia, o którym wiem dzięki Pawłowi między innymi to, że nigdy nie dochrapał się, jak Paweł po śmierci ciotki, całych jedenastu m. kw.!

     Pieniądze, dość nędzne grosze, zdobywał, do czego i mnie namawiał, dzięki pisaniu, częstokroć za darmo, setek artykułów ubranych w felietonową, naprawdę znakomitą formę do pism polskich i zagranicznych, mnie osobiście nieznanych, bądź bardzo znanych jak „Twórczość”, gdzie zamieszczał spore notki płatne aż po sto pięćdziesiąt złotych za sztukę. Niestety, Paweł miał szkodliwą dla własnych interesów manię wsadzania kopii tych artykułów do kopert i rozsyłania ich do licznych adresatów, w tym do mnie. Taką grubą kopertę od wielu, wielu lat otrzymuję co miesiąc z pismem przewodnim Pawła Zawadzkiego na papierze firmowym z exlibrisem proj. Zygmunta Januszewskiego.

     Warto nadmienić, że Paweł jest wnukiem sławnego tarotysty, a jego ciotka też była równie świetną tarotystką, konkurującą z dziadkiem także w sztuce astrologicznej (dzięki jej wróżbie Paweł w ogóle przyszedł na świat, mimo iż według opinii lekarza-położnika nie miał prawa żyć, ale to temat na inną opowieść, którą niedługo, bo właśnie ten pomysł przyszedł mi do głowy w trakcie pisania tej notki, opiszę na swoim blogu)... I jeszcze jedno: red. Paweł Zawadzki jako bohater ewentualnej książki byłby niewątpliwie postacią bardzo wyrazistą. Bardzo rzadko z nim się spotykam jako osoba skrajnie mało towarzyska, nieczęsto odpisuję na jego bardzo grube, dzięki kopiom artykułów, listy, ale nie zapominam, że dzięki niemu odkryłem m.in. Bobulandię (www.bobulandia.pl) i latałem w Weremieniu koło Leska na szybowcu, podwójnie podziwiając Bieszczady z lotu ptaka, bo i z otwartej kabiny  jednosilnikowego samolotu, który następnie wylądował w Monastercu na łące tuż nad chałupą Kazka Tylki, u którego zawsze spałem w ponadstuletniej beczce, w upalne dni pachnącej naprawdę przednimi winami z naprawdę dawnych dobrych czasów Monarchii Austro-Węgierskiej i z bożej łaski miłościwie panującego również nad iwonickimi poddanymi  cesarza Franza Josepha I, gdyż był on między innymi królem Galicji, ale Jerozolimy też! 

     Dzięki Pawłowi niewiele brakowało, a zostałbym opiekunem żółwi na jednej z wysp australijskich, zapoznałem się także z przedziwnym w dzisiejszych czasach niemal kultem prawie nikomu nieznanego poety Andrzeja Suryna za cenę wgniecenia boku samochodu przez nieznanego sprawcę, jednego z setek uczestników nocnego obrzędu, rozpoczynającego Surynowskie Rekolekcje (poznałem przy okazji sławny Teatr Wiejski w Węgajtach) etc., etc., jako że z kapelusza Pawła wyskakują bez przerwy króliki najfantastyczniejszych pomysłów na sztukę i życie!

     Przyznacie, że mój komentarz był obszerny, ale zaledwie naszkicował on mapę bohatera opowieści (nie powieści, bo powieści na razie nie piszę), którym niewątpliwie mógłby zostać red. Paweł Zawadzki. Domyślacie się zapewne, że jako wnuk sławnego tarotysty i siostrzeniec ciotki-tarotystki, równie znakomitej, po których otrzymał w spadku ogromną wiedzę tajemną łatwą do wymienienia i na grad brzęczących monet, w tym złotych „świnek” czy złotych dwudziestodolarówek, i na miły dla ucha biedaka szelest banknotów także w „walucie wymienialnej”, jak to się w Peerelu mówiło, Paweł nie musiałby utrzymywać się przez całe lata za trzy złote dziennie! Jednakże przejął on po swych sławnych antenatach ostrzeżenie, że za wróżby brać pieniędzy nie wolno, ponieważ wówczas bezpowrotnie traci się swoją wróżbiarską moc!

     Dlatego płacąc za nie różnym rzekomo renomowanym „wróżbitom” czy „wróżkom” wyrzucacie pieniądze w błoto, dając się robić ordynarnie w konia zwyczajnym oszustom i wydrwigroszom! Nachalną Cygankę można po prostu odpędzić, choć dwa razy w życiu, kierując się instynktem, tego nie zrobiłem, czego nie żałuję, bo to były chiromantki niezrównane – i na pewno kiedyś o nich napiszę, natomiast idąc do przysłowiowej Wróżki i płacąc za to, kupujemy w ciemno wszelkie brednie z tej „wyroczni” płynące i na pewno nieubrane w tak kunsztowną formę literacką jak owe z Wyroczni Delfickiej, ale o tym wspomnę za chwilę …

     Wpierw powinienem bowiem pośpieszyć z objaśnieniem zasygnalizowanym w tamtym komentarzu i zapewne najistotniejszym dla losów mego bohatera, w jaki sposób udało mu się w ogóle przyjść na świat, co miało być cudem – i rzeczywiście cudem było, choć nie z tarotem związanym. Wspomniana ciotka, gdy lekarz położnik oświadczył, że dziecka splątanego pępowiną w brzuchu matki nie uda się uratować, natomiast matce, od trzech dni bezprzytomnej, grozi śmierć, jeśli natychmiast nie usunie się płodu, kazała mu się powstrzymać, gdyż wedle efemeryd astrologicznych Raphaela o wschodzie słońca będzie jedna szansa na tysiąc, związana z pomyślną, niesłychanie rzadką koniunkcją planet, że będzie można odebrać płód, a matka i dziecko przeżyją…  

     Lekarz, myśląc w duchu, że ma do czynienia z tęgą wariatką, zgodził się poczekać, bo i tak nie mógł wyjść z domu rodzącej kobiety, gdzie woda przeznaczona do obmywania rąk zdążyła już zamarznąć w misce, ściany pokryte były szronem, a szyby w oknach grubą warstewką lodu, była to bowiem mroźna noc okupacyjna z godziną policyjną (Sperrstunda) trwającą do 6.00 rano. Tuż przed świtem jeszcze raz zbadał jakby powracającą do przytomności pierwiastkę i ku swemu niesłychanemu zdumieniu stwierdził, że płód wyplątał się z pępowinowej pętli i po chwili bez żadnych problemów wydostał się z łona matki na świat…

     O efemerydach astrologicznych Raphaela, będących w użyciu od stu lat, gdyż najznakomitsi astrologowie potwierdzają, że odznaczają się one niezwykłą precyzją, niewiele wiem, nie jestem bowiem w stanie przedrzeć się rozumieniem bodaj przez jedną z nich. To samo dotyczy tarota.  Gdy przed pięciu laty zamierzałem na stałe wyemigrować do Ameryki Południowej, pomyślałem sobie, że chciałbym przed wyjazdem tarotową wiedzę tajemną zgłębić, jak również zapoznać się z tajnikami stawiania horoskopów w oparciu o podstawowe techniki astrologiczne, postanowiłem przeto zaprosić Pawła do swego domu, gdzie gościł przez całe dwa tygodnie. Niestety, byłem wówczas w tak fatalnym stanie psychicznym, że chyba nawet nie wiedziałem, jak się nazywam, więc mimo jego wysiłków i zapisania przeze mnie grubego zeszytu, nadal mam o tym blade pojęcie i ku memu wielkiemu żalowi ta niesłychanie ciekawa i skomplikowana wiedza pozostaje dla mnie w dalszym ciągu prawdziwą czarną magią.

 

    

   Paweł Zawadzki (z tołstojowską brodą) w Polskim Stowarzyszeniu Astrologicznym - fot. Izabela Podlaska

 

     Tak czy siak ciotka Pawła nie była wróżką Nunilą, która każdemu może postawić tarota, mnie, skorpionowi, też. Ot, choćby na najbliższy tydzień: „Miłość i seks: Poświęć więcej czasu rodzinie. Partner szykuje ci bardzo przyjemną niespodziankę. Nie twórz sztucznych problemów, a spotkasz kogoś naprawdę wyjątkowego. Kariera i pieniądze: Praca nie da ci satysfakcji. Poczujesz, że chciałbyś się zajmować czymś innym, tylko sam nie wiesz, co by cię uszczęśliwiło. Może przydałby się krótki urlop?” Hm, wróżce Nunili przydałby się długi urlop w uroczym zakątku i w pensjonacie bez klamek, gdzie nie ma nawet zegara, bo tykał zbyt głośno, więc wyleciał przez okno (jak w piosence Dom bez klamek zespołu Neonovi)…

     Dopiero dzisiaj otworzyłem pękatą kopertę od Pawła, choć list nadszedł przed wieloma dniami. Mnóstwo artykułów Pawła i jeden skopiowany pani Joanny Skibniewskiej o innej Joannie, Joannie od Jedności, która ma być beatyfikowana. Artykuł z dopiskiem Pawła: „Zrób z tego poczytne romansidło – milionowy nakład zapewniony!” zatytułowany Święta Niemcem kryta z podtytułem Nawet tożsamość Kościół kradnie. Ta siostra Joanna ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, Helena Lossow, z hrabowskiego rodu Szembeków, będąc w roku 1941 w nowicjacie w Laskach urodziła syna. Ojcem był niemiecki oficer, późniejszy generał, pochodzący zapewne z równie znakomitego rodu. Po pół roku przełożone siostry Joanny oderwały siłą malca od jej piersi i wywiozły z klasztoru.

     Ewaryst znalazł się w rodzinie państwa Walkowiaków jako ich syn, choć pan Antoni Walkowiak od września 1939 do kwietnia 1943 roku przebywał w obozie jenieckim. Sfałszowano nie tylko akt urodzenia Ewarysta (ulicy Lipowej 5 w Piaskach nigdy nie było), ale także akt chrztu świętego – kościół, w którym miano go ochrzcić 13 lipca 1941 roku, gdy przebywał z matką w Laskach, w czasie wojny jeszcze nie istniał! Ten niemiecki generał czterokrotnie przyjeżdżał po wojnie do Polski, by odebrać swego syna, zostawiał też Walkowiakom pieniądze na jego utrzymanie, ale przy powszechnej zmowie milczenia, nawet matki dziecka, nie miał szans, by przed polskim sądem uzyskać prawne potwierdzenie swego ojcostwa, więc w końcu dał za wygraną…

     Każdym człowiekiem, poza nieludzkimi księżmi i zakonnicami, wstrząsnęłaby rozpacz biologicznej matki, która po wojnie dwukrotnie chciała zerwać śluby, by odnaleźć syna, ale przymuszono ją do pozostania w zakonie szantażem (siostrzyczki zagroziły, że zadenuncjują ją do UB za to, że przetrzymywała u siebie między innymi Stefana Wyszyńskiego, gdy go chciano aresztować) – wkrótce po odebraniu jej syna musiała z Biblią w ręku przysiąc przed ołtarzem, że już nigdy go nie ujrzy; nawet jej błagania na dwa miesiące przed śmiercią w 2005 roku, by pozwolono jej choć raz go zobaczyć i pobłogosławić, nie skruszyły serc zakonnic żyjących ponoć w zgodzie z Boskimi przykazaniami, bo z ludzkimi na pewno nie.

     Jedna z owych nieludzkich zakonnic, która jako franciszkanka powinna być duchem franciszkańskim podszyta (św. Franciszek okazywał jednak dobroć przede wszystkim zwierzętom, dzikim i oswojonym, a spośród ludzi – trędowatym i biedakom, ale chyba nie zakonnicom-matkom?), widząc Ewarysta na grobie matki (badania genetyczne, które przeprowadził dzięki pomocy dwu kobiet spokrewnionych z Heleną Lossow oraz ślinie spod znaczków, które naklejała na koperty, wykazały niezbicie, że jest jej synem) powiedziała: „Wiem, kim jesteś, wybacz jej”, nie dodając „i mnie, podłej, nikczemnej”, bo to właśnie ona, stuczteroletnia kobieta stojąca nad grobem, trzyma pod zamknięciem prawdziwy akt urodzenia i chrztu Ewarysta oraz setki listów siostry Joanny do syna, wie też, kim był jego ojciec, zabierze jednak na polecenie także kurii biskupiej i tę tajemnicę do grobu, bo najważniejsze jest, by Joanna od Jedności (chyba z piekłami kościelno-zakonnej hipokryzji) została beatyfikowana. Amen.

                            Cdn.

11:59, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 03 listopada 2010
Niepowetowana strata

     Ten post stanie się, po kilku wprowadzających akapitach, świadectwem naprawdę niepowetowanej straty dla literatury polskiej, przynajmniej w moim odczuciu, gdyż „brązownicy” zatrą ręce z radości. Przez wiele lat miałem zdjęcie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, na którym jako podstarzały pan z wyraźnie zarysowanym  brzuszkiem był w samych majtkach, ale za to ze swoim ukochanym psem. Jeszcze niedawno myślałem, że nadal jest w moim posiadaniu, gdy nagle sobie uzmysłowiłem, że w roku 2005, gdy pożegnałem się z poezją i zamierzałem na stale wyemigrować do Ameryki Południowej, zniszczyłem bądź rozdałem wszystkie książki poetyckie, zdjęcia, listy, w tym od wielu znanych poetów i pisarzy. To zdjęcie z Gałczyńskim widzę jednak jak na dłoni.  Zrobione było już w tym późnym, bardzo alkoholicznym okresie, gdy często znajdował się, tak jak większość ówczesnych poetów większego kalibru, pod opieką psychiatry.

 

               

    

     O tym wielu badaczy literatury zapewne wie, mało kto jednak wie, że w tamtym okresie Zielony Konstanty potrafił godzinami łazić po całym mieszkaniu za swą Srebrną Natalią i syczeć: „Oddaj mi, kurwo, klucz, bo cię zabiję!” Słodki Kobold chował bowiem przed nim klucz od drzwi wyjściowych, a Kostka suszyło jak cholera! Na tamtym zdjęciu z psem obok Mistrza Konstantego stała Stasia (to od niej je dostałem), która mi opowiedziała nie tylko o tego typu domowych incydentach z udziałem tej sławnej pary, ale i innej pary, znanej chyba tylko mnie, zbyt jednak miłuję tego poetę, by szczegóły jej znacznie bardziej intymnych zwierzeń podawać do publicznej wiadomości. Ona miała prawo to zrobić, ale nie zrobiła z powodów, o których będzie jeszcze mowa. Stasia, czyli wspomniana przeze mnie w poprzednim poście Stanisława Sznaper-Zakrzewska, wówczas jeszcze bardzo młoda, wampowata kobieta o dziwnie wykrojonych, nieco skośnych oczach, która przez swoje łóżko przepuściła kwiat ówczesnej męskiej literatury polskiej, sztuk wszelkich też; jej największą zgryzotą, czego nie ukrywała, było to, że ja wśród tego doborowego towarzystwa się nie znalazłem, choć gdy ją poznałem w roku 1967, udało jej się jeszcze uwieść szesnastoletniego młodziana, rówieśnika Pawła, ładnego chłopca grającego na gitarze, za którego wydała (ślub był hipisowski) swą również szesnastoletnią córkę Wilgę…

     Poczet jej kochanków był imponujący, przytoczę jedynie kilka nazwisk: Gałczyński, Tuwim, Broniewski, Sebyła, Brzechwa, no i Leonid Teliga, dzielny żeglarz, ten sam, co na „Opcie” opłynął cały świat, a w jej domku fińskim przy ulicy Wawelskiej w Warszawie (jest tam teraz otoczenie Trasy Łazienkowskiej) schował się pod łóżko, gdy za oknem pojawił się, rozchylając jak zwykle poły płaszcza, by ukazać swe męskie klejnoty, ekshibicjonista, który już od dłuższego czasu nękał Stasię, więc ta, rozeźlona na Leosia, wrzuciła na nagie ciało futro i z siekierą w ręku wybiegła na mróz, przeganiając intruza. Takich facecji Stasia opowiadała mnóstwo i wszyscy trzymali się za boki ze śmiechu, gdyż była świetną aktorką mimiczną, ale nikt ich nie zapisywał (jej wspaniałe parodie z przemówień pisarzy w Związku Literatów Polskich na przestrzeni wielu dziesięcioleci warte były wydania na osobnej płycie, czego również nie uczyniono). Ja też ich nie zapisywałem, mimo iż to mnie zwierzała się z najintymniejszych szczegółów spotkań łóżkowych z „mistrzami”, o których jej słuchacze nie mieli pojęcia.

 

                  

         

     Mijały lata. Ja jak zwykle w ciągłym galopie mówiłem tylko w trakcie naszych spotkań: „Stasiu, musimy wreszcie wydać książkę ze wspomnień tego typu – będzie to bestseller…” Ona aż się paliła do tego pomysłu, dorzucając za każdym razem kolejne pikantne historyjki, a warto dodać, że była przez wiele lat żoną najznakomitszego w owym czasie (później miał swoją praktykę w Londynie) psychiatry w Warszawie, leczącego i Gałczyńskiego, i Tuwima, i Broniewskiego etc., któremu, wspierając upadłych na duchu pacjentów swym ciałem, przyprawiała coraz bardziej imponujące rogi. Może dlatego, uginając się pod ich brzemieniem, uciekł do Anglii? Wreszcie postanowiłem ściągnąć Stasię do siebie nad Zalew Zegrzyński, a był to chyba rok 1993, na dziesięć lat przed jej śmiercią (odeszła na „tamtą stronę” w towarzystwie m.in. Jana Józefa Szczepańskiego, Antoniego Marianowicza czy Zofii Chądzyńskiej), by w ciągu tygodnia utrwalić na taśmie magnetofonowej te pyszne anegdoty i wydać je w dużym nakładzie.

     Stasię chyba przez rok nie widziałem. Miała już ponad osiemdziesiąt lat i w ciągu tego roku niesłychanie się „obsunęła”, co dostrzegłem od razu, ale gdy zapytałem, czy nie ma jakichś szczególnych kłopotów, na przykład zdrowotnych, zaśmiała się z demonicznym błyskiem w nieco przygaszonych oczach, mówiąc, że czuje się już do niczego, bo przed miesiącem straciła długoletniego kochanka po jego przejściu w stan wiecznego spoczynku, a bez tego „ciało i dusza więdną”. Po takim wyznaniu nie mogłem więc przeczuć najgorszego. W trakcie picia herbaty powiedziałem jej, że wreszcie mam trochę czasu, by zaprosić ją do siebie, bo już dłużej z tą książką czekać nie można, a ona pyta, z jaką książką? Sądziłem, że mnie nie zrozumiała, więc dodałem, że chodzi o jej sławnych kochanków – i wymieniłem kilka nazwisk, a ona wybałusza na mnie oczy dziecka: „Nie wiem, Janusz, o czym Ty mówisz? Gałczyński? Chyba pamiętam jakiś jego wiersz o zielonej gęsi… Brzechwa? Chyba coś pisał dla dzieci…” etc. Próbowałem jej przypominać poszczególne epizody, na próżno: „Ja to mówiłam? Być może, ale nie pamiętam…” Byłem w szoku, książka przepadła! Pamiętała o aktualnym kochanku, a kompletnie zapomniała o dawnych, chociaż u starych ludzi bywa odwrotnie, no ale Stasia to była Stasia, naprawdę jedyna i niepowtarzalna!

     Mógłbym odtworzyć z pamięci trochę anegdot o jej kochankach, ale uczynię to tylko w stosunku do Władysława Broniewskiego, bo go nie lubię, może dlatego że w młodości zmuszano mnie do recytowania w różnych świetlicach szkolnych czy zakładowych przede wszystkim Słowa o Stalinie. No więc Władek, nie tylko w tym opisywanym przez Stasię okresie ciągle pijany, w trakcie stosunku nagle z niej schodził i płacząc rzewnie recytował fragmenty poematu o swej tragicznie zmarłej córce, Ance, którą na pewno kochał, ale jej śmierć opiewał po grafomańsku, co Stasię, będącą także poetką, według mnie bardzo dobrą, musiało drażnić w sytuacji bądź co bądź intymnej, bo Dzień dobry, kochana!, nie mówił przecież do niej, swej kochanki… Jednakże jego głośny płacz po strofie: Pomyślę jeszcze: kocham, / pomyślę dłużej: w płacz... / Chciałem szczęścia choć trochę, / a teraz płaczę – patrz., gdy szlochając znowu na nią wchodził, usiłując kontynuować przerwaną „robotę”, doprowadził ją do niekontrolowanego wybuchu śmiechu, od którego brzuch jej się tak trząsł, że tym razem to ona była winna przerwania stosunku, bo Władkowi „wypadł”…

     Zlazł z niej i przez chwilę zataczał się nagi i raczej obleśny po pokoju, mamrocząc coś wściekle pod nosem, po czym wyraźnie na nią obrażony stanął nad nią, pytając z nadąsaną miną: „Wiersz ci się Stasiulka nie podoba, prawda? A on jest genialny, genialny, rozumiesz?!” – i znów uderzył w płacz. Gdy go pocieszała, mówiąc, że wiersz jest genialny, ponownie na nią wchodził, by po chwili przerwać i recytować jej prosto do ucha: A kiedy będę umierać, / skoro umierać mam, / ty nie bądź przy tym i nie radź: / już ja potrafię sam… Tym razem lamentował tak rozpaczliwie, że zasmarkał jej twarz i piersi, co sprawiło, że odechciało jej się amorów z nim na zawsze.

 

               

12:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Święto Żywych

     Jest mi teraz głupio. Ostatnio robiłem zakupy w sklepiku warzywnym, przed którym wystawiono paki z chryzantemami po dwanaście złotych. Tłoczyło się tam sporo kobiet w różnym wieku, by wybierać-przebierać wśród różnokolorowych kwiatów, a potem ze zdyszaną piersią taszczyć te paki do bagażników samochodów stojących w pobliżu lub do domów. Zapytałem głośno: „Chyba zbliża się Święto Żywych, prawda?”, wiedząc, że ktoś pośpieszy ze sprostowaniem: „Święto Zmarłych!” I to była woda na mój młyn: „Na razie żywych. Gdy pojadą na groby, ponad stu z nich zginie w wypadkach samochodowych, stu kolejnych obeżre się lub zapije na śmierć i wtedy będą rzeczywiście zmarli, ale nie sądzę, żeby dla ich rodzin to było święto…” Po moich słowach zapadła grobowa cisza, tylko jeden pan pokiwał potakująco głową. Panie w ogóle na to nie zareagowały, zajęte wybieraniem bądź odnoszeniem chryzantem, tylko jedna z nich w czarnej sukni spojrzała na mnie tak jakoś dziwnie i wtedy zauważyłem, że ma ciemne obwódki wokół oczu, tak jakby długo płakała. Szybko zapakowałem do plecaka cebule, marchwie, jabłka etc. i odszedłem stamtąd z uczuciem, że mimowiednie sprawiłem komuś przykrość…

     Fakt, że lubię prowokować, i fakt, że w moich słowach było sporo racji, ale nie dla kogoś, komu niedawno zmarł ktoś bardzo bliski i jeszcze go opłakuje. Przed kilkoma godzinami otrzymałem maila: Nie radzę sobie z sytuacją, że późnym wieczorem nie pojadę z tatą na cmentarz, nie zobaczymy łuny zniczy, nie poczujemy razem zapachu palących się świec. Tak było co roku. Brakuje mi tego razem. Gdyby ktoś napisał inaczej, siląc się na wyszukany styl dla wyrażenia swej żałoby, nie chciałbym tego pojąć, ale to zrozumiałem bez trudu, bo te słowa nie kłamią. Z kręgu mej najbliższej rodziny nikt ostatnio nie umarł, a na pogrzebie byłem dawno temu – stojąc na grobem, do którego spuszczano trumnę, prawdziwy ból odczułem chyba trzydzieści lat temu, gdy w wypadku drogowym zginął mój jedyny brat; wprawdzie przed dwoma laty w podobnym wypadku zginął mój jedyny siostrzeniec, Wojtek, którego bardzo lubiłem, ale siostra nie raczyła mnie o tym powiadomić…

     To zresztą nie musi być niedawno. Pisałem przed rokiem, że Ireneusz Iredyński opłakiwał przez wiele lat swego psa i nad jego grobem postawił kamienny obelisk, pod którym leżały kwiaty i paliły się znicze. Anna Milewska od dziesięciu lat opłakuje swego męża, światowej sławy himalaistę, Andrzeja Zawadę, ale tej pięknej i fizycznie, i duchowo pani poświęcę osobny post. A kogo ja mógłbym jeszcze dzisiaj opłakiwać? Na pewno nie matkę, która we wczesnym dzieciństwie oddała mnie do domu dziecka, bo chciała zrobić karierę baletową, gdybym jednak mieszkał w pobliżu gdyńskiego cmentarza na Witominie, na pewno bym zapalił jej znicz. Cierpiała w życiu znacznie bardziej ode mnie, o czym świadczy jej samobójcza śmierć. Niech spoczywa w pokoju…

     Częstokroć Święto Zmarłych jest jednak Świętem Żywych. Świadectwem ich ziemskiej próżności lub pychy – na cmentarzu w Iwoniczu-Zdroju grobowiec rodziny Załuskich znajdujący się w centralnym miejscu powinien choćby z uwagi na zasługi hrabiostwa Amelii i Karola Załuskich, wskrzesicieli iwonickich zdrojów, stanowić akcent dominujący, a nie stanowi, niewiele metrów za nim wznosi się bowiem strzelista kaplica grobowa rodziny Szajnów, której fundatorem był ponoć piekarz. Zapewne uznał, że on spośród wszystkich P.T. Zmarłych jest najważniejszy – może wydawało mu się, że słowa modlitwy: „chleba powszedniego daj nam dzisiaj” odnoszą się do niego?

 

       

         

06:21, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »