RSS
niedziela, 28 lutego 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 4)

    Mówisz, że powinniśmy umierać każdego dnia, każdej godziny nie tylko dla wielu wczoraj, ale nawet dla chwili, która dopiero co minęła. Musimy zrobić wszystko, by wczoraj nie zmieniło się w dziś, miniona chwila w teraz, bo pod pamięcią ubiegłych wczoraj i pod ich cieniem mrocznieje nasza istota. Mówisz, że w takim umieraniu jest radość, świeżość, jasność, odnowienie. „Dopóki umysł jest mechanicznie działającą maszyną pamięci, nie może zaznać spokoju, spoczynku ni ciszy”. Do czasu ostatnich rozmów z tobą, które owocują próbą ich spisania, mój umysł był taką mechanicznie działającą maszyną pamięci – na obrotach coraz szybszych i coraz bardziej jałowych. Z oślepiających rozbryzgów zlepiała się coraz gęstsza mgła, , w której czaił się lęk. LĘK WEWNĘTRZNEJ SAMOTNOŚCI, bo tak to rozważanie zatytułowałeś? Nie wnikając na razie w dalszy tok, powiem od siebie, że ten rodzaj lęku wydawał mi się zawsze najgroźniejszy, ponieważ dotyka samej naszej istoty, przemieniając ją w jądro ciemności w ujęciu nawet nie conradowskim, bo tam nadzieja umierała ostatnia. Myśli, myśli, myśli. Wciąż za czymś goniące, zawsze unoszone falą, szamoczące się pod samą powierzchnią, choć tak bardzo pragnące przebić się ku głębi. Działania, działania, działania. Wciąż za czymś goniące etc., etc. Nie jestem nadzwyczajny, moje przeżycia, moje rozterki dzieliło i dzieli tak wielu ludzi, ci mężczyźni, te kobiety, z którymi rozmawiałeś, też, a to, co im mówiłeś, mnie również dotyczy, przede wszystkim mnie. „Płytkie jest prawie wszystko i prędko się wyczerpuje, by zacząć się znów w następnej płyciźnie. To, co niewyczerpalne, nie da się odkryć żadną pracą myśli”. 

     Ja też mówiłem sobie, że wszystko, co robię, robię dobrze, i inni to potwierdzali, gdyż w wielu dziedzinach uzyskiwałem rezultaty prawie doskonałe. Na przykład potrafiłem zbudować dom od podstaw, w kamieniu lub drewnie, w lot rozwiązywałem wszystkie problemy techniczne, ulepszałem metody pracy, dokonywałem reperacji uszkodzonych rzeczy, których nie chciały się podjąć specjalistyczne warsztaty, wręcz chełpiłem się swymi złotymi rękami, dla których jedyną barierą była diabelska elektronika. Diabelska wyłącznie dla mego umysłu, bo na przykład przed moim kilkunastoletnim synem nie mająca żadnych tajemnic. Dziedzin, w których uzyskiwałem prawie mistrzostwo, było tak wiele, że nawet ja czułem, iż ta moja łatwość robienia tylu rzeczy z ponadprzeciętnymi „osiągami” wyraźnie mnie ogranicza, i dlatego w dziedzinach dla mnie najważniejszych nie próbowałem, najczęściej z braku czasu, osiągnąć prawdziwego mistrzostwa. Czasu, który traciłem na osiąganie satysfakcji na pośrednich polach. Ale czy ja też młóciłem tę pyszną słomę z lęku wewnętrznej samotności, względnie przed wewnętrzną samotnością? Nawet jej nie znając, nawet w nią nie wglądając? A może właśnie dlatego, bo tylko nieznane wzbudza w nas lęk? „Lęk, strach nie jest abstrakcją, istnieje tylko w stosunku do czegoś; nie może istnieć sam przez się”. Choć okazuje się, że to nieznane jest jednak dla nas w pewnym sensie znane; mierzymy je bowiem zawsze czymś znanym. „Znane patrząc w twarz nieznanego wywołuje lęk; właśnie to działanie znanego stwarza strach”. Znane, a zatem doświadczone w przeszłości, która obawiając się tego, co jest jej nieznane, próbuje je wchłonąć, uczynić zeń doświadczenie.

     Nie próbowała, lecz próbuje! Zapamiętajmy: przeszłość nie jest abstrakcją, tą przeszłością jesteśmy my sami! A przeszłość nie może doznać nowego, czyli tego, co jest nieznane. „Znane jest w stanie doświadczyć tylko tego, co jest tej samej co ono natury, ale nigdy tego, co jest nowe i zgoła nieznane”. Wchłania tylko atrybuty zewnętrzne, terminy, nazwy. My też, wówczas gdy jesteśmy przeszłością, nie możemy doświadczyć nieznanego. „Możemy o nim myśleć, lub spekulować, albo się go obawiać; ale myśl nie może go ogarnąć, będąc sama wytworem znanego, wynikiem doświadczeń”. Więc jak tego doświadczyć? Mówisz, że wystarczy rzetelnie wsłuchać się w twoje słowa, by prawda całego tego procesu odsłoniła się sama i że wówczas prawda, prawda i tylko prawda będzie jedynym działaniem. Mówisz, że najpierw trzeba zrozumieć, dlaczego nie potrafimy patrzeć na to, co j e s t, i co przeszkadza nam być odbiorczo czujnymi i obserwującymi. Konieczność wymknięcia się z sideł umysłu, dla którego lęk jest jedyną odpowiedzią na nieznane, jest oczywista. Myśl musi ucichnąć, by to, co j e s t, rozchyliło się i ukazało, że jest niewyczerpalne. Nie widzicie? Ja też jeszcze nie widzę, ale skorzystam z twojej rady, która brzmi mniej więcej tak: „Starajcie się teraz o tym nie myśleć, zawiśnijcie w ciszy – słyszeliście i niech to działa samo…”

 

     Był piękny, cichy wieczór, z mnóstwem obłoków na wschodniej stronie nieba, a rzeka była tak spokojna, iż zdawała się wcale nie płynąć. Ale on nie zauważał roztaczającego się dokoła piękna, całkowicie zaabsorbowany swoim problemem. […] Stado ptaków rozsiadło się na samym skraju wody, a ich głosy musiały dolecieć do drugiego brzegu, gdyż wkrótce drugie stado nadleciało stamtąd, sadowiąc się obok. I ponadczasowa cisza zstępowała na ziemię. Ten „on”, to ja, Krishnamurti, prawie przez całe moje życie! Przekroczyć siebie, wznieść się ponad siebie, któż by o tym nie marzył? Ale najpierw trzeba uwolnić się od swego ja, które i tymi procesami chciałoby sterować za pomocą woli i wysiłku, a już wiemy, że prowadzi to do odwrotności celu, który chcielibyśmy osiągnąć. I wola, i wysiłek nie mogą się bowiem obyć bez czasu, a już wiemy, do czego to doprowadza. „Czy może proces czasu prowadzić w to, co jest wieczne”? I kolejne pytanie, które zadałeś, choć kolejność jest tu bez znaczenia: „Czy może ja uwolnić się kiedykolwiek od własnych więzów i ułud?”

     Już samo słowo stagnacja wzbudza w nas paniczną chęć robienia czegokolwiek, wprawienia czegoś w ruch, bez względu na to, czy ma to jakikolwiek sens i czy nie będzie to ruch pozorny. Jałowość tych wysiłków, bez względu na osiągnięte rezultaty, które w oczach świata mogą być imponujące w zakresie władzy, bogactwa czy nawet w swoiście pojętej sferze duchowej, staramy się zazwyczaj zamaskować szczytnymi celami lub spowić mgłą tajemniczości. Bezwzględny tyran będzie głosił, że jest ojcem narodu, krwiopijca oddawał się w wolnych chwilach działalności dobroczynnej, natomiast medytacji ktoś, kto wie, że wystarczy całymi dniami wpatrywać się bezmyślnie w jakiś punkt, by wzbudzić u gapiów szmer podziwu. Jak już wspominałem, w pewnej skali, która nawet w moich oczach nie była zbyt wielka, co musiało prowadzić do nieuniknionej frustracji, starałem się robić wszystko, by jakoś sensownie zaistnieć w tym najlepszym z możliwych światów, mimo iż z upływem lat nonsensowność moich wysiłków stawała się nawet dla mnie coraz bardziej oczywista. Jako pisarzowi nie udało mi się zdobyć rzeszy czytelników, co nawet mnie nie dziwi, bowiem pisanie nie wiedzieć jak stawało się sprawą marginalną w potoku pochłaniającego mnie życia, a cztery rozwody mówią same za siebie…

     Mówisz, że po to, by się wyzwolić, by wyzwolić się przede wszystkim od swego ja, które tak bardzo nas ogranicza, trzeba umrzeć dla wszystkich swoich tęsknot i pragnień. „Doznający jest zawsze ograniczony swym doznaniem. Jeśli jest świadom, że czegoś doznaje, tedy przeżycie to jest projekcją jego własnego pragnienia. Jeśli jesteście świadomi doznawania Boga, ten Bóg jest wówczas projekcją waszej własnej nadziei i ułudy. Doświadczający nie zna wolności, jest zawsze związany i zniewolony przez własne doświadczenie; sam stwarza czas i nigdy nie może poznać tego, co jest wieczne”. To prawda, że żaden wysiłek ze strony ja nie może wyjść poza obręb pola jego własnej pamięci, i własnych, świadomych lub nieświadomych projekcji. Ja też spotkałem się, chyba u egzystencjalistów, z próbą dzielenia tego ja na ja jako istotę organiczną, na nie-ja oraz transcendentne wyższe ja, natomiast ty mówisz, najzupełniej słusznie, że to ja dokonuje takiego podziału i że ten podział jest złudzeniem, w które myśl się wplątuje. „Ja – umysł – nigdy nie może się oswobodzić, bez względu na to, jakie by zapoczątkowało działanie; może zmieniać poziomy, wznosić się lub obniżać, może przechodzić od głupich do inteligentnych wyborów, a przecie wszystkie jego ruchy będą odbywać się w obrębie sfery przez niego samego stworzonej”. Nie, mnie tym wywodem nie doprowadziłeś do rozpaczy, wprost przeciwnie, bo już dzięki tobie wiem, że aby wyzwolić się od swego ja, trzeba być całkowicie nagim, wolnym od ciężaru przeszłości oraz złudnych ponęt przyszłości, i cichym, bez żadnych pragnień, tęsknot, nadziei, jak gwiazda wieczorna, która odbija się na powierzchni cichej rzeki…

     Trzeba być cichym, by ja mogło zniknąć. Ale nie wystarczy tego pragnąć, nawet gdyby to było nie jedno pragnienie, skoro poprzednie nie skutkowało, ale wciąż inne pragnienie, jeśli nie nowe, to przynajmniej wzbogacone nowym doświadczeniem, choć rzecz jasna każde jest tylko kolejną iluzją. „Pragnienie może rozdzielać się na wiele przeciwstawnych i ścierających się ze sobą impulsów, ale pozostaje wciąż pragnieniem. Te liczne impulsy i chęci składają się na nasze ja, a ono posiada swe wspomnienia, lęki, niepokoje itp. i cała działalność tego ja odbywa się w obrębie pola pragnień, nie posiada ono innego pola działania, czyż tak nie jest?” Tak jest, Krishnamurti, i już nie musisz dodawać, że chęć, aby ja zniknęło, staje się jedynie nowym działaniem tegoż ja, i że w istocie nie jest ono nowe, stanowiąc tylko nową formę pożądania. Czego? Jak zwykle, owego „więcej”, choć trzeba mieć nie tylko ręce puste, by móc je czymś napełnić. Umysł też. Stąd konieczność bycia całkowicie nagim, mimo że nie do ekshibicjonizmu nas przecież zachęcasz, i cichym, z tą uwagą, że nie oznacza to życia poza wszelkim zgiełkiem, który doskwiera nam znacznie mniej niż zgiełk wewnętrzny z jego wściekłą gonitwą myśli. „Dopiero gdy cała psychika staje się samorzutnie cicha, może zaistnieć to inne, które jest poza myślą”. Nie inne pragnienie, inne działanie, inne doświadczenie, lecz po prostu to inne, o którym już tyle dzięki tobie wiem, choć wiem również, że osiągnięcie tego błogosławionego stanu będzie możliwe dopiero wtedy, gdy całkowicie ustanie we mnie wszelki ruch pragnień…

     To inne jest poza myślą, wtedy gdy umysł, oczyszczony ze wszystkich myśli, staje się po prostu pusty. „Trzeba umrzeć dla wszelkich myśli, dla pamięci wielu wczoraj i dla nadchodzącej godziny”, czyli po prostu żyć. Żadnych pragnień, żadnych dążeń. Nazywasz ten stan bardzo pięknie ciszą twórczości. My nazwalibyśmy to stagnacją. Musielibyśmy przewartościować wpierw wszystkie pojęcia, żeby to zrozumieć. Smutek? Kto by myślał o smutku, gdy przepełnia go radość! Nuda? To my, starający się uciec od rutyny dnia codziennego i goniący w kółko za wciąż nowymi zainteresowaniami (stąd te rozliczne kółka zainteresowań), za wciąż nowymi rozrywkami, czyli rozrywający się na wszelkie możliwe sposoby, bronimy się rozpaczliwie i bezskutecznie przed nudą! Zwróćmy uwagę na dzieci: gdy są biedne i mają tylko jedną zabawkę, najczęściej zepsutą, nigdy się nie nudzą; gdy pochodzą z zamożnych domów i zarzucane są najwymyślniejszymi zabawkami, nie wiedzą, jaką wziąć do ręki, a jeśli nawet biorą, to po chwili porzucają ją dla innej, siedząc nad każdą z coraz bardziej znudzoną miną. „Każda zdobycz jest i odmianą nudy, i znużeniem. […] Zwracamy się do różnych rzeczy, by nabyć, by posiąść; ta chęć posiadania dotyczy wszystkiego – przyjemności, sławy, władzy, sprawności, rodziny itd. Gdy nic nam nie daje jakaś religia, tracimy zainteresowanie i zwracamy się do innej. Są ludzie, którzy usypiają w jakiejś organizacji i nigdy nie budzą się ze snu, a inni się budzą i wstępują do innej, by w niej usnąć na nowo. Ten ruch ku nabywaniu i posiadaniu nazywa się ekspansją, postępem”. Nazywa się, choć ani prawdziwą ekspansją, ani prawdziwym postępem przecież nie jest!

                                 Cdn.

00:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lutego 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 3)

     A teraz dwa akapity o nadziei i tęsknocie do szczęścia. Żywiłem nadzieję, że zostanę wielkim pisarzem, mającym niezliczone rzesze czytelników. Czym tę nadzieję żywiłem? Oczywiście moimi pragnieniami. Znacznie goręcej tęskniłem jednak do szczęścia. Tym bardziej, im bardziej tamta nadzieja okazywała się płonna? Nie, gdyż pragnienie szczęścia, szczególnie szczęścia rodzinnego właściwie niweczyło tamtą nadzieję. Prawie wszystkie moje wysiłki skupiały się bowiem na próbach, cóż że żałośnie nieudanych, osiągnięcia szczęścia, lub choćby jego iluzji, bo dość szybko zrozumiałem, że z mglistych dla mnie wówczas powodów nie jest mi dane zaznać szczęścia prawdziwego. Bardzo z tego powodu cierpiałem, a sprawcom moich nieszczęść starałem się zadać przynamniej tyle bólu, ile oni mi zadawali, nawet jeśli nieświadomie. Dzisiaj zadałbym sobie wpierw pytanie, czy ja dałem komuś szczęście? Odpowiedź byłaby zapewne negatywna. A zatem w głównej mierze sam jestem sprawcą swoich nieszczęść. I mimo skrytego pragnienia szczęścia, nie mam nadziei, że ktoś mnie uszczęśliwi, względnie że ja uczynię kogoś szczęśliwym. Mówisz, Krishnamurti, że cierpienie, nieszczęście stwarza nadzieję, albo jej odwrotność: rozpacz. Ale dzięki ostatnim rozmowom z tobą, rozpaczy też już nie odczuwam. Staram się bowiem poddać procesowi biernej a czujnej myśli, by osiągnąć stan najwyższego rozumienia przede wszystkim samego siebie. Nawet najdrobniejsze postępy na tej drodze napełniają mnie głęboką satysfakcją. Poczucie nieszczęścia i beznadziejności zniknęło nie wiadomo kiedy. Moja tęsknota do szczęścia wydaje się być tak bliska urzeczywistnienia jak nigdy dotąd. A jeśli ktoś mnie zapyta, czy to jest pewność, czy tylko nadzieja, powtórzę za tobą: „Żyć szczęśliwie, to żyć nie myśląc o żadnej nadziei. Człowiek żyjący nadzieją nie jest na pewno człowiekiem szczęśliwym, wie, czym jest rozpacz”.

     Wobec tego, dlaczego terminy „nadzieja” i „szczęście” są dla nas tak nierozłącznie ze sobą związane? Mówimy, że z nadzieją przychodzimy na świat i zabieramy ją ze sobą w śmierć. Zapewne z nadzieją na szczęście ziemskie bądź niebiańskie, ale szczęście. A ty mówisz, że raczej rodzimy się w cierpieniu, choć zdrowe, syte i otoczone czułością niemowlę na pewno czuje się szczęśliwe. A czując się szczęśliwe, nie może żywić żadnych nadziei ani tym bardziej cierpieć. Na pozór udało mi się złapać cię za słowo, dodałeś jednak „raczej”, a ponadto twoja myśl musiała być w tym momencie skierowana na inne tory, co objaśniłbyś mi bez trudu, gdybyśmy nie minęli się bardziej w przestrzeni niż w czasie, ponieważ umarłeś w Kalifornii wtedy, gdy byłem już człowiekiem w pełni dojrzałym.. Właśnie, procesem w czasie, najczęściej przyszłym, ale przeszłym też, jest wedle ciebie nadzieja: „W szczęściu czas nie istnieje, nie ma wczoraj ani jutra”. Czy można więc żyć nadzieją? Odpowiadasz mi pytaniami, na które nawet nie szukam odpowiedzi, bo są one oczywiste. „Czy jest życiem pozostawanie pod władzą przeszłości lub przyszłości? Czy ruch od przeszłości w przyszłość jest życiem?” Zresztą sam udzielasz wyczerpującej odpowiedzi: „Poświęcamy dziś dla nadziei jutra, a przecież szczęście jest zawsze w teraz. Tylko ludzie nieszczęśliwi wypełniają życie troską o jutro, i to zwą nadzieją”.

      Nigdy nie wypełniałem życia troską o jutro i to nie ja zadałem ci pytanie, na pozór dramatyczne: „Czy chcesz przez to powiedzieć, że mamy żyć nie żywiąc żadnych nadziei?”, ponieważ wręcz oczekiwałbym od ciebie takiej riposty: „Czy nie istnieje stan, który nie jest ani nadzieją, ani beznadziejnością, stan szczęśliwości?” Ba, ale wpierw trzeba ujrzeć prawdę nadziei i beznadziejności, prawdę, która ma nam unaocznić fakt, że jesteśmy zniewoleni przez nieprawdę, przez ułudę nadziei, a potem rozpaczy. Zdać sobie sprawę z całego tego procesu czujnie, ale niejako biernie. To jest ta twoja podstawowa idea prawdziwego rozumienia, Krishnamurti, i nie musisz dodawać, że wcielanie jej w życie nie jest takie łatwe, jak na podstawie słów mogłoby się wydawać!  „Szczęścia nie można kupić za cenę żadnej ofiary, żadnej cnoty, ani lęku. Nie jest ono nagrodą, ani rezultatem czegokolwiek bądź. Przychodzi, gdy samo chce; tylko nie trzeba za nim gonić”. Czas, czas, gdybyśmy mieli wystarczająco dużo czasu! Nic bardziej mylnego, bo o ile nadzieja jest sprawą przyszłości, a więc musi dziać się w czasie, o tyle „szczęście nie zależy nigdy od czasu”…

 

     Deszcz zaczął padać łagodnie, ale nagle zamienił się w ulewę, jakby się otwarły upusty niebieskie, istny potop. Na ulicach woda sięgała niemal po kolana, przelewała się przez chodniki. Ani jeden listek nie drgnął na drzewach, jakby i one zacichły w zdumieniu. […] Szafirowy ptak o ciemnozłotych skrzydłach szukał schronienia wśród gęstego listowia, ale mu to nie pomogło i raz po raz musiał strzepywać pióra. Ulewa trwała czas jakiś i ustała równie nagle jak przyszła. Wszystko było omyte, odświeżone… Mówisz, Krishnamurti, że łatwo jest być prostym i czystego serca, i że bez tej czystości nie można być prawdziwie szczęśliwym. Łatwo dla kogo? Bo dla mnie na pewno nie! O tak, w otoczeniu zachwycającej przyrody, która zdaje się robić wszystko, by sprawić mi przyjemność, taki stan byłby dla mnie możliwy do osiągnięcia, gdybyś mnie nie przestrzegł, że przyjemność z odbieranych wrażeń nie jest szczęściem prostoty. Więc co nim jest? „Prostota serca jest wolnością od ciężaru doświadczeń. To pamięć przeżytych doświadczeń nas kala, a nie same doświadczenia. Wiedza, brzemię przeszłości jest zepsuciem, zatratą czystości serca. Zdolność zdobywania, wysiłek ku stawaniu się czymś niweczy czystość i prostotę serca, a bez niej jakże może zaistnieć mądrość? Ludzie posiadający tylko ciekawość nigdy nie poznają mądrości; znajdą to, czego szukali, ale nie będzie to prawda. Podejrzliwi nigdy nie zaznają szczęścia, gdyż podejrzliwość jest niepokojem ich własnej istoty, a strach zawsze rodzi zepsucie”. Zepsucie w tym ujęciu jest, podkreślmy to raz jeszcze, zatratą czystości serca.

     Zatraciłem ją na pewno i nie jest dla mnie pocieszeniem myśl, że znam takich, którzy zatracili ją w znacznie większym stopniu. Bardziej niż pod ciężarem doświadczeń, bo udaję lekkość, uginam się pod pamięcią o nich, częstokroć mściwą, a więc szczególnie przytłaczającą. Wręcz chełpiłem się swoją zdolnością zdobywania, wysiłek ku stawaniu się czymś uważałem za heroizm, ciekawość otwierała przede mną na oścież bramy wszelkich możliwych piekieł, podejrzliwość też nie była obca mej istocie. Pomijam celowo skalę tego wszystkiego, bo lęki czują się dobrze jedynie na drugich planach. Na samym wstępie zapytałbyś mnie zapewne, Krishnamurti, bo takie pytanie zadawałeś wszystkim swoim rozmówcom, co nazywam zdolnością zdobywania, względnie co nazywam wysiłkiem? I zapewne odpowiedziałbym tak jak tamci: dążyłem, dążyłem, dążyłem, starałem się, starałem, starałem, z tym że przede wszystkim, o czym już napomknąłem, starałem się, choć daremnie, o stworzenie szczęśliwego życia rodzinnego. Czy właśnie z powodu tej daremności mój wysiłek na tym polu był nie procesem stawania się, rozszerzania, rośnięcia, ekspansji, a wręcz przeciwnie: zawężania się, pomniejszania w ciągłych tarciach i konfliktach?

     Zamiast spodziewanej harmonii, coraz większy zamęt, zamiast pożądanej sensowności – absurd galopujący na absurdzie. A każda próba objaśnienia sobie tego stanu rzeczy nieporadna, jak ta zawarta w tej notatce sprzed tygodnia: Ja też mogę twierdzić, że przez całe życie żyłem dla innych, więc dlaczego nikt nie jest mi za to wdzięczny? Mój telefon komórkowy byłby właściwie bezużyteczny, gdyby nie zastępował mi zegarka. Leży na półce, nie noszę go przy sobie, bo prawie nikt do mnie nie dzwoni, zapewne dlatego że ja prawie do nikogo nie dzwonię. Nawet moje najmłodsze dzieci odzywają się do mnie niezwykle rzadko. Może dzieje się tak dlatego, że żyjemy w zupełnie innych czasach, moim coraz bardziej zagęszczonym, więc jest to kwestia nie egoizmu młodości, lecz ich uwikłania się w dorosłe życie, innego od mojego uwikłania, bo oni je dopiero rozpoczęli, ja zaś nieuchronnie się z nim żegnam? Moja najmłodsza córka żyje zresztą jeszcze trochę w świecie wirtualnym, w przeciwieństwie do mojej starszej córki z innego małżeństwa, która żyła w ostatnim czasie, jak przystało na poetkę, w świecie aż za bardzo realnym, więc też milczy, nie chcąc być może przysparzać mi zgryzot. Nie mam o to żalu do moich dzieci, które zapewne na swój sposób mnie kochają. Mam wyłącznie żal do siebie, że pochłonięty kolejną pracą, czy kolejnym związkiem, nie miałem czasu na stworzenie z nimi prawdziwej więzi.

     A przecież było to moim marzeniem, nawet celem, z tym że chyba za mało wysiłku w to wkładałem. „Wysiłek ku celowi – godnemu lub niegodnemu – musi zawsze wytworzyć tarcia i konflikty, a konflikt to antagonizm, sprzeciw, opór”. Tak mówisz, Krishnamurti, i zaskakujesz mnie po raz kolejny, bo wysiłek ku celowi godnemu leży u podstaw naszej zachodniej kultury. Kolejne twoje argumenty zdają się jednak być niepodważalne. „Jeśli wysiłek wywołuje konflikty, wewnętrzne i zewnętrzne, opozycje, czy może on prowadzić do szczęścia i pomyślności? Jeśli wysiłek wywołuje więcej trudności i tarć, to jest oczywiste, że stanowi czynnik destrukcyjny”. To prawda, że będąc skierowany ku „więcej”, służy do zdobywaniu władzy, sławy, stanowiska. Działalność charytatywna też temu celowi służy, mimo iż skrywa się pod zasłoną szczytnych celów. O koniecznym wysiłku, skierowanym na zabezpieczenie zasadniczych fizycznych potrzeb, co jest udziałem większości ludzi, w ogóle się nie mówi, bo władza, jaką można w ten sposób zdobyć w kręgu najbliższej rodziny, grupującej ludzi najwyżej względnie sytych, nie jest przedmiotem pożądania i tych, którzy mają już tego „więcej” w nadmiarze, i tych, którym udało się pokosztować choć okruch z tego „więcej” i których apetyty się na tym nie kończą.

     Nawet dążenie do ascezy jest naznaczone zachłannością: „Asceta czuje podobnie jak człowiek światowy, i świadomie lub nieświadomie dąży także do władzy”. W innym miejscu dodajesz: przez abnegację i wyrzeczenie. Tym stwierdzeniem możesz zaskoczyć, Krishnamurti, jedynie tych, którzy wprawdzie jak ja zeszli z góry Cergowej ku ponoć cudownemu źródełku przy dawnej pustelni św. Jana z Dukli, ale w przeciwieństwie do mnie trwali tam w równie kornym pochyleniu jak ich przodkowie, którzy na kolanach oddawali cześć temu władcy ich dusz, cóż że z pychą skrytą za udawaną pokorą. „Władza daje jedno z najbardziej całkowitych wyrażeń się naszemu ja, czy to będzie władza, jaką daje wiedza, czy panowanie nad sobą, czy rządzenie innymi w sprawach światowych, czy siła wyrzeczenia”. Te wszystkie wysiłki mają na celu osiągnięcie samozadowolenia, ale żaden z osiągniętych celów nas nie zadowala, bo tu też chodzi o „więcej”, „ciągle więcej”, „coraz więcej”, nic zatem dziwnego, że to nieustanne pożądanie samozadowolenia, rzekomo w imię postępu, wywołujące tarcia, konflikty i antagonizmy, prowadzi w istocie do wciąż pogłębiającego się regresu, nieustającego cierpienia. „Nasze zdobycze służą do zasłonięcia naszej własnej pustki; umysły nasze są jak puste bębny, uderzane ręką lada przechodnia i robiące dużo hałasu. Takie jest nasze życie, konflikty nigdy nie zadowalających ucieczek i wzrastającej udręki”. Takie było do tej pory moje życie, Krishnamurti…

     Dalszy ciąg twego wywodu podkreśliłem czerwonym flamastrem, tak bardzo jest dla mnie ważny, bo okazuje, że moje obnoszenie się ze swoim outsiderstwem też było pozą, grą także z sobą samym, gdyż mimo poczucia ogromnego osamotnienia nie zakosztowałem nigdy smaku prawdziwej samotności. „Dziwne jest, że nigdy nie jesteśmy sami, nigdy prawdziwie sami. Zawsze jesteśmy z czymś czy kimś, z problemem, książką lub osobą, a gdy zostajemy sami, tłum myśli nam towarzyszy. A tak ważne jest być prawdziwie samym, nagim. Wszelkie ucieczki, wszystkie gromadzenia, zdobywania, posiadania i wszystkie wysiłki, aby czymś być, lub czymś nie być, muszą ustać; wówczas dopiero jest samotność, która jest w stanie przyjąć to, co jest samoistne, niezmierzone”. Jeszcze przed miesiącem, a mówiłem to memu najlepszemu przyjacielowi, a także mojej córce, miałem zamiar sprzedać tę moją „pustelnię” w Iwoniczu-Zdroju i wędrować po świecie, póki nie dopadłaby mnie śmierć. Wiedziałem, że byłaby to ucieczka, jedna z wielu ucieczek w moim życiu, nie mająca mnie nawet uchronić przed udręką, ale choć trochę złagodzić jej ostrze. W skrytości ducha wierzyłem także, że podczas tej wyzwolicielskiej wędrówki uda mi się odnaleźć zagubiony sens pisarstwa, poczuć znowu smak tego „więcej”, tak, samozadowolenia, cóż że w duchowym wymiarze poczętego. Niejasno czułem, a teraz już dzięki tobie wiem, że wszystkie ucieczki prowadzą tylko w ułudę i cierpienie, więc postaram się już nie uciekać. To, że prawda wyzwala, jest poniekąd truizmem, gdyż mówili tak już starożytni Grecy, choć na pewno nie myśleli, że nie można nic z nią zrobić, albowiem najbardziej twórczym działaniem, wedle ciebie, jest najwyższy stan bezczynności. A zatem żadnego wysiłku, bo nawet mój wysiłek, aby przerwać uciekanie, byłby nową odmianą ucieczki!

                                         Cdn.

18:31, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010
Rozmowy z Krishnamurtim (cz. 2)

      Pragnę wyciszenia, Krishnamurti, i właściwie mam to na wyciągnięcie ręki, bo wyizolowałem się od świata niemal całkowicie i wokół mnie jest tyle spokoju, ciszy, gdy całymi dniami krążę po okolicznych wzgórzach, omijając uczęszczane szlaki i wybierając jedynie zwierzęce ścieżki, ale zgiełk wewnętrzny zagłusza wszystko i właściwie jestem samym niepokojem. Pogodziłbym się z tym, gdyby ten niepokój był twórczy, ale mój zgiełk, mój niepokój wzburza nieprzerwanie te same słowa, te same myśli, żałośnie jałowe, wyświechtane od ciągłego użycia. To są właściwie strzępy myśli, strzępy słów, które już dawno nic nie znaczą. Mówisz, że usilna chęć równowagi staje się sama w sobie konfliktem i że gdybym naprawdę pragnął wyciszenia, to osiągnąłbym ten stan bez trudu, i zadajesz mi pytanie, na które ci nie odpowiem, bo jest ono oczywiste, nawet dla mnie: „Czy można kiedykolwiek osiągnąć spokój, chroniąc się za murami własnych lęków i nadziei?” A o próbach opanowania przyczyn takiego niepokoju, jaki mnie dręczy, mówisz tak: „Wszyscy chcemy opanować to, czego nie możemy zrozumieć; pragniemy posiąść, lub być posiadanym, gdy boimy się siebie. Niepewność w sobie rodzi uczucie wyższości, wyodrębniania się i wyłączania”. To też dla mnie oczywiste, przynajmniej od tego momentu, gdy wypowiedziałeś te słowa.

     To, że jest to dla mnie oczywiste, nie oznacza, że jest to dla mnie miłe. No, cóż, nawet całkowita pewność siebie, nawet heroizm przejawiający się w niezliczonych czynach, bo takich stanów też doświadczałem wielokrotnie w swoim życiu, okazują się dwuznaczne, będąc, jak powiadasz, pochodną moich lęków i nadziei, murem ochronnym, którym usiłowałem się otoczyć, aby nic nie mogło mnie dotknąć, murem zawsze z jakąś niewidoczną szparą, przez którą wciskało się życie. Bo czułem, naprawdę czułem, że gdyby udało mi się zupełnie szczelnie zamknąć drzwi przed życiem, to byłoby to powolne samobójstwo! Mimo to przykro sobie nagle uświadomić, że tylko w bez-życiu byłem królem życia! Uświadomiłeś mi też, że całe moje życie było samoobroną, nawet jeśli przejawiało się to w atakowaniu wszystkich i wszystkiego dokoła mnie, i że w istocie rzeczy nigdy nie usiłowałem poznać przyczyn mego niepokoju, nie chodziło mi bowiem o odkrycie, jak można żyć bez lęku i bez uzależniania się od niego w niezliczonych przebraniach i maskach, ale o znalezienie sposobu zamknięcia wszystkich wylotów, by zabezpieczyć się przed wszelkim wewnętrznym niepokojem.

     Przykro sobie nagle uświadomić, że wyzwolenia szukałem w spętaniu siebie wszelkimi możliwymi więzami, cóż że niewidocznymi nawet dla mnie! Nadal staram się usunąć prawie od wszelkich stosunków z ludźmi, przede wszystkim z tymi (na to też zwróciłeś moją uwagę), nad którymi nie mogę górować, bo mogłyby one sprowadzić cierpienie, a przecież cierpię! Żyję poza coraz szczelniej zamkniętymi drzwiami i oknami, aby uniknąć wszelkich wstrząsów, a przecież wszystko się we mnie burzy! „Być w prawdziwej samotności, w najwyższym tego słowa znaczeniu, jest rzeczą doniosłą; ale ten rodzaj samotności, który opiera się na oddzielaniu się od innych, daje wprawdzie poczucie siły, władzy i niedostępności, jest jednak w istocie wyodrębnianiem się, rodzajem ucieczki i chronienia się”. Mówisz, że niektórym udaje się odciąć od świata tak całkowicie, że w końcu lądują w domu wariatów! Choć może są szczęśliwsi od tych, którym się to nie udaje i którzy wpadają w cynizm lub rozgoryczenie. A zatem wszystko, co robiłem w dotychczasowym życiu, w tym także moja chęć bogacenia się bardziej poprzez nabywanie wiedzy niż zdobywanie dóbr materialnych, nawet moja heroiczna walka, cóż że na podrzędnych polach, było moją tarczą obronną przed życiem? „Im więcej się bronimy, tym bardziej wzmagają się naciski, których chcemy uniknąć; im więcej dbamy o zabezpieczenie się, tym ono bardziej się wymyka; im goręcej pragniemy spokoju, tym większa staje się nasza rozterka; im więcej żądamy, tym mniej jest nam dane”.

     Mówisz, że jeśli chcemy wyjść z tej matni, musimy być otwarci i bezobronni wobec życia, i ani na chwilę nie zamykać się w sobie, bo w innym razie znowu zbudujemy cichaczem różne mury i schrony wokół siebie. Postulujesz bierną obserwację naszych dotychczasowych reakcji, zachowań, bez utożsamiania się z obserwowanym, bez żadnego protestu ni oporu. „Nie da się świadomie, umyślnie otworzyć ku światu, żadne działanie woli nie jest w stanie uczynić nas bezobronnymi, samo pragnienie tego wywołuje opór. Tylko przez poznanie i zrozumienie błędu jako błędu można się odeń uwolnić”. Mówisz, że początkiem mądrości jest widzieć jasno prawdę w tym, co jest błędne, a widzieć błąd jako błąd jest najwyższym rozumieniem, że taka odbiorcza czujność jest sama w sobie bezobronnością, uniemożliwia zamykanie się przed życiem. Konkluzja jest przeto oczywista: „Być bezobronnym to żyć, zamykać się i cofać to zamierać”. Jednakże z obserwacji samego siebie, niestety, niezbyt biernej, wiem, że absurdalność wielu moich poczynań zdawała się składać z samych oczywistości!

 

     Mały bęben wybijał wesoło takt, a wnet odezwała się fujarka i razem wypełniali dźwiękiem powietrze. Bęben był głośniejszy, ale szedł za rytmem fujarki; ta od czasu do czasu cichła, a rytm bębna odzywał się dalej, jasny i dobitny, aż fujarka znów się doń przyłączała. Wschód był jeszcze daleko, ptaki jeszcze się nie odezwały, ale muzyka wypełniała ciszę… Ktoś niedawno mnie zapytał, czy kiedykolwiek kogoś kochałem. Po dłuższym namyśle odparłem, że chyba nie; miałem, rzecz jasna, na myśli miłość nieobarczoną neurotycznymi pragnieniami i oczekiwaniami. Może dlatego, że idealizowałem miłość. W moim odczuciu powinna być ona bezgraniczna, wszechogarniająca, jednocząca nas z drugim człowiekiem całkowicie. Odpowiedziałbym twierdząco, gdyby mnie zapytano, czy kiedykolwiek zdawało mi się, że kogoś kocham. Próbowałem kochać tyle kobiet, że mogło mi się tak zdawać. Tym bardziej, że zawsze silne było we mnie pożądanie miłości, choć na samym pożądaniu się kończyło. Niestety, tylko cielesnym, które w moich najgłębszych pragnieniach miało być jedynie wstępem do pożądania wyższego rzędu, w sensie wszechogarniającej, bezgranicznej miłości, a nigdy nie było. Wszechogarniającej i bezgranicznej jak miłość matki? Jak miłość mojej matki, która oddała mnie w najwcześniejszym dzieciństwie do domu dziecka, bo marzyło jej się, że zostanie sławną tancerką? Mógłbym powtórzyć za Gombrowiczem: …miłość została mi odebrana na zawsze i od samego zarania… a może matka mi ją zabiła? I odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, gdyby miało to jakikolwiek sens. Nie jestem już małym dzieckiem, ani młodzieńcem, ani mężczyzną w sile wieku. Za dwa lata ukończę siedemdziesiąt lat, miałem zatem tyle czasu, by uporać się z moją bezmiłością-niebezmiłością, bo nadal tęsknię za kimś, kto pokocha mnie bezgranicznie, chociaż jestem niemal pewien, że znalazłbym tysiąc powodów i co najmniej tysiąc sposobów, by i tę miłość zdusić, stłamsić w samym zarodku! Chyba że nauczysz mnie, Krishnamurti, kochać prawdziwie.

     Mówisz, że miłość jest bezobronna, natomiast każda z moich prób jej przeżywania uzbrojona była po zęby, a zatem mogła jedynie nasilać pożądanie, które według ciebie nie jest miłością i nigdy nie może jej utrzymać. „Pożądanie wypala się rychło, a w jego zaniku tkwi smutek. Pożądania nie można zagasić. Powstrzymywanie go wolą, lub innym wymyślonym przez intelekt środkiem, wiedzie do zastoju i cierpienia. Tylko miłość może ujarzmić żądzę, a miłość nie należy do umysłu”. A ja przez pożądanie chciałem wywołać miłość, nawet udawałem pożądanie, aby ją wywołać, nawet udawałem, że kocham, aby wywołać… Co? Właśnie smutek i cierpienie, gdy wypalało się we mnie prawdziwe czy udawane pożądanie, niby cielesne, choć z bezcielesności miłosnej wizji poczęte. „Nie istnieją żadne do miłości drogi, ani sposoby jej przywołania. Szukanie sposobów i dróg musi ustać, aby mogła ona zaistnieć. […] Gonić za nią, to niweczyć wolność. A tylko ludzie wolni mogą poznać miłość, ale wolność nigdy nie kieruje, nie rządzi, nigdy nie stara się trzymać. Miłość jest swą własną wiecznością”.  Wydaje mi się, że pojmuję każde twoje słowo, choć to ostatnie zdanie jest parabolą, od której mój umysł aż trzeszczy. Czy to, że jest ona wiecznością, oznacza miłość poza wszelką miłością, przynajmniej w sensie ziemskim, gdzie nawet w piosenkach nie trwa ona wiecznie, a nieliczne wyjątki potwierdzają jedynie regułę? Zadałem to pytanie i dopiero teraz zauważyłem słowo „własną”, co mogłoby na przykład sugerować, że jest ona wieczna, póki trwa, albo że sama jej istota jest wieczna i że nie ona odpowiada za swą nietrwałość. Ale przecież powiedziałeś, że miłość nie należy do umysłu, więc mój intelektualny wysiłek nie przybliży mnie ani o krok do zrozumienia istoty miłości, dopóki nie pojmę tego sercem, czyli bezobronnym czuciem, a ściślej, dopóki nie nauczę się kochać…

     A zatem to nie ta wyidealizowana przeze mnie droga do miłości, gdzie gwarantem szczęścia ma być całkowite scalenie z drugim człowiekiem, bo mówisz, Krishnamurti, że zjednoczenie z drugim człowiekiem nie jest jeszcze pełnią w sobie, że sama pełnia z drugim człowiekiem jest niecałkowitością w sobie, że dopiero scalenie się różnych istot w nas samych czyni możliwą pełnię z drugim człowiekiem. Nie ma więc drogi na skróty, w co tak głęboko wierzyłem, nie ma możliwości zastąpienia czyjąś pełnią, choć ta też może być naszą iluzją, własnej niepełności, rozjaśnienia czyimś światłem własnego mroku. Jednym słowem: i moje pragnienia i moja rozpacz („sama rozpacz jest ich rozkoszą”) osadzone były na tej samej osi złudnej nadziei bądź jej braku. „Pragnienia nasze są giętkie i równie szybkie jak myśl; zastosować się mogą do wszystkiego, ułożyć wedle każdych okoliczności… Pragnienie stwarza obraz, któremu potem oddaje cześć”. Nie można zatem pragnąć scalenia się owych różnych istot w nas samych (na przykład doktora Jekylla i Mr Hyde`a), bo równie dobrze można rysować na lotnym piasku plany warownych zamków, których urzeczywistnieniem ma się zająć wiatr; musi się to dokonać nawet bez udziału naszej woli, choć nie bez naszego czujnie biernego udziału, będącego prawdziwym rozumieniem. Również żaden człowiek nie może dać nam pełni, bo jest to ułudą. „Człowiek jednolity nie osiąga pełni dzięki innej istocie; mając pełnię w sobie osiągnie stan, w którym wszystkie jego stosunki z innymi będą całkowite. A to, co jest niecałkowite, nie może zdobyć całkowitości w żadnych stosunkach z innymi”. Czy to oznacza, że muszę pozostać samotny do śmierci i że zjednoczenie z drugim człowiekiem nie jest w ogóle możliwe? Nie myślę o zjednoczeniu, które w moim życiu okazywało się zawsze kruche i niepostrzeżenie się urywało, ale o zjednoczeniu całkowitym, dwójduchu w jednym ciele, ściślej: czy poszukiwanie drugiej połówki jest według ciebie wyłącznie ludzką mrzonką, taką samą jak poszukiwanie kiedyś kamienia filozoficznego? „Jednolitość, scalenie musi dokonać się w nas samych i tylko wówczas zjednoczenie z drugim człowiekiem jest trwałe i niezniszczalne”. I nawet śmierć nas nie rozłączy? „Tego, co prawdziwie zjednoczone, nie da się rozłączyć, nie można zniweczyć tego, co przeszło scalenie; jeśli istnieje jednia, śmierć nie może być rozłąką”. Ba, jeśli istnieje jednia…

                                  Cdn.                                        

21:41, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010
Rozmowy z Krishnamurtim

     Zacząłem rozmawiać z nim na jesieni roku 2008, chociaż tak naprawdę chciałem z nim rozmawiać już ponad trzydzieści lat temu, gdy wpadło mi do ręki kilka jego książek wydawanych przez Wandę Dynowską w Dehli czy Madrasie w serii Biblioteka Polsko-Indyjska: Uwagi o ludziach i życiu, a potem Ku wyzwoleniu oraz Uwagi o życiu. Niestety, tak bardzo byłem zaabsorbowany właśnie życiem, a ściślej tym, co za życie uważałem, że zabrakło mi czasu nawet na zamienienie z nim kilku słów. Potem chciałem z nim rozmawiać jeszcze kilkakrotnie, ale znowu ten przeklęty brak czasu stawał mi na zawadzie, a przyzwoitość nakazywała, żeby w ramach przygotowania się do pierwszej rozmowy przynajmniej zdjąć z półki jego książki, które przykrywała coraz grubsza warstwa kurzu.

     Szczerze mówiąc chciałem z nim rozmawiać jedynie w chwilach wielkich kryzysów egzystencjalnych, czyli bardzo rzadko, chociaż na dobrą sprawę znajduję się, jak większość ludzi, w permanentnym kryzysie egzystencjalnym i powinienem rozmawiać z nim codziennie. Nie jak z niedoścignionym mistrzem, mimo iż dla całych rzesz swoich słuchaczy był mistrzem niedoścignionym, bo rozumiem bez trudu, dlaczego przestrzegał ich przed takim bałwochwalstwem: zwalniało ich to bowiem od mozolnego trudu dokonywania jakichkolwiek zmian w swoim dotychczasowym życiu, choć na pozór tych zmian pragnęli z całej duszy. Mój Boże, gdyby największa nawet wiedza na temat życia miała bodaj jeden punkt styczny z mądrością życiową, to wielu z nas stałoby się Krishnamurtim! Czyli sobą najprawdziwszym, nieskażonym żadną wiedzą bezradosną, żadnymi ideologiami czy religiami, kuszącymi nas szczęśliwością wieczną na tym, względnie na tamtym świecie. Tak, to właśnie tego chciał, tak jak Budda chciał, by każdy stał się Buddą! Łatwiej jednak stać się przemądrzalcem, z tym że sama pokora też nie wystarczy…

       

                         

Rok 1974, w którym zetknąłem się z Krishnamurtim

        

     W jego naukach nie znajdziemy żadnych fajerwerków intelektualnych. Skala jego dociekań nie powali na kolana żadnego z mózgowców, kompletnie nierozeznających się w subtelnościach natury duchowej. Jeden z takich genialnych durniów, chełpiący się jak Doda-Elektroda najwyższym IQ inteligencji, którego idolem jest Ken Wilber ze swoją Krótką historią wszystkiego, czyli niczego, oddając mi po kilku godzinach te trzy książeczki, które wymieniłem u góry, stwierdził z przekąsem: „Nie wiem, co ty tam widzisz, dla mnie to nudziarz, który wciąż się powtarza…” To prawda, Krishnamurti wciąż powtarza to samo jak mantrę, w nadziei że w końcu potrafimy te jego pozornie proste nauki wcielić w życie, co okazuje się dla większości z nas trudnością nie do przezwyciężenia.  Zapewne to o nim myślałem w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, gdy Guru powiada do nabitego rzekomymi mądrościami Ucznia: „To znaczy, że nigdy nie będziesz guru. Trzeba powtarzać. W końcu można dojść do rzeczy niepowtarzalnych…”

     W tym miejscu aż korci mnie, by powiedzieć, że Krishnamurti doszedł do rzeczy niepowtarzalnych sam, co jest zdumiewające, bo takiemu praniu mózgu w dzieciństwie i w młodości nie poddano zapewne nikogo w historii, ani wcześniej, ani później! Wyjść duchowo czystym z takiej „pralni”, jaką było w początkach ubiegłego stulecia Towarzystwo Teozoficzne, kierowane przez Annie Besant, wierną uczennicę osławionej Jeleny Pietrowny Bławatskiej, a zatem w pewnym sensie też carycę mającą swego faworyta Rasputina-Leadbeatera (jeden i drugi mieli opinię jasnowidza, znakomitego kaznodziei, no i rozpustnika, mimo iż gustowali w płciach przeciwnych), graniczyło wręcz z niepodobieństwem! Jedno tylko im się udało: uczynić go Nauczycielem Świata, choć u nich odebrał jedynie dyplom czeladnika, a na Mistrza wyzwolił się sam, i wbrew ich woli, rozwiązując Zakon, który stworzono wyłącznie dla niego, wcielonego Boga!

 

                      

      Jiddu Krishnamurti (1895-1986) ok. roku 1920

     Ale o tym może potem, bo czas już na pierwszą rozmowę, na razie wstępną, gdyż jeszcze nie wiem, od czego ją zacząć –  ty już jesteś gotów mnie wysłuchać, gdyż usiadłeś w swej ulubionej postawie medytacyjnej. Zapewne zacznę ją od siebie, jak wszyscy, którzy przychodzili do ciebie z jakimś duchowym strapieniem, z tym że ja mam tych strapień bez liku, a zatem na jednej rozmowie raczej się nie skończy. No więc sam złapałem się na tym, że w ostatnich latach życia, rozgoryczony klęskami natury osobistej, a także brakiem oszałamiających sukcesów na polu zawodowym (na jedne i drugie ciężko zapracowałem), zacząłem dezawuować to, co nazywasz radością twórczą, która według ciebie jest możliwa, jeśli jesteśmy otwarci ku źródłu wszelkiego szczęścia. Skupieni na tym całkowicie, bez żadnych wewnętrznych zahamowań, mających swój początek w naszym intelekcie, będącym siedliskiem naszego „ja”, który tę radość unicestwia. Ba, ale jak w świecie, w którym zamiast nietzscheańskiej wiedzy radosnej liczy się wyłącznie schematyczna wiedza książkowa i gdzie jedynie dyplomy renomowanych uczelni zapewniają dostęp do lukratywnych stanowisk w życiu zawodowym, a mądrość jest w najniższej cenie, odejść od tego, co nazwałbym „terrorem intelektualnym”?

     Mówisz, że poznanie siebie jest początkiem mądrości i że bez tego wiedza prowadzi do walki, ciemnoty, cierpienia i udręczeń. I zapewne masz rację. Na wiele lat przed rozmową z tobą znałem podobnie brzmiącą maksymę, ukutą w Chinach przed tysiącami lat: Poznaj samego siebie, a poznasz wszechświat i bogów. Pamiętam, że wtedy wydawała mi się ona oczywista, jakby poznanie siebie było procesem równie naturalnym jak oddychanie. Dzisiaj wiem, że nigdy nawet nie próbowałem poznać siebie, ograniczając się do przeświadczenia, że przynajmniej dla siebie jestem księgą tak otwartą, że szkoda zachodu na jej wertowanie. Uważałem równocześnie, że źródłem moich cierpień i udręczeń są inni ludzie, przede wszystkim ci najbliżsi, których dopuszczałem do siebie za blisko, przez co mogli mnie ranić. Ilość i długość murów, które budowałem przede wszystkim w moich związkach małżeńskich, ale nie tylko,  dorównywała ilością i długością wielkiemu murowi chińskiemu, który, jak wiemy, doprowadził to cesarstwo jedynie do izolacji w świecie, nie chroniąc go przed klęskami.  

 

     Huragan zniszczył zbiory, woda morska rozlała się po polach. Pociąg wlókł się powoli, a po obu stronach toru widniały czubki drzew, domy bez dachów i opustoszałe pola […]; naga ziemia patrzyła otwartym okiem w niebo. To wstęp do rozdziału zatytułowanego Bezobronność. Każdy swój dłuższy wywód poprzedzasz obrazowym wstępem, częstokroć poetyckim ponad wszelkie wyobrażenie, co mnie i zachwyca, i zadziwia, ponieważ słyszałem, że mimo tylu książek wydanym pod twoim imieniem, nie napisałeś żadnej. Po prostu nauczałeś, a już w nocy twoi uczniowie, chcąc, by twoje słowa nie popadły w zapomnienie, tłumaczyli je ze stenogramów (potem z zapisów na taśmach magnetycznych) na kilka języków, by następnego ranka twoi słuchacze mogli się z nimi zapoznać. Później „robiono” z tego książki, niekiedy niechlujnie, kierując się fałszywym pietyzmem dla każdego wypowiedzianego przez ciebie słowa – w przeświadczeniu, że każde jest boskie, a przecież jak każdy twórca podlegałeś okresom niemocy twórczej, szczególnie wtedy gdy zdradzało cię ciało. Ale o tym niezwykłym zmaganiu się twego ducha z ciałem, które spalało się w wewnętrznym ogniu niemal całkowicie, napiszę w posłowiu do tych rozmów…

     Tak czy siak te swoiste, zazwyczaj bardzo przeze mnie okrojone wstępy, bo nie zawsze są one prostym odniesieniem do tego, co w ślad za tym zamierzasz powiedzieć, to świadectwo nie tylko fenomenalnej pamięci, ale także pisarskiego kunsztu, choć ponoć w ogóle ci na tym nie zależało. A zatem działo się to samo: za pięknymi myślami szły piękne słowa, i tak jest zawsze, gdy mówisz. Mówisz, że nigdy nie jesteśmy prawdziwie sami, i po twoich słowach długo nie mogę ochłonąć ze zdumienia. Wprawdzie jeden z moich ulubionych poetów szwedzkich napisał, że dzieli swoją samotność z każdym kwiatem, co z lubością za nim powtarzałem, szczególnie w chwilach gdy masochistycznie rozkoszowałem się swoją samotnością po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do drugiego człowieka, którego bliskość była jedynie bliskością w sensie fizycznym (myślę przede wszystkim o moich żonach) przy całkowitej obcości duchowej, a więc obcością szczególnie dotkliwą. Inne samotności były samotnościami z wyboru, choć teraz podejrzewam, że w znacznej mierze wynikały z lęku przed możliwym odrzuceniem.

      Mówisz, że otaczają nas wciąż ludzie i cały tłum własnych myśli. Ten drugi człon podkreśliłem kursywą, bo jako podmiot myślący też nigdy nie potrafiłem uwolnić się od asocjacji, obrazów czy słów, a zatem, jak twierdzisz, nie wiem naprawdę, co znaczy być samym, czym jest istotna samotność, mimo częstego i niekiedy bolesnego poczucia osamotnienia. Pozwól, że zacytuję dalszy ciąg twego wywodu, bo warto się nad tym głębiej zastanowić: „Odosobnienie jest jakby przyjętą metodą naszego życia; niezmiernie rzadko jednoczymy się z kimś, bowiem sami w sobie jesteśmy rozdarci, skłóceni, w rozterce. Nikt z nas nie ma w sobie pełni i całkowitości, a jednoczenie się z innymi jest możliwe tylko wtedy, gdy człowiek jest w sobie wewnętrznie scalony i jednolity”. Tak, dopiero teraz wiem, że prawie nigdy nie byłem w sobie wewnętrznie scalony i jednolity, a rzadkie uczucia pełni wynikały z radości twórczej, bo twórcą jednak niekiedy bywałem, lub z iluzji szczęścia w chwilach miłosnego uniesienia, ponieważ zmysły są w stanie taką iluzję wywołać, niestety nie na długo. „Obawiamy się samotności, gdyż pozostanie sam na sam ze sobą zmusza nas niejako do spojrzenia we własną płytkość i ubóstwo; a przecie właśnie prawdziwa samotność może uzdrowić ową wciąż pogłębiającą się ranę osamotnienia”.

     Z rozpaczą przyznaję, że logice tego wywodu nie można przeciwstawić niczego, co by mu przeczyło, a jakże trudno przyznać się do własnej płytkości i ubóstwa, choć na wielu, nazbyt wielu polach tak po prostu jest. „Iść zupełnie samemu, bez narzucających się i zawadzających myśli, bez pożądań i pragnień, to przekroczyć granice umysłu, bo to on wyosabnia nas, oddziela i uniemożliwia wszelkie jednoczenie się z czymś poza nami. Nie da się scalić umysłu, nie można uczynić go jednolitym, bowiem sam wysiłek ku temu jest odosabniającym procesem, jest częścią osamotnienia, którego nie można niczym przysłonić. Umysł jest wytworem wielości, a to, co składa się z części, nie może być nigdy scalone i samoistne. Samotność, jednolitość nie jest wytworem ani rezultatem myśli. Dopiero gdy myśl całkowicie ucicha, może zaistnieć lot jednego w Jedno”. Ta ostatnia parabola zatyka dech w piersiach, ale gdy ciebie słucham, dominujące jest we mnie uczucie głębokiej pokory. Może dlatego, że nigdy nie grzeszyłem nadmiarem intelektualnej pychy i na podstawie ostatnich swoich usiłowań wiem, jak trudno jest iść zupełnie samemu, ba, jak trudno jest postawić pierwszy krok na tej drodze…

 

                             Cdn.

16:13, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »