RSS
sobota, 28 lutego 2009
Dopiero teraz uświadomiłem sobie

    Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wczorajsza refleksja była echem bardzo dla mnie niemiłego wydarzenia sprzed sześciu dni, stąd jego chwilowe wyparcie ze świadomości. Otóż w ubiegłą niedzielę spotkałem się po raz ostatni z moją sparaliżowaną przyjaciółką (wspomnianą już w poście Chwała sparaliżowanym szczurom!), która potwierdziła wiadomość przekazaną mi wcześniej przez jedną z jej córek: wymarzonej przeze mnie książki o niej nie będzie! Wprawdzie z nagranych przeze mnie rozmów z nią spisałem zaledwie kilkadziesiąt stron formatu A-4, więc te dwa miesiące wyrwane z mego życia nie są stratą, nad którą bym szczególnie bolał, ale jej decyzja była dla mnie ciosem w samo serce! Nie sądziłem bowiem, że ta niesłychanie dzielna kobieta stchórzy, choć nie mam wątpliwości, że na jej decyzji zaważyła opinia jej córek, które wolą przeżyć resztę życia we względnym spokoju ducha niż doznawać kolejnych wstrząsów po publicznym odsłonięciu przeżyć sprzed jedenastu lat, traumatycznych dla wszystkich osób tego rodzinnego dramatu – przypominającego antyczne tragedie. No, a choćby tylko jedna informacja w niej zawarta, że polskie paraplegiczki bywają gwałcone nawet w wyspecjalizowanych klinikach, mogłaby wywołać w tym małym miasteczku, gdzie jej córki muszą żyć na co dzień, lokalne trzęsienie ziemi!

    Oprócz książki nie będzie również niezwykłych spotkań z tą niezwykłą kobietą, bo moje serce nie wybacza takich zdrad. Woli pozostać samotnym myśliwym – cóż, że ze zdobyczami tylko chwilowymi! Pamiętacie, co mówił Faust? Jeśli nie pamiętacie, to zacytuję z pamięci ów sławny czterowiersz: Jeśli przed jakąś chwilą myśli moje klękną / i powiedzą: trwaj, trwaj, chwilo, jesteś piękną, / wtedy na zawsze oddam się w niewolę, / na jakąkolwiek, najstraszniejszą dolę! W pięknej poezji tak jak w pięknych przeżyciach łatwiej znaleźć prawdziwe pocieszenie, trzeba się jednak uwolnić od tego, co mogłoby to piękno zniszczyć, czyli od przeszłości. Sześć dni temu usunąłem więc z mego laptopa wszystkie pliki z ową niedoszłą książką związane i byłem przekonany, że mam to już z głowy. Dlaczego zatem piszę ten post? Bo przed godziną natknąłem się pośród papierów piętrzących się na moim biurku na dwa zapiski z mego bardzo obszernego wstępu. Dziwne, że od razu ich nie zniszczyłem, jestem jednak jak wszyscy ludzie osobą nieco przesądną, a te zapiski przetrwały przecież z jakiegoś powodu, być może ważnego, więc ich zniszczenie nie wchodzi w grę. Zaledwie dwa zapiski rozbrzmiewające wśród moich papierów jak treny, lamenty, płacze żałobne po stracie przedwcześnie zmarłej książki! 

                      

Moja przyjaciółka wygląda na swoim wózku równie pięknie jak Joni Eareckson, ale książki takiej jak ta nie będzie!

    A do tego spotkania, jak i do poprzedniego, doszło też w sposób… przedziwny. Schodziłem bowiem kiedyś o zmroku z Góry Przedziwnej w stronę „Excelsioru”, gdy nagle ujrzałem w bocznej alejce zarys jakiejś pochylonej kobiety na wózku inwalidzkim, która z trudem sunęła pod górę. Jej głowa kryła się w mroku Przechodząc obok, zapytałem machinalnie: „Czy mogę pani pomóc?” Odchyliła głowę ku górze i od razu rozpoznałem jej twarz po cudownym uśmiechu, jaki dane mi było oglądać tylko u niej. Okazało się, że ona rozpoznała mnie znacznie wcześniej, gdy w świetle bijącym z górnych okien pojawiłem się w zasięgu jej wzroku. A potem było aż dwadzieścia codziennych spotkań, zawsze wielogodzinnych, w pokoju i na dworze, i przysięgam wam, że jej wózek dla mnie nie istniał, stając się nierozdzielną cząstką tej wspaniałej istoty, jak w przypadku centaura koń. Tak dobrze nie czułem się w towarzystwie żadnego pełnosprawnego człowieka, tyle radości nie sprawiła mi dotąd rozmowa z nikim, gadaliśmy jak najęci, śmialiśmy się jak opętani. Najważniejsze było jednak to, co ona mówiła. Ach, jakże żałowałem, że nie posiadam faktograficznej pamięci, bo zapis tych rozmów byłby gotową książką, mądrą ponad wszelkie wyobrażenia. No, tak, ale to nie ja miałem być jej autorem, a jak zmusić kogoś, kto zdawał się unosić we wszystkich kierunkach naraz, by usiadł przy biurku i zechciał ją napisać na papierze, lub na czymkolwiek, nawet na chmurze, mimo iż ona pisała ją przecież całą sobą, za każdym otwarciem ust? Jak zmusić do tego kogoś, kto ceni znacznie wyżej, i słusznie, możliwość celowego działania od fabrykowania słów! Musiałem ją jakoś obłaskawić, może przynosząc jej wodę ze źródła „Czesław”, jeżyny z okolicznych wzgórz, czy kwiaty z połonin? Żartuję, robiłem to spontanicznie, cieszyłem się, że z codziennych wędrówek mogłem jej przynieść choć cząstkę tego, za czym tak bardzo w głębi duszy tęskniła… 

    Pamiętajmy bowiem o jednym: dwie książki paraplegików, które w ostatnim czasie ukazały się w Polsce, w tym jedna przekładowa, zostały napisane przez ludzi, którzy w chwili wypadku i spowodowanego nim nieodwracalnego kalectwa dopiero wstępowali w życie, więc ich doświadczenia życiowe były właściwie żadne (u Janusza Świtaja sprowadzały się do tego, że kradł na stacjach benzynowych paliwo, by móc z kolegami rozbijać się po drogach motocyklem, a Joni Eareckson to typowy amerykański podlotek z fiu bździu w głowie) – natomiast bohaterka tej książki była wtedy w pełni dojrzałym i w pełni twórczym człowiekiem, co się oczywiście przekłada na każde wypowiadane przez nią słowo. Mimo kalectwa jest osobą mocno stąpającą po ziemi, więc jeśli któryś z czytelników jej książki będzie tu szukał pociechy w postaci różnych ułud, na przykład obietnic szczęśliwości niebiańskiej jak u Joni Eareckson w jej quasi-dorosłym, kaznodziejskim wcieleniu. na pewno ich tu nie znajdzie, natomiast jeśli będzie chciał się dowiedzieć, jak w takim wydawałoby się beznadziejnym kalectwie żyć prawdziwie i pięknie, z całego serca zapraszam do lektury! 

    PS. Tuż po napisaniu tego postu przetrząsnąłem raz jeszcze papiery na biurku i spośród nich wypadła jeszcze jedna kartka zapisana przeze mnie drobnym maczkiem. Skoro dziwnym trafem ocalała z pogromu, to zapiski na niej muszę potraktować tak jak poprzednie. Zapiski z jej wspomnień z dzieciństwa przemieszane z niedawnymi. Są to bardzo ładne wspomnienia, niech więc i dla mnie pozostaną ładnymi wspomnieniami tej niebanalnej historii. 

    Mieszkam prawie za miastem, więc do rozległych pól i do łęgów nadrzecznych mam bardzo blisko, ale jak tam dojechać, bo o dojściu nie może być teraz mowy? Kiedyś wystarczyły nogi obute w gumiaki, lub stary rower, na którym jako dziewczynka jeździłam oczywiście pod ramą, i po chwili mogłam siedzieć całymi godzinami z wędką w szuwarach nad Sanem i łowić ryby. Uwielbiałam to – od dziecka chodziłam tak lub jeździłam z dziadkiem, z ojcem, a później z mężem lub sama. Ryby każdego gatunku, płocie, karpie, szczupaki czy sandacze, żerują inaczej i zachowują się inaczej, gdy dobierają się do przynęty, ale znałam wszystkie ich podchody, zwyczaje, wiedziałam, jak za nimi wędziskiem wodzić, kiedy i jak je zaciąć, ach, to cała filozofia i sztuka. A wstające lub włóczące się po polach mgły o świcie, drżące krople rosy na łodyżkach traw, stopniowo wyłaniające się znad horyzontu słońce, które je chciwie spijało, po czym wchłaniało łapczywie te mgły, zalewając wszystko potokami światła? No i przeróżne wiatry, od lekkich bryz marszczących powierzchnię wody lub delikatnym ruchem rozczesujących sitowie, aż po wichury rozpędzające ryby na cztery strony świata lub ciskające mną i rowerem o ziemię, gdy próbowałam przed nimi uciec do domu. Można by też mówić o drobnych, zacinających w twarz deszczach lub o gwałtownych ulewach, o wyżymanych sukienkach i warkoczach, bo jeszcze przed wypadkiem miałam włosy do pasa, którymi wszyscy się zachwycali, a teraz, ech, lepiej o tym nie mówmy! Teraz ktoś jeździ po tych polnych drogach ciężkimi wozami, zwożąc ukradkiem piasek znad rzeki, i stały się one właściwie nieprzejezdne, bo nikt nie zasypuje głębokich kolein i wybitych dziur. Więc jak mam tam dotrzeć? Pozostaje tylko motolotnia, bo moim skuterem też tam nie dojadę!

    Jeśli wspomniałam o rybach, to o grzybach również należałoby wspomnieć, bo grzyby też uwielbiałam zbierać, najpierw z dziadkiem i ojcem, a później z mężem i dziećmi. Sama też godzinami mogłam włóczyć się po lasach, które wokół mego miasteczka piękne są i grzybne, no i przepastne, więc łatwo się w nich zagubić. Parę godzin – i mieliśmy kilka koszy borowików, podgrzybków czy kozaków. Teraz jest podobnie, z tym że głębiej do lasu też nie wjadę, bo drogi są piaszczyste, więc czasami dzieci zostawiają mnie pod lasem, gdzie mogę sobie pojeździć wokół dziedzińca zajazdu, zowiącego się nomen omen „Podgrzybek”, i czekać na ich powrót. Dookoła są drzewa, a ich wierzchołki wirują wokół mnie jak zaczarowana karuzela. Kręcę na moim wózku piruety i wiruję wraz z nimi w tym samym podniebnym poszumie. „Jak ci było mamo?”, pytają dzieci po powrocie z grzybobrania. A ja na to: „Cudownie!”

    Bo w ogóle niewiele mi potrzeba do szczęścia – dużo słońca, jakiś nadmuchiwany materac o możliwie największych rozmiarach, żebym mogła się po nim turlać, i kogoś, kto by mi pomógł się na nim położyć, a później z niego podnieść. Czasami udaje mi się spełnić to marzenie. Leżę sobie wtedy na trawie, wdychając nozdrzami wszystkie zapachy lata, i chce mi się aż płakać ze szczęścia. Świerszcze, trzmiele, nawołujące się ptaki, odgłosy motyk, bo na przykład pielą w pobliżu ziemniaki, czy dźwięk sierpa, bo ktoś na miedzy tnie pokrzywę dla króli, cała ta muzyka jest dla mnie tak piękna jak muzyka alpejskich kapel ludowych, którą sobie puszczam, gdy leżę na łóżku, podrygując na nim aż do upadłego i jodlując na cały głos…

01:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lutego 2009
Serce to samotny myśliwy

    Poprzedni post pociągnął mnie nieoczekiwanie w kierunku innej refleksji, bardziej osobistej, choć na pewno w jakiś sposób z tamtą związanej. W ciągu całego dnia prześladowała mnie bowiem, nie po raz pierwszy zresztą w moim życiu, myśl zawarta w tytule tego postu – tytule zapożyczonym od bardzo bliskiej mi pisarki, o której będzie zaraz mowa. Moje serce też było zawsze samotnym myśliwym, bez realnej nadziei upolowania zdobyczy, która by w pełni zaspokoiła jego głód. The Heart Is a Lonely, książka wydana w roku 1940, a zatem nomen omen w roku moich narodzin! Carson McCullers wiedziała zatem o tym znacznie wcześniej ode mnie, ale czy mimo jeszcze tragiczniejszych od moich przejść natury osobistej nie podlegała już żadnym ułudom?  

                         

                                             Carson McCullers   

    W przeciwieństwie do mnie miała tylko jednego męża, ale co najmniej podwójnego – po paru latach burzliwego związku rozstała się z nim wprawdzie z powodu obustronnych zdrad homoseksualnych, jednakże po kolejnych kilku latach ponownie wzięli ślub. Myślę, że następnego ślubu nie było jedynie z powodu ostatecznej rejterady jej męża, ponieważ po dalszych ośmiu latach popełnił samobójstwo. Naprawdę bolejąca wdowa, bo osamotnienie w jej sytuacji musiało być rzeczą straszną, cierpiała bowiem między innymi na apopleksję i reumatoidalne zapalenie stawów, nie mówiąc o wyniszczającej chorobie alkoholowej, nic zatem dziwnego, że w wieku trzydziestu jeden lat miała już całkowicie sparaliżowaną lewą stronę ciała, a po dalszych dwudziestu dziewięciu zmarła po krwotoku mózgowym.

     W tym ostatnim okresie niewiele już napisała, co jest raczej zrozumiałe. Niezrozumiały jest jednak dla mnie fakt, że polscy wydawcy potraktowali tę wybitną pisarkę po macoszemu – znane mi jest bowiem polskie wydanie jedynie jej pierwszej powieści, dla mnie zresztą najważniejszej, gdyż Serce to samotny myśliwy ukazała się u nas w roku 1964, a zatem dotarła do mnie chyba w najtragiczniejszym okresie mego życia (patrz: Współcześni polscy pisarze i badacze literatury, t. 7 oraz suplement, t. 10, pod „Janusz B.[ogdan] Roszkowski”). Z roku 1966 pochodzi mój zapisek, który tu powtarzam, ponieważ opublikowałem go w książce o nakładzie małym, więc już dawno niedostępnej: „Lepiej być w takim więzieniu, gdzie można tłuc głową o mury, niż w takim, którego nie widać”. Skąd wiedziała o tym Carson McCullers, skoro nie rozmawiała ze mną na ten temat?

00:58, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lutego 2009
Dorosły facet owinięty w pieluchy

     Miałem najszczerszy zamiar nadal pościć, ale z tego mocnego postanowienia wyrwało mnie takie oto upomnienie, które znalazłem we wczorajszej poczcie e-mailowej: Parę fajnych kawałków już u ciebie znalazłem, ale jak na kontrowersyjny blog jest ich stanowczo za mało! Pokaż, że jesteś facetem z jajami! Stropiłem się, ponieważ nigdy nie miałem skłonności do ekshibicjonizmu, ale na szczęście po dość przypadkowym przełączeniu telewizora na Zone Club znalazłem obiekt zastępczy – zobaczyłem tam bowiem prawie nagiego faceta chyba z jajami, chyba, gdyż skrywały się one pod pieluchami! Tradycyjnymi, tetrowymi, jakich używała kiedyś jego matka! Prowadzący program zapytał go, dlaczego to robi? Ano, dlatego że dzieci w pieluchach są najbardziej kochane i mają największe poczucie bezpieczeństwa. Hm, wprawdzie nikt nie pamięta siebie z tego okresu, ale z poczynionych przez nas w znacznie późniejszym czasie obserwacji mogłoby wynikać, że tak jest istotnie. Niestety, realne kobiety, z którymi ten facet umawiał się na rozbierane randki, zdawały się nie podzielać jego zapatrywań w tej dość delikatnej materii, bo wchodząc nago do jego łóżka i widząc pieluchy, uciekały w popłochu z jego mieszkania, zbierając po drodze swoje łaszki!

    Inni dorośli faceci po takich przejściach mogliby przestać myśleć o próbach podbojów dość specyficznych co prawda, ale w pewnym sensie jednak erotycznych, przynajmniej w oczekiwaniach przedstawicielek płci pięknej, natomiast nasz bohater nie tylko nie dawał za wygraną, ale wreszcie znalazł za pośrednictwem Internetu odpowiednią dla siebie kobietę, która za sto dwadzieścia pięć dolarów za sesję rozmawia z nim tak jak trzeba w tej sytuacji, czyli z prawdziwie  macierzyńskim oddaniem:

    – Masz mokrą pieluszkę, prawda?

    – Taaaaaak! (facet zaczyna płakać jak niemowlę)

    – No, nie płacz, malutki, nie płacz, mama ci zaraz zmieni pieluszkę na suchą, wyjmie tylko z szafki kremik i puderek…Itd., itd.

     Mój Boże, jak łatwo być prawdziwie kochanym i nawet w dorosłym życiu mieć pełne poczucie bezpieczeństwa! Trzeba mieć jednak głupie sto dwadzieścia pięć dolarów za sesję, a to jest znacznie trudniejsze, przynajmniej dla mnie…

                        

Radzi sobie bez pieluch, a nie wygląda przecież na nieszczęśliwego!
00:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lutego 2009
Mój wyposzczony post, bo... post!
    

Mój post będzie dziś znowu wyposzczony, tym razem  jest to jednak najzupełniej zrozumiałe, bo wiadomo: post! W dodatku po długim karnawale. Powtarzam za kimś, choć nie pamiętam za kim:

               

               Koniec, przeminął, nie ma karnawału.

                   Posucha, melancholia, smutek, post.

                   Jedni rżną teraz w brydża, innych wprost

                   Zabrali z szumnych sal do kryminału...

     No, cóż, w swoim dość długim życiu przebywałem także w kryminale, wszystko jest bowiem dla ludzi, nie tylko szumne sale balowe, choć w nich jako synowi tancerki pląsałoby mi się na pewno wygodniej niż w ciasnej celi! 

    PS. Gdy szukałem w google’u autora tego czterowiersza na podstawie pierwszej linijki, wyświetliło mi się ponad tysiąc notek zawierających wszystkie albo przynajmniej gros słów spośród: „koniec”, „przeminął”, „nie”, „ma”, „karnawału”. Oto jeden z setek przykładów: „I już przeminął rok… Nie ma co robić akademii… Na koniec przyszedł tatuś… Przecież miniony weekend był ostatnim weekendem w karnawale…”! A zaraz potem w kolejnej notce: „przeminęło z wiatrem… Jednak w Koranie nie ma ani słowa o tym, żeby zabijać w imię Boga… Pytanie na koniec: czy jesteśmy w stanie tolerować inne wiary… W okresie karnawałowym ukazał się na You Tubie teledysk holenderskiego duetu z Brabancji…”!  Gdybym chciał cytować dalej, wyszła by z tego gruba księga z purnonsensami pierwszej klasy. Ale czy i tym razem byłoby wiadomo, kto naprawdę jest jej autorem?  

                           

                                        Karnawał w Rio de Janeiro, ech!

 
00:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lutego 2009
Z perspektywy Hieronima Boscha

Dzięki inżynierii genetycznej możemy po raz pierwszy w dziejach naszego gatunku wpływać na procesy ewolucyjne, stymulować je w pożądanym dla siebie kierunku. Mniej błędów genetycznych to mniej ludzi ułomnych, to prawda, ale na przykład Hieronim Bosch nie byłby zachwycony taką perspektywą!

   

                   

                                             Hieronim Bosch Golgota
00:36, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lutego 2009
W skali krótkiego ludzkiego życia

      W tym poście wrócę jednak do czasu jak najbardziej ziemskiego i do spraw, które zaprzątają nas na co dzień, choć nie będą to bynajmniej sprawy banalne. W znanej kiedyś piosence Ewa Demarczyk stwierdzała dramatycznie: widać, można żyć bez powietrza, powtarzając słowa Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, które były równoznaczne z pytaniem dla nas raczej retorycznym: czy można żyć bez powietrza? Oczywiście chodzi o dużą ilość powietrza, która nam, ludziom, wydaje się wręcz niezbędna do życia, do poczucia pełni szczęścia też, mimo iż wyszliśmy kiedyś, co prawda w nieco innej postaci, z morza. Takie pytanie mogły sobie zapewne zadawać w dość dla nas zamierzchłych czasach również te ssaki, które musiały z konieczności zacząć nowe życie w środowisku wodnym, nawet w oceanach. Obecnie na pewno nie wyobrażają sobie życia na lądzie – dla największych ssaków morskich skończyłoby się to zresztą katastrofą, ponieważ zawaliłyby się pod swoim ciężarem…

                

Płetwal błękitny to największy ssak, jaki żył kiedykolwiek na ziemi

     W innej piosence ktoś mógłby zapytać równie dramatycznie, czy można żyć bez wody, bo żaby też potrafią śpiewać, w przeciwieństwie do ropuch, które szczególnymi zdolnościami wokalnymi chyba się nie wyróżniają. Mówię o żabach i ropuchach, które żyją z dala od wody, na przykład na Sumatrze, a wspinając się na drzewa noszą swoje kijanki na grzbietach jak małpy. Wspinają się tam, ponieważ minimalna ilość wody jest ich dzieciom-kijankom niezbędna do rozwoju – akurat tyle, ile zdoła zgromadzić się w liściu…

     Mógłbym przytaczać fragmenty kolejnych piosenek, w których ktoś pytałby jeszcze o to, czy można żyć bez ognia, względnie bez ziemi, rozróżniamy bowiem co najmniej cztery żywioły. Tę ostatnią piosenkę śpiewałby niekoniecznie król Jan bez Ziemi, ale we wczesnej fazie wegetacji mogłyby ją na pewno zaśpiewać rośliny o napowietrznych korzeniach z singapurskich upraw prowadzonych w szklarniach na dachach wieżowców. Nie o to mi jednak chodzi, ponieważ takie refleksje mógłby snuć każdy, kto ogląda Animal Planet, ja natomiast piszę to jedynie po to, by czytelnikom mego bloga zasygnalizować, że nasze potrzeby i tęsknoty są względne i mogą ewoluować nawet w skali krótkiego ludzkiego życia…

PS Aż dwoje internautów zwróciło mi uwagę na to, że Maria Pawlikowska-Jasnorzewska pisząc bez powietrza, myślała: bez miłości. Wiem o tym doskonale, ale nie zamierzałem w tym poście zajmować się interpretacją tego pięknego wiersza!
00:15, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 lutego 2009
Człowiek jest też kosmosem

     Każdy kosmos rządzi się własną miarą czasu. Człowiek jest też kosmosem. Własnym. Z własną miarą czasu, nawet jeśli nieświadomą. Ten czas ma początek i kres, a jednak jest wieczny, choć mimo wszystko bardziej w perspektywie kosmicznej, niźli ludzkiej. W porównaniu z ziemskim – czas naszego istnienia jest niezauważalny; przemiany ziemi dokonują się nieustannie, ale z perspektywy naszego życia są one też niedostrzegalne. Chyba że następują trzęsienia ziemi czy wybuchają wulkany, jednakże nie w odległości kilku tysięcy kilometrów od naszego domu, ale tuż obok miejsca naszego zamieszkania, by na naszych oczach, póki będziemy w stanie to rejestrować, dokonała się zagłada naszego świata, czyli przede wszystkim naszej jaźni, gdyż nawet zniknięcie z powierzchni ziemi całego miasta nie jest w historii naszej planety niczym szczególnym. Świat jako taki, choć już bez nas, nie przestanie jednak istnieć, mało tego, bezustannie się poszerza. Hawaje powstały dzięki wulkanicznym erupcjom w ciągu zaledwie czterdziestu milionów lat – nowe Hawaje, dzięki tym samym erupcjom, powstają bezustannie. Właściwa skala naszego czasu, choć sobie tego nie uświadamiamy, jest więc skalą kosmiczną, ale nasze zegarki tego nie odwzorowują…

               

Salvador Dali Uporczywość Pamięci, czyli słynne Zegarki

    Nasza ziemia powstała przed czterema i pół miliardami lat (nie przed czterema tysiącami, jak jeszcze niedawno utrzymywali biegli w Piśmie Świętym), natomiast pierwsze formy życia pojawiły się na niej dopiero miliard lat później, z tym że nasza, ludzka podróż w ewolucyjnym czasie to zaledwie drgnięcie wskazówki na zegarze słonecznym naszego układu planetarnego. Prawie sto procent wszystkich istot żyjących kiedykolwiek na ziemi, począwszy od jednokomórkowych tworów, już wymarło, my też prędzej czy później wymrzemy jako gatunek, a jedyne sensowne pytanie brzmi: czy prędzej, czy później? Jest jednak możliwe, że urzeczywistni się to, co przewiduje literatura science fiction,  i że nasza wędrówka w czasie nie skończy się nigdy – musimy jednak przenieść się z czasu ziemskiego w inny czas, którego jeszcze nie znamy, z prędkością, przy której ta, z jaką pędzi światło w próżni w ciągu czterech lat zwrotnikowych z okładem, by w końcu dotrzeć do najbliższej po Słońcu gwiazdy, będzie też zaledwie drgnięciem wskazówki – na szybkościomierzach wehikułów Nowego Czasu…   

00:48, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2009
Nawet w łóżku nie ma równouprawnienia!

    O jakim równouprawnieniu miła pani mówisz? [to odpowiedź na mail pewnej pani, która zarzuciła mi, że w moim blogu dyskryminuję kobiety] Nawet w łóżku nie ma równouprawnienia! Postawy wobec drugiej płci mogą być w nim bardzo złożone i zróżnicowane, ale tak czy siak dalekie są od postawy partnerskiej, ponieważ zawsze jeden z partnerów przyjmuje tam pozycję dominującą, można by zatem bez większego ryzyka uznać to za postawę manipulacyjną! I proszę nie powoływać się w następnym mailu na „Kamasutrę”, gdyż niektóre z opisywanych w niej pozycji, które mogłyby mej tezie przeczyć, wymagają wręcz akrobatycznych umiejętności, których naszym kochankom zdecydowanie brak! Załóżmy jednak, że oboje występują w cyrku i są akrobatami, więc mogliby te pozycje wyćwiczyć – w ujęciu czysto fizycznym byłoby to możliwe, natomiast w sensie duchowym na pewno nie. Albowiem, jak napisałem w jednej z moich książek, w tamtej wysublimowanej kulturze miłosnej zespolenie kobiety i mężczyzny było nie aktem seksualnym, ale  ś w i ę t y m, powtarzającym boski akt stworzenia świata!

              

                               Kamasutra, pozycja najmniej akrobatyczna

    Ja natomiast, mimo północy nie znajdujący się jeszcze w łóżku, mogę jedynie powtórzyć po raz drugi, choćby dla wzmocnienia polemicznego efektu: o jakim równouprawnieniu miła pani mówisz? Nawet termin „emancypacja” został wykradziony mężczyznom, albowiem w starożytnym Rzymie oznaczał on uwolnienie syna spod władzy ojca, nie zaś uwolnienie kobiety spod rzekomej władzy mężczyzny. Mógłbym jeszcze dodać, że Victoria Benedictsson, pisarka szwedzka, która jako jedna z pierwszych propagowała w swoich paskudnie tendencyjnych utworach bzdurne nie tylko według Strindberga idee emancypacji kobiet, zmarła dość młodo śmiercią samobójczą! I proszę się miła pani nie obawiać, że mój blog, mimo iż oznaczony jako kontrowersyjny, może w umysłach internautów siać zgorszenie: wprawdzie jest on blogiem publicznym, czyli powszechnie dostępnym, nie oznacza to jednak, że występuję w nim w charakterze zarządcy domu publicznego!

00:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lutego 2009
Sześć akapitów o nieśmiertelności

    1.    Człowiek, tylko człowiek, marzy o nieśmiertelności od chwili, gdy jego mózg rozwinął się na tyle, by świadomość mogła zmierzyć się z zagadką śmierci. Inne zwierzęta nie zaprzątają sobie uwagi takimi błahostkami i nie poszukują eliksiru wiecznej młodości, nawet gdy ich życie zaprogramowane jest tylko na jeden dzień. Jeden dzień, podczas którego żyją tak intensywnie, że większość ludzi mogłaby o takich uniesieniach jedynie pomarzyć, gdyby ich serca były zdolne do szalonego bicia. Bo wiadomo, że im szybciej bije serce, im ciało gwałtowniej się porusza, tym szybciej organizm starzeje się i umiera.

     2.    Wszystkie religie zapewniają swoim wyznawcom nieśmiertelność, ale dopiero po śmierci. Zauważyłem, że wierzą w to bezkrytycznie jedynie fanatycy, im młodsi, tym bardziej podatni na to wierzenie, co w przypadku adeptów szkół koranicznych kładzie się złowrogim cieniem na współczesnej cywilizacji. Mimo wszystko cywilizacji śmierci, zawsze bezsensownej, bo na przykład dzieci zabijane w szkolnym autobusie przez młodego zamachowca-samobójcę nie stanowią ogniwa w łańcuchu pokarmowym tego ssaka naczelnego, który nad rozkosze podniebienia przedkłada niebiańskie rozkosze w otoczeniu nieziemsko pięknych hurys.

     3.    W naszej zachodniej kulturze jedynie wybrańcy bogów, choć z innych powodów, pragnęli umierać młodo. Pozostali nie chcą umierać nawet staro. Dotyczy to także zawołanych erotomanów-gawędziarzy, wpatrzonych mimo kłopotów nawet z oddawaniem moczu w migające łydki jednak ziemskich anielic, którzy pośród jęczenia i stękania nie potrafią ukryć dosyć marnej satysfakcji, że jeszcze żyją, gdy tylu ich rówieśników od dawna gryzie piach.

     4.    Zaznaczyłem „dosyć marnej satysfakcji”, bo z jednej strony nie marząca o nieśmiertelności sosna kalifornijska, chyba iglasto skrętna, zwana Matuzalemem, która mając 4800 lat prawie jeszcze owocuje, a z drugiej strony przy naszym wręcz obsesyjnym pragnieniu nieśmiertelności te żałosne 122 wiosny Francuzki Jeanne Calment, naznaczone postępującym rozpadem przede wszystkim komórek ciała, ponieważ mózg  zazwyczaj starzeje się najwolniej, jakby tam mieściło się siedlisko duszy, z punktu widzenia medycyny też śmiertelnej. Stąd, znowu wyłącznie ludzkie i też odwieczne, choć dość wyraźnie określone w czasie, pragnienie stworzenia dzieł nieśmiertelnych, jakby jedynie nasze słońce nigdy nie miało wygasnąć.

                           

Rosnąca w Górach Białych (Kalifornia) sosna długowieczna (Pinus longaeva), mogąca żyć ponad pięć tysięcy lat

     5.    Nieśmiertelność byłaby możliwa, gdyby można było powstrzymać proces starzenia się i w konsekwencji tego procesu – śmierci. O powstrzymywaniu tego procesu możemy już mówić, bo w przeciwieństwie do naszych przodków żyjemy coraz dłużej i starzejemy się coraz wolniej. Ale to nam nie wystarcza. Pragniemy wieczności. A postępy w nauce zdają się to pragnienie przybliżać do granicy realności. Bo okazuje się, że wieczność na tym mimo wszystko najlepszym ze światów jest jednak możliwa! Skoro drożdże są wieczne, a ich komórki nie umierają nigdy, to dlaczego dzięki inżynierii genetycznej nie mogłoby się tak dziać w ludzkim organizmie? Już wiemy, że procesy starzenia się poszczególnych elementów naszego ciała nie są identyczne, nawet w przypadku tych samych członków. Można mieć jedną rękę młodziana, a drugą starca! To samo dotyczy innych narządów, nerek czy płuc. Wiek biologiczny u różnych ludzi też nie jest żadną wartością stałą, ale tak czy siak do tej pory śmierć zdawała się być nieunikniona, stąd nieśmiertelne przypomnienie: memento mori!

     6.    Ta już dosyć realna perspektywa nieśmiertelności, ponieważ okazało się, że komórki ludzkiego ciała też mogą rozmnażać się wiecznie, napełniła mnie wręcz paniką, bo ja pragnę umrzeć. No, tak, ale nikt mnie jeszcze nie przeprogramował, nikt nie sprawił, by wyparowało we mnie znużenie życiem, by przemieniła się moja świadomość, którą Jerzy Kosiński tuż przed swoją samobójczą śmiercią streścił w kilku genialnie prostych słowach: Kiedyś nie rozumiałem nic, ale czułem wszystko, a teraz rozumiem wszystko, ale nie czuję już nic… Dla mnie też kusząca jest śmierć z własnego wyboru. Po samobójczej śmierci mojej matki obiecałem sobie jednak, że ja tego nie zrobię, że nie zrobię tego moim dzieciom. Mam jednak prawo żyć możliwie najintensywniej, wbrew ostrzegawczym poszeptom starzejącego się nieuchronnie ciała…  

00:16, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 lutego 2009
Tu, na Podkarpaciu...

     Tu, na Podkarpaciu, gdzie głód doskwierał ludziom przez całe wieki, podobnie jak w kilku innych „głodowych” regionach Polski, też celebruje się słowo jeść! Dosłownie słyszę mlaskanie: „jjeść”, mówią, „najjadłem się”, mówią. Widać, że nie była to czynność wykonywana od niechcenia przy zawsze pełnej misie!

Wystarczy przypomnieć lata 1735-36, gdy z powodu wielkich deszczy padających nieprzerwanie przez dziesięć tygodni wszystkie zboża pogniły i w całym kraju zapanował wielki głód. W niektórych miejscowościach umarło z głodu (tzw. tyfus głodowy) prawie połowa mieszkańców, więc na cmentarzach zabrakło miejsca. Względnie lata katastrofalnego głodu, 1787-88, w których wystąpił zupełny brak zboża, a więc i chleba właśnie tutaj, gdzie  obecnie mieszkam.  Pozwolę sobie na przytoczenie krótkiego fragmentu z mego jeszcze niewydanego poradnika Jak być kuracjuszem w Iwoniczu-Zdroju, który dotyczy roku 1857: A powracając do hrabiny Amelii. Nie dziwię się jej wyjazdowi z „ponurego i wilgotnego” (za Kazimierzem Chłędowskim) Iwonicza do słonecznej Ischii, bo mam możność porównania obu tych miejsc. Tym bardziej że nieco wcześniej dowiadywała się o kataklizmach, które akurat w owym czasie nawiedzały jej podkarpackie dobra: strasznych gradobiciach i burzach nie oszczędzających pól ni lasów, a nawet ludzi i zwierząt: uprawach koszonych przez grad,  łąkach zamieniających się w morza, dębów wyrywanych z korzeniami, powybijanych szyb, zerwanych dachach, nie mówiąc o Zakładzie Zdrojowym ze zniszczonymi zbiornikami, łazienkami czy salą balową tonącymi w wodzie! Zaprezentowany poniżej Obraz Grottgera Głód, jak zwykle wystylizowany, na pewno nie oddaje grozy tamtych wydarzeń.

          
00:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lutego 2009
Oto mail...

    Oto mail, który po tym tryptyku spadł mi jak z nieba, od pani Anny Sobol, świetnej malarki i jednocześnie bardzo frapującej kobiety (patrz: www.sobolanna.npc.pl): „Jutro spróbuję zajrzeć na twój blog i sprawdzić, w jakim klimacie go prowadzisz – mam nadzieję, że wyparowały z ciebie wpływy pana S. i masz nieco bardziej optymistyczny pogląd na naturę lepszej połowy ludzkości…”, na który odpowiedziałem tak, odganiając od uszu diabelski chichot:  „Hm, gdyby ta lepsza połowa ludzkości (dla mnie nie tylko lepsza, ale przy moich inklinacjach erotycznych jedyna, która mnie naprawdę interesuje, bo o czym mam rozmawiać z tą gorszą, nie pijąc piwa, nie chodząc na mecze i nie śliniąc się na widok każdej kiecki?) utrzymana była, mówiąc językiem malarskim czy muzycznym, w Twojej tonacji, z tych momentów gdy osiągasz wysokie C, to byłbym gotów śpiewać jej chwałę wyłącznie na Wysokościach, nie zniżając się do rynsztoka, bo tak być może odbierzesz moje ostatnie refleksje. A jeśli chodzi o pana S.? Zajrzałem kiedyś z ciekawości pod Janusz B. Roszkowski do google'a, ponieważ pewna pani zaczęła nagle recytować jeden z moich erotyków, przez niejakiego Michała Buczka w  Perłach Polskiego Internetu rzuconych przed wieprze zapewne też, no i natknąłem się między innymi na recenzję z Listów miłosnych i nienawistnych opublikowaną w piśmie katolickim! Recenzent nie kwestionował prawdziwości tez o lepszej połowie ludzkości lansowanych w swoim czasie przez pana S., stwierdził jednak, że bałby się mieć tę książkę w swoim domu. I doskonale go rozumiem, bo ja też tłumaczyłem tę książkę ze ściśniętym sercem, w tamtych wołaniach o miłość słysząc i własny głos! Czy jednak pamiętasz, że pan S. mimo wszystko kobiety kochał, choć tak, że niekiedy aż je nienawidził? W obecnym stanie ducha jestem daleki i od jednego, i od drugiego, bo po moich Rozmowach z Krishnamurtim, które kiedyś zacznę sukcesywnie w swym blogu zamieszczać, byłoby to już chyba niemożliwe. Zastrzegam się, jak widzisz, dodając chyba, ponieważ nie wystarczy raz wkroczyć na ścieżkę jasności i już tylko w jasności się pławić, tym bardziej że nie mam zamiaru zapominać o ciemnej stronie ludzkiej natury, mojej natury, rzecz jasna, też! Tyle na razie tytułem wyjaśnienia. Jbr”. Aha, uwaga dla tych, mniej wtajemniczonych, którzy do mego bloga zajrzą: „pan S.” to oczywiście August Strindberg, natomiast poniższy „obrazek” to oczywiście dar od Anny Sobol, która przesłała mi go z następującym wprowadzeniem: Mam nadzieję, żeś Waćpan nie chory, tylko zadumany, a jeśli nie w humorze, to mam na to lekarstwo:  Meluzyny, może nie tak zgrabną miarą pisane jak poema wasze ci, ale za to zgrabne w sobie… Oj, zgrabne w sobie, oj, zgrabne w sobie – z naciskiem na „w sobie”!

                 
00:55, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 lutego 2009
O dylematach nowicjuszki

     Lubię tryptyki, a zatem już ostatnia na razie refleksja z tej samej półki, choć z uwagi na drażliwy u nas temat opatrzona przeze mnie możliwie najbardziej powściągliwym komentarzem. Na wszelki wypadek dodam, że rzecz dzieje się we Francji.

      – Musisz się rzucić w przepaść wiary – mówi stara zakonnica do młodej i pełnej wewnętrznych rozterek nowicjuszki.

      – Przepaść? – pyta tamta jakby siebie, bo stara zakonnica jest tak głęboko przekonana do tego, co mówi, że i tak jej nie odpowie. – Dlaczego wiara ma być przepaścią?

      Nowicjuszka zna jednak inną przepaść, która jeszcze bardziej ją przeraża: utrzymującego się u niej od najwcześniejszego dzieciństwa stanu nadmiernego pobudzenia  seksualnego, ponieważ do chwili zamknięcia się w murach klasztornych była gorliwie praktykującą nimfomanką. Mówi, że kocha Boga do szaleństwa, ale obcowanie wyłącznie z Nim zdaje się jej w początkowej fazie nie wystarczać – nic dziwnego, przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Dno już jednak osiągnęła, więc przepaść bez dna wydaje jej się mimo wszystko bardziej kusząca… 

PS. W sztuce Dan Goggina Nunsense (Siostrunie) granej z powodzeniem nie tylko na Broadwayu (w Teatrze Muzycznym w Gdyni też) pewna nowicjuszka ma na szczęście inny dylemat: czy raczej nie zostać baletnicą? Niestety, jej pasja staje się zaraźliwa!

                       
00:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lutego 2009
O kobiecie, która czuje i myśli jak krowa

 Na szczęście (w nawiązaniu do poprzedniej refleksji) nie wszystkie kobiety czują i myślą tak jak tamta. Wystarczyło przełączyć się na inny program, firmowany przez renomowaną stację telewizyjną, i oto autentyczna historia o kobiecie autystycznej, która czuje i myśli jak krowa. Chętnie je trawę, więc zapewne w głębi duszy pragnie, żeby ktoś ją wreszcie wydoił! Szkoda, że taka kobieta jest tylko jedna. Wprawdzie krowiastych kobiet nie brakuje, ale najgorsze jest to, że w przeciwieństwie do tamtej wydaje im się, że czują i myślą jak kobiety…

                   

Jestem ciekaw, co czuje i myśli ta angielska Miss Piękności?
01:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2009
Czym jest prostytucja?
 Skoro już do działu „dla dorosłych” trafiłem, to przynajmniej jedna z moich refleksji powinna ten mój niezbyt świadomy wybór uzasadnić. A zatem: czym jest prostytucja? Prostytucja to uprawianie stosunków płciowych w celach zarobkowych. Taka jest podręcznikowa definicja nierządu, najzupełniej przejrzysta. Jak jednak nazwać kobiety, które w celach jak najbardziej zarobkowych pobudzają mężczyzn do orgazmu, nie uprawiając z nimi stosunków płciowych? Ba, nawet nie pozwalając im się dotknąć? Swoich klientów wprawdzie dotykają, ale jedynie po to, by założyć im na ręce i nogi różnego rodzaju pęta, po czym smagają ich biczem etc. Przyjrzałem się twarzy jednej z takich pań w trakcie udzielania przez nią wywiadu, w którym wyznała (po dwudziestu latach uprawiania przez nią tej trudnej do zaklasyfikowania profesji), że o jakimkolwiek zbliżeniu płciowym z ofiarami tych wyrafinowanych praktyk erotycznych nie mogło być mowy. Jest to oczywiste, bo nie o tak trywialnych sposobach zaspokojenia potrzeb seksualnych ten typ klientów marzy, ale mimo to twarz tej niezbyt jeszcze podeszłej w latach kobiety była twarzą kurwy na naprawdę bardzo zasłużonej emeryturze!

PS. Prezentowana poniżej scenka z zamkniętego klubu dla sadomasochistów obojga płci jest raczej aranżowana, ale takich klubów gromadzących śmietankę towarzyską jest mnóstwo na całym świecie (w Polsce zapewne też już istnieją), gdzie jeszcze nikt nikogo nie zaćwiczył na śmierć, ale na przykład polewanie nagich ciał gorącym woskiem jest pieszczotą dość często tam stosowaną.

      

08:36, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lutego 2009
Śpiesz się powoli!

    „Każdy ściga się ze swoim czasem. Im bardziej się śpieszysz, tym bardziej się spóźniasz” (Józef Szajna). Od pewnego czasu przestałem się śpieszyć – spóźniłem się w swoim życiu na tyle rzeczy, że niezbyt istotne staje się dla mnie, na co jeszcze zdążę…

              

                          Józef Szajna Ołtarzyk z Teatru Paniki

   Dopiero z chwilą założenia tego blogu uzmysłowiłem sobie (w spektaklach Szajny nie przewidziano chyba roli dla Pierwszego Naiwnego), że spóźniłem się także na okres pionierski polskiego blogierstwa – wśród milionów blogierów (mój laptop też widocznie szydzi z mej naiwności, ponieważ dwa ostatnie terminy związane z blogowaniem zmienił automatycznie na blagierstwa i blagierów!) mój głos nie dotrze zapewne do tych, dla których był przeznaczony. Mimo iż przy logowaniu specjalnie zaznaczyłem „dla dorosłych”, chcąc w ten sposób podkreślić, że nie będę tu pisał o tak zwanej „dupie Maryni”, co okazało się kolejną naiwnością, ponieważ wybór tej opcji miał świadczyć o tym, że właśnie takie tematy, niedozwolone dla osób poniżej osiemnastu lat, zamierzam w swoim perwersyjnym dzienniku poruszać! Być może polecać równocześnie usługi erotyczne godne nieodżałowanej pamięci markiza de Sade’a w prowadzonej  przeze mnie pokątnie Agencji Towarzyskiej!   

01:23, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lutego 2009
Ja w świecie i ktoś w świecie

     Człowiek odcięty od świata staje się podobno całym światem. Od świata odciąłem się prawie całkowicie. Jestem ciekaw, kiedy się nim stanę?

     Ktoś może powiedzieć, że „prawie robi różnicę”, ktoś daleki od takich tęsknot, w wygodnym fotelu przed telewizorem nie marzący o zostaniu słupnikiem, ktoś opróżniający prawdopodobnie kolejną puszkę piwa „Żywiec”, o czym mogłaby świadczyć replika na moją refleksję, wzięta żywcem z reklamy właśnie tego piwa.

                  

Jest to wprawdzie inna reklama tego piwa, mająca chyba świadczyć o tym, że po wypiciu większej  jego ilości staje się ono mieszanką wybuchową!

      Ktoś inny, kto być może jak ja w ogóle nie pije piwa i w dodatku nie ma telewizora, mimo iż nie zamierza odcinać się od świata, ponieważ łączy się z nim za pomocą internetu, mógłby zadać mi niewygodne pytanie: „Zetknąłem się przypadkowo z fragmentami jednej z pańskich książek, nie z tych ogólnie znanych, lecz jeszcze nieopublikowanych, którą pan nazwał Rozmowami z Krishnamurtim.  Skąd u człowieka o wręcz ascetycznej postawie znajomość reklam telewizyjnych?” Odpowiadam: staram się żyć prawie na odludziu, ale nie żyję przecież w amazońskiej puszczy, wśród Indian, do których nie dotarli choćby drwale ze swymi przenośnymi odbiornikami, zalewającymi las piosenkami i, rzecz jasna, reklamami właśnie w języku keczua! Przekonałem się bowiem na własnej skórze, że nigdy nie słuchałem radia, a znam wszystkie przeboje, nienawidzę reklam, a chcąc na przykład kupić pastę do zębów machinalnie sięgam po colgate total!

01:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2009
Chwała sparaliżowanym szczurom!

      Dedykuję ten wpis mojej wspaniałej przyjaciółce, po wypadku drogowym sprzed jedenastu lat sparaliżowanej prawie do szyi, która niezłomnie wierzy, że już niedługo będzie mogła nie tylko chodzić, ale i tańczyć. Otóż całkowicie przerwane w wyniku zmian zwyrodnieniowych rdzenie kręgowe u kilku szczurów zostały niedawno przez jednego z naukowców ponownie spojone za pomocą kawałka silikonowej przędzy pokrytej komórkami macierzystymi mózgu, dzięki czemu mogły one po niedługim czasie biegać w najlepsze nawet na uprzednio sparaliżowanych tylnych kończynach! Okazuje się bowiem, że rdzeń kręgowy zbudowany jest z tych samych komórek co mózg. U szczurołapów też. U niemowląt mózg powiększa się właśnie dzięki komórkom macierzystym, dlatego znany jest przypadek  medycznego cudu, gdy sparaliżowane po zatorze mózgowym maleńkie dziecko powróciło bez ingerencji medycyny do pełni fizycznego zdrowia. U osób starszych, z braku owych komórek macierzystych, jest to niemożliwe, no, ale nie tylko sparaliżowanym szczurom można je dostarczyć – i nawet gdyby owe cudotwórcze komórki macierzyste połączyły przerwane elementy rdzenia kręgowego w sposób jak najbardziej dowolny, to mózg poradzi sobie z tym bez trudu, uruchamiając inne połączenia! Po tym odkryciu nawet najbardziej do tej pory sceptyczni neurologowie, którzy twierdzili, że jest to absolutnie niemożliwe, spuścili wyraźnie z tonu, natomiast pragmatycy każą entuzjastom poczekać jeszcze kilka lat z odtrąbieniem tej naprawdę Dobrej Nowiny. Zaledwie kilka lat! Dla milionów nieszczęśników! A zatem paraplegicy wszystkich krajów – łączcie się z moją sparaliżowaną przyjaciółką w nadziei, nie będącej tym razem matką głupich!  

PS. Oto książka-bestseller Szczur mego przyjaciela Andrzeja Zaniewskiego, przetłumaczona na ponad trzydzieści języków. W Polsce można również kupić płytę CD, gdzie tę książkę czyta Arkadiusz Bazak.

                     

04:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009
O Wielkim Wybuchu i słuchu absolutnym

 

    Nasze ciała w czasie życia płodowego odwzorowują wszystkie fazy ewolucji, które przeszliśmy od trzech miliardów lat! Co do tego uczeni są zgodni. Ja też jestem o tym przekonany, jednakże według mnie odwzorowują one także fazy wcześniejsze, począwszy od Wielkiego Wybuchu. Skąd ta rozbieżność? Ano stąd, że uczeni raczej nie dysponują słuchem absolutnym… Ha!

PS. Załączony poniżej obrazek to tylko ilustracja wybuchu promieni gamma we Wszechświecie, musicie mi jednak uwierzyć na słowo, że śladów po Wielkim Wybuchu astronomowie odkryli już bardzo dużo.

                
13:36, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lutego 2009
Jasne jak Słońce, choć malowane raczej w ciemnych barwach

    Słońce ma dopiero niecałe pięć miliardów lat  i zanim stanie się czarnym karłem musi minąć tyle samo lat. Z tego mogłoby wynikać, że mamy przed sobą, jako ludzki gatunek, prawie wieczność. Ale nawet jeśli wcześniej nie wydarzy się jakaś kosmiczna katastrofa (pomnijmy na los dinozaurów), to po upływie miliarda lat nasze życiodajne słońce przemieni się w śmiercionośne: nie przetrwamy nawet na dnie oceanów, gdzie narodziło się wszelkie życie, bo oceany wyparują!

PS. Gdybym chciał zilustrować, jak będzie wyglądało nasze Słońce, gdy wszystkie źródła energii na nim zostaną wyczerpane i gdy osiągnie temperaturę na tyle niską, by jego materia w wyniku krystalizacji mogła stać się ciałem stałym, czyli czarnym karłem, musiałbym dać czarny kwadrat, ponieważ będzie ono niewidoczne. W procesie ewolucyjnym każdej gwiazdy: od Czerwonego Olbrzyma (takim olbrzymem jest Słońce nadal), poprzez białego (za trzy miliardy lat) aż do czarnego (za cztery miliardy lat) karła, poza etapem pierwszym widzialny jest również etap środkowy tego procesu, który na przykładzie już dogasającej gwiazdy, Syriusza A i B, pokaże, jak będzie wyglądało Słońce jako biały karzeł, świecąc jeszcze przez około miliard lat, ale już nie dla nas, Ziemian, chyba że uda nam się uciec na inną planetę, zbliżoną parametrami do naszej, jako że cudownym trafem udało jej się znaleźć w odpowiedniej odległości od innego Czerwonego Olbrzyma, a następnie skierować radioteleskop podobny do Hubble’a w kierunku wygasającego Słońca.

                                                                 

                                              Biały karzeł

10:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Na marginesie (dość długim) smoka wawelskiego

      Najnowsze badania genetyczne (DNA) wykazały niezbicie, co podejrzewano już od dawna, że to Afryka jest miejscem narodzin gatunku homo sapiens. Najstarsze znaleziska wskazują, że pierwsze małpoludy pojawiły się tam prawie trzy miliony lat temu, ale dopiero w połowie tego okresu i już jako mięsożercy przyjęły pozycję całkowicie wyprostowaną.  Nie jestem prof. Maciejem Giertychem, który po podważeniu teorii ewolucji wystąpił z kolejną rewelacją,  twierdząc, że Polacy (Wszechpolacy?) musieli żyć współcześnie z dinozaurami, skoro widzieli smoka wawelskiego. W przeciwieństwie do tych, którzy wybrali go do Europarlamentu, częstokroć skrajnych rasistów, nie wzdragam się na myśl, że pochodzę w prostej linii i od małp, i od afrykańskich przodków, zwanych z grubsza przez owych rasistów „czarnuchami”. I nie zamierzam podważać tych badań tylko dlatego, że nie objęto nimi Polaków, co prof. Giertych zapewne nie omieszka wykorzystać.  Zdumiewa mnie jednak, że moi przodkowie zasiedlali czarny kontynent tak długo, bo pierwsze migracje stamtąd miały miejsce dopiero sto tysięcy lat temu. W kolejności: Bliski Wschód, Europa i Azja, wyspy Pacyfiku, Ameryka (przez cieśninę Beringa). Kto wygnał potomków czarnego Adama i czarnej Ewy z tamtego raju? A raczej co?  Przeludnienie? Susza? Głód?

              

PS. Ten, kto komentował powyższy rysunek, widać, że niechętnie przyznający się do swego małpiego rodowodu, zadał pytanie stare jak świat po Darwinie: Dlaczego „niższa rodzina małp istnieje do tej pory, a nie ma ani jednego „wyższego” od nich „małpoluda”? Nie wiem, czy ten człowiek, który w przeciwieństwie do innych istot człowiekowatych od razu urodził się biały i średnio owłosiony (reszta włosów na głowie wypadła mu z powodu wypacania resztek mózgu na tego typu dylematy), jest aż tak ograniczony i ślepy, że nie dostrzega wyższych małpoludów na każdym niemal kroku. Nie myślę przy tym o przypadkach klinicznych z ogonami nie tylko szczątkowymi, z zębami i sierścią jak u King Konga (miałem kiedyś takiego sąsiada), ale o ludziach spotykanych przeze mnie aż za często i na wsiach, i w miastach, których możemy obejrzeć sobie także podczas transmisji z zawodów strongmenów czy obrad sejmowych!

                                  

 King Kong. Oraz inni z podgrupy kingkongoviensis 

 

14:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2