RSS
czwartek, 28 stycznia 2010
Sztuka jebania, czyli poezja obsceniczna (cz. 3)

     Przytoczony powyżej fragmencik XIII księgi jest znacznie mniej obsceniczny od pozostałych opisów naprawdę pierwszej próby, w których poza Tadeuszem, przystępującym do ceremoniału nocy poślubnej z całkowitym spokojem i pewnością, jaką daje świadomość, że na całej Litwie nie było Nikogo, kto by chuja takiego posiadał. / Dumny był zeń Tadeusz i dzielnie nim władał. / A do dumy takowej miał słuszne powody, / Bo na chuju mógł podnieść pełne wiadro wody…, występowała przecież niewinna panienka Zosia, która początkowo nie wiedziała, czy ma się całować / Ze swym mężem, czy płakać, czy pod ziemię schować…, po czym, jeszcze cztery razy wyjebana ostro po straceniu dziewictwa, gdy Tadeusz zmęczony, / Jak na męża przystało legł dupą do żony. / Kołdrę na grzbiet naciągnął, w jaja się podrapał, / Twarz do ściany odwrócił i głośno zachrapał…, nie zamierzała grzecznie leżeć obok niego na posłaniu, lecz mając oczęta otwarte nadal myślała o jebaniu! Mój post nie jest jednak antologią poezji obscenicznej, przeto przechodzę do poematu Mrówki – od razu z zaznaczeniem, że przypisać autorstwo dopełnienia V księgi Pana Tadeusza po słowach Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył… Adamowi Mickiewiczowi względnie Aleksandrowi Fredrze mógł jedynie ktoś, kto absolutnego słuchu poetyckiego nie posiadał, co nie oznacza, iż nie jest ono zbliżone stylistycznie do oryginału!

     Antoni Orłowski (1869-1921, też satyryk i humorysta jak Włodzimierz Zagórski) wykonał naprawdę kawał solidnej roboty, dopisując 108 linijek, które niekiedy w swej obrazowości zbliżały się do mistrzowskich sztychów metaforycznych, dokonywanych ręką Mistrza Adama: Jak klin, kiedy go z wierzchu uderzą obuchem, / Tak się wbił pan Tadeusz bez pomocy ręki / W ukryte w cieniu spódnic Telimeny wdzięki; / A czując, że jej piersi wznoszą się jak fala, / Wzrok namiętny krew młodą w żyłach mu rozpala; / Nie cofa się, lecz dąży bez zastanowienia / Do miejsca, które zwie się szałem zapomnienia. / Jak klacz, kiedy jej jeździec wbije w bok ostrogę, / Nagle rzuca się naprzód bez względu na drogę, / Tak też i Telimena, jak ostrogą spięta, / Rzuciła naprzód ciałem, a białe rączęta / Wokoło Tadeusza owinęła szyi. / Równocześnie jej nogi, jak pierścienie żmii, / Skrępowały młodziana tak, że się zdawało, / Iż obydwoje jedno tworzą ciało… Niezłe, prawda? A jednak widzę w tym „szale zapomnienia” (wraz z dalszym ciągiem) pewien dysonans uwidoczniający fałszerstwo – zdradza bowiem znajomość pewnego obrazu, którego ani Mickiewicz, ani Fredro znać nie mogli. Chodzi o Szał uniesień Władysława Podkowińskiego, który wystawiony w roku 1894 w warszawskiej „Zachęcie” w atmosferze obyczajowego skandalu i przez owego „artystę przeklętego” pocięty tuż przed zakończeniem wystawy, przyczynił się na pewno do jego przedwczesnej śmierci już w rok później. Nie bez kozery przy ilustracji okładki zbioru moich erotyków W obrotach ciał (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988) grafik odwołał się wyraźnie do tego obrazu!

 

                      

 

     Wróćmy jednak raz jeszcze do Aleksandra Fredry. Nie ma sensu, bym w odniesieniu do Baśni o trzech braciach i królewnie Pizdolonie podnosił te same zastrzeżenia natury stylistycznej, co w przypadku XIII księgi Pana Tadeusza. Mimo iż autorstwo tego utworu nie zostało przypisane innej osobie, uważam, że nie on go napisał. Tak samo jak nie napisał Ballady o mnichu Bazylim, względnie O tem, jak ubożuchną kurew obłapiał łotrzyk nikczemny Bazylego świętego udający, choć jej autorstwo jest również mu przypisywane. Jest w tym utworze w kilku miejscach sztucznie archaizowanym zbyt wiele słów, których przed prawie dwustu laty nie było w polszczyźnie lub występowały w innych kontekstach (nie jestem językoznawcą, ale wyczuwam to uchem), są też zaburzenia rytmiczne u Fredry niemożliwe. Anonimowy autor robi jednak to, o co zawsze w poezji obscenicznej chodziło: pokazuje język kulturze oficjalnej z jej wartościami wynoszonymi na piedestał, czy na domowe ołtarzyki. Jako że prześmiewcom-profanom chodzi przede wszystkim o szarganie wszelkich możliwych świętości!

     Rzekomy mnich Bazyli, wsparty na swym fallusie jak biskup czy papież na pastorale woła do zwyczajnego kurwiszcza: „Udziel mi dupy, siostro w Chrystusie!”, a ta jawnogrzesznica pada mu do nóg i kornie kwili: „Ciupciaj więc, ciupciaj święty Bazyli!”, licząc na to, że dając się zrypać zbawi nie tyle swoją duszę, co, ordynarnie mówiąc, dupę zżeraną przez trypra, syfa, szankra i francę (jakby jeden synonim kiły nie wystarczył!). Niestety, powiadomiony o tym przez nią poniewczasie rzekomy święty, który na jej przyzwalający znak natychmiast wbił w nią chuja jak twardy pastorał i aż po macicę w picę jej się worał, odwalając jeden, drugi, trzeci sztosik i jeszcze cosik, zamiast cud sprawić sam liczy na cud, w przerażeniu trąc, drapiąc i plując na swoją pytę, rzecz jasna, daremnie, ponieważ wkrótce jak u Hioba / Kutas i jajca zgniły mu oba… Morał tego świętojebliwego utworu jest przeto oczywisty: To zapamiętaj, ty skurwysynie, / Kto chujem walczy, od pochwy ginie!

     Równie dobrze można by przypisać Fredrze autorstwo Ballady o viagrze! Stary Fredro, trapiony męską niemocą, mógł mieć przecież sny prorocze czy widzenia, jak ksiądz Piotr w III części Mickiewiczowskich Dziadów, po czym zanurzyć gęsie pióro w inkauście i gorączkowo je zapisywać, nie dbając o znaki interpunkcyjne: Kupił viagrę dziadek / Taki był przypadek / Przybiega z apteki / Lachą drzwi otwiera / Babka przerażona / Na niego spoziera / Coś ty stary zrobił / Że ci stoi kuśka / Nie ma czasu gadać / Chodź babo do łóżka / Jęczy dziadek, stęka / Dymać już nie może / A tu kuśka stoi / Mój ty Panie Boże / Babka rozpalona / Jęków nie chce słuchać / Biednemu dziadkowi / Dalej każe ruchać… Etc., etc. Dziadek przez viagrę dostał kota, babka dostała kota, bo w końcu zaczęła dziadka ujeżdżać, czyli samej się ruchać, a przecież gdyby nie ta piekielna viagra, to mogłaby nadal żyć z dziadkiem po bożemu, mieszając w kuchni w rondlu przy akompaniamencie Radia Maryja, a jeśli chodzi o kota? Ma przecież kotka, cóż że kulawego, któremu właśnie wystawia miseczkę z mlekiem, a ten stary zbereźnik, nie, nie jej przygłuchy chłop, z uchem przytkniętym w sypialnym pokoju do tranzystora nastawionego na Radio Józef, lecz „ten Fredro” pisze pod wtór miauczenia w różnych tonacjach: Kulawy kotek szedł sobie drogą, / Jakiś skurwysyn kopnął go nogą… /  – Czemu mnie kopiesz, w dupę jebany? / Pójdę na skargę do twojej mamy! /  – Mamą mnie straszysz, kocino droga? / Chuj-że ci w dupę jak moja noga!  

     Zostawmy wreszcie Fredrę w spokoju, ponieważ prawie każdy z nas kiedyś świntuszył lub chciałby świntuszyć, gdyby nie czuł się skrępowany choćby obawą śmieszności, a Panu Hrabiemu można wsadzić w usta bez skrępowania wszystkie sprośności! Okazuje się, że w tyłek też, ponieważ posądza się go również o autorstwo Ballady o pierdzeniu. Powiadacie, że nie ma ona nic wspólnego ze sztuką jebania? Ejże! Pierdzą ludzie na stojąco, / Na siedząco, na leżąco, / Pierdzą nawet przy kochaniu… Stop! Po pierwsze o objaśnienie tego faktu należałoby poprosić rzeczywistego autora tego dziełka, Juliana Tuwima, który z pierdzenia zrobił prawdziwy koncert, równie mistrzowski jak w słynnym Ptasim radiu, napisanym jednak w oparciu o głosy ptaków przede wszystkim dla młodszych czytelników, w przeciwieństwie do tego koncertu, skomponowanego z myślą o nas wszystkich, z tyłkiem-instrumentem emitującym całe gamy najróżnorodniejszych dźwięków – z wyraźnie rozróżnialnymi głosami fletowymi.  A po drugie uważam, że w tym poście schodzić poniżej pasa nawet się powinno, ale obsceniczność ma dla mnie swoje granice: dobrego smaku!

     Tak, tak, uważam, że zajmując się tematem tak śliskim udało mi się do tej pory tej granicy nie przekroczyć. I już nie przekroczę, gdyż zamierzam ten post wkrótce zamknąć. Powinienem jednak na końcu wyjawić, czy osobiście przyczyniłem się do wzbogacenia skarbnicy polskiej poezji obscenicznej o bodaj jeden utwór, napisany choćby pod pseudonimem, jak to się działo w przypadku Sylwestra Podolskiego (jego prawdziwe nazwisko brzmi Mieczysław Jagoszewski), już, niestety, zmarłego, autora m.in. Chujoturnieju rycerskiego? Przyznał się on także do autorstwa Ballady o mnichu Bazylim, zamieszczonej pod jego nazwiskiem w Pyta nie błądzi, w nieco odmiennej wersji od tej przypisywanej niesłusznie Fredrze, co świadczy jedynie o tym, że dziełka tego rodzaju krążąc wcześniej w nieautoryzowanych odpisach podlegają różnym redakcjom, ja również w tym utworze ewidentne usterki poprawiałem na kopii ściągniętej z Internetu. Niestety, muszę z przykrością stwierdzić, że mając świntuszenie we krwi coś tam puszczałem w obieg, ale były to fraszki w ogólnym i dosłownym tego słowa znaczeniu, czyli rzeczy niegodne uwagi, więc nie przypuszczam, by mogły mi zapewnić bodaj ociupinę nieśmiertelności.

     Postanowiłem zatem pójść w zawody z samym Fredrą oraz Boyem, niedościgłymi mistrzami sztuki świntuszenia, puszczając w obieg Nowoczesną sztukę rypania. Jej zapis pozostawiam jednak jedynie na moim blogu „czarnym" w onecie, gdzie diabeł rechocze za plecami. Dodam skromnie, że przeczytała ją moja szesnastoletnia wnuczka Julia - i skomplementowała, nazywając mnie Mistrzem, co mi oczywiście ogromnie pochlebia... 

                 

Autor w okresie drugiej burzliwej młodości (obecnie przeżywa chyba czwartą)

00:12, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »
środa, 27 stycznia 2010
Sztuka jebania, czyli poezja obsceniczna (cz. 2)

     Moralność socjalistyczna była jednak moralnością równie zakłamaną jak moralność katolicka – uświadamiano nas namiętnie pod względem ideologicznym, natomiast sfera erotyczna miała pozostać dla nas ukryta (o lekcjach wychowania seksualnego nie było wówczas mowy), względnie mieliśmy sobie w tych sprawach radzić sami, szczególnie podczas akcji żniwnych, gdy w stodołach na sianeczku-sianie odbywało się wielkie używanie – w sensie ilościowym, nie jakościowym, ponieważ pogłębioną wiedzę na temat sekretów płci pięknej czerpać mogli socjalistyczni młodziankowie jedynie z pism zakazanych, więc tym bardziej pożądanych, takich jak Nowoczesna sztuka chędożenia Tadeusza Boya-Żeleńskiego, tak, tego od Litanii do P.T. Matrony Krakowskiej, a raczej wszystkich matron krakowskich, które nienawidziły go jak wściekłego psa, gdyż doskonale wiedziały, że mimo dość jak zwykle u tego piekielnika dwuznacznej inwokacji do Muzy (Wspieraj mnie Muzo, jak ongi przed laty / Wspierałaś Fredrę, kiedy poematy / Pisał o piczce, sławiąc jej przymioty…) i mimo iż grzecznościowo zwracał się w słowie wstępnym również do „pań”: Panowie i panie! / Niech wszyscy wiedzą o tym, że jebanie / To nieprzebrana wiedza, że to sztuka… – nie o „paniach” myślał, chyba że w sensie obiektów seksualnych, „starym pudłom” nawet takiej roli nie przydzielając. Ponadto wydrwiwał je niemiłosiernie również w roli cioć czy babć, głosząc wszem i wobec, że są głupie jak but z lewej nogi, ale one aż tak głupie nie były, by nie dostrzec, że ten „świński poemat” jest właściwie przyspieszonym kursem jebania dla ich wyrośniętych siostrzeńców, bratanków czy wnuków – przyszłych mężczyzn.

      Nas, czyli mnie i moich kolegów, interesowały te jego nauki przede wszystkim z tego właśnie powodu, tym bardziej że autor zwracał się przecież osobiście do każdego z nas: Mężczyzno! Wiele zależy od ciebie, / Gdy chuj twój mądrze i z perfidią jebie, / Zawsze się cipka do niego przywiąże / I choć przypadkiem przy tym zajdzie w ciążę, / Jednak wspaniałych wciąż pomna chędożeń / Nie będzie płakać: Ach, ze mną się ożeń! / Jak czynią panny, gdy je rozprawiczy / Głupi mężczyzna, lecz ci swojej piczy /  Użyczać będzie ciągle, bez ustanku, / Choćby twą miała zostać utrzymanką! / O! nie tak łatwo obchodzić się z piczą, / Niełatwo zdobyć ją, choć zasadniczo / Każdą poteczkę jednak można zdobyć. / Tylko... znać trzeba przeróżne sposoby! Te sposoby były naprawdę znakomite, oparte na dogłębnej wiedzy o kobietach we wszystkich przedziałach wiekowych, o czym przekonaliśmy się podczas mniej czy bardziej udanych prób podbojów erotycznych w późniejszych latach, można przeto żałować, że Nowoczesna sztuka chędożenia nie stała się nigdy obowiązkową lekturą szkolną, nawet w dobie dzisiejszej, gdy dzięki dostępowi do Internetu młodzież męska ma i tak nieograniczony dostęp do utworów, które kiedyś czytywaliśmy ukradkiem, niekiedy pod kołdrą, przyświecając sobie latarką. Abecadła intymnej higieny osobistej ten poemat również uczył, tym bardziej że ta ważna kwestia została podniesiona w ostatniej strofie, czyli w finale, a więc łatwa do zapamiętania: Czy dla kochanki, czyli też dla żony, / Tak dla mężatki, jak dla wdowy, panny, / W czystości chowaj chuja nienagannej, / Myj więc go co dzień, by się ser nie tworzył, / A będziesz zdrowo i długo chędożył.

     

                        Pocztówki z epoki Boyowskiej

      Wspomniałem, że nie było kiedyś lekcji wychowania seksualnego, ale nasz guru, Boy-Żeleński, znakomicie nas przecież edukował, a ponadto nie ma chyba czego żałować, gdyż te lekcje, w ultrakatolickim kraju przecież organizowane, stały się już obiektem setek dowcipów, nie chcąc być jednak posądzony o skrajny antyklerykalizm przytoczę tylko jeden, gdyż zawiera on prawdę ogólną, znaną z autopsji wielu nieszczęsnym małżonkom. „Wraca Jasio ze szkoły. – Jak wyglądała pierwsza lekcja wychowania seksualnego – pytają zaciekawieni rodzice. Jasio macha ręką: – Została odwołana, bo nauczycielka powiedziała, że ją głowa boli…” Obecnie młodzianie mają u nas, poza nieograniczonym dostępem do internetowych sexlist etc., także ponoć wcześniejszy dostęp do… Właśnie! W czasie rozmów z Adamem Hanuszkiewiczem o kobietach, prowadzonych w roku 2001 w Dźwirzynie, których owocem jest niewydana książka Kobieto, boski diable! (po świetnej książce o Hanuszkiewiczowskim teatrze, opublikowanej już na osobnym blogu, przyjdzie czas i na tę drugą, też naprawdę świetną), zastanawialiśmy się nad tym, dlaczego współczesny język polski ma tak ubogi zasób słów w zakresie nazewnictwa żeńskiego narządu płciowego – w przeciwieństwie do męskiego, choć obecnie on też zszedł na psy, gdyż synonimów na określenie narządu męskiego (poza oficjalnymi, jak „członek”, „penis” i „fallus”) jest najwyżej dziesięć („chuj”, „kutas”, „fiut”, „pała”, „palant”, „laga”, „wacek”, „kapucyn”, „ptak”, „kuśka”), podczas gdy w staropolszczyźnie było ich około osiemdziesiąt! Czyżby narząd kobiecy i pod tym względem był dyskryminowany?

     „Pizda” jest zresztą terminem zapożyczonym (chyba wywodzi się od staropruskiego „persda”?), identycznie brzmiącym prawie we wszystkich językach prasłowiańskich, nawet gdy pisany jest cyrylicą (пизда), jedynie w staroczeskim nieco zmodyfikowanym (paizdă); Litwini na pewno przejęli go od nas w ramach Unii polsko-litewskiej, bo „pyzda” nie ma z językiem litewskim nic wspólnego! A ile synonimów tego narządu występuje obecnie w naszym języku potocznym, poza dwoma używanymi w terminologii lekarskiej (wagina, pochwa), więc niezbyt oczywiście wulgarnymi? Naprawdę niewiele! Pomijając zdrobnienie „piczka”, osobiście zetknąłem się z określeniem „cipa”, a w slangu młodzieżowym z „pipa” (Pipa ci wali śledzikiem!). Z lat młodości zapamiętałem jeszcze: „siniak” (u tak zwanych siks) oraz „kapeć” (u starych bab). Mój Boże, chyba nawet zimni Szwedzi mają więcej synonimów tego narządu, ponieważ sam znam aż cztery: „fitta”, „mutta”, „slida” czy „snippa”! Szkoda, że nie znam języka francuskiego, bo jeśli chodzi o erotykę i seks Francuzi mają na pewno znacznie większy zasób słów w tej dziedzinie niż my. Adam Hanuszkiewicz wręcz wybuchnął, gdy o tym wspomniałem w trakcie rozmowy: Na miłość boską, kiedy u nich kwitła kultura erotyczna w najlepsze, my siedzieliśmy jeszcze po lasach! Myśmy wypalali słowa z gliny, a oni używali do tego celu stali damasceńskiej! Tadeusz Boy-Żeleński był, jak wiadomo, nie tylko osławionym hulaką, ale zarazem wybitnym znawcą literatury francuskiej, w której jak w każdej literaturze odbija się dusza narodu – lista jego przekładów obejmujących najznakomitsze nazwiska i dzieła jest tak wielka, że nie sposób jej tutaj przytoczyć, nic zatem dziwnego, że szczycił się nie tylko posiadaniem Orderu za Kurs Jebania dla Szkolnych Dzieci, ale także tym, że był kawalerem Legii Honorowej!

 

                           

      Popiersie Tadeusza Boya-Żeleńskiego na krakowskich Plantach

 

     Wróćmy jednak do staropolszczyzny i poetów staropolskich w kontekście, rzecz jasna, tego postu. Od razu trzeba zaznaczyć, że ich język był bardziej rubaszny, niż obsceniczny, choć Wacław Potocki, który zaczynał od Pieśni pokutnych, utrzymanych w surowym ariańskim duchu, a pisząc Sprośna swawola, nikczemna pieszczota… biadał nad rozpasaniem obyczajów sarmackiego rodu, miał ponoć w innych wierszykach gęsto „pizdami” i „chujami” rzucać, ale nie udało mi się do nich dotrzeć, a wspomniany prof. Bronisław Nadolski nie czytał nam żadnego obscenicznego utworu tego autora, natomiast Nagrobek kusiowi czy Nagrobek kurwie Jana Andrzeja Morsztyna recytował ze szczególnym akcentowaniem pewnych słówek, popatrując przy tym oczywiście na co ładniejsze studentki, z których tylko jedna się zapłoniła przy słowie „kurwa”, co dało nam trochę do myślenia, gdyż wiadomo było, że się puszcza, ale nie z żadnym z nas: – Dopychajże… / – Czyja to mogiła? / – Wleźże dalej, a dzierż, bym cię nie zrzuciła… / – Cóż, czy tam szkapę jakąż na cmentarz wrzucono? / – Nie wiem ci, bo i na mnie dość długo jeżdżono… / – A czemuż to tak blisko leżysz przy kościele? / – Ja bym ci tam wolała, gdzie kat łóżka ściele…/ – A jakoż cię tam zowią? / – Kurwa, kurwa, bracie… / – Tyś to, więc cię opuszczam. / – Ba – lepiej by gacie… /  – Chyba cię osrać! / – Mam i ja tę dziurę, / – Ale wolisz tej zażyć, co nią leżę wzgórę… etc., etc.

     Szczerze mówiąc, wszeteczne wiersze staropolskie czy lubieżne erotyki oświeceniowe (rozpustne poematy biskupa Adama Naruszewicza, względnie Oda Pirona do Priapa Stanisława Trembeckiego), nas, wyedukowanych na utworach późniejszych, znacznie bardziej obscenicznych, gdzie niczego nie owijano w bawełnę, aż tak bardzo ekscytować nie mogły, przeto zainteresowanych odsyłam do wydanych w ubiegłym roku Sekscytacji Andrzeja Możdżonka, ja zaś postaram się, zgodnie z wcześniejszą obietnicą, wyjaśnić kwestie związane najpierw z tak zwaną XIII księgą Pana Tadeusza i domniemanymi ich autorami. Czy opis nocy poślubnej Tadeusza i Zosi mógł wyjść spod pióra Aleksandra Fredry? Absolutnie nie! I nie dlatego że Pan Tadeusz pisany jest trzynastozgłoskowcem, a Sztuka jebania (obłapiania) jedenastozgłoskowcem. Fredro nie mógł pisać inaczej niż pisał, a na pewno wiadomo, że pisał tak: Jeb, Młodzieńcze, jeb, lecz miej zwyczaj drogi, / Ze świecą kurwie patrzeć między nogi. / Soki cytryny zapuść jej do piczy, / Pewnie ma francę, jeżeli zasyczy. / Jak zaś wyciągniesz twardy członek z dziury, / Tę, co go kryje, naciąg trochę skóry, / Napuść, co strzyma gorącej uryny, / Aby spłukała niepewne jebiny…

     Ten pisany klarowną polszczyzną fragment zerżnięty jednak został z jakiegoś utworu francuskiego (kosmatka, jako synonim piczy, jest jednak jego językową zdobyczą!), Fredro bowiem, pisząc od siebie, wpadał bardzo często w okropną manierę stylistyczną, nawet w „pomnikowej” Zemście: Jak w dezerter Arabiji / Złotosiejny wzrok Febowy / Niesie skwarem śmierć liliji, / Aż nakłoni białej głowy, / A zebrana na błękicie / Płodorodna kropla rosy… etc., co Adam Hanuszkiewicz określił, najzupełniej słusznie, okropną Papkinowską papką, która z trudem mu przez gardło przechodziła, i czystą grafomanią! Inny utwór, który na pewno wyszedł spod pióra Fredry, Piczomira, królowa Branlomanii, rozgrywający się gdzieś w Piczeburgu, został napisany trzynastozgłoskowcem, nawet „prawie” mickiewiczowskim, co mogło skłaniać do przypuszczenia, że to on opisał noc poślubną Tadeusza i Zosi: Powiał trójpiczny sztandar po ojczystej roli / Na znak wolności kobiet a mężczyzn niewoli, / Prawiczeństwo zniesione, jebanie jest wolne / Jeno sądy dziewice uznają za zdolne, / Mężowie są żon swoich tylko sługojeby, / Których te używają od dziennej potrzeby…,  ale już wiemy, że „prawie” robi różnicę, choć nie zawsze jak w tym przypadku nazbyt wielką. Ciekawostką jest fakt, że w lipcu 1987 roku warszawski Teatr Syrena miał odwagę wystąpić z premierą tej, nie ma co ukrywać, pornograficznej sztuki!

     Z dużą dozą prawdopodobieństwa XIII księgę, pornograficzną parodię Pana Tadeusza, napisał popularny w wieku XIX satyryk Włodzimierz Zagórski (1834-1902), autor między innymi Pieśni Dionizosa. A uczynił to tak świetnie, iż można było podejrzewać, że wyszła ona spod pióra naszego Wieszcza. Jako studenci polonistyki uważaliśmy, że pokątne napisanie przez Niego takiej księgi (z przyczynieniem się do tego, by prędzej czy później prawda wyszła na jaw) cholernie by mu się przydało, żeby się choć trochę odbrązowić i zbłądzić ku tym, dla których napisał kiedyś Odę do młodości. Na pewno młodzi chętniej uczyliby się jej na pamięć niż Inwokacji Litwo! Ojczyzna moja!, szczególnie w okresie gdy nawet Wilno od dawna nie należało do Polski! W każdym razie Włodzimierz Zagórski wywiązał się z zadania „odbrązowienia Wieszcza” znakomicie: Od chwili, gdy ich ślubna przywiozła kareta, / Tadeusz miał myśl jedną – myśl ta to mineta. / (Sztuka wówczas na Litwie nikomu nie znana, / Dziś już rozpowszechniona, ale źle widziana / Przez strzegące cór swoich sędziwe matrony / I księży, którzy nieraz gromią ją z ambony). / Tadeusz, że we Francyji długie lata bawił, / Wielce się w używaniu sztuki onej wprawił, / Niezmiernie lizać lubiał, wyrażał mniemanie, / Że mineta o wiele przewyższa jebanie, / Bo kutas zmysł dotyku zaledwie posiada, / Język natomiast smakiem prócz dotyku włada, / Poza tym wszystkie zmysły, z wyłączeniem słuchu, / Spełniają pewną rolę, kiedy język w ruchu. / Na przykład powonienie cipy… wzrok się raczy / Tym, czego ślepy kutas nie zobaczy…

 

                         

                  Tadeusz i Zosia w wersji współczesnej (i oficjalnej)   

                                                           Cdn.

00:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010
Sztuka jebania, czyli poezja obsceniczna

     Jest zima, więc jest zimno. Oj, przydałoby się coś na rozgrzewkę! Prawie rok temu, 2 lutego, napisałem krótki post A teraz coś na rozgrzewkę, którego początek brzmiał: Śnieg, śnieg, tyle bieli! Gdybyś tu była, rozebrałabyś się do naga i wytarzała w tym śniegu, bo wiesz, co oznacza ta biel i jak bardzo gorący jest ten śnieg! Wydaje mi się, że teraz jest jeszcze zimniej, więc i rozgrzewka musi być dłuższa, i tematycznie bardziej pobudzająca, w celu podniesienia nie tylko na duchu skostniałych z zimna P.T. Czytelników. Hm, gdy kierując się wymogami szczerej grzeczności i szczerego szacunku wpisałem to P.T., od razu przypomniała mi się Litania do P.T. Matrony Krakowskiej Tadeusza Boya-Żeleńskiego z roku 1908, który po pełnym kurtuazji wstępie: O ty, polskiej ziemi chwało, / Ty, postaci współmonarsza, / Ty czcigodna, nazbyt mało / Opiewana „damo starsza”… przechodzi żwawo do opisania właściwych powabów Jej ciała i duszy: Ty, co z głębin swej kanapy / Wychylając kibić tłustą, / Brzydkie swe nadstawiasz łapy / Przerażonym naszym ustom; […] Z jakim czartowskim blekotem / Omamienie na nas padło, / Że czynimy czci przedmiotem / Szpetność, głupotę i sadło? […] I tylko w tęsknocie żyjem, / Czy nie wstanie jaki Wandal, / Co przepędzi babę kijem / I zakończy raz ten skandal!

     Ale to była jedynie dygresja związana ze skrótem P.T. (pleno tituli, czyli z zachowaniem należnych tytułów), ponieważ „matrony krakowskie” (iwonickie etc.) postów moich nie czytują, broń Boże, a na sam widok tytułu postu obecnego dostałyby apopleksji! Ich obleśnie ucukrzone usteczka nigdy się bowiem nie skalały żadnym wulgaryzmem, a patrząc na swoje późne wnuki kazałyby im w ramach wieczornej modlitwy powtarzać bezmyślnie, nie mając pojęcia, że napisał to z gryzącą ironią ten sam perfidny Boy-Żeleński: Boziu usłysz głos chłopczyny, / Odpuść synów naszych winy! / Polska Cię na pomoc woła! / Niech tradycji i kościoła / Pozostanie sługą wierną! Erotyzmem i moderną / Niech się naród ten nie spodli!, ani że ta chłopaczyna mająca ten paciorek odbębnić, czyli ten brzydki chłopiec, z krzywą buzią, / zwał się – dajmy na to – Józio, i że miał właśnie taką matronowatą Ciotkę, uważającą się za pannę czystą, która przed ułożeniem się do snu prosiła go: Józiu! Zostaw ten rozporek / I chodź odmówić paciorek. Niech Józio przy łóżku klęknie / I powtarza głośno, pięknie… Po czym sama odmawiała przytoczony powyżej paciorek, gdyż Józio był, niestety, modernistą. Modernista – znaczy chłopak, / Co wszystko robi na opak… Zamiast świecić młodszym dzieciom przekładem, deprawował je, a ponadto i słyszał, i mówił na opak: Ciotka mu o apostołach, / On jej o spermatozoach; / Ciotka uczy, kto był Gallus, On poprawia: „Ciociu, Phallus!”

                   

     Zdjęcie – dajmy na to – tej Ciotki (fot. – powiedzmy – Józio)  

 

     Hm (przy takim temacie tego postu jeszcze nieraz możecie usłyszeć to „hm”!), prawie każdy z nas był we wczesnej młodości takim Józiem! Teraz już jestem za stary na to, aby się podniecać sztuką wulgarnego świntuszenia, która w dawnych czasach była prawdziwą sztuką, uprawianą przez mistrzów słowa poetyckiego, a nie grafomanów pokrywających  za mego życia mury domów czy wiaty przystanków PKS żałosnymi płodami swych długopisów czy mazaków, częstokroć zapożyczonymi w postaci okaleczonej od anonimowych gryzipiórków, którzy kiedyś próbowali swych sił w tej niełatwej sztuce. A już prawdziwym krzykiem rozpaczy są pojedyncze słowa, wyjęte z kunsztownych ongiś strof poezji rubasznej, widniejące na murach i płotach, takie jak „pizda” czy „chuj” (to ostatnie pisane zazwyczaj błędnie przez samo „h”, mimo iż słownik ortograficzny języka polskiego podaje jego prawidłową pisownię). Na szczęście w języku potocznym tego nie słychać. Wprawdzie nie tylko wyrostkowie rzucają na ulicy gęsto „pizdami” czy „chujami” (nie wspominając o „kurwach”, stanowiących obecnie u znacznej części polskiej populacji osobników nie tylko płci męskiej połowę zasobu języka mówionego), ale na tym się kończy ewentualne porównanie z tym, co z tymi wulgarnymi słowami potrafili wyczyniać prawdziwi mistrzowie poezji obscenicznej u schyłku baroku, jak Jan Andrzej Morsztyn (Nagrobek Kusiowi, Nagrobek kurwie), czy Wacław Potocki (Stary z młodą), a przede wszystkim wychowany w tradycjach Oświecenia Aleksander Fredro, autor Piczomiry królowej Branlomanii czy Sztuki jebania.

     Uważa się również, że jest on autorem jeszcze bardziej obscenicznych dziełek, jak Baśń o trzech braciach i królewnie Pizdolonie czy Ballada o mnichu Bazylim, które w ostatnich latach publikowano, względnie wydawano pod jego nazwiskiem. Zdarzało się nie tylko w naszej literaturze, że autorstwo jakiegoś niezbyt obyczajnego utworu przypisywano Bogu ducha winnemu twórcy, na przykład tak zwaną XIII księgę Pana Tadeusza, opisującą z użyciem mnóstwa wulgaryzmów noc poślubną Tadeusza i Zosi, przypisywano naszemu narodowemu wieszczowi, a następnie wspomnianemu Aleksandrowi Fredrze, ale jej autorem jest zapewne Włodzimierz Zagórski, XIX-wieczny satyryk, to samo dotyczyło wiersza erotycznego (pozbawionego jednak drastycznych wulgaryzmów) pod tytułem Mrówki, który miał też rzekomo napisać Adam Mickiewicz w utajonym dodatku do  V księgi Pana Tadeusza, gdzie w Świątyni Dumania mrówki pogryzły Telimenę, czego Tadeusz był wprawdzie świadkiem, ale w wersji oficjalnej do żadnych sekscesów między nimi z tego powodu nie doszło. Okazało się jednak, że dopiero na początku wieku dwudziestego spłodził ten utwór niejaki Antoni Orłowski.

       Baśń o trzech braciach i królewnie Pizdolonie przypisuje się nadal Aleksandrze Fredrze, który świntuszył na całego, ale jedynie w młodości, o czym świadczy jego list do Józefa Grabowskiego z 20 listopada AD 1817, mający zachęcić adresata do wydania tych dziełek w drukarni w Lipsku: W latach szalonej młodości napisałem dwa dzieła, które wiem, że by były w Twoim guście, jedno „Sztuka jebania”, poemat w IV pieśniach, do 800 wierszy; drugie „Piczomira królowa Branlomanii, trajedyja w 3 aktach wierszem… Ta ostatnia po około stu latach od chwili napisania ukazała się wreszcie w formie książkowej w roku 1920 we Wiedniu [Lwów]; w egzemplarzach imiennych, pięknie ilustrowanych przez Kamila Mackiewicza, ale jedynie w pięciuset, była więc od razu białym krukiem, natomiast tę pierwszą o tytule w druku znacznie mniej wulgarnym (Sztuka obłapiania) wydano jeszcze później (Suwałki [Lwów], 1926) i w jeszcze mniejszym nakładzie, bo w zaledwie trzystu imiennych egzemplarzach. Warto w tym miejscu nadmienić, że pan hrabia usiłował później, myśląc o ożenku, wycofać z obiegu czytelniczego jak najwięcej egzemplarzy tego dziełka, ale na próżno się wykosztował, płacąc dukata za każdy przejęty przez siebie egzemplarz, jak ów król z Baśni o trzech braciach i królewnie Pizdolonie, który kazał dać ze swej szkatuły każdej kurwie też po dukacie, z tym że w przeciwieństwie do Fredry w końcu dopiął swego, gdyż jego ukochana córka, rozjebana dzięki Kondonowi-Samojebowi aż do rozerwania się i zajęcia ogniem cipy (pożar ciała został z trudem ugaszony przez straż zamkową za pomocą toporów, bosaków oraz sikawek), znów stała się prawiczką / Z malusieńką, ciasną piczką…

 

                    

     A dlaczego ten król aż tak bardzo był na łzy kurewskie czuły? Albowiem w ostatniej desperacji (mój dodatek) przyszły do niego w delegacji od kurewskiej całej nacji, a ta najbardziej rozjebana, padłszy przed nim na kolana, skarżyła się w ich imieniu, z trudem tłumiąc rzewne łkanie, że burdelowy cech upada, a kurwom grozi zagłada i że upadają także obyczaje, ponieważ królewska córka dupy daje na ulicy bez pieniędzy, przez co wpycha je do nędzy: Nikt nas dzisiaj nie pierdoli, / bo darmochę każdy woli! Z myślą o poprzednim poście zatytułowanym Najstarszy zawód świata dodam, że w przeciwieństwie do Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który kurw wyraźnie nie cierpiał, widocznie poczęstowany przez nie w latach młodzieńczych co najmniej tryprem, Aleksander Fredro mówił o nich bez zacietrzewienia, choć nie aż z taką sympatią jak w tym utworze, jeśli ten utwór… 

     Właśnie! Dlaczego w cytowanym wcześniej liście nie wspomina o napisaniu Baśni o trzech braciach i królewnie Pizdolonie, utworu, który by jeszcze bardziej był w guście Józefa Grabowskiego? Według mnie wynikło to z faktu, że autorem tego utworu po prostu nie był. Postaram się to w kolejnej części tego postu uzasadnić, sądzę bowiem, że jako poeta jestem w tej delikatnej materii osobą bardziej kompetentną do wyrażania swoich opinii od tych, którzy nigdy fachem poetyckim się nie zajmowali, przedtem jednak wyjaśnię, dlaczego Mrówki nie mógł napisać ani Mickiewicz, ani Fredro, jak również dlaczego można było podejrzewać, że opis nocy poślubnej Tadeusza i Zosi mógł wyjść spod pióra Mickiewicza? Z tych względów będę się musiał oprzeć na dość drastycznych w sferze obyczajowej fragmentach tych tekstów. Nie ukrywam jednak, że uczynię to z prawdziwym rozrzewnieniem, traktując te analizy jak podróż sentymentalną do najbardziej burzliwego okresu mej młodości, który jak obraz utraconej ojczyzny we fragmencie Epilogu Pana Tadeusza „zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”, mimo potwornej rozwiązłości myśli krążących obsesyjnie wokół tematów znacznie wtedy bardziej tabu niż obecnie, gdy dzięki Internetowi można od najwcześniejszego dziecięctwa zdobyć błyskawicznie aż nadmiar wiedzy w zakresie „chędologii stosowanej”, najczęściej w formie tak zwanych obrazków, czyli wiedzy bardzo powierzchownej. Ja natomiast doskonale pamiętam, jak trudno było jeszcze przed półwieczem dotrzeć do wspomnianych tekstów krążących w rękopiśmiennych odpisach, nie zawsze w pełni czytelnych, więc braki poszczególnych słów czy nawet całych zdań staraliśmy się w miarę swoich twórczych możliwości uzupełniać, i z jaką uciechą je czytywaliśmy.

     Uciecha ta była w pełni zrozumiała: z jednej strony pompatyczna poezja superpatriotyczna z zamierzchłych i obcych dla nas epok, czy nudna jak flaki z olejem „poezja zaangażowana” – w sprawy, na które kładliśmy tak zwaną lachę, a z drugiej strony poezja obsceniczna z kurwowaniem, pizdowaniem i chujowaniem na całego, ale przybrana w naprawdę niezłą, a niekiedy wręcz kunsztowną formę literacką, jak w obscenach Fredry. Ten „pieprzony w mózg polonista”, jak nazywaliśmy w czasach studiów w Toruniu edytora Pism wszystkich Fredry (1955), prof. Stanisława Pigonia, wygłaszał w tym względzie zwyczajne brednie (utwory bez ambicyj, a zresztą i bez wartości literackich), być może za namową P.T. Matron Krakowskich, był bowiem w tamtym okresie nadal profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a najpewniej dlatego, że pochodził z bardzo ubogiej i przeto bogoojczyźnianobojnej rodziny chłopskiej, gdzie „te sprawy” były grzeszne i niegodne uwagi „prawdziwego Polaka i katolika”. W pełni przeto zgadzaliśmy się z opinią postępowych krytyków literackich (jak P. Zwoliński czy J. Łojek, którzy twierdzili w ślad za nami, że te obscena są pod względem formalnym stokroć doskonalsze od wielu „pomnikowych utworów” Fredry. Natomiast jeśli chodzi o „te sprawy”, to fascynowały nas one z wiadomych względów, nie wstydziliśmy się bowiem swoich ciał, skoro Matka Natura nas w nie wyposażyła wraz ze wszystkimi burzami hormonalnymi, które nimi miotały, jak w owej krótkiej, lecz treściwej piosneczce szantowej (dwie ostatnie linijki to refren), która znakomicie oddawała grozę rozpętanych w czasie sztormu żywiołów nie tylko morskich: Burza na morzu szalała, / piorun pierdolnął w szalupę, / dziewczę się burty trzymało, / a bosman jebał ją w dupę…  My też o tym marzyliśmy, albowiem już w czasach licealnych nie było wśród nas nikogo, kto zamierzałby onanizować się do końca życia!              

                                                                 Cdn.

00:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010
Najstarszy zawód świata (cz. 3)

     Pamiętam, jak na pierwszym roku polonistyki Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu bardzo mi bliski prof. Bronisław Nadolski, zerkając co chwila z ironicznym uśmieszkiem na co ładniejsze studentki o wyraźnie podkrążonych oczach, bo korzystając z gomułkowskiej odwilży rock-and-rollowały do upadłego wraz ze mną w Studenckim Klubie Pracy Twórczej (!!!) Od Nowa, recytował z widoczną lubością w głosie długą szesnastowieczną bajkę ezopową Biernata z Lublina, zatytułowaną Kurwa miłuje, u kogo co czuje (chodziło o czucie, czy skórzana sakiewka klienta jest wypchana, czy sflaczała; ta z brzęczącą monetą, a nie ta z prąciem, bo mężczyźni nosili wtedy nogawico-spodnie z tak zwanym saczkiem na wierzchu, w którym prezentowali białogłowom swoje rodowe klejnoty), zaczynający się tak:  Tais chytra kurwa była, / która młodzieńce łowiła, / a pod zasłoną miłości / łupiła je aż do kości…

     Na pewno nie można było tego powiedzieć o moich wampowatych koleżankach z okresu studiów, które wprawdzie rzadko kiedy kładły się same do łóżka, ale robiły to za darmo i tylko z wybrankami serca, w przeciwieństwie do Marianny Rokity, gdyż ją podczas bicia owego sławetnego rekordu świata w Warszawie posuwały na pewno nie młodzieńce, lecz mężowie w sile wieku, a niekiedy obleśne dziadygi, z których jeden, sześćdziesięciojednoletni emeryt, który wcześniej na oczach widzów onanizował się przed wejściem do akcji, pozwał później do sądu organizatorów zawodów o Oficjalne Seksualne Mistrzostwo Świata, domagając się odszkodowania w wysokości równej sumie, którą w końcu otrzymała zwyciężczyni, czyli piętnastu tysięcy złotych, za to, że nie zapewniono mu anonimowości w postaci maski na twarzy, przez co rozpoznali go krewni i znajomi, jako że zawody te transmitowano w telewizji!

      Znacznie chytrzejszą kurwą była jednak Monika Levinsky (swojsko jej nazwisko brzmi, to prawda, ale jej rodzice byli imigrantami żydowskimi niemiecko-rosyjskiego pochodzenia, chyba jednak z jakimiś polskimi korzeniami), bo żadna męska swołocz jej publicznie nie dymała przez całe osiem godzin („to była straszna harówa” stwierdziła post factum Marianna) za w sumie psie grosze. Ta szczwana dziwka za kilkakrotne obciągnięcie w Owalnym Pokoju lachy ówczesnemu prezydentowi USA Billowi Clintonowi zyskała ogólnoświatową sławę i miliony dolarów. Pomijając fakt, że nasz prezydent nigdy by na taki numer nie dał się nabrać, miała ona zapewne lepszego doradcę niż Marianna Rokita, której promotorem, a zarazem osławionym w tekstach satyrycznych „narzeczonym” był znany z wielu skandali polityczno-obyczajowych dziennikarz Jerzy S. Mac, stanowiący zupełne przeciwieństwo Billa Clintona, amerykańskiego gentlemana w każdym calu, który publicznie przeprosił Monikę za to, że pozwalając jej obciągać sobie lachę potraktował ją nie jak podmiot obdarzony nieśmiertelną dupą, pardon, duszą (klasyczne freudowskie przejęzyczenie!), lecz jak narzędzie seksualne.

 

                 

 Monika Levinsky (układ ust charakterystyczny dla seksu oralnego)  

 

     Natomiast Jerzy S. Mac, o którego tajemniczym zaginięciu donosiła w roku 1996 cała prasa (1. Porwany przez handlarzy narkotyków? 2. W zemście politycznej za artykuły o Oleksym i moskiewskiej pożyczce PZPR? 3. Uprowadzenie przez UFO? 4. Sfingowanie porwania dla autoreklamy? Osobiście zawsze optowałem za ostatnim domniemaniem!),  odznaczony Medalem 50-lecia Powstania w Getcie Warszawskim chyba dlatego, że pisał felietony do „Słowa Żydowskiego – Dos Jidisze Wort”,  nie tylko macał Mariannę do woli, lecz równocześnie zachowywał się wobec niej jak przystało na autora scenariuszy do wielu filmów pornograficznych, czyli jak typowy sutener: traktował ją przedmiotowo i frymarczył jej wdziękami, a gdy po pobiciu seksualnego rekordu świata (dałbym głowę, że walnie się do tego przyczynił, będąc zaprzyjaźniony z organizatorami, i że biedna Paulina protestowała nie bez powodu!) założyła własną firmę, został jej impresariem. Nie na długo. Kiedy oznajmiłam mu, że chcę się z nim rozstać w życiu prywatnym, roztrzaskał o podłogę krzesło, a potem zdzielił mnie nim w twarz. Został wyprowadzony z mojego mieszkania w asyście policji. Sutener-impresario zagrożony w swoich interesach przemienia się w damskiego boksera. Zawsze. W przypadkach indywidualnych, ponieważ w „skali przemysłowej” jest to domena gangów i gangsterów…

 

     Prostytucja jest najbardziej dochodową dziedziną działalności naszych gangsterów. W czasie rozliczeń uzyskujemy co prawda nominalnie mniejsze przychody niż z handlu, ale koszty są znacznie niższe. Dlatego też dochody z nierządu są wyższe niż ze sprzedaży narkotyków, a ryzyko minimalne… Postaram się odpowiedzieć na wiele kwestii dotyczących tego tematu. Mam nadzieję, że pomogą wam w rozwinięciu na obszarach waszego działania świetnie prosperujących burdeli z najwyższej klasy obsługą… Prawie codziennie przechodzę w drodze ku Górze Żabiej lub Przymiarkom obok tajemniczej „Jaroszewiczowki” vulgo „Gierkówki”, niegdyś ośrodka rządowego, który wymienionych prominentów nigdy nie gościł, przemienionego obecnie w równie tajemnicze PM Personel marketing ®, czyli po polskiemu: w Ośrodek Szkoleniowo-Wypoczynkowy, który zazwyczaj nikogo nie szkoli, a jeśli chodzi o czynny wypoczynek, to najbardziej sprzyja on dwom tamtejszym psom, które często włóczą się po okolicy i polują na sarny. Niekiedy jednak do tego ponoć idealnego miejsca do odbywania szkoleń, treningów, warsztatów, spotkań integracyjnych czy pracy zespołowej trafiają grupki jakichś dziwnych osobników, którzy nosa stamtąd nie wyściubiają, i wówczas oczami duszy widzę sędziwego Ojca Chrzestnego, który w roli wykładowcy, po wygłoszeniu powyższego wstępu o prostytucji, kontynuuje:

     Wejdźcie w zakładkę Biznes=>Burdele i kliknijcie w nią. Najpierw musimy wybudować burdele (u nas zwane „agencjami towarzyskimi”), albo na nie adaptować niezamieszkane budynki (tutaj w Iwoniczu-Zdroju mogłaby to być na przykład dawna „Barbórka”), względnie wynająć odpowiednie lokale położone z dala od kościołów (chodzi o uniknięcie protestów zdewociałych bab, wściekłych, że nikt nie chciałby na nie wleźć nawet z ich sutą dopłatą!). Koszty bywają różne, ale nie one są najważniejsze. Same burdele nie przynoszą bowiem żadnych dochodów. Aby zacząć zarabiać na nierządzie, musimy zatrudnić prostytutki. Pamiętajmy, że w burdelu (agencji) prostytutka zarabia do siedmiu razy więcej niż na ulicy. Dajmy jej dwa razy tyle, ile mogłaby tam zarobić, żeby była zadowolona, a w sprzyjających jej aktywności zawodowej warunkach będzie ruszała tyłkiem kilkakrotnie szybciej niż na tylnym siedzeniu ciasnych pomieszczeń samochodowych etc. (wejdźcie w zakładkę Prostytutka=>uliczna i kliknijcie w nią)

 

                                       

     Nasze zyski będą zależeć nie tylko od tego, ile zatrudnimy prostytutek, ale jaka będzie jakość ich pracy i w jakim nastroju będą pracować. Pamiętajmy, że z niewolnika nie ma pracownika! Nasze burdele powinny przyciągać najlepsze prostytutki tym, czym na przykład Iwonicz-Zdrój, w którym teraz gościmy, przyciąga turystów: szeroką ofertą zabiegów rekondycyjnych (typu: SPA, odnowa biologiczna, relaksacja, odchudzanie, rehabilitacja) oraz rekreacyjnych (jazda konna, a zimą kuligi, czy udział w licznych imprezach kulturalnych w amfiteatrze w centrum miasta etc.). A wszystkie nasze działania powinny  przebiegać  pod hasłem: PROSTYTUTKA TO TEŻ CZŁOWIEK!

 

     Etc., etc. Jest to oczywiście litentia poetica, mimo iż w części oparta na faktach. Burdelu nie otworzę, choć na pewno byłbym przykładowym burdeltatą. Mógłbym jedynie pisać o tym w nieskończoność, bo jest to powieść-rzeka, ale mam serdecznie dosyć tego tematu. Psychiatrzy od ciągłego obcowania z ludźmi psychicznie chorymi sami w końcu wariują, więc i ja mógłbym zacząć nagle przejawiać ciągoty do kurestwa, tym bardziej że zawód pisarza (bajarza) jest też jednym z najstarszych zawodów świata, a pisarstwo, jak liczne przykłady na to wskazują, może być prawdziwym kurestwem!

03:17, jbroszkowski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Najstarszy zawód świata (cz. 2)

     A jak było i jest z tym kurewskim fachem w Galicji? Tu w Iwoniczu-Zdroju pan Ryszard Sługocki, autor książki Na przekór i na bakier, który ostatnie lata okupacji hitlerowskiej spędził właśnie tutaj, pokazywał mi niedawno starą chałupę, obecnie niezamieszkaną i prawie wrośniętą w ziemię tuż przy samej drodze głównej, która w tamtych czasach była miejscowym burdelikiem. Nie burdelem, ponieważ urzędowały tam jedynie dwie siostry-dupodajki, obsługujące mniej bogobojnych klientów występujących przeciw szóstemu przykazaniu Dekalogu, a może wyłącznie młodzieńców pobladłych, którym wedle parafrazy Prząśniczki Stanisława Moniuszki kurwy zdrowie zjadły, co grzechem było na pewno mniejszym od onanizmu, tak ostro przez Kościół potępianego. Ewenementem mogłoby być to, że te siostry nie były Żydówkami, ponieważ już przy końcu wieku dziewiętnastego większość galicyjskich prostytutek była pochodzenia żydowskiego, nie mówiąc o bajzelmamach, bo te z pewnością szwargotały gniewnie, gdy jakaś „panienka” migała się od „roboty”, niestety, po rozwiązaniu przez Niemców „kwestii żydowskiej”, lupanary zniknęły, a prostytucja zeszła w tych stronach chyba do katakumb, bo nawet o względnym podziemiu nie może być mowy tu, gdzie zakłamanie obyczajowe, związane z silnymi wpływami Kościoła, osiągnęło ostatnimi czasy swoje apogeum. W ponad sześćdziesięciotysięcznym Krośnie nie ma nawet porno-shopu, mimo iż złośliwi internauci utrzymują, że w licznych sklepach z dewocjonaliami fikuśne majteczki z miniaturkami różnych zwierząt, kajdanki owinięte w różowe futerka, prezerwatywy z kolcami, wibratory czy stymulatory szłyby jak ciepłe bułeczki, ba, dyrekcja tamtejszego Domu Kultury bała się zorganizować przed półtora rokiem nawet koncert zespołu „Pidżama Porno”, a jedyny w tym mieście pokątny burdel na Zawodziu, czyli Agencję Towarzyską, natychmiast zamknięto! Młodzi krośnieńscy internauci apelują do władz miasta, by w tej sytuacji otwarto dla nich kilka stoisk z wypasionymi karpiami o szeroko otwartych pyskach…

     Powinienem chyba jednak opowiedzieć o moim pierwszym zetknięciu się z najstarszym zawodem świata, skoro wspomniałem o tym na początku części pierwszej. A zaczęło się to przed pięćdziesięciu laty od jednego ze spotkań z mym rodzonym wujem, po którym odziedziczyłem imię, czyli też z Januszem Roszkowskim. Przed wojną szkolił on głos w warszawskiej szkole muzycznej i gdyby nie wojna zostałby być może znakomitym tenorem, ale w czasie okupacji, którą spędził częściowo w Warszawie, a częściowo na Pomorzu, gdzie zastał go wybuch powstania warszawskiego i gdzie już pozostał na stałe, tak jak i moja matka, zszedł na manowce, a tuż po wyzwoleniu wręcz się zdemoralizował – w Lęborku popadł w alkoholizm, bo wszyscy, w zdecydowanej większości byli warszawiacy, ryczeli jak bobry i stawiali mu wódkę, gdy śpiewał Warszawo, ty moja Warszawo, / tyś treścią mych marzeń, mych snów! / Jak bardzo bym pragnął zobaczyć cię znów / Ty moja Warszawo wyśniona…

     Nic więc dziwnego, że i do partii wstąpił w pijanym widzie, i z ubecją musiał się chyba zwąchać, skoro w czasach, do których sięgam pamięcią, miał w Sopocie ładne mieszkanie w centrum miasta i pracował w „Baltonie”, zajmując się zaopatrywaniem statków w towary, o których szarym obywatelom nie tylko w głodowych powojennych czasach nawet się nie śniło. Gdy przyjeżdżałem z domu dziecka do Gdyni, matka zabierała mnie czasem do wuja, a tam na stole stało to wszystko, co stanowiło przedmiot westchnień prawie wszystkich mieszkańców Peerelu i co dopiero w czasach gierkowskich można było nabyć jedynie za dolarowe bony towarowe w sklepach „Pewexu” (młodzi ludzie tego nie pojmą, bo teraz można to kupić nawet w supermarketach)! Mój wuj, piękny mężczyzna o pańskim wyglądzie, był już wówczas ożeniony z panią Ireną, kobietą o pospolitych rysach, wręcz prostaczką, kierowniczką jakiegoś konsumu, ale umiejącą utrzymać wuja w ryzach, ponieważ po znalezieniu się pod jej pantoflem pił rzadko i z umiarem.

     To właśnie u nich jako dziewiętnastoletni student poznałem brata ciotki Ireny, który był królem „cinkciarzy” na Wybrzeżu, takim ówczesnym „Nikosiem” (ojciec chrzestny polskiej mafii, widywany w towarzystwie znanych aktorów, na przykład Cezarego Pazury, Nikodem S., którego w kwietniu 1998 roku poczęstowano sześcioma kulami w gdyńskim klubie „Las Vegas”). Ten mój przyszywany wujek, młodszy i przystojniejszy od „Nikosia”, zapałał do mnie tak wielką sympatią,  że przez pozostałe dwa miesiące letnich wakacji musiałem spędzać z nim wszystkie wieczory w najlepszych wówczas lokalach Trójmiasta, gdzie na jego widok obsługa kłaniała się w pas, a orkiestra grała tusz. Otaczały nas od razu wiankiem prostytutki, z których wiele to były prawdziwe piękności. Ale tylko dwie z nich mogły nosić godność Królowej – Nowego Portu, względnie Portu Gdyńskiego…

 

                         

 

      Wojciech Cejrowski nazwał przed kilkunastoma miesiącami prezentowaną powyżej Agnieszkę Frytkowską (pseudo „Frytka”) portową dziwką, z czym ona się absolutnie nie zgadzała, ale gdyby nazwał ją królową portowych dziwek, taką z lat mojej młodości, to takie określenie mogłoby jej tylko pochlebiać! Z tą z Nowego Portu konkurowała w k(ró)urewskiej sławie ta z Portu Gdyńskiego, którą dane mi było poznać bliżej, dlatego wiem, że miała piękną rezydencję, własnego taksówkarza, kosmetyczkę i fryzjerkę na każde zawołanie, no a w szafach stroje godne naprawdę królowej. Tak jak i tamta znajdowała się pod opieką mego przyszywanego wujka, który zapewniał jej klientów, tak zwanych „bojków”, czyli marynarzy z zagranicznych statków, zazwyczaj w strojach oficerskich, bo noc z taką „królową” kosztowała całe tysiąc dolarów.

      A działo się to w roku 1959, gdy zwyczajną, choć ładną i elegancką kurwę mogli mieć za „stówę”, a młodą i urodziwą dziwkę spoza branży za dwie pary rajstop! Jednakże Królowa to była Królowa – za luksus posiadania takiej trzeba było słono zapłacić, i chętnych nigdy nie brakowało! Hm, byłem wtedy pięknym młodzieńcem, w dodatku pisałem wiersze, ale czy to sprawiło, że jedna z nich się we mnie zakochała, czy fakt, że od pewnego czasu przychodziłem w towarzystwie mego przyszywanego wujka, króla „cinkciarzy”? W owych czasach nie było kantorów wymiany i zajmowali się tym nielegalnie właśnie „cinkciarze” – mój wujek się tym nie zajmował, natomiast wszyscy cinkciarze na Wybrzeżu musieli mu płacić haracz, więc w sumie były to kwoty ogromne. Dalsze zyski pochodziły z nielegalnego przemytu, hazardu i prostytucji…

     Wróćmy jednak do zakochanej we mnie Królowej, tak po pewnym czasie zakochanej, że nie zgadzała się na przyjmowanie klientów, wymawiając się „niedyspozycją” etc., co mego wujka bawiło tylko do pewnego czasu. Busisess is business! Miałem zakaz zbliżania się do niej, a jej rozpaczliwe listy, które przesyłała do mnie za pośrednictwem zaufanej przyjaciółki, trafiały do rąk mego wujka, więc dziewczyna musiała z płaczem wrócić do uprawiania swego zawodu – i na pewno odkochała się we mnie, bo odtąd na mój widok w jej oczach zaczęły pojawiać się sztylety. Ach, piękne to były czasy! Dla dobra tego postu istotna jest jednak kwestia, ile taka Królowa, po odliczeniu kosztów nie tylko własnych, mogła zarobić w ciągu kilkunastu lat uprawiania tego zawodu, lat najbardziej efektywnych, ponieważ jeśli po tym okresie się z tego interesu nie wycofała, to była tak zwaną „kurwą przechodzoną”, a jeszcze później „lodziarą” i w końcu „krzakówą”? Zapewne dużo, ale żadna z nich nie miała w tym okresie zainstalowanego w pochwie „licznika odwiedzin płatnych”, więc pozostają tylko domysły. Przy następnej bytności w Sopocie chciałem o to zapytać mego przyszywanego wujka, ale po miesiącu dowiedziałem się, że już nie żyje. Zawsze miałem niesamowitą pamięć do twarzy, więc widzę go jak żywego, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak miał na imię, to samo dotyczy mej Królowej – tamta z Nowego Portu była chyba Ireną, ale imienia tej w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć!  Jego śmierć była śmiercią tragiczną, bo zginął w wypadku samochodowym w bardzo ponoć tajemniczych okolicznościach…

     Można wprawdzie mówić o domysłach związanych z brakiem w pochwach prostytutek „licznika odwiedzin płatnych”, natomiast o żadnych domysłach nie powinno być mowy przy próbach bicia seksualnego rekordu świata, mimo iż wszystkie te odwiedziny są w drodze wyjątku bezpłatne. W tej dziedzinie sportu wyczynowego Polki brylowały do czasu, gdy w roku 2004 władze Warszawy (prezydentem miasta był wówczas, czego można się od razu domyślić, Lech Kaczyński) zakazały organizacji tego typu imprezy w stolicy z powodu rzekomego niespełnienia przez organizatora ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Przypominam, że w roku 2003 w Oficjalnych Seksualnych Mistrzostwach Świata w Warszawie do zawodów przystąpiły zaledwie trzy zawodniczki i kilkudziesięciu zawodników, więc czy można to nazwać imprezą masową? Poprzedni rekord świata Klaudii Figury (646 zbliżeń w ciągu dwunastu godzin) poprawiła wówczas zdecydowanie Paulina Kaczanow (759 zbliżeń w ciągu ośmiu godzin), występująca w tych zawodach jako Marianna Rokita (pseudonim wybrany z myślą o znanym polityku Janie Marii Rokicie, bardzo pruderyjnym w aspekcie obyczajowym, którego po tym rekordzie posłowie nie tylko opozycji witali w Sejmie per „Marianna”).

     Emocji było co niemiara, bo jej najgroźniejsza rywalka, gorsza o zaledwie jeden wsad (758 zbliżeń w tym samym czasie), występująca tam jako Paulina, nie chciała dopuścić do ogłoszenia werdyktu, wyrywając mikrofon z rąk prowadzącego i krzycząc, że to kłamstwo i oszustwo, że to ona wygrała, a gdy ochrona wynosiła ją za kulisy, gryzła i kopała, dopóki lekarz nie zaaplikował jej silnych środków na uspokojenie. Jej protest został, niestety, odrzucony przez organizatorów, a szkoda, bo powinno dojść do dogrywki jak w normalnych zawodach sportowych. Obie panie nie uważały się zresztą za prostytutki, głosząc, że są „modelkami erotycznymi”. Wprawdzie pobrały za to wynagrodzenie (zwyciężczyni otrzymała po długim bojach sądowych i w dodatku w ratach obiecaną w umowie zawartej z firmę organizatorską „Pink Press” premię w wysokości piętnastu tysięcy złotych), lecz honoraria, często znacznie większe, otrzymują obecnie wszyscy wybitni sportowcy, nie musząc w dodatku leżeć na quasi-fotelu ginekologicznym z dość nienaturalnie rozkraczonymi nogami, by nie utrudniać kolejkowiczom penetracji pochwy i zwiększyć w ten sposób swoje szanse na ostateczny triumf, mimo iż miało się do czynienia z nie zawsze kulturalnymi osobnikami (pani Marianna wspomina, że niektórzy z nich obrzucali ją obelgami, ale ona, ożywiona duchem bojowym naszej sławnej, bo znanej z opracowań szkolnych Dziewicy-Bohater, zastanawiała się tylko nad tym, co ma jutro ugotować na obiad lub jaką książkę chciałaby wieczorem przeczytać etc., a nie nad tym, że jest właśnie posuwana)…

     To, co się ostatecznie wydarzyło, jest zgodne z dostosowanym do tych realiów przysłowiem polskim, nawet jeśli zapożyczonym z obcych języków: gdzie dwie się biją, tam trzecia korzysta, ale czy były prezydent Warszawy Lech Kaczyński, zdeklarowany przecież Polak, cóż że mały, jest mądrzejszy po szkodzie? Aktualny seksualny rekord świata (919 zbliżeń w ciągu jednej sesji) pobiła pewna Amerykanka w roku ubiegłym. Jest to zapewne rekord bardzo wyśrubowany, ale nasze „modelki erotyczne”  twierdzą, że Polka potrafi, i że mogą go pobić w każdej chwili, byle zorganizowano u nas kolejne Oficjalne Seksualne Mistrzostwa Świata, na co się nie zanosi. Z nieoficjalnych źródeł wiem, że pani Paulina Kaczanow alias Marianna Rokita, nadal seksualna rekordzistka Polski (prywatnie absolwentka Paryskiej Izby Handlowej, dziennikarka i publicystka, także radiowa i telewizyjna, którą za zasługi na tym polu uhonorowano w roku 2001 nagrodą Kapituły Fundacji „Pro Veritate”; była rzeczniczka Unii Wolności na Śląsku, rzeczniczka kampanii wyborczej do Senatu prof. Zbigniewa Religii oraz asystentka posła Jerzego Wierchowicza; od roku 2004 redaktorka erotycznego programu w interaktywnej telewizji ITV), występowałaby w nich wówczas jako Lechosława Kaczyńska!

 

 

                               

                      Marianna Rokita jako Matka Boska Zielna

 

                                                                    Cdn.

02:07, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Najstarszy zawód świata

     Za co ty chłoszczesz tę dziwkę? Bijże się / Po własnym grzbiecie! Pożądasz jej, chamie. / A karzesz ją za pożądliwość. William Szekspir Król Lear, akt IV, scena VI, przekł. Józef Paszkowski.

     O istnieniu tego zawodu wiem od ponad pięćdziesięciu lat, ale nie miałem pojęcia, że jest aż tak intratny w naszym kraju, nie należącym przecież do czołówki najbogatszych krajów świata. Dopiero przy pisaniu poprzedniego postu dowiedziałem się, że nie tylko gangsterzy są u nas właścicielami ogromnych fortun. O „Fraglesie”, moim byłym pomocniku stolarskim i ciesielskim, już wspomniałem. A oto jeszcze dwie notki prasowe:  1. Kiedy policjanci chcieli zatrzymać Ludwika Adamskiego (pseudonim „Lutek”) w jego willi w Międzylesiu, poprosił, by włożyli kapcie, żeby nie zniszczyć cennej marmurowej posadzki w salonie. Tylko wyposażenie willi „Lutka” warte było kilka milionów złotych. Podczas przeszukania znaleziono wystawione na jego nazwisko akty własności kilkudziesięciu działek położonych wzdłuż trasy poznańskiej. „Lutek” przebywał na wolności po wpłaceniu półtora miliona złotych kaucji. Mimo że cały majątek Adamskiego pochodził z przestępstwa, nigdy nie został przejęty przez skarb państwa. 2. Stanisław Paszyński, pseudonim „Tygrys z Arizony”, jest jednym z najbogatszych mieszkańców Pomorza. Tylko na wyłudzeniu zwrotu podatku VAT zarobił, zdaniem policji, 100 mln zł. Przebywa na wolności za kaucją 16,5 mln zł. Paszyński posiada pałac w Koszewie pod Stargardem Szczecińskim. „Mam tam jakieś dzieła Rubensa i van Dycka” mówi z nonszalancją o wyposażeniu budowli. Teraz gangsterzy nadal bywają niewiarygodnie bogaci, ale ze swoim bogactwem aż tak otwarcie jak przed ośmiu laty już się nie obnoszą, ponieważ tryby wymiaru naszej sprawiedliwości zaczęły obracać się o tamtej pory w miarę sprawnie, ale nie tak jak wówczas, gdy dostanie się między nie jakiś biedak, bo na zdarciu z niego ostatniej koszuli się nie kończy!  Musiałbym jednak napisać kolejny post poświęcony myśli państwowej, a zamierzam napisać o najstarszym zawodzie świata, czyli o prostytucji, no i o niewiarygodnych zyskach, jakie można u nas z tej profesji osiągnąć. W styczniu tego roku „Gazeta Wyborcza” doniosła: Katowicki Urząd Kontroli Skarbowej zaczyna tropić osoby, które nie mają wielkich dochodów, a obracają milionami. Rekordzistką jest kobieta, która w ciągu pięciu lat wydała 13 mln zł. To zarobek z prostytucji przyznała…

     Prostytucja jest stara jak świat. Najpierw istniała tak zwana prostytucja gościnna, z którą u nas spotkał się jeszcze przed drugą wojną światową mój ojczym, goszcząc u Hucułów: Cały dzień my jedli, pili, a wieczorem, po kolacji, gospodarz powiada do mnie: „Możete ity spaty do mojej żinki…” Oni spali w drugiej izbie. Już szedłem ku drzwiom, bo gdybym odmówił, poczułby się obrażony, ale dońcia wpiła w ojca czarne ślepia i krzyczy: „Panycz je mij! Ja jeho żinka!” Roześmiał się gospodarz i wyszedł. A ja buch z dońcią pod baranicę. Pomyślałem sobie, że jeśli złapałem syfilisa, to złapałem, więc na razie nie ma się czym przejmować…” Tym bardziej Hucułowie nie mieli się czym przejmować: Znajomi lekarze z Kołomyi mówili mi, że na Huculszczyźnie panuje syfilis od niepamiętnych czasów. Prawie wszyscy Hucułowie byli nim zarażeni, ale po nich spływało to jak woda po kaczce, natomiast jeśli ktoś z nizin go tam złapał – to mógł sobie od razu stalować trumnę! I nie sądzę, iż dlatego kierowali się wobec mego ojczyma prawem gościnności, bo uważali go za wcielonego boga, jak to się działo we wcześniejszych i znacznie bardziej rozwiniętych kulturach – w społecznościach zamkniętych takich jak huculska Obcy wnosił do nich obcą, a więc cenną domieszkę krwi (genów). Zwierzęta wiedzą o tym doskonale, ludzie czasami o tym zapominają; obserwowałem w swoim czasie  kilka  niewielkich społeczności przez stulecia odciętych od świata zewnętrznego – odsetek osobników z lekkim, średnim bądź ciężkim upośledzeniem umysłowym był tam uderzający Ale jak widać goście mogą przynosić wraz z dobrodziejstwem genowego inwentarza także choroby przenoszone drogą płciową, nie jest to jednak wyłączna domena prostytucji gościnnej… 

     Kto wie, czy najstarszą formą prostytucji nie jest prostytucja małżeńska. Do niedawna myślałem, że z taką nieobyczajną tezą występował jedynie sławny dramaturg szwedzki August Strindberg, osławiony wróg kobiet, ale okazuje się, że z podobną tezą wystąpiła niedawno… kobieta, pani Eva Maria Nemeth, we wstępie do polskiego wydania trzytomowej Historii prostytucji napisanej przez dziewiętnastowiecznego historyka F. S. Pierre Dufoura: …nawet trwałe stosunki między mężczyzną i kobietą, mające formę małżeństwa lub ciągłego partnerstwa, obciążone są wpływami płatnego seksualizmu... Oczywiście ta „obustronna wymiana usług” nie zawsze opłacana jest brzęczącą monetą, ale jedna z kochanek mego przyjaciela-pisarza, który nieoczekiwanie dorobił się sporych pieniędzy na opublikowaniu bestsellera, wręcz wymuszała od niego „dary” w postaci futra czy samochodu, mimo iż jej mąż obdarzył ją wcześniej i kilkoma drogocennymi futrami, i luksusowym samochodem, a moja już nieżyjąca przyjaciółka-pisarka opowiedziała mi o wyznaniu jednej z jej najbliższych przyjaciółek, będącej przed kilkudziesięciu laty żoną znanego pisarza, którego nazwiska nie wymienię, mimo iż już nie żyje:

      – Mój mąż zwyczajnych stosunków nie uznaje, odczuwa przyjemność jedynie wtedy, gdy mu się defekuję do ust, względnie oddaję mocz…

     – Srasz mu do ust?

     – Defekuję się, moja, droga, to ładniej brzmi…

     – Jak możesz! Ja bym tego nigdy i za żadną cenę nie zrobiła!

     – Wszystko ma swoją cenę, moja droga! Mój mąż hojnie opłaca moje usługi…

 

                         

                   Pecunia non olet (pieniądze nie śmierdzą)

 

      Przejdźmy jednak do kolejnej formy prostytucji, prostytucji sakralnej, którą Dufour podzielił na obrzędową, religijną, świątynną, kultową, prostytucji znanej we wszystkich kulturach starożytnych, będącej jak u Chaldejczyków wręcz obowiązkiem każdej kobiety, która przynajmniej raz w życiu musiała oddać swoje ciało za pieniądze przypadkowemu mężczyźnie. Odbywało się to oczywiście w świątyni, a pobieraną opłatę przeznaczano dla bogini, czyli de facto na potrzeby kapłanów, natomiast w Mezopotamii taki obowiązek ciążył jedynie na kobietach bezpłodnych, które oddając się prostytucji sakralnej honorowały boginię płodności. Najwyższe kapłanki bogini Isztar miały tam pozycję równą arcykapłanom-mężczyznom, dokonywały bowiem ceremonii „świętych zaślubin” z królami i, rzecz jasna, arcykapłanami. Nie tylko pod tym względem panowała tam zatem równość, o którą później walczyły feministki, choć nie o takim zrównaniu w prawach kobiet z mężczyznami marzyły: męskimi prostytutkami zostawali tam bowiem także mężczyźni niezdolni do reprodukcji, którzy ten defekt musieli odpłacić społeczności poprzez służenie ich bóstwom. Te seksualne zbliżenia ze świętymi prostytutkami (kobietami bądź mężczyznami) miały na celu zwiększenie mocy płodnej tych, którzy za te usługi płacili, co miało udzielać się również należącym do nich roślinom uprawnym oraz zwierzętom hodowlanym, ale najbardziej zwiększały potęgę przybytków uświęconej rozpusty. Jeszcze do dzisiaj są sanktuaria, gdzie nadal uprawia się prostytucję sakralną opartą na pierwotnych wzorach, ale tam, gdzie religia katolicka stała się religią państwową, przybrała ona formę zawoalowaną – w roku 1471 papież Sykstus IV wprowadził system bezpośredniego opodatkowania prostytutek, dzięki czemu sfinansowano budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie!

       Prostytucja opuściła sferę sacrum już w Starożytnym Babilonie, a później na Bliskim Wschodzie, gdy władcy tamtych państw, nie chcąc, by tak wielkie i niewymagające dużych nakładów finansowych źródło dochodów wymykało im się spod kontroli, otworzyli pierwsze domy rozpusty, nazwane później burdelami. W Starożytnej Grecji również, gdzie dzięki zyskom z prostytucji wybudowano między innymi port w Pireusie. Tam wielkie hetery, jak Aspazja, kochanka Peryklesa, a we Francji wielkie kurtyzany, jak słynna markiza de Pompadour, kochanka Ludwika XV, wywarły ogromny wpływ na kulturę duchową nie tylko tamtych społeczeństw. Na złagodzenie obyczajów społecznych również. W Paryżu pozwolono prostytutkom utworzyć w tamtym czasie gildię (zrzeszenie), na wzór gildii kupców czy rzemieślników, bo przecież one też trudniły się rzemiosłem, cóż że kurewskim, a ich patronką została św. Magdalena, najsławniejsza ze skruszonych ladacznic. Wybudowały także kaplicę z witrażem, który przedstawiał prostytutkę wyruszającą do… Ziemi Świętej! A dzięki komu republika rzymska mogła spłacić swoje długi? Dzięki heterze Florze, która zapisała jej cały swój majątek!

 

                                  

                Klient i prostytutka przedstawieni na greckim kyliksie

 

     Skoro, jak widać, nawet indywidualne zyski z prostytucji bywały ogromne, to dziwić nie może, iż od niepamiętnych czasów wytworzyła się szara strefa: prostytutki zaczęły pojawiać się w tawernach i na ulicach. Nie dotyczyło to, rzecz jasna, najbogatszych z nich, luksusowych nałożnic, które na pewno nie brały udziału w ulicznym wyścigu nierządnic urządzanym corocznie w pewnym francuskim miasteczku w dniu św. Bartłomieja. Nie zawsze, niestety, zwyciężał pragmatyzm, czyli nie zawsze w majestacie prawa, także obyczajowego, prostytutki dojone były ze znacznej części dochodów przez Kościół oraz władców świeckich, i nie zawsze kanalizowano w ten sposób wzrost przemocy seksualnej ze strony mężczyzn, którzy w innych razach tworzyli bandy specjalizujące się w gwałceniu kobiet we wsiach i miasteczkach wielu średniowiecznych państw. Gdy zidiociały papież Pius wydał w 1566 roku edykt wypędzający prostytutki z Wiecznego Miasta, musiał natychmiast go odwołać, bo na ulicach Rzymu doszło do poważnych zamieszek! Działania restrykcyjne były bowiem działaniami idiotycznymi, oderwanymi od realiów życia, kościelnego też, ponieważ od czasu ustanowienia w Kościele rzymskokatolickim celibatu najlepszą klientelę domów rozkoszy stanowili księża (purpuraci mieli nałożnice, nierzadko cały harem). I tak jest do dzisiaj, we współczesnej Polsce również, o czym świadczą informacje podawane przez właścicieli tak zwanych Agencji Towarzyskich.

     Ten ambiwalentny stosunek do prostytutek i prostytucji na przestrzeni wieków wynikał zawsze z podwójnej, niestety, moralności katolickiej – Kościół z jednej strony czerpał pośrednio czy nawet bezpośrednio ogromne korzyści z nierządu, a z drugiej strony organizował krucjaty moralne – z widoczną szkodą dla interesów społecznych, ponieważ zyski z tego odwiecznego procederu trafiały wówczas przede wszystkim w ręce sutenerów, a obecnie trafiają w ręce gangsterów. A zatem koło (utworzone z moich dwu kolejnych postów) się zamyka: gangsterzy i prostytutki w jednym stoją domu! Zanim jednak przejdę do czasów współczesnych, chciałbym jeszcze wspomnieć o dziewiętnastowiecznych próbach kontrolowania prostytucji w naszym kraju, podejmowanych przez zaborców, Prusaków bądź Rosjan, poprzez obowiązkową rejestrację prostytutek, opodatkowanie burdeli i przymusowe badania lekarskie. Takie przepisy wprowadził w 1843 roku w Królestwie Polskim osławiony generał-gubernator Iwan Fiodorowicz Paskiewicz. Zobowiązano prostytutki do cotygodniowych badań lekarskich, a te, u których wykryto choroby weneryczne, odprawiano pod eskortą do Szpitala św. Łazarza. Dlaczego jednak karano chłostą te, które nie były w stanie zapłacić za leczenie, skoro właściciele burdeli odprowadzali co miesiąc do kasy miejskiej podatek zwany żartobliwie „podupnym”? I dlaczego nasza opinia publiczna zapałała świętym oburzeniem, przeto pomysł ten trzeba było zarzucić, gdy w roku 1884 postanowiono za kapitał zgromadzony z opodatkowanych dochodów prostytutek wybudować przytułek dla tych z nich, które z powodu starości, kalectwa, bądź chorób nie mogły już pracować?

                                                                   Cdn.

00:07, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2010
Ballada o zabitym gangsterze (cz. 1)

     Czyli o Krzysiu Mrozowskim ps. „Fragles” z Serocka, którego ulubionym powiedzonkiem, powtarzanym przy różnych okazjach, było LITOŚĆ TO ZBRODNIA.  W połowie lipca 1992 pojechałem z nim po raz ostatni do Norrbotten (Szwecja) za koło polarne na zbiory malin-moroszek, jagód i borówek. Po tygodniu dołączył do nas Piotrek, do którego Krzysio zwracał się per „Gruby”. Piotrkowi-grubasowi zbierać się szczególnie nie chciało, natomiast lubił smacznie i dużo jeść, więc z chęcią polował na przebiegające drogą młode renifery, a w szmaragdowo zielonych jeziorach, takich jak Sotaure czy Sjuggijaur, łowił öringi (łososiopstrągi). W pobliżu Jokkmokku i dalej na północ w okolicach Gällivare, gdzie docierały i renifery, i Lapończycy, z którymi od dawna byłem zaprzyjaźniony, okupowaliśmy domki myśliwskie bądź rybackie. Ja, Krzysio i Piotrek oraz trzy baby z podserockich wsi, ściągnięte przez Krzysia do zbierania. Ponieważ były spokrewnione z jego matką, kazałem mu się z nimi użerać, jako że mój głos zdawał się do nich nie docierać, mimo iż formalnie to ja byłem „szefem”. Dzięki zawiązaniu ze mną dwuosobowej spółki „pół na pół” Krzysio nie musiał już ze mną konkurować jak w poprzednich latach, gdy szlag go trafiał, że mimo nadludzkich wysiłków zbiera mniej ode mnie!

     Za obopólną zgodą mógł teraz zbierać na pół gwizdka, zajmując się o świcie rozwożeniem mnie oraz bab do trzęsawisk lub lasów oraz przywożeniem nas wieczorową porą wraz z „urobkiem”, odstawianiem plastykowych kadzi z moroszkami względnie worów z jagodami czy borówkami do punktu skupu, no i aprowizacją. Bardzo mi ten układ odpowiadał, bo dzięki temu nie dochodziło między nami do niepotrzebnych scysji. Piotrek nie należał do naszej dwuosobowej spółki, ale często Krzysiowi towarzyszył i zbierał wyłącznie w jego towarzystwie, więc szybko się zorientowałem, że bardziej niż na pieniądzach zależy mu na uciszeniu skołatanych nerwów (przez pierwsze noce zrywał się często z posłania z przeraźliwym krzykiem) z dala od warszawskiej policji, która ostatnio szczególnie się nim interesowała. Krzysio szepnął mi do ucha, że „sprawa musi trochę przyschnąć, bo Gruby kręci się przy mafii wołomińskiej”… „Grubemu” ten pobyt na dalekiej Północy posłużył także w sensie zdrowotnym, bo obżerając się do woli schudł w ciągu tych dwu miesięcy aż o piętnaście kilogramów!

     Utkwiły mi w pamięci szczególnie dwa zdarzenia związane z Krzysiem i Piotrkiem. Na jedno z niedzielnych polowań udali się z wiązką dzid, zrobionych z długich i grubych prętów zbrojeniowych, zaostrzonych na jednym końcu. Po kilku godzinach wrócili bladzi ze strachu, dygotały im ręce i łydki. Na drodze dojazdowej do Parku Narodowego Muddus w pobliżu Gällivare wpadli samochodem z ryczącym klaksonem między klępę a łoszaka (młodego łosia). Klępa uciekła na pobocze, a przestraszony łoszak biegł nadal drogą przed siebie, więc po wychyleniu się z jadącego samochodu cisnęli w jego kierunku kilkoma dzidami, z których dwie utkwiły w jego ciele, a trzy inne, które chybiły celu, leżały na środku drogi tuż przed wjazdem do ścisłego rezerwatu przyrody. Ranny łoszak wbiegł do środka, a Piotrek i Krzysio, po zostawieniu samochodu w zatoczce parkingowej, pobiegli za nim. Zaledwie utykający łoszak odbiegł kawałek od drogi, kryjąc się za gęstymi zaroślami, pojawił się na niej samochód patrolowy ze strażnikami Parku. Strażnicy pojechali do wyjścia, po czym po chwili powrócili, jadąc wolno i przypatrując się badawczo niefortunnym „myśliwym”, którzy udawali, że są turystami zainteresowanymi wyłącznie pięknymi widokami. Gdy samochód wreszcie się oddalił, Piotrek i Krzysio pognali do wyjścia mało co nie gubiąc nóg, a po powrocie do naszej bazy zatopili w pobliskim jeziorze resztę dzid owiniętych w kilka sieci na ryby, które wcześniej „zdobyli” w jakimś domku rybackim, i dopiero wtedy przybiegli do mnie, żeby zdać mi relację z tego, co się stało. Odłożyłem zbieraczkę i buchnąłem śmiechem, patrząc na ich przerażone miny, po czym kazałem się niezwłocznie zawieźć na miejsce zdarzenia, gdzie oczywiście samochodu patrolowego już dawno nie było. Po krótkich poszukiwaniach odnaleźliśmy i owe trzy porzucone dzidy, i nieszczęsnego łoszaka, który w tamtych zaroślach zdążył się już wykrwawić. Po odcięciu kopyt i łba oraz jego wybebeszeniu, zagrzebaliśmy niejadalne szczątki w ziemi, a parujące połacie mięsiwa przenieśliśmy w czarnych workach plastykowych na zewnątrz Parku i wrzuciliśmy do bagażnika… Drugie zdarzenie było znacznie mniej zabawne. Podczas pobytu na skupie, Krzysio pokłócił się o jakieś głupstwo z dość chuderlawym i trochę podpitym chłopakiem z Kurpi, po czym krzyknął: „Gruby, przytrzymaj mu ręce!” Zwalisty Piotrek trzymał tamtego chłopaczynę za ręce, a wyższy o pół głowy Krzysio walił wystraszonego biedaka z całej siły pięściami po twarzy, po której spływała krew. Na szczęście znajdowałem się w pobliżu i przybiegłem chłopakowi z pomocą, a na Krzyśku i Piotrku połamałem plastykowe wiadro, wyzywając ich od najgorszych tchórzy!

     A teraz czas na fakty znane z publikacji prasowych: 

     23 marca 2002 r. pięciu funkcjonariuszy z piaseczyńskiej komendy policji w ubraniach cywilnych dokonywało we wsi Parole oględzin zatrzymanego tira ze skradzionym sprzętem RTV o wartości około miliona złotych. O 17.30 na podwórko posesji, gdzie stał skradziony wóz, podjechało kilka samochodów, z których wysypali się bandyci z gangu „Mutantów”. Padły strzały. Finał ginie naczelnik sekcji kryminalnej Mirosław Żak. Rannych zostało także dwóch bandytów, ale wszystkim udało się zbiec. Tak rozpoczęła się jedna z największych w historii obław policyjnych.

     21 stycznia 2003 r. na Ursynowie funkcjonariusze śledzą dwóch mężczyzn związanych z gangiem „Mutantów”, którzy po zakupach w supermarkecie E. Leclerc przy skrzyżowaniu al. KEN i Ciszewskiego wsiedli to toyoty. Gangsterów podejrzanych o udział w zabójstwie policjanta w Parolach poszukiwano już dziesiąty miesiąc. Była godzina 17. Na Ursynowie to komunikacyjny szczyt. Kilkaset metrów dalej na wysokości Rosoła oraz Cynamonowej toyota została otoczona i zablokowana przez radiowozy na cywilnych numerach. Bandyci łapią za broń, ale policjanci strzelają celniej. Ginie Piotr Radzimirski ps. „Gruby” i Krzysztof Mrozowski ps. „Fragles”, niegdyś antyterrorysta, który przeszedł na stronę przestępców.

02:13, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
Ballada o zabitym gangsterze (cz.2)

     W telewizji bez przerwy pokazywali ich ciała leżące na ulicy. Piotrka po roku 1992 widziałem zaledwie kilka razy, zawsze w towarzystwie Krzyśka, więc jego śmiercią aż tak bardzo się nie przejąłem, ale śmierć Krzysia Mrozowskiego mną wstrząsnęła, ponieważ do roku 1992 byliśmy przez kilka lat w bliskim kontakcie i po trosze mu ojcowałem, a później w poczuciu całkowitej bezradności patrzyłem, jak zsuwa się po równi pochyłej ku ostatecznemu końcowi, który wyprorokowałem mu na miesiąc przed strzelaniną na Ursynowie, gdy odwiedził mnie po raz ostatni, czując się już coraz bardziej osaczony przez policję, ale nie tę w Serocku, ponieważ w swym rodzinnym mieście miał nadal poczucie bezkarności i mimo listu gończego bywał często w swoim domu, a z bronią nie rozstawał się ani na moment, o czym świadczyła choćby przestrzelona przez niego moja taczka: „Gliniarze udają, że jestem duchem – żartował, ale widziałem, że był to śmiech straceńczy, ponieważ mówił mi, że policjanci z jednostki specjalnej Komendy Stołecznej, jego dawni koledzy, mają go „na widelcu”. – Cholera, żaden z nich nie puszcza pary z gęby za żadne pieniądze, a to oznacza, że żarty się skończyły!” Rozglądał się na wszystkie strony jak osaczone zwierzę, ale mówił, mówił, mówił, opowiadając mi jak zwykle o wielu swoich gangsterskich wyczynach z takimi szczegółami, że aż dziw brał, że już dawno nie siedzi w ciupie. Było to możliwe zapewne tylko dlatego, że jego grupa miała układy w policji, o czym też opowiadał, dzięki czemu każdy z nich wiedział na bieżąco o toczących się przeciw nim śledztwach. „Teraz to się, cholera, urwało, bo kilku opłacanych chłopaków aresztowano, a inni dowiadują się o akcjach w ostatniej chwili i muszą zostawiać w depozycie nawet swoje komórki! A kiedyś dzwonili do nas lub esemesowali już w drodze, więc mogliśmy się z ich przełożonymi bawić w kotka i myszkę!”

     Ponieważ wiedziałem, że mimo straty półtora miliona złotych, bo tyle go kosztowało „opuszczenie pierdla” po wpadce w roku 1999, Krzysio ma mnóstwo pieniędzy (Kiedy w 1999 r. policjanci przyszli zatrzymać za wymuszanie okupów Krzysztofa Mrozowskiego, pseudonim „Fragles”, w jego domu znaleziono m.in. dokumenty notarialne zakupu dużej nieruchomości przeznaczonej pod budowę motelu z dyskoteką wartej 100 mln zł, zapisanej na jego 20-letnią konkubinę, z cesją na „Fraglesa”. – Spytaliśmy dziewczynę, skąd miała na ten zakup pieniądze. Powiedziała, że zbierała od dziecka wspomina oficer  CBŚ. – Mogła z nas drwić, bo prawo nasze jest dziwnie bezradne w takich sytuacjach. Efekt jest taki, że rozzuchwaleni przestępcy nabywają kolejne domy, mieszkania, samochody, ziemię, firmy, hotele. A niektórzy nawet kupują całe miasta, np. na południu Polski...), radziłem mu, żeby wycofał się z gangsterskiego interesu i rozkręcił jakiś legalny. Zaśmiał się: „Może mam pisać książki jak pan, panie majster, a byłoby o czym, i za rok ciężkiej pracy dostać dwadzieścia tysięcy złotych, albo zapieprzać od świtu do nocy przy remoncie jakiegoś domu za sto pięćdziesiąt złotych dziennie? To już nie dla mnie!” Zapamiętałem jego ostatnie słowa: „Wiem, że prędzej czy później zginę, ale nie mam odwrotu. Stamtąd, gdzie jestem, można wyjść tylko nogami do przodu. Wolę to, niż gnić w więzieniu, panie majster…” Ja mówiłem do niego per Krzyś, natomiast on zwracał się do mnie zawsze z szacunkiem: „Panie majster…”, ponieważ temu prostemu chłopakowi bardziej imponowało to, że potrafię zbudować dom, niż to, że napisałem ileś tam książek. Aha, moim pomocnikiem stolarskim i ciesielskim został wiosną 1990 roku, gdy w Zalesiu Dolnym robiłem remont generalny drewnianego domostwa…

     Dlaczego został antyterrorystą, a później gangsterem? Odpowiedź zabrał ze sobą do grobu jego ojczym-murarz (znałem go), który nastał w jego życiu po tym, jak ojciec Krzyśka, też murarz, zapił się na śmierć. Ojczym również chlał, ale w przeciwieństwie do tamtego miał twardą łapę i prał nią pasierba bezlitośnie, szczególnie gdy ten usiłował stawać w obronie swej matki. „Patrz, mały gnojku – mówił do zapłakanego chłopca. – Pokonasz mnie, gdy potrafisz zrobić to, co ja!” Po czym ululany w drobną kaszkę właził po drabinie na szczyt dachu i robił stójkę na kominie! A Krzyś marzył jedynie o tym, żeby mu dorównać – i dlatego został antyterrorystą i patrzył z satysfakcją, jak ojczym kurczy się ze strachu na jego widok, gdy ujrzał go na podwórku w stroju funkcjonariusza elitarnej jednostki Komendy Stołecznej i z pistoletem w ręku. Więc tylko skulił się w sobie, gdy pasierb zaczął go kopać i okładać kolbą pistoletu po całym ciele, ponieważ ten zagroził mu, że w razie oporu zastrzeli go jak psa!

     Poza tym odosobnionym przypadkiem Krzysio był silny tylko wtedy, gdy znajdował się w przynajmniej dwuosobowej grupie uzbrojonych po zęby kompanów (kilka razy pokazywał mi bagażnik swego samochodu, przypominający arsenał) – zawsze zdumiewało mnie jego tchórzostwo, gdy nie miał przy sobie broni lub kompana gotowego stanąć w jego obronie. Moja odwaga, którą okazywałem w trudnych sytuacjach zdany wyłącznie na siebie, zawsze go zdumiewała. W takich sytuacjach, wymagających zwyczajnej cywilnej odwagi, ubezpieczał się aż do granic absurdu. Jestem pewien, że na Ursynowie nie złapałby za broń, gdyby jako pierwszy nie uczynił tego Piotrek. Zresztą w Serocku krążyły pogłoski, że Krzyś wyskoczył z samochodu, żeby się poddać i chciał odrzucić pistolet, ale antyterroryści nie wgłębiali się w intencje swego dawnego kolegi, wiedząc o jego bezwzględności, choć to nie on zabił w Parolach policjanta i gdyby nie to, że policjanci w strojach cywilnych zostali uznali omyłkowo za członków konkurencyjnej bandy, nikt by do nich nie strzelał, w każdym razie na pewno nie Krzysio – nieustraszony jedynie w stosunku do ludzi zastraszonych!

     Bardzo lubiłem jego pierwszą żonę, śliczną Anię, która jako młodziutka dziewczyna zakochała się bez pamięci w gliniarzu-antyterroryście – ku nieustającej zgrozie swego ojca, z racji piastowanego stanowiska i artystycznych upodobań stanowiącego skrajne przeciwieństwo bardziej niż niechcianego zięcia, który pojawił się w jego życiu jak upiorny rekwizyt, w postaci na przykład królika z odciętą głową, wyciągnięty z cylindra obłąkanego prestidigitatora, i który w jego oczach (nie mógł ich, niestety, pożyczyć swej córce!) był tylko „bezmózgim mięśniakiem”. Jednakże wkrótce jego wychuchana jedynaczka urodziła owemu „bezmózgiemu mięśniakowi” dość chuchrowatego syna o prezencji muzyka, którego Krzyś próbował urobić na swoje kopyto, zasypując go militarnymi zabawkami i usiłując nauczyć go sztuk walki: uderzeń, kopnięć, chwytów, duszeń, rzutów czy dźwigni, co mogłoby rozbawić mnie do łez, gdybym nie widział, jakie katusze ten delikatny chłopiec przeżywa! Nie mówiąc o jego matce, która już po kilku latach wypłakiwała się na moim ramieniu, nie wiedząc, jak wybrnąć z tej małżeńskiej matni. Udało jej się to zrobić dopiero wtedy, gdy Krzyś, już jako gangster, wylądował w roku 1999 w więzieniu za liczne wymuszanie haraczy przy użyciu najbardziej bezwzględnych metod.

     Ania była święcie przekonana, że jej małżonek otrzyma co najmniej piętnaście lat więzienia, więc po zapewnieniu mu w kilku wypadkach alibi i dobrego adwokata, zażądała rozwodu i wyprowadziła się z dzieckiem do świeżo poznanego chłopaka, będącego całkowitym przeciwieństwem Krzyśka. Niestety, Krzysiowi udało się wyjść z pudła już po półtora roku, bo świadkowie oskarżenia albo zostali zastraszeni i zmienili zeznania, albo zapadli się pod ziemię w sensie dosłownym, i wtedy zaczęła się gehenna Ani i jej nowego towarzysza życia, który zaślepiony uczuciem do niej nie miał zielonego pojęcia, w jakie tarapaty się wpędził! Krzyś przestał ich zastraszać dopiero wtedy, gdy Ania mu uświadomiła, że nie wyjdzie nigdy z mamra, gdy wystąpi przeciw niemu jako świadek oskarżenia. Ich nieszczęsne dziecko stało się jednak zakładnikiem zawartego rozejmu, mimo iż Krzyś już wcześniej dorwał kolejną ofiarę, bardzo zresztą szczwaną i kutą na co najmniej cztery nogi ową dwudziestoletnią dziewczynę, która doskonale wiedząc, że jest on bezwzględnym gangsterem, związała się z nim z miłości do pieniędzy i urodziła mu dwoje dzieci, zajmując się ponadto na jego polecenie hodowlą oraz tresurą  amstafów i pittbulów, tresowanych od małego do okrutnych walk psów.

     Jesienią 2001 roku Krzysio wpadł do mnie  z propozycją, bym za pięć tysięcy złotych zezwolił na przykucie w piwnicy mego domu jakiegoś biznesmena: „Wyjedzie pan, panie majster, na tydzień w góry z rodziną, a my tu pourzędujemy. Pięć tysięcy od łebka piechotą nie chodzi. Pana żona jest sekretarką burmistrza, a pan znanym pisarzem, więc policja nigdy pańskiego domu nie namierzy…”  Czy nie miał to być na przykład Krzysztof Olewnik, porwany właśnie w tamtym czasie, bo „Fragles” był w tę głośną sprawę niewątpliwie wmieszany, skoro w domu Jacka K., głównego podejrzanego o zorganizowanie porwania Olewnika, znaleziono faktury i notatki na nazwisko Krzysztofa Mrozowskiego, a bmw, zakupione przez Olewnika na cztery lata przed porwaniem, okazało się autem „trefnym”, czyli skradzionym, którego poprzednim „właścicielem” był „Rudy” – członek bandy Krzysia Mrozowskiego? A gdzie to auto zostało wstawione do komisu? U „Dziada”, osławionego szefa gangu wołomińskiego, który grzecznie zwrócił Olewnikowi pieniądze, zamiast zwyczajowo kazać swoim „żołnierzom” przestrzelić mu kolana!  A skąd się wzięły dziwne związki „Fraglesa” z Grzegorzem K., byłym szefem SLD z Sierpca, który miał brać pieniądze od Włodzimierza Olewnika za pomoc w uwolnieniu jego syna? Oczywiście nie miałem wówczas zielonego pojęcia o tym wszystkim, ale kazałem się Krzysiowi wynosić, dziwiąc się, że ma czelność przychodzić do mnie z jakimikolwiek propozycjami po tym, jak przed kilkoma miesiącami poprosił mnie o udostępnienie mu garażu na dwa dni, bo kupił okazyjnie drogiego mercedesa i boi się go trzymać na ulicy, a okazało się, że „kupno” luksusowego mercedesa wymusił na jakimś biznesmenie przykutym do kaloryfera na szczęście w piwnicy nie mojego domu, i że wóz musiał być przytrzymywany u mnie przez całe dziesięć dni, ponieważ jego przerzut na wschód z powodu jakiejś „wsypy” okazał się na razie niemożliwy, mimo iż wóz po wizycie fachowca od wymiany zamków i wspawania fałszywych numerów, zaopatrzony ponadto w „prawilne papiórki”, był ponoć „całkowicie legal”.

     I na tym tę Balladę o zabitym gangsterze, którą poprzedni post  wywołał, zakończę, choć jeszcze wiele barwnych zwrotek mógłbym do niej dodać. Poza sceną finalną na ursynowskim skrzyżowaniu mogłem ją napisać właściwie już za życia głównego bohatera i nawet poprosić go o jej odśpiewanie, bo Krzysio lubił śpiewać, mimo iż w stałym repertuarze miał zaledwie jedną piosneczkę, której dwie pierwsze strofy wraz z refrenem udało mi się dzięki temu zapamiętać:   

 

          Zmęczony onanizmem pięcioletni Franio

          zobaczył siostrę w wannie i rzucił się na nią –

          skutek tego zdarzenia był nadzwyczaj ostry:

          dostał wpierdol od ojca i syfa od siostry!

               Oj, di-ri-di, oj, di-ri-di, jaki piękny walczyk,

               czy pani, czy pani lubi ze mną tańczyć?

 

          Uważajcie chłopaki, bo jakaś mend zgraja

          może chcieć wam znienacka nagle obsiąść jaja,

          bowiem menda, choć menda, to stworzenie boże

          i bez jaj waszych nijak obejść się nie może!

               Oj, di-ri-di, oj, di-ri-di, jaki piękny walczyk,

               Czy pani, czy pani lubi ze mną tańczyć?

 

   Owa tajemnicza Pani mogła być personifikacją Śmierci, choć wtedy gdy Krzyś tę uroczą piosneczkę z upodobaniem śpiewał w domku myśliwskim czy rybackim za kołem polarnym, przy refrenie kołując w wyimaginowanym  tańcu przy owej Pani jak gołąb koło gołębicy, miał w sobie jeszcze tyle życia!

 

                  

     Carlos Schwabe, ok. 1890 Śmierć i grabarz (fragment obrazu)

02:10, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Życzenia noworoczne (spóźnione nie z mojej winy)

     Życzenia noworoczne powinno się składać wcześniej, ale po powrocie do Iwonicza-Zdroju okazało się, że mój laptop przegrzewa się do tego stopnia, iż o napisaniu postu nie ma mowy. Musiałem oddać go do naprawy, a moja warszawska przyjaciółka próbowała mnie pocieszyć wiadomością odebraną w kawiarence internetowej, bo jej również popsuł się komputer, od swego przyjaciela z Kopenhagi, który przepraszał ją za brak odpowiedzi na jej życzenia noworoczne, ponieważ też wysiadł mu komputer: To wszystko, dziecino najmilsza, dzieje się wskutek podstępnej żydowskiej intrygi, i choć zawiązała się ona przed wieloma laty, jej skutki są odczuwalne po dziś dzień, zwłaszcza w początkowych fazach poszczególnych roków... 

     Pewnego razu chasydzi obsiedli cadyka, żeby ten wytłumaczył im zagadki przyrody, i jeden z nich zapytał:

     – Rebe, dlaczego latem jest ciepło?

     – To bardzo proste odpowiedział cadyk. Zimą, kiedy mróz skuwa ziemię, Żydzi palą w piecach i wówczas ciepło unosi się do góry, a kiedy już nagromadzi się go dużo, tak że staje się ciężkie, opada na ziemię. Robi się wtedy  lato i jest tak gorąco, że nawet mnie bywa trudno wytrzymać w lisiej czapie na głowie.

     – No dobrze, ale dlaczego zimą jest zimno?

     – Jak to dlaczego? Przecież latem Żydzi nie palą w piecach...

 

                                      Shabbat shalom!

                                      Natko kopenhaski

 

     Dzięki Nathanie, mądry cadyku z Kopenhagi, za świetne objaśnienie ewentualnych kłopotów z komputerami u progu Nowego Roku, tym bardziej że w otrzymanym przed chwilą esemesie moja najlepsza w ostatnim czasie komentatorka, pani Jo, donosi mi, że właśnie zepsuł się jej… laptop! Ja na szczęście mam to już za sobą, więc w Nowym Roku 2010 (układ cyfr jest dość ciekawy, ale Bogiem a prawdą znacznie ciekawszy będzie za dwieście dwanaście lat) mogę życzyć Moim Przyjaciołom-Czytelnikom, tak jak i sobie, spełnienia wszystkich wizji snutych w minionym roku przez wspaniałych wynalazców i naukowców, mimo iż w przeciwieństwie do mnie chłodne metody przedkładają oni, ponoć ku pożytkowi powszechnemu, nad szaleństwa wyobraźni. W ubiegłorocznych postach wielokrotnie donosiłem o wynalazkach i odkryciach, które w dającej się przewidzieć przyszłości, mierzonej nie stuleciami, lecz dziesięcioleciami, całkowicie przeobrażą nie tylko nasze życie na planecie nazwanej Ziemia, ale i samą Ziemię, ale w moich notatkach pozostała jeszcze garść zapisków, które na życzenia noworoczne nadają się w sam raz.

 

     Plecaki odrzutowe

     Już teraz samochody duszą się w korkach, choć na świecie jest ich zaledwie sześćset milionów, ale za kilkadziesiąt lat ich ilość się podwoi. Trzeba opuścić zatłoczone drogi. Niektóre samochody już teraz mogą unosić się w powietrzu, ale ich dotychczasowi użytkownicy za pomocą plecaków odrzutowych będą mogli taką powietrzną podróż odbyć sami, nie narażając się na zderzenia czołowe z innymi właścicielami takich plecaków, a zatem na guzy na łbach, dzięki miniaturowym urządzeniom echolokacyjnym. Samochody przyszłości też będą w nie wyposażone. Proszę sobie wyobrazić niebo nad wielkimi miastami rozgwieżdżone milionami takich pojazdów w bezkolizyjnym ruchu. Interaktywne mapy nie pozwolą nikomu się zagubić…

                              

     Na ten plecak odrzutowy stać byłoby obecnie jedynie ludzi majętnych, bo jego koszt wynosi 100 000 dolarów, ale już może przemieszczać się z prędkością 100 km/h (fot. martinjetpack.com)

     Autostrady w chmurach 

     Boening już takie autostrady tworzy. Samoloty przyszłości nie będą potrzebowały wież kontroli lotu, dzięki czemu unikniemy katastrof lotniczych wynikających z zawodności ludzkiego mózgu…

 

     Loty podwodne

     Będzie można kręcić beczki wraz z wielorybami. Szkolenie pilota podwodnego potrwa zaledwie trzy dni. Oceany są przyszłością naszej planety, ale przez same centra wielkich miast przepływają zazwyczaj rzeki. Nurkochody już teraz je forsują, zanurzając się w dodatku pod wodą. Kierowcy i pasażerowie zakładają w tym czasie maski, do których butla dostarcza tlen…

 

     Teleobecność

      W ogóle nie trzeba będzie podróżować w sprawach biznesowych. Będzie można równocześnie do siedmiu miejsc na świecie wysłać swoją OBECNOŚĆ, teleobecność. Do lekarzy też nie będzie trzeba stać w kolejkach. Dzięki teleobecności wirtualny lekarz postawi właściwą diagnozę, przepisze właściwe leki, które natychmiast zostaną dostarczone nam do domu…

 

     Kopia genomu

     Kopia genomu w opasce na przegubie dłoni pozwoli nam poznać przyszłość naszych ciał, a więc zapobiegnie chorobom oraz zdecydowanie opóźni procesy starzenia się. Pewna molekuła, znajdująca się na przykład w czerwonym winie, pozwala już teraz przedłużyć dwukrotnie życie myszy…

 

     Baryłka wody pitnej

     Za trzydzieści lat baryłka wody pitnej może być droższa od baryłki ropy. Ale pewien wynalazca stworzył energooszczędne urządzenie (zużywa tyle prądu co suszarka), które wytwarza w ciągu doby aż tysiąc litrów wody destylowanej z najbardziej zanieczyszczonych ścieków lub rzek. W jaki sposób? Bardzo prosty. Zamienia je w parę, a w parze nie ma żadnych zanieczyszczeń, tylko czysta woda, którą po schłodzeniu można natychmiast pić!

 

     Inteligentny pył 

     Pokryte nim mosty zawiadomią nas o najdrobniejszych uszkodzeniach czy błędach konstrukcyjnych, dzięki czemu nie dojdzie do takich katastrof, jak ta w listopadzie roku 1940 (miesiącu oraz roku moich narodzin), zaledwie w cztery miesiące po otwarciu trzeciego w owym czasie najdłuższego mostu świata Tacoma (USA), spowodowana brakiem stateczności aerodynamicznej. Do tej katastrofy doprowadził pośrednio silny sztorm wiejący od oceanu, który wprowadził most najpierw w drgania falowe w płaszczyźnie pionowej (nawet w normalnych warunkach kierowcy nazywali go „galopującą Bertie”), a następnie w dwufalowy ruch skręcający, po którym rozpadł się on całkowicie. Podobne przyczyny musiały doprowadzić w starożytności do katastrofy mostu w Hellesponcie (obecne Dardanele), wybudowanego na rozkaz króla perskiego Kserksesa, gdy ten wyprawiał się na Grecję. Tę pierwszą w historii wzmiankę o katastrofie mostu podał Herodot. Konstruktorom mostu Tacoma nikt jednak nie kazał ściąć głów, a wzburzonych wód zatoki nie schłostano przykładnie, tak jak się to stało z wodami greckiej cieśniny, którym na rozkaz Kserksesa wymierzono trzysta batów wraz z takim oto uzasadnieniem: „Gorzka wodo, nasz pan wymierza ci tę karę, boś go skrzywdziła, nie doznawszy od niego niczego złego. A król i tak przejdzie przez ciebie, czy chcesz tego, czy nie chcesz!” Mówiąc szczerze, takie uzasadnienia wyrażane są językiem stokroć bardziej ludzkim od technokratycznych uzasadnień kolejnych katastrof mostów…

     Powracam jednak do inteligentnego pyłu, w nadziei że ostatnia z notek, wcześniej dwuzdaniowa, nie zacznie się znowu rozrastać. Pokryte tym pyłem jezdnie zawiadomią nas, za pośrednictwem komputera samochodowego, o niebezpiecznych przełomach czy dziurach w nawierzchni, dzięki czemu nie uszkodzimy zawieszenia lub koła i nie będziemy domagać się odszkodowania od dyrekcji budowy dróg, mostów i jaskiń, jak mawiał mój były pomocnik stolarski i ciesielski, a później jeden z najgroźniejszych gangsterów o ksywie „Fragles”, czyli Krzysio Mrozowski z Serocka. Stop-stop, ten nieopatrznie dodany wtręt godny jest osobnego postu!

PS Gdybym śmiał jeszcze czegoś życzyć Moim Przyjaciołom-Czytelnikom, to żeby w Nowym Roku częściej zaglądali na mój inny blog poświęcony naprawdę świetnym rozmowom z Adamem Hanuszkiewiczem! http://zhanuszkiewiczem.blox.pl/html

05:34, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »