RSS
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Lalka Anioła (cz. 2)

     Wracajmy jednak do inscenizacji Lalki Anioła w macierzystym teatrze Koczergina – z jego scenografią. Na zapytanie, czy jako autor książki zadowolony jest z jej scenicznego obrazu, odparł: Bardzo, chociaż w pierwszej chwili pomysł mocno mnie zaskoczył. Reżyser i jednocześnie autor scenariusza wykorzystał z tomu sześć opowiadań nie zmieniając ani słowa, w tym opowiadanie tytułowe, a także „Botaniczną Giselle” i „Kapitana”. Aktorzy grają po kilka ról, ale w każdą, najmniejszą nawet, wkładają własne dusze. Myślę, że właśnie to przyniosło sukces. Była to zatem, Pawle, typowa składanka możliwa do zrealizowania jedynie tam, w Petersburgu, gdzie dla każdego widza topografia miejsca akcji (np. 1. Linia Wyspy Wasylewskiej bliżej Prospektu Północnego, Średni czy Wielki Prospekt z innymi Liniami i z co najmniej dwudziestoma piwiarniami oraz knajpami, wyznaczającymi codzienną marszrutę Kapitana) jest oczywista i uruchamia od razu wyobraźnię przestrzenną, a dla wielu innych czas akcji i osoby w niej uczestniczące są znane jeśli nie z autopsji, to na pewno z ustnych przekazów, z których na pewno musiał korzystać również sam Koczergin.

       

 

                

 

              

                            Zdjęcia z tego spektaklu

 

     Dla naszych widzów byłaby to egzotyka. Zapewne znacznie żywiej by reagowali, gdyby na patelni teatralnej odsmażono rodzimą składankę w postaci Dziś do ciebie przyjść nie mogę, która przed mniej więcej trzydziestu laty ściągnęła na ponad dwieście przedstawień w Teatrze Ludowym w Krakowie, czyli w Nowej Hucie, niemal dziewięćdziesiąt tysięcy widzów. Jej premiera odbyła się w roku 1974, w dwa lata po tym, jak Koczergin został głównym scenografem Wielkiego Dramatycznego Teatru im. G.A. Towstonogowa w St. Petersburgu. Ale Lalka Anioła nosi podtytuł nie Z teki scenografa, lecz rysownika. Otóż dwadzieścia lat wcześniej, w roku 1952, a więc niemal tuż po powrocie do rodzinnego miasta z siedmioletniej włóczęgi i po tym, jak zakosztował złodziejsko-paserskiego chleba (matkę Bronię przez dwa lata po wyjściu z łagru nikt nie śmiał zatrudnić), piętnastoletni Koczergin został „z marszu” uczniem od razu trzeciej klasy leningradzkiej plastycznej szkoły średniej, gdzie oczywiście uczył się rysunku.

     To zapewne wtedy narysował dla Wani Żyda marmurową rzeźbę z Ogrodu Letniego pt. Piękność, by kaleki włóczęga mógł prowadzić ze swoją panią intymne rozmowy. Ale chleb na stare lata miało zapewnić uczniom kreślarstwo. Chyba nie tylko chleb, bo wykładowca tego przedmiotu, jeden z „antyków” w tej szkole przezwiskiem Formatka, dodawał śpiewnie swoim słabiutkim starczym głosem: „Ja mogę zbudować dom… Ja mogę zabić człowieka… Ja wszystko mogę…” – z powodu zapewne znacznego pomieszania zmysłów nie bojąc się wchodzić w kompetencje Wąsatego, którego portret wisiał na ścianie każdej klasy, w czasach gdy w Rosji „łatwiej było posadzić człowieka niż drzewo”.   

     Matka Bronia, dzieląc się tą złotą myślą, wiedziała nie tylko, co mówi, ale i jak (kanieczno konspiracyjnym szeptem) przekazać to jedynemu żyjącemu mężczyźnie w rodzinie, dla którego była gotowa zmyć dodatkowo kilka podłóg, by kupić mu na życzenie wykładowcy obowiązkowy komplet dwudziestu jeden ołówków i starannie je zatemperować. Na studiach, które rozpoczął trzy lata później, być może właśnie nimi narysowane szkice na tematy gogolowskie zwróciły uwagę znanego leningradzkiego reżysera i scenografa Nikołaja Akimowa – i to on powiedział: „Ten chłopak powinien iść do teatru”. Koczergin dodaje: Był to zresztą czas, gdy w akademii sztuki pojawili się nie najciekawsi wykładowcy: starzy powymierali, przyszli jacyś nowi i dziwni, a Akimow organizował właśnie fakultet scenografii. I wielu z nas, młodych, przeszło właśnie do niego. Poszedłem i ja do Akimowa i – zostałem w teatrze.

     A zatem przypadek sprawił, że nie kreślarstwo zapewnia mu chleb na stare lata. I nie rysunek. Podtytuł Z teki rysownika mógłby być zatem mylący, gdyby odczytać go dosłownie. Zmyliło to być może również jednego z polskich krytyków literackich, który zapytał, dlaczego nie zilustrował on Lalki Anioła własnymi rysunkami, co Koczergin objaśnił z właściwą sobie szczerością i prostotą: Stałem się profesjonalistą teatru, zapomniałem grafiki, chociaż otrzymałem bardzo dobrą szkołę. A może właśnie dlatego, że była tak dobra, wiem, co mi wolno. W każdym razie jedno jest pewne: grafika wymaga profesjonalnego stosunku i wymaga czasu. A to, co napisałem i wydałem, to są „zapiski na kolanie”, spisane w rzadkich wolnych chwilach, jakie mi zostawia teatr. Teatr to zaborczy stwór. Ja oczywiście cały czas rysuję, szkicuję projekty scenografii, kostiumów, ale ilustracja to przecież nie szkic. Ona musi oddawać myśl, przesłanie tekstu.

 

   

                     Dwie ilustracje Borysa Zaborowa do Lalki Anioła

 

     Ktoś napisał, że napomknienia o teatrze są w tej książce rzadkie, myśląc zapewne o dokonaniach scenograficznych Autora, jakby nie rozumiał, że nie to jest jej główną materią, ale jeśli dotarł do części IV, to w opowiadaniach Ostatni oraz Ostatni krawiec imperatora, którymi zaczyna się część IV, nie mówiąc o Toporze Wepsa czy wspomnianym Treserze kur, znajdzie postaci ludzi teatru zarysowane tak świetnie, że podtytuł Z teki rysownika okazuje się być całkiem na miejscu. W Albumie brandmajora dochodzą nawet do głosu zwyczajne, chociaż niezwyczajne meble, które jakby prosiły się o to, by w życiu po życiu stać się tym, czym już były w istocie: teatralnymi rekwizytami.

     Literatura to jednak tylko epizod w życiu teatralnym Koczergina. Retrospektywna wystawa jego najgłośniejszych realizacji scenograficznych, którą zorganizowano w Petersburgu w roku 2007 z okazji jego 70. urodzin, ukazała to dobitnie, nie będąc przy tym summą jego dokonań artystycznych, ponieważ ani myśli żegnać się ze sceną: Czasu mi ciągle brak, teatr jest taki zachłanny. Realizacje nie tylko w petersburskich teatrach, opieka nad oddaniem do użytku dawnego Letniego Teatru Imperatorskiego, który dostaliśmy jako teatr w prezencie. Dobiegła właśnie końca renowacja tego zabytkowego, pięknego obiektu, w którym moim wkładem są m.in. jego dwie nowe kurtyny. Za carskich czasów dawano tam przedstawienia latem, aktorów najlepszych petersburskich teatrów dowożono sławną „zieloną karetą”, publiczność zjawiała się tłumnie, a repertuar był raczej lekki. Teraz nasz teatr przenosi się tam z całym dobrodziejstwem na czas kapitalnego remontu naszego macierzystego budynku i praca tam, przyzwyczajenie publiczności, wpasowywanie się w nowe warunki – to wszystko będzie dla nas nowym wyzwaniem. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przedstawić choć ze dwie prace scenograficzne Eduarda Korczegina: 1) Państwo Gołowlewowie Michaiła Sałtykowa–Szczedrina. Moskiewski Akademicki Teatr Artystyczny (MChAT) 2005. 2) Pieszo Sławomira Mrożka. Wielki Dramatyczny Teatr im. G.A. Towstonogowa w St. Petersburgu, data premiery: 26.11.2011.

 

          

        

 

     A jeśli chodzi o możliwość adaptowania Lalki Anioła na polską scenę? Spróbuję się za to zabrać, Pawle, ale po tym, co napisałem, sam rozumiesz, że nie będzie to takie proste. Trzeba byłoby znaleźć odpowiedni klucz teatralny, by z niektórymi jej treściami o walorach bardziej uniwersalnych, mimo iż osadzonymi w tamtym czasie, dotrzeć do naszych widzów, którzy obecnie coraz rzadziej chodzą do prawdziwie dramatycznego teatru. Ze słuchaczami (myślę o słuchowiskach radiowych) jest zapewne podobnie, bo już dawno temu przekonałem się na własnej skórze, że ten gatunek literacki zdaje się też u nas wymierać…

19:11, jbroszkowski
Link Komentarze (18) »
sobota, 14 stycznia 2012
Lalka Anioła (cz. 1)

    A zatem Eduard Koczergin. Po Zygmuncie Krzyżanowskim odkryty dla mnie ostatnio przez red. Pawła Zawadzkiego kolejny pisarz rosyjski o przynajmniej częściowo polskich korzeniach, ponieważ miał matkę Polkę oraz ojca Rosjanina, którego jednak nie zdążył poznać. Tego petersburskiego cybernetyka oskarżono bowiem jak tylu innych w czasach stalinowskiego terroru o szpiegostwo i rozstrzelano, gdy autor znajdował się jeszcze w brzuchu matki, co po przyjściu na świat w roku 1937 nie uchroniło go przed piętnem „syna wroga ludu”. Z braku ojca przez kilka pierwszych lat życia mówił wyłącznie po polsku, bo nawet po aresztowaniu matki, „polskiego szpiega” (wystarczyło, że korespondowała z bratem zamieszkałym w Warszawie), a następnie osadzeniu jej w łagrze, dwuletniego chłopczyka przygarnęli Polacy z parteru tego samego domu; jego starszy brat, prześladowany i bity w szkole za ojca-szpiega, „stał się dziwny” i wkrótce potem zmarł na zapalenie płuc w domu wariatów. Kiedy więc jako czterolatek nieznający ani jednego słowa po rosyjsku znalazł się w końcu na Syberii pod Omskiem w NKWD-owskim spec-sierocińcu, z budkami strażniczymi i więziennym regulaminem, musiał przez pół roku udawać głuchoniemego, póki nie osłuchał się z obcym dla siebie językiem.

 

       

             Na tej ilustracji widzimy szkołę moskiewską dla takich pacanów

 

     Opisanie tego, co tam przeżył, mija się z celem, gdyż każdy może i powinien tę książkę przeczytać. Najlepiej jednym tchem, ale takim rosyjskim, szerokoprzestrzennym, więcej niż tysiąc wiorstowym, bo odległość z Omska do Petersburga wynosiła 2627 km, czyli prawie dwa i pół tysiąca wiorst, a z Czarnołuków nad Irtyszem, gdzie ten spec-sierociniec urządzono na miejscu dawnego obozu pionierskiego (mowa jest też o dawnym areszcie tymczasowym), jeszcze więcej. I te niezmierzone nawet dla nas dorosłych odległości musiał przebyć mały Koczergin-uciekinier, by po całych siedmiu latach włóczęgi wrócić w roku 1952 do rodzinnego miasta, licząc na to, że zastanie tam matkę Bronię, którą może z łagru po wojnie już wypuścili, i że będzie mógł porozmawiać z nią tak jak dawniej, mimo iż wtedy jego znajomość polszczyzny ograniczała się do: Ja bendem s Tobom po polsku rozmawiat’…

     Niektórzy czytelnicy mogą być zaskoczeni tym, że nawet w pierwszych, autobiograficznych opowiadaniach tego debiutanckiego zbioru, nagrodzonego prestiżową rosyjską nagrodą literacką „Narodowy Bestseller 2010” (poprzedzoną aż sześcioma wydaniami w ciągu trzech lat od jej opublikowania w 2007 roku), Autor kreśli swoje przeżycia z tamtego okresu, najbardziej przecież dramatycznego, bardzo oszczędnie, wręcz szkicowo. Ot, garść epizodów i ze spec-sierocińca, gdzie dzieci nie znały nawet talerzy, wyposażone jedynie w metalowe kubki i takież same łyżki, i z siedmioletniej włóczęgi, a właściwie jedynie z początkowego jej etapu, i finalnego.     

     Czyżbyśmy mieli do czynienia z klasycznym freudowskim wyparciem, raczej wtórnym niż pierwotnym? Koczergin nie wygląda jednak na człowieka znerwicowanego, który nie chcąc dopuścić do świadomości swoich dawnych przeżyć czy emocji, wypycha je do podświadomości, a nawet nieświadomości. Nie ulega jednak wątpliwości, że traumatyczne przeżycia z okresu wczesnego dzieciństwa poddaje się w późniejszym okresie cenzurze wewnętrznej. Przynajmniej ja tak czyniłem, odznaczając się znacznie większą wstrzemięźliwością od Koczergina, gdyż w zbiorze moich opowiadań nie ma nawet śladu po corocznych ucieczkach z domu dziecka (nie do matki jednak uciekałem, bo przecież ona mnie tam oddała) i wielomiesięcznych tułaczkach po całym kraju, dopóki milicji nie udało się mnie złapać i odstawić tam, skąd po jakimś czasie znowu uciekałem. Podczas przebywania na „gigantach” (Polska w porównaniu do Rosji jest niewielka, ale w sumie przebyłem wiele tysięcy kilometrów) głód prawie zawsze mi towarzyszył, tak jak i jemu, można było jednak podwędzić psu michę, wydoić krowę, bo to umiałem, wymłócić dłońmi kilkanaście kłosów pszenicy itp., itd., co na Syberii byłoby raczej nie do pomyślenia.

     Dlaczego będąc pisarzem zawodowym nie opisałem tych swoich wręcz niewiarygodnych historii, a on w ogóle nieuważający się za pisarza to uczynił? Czyżby chodziło o ten „klucz”, o którym mówi Koczergin? Wcale nie twierdzę, że jestem pisarzem. Po prostu – ja teraz też piszę. Znalazłem klucz do opisania tego, co tkwiło we mnie od lat. Tym razem jest to klucz literacki, a nie teatralny – bardzo intrygujące doświadczenie. Tylko – ten brak czasu! Za rok kończę 75 lat – może to właściwy wiek, żeby zostawić teatr i zająć się pisaniem? Dlaczego mam chęć natychmiast zaripostować, iż odnoszę wrażenie, że już w tej książce w znacznej mierze zdołał się „wypisać”, a jest przecież opublikowana w roku 2009 w Petersburgu druga część cyklu, zatytułowana Крещенные крестами, której u nas jeszcze nie wydano, no i Autor wspomina o kolejnych sześciu-siedmiu opowiadaniach już napisanych?

 

       

                                 Rosyjskie wydania książek Koczergina

 

                    

               Autor na promocji swej drugiej książki w Petersburgu 12.10.2011  

 

     Jeśli przemawia przeze mnie pisarska zawiść, to precz z tym brzydkim uczuciem, mam jednak nadzieję, że nie zamąca ona toku moich myśli. Nie znam niczego poza Lalką Anioła, ale nie sądzę, by Koczergin-pisarz miał dużo więcej do zaoferowania czytelnikom spoza Rosji. Nas Polaków mogłyby zainteresować inne wątki życiorysu pisarza, ale tych on nie rozpisze z wiadomych względów: ma o nich wiedzę niewielką. O „matce Broni”, która przed zamążpójściem nosiła nazwisko Odyniec, mówi tak: Pochodziła z tej części rodziny, którą po Powstaniu Styczniowym zesłano na Syberię, a która potem osiadła w Czytcie. Ojciec mojej mamy, Feliks Donatowicz Odyniec, był inżynierem: studiował w Niemczech, odbył praktyki w Anglii. Sam był cenionym specjalistą i bardzo dbał o wykształcenie dzieci. Dwaj bracia mamy zostali lotnikami, jeden tutaj, drugi w Polsce. Na początku lat 30-tych mama przyjechała do Leningradu na studia w Instytucie Elektrotechnicznym, tutaj poznała mego ojca, za którego wyszła za mąż… Czy ten dziadek spokrewniony był z Antonim Edwardem Odyńcem, przyjacielem Adama Mickiewicza, nazywanym w kręgach ówczesnej cyganerii artystycznej „autorem Felicyty”, dramatu scenicznego o losach św. Felicyty-męczennicy, nie wiedział? Ja też nie wiem, czy urodzony w Grodnie mój ojciec, Jan Mickiewicz, pochodzi z „tych” Mickiewiczów…

     Dla refleksji związanych z tym postem ani jedno, ani drugie nie ma żadnego znaczenia, a zatem do rzeczy: czy Lalka Anioła jest dziełem literackim równie wybitnym jak scenograficzne dzieła Autora do kilkuset przedstawień teatralnych zrealizowanych w Rosji, Finlandii, Francji, Niemczech, Jugosławii, Kanadzie, Japonii i USA? Powiem tak: wiele z tych opowiadań jest rzeczywiście „pisanych na kolanie”, jak twierdzi Koczergin, ale wszystkie co najmniej zaciekawiają, a niekiedy wręcz porażają zwyczajną prawdą faktograficzną. Dzieje się tak dlatego, że opisywane przez niego nieprawdopodobne lub niewiarygodne sytuacje wydają się być nawet dla ludzi, którzy nigdy nie żyli w warunkach ekstremalnych, wierne rzeczywistości w sensie znacznie głębszym niż prawda faktograficzna. Na ten fenomen w odbiorze składa się ważniejsza od tamtej prawda psychologiczna postaci w opowiadaniach tych zarysowanych. Spójrzmy chociaż na końcową scenę opowiadania Całus, krótkiego, lecz wstrząsającego, albo w Aniucie Nieskalanej wsłuchajmy się w „rozmowę miłosną” jej, Aniuty-Niuty, ze starym złodziejem, Stiopuszką. To samo można by powiedzieć o bohaterach opowiadania Treser kur, Wujku Żeni i jego podopiecznych, czarujących kurkach tworzących corps de ballet, Ułybie, Bielaszy, Malawie, Zabawie i Kroszy, a także o dobranej parce szubrawców-kurożerców, których imion Autor nie wymienia – i słusznie, gdyż powinny one pozostać przeklęte na wieki.

     Nie ukrywam, że na mnie właśnie to opowiadanie uczyniło największe wrażenie – oprócz kilku innych, takich jak Fotograf czy Kapitan, ze scenami jego pogrzebu wręcz Eisensteinowskimi, co dziwić może tylko tych, którzy nie wiedzą, że ojcem Siergieja Eisensteina, twórcy Pancernika Potiomkina, jednego z arcydzieł kina światowego, był Michaił Osipowicz Eisenstein, rodowity petersburżanin (w latach 1917-1919 walczył w szeregach „białej” armii przeciw bolszewikom i w kilka lat później zmarł na emigracji w Berlinie). Dla mnie opowiadanie tytułowe nie jest najlepsze, co nie oznacza, że nie jest godne uwagi, dlatego byłem zaskoczony, gdy Paweł zapytał, czy nie spróbowałbym zaadaptować Lalki Anioła na scenę lub przynajmniej przerobić je na słuchowisko radiowe? Przeczytałem je powtórnie i nadal nie mogłem zrozumieć, dlaczego właśnie to i tylko to opowiadanie zaadaptowano dla petersburskiego teatru, gdzie ta inscenizacja miała ściągać tłumy widzów? Wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale Paweł stwierdził, że fakt ten został potwierdzony przez polskiego Wydawcę na tylnej stronie okładki, gdzie rzeczywiście taka informacja się znalazła. Oczywiście bzdurna.     

     Na marginesie dodam, że Wydawca powinien zadbać o to, by ta jednak niezwyczajna książka została zredagowana przynajmniej poprawnie, a tak nie jest, o czym świadczy nie tylko ta wprowadzająca w błąd informacja, bo nie brak tam i innych oszybek („– ULBA! [dalej jest „Ułyba”] –  wychodzi kroczek do przodu…”, „TYLKO [aż prosi się o „zaledwie”] zdążyliśmy uczcić przybycie do sławnej Totmy, JAK [powinno być „gdy”] zza krzaków do naszego ogniska przykuśtykał kulawy…”; opowiadanie Wania Żyd nosi w nagłówku tytuł poprzedniego opowiadania Tramwaj) – korekta zrobiona przez tę samą osobę też jest fatalna: „ten rodzaj najstarszego ZWODU kobiecego”, „ze wszystkich krańców WISI znoszono nam śmietanę”, „i wszystko było porządku” etc., co w porządku wobec Autora nie jest!

 

        

 

-------------

Eduard Koczergin Lalka Anioła, WYDAWNICTWO CEL, Warszawa 2010

 

 

                                                  Cdn.

17:57, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »