RSS
sobota, 25 stycznia 2014
Opowieść wystrugana z lipowego drewna

 

W Iwoniczu-Zdroju, po zejściu w dół ul. ks. Jana Rąba (od wszystkich sanatoriów położonych na zboczu Góry Winiarskiej) przechodzimy tuż przed drogą główną na drugą stronę, tam gdzie jest kawiarenka z bankomatem od frontu. Nieco dalej znajduje się „Pracownia rzeźby ludowej J. Jakubowicz”. Chciałem tam zajrzeć dawno temu, ale zrobiłem to dopiero na początku grudnia 2013 roku w oczekiwaniu na skany zdjęć potrzebnych mi do jakiejś książki, które zamówiłem u fotografa obok.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Pracownia.JPG

 

Ta pracownia jest nadal czynna, mimo iż pan Józef zmarł 15 lat temu. Strażniczką jego pamięci jest prawie 98-letnia (urodzona 30.03.1916) pani Wilhelmina, która codziennie przychodzi do pracowni z domu oddalonego stąd o dwieście metrów, mimo iż potencjalni klienci zaglądają tu niezwykle rzadko, a jeszcze rzadziej cokolwiek kupują, bo „ludzie nie mają pieniędzy”, co jest nieprawdą, gdyż w podcieniach pod Pijalnią czy w sanatoriach nabywają tysiące niepotrzebnych rzeczy za znacznie większe pieniądze, ale pani Wilhelmina cierpliwie na nich czeka przed południem i po południu (z przerwą na obiad), pogodnie uśmiechnięta, wdzięczna za to, że ktoś do niej od czasu do czasu zagada.

Wszedłem do pracowni z głośnym „Niech będzie pochwalony…”, ponieważ wiedziałem, że pani Wilhelmina niedosłyszy.

– Na wieki wieków… Czy pan jest tu na kuracji?

– Nie, mieszkam w Zdroju od prawie siedmiu lat...

– Tak mi się wydawało, że już gdzieś pana z tymi kijkami widziałam, ale myślałam, że pan tu przyjeżdża na kurację częściej... Proszę sobie pooglądać, co pan chce, bo bardzo rzadko ktoś tu zachodzi, a ostatni talerz za 35 zł, w czystym drewnie lipowym, bo te kolorowane są po 45, sprzedałam chyba ze dwa lata temu...

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Pani_Wilhelmina.jpg

 

Zacząłem rozglądać się po pracowni nadal wypełnionej gotowymi pracami. Talerze duże, bardzo ładna robota snycerska, pan Józef Jakubowicz chyba w grobie się przewraca, bo sprzedawał je kiedyś za większe pieniądze i nie narzekał na zbyt.

Najwięcej jest talerzy. Na półeczce widnieją drewniane naczynia, wokół nich ustawione są rzeźby w ramkach. Wszystkie wystawione przedmioty obrobione są bardzo starannie. Dlatego mój wzrok omiótł ze zdziwieniem spory kloc noszący zaledwie ślady po kilkudziesięciu cięciach dłutem. I być może dlatego podpierający blat długiego stołu po prawej stronie od wejścia, blisko drzwi. Machinalnie dotknąłem go ręką.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ostatnie_uderzenia_dluta.jpg

 

 

– To ostatnia robota mojego męża, zaczął ją wieczorem, ale marnie się czuł i wrócił do domu, a rano wstał z łóżka, przewrócił się, bo miał zawał, i po chwili już nie żył...

Mój wzrok przeniósł się na stojącą tuż przy drzwiach pełną rzeźbę skleconą z naturalnego tworzywa leśnego (uproszczona sylwetka człowieka z nogami wsadzonymi w dorobione buty; u góry czapka włóczkowa w brązowym odcieniu). Pani Wilhelmina śledziła każdy mój ruch, więc nie musiałem na nią wskazywać palcem.

– Bardzo fajna, ale ta czapka niezbyt pasuje, powinna być z dużej huby drzewnej...

– To była czapka grzybowa, ale robaki ją zjadły. Tę rzeźbę chce wziąć wnuczka, gdy po studiach w Krakowie tam się urządzi...

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mial_kiedys_czapeczke_grzybowa_ale_robaki_ja_pozarly.jpg

 

– Nie dziwię się, bo sam bym chciał ją mieć...

– Nie jest do sprzedania... Tamte rzeźby w ramkach są po 50 złotych, a ta duża za 70, ale i tak nikt nie chce kupować...

– To dlaczego pani tu siedzi, w domu byłoby wygodniej...

– Mój świętej pamięci mąż lubi, jak tu przychodzę, a może i sam tu zagląda, bo niedawno wylała się zielona bejca, widocznie chciał sprawdzić, czy nadaje się jeszcze do użycia...

– Widać, że jest pani prawie wiekowa...

– Prawie, bo rozpoczęłam 98 rok życia, ale czy doczekam do 100, nie wiem...

– Zdumiewająca jest pani żywotność, kilkakrotnie widziałem panią, jak żwawo idzie pani do pracowni...

– Codziennie rano i wieczorem chodzę do kościoła i modlę się o zdrowie, nie o długie życie, bo po śmierci męża moje życie jest bardzo smutne...

– Ma chyba pani dzieci?

– Mam, czworo, dwie córki i dwóch synów. Mieszkam w domu za sklepem „Jedynką” z synem, synową i wnukami, ale sam pan wie: młodzi mają swoje życie, a skoro sama sobie radzę i nie wymagam opieki, to szczególnie się mną nie przejmują, ale to i dobrze, bo nie chciałabym nikomu być ciężarem. Najlepiej tak jak mój mąż – wstać z łóżka i spokojnie przenieść się na tamten świat...

– Muszę już iść do fotografa, ale jeszcze tu zajrzę, sam nie mam miejsca u siebie na takie rzeźby, ale postaram się kogoś namówić na kupno choćby talerza z motywem liściastym, widać, że od Łemków mąż musiał zaczerpnąć wzory...

– Jak był młody, to tam zachodził... Niech pan koniecznie przyjdzie, przynajmniej będzie można do kogoś zagadać. A gdzie pan mieszka?

– W „Zofiówce”...

– To niedaleko stąd, zapraszam...

 

Przesłałem opis tego spotkania mojej córce Joannie. Była zachwycona, a ponieważ miała zamiar przyjechać do mnie z dwiema moimi wnuczkami, Julią i Basią, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, chciała koniecznie spotkać się z panią Wilhelminą. 22 grudnia pracownia była nieczynna, a córka musiała wyjechać nazajutrz o godz. 16:30. W przeddzień Wigilii zaglądnąłem o godzinie 11 przez wystawową szybę pracowni, gdy córka z wnuczkami brała masaże u pani Rimmy Stareńczak (tel. 601597906, polecam!), i ujrzałem w głębi na krześle znajomą sylwetkę. Umówiłem się z panią Wilhelminą na godzinę 14, bo o 12 zamierzała pójść do domu na obiad. Na wszelki wypadek zaznaczyłem, że moja córka chce coś kupić – talerz, kubek albo wazonik toczony w drewnie.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Naczynia_drewniane.jpg

 

A oto, czego dowiedzieliśmy się w trakcie tego spotkania. Pani Wilhelmina z d. Królicka pochodzi z Rymanowa, jej ojciec był inżynierem budowlanym, przed wojną budował w Zdroju między innymi „Excelsior”, więc pani Wilhelmina często bywała tu na koncertach czy występach organizowanych przez hrabiostwo Załuskich. To wtedy spotkała swego przyszłego męża, Józefa, który też pochodził z Rymanowa, ale bliżej zapoznała się z nim właśnie tutaj. Był z zawodu stolarzem, przy samolotach w Warszawie pracował, a potem przeniósł się do Iwonicza-Zdroju, gdzie oprócz robienia prac stolarskich na obstalunek, zajął się rzeźbą ludową. Ale to ojciec dał jej pieniądze na budowę tego domu, gdzie z przodu znajduje się pracownia, a na tyłach mieszkają jej córki z zięciami.

Kupiliśmy trzy talerze za sto złotych, pani Wilhelmina była uszczęśliwiona. Złożyliśmy jej życzenia świąteczne i noworoczne, obiecując, że w 2014 też ją odwiedzimy. A w 2016, gdy ukończy sto lat, złożymy jej życzenia dwustu lat. Zamachała rękami.

– Tak długo nie zamierzam żyć, ale do setki chciałabym dociągnąć, bo nie wszystkim to się udaje.

Po wyjściu z pracowni musieliśmy po kilku minutach zawrócić, bo pozostawiliśmy tam nasze kijki leszczynowe. Pani Wilhelmina z marzycielską miną siedziała w tym samym miejscu, wygładzając artretycznymi palcami stuzłotowy banknot. Poruszała ustami, jakby rozmawiała ze swoim zmarłym mężem. Mogła mu wreszcie donieść, że ktoś na tyle docenił jego pracę, że postanowił kupić aż trzy talerze, bo nie chodziło przecież o pieniądze!

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Talerze_.jpg

 

Wcześniej moja córka robiła jej zdjęcia, którymi ten post zilustrowałem. Pani Wilhelmina pozowała do nich z wyrozumiałym uśmiechem, ale była wyraźnie zażenowana, gdy powiedziałem, że napiszę o niej na moim blogu: „Kogo dziś obchodzi rzeźba ludowa albo taka stara kobieta jak ja?”.

 

 

                                                                  (Fot. Joanna Jagiełło)

 

 

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



01:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 stycznia 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 40)

 

Patrick White Wóz ognisty. PIW 1965

 

[Jeszcze ktoś pomyśli, że nawiązałem cichą współpracę z portalem „gej, les, bi i trans”! Kolejny wielki pisarz, który był gejem, Patrick White (1912-1990), australijski prozaik, poeta i dramaturg, laureat literackiej Nagrody Nobla (1973), przed pięćdziesięciu laty będący dla mnie prawdziwym objawieniem. Jako początkujący poeta niezwykle rzadko zazdrościłem komuś talentu pisarskiego – on był jednym z nich.

Urodzony w Londynie i wykształcony w Anglii, nie odniósł tam sukcesów ani jako poeta, ani prozaik i nawet okresowo zerwał z literaturą. Wrócił do niej na dobre dopiero dziesięć lat po powrocie do Australii, kraju swoich rodziców. I ten powrót do korzeni okazał się niezwykle owocny – akcja wszystkich jego książek, dzięki którym zdobył rozgłos światowy, rozgrywa się właśnie tam, na Antypodach – w jedynym kraju na świecie, który obejmuje cały kontynent.

W starożytności był to kontynent legendarny, umieszczony przez Ptomeleusza na jego słynnej mapie jedynie z tego względu, że dla równowagi kuli ziemskiej, ściślej: Eurazji, musiał istnieć na półkuli południowej kontynent o podobnych rozmiarach, równoważący ciężar północnej masy lądowej. I okazało się, ale dopiero w wieku szesnastym, iż rzeczywiście istniał, choć nie tak ogromny jak przypuszczano. Anglicy zawładnęli nim dopiero w wieku osiemnastym (wyprawy Jamesa Cooka), a osadzając tam swoich skazańców, złodziei i rzezimieszków, odebrali na pewno Holendrom chęć do dopominania się o zwrot Nowej Holandii.

Patrickowi White’owi przyznano Nagrodę Nobla „za epickie i psychologiczne mistrzostwo, dzięki któremu odkryty został nowy literacki kontynent” (tym razem nie będę się przyczepiał do drobnych nieścisłości w przekładzie z języka szwedzkiego, gdyż mniej więcej tak brzmiało uzasadnienie). W moim zeszycie dawnych lektur znalazły się tylko dwie jego książki, bo do innych nie miałem wtedy dostępu, ale nie tylko ja jestem zdania (później przeczytałem Drzewo człowiecze, Węzeł, Wiwisekcję czy Przepaskę z liści), że najwybitniejszym utworem w jego pisarskim dorobku jest jednak Wóz ognisty].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Patrick_White.jpg

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Woz_ognisty_I.jpg

 

 

William Blake: „Czy postępuje uczciwie ten, kto opiera się natchnieniu swego geniusza lub sumienia w imię chwilowej tylko wygody lub korzyści?”.

[Natchnienie „geniusza” (osoby) czy „geniuszu” (zdolności)? Tak czy siak brzmi to trochę pompatycznie, ale William Blake był genialnym poetą i malarzem, a nie genialnym wynalazcą jak Thomas Edison, który kwestię przez tamtego mistyka podniesioną ujął tak: „Geniusz to wynik 1 procenta natchnienia (inspiration) i 99 procent wypocenia (perspiration)”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/William_Blake_003.jpg 

William Blake Wielki czerwony smok i niewiasta obleczona w słońce

 

 

W gruncie rzeczy olśnienie znaczy tyleż samo co oślepienie.

[Na gruncie zjawisk fizycznych jest tak na pewno, a zajmuje się tym fotometria. Takie olśnienie powoduje zawsze uczucie przykrości i niewygodę widzenia. Jeśli zaś chodzi o procesy twórcze, to artysta doznający nagle olśnienia odczuwa euforyczną radość, gdyż wreszcie dostrzega rozwiązanie problemu, który spędzał mu sen z oczu. Tego rodzaju olśnienie można nazwać jasnowidzeniem, natomiast w sferach uczuciowych prowadzi ono najczęściej do zaślepienia].

 

Wierzę. Nie umiem powiedzieć w co, tak jak nie umiem powiedzieć, czym jestem. To za trudne. Nie mam daru. Daru słów. Ale tak wierzę! Wierzę w to, co widzę, i w to, czego nie mogę zobaczyć. Wierzę w grzmoty i błyskawice, w wilgotną trawę, w plamy światła, w ciszę. Jest tyle dobrych rzeczy. Na ziemi. Wszędzie.

[Głęboko ludzkie wyznanie wiary. Nie trzeba pod nie podkładać żadnych desygnatów abstrakcyjnych. Obiekt, o którym można zgodnie z prawdą powiedzieć, że jest psem, jest desygnatem słowa „pies”, a nie „jednorożec”].

 

Kto czeka, ten w końcu osiąga przedmiot pragnień w tej lub innej postaci.

[Jeśli przedmiotem pragnień jest najogólniej mówiąc kobieta, to byłoby lepiej, żeby objawiła się nam w postaci możliwie najmniej szkaradnej].

 

Kto wydaje osąd, ten się spod niego siłą rzeczy wyłącza.

[Nawet jeśli ktoś powie o kimś „jesteś świnia”, to wstrzymajmy się z dezaprobatą, bo może się okazać, że osądzający jest jeszcze większą świnią, względnie że osądzany jest świnią z idealistycznych pobudek – wierzy, że dzięki temu inni nie będą mogli się aż tak ześwinić].

 

Szczęście nigdy się nie powtarza, każde trzeba na nowo przeżyć i na nowo uświęcić.

[Trzeba je codziennie przeżywać na nowo i uświęcać na nowo, bo może się nigdy nie powtórzyć, chyba że ktoś ma wyjątkowe szczęście do szczęścia].

 

Słowa nie przekonują wątpiących.

[Oczywiście byłoby lepiej, żeby za słowami zawsze szły czyny, ale okazuje się, że nie zawsze. „To, co dziś powiemy, będzie zapomniane, ale to, co uczynimy, będzie trwało tysiąc lat”. Adolf Hitler mówiąc to myślał o Tysiącletniej Rzeszy, która po dwunastu latach rozpadła się w gruzy].

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Drezno.jpg

Drezno, śmierć miasta po nalocie dywanowym

 

 

Sądzę, że was nie powinien obejmować powszechny wyrok. To my nie możemy uniknąć zbiorowego potępienia.

[Jeśli powszechny wyrok został wydany przez sąd powszechny, to można się od niego odwołać. Gorzej jest ze zbiorowym potępieniem – nie ma od niego odwołania].

 

My jesteśmy jednością. Żadna nawet najmniejsza cząsteczka nie odpada bez szkody dla całości.

[Po co to „my”? Odmiana czasownika „być” w języku polskim nie każe w pierwszej osobie liczby mnogiej czasu teraźniejszego dodawać tego „my”, tak jak i „ja” w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Maria Dąbrowska, znakomita stylistka, była przerażona, gdy zobaczyła stenogram swego przemówienia wygłoszonego w Związku Literatów Polskich, ponieważ roiło się tam od „ja”. Paskudny egotyzm!

A jeśli chodzi o resztę? W filozofii „jedność” oznacza „niepodzielność”, więc objaśnianie, że odpadnięcie jakiejś jej cząstki odbywa się ze szkodą dla całości, jest zbędne, gdyż oczywiste].

 

Duchowa wiara stanowi również czynną siłę. Toteż ona właśnie zaludnia świat po każdej próbie zniszczenia go, podejmowanej przez ludzi czynu.

[Ten krótki wywód jest zbieżny z tym, co i ja myślę na ten temat. Mam tylko jedną obawę: oby takie myślenie nie stawało się coraz bardziej idealistyczne!].

 

Wędrował przeciw biegowi rzek ku źródłom.

[Należy mieć nadzieję, że nie były to rzeki okresowe, bo wówczas mógłby dojść jedynie do źródeł zwątpienia].

 

Od spowiedzi zawsze się odchodzi ze świadomością, że nie wszystko zostało wyznane.

[Instytucja spowiedzi została wprowadzona do Kościoła dopiero w roku 1215 na Soborze IV Laterańskim. Tajemnica spowiedzi jest w świetle przepisów Kodeksu Prawa Kanonicznego nienaruszalna, ale spowiadający się doskonale wiedzą, że przepisy przepisami, a życie życiem – ułomni są nie tylko oni, spowiednicy też. O tym, że lepiej jest naruszać tę tajemnicę w głębokiej tajemnicy, świadczy przykład sycylijskiego księdza, ojca Michele di Stefano, zatłuczonego motyką za to, że podczas swoich kazań wytykał parafianom grzechy, z których zwierzali mu się na spowiedzi. Wprawdzie starał się to robić tak, żeby nie naruszać tej tajemnicy bezpośrednio, bo groziłaby mu za to ekskomunika, ale i tak wszyscy mieszkańcy tej małej wioski wiedzieli, o kogo chodzi, więc jeden z nich, prosty chłop niezbyt czuły na tego typu subtelności prawne, wpadł po prostu w szał i poszedł na plebanię z motyką, by wielebnemu plotkarzowi dać nauczkę].

 

Wszystkie fale stapiają się z sobą, a wszystkie gwiazdy są cząstkami jednego światła.

[Jest to zdanie przecudnej urody, ale jeśli chodzi o fale, to na pewno nie stapiają się ze sobą te, które pustoszą lądy. A jeśli chodzi o gwiazdy? Czy nawet te połączone we wspólne gromady czy galaktyki są oby cząstkami jednego światła? Czy raczej obłoku molekularnego – chmury materii składającej się zazwyczaj z wodoru, a także helu oraz śladowych śladów ilości cięższych pierwiastków? W wyniku Wielkiego Wybuchu czarna noc wszechświata została rozświetlona wieloma kulami eksplozywnego światła, ale zanim wyłoniły się z nich gwiazdy, musiała najpierw poszerzyć się przestrzeń dla nich. Do ich powstania potrzebne były także: czas, materia oraz energia wraz ze swymi oddziaływaniami].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/wizerunekwielkiegowybuchuwkosmosie.jpg

 

 

Rzeczywistość, która przestała być rzeczywista.

[W pierwszej chwili wydawało mi się, że chodzi o rzeczywistość rozszerzoną, czyli o system, który łącząc świat rzeczywisty ze światem generowanym komputerowo, czyli z rzeczywistością wirtualną, powinien mieć zastosowanie jedynie w świecie fikcji, a okazuje się, że wykorzystywany jest w różnych obszarach nauki i biznesu, więc chodzi zapewne o rzeczywistość nierzeczywistą, tworzoną u nas od dłuższego czasu przez dziennikarzy i polityków różnych opcji, poruszających się w zgodnym rytmie piosenki Z prawa do lewego; mimo różnicy zdań biesiada jest bowiem wspólna, po której wszyscy zwalają się pod stół].

 

Jest taki punkt, który już nie jest punktem wyjścia.

[Najważniejsze, żeby stał się punktem dojścia].

 

Ogień i światło to ruch.

[Wystarczy popatrzeć na buchające pod niebo płomienie czy pożar łąk i nieużytków podczas silnego wiatru. Jest to ruch w interesie tych, których chcenie ogranicza się wyłącznie do brania dotacji unijnych, a nie do koszenia traw.  A jeśli chodzi o światło? Jego prędkość nie wszystkim jest znana, natomiast wszyscy wiedzą, że jest to ruch w interesie tych, którzy ustawicznie podnoszą opłaty za światło].

 

Aniołowie są zamaskowanymi szatanami.

[Ho, ho, czyżby te o skrzydłach jeszcze nieskazitelnie białych pozazdrościły Arielowi, Belzebubowi, Lewiatanowi, Mefistofelesowi, Regentowi czy Szatanowi? W sumie chyba stu czterdziestu znanym z imienia aniołom upadłym o maści raczej czarnej, gdyż za to, że radykalnie i nieodwołalnie sprzeciwiły się Bogu, wykorzystując otrzymaną od Niego wolną wolę, zostały strącone do piekieł. Należy mieć nadzieję, że nie dojdzie do kolejnego buntu w niebie. Bunt w piekle też nie byłby wskazany – wystarczą nam na ziemi te piekła, które już mamy].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Upadlyaniol.jpg

 

 

Oskarżenia są często wyznaniem winy.

[Szkoda, że nie głośnym, tak jak to się dzieje przy ogłaszaniu wyroków].

 

Cisza jest śmiercią muzyki.

[Marek Niedźwiecki, znany dziennikarz muzyczny, powiedział, że „muzyka jest ciszą, w której słychać muzykę”. Dlatego dwupłytowy album, którego był pomysłodawcą, nosi tytuł Muzyka ciszy].

 

 

                              Żywi i umarli. PIW 1966

 

Wszystko albo było tajemnicą, albo nie miało sensu.

[Jeśli coś nie ma sensu, to lepiej, żeby na zawsze pozostało tajemnicą].

 

Samotny, nie był jednak sam, łącząc w sobie tematy wielu innych ludzkich istnień.

[Nawet tych, które jeszcze nie zaistniały! Jesteśmy bowiem frazą zamkniętą, ale i otwartą w wielkiej symfonii istnienia – o układzie jak najbardziej klasycznym, tyle że o zmiennych motywach przewodnich].

 

Miłość na początku i u kresu zawsze jest rozpaczą.

[W moim przypadku miłość zawsze była na początku szczęściem, mimo iż po pierwszym rozczarowaniu miłosnym powinna być rzeczywiście rozpaczą, gdyż można się było domyślać, jaki będzie jej kres, ale jedynie masochista jest zdolny do snucia takich myśli w momentach miłosnego oczadzenia, którym towarzyszy uczucie euforii].

 

Człowiek nienawidzi własnej świadomości, gdy wyprzedza ona jego decyzje.

[Należałoby dodać: jeśli są to decyzje sprzeczne z jego pragnieniami. Ale jakże trudno je podjąć!].

 

Bała się własnego ciała, wciąż jeszcze pragnącego ofiarować to, czego już nikt nie chciał przyjąć.

[Jest to dramat wielu starych kobiet. Niedawno opowiadałem komuś o autentycznej historii, która wydarzyła się w latach mojej młodości. Przez pewien czas opiekowałem się domem, w którym mieszkała prawie stuletnia dama. Jej mąż zginął tragicznie, gdy miała dwadzieścia lat. Był jej jedyną miłością, nie chciała znać innych mężczyzn. Dzieci nie mieli. Staroświeckie suknie, bardzo skromne, skrywały jej ciało, o którym zacząłem myśleć dopiero wtedy, gdy w trakcie jednej z rozmów powiedziała nagle: „Może mi pan nie wierzyć, ale mam ciało młodej kobiety”. I w jej oczach ujrzałem pragnienie, żeby mi je ofiarować! Obciągnęła przy tym suknię w okolicy serca, żeby uwydatnić pierś, drżały jej ręce. Nie odpowiedziałem na jej pytające, niemal błagalne spojrzenie i pod jakimś pretekstem poszedłem do siebie na górę. W ciągu kilku kolejnych dni zacząłem jej unikać, bo ciągle powtarzała to samo, z coraz większą rozpaczą: „Może mi pan nie wierzyć…”. Stało się to jej obsesją, zaczęła stroić się w suknie letnie, mimo bardzo chłodnej pory późnojesiennej. Odsłaniały one coraz więcej, ponieważ je skracała i odpowiednio drapowała. Umykałem przed nią po całym domu, ale żwawo podążała za mną z zalotną minką i z ruchami coraz bardziej tanecznymi, jakby chciała mi zademonstrować taniec brzucha. Kiedy schroniłem się przed nią w ogrodzie, dopadła mnie i tam, tym razem mając na sobie jedynie zwiewny, prawie przeźroczysty peniuar, ale ku jej wyraźnemu rozczarowaniu uciekałem wzrokiem gdzieś w bok. Wieczorem dostała wysokiej gorączki i na drugi dzień zmarła. Jej ciało, umyte przez dwie siostrzenice, spoczywało przez trzy dni w pokoju sypialnym przykryte białym prześcieradłem. Starałem się odgadnąć jego kształt, utajony w żółtawym blasku gromnic, gdy tamte, też już stare kobiety, smętnie zawodziły lub odmawiały różaniec, i nie mogłem odgonić od siebie myśli, którą przecież sama we mnie wszczepiła! Sprawdzenie, czy rzeczywiście jest ono ciałem młodej kobiety, było jednak nierealne do momentu, gdy w oczekiwaniu na trumnę wyszliśmy przed dom. Pod pretekstem, że muszę na chwilę pójść do toalety, wpadłem do pokoju sypialnego i uniosłem prześcieradło – zmarła dama mówiła prawdę! A ja tylko spełniłem jej ostatnią wolę!].

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Stara_kobieta_i_morze.jpg

Stara kobieta i morze

 

 

Dla człowieka nie ma granic.

[Właśnie tam, gdzie prowadziłem te lekturowe zapiski, otrzymałem pewnego dnia list od malarza akwarelisty a) w kręgu nabywców jego dzieł znanego pod arystokratycznym nazwiskiem ukradzionym zmarłemu w obozie koncentracyjnym współwięźniowi, b) powszechnie znanego jako fałszywy lekarz w stopniu pułkownika. Ten list był lakoniczny i zawierał tylko jedno zdanie: „Człowiek powinien wyznaczyć sobie granice, których nie wolno przekraczać”.

O tym, że tej postaci sobie nie wymyśliłem, świadczy piękna akwarela, którą otrzymałem od niego w podarunku z obszerną dedykacją na odwrocie, opatrzoną datą 21.VIII.1965 i zaczynającą się od: „Januszowi Roszkowskiemu, genialnemu myślicielowi…”. Hm, bardzo młodemu człowiekowi, którym wtedy byłem, musiało to niewątpliwie pochlebiać].

 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Janusz_017.jpg

Zdjęcie z tamtego okresu

 

 

                                                        Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.

 



03:54, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »