RSS
wtorek, 18 lutego 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 41)

 

Hermann Broch Śmierć Wergilego. Czytelnik 1963

 

[Ten urodzony w roku 1886 w Wiedniu, a zmarły w 1951 w New Haven (USA) pisarz austriacki żydowskiego pochodzenia uznawany jest za jednego z odnowicieli prozy XX w., a przecież po ukończeniu studiów technicznych pracował w fabryce swego ojca i kierował nią później aż do roku 1927. Kolejne studia, odbyte w latach 1928-1931, też nie miały profilu humanistycznego, gdyż związane były z matematyką, filozofią oraz przyrodą. Aresztowany w roku 1938 przez hitlerowców został zwolniony dzięki interwencji między innymi Jamesa Joyce’a, autora osławionego Ulissesa (1922), któremu zawdzięczał sławę zboczeńca i heretyka. Aż dziw, że jego nazwiska nie umieścili naziści niemieccy na liście wrogów III Rzeszy, w tzw. Czarnej Księdze, skoro trafiła tam Virginia Woolf (będę o niej w jednym z komentarzy pisał). Być może powodem tej łaskawości był fakt, że w krajach szczególnie wrogich III Rzeszy, na Wyspach Brytyjskich i w Stanach Zjednoczonych, albo zakazano dystrybucji tej książki, albo spalono nakład publicznie, mimo iż większość czytelników nie była w stanie jej przeczytać.

Tak wynikało z badań statystycznych, przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych w czasie, gdy ukazała się ona na tamtejszym rynku księgarskim, czyli w latach 20. XX wieku. Gdyby takie badania przeprowadzono w innych krajach, wynik byłby podobny. Nie można się zatem dziwić, że powszechnie uważa się Joyce’a za największego eksperymentatora literatury. Eksperymenty te doprowadziły go do napisania „najlepszej książki, której nikt nie przeczytał”, czyli Finnegans Wake. Nawet niezmordowany Maciej Słomczyński nie zdołał przetłumaczyć jej do końca, ale niedawno udało się komuś wreszcie tego dokonać, być może na zlecenie szefów programu TVN Turbo „Polak Potrafi”. Zerknąłem na dumną i bladą twarz owego męczennika sztuki dla sztuki – współczesna psychoanaliza twierdzi, że skłonności masochistyczne powstają w okresie niemowlęctwa lub bardzo wczesnego dzieciństwa, odpowiednio w 18 miesiącu lub 4-5 roku życia. Mój rozwój psychofizyczny był w tamtych wczesnych fazach widocznie harmonijny, gdyż w okresie największej dojrzałości czytelniczej, kiedy pochłaniałem co najmniej kilka książek tygodniowo, nie mogłem strawić więcej niż kilkadziesiąt stron każdej z owych sztandarowych dzieł Joyce’a.

Hermann Broch, po wyemigrowaniu do USA, odwdzięczył się swemu wybawicielowi, sięgając w swojej prozie po nowe środki wyrazu przez tamtego wypracowane, m.in. po monolog wewnętrzny. Światową sławę przyniosła mu książka, z której przed pięćdziesięciu laty robiłem wypisy, czyli Śmierć Wergilego, będąca eposem prozą z elementami eseju filozoficznego, „podsumowaniem rozważań nad cywilizacją, istotą tworzenia, poetyckim posłannictwem” – z takim oto wyznaniem uczynionym przez autora w eseju nazwanym Autobiografią duchową: „Wyobrażenie, że w gruncie rzeczy jestem kompletnym impotentem, również w sensie fizycznym, nieodparcie – wbrew wszelkim dowodom przeciwnym – towarzyszyło mi przez całe życie. (…) Moje zachowanie wobec innych cechuje nieśmiałość i bojaźliwość, które przełamuję z najwyższym trudem. (…) niemal fizyczna męczarnia, jaką odczuwam w kontaktach z innymi, od najwcześniejszej młodości nie uległa zmianie”.

Od razu powiem: w przeciwieństwie do Joyce’a, który zanudzał mnie na śmierć, Hermann Broch, ten ze Śmierci Wergilego, wręcz mnie w tamtym czasie zafascynował – czytałem tę książkę jednym tchem, jak w transie. Obecnie, mając pod ręką jedynie pięć stronic, czy aż pięć stronic zapisków z niej, przecierałem częstokroć oczy ze zdumienia: ślepy byłem, czy co? No tak, ale chyba żaden pisarz przede mną nie dokonał tak obszernej konfrontacji swoich odczuć z lektury aż tylu książek przeczytanych dawniej, ale ocenianych dzisiaj. Na innym planie mógłbym to przyrównać do próby skonfrontowania siebie z roku 1958, studenta pierwszego roku polonistyki, który zakochany po uszy w koleżance z czwartego roku studiów, nie mógł zrozumieć, dlaczego nie wystarczały jej kolejne wiersze miłosne czy nieśmiałe pocałunki przy blasku księżyca,  z tym oto obecnie starszym panem z roku 2014, który patrzy na tamtego z politowaniem i syczy: „Czy nie rozumiałeś, idioto, że ona chciała się z tobą po prostu kochać?!”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Hermann_Broch_portrait_photograph_1909.jpg http://jbr.blox.pl/resource/508a75fccdbf42e39957ab9d59f215a4_de767423772eaf04aab198b3b1cdd2904c70b0b9m1.jpg

 

 

Stał się duchem niespokojnym, uciekającym przed śmiercią, szukającym śmierci, szukającym twórczości, uciekającym przed twórczością, miłującym, a przy tym jednak ściganym, błąkającym się wśród zewnętrznych i wewnętrznych namiętności, gość własnego życia.

[Z tego wszystkiego ostała się we mnie tylko jedna myśl: jakże często jesteśmy gośćmi własnego życia!].

 

Niekiedy tęsknota jest tęsknotą za tęsknotą.

[Najpierw chciałem zaripostować: „Niekiedy brak tęsknoty jest brakiem tęsknoty za brakiem tęsknoty”, ale po chwilowym zastanowieniu się pomyślałem sobie, że bywają przecież niejasne tęsknoty i mgliste pragnienia w sytuacjach, w których z jakichś powodów nie mogą się one spełnić].

 

Wszelkie narodziny, aby były prawdziwe, domagają się odrodzin.

[Hermann Broch szukał jak zwykle niesłychanie zawikłanych uzasadnień dla myśli przecież niesłychanie prostej: rodzimy się po to, żeby wciąż się odradzać. Do tej prostoty musiałem jednak dojrzeć – do dzisiaj pamiętam, z jaką rozkoszą wchodziłem w gąszcz jego patetycznych zaśpiewów:  „…narodziny jak i odrodziny przenigdy by się dokonać nie mogły, gdyby obok nich obu nie działa się nicość, gdyby wiecznie i nieodmiennie jako ostatni akt płodzenia nicość nie stała za nimi, tak iż dopiero z tego nierozerwalnego związku pomiędzy bytem a niebytem, w milczącym pomruku zbratania, promieniować zaczyna istotna wielkość bezczasowości, wolność duszy ludzkiej, niezwodnicza jej i odwieczna pieśń, nie obraz obłędu, nie pycha, lecz niepodległy szyderstwu los człowieczy, straszliwa wspaniałość ludzkiego losu”].

 

Nie ma człowieka, który nie byłby skłonny gardzić swym bliźnim, w mrowiu zaś wzgardliwości, które bezimiennie i niewypowiedzialnie stale się na nowo otwiera i zamyka, drzemie wiedza człowieka o własnej swej niewydolności wobec człowieczeństwa, jego lęk o własną godność, którą mu nadano, mimo iż nie potrafi nią zawładnąć.

[Czyżby nasza niewydolność wobec człowieczeństwa brała się zawsze z pogardy wobec naszych bliźnich? Nieodparcie przychodzi mi na myśl Friedrich Nietzsche, który w Tako rzecze Zaratustra ostrzegał: „Biada!  Zbliża się czas po tysiąckroć wzgardy godnego człowieka – człowieka, co nawet samym sobą już gardzić nie zdoła”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/15259.jpg 

 

 

Poezja jest widzącym oczekiwaniem w dwoistym świetle, poezja jest przepastnym poczuciem zmierzchu, jest czekaniem u progu […], nie wymarszem jeszcze, lecz nieustającym pożegnaniem.

 

[W październiku 2005 roku wydawało mi się, że żegnam się z poezją na zawsze, pisząc nawet wiersz tak zatytułowany: Może nie żegnałbym się z poezją, / gdybym odnalazł w sobie punkt, / w którym krzyżują się wszystkie drogi tego świata […] / i gdyby moje serce nie było czarną dziurą, / w której dopaliło się wszystko, / co jeszcze niedawno / miało jakikolwiek sens. W ostatnich latach jeszcze dwukrotnie bywałem poetą i dwukrotnie żegnałem się z poezją, ale nie na zawsze, ponieważ już wiem, że jest ona czekaniem u progu na to, co czeka mnie za progiem. W najgorszym, a może najlepszym razie na wieczność – przed kilku dniami dowiedziałem się o tym z napisu umieszczonego na pamiątkowo-nagrobnym kamieniu ustawionym na cmentarzu w Bałuciance:  „Czas ucieka – wieczność czeka”].

 

Dopiero w pragnieniu śmierci pragniemy życia.

[Bywa tak, ale jedynie wtedy, gdy w chwili śmierci zachowujemy zdolność pragnienia jeszcze czegokolwiek].

 

Wyprostowany jest człowiek, on jeden, lecz spoczywa wyciągnięty do snu, do miłości, do śmierci.

[W pozycji wyprostowanej chodzą także nosacze sumeryjskie, ale oczywiście nie na dwóch nogach, lecz łapach, no i nie robią tego zawsze; ludzie też nie zawsze uprawiają miłość w pozycji wyciągniętej jak do snu].

 

Całe życie prześnił na jawie.

[Jestem ciekaw, czy to życie prześnione na jawie było życiem wyśnionym aniołów (patrz film Ericka Zonci)?].

 

Wszystko to było nieistotne, gdyż nie wynikało z własnego jego wyboru.

[Jakże często niezwykle istotne jest to wszystko, co nie wynika z naszego wyboru].

 

Unicestwiając śmierć przezwyciężamy czas.

[W pierwszej chwili pomyślałem, że chodzi o czas życia, ale czy życie można przezwyciężyć? Lęk przed życiem, smutek życia, czyli depresję, ale nie życie, bo ono przezwycięża nawet śmierć].

 

Droga, którą szedł, była już z góry bezdrożem, obciążona wiedzą o fałszywym kierunku, obciążona wiedzą o zabłąkaniu…

[Przytaczanie dalszego ciągu sprowadziłyby moje myśli na kolejne manowce, jest tam bowiem mowa o fałszywym wyrzeczeniu i fałszywym pożegnaniu, o lęku przed nieuniknionym rozczarowaniem, które właśnie dlatego, że nieuniknione, tak jak i nadzieja, powinno być przez tego, który tą drogą szedł, a właściwie się po niej błąkał, odsunięte na skraj życia i doczesności! Hermann Broch był chorobliwie nieśmiałym człowiekiem, dlatego kompensował to sobie pisaniem wręcz wyuzdanych treściowo i stylistycznie zdań-tasiemców, a ja zafascynowany tą wolą pisarskiej mocy (ogromnie dziś dla mnie podejrzanej) zapisywałem to pilnie w swoim stustronicowym zeszycie nr 2].

 

Musi doświadczyć grozy nie z chęci samoudręczenia, ponieważ grozę można przezwyciężyć…

[Na przykład grozę śmierci można przezwyciężyć, patrząc w słońce zgodnie ze wskazówkami Irvinga Yaloma, autora także innej książki psychoterapeutycznej, w której każe nam być Katem miłości, natomiast najłatwiej jest przezwyciężyć grozę zła, modląc się do Niepokalanego Serca Matki Bożej Różańcowej].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/mbfatmala.jpg 

 



03:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 41; dokończenie)

 

Och, ufności człowiecza, co wie, że nic nie stało się daremnie, że nic się daremnie nie dzieje, choć istnieją jedynie rozczarowania, i żadna droga nie wywodzi z gęstwiny; och, ufności, co wie, że nawet tam, gdzie wszystko obraca się w nieszczęście, wzrasta poznawczy zysk przeżywania, że wzrost poznawczości pozostaje w świecie, w nim zaś pozostaje przejrzyście chłodne echo bezprzypadkowości, bez której doczesna działalność człowieka przedrzeć się potrafi, ilekroć idzie za swoją poznawczo uwarunkowaną koniecznością.

[Uff, człowiek, mimo rozczarowań i nieszczęść, zachowuje ufność w swym sercu, ale nie dlatego, że kieruje się wskazaniami zawartymi w Księdze Psalmów Dawidowych (84,6). Po prostu kierując się chęcią poznawczego zysku podąża uparcie za swoją poznawczo uwarunkowaną koniecznością. Wolna wola! Ta sama, która do upadku doprowadziła nawet anioły. Nic dziwnego, że Gabriel Garcia Márquez radził nam, abyśmy zbytnio nie ufali ufności: „Największy wróg siedzi w samym człowieku, w zbyt ufnym sercu”. Jednym słowem, czyli zdaniem: zawikłane myśli wymagają zawikłanych komentarzy!].

 

Cisza świata była dwoistą samotnością pomiędzy górną a dolną sferą. (…) I nie ze sfery gwiazd ani też z pośredniej sfery pod gwiazdami nastąpi przedarcie się ku prarzeczywistości, nie tam wypełni się przyobiecana nienadaremność, lecz właśnie w sferze człowieka i od człowieka wyjdzie impuls do przełamania granic.

[Oby nie był to impuls do przełamania granic człowieczeństwa].

 

Gdy zastygnie światłotwórcza wymienna gra pytań i odpowiedzi, gra wszystkiego, o co pytać można i na co można odpowiedzieć, wówczas piękność unieruchamia płynną wagę wnętrza i zewnętrza, stając się sama w zastygłej równowadze symbolem symbolu.

[Jest to ewidentny przykład pustosłowia, zawierającego w porównaniu z przekazywaną treścią nadmiar słów mających nas przekonać, że jest to przekaz ogromnie doniosłej treści, a w istocie to rozbudowane zdanie jest niemal beztreściowe. Brochowi nie chodziło raczej o wywołanie efektu komicznego, tak jak Aleksandrowi Fredrze, kiedy w Dożywociu głosił: „Szanuj zdrowie należycie, bo jak umrzesz, stracisz życie”].

 

Piękność, gra sama w sobie, gra, którą człowiek rozgrywa z symbolem samego siebie, aby tym samym symbolicznie – to jedyna szansa wygranej – ujść trwodze samotności, piękna….

[A dalej jest mowa o rozpaczy piękna, jej rozpaczliwej próbie „stworzenia nieprzemijalności z przemijalnego bytu, ze słów, z dźwięków, z kamieni, z barw, iżby ukształtowana przestrzeń przetrwała czasokresy jako brzemienna pięknością uczta dla przyszłych pokoleń, sztuka formująca przestrzeń w każdym posągu, nieśmiertelność w przestrzeni, nie w człowieku […] i dlatego bezwzględna, bezwzględna wobec cierpienia człowieczego…”. Uff, jakże mnie to pięknosłowie porywało kiedyś, i jakże jestem teraz wobec takich popisów stylistycznych obojętny! Najchętniej rzuciłbym te zapiski  w diabły, ale kusi mnie, żeby z perspektywy pięćdziesięciu lat przyjrzeć się uważnie tamtemu sobie – może więcej zrozumiem z meandrów drogi, którą przebyłem, i przed wbiegnięciem na ostatnią prostą będzie mi to wskazówką, jak godnie dobiec do mety?].

 

Bóg odnajduje się w człowieku, człowiek w zwierzęciu, tak że zwierzę zostaje wywyższone przez człowieka do godności boga, bóg zasię poprzez zwierzę w człowieka powraca.

[I znowu odnajduje się w człowieku, a ten w zwierzęciu etc. Dlatego tak rzadko człowiek odnajduje się w samym sobie!].

 

Oszołomiony upadkiem człowiek mniema, że jest to upadek wzwyż.

[A cóż dopiero mówić o strąconym do piekieł aniele upadłym – z  nieba do piekła jest chyba trochę dalej niż z wyżyn do dna!].

 

Biada skruszonemu, co skruchy swojej nie udźwignie!

[Najpierw wina, skrucha, wstyd, lęk, a co potem? W latach młodości czytywałem rubajjaty Omara Chajjama, znakomitego perskiego lekarza i matematyka, ale i poety, którym stał się dzięki czterowierszom zamieszczanym na marginesach własnych dzieł astronomicznych – i to one, tylko one zapewniły mu nieśmiertelność:


Każdego poranka ogarnia mnie skrucha,

że pijając wino brak mi siły ducha.
Lecz gdy kwiaty zakwitną i przyjaciół witam,
moje serce i umysł skruchy już nie słucha].

 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/rubaiyat5.jpg

 

 

Czyż i tak nie było już wszystko otwarte aż po ostateczną nagość?

[Chciałem kiedyś obejrzeć chyba w Polsacie amerykańską komedyjkę zatytułowaną Nagość ostateczna, ale po kilkunastu minutach dałem za wygraną – moje oczy zaczęły ziewać. Te same, które trzydzieści lat temu wyszły prawie z orbit, gdy w poszukiwaniu ciała mojej eksteściowej znalazłem się w podziemiach prosektorium przy ul. Oczki w Warszawie i w jednym z pomieszczeń ujrzałem górę martwych ciał, zwalonych jedno na drugie, możliwych do zidentyfikowania jedynie dzięki karteczkom przyczepionym do palców stóp – przy nich leżała na posadzce podgumowana peleryna i gruby szlauch, służący do polewania zwłok lodowatą wodą, żeby nabrały „życia”.

Wtedy zawód tanatokosmetologa nie był jeszcze znany (nawet i teraz zaledwie kilkanaście osób trudni się tym w Polsce zawodowo), ale starano się dzięki kosmetycznym zabiegom upiększyć zwłoki tak, żeby osoby zmarłe przypominały te, które zapamiętali ich bliscy. Obecnie makijażyści mogą zaoferować swoim zmarłym klientom takie same zabiegi, jakim poddawano ich za życia. Jeśli były to  kobiety dbające o swoją aparycję, to zrobienie im delikatnego makijażu, farbowanie i układanie włosów czy nawet nałożenie tipsów nie będzie zakrawać na ekstrawagancję; w przypadku panów należy zadbać o to, żeby na tamtym świecie też zachowali zdolność do miłosnych podbojów – w cenniku są teraz takie pozycje, jak zabiegi polegające na rekonstrukcji części ciała zmarłego, która uległa uszkodzeniu na skutek wypadku drogowego, czy balsamowanie zwłok. Pamiętam, że zapłaciłem łapiduchom więcej niż żądali, ale mimo ich starań moja eksteściowa wyglądała po śmierci tak jak za życia, czyli okropnie]. 

 

Żaden lęk przed śmiercią nie mógł mierzyć się z tą największą grozą, była to bowiem groza przed pozorną śmiercią.

[Jest to rzeczywiście groza, ale odczuwają ją wyłącznie ci, którzy w taki stan popadają wbrew swojej woli i zachowują przy tym świadomość, że umierają za życia. Dookoła siebie widzę wielu ludzi, którzy w stanie bierności życiowej nie widzą nic niepokojącego. Uważają, że na stare lata należy się oszczędzać, żeby dociągnąć do możliwie późnego wieku, natomiast dla mnie zawsze najważniejsza była nie ilość, lecz jakość życia].

 

Stworzenie jest twórcą stworzoności.

[Pewne jest, że każde stworzenie zostało stworzone przez stworzoność, a czy zawsze jest twórcą stworzoności? Pamiętajmy, że oprócz twórczości jest jeszcze odtwórczość!].

 

„Nie, nie chcę już słyszeć echa mojego głosu; czekam na głos, który istnieje poza moim głosem”.

[Ludzi, którzy słyszą inne głosy poza własnym, nazywa się schizofrenikami].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/3f531108af4032d9e96ef06d7261d16e_1.jpg 

 

 

Nigdy już nie będziesz mógł być samotny, nigdy, przenigdy, gdyż to, co w tobie zadźwięczało, większe jest od twojej samotności.

[Ten dźwięczny rodzaj samotności jest łatwy do zaakceptowania, gdyż ma się wówczas wrażenie, że nie jesteśmy sami, a przecież urodziliśmy się samotni, umrzemy samotni i niczym nie zagłuszymy w sobie lęku przed samotnością. Chyba że ją zaakceptujemy, po dostrzeżeniu jej sensowności i piękna, i będziemy umieli dzielić się nią z innymi].

 

„Sam jestem – rzekł – nikt za mnie nie umarł, nikt ze mną nie umiera”.

[Stwierdzenie uczciwe – niewielu ludzi na nie stać. Chińscy cesarze próbowali je chytrze obejść – wraz z nimi musiały umrzeć ich nałożnice, ale zabijano je dopiero po śmierci władców i w innych pomieszczeniach pałacowych. Należy jednak wątpić, by zmarłym władcom udało się w życiu pośmiertnym skorzystać z ich wdzięków].

 

Nie znasz żadnego / przedtem i żadnego potem, / będąc rzeczywistością.

[Najtrudniej jest być rzeczywistością. Tyle miłych wspomnień kryje się w przedtem i tyle złudnych nadziei w potem].

 

Myśl jego stała się większa od formy myślenia.

[Typowe „barokowanie”, czyli przerost formy nad treścią].

 

To, czego nie nosimy w sobie, jest dla nas przypadkiem i przypadkiem dla nas pozostaje, jest nam śmiertelne i przenigdy od nas nie jest większe, przenigdy nas nie ogarnia.

[Czy to, co w sobie nosimy, nie ma podobnych właściwości?].

 

Śmiertelni jesteśmy pośród nieśmiertelności.

[Sam ten fakt nie zapewnia nam nieśmiertelności].

 

Miłość jest twórczą gotowością.

[Na co? Na związek? Na macierzyństwo/ojcostwo, na dziecko? A może na własny rozwój duchowy, gdyż poprzez miłość mamy szansę na wyjście poza swój ciasny egotyzm. Wiąże się to oczywiście z gotowością na zmiany, oby rzeczywiste, a nie pozorne!]. 

 

W miłosnym oddaniu odnajdujemy własną postać.

 

[Oby nie była to własna postać fantasy z gry komputerowej, którą można stworzyć na swój lub cudzy użytek dzięki kreatorowi postaci działającemu na ponad pięćdziesięciu poziomach wyobraźni ponoć twórczej, w co osobiście śmiem wątpić].

 

Jedno tylko istnieje prawo, prawo serca, i jedna tylko rzeczywistość – rzeczywistość miłości.

[Tak myślą zakochani – w tym stanie „iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety”. Virginia Woolf nie pisała tego raczej z myślą o swoim mężu Leonardzie, skoro większość jej biografów uważa, że ich małżeństwo, mimo prawie trzydziestoletniego stażu, nigdy nie zostało skonsumowane. Ta sławna w swoim czasie angielska pisarka i feministka romansowała bowiem przez całe swoje dorosłe życie wyłącznie z kobietami, na co niewątpliwy wpływ miało to, że w latach wczesnej młodości była wraz ze swoją siostrą Vanessą wykorzystywana seksualnie przez przyrodnich braci. Ludzkie serce jest jednak niezbadane: gdy w roku 1940, po kolejnym załamaniu nerwowym, rzuciła się do rzeki z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, w pozostawionych przez nią dwóch listach pożegnalnych, do siostry i do męża, właśnie jemu dedykowała słowa zdumiewające po tym, co o niej z przekazów biograficznych wiemy: „Dałeś mi radość największą z możliwych…”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/virginiawoolf.jpg 

 

 

Kwestia uczciwości i nieuczciwości nie jest już właściwie kwestią artystyczną; dotyczy ona tego, co najistotniejsze w życiu człowieka, a sztuka staje się wówczas czymś niemal ubocznym, choćby zawsze wyrażała człowieczeństwo.

[Pisząc wcześniejszy komentarz nie miałem pojęcia, co znajdzie się pod nim, a przecież kwestia tu poruszona stanowi dopełnienie tamtej refleksji!].

 

Prawdziwa sztuka przełamuje granice, łamie je i wkracza w nowe, nieznane dotąd dziedziny duszy, spojrzenia, wyrazu, przedziera się ku naturalności, bezpośredniości, rzeczywistości.

[Broch, jeśli chciał, potrafił pisać rzeczowo o sprawach oczywistych. Dodam tylko, że pod „sztuka” można by bez zaburzenia całościowego sensu podstawić przynajmniej kilka innych słów. Oczywiście pod warunkiem, że prawdziwość na przykład uczuć nie jest iluzoryczną bańką mydlaną, która pęka nad naszą głową raczej prędzej niż później].

 

Poeta jest człowiekiem, któremu dana została możliwość okiełznania własnego obłędu i kierowania nim.

[Chyba że jest poetą wyklętym/przeklętym, który z powodu nadużywania/uzależnienia od alkoholu bądź narkotyków popada w obłęd, umiera przedwcześnie albo popełnia samobójstwo. Takimi poetami byli m.in. William Blake, Paul Verlaine czy Sylvia Plath, a u nas choćby Edward Stachura].

 

Cycero: „Pięknie pachnie kobieta, która nie pachnie niczym”.

[Wiem, co Cycero miał na myśli, ale pomyślało mi się o Helenie Diakonovej, czyli o Gali, żonie najpierw poety Paula Eluarda, a następnie Salvatore Dalego, którego przedstawiać raczej nie trzeba. I jeden, i drugi uwielbiali, kiedy Gala pachniała innymi mężczyznami. Czuli wtedy szczególny przypływ weny twórczej, a obaj byli przecież znakomitymi artystami. Sporo jej zawdzięczał nawet porzucony przez nią Eluard (jego poezja miłosna byłaby zapewne mniej wizyjna), nie mówiąc o Dalim, którego właściwie stworzyła, dlatego podpisywał swoje płótna ich splecionymi imionami.


 

http://jbr.blox.pl/resource/dali_4__salvadorDaliandGala1.jpg 

 

 Gala była Rosjanką, tak jak i Lila Brik, kochanka i muza Majakowskiego, zdradzająca swego męża przy pełnej jego aprobacie, gdyż Osip zdawał sobie sprawę, że Władymir jest poetą znacznie od niego lepszym. A skoro ciało jego żony przyczyniało się do powstania wielu świetnych utworów (przez kochanka jej zresztą dedykowanych), to stawanie w obronie tradycyjnego, mieszczańskiego modelu seksualnych relacji w związku małżeńskim byłoby zwyczajnym kołtuństwem. Nieważne, co jego przyjaciel miał w spodniach, ważne, że miał w nich obłok!  Halo! /  Kto mówi? / Mamo! / Mama? /  Twój syn jest cudownie chory! /  Mamo! / Chory na pożar serca.

Czy można sobie wyobrazić Galę albo Lilę w normalnych związkach małżeńskich? Można. Widziałem wiele wspaniałych kobiet stłamszonych przez mężczyzn marnawych, a przy tym zaborczych, zachowujących się jak pies ogrodnika. Ich żony pachniały nimi, czyli stęchlizną].

 

Rezygnacja nie jest jeszcze wystarczającą ofiarą.

[Rezygnacja ze złożenia siebie w ofierze?].

 

Ten, kto pozna życie, pozna także i śmierć.

[Jedno w tym wszystkim jest pewne: „Jakie życie, taka śmierć…” http://www.youtube.com/watch?v=U0vB1ljGyzU].

 

Umieram, a nie wiem nic o śmierci…

[Mnie ta wiedza nie jest do niczego potrzebna; w życie po życiu wierzą jedynie ci, którzy chcieliby swoje życiowe niespełnienia przykryć kolejnymi iluzjami, a przecież niespełnienia należą też do życia].

 

Spełnienie nadchodzące jest już prawie spełnieniem. Oczekiwanie to napięcie, to świadomość spełnienia, a my, czekający, my, co dostąpiliśmy łaski czekania i czuwania, sami jesteśmy napięciem i świadomością spełnienia. […] Spełnienie jest kształtem, nie samym tylko napięciem.

[Proszę mi po raz drugi uwierzyć na słowo – pisząc poprzedni komentarz nie zauważyłem tego zapisku! Znajdował się zresztą nieco niżej, ale specjalnie przesunąłem go tutaj, żeby pokazać, w jakie mętności wchodzi ten, kto usiłuje zdefiniować to, czego zdefiniować się nie da].

 

Sztuka nie jest związana z żadnym czasem.

[O sztuce bezczasowej związanej z bezczasową uniwersalnością rzeczy i przeżyć mówiono od przynajmniej stu lat, ale dopiero od  Grzegorza Ciechowskiego dowiedziałem się,  że „sztuka jest skarpetką kulawego” (Kobranocka)].

 

Czas z każdym dniem do czegoś dojrzewa.

[Wielka szkoda, że jedynie okres dojrzewania jest czasem wielkich przemian!].

 

Nikt nie jest tak płodny, aby sam siebie mógł uczynić własnym przodkiem.

[Nie pamiętam, czy usiłowałem to zrobić przed pięćdziesięciu laty. Dzisiaj już się na to silić nie będę, ponieważ istnieje obawa, że mógłbym umrzeć w połogu].

 

Kto kocha, sam siebie przekracza.

[Tak jest zawsze, kiedy opuszczamy swoje ciasne ja i otwieramy się ufnie na drugiego człowieka; jedynie miłość ma taką magiczną moc].

 

Nie ma stworzonego na nowo, stworzyć trzeba jedynie to, co niezależnie od wszelkiego czasu zawsze istniało, zawsze istnieje, mimo iż niekiedy, jak na przykład dzisiaj, mogło się gdzieś ukryć; człowiek pozostaje zawsze tą samą istotą i taka sama zapewne pozostaje jego postawa poznawcza.

[Trzeba jednak i siebie, i świat wciąż odkrywać na nowo – bez tego niczego stworzyć nie można].

 

Czemu ulega zniesieniu czas z chwilą zniesienia śmierci?

[Trzeba wyraźnie zaznaczyć: NASZ CZAS, CZAS NASZEGO ŻYCIA I NASZEJ ŚMIERCI].

 

Nabożność to wzrok ślepych i słuch głuchych.

[Zwyczajna nabożność może być ślepa i głucha. Pomyślałem jednak teraz o nabożności synowskiej, xiao, w konfucjanizmie będącej jedną z najważniejszych cnót i oznaczającej miłość, szacunek oraz bezwzględne posłuszeństwo wobec rodziców. Mój syn, który niedawno temu odwiedził mnie po kilku latach niewidzenia, tej cnoty w całości nie praktykuje, gdyż o dobre zdrowie i samopoczucie muszę się troszczyć sam. Po mojej śmierci żałobę w sercu będzie zapewne przez jakiś czas nosił, ale wątpię, żeby oddawał mi kult. Nigdy nie sprawiał mi podarków przed Nowym Rokiem, co w Chinach do dzisiaj jest obowiązkiem synowskim, dlatego w tym czasie statystyki policyjne wykazują tam zwiększoną ilość kradzieży i rozbojów, bo nie wszystkich synów stać na szczodre dary.

W trakcie pobytu mego syna postanowiłem kupić sobie wreszcie nowego laptopa oraz drukarkę laserową ze skanerem, wiedząc, że będę mógł liczyć na jego pomoc przy uruchomieniu owych urządzeń. Kiedy chciałem zapłacić za te sprawunki w sklepie, syn odsunął moją rękę z kartą płatniczą i podał ekspedientowi własną kartę ze słowami: „Masz to, tato, ode mnie w prezencie”, co jest oczywiście jak najbardziej zgodne z xiao, synowską nabożnością].

 

http://jbr.blox.pl/resource/link_0BNjrzn3vO8iPpvVwcCQ95umRI6vwl38w300h223.jpg 

 

Każde dzieło, prawdziwe dokonane, żąda całego człowieka i całego jego życia.

[Człowiek powinien być swoim własnym dziełem, nawet niedoskonałym, zamiast stanowić sumę cudzych wizji i przekonań].

 

Dzieło czyni tworzącego stworzycielem.

[Jaki stwórca, takie dzieło. To również jest oczywiste].

 

Nicość wypełniła pustkę i stała się wszechświatem.

[Współczesna teoria powstania wszechświata jest oczywiście inna, ale nie każdy musi opierać się na metryce Friedmana-Lemaître'a-Robertsona-Walkera czy na teorii Alphera-Bethe-Gamowa, zgodnie z którą pierwotna materia uformowała się w wyniku nukleosyntezy. Okazuje się zresztą, że określenie „Wielki Wybuch” jest mylące, gdyż proces ten „nie polegał na ekspansji w pustej przestrzeni, lecz dotyczył rozszerzenia się przestrzeni”. Amen].

 

Słowo unosiło się nad wszechświatem, unosiło się nad nicością, unosiło się poza wyrażalnym, on zaś, poszumem słowa zagłuszony i poszumem tym ogarnięty, unosił się wraz ze słowem, lecz im bardziej go ono ogarniało, im bardziej wnikał w płynny dźwięk i nim przesiąknięty zostawał, tym nieosiągalniejsze i większe, tym ważniejsze i lotniejsze stawało się słowo, unoszące się morze, unoszący się ogień, ciężki jak morze i lekki jak morze, a przecież wciąż jeszcze słowo: nie mógł go zatrzymać i nie wolno mu go było zatrzymać, było dlań niepojęcie niewyrażalne, ponieważ było poza sferą mowy.

[Jednym słowem: pustosłowie. Chociaż ładnie brzmiące].

 

 

                                                        Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



03:41, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »