RSS
sobota, 14 listopada 2009
A imię jego będzie sześćdziesiąt i dziewięć...

     Mój Boże Miłosierny, jak niemiłosiernie ten czas leci! Jaki byłem wtedy, gdy imię moje było Czterdzieści i Cztery? Wtedy wbiegałem błyskawicznie od schroniska w Dolinie Pięciu Stawów na Kozie Wierchy po prawie pionowych ścianach jak kozica, niewiele kamieni zrzucając za sobą, i cieszyłem się z tego wyczynu jak dziecko. Teraz mogę szybkim krokiem wejść od dołu skoczni na sam szczyt Góry Przedziwnej, nie tracąc oddechu, a jest to dość strome podejście, i klepię się z podziwu po ramieniu, bo jest to wyczyn jak na moje lata niezwykły. Wtedy mogłem przez dwa miesiące pobytu w Szwecji pracować bez położenia się do łóżka dzień i noc – w nocy wypiekając w piekarni chleby i bułki do samego świtu, przez cały czas biegiem, a potem aż do wieczora remontując dom tego piekarza, już nie biegiem, ponieważ nikt mnie nie nadzorował i zapewne trochę podsypiałem na drabinie pod sufitem, ponieważ dawni żołnierze podsypiali nawet podczas intensywnego marszu z ciężkim ekwipunkiem na plecach, nie ustając ani na moment, bo to było niemożliwe. Ja również musiałem wykonać określony zakres robót w czasie kolejnego dnia i o położeniu się na widniejącym w jednym z rogów pokoju łóżku nie mogło być mowy, bo mógłbym obudzić się dopiero po dwu dniach, a w nocy trzeba było wypiekać chleb, względnie robić pączki. A dzisiaj? Już opowiadałem w maju, że przez prawie sto pięćdziesiąt dni prowadząc ten blog spałem po zaledwie kilka godzin na dobę, i obecnie jest podobnie, ale jednak spałem i sypiam. Chodzenie po intensywnej pracy pisarskiej, na którą nie składa się przecież samo pisanie, w nocy po górkach, czy medytowanie o czwartej nad ranem nad „Bełkotką” to u mnie norma. Ci, którzy mnie znają bliżej, cmokają z podziwem: „Panie Januszu, Pan jest genialny jak Edison czy Napoleon, którym dla utrzymania pełnej sprawności fizycznej i umysłowej wystarczyły 3-4 godziny snu, podziwiam!” Nie bierze się to oczywiście z powietrza – poza dobrodziejstwami genetycznymi jest jeszcze dbałość o swój organizm. Niepicie, niepalenie, nieobżeranie się, sportowy tryb życia etc. W przeciwieństwie do Polaków tak starają się żyć na przykład Szwedzi. W efekcje żyją od nas przeciętnie kilkanaście lat dłużej. Na stare lata można wybrać jeden z dwu wariantów czekania na śmierć: wegetację lub twórczą intensywność przeżywania każdego dnia darowanego nam przez los. Żegnając się przed czterema laty z poezją, zamieściłem po ostatnim swoim wierszu zatytułowanym Pożegnanie z poezją dopisek Zamiast posłowia, którego ostatni akapit cytuję: Gdybym miał żyć tak jak dotychczas, popełniłbym niechybnie w najbliższym czasie samobójstwo, a tak – mam jeszcze przed sobą kawałek fantastycznego życia, gdzie wszystko się może zdarzyć, nawet cud.  

     Z okazji urodzin miałbym prawo pisać o sobie bez końca, ale w obawie, że w końcu gadałbym sam do siebie jak senilny dziad do obrazu, postaram się pisać o rzeczach znacznie ciekawszych. Zastanawiam się jednak, czy nie zejdę na… Dziady, starając się rozgryźć tytułową tajemnicę: „A imię jego będzie sześćdziesiąt i dziewięć…”? Spójrzcie tylko: same trójki! A w wywróżonych mi przez dwie nieznane Cyganki w dwu różnych krajach dziewięćdziesięciu i trzech latach życia też same trójki! Posłuchajcie tylko, ile możliwości kryje się w tej liczbie:  Uważana jest za liczbę doskonałą, obejmującą całokształt rzeczy w wyniku tego, że jest sumą cyfr 1 oraz 2. Symbolizuje boskie trójce wielu wyznań: chrześcijańska Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty; egipska Ozyrys, Izyda, Horus, babilońska Ea, Marduk, Gibil; hinduistyczna Brahma-stwórca (Trimurti), Wisznu-życie, Siwa-śmierć; grecka Zeus z potrójną błyskawicą, Pluton (Hades) z trzygłowym psem Cerberem, Posejdon z trójzębem. Liczba ta oznacza także światło, słońce oraz ogień. Dzieki łączeniu w sobie cech pierwszych dwóch liczb trójka symbolizuje świadomość, harmonię, równowagę oraz rozwój i wzrost. Związki z liczbą trzy to: początek, środek i koniec; niebo, ziemia i piekło; wiara, nadzieja oraz miłość. Przysłowia: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”, „Pleść trzy po trzy”, „Wszystko, co złożone z trzech, jest doskonałe”… Po dłuższym namyśle stwierdzam, że najbardziej frapujący z tego jest zwrot przysłowiowy: „pleść trzy po trzy”! Nie będę rozgryzał tej tajemnicy jeszcze z jednego powodu, pamiętam bowiem, jak przed kilkudziesięciu laty pozwoliłem sobie nakłuć palec, by własną krwią poświadczyć swój udział w powstaniu Polskiego Zakonu Narodowego, który został powołany dla ostatecznego rozwikłania tajemnicy z III części Dziadów. Ja byłem jednym z trzech członków-założycieli (drugim była moja ówczesna żona, która wpierw popukała się w głowę, ale dla dobra sprawy pozwoliła sobie pobrać krew z palca ostrym czubkiem noża). Mieliśmy jedynie asystować Czterdziestemu Czwartemu przed Ołtarzem Ludzkości, znad którego miała popłynąć organowa muzyka marsza z sonaty b-moll Chopina, w której zaklęte jest cierpienie nie tylko narodu polskiego, ale wszystkich ludów na kuli ziemskiej; na ołtarzu miała się wtedy odsłonić postać dziewicy nagiej, zawieszonej na czarnym krzyżu; po ostatnich tonach tego wspaniałego marsza, Czterdziesty Czwarty miał odwrócić się do wiernych, czyniąc wykład o historii krainy pełnej krzyżów, mogił, po czym pożegnać pokłonem umęczoną ludzkość w tym momencie zasłona miała przez chwilę zakryć nagą dziewicę na czarnym krzyżu, a organy zacząć pluć w zatwardziałe serca narodu polskiego etiudę rewolucyjną Fryderyka. Następnie miała się znowu odsłonić postać tej samej dziewicy zawieszonej na krzyżu, ale nad poprzeczną belką krzyża, nad patibulum, miał szamotać się biały orzeł, usiłując wyjmować gwoździe, którymi ta dziewica przybita była do krzyża etc., etc. Czytając ten napisany przez Czterdziestego Czwartego scenariusz przyszłych obrzędów, w których miałem brać czynny udział, pomyślałem sobie w tamtym momencie, że gdybym był białym orłem, to bym doskonale wiedział, co z tą nagą dziewicą zrobić! I na pewno nie gwoździem przybiłbym ją dodatkowo do tego krzyża!

     Macie prawo zapytać, czy mój imiennik Janusz Dębski, Prezes Polskiego Zakonu Narodowego wyjawił mi, co Mickiewicz miał na myśli w widzeniu księdza Piotra: Krew jego – dawne bohatery. A imię jego będzie czterdzieści i cztery? Od ponad stu lat głowią się nad tą zagadką różni idioci, ponoć najwięksi znawcy literatury, zamiast uznać to za litentia poetica! To oni są odpowiedzialni za obłęd mego imiennika: Czy jestem geniuszem? Oczywiście, że tak! Bo jeśli Newton za odkrycie prawa grawitacji został okrzyknięty geniuszem, to jakim mianem określić człowieka, który potrafił rozwikłać tajemnicę trzeciej części „Dziadów”? Wszystko przez ducha i dla ducha stworzone jest! Słowacki zapowiedział narodziny słowiańskiego papieża, który ludzkości pokaże Boga jak w jasny dzień. Mickiewicz doszedł myślą poza granicę wszechświata materialnego i przestrzeni w czasie. Natomiast Einstein pobłądził, bo nie mógł sobie wyobrazić istnienia szybkości większej od szybkości światła. Nie dopuszczał istnienia ducha! Musimy na mocnych fundamentach materialnych oprzeć nasz Zakon. Udało mi się z pieniędzy żony przeznaczonych na zakupy zaoszczędzić w ciągu kilku lat tyle, że wystarczyło na zakup w komisie „Weltmeistra” niezłej klasy. Jeśli będzie trzeba – wezmę białą laskę, założę ciemne okulary, stanę w przejściu podziemnym i będę grał! Cel uświęca środki! Noc, w której odkryję wam tajemnicę z trzeciej części „Dziadów” przypadnie ze środy na czwartek. Mickiewicz zmarł przed godziną dwudziestą pierwszą, otruty przez tych, którzy Mikołaja Kopernika chcieli spalić na stosie. My też musimy być przygotowani na wszystko – na każde wyrzeczenie, każde cierpienie! Odkrytą przeze mnie tajemnicę poświadczymy, tak jak akt organizacyjny Polskiego Zakonu Narodowego, znowu swoją krwią serdeczną!

Promieniem myśli szybkobieżnym / Przecinam przestrzeń zeszarzałą, / By z ducha Twego, Wielki Wieszczu,  / znów wznieść panteon przewspaniały. / Korony złotej nie dam Tobie, / Bo trzy korony depczę gniewnie, / A sam też jestem bez korony, / Ale do głębi Cię rozrzewnię / Wyznaniem wprost do Twego ucha, / Że imię me Czterdziesty Czwarty / I że to imię mi nadała / Rzeczpospolita Polska Ducha!

    Tak, tak, to o panu Januszu Dębskim myślał nasz narodowy wieszcz (na samo to określenie przechodzi mnie dreszcz!), wyjawiając mu to poprzez rozłupanie się szklanej popielnicy pod swoim portretem w sypialni Pana Prezesa. Policzcie litery w imionach i nazwiskach trzech naszych narodowych wieszczów (przeszły przeze mnie aż trzy dreszcze!), którymi są jak wiadomo Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński, a otrzymacie liczbę czterdzieści i cztery! Nie na darmo pozwoliłem sobie dwukrotnie nakłuć palec nożem (moja była żona omiotła mnie za drugim razem nienawistnym spojrzeniem), bo dzięki temu mogę wam tę Wiekopomną Tajemnicę zdradzić w prezencie urodzinowym, tym razem ode mnie. Ja już prezenty urodzinowe dostałem, na razie od trzech osób: pani Joanna zrobiła mi tort orzechowy (z własnych orzechów, mimo iż zgromadziłem na zimę wielki wór orzechów włoskich), dorzucając do życzeń kilka kolorowych kamyków na szczęście,  Dorota oprócz Kolorowych Życzeń (przede wszystkim tego, co proste, co każdego dnia wypracowujesz w sobie – niech każdy następny dzień będzie dla Ciebie nowym, cudownym odkryciem, jak do tej pory!) zagrała mi po północy za pośrednictwem skype’u potpourri ze Skrzypka na dachu, natomiast Wojtek oprócz dwulitrowej butelki wina „Merlot” (przekazanej mi wcześniej) obiecał, że dla uczczenia  rocznicy moich urodzin wejdzie dzisiaj na rzęsach na szczyt Szrenicy, po czym poszybuje na chusteczce do nosa w dół. Chcąc Was zachęcić Drodzy Czytelnicy mego bloga do składania mi kolejnych życzeń, zdradzę jeszcze, co wyrodny syn Prezesa Polskiego Zakonu Narodowego powiedział swemu wstrząśniętemu ojcu:  Dzisiaj, drodzy moi asystenci, przyszedł do mnie Anhelii, mój syn pierworodny, o którego imię walczyłem przez trzy lata z tępym urzędactwem, głuchym na moje wołanie, że Słowacki był, jest i będzie Polakiem i dlatego wszystko, co stworzył, jest najczyściej polskie! A syn niewdzięczny śmiał mówić przy mojej drugiej żonie, że w domu u niego nazywa się mnie wariatem, a sprawę XLIV z trzeciej części „Dziadów” komentują w ten sposób, że Mickiewicz przewidział cenę zwyczajnej kiełbasy na czterdzieści cztery złote!” Starsi czytelnicy doskonale pamiętają, że urzędowa cena tej kiełbasy długo utrzymywała się w Peerelu na tym samym poziomie. Ja jej nie jadałem – wystarczyło mi, że w sklepie z radiami musiałem kupować papier toaletowy i defilować w centrum Warszawy z dziesięciorolkowym obwarzankiem na szyi, który walił mnie po kolanach. Papier toaletowy był wtedy na wagę złota, może dlatego że w dużych ilościach dodawano go przy produkcji pasztetowej…

 

 

03:39, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 listopada 2009
Weronika napisała do mnie z Weimaru

     Przypominam tym, którzy nie śledzili moich wcześniejszych postów (Łóżko Weroniki z 11 kwietnia oraz Współczesna Atlantyda? z 20 maja), że Weronika, córka Wojtka, studiuje architekturę we Wrocławiu i jako świetna studentka miała do wyboru: odbyć staż w zespole budującym sztuczną wyspę w Dubaju, bądź przenieść się na rok do Weimaru. Wybrała to drugie z uwagi na bardziej odpowiadający jej klimat, no i możliwość utrzymania bliższego kontaktu ze swymi rodzicami, co jest najlepszą rekomendacją dla jej prawego charakteru, bo ja wybrałbym jednak Dubaj! I jeszcze jedno: otrzymałem od niej nie list, bo kto z młodych teraz listy pisze, lecz mail, a zatem e-list, mimo iż nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Weronika napisała do mnie prawdziwy list na papierze czerpanym, a kopertę opatrzyła własną pieczęcią odbitą w laku. Nie miałbym też nic przeciwko temu, żeby przyniósł mi ten list pocztylion ze złotą trąbką…

      Szanowny Panie Poeto! Piszę do Pana z Weimaru, gdzie przebywam od nowego roku akademickiego, o czym Pan zapewne wie z relacji mego Ojca. Wcześniej nie śmiałam skomentować dwu postów mi poświęconych z uwagi na ich doskonałość formalną i treściową, bo cóż mogłabym do nich dodać? Ojciec był na mnie zły, wręcz nazwał mnie osobą źle wychowaną (prawdę mówiąc użył znacznie ostrzejszego słowa), ale jestem pewna, że Pan zrozumie, dlaczego milczałam. I tylko Panu wyznam, że bardzo mnie te posty poruszyły, ponieważ uważam, iż nie zasłużyłam na to, by poświęcił mi Pan aż tyle czułej uwagi…

     Dopiero w Weimarze zdobyłam się na odwagę, by do Pana napisać i podziękować za pamięć o mnie. W tej chwili daleko mi do Antoniego Gaudiego, którego dzieło Pan tak pięknie opisał, i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się bodaj zbliżyć do szczytowych jego osiągnięć, ale wychodzę z założenia, że niedoskonały człowiek powinien przynajmniej pieścić w sobie wizję doskonałości. Tu, w Weimarze, gdzie krążą wokół duchy zapewne bliskich Panu wielkich poetów niemieckich, Goethego i Schillera, taka postawa jest wręcz obowiązkowa!

     Mój ojciec się do mnie niedługo wybiera na kilka dni, zabierając ze soba śpiwór, bo pokój w akademiku mam niewielki, ale byłoby mi bardzo miło, gdyby wziął Pan drugi śpiwór i przyjechał do Weimaru wraz z nim – na pewno się jakoś pomieścimy! Serdecznie Pana pozdrawiam. 

                                 Weronika 

        

     Bardzo dziękuję Ci, droga Weroniko, za zaproszenie, ale nie przyjadę do Weimaru wraz z Twoim Czcigodnym Ojcem, nie dlatego że nie lubię sprawiać kłopotu, a nie lubię, ale dlatego że nigdy nie przyjeżdżam po raz drugi do pewnych miejsc, takich jak to, bo w Weimarze już byłem dawno, dawno temu! Antoni Gaudi, mimo iż architekt, był mi znacznie bliższy niż Johann Wolfgang von Goethe, mimo iż poeta. To samo dotyczy Fryderyka Schillera, najbliższego przyjaciela Goethego. Najbliższym mi poetą niemieckojęzycznym jest bowiem, co oczywiste, Rainer Maria Rilke – nie zdziwiłem się zatem, gdy w jednej z audycji poetyckich w pr. III Polskiego Radia moje wiersze połączono z jego wierszami, ani tym, że w filmie dokumentalnym poświęconym jego tłumaczowi, Witoldowi Hulewiczowi, obsadzono mnie w epizodycznej wprawdzie, ale jednak w jego roli! Poeta w roli bliskiego mu poety, tak powinno być. Goethe to romantyk, a właściwie, jak twierdził Adam Hanuszkiewicz, klasycysta, przeto jego poezje trącą dzisiaj myszką, natomiast Rilke jako prekursor egzystencjalizmu i przedstawiciel cudownej liryki symbolicznej nie zestarzeje się nigdy.  Dlatego do jego grobu położonego u stóp ślicznego kościółka alpejskiego w szwajcarskim Visp, z zapierającym dech w piersiach widokiem na dolinę Rodanu, peregrynowałem w uniesieniu. Nie wiem, czy Ty, która kochasz róże, wiesz, że przyczyną jego śmierci było ponoć zakażenie, jakiego doznał raniąc się kolcem róży? Sam zresztą wybrał to miejsce, w którym został pogrzebany, na miejsce swego wiecznego spoczynku i sam napisał epitafium, które wyryto na płycie nagrobnej. Posłuchaj: Rose, oh reiner Widerspruch, Lust, [Różo, sprzeczności czysta, pragnienie] / Niemandes Schlaf [by stać się snem niczyim] unter soviel Lidern [pod tyloma powiekami].

                            

     Z jakiego zatem powodu znalazłem się kiedyś w Weimarze? Mógłbym wykręcić się sianem i powiedzieć, że Adam Mickiewicz też znalazł się kiedyś w Weimarze, przeto ja jako poeta i potomek Mickiewicza, wprawdzie Jana (tak nazywał się mój ojciec, z oczywistych więc względów pozostałem przy nazwisku mojej matki), musiałem podążyć w jego ślady… etc. Prawda jest jednak banalna – przejeżdżałem w pobliżu Weimaru samochodem i zwiedziłem Książęcy Grobowiec, jakże różny od tego z Visp, z trumnami Goethego i Schillera ze zwykłej ciekawości, bo w tamtym okresie takim małostkowym uczuciom jeszcze podlegałem. Goethe i Schiller = para poetyckich papużek-nierozłączek. Przed Teatrem Narodowym w Weimarze pomnik Goethego i Schillera stojących ramię w ramię, niech to jasna cholera, i w tym Książęcym Grobowcu tuż obok siebie trumny Goethego i Schillera! Według mnie nad trumną Goethego powinni koniecznie wyryć na kawałku czarnego marmuru zwisającym na sznurze ze złotymi frędzlami fragment Die Braut von Korinth (Narzeczonej z Koryntu): Z grobu wyszłam w podsłoneczne strony / Szukać dobra swego, choć umarła, / Kochać męża, co już utracony, / Krew serdeczną wysysać mu z gardła… Szkoda na to nawet wirtualnego papieru, więc podałem Ci jedynie przekład polski tego fragmentu. Nie zdziwisz się zapewne, jeśli dodam, że można ten utwór znaleźć pod www.horror.com.pl! A czy kolejnym horrorem nie jest fakt, że Goethe wykradł czaszkę swego przyjaciela-poety, wcześniej pochowanego w masowym grobie, i trzymając ją w ręku napisał wiersz Bei Betrachtung von Schillers Schädel? Jednakże największym według mnie horrorem jest to, że nie była to czaszka autora Zbójców, a w trumnie z rzekomymi szczątkami Schillera znaleziono czaszkę i różne części szkieletu, z których żadna do niego nie należy!!!

       Z serdecznymi pozdrowieniami z Iwonicza-Zdroju, miejsca pozornie sielskiego, gdzie jednak różne horrory się zdarzały i zapewne zdarzać się będą, byle nie z moim osobistym udziałem, wdzięczny Ci za nieoczekiwany list, który tyle refleksji mniej czy bardziej zbożnych we mnie wywołał.

                            Wielce Szanowny Pan Poeta

                                 Janusz B. Roszkowski

02:06, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 11 listopada 2009
Galeria Zdzisława Beksińskiego na zamku w Sanoku

       Najpierw minęliśmy rondo im. Zdzisława Beksińskiego, ale gdy na sanockim rynku Wojtek zapytał z głupia frant jakiegoś chłopaka całującego się akurat z dziewczyną, co mu mówi nazwisko „Beksiński”, ten odsunął ją na moment i ocierając usta kantem dłoni zaniósł się urywanym śmiechem, po czym dorzucił: „To był gościu! Tu na rynku wpierw rozwiesił swoje klepsydry, a potem urządził swój pogrzeb z trumną, zapalonymi gromnicami, muzyką pogrzebową itepe…” Spojrzałem na niego ze zdziwieniem: „Eeeee, nie wierzę, by policja na to pozwoliła! A poza tym znałem Beksińskiego i mimo wszystko wątpię, by aż w takiej makabresce chciał wystąpić…” Chłopak spojrzał na mnie wpierw z żywszym zainteresowaniem, a następnie z politowaniem: „Ten tu pogrzeb na rynku był dla zgrywy, bo to był gościu nie do przebicia!” Ponieważ staliśmy raczej z dość głupimi minami, puścił oko do dziewczyny i powiedział: „Jak jesteś taka najarana, to chodź do mnie, chata pusta, lodówka pusta, ale zrobisz mi loda!” Pomyślałem sobie, że lody mogliby zjeść w pobliskiej cukierni, ale już ich nie było… Dopiero po kilku minutach zrozumiałem, że miał wprawdzie na myśli Beksińskiego, ale Tomasza, ponieważ dostrzegłem afisz zawiadamiający o tym, że w najbliższy czwartek (12 listopada), w dziesiątą rocznicę jego samobójczej śmierci, ma się odbyć w Sanoku festiwal Love Never Dies, czyli dlaczego pamiętamy Tomka Beksińskiego. Zastanowiłem się przez moment, dlaczego nie w Wigilię, ponieważ Tomek targnął się na życie 24 grudnia 1999 roku, no ale widocznie chodziło o to, żeby nie zmącić w Sanoku nastroju świątecznego

       Skąd mogłem wiedzieć, że najczystszy przypadek sprawi, iż moja peregrynacja do zamku sanockiego przede wszystkim po to, by obejrzeć wspomnianą Galerię, zostanie poprzedzona tak makabrycznym wstępem, mimo iż powinienem się tego spodziewać! Syn Zdzisława, Tomek, nigdy nie pozostawał w kręgu moich zainteresowań, co zrozumiałe, był bowiem postacią kultową dla ludzi diametralnie innego pokroju niż ja, najczęściej bardzo młodych, lub skrajnie infantylnych. Kochając muzykę klasyczną, nie mogłem dzielić jego pasji muzycznych, związanych z najbardziej mrocznymi gatunkami muzyki rockowej, i nie miałem jak on we krwi zamiłowania do horrorów, mało tego – nigdy nie lubiłem tego gatunku zapoczątkowanego przez jego klasyków, Edgara Allana Poe czy Hitchcocka (tych twórców jeszcze trawiłem), a później sprowadzającego się najczęściej do tego, co można obejrzeć w ubojniach bydła. W mszy satanistycznej uczestniczyłem tylko raz jako widz, ale nikogo podczas niej nie zadźgano nożem i nie złożono na ołtarzu. Kultowych audycji Tomka w Programie III czy II Polskiego Radia nie słuchałem: „Wita Państwa Tomasz Beksiński, to była grupa The Church i utwór Velcome… To erotyczny pogrzeb, bo kochać Cię… to jak kochać się z trupem…”, jego Opowieści z krypty zamieszczanych w czasopiśmie „Tylko Rock” nie czytałem, filmów o Jamesie Bondzie, Drakuli czy Frankensteinie, do których tłumaczył dialogi, broń Boże nie oglądałem, natomiast te wszystkie jego pokrętne drogi artystyczne fascynują mnie o tyle, że są odbiciem obsesji jego ojca, Zdzisława, z tym że wyrażonych przede wszystkim językiem malarskim…

                         

                      Krypta w Woli Gułowskiej (patrz: komentarz)

       A jeśli chodzi o tego chłopaka, którego Wojtek zaczepił na rynku, to jego opowieść była zapewne zabarwiona tworami wyobraźni wielu młodych ludzi, dla których Tomek był i jest idolem, bo niezbity jest tylko fakt, że w wieku osiemnastu lat rozwiesił w rodzinnym mieście własne klepsydry (zamówił je wcześniej w lokalnej drukarni), i że skłonności samobójcze przejawiał już wcześniej, gdy na przykład próbował się otruć gazem. Własną śmierć też zapowiedział wcześniej w piśmie „Tylko Rock”, a sporządzony przez niego testament potwierdza jego przemożną chęć pożegnania się z życiem. Dla mnie najważniejsze jest to, że w swoim testamencie przekazał wszystkie posiadane przez siebie obrazy swego ojca Muzeum Historycznemu w Sanoku, dzięki czemu wchodzą one w skład Galerii, którą za kilkanaście minut miałem zacząć zwiedzać. Te wszystkie informacje o Tomaszu można skwitować znanym przysłowiem: niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale najbardziej makabryczne jest to, że w genach można odziedziczyć nie tylko artystyczną duszę (z przykładów z naszego podwórka najbardziej narzuca się przykład Rafała Olbrychskiego, syna Daniela, ale jest ich bez liku), ale także cechy wręcz upiorne w potocznym pojmowaniu cech ogólnie akceptowanych. Mówienie o tym, że Tomasz obejrzał w roku 1970 w kinie film Kobieta wąż (The Reptile) i stamtąd zaczerpnął swój ideał kobiecy w postaci bladolicej i długowłosej brunetki, zmieniającej się nagle w węża, który kąsał na śmierć, i od tego momentu zaczęły go fascynować kobiety-węże, cmentarze, wampiry etc., może zadowolić jedynie jego młodych fanów, którzy przecież od dziecka nie przebywali w pracowni malarskiej swego ojca jak Tomasz, nasycając się scenami żywcem wyjętymi ze średniowiecznych opisów „dans macabre”, bo tak przecież określano prace Zdzisława Beksińskiego wystawiane w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w galeriach warszawskich…

       Znajduję się właśnie w pierwszej z sal Galerii, gdzie prace z tego okresu są prezentowane. Na własny użytek powiedziałbym, że ich akcja fabularna rozgrywa się między zgaszonymi czerniami a eksplozywnymi czerwieniami – z udziałem innych, złowieszczo nasyconych kolorów. To właśnie z autorem tych prac zetknąłem się po raz pierwszy osobiście w redakcji jednego z „pism kulturalno-społecznych” chyba w drugiej połowie roku 1971, gdy Zdzisław Beksiński zawitał na krótko do Warszawy z związku z planowaną na następny rok dużą wystawą swoich prac, a następnie dopiero późną jesienią 1977 (wcześniej przez kilka lat przebywałem w Szwecji), gdy artysta przeniósł się z żoną i synem na stałe do Warszawy. Zaprowadził mnie do jego zdumiewająco małej pracowni w zwyczajnym bloku na dalekim Mokotowie Krzysio Mętrak, świetny krytyk literacki, który też zapił się później na śmierć, a więc należy do bliskiego mi grona Świętych Pijaczków. To były zaledwie dwa spotkania z tym wielkim artystą, też samotnikiem jak ja, który mnie fascynował, ale zarazem dziwnie odstręczał, dlatego nie skorzystałem z zaproszenia do ponownych odwiedzin. W czasie tego drugiego spotkania chciał mnie obdarować obrazem, który wisi teraz w Galerii, ale nie przyjąłem, wymawiając się, że jest to zbyt hojny dar, ale prawdę mówiąc nie miałem do niego przekonania. Inni moi koledzy nie mieli takich skrupułów. Jest to jednak dla mnie bez znaczenia, uważam bowiem, że najwłaściwszym miejscem na jego obrazy jest właśnie ta Galeria. Pamiętam doskonale, bo to była jego idée fixe, jak uzasadniał wybór płyt pilśniowych, zamiast tradycyjnego płótna, dla swoich artystycznych wizji. Na gładkiej stronie płyty zatracała się bowiem malarskość dzieł (zauważyłem, że widzów aż kusiło, żeby dotknąć obrazów właśnie z powodu braku owej „malarskości”, a jeden z nich nie wytrzymał, skarcony natychmiast przez pracującą w muzeum dziewczynę), a uzewnętrzniało lustrzane odbicie jego wizji w fotograficznym ujęciu. Artysta podkreślał, że wyszedł od fotografii i chciałby przenieść do malarstwa te fantastyczne możliwości, jakie ta technika oferuje. „Pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny…”, mówił, ale były to sny i marzenia, które widzów przejmowały dreszczem, w najlepszym razie metafizycznym, a zazwyczaj podnosiły im włosy na głowie…

       Nie chcę jednak w tym krótkim poście zajmować się rozbiorem krytycznym prac prezentowanych w Galerii, bo zajmowali się tym zawodowi krytycy przez całe dziesięciolecia, chciałbym jedynie wyrazić swój głęboki żal, że Wielki Artysta w pełni najdojrzalszych sił artystycznych, o czym świadczą jego prace zamieszczone w drugiej sali, został w bestialski i bezsensowny sposób zamordowany przez młodego chłopaka zapewne spośród tych, dla których idolem był Tomasz. W ostatnich pracach jego ojca, Zdzisława, najbardziej wyeksponowane są usta – zawsze zakneblowane milczeniem lub krzykiem, a ostatni obraz, ukończony tuż przed śmiercią, dnia 21 lutego 2005 roku, wręcz zdumiewa, ponieważ nie ma żadnego związku z poprzednimi pracami. Trzy elementy tego osobliwego czworoptyku to podniszczone trójkąty z licznymi naddarciami i dziurami, czwartym po prawej stronie na dole jest kwadrat – na dwu krawędziach jakby zbryzgany krwią… W tym momencie przypomniała mi śmierć innego wielkiego artysty, którym był Pier Paolo Pasolini, też zamordowanego trzydzieści lat wcześniej w sposób bestialski i bezsensowny przez młodego chłopaka. Wielu wyznawców Pasoliniego uważa, że jego śmierć, której przebieg przedstawiał znacznie wcześniej i w sposób proroczy w wielu wierszach, była dopełnieniem jego twórczości, dziełem finalnym, a ściślej: finalnym cięciem montażowym wieńczącym spektakl jego życia.

    To samo można powiedzieć w przypadku życia i śmierci Zdzisława Beksińskiego. Gdy w roku 1977 z Krzysiem Mętrakiem szliśmy do Jego pracowni, a Krzysio wskazał na balkon na trzecim piętrze, gdzie później znaleziono zmasakrowane ciało Artysty, zażartowałem, bo właśnie wzeszedł księżyc, że wbrew swej woli musi wysłuchiwać Sonaty Księżycowej Beethovena zamiast znacznie bliższego Jego sercu Requiem Mozarta... Skąd ten żart niezamierzenie proroczy? Ano stąd, że ul. Sonaty, gdzie mieszkał, sąsiaduje z ul. Mozarta!

 

    

00:03, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Na piętrze zamku w Sanoku

      Wchodząc po zamkowych schodach nie zastanawiałem się nad tym, co napotkam w salach muzealnych na piętrze, bo takie myślenie byłoby bezpłodne. Przypomniałem sobie za to, co Wojtek mówił do mnie przed zaledwie trzema godzinami, oprowadzając mnie po starówce: „O Grzegorzu z Sanoka mówić Ci nie muszę, ale jest jeszcze twój poetycki imiennik, Janusz z Sanoka, dla mnie poeta klasy europejskiej…” No cóż, od czasu gdy jesteśmy w Unii Europejskiej każdy polski poeta jest klasy europejskiej ­– mnie wiersze „Janusza z Sanoka” pozostawiają całkowicie obojętnym, może dlatego że uzyskały od razu znakomite recenzje krytyków literackich, wspartych autorytetami Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza, no ale ja wiersze czytam nie tylko mózgiem. Z Januszem Szubertem miałem się przed kilkoma laty spotkać osobiście za pośrednictwem red. Pawła Zawadzkiego, który z uporem godnym lepszej sprawy przyprowadził mnie pod jego dom na sanockim rynku, ale do tego spotkania nie doszło z jakiś absurdalnych powodów, chyba z tego, że poeta jeżdżący na wózku inwalidzkim nie mógł wydostać się ze swego pokoju zamkniętego na klucz, bo zaciął się zamek…

     A czy Grzegorz z Sanoka, który urodził się około roku 1407, a zmarł w roku 1477, a zatem przed naszym wstąpieniem do Unii Europejskiej, był humanistą klasy europejskiej? Chyba też nie. Wprawdzie studiował na zachodzie Europy, ale profesorem poezji rzymskiej został na Akademii Krakowskiej, a swój sławny ośrodek humanizmu renesansowego, po zostaniu arcybiskupem lwowskim, utworzył w Dunajowie (obecnie w obwodzie lwowskim). Zamek ten nie tylko stał się schronieniem dla piętnastowiecznego humanisty włoskiego, Filipa Kallimacha, ale trzy lata wcześniej, w roku 1467, wytrzymał długotrwałe oblężenie i kilkakrotne szturmy wojsk tureckich. Mnie, idącego po schodach sanockiego zamku, bardziej jednak interesuje fakt, że Grzegorz był  z nim jakoś związany – poprzez swego ojca, Piotra, ławnika sądu wyższego prawa niemieckiego na zamku w Sanoku (skazańców wtrącano zapewne do owej gotyckiej wieży, po której został tylko fundament). Oczywiście najbliższy jest mnie, ciągłemu uciekinierowi z domu dziecka, poprzez to, że jako dwunastoletni chłopiec uciekł  z domu i dotarł aż za Łabę po wędrówkach trwających całe dziesięć lat! Podziwiam go, bo moja najdłuższa ucieczka trwała zaledwie pół roku, gdy skrajnie wychudzonego i zawszonego zgarnięto mnie z jakiejś meliny…

     No i ostatnie już pytanie, które stawiam na ostatnim stopniu zamkowych schodów: czy Szwejk był dobrym wojakiem klasy europejskiej? A to pytanie wzięło się stąd, że Wojtek (włożywszy najpierw na głowę jedną ze swych Szwejkowskich furażerek) zaprowadził mnie podczas oprowadzania po starówce do mosiężnego Szwejka siedzącego na mosiężnej ławie, kazał go uszczypnąć w nos, po czym sprowadził mnie po schodach do restauracyjki „U Szwejka”, gdzie musiałem wtrąbić Żołnierską strawę 91-ego Budziejowickiego Pułku (czerwona fasola z mięsem + ostra papryka) zakrapiając ją pilsnerem. A skąd Szwejk w Sanoku? Ano stąd, że jest on obok Przemyśla jednym z dwu miast w Polsce, gdzie rozgrywa się akcja Przygód dobrego wojaka Szwejka, który jest jak najbardziej dobrym wojakiem klasy nie tylko europejskiej, ponieważ tą znakomitą powieścią Jaroslava Haszka zachwycają się czytelnicy na całym świecie – ku utrapieniu durniów nawet w generalskich mundurach…

                              

                                     Dobry wojak Szwejk w Sanoku

     Po tym krótkim (?) wstępie znalazłem się wreszcie na piętrze sanockiego zamku, wpierw wstępując do galerii portretów rodzinnych, gdzie eksponuje się kilka portretów aż za dobrze mi znanych, bo od trzech lat obcuję z ich duchami na co dzień. Nie tylko zresztą z duchami, bo zaprzyjaźnieni ze mną Janina i Czesław Aleksiewiczowie są właścicielami obecnego pensjonatu „Sanato” (poświęcę mu niedługo osobny post), gdzie część z eksponowanych tu  obrazów przechowywał sławny lekarz uzdrowiskowy Józef Aleksiewicz na prośbę nie ostatniego pana na Iwoniczu, Michała hr. Załuskiego, bo jego już Sowieci wysłali na „białe niedźwiedzie”, wysiudawszy zarazem ze Zdroju innych członków rodziny Załuskich, lecz szesnastoletniej wówczas Heleny Starowieyskiej, która z pomocą kilku chłopaków przeniosła we wrześniu 1944 roku z pałacu w Iwoniczu „czterdzieści jeden eksponatów” do „Sanato”, ratując je w ten sposób przed zniszczeniem lub spaleniem przez dzicz sowiecką, względnie rozgrabieniem przez miejscową ludność. Były to obrazy, meble i ceramika, które „eksponatami” stały się dopiero w roku 1947 – żona Michała hr. Załuskiego, Zofia, mieszkająca wówczas w Sopocie, musiała  komuś coś „w zaufaniu” wypaplać, skoro do miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego dotarł donos „zatroskanego obywatela Sopotu” (znanego obecnie z imienia i nazwiska), w którym prosił władze ludowe o odebranie bezprawnie (!!!) przechowywanych przez niejakiego Ob. Józefa Aleksiewicza, zamieszkałego w Iwoniczu-Zdroju, cennych obrazów i innych wartościowych przedmiotów należących do krwiopijców Załuskich. „Władze ludowe” natychmiast zadziałały, aresztując dra Józefa Aleksiewicza i przekazując w majestacie ówczesnego „prawa” muzem sanockiemu ów zbiór składający się z czterdziestu jeden skatalogowanych eksponatów. Przed mniej więcej rokiem Załuscy, już w majestacie obecnie obowiązującego u nas prawa, upomnieli się skutecznie o swoje, zrzekając się w akcie rzadkiej szlachetności praw do dziewięciu eksponatów, ale najcenniejszych portretów z XVII, XVIII i XIX wieku (między innymi do Damy z wachlarzem, namalowanej przez Gijsberta Sibilli, malarza z kręgu Rembrandta); pięć z nich zostanie wykupionych z naszych (podatników) pieniędzy za pośrednictwem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To właśnie one są tu eksponowane, dzięki czemu kuracjusze iwoniccy będą wiedzieli, komu zawdzięczają restaurację „sławnych jodowo-bromowych zdrojów iwonickich”, gdyż wśród tych portretów jest portret gen. Józefa hr. Załuskiego oraz Amelii z Ogińskich hr. Załuskiej, córki tego z książąt Ogińskich, który skomponował sławnego poloneza Pożegnanie Ojczyzny…

                           

                                Amelia z Ogińskich hr. Załuska

Cdn.

17:35, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 listopada 2009
Na parterze zamku w Sanoku

Mroczny i rozmigotany świat cerkiewek i cerkwi poukraińskich oraz połemkowskich! Do tych kilku sal zwalono wszystko, co udało się ocalić z pożogi wojennej lub tużpowojennej, gdy przeprowadzono akcję „Wisła”, a w Bieszczadach (w wielu połemkowskich wsiach Beskidu Niskiego też)  rozgorzały łuny. Mało kto wie, że właśnie ze sztabu 8 DP w Sanoku wyruszył generał Karol Świerczewski „Walter” w swą ostatnią w życiu inspekcję do Baligrodu i Cisnej, by pod Jabłonkami pokłonić się kulom, które sprawiedliwie go w końcu dosięgły, a nie każdy pamięta, że naocznym świadkiem tego tragicznego zdarzenia (przede wszystkim dla Ukraińców i Łemków) był podpułkownik Jan Gerhard, autor książki Łuny w Bieszczadach, których zapewne osobiście nie wzniecał, ale w pełni aprobował zbrodnicze działania wojska niby wtedy polskiego! W tych salach zgromadzono muzealne już, niestety, eksponaty ze świata cerkiewnego Polski południowo-wschodniej, którego niby odtworzyć już nie sposób, bo jak odtworzyć tę specyficzną atmosferę religijną panującą wyłącznie w cerkwiach, która fascynowała mnie od czasu moich bałkańskich wędrówek wzdłuż Dunaju od Morza Czarnego do ujścia Sawy, a po przekroczeniu Wrot Liburnijskich – do Morza Adriatyckiego w rejonie Rijeki? Muszę więc przytoczyć jedyne opisane przeze mnie wrażenie przy pierwszym moim zetknięciu się z tym światem:  Wchodzimy do cerkwi. Wnętrze mroczne, wypełnione migotliwymi płomykami świec i kaganków. Na posadzce stoją płytkie kadzie z piaskiem, w który wtyka się cienkie świeczki kupowane przy wejściu. Pop, w szatach kapiących od złota, stoi przed ołtarzem, intonując modlitwę. Diak w czarnym stroju odpowiada mu głębokim basem. Młody mężczyzna leży krzyżem na kwadratowej poduszce przed ołtarzem, a kobieta, chyba jego żona, klęczy z rękoma wyciągniętymi do przodu przed schodkami wiodącymi na ołtarz. Pop potrząsa kadzidłem nad mężczyzną, który z zapałem bije czołem o posadzkę…

Te sale w zamku sanockim nie są wprawdzie wnętrzami cerkiewnymi, ale już po dwudziestu minutach słyszę cerkiewne śpiewy – od takich, od których mury zdają się pękać i osypywać na posadzki ogromnych cerkwi, po takie, gdzie kilka bab w jaskrawych chustkach na głowie i z czarnymi torebeczkami w spracowanych rękach trzymanych na podołku i kilku chłopów ze spiętymi nogawkami spodni, bo zsiedli przed chwilą z pordzewiałych rowerów, potrafi swoim śpiewem rozbrzmiewającym w dość dużej cerkiewce wzbudzić w słuchaczach metafizyczne dreszcze! Pytam pracującą tu uroczą dziewczynę, która mnie oprowadza, czy po tylu latach spędzonych pośród tego cerkwowiszcza nie ustawia w domu męża, dzieci, krewnych i znajomych, zwołując do pomocy sąsiadów o nieprzepitych głosach, by stworzyć chór zdolny do zaśpiewania na przykład Liturgii św. Jana Złotoustego Sergiusza Rachmaninowa, a ona niby zaprzecza, ale po jej zmieszanej minie widzę, że  odkryłem jej sekret! Surowica, Bartne, Weremień, Kostarowce, Pętna, Żukotyn, Witryłow, Stańkowa, Jankowce, Dobra, Rychwałd, Poniszczów, Florynka, Owczary, Długie, Szklary, Surowica, Klimkówka, Bałucianka, Deszno, Wołtuszowa itd., itd. stają w długim szeregu do apelu poległych wsi ukraińskich i łemkowskich ­– z krzyżami służącymi do błogosławieństw w widmowych rękach, z kielichami mszalnymi, świecznikami cudnej snycerskiej roboty, płaszczenicami, epitrachulami, paternycami, z ewangeliarzem oprawionym w grubą skórę i ozdobionym owalnymi, kapiącymi mosiężnym blaskiem obrazkami świętych, z Syjonem symbolizującym Grób Pański, a przede wszystkim z setkami nawet piętnasto- i szesnastowiecznych ikon, od których oczy wychodzą z orbit, chcąc to wszystko w sobie pomieścić, mimo iż jest to niemożliwe!

Święty Mikołaj (mnóstwo Świętych Mikołajów, tych bez worów z prezentami), Matka Boska Eleusa z Leska, trzymająca w ramionach synka tak wyrośniętego, że mógłby śmiało chodzić do drugiej klasy szkółki przycerkiewnej, Matka Boska Hodegetria, a nawet Narodzenie Matki Boskiej (!), Szymon Słupnik, Deesis z 1530 roku (z Bartnego), Archanioł Michał z Jasienia, Prorok Eliasz na czerwonym wózku ciągniętym przez czerwone konie, Sąd Ostateczny z pierwszej połowy siedemnastego wieku z diabłami znacznie ciekawszymi w swej wyrazistej diabelskości od aniołów wyraźnie znudzonych swymi powinnościami, sprowadzającymi się najwyraźniej do dmuchania w trąby, no i jedna z licznych Ostatnich Wieczerzy, ale tylko ta przykuwająca moją uwagę, bo jest to malarstwo aż niepojęte w swej wzruszającej naiwności… Ikony, ikony, ikony na deskach różnej szerokości i grubości ze śladami pracy korników na obrzeżach, bez ramek lub z bajecznymi obramieniami nawet figuralnymi. A ażurowe Carskie względnie Diakonowskie Wrota z wieku siedemnastego to cud snycerskiej roboty nad cudami!

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do ikon, bo te nie tylko tutaj, ale w ogóle w cerkwiach zdecydowanie przeważają, przypomniała mi się bowiem Adriana Radeva, bułgarska poetka, która w latach siedemdziesiątych chciała za wszelką cenę osiąść w Polsce wraz z dziećmi (ją z synem w końcu deportowano, i nawet publikowane u nas przekłady jej pięknych wierszy, do czego jako tłumacz walnie się przyczyniłem, jej nie pomogły, natomiast pełnoletniej córce udało się pozostać). Adriana była córką ikonopisty, malarza ikon, i sama je malowała. W Polsce malowała Madonny z Dziecięciem na zlecenie kościołów rzymskokatolickich. Jedna z owych cudownych Madonn zapewne wisi w kościele Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim w Warszawie, obok którego wówczas mieszkałem. Zapamiętam to do końca życia, bo w tamtych przaśnych peerelowskich latach tylko raz, właśnie na zapleczu tego kościoła, jadłem w towarzystwie Adriany na srebrnych talerzach, posługując się srebrnymi sztućcami, a na srebrnych półmiskach widniały potrawy mięsne, o których dotąd nawet nie słyszałem! Ale nie do tego zmierzam. Najbardziej frapowało mnie w tamtym czasie  zachowanie Adriany, kobiety na co dzień dzikiej i wręcz rozpasanej, która przez trzy dni przed malowaniem ikony nakazywała sobie ścisły post, polegający na unikaniu wszelkich rozkoszy cielesnych, i zawsze go przestrzegała! Nie wolno było do niej wchodzić w trakcie pracy, ale gdy odkładała pędzle i wyciągała palec z palety jej oczy były świetlistymi i rozjaśnionymi nieziemskim światłem oczami świętych ze wszystkich ikon, tych prezentowanych w Zamku sanockim też…

 

Matka Boska Hodegetria

 

cdn.

15:06, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 listopada 2009
Zamek w Sanoku

     Przed południem przywiózł mnie Wojtek do Sanoka boczną drogą, by pokazać mi zalew w Sieniawie po spiętrzeniu wód Wisłoka zaporą o wysokości trzydziestu ośmiu metrów oraz tworzącymi naturalną nieckę przyległymi wzniesieniami, gdzie w wyniku ingerencji człowieka oraz erozji wody warstwowość fliszu karpackiego widoczna jest jak na dłoni. Widok na zalew z boku zapory, stąd niewidocznej, gdzie dotarliśmy po ominięciu głębokich kolein wypełnionych płynnym błotem, zapiera dech w piersiach, natomiast zdumienie budzi widniejące po prawej stronie tej dojazdowej dróżki duże pole słoneczników poczerniałych od październikowych słot i przymrozków, bo nikt ich nie zebrał o właściwej porze, jakby chciał je zostawić dla ptactwa, które z tego skwapliwie korzysta, wydziobując nasiona spod smętnie zwieszonych w dół koszyczków…

     W Sieniawie jest co oglądać, bo była ona  od drugiej połowy siedemnastego wieku (pozostałości miejskich fortyfikacji sięgają tego okresu) związana z dwoma potężnymi rodami magnackimi, Sieniawskich i Czartoryskich, o czym świadczy pałac wzniesiony w pierwszej połowie wieku osiemnastego, jak również obecność w krypcie pod kościołem parafialnym ponad dwudziestu trumien z doczesnymi szczątkami członków rodziny Czartoryskich, jednakże dla Wojtka do aspektów poznawczych tego miejsca wlicza się także fakt, że bez wody pitnej z tego zalewu Iwonicz-Zdrój, skąd on się wywodzi, a ja mieszkam od prawie trzech lat, już dawno przestałby być uzdrowiskiem (z tego powodu już raz go zamknięto), ponieważ wód solankowych pić nie sposób, a woda pitna z beczek na deszczówkę ustawianych kiedyś przed każdą iwonicką chałupą już nawet przed ostatnią wojną z trudem wystarczała mieszkańcom (nie mówiąc o tysiącach kuracjuszy), gdy w lecie wysychały potoki i studnie…

     A tuż przed samym wjazdem do Sanoka Wojtek dostrzegł nie te ptaki, które wydziobały już większość nasion na polu słonecznikowym przy zalewie w Sieniawie, bo zapewne nie robi tego dzięcioł duży (Dendrocopos major), którego można rozpoznać z daleka po charakterystycznym locie, a tym bardziej czapla siwa (Ardea cinerea), która właśnie nurkowała na środku Sanu. Zawsze zdumiewa mnie ta niesłychana u radcy prawnego znajomość ptaków, zwierząt, roślin, ich nazw, nawet łacińskich etc., no ale gdy w pobliżu sanockiego zamku Wojtek wskazał z dumą ku koszarom w Olchowcach za Sanem, gdzie stacjonował 2 Pułk Strzelców Podhalańskich, w którym kiedyś służył jego ojciec, ten sam ojciec od ptaków, zwierząt i roślin, który na jednym drzewie owocowym potrafił zaszczepić nawet sześć różnych odmian, to znawstwo jego syna staje się oczywiste. Ale zwiedzać zamek miałem sam. Wojtek tylko mruknął na odchodnym, że niewiele byśmy wiedzieli na przykład o wyprawach wojennych Aleksandra Wielkiego, gdyby nie zabierał na nie skrybów. Z tego mogłoby wynikać, że docenia moją pracę, co nie przekłada się na zbyt częste korzystanie przez niego z jej owoców – moich ostatnich czterech postów, gdzie tak dużo o nim piszę, jeszcze nie przeczytał, wymawiając się brakiem czasu, niezbędnego do przebywania ze swoim psem w tak zwanej naturze…

 

     O zamku sanockim każdy może przeczytać sobie w Internecie, o czasach gdy w średniowiecznym zamku z gotycką wieżą, po której pozostał tylko fundament z obecnym niewielkim nadbudowaniem, odbyło się w maju 1417 wesele króla Władysława Jagiełły z trzecią żoną Elżbietą Granowską, i tych po roku 1548, gdy stał się on renesansową rezydencją o cudownej kamieniarce z miejscowego piaskowca. Jednakże nie każdy może siedzieć przed nim jak ja na ławce i myśleć sobie, że ten zamek jest z zewnątrz mało „zamkowaty”, a, pożal się Boże, współczesny dziedziniec mało „dziedzińcowaty” – bo cóż to za dziedziniec z obskurnym trawnikiem, obskurnym chodnikiem ułożonym z trójszeregu betonowych płyt, obskurnym ogrodzeniem, gdzie między betonowymi słupkami widnieją pogięte bądź wyłamane rurki, i obskurnymi ławkami (na jednej z nich siedzę)? Ocembrowanie zamkowej studni też szczątkowe – bez śladu po pięknym kiedyś nakryciu z szybkami i kopulastym daszkiem. Po dwu skrzydłach zamkowych, północnym i południowym, też ani śladu, co tym bardziej dziwi, gdyż dobudowano je dopiero w siedemnastym i osiemnastym wieku. Trzeba zatem wyjatkowo popuścić wodze wyobraźni, by na dawnym dziedzińcu ujrzeć drużynę rycerską czy orszak królewski, lub nawet karety zajeżdżające pod wejście ze stojącą w kornych ukłonach służbą w liberii etc.

     Jedynie skarpa, na której zamek się wznosi, jest absolutnie „skarpowata” – bardzo wysoka i nieźle dostępu do niego broniąca, ale nie całkowicie, o czym przekonał się w roku 1809 Ksawery Krasicki, który wraz ze swymi towarzyszami bohatersko, lecz bezskutecznie bronił do niej dostępu nacierającym wojskom austriackim, co zaowocowało uwiecznieniem jego pamięci na owej skarpie. Mnie natomiast znacznie bardziej zainteresowała informacja, że ten generał, powstaniec kościuszkowski, napoleoński czy naczelnik powstania antyaustriackiego w ziemi sanockiej, jako dziedzic zamku w Lesku był związany wieloletnią przyjaźnią z Wincentym Polem, tym który pięknym wierszem uwiecznił moją iwonicką „Bełkotkę”, a także jako pierwszy opisał tutejsze obyczaje kuracyjne mniej więcej w połowie wieku dziewiętnastego…

 

                                 

                           Widok (z ławki) na zamek w Sanoku

 

                                              Cdn.

22:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009
Łemkowyja, czy Wilkowyja, czy...

      …jak by tego postu nie nazwać, z tym że przede wszystkim chodzi o moje wędrowanie z Wojtkiem Szczepanikiem po byłej Łemkowszczyźnie, o nasz sposób wędrowania po niej. Esemes od Wojtka, który wczoraj rano nadszedł, zepnie to ładną klamrą. „Spójrz, Janusz, co dziś z nieba leci! Wczoraj to zresztą przewidzieliśmy, patrząc w niebo i chórem wyrażając wdzięczność, że przez dwa dni naszego wędrowania tutaj było dla nas aż tak łaskawe. A my z tych dwóch dni, które zostały nam dane, zrobiliśmy stosowny użytek, czyli nie zmarnowaliśmy ich! A więc uczyniliśmy wszystko, co uczynić należało. Nie ma grzechu. Żyliśmy bowiem przez te dwa dni realnie i w prawdziwej rzeczywistości – dzięki temu częstokroć magicznej. Afirmacja życia, czyli jego przejaw najważniejszy – poznawanie. Dzięki, że zabrałeś mnie ze sobą w tę zawsze przy Tobie prawdziwie poznawczą wędrówkę!" A oto moja odpowiedź, która po jego wspaniałym esemesie mogła być wyłącznie lakoniczna: „Bogu niech będą dzięki za to, że wziąłeś mnie ze sobą w tę dwudniową wędrówkę. I za to, że to nasze wędrowanie było CUDOWNIE WSPÓLNE!"

 

                                       

                          Wojtek w całej swej turystycznej krasie

 

     Najpierw powinienem jednak odpowiedzieć niezawodnej pani Joannie z górnego pokładu „Zofiówki”, ponieważ tylko my wiemy, że pozornie statyczny, lecz z ducha Felliniego poczęty Statek Zofiański płynie, a my z panią Joanną wyśpiewujemy swoje arie – ona na górze, więc bliżej nieba, anielskie, a ja na dole, więc bliżej piekła, bardziej oczywiście diabelskie! Ze świetnych maili pani Joanny oraz nadesłanych przez nią zdjęć z Postłemkowszczyzny można by wykroić kilkanaście postów, gdyby oczywiście zamierzała utworzyć swój blog, do czego ją gorąco namawiam! Z tych względów zamieszczam tylko jeden z jej ostatnich maili: „Zazdroszczę Wam tych przeżyć i rozumiem te chóry pod niebiosa, bo też tak czuję, gdy po wędrówce dostaje się jeszcze w nagrodę przecudne widoki! Człowiek szczęśliwy jest zadowolony z teraźniejszości i nie myśli o jutrze… Czekam na następny wpis z niecierpliwością!”

 

     W tej mojej odpowiedzi powinien się zresztą zawierać sens naszego z Wojtkiem wędrowania nie tylko po Bieszczadach czy Beskidzie Niskim, ale jedynie tutaj możemy stąpać po zdawałoby się jeszcze ciepłych śladach pozostawionych przez Łemków. Przedwczoraj też po nich stąpaliśmy jak wilki, czyli trop w trop, co dziwić nikogo nie powinno, ponieważ ich tropy w okolicach kolejnych wsi połemkowskich, Kamionki oraz Abramowa, Wojtek też wypatrzył, wraz z tropami jeleni i dzików. Odchody pozostawione przez wilki są jedyne w swoim rodzaju, „skamieniałe”, jak mówi Wojtek. Gdybyśmy byli zwyczajnymi turystami, co to z nowymi plecakami i w nienagannym obuwiu sportowym kroczą dostojnie po oznakowanych szlakach Połoniny Wetlińskiej czy Caryńskiej, lub podjeżdżają samochodem w pobliże materialnych śladów po łemkowskich wsiach koniecznie z kamerą bądź z aparatem fotograficznym, by sfilmować lub obstrykać wszystko co się da, nie zapominając przy tym o „uwiecznieniu” na tym tle swoich kretyńskich gęb, to moglibyśmy udać się najkrótszą i najłatwiejszą drogą do Kamionki i Abramowa, defilując nabożnie przed kilkukilometrowym szeregiem starych drzew owocowych, na których szkliło się w tamtym dniu jeszcze tyle różnokolorowych jabłek z odmian znanych tylko Łemkom.

      A my cóż – nie mamy ani samochodu, ani kamery czy aparatu fotograficznego, a ja chodzę w dodatku w zniszczonych adidasach lub w piankowych kaloszach do kolan, bez których nie dotarlibyśmy choćby do Polan Surowicznych, gdyż drogę do niej przecinały w wielu miejscach kolejne potoki z wodą siegającą prawie do górnych obrzeży moich kaloszy, zresztą tamtego dnia wspólnych, bo najpierw przechodziłem przez wartko płynącą wodę, a następnie zdejmowałem je, rzucając nimi kolejno w kierunku Wojtka, który je wkładał etc., etc. Później, gdy szliśmy w górę ku Jawornikowi, kalosze wylądowały podeszwami sterczącymi ku niebu w moim przedpotopowym plecaku, pamiętającym między innymi wędrówki przy końcu lat pięćdziesiątych po Bieszczadach, o których ani pani Joanna, ani nawet młodszy ode mnie o całe dziesięć lat Wojtek nie mogą mieć najmniejszego pojęcia! A co z tymi kaloszami wyczyniały splątane gałęzie, przez które trzeba się było ustawicznie przedzierać, tylko ja wiem!

 

     Naszej meandrycznej drogi, która tylko w naszym rozumieniu wędrowania po śladach Łemków prowadziła wprost do Kamionki czy Abramowa opisać w jednym poście nie sposób. Łemkowie musieli osiedlać się przy potokach, prawda? Ale kto nam kazał przedzierać się poprzez ich niezwykle malownicze, lecz dzikie ponad wszelkie wyobrażenie koryta w górę i w dół, po grząskościach przeróżnych, oślizgłych kamieniach czy konarach zwalonych drzew? Kto nam kazał pełzać niekiedy na czworakach po dawnych drogach łemkowskich, wyżłobionych przez koła wozów tak dawno temu, że parskanie huculskich koni ze zmierzwioną sierścią oblepioną potem nie ucichło wyłącznie w naszych uszach? Nikt nam nie kazał, nawet my sami sobie tego nie nakazywaliśmy, bo to było dla nas naturalne. Po prostu.

 

     PS O tylu rzeczach w tym poście nie napiszę, bo muszę uszanować zabieganie moich PT Czytelników, ale o tej opuszczonej pasiece w środku starego lasu jodłowego wspomnieć muszę. I zrozumiecie to bez trudu, a jeśli nie, to poczytajcie Życie pszczół Maurice Maeterlincka. Związane ono było od niepamiętnych czasów z człowiekiem. A tutaj – ule rozpadające się, zwalone lub porosłe krzakami. W nieźle zachowanym domku – ramki, wyschłe plastry, worek do zdejmowania rojów czy kapelusz płócienny z osłoną tiulową… Dookoła same jodły, ale tylko jedna z nich rozwidlona jak kamerton widełkowy (może w latach młodości uderzył w nią piorun?) i do niej ten mityczny pszczelarz przystawił długą drabinę, sięgającą aż do tego rozwidlenia, do którego i mnie udało się dotrzeć z duszą na ramieniu, bo szczeble już nieco nadwątlone przez deszcze i śniegi. Wojtek mruknął do mnie: „Zapewne siadywał tam, by czytać w oryginale Platona…”

     A skoro o wilkach była i w tym poście mowa, to chyba warto zakończyć ten post jakimś wilczym akcentem. Gdy znaleźliśmy się w Zawadzce Rymanowskiej, idąc tam od stawów (za ogrodzeniem resztki cmentarza połemkowskiego, a cały ten teren przejęty przez kościół rzymskokatolicki, który twierdzi, że ma prawo do nieruchomości po kościele… greckokatolickim, koń huculski by się uśmiał!) drogą, wzdłuż której jak okiem sięgnąć sterczące na kilka metrów ku bezsilnemu niebu upiorne badyle zwane Barszczem Sosnowskiego, teraz już wyschłe i martwe, ale wcześniej groźne dla ludzi (dla tych, którzy nastali tutaj po Łemkach, bo Łemkowie nigdy by nie dopuścili do takiego rozpasanego bezhołowia w pobliżu swoich chyży!), Wojtek skrzywił się po swojemu, patrząc na ten cały popegeerowski bardak, po czym westchnął: „Przydałaby się tutaj ogromna wataha zgłodniałych wilków, żeby to całe szemrane towarzystwo stąd wykurzyć!” A mnie od razu przypomniała się opowieść kuzyna Wojtka, o Bogdanie mowa, zawołanego myśliwego, czytającego w oryginale Szekspira i grającego na skrzypcach. Ponoć w Zawadzce Rymanowskiej podczas srogiej zimy w początkach lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia chłop-myśliwy nie wychodząc z chałupy zastrzelił przez okno dwanaście wilków!

 

                                  

                     Resztki cmentarza kamionkowsko-abramowskiego

11:43, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2009
Lekcja przyrody i pokory

    Żeby „zrobić masyw Piotrusia” (728 m n.p.m.), najwyższego  szczytu całego Beskidu Dukielskiego, wysiedliśmy wczoraj z autobusu w Szklarach. Właściwie to był spóźniony o dwa dni Dzień Zaduszny, przynajmniej do południa  – z włóczącymi się po łąkach mgłami, przeganianymi od czasu do czasu przez porywisty wiatr. W przeciwieństwie do poprzednich słonecznych dni, tym razem było mgliście i pochmurno, i nadal zimno, o czym świadczyły tafelki lodu na zamarzniętych kałużach, a mimo to czuło się w powietrzu zapowiedź nagłej zmiany pogody, raczej na deszczową, co okazało się prognozą jak najbardziej błędną. Ale skąd mogliśmy wiedzieć, że tuż po południu spłyną z gór wiatry fenowe, od których powietrze stanie się nagle prawie przejrzyste, a na niebie poza słońcem pojawią się chmury o soczewkowym kształcie, tak zwane altokomulusy? Wiatry te, których porywy czuliśmy przez całą drogę powrotną, powodują ponoć w ludziach wzrost podenerwowania i agresji, skierowanej często przeciwko sobie (wzrost liczby samobójstw w tym czasie). No ale i ja, i Wojtek S. jesteśmy ludźmi gór, więc nasze reakcje są diametralnie różne – szliśmy wręcz w euforii, a nie wiedząc, co zrobić z nadmiarem energii mimo wielogodzinnego wyczerpującego marszu, staczaliśmy w dół wielkie bele siana, których nikt nie raczył zebrać z rozległych łąk od wiosny. Toczyły się coraz szybciej i szybciej, po czym wpadały z ogromnym impetem w zarośla, a my patrząc na to klaskaliśmy z radości…

      Ale na samym początku, zanim weszliśmy do lasu, ujrzeliśmy podrywającego się gwałtownie z ziemi błotniaka łąkowego (circus pygarsus), dużego ptaka drapieżnego z rodziny jastrzębiowatych, który leciał z rozczapierzonymi skrzydłami trzymając w dziobie jakąś zdobycz. Po chwili Wojtek aż klasnął w ręce, bo przeleciał nad nami myszołów włochaty (Buteo lagopus, czyli zajęczonogi, ponieważ jego skoki pokryte są gęstymi, drobnymi piórami), a na końcu wskazał na srokę (Pica pica), bo przeleciał nad nami orlik krzykliwy (Aquila pomarina) niezbyt często tu w ostatnich latach widziany, a na końcu  wskazał na srokę (Pica pica), siedzącą na czubku bezlistnego jawora jak nieruchomy kurek na dachu, i zapytał: „Spójrz na nią i powiedz mi, skąd wieje wiatr?” „Wydaje mi się, że z tamtej strony…” wskazałem w kierunku ogona ptaka, a Wojtek na to: „Czy gdybyś był ptakiem, to byś ustawił się tyłem do wiatru, żeby ci pióra pod ogonem podwiewało?” Ba, gdybym był ptakiem, to bym zapewne ustawił się dziobem do wiatru jak ta sroka, ale jestem, niestety, człowiekiem, który w przeciwieństwie do mego przyjaciela Wojtka niewiele wie na temat świata przyrody, mimo iż tak się nim zachwyca! Nie wiem nawet, że podniesione łuki krawędzi dachów chińskich pagód odwzorowują ponoć układ gałęzi modrzewia (Larix decidua), ani tego że srebrzyste porosty na gałęziach jodeł i modrzewi świadczą o tym, że powietrze jest idealnie czyste…

 

     Po prostu jestem głupie cielę, które uwielbia zlizywać sól ze słupa. Sól, umieszczona na słupie w skrzyneczce z dziurkami, spływa w dół, a zwierzęta, szczególnie tak młode jak ja, zlizują ją jęzorami, aż drewno zupełnie bieleje. Mnie wprawdzie ze zdumienia bieleje również oko, gdy słyszę, jak Wojtek szasta nazwami łacińskimi najprzeróżniejszych roślin i zwierząt, opowiadając o nich tak szczegółowo, jakby z zawodu nie był prawnikiem, lecz przyrodnikiem, ale jego nauki sprawiają, że przynajmmniej zdaję sobie sprawę ze swej ogromnej niewiedzy w tej materii, a to jest ponoć początkiem jeśli nie mądrości, to przynajmniej pokory…

00:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2009
Podzwonne dla Łemków

     Jadąc wczesnym rankiem z Wojtkiem S. w tym samym kierunku, co przed dwoma dniami, ale tym razem po to, by „zrobić masyw Piotrusia”, najwyższego szczytu we wschodniej części Beskidu Dukielskiego, rozmyślam o wyprawie sprzed dwu dni, a myśl moja szybuje nad ruinami dzwonnicy prawdopodobnie z roku 1730, wznoszącej się na Polanach Surowicznych jak przypomnienie, że nie wiadomo komu bije dzwon, ale na pewno Łemkom, których wypędzono stąd  w roku 1945. Stojąc w środku tej kiedyś dwukondygnacyjnej dzwonnicy, której nie chroni nawet prowizoryczny dach, mimo iż jest ona majstersztykiem łemkowskiego budownictwa sakralnego, gdyż wymurowano ją z płaskich kamieni rzecznych, ułożonych pracowicie warstwa po warstwie – w dwu słusznych szeregach, przeto mury są szerokie i przetrwały ponad sześćdziesięcioletnie ulewy oraz huragany, dostrzegłem patrząc w górę wgłębienia po belkach stropowych, a także po tych, na których wisiały dzwony…

    Po tysiącu Łemkach, zamieszkujących tę wieś przed wysiedleniem, pozostało oprócz tej dzwonnicy niewiele śladów materialnych sterczących ponad ziemią. Fundamenty cerkwi są mało widoczne w przeciwieństwie do ruin kapliczki oraz kilku nagrobków skrytych między drzewami na dawnym cmentarzu łemkowskim. Pośród nich zaskakuje nagrobek najlepiej zachowany, ale dziwny w tym miejscu – pochowano tu bowiem młodego lekarza lwowskiego, który zmarł podczas epidemii cholery w roku 1873. W jaki sposób się tutaj znalazł? Niósł może pomoc Łemkom? Pozostałościami po ich chyżach i zagrodach są resztkl kamiennych piwnic i studni, zbudowanych z tego samego materiału co dzwonnica, oraz zdziczałych sadów. Patrzyłem w górę i nagle ujrzałem rozkołysane dzwony i usłyszałem ich lament. Najpierw dość szybko ucichający, bo opłakiwały tylko Wasyla Homyka, sołtysa tej nieistniejącej wsi, kiedyś tak ludnej i gwarnej, którego powiesili w maju 1945 roku banderowcy za to, że nie chciał współpracować z UPA. A później było to już niemilknące podzwonne dla tragedii wszystkich wysiedlanych stąd Łemków – głośno zawodzących kobiet i siedzących na wozach mężczyzn  z mocno zaciśniętymi  zębami…

 

             

                                      

 

                  Ruiny dzwonnicy na Polanach Surowicznych

 

     Słyszałem to podzwonne przez cały tamten dzień. Tak było wówczas, gdy po powstaniu od stołu dawnego Rancha „Karolina”, przed półtora rokiem puszczonego z dymem przez jakiegoś podpalacza, duchowego potomka tych, którzy kiedyś tę wieś spalili, pięliśmy się z Wojtkiem w górę, coraz wyżej i wyżej, aż w końcu ruiny dzwonnicy zaczęły przypominać budowlę z papier-mâché, a mimo to głos dzwonów rozbrzmiewał coraz potężniej. Aż na sam szczyt wiodły mnie ślady krowich racic, dla mnie krów łemkowskich, tych które kiedyś całą tę górę objadały z soczystych traw, ponieważ porastające ją obecnie rachityczne drzewa to typowe samosiejki, ale akurat tutaj rosnące jakby z przymusu – dla mnie w niemym proteście przeciwko losowi dawnych mieszkańców tych ziem! Wprawdzie Wojtek, już  wcześniej pokazujący mi w dolinie Wisłoka  ślady odyńca oraz wilka, usiłował mnie tym razem zainteresować śladami kopyt jeleni czy tropami tylnych łap niedźwiedzia, ale dla mnie istniały jedynie ślady krowich racic – wypełnione śpiżowymi dźwiękami dzwonów, osypującymi się z wierzchołków drzew. I tak było wtedy, gdy przez co najmniej godzinę przedzieraliśmy się przez gmatwaninę krzewów i nisko zwisających gałęzi ścieżkami zwierzęcymi, które nagle się kończyły, jakby owe prawie mityczne zwierzęta również uniosły się w powietrze ku  spiżowym lamentom opasującym całe niebo. Ślady po okopach na samym szczycie góry przywodziły nieubłaganie na myśl  tamte lata, gdy przechodził tędy wojenny front, który zwiastował początek łemkowskiej zagłady…

     Gdy doszliśmy do szczytu Jawornika (761 m n.p.m), a lament dzwonów nie ustawał, przypomniałem sobie nagle słowa Doroty-skrzypaczki, że najlepsze skrzypce robi się z jawora górskiego. Ale przecież dźwięki skrzypiec też mogłyby nie ukoić mojej duszy, bo skrzypce również potrafią lamentować, prawda? Wczoraj wieczorem Wojtek przyszedł do mnie z wierszem, który  napisał Federico Garcia Lorca. A jaki był tytuł tego wiersza? Oczywiście  Lament! Zapamiętałem, że płacz jest olbrzymimi skrzypcami / łzy tamują głos wiatru / i nic już nie słychać prócz płaczu... (tłum: Cz. Miłosz).

00:51, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Dzień Zaduszny w nieistniejących wsiach połemkowskich

     Miałem zamiar wczorajszego dnia nie wybierać się aż w tak daleką wędrówkę, ale po telefonie od Wojtka S.(zczepanika) nie pozostawało mi nic innego, jak wpakować do plecaka obok lornetki i wysokich kaloszy kilka jabłek i ze sześć przygarści orzechów włoskich, bo moja lodówka świeciła pustkami (zapomniałem, jak zwykle, że w święta sklepy są nieczynne). A z Wojtkiem S. uwielbiam wędrować po polach, lasach i górach, bo on widzi za mnie nawet najmniejszego ptaka ukrytego w gęstych zaroślach czy żółcącego się gilowato na zwiędłych liściach, a więc też pożółkłych! Ale oczywiście bociany też widzi – całe chmary bocianów, więc trudno, żebym i ja ich nie dostrzegł, oblepiających jodły strzeliste co roku zawsze w tym samym dniu, chyba trzynastego sierpnia, jak twierdzą tubylcy! Na jodłach przy potoku zbiegającym ku Lubatowej. Jodły są, jak zapewne wiecie, ciemne, ale oblepione bocianami białymi (Ciconia ciconia, dodaje natychmiast Wojtek) na pewno takie nie są, ponieważ te bociany są jednolicie białe, poza czarnymi końcówkami lotek oraz jaskrawoczerwonymi dziobami i nogami… Najbardziej mnie jednak frapuje to, że Wojtek, ciut-ciut większejszy i dłużejszy ode mnie, widzi te maleńkie ptaszki, no i równie malutkie szprotki, które pasjami wyjada z niewielkich puszek za pomocą cienkich gałązek – wczoraj na Polanach Surowicznych były to gałązki tarniny…

      Wróćmy jednak do początku naszej wędrówki, która zaczęła się o godzinie szóstej rano w autobusie zmierzającym do Moszczańca, pierwszej na trasie wczorajszej wędrówki nieistniejącej wsi połemkowskiej. I wpatrując się w ogromną kulę słońca, wynurząjącą się nad kolejno mijanymi wzgórzami, pomyślałem sobie, że widocznie Dzień Zaduszny nie musi być zawsze zamglony, ponieważ akurat duchom Łemków i w ogóle bliskim mi Duchom widok słońca jest szczególnie miły, gdyż wprawdzie w niebie pięknie obligatoryjnie jest, ale na ziemi bywało pięknie też! Jeszcze wtedy nie myślałem o pisaniu żadnego postu, mimo iż około sto osób nawiedzających codziennie mój blog na obu portalach do czegoś mnie zobowiązuje, nie mówiąc o osobach mniej dla mnie wirtualnych, jaki pani Joanna z górnego pokładu „Zofiówki”, która być może już ugniatała ciasto na kluseczki domowej roboty na rosołek dla ukochanego męża z… Galicyjskiego Koguta, tfu, tfu, wypluj te słowa!, czy Dorota, która właśnie o tej porze zabierała się zapewne do ćwiczeń skrzypcowych przed zbliżającym się koncertem w Palacu Branickich w Białymstoku, gdzie będzie między innymi grała moje ulubione Piano Concerto No. 21    Andante Mozarta…

     Z przystanku od razu ruszyliśmy ku Wisłokowi, ale o zamieszkujących kiedyś Moszczaniec Łemkach nie sposób było nie pamiętać, ich duchy krążyły bowiem wczorajszego dnia na pewno wokół przynajmniej tych dwu kapliczek przydrożnych z napisami w cyrylicy po obu stronach drogi – po tej z roku 1928 nie wypadało nie postawić kolejnej w roku następnym, prawda? A potem, po przejściu mostu na Wisłoku, nastąpiły dwa cudy prawie tuż po sobie, którym powinienem poświęcić dwa oddzielne posty (później Wojtek stwierdził, że całej tej wczorajszej wędrówce aż sześć), ale mój blog nie jest przecież z gumy! O tych cudach nie wiedział nawet Wojtek, bo najcudowniejsze są przecież przypadki, prawda? Najpierw Wojtek krzyknął: „Popatrz tam!” I po dłuższym wodzeniu oczami po trawach zmierzwionych po październikowym śniegu wreszcie ujrzałem robiącą właśnie kolejnego słupka łasicę (Mustela nivalis, szepnął Wojtek), z brązowym grzbietem i białością rozlewającą się od podgardla do samych łapek. A potem rozpoczęła swój urzekający taniec wyłącznie dla nas – aż piętnastominutowy, z układami choreograficznymi, jak stwierdził Wojtek, przygotowanymi na tę okazję może przez Wacława Niżyńskiego, a może Maurice Béjarta? Że dla nas tańczyła, nie ulegało najmniejszej wątpliwości – zbliżała się bowiem do nas w tym tańcu na odległość prawie wyciągniętej ręki, a w wiązkach kunsztownych piruetów obiegała nas dookoła! Na otwartej drodze! Po czym zrobiła ostatnie pas, ukłoniła się nam z ogromnym wdziękiem kilka razy, bo nie szczędziliśmy jej braw, po raz ostatni uśmiechnęła się do nas zalotnie – i zniknęła jak najpiękniejszy ze snów!

     Zaledwie po stu krokach nastapił kolejny cud. Wojtek specjalnie chciał mi pokazać miejsce, gdzie niedawno zadomowiły się bobry (dostrzegł to w lipcu) na terenie nagle „prywatnym”, o czym ku jego zdziwieniu świadczyła tabliczka umieszczona po prawej stronie na słupku. Na szczęście właściciel nie dopisał „wstęp wzbroniony, czy wzbronięty”, więc poszliśmy nad rzekę, gdzie śladów po bobrujących bobrach rzeczywiście trochę znaleźliśmy, ale o zrobieniu tamy na bystrym nurcie biedne bobry nawet nie mogły marzyć! Po chwili wracaliśmy stamtąd i ujrzeliśmy ten cud prawie równocześnie, mimo iż prawdą jest, że to Wojtek wskazał mi na resztki połemkowskiej kapliczki ukrytej w zaroślach. Ale po lewej stronie od niej widok, który dosłownie zaparł nam dech w piersiach. Do pnia potężnego modrzewia z wyłupanymi przez dzięcioły na całej długości pnia głębokimi dziurami ktoś przytwierdził sznurami, które już wgłębiły się w drzewo, rzeźbę długości co najmniej  czterech metrów, zdumiewającą w snycerskim kunszcie i w wyrazie artystycznym!  Tak rzeźbili najlepsi spośród łemkowskich rzeźbiarzy, względnie ich naśladowców! Wojtek kazał mi nazwać tę rzeźbę „oniryczną”, więc chętnie to czynię, z tym że chciałbym wiedzieć, z jakich snów się ona wywodzi? I z jakiej rzeczywistości przedstawionej na kształt marzenia sennego, w tym wypadku na pewno nie koszmaru. Takie dzieło ma charakter absurdalny, irracjonalny, kłócący się z zasadami prawdopodobieństwa. W tym otoczeniu jest tak z całą pewnością. Ta kula z krzyżowymi cięciami w miejscu na twarz co oznacza? Takie pytania można by pod nią mnożyć w nieskończoność, ale wówczas należałoby spędzić w tym miejscu co najmniej rok, spać w jamach wygrzebanych przez bobry nad samą powierzchnią wody i nauczyć się szybkimi cięciami zwalać nadrzeczne drzewa…

15:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009
Święto Zmarłych kilku moich przyjaciół

     Obudziłem się wczoraj rano z myślą o dzisiejszym Święcie Zmarłych. Najpierw zaczęły przesuwać mi się przed oczami setki cudownych rysunków Krzysztofa, gdy mi je prezentował w swej pracowni przy Kruczej. Podczas tej pamiętnej dla mnie wizyty w pewnej chwili musiałem skorzystać z toalety. Nadal oszołomiony pięknem jego prac (byłem pierwszym człowiekiem, który mógł je obejrzeć z całości) wszedłem tam i zamarłem z przerażenia – na podłodze walały się męskie kalesony. Wszystkie obsrane… Krzysztof Zeydler-Zborowski, kiedyś prezes okregu warszawskiego Związku Polskich Artystów Plastyków, był bratem znanego mi wcześniej ze Zwiazku Literatów Polskich Zygmunta-kryminalisty, autora bardzo w owym czasie poczytnych „kryminałów”. Tego ostatniego, wcześniej wysportowanego pana kipiącego witalnością, nadal widzę oczami duszy w ostatnich latach jego życia – pokurcza podreptującego śmiesznie w parawaniku na drodze w sąsiedztwie mojej działki obok swej postawnej żony-malarki w bajecznie kolorowych i powiewnych strojach nie z tego świata, które sama projektowała. (W domu słyszała, gdy wracała z ogrodu: „Ty, kurwo, gdzie się znowu pałętałaś, że nie słyszałaś moich nawoływań? Z kim się znowu jebałaś?”). Obaj bracia pochodzili z rodziny, jak mawiał Krzysztof, prawie królewskiej. Choćby dlatego, że jego prapradziadowie w obronie wolności szlacheckich byli gotowi wystąpić nawet przeciw królowi czy królowej jako przywódcy jednego z tzw. rokoszy. Patrz: Piotr i Marcin Zborowski – rokosz przeciwko królowej Bonie.

     Krzysztof brata swego nie znosił, a jeszcze bardziej jego żony – „pizdowatej malarki”, jak mówił, zanim zetknąłem się z nią osobiście jako z sąsiadką na działkach literatów pod Serockiem (muszę jednak z poczucia sprawiedliwości dodać, że nie była ona malarką „pizdowatą”, wręcz przeciwnie, znakomitą, o czym świadczy fakt, że sam dopraszałem się u niej o dwa piękne rysunki, które mi w końcu podarowała). Wcześniej był jednak tylko Krzysztof, a jeszcze wcześniej butelki po denaturacie w szafie w Domu Pisarzy w Oborach, które pokazała mi sprzątaczka, gdym ją o niego wypytywał. To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Ale to Krzysztof się we mnie wręcz zakochał po pierwszym zetknięciu ze mną (nie miał skłonności homoseksualnych, skądże!), ja natomiast wciąż widziałem te butelki po denaturacie. A później doszły do tego owe obsrane kalesony…

     Był nie tylko świetnym rysownikiem, ale także cudownym kolorystą przyrównywanym do Jana Cybisa czy Czesława Rzepińskiego. Większość ludzi z mego pokolenia pamięta go z pocztówki: Nieborów. Pałac od strony parku. Czy z plakatów litograficznych. Te butelki po denaturacie, a jednocześnie codzienne telegramy od Krzysztofa, jednozdaniowe, a czasem składające się tylko z jednego słowa (na przykład Życie to TY, urzekające, albo Powiedzmy…), gdym przez dwa miesiące przebywał w Zakopanem, na które nie odpowiadałem, ale on cierpliwie i z miłością je do mnie wysyłał. Potem wręcz wciskał mi swoje wspaniałe rysunki, kolorowe też, mówiąc: „Tylko ty jesteś godny, żeby je mieć – po mojej śmierci rozdrapią je niepowołani…” Wiszą w moim dawnym domu w wielu miejscach. Jego kilka pięknych obrazów olejnych również – z moim ukochanym Mimem na ścianie mej byłej pracowni obok mego portretu. Niech sobie wiszą tam w spokoju. A Krzysztofa powalił w końcu atak serca. Podobnie jak Irka Iredyńskiego, niezrównanego dramaturga i człowieka przez wielkie C, który w głupcach i fałszywcach siał prawdziwy popłoch To byli naprawdę piękni ludzie, moi duchowi bracia, a zapili się bezsensownie na śmierć…

     Zbliża się Święto Zmarłych, czy nie stąd się wzięły te refleksje? Mówi się, że najpewniejszą nieśmiertelność zapewniają nam dzieci. Niestety, ani Irek, ani Krzysztof nie mieli dzieci. Irek miał przynajmniej ukochanego psa, któremu postawił głaz pamiątkowy z wyrytym imieniem i datą śmierci w ogrodzie na podwarszawskich Grotach. W dniu Święta Zmarłych zapalał tam znicze – siadywał przed tym nagrobnym głazem z dużą butelką wódki na podorędziu, rozmawiał czule ze swoim zmarłym psem, a po twarzy płynęły mu łzy, których się nie wstydził. Wcześniej mówił do swojej  żony: „Mam jechać na grób twojej matki, tej głupiej pizdy, chyba oszalałaś?!” Ten dzień jest równocześnie Świętem Wszystkich Świętych  – wszystkich Świętych Pijaczków, którzy za życia żyli jakby pod wulkanem, wciąż grożącym wybuchem, tym z powieści Malcolma Lowry’ego, będącej dla wielu z nich Pismem Świętym…

     Nie byłem na ich pogrzebach i nie byłem na ich grobach, wiem tylko, że Irek Iredyński powinien mieć taki prosty kamień nagrobny, jaki miał jego pies. A wszystkie nagrobki powinien wykuć najsławniejszy kamieniarz w dziejach Rzeczypospolitej śp. Jan Himilsbach – pisany dużymi literami skrót  śp. może przecież oznaczać także Święty Pijaczek, a do ich grona mój przyjaciel Jan należał na pewno! I też, jak i pozostali moi przyjaciele, spośród których wymieniłem zaledwie kilku, zapił się na śmierć – na kilka godzin przed nią, wezwani przez niego telefonicznie jego kompanowie od kieliszka, chcąc ulżyć jego mękom, bo jego ukochana „Basiora” zamknęła go w domu na klucz, podawali mu wódkę za pośrednictwem plastykowej rurki coca-colowej z jednej strony zanurzonej w szklance z mordochlapicą, a z drugiej  wsuniętej przez dziurkę od klucza. Podobno na wiecznie już skamieniałej twarzy Jana igrał szelmowski uśmiech…

    PS Jakże żałuję, że nie jestem Cyganem i nie piję wódki! Może należałoby jednak zrobić wyjątek w tak wyjątkowym dniu jak ten dzisiejszy i uczcić pamięć wymienionych przeze mnie Przyjaciół, śp. Krzysztofa, Irka oraz Jana, w sposób dla nich szczególnie miły – pójść na ich groby z dużą butelką wódki i zagrychą w postaci choćby kawałka zwyczajnej kiełbasy, stukać się z nimi metalowymi kieliszkami, śmiejąc się głośno i nie wstydząc się łez? Do tej pory nie umiałem tego robić, ale na pewno potrafiłbym – widziałem przecież jak się to robi w grotach śmierci na Filipinach, na bałkańskich cmentarzykach gdzieś w górach czy na grobach cygańskich przy cerkwi prawosławnej na warszawskiej Woli!

 

 

03:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »