RSS
niedziela, 25 grudnia 2016
105 LAT I 7 DNI NAPRAWDĘ MINĘŁO!

 

Kiedy dowiedziałem się, że pan Edward złamał sobie aż pięć żeber i od dwóch dni nie je i nie śpi, byłem poważnie zaniepokojony, bo wyglądało to na prawdziwy pech! A potem był szpital w Krośnie. Ale kiedy doszła mnie wieść, że pan Edward oblizuje się na widok urodziwych pielęgniarek, a apatycznym wzrokiem spogląda na dwie starsze panie spoczywające na sąsiednich łóżkach, wiedziałem, że rychło wróci do pełni sił! I rzeczywiście – po kilku dniach został stamtąd wypisany, a lekarz prowadzący nawet nie widział potrzeby odwiezienia karetką sędziwego pacjenta do domu, co w takiej na przykład Szwecji byłoby obligatoriskt, czyli obowiązkowe, wraz z obowiązkowym przewiezieniem go w wygodnej pozycji leżącej. A tu: upchał wnuk Maciek dziadka na tylnym siedzeniu zwykłej osobówki jak worek kartofli i bujaj się Fela, bo jutro niedziela! 

Miałem kiedyś pęknięte tylko jedno żebro i wiem, jaki to był koszmarny ból przy oddychaniu. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym złamał sobie pięć żeber, tfu, odpukać! Oczywiście pan Edward powinien z racji swojego wieku przebywać w pomieszczeniach, gdzie możliwość złamania sobie czegokolwiek jest praktycznie wykluczona. W takich komfortowych warunkach przebywają stulatkowie w domach opieki społecznej na zachodzie Europy. Poza całodzienną opieką lekarską i pielęgniarską mają do dyspozycji gabinety zabiegowe – panu Edwardowi też przydałyby się codzienne masaże, ćwiczenia usprawniające, także w wodzie, dzięki czemu na pewno chodziłby bardziej wyprostowany, a dieta, którą by tam otrzymywał, różniłaby się nieco od tej, jaką sam sobie zaordynował!

Można na cywilizację wybrzydzać, mówić, że gdzieś tam w górach ludzie żyją po sto kilkadziesiąt lat, ale… Stop! Zatrzymajmy się najpierw na tych górach. Kaukaz, z legendą o dziewięćsetstuletnim panu młodym i pannie młodej młodszej o trzysta lat, nasuwa się na myśl automatycznie. Półtora tysiąca stulatków tam żyjących, jeśli ich metryki urodzenia są pewne, robi oczywiście wrażenie. Pewne jest niewątpliwie to, że górskie powietrze, przyroda i klimat Kaukazu Północnego wpływają pozytywnie na zdrowie i sprzyjają długowieczności, ale poza odżywianiem (wzmianki o baranim tłuszczu, który dodaje się do większości potraw kaukaskiej kuchni i wytwarza się z niego słodycze oraz mydło, pojawiają się już w Biblii) ważny jest również styl życia: ludzie, którzy mieszkają w górskich wioskach, przywykli od dziecka do ciężkiej pracy, a nie do leniuchowania! 107-letnia pani Mirishan, którą oglądam na zdjęciu, ma na pewno tyle lat, bo mapa jej twarzy na to wskazuje. Ponadto zaświadczają o tym jej wnuki, które mają po ok. 60 lat. Całe życie ciężko pracowała w kołchozie, w represyjnych latach 40. XX wieku deportowano ją do Kirgizji, ale nic nie mogło złamać hartu jej ducha. Po kilkunastu latach udało jej się powrócić w rodzinne strony, nadal sama zajmuje się gospodarstwem i dogląda wnuków, przyrządza im jedzenie. Nigdy nie była u lekarza ani nie zwracała się o pomoc lekarską, dzieci rodziła w domu. Narzeka jedynie na słuch, więc trzeba mówić do niej głośno. Wprawdzie u nas żyją panie w tym wieku, jedna z nich ma ponad 111 lat, ale nie sądzę, by odznaczała się taką żywością ciała i umysłu!

Wcześniej pisałem, że najstarszy Polak ma 107 lat i że panie pod względem długowieczności biją nas na głowę, okazuje się jednak, że Antoni Sławiński, mieszkaniec Kudowy Zdroju, według oświadczenia własnego urodził się 6 lipca 1905 roku na Wołyniu, byłby więc najstarszym mieszkańcem naszego kraju http://www.kudowa.pl/pl/aktualnosci/z-wizyta-u-pana-antoniego, detronizując panią Jadwigę Szubartowicz w długości życia o ponad 100 dni!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Antoni_Slawinski.jpg

 

To, że burmistrz tamtego, też kurortowego miasta w to wierzy, jest zrozumiałe. Znaczne większe wątpliwości budzi fakt, że brak jest dokumentów potwierdzających jego datę urodzenia (ktoś napisał w komentarzu: „w latach, kiedy urodził się ten pan i jego rówieśnicy, często dopisywano kilka lat, by nie iść do wojska”).  Z informacji podanych pod wskazanym przeze mnie linkiem wynika wprawdzie co innego, ale czy służba w kawalerii pana Antoniego w 1925 roku, kiedy miał mieć 20 lat, ma potwierdzenie w jakichkolwiek dokumentach? Należy w to powątpiewać, bo w innym razie nawet brak metryki urodzenia (nie tylko podczas rzezi wołyńskiej płonęły archiwa kościelne) nie stanowiłby przeszkody do uznania jego wieku za prawdziwy.

Niestety, obecnie nie ma bezinwazyjnych metod badawczych, które by u człowieka żywego wskazały z niewielkim odchyleniem na wiek rzeczywisty. Badania szwów czaszkowych przeprowadza się na razie tylko na szkieletach osób zmarłych. Badanie stanu uzębienia u osobnika bezzębnego też w grę nie wchodzi. Metody radiometrycznej (każdy z izotopów ma określony czas, po którym połowa jego atomów ulega rozpadowi na atomy pierwiastków potomnych oraz jeden lub więcej rodzajów promienia) użyć można tylko do określenia wieku skał. Tak jak i metody sedymentologicznej, choć można by chyba dokonać pomiarów tempa sedymentacji różnych osadów w zbiorniku wodnym, jakim w pewnym sensie jest ciało pana Antoniego Sławińskiego, bo składa się przecież ono w znacznej mierze z wody, nieprawdaż? Krew to przede wszystkim woda, ale jednak krew to nie woda – czyżby w panu Antonim ta jego krew była tak mało krwista, że dopiero w 1937 roku, mając 32 lata ożenił się z panią Teklą i zaczął płodzić potomstwo? Wolne żarty, zwyczajny chłop z jajami rozpocząłby służbę prokreacyjną   znacznie wcześniej! A mówiąc zupełnie serio – pan Antoni na podane przez siebie lata absolutnie nie wygląda! Microsoft udostępnił narzędzie How-Old.net, które na podstawie zdjęcia szacuje wiek osób na nim się znajdujących. Niestety nie jest ono jeszcze doskonałe, ale nawet laik, patrząc na zamieszczone powyżej zdjęcie pana Antoniego, nie da mu więcej niż 102 lata!

Wprawdzie w Tybecie widziałem ponad stuletnich mnichów, wyglądających na 60-latków, którzy, jak w powieści Jerzego Andrzejewskiego, szli skacząc po górach (zostało to oczywiście zaczerpnięte z biblijnej Pieśni nad pieśniami), ale to było w Tybecie – na szczytach duchowości, gdzie można odżywiać się wyłącznie światłem! Do Karakorum niestety nie dotarłem. Pod tym pasmem górskim w dolinie rzeki Hunza znajduje się podobno światowe centrum długowieczności. Najciekawsze jest jednak to, że Hunzowie, lud tę dolinę zamieszkujący, nie tylko pod względem genetycznym przypominają wschodnich Europejczyków! Ta dorosła dziewczyna Hunza ze zdjęcia poniżej mogłaby urodzić się w np. w Warszawie (skóra biała, oczy zielone, ostry podbródek).

 

http://jbr.blox.pl/resource/hunzavalleypakistan.jpg

 

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy szczęśliwym małżeństwem w tym plemieniu było akurat to, gdzie on dożył 106 lat, a ona 103. Bardziej absorbuje mnie pytanie, jakie gody obchodzili? Brylantowe (75 lat długoletniego pożycia małżeńskiego) z pewnością, dębowe (80 lat dpm) też niewykluczone, ale w plemionach za mąż wychodzi się raczej wcześniej, więc co? Skala się skończyła, czy po prostu obchodzi się tam jeszcze inne gody, skoro prawdą jest, że niektórzy członkowie tego plemienia żyją znacznie-znacznie dłużej?

Faktem jest, że nie wiedzą, co to rak, cukrzyca, otyłość czy wysokie ciśnienie, czyli typowe choroby cywilizacyjne. Faktem jest też, że zjadają w dużych ilościach pestki moreli, które zawierają spore ilości witaminy B17. Ma ona działanie przeciwrakowe, a Hunzowie, dzięki tym pestkom, spożywają jej 200 razy więcej niż przeciętny Amerykanin! Jeszcze jedno: dla nich człowiekiem w średnim wieku jest stulatek!

Hunzowie są tym, co jedzą: w dużej ilości spożywają surowe owoce i warzywa (np. ziemniaki, marchewkę, rzepę, dynię, jabłka, czarne porzeczki, wiśnie, śliwki, morele), orzechy (laskowe i migdały) oraz zrobione z nich oleje. Ponadto konsumują dużo zbóż: grykę, pszenicę, proso oraz jęczmień, które jakoś im nie szkodzą. Być może sekret tkwi w odpowiednim przygotowaniu tych zbóż do konsumpcji poprzez moczenie, kiełkowanie i fermentowanie, tak jak to się dzieje w innych cywilizacjach „zbożowych”? Albo po prostu w lepszym ich przyswajaniu? Poza  mlekiem i jogurtami piją praktycznie tylko wodę pochodzącą z lodowca; wino używane jest jedynie w celach medycznych. Dalej: mimo iż pracują fizycznie, jedzą niewiele (dwa główne posiłki w ciągu dnia); dorosłym ludziom w tym surowym klimacie wystarcza niecałe 2000 kalorii dziennie. Dzięki temu są dużo bardziej wytrzymali i mają więcej energii. Dodajmy, że oczyszczają się za pomocą postów i że robią to od najmłodszych lat. Taki ścisły post trwa kilka dni i odbywa się najczęściej wiosną.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Matka_i_corka.png 

Powyżej: matka (naprawdę stareńka) i córka.  Jeśli prawdą jest, że niektórzy  z Hunzów dożywają 145 lat, to wyczyn Francuzki Jeanne Calment (1875-1997), której udało się przeżyć w niezłym zdrowiu 122 lata i w gorszym 164 dni, nieco blednie. Była ona jednak najstarszą udokumentowaną Ziemianką. Tak jak pan Edward Helon uwielbiała słodycze, zjadała tygodniowo prawie kilogram czekolady (temu, jak również oliwie z oliwek, którą dodawała do potraw i wcierała w skórę, przypisywała swoją długowieczność i stosunkowo młody wygląd). Pomińmy fakt, że paliła do 117 roku życia, ale tylko dwa papierosy dziennie, w tym jeden do szklaneczki porto. Na rowerze jeździła do stu lat, uprawiała też inne sporty. Samodzielnie chodziła prawie do 115. roku życia. Niestety upadła i złamała kość udową, od tej pory jeździła na wózku. Dopiero po ukończeniu 122 lat podupadła na siłach i już nie podnosiła się z łóżka.

Kiedy zmarł jej jedyny wnuk ciężko ranny w wypadku drogowym, 90-letnia Calment zawarła umowę z pewnym prawnikiem, który za przejęcie  domu po jej śmierci (liczył, że nastąpi to najpóźniej po 10 latach) miał jej wypłacać dożywotnią pensję w wysokości 2500 franków miesięcznie. Gdy na dwa lata przed jej zgonem zmarł na raka, trzydziestoletnie spłaty tego domu przekroczyły dwukrotnie jego wartość. Wdowa po nim musiała spłacać ten dom jeszcze przez ponad dwa lata! Dla mnie informacją najciekawszą jest to, że osobiście znała Vincentego van Gogha, kiedy ten niezwykły, ale i tragiczny malarz mieszkał w Arles. Opowiadała w tym, mając 114 lat, w filmie nakręconym z okazji setnej rocznicy jego pobytu w Arles (ona tam się urodziła i mieszkała w tym mieście do śmierci). Według niej był brzydki i nieuprzejmy.

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeanne_calment.jpg

 

O tym wszystkim opowiadałem tym przedstawicielom najbliższej rodziny pana Edwarda Helona, zebranym w Barze na „Górce” w sobotę 17 grudnia 2016 roku, którym udało się dojechać na uroczyste przyjęcie zorganizowane z okazji Jego 105. urodzin, Jego córka, pani Janina, mądrze zadbała o to, żeby świadkiem owego niesłychanego wydarzenia w nowożytnych dziejach Iwonicza-Zdroju był pisarz-kronikarz tych dziejów, który w najnowszym, już trzecim wydaniu swojej książki kuracyjnej podał wiadomość z ostatniej chwili o tym, że Iwonicz-Zdrój ma swojego 105-latka, wraz z linkiem na obszerną opowieść o tym fakcie na tym właśnie blogu onetowskim. Pani Janina mogłaby się wahać, gdybym był żarłokiem i moczymordą, goszcząc mnie jednak wcześniej u siebie wiedziała dobrze, że spustoszenia na stołach nie zrobię, a świadectwo prawdzie dam. Ta prawda będzie oczywiście subiektywna, a ponadto niepełna, bo takie zdarzenia nabierają odpowiedniego wymiaru dopiero po jakimś czasie, kiedy nabierzemy do nich tzw. dystansu.

Przed Barem „Na Górce” stawiłem się dziesięć minut wcześniej, o godz. 13:50, jako pierwszy z przyszłych biesiadników. Po zlokalizowaniu sali, w której na stołach znajdowało się już to, co trzeba do rozpoczęcia uroczystości, wyszedłem na dwór, żeby być świadkiem przybycia orszaku z Dostojnym Jubilatem. Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, ale zaprzężone aż w sześć karych koni (dla podkreślenia rangi tego wydarzenia).  No tak, ale śniegi na drogach są obecnie rozgarniane przez pługi, więc powóz ze znakiem herbowym Helonów i stangretem na koźle ubranym we frak i pudrowaną perukę, albo, stosownie do zimowej pogody, w pelerynę podbitą futrem pasowałby bardziej. Przy podjeżdżaniu pod Bar „Na Górce” jego wielkie biczysko zataczałoby oczywiście fantazyjne koła. Dodajmy do tego parskanie koni gwałtownie osadzonych w miejscu za pomocą nagłego ściągnięcia lejców tuż przed samym wejściem do biesiadnej sali.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego cały Bar nie został rzęsiście iluminowany z tej okazji, a drogi prowadzącej do niego nie zwieńczono bramą triumfalną, niekoniecznie stałą, w kształcie monumentalnej budowli stawianej już w czasach rzymskich dla upamiętnienia ważnej osoby lub uczczenia ważnego wydarzenia, czyli właśnie takiej osoby jak Edward Helon (przyznacie, że to nazwisko ma szlachetne, wręcz antyczne brzmienie!) i jubileusz 105-lecia Jego urodzin. O takie sprawy powinny zadbać władze Gminy, mając za wzór choćby Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie, mówiąc nieco ironicznie, bo naprawdę było mi przykro, że nikt o tym nie pomyślał. Niechby chociaż rozwieszono między drzewami baner, żeby poinformować kuracjuszy o tym niezwykle ważnym wydarzeniu w życiu kurortu o kilkusetletniej tradycji. Załuscy na pewno nie omieszkaliby tego wykorzystać dla celów reklamowych!

Tak sobie rozmyślałem, ryjąc kijkiem leszczynowym w śniegu: Edward Helon, mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, ma 105 lat! Kuracjusze idący w stronę sanatorium KRUS przystawali, czytali i żywo komentowali ten mój napis, wypytując o szczegóły. Ale zanim zdążyłem im wszystko objaśnić, nadjechały pierwsze samochody, a wśród nich ten, który przywiózł pana Edwarda.

Kiedy wnukowie pomogli mu wyjść z samochodu – stał na chodniku wyraźnie oszołomiony. Już dzień wcześniej, gdy władze miasta i gminy odwiedziły go w domu, składając gratulacje i wręczając okolicznościowy dyplom, zapytał córkę, kiedy pan burmistrz ze swoją świtą opuścił dom: „Czego oni ode mnie chcieli?”. „Pojutrze będziesz miał 105 lat!” – krzyknęła mu do ucha pani Janina. „Ja… 105 lat? Coś ci się chyba pokręciło w głowie!”. „W niedzielę będziesz miał naprawdę 105 lat!”. „No to będę miał – po co robić z tego powodu tyle szumu?”.

I przed Barem „Na Górce”, gdzie stał samotnie na chodniku i czekał, aż go wprowadzą do środka, i w sali biesiadnej, gdy go już usadowiono przy stole, miał minę przestraszonego dziecka, które wywołano do tablicy, dano do ręki kredę i kazano rozwiązać jakieś skomplikowane równanie z wieloma niewiadomymi: „Dziadku, poznajesz mnie, to ja, Mietek! Mieeeeeetek!!!", „Dziadku, to ja, Marysia! Maaaaaaaaaaaaaaaaaarysia!!!”, „Dziaaaaaaadku…. dziaaaaadku… dziaaaaaaaaaadku…. to jaaaaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaaaaaa…”. A on rozglądał się dookoła, jakby pytał: "Ktoooo to jest?, ktoooooo, ktoooooooooooo, ktooooooooo, ktoooooo?”. I zazwyczaj na próżno krzyczeli, bo po dziadku, nawet jeśli córka objaśniała mu, kim są, te informacje spływały jak woda po kaczce. O Józefie Przenajświętszy, spłodzenie pięciorga potomstwa jest sprawą dość prostą i pan Edward mógłby te pięć kresek na tablicy, do której go nieoczekiwanie wywołano, narysować drżącą ręką w każdej chwili, choć jedną kreskę trzeba by wymazać, bo najstarszy syn opuścił niedawno ten ziemski padół , ale to, co się potem z tym równaniem z pięcioma wiadomymi porobiło, zaczęło w pewnym momencie przekraczać możliwości obliczania tego na palcach nie tylko rąk, bo i nóg też! Na tej sali najmłodszy „zstępny” miał zaledwie kilkanaście miesięcy!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105_III.jpg

 

Stoi pan Edward przy tej jubileuszowej tablicy i drapie się po głowie. Bo obok skomplikowanych liczb dochodzą jeszcze takie pojęcia jak „zstępny”. O Jezusie Przenajświętszy, jeszcze mnie, staremu, każą się wspinać na sam czubek drzewa genealogicznego Helonów, bo o „wstępnych”, czyli moich przodkach, niewiele wiadomo, i od moich lędźwi zaczną spuszczać we wszystkich kierunkach tych tam „zstępnych”, którzy w genealogii oznaczają każdego kolejnego potomka tej samej osoby: jej dziecko, wnuka, prawnuka, praprawnuka itd., natomiast „wspólni zstępni” to zstępni tej samej pary, pochodzący z tego samego związku kobiety i mężczyzny (nie tylko z małżeństwa), amen.

Wszystkie poty biją na pana Edwarda, rozgląda się coraz bardziej przestraszony dookoła, a ci wszyscy zstępni i wspólni zstępni zachowują się tak, jakby nie rozumieli jego dylematów, napierają na niego roześmiane postaci z kielichami w rękach i śpiewają możliwie najgłośniej: „Dwieeeeeeeeeeeeeeście lat, dwieeeeeeeeście lat, niech żyyyyyyyyje, żyyyyyyje nam, nieeeech żyyyyyyyyyyyyyyyyje naaaam!”. I spełniają toast szampanem, a pan Edward nie odpowiada, nie pije, usta ma coraz bardziej spierzchnięte, w jego wzroku czai się prawie trwoga, bo nikt z biesiadników nie widzi potrzeby podpowiedzenia mu, co ma zrobić z tą kredą w ręku i z tą tablicą, która czysta, niezapisana (tabula rasa) była tylko w chwili jego narodzin, 18 grudnia 1911 roku (w tym dniu narodziło się także Związkowe Naczelnictwo Skautowe, czyli polskie harcerstwo), a później została zapisana stopniowo w ciągu życia i zdobywania doświadczeń, czyli w ciągu 38 352 dni, które od tamtej pory minęły.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105.jpg

 

Dlatego pan Edward nie chce patrzeć na tort urodzinowy, bo tam to wszystko zostało wypisane w tych 105 latach! Odchodzi od niego najdalej jak to możliwe i po chwili znajduje się za stołem obok najstarszego, żyjącego syna, Mariana. Siedzi tam pozornie nieobecny, czasami udaje, że przysypia, żeby nikt nie widział, że nadal stoi przy już pogryzmolonej tablicy z kredą w ręku i nie wie, co ma zrobić z tymi wszystkimi liczbami, równaniami z coraz większą ilością niewiadomych, bo potok zstępnych i wspólnych zstępnych nie wyschnie już nigdy. Mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta, tort urodzinowy został pokrojony i zjedzony przez biesiadników, a z jego talerzyka nie znikło nic, kieliszek napełniony przed czterema godzinami też jest nadal pełny.

Czasami mój wzrok spotyka się z jego wzrokiem i mam wrażenie, że nici porozumienia między nami nic nie jest w stanie przeciąć, bo tylko my dwaj wiemy, co jest tutaj „grane”. Niechaj inni się dobrze bawią, jedzą i piją, bo po to przebyli daleką drogę, żeby w gronie rodzinnym uczcić w ten sposób te 105 lat życia tego, dzięki któremu bezpośrednio czy pośrednio też cieszą się życiem. Bardzo mi się ci prości, serdeczni ludzie podobają. Nie ma w nich żadnego zadęcia, żadnej sztuczności. W dzieciach, które tam były, też to jest. Dobre ziarno zasiał pan Edward, bez dwóch zdań! Chciałbym się z nimi jeszcze raz spotkać z okazji 110-lecia urodzin pana Edwarda. Dałby Bóg, żeby było to możliwe!


 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_z_moja_ksiazka.jpg

 

 

Skoro nawet pan Edward miał w rękach moją książkę, to chyba mam moralne prawo zaprosić wszystkich również jako wydawca na swoją stronę internetową?

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:07, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 30 października 2016
KRÓTKA OPOWIEŚĆ O IWONICKIM STUPIĘCIOLATKU

   Edward Helon, od 9 lat lat mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, jest obecnie jego najstarszym mieszkańcem. Urodził się 18 grudnia 1911 w Izdebkach za Brzozowem (50 km stąd), gdzie mieszkał do czasu przeniesienia się tutaj. Opiekuje się nim 60-letnia córka, Janina Golonka, jeśli to w ogóle można nazwać opieką, bo pan Edward jest w pełni samodzielnym starszym panem, który słucha jedynie siebie. Próba narzucenia mu czegokolwiek nie ma szans powodzenia. Przed trzema tygodniami pan Edward zirytował się nieco na córkę, bo chciała mu coś narzucić. Chwycił ją w pół, aż zatrzeszczały jej żebra, podniósł do góry i zapytał: „Ile jeszcze będziesz pyskowała?”. Podniósł do góry 75 kg żywej wagi, sam będąc mężczyzną raczej szczupłym!!!! Powiedziała, że pociemniało jej w oczach i myślała (cytuję dosłownie): „że dupa oderwie mi się od kręgosłupa!”. Wzięte z filmiku  https://facebook.com/lookback/ #FacebookIs10) zdjęcie pani Janiny nie pozostawia wątpliwości, że jej 105-letni ojciec ma nadal niedźwiedzią siłę!


 

http://jbr.blox.pl/resource/Pani_Janina.jpg

 

   Dla przypomnienia: w Polsce żyje obecnie około 4000 stulatków (prognozy na rok 2035 zakładają, że będzie ich w naszym kraju prawie 15 000!). Zdecydowana większość z nich to kobiety – dwie z nich mają po 110 lat. W sumie czterdzieści pięć Polek ma co najmniej po 106 lat!  Pani Janina wspomniała, że niedawno żyła jeszcze w Izdebkach kobieta, która miała 107 lat, ale na tej liście zusowskiej jej nie ma, więc być może już umarła (po rozmowie telefonicznej z rodziną w Izdebkach okazało się, że rzeczywiście niedawno umarła).

   Właśnie tyle lat, czyli 107, liczy sobie najstarszy Polak. Ta lista jest znacznie krótsza: tylko jedenastu panów (pan Edward będzie dwunastym) osiągnęło wiek co najmniej 105 lat, wśród nich jest profesor z Warszawy. Wydaje mi się jednak, że tylko pod względem wieku mogą konkurować z panem Edwardem, którego poniżej widzimy przy kośbie w rodzinnych Izdebkach w sierpniu 2015 roku!

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_kosi.jpg

 

   Jest bowiem fenomenem, jeśli chodzi o sprawność fizyczną i umysłową. W dodatku robi przy sobie wszystko sam! Przed naszym przyjściem starannie się ogolił w łazience zwykłym mydłem do golenia, pędzlem i jednorazówką. Nożyczkami przyciął sobie brwi, powycinał małymi nożyczkami włoski w nosie i w uszach, pokremował sobie twarz. Zmarszczek nie musiał wygładzać, bo ich nie ma. Potem odświeżony przyszedł do nas i  na dzień dobry dostał cały kieliszek mocnej nalewki na spirytusie na kwiatach czarnego bzu (przyniosłem w prezencie półlitrową butelkę). Wypił duży kieliszek tej nalewki jednym haustem i powiedział: „Dobre!”. Może liczył na więcej, bo oblizywał usta?

   Najczęściej wypija bowiem dwa kieliszki wódki, lubi piwo żywiec lub tyskie, toasty noworoczne kielichem szampana też spełnia. Dwa lata temu wnuk szukał butelki mocnego samogonu, którą dostał od kogoś w prezencie i trzymał w lodówce. Znikła. Pytał wszystkich dookoła - nikt nie wiedział, co się z nią stało. W końcu córka zapytała pana Edwarda: „Tato, nie brałeś tej butelki z lodówki?”. Odparł oburzony: „Ja wziąłem wódkę? Chyba oszalałaś!”. Po jakimś czasie wnuk poszedł do drewutni po gumiaki. Patrzy: w jednym tkwi prawie pusta butelka po samogonie! Dopiero wtedy zrozumieli, dlaczego pan Edward po wyjściu stamtąd latał po podwórzu z miotłą lub grabkami „jakby mu kto przypiął skrzydła". Przyparty do muru rzekł: „No i co się stało? Tragedia???”.

   Być może wtedy zsunął się do głębokiej fosy wypełnionej po obfitych deszczach mętną wodą i nie mógł się stamtąd wydostać. Dopiero wnuki przyszły mu z pomocą i wyciągnęły dziadka „ciężkiego jak kłoda namoczona w wodzie". Z pomocą musiały mu także przyjść, gdy w ubiegłym roku wszedł po wysokiej drabinie na strych, ale zejść już nie mógł. Ale gdy go obrócili i pomogli postawić stopy na szczeblu, zszedł na dół szybciutko. Raz tylko w lipcu tego roku zaplątał się jedną nogą w nogawce kalesonów i rymnął jak długi, ale nabił sobie na biodrze tylko guza, bo „kości ma jak z żelaza”. Na poniższym zdjęciu: pan Edward stoi przed wejściem do domu w Iwoniczu-Zdroju, w którym mieszka.

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_przed_domem_w_Iwoniczu.jpg

 

   Do lekarzy chodzi tylko w razie konieczności (w 2000 roku miał raka jelita grubego, założyli mu stomię, sam opróżnia woreczek i zakłada sobie nowy; w 1996 roku miał na wiosnę i na jesieni operację na obojgu oczach, założyli mu soczewki, od tej pory widzi bardzo dobrze, nie potrzebuje okularów, czyta pisma kolorowe, które przynosi mu sąsiadka, dzięki temu wie wszystko o aktorach grających w serialach, bo seriale uwielbia. Kiedy była Moda na sukces, oglądał kolejne odcinki dwa razy, także powtórki, znał wszystkich aktorów po imieniu i nazwisku. Teraz, gdy o godz. 18 puszczają Pierwszą miłość, nie przegapi żadnego odcinka, nawet gdyby był przed chwilą pogrążony w drzemce. Polityką się nie interesuje. Podczas ostatnich wyborów chcieli go samochodem z Urzędu Gminy zawieźć na głosowanie, ale oświadczył: „Beze mnie i tak wybiorą, kogo zechcą!”.

Raz na pół roku przychodzi pielęgniarka, pobierając mocz i krew do analizy. Cholesterol, ciśnienie, wszystko w normie. Bierze dziennie tylko po 1 tabletce: przeciwdziałającej prostacie oraz nadciśnieniu. Alkoholikiem nigdy nie był, ale „potrafił wypić ostro”. Kiedyś palił (córka kupowała mu "Giewonty"), ale palenie rzucił dawno temu, bo denerwowało go ciągłe pokasływanie po zaciągnięciu się papierosem…

   Ale nie te informacje sprawiły, że Irena Olbińska, współredaktorka wielu wydawanych przeze mnie książek, potarła ręką twarz i powiedziała: „Chyba nie będziemy wydawali, Janusz, tej książki o zdrowym odżywianiu się, bo to wszystko, co wiemy, ma się nijak do tego, co tu usłyszeliśmy!”. A zaczęło się niewinnie. Pan Edward zaczyna dzień od zrobienia sobie samemu płatków kukurydzianych na mleku, do nich, za namową lekarza wsypuje sobie „białko w proszku, w którym są wszystkie minerały”. OK, ta informacja Irenki nie wzburzyła. Ani to, że do wszystkich bez wyjątku zup dodawał łyżkę octu! Ani to, że ostatnio upodobał sobie „to czarne”, czyli coca-colę, którą wlewa sobie do półlitrowego kubka i po dosłodzeniu jej cukrem wypija z wielkim ukontentowaniem!

   Co więc tak Irenkę wzburzyło?  Nie to, że obiadów mięsnych od dwóch lat nie jada, bo mówił, że w gardle go boli. Ani to, że owszem pierogi ruskie masłem polane zje, gdy córka zrobi, tak samo kluski z serem czy łazanki z kapustą. Ale to, że: chipsy jada całymi worami, rogaliki, drożdżówki, pączki, wafle, paluszki, cukierki (w tym twarde landrynki!) rąbie na całego, nawet w nocy. Kładzie się do łóżka o 19, po czym co dwie godziny wstaje, żeby zjeść coś słodkiego, a do zwykłej herbaty w kubku wsypuje sobie po sześć łyżeczek cukru! A we krwi i w moczu: cukier w normie!!! Kawę pije tylko sypką, lubi też jogurty owocowe... Je i pije, kiedy chce i co chce. Kiedyś inna jego córka kazała przecierać ojcu mięsko i jarzyny. Pani Janina to zrobiła i zaniosła ojcu, a on tylko na to spojrzał i powiedział: „Zabierz to, w gardle mnie boli...”, po czym zaczął pałaszować wafle i paluszki!

   Jest bezzębny na własne życzenie – wstawić sobie sztucznych zębów nie pozwolił i już! Jak się uprze – nie ma rady! Tak samo jest z aparatem słuchowym. Córka kupiła mu aparat za 1700 zł, ale nie chce go nosić, bo „w uszach mu dzwoni”, choć narzeka, że źle słyszy. Jak już wspomniałem, widzi jednak dobrze. Wystarczy porównać zdjęcia zamieszczone poniżej, by się o tym przekonać. Do mnie odniósł się z wyraźnym dystansem, ale jego chłodne oczy nabrały ciepła od razu, gdy usiadła przy nim Irenka i go objęła!

 

http://jbr.blox.pl/resource/21_wrzesnia_2016_spotkanie_z_panem_Edwardem_II.jpg

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_ze_105latkiem.jpg

 

   Dodam jeszcze, że dziurawe skarpetki sam sobie ceruje – pięknie ceruje! Ma motki z grubymi wełnami, dobiera kolory i ceruje artystycznie, tak jak się to kiedyś robiło! Nie ma znaczenia, że w szufladzie ma sporo nowych skarpetek – dziurawe trzeba pocerować i tyle, wyrzucać nie wolno!

   Tak jak to drzewiej bywało w jego rodzinnej wsi, Izdebkach, która znajduje się w gminie Nozdrzec w powiecie brzozowskim, nad rzeką Magierą, dopływem Sanu, i ma prawie dwa razy większą liczbę mieszkańców (ponad trzy tysiące wraz z przysiółkiem Rudawiec) niż Iwonicz-Zdrój. W dniu urodzin pana Edwarda należała jeszcze do Galicji, wchodzącej w skład Cesarstwa Austriackiego i Austro-Wegier. Ściślej do Królestwa Galicji i Lodomerii, określanej prześmiewczo Golicją i Głodomerią. „Bieda galicyjska” była bowiem przysłowiowa. Na przełomie XIX i XX stulecia średni wiek chłopa galicyjskiego wynosił zaledwie 27 lat, co trzecie dziecko umierało, dwuhektarowe gospodarstwa z nieurodzajnymi glebami nie dawały szans na wyżywienie rodziny. Wyjeżdżano więc gromadnie za „lepszym życiem” do Ameryki, Brazylii, Argentyny, Kanady.


 

http://jbr.blox.pl/resource/Izdebki.jpg 

 

   Tak samo było w Izdebkach, mimo iż na powyższym zdjęciu wygląda jak kraina mlekiem i miodem płynąca. Do Ameryki wyjechała jednak tylko mama 8-miesięcznego Edka, Wiktoria, zostawiając, jak to się mawiało: „na wychowanie”, panieńskie dziecko chore na czerwonkę swojej siostrze Marii, starej pannie. Ta, bojąc się, że chory Edek ją zarazi, wyrzuciła go do stodoły na wiązkę słomy właściwie „na umarcie”, gdyż byłoby cudem, gdyby przeżył. Cuda się jednak zdarzają – chłopczyk wydobrzał.

   Może los chciał mu wynagrodzić to, że był całkowitym sierotą, mimo iż miał i matkę, i ojca, który nazywał się Ruszel i pochodził spod Jarosławia. Matka nie chciała jednak wyjść za niego za mąż, ponieważ był biedakiem, a jej marzyła się Ameryka, „raj, w którym dają ziemię, krowy, a małpy usługują w gospodarstwach”. Marzyła też o bogatym zamążpójściu, a ponieważ dwukrotnie wychodziła w Ameryce za mąż, dorobiła się sporego, przynajmniej jak na warunki galicyjskie, majątku: miała piękny duży dom, w którym znajdowała się restauracja i kawiarnia (klientami byli pracownicy pobliskiej kopalni). Przed śmiercią przepisała to wszystko na swoją siostrzenicę Hankę, która też mieszkała w Pensylwanii i opiekowała się nią aż do śmierci. Była ona jedną z dwóch córek Katarzyny, siostry Wiktorii – obie wyjechały w czerwcu 1912 roku do Ameryki.

   W tym zapisie testamentowym pominęła zupełnie swego jedynego syna Edwarda, bo z tamtych związków dzieci nie miała. Nie znam treści tego zapisu, ale nawet jeśli matka wydziedziczyła go bez jego prawnej zgody w testamencie, to jego dzieci prawo do zachowku zachowywały w pełni, a była to kwota niebagatelna – połowa wartości przepisanego spadkiem majątku w dolarach USA! Jego córka Janina twierdzi, że mogli się starać o spadek, ale nie chcieli. Nie chcieli zapewne wszczynać niesnasek w najbliższej rodzinie, ale faktem jest, że syn Wiktorii, Edward, został przez nią pokrzywdzony nawet po jej śmierci.

   Wprawdzie „dulary” takie same jak dziś, choć o znacznie większej wówczas wartości, jego matka wysyłała regularnie siostrze w Izdebkach, łożąc w ten sposób, przynajmniej teoretycznie, na utrzymanie swego syna, można się jednak domyślać, że zwyczajem tamtejszych chłopek „zielone” były przechowywane przez ciotkę w bieliźniarce „na czarną godzinę”, bo chłopiec dorastał w biedzie. Później też był sobie winien, że żył w niedostatku – mógł przecież wyjechać do matki do Ameryki i tam ułożyć sobie życie: dwa razy wysyłała mu bilety na podróż za Wielką Wodę. Jeden na rejs statkiem, a drugi samolotem, ale młody Edward bał się płynąć statkiem, a tym bardziej lecieć samolotem, więc bilety przepadły. Oświadczył, że chętnie pojechałby pociągiem, bo taką podróż Galicyjską Koleją już odbył. Niestety, nawet tunelu kolejowego łączącego Czukotkę z Alaską nie udało się nigdy przewiercić, mimo iż te 85 km pod cieśniną Beringa to pestka przy bezmiarze Atlantyku (ponad 2800 km). To zapewne wtedy matka, dzielna, przedsiębiorcza Amerykanka, straciła do niego, niewydarzonego syna, serce na zawsze i przestała w ogóle interesować się jego losem.

     Los go jednak wynagrodził dłuższym życiem i od matki (żyła 98 lat), i od ciotki (żyła 97 lat), a za pieniądze, które od czasu, gdy został stulatkiem, otrzymuje dodatkowo z ZUS, może sobie zażyczyć tyle łakoci, ile zechce, w ramach rekompensaty za te, których chciwa ciotka nie chciała mu kupować w dzieciństwie. Dlatego mu nie szkodzą, bo nie stanowią formy bezsensownego obżarstwa!

   Historia życia pana Edwarda nie obfituje w wydarzenia tak dramatyczne, że byłoby warto poświęcić im dużo miejsca. W tych swoich Izdebkach miał żonę i pięcioro dzieci (dwóch synów i trzy córki). Czego się jeszcze dorobił? W gospodarstwie niespełna czterohektarowym były jeszcze dwie krowy i koń, barany, kury, kaczki. Ale pan Edward przyjeżdżał do domu tylko na urlopy, w porze żniw czy podczas wykopków ziemniaków. Był typowym chłoporobotnikiem, z tym że pracę znalazł aż we Wrocławiu, na torowiskach kolejowych. Dopiero po wielu latach przeniósł się bliżej domu: stróżował w sanockiej „gumie”. Stamtąd przeszedł na rentę, gdy spadł z drabiny i zaczął cierpieć na dyskopatię. Wydawało się więc, że ze swoją ślubną nie był zbyt blisko związany, ale gdy zmarła w roku 1988 – wpadł w taką depresję, że nie chciał żyć. Dzieci też szczególnie nie rozpieszczał, ale z Wrocławia prezenty im przywoził. Pani Janina pamięta, że akurat był w domu, gdy ona jako młodziutka dziewczyna pasła krowy. Zaczytała się w książce, a bydlęta weszły innemu gospodarzowi w szkodę. Tamten przyleciał do jej ojca ze skargą, a ten tak ją huknął pięścią między oczy, że zobaczyła gwiazdy!

   Zapytałem ją, gdzie jej ojciec służył w wojsku i co się z nim działo we wrześniu 1939 roku? Zapamiętała z jego opowiadań, że służył w wojsku na Litwie i był ułanem, a po wybuchu wojny chciał walczyć, ale pobliskie punkty werbunkowe były zamknięte. W Przemyślu byli już Niemcy. Chcieli go wywieźć do obozu jenieckiego, ale uciekł z transportu i do Izdebek szedł pieszo przez całe trzy miesiące. Po obu stronach Sanu stały obce wojska, które patrolowały rzekę w dzień i w nocy. Musiał rzekę przepłynąć, co możliwe było dopiero po zapadnięciu mroku, a kiedy rozświetlały ją race, zanurzał się pod wodę (najbardziej bał się o to, żeby silny prąd nie porwał mu nowych butów, które przed wejściem do wody zawiązał na szyi na sznurku). Po powrocie do Izdebek ukrywał się w lesie, bo Niemcy dopytywali się o niego.

   Gdyby pan Edward nosił aparat słuchowy, zapewne ta opowieść byłaby znacznie dłuższa, ale w tej chwili i tak pisze ją Jego życie – oby najdłuższe! Kiedy w Izdebkach, na przyjęciu w Domu Strażaka z udziałem sześćdziesięciu ośmiu osób, obchodzono 16 grudnia 2011 roku stulecie jego urodzin, zaśpiewano mu oczywiście Dwieście lat, dwieście lat niech żyje, żyje nam, nieeeech żyyyyyje naaaaam! I niech pozostanie nadal krzepki jak to drzewo orzechowe, też ponad stuletnie, które tuż przed wizytą u pana Edwarda pokazał nam zaprzyjaźniony ze mną Bogdan-Myśliwy, jeden z bohaterów mojej książki kuracyjnej. Dziadek pana Bogdana przywiózł z Bałkanów, gdzie jeszcze przed pierwszą wojną światową służył w wojsku austriackim, jeden orzech i tutaj, na zboczu za swoją chałupą, zasadził. Z tego orzecha wyrósł prawdziwy olbrzym, obficie owocujący do dzisiaj. Trzeba dwóch chłopów, żeby objąć jego pień, a owoce są też wielkie. Pan Edward, mieszkając po sąsiedzku, chętnie je zbiera, nie wiedząc jednak, że to drzewo jest jego rówieśnikiem! Na poniższym zdjęciu stoi przy nim sześcioletni Wiktorek, wnuk państwa Olbińskich, który w swojej kolekcji ma także wspólne zdjęcie z „dziadkiem Edwardem”, prawie o sto lat od niego starszym.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_przy_orzechu_I.jpg 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_ze_105latkiem_II.jpg

 

    Mówi się, że stare drzewa zakorzenione są w każdym swoim liściu. To samo można powiedzieć o starych ludziach. Pan Edward zakorzeniony jest w swoich potomkach, którzy wraz ze swymi najbliższymi utworzyli całkiem pokaźne grono biesiadników w Domu Strażaka w Izdebkach podczas obchodów stulecia Jego urodzin. Policzmy dokładnie: aktualnie ma 5 dzieci, 15 wnuków, 16 prawnuków  i 2 praprawnuków.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zdjecie_nr_7.jpg


 

 

-----------

 

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

 

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



01:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2015
Non omnis moriar

 

 

Od opublikowania przeze mnie ostatniego postu minęło całe pół roku. Aż dziw, że mój blog nadal był odwiedzany, ale nikt nie zapytał, czy nie jestem całkowicie sparaliżowany lub czy nie umarłem, a zatem będę mógł kiedyś spokojnie umrzeć i poza osobami najbliższymi nikogo to nie zainteresuje. Jeśli jednak kogoś zaciekawił fakt mojego zamilknięcia, uprzejmie donoszę, że w ciągu ubiegłego półrocza też zajmowałem się lekturami, z tym że dotyczyły one książek, które zamierzałem wydać w moim wydawnictwie. Może to przejaw mojej próżności, ale zależało mi na tym, żeby wydać przynajmniej dziesięć książek i przed kilku dniami udało mi się tego dokonać, a ponieważ dwie kolejne są prawie gotowe do druku – nie wszystek umrę jako wydawca (ciężka praca redaktorska jest niewdzięczna i poza zainteresowanymi autorami nikt jej nie doceni).

I jako autor chyba też umrę nie wszystek, ale tu z kolei moje ambicje sięgają trzydziestu książek własnych i przekładowych. Dwadzieścia osiem widnieje już w wykazie podanym przez wikipedię.pl (w tym jest współautorstwo książki Kobieto! Boski diable… Adama Hanuszkiewicza, przy której pracowałem faktycznie sam, bo nanoszone przez śp. Adama poprawki i uwagi jedynie utrudniały mi pracę redaktorską). Pozostały więc do wydania dwie książki z moim nazwiskiem na stronie tytułowej. Jedna, Reszta jest monologiem, dawno temu przygotowana do druku książka o Teatrze Hanuszkiewiczowskim, oparta na rozmowach z nim w Dźwirzynie w lipcu 2001, nad którą pracowałem wyłącznie sam, powinna ukazać się jeszcze w tym roku, w październiku, mimo iż „Ciocia Madzia”, wdowa po Mistrzu Adamie, stawała na głowie, żeby zdławić jedyny głos żywy wielkiego inscenizatora teatru polskiego, który związał się z nią kiedyś na własne nieszczęście.

„Ciocia Madzia” wystąpiła przed sześciu laty jako woltyżerka na Torwarze przemienionym tamtego dnia w cyrk i to zdjęcie chciałaby widzieć w obszernej książce, w której Adam wspomniał o niej tylko raz. Chodziło o sławnego inscenizatora rosyjskiego Meyerholda, który tak był zakochany w swojej żonie, że rozmawiając z kimś, patrzył wyłącznie na nią. Roześmiałem się wtedy i powiedziałem: „Widać, że mu zazdrościsz!”, na co Adam: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiam w obecności mojej żony, to też patrzę wyłącznie na Magdę – w obawie, że wbije mi zaraz szpilę!”. Ja z kolei w obawie, że „Ciocia Madzia” skreśli cały ten akapit, zredagowałem to tak: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiałem w obecności moich żon, to też na nie patrzyłem – w obawie, że wbiją mi zaraz szpilę!”. O ocenzurowaniu przez nią pierwszej książki, Kobieto! Boski diable…, napiszę oddzielnie, kiedy już druga ujrzy światło dziennie. A będzie o czym pisać! Patrz: duży wywiad z nią w czerwcowym numerze „Vivy”, z Marylą Rodowicz na okładce, gdzie nie wymieniając naszych nazwisk nazywa mnie i Renatę Dymną „oszustami i szantażystami”…

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ciocia_Madzia_jako_woltyzerka.png

 

„Ciocia Madzia” jako woltyżerka w marcu 2009 w imprezie EQUISPORT WORLD CUP 

 

Brakującą do trzydziestki książkę mogę w każdej chwili złożyć z postów opublikowanych przeze mnie w ciągu sześciu lat na tym blogu, więc cel swój niewątpliwie osiągnę, jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat będę nadal cieszył się życiem. Kto jednak wie, czy wcześniej nie uda mi się zrealizować dawnego marzenia, czyli wydać książeczkę z wierszami dla dzieci. Dziesiątą pozycją w moim wydawnictwie jest bowiem właśnie taka książeczka, Kot inny niż wszystkie, napisana przez panią Kasię Rybińską, arteterapeutę w Zespole Placówek Szkolno-Wychowawczych w Głogowie, która od 19 lat zajmuje się dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. W tej książeczce można podziwiać zrobione przez te dzieci rysunki 30 kotów, do których pani Kasia napisała wierszowane komentarze – w obu tych przypadkach mamy do czynienia z prawdziwym mistrzostwem wyobraźni! Jako redaktor i wydawca pracowałem oczywiście przy tej książce bezinteresownie, a moja młodsza córka, Bogna, zrobiła okładkę przednią, natomiast Akdil przygotowała do druku okładkę tylną, co jest na pewno wydarzeniem bez precedensu w historii polskiego wydawnictwa książkowego, ale w tej książce wszystko było inne niż wszystkie (wszyscy): koty, dzieci, Autorka, twórczyni okładek, no i ja jako Wydawca.

Może dlatego, że ta książeczka jest tak śliczna, nagle żal mi się zrobiło na myśl o moich wierszach dla dzieci, które dawno temu powinny wyjść drukiem, bo dwa razy miały na to szansę, raz bardzo poważną, ponieważ były już zilustrowane i prawie na maszynie drukarskiej! Druk został jednak wstrzymany, bo nastąpiła transformacja ustrojowa 1989 roku i upadające wydawnictwa pozbywały się balastu książek, które nie gwarantowały dużego zysku. Tak samo było z redakcjami wielu pism, które chciały się ratować przed upadkiem, m.in. wydając kryminały czy książeczki dla dzieci. Zniechęcony dwoma niepowodzeniami, zakopałem te wiersze w stosach archiwalnych teczek, gdzie między innymi spoczywają też bajki afrykańskie, z których tylko jedna została zrealizowana w Teatrze Polskiego Radia w pr. II. Pani Kasia w dowód wdzięczności postanowiła pomóc mi w ilustracji tych moich zapomnianych wierszy dla dzieci, a ponieważ mogę wydać je sam – jest duża szansa, że ujrzą one wreszcie światło dzienne.  

Co jeszcze ciekawego wydarzyło się w ciągu ubiegłego półrocza? 25 czerwca wróciłem z podróży do Poznania, gdzie 20 odbyła się w Teatrze Polskim premiera monodramu opartego na książce Augusta Strindberga Spowiedź szaleńca, w moim przekładzie i opracowaniu, którą PIW wydał w roku 1988 (miała potem jeszcze drugie wydanie tam w roku 1997, a w roku 2005 ukazała się w Bibliotece Gazety Wyborczej jako tom 6 arcydzieł XIX w. w nakładzie ponad stutysięcznym). Na poniższych zdjęciach: Teatr Polski oraz plakat z tego wystawienia, przy którym stoi Irena Olbińska, autorka pierwszej recenzji z owej premiery, po której zaniemówiłem na wiele dni, dlatego oddaję jej głos:

 

http://jbr.blox.pl/resource/Teatr_Polski_w_Poznaniu_w_dniu_premiery.png

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_autorka_pierwszej_recenzji.png

 

Premiera odbyła się 20 czerwca 2015, na którą zostaliśmy zaproszeni przez naszego przyjaciela, Janusza B. Roszkowskiego, autora przekładu tej książki. Udzielił on zezwolenia na wystawienie tej sztuki, nie mając pojęcia, jak to będzie wyglądało na scenie. My nie czytaliśmy tej książki, ale w drodze do Poznania ściągnęłam z Internetu słuchowisko radiowe „Spowiedź szaleńca” z 2002 roku, abyśmy mieli z moim mężem Jurkiem pojęcie, co zobaczymy na scenie. Byliśmy bardzo podekscytowani, ponieważ nie pamiętam, kiedy byliśmy ostatni raz w teatrze. Jurek włożył na siebie swój najlepszy garnitur, a ja najbardziej elegancką sukienkę, jaką mam. Pytaliśmy nawet Janusza, czy jesteśmy wystarczająco elegancko ubrani na premierę sztuki, na której miał być też nowo obrany prezydent miasta. Janusz jako autor mógł sobie pozwolić na przyjście na premierę w swoim kapelusiku i sztruksowej bluzie. Czekając na wejście obserwowałam wchodzących zaproszonych gości i doznałam szoku, kiedy zobaczyłam młodego człowieka w krótkich spodenkach, dziewczyny w dżinsach i tenisówkach, inni młodzi ludzie mieli na sobie zwykłe sportowe koszulki. Poczuliśmy się jak z innej epoki. Pomyślałam, gdzie ta wymagana elegancja, jaką znaliśmy z czasów, kiedy bywaliśmy w teatrze. Pocieszaliśmy się z Jurkiem, że to są inne czasy, inne obyczaje. Ale to jeszcze nic przy tym, co przeżyliśmy później. Najpierw zaproszono nas do salki, gdzie każdy mógł usiąść, gdzie chciał na zwykłych krzesłach, a ci, dla których zabrakło miejsca, stali lub siedzieli na podłodze. Nagle pojawił się na środku salki aktor, bohater tego monodramu, Przemysław Chojęta, którego wizerunek znajduje się na plakacie. Następny szok – ubrany był w ślubną suknię z gorsetem, a na nogach miał wysokie glany. Po krótkim monologu, który nie miał nic wspólnego z książką, zaczął się rozbierać. Suknię zrzucił na podłogę i stanął przed nami w slipach. Po czym wziął czarny flamaster i milcząc podzielił swoje ciało na części, tak jak dzieli się wieprzka po ubiciu. I jeszcze to ponumerował, jak widać na załączonym plakacie. Z 10 oznaczonych części omówił cztery wybrane przez widownię. Wskazując na kark (nr 1), powiedział, że ONA chciała go udusić, Myślał, że to żart, ale kiedy spojrzał na jej poważną minę, przestraszył się, a ona wybuchła śmiechem. On zaś milcząc, obandażował sobie kark i głowę. Następnie jeden z widzów wskazał na prawą pierś (nr 2). Aktor wyjaśnił nam, że to ONA weszła do domu z obnażoną jedną piersią, mówiąc, że właśnie karmiła dziecko. Na pytanie, gdzie to dziecko, odparła, że zostawiła je na ulicy, i wybiegła z mieszkania. A kiedy pobiegł za nią, zobaczył, że leży na wycieraczce i pęka ze śmiechu. Wówczas obandażował sobie pierś. Po opisaniu i obandażowaniu kolejnych części ciała, odwrócił się tyłem do widowni, i zaczął sikać na leżącą na podłodze suknię ślubną, a po zakończeniu tej czynności odwrócił się ku widzom ze zbolałą miną, zdjął wszystkie bandaże, rzucił je na podłogę i wyszedł. Ku mojemu zdumieniu wielu widzów w trakcie tej jego prezentacji głośno się śmiało,  a najgłośniej, wręcz po klakiersku dziewczyna o rudych włosach, która, jak się później okazało, była scenografem, a prywatnie dziewczyną pana Chojęty. Zapytaliśmy Janusza, czy to, co on wygadywał w prologu, zgodne jest z treścią książki Strindberga – odparł, że zostało to wszystko wymyślone! Zanim zdążyliśmy ochłonąć kazali nam przejść na dalszą część przedstawienia do galerii. Musieliśmy przechodzić przez próg, na którym leżał ponumerowany pan Chojęta w slipach i glanach. Była to salka na 40 miejsc, Na ścianie szczytowej rozpięty był ekran, a na bocznych ścianach znajdowały się zdjęcia, rysunki i odręcznie wypisane cytaty z książki Strindberga. Z głośnika dobiegało głośne muczenie krów, kumkanie żab itp., więc trudno było skupić się na tym, co pokazano w galerii. Po 5 minutach kazano nam zająć miejsca na widowni. Dalszą część opiszę w skrócie, ponieważ spektakl właściwy też nie miał zbyt wiele wspólnego z książką Strindberga. Przez cały ten czas na ekranie pokazywana była pani w majtkach. Najpierw odwrócona tyłem robiła coś przy piersi, tak jakby kołysała lub karmiła niemowlę, a później pokazana była druga część jej ciała od piersi do ud w samych majtkach. Na tym tle aktor, który w międzyczasie ubrał się w szarawary w paski i koszulkę, odtwarzał różne scenki, w tym cztery wyjęte z książki, które zapamiętałam ze słuchowiska, ale jak mówił Janusz nawet do nich były dopisane obce dialogi, np. przekleństwa: „ja pier....olę”, „ku..wa”, po wielokroć powtarzane. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu jego opowieści o niedoli małżeńskiej, nastąpiła finalna scena gdzieś na jakiejś wyspie bezludnej, którą nieszczęśnik starał się zaludnić swoim bełkotem.Nagle chwycił pięciolitrową butlę z wodą i wylał sobie na głowę. Stojąc cały mokry w tej kałuży znowu gadał coś bez sensu. Potem usiadł na podłodze i zaczął śpiewać smętną balladę w języku szwedzkim. Po czym wybiegł z sali. A na ekranie przesuwał się tekst tej piosenki po polsku. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu, pan Chojęta wbiegł z powrotem do salki i zaczął się kłaniać. I to był już koniec przedstawienia. Zaczęto zapraszać na scenę twórców tego spektaklu: reżysera, autorów scenariusza, no i naszego Janusza – tłumacza książki. Wręczono im kwiaty w podziękowaniu za ten wspaniały, awangardowy spektakl. Tyle...... Ale nie żałuję, ponieważ przeżyłam coś, co nie każdemu było dane przeżyć, bo to było jak w bajce „O Alibabie i 40 rozbójnikach”. Pan Chojęta w tych swoich szarawarach przypominał bowiem Alibabę na chwilę przed egzekucją, której miała dokonać okrutna Szeherezada z damasceńską szablą w karzącej dłoni, ozdobionej szponiastymi tipsami w kolorze krwi, a 40 widzów-rozbójników spoglądało z góry na ostatnie chwile swego herszta w poczuciu całkowitej bezradności...

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mieczyslaw_Chojeta_w_akcji.jpg



00:07, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
Non omnis moriar (dokończenie)

 

A oto mój komentarz:

 

Do sprawozdania Irenki (Olbińskiej) z przebiegu wystawionej tam sztuki nie mógłbym nic dodać, bo prawdę mówiąc już w trakcie preludium do sztuki właściwej dostałem wytrzeszczu oczu, który później tylko się pogłębiał.

Widziałem przed kilkunastu laty w teatrze w Bydgoszczy monodram zatytułowany też „Spowiedź szaleńca”, bo oparty na tej samej książce. Były też słuchowiska radiowe tak zatytułowane. Każdy z wykonawców czy reżyserów wybierał to, co z tej książki najlepsze. Sam jeździłem z wykonawcą bydgoskiego spektaklu po całej Polsce za pieniądze z Instytutu Szwedzkiego w Sztokholmie. Miałem słowa wstępne, a on potem godzinny występ w stroju z epoki. Znakomity występ, ponieważ był to świetny aktor, który często występował w teatrach we Francji.

Sam napisał scenariusz, nie było reżysera ani scenarzysty, a sztuka niezwykle się podobała, wzbudzała aplauz na widowni, potem widzowie nas otaczali, dziękowali, dzielili się wrażeniami. Jeśli chodzi o teatr radiowy, to znakomici wykonawcy (jak Zapasiewicz w roli Strindberga) grali też dokładnie to, co napisał sam Strindberg, niczego nie dodając, bo nie było najmniejszej potrzeby.

Przekazałem wykonawcy tego poznańskiego monodramu znacznie więcej świetnego materiału (wziętego także z innych książek czy wypowiedzi Strindberga) oraz moją dużą adaptację, zatytułowaną „Spowiedź szaleńca”, którą napisałem kiedyś dla Tadeusza Łomnickiego (wg mnie największego aktora po wojnie), niestety zmarł na scenie właśnie w Poznaniu na próbie generalnej „Króla Leara” Szekspira i do wystawienia mojej sztuki nie doszło, mimo iż była uznana za wybitną przez panią Elżbietę Baniewicz, teatrologa najwyższej klasy. Nie piszę o tym, żeby się chwalić, lecz dla pokazania, jakim materiałem dysponował pan Chojęta przed przystąpieniem do pracy nad spektaklem. W mojej adaptacji też miały być wykorzystane rzutniki, żeby ilustrować słowa wypowiadane przez Strindberga. Tutaj była jednak pokazana jako rzekomo żona Strindberga jakaś „bladaczka”, blondynka w typie wieszaka z niewielkimi piersiami, mało apetycznymi udami itp., będąca przeciwieństwem tego, co wypowiadał pan Chojęta=Strindberg, głoszący peany na cześć swojej żony, „najpiękniejszej kobiety w Szwecji”... Ta „bladaczka” w koszmarnie długiej scenie coś tam niby pokazywała przy piersiach, jakby niemowlę, a kiedy leżała w samych majtkach była całkowicie wyprana z powabu kobiecego, przynajmniej w ujęciu Strindbergowskim... Resztę wiemy z opisu Irenki i prawdę mówiąc nic więcej w tym spektaklu nie było. Wcześniej mnie trochę zdziwiło, że pan Chojęta po pierwszej wymianie maili już się do mnie nie odezwał. Powinienem się więc mieć na baczności i przed udzieleniem zgody na wystawienie tej sztuki poprosić o plik scenariusza, ale do głowy mi nie przyszło, że z tak bogatego materiału można wykroić coś tak nędznego, niespoistego, niedorobionego, w którym nie będzie nic ze Strindbergowskiej odwiecznej wojny płci, która przecież toczy się w najlepsze i dzisiaj, i będzie się toczyć, dopóki obie płci nie zostaną odpłciowione doszczętnie, do czego się powoli zmierza...

Utrwaliło mi się w pamięci jeszcze kilka obrazków z okresu przed premierowym spektaklem. Przyjechałem do Poznania 19 czerwca zamiast o 21:25 prawie przed północą, bo o 17:30 pociąg towarowy wykoleił się niedaleko Poznania i rozwalił rozjazd. Na peronie oczekiwała mnie mała delegacja: oprócz pani z Fundacji Cukier Puder, która w znacznej mierze finansowała ten projekt, była pani scenograf oraz reżyser. Od reżysera dowiedziałem się, gdym rzekł, że wykonawca roli Strindbergowskiej musi być trochę szalony, że pan Chojęta jest co najmniej trochę szalony, gdyż przed rokiem wraz ze swoją dziewczyną (okazało się, że tą dziewczyną jest właśnie pani scenograf) poszli pieszo do Grecji, idąc po 30 km dziennie przez dwa miesiące! Na półwysep Athos, do  Republiki Mnichów, gdzie na Świętej Górze znajdują się sławne monastery, mógł popłynąć tylko pan Chojęta, ponieważ statki turystyczne, na których pokładzie znajdują się kobiety, nie mogą zbliżyć się do linii brzegowej na odległość mniejszą niż 500 metrów. Taki zakaz obowiązuje od roku 1060 – nawet zwierzęta hodowlane na półwyspie są tylko płci męskiej! Pani scenograf o rudych włosach powiedziała, że po czterech dniach oczekiwania już straciła nadzieję, że jej chłopak się pojawi, ale na szczęście wreszcie przypłynął i mogli wrócić do Poznania. Sami rozumiecie, że po tej opowieści mogłem przypuszczać, że przedstawienie będzie ciekawe. Na drugi dzień byłem umówiony o godz. 14:30 na obiad w restauracji „W Bramie”, znajdującej się ok. 200 m od Teatru Polskiego. Idąc tam od strony Starówki zauważyłem przed budynkiem teatralnym jakiegoś młodego człowieka ogromnie podekscytowanego – najpierw popatrzył na duży plakat z zapowiedzią „Spowiedzi szaleńca” rozpięty na frontonie teatru, po czym chodził z boku budynku tam i z powrotem, paląc papierosa. Pomyślałem, że to jest Przemysław Chojęta (patrz: wikipedia.pl), choć nie przyszło mi do głowy, by porównać twarz z plakatu z jego twarzą, oczywiście tą samą. On nie wiedział, kim jestem...

Przy obiedzie oprócz pani Emilii z Fundacji Cukier Puder był reżyser sztuki pan Łukasz Zaleski i jakiś aktor z Zabrza, który specjalnie przyjechał na premierę. Zacząłem wypytywać reżysera o to, jak mu się współpracowało z Chojętą. Odparł, że nie było łatwo, bo on jest ze szkoły teatralnej krakowskiej, a Chojęta z warszawskiej. Mówił, że Chojęta do tej pory nie grał dużych ról i cały czas oczekiwał od reżysera podpowiedzi, co go nieco dziwiło, choć sam oświadczył, że to jest jego pierwsza samodzielna reżyseria. Dochodziło wprawdzie między obu panami do gwałtownych spięć, ale nie trwały one długo i praca nad spektaklem przebiegała w sumie harmonijnie...

Po spektaklu chciałem od razu dać drapaka, ale zaproszono nas na małe przyjęcie, gdzie serwowano wina, kanapki i jakieś ciastka. Dyrektor teatru dziękował po kolei twórcom spektaklu, ja też musiałem rozdziawić gębę w uśmiechu. Myślałem, że uda mi się stamtąd czmychnąć, ale niestety wszyscy pałali chęcią dowiedzenia się, co autor przekładu książki myśli o tym wystawieniu. Najpierw podeszła do mnie parka scenarzystów, potem pan Chojęta, potem reżyser, potem scenograf, potem panie z Fundacji Cukier Puder, a ja mówiłem ogólnie o moim widzeniu Strindberga, wreszcie przyszpilony wyjąkałem: „Jestem z innej epoki teatralnej, przez kilkadziesiąt  lat widziałem wiele wystawień jego sztuk, ale przyznam się, że dopiero dzisiaj zostałem całkowicie zaskoczony.  Ale jeśli ta sztuka odniesie sukces i ściągnie dużą widownię, to zostanie osiągnięty cel, jaki sobie postawili twórcy tego spektaklu, a ja będę mógł tylko temu przyklasnąć”...

Prawdziwie szczerze napisałem do uroczej pani Emilii z Fundacji Cukier Puder dopiero później. Najpierw, 26 czerwca, wystosowałem takie oto podziękowanie za gościnę:

Przemiła Pani Emilio! Po wyjeździe u Was byłem w podpoznańskiej głuszy, w środku boru, we wsi o 7 numerach, oddalonej od bitego traktu o 7 kilometrów leśnego duktu, zupełnie odcięty od świata, bo ani komórki, ani laptop moich przyjaciół nie odbierały niczego poza ciszą. 5 chałup zakupili Niemcy, którzy z tubylcami nie chcą utrzymywać żadnych kontaktów, obok mieszkał 80-latek, który za pieniądze zarobione w Niemczech założył plantację 1400 krzaczków borówki amerykańskiej, co świadczyło o daleko posuniętym odmóżdżeniu, bo nawet nie miał pojęcia o tym, że po kilku latach te krzaczki mogą sięgać dwóch metrów wysokości i dawać nawet po 20 kg owoców, czyli razem ok. 28 ton! Z kolei nasz gospodarz, który w zakupionej tu ogromnej poniemieckiej chałupie założył wraz z żoną pensjonat o dziesięciu dwuosobowych pokojach, był jako nauczyciel szkoły wiejskiej bezrobotny od wielu lat, bo młodzi z okolicznych wsi wynieśli się na Zachód. W szkole, w końcowej fazie jego nauczycielskiej pracy, było po jednym uczniu w klasach i nie można było zostawić na drugi rok ucznia drugiej klasy, bo do pierwszej nie przyjęto nikogo. Do tego pensjonatu przyjeżdżają tylko zbieracze grzybów (w budynku gospodarczym jest nawet specjalna suszarnia), ale w dwu ubiegłych latach grzybów nie było. Jego żona od kilkudziesięciu lat sprząta w Niemczech, dzięki czemu stać ich było na kupno tego domu i zrobienie luksusowego pensjonatu, do którego trzeba dokładać. Nie wie tylko, jak długo uda jej się „arbeitować”, bo nawala jej kręgosłup, do czego dochodzi jeszcze kilka innych problemów zdrowotnych. Już po miesiącu musi wracać do kraju, żeby się tutaj wykurować na tyle, by znowu być zdolną do pracy w Niemczech. To jest materiał na prawdziwą sztukę współczesną!

Wróciłem wczoraj wieczorem do Iwonicza-Zdroju i od razu zajrzałem do Internetu, by dowiedzieć się, co napisano po premierze „Spowiedzi szaleńca”, ale niczego nie znalazłem – poza wcześniejszymi zapowiedziami..................

Serdecznie dziękuję za gościnę!

Jbr

 

29 czerwca nadeszła odpowiedź:

O tak, zdecydowanie, panie Januszu, historie z życia przenikają do teatru i wpływają na jego kształt, nie odwrotnie, jak wydaje się niektórym (chyba że ten plotkarski aspekt teatralnego życia, który zawsze budził spore zainteresowanie). Tak przynajmniej sądzę.

Ukazała się dosłownie przed chwilą pierwsza krótka recenzja:
http://www.swiatkultury.com.pl/?p=9717

Teraz musimy trochę powalczyć, aby spektakl pożył i dotarł jeszcze do innych grup poza Poznaniem.

Pozdrawiam serdecznie,

EM.

 

Oto ta recenzja, którą Irenka skwitowała krótko: „Chyba my i ta pani byliśmy na innym spektaklu!”.

 

 

WIDZOWIE SPOTKALI SZALEŃCA

Marta Łuczkowska       26 czerwca 2015      na deskach

 

Kobiety są złe, okrutne, wyniosłe, niesprawiedliwe i przebiegłe, a przynajmniej tak o nich myślał Strindberg. Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna? Być może kobieta, która go wykorzystała i porzuciła, została do tego zmuszona przez niego samego?

W sobotę, 20 czerwca w Teatrze Polskim miała miejsce niecodzienna premiera przygotowana przez Pracownię Inicjatyw Aktorskich PiniA, we współpracy z Fundacją Cukier Puder. Monodram „Spowiedź szaleńca” na podstawie powieści Augusta Strindberga, wywołał na widowni salwy gorzkiego śmiechu, a jednocześnie wprawił część publiczności, szczególnie tę damską, w zakłopotanie.

Bohaterem spektaklu jest sam Strindberg, który napisał autobiograficzną powieść po rozstaniu z pierwszą żoną, Siri von Essen. Burzliwy i bardzo zmienny związek trwał aż czternaście lat. Początkowo wynoszona na piedestał moralności i niewinności, szybko stała się ofiarą własnego męża. Słaby psychicznie mężczyzna podejrzewał ją o liczne zdrady, kłamstwa, a nawet kontakty homoseksualne. Brak wiary w samego siebie, a także pogarda dla płci przeciwnej przeistoczyły się w lęk przed kobietami, a to z kolei doprowadziło go niemal do obłędu. Wyrazem wyczerpania pisarza jest właśnie „Spowiedź szaleńca”.

W tytułową rolę wcielił się Przemysław Chojęta.  Aktor niebanalny i tak przekonywujący, że widz miał wrażenie, że oto spotkał na swojej drodze prawdziwego szaleńca. Mężczyznę pogrążonego w najciemniejszych zakamarkach obłędu, dla którego nie ma już żadnego ratunku, i który na zawsze pozostanie osamotniony w swojej chorobie. Targany skrajnymi emocjami – od nienawiści aż po miłość, balansował na cienkiej granicy całkowitego załamania psychicznego i euforii.

Spektakl był pewnego rodzaju eksperymentem, w którym znaczącą rolę odgrywała publiczność. A może w ogóle jej nie było? Może wszyscy widzowie, którzy byli w przestrzeni Teatru Polskiego, stali się, mimo swojej woli, uczestnikami tej porywającej spowiedzi? Zachęcani przez tytułowego szaleńca weszli w interakcję, której celem było oczyszczenie duszy obłąkanego i przywrócenie jego psychiki do stanu przedmałżeńskiego. Czy się udało? W życiu prywatnym Strindberg żenił się jeszcze dwukrotnie, a więc można wnioskować, że jego strach i niechęć do kobiet zniknęły. A w Teatrze – kiedy zgasły światła nadszedł czas na refleksję o tym, jak nierozumiane przez mężczyzn, a tym samym okrutne potrafią być kobiety.

 

http://jbr.blox.pl/resource/szaleniec.jpg

 

 

Od razu na mail pani Emilli, i poniekąd i na nadesłaną mi recenzję, nieco dziwne, że opublikowaną dopiero po 6 dniach od premiery, odpowiedziałem:

„Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna?”.

Jestem ciekaw, kto  wymyślił to, co wytłuściłem???? On był przeciwieństwem Stacha Przybyszewskiego! Nie lubił się włóczyć po Europie – został do tego zmuszony! Cierpiał z tego powodu! Podrywaczem nigdy nie był, nie zmieniał kobiet jak rękawiczek. Rodzina była dla niego świętością, kobieta, którą wybierał na żonę, też. Owszem czasami obracał się w towarzystwie bohemy i wtedy pił absynt, były to jednak sprawy incydentalne. I to wszystko jest zawarte w „Spowiedzi szaleńca” czy w „Listach miłosnych i nienawistnych”, które też przysłałem panu Chojęcie. Wybrał on jednak z tego wszystkiego to, co chciał, czy to, co zechcieli wybrać twórcy scenariusza.

Prawdą jest, że takiego tytana pracy pisarskiej jak August Strindberg było w historii literatury niewielu.

Chyba nie rozumiem obecnego czasu teatralnego. No ale Adam Hanuszkiewicz w roku 2001 też nie mógł go pojąć, mimo iż przez całe dorosłe życie był w tej materii zanurzony po uszy.

Powtarzam jednak to, co po spektaklu: jeśli ta inscenizacja odniesie sukces, to nie będzie miało znaczenia, co czuję. Żyję już w innym świecie.

Jedno jest pewne – i jest mi z tego powodu trochę przykro: „Spowiedź szaleńca” w takiej postaci na pewno nie będzie mogła być wystawiona w Iwoniczu-Zdroju czy w pobliskim Rymanowie Zdroju, gdzie na kurację przyjeżdżają w 90% osoby starsze, zazwyczaj o bardzo konserwatywnych poglądach. Tutaj wystawia się scenki operetkowe z XIX wieku, a pojawiający się tu kabaret „Zza miedzy” ośmiesza jedynie to, co wypada w tym miejscu ośmieszyć...

„Spowiedź szaleńca” by przeszła, ale jedynie w takim wystawieniu, jak zrobił to w 2002 roku teatr radiowy czy aktor teatru w Bydgoszczy – ludzie zarykiwali się ze śmiechu, kiedy bohater opowiadał o swoich perypetiach małżeńskich, bo to była opowieść, którą z innymi realiami mogli sami przytoczyć na forum pozadomowym....................

Z serdecznościami

jbr

 

Odpowiedź nadeszła 2 lipca:

Szanowny Panie Januszu,

Teatr się pozmieniał, teraz tekst i życiorys artysty stanowią najczęściej odbicie dla innych twórców, którzy to przetwarzają. Dlatego trochę trudno się dziwić, że Przemek wybrał z tekstów to, co jemu było najbliższe.

Szkoda, że podróż do Iwonicza nie dojdzie do skutku, ale rozumiem w pełni dlaczego.

Będziemy szukali innych miejsc, w których być może będą chcieli zobaczyć spektakl.

Pozdrawiam serdecznie,

Emilia Mańkowska

 

 

 

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



00:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2015
Zeszyty dawnych lektur (odc. 58 )

 

[To są już ostatnie książki beletrystyczne, ale zbiorcze, gdyż wypisałem z nich bardzo niewiele, niekiedy zaledwie jedno zdanie, które uznałem za warte przytoczenia].

 

 

 

Joseph Conrad Smuga cienia. PIW 1958

 

Miałem poczucie samego siebie, chociaż w niezmiernie różnej skali – jak jedna kropla przeciw burzliwemu ogromowi gorzkiego oceanu.

[Poczucie samego siebie jest inne, gdy siedzimy na desce klozetowej, a zupełnie inne, gdy skaczemy w przepaść na bungee. Jeszcze inne jest wtedy, gdy skaczemy w przepaść bez żadnego zabezpieczenia. Oczywiście w książce Josepha Conrada, o którym wspomniałem w odcinku 55, mowa jest o innym żywiole, ale istota rzeczy pozostaje ta sama].

 

Opanował mnie nagle spokój będący przedsmakiem nicości. 

[Dla wielu ludzi przedsmak śmierci jest równoznaczny z przedsmakiem nicości. W zbiorach wiedeńskiej Galerii Albertina oglądałem kiedyś Melancholię, miedzioryt Albrechta Dürera z roku 1514. Już sama data powstania tego dzieła może wprawić człowieka w nastrój melancholijny. Pomyśleć tylko: pięćset lat! A jeśli za następne pięćset lat ktoś przeczyta ten mój komentarz – pomyśli sobie to samo: „Co czuł ten człowiek mający aż taką świadomość przemijania? Co uczynił z tą świadomością?”.

Nic. Zachowuję absolutny spokój. I jeśli towarzyszy mi jakakolwiek melancholia, to moje zamyślenie nie jest mroczne, choć nad Iwoniczem-Zdrojem zapadła już noc. Głowy nie opieram na łokciu, tak jak to czyniłem często przed pięćdziesięciu laty. Piętrzące się wokół książki nie są dla mnie ani dziełami sztuki, ani narzędziami wiedzy. Zostały już napisane przez innych lub przeze mnie i są, bo są. Nie należą do „teraz”. Tak jak i narzędzia, które służyły mi kiedyś do pracy. Budowle, jakie miałem wznieść, już wzniosłem. Psa nie miałem i nie mam. Prawie zawsze wędrowałem sam.

Ale to nie jest przedsmak nicości – nie jestem nihilistą!].

 

http://jbr.blox.pl/resource/DurerMelencoliaGd.jpg 

Dürer Melancholia

 

 

 

Erskine Caldwell Ziemia tragiczna. PIW 1961

 

 

„Gdyby mnie nie było, nie byłoby i Boga” (Eckhart).

[Mistrz Eckhart (ok. 1260-1327/1328), jeden z najsłynniejszych mistyków chrześcijańskich, był dominikaninem i kierował swoje kazania głównie do mniszek dominikańskich, a ponieważ był przystojnym mężczyzną i znakomitym kaznodzieją – z jego kazań rozumiały zapewne piąte przez dziesiąte. W przeciwieństwie do braciszków zakonnych, dla których choćby zdanie cytowane przez Caldwella zakrawało na herezję. Oskarżony m.in. o panteizm i postawiony przed trybunałem Inkwizycji zdążył na szczęście umrzeć, zanim zostało odrzucone jego odwołanie do papieża Jana XXII, który w specjalnie wydanej bulli potępił 17 jego tez, a 11 uznał za podejrzane. Może zmarł ze strachu, ale taka śmierć na pewno była lepsza od tej, która przypadła w udziale francuskiej mistyczce, Małgorzacie Porete, kilkanaście lat wcześniej skazanej przez Inkwizycję na śmierć i spalonej w roku 1313 na stosie za tezy głoszone w Zwierciadle dusz prostych. Znawcy przedmiotu mówią o tej książce, iż jest odważnym zarysem doskonałości mistycznej, przewyższającym dotychczasowe tradycje mistyki uprawianej nawet przez mężczyzn. Kobiet-mistyczek też nie brakowało,  ale żadna z nich nie wchodziła w kompetencje mężczyzn. Gdyby Małgorzata nie uważała się za kierownika duchowego, zostałaby być może nawet świętą, tak jak Gertruda Wielka, która zmarła zaledwie jedenaście lat wcześniej oczywiście śmiercią naturalną i w aurze świętości – po mistycznych zaślubinach z Boskim Oblubieńcem.

A Mistrz Eckhart dopiero po pierwszej wojnie światowej doczekał się uznania. Przede wszystkim we własnym kraju, gdzie stał się tak popularny, że po dojściu Hitlera do władzy jeden z jego ideologów postanowił to wykorzystać w celach propagandowych, żądając, by dzieła Mistrza, największego apostoła Germanów, twórcy czysto aryjskiej religii, przeciwstawianej „zażydzonemu chrześcijaństwu”, były po Mein Kampf następną podstawową lekturą w każdym niemieckim domu ].

 

„W kobiecie wszystko jest zagadką, która ma tylko jedno rozwiązanie: ciążę” (Nietzsche).

[Jeden z moich ulubionych filozofów był naprawdę mizoginem – to fakt, ale kiedy się czyta na pewnym forum o sposobach „złapania faceta na dziecko”, niekiedy odrażających, to akurat to stwierdzenie Nietzschego na temat kobiet nie jest oderwane od życia. Sondaż przeprowadzony wśród Brytyjek wykazał, że 1/3 pań w wieku 16-20  zrobiła sobie z ciąży pułapkę na „facetów, którzy nie chcieli mieć wobec swoich partnerek żadnych poważnych zobowiązań”, a część nich udawała, że jest w ciąży, byle zmusić mężczyzn do ślubu. U nas nie jest inaczej, z tym że wielu paniom, na przykład wstrzykującym sobie potajemnie spermę kochanka ze zużytych prezerwatyw, zależy bardziej na wysokich alimentach od zamożnych mężczyzn, częstokroć żonkosiów, niż na związku stałym].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/ciaza58432637.jpg

 

 

 

Truman Capote Zatrzaśnij ostatnie drzwi. PIW 1960

 

Kiedy ktoś odchodzi ze świata, świat powinien się zatrzymać.

[Zatrzymuje się jedynie nasz własny świat, jeśli posiadanie go przez nas nie było naszą iluzją. Na szczęście już ostatnią].

 

Poczucie rzeczywistości zastąpił świadomością czasu i miejsca.

[Jeśli świadomość czasu i miejsca ma niewiele wspólnego z poczuciem rzeczywistości, to zaburzona jest tylko nasza świadomość; rzeczywistość istnieje bez względu na to, czy mamy jej poczucie, czy nie. Paranoicy napawają nas lękiem, bo osiągnęli już stan, o który my się ciągle ocieramy]. 

 

 

 

Henri Barbusse Ogień. Czytelnik 1953

 

Różnimy się między sobą głęboko, lecz mimo to jesteśmy do siebie podobni.

[Pytanie powinno brzmieć: podobni w czym? Różnorodne funkcje fizjologiczne spełnia nawet szereg metali występujących w organizmach żywych. Ludzie też muszą to czynić, ale robią to zgodnie ze swoją naturą. W Balladzie o pierdzeniu Juliana Tuwima inaczej pierdzą damy w poważnym wieku, a inaczej dziewczęta w wieku kwiecie].

 

Dziecinne zabawy to poważne zajęcia. Bawią się tylko dorośli.

[Dorośli bawią się pięknie tylko wtedy, gdy naśladują bawiące się dzieci].

 

Niesprawiedliwość ma siłę prawa, ponieważ trwa od wieków.

[I nie pomagają żadne zaklęcia, nawet biblijne w starotestamentowym  ujęciu: Syr 40, 12: „Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie”. Tra-la-la-la song!].

 

 

 

Jan de Hartog Jan Vandelaar. PIW 1962

 

Dzieci i błazny mówią prawdę.

[Bo się nie boją zbłaźnić].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/blazen_2676701.jpg

 

Z godnością oszukuje sam siebie.

[Widocznie ma poczucie własnej godności].

 

Idź dalej i nie oglądaj się za siebie.

[Bo może się okazać, że zostałeś daleko w tyle za samym sobą].

 

 

 

Bruce Marshall Cud ojca Malachiasza. PAX 1955

 

Wiara nie zmienia istniejącej rzeczywistości.

[Jeśli zmienia czyjąś świadomość, to zmienia również istniejącą rzeczywistość. Jej skrzeczenie może być odbierane jako pienia anielskie].

 

Szczęśliwi są tylko ci, którzy lekceważą sobie świat i są przez niego lekceważeni.

[Czyli całkowici abnegaci. Wydaje mi się jednak, że równie szczęśliwy jest ten mężczyzna w sile wieku, który tu w Iwoniczu-Zdroju objeżdża wczesnym rankiem na swoim motorku wszystkie pojemniki na śmieci i wraca do domu objuczony wielkimi brezentowymi torbami wypełnionymi zgniecionymi puszkami czy butelkami zwrotnymi po piwie – jego twarz jaśnieje wtedy szczęściem. Nie wygląda na menela. Być może po jego śmierci ukaże się w lokalnej prasie komunikat: „Za życia uchodził za biedaka, a okazało się, że był milionerem!”].

 

 

 

Anatol Winogradow Trzy barwy czasu. Książka i Wiedza 1949

 

Składali sobie nawzajem przysięgi w przekonaniu, że starczy czasu, aby je złamać.

[Znacznie gorsze są przysięgi, które składają sobie kochankowie lub narzeczeni w przekonaniu, że będą one obowiązywały wiecznie].

 

Wolno grzeszyć odrobinę, by mieć okazję do pokuty i prawo do łaski.

[Gdybyż istniał ujednolicony wzorzec miary w grzeszeniu, jak te przechowywane w Sèvres pod Paryżem!  Oczywiście obok powinny znajdować się również wzorce okazji do pokuty i prawa do łaski].

                                

 

 

Alberto Moravia Pogarda. Czytelnik 1961

 

Błędem jest osądzać uczucia innych miarą własnych uczuć.

[Trudno tego błędu nie popełniać, bo wczuwanie się w uczucia innych nie jest łatwe, szczególnie wtedy gdy są to uczucia wrogie i nasz mózg gadzi z układem limbicznym każe nam zareagować natychmiast. Nie ma innej miary uczuć poza własną – chodzi jedynie o to, by nie mierzyć wszystkiego i wszystkich ciasną miarą naszego ja].

 

 

 

Stefan Zweig Świat wczorajszy. PIW 1961

 

Stuprocentowa prawda nie istnieje tak samo jak stuprocentowy alkohol.

[Hm, oto cytat, jeden z wielu: „Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że w ciągu ostatnich lat średnie spożycie STUPROCENTOWEGO ALKOHOLU wzrosło prawie o jedną trzecią”. Kłamstwo czy prawda? Jeśli prawda, to siłą rzeczy też musi być stuprocentowa!].

 

 

 

Herbert Zand Spadkobiercy ognia. PIW 1964

 

Jeśli istniała namiętność, w której mogłaby się całkowicie zagubić, to była nią namiętność pychy, owej pychy, której nie wystarczało szczęście.

[Jestem ciekaw, na jakim stopniu pychy należałoby ją umiejscowić? Św. Bernard z Claivaux wyliczył dwanaście stopni pychy – może ta jest trzynastym? Czy poczucie szczęścia nie jest pychą? W każdym razie tak to odbiorą ci, którzy szczęścia nie mają za grosz].

 

http://jbr.blox.pl/resource/pycha.jpg



06:37, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 58 dokończenie)

 

Walter Jens Testament Odysa. PIW 1960

 

 

Wszelka doskonałość zawiera zawsze szczyptę przeciętności.

[Czy jest ona wówczas doskonałą przeciętnością, czy przeciętną doskonałością?].

 

 

 

Kalman Segal Ulepiony z gliny. PIW 1960

 

Życie jest pełne tajemnic. Prosta jest tylko śmierć, albowiem jest zaprzeczeniem i kresem wszystkiego. Nicością najprostszą. Niczym.

[„Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze” – to cytat z książki Zmierzch Stephenie Meyer. Tak mogą myśleć ci, którzy mieli życie wyjątkowo trudne i w dodatku bardzo cierpią, więc śmierć jest dla nich wybawieniem. Inni starają się umrzeć z godnością i nie myślą o wygłaszaniu aforyzmów na ten temat. Jest jeszcze Diamentowa Droga, buddyjskie wtajemniczenie w proces umierania i odrodzenia, ale o tym będę mówił w innym komentarzu].

 

 

 

Jules Vallés Jakub Vingtras. KiW 1951

 

Brak szacunku jest początkiem mądrości.

[Chodzi zapewne o uniżoność, a nie o brak szacunku, bo człowiek mądry odnosi się z szacunkiem nawet do ludzi o odmiennych przekonaniach, nawet do ostatnich głupców. W innym razie nie miałby szacunku do samego siebie].

 

 

 

Manuel Rojas Syn złodzieja. Czytelnik 1965

 

Kto nie ma czasu – nie ma nic.

[Syn złodzieja wie, co mówi. Złodziej ma na pewno więcej czasu od tego, kogo chce okraść, gdyż tamten zajęty jest zachłannym gromadzeniem wszelkich dóbr].

 

 

 

Rajmund Radiguet Opętanie. PIW 1958

 

Prawdziwe przeczucia formują się w głębinach niedostępnych dla myśli.

[Czyli w podświadomości, w okolicach mózgu znacznie starszych od tych cienkich warstewek kory mózgowej okrywających sam szczyt, gdzie mieszczą się ośrodki racjonalnego myślenia].

 

 

 

François Mauriac Galigai. PAX 1959

 

Taczka galernika nie ma na galernika najmniejszego wpływu.

[Do taczki przykuty był m.in. podchorąży Piotr Wysocki w kopalni miedzi na Syberii, ale tylko przez pewien czas. Major Walerian Łukasiński został przykuty do armaty tylko w sztuce Noc listopadowa Stanisława Wyspiańskiego. Katorżnik to nie galernik, który był przykuty do wiosła. Czy wywierało ono wpływ na galernika? Niewątpliwie tak. Podobnie jest z taczką. Gdyby François Mauriac runął z taczką pełną zaprawy z wysokości trzech metrów, jak mnie się to kiedyś przydarzyło, nie wygadywałby głupstw].

 

 

 

Graham Greene Sedno sprawy. PAX 1965

 

Z odwetu wyrasta przebaczenie.

[Pomyślałem natychmiast o papieżu Stefanie VI (niektórzy mówią VII), który na Tronie Piotrowym zasiadał od maja 896 do sierpnia 897. To on nie mogąc wybaczyć swemu poprzednikowi, papieżowi Formozusowi,  jakiejś zniewagi, wytoczył mu (w dziewięć miesięcy po jego śmierci!)  proces, który przeszedł do historii pod nazwą „trupiego synodu”. W procesie uczestniczyły bowiem zwłoki Formozusa ubrane w papieskie szaty pontyfikalne. Po skazaniu podsądnego na śmierć za apostazję jego zwłoki zbezczeszczono, odcinając mu trzy palce prawej ręki, którymi przysięgał, błogosławił i namaszczał, a następnie wrzucono do Tybru. Z tego odwetu również nie wyrosło przebaczenie ze strony oburzonego ludu rzymskiego i zwolenników Formozusa, którzy kilka miesięcy później osadzili papieża Stefana VI w więzieniu i tam udusili, przywracając do chwały wyłowione z rzeki szczątki Formozusa, które pochowano uroczyście w bazylice na Lateranie].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/trupisynod.jpg

 

 

Niechaj umarli grzebią swych zmarłych.

[Widocznie myślałem przez całe życie tak samo, bo unikałem ceremonii grzebalnych i miejsc wiecznego spoczynku, a sam nie zamierzam uszczknąć dla siebie ani skrawka cmentarnej ziemi. Moje prochy mają zostać rozsypane na łąkach, by brać udział w corocznym wzrastaniu i kwitnieniu roślin].

 

Kiedy był młody, wyobrażał sobie, że miłość ma coś wspólnego ze zrozumieniem, ale z wiekiem przekonał się, że żaden człowiek nie zrozumie drugiego człowieka. Miłość jest pragnieniem, by zrozumieć…

[To prawda, potrzebna jest miłość, żeby starać się zrozumieć drugiego człowieka, a jeśli tego nie czynimy, to cóż to jest za miłość?].

 

 

 

Giorgio Bassani Ogród rodziny Finzi-Continich. PIW 1964

 

A miłość, tak przynajmniej ona sobie ją wyobraża, to sprawa między dwojgiem ludzi zdecydowanych zwyciężyć się nawzajem.

[Taka miłość od razu naznaczona jest klęską. Osobistą też, bo cóż to za triumf, gdy zwycięzca wleczony jest za własnym rydwanem?].

 

 

 

Jacek Bocheński Tabu. Czytelnik 1965

 

Nikt nie zna smaku zakazanego owocu, póki go nie skosztował.

[I wtedy może pomyśleć: „Szkoda, że w dalszym ciągu nie pozostał zakazany, bo taki zawsze smakuje najlepiej!”].

 

Miłość spełnia się w ofiarowaniu. Nie ma miłości bez ofiary.

[Jeśli ktoś napisze, że miłość Chrystusa była ofiarą, nie zgłoszę sprzeciwu. Ale jeśli kobieta ma składać swoje ciało w ofierze mężczyźnie, którego kocha, to ja bym osobiście nigdy takiej ofiary nie przyjął. Męczennicy miłości nadają się na świętych, ale przecież nie każdy może być świętym!].  

 

 

   

Marian Munich Szalona galeria. Wydawnictwo Łódzkie 1963

 

Najprędzej staje u celu ten, kto umie się czołgać (rabin Ben Osa).

[Mądry rabbi wie, co mówi, ale nie wyjawia, o jaki cel chodzi. Na pewno nie będzie to cel wysoki].

 

Bóg jest wielki, ale są na ziemi ludzie jeszcze więksi.

[To są absolutnie inne miary wielkości].

 

Musisz wielokrotnie umierać, abyś mógł się odradzać.

[Według Tybetańskiej Księgi Umarłych  (w oparciu o nią napisałem kiedyś poemat) nawet w trakcie tej naszej jednej fizycznej śmierci odradzamy się wielokrotnie, a zatem i umieramy wielokrotnie dla tamtego świata i dla tamtych siebie, by wreszcie spocząć w kwiecie lotosu u stóp Buddy – istoty wyzwolonej, tak jak i my. Wszystko to może być prawdą – przy założeniu, że świadomość potrafi funkcjonować bez ciała. W praktykach buddyjskich wykonywana za życia medytacja świadomego umierania, zwana „poła”, osłabia strach przed śmiercią, wprowadzając tych, którzy ją praktykują, na poziomy świadomości wyzwolone od lęku i pełne radości].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/samsarakolo.jpg

 

 

Peter Weiss Ucieczka z domu rodzinnego. Azyl. PIW 1965

 

Najbardziej charakterystyczną cechą jego istnienia była nieobecność.

[Nieobecność we własnym życiu jest cechą charakterystyczną większości ludzi; ściślej: jest to obecność pozorna].

 

Sny są również rzeczywistością.

[Senną?]

 

Wolności tej nie zdobyłem, skazano mnie na nią.

[Jest nawet film tak zatytułowany (Skazany na wolność, 2003), ale Peter Weiss raczej powtarza to, co powiedział Jean Paul Sartre, francuski filozof-egzystencjalista: „Człowiek jest skazany na wolność”. Bohater filmu zabił podczas napadu młodego chłopaka i zwolniony z więzienia po dwudziestu trzech latach musi zmierzyć się z przeszłością, a przede wszystkim z wyrzutami sumienia, natomiast w ujęciu Sartre’owskim człowiek oprócz wszechogarniającego poczucia wolności powinien mieć w sobie również bezkompromisowe poczucie osobistej odpowiedzialności za to,  w jaki sposób będzie z tej swojej wolności korzystał].

 

Jakże bowiem może istnieć samotność, skoro można przeniknąć tak głęboko w czyjeś wnętrze?

[A jeśli w tym wnętrzu ukryta jest niezmierzona samotność?].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Kot_Rysiek.jpg

 

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



06:26, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 21 stycznia 2015
Zeszyty dawnych lektur (odc. 57)

 

 

William Faulkner Sartoris. PIW 1960

 

[W odc. 21 omawiałem zapiski z jego opowiadań oraz z powieści Absalomie, Absalomie… Gdy dotarłem do zapisków z trzech kolejnych książek tego autora, chciałem w pierwszym odruchu dołączyć je do tamtych, bo jest ich niewiele. Ale po dodaniu komentarzy, w tym jednego bardzo rozbudowanego, stworzyło to wystarczająco dużą całostkę, żeby znaleźć się w osobnym odcinku obok innych pozycji wcześniej przeze mnie pominiętych. Gdybym wydał kiedyś książkę z tych lektur, zostałyby one oczywiście scalone, ale na blogu czytelnicy mogliby jedynie przez przypadek dotrzeć do książek znacznie później dodanych do wcześniejszych odcinków].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Faulkner_1.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/1557.jpg

 

 

Ostateczną mądrością jest sięgać marzeniami dość wysoko, by goniąc za nimi nie tracić ich z oczu.

[Czyli nie za wysoko, bo wówczas zaczynamy bujać w obłokach (z oczami oczywiście zamkniętymi)].

 

Prawo tak samo jak poezja jest ostateczną ucieczką człowieka upośledzonego na ciele i umyśle, głupca i ślepca.

[Hm, na temat poezji wolę się nie wypowiadać, bo sam bywałem poetą, ale jeśli chodzi o prawo, to zgadzam się z tą opinią w stu procentach. Dlatego współczesny świat, w którym prawnicy mają tak ogromną władzę, jest taki, jaki jest].

 

 

 

                                                 Gambit. PIW 1963

 

 

Pewny, że się zabezpieczył przed hałasem, zapomniał, że go może zdradzić cisza.

[„Halo, to ja, cisza!!!”].

 

Kiedy człowiek z rozmysłem zamyka za sobą drzwi na klucz, to znaczy, że się boi.

[Przez wiele lat nie zamykałem drzwi na klucz, nawet gdy wychodziłem z domu. Pewnego razu zostawiłem drzwi otwarte – sąsiedzi byli przerażeni, bo ktoś mógł mnie przecież okraść. Z czego? Z tego, co nie miało dla mnie żadnej wartości? Od tej pory staram się drzwi zamykać – po co mają żyć, biedacy, w ciągłym stresie, po co mają się bać za mnie?].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Lek.jpg

 

 

 

Przechodzić młodość to mniej więcej to samo, co przechodzić ospę, albo dżumę.

[W pewnym wieku zastanawiamy się, jak przechodzić starość bez popadnięcia w choroby jak najbardziej starcze, na przykład zdziecinnienie].

 

Jedyną poza snem rzeczą, jaką człowiek może wytrzymać przez osiem godzin, jest praca.

[Widocznie nie jestem człowiekiem, bo kiedyś wytrzymałem bez snu cały miesiąc, pracując bez przerwy – w dzień i w nocy.

Ponownie udomowiona kotka Viki, której zdjęcie jako aforystki prezentuję na końcu postu, potraktuje mnie po przeczytaniu tego komentarza jak dziwaka, bo ona potrafiłaby wytrzymać cały miesiąc bez pracy, śpiąc prawie bez przerwy – w dzień i w nocy (prawie, bo z krótkimi przerwami na posiłki i załatwianie potrzeb fizjologicznych)]. 

 

Sama cisza to jeszcze nie spokój.

[Jest cisza przed burzą i cisza po burzy. Obie mogą być pełne niepokoju, ale wieczny spokój mają tylko umarli].

 

Zbieg okoliczności może zaważyć na całym życiu. Jak utrata dziewictwa. Ale, podobnie jak dziewictwo, można go wykorzystać tylko raz.

[Trudno mi z oczywistych względów dywagować na temat dziewictwa, ale jeśli chodzi o zbieg okoliczności, to nieprawdą jest, że można go wykorzystać tylko raz, o czym świadczy przykład mazurskiego chłopca, który podczas dwu kolejnych losowań dużego lotka dwa razy trafił szóstkę. Z mojej dziedziny zawodowej, czyli z literatury, można przytoczyć mnóstwo wręcz niewiarygodnych przykładów związanych z tym tematem. Skopiowałem z jakiegoś artykułu dwa:

Edgar Allan Poe (1809-1849) w swej jedynej powieści pt. Przygody Artura Gordona Pyma (1838) opisał historię zagubionego na morzu statku, którego zdesperowana załoga zdecydowała się poświęcić kogoś spośród siebie na posiłek. Wybór padł na chłopca okrętowego, Richarda Parkera. Historia ta miała miejsce w rzeczywistości, choć dopiero 46 lat później i dotyczyła statku „Mignonette”. Zjedzony chłopiec nazywał się… Richard Parker.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mignonette.jpg

 

 

Nieco mniej znana jest historia innej katastrofy o zaskakującym finale. Niemiecki magazyn „Das Besteran” ogłosił w 1979 r. konkurs literacki, w którym oceniano opowiadania stworzone na podstawie realnych wydarzeń. Walter Kellner z Monachium, który wygrał konkurs, opisał swoje własne doświadczenie, kiedy lecąc lekkim samolotem wodował między Sardynią a Sycylią i oczekiwał na ekipę ratunkową. Wkrótce pojawił się problem, gdyż inny Walter Kellner, pochodzący z Austrii, oskarżył monachijczyka o plagiat. Jak się okazało, mniej więcej na tym samym obszarze przytrafiła mu się podobna historia, co więcej w takim samym modelu samolotu (Cessna 421). Kiedy redakcja prześledziła obie historie okazało się, że miały one miejsce naprawdę].

 

 

                                                   Żołnierska zapłata. PIW 1965

 

Z biegiem lat to, czym jesteśmy, traci dla nas znaczenie, ustępując miejsca temu, co robimy.

[Zamiast ludźmi stajemy się humanoidalnymi robotami. Ktoś, opisując japoński robot najnowszej generacji, wykrzykuje z triumfem: „Robot staje się człowiekiem!”. A co na to człowiek? Odejdzie w kąt ze zwieszoną głową, a potem zostanie wypędzony nawet z tego kąta? Żadnego przymusu bezpośredniego, broń Boże, bo to będzie zdalne sterowanie!].

 

Z natury rzeczy człowiek zawsze wierzy w to, że jego czyny i myśli są równie ważne dla innych jak dla niego samego.

[Rzeczą jeszcze bardziej naturalną byłoby przestać w to wierzyć. Wystarczy, że człowiek jest rozczarowany samym sobą!].

 

Płeć i śmierć sprawiają, że w młodości ulatujemy z ciała, a na starość znów się do ciała ograniczamy.

[„Młodości, ty nad poziomy wylatuj!”, dopóki życie nie sprowadzi jej do pionu. Na starość wracamy stopniowo do poziomu].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Do_odcinka_57.jpg

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



12:33, jbroszkowski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015
Zeszyty dawnych lektur (odc. 56)

 

Aldous Huxley Niewidomy w Ghazie. PIW 1957

 

[W odc. 17 omawiałem dwie inne jego powieści; o tej napisałem, że wywarła na mnie największe wrażenie, ale wypisów z niej wtedy nie znalazłem – zawieruszyły się w innym zeszycie].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/AldousHuxleyLondon1958.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Niewidomy_w_Ghazie.jpg

 

 

Dramaty pamięci przypominają zawsze Hamleta, w stroju współczesnym.

[Dramaty niepamięci przypominają również Hamleta w stroju współczesnym. I nie chodzi bynajmniej o niepamięć zbiorową, w której zatraciły się na przykład zbrodnie popełniane podczas okupacji hitlerowskiej przez Polaków na Żydach, lecz o niepamięć indywidualną, w tym przypadku moją. Niedawno przez pół dnia poszukiwałem klucza zawieszonego na własnej  szyi: ...bo któż by /Ścierpiał pogardę i zniewagi świata, / Krzywdy ciemiężcy, obelgi dumnego, / Lekceważonej miłości męczarnie, / Odwłokę prawa, butę władz i owe / Upokorzenia, które nieustannie / Cichej zasługi stają się udziałem, / Gdyby od tego KAWAŁKIEM ŻELAZA / Mógł się zwolnić?].

 

Kto chce zdobyć wolność, musi stać się niewolnikiem. Jest to warunek zdobycia wolności – prawdziwej wolności.

[Niejaki Władysław Grzeszczyk powiedział: „Człowiek prawdziwie wolny wszędzie jest niewolnikiem” – zerżnął z Huxleya, czy nie? Stać się niewolnikiem czego? Dla większości ludzi sprawa jest oczywista – powstała nawet piosenka Niewolnicy wolności, która na początku niesie w sobie dosyć ładne obrazowanie: Na tej ścieżce, na zakręcie / Rosną kwiaty takie piękne /Mają kolce, białe róże / Gdy ukłują, zaczynasz marzyć / Czy wiesz jak to jest? / Kiedy oczy swe zamykam? / Widzę jasne, białe światło / W jego blasku tamte róże kwitną! A później słowa przeradzają się w bełkot: W moim mieście, w moim domu / Ludzie są jakby naćpani / Niejasnością zwykłej prawdy / W tym skurwiałym gąszczu granic… Jeśli jest to warunek zdobycia wolności – prawdziwej wolności, to wolę być niewolnikiem niewolnictwa].

 

Osobowość zależna jest także od czasu. Bardzo krótkie wrażenia są nawet mniej osobiste od wrażeń zwierzęcych albo po prostu roślinnych. Stają się osobistymi jedynie wówczas, gdy towarzyszy im uczucie i myśl lub też gdy odbijają się we wspomnieniu.

[Nie dziwię się, że Krishnamurti patrzył z zakłopotaniem na Huxleya, gdy ten godzinami prawił takie mądrości, i taktownie milczał. Nie pozostaje mi nic innego, jak zrobić to samo].

 

Dramat zaczyna się tam, gdzie istnieje wolność wyboru.

[Ten dramat rozpoczyna się w momencie, gdy czujemy się więźniami tej wolności. Nie chodzi o wolny wybór w ujęciu Miltona Friedmana, z „wolną przedsiębiorczością” etc., bo ekonomia wolnorynkowa bywa także źródłem wielu ludzkich nieszczęść. Chodzi o filozofię innej wolności, tej w ujęciu choćby Rudolfa Steinera, który chcąc pokazać, że rozważana przez Schillera sprzeczność pomiędzy przymusem naszej świadomej, racjonalnej natury a przymusem zwierzęcym naszych ciał jest możliwa do przezwyciężenia, przytoczył wpierw taki oto cytat z części I Fausta Goethego:

 

Dwie dusze żyją w piersi mej,

A jedna z drugą chce się rozstać

W nieposkromionej jedna chuci

Wniknie w zmysłową świata treść;

A druga padół ten porzuci,

By w górny ojców kraj się wznieść.

                       [tłum. A. Sandauer]

 

Dzięki czemu możliwa jest do przezwyciężenia ta dwubiegunowość natury człowieka? Właśnie dzięki wolności wyboru właściwego sposobu myślenia i działania, wbrew ograniczeniom stawianym nam również przez zewnętrzną rzeczywistość. Znamieniem wolności jest dla Steinera radykalny etyczny indywidualizm].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/wolnosc.jpg

 

 

Główną różnicę między literaturą a życiem stanowi to, że w książkach mamy bardzo wysoki procent ludzi wyjątkowych, a w rzeczywistości ten procent jest znikomy.

[Wyjątkowi głupcy są też ludźmi wyjątkowymi].

 

Homo non nascitur, fit (Człowiek nie rodzi się, staje się).

[Człowiek jako istota stadna, potrzebująca więzi z innymi ludźmi, najchętniej staje się poprzez doświadczanie siebie w relacjach pozaosobistych, a sens stawania się leży przecież w tym, by najpierw doświadczać siebie w sobie samym (szukać nowych możliwości w sobie), zamiast tkwić we własnych ograniczeniach. A poza sobą szukać dopiero wtedy, gdy po osiągnięciu pełni rozwoju osobistego jesteśmy w stanie siebie przekroczyć. Najbardziej ludzcy jesteśmy wtedy, kiedy nie musimy wtopić się w tłum, żeby zaakcentować swoje istnienie].

 

Wzajemne przenikanie dotyczy nie tylko miłości, ale i nienawiści; nie tylko zaufania, ale i podejrzliwości; nie tylko dobroci, szlachetności, męstwa, ale również złości, chciwości i lęku.

[O tym wiemy aż za dobrze, bo euforia nie trwa przecież wiecznie! Dzięki moim rozmowom z Krishnamurtim zrozumiałem, dlaczego tak się dzieje: „Miłość jest dziwnym zjawiskiem, dopóki wciska się w nie myśl, nie jest ono miłością”. Gdyby ukochana osoba nie była do pewnego momentu upostaciowaniem przyjemnych wrażeń, zapewne nigdy by nie doszło  do konfliktu naszych oczekiwań i ich spełnień, a przede wszystkim niespełnień. „Wrażenia to nie miłość”; wrażeniowość należy bowiem do sfery myśli, które są zawsze, w ten czy inny sposób, źródłem niechęci, nawet wrogości. Tako rzecze Krishnamurti – i trudno się z tym nie zgodzić]

 

Zło jest uwydatnieniem odrębności, dobro dąży do zespolenia się z innym stworzeniem, z innym życiem.

[Talmud nie pozostawia w tej sprawie żadnej wątpliwości: „To pewne: dobro nie stanie się złem”. Definicje teologów chrześcijańskich, którzy do tamtej księgi nigdy się nie odwoływali, akurat w tej kwestii są zbieżne: dobro to jest dobro, a zło to jest zło. To pierwsze pochodzi od Boga, a to drugie od diabła. Raczej nie zapożyczyli tego od Cycerona, który powiadał: „Dobro to tylko to, co szlachetne, zło to tylko to, co haniebne”, ale jeśli chodzi o Senekę Młodszego, to wiadomo, że jego filozofia wywarła znaczny wpływ na chrześcijaństwo. A on głosił: „Dobro nie rodzi się ze zła”, co dla pierwszych chrześcijan było w pełni zrozumiałe, ale chyba musieli się trochę pogłowić nad innym jego stwierdzeniem: „Rzeczą ważną w dobroci jest chcieć stać się dobrym”, gdyż dobroć jest przecież cechą tego, co jest dobre!

W jeszcze większe pomieszanie wprawiłby ich Eurypides, który powiadał: „Dobro i zło zawsze ze sobą graniczą”, ale jego sztuki były grane kilka wieków przed nową erą. W Medei uczucia bohaterki dramatu też zmieniają się od bezgranicznej miłości do bezgranicznej nienawiści. W dodatku zemsty nie zostawiła bogu, lecz dokonała jej sama. Nie Bogu, gdyż innemu bogu służyła. Tak jak sławny dramaturg, który przez pewien czas był kapłanem Zeusa. Ale psy nie rozszarpały go bez powodu, prawda? Machiavellego jednak nie rozszarpały, choć wygłosił znacznie gorszą herezję: „Czasami trzeba jako dobro oceniać mniejsze zło”.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Medea.jpg

 

Nie drążyłbym już tej kwestii, mimo iż jest fundamentalna, gdyby wypisów z tej książki było więcej, ale zostały tylko dwa, więc kontynuujmy. Tym bardziej że Huxley wygłaszał w obecności Krishnamurtiego wielogodzinne monologi, a cały mój komentarz do poruszonej przez niego kwestii można przeczytać w ciągu niespełna dwóch minut. Przeczytać to nie znaczy zrozumieć, ale zapewniam, że moje dywagacje na temat zła i dobra w żadnym punkcie nie są tak mętne, jak te wygłaszane przez Huxleya. Daleko mu było do zwięzłości Williama Shakespeare’a, któremu trudno odmówić racji, gdy ustami jednego z bohaterów swoich sztuk stwierdzał: „Jedna kropla zła nasącza jadem całe nasze dobro”…

Późniejsi jego koledzy po fachu urodzili się w czasach, gdy białe nie było już całkowicie białe, a czarne – zupełnie czarne.  Mahatma Gandhi, mówiąc: „Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru”, nie polemizował raczej ze stwierdzeniem Mikołaja Gogola: „Musisz popełnić zło, aby umieć czynić dobro”, a tym bardziej  Bernarda Shawa: „To, co ludzie nazywają dobrocią, trzeba trzymać w ryzach tak dokładnie, jak to, co nazywają niegodziwością”, ale wykluczyć tego nie można.

A jeśli chodzi o powieściopisarzy, to ich definicje dobra i zła wpadają w znacznie większe krańcowości. Nawet u staroświeckiego Lwa Tołstoja czytamy:  „Nie ma nic gorszego niż udawanie dobroci. Udawanie dobroci odstręcza bardziej niż otwarte zło”, a inne jego stwierdzenie byłoby trudne do przełknięcia dla współczesnych russoistów: „Dobro rodzi się wtedy, gdy ludzie zapominają o sobie”. Chodzi oczywiście o zwolenników poglądów Jana Jakuba Rousseau, wedle którego człowiek jest z natury dobry, tylko cywilizacja jest zła.

Idea „szlachetnego dzikusa” była na pewno obca Erichowi Marii Remarque’owi: „Człowiek jest zły, ale lubi dobroć w innych”, a nawet autorowi Małego Księcia, Antoinie de Saint-Exupéry’emu, bo jego pytanie: „Czy nie lepiej byłoby zamiast tępić zło szerzyć dobro?” nie wyklucza zła w świecie, czyli de facto w człowieku; jest tylko apelem do jego lepszej natury. Aż prosi się, żeby w tym miejscu przywołać słowa autora Traktatu o dobrej robocie, Tadeusza Kotarbińskiego: „To, co najlepsze, może dobrem nie być”. Ryszard Kapuściński, bardzo ceniony przeze mnie za reporterską ostrość sądów, stwierdzał to, co dla wielu jest oczywiste: „Są sytuacje, w których zło działa szybko, gwałtownie, z nagłą, miażdżącą siłą. Natomiast dobro z reguły działa wolniej, potrzebuje czasu, aby się objawić i dać świadectwo. Więc dobro często się spóźnia – i przegrywa”].

 

Nie należy ustawać w rozwieraniu zamkniętego świata.

[Najpierw należy ustalić, co Huxley uważał za zamknięty świat? Czy Robert  Silverberg, który w roku 1971 wydał powieść science fiction pod  takim tytułem, właśnie ten świat opisał? Nowy wspaniały świat  Huxleya (ta powieść przysporzyła mu największej sławy), z hasłem wyrytym na tablicy Republiki Świata: „Wspólność, Identyczność, Stabilność”, ma przypominać nam o dążeniu różnego typu dyrektorów np. Ośrodka Rozrodu i Warunkowania do tego, by odhumanizować ludzi i zrobić z nich bezuczuciowe, identyczne maszyny. Jeśli rzeczywiście do roku 2381 nie wydarzy się żadna kosmiczna katastrofa, która spowoduje drastyczne przerzedzenie gatunku ludzkiego, to Silverbergowska wizja gigantycznych Monad: milionów maleńkich komórek mieszkalnych w budowlach wielokilometrowej wysokości nie musi być fikcją; Japończycy przedsmak tego mają już dzisiaj].

  

Fale zrodzone ze spokoju mącą spokój, lecz są potrzebne; bo gdyby nie było burzy na powierzchni, nie byłoby istnienia ani świadomości, ani usiłowań, by uciszyć rozszalałe fale zła. Gdyby nie było burzy na powierzchni, nie odkrywalibyśmy ponownie, że jej podłożem jest spokój; nie moglibyśmy sobie uświadomić, że istota rozszalałego zła jest identyczna z istotą spokoju.

[Jest to jakby uzupełnienie poprzednich rozważań o dobru i złu. Uderza mnie tu jednak co innego. Huxley, ten papierowy pisarz, wciela się tutaj w naszego Josepha Conrada, który w oku cyklonu naprawdę był, o czym świadczy opowiadanie Tajfun].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Oko_cyklonu.jpg

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



07:30, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
niedziela, 21 grudnia 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 55)

 

 

Marcel Proust Strona Guermantes. PIW 1957

 

[W odcinku 14 omawiałem Nie ma Albertyny, szóstą część cyklu powieściowego W poszukiwaniu straconego czasu; ta jest częścią trzecią, a zatem wcześniejszą. Pozostałych części (w sumie jest ich siedem) w tamtej specbibliotece nie było; zapoznałem się z nimi znacznie później, kiedy wypisów z lektur książek, które miałem na półkach, już nie robiłem.

W Proustowskim odcinku nie podałem nawet daty narodzin (10 lipca 1871) ani śmierci (18 listopada 1922) autora właściwie tylko jednej książki, którą zaczął pisać dopiero wtedy (rok 1909), kiedy już nikt poza nim nie wierzył w jej powstanie. Przez ostatnie trzy lata nie opuszczał prawie swojej sypialni, śpiąc w dzień i pisząc w nocy. Umarł w trakcie poprawiania brudnopisu dwóch ostatnich tomów powieści rozpisanej na kilku tysiącach stron, dzięki której został okrzyknięty przez Grahama Grenee’a „największym powieściopisarzem dwudziestego wieku”.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Proust_w_lozku.jpg

 

 

A droga do tego celu była wyjątkowo wyboista, mimo iż pisał i publikował w magazynach literackich już jako uczeń. Następnie zamieszczał w jakiejś gazecie felietony o życiu towarzyskim, które rozkwitło w czasach Trzeciej Republiki i fin de sièclu, stając się później osnową jego najważniejszego dzieła. Od roku 1892 zaangażowany był w tworzenie przeglądu literackiego, wzorowanego na Uczcie Platona. Zamieszczane tam oraz w prestiżowym "La Reveu blanche" krótkie teksty zostały w roku 1896 opublikowane przez niego w książce pod tytułem Les Plaisirs et les Jours. Ale mimo kosztownego wydania, przedmowy samego Anatola France’a i rysunków Mme Lemaire, została chłodno przyjęta przez krytykę. Zjadliwe krytyki głośnego wówczas poety i nowelisty Jeana Lorraina sprawiły, że dotknięty nimi autor wyzwał go w roku 1897 na pojedynek na pistolety. Szczęściem po dwóch seriach strzałów wynik pojedynku pozostał nierozstrzygnięty, dzięki czemu Marcel Proust mógł udowodnić na papierze, że racja była po jego stronie].

 

 

 

Wraz z rzekomą wrażliwością nerwowców rośnie ich egoizm; nie mogą znosić u innych osób przejawów cierpień, na które u siebie samych zwracają coraz więcej uwagi.

[Obnoszenie się ze swoją chorobą jest jak obnoszenie się ze swoją wiarą. Należy to czynić z godnością. Czyli milczeć].

 

Wyobraźnia nasza jest niby popsuta katarynka, która gra zawsze coś innego niż zapowiedzianą melodię.

[Zepsuta katarynka raczej powtarza motyw melodii, która nie jest przecież zapowiadana przez kataryniarza. Proustowi wyraźnie chodziło o wyobraźnię twórczą, która jest ważniejsza od wiedzy. Repetitio est mater studiorum (powtarzanie jest matką wiedzy). Chodzi o to, że przez powtarzanie wiedzę się utrwala. Według Krishnamurtiego (moje rozmowy z nim już ukazały się w druku) każda wiedza jest bezużyteczna].

 

Prawdy nie musi się powiedzieć na to, aby ją wyrazić, można ją pochwycić pewniej, nie czekając słów i nie biorąc ich wręcz w rachubę, w tysiącu zewnętrznych oznak, nawet w pewnych niewidocznych objawach, analogicznych w sferze charakterów do tego, czym są w fizyce zmiany atmosferyczne.

[Franz Kafka bywał zazwyczaj rozbiegany myślowo, mętny, dlatego w tym jego chaosie myślowym i pomieszaniu pojęć tak dobrze czują się krytycy literaccy, z lubością łowiący śnięte ryby w mętnej wodzie i zajadający się nimi z apetytem częstokroć udawanym. Marcel Proust jest jego przeciwieństwem – każde zdanie posiada doskonały szlif i językowy, i myślowy, dlatego komentatorskie hocki-klocki są tu wykluczone.

Nie tylko każdy człowiek ma własną prawdę, ale ma ją także każda sytuacja, w której człowiek bierze udział na zasadzie przymusowej bądź dobrowolnej, kierując się swoimi możliwościami lub wyborami, jakże często ograniczanymi przez bariery natury psychologicznej, jeśli innych nie ma].

 

Ze snem jest tak jak z percepcją świata zewnętrznego.

[Gdybyż percepcja była zawsze połączona ze świadomością i współzależna od niej, sprawa byłaby prosta (to samo dotyczy także marzeń sennych): dzięki tej pierwszej moglibyśmy postrzegać świat zewnętrzny w doświadczeniu wewnętrznym, a za pomocą tej drugiej postrzegać świat wewnętrzny w doświadczeniu zewnętrznym. Jednakże percepcja i świadomość nie zawsze są ze sobą połączone i współzależne od siebie, o czym przekonujemy się częstokroć dopiero we śnie, jeśli rzeczywistość, w której żyjemy, wydaje nam się rzeczywista, mimo iż jest wyśniona].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Rzeczywistosc_wysniona.jpg

 

 

Ze wszystkich roślin ludzkich przyzwyczajenie jest tą, która potrzebuje najmniej ziemi, aby żyć.

[Ale zagarnia najwięcej soków żywotnych!].

 

Miłość i zrośnięte z nią cierpienie mają, tak jak pijaństwo, moc różniczkowania przedmiotów.

[Z matematyką prawie zawsze byłem na bakier – poza jednym przypadkiem, gdy w liceum w Pelplinie wziął mnie w obroty wspaniały nauczyciel; niestety po pół roku wróciłem do poprzedniej szkoły – dlatego chcąc rozgryźć to (s)twierdzenie musiałem sięgnąć po http://www.mimuw.edu.pl/~baranski/teach/2013-14/poradnik_rozniczkowania_i_calkowania.pdf. Po przejrzeniu siedmiu reguł różniczkowania doszedłem jednak do oczywistego przekonania, że korzystając z nich nie byłbym w stanie obliczyć pochodnych żadnej funkcji, bo po prostu przekracza to moje możliwości intelektualne. Muszę zatem przyjąć (s)twierdzenie Prousta na wiarę, tak jak przyjmujemy na wiarę, iż biblijnemu faraonowi rzeczywiście przyśniło się siedem krów chudych zjadających siedem krów tłustych, a nie na przykład osiem].

 

Każdemu się wydaje piękniejsze to, co widzi na odległość, co widzi w innych.

[Mowa zapewne o krótkowzrocznych, względnie o daltonistach. W innych widzimy zazwyczaj to, co widzimy w sobie. Czyli to, czego w nas nie ma].

 

Śmiał się ze swoich dowcipów, ale nie rozchmurzały go dowcipy innych.

[Jeśli był łysy, to zapewne opowiadał kawały z brodą, a tamci mieli prawdopodobnie myśli nieuczesane, takie jak u Stanisława Jerzego Leca: „Od kiedy widziałem naszego starego, poczciwego Pana Boga na portretach mistrzów jako starszego pana z łysiną, przestałem ostatecznie wierzyć we wszystkie, najlepsze nawet, środki na porost włosów”].

 

Z głębi naszej beczki wołamy, jak Diogenes, do człowieka.

[A człowiek na nas patrzy i głuchy jest na nasze wołanie, ponieważ wie, że nie każdy, kto mieszka w beczce, jest Diogenesem…].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/diogenesfilozofatechnologiidawnoscinotatnikakreskowkigreckibrzmienie30041700.jpg

 

 

Niegdyś kamerdynerzy królewscy wywodzili się spośród wielkich panów, teraz wielcy panowie są już tylko kamerdynerami.

[U nas kamerdynerów znamy jedynie z filmów komediowych, albo z doniesień z Watykanu. Papież to nie Jezus, ma prawo mieć kamerdynera (dzięki temu można było po raz kolejny obalić dogmat o jego nieomylności!].

 

Są choroby, których nie należy leczyć, bo właśnie chronią nas od innych, cięższych.

[Oto jedno z praw Murphy’ego: „Głupota jest nieuleczalna i prawdopodobnie zakaźna, bo przybiera rozmiary epidemiczne”. Przed czym chroni nas głupota? Przed głupotą innych?].

 

Można było z charakteru jego wróżby wnosić o kierunku jego pragnień.

[Czy to oznacza, że dlatego wróżymy z fusów, bo chcemy się napić kawy?].

 

Nie miałbym prawa ich leczyć, gdybym ich nie umiał zrozumieć.

[Mądry lekarz o tym wie! Zlikwidowanie objawów zewnętrznych przynosi choremu jedynie chwilową ulgę. Dopiero dotarcie do źródła jego dolegliwości może przyczynić się do całkowitego uzdrowienia].

 

Zazwyczaj im czas oddzielający nas od celu naszych pragnień jest krótszy, tym wydaje się nam dłuższy, bo mierzymy go krótszą miarą lub po prostu, bo go w ogóle nie mierzymy.

[A kiedy wreszcie docieramy do celu naszych pragnień, umieramy z pragnienia].

 

Starał się to, co wiedział, wyrwać z tego, co odczuł.

[Czyżby to oznaczało, że nie wiedział, co odczuł? Zaburzenia czucia to choroba neurologiczna. Gorzej, jeśli są to zaburzenia nie powierzchniowe, lecz głębokie].

 

Zbytek rodzi się nie z bogactwa, lecz z rozrzutności.

[No tak, król Midas rozrzutny nie był, dopóki nie zaczęła mu grozić śmierć głodowa. Ale nawet wtedy resztki swego bogactwa rozdał rzece, która od tej pory stała się złotonośna].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/krol_Midas.jpg

 

 

Kant, po najściślejszym dowodzie determinizmu stwierdza, iż ponad światem konieczności istnieje świat wolności.

[Od razu powiem, że nie lubię Kanta, bo jest dla mnie za oschły, zbyt pedantyczny. A kiedy pewna bardzo znana neokantystka, wygłaszająca w radio pogadanki o moralności, sprzeniewierzyła znaczki przekazane jej przeze mnie do sprzedaży, za które można było wtedy kupić dobry samochód, moja antypatia do filozofa z Królewca jeszcze się pogłębiła. Ale teraz nie mam wyboru – muszę jakoś skomentować myśl Proustowską.

Kant widział wolność w rozumie, uznając, że poza determinizmem występującym w świecie przyrody (chodzi o pochodzące z doświadczenia czynniki empiryczne) jest też autodeterminizm ludzki (chodzi o czynniki transcendentalne pochodzące od podmiotu, który z wolnej woli narzuca sobie pewne zobowiązania). Jest to zatem wyraz wolności uznającej powinność człowieka, mającego moralny obowiązek zdążania ku temu, co słuszne i odpowiednie dla wszystkich. Potwory budzą się wówczas, kiedy rozum śpi. Krishnamurti jest mi oczywiście znacznie bliższy, bo ostrzega w ogóle przed rozumem, przed jego destrukcyjnymi siłami].

 

Leibniz przyjmuje, że każda monada, odbijając cały wszechświat, przydaje mu coś osobistego.

[Z tego by wynikało, że człowiek jest też monadą. Moje twierdzenie jest, rzecz jasna, twierdzeniem a priori, bo najpierw musiałbym wgłębić się w 90 punktów Monadologii Leibniza, żeby znaleźć tam ewentualne potwierdzenie takiego właśnie stanu rzeczy. Już z punktu 1 wynika jednak, że monada jest substancją prostą wchodzącą w skład rzeczy złożonych, co wedle mnie wyklucza istotę ludzką z monadycznego grona, mimo iż teologowie znaleźliby w nim potwierdzenie dla swojej tezy różniącej się diametralnie od mojej, wskazując na punkt 5, gdzie mowa jest o tym, iż  „nie da się pomyśleć jakoby substancja prosta mogła w naturalny sposób powstać, ponieważ  nie może być utworzona drogą złożenia”. I na nic zdałby się mój protest, zdający się mieć uzasadnienie w punkcie 6, gdzie mówi się o tym, że monady „mogą powstać tylko drogą stworzenia, a zginąć drogą unicestwienia”, bo teologowie zakrzyczeliby mnie, że wprawdzie człowiek jest panem wszelkiego stworzenia, ale jedynie w boskim dziele stworzenia! Daję zatem za wygraną, dzięki czemu nie będę musiał ślęczeć do końca życia nad pozostałymi punktami Monadologii Leibniza. I nie powiem szlag by go trafił, bo na szczęście trafił go już trzysta lat temu! Złośliwością losu było jedynie to, że zmarł w dniu 14 listopada, a ja urodziłem się 14 listopada, co przy wierze w reinkarnację stawia mnie w sytuacji dosyć kłopotliwej…].    

 

Żołądek jest wrażliwszy na ilość niż na jakość.

[Proust chciał chyba przez to powiedzieć, że nie należy się obżerać. Mnie się jednak wydaje, że zjedzenie na raz 3 kg ziemniaków jest mniej szkodliwe dla żołądka, niż zjedzenie 3 kg golonki wieprzowej].

 

Czasem w życiu, pod wpływem wyjątkowego wzruszenia, mówi się  to, co się myśli.

[A potem okazuje się, że było to szczytem bezmyślności!].

 

Nie każdy lubi być opłakiwany w ten sam sposób.

[Najlepiej być opłakiwany tak jak ów nieboszczyk w Chinach, który wstał, żeby się napić wody, bo było mu za gorąco!].

 

Czasem robi się dla umarłych rzeczy, których nie zrobiłoby się dla innych.

[Bo nam się wydaje, że dzięki temu nie wszystek umrzemy. To jest świadectwo albo naszego strachu, albo naszej pychy. Nasza pamięć o nich potrzebna jest nam, a nie im].

 

Nie byłby głupszy od innych, gdyby umiał pozostać głupim.

[Można to powiedzieć o prawie całej naszej klasie politycznej, która dopisuje kolejne rozdziały do dziejów głupoty w Polsce].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Glupota.jpg

 

 

Potrzeba mówienia przeszkadza nie tylko słyszeć, ale widzieć; w tym przypadku wszelki brak zewnętrznego opisu jest już opisem stanu wewnętrznego.

[Niestety, już od dłuższego czasu zauważyłem, że coraz częściej wpadam innym w słowo. Jest to niewątpliwy mankament, nad którym muszę popracować, ponieważ słyszę wtedy i widzę wyłącznie siebie].

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/. Moje rozmowy z Krishnamurtim już są do nabycia! Na poniższym zdjęciu prezentuje je miss Elisabeth Story z Krishnamurti Foundation of America (Ojai, California), która jako kilkunastoletnia panienka wysłuchała wraz z matką kilku jego ostatnich mów w Dębowym Gaju.

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Niby_Wredna_Elka.jpg



23:36, jbroszkowski
Link Komentarze (12) »
sobota, 06 grudnia 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 54)

 

Franz Kafka Nowele i miniatury. PIW 1961

 

[Patrz: odcinek 12, gdzie mówiłem, że Kafka odznaczał się znakomitym poczuciem humoru (czarny humor to też humor!), nic więc dziwnego, że przy komentowaniu zapisków z jego książek trudno mi się było zdobyć na powagę].

 

 

Jeśli nikt się nie zjawia, wówczas właśnie zjawia się nikt.

[Wystarczy wierzyć w duchy].

 

I oczekuję, że dowiem się od pana, jak to właściwie się dzieje, że dokoła mnie wszystkie rzeczy zapadają się w głąb jak przelotny śnieg, podczas gdy przed innymi nawet kieliszek wódki stoi tak mocno na stole jak pomnik.

[Wiele rzeczy może zapaść się w głąb, np. cerkiew w Mickiewiczowskiej balladzie, ale przelotny śnieg? Może poprószyć, stopnieć, zmieszać się z deszczem etc., więc dlaczego Franz Kafka użył przenośni w tym kontekście co najmniej dziwnej? Nie razbieriosz tego biez wodki z tego kieliszka, który stoi tak mocno na stole jak pomnik!].

 

Tracę jedną nadzieję, ale zyskuję drugą.

[Najlepiej zyskać od razu dwie. Nadziei nigdy nie za wiele].

 

I utrzymujemy się w locie, nie spadamy, trzepocemy skrzydłami, chociaż jesteśmy szpetniejsi od nietoperzy.

[Nietoperze uważają, że nie ma nic szpetniejszego od ludzi (szwendających się po jaskiniach)].

 

http://jbr.blox.pl/resource/nietoperz.jpg 

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Istota ludzka, w gruncie rzeczy lekkomyślna, z natury podobna do unoszącego się w powietrzu pyłu, nie znosi żadnego skrępowania; nawet gdy sama sobie nałoży pęta, wkrótce jak szalona zacznie szarpać swe więzy i wreszcie mur, łańcuch oraz samą siebie rozerwie na strzępy.

[Mur z papier-mâché?].

 

Są dwa grzechy główne, z których wywodzą się wszystkie inne: niecierpliwość i opieszałość. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju, przez opieszałość nie powracają tam.

[Bo nie mają dokąd. Chyba że sięgną po obiedzie po deserek ananasowo-jabłkowy, który otworzy przed nimi bramy raju].

 

Od jakiegoś punktu nie ma powrotu. Ten punkt można osiągnąć.

[I może się on okazać punktem zwrotnym].

 

Nie daj się złu przekonać, że mógłbyś mieć przed nim tajemnice.

[Przekonaj go, że masz tajemnice jedynie przed dobrem].

 

Dawniej nie rozumiałem, dlaczego nie dostawałem odpowiedzi na moje pytania, dziś nie rozumiem, jak mogłem pytać. Ale ja wcale nie myślałem, ja tylko pytałem.

[Pytania są zazwyczaj retoryczne, rzadko konstruktywne. Éric-Emmanuel Schmitt powiedział: „Tylko na nieciekawe pytanie można udzielić ostatecznej odpowiedzi”].

 

Złu nie można płacić ratami, a wciąż usiłuje się to robić.

[Widocznie nie wiemy, że można mu płacić gotówką (kartą, czekiem), albo sądzimy, że zło, rozłożone na raty, jest łatwiejsze do przyjęcia].

 

Tylko nasze pojęcie czasu pozwala nam mówić o sądzie ostatecznym, w gruncie rzeczy jest to sąd doraźny.

[Sądem doraźnym jest sąd szczegółowy, kiedy człowiek zaraz po śmierci otrzymuje wieczną zapłatę za swoje życie. Jeśli było ono bardzo grzeszne, to nieśmiertelna dusza zostaje potępiona na wieki, czyli wiecznie będzie się smażyć w piekle. Ciekawe, czy diabły dbają o to, żeby się nie przypaliła?].

 

 http://jbr.blox.pl/resource/sad_memling.jpg

Hans Memling Sąd ostateczny

 

 

Trzeba było pośrednictwa węża: zło może uwieść człowieka, ale nie może zostać człowiekiem.

[Więc dlaczego się mówi: „Ten człowiek to wcielone zło”?].

 

Teoretycznie istnieje możliwość doskonałego szczęścia: wierzyć w niezniszczalne w sobie i nie dążyć do niego.

[Bo w ten sposób można żyć w ułudzie szczęścia doskonałego].

 

Prawda jest niepodzielna, nie może więc poznać samego siebie; kto chce ją poznać, ten musi być kłamstwem.

[Czyżby Kafka chciał przez to powiedzieć, że poznać samego siebie może jedynie ten, kto rozmnaża się przez podział, bezpłciowo?].

 

Świat sam się przed tobą odsłoni, nie może być inaczej, będzie się wił przed tobą w ekstazie.

[Z tym światem jest jak z kobietą w kiepskich opowiadankach erotycznych: „Pieść mnie głębiej i mocniej. Niech twoje dłonie zniewolą krągłość mych pośladków. Chcę wić się przed tobą w ekstazie…”].

 

Dwie możliwości: stać się nieskończenie małym albo nim być. To drugie jest doskonałością, a zatem bezczynnością, to pierwsze początkiem, a zatem czynem.

[A możliwości, żeby stać się nieskończenie wielkim albo nim być, nie ma ani jednej? Czynu, czynu, czynu nie tylko naród powinien czekać, ale człowiek też!].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Dowod_prawdziwej_wielkosci.jpg

 

 

  Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



20:53, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 listopada 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 53 b)

 

Kazimierz Brandys  Sposób bycia. Czytelnik 1963

 

[Znalazłem wypisy z jeszcze dwóch książek tego autora, jest to zatem uzupełnienie wcześniejszego odcinka].

 

                                                

Strach także jest myślą.

[Niekiedy strach jest myśleć; bezmyślność pozbawiona jest lęków].

 

Zapomina się o tym, o czym się nie chce pamiętać – pamięta się o tym, czego się nie chce zapomnieć.

[Pamięta się także o tym, o czym się nie chce pamiętać. Podświadomość czuwa!].

 

Życie nie może być książką buchalteryjną.

[Ale może być książką kucharską].

 

Wspomnienia nie rejestrują czasu.

[Rejestrują! Zazwyczaj jest to czas jałowy, stracony, mimo iż wydaje się nam, że jest to czas odzyskany].

 

Los nie jest przechodniem.

[A zatem kim, a raczej czym jest los? Jeśli jest on ślepy, to rzeczywiście nasze życie jest określone z góry i sami niczego w nim nie jesteśmy w stanie zmienić. Ale bardziej przemawia mi do wyobraźni bajka o przydrożnym kamieniu, leżącym przy skrzyżowaniu dróg, do którego zbliża się przechodzień. Z napisów na nim może się dowiedzieć, jaki los go czeka, kiedy znajdzie się na jednej z dróg. Sam musi wybrać, jaką drogą będzie zmierzał dalej, a zatem sam określa swój dalszy los].

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mojry.jpg 

Mojry

 

 

Ta reszta, która zostaje po drugiej stronie naszych słów, jest zawsze podobna do prawdy.

[Adam Hanuszkiewicz (niestety wydanie drugiej książki z rozmów z nim opóźnia się w wyniku dziwnych działań redaktora wydawnictwa, który jest tak przepracowany, że od kilku miesięcy nie jest w stanie wysłać maila do osoby mającej prawa autorskie do tej książki!) uważał, że w dobrze postawionym pytaniu zawiera się wyczerpująca odpowiedź. Tak samo jest z dobrze skonstruowaną myślą, nawet jeśli nie jest złota. W tym wypadku komentarz jest zbyteczny – czytelnik może sobie bez trudu dopowiedzieć resztę. Oczywiście „podobna do prawdy” nie oznacza, że jest prawdą].

 

Nikt nie ponosi winy za wiarołomność czasu.

[Kolejne bardzo efektowne stwierdzenie. Co z niego wynika? Wiarołomność oznacza sprzeniewierzenie się komuś lub czemuś, zdradę na przykład ideałów. Czas jest wartością umowną, szczególnie „czas jako abstrakt powstały po rozbiciu pojęcia istnienie” (no proszę: kwestie filozoficzne rozpatrywane są obecnie przez bohaterów komiksowych opowieści!)].

 

Mędrzec nie musi patrzyć, aby oglądać świat.

[Poprawne są obie formy „patrzyć” i „patrzeć”; jako mędrzec wolę patrzeć na świat – niekiedy udaje mi się coś niezwykłego zobaczyć. Kazimierzowi Brandysowi chodziło zapewne o świat niewidzialny, zamieszkały przez anioły, demony etc. A zatem przez świat eteryczny, astralny. To rozległe pole do snucia dubów smalonych, czyli bredni: „Każde żywe stworzenie ma tzw. sobowtóra eterycznego, który rozciąga się na ok. 0,5 cm poza ciało fizyczne. W przypadku obcięcia kończyny, gałęzi, czy liścia, nawet na zdjęciach aury pozostaje jeszcze ślad energetyczny przez jakiś czas. Na tym poziomie odbywa się swoista komunikacja, gdyż wszystko, co żyje, jest w stanie wyczuć zmiany pola energetycznego”. Oczywiście niezbędna jest do tego nie samoobserwacja postępującego u siebie zidiocenia, lecz  głębsza umiejętność związana z postrzeganiem pozazmysłowym, dzięki któremu udaje się nam wyjść poza cztery elementarne poziomy świata mentalnego (myślowego): a) najniższy poziom pijackiego bełkotu, bezmyślnego gadania, b) poziom świadomości potocznej, c) poziom nauki, d) poziom filozofii. Aby osiągnąć sferę atmiczną, uznawaną za wibracyjnie najwyższą ze sfer urzeczywistnienia, gdzie miłość, szczęśliwość i radość występują w formie ekstatycznej, ciągłej,  wystarczy poprzez odpowiednie ćwiczenia posiąść zdolność  wysuwania palca energetycznego. Pijacki bełkot wydaje się przy tego typu rozważaniach całkiem sensownym dyskursem!].

 

Ludzkie wołanie nad przepaścią podobne jest do wycia psa.

[Do tej pory myślałem, że pies wyje tylko do księżyca (moja przyjaciółka, która ma kilka psów, powiedziała, że do księżyca wyje tylko ona, natomiast normalni ludzie wyją do mikrofonu lub komuś do ucha)].

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zglupiec_moga_nie_tylko_ludzie.jpg 

Zgłupieć mogą nie tylko ludzie

 

 

Umie nie tylko milczeć, ale nawet nie odpowiadać na pytania.

[Na większość pytań najlepiej jest odpowiadać milczeniem].

 

 

 

                                          Drewniany koń. Czytelnik 1958

 

 

Nie ujrzę rzeczy, których nie pragnę oglądać.

[Szczęśliwiec – albo ślepiec! Autor miał jednak zapewne na myśli tzw. widzenie wybiórcze, które pozwala ludziom manipulować rzeczywistością, odsuwać z pola widzenia to, co wręcz bije po oczach].

 

Zapewne Achilles kochał swoją piętę.

[Albo Kazimierz Brandys dotarł do papirusów z poszerzonym eposem homeryckim, z którego wynika, że Achilles cierpiał na manię samobójczą, albo pisząc to sam gonił w piętkę].

 

http://jbr.blox.pl/resource/Stanislaw_Wyspianski_Tetyda_i_Achilles.jpg 

Stanisław Wyspiański Tetyda i Achilles

 

 

Cóż w naturze silniejszego niż przywiązanie do własnych słabości?

[Napawanie się własną mocą przez drapieżnika, który jeszcze nie wie, że niedługo zostanie pokonany przez silniejszego samca i będzie musiał uciekać z podkulonym ogonem, gdzie oczy poniosą].

 

Niełatwo przed samym sobą rozgrzeszyć się ze śmieszności, którą dostrzegają inni.

[Chodzi oczywiście o śmieszność, którą sami dostrzegamy, albo o tę, którą w naszym mniemaniu dostrzegają inni. Nasze przeczulenie na tym punkcie łatwo jest sprawdzić: jeśli ktoś obcy zaśmieje się w naszym pobliżu i nie wzbudzi to naszej szczególnej podejrzliwości, będziemy mieć pewność, że nasza paranoiczna osobowość nie jest zbyt silnie zaburzona].

 

Bóg jest właściwością ludzkiej natury, nic więcej.

[Nic ująć, nic dodać – znakomita definicja!].

 

Więzienie może być mniejszym złem, niż pewien rodzaj wolności.

[Chodzi zapewne o wolność na smyczy widzialnej; smycz elektroniczna jest też widzialna, choćby częściowo. W więzieniach skazańcy nie noszą kul u nóg i nie podzwaniają łańcuchami; niektórzy kierują stamtąd mafią].

 

Nie jest łatwo jeździć na drewnianym koniu.

[Łatwiej niż na prawdziwym. Przynajmniej nie wierzga i nie zrzuci jeźdźca na ziemię. Nawet podczas świętowania nadejścia Nowego Roku Drewnianego Konia].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Swietowanie_Nowego_Roku_Drewnianego_Konia_.jpg

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/; właśnie ukazała się nowa książka.



20:38, jbroszkowski
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 października 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 53 a)

 

Kazimierz Brandys Listy do pani Z. PIW 1960

 

[Po obszernym wstępie do innej książki tego pisarza, którą omawiałem w odcinku 11, dodam tylko kilka zdań. W roku 2000 jako ostatni Polak spoczął na paryskim cmentarzu Père-Lachaise. Dwa lata później  złożyłem mu tam wizytę, będąc na sympozjum Gunnara Ekelöfa w Paryżu, zapamiętałem go bowiem i z obiadów w stołówce Związku Literatów Polskich w Warszawie, i z pobytów w domach pracy twórczej w Oborach pod Warszawą czy w Zakopanem. 

Nie wracam do żadnych lektur, ale pamiętam, że te trzytomowe listy czytałem z najżywszym zainteresowaniem; to ten tytuł sprawił, że w jednej z moich książek znalazły się Listy do pani J. Podejrzewam, że teraz nie odczuwałbym aż takiej przyjemności przy lekturze jego listów. Po pięćdziesięciu latach myśli się i czuje inaczej].

 

 

     http://jbr.blox.pl/resource/brandys_kazimierz_portret_en_6061895.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Listy_do_pani_Z..jpg

 

 

W sztuce nigdy nie przykłada się lufy do własnej skroni. Można najwyżej pozorować samobójstwo; prawdziwy strzał przeznaczony jest dla innych.

[Określenie „w sztuce” może być dla niektórych mylące. W sztuce scenicznej aktor wielokrotnie przykłada lufę do własnej skroni, naciska spust i zalewa się sztuczną krwią].

 

Musi być gotowy kielich, żeby go podnieść do ust, i czara, aby się mogła przepełnić.

[„Czara rozkoszy wychylona do dna / na zawsze będzie niedopitą czarą” – pamiętam, jak we wczesnej młodości medytowałem nad tymi dwiema linijkami z wiersza Artura Oppmana; no bo jak to: dopita czara rozkoszy jest wtedy, gdy nie zostaje wychylona do dna? Oczywiście kierowałem się wyłącznie logiką, bo o rozkoszach miałem wtedy pojęcie bardziej niż mgliste].

 

Jest w tym paradoksalny urok, że czas wyrywa pazury drapieżcom i zamienia jaskinie lwów w schroniska dla neurasteników.

[Zapewne chodzi o lwy salonowe].

 

Człowiek nie zawsze jest dość silny, aby zapobiec złu, natomiast siły ludzkości są zawsze wystarczające, by dźwigać zło, które się stało.

[Człowiek, jaki jest, każdy widzi, natomiast „ludzkość” jest abstrakcją, a abstrakcja nie posiada świadomości własnych ograniczeń]

 

Nigdy nie uciekniemy od siebie. Nie ma takiego miejsca, gdzie można by się schronić przed tymi, którzy nas osądzają i których my osądzamy.

[Takim miejscem jest więzienie –  własnej albo cudzej duszy. Byłoby idealnie, gdyby według platońskiej koncepcji tym więzieniem było ciało, gdzie dusza mogłaby pokutować za winy, których się dopuściła przed „wcieleniem”, ale wiara w potęgę rozumu (w dobie Oświecenia wręcz fanatyczna), uległa w późniejszym okresie zachwianiu, a nawet całkowitemu rozbiciu]. 

 

Literatura nie jest zawodem, raczej prowadzi do zawodu.

[No cóż, wolny zawód. Nikt nikogo nie zmusza do pisania. O życiowym zawodzie mogą mówić jedynie ci, którzy poza pisaniem nic sensownego nie potrafili w życiu zrobić. Jeśli chodzi o mnie, to pisarstwo było na ostatnim miejscu wśród rozlicznych moich pasji życiowych. Wolałbym być rzeźbiarzem, bo miałbym do dyspozycji konkretne tworzywo do obróbki: drewno lub kamień, choć wydaje mi się, że i w tym dość sztucznym tworzywie, jakim jest słowo, udało mi się osiągnąć dużą biegłość].

 

Młodość jest wyzbyta formy; nie potrafi zakreślić sobie granic ani dokonać selekcji.

[Tak mówi stary-stary (są jeszcze starzy-młodzi, a jeśli chodzi o młodych, to bywają wśród nich młodzi-starzy). Gombrowicz też mówił, że młodość to Bezformie, ubolewał jednak nad tym, że za namową starych-starych młodość dąży do u-Formowania (oczywiście na ich modłę)].

 

Łatwiej ukryć rozpacz niż zadowolenie z siebie.

[Zadowoleni z siebie bywają tylko głupcy, którzy nie muszą ukrywać nawet swojej głupoty, ponieważ jej nie dostrzegają].

 

Więksi odciskają na mniejszych swoje kompleksy, ojcowie i dzieci, ludzie i psy.

[Czyli ojcowie na dzieciach, a ludzie na psach! Bywa oczywiście i na opak – mniejsi też próbują odciskać na większych swoje kompleksy, bo życie nie lubi prostych schematów]. 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ludzie_i_psy.jpg

 

Trzeba się umieć zniszczyć, żeby na nowo się urodzić. Nie znam pisarza, który by lubił swoje zajęcie. Być pisarzem nie oznacza nic więcej, jak tylko nie móc być kimś innym.

[Kupa efektownego pustosłowia. Kazimierz Brandys mówił najwyraźniej o sobie – on rzeczywiście potrafił być tylko pisarzem. W dawnym Związku Literatów Polskich w Warszawie było takich jak on na pęczki; najuczciwsi z nich zapijali się na śmierć].

 

Myślenie jest ablucją.

[Jeśli jego efektem jest wodolejstwo, to przestaje to być czynnością symboliczną. Pisałem kiedyś o kąpieli oczyszczającej w ściekach kanalizacyjnych].

 

Jeśli oskarżonego uznaje się winnym morderstwa z premedytacją, lecz wobec braku przekonywujących dowodów stosuje się niższy wymiar kary, to znaczy, że logika sprawiedliwości jest zachwiana.

[A jeśli skazuje się kogoś na karę śmierci za niewinność, to logika sprawiedliwości nie jest zachwiana? Karl Kraus powiedział: „Każdy absurd ma także swoją logikę”. Jeśli chodzi o mnie, to w poruszonej tutaj kwestii mam tak dużo do powiedzenia, że wolę milczeć].

 

 

 

                              Czerwona czapeczka. PIW 1956

 

 

Po prostu nad światem rzeczywistym przerzucamy mosty naszych własnych prawd i chcemy przekonać ludzi, aby po nich chodzili.

[Dzięki, autorze, że napisałeś o mostach! Kilka dni temu zacząłem przygotowywać do druku opublikowane kiedyś na tym blogu moje Rozmowy z Krishnamurtim. I w jednym z początkowych akapitów usunąłem dość efektowne, ale mijające się w tamtym kontekście z istotą rzeczy takie oto porównanie: „Most realny spina tylko dwa brzegi, a most duchowy może spiąć niezliczoną ilość brzegów. Wiem o tym, ale chcąc choćby na moment uciec od swego osamotnienia, próbuję zbliżyć się do zwykłych ludzi, którzy o tych drugich nie mają najmniejszego pojęcia, pełni uwielbienia dla mostów realnych, szczególnie tych wielkich i możliwie najwspanialszych, jakby pyszność tych dzieł łechtała ich własną pychę. Zaś inni czują się w obliczu ich ogromu tacy maluczcy, iż chętnie składają im w ofierze nawet swoje życie, skacząc z nich z uczuciem niemal uniesienia”. No cóż, jest to też kupa efektownego pustosłowia!].

 

Potęga sztuki tkwi chyba właśnie w tym, że pomaga człowiekowi ujrzeć w sobie samym wspaniałe obszary swych tęsknot i dążeń.

[Potęga iluzji jest wielka].

 

Można zdobyć miłość człowieka nie kochając go, ale nie kochając ludzi, czy można zdobyć ich miłość?

[Jeśli mówisz, człowieku, „kocham ludzi”, to znaczy, że nie kochasz nikogo! Byłoby podobnie, gdybym mówił „kocham psy”, bo cóż by mnie to kosztowało? Nie musiałbym wychodzić z nimi kilka razy dziennie na spacery, ponosić żadnych kosztów ich utrzymania ani leczenia itp., itd. Czy już jest dla ciebie jasne, człowieku, co miałem na myśli, gdy napisałem na początku to, co tak bardzo ciebie wzburzyło?].

 

 

 

                                  Romantyczność. Czytelnik 1960

 

 

Fakty są na ogół rezultatem szeregu złożonych okoliczności. Faktów się nie wybiera, one kończą cykl.

[One ten cykl także zaczynają. Nazywają się wtedy wymysłem, zmyśleniem, fikcją, fantazją, konfabulacją, urojeniem, spekulacją itp.].

 

Właśnie o to chodzi: należy zaczynać od absurdu zamiast na nim kończyć.

[Camus powiedział, że ten świat jest absurdem. Dodam, że tamten świat jest jeszcze większym absurdem. Wszystko zatem zaczyna się od absurdu i na absurdzie się kończy].

 

W przestrzeni nie ma sprawdzianów, sprawdzamy się tylko w czasie.

[Tere fere kuku, strzela baba z łuku – nawet to porzekadło jest sprawdzalne w jakiejś przestrzeni i w jakimś czasie].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Tere_fere_kuku.jpg

 

Życie jest chorobą, przejawem masowej epidemii; zarażamy się miłością, jedzeniem, krwią, oddechem i wzrokiem.

[Lepiej zarazić się ziewaniem niż syfilisem].

 

Gardzę każdym człowiekiem, w którym odkrywam własne zło, mimo że sobie je wybaczam.

[Wybaczyć sobie zło jest znacznie prostsze, bo skażeni grzechem pierworodnym rodzimy się ponoć źli. Trudniej jest wybaczyć sobie dobro, które w imię swoich wierzeń, częstokroć nieludzkich, usiłujemy narzucić naszym bliźnim, czującym i myślącym inaczej, co nie oznacza gorzej].

 

Wiemy, czym jesteśmy – nie domyślamy się, czym będziemy za rok – zapominamy, czym byliśmy dawniej.

[Niektórzy nie zapominają, inni domyślają się, a zdecydowana większość naprawdę nie wie, kim jest. Reszta pozostaje w więzach złudzeń].

 

Sumienie potrzebne jest ludziom, którzy ustępują przed światem – to jest granica ustępstw.

[Jeśli jest dolna granica ustępstw, to jest zapewne i górna, ale chyba żadna z nich nie obowiązuje tych, którzy nie mają żadnego sumienia. A w ogóle to już Cyceron głosił, że dla cnoty nie ma większego teatru nad sumienie].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/sumienie.jpg

 

 [Na końcu wypisów z tej książki znalazłem taką notkę, przeze mnie wtedy napisaną: „U Brandysa uderza precyzja myśli i sformułowań, ale nie jest pisarzem wielkim”].

 

 

  Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



19:15, jbroszkowski
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 września 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 52)

 

John Steinbeck Na wschód od Edenu. PIW 1963

 

[Pisałem o nim już w odcinku 5, wspominając o kontrowersjach, które wzbudziło przyznanie mu literackiej nagrody Nobla, i o tym, że liczni krytycy swoje negatywne opinie opierali w znacznej mierze na powojennej twórczości autora, rzeczywiście znacznie słabszej od tej z wcześniejszego okresu. Mowa o Myszach i ludziach (1937) czy Gronach gniewu (1938). Późniejsza od tamtych powieść Na wschód od Edenu (1952) nie mogła być chyba aż tak zła, skoro wynotowałem z niej znacznie więcej niż z Gron gniewu, ale przecież z Myszy i ludzi (Książka i Wiedza 1948) nie wynotowałem nic! Oczywiście nie zawsze jest to właściwa miara dobrego czy złego pisarstwa, ale o tym już mówiłem i jeszcze raz powiem przy wymienianiu tytułów książek często wybitnych, z których nie zrobiłem żadnych wypisów].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/steinbeckproszynskiwznowienia.jpg

 

 Chełpić się można każdą rzeczą, jeśli jest ona wszystkim, co mamy. Możliwe, że im mniej mamy, tym więcej musimy się chełpić.

[Mowa jest o tych, którzy mają słonia w karafce i pchłę na łańcuchu].

 

Nie odkrywał świata i ludzi; sam ich tworzył.

[Fikcyjny świat zaludniony fikcyjnymi ludźmi?].

 

Bezzdarzeniowość nie posiada słupów, na których można by rozpiąć trwanie. Między niczym a niczym nie ma odstępu czasu.

[Trwać można w bezzdarzeniowości i wierzyć, że między niczym a niczym znajduje się wszystko].

 

Człowiek przestraszony jest niebezpiecznym zwierzęciem.

[No, nie każdy. Czy widział ktoś myszkę rzucającą się z pazurami na kota?].

 

Nie należy zapominać, że potwór to tylko odchylenie od normy oraz że dla potwora norma jest właśnie czymś potwornym.

[Nasunęła mi się na myśl sentencja Friedricha Nietzschego: „Ten, kto wal­czy z pot­wo­rami, po­winien zad­bać o to, by sam nie stał się pot­wo­rem. Gdy długo spogląda­my w ot­chłań, ot­chłań spogląda również na nas”].

 

Jeżeli kogoś oskarżą o kłamstwo, które okaże się prawdą, wówczas zyskuje on pewien kredyt, który trwa długo i może pokryć znaczną ilość nieprawd.

[Tym razem aż prosi się o wywołanie upiornego ducha Goebbelsa: „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Z jego ducha wyrósł także Antoni Macierewicz].

 

Pan widzi to, co jest, podczas gdy większość ludzi widzi to, co chce widzieć.

[Mimo iż jest to oczywiste, Robert Rosenthal, amerykański psycholog urodzony w r. 1933 w Niemczech, postanowił sprawdzić to w praktyce. Eksperymenty przeprowadzone na grupie studentów i szczurów, a następnie nauczycieli i dzieci, wykazały niezbicie, że widzimy to, co chcemy widzieć. Wystarczyło wmówić studentom względnie nauczycielom, że szczury bądź dzieci wybierane losowo są rzekomo bardziej lub mnie inteligentne, i ci absolutnie w to uwierzyli. Mniejsza o szczury, bo te miały zapamiętać jedynie drogę w labiryncie podczas trwania eksperymentu. Znacznie większą krzywdę wyrządzili nauczyciele dzieciom objętym eksperymentem: po roku te uznane za bardziej inteligentne uczyniły znacznie większe postępy w rozwoju intelektualnym, niż te rzekomo mniej inteligentne. Bo tym pierwszym nauczyciele poświęcali znacznie więcej uwagi, a te drugie zaniedbywali w myśl porzekadła „szkoda czasu i atlasu”. Nazwano to „efektem Rosenthala”. Utożsamiany jest często z „efektem Pigmaliona”, zidentyfikowanym po raz pierwszy przez socjologa Roberta Mertona. Chodzi o odmianę samospełniającego się proroctwa, które polega na spełnianiu się pozytywnego oczekiwania wobec kogoś, dlatego że to pozytywne oczekiwanie sobie wytworzyliśmy (wobec szczurów czy dzieci określonych mianem bardziej inteligentnych). Odwrotnością tego jest „efekt Golema”, polegający na tym, że w określonych sytuacjach, pod wpływem czyichś negatywnych oczekiwań, zaczynamy się zachowywać zgodnie z tymi oczekiwaniami. Jeśli chodzi o pedagogikę, to wszyscy wiemy z własnych doświadczeń, jak wielki pozytywny bądź negatywny wpływ mają nauczyciele na rozwój osobowościowy uczniów. Moja niezwykle utalentowana córka (poetka, powieściopisarka, pieśniarka, malarka, autorka książek do nauki języka angielskiego) wspomina w autobiograficznej książce o swojej nauczycielce geografii, która „chodziła w relaksach i wciąż powtarzała, że studia to ja skończę po jej trupie”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/widzisz_to_co_chcesz_widziec.jpg

 

Trudno jest rozłamać człowieka na dwoje i stale sięgać po tę samą połowę.

[I tak będziemy sięgać po połówkę znajdującą się najbliżej tej ręki, która tego rozcięcia, rozłamania, rozłupania na dwie części dokonała, chyba że będziemy chcieli utrudnić sobie zadanie].

 

Czasem najwymowniejsze bywa milczenie.

[Milczenie jest najwymowniejsze wtedy, gdy zaczynamy krzyczeć].

 

Prawda, której nie dano wiary, może człowieka boleć o wiele bardziej niż kłamstwo.

[Kłamstwo, któremu nie dano wiary, boli jeszcze bardziej, chyba że jesteśmy tak zakłamani, że nie odróżniamy prawdy od kłamstwa].

 

Jeżeli coś nas zaniepokoi, będzie to znakiem, że znajdujemy niepokój w nas samych.

[Niepokój niszczy nas tylko wtedy, gdy poświęcamy mu więcej uwagi, niż na to zasługuje, gdy się go boimy, zamiast wykorzystać go do zidentyfikowania źródeł lęku i usunięcia jego przyczyn. Atak niepokoju zostałby zresztą samorzutnie zneutralizowany, bo taka jest rola przywspółczulnego układu nerwowego, ale najczęściej wpadamy w panikę. I koło się zamyka].

 

Zgarniamy winę pełnymi rękami, jakby była czymś cennym.

[O poczucie winy jest łatwiej, niż o poczucie własnej wartości. Jeśli powstaje ono w sytuacji uświadomienia sobie popełnienia czynu moralnie niedozwolonego, trudno się temu dziwić, gorzej jest, jeśli nie wiąże się to z winą faktyczną. Wtedy chęć zadośćuczynienia za niepopełniony występek prowadzi do poddania się najgroźniejszej karze, jaką jest głęboka depresja].

 

Kain nosił piętno, które nie miało go zniszczyć, ale ocalić.

[Prawie wszyscy znamy choćby ze słyszenia historię Kaina i Abla w relacji biblijnej, więc stwierdzenie Johna Steinbecka nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem. W Księdze Rodzaju Kain poskarżył się Bogu Jahwe, że kara, którą mu wyznaczył za zabicie brata (został zmuszony do ukrywania się przed Nim i tułania się po świecie), jest zbyt dotkliwa, gdyż będzie mógł go zabić każdy człowiek, którego napotka na swojej drodze. Właśnie dlatego Bóg naznaczył go znamieniem („piętno kainowe”), żeby każdy mógł go od razy rozpoznać i nie narazić się na siedmiokrotną pomstę za podniesienie na niego  ręki. Po odejściu od Jahwe nie działo się zresztą Kainowi najgorzej – miał aż dwie żony, dwóch synów i jedną córkę, a rozpowszechnione w mitologii hebrajskiej informacje o szczególnym zepsuciu moralnym jego potomków zostały wyssane z palca. To przecież im Pismo Święte przypisuje wynalezienie pasterstwa, gry na cytrze i flecie oraz kowalstwa, co trudno nazwać występnością].

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Titian__Cain_and_Abel.jpg

Tycjan Kain i Abel

 

 

Myślę, że gdyby było można odjąć człowiekowi lęk przed odtrąceniem, nie byłby tym, czym jest. Może mielibyśmy mniej szaleńców.

[Najłatwiej o szaleństwo jest wtedy, gdy lęk przed odrzuceniem wynika z lęku przed bliskością].

 

Człowiek jest jedynym stworzeniem obciążonym winą.

[Jakże nieludzkie są te oto słowa z psalmu 51, przypisywanego królowi Dawidowi: „Oto urodziłem się obciążony winą / i jako grzesznika poczęła mnie matka”. Z tego wynika, że powinna ona śpiewać swemu dziecku psalm pokutny, zamiast kołysanki].

 

Czasem tryskał strumieniem odwagi, który jednakże ujęty był w ramy tchórzostwa.

[O tym wiadomo od dawna; nic w tym odkrywczego].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/odwaga__tchorzostwo.jpg

 

Czasami człowiek chce być głupi, jeżeli to pozwala zrobić coś, czego mu wzbrania mądrość.

[Tylko bezdennemu głupcowi nie zdarzają się żadne wygłupy].

 

Wydaje mi się, że aż za wielu z nas widzi życie jako coś, co kończy się klęską.

[Zauważyłem, że w 99 przypadkach na 100 małżeństwo określa się mianem „klęski życiowej” i mówi się, że jest ona stokroć bardziej niszcząca od klęski naturalnej, nawet od tsunami, oczywiście dlatego, że tamtej doświadczamy zawsze osobiście, a o tej dowiadujemy się zazwyczaj z tak zwanych środków masowego przekazu].

 

 

  Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



00:43, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 września 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 51)

 

Roger Martin du Gard Jan Barois. Czytelnik 1959

 

[W odcinku 2, patrz sierpień 2012, omawiałem inną książkę tego autora. O nim samym nie powiedziałem nic, poza informacją, za co otrzymał w roku 1937 literacką nagrodę Nobla. Czyżbym chciał pójść w zawody z wikipedią.pl, która temu wybitnemu pisarzowi francuskiemu poświęciła zaledwie dwa zdania? Z nich możemy jeszcze wyczytać, że „z wykształcenia był archiwistą-paleografem, zainteresowanym wieloma dziedzinami wiedzy”.

Paleografia z pisarstwem ma bardzo wiele wspólnego, zajmuje się bowiem badaniem rozwoju pisma w procesie historycznym, a także badaniem środowiska, w którym żył i tworzył dany pisarz. Mówi się, że „bez znajomości tej nauki badanie źródeł pisanych jest praktycznie niemożliwe”. U nas paleografią nie zajmował się żaden pisarz uprawiający literaturę piękną, ale nie jest to widocznie nauka zupełnie oderwana od życia, skoro autorem podręcznika z tego zakresu był prof. Aleksander Gieysztor, ten od Mitologii Słowian, a zarazem jeden z uczestników obrad Okrągłego Stołu. Szkoda, że o sobie samym książki nie napisał, bo sztukę lawirowania od lewa do prawa i od prawa do lewa w środowisku, w którym żył i tworzył, posiadł w stopniu dla mnie zdumiewającym. Jego biografię łatwo jest prześledzić, ponieważ wikipedia nie pożałowała mu linijek, jednakże nie o nim mowa w kolejnym odcinku zeszytów dawnych lektur. A zatem skupmy się na tym, jak żył i tworzył Roger Martin du Gard (1881-1958). Przedstawiam go poniżej w malarskim ujęciu Theo van Rysselberghe – belgijskiego malarza postimpresjonisty.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/RogerMartinDuGard.jpg

 

Urodził się w 1881 r. w rodzinie prawniczej. Naukę w katolickiej Ecole Fenelon rozpoczął w wieku 11 lat. Jednym z wykładowców był tam Marcel Eber, duchowny i neotomista. Jego wpływ na dorastającego chłopca był tak wielki, że ten utrzymywał z nim później przyjazne stosunki aż do roku 1916, gdy jego mentor zmarł. Nie wiadomo, czy to ojciec Marcel ukształtował „inność seksualną” młodego Martina, pewne jest jednak, że za jego namową sięgnął,  mając 17 lat, po Wojnę i pokój Tołstoja. Lektura wywarła na nim tak wielkie wrażenie, że postanowił zostać pisarzem.

Po nieudanych egzaminach na Sorbonie rozpoczął naukę w szkole archiwistów i bibliotekarzy Ecole des Chartes, gdzie po napisaniu studium na temat ruin opactwa Jumieres uzyskał w 1905 r. dyplom archiwisty-paleografa. Studia te rozbudziły w nim zamiłowanie erudycyjne oraz skłonność do pedantycznych badań naukowych, co pozostaje w niejakiej sprzeczności z istotą rasowego pisarstwa (myślę o literaturze pięknej). Tak jak poślubienie przez niego, samotnika o skłonnościach homoseksualnych, Heleny Foucault. O takich przypadkach na naszym rodzimym gruncie wspominałem już jednak przy omawianiu innych lektur (Andrzejewski czy Iwaszkiewicz), więc pozostańmy nadal w sferze przytaczania faktów, a nie rozważań psychologicznych.

Faktem jest, że ślub odbył się w r. 1906 i że Martin du Gard przeniósł się wraz ze świeżo poślubioną małżonką do Paryża. Jako samotnik nie czuł się tam na pewno szczęśliwy, ale zapewne jeszcze mniej uszczęśliwiła go konieczność odbycia służby w armii francuskiej na froncie zachodnim podczas I wojny światowej. Po zdemobilizowaniu w 1919 r. pracował przez jakiś czas w teatrze, gdzie za namową Jacquesa Copeau napisał farsę sceniczną Testament ojca Leleu (1920) – wnikliwe studium psychologiczne chłopskiej chciwości. Sławy teatralnej mu to jednak nie przyniosło. Punktem zwrotnym w jego karierze pisarskiej był wyjazd w r. 1920 z Paryża do majątku rodzinnego w środkowej Francji, gdzie rozpoczął pracę nad swoim największym dziełem: sagą powieściową Rodzina Thibault.

Składała się z sześciu części:  Szary zeszyt (1922), Pokuta (1922), Piękny czas (1923), Dzień przyjęć doktora Thibault (1929), Lato 1914 (1936) oraz Epilog (1940). Podczas pracy nad tą sagą pisał także inne utwory: opowiadanie Zwierzenie afrykańskie (1931) czy sztukę psychologiczną Milczek (1932), poświęconą wyraźnie nękającemu go problemowi homoseksualizmu, opisywał także złośliwie i cynicznie francuski katolicyzm w powieści obyczajowej Stara Francja (1933), ale nie ulega wątpliwości, że literacką Nagrodą Nobla został w r. 1937 wyróżniony przede wszystkim za sagę, choć w swej mowie noblowskiej   wystąpił przeciw dogmatyzmowi, który według niego był cechą charakterystyczną życia i myślenia w XX w.

Później pracował jeszcze przez wiele lat nad powieścią Wspomnienia pułkownika Maumorta, której główny bohater jest homoseksualistą. Ukazała się ona dopiero 25 lat po jego śmierci (zmarł na zawał serca w r. 1958), bo takie było jego surowe przykazanie, dotyczące również dziennika z lat 1919-49 czy korespondencji prywatnej. Biblioteka Narodowa w Paryżu uszanowała oczywiście jego wolę].

 

 

Jakże bezpłodny jest rozum, kiedy mu nie towarzyszą czyny! To światło, które płonie obok pochodni i spala się bez celu.

[Jaki rozum, takie czyny. (Po napisaniu tego byłem usatysfakcjonowany tylko przez chwilę, ponieważ okazało się, że ktoś wymyślił to już przede mną. I nie podważa tego nawet fakt, że nie dał w tym zdaniu przecinka)].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Jaki_rozum_takie_czyny.jpg

 

 

Wierzenia ludzkie jak wszystko inne podlegają ewolucji; zmierzają w swym rozwoju do coraz większej perfekcji.

[Od kiedy ewolucja opiera się na dogmatach wiary?].

 

„Małżeństwo jest niebezpieczne tylko dla tych mężczyzn, którzy się zastanawiają nad życiem” (Herzog).

[Widocznie zastanawiałem się nad życiem znacznie częściej niż ci, którzy trwają w jednym związku małżeńskim przez całe życie i niekiedy zdają się być nawet szczęśliwi z tego powodu].

 

Człowiek uczciwy nie może przystać na to, aby przez całe życie mówić coś wręcz przeciwnego niż myśli, nawet jeśli w grę wchodzi uczucie.

[Czy z tego ma wynikać, że kiedy w grę wchodzi uczucie, powinniśmy być zakłamani?].

 

Rzeczą artysty jest dążyć do piękna, uczonego – dążyć do prawdy; a to są dwie postacie jednego i tego samego ideału.

[Ideały sięgnęły bruku już w czasach Cypriana Kamila Norwida. W dzisiejszych czasach można to między bajki włożyć. Programowy antyestetyzm i kult brzydoty uprawiali artyści już przed półwieczem (sam nie brałem udziału w poetyckiej zabawie, turpizmem zwanej, naprawdę niewinnej w porównaniu z tym, co dzisiaj wylewa się nie tylko z estrad czy ekranów, ale także z ludzi). A niedawno, przy okazji tragedii smoleńskiej, mogliśmy przekonać się, do jakich absurdów może doprowadzić gorące umiłowanie jedynej prawdy].

 

Rzeczywistość, zwłaszcza w tej chwili, jest ohydna, okrutna, niesprawiedliwa, nielogiczna; ale cóż z tego! Wszakże to właśnie z niej tryśnie pewnego dnia piękno!

[Ono wciąż tryska, o ślepcy, ale jedynie dla tych, którzy na naszą rzecz wyrzekają się wiecznych szczęśliwości niebieskich, żeby zapewnić sobie błogość na tym świecie].

 

Nie wierzę w duszę ludzką samoistną i nieśmiertelną. Nie wierzę, że materia jest przeciwieństwem ducha. Dusza jest sumą zjawisk psychicznych, podobnie jak ciało jest sumą zjawisk organicznych.

[Dusza jest w mózgu, a mózg jest w ciele. Reszta to spekulacje. Nie te intuicyjne prawej półkuli (choć chciałoby się wierzyć, że tak jest), lecz te wywodzące się z półkuli lewej, która odpowiada za myślenie, nie zawsze logiczne. Poniżej: dusza opuszczająca ciało; hm, dusza całkiem ponętna, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że ukazana została w ujęciu teologii katolickiej!].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/dusza_opuszczajaca_cialo.jpg

 

 

 

Życie było zawsze i wiecznie będzie rodzić życie. Ale wiem, że ja sam jestem jedynie zbiorem materialnych cząsteczek, których rozpadanie się pociągnie za sobą moją całkowitą śmierć. Wierzę w powszechny determinizm i w to, że zależność nasza jest absolutna.

[Nie wszyscy mają odwagę zmierzyć się z oczywistością. Na ludzkich lękach żerowali i żerują szarlatani wszelkiej maści, wiedząc, że nadzieja umiera ostatnia. Nadzieja na życie wieczne – w sensie jednostkowym, bo w sensie ogólnym na razie tak jest. Nawet tutaj, na Ziemi. Niedawno donoszono: „Wielka eksplozja na Słońcu, katastrofa była o krok!”. Czy ktokolwiek w kosmosie będzie o tym wiedział,  gdy ona nastąpi? Jest to wyłącznie kwestią czasu. Być może bardziej teraźniejszego, niż nam się wydaje].

 

Dla mnie życie i śmierć zawsze się z sobą mieszają. To dalszy ciąg tego samego misterium.

[O tym wie nawet pies. Z tym że on nie widzi konieczności werbalizowania rzeczy tak oczywistej].

 

„Wiara jest sprawą Pana Boga. Nas, ludzi, obowiązuje szczerość” (Björnstjerne Björnson). Wszędzie widzę, jak życie rodzi się ze śmierci, siła z bólu, nauka z błędu, harmonia z zamętu.

[Björnstjerne Björnson myślał zapewne o szczerości wobec własnych przekonań, o ile takowe posiadamy. Nawet w okresie niemowlęctwa nie jest o to łatwo, bo matka każe nam postępować zgodnie z jej własnymi przekonaniami. A później krąg najróżnorodniejszych zależności i współzależności jeszcze bardziej się zacieśnia. Jeżeli chcemy się od tego uwolnić, powinniśmy stać się asertywni. Asertywności, czyli szczerości wobec własnych myśli, pragnień czy przeżyć emocjonalnych, próbują nas nauczyć nawet księża http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/ID/empatia_asertywnosc.html#. Mimo iż z racji bezwzględnego obowiązku podporządkowania się swojemu zwierzchnikowi, ksiądz nie może być asertywny, bo z góry stoi na straconej pozycji, nawet gdyby miał po stokroć rację. Wystarczy przypomnieć głośną ostatnio sprawę ks. Lemańskiego. Z kolei z powodu konieczności przestrzegania celibatu – udzielanie przez księży nauk z zakresu naturalnego planowania rodziny wydaje się również co najmniej dziwne. Jestem wprawdzie daleki od stwierdzenia jakiegoś złośliwca, który powiada, że równie dobrze porad kulinarnych mógłby nam udzielać kanibal, ale uważam, że nie można znać się na wszystkim.

Natomiast jeśli chodzi o empatię  w ujęciu franciszkańskim, to księża mają prawo udzielać nam porad w tym zakresie, jeśli żyją w podobnej jak św. Franciszek ascezie, co obecnie zdarza się niesłychanie rzadko. Pamiętajmy jednak, że poza empatią emocjonalną jest jeszcze empatia poznawcza, która polega na umiejętności przyjęcia CZYJEGOŚ sposobu myślenia oraz spojrzenia na rzeczywistość z CZYJEJŚ perspektywy].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/empatia.jpg

 

 

Życie byłoby niemożliwe, gdybyśmy pamiętali. Wszystko polega jednak na tym, by wiedzieć, co zapomnieć.

[Daremny trud, bo i tak nie zapomnimy o tym, co chcielibyśmy wyprzeć z pamięci. Nasze świadome działania to kropla w morzu podświadomości. Zgłębianiem jej zajmowały się nie tylko teorie jungowskie. Jan Dobraczyński, działacz katolicki o pięknej karcie okupacyjnej, też próbował wyczerpać morze (tytuł książki). Wizje, jakie snuje w tej książce, są zadziwiające. Eksperyment z nowym rodzajem broni termojądrowej przeprowadzony na terenie północnej Sahary zniszczył nie tylko część Europy, ale także Watykan. Papież umarł na skutek odniesionych ran, na szczęście kilku dostojnikom kościoła udało się cudem przeżyć w podziemiach watykańskich, dzięki czemu po ewakuowaniu się do obozu objętego kwarantanną, założonego też w Afryce, co może trochę dziwić, zaczęli myśleć o stworzeniu tam nowego Kościoła i rozpoczęciu misji ewangelizacyjnej, jak gdyby z powodu napromieniowania mózgu izotopami, charakteryzującymi się wyjątkowo odmóżdżającym działaniem, zapomnieli o tym, że już pierwsze wieki chrześcijaństwa były czasem ewangelizacji Egiptu i właśnie Afryki Północnej, kontynuowanej w XV i XVI stuleciu, a niezwykle nasilonej w wieku XIX.

Jeśli treści zawarte w tej książce są wyrazem głębokich przemyśleń zarówno religijnych, jak i filozoficznych, to tego fenomenu nie objaśnią nawet głębinowe teorie Junga. Nazwijmy zatem rzecz po imieniu: autor, po ewakuowaniu się do rzeczywistości powojennej, myślał jedynie o tym, jak urządzić się w niej wygodnie, wspierając usilnie władze komunistyczne. Między innymi był w latach 1970-1983 członkiem prezydium FJN (Frontu Jedności Narodu), a w 1982-1989  Przewodniczącym Rady Krajowej PRON (Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego). W 1983 roku wszedł w skład Krajowej Rady Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a w roku 1988 został awansowany przez Wojciecha Jaruzelskiego do stopnia generała brygady w stanie spoczynku.

O matko, przez całe moje pracowite życie nie otrzymałem nawet dyplomu honorowego, a ten marny pisarz i równie marny człowiek został obwieszony tyloma medalami, krzyżami zasług i orderami, że załamałby się pod ich ciężarem, gdyby się nimi naraz obwiesił, a nagród różnych, w tym literackich, dostał tyle, że chociaż jedną z nich mógł się ze mną podzielić, gdy przysiadł się pewnego razu do mego stolika w kawiarni Domu Literatury w Warszawie].

 

 

  Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/, gdzie anonsuję niedawno przeze mnie wydane Limeryki frywolne Jacka Bąkowskiego.



01:38, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 sierpnia 2014
Preludium do Apokalipsy

 

Pani Ela, ta z „Górnika”, wyjechała już stąd, ale na szczęście maile nadal nadsyła – w przerwach między robieniem kiszonych ogórków na zimę chyba tysiąclecia. 

Sześć pierwszych linijek wiersza, który zaprezentuję na końcu, wyjąłem prawie w całości z dwóch jej ostatnich maili, a ponieważ pisałem go w nocy, podczas iście piekielnej burzy z błyskawicami i grzmotami, które rozsadzały mi głowę, to wywołane przez nią preludium do Apokalipsy musiało znaleźć ujście w potoku obrazów rozświetlających mój mózg – ten wysublimowany, kulturowy, i ten gadzi, pod tamtym ukryty.



 

http://jbr.blox.pl/resource/reptilebrain2.jpg

 

Świeżo napisany utwór przesłałem oczywiście najpierw tej, która ponownie dała impuls-puls do jego powstania. Odpowiedź pani Eli początkowo trochę mnie zaskoczyła: „Mniejszy czy większy, to nie ma dla mnie znaczenia... cieszy mnie po prostu udział w tworzeniu, tym bardziej że kunsztownie wplatasz moje słowa w swoje... W sensie duchowym jest to bardzo piękne współtworzenie, ale jeśli zdecydujesz się na opublikowanie tego wiersza na swoim blogu, zaznacz od razu: nie do mnie jest on adresowany… Mogę się jedynie domyślać, o kogo chodzi, ale jedno jest pewne: tę kobietę bardzo kochałeś i nadal kochasz… potwierdza to każde Twoje słowo o niej... byłbyś szczęśliwy, gdyby to ona powiedziała: Czuję się z tobą związana na co najmniej tysiąc lat...”.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/walka_o_dusze.jpg

 

A oto moja odpowiedź: „Zaskoczyłaś mnie ponownie swoją niezwykłą przenikliwością, ale jedno jest pewne: bez Ciebie ten wiersz by też nie powstał! Tyle razy pisałem, że najpiękniejsze wiersze miłosne rodzą się z niedosytu, z braku. I tak już pozostanie, niemożliwe jest dwukrotne wejście do tej samej rzeki, bo napłynęły do niej już inne wody. Ale rzeka będzie płynąć nadal, związana ze mną na co najmniej tysiąc lat”… 


 

http://jbr.blox.pl/resource/panta_aqua2.jpg

 

Później nadszedł esemes z Kempen od pani Ireny: „Ten wiersz ma uwięzioną w sobie dziwną moc (piekielną? diabelską?). Zaraz po przeczytaniu dziwnie się poczułam, ale początkowo nie powiązałam tego stanu z niedawno przeczytanym wierszem. Po jakimś czasie, gdy jechałam polami, pojawił się z przodu głowy potworny ból  (po raz ostatni miałam coś takiego sto lat temu). Musiałam zażyć tabletkę chyba z tyloma krzyżykami, ile mam na karku. Jeśli do wieczora rozejdzie się to po kościach, spróbuję napisać więcej”.

Wieczorem były dwa znaki zapytania i jeden wykrzyknik: „Zastanawiam się, dlaczego nie potrafię przeczytać tego wiersza do końca? Dlaczego mnie przeraża? Apokalipsa św. Jana powinna budzić grozę jedynie w ludziach mających w sobie więcej zła, niż dobra; ja do nich nie należę. A dzień zaczął się dla mnie tak pięknie – spójrz na wschód słońca w Kempen!”.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Dzisiaj_w_Kempen_o_wschodzie_slonca.jpg

 

 

Przed północą nadeszła wreszcie wyczekiwana przeze mnie wiadomość od pani Eli z Poznania. Niestety z zastrzeżeniem, że jej opinia na temat utworu ma pozostać wyłącznie do mojej wiadomości, co musiałem uszanować z żalem, gdyż była to analiza przeprowadzona z niezwykłym znawstwem przedmiotu. Chodzi o Apokalipsę św. Jana, nazwaną przez nią Objawieniem, której niewielkie fragmenty zostały przeze mnie wplecione do trzech części tego wiersza, stanowiąc jakby uzasadnienie ostatniego, niejako refrenowego wersu, będącego zarazem tytułem utworu. Powiem tylko, że miała ona diametralnie odmienne odczucie w trakcie lektury – jeśli ten wiersz „czyta się lekko, radośnie”, to żadnego uczucia grozy być nie może. Poniższa ilustracja jest jakby kwintesencją jej wywodów, wielka szkoda, że przeznaczonych tylko dla mnie.  Tę ilustrację, na swój też prywatny użytek, opatrzyłem podpisem W złotym blasku wiary. 



 

http://jbr.blox.pl/resource/w_zlotym_blasku.jpg

 

 

 

 

JA TEŻ CZUJĘ SIĘ ZWIĄZANA Z TOBĄ CO NAJMNIEJ NA TYSIĄC LAT

 

 

Nocy prawie nie przespałam,

bo była taka piękna, kapiąca gwiazdami,

że pragnęłam powietrza i przestrzeni…

A teraz szaro, nie ma słońca, nie pada deszcz, nie wieje.

Niebo pomalowane niechlujnie popłuczynami po pędzlach

przybrało raptem kolor stali jak w preludium do Apokalipsy:

„Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba,

który miał klucz od Czeluści

i wielki łańcuch w ręce.

I pochwycił Smoka,

Węża starodawnego,

którym jest diabeł i szatan,

i związał go na tysiąc lat”...

Ja też czuję się związana z tobą co najmniej na tysiąc lat.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/smok.jpg

 

 

Wiatru nie ma, więc ptaki unoszą się same,

a czasami są jak małe kwoczki wysiadujące powietrze.

Przeczesując oczami moją przestrzeń

szukam jednak w bezmiarze zieleni

uszu młodej sarny, która na początku lipca zajadała się

czerwonymi różami z krzewu rosnącego przed „Zofiówką”.

Z daleka i tak nie mogłabym ich dojrzeć,

a zresztą już od dawna wędrujesz sam.

Pozostały mi na pocieszenie: herbatka z listków mięty,

którą teraz piję, i pachnąca gałązka jaśminu,

która jeszcze dzielnie się trzyma,

choć już widać, że bez krzewu jej życie będzie krótsze:

„Ożyli oni, którzy pokłonu nie oddali Bestii ani jej obrazowi

i nie wzięli sobie znamienia na czoło ani na rękę,  

i tysiąc lat królowali z Chrystusem.

A nie ożyli inni ze zmarłych, aż tysiąc lat się skończyło”....

Ja też czuję się związana z tobą co najmniej na tysiąc lat.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/jasminowiec.jpg

 

 

Ten jaśminowiec miał wszystkie płatki wycięte

jakby z jednego ogromnego arkusza brystolu.

Albo stał niedawno w rajskiej kolejce i szeptał:

proszę mi przygotować tyle materiału kremowego z beli,

żeby starczyło na miliony płatków i proszę dodać młodego złota,

tego, co dopiero się rodzi, i umieścić ten złoty piasek

na maleńkich niteczkach, będzie scalał po cztery płatki,

a potem proszę dodać kilkaset metrów zieleni na zielone okulary

zwane przez ludzi liśćmi, które drżą na wietrze,

nawet jeśli jest prawie niewyczuwalny,

a początek ich powstawania mógłby brzmieć tak:

„Błogosławiony i święty, kto ma udział w pierwszym zmartwychwstaniu:

nad tymi nie ma władzy śmierć druga,

lecz będą kapłanami Boga i Chrystusa

i będą z Nim królować tysiąc lat”.

Ja też czuję się związana z tobą co najmniej na tysiąc lat.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Krolowanie.jpg



02:25, jbroszkowski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 sierpnia 2014
Kołysanka

 

Ta kołysanka powstała przed dwoma dniami z najzupełniejszego przypadku. „Do jej powstania niezbędny był jednak impuls-puls”, stwierdziła pani Ela z sanatorium „Górnik", którą wraz z koleżanką i towarzyszącym im panem spotkałem poprzedniego dnia na Gościńcach Pańskich, a w tamtym dniu zostałem zaproszony przez nich na degustację ogórków kwaszonych, które pani Ela kwasiła na balkonie w nadciętej u góry dużej plastikowej butli po wodzie mineralnej. Z tego balkonu roztaczał się zachwycający widok – i to był pierwszy impuls, który dopiero zaczynał we mnie pulsować A później nadszedł od pani Eli mail na dobranoc, zaczynający się od słów: „Na nocnym niebie dojrzewa burza błyskawicami i odległymi pomrukami". I to był ten decydujący impuls-puls do realizacji nieuświadomionego jeszcze zamysłu twórczego. 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ilustracja_poczatkowa.jpg

 

 

Po powrocie do domu patrzyłem przez okno na błyskawice i nasłuchiwałem coraz głośniejszych pomruków burzy. I tak jak jeden ze szwedzkich poetów zapragnął kiedyś kobiety, patrząc na topolę uginającą się pod naporem wichury, tak i ja nagle zapragnąłem napisać wiersz. Pisałem go wśród błyskawic i grzmotów, w narastającej ulewie. Czułem, jak coś pulsuje w głębi mnie, dobiegały do mnie jakieś urywane słowa, wyłaniały się strzępy mgławicowych obrazów. To były głosy wyraźnie kobiece, które zdawały się powoływać na zdarzenia bardzo już mgliste i od dawna wyparte z pamięci. Nie ja pisałem ten wiersz, coś go pisało we mnie, a raczej ktoś. Na pewno kobieta, może jedna, jakoś tam zapamiętana, a może sto kobiet, pozornie już zapomnianych? 

Zazwyczaj nazajutrz poprawiam napisany wiersz, a w tym nie przestawiłem nawet przecinka. To dlatego, że byłem tylko medium, któremu kazano wystukiwać na klawiaturze komputera kolejne linijki. Oczywiście najpierw przesłałem ten wiersz pani Eli z „Górnika”. Było jej niezmiernie miło, że miała swój maleńki udział w jego powstaniu. Natomiast jej imienniczka z Poznania, z którą przed miesiącem szedłem na dziko na Cergową, przechodząc z nią tego dnia trzydzieści kilometrów, była tym wierszem ogromnie poruszona. Okazało się, że mieszkała wtedy w pokoju na tym samym piętrze i podobne chmury burzowe nie tylko z sąsiedniego balkonu widziała, ale je fotografowała (to jej zdjęciami ilustruję ten post). Okazało się też, że dzień przed napisaniem tego wiersza przesłała mi na dobranoc kołysankę z Kabaretu Starszych Panów – sam tego faktu nie zapamiętałem, bo słuchając tej kołysanki załatwiałem przez Internet pilną sprawę urzędową, ale mój mózg zapamiętał. 

Pani Irenie, która na godzinę przed otrzymaniem tego wiersza, jadąc na rowerze, zderzyła się w dalekim Kempen z betonowym murkiem, w związku z czym kierownica wbiła jej się w żebra, co sprawiało jej nieznośny ból i nie pozwalało oddychać, udało się wystukać obandażowaną ręką prawie trzy akapity:

„Jestem wzruszona, bo tyle pięknego uczucia w tym wierszu. Każda wrażliwa kobieta mogłaby się pod nim podpisać. Jesteś poetą od zawsze, w każdej chwili swego życia, ale ja staram się też poetycko przeżywać każdy dzień. Jadąc dziś do Veosch polami o wschodzie słońca zastanawiałam się, co się zmieniło od ostatniej jazdy tą samą drogą 7 tygodni temu? Po lewej pole z kukurydzą, która wtedy miała zaledwie parę centymetrów, a teraz rozciągał się tam dwumetrowej wysokości las z dojrzewającymi kolbami przybranymi w soczyste zielone łuski,  z tryskającymi u góry fontannami czerwono-brunatno-rdzawego włosia. Dalej – ziemniaki, które wtedy kwitły białym ziemniaczanym kwieciem, a teraz ślad po nich zaginął, w tym miejscu rosną malutkie sadzonki sałaty, ledwo trzymające się podłoża. Po prawej – całe  łany falującej wtedy na wietrze pszenicy, jeszcze niedojrzałej o zielonych zdrowych łodygach, a obecnie skoszonej, chyba wczoraj, bo pachniało świeżą słomą. Nagle zobaczyłam w oddali fruwające na tle wschodzącego słońca piłki. To były główki kapusty, która miała wtedy zaledwie dwa lub trzy listki wtulone w siebie, tworzące zalążki główek, a dziś do ustawionych przyczep wrzucali niewidoczni na tle pola robotnicy rolni ścięte głowy kapusty i pewnie mieli dużo radości, bo główki z różnych odległości i różnych wysokości wpadały do przyczepy, jak latające piłki na tle żółto-pomarańczowego nieba.

 

  

http://jbr.blox.pl/resource/pole_kapusty.jpg

 

 

A jeszcze ciekawiej było potem, kiedy wjechałam na drogę dla rowerów wijącą się wśród traw. Po lewej trawa niekoszona od dłuższego czasu, gdzie wszystko, co rosło, wydało już nasiona, przekwitnięta pokrzywa, wysuszona czerwona koniczyna, resztki przekwitniętej białej koniczyny, dumnie stojąca babka lancetowata z nasionkami zebranymi w podłużne kolbki, resztki zbrązowiałego dziurawca, górujący nad wszystkimi trawami wzniosły podagrycznik ze swoimi baldachami złożonymi z drobnych białych kwiatków, polna dzika róża zdążyła już zabarwić swoje owoce na czerwono, kozibród bardzo stracił na uroku, bo swoje przekwitnięte kwiaty (kiedyś żółte jak słoneczka) wtulił w zielone jeszcze łodyżki, wrotycz swoje zbrązowiałe poduszeczki, ułożone w baldachy, jeszcze dumnie wystawiał do słońca, a przekwitnięty wyczyniec na swych kolbkach z nasionami pozostawił dla ozdoby delikatne, białawe piórka...

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Wyczyniec.jpg

 

 

Wydawałoby się, że po prawej ręce nie ma na co patrzeć, bo tam trawę skoszono chyba przed tygodniem, ale ponieważ ostatnio było dużo ciepła i deszczu, to tam się dopiero działo, oj działo. Wszystkie skoszone roślinki koniecznie chciały jeszcze ożyć i na nowo zaczęły wypuszczać pędy… (napiszę o tym, gdy wyzdrowieję, bo bardzo boli mnie stłuczona ręka)…………………….”. 

Czysta poezja, która pasowałaby idealnie do kołysanki śpiewanej przez wiatr, deszcz lub słońce na przykład tej młodziutkiej prześlicznej  sarence, która z takim wdziękiem pałaszowała na początku lipca czerwone róże z krzewu rosnącego przed „Zofiówką”. A jeśli chodzi o tę moją kołysankę, to z prawdziwą radością odebrałem fakt, że obie moje córki zachwyciły się tym utworem – i młodsza Bogna, która studiuje w Szkole Wyższej Mody i Wzornictwa w Warszawie, i starsza Joanna, autorka znanych książek dla dzieci i młodzieży, ale przede wszystkim świetna poetka, prowadząca nawet warsztaty literackie z tego zakresu, obeznana z całą poezją polską i światową jak mało kto: „Tato, wiersz jest cudowny, nie czytałam tak pięknego”.





 

 

 

MOJE TY ŚWIATŁO, MOJA MUZYKO, MOJA KOŁYSANKO

 

 

Opowiem ci, miły, co widać u mnie z balkonu:

teraz na niebie wielkie niebieskie ryby

w biało-szarej sieci zachmurzonego słońca,

a wczoraj na nocnym niebie dojrzewała burza

błyskawicami i odległymi pomrukami.

I zapragnęłam powędrować z tobą w nasze wspólne sny,

moje ty światło, moja muzyko, moja kołysanko.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ilustr._1a.jpg

 

Chciałabym, żeby noc miała kolor twoich oczu,

żeby była drzewem z liśćmi żywych gwiazd w ogrodzie lata,

żebyś z ciepła moich rąk wziął ogień i pomalował mrok na biało.

Gdybym umiała utrzymać w dłoni gwiazdę,

ulepiłabym z niej złotą plażę na samym szczycie góry

i czekałabym na ciebie, głodna twojej obecności,

moje ty światło, moja muzyko, moja kołysanko.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ilustr._2a.jpg

 

Oddycham tobą, bo jesteś całym światem.

Drzewa w deszczu czekają cierpliwie na słońce.

Ile musi upłynąć wody i w ilu rzekach,

żebyś czuł, że zaspokoiłam twoje pragnienie?

Chcę cię zobaczyć, miły, objąć,

chcę, by sierpień pachniał inaczej,

moje ty światło, moja muzyko, moja kołysanko.

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/ilustr._3a.jpg



18:35, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 lipca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 50)

 

Adolf Rudnicki Niekochana. PIW 1961

 

[Po dwu latach dotarłem wreszcie do odcinka 50, w którym przedstawię autora ostatnich już książek beletrystycznych z zeszytów dawnych lektur. Potem pojawi się wprawdzie jeszcze siedmiu autorów takich książek, ale byli oni prezentowani już w poprzednich odcinkach; wtedy nie przeprowadzałem jeszcze selekcji zgromadzonego w tych zeszytach materiału, kierując się wyłącznie kolejnością lektur przeczytanych przeze mnie w latach 1963-1968, a później nie miało to już sensu, bo kto by wiedział, że do jakiegoś odcinka sprzed kilkunastu miesięcy dołączyłem wypisy z kolejnej książki tego autora?

Oczywiście autorów książek beletrystycznych było znacznie więcej – po części będę ich prezentował w późniejszych odcinkach zbiorczo, bo z ich utworów zrobiłem zaledwie trzy-dwa wypisy albo tylko jeden. Wymienię też autorów książek, nierzadko wybitnych, z których nie zrobiłem żadnego wypisu, bo nie każdy pisarz ma aforystyczny zmysł, nie każdy jest producentem złotych myśli. Ale o tym już chyba mówiłem, a teraz trzeba opatrzyć słowem wstępnym autora, któremu zaszczyt wystąpienia w odcinku w jakimś sensie jubileuszowym przypadł z absolutnego przypadku.

Adolf Rudnicki (1909-1990), właściwie Aron Hirschhorn, czołowy w swoim czasie prozaik i eseista. Pochodził z chasydzkiej rodziny żydowskiej. W niedalekim Tarnowie spędził dzieciństwo i młodość. Przed wojną ukończył szkołę handlową i pracował jako urzędnik bankowy, a w wolnych chwilach pisał opowiadania oraz powieść Szczur, która w 1932 roku ukazała się w druku. Pięć lat później wyszła Niekochana, minipowieść o toksycznym związku doprowadzającym bohaterów do granicy szaleństwa, bodajże najpopularniejsza książka tego autora, któremu, wedle mojej opinii, daleko jest do wybitności. 

Jako uczestnik kampanii wrześniowej został wzięty do niewoli, z której udało mu się uciec. W latach 1940-1941 przebywał we Lwowie, gdzie był członkiem Narodowego Komitetu Żydowskiego, a 17 września 1940 roku wstąpił do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy. Od 1942 przebywał w Warszawie i działał w podziemiu kulturalnym, a w 1944 roku zaciągnął się na ochotnika do Armii Krajowej i brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie poświęcił się pracy pisarskiej, współpracując z „Kuźnicą” oraz „Światem”, pismami grupującymi twórców o ideologii zbliżonej do marksistowskiej i nie ma co ukrywać – zazwyczaj pochodzenia żydowskiego.

Tak jak i oni – Adolf Rudnicki najpierw mieszkał w Łodzi, a później w Warszawie. W domu na Mokotowie przy ulicy Iwickiej 8A, wspomnianym już w odcinku poświęconym Mieczysławowi Jastrunowi,  gdzie według wypróbowanego wzoru radzieckich organizatorów życia literackiego zgromadzono wyłącznie pisarzy, oczywiście „postępowych”. Jeśli chodzi o jego twórczość, to jej motywem znaczącym była martyrologia Żydów (od tytułu jednego z jego utworów pochodzi określenie epoka pieców);  pisał także utwory psychologiczne oraz eseje, m.in. o Dostojewskim].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/8a3dab2567a1413db081d17228fa5e9e.file.jpg

 

 

 

Nigdy nie czujemy się włączeni w świat w okresie cierpienia; cierpienie trzyma nas ponad, poza kręgiem świata.

[Czy zawsze cierpienie izoluje nas od świata? Kiedyś zapewne tak było, ale w dobie Internetu ani cierpieć, ani umierać nie musimy już samotnie. Mało tego – ktoś, kto porozumiewa się ze światem jedynie za pomocą mrugania powiekami czy ołówka trzymanego w ustach, może stać się celebrytą. W tym drugim przypadku chodzi oczywiście o Janusza Świtaja, którego jedyną wcześniejszą zasługą było to, że rozbił się na motocyklu. Takiego rozgłosu medialnego jak mój imiennik nigdy nie osiągnę, nawet gdybym wyprodukował 5 000 000 odcinków zeszytów dawnych lektur].

 

Któż nie kocha śmieszności ludzi silnych?

[Napoleon Bonaparte był niewątpliwie człowiekiem silnym, ale nie wtedy, gdy czuł się słaby i pokonany. A ludzie kochali jego wielkość, nie śmieszność. Wielkość, od której do śmieszności jest rzeczywiście tylko jeden krok, jeśli nie jest poparta siłą duchową. Czy Wincenty Witos, chłopski premier, którego rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego, był śmieszny, kiedy w roku 1930, aresztowany przez władze sanacyjne i osadzony w twierdzy brzeskiej, został przymuszony biciem do ręcznego mycia latryn?].

 

W miłości jak na wojnie rodzaj i nasilenie przeżyć zależą głównie od położenia, od tego, czy się jest stroną zaskoczoną, czy zaskakującą, czynną, czy bierną.

[Oj, prawda, prawda, a przekonałem się o tym boleśnie bardzo późno, ponieważ do tamtej pory zawsze byłem stroną czynną, zaskakującą. Najbardziej bezwzględne okazywały się kobiety, które czuły się przeze mnie pokrzywdzone – w wybranych przez swoją wybiórczą pamięć momentach i sytuacjach, podświadomie przez siebie wywoływanych, bądź sprowokowanych. Ktoś musiał odpowiedzieć za krzywdy, których doznały od innych ludzi, zazwyczaj w dzieciństwie, ale nie tylko. Zepchnięte w podświadomość stają się one w stosownych okolicznościach wulkanem eksplozywnym, który wyrzuca oprócz produktów gazowych głównie materiały piroklastyczne, pyły i popioły wulkanicznie; niekiedy również lawę w ilościach niewielkich, ale wystarczających do pokrycia serca].

 

Wolała udrękę z nim niż udrękę bez niego.

[Cierpiętnictwo, masochizm, samoudręka. Tym to było w istocie rzeczy].

 

Jakież to szczęście, że życie nie składa się z samej tylko miłości – byłoby zbyt okrutne.

[Stwierdzenie zdumiewające tylko na pozór. Ludziom zakochanym wydaje się, że miłość to słońce, które zawsze będzie świecić pełnym blaskiem i nigdy nie zajdzie. Ich miłosne noce rozświetlone są księżycem w pełni, którego zdaje się wciąż przybywać. I zapewne mogliby długo trwać w takim złudzeniu, gdyby Słońce nie oświetlało (poza zaćmieniami) jedynie połowy Księżyca i gdyby nie oglądali tej połowy pod różnymi kątami, spowodowanymi różnymi położeniami Słońca, Ziemi i Księżyca względem siebie. Są fazy Księżyca i fazy miłości. Kulminacje górne i kulminacje dolne. Nów, kwadra pierwsza, pełnia i kwadra ostatnia].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/fazyobraz.jpg

 

 

Łudziła się, że on nie ma woli, więc zdoła mu narzucić swoją.

[Zdarza się, że ktoś narzuca komuś swoją wolę, której nie ma. Bezwolność też posiada swoją własną dynamikę, w dużym stopniu niezależną od innych elementów wolicjonalnych].

 

 

                                           Niebieskie kartki. Czytelnik 1956

 

Człowiek nie jest aniołem, ale wi­nien być is­totą kulturalną. 

[Anegdotę z repertuaru Adama Hanuszkiewicza o kulturalnym, ale niezbyt ludzkim Aniele Stróżu przytoczyłem w odcinku 48. O tym, jaki powinien być człowiek kulturalny, mniej więcej wiemy i mniej więcej staramy się tacy być, jeśli nie jesteśmy ostatnimi chamami. Jeśli chodzi o mnie, to daleko mi do świętości ludzi kulturalnych w każdym calu, mimo iż impulsywność mojej natury udało mi się w znacznym stopniu poskromić. W sytuacjach ogromnych przeciążeń i napięć psychicznych nie jest to oczywiście takie proste; zdarzają mi się wówczas emocjonalne „wypsnięcia”. Na pocieszenie dla siebie przytoczę znowu Hanuszkiewicza z książki, która już się ukazała (zapowiada się na to, że druga książka z naszych rozmów dźwirzyńskich ukaże się jeszcze w tym roku!): „Człowiek może sobie uświadomić tylko swoją niedoskonałość. I jedynie to okazywało się być twórcze. Podlegając sublimacji tworzyło kulturę. Duchowość. Ale przy silnych biologicznie determinacjach i tak niewiele można zrobić. Można to częściowo zmienić jedynie przez wkroczenie na drogę empatii, otwarcia na świat, które wybierają często artyści czy pisarze, ale te determinacje prędzej czy później i tak z nas wylezą. Staszek Dygat ma takie opowiadanie z cyklu Rozmyślania przy goleniu.

W pierwszej klasie szkoły powszechnej Jaś pobił Stasia. Matka pokrzywdzonego przyszła do wychowawcy i powiada:

– Tak nie może być, niech pan coś z tym zrobi. Ja mam pięcioro dzieci i takie rzeczy jak tu w szkole u mnie się nie zdarzają!

– No ale ja jestem polonistą, młodym wychowawcą i nie zawsze wiem, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Może pani, ze swoim pedagogicznym doświadczeniem, wpłynie na Jasia...

– Chętnie to panu zademonstruję...

Wołają Jasia. Matka Stasia nadała swemu głosowi możliwie najłagodniejsze brzmienie:

– Jasiu, głowa jest najdelikatniejszą częścią ciała ludzkiego, tu są oczy, tu jest mózg, którym się myśli. Uderzenie w głowę może spowodować nieodwracalne szkody. Zrozum, że tego nie wolno robić. Bądź dobry dla bliźnich, przecież Stasio jest twoim bliźnim...

I tak pięknie i długo jeszcze mówiła. Nagle coś w niej zabulgotało. Chwyciła go za włosy, wykręciła mu rękę i wrzasnęła:

– Spierdalaj, skurwysynu! Jak jeszcze raz uderzysz mego syna, to nogi ci z dupy powyrywam!”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeszczerazmnieolejesztocinogizdupypowyrywampl088bba.jpg

 

 

Uro­jenia są groźny­mi faktami.

[Szczególnie groźne są wtedy, gdy cierpią na nie paranoicy mający władzę nad milionami ludzi, tacy jak  Hitler czy Stalin. U nas, niezbyt dawno temu, też dorwał się do władzy paranoik o skali znacznie mniejszej, ale takich podziałów społecznych, jakich dokonał od tamtej pory, nie udało się dokonać nawet najgorszym naszym zaborcom. Dlaczego otumanił tylu prostych ludzi, którzy uznali go za swego wodza? A czym był w dawnych czasach ciemny bełkot wieszczków? A na czym polegały szamańskie gesty? Niejaki „Pantarej” świetnie ten fenomen uchwycił: „Dobrzy, normalni ludzie od przedszkola są lubiani. Mają przyjaciół przez całe życie. Są do tańca i do różańca. Z paranoikami jest odwrotnie. Po gestach, chodzie, mlaskaniu, bełkotaniu, wywyższaniu się, bredzeniu poznać takiego. Chłopaki, widzieliście, żeby taki kiedyś piłkę kopał, piosenkę jakąś jak normalny zaśpiewał? Przylepiają się do takiego hieny, które zwietrzą korzyści. Stoją koło paranoika, dopóki on patrzy na nich jak na swoich. Co myślą naprawdę, dowiadujemy się, gdy wykopie ich ze wspólnej jamy. On, samotny, rozjuszony odyniec, życiowy nieudacznik zazdroszczący sławy Herostratesowi”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/apocalypto.jpg

 

Każdemu to, na czym mu mniej zależy.

[Powinniśmy zatem zacząć od zapytania siebie, na czym zależy nam najmniej, bo właśnie to najczęściej dostajemy od losu. A co zrobić potem? Nic, bo i tak nie dostaniemy tego, czego chcemy. Szczęśliwcami są inni. Tak się przynajmniej nam wydaje – bogaci i sławni ludzie też popełniają samobójstwa]. 

 

Sztu­ka z nad­miaru ro­zumu przes­ta­je rosnąć. 

[A serce karleje].

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



14:59, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 lipca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 49)

 

J. M. G. Le Clézio Protokół. PIW 1965

 

Jean-Marie Gustave Le Clézio albo J.M.G. Le Clézio (ur. 13 kwietnia 1940 w Nicei), francuski powieściopisarz (wydał ponad 30 książek), laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2008. W uzasadnieniu Akademia Szwedzka nazwała go „autorem nowych kierunków, poetyckiej przygody i zmysłowej ekstazy, eksploratorem człowieczeństwa poza i pod panującą cywilizacją”. Książka, z której zrobiłem wypisy (jedyna przeczytana przeze mnie w całości, bo inne przewertowałem znacznie później, przebywając na stypendium w Sztokholmie; wyłącznie przewertowałem, nie dlatego że były przekładami na język szwedzki, ale dlatego że potwornie mnie nudziły), utorowała mu drogę do sławy, według mnie całkowicie niezasłużonej. Wprawdzie nie otrzymała znacznie bardziej prestiżowej Nagrody Goncourtów (była do niej tylko czy aż nominowana), ale Nagroda Renaudot też sporo znaczyła we Francji, którą jeszcze wtedy uznawano za ogólnoświatową wyrocznię w sprawach literackich.

 

     http://jbr.blox.pl/resource/000ARP2158247_fmt.jpeghttp://jbr.blox.pl/resource/Protokol.jpg

 

Działo się to w roku 1963, gdy Le Clézio miał niewiele ponad dwadzieścia lat, ale pisać zaczął przecież już w wieku siedmiu-ośmiu lat, a zatem można go było nazwać pisarską wygą. Krytycy, piejący nad nim z zachwytu i porównujący go do Camusa (wolne żarty!), unosili się nad „dojrzałością jego spostrzeżeń”, ale jakież sądy mogli wydawać ci ludzie papierowi? Papierowe! Opinia Gombrowicza znacznie bardziej się dla mnie liczyła, chociaż zetknąłem się z nią dopiero po dwóch latach od przeczytania tej książki, gdy udało mi się nielegalnie zakupić Dziennik (1961-1966), wydany przez Instytut Literacki w Paryżu jako tom VIII jego dzieł zebranych. Poniższa notatka została jednak sporządzona nie w roku 1966, lecz 1 stycznia 1967:

Le Clézio? Niech będzie Le Clézio, choć nie mam pojęcia, co by tu o nim... Le Clézio odwiedził mnie z żoną wkrótce po moim przybyciu do Vence i wywarł jak najlepsze wrażenie, poważny, inteligentny, szczery. Dramatyczny (ma 27 lat) i skupiony. Bardzo urodziwy, a bardziej jeszcze fotogeniczny, więc „Express” i inne revues walą jego fotografie na całą stronę.

Prasa widzi w nim czołową sławę literatury francuskiej „a l’heure de promesse”, jest już znany w Europie, skatalogowany jako przyszły Camus Francji, ludzie przystają, gdy idzie ulicą. Dwadzieścia siedem lat, a już trzy powieści (ci Francuzi, rzeczywiście...).

Pomijając niewygody tej nieco karkołomnej pozycji, Le Clézio – tak mi się zdaje – jest zagrożony z dwóch stron. Pierwsze niebezpieczeństwo, to gatunek życia, jaki mu przypadł w udziale, zbyt rajsko-idylliczny. Zdrów, krzepki, opalony wśród kwiatów Nicei, z ładną żoną, krewetki, rozgłos i plaża... czegóż chcieć więcej? Jego powieści dyszą mrokiem nieprzeniknionym najskrajniejszej rozpaczy, gdy on sam, młody bóg w majteczkach kąpielowych, zanurza się w lazury słone Morza Śródziemnego. Ale ta kontrowersja jest zbyt naskórkowa, aby go mogła naprawdę skompromitować i dopiero drugi jad, o wiele bardziej przenikający, staje się wehikułem tej pierwszej trucizny. Ten drugi jad, to uroda.

Musiałbym go znać, gdy miał lat czternaście, trzynaście, aby móc o tym coś konkretniejszego powiedzieć. Tak jak go widzę obecnie, on broni się przed urodą przede wszystkim głosem – który jest niespodziewanie gruby, męski, solidny – tudzież krańcowym tragizmem swej wizji świata, a także heroizmem postawy etycznej. Mimo to zdarzają mu się pewne koncesje, jego żona, na przykład, też jest ładniutka i mają samochodzik sportowy niezłej marki, niemniej przystojny. A też uważam za bardzo znaczące i charakterystyczne, iż mieszkają w Nicei na placu, który się nazywa „Ile de Beauté” (Wyspa Piękności). Nie będę twierdził, naturalnie, że umyślnie ten plac sobie wybrali, ale w życiu zdarzają się takie zbieżności niedyskretne, demaskujące ukrytą tendencję... ten przypadek, moim zdaniem, nie jest wyłącznie przypadkiem.

Le Clézio tedy składa się z kontrastów: z jednej strony uroda, zdrowie, sława, fotosy, Nicea, róże, samochodzik, z drugiej ciemność, noc, pustka, samotność, absurd, śmierć. Ale jego największa trudność to ta, iż w nim dramat staje się urodziwy, powabny. On się buntuje, „młodość, nie wiem co to jest, to nie istnieje”, powiedział w którymś wywiadzie... ale nie wziął pod uwagę, że młodym nie jest się dla siebie samego, młodym jest się dla innych, poprzez innych.

Jedyne, co by go mogło uratować, to śmiech.

 

 

Le Clézio pozostał jednak śmiertelnie poważny do dzisiaj jak przystało na pana doktora nie tylko filologii francuskiej, albowiem w roku 1983 obronił w Instytucie Studiów o Meksyku kolejny doktorat z zakresu historii Michoacán, stanu w południowo-zachodnim  regionie tego kraju. Zaczął zapewne od informacji, że Olmekowie zaludnili te ziemie ok. roku 250 p.n.e., a później ubolewał, że stworzona przez ludy Keczua tysiącletnia cywilizacja rozpadła się w okamgnieniu z chwilą dotarcia tu hiszpańskich konkwistadorów, wspomaganych przez czarną ospę.

Oczytanie nie jest oczywiście niczym złym, ale może być pułapką. Postrzegany do roku 1975 jako innowator i buntownik, naśladował przecież w swoich eksperymentach formalnych choćby Michela Butora, bo taka panowała wówczas moda w literaturze francuskiej. Ale nawet wtedy, gdy jego sprzeciw wobec „zautomatyzowanej cywilizacji” przybrał kontestacyjną postać (w latach 1970-74 przemieszkiwał wśród Indian w panamskich dżunglach), to Indianinem przecież nie został, mimo iż poznał ich język i obyczaje. I nie zmieni tego faktu żadne oświadczenie pisarza, choćby zostało wygłoszone w dobrej wierze (na potrzeby promocji  własnych książek z tego zakresu): „Jestem Indianinem. Nie wiedziałem o tym, dopóki nie spotkałem Indian. Teraz wiem. Nie jestem może bardzo dobrym Indianinem. Nie umiem uprawiać kukurydzy, nie potrafiłbym wydłubać pirogi. Peyotl nie ma na mnie wielkiego oddziaływania. Ale jeśli chodzi o resztę, o sposób chodzenia i mówienia, okazywania miłości i odczuwania strachu, to mogę powiedzieć, że kiedy zetknąłem się z indiańskimi ludami, ja, który nie myślałem, że mam jakąś rodzinę, poczułem nagle, że posiadam tysiące ojców, braci i żon”.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Sam_bym_chcial_miec_tysiac_takich_zon.jpg 

Sam bym chciał mieć tysiąc takich żon!

 

Uwierzyłbym temu uniwersyteckiemu wykładowcy, gdyby pozostał w dżungli na zawsze. Mówiąc szczerze bardziej przemawiają do mnie książki Paula Gauguina o życiu i wierzeniach Maorysów, nie mówiąc o jego obrazach namalowanych na Tahiti, w tym o obrazie, którego reprodukcję otrzymałem właśnie w czasie sporządzania wypisów z tej lektury: Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Za wystąpienie w obronie ludności tubylczej został skazany przez władze kolonialne na więzienie i wkrótce potem zmarł na atak serca, natomiast Le Clézio w obronie Indian występował tylko na papierze, z którego starał się wycisnąć tyle, ile się da. Ktoś przy omawianiu książki Diego i Frida (1993; wyd. polskie 2009) bezbłędnie to wychwycił: „Autor nie popisał się, jeśli chodzi o zarys artystycznych osobowości. Za często wykorzystuje w niej cytaty z innych książek czy anegdoty. Więcej jest tam zapożyczeń niż samej treści”].

Tak się złożyło, że będzie starzał się wraz ze mną, bo jesteśmy rówieśnikami. Ale na pewno będziemy się starzeć inaczej, ponieważ żyjemy i widzimy inaczej. Nigdy bym się nie podpisał pod tym, co on powiedział, bo dla mnie są to sprawy bardziej niż marginalne:  „Jest tyle rzeczy, które trzeba nauczyć się widzieć. Nikt się niczym nie zachwyca. Ludzie żyją wśród cudów i nie zwracają na nie uwagi. Jest tyle niezwykłych i pięknych przedmiotów, chromowanych, z przewodami, silnikami i reflektorami! Są nożyczki, długopisy, zegarki, kałamarze, lusterka samochodowe, butelki lemoniady, widelce, papierosy, szyby, suszarki do włosów, wagi, swetry, windy, rowery, monety, maszyny do pisania, tranzystory”].

 

 

Odkrył, że najlepszy sposób zlania się z jakimś gatunkiem – to próbować pożądać samicy tego gatunku.

[W Kenii urodziła się dziwna koza o ludzkich rysach twarzy. Ponieważ takie kozie noworodki pojawiły się także w wielu innych krajach pasterskich tego kontynentu, a także na Bliskim Wschodzie, snuje się przypuszczenia, że jest to wytwór zoofilii, czyli spółkowania ze zwierzętami. Żeby jednak mieć pewność, że pasterz-zoofil pożądając samicy koziego gatunku chciał przez to zlać się z tym gatunkiem, należałoby wpierw zmusić go do tego, żeby wyśpiewał, a raczej wybeczał prawdę].


http://jbr.blox.pl/resource/kozakenia.jpg



 

Ten, kto pisze, tworzy sobie los…

[Ten, kto nie pisze, też tworzy sobie jakiś los, który nie zawsze jest ślepy, o czym był święcie przekonany jeden z naszych poetów staropolskich:

 

Na kogo srogi się uweźmie los,

  ten złamie palec, ucierając nos…

 

Jeśli był to palec niezbędny do pisania, to już wiemy, dlaczego  w tamtych czasach grafomanów było znacznie mniej niż teraz].

 

Jego prawda była poza nim.

[Widocznie była to prawda ewangeliczna. W ujęciu teologicznym wszystko może być poza nami, nawet świadomość. Chwała Bogu, że przynajmniej podświadomość jest w nas].

 

Od nadmiernego oglądania świata – świat całkiem wyszedł mu z oczu.

[Pytanie brzmi: dokąd poszedł świat? Skoro na oczy liczyć nie można, to w jaki sposób to ustalić? Pi razy oko?].

 

Rodzice urzeczowiają swoje dzieci – traktują je jak przedmioty – przedmioty, które można posiadać. Przekazują dzieciom psychozę na punkcie rzeczy.

[Przy końcu wstępu zacytowałem Le Clézio, który wydawał się też cierpieć na tę psychozę. Ale akurat pod tym stwierdzeniem podpisałbym się nawet obiema nogami. Z małym komentarzem. Rodzice tego typu, stanowiący zdecydowaną większość, też byli kiedyś dziećmi urzeczowionymi i dlatego takie wzory zachowań, bo innych nie znali, przenieśli na własne dzieci. Znacznie trudniej jest nauczyć kogoś, jak być, niż jak mieć].

 

Równoczesność to jeden z koniecznych elementów Jedności.

[Trzeba chyba sięgnąć do teorii względności, żeby to stwierdzenie zrozumieć. Czy rozumiałem je w momencie zapisywania? Śmiem w to wątpić. Czy Le Clézio, mój rówieśnik, będący w momencie wydania tej książki jeszcze młodszy niż ja w owym czasie, mógł w pełni rozumieć, co w tym zdaniu chciał powiedzieć? Wykluczone! Po prostu zachwycił się ciekawą konstrukcją słowną, stworzoną zapewne w całości lub w części przez kogoś innego, bo chłopak był nafaszerowany cudzymi mądrościami jak indyk. A jaki ma to wszystko związek z teorią względności?

W przeciwieństwie do mechaniki newtonowskiej, w której równoczesność zdarzeń nie zależy od układu odniesienia (związanego z niezmiennością upływu czasu), szczególna teoria względności opiera się na założeniu, że dwa zdarzenia są równoczesne w pewnym układzie odniesienia, gdyż mają w nim tę samą współrzędną czasową. Oczywiście nie zawsze tak jest, możliwa jest bowiem utrata równoczesności zdarzeń. Mogą one także ulec odwróceniu w układzie poruszającym się z prędkością światła, ale mówiąc szczerze mam to wszystko w głębokim poważaniu, bo do szczęścia wystarcza mi prędkość, z którą poruszam się podczas moich codziennych wędrówek po górkach].

 

Wychodząc od swego własnego ludzkiego ciała, od sumy aktualnych doznań, unicestwia się poprzez podwójny system zwielokrotnienia i utożsamienia.

[Już myślałem, że po poprzednim komentarzu będę mógł trochę odetchnąć, ale Le Clézio musiał przecież czymś poruszyć znudzonych mopsów z jury Nagrody Renaudot, żeby mu tę nagrodę przyznali. Choćby tym unicestwianiem się „poprzez podwójny system zwielokrotnienia i utożsamienia”. Czego i z czym? Nie bądźmy drobiazgowi!].

 

To tak jak z odchodami, nie lubię myśleć, że zostawiam gdziekolwiek cząstkę siebie samego. Chcę być nienaruszony.

[Dlatego niektórzy swoje odchody po prostu zjadają].

 

Szukają sposobu wtopienia się w rzeczy, bo lękają się swojej własnej osobowości (dzieci).

[Dzieci mogą lękać się jedynie osobowości osób dorosłych, których opiece zostali powierzeni wbrew swojej woli. Dotyczy to niestety także osób rzekomo najbliższych, przede wszystkim zakompleksionych matek. Ich teatralna nadopiekuńczość budziła moje rozbawienie do momentu, gdy zrozumiałem, że dzieje się to z ogromną krzywdą dla ich dzieci].

 

W obłędzie nie ma krańcowości.

[W obłędzie są same krańcowości, młody ośle, czyli autorze tej wydumanej książki!].

 

Na szczęście nie żyjemy logicznie. Życie nie jest logiczne.

[Jest to tak oczywiste, że nawet takiemu logikowi jak ja pozostaje tylko opatrzyć to stosowną ilustracją, jedną z tysiąca możliwych do pokazania na poparcie tej tezy].  

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zycie_nie_jest_logiczne.jpg

 

 

Cdn.

 

 

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/hotel-dla-twoich-rzeczy

Tym razem podaję link awizujący najnowszą książkę mojej córki Joanny, naprawdę znakomicie napisaną. Przyznam się, że prędzej spodziewałem się odejścia z tego świata, niż tego, że jeszcze za mego życia ukaże się książka autobiograficzna poświęcona w kilku fragmentach także ojcu, który przez całe dziesięć lat nie miał ze swoją dorastającą córką żadnego kontaktu. Zwrot „nie z jego winy” byłby dla mnie zbyt łatwym usprawiedliwieniem, bo przecież moją winą nie do odkupienia było to, że moja córka nie miała pełnego domu. Dla małego dziecka złe czy dobre wybory życiowe jego rodziców to kwestia nawet nie trzeciorzędna.  



17:23, jbroszkowski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 czerwca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 48)

 

Robert Musil Trzy kobiety. Czytelnik 1963

 

[Robert Musil (1880-1942), austriacki pisarz, znany najbardziej jako autor niedokończonej powieści eseistyczno-psychologicznej pt. Człowiek bez właściwości, długiej na 1641 stron, u nas wydanej po raz pierwszy w czterech tomach przez PIW w roku 1971, a zatem w moich zeszytach dawnych lektur (prowadzonych w latach 1963-68) nie mogła zostać odnotowana.

Będąc synem inżyniera, miał, podobnie jak Stendhal, umysł ścisły. Próbował także zrobić karierę oficerską. Przerwał jednak edukację w Wojskowej Akademii Technicznej w Wiedniu i rozpoczął studia na budowie maszyn politechniki w Brnie, gdzie jego ojciec był wykładowcą. W roku 1901 uzyskał dyplom inżyniera. Później w Berlinie studiował filozofię i psychologię, pracował jako bibliotekarz, redaktor, względnie jako wysoki urzędnik państwowy, a w roku 1922 poświęcił się wyłącznie literaturze. Wielkich profitów raczej mu to nie przyniosło, skoro po wyemigrowaniu w roku 1938 do Szwajcarii żył tam przez cztery lata w skrajnej biedzie i osamotnieniu aż do zbawczej śmierci].

 

       http://jbr.blox.pl/resource/musilback2.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Musil_Trzy_kobiety.jpg

    

 

Zjawienie się dziecka naruszyło spoistość tej miłości, podobnie jak woda, która sącząc się w szczeliny kamienia rozsadza go coraz bardziej.

[Jakże często brak dziecka narusza spoistość miłości, zazwyczaj miłości własnej mężczyzny, bo stawia pod znakiem zapytania jego zdolność do reprodukcji. W sytuacji, gdy na świat przychodzi dziecko kalekie, rzadziej dochodzi  do rozpadu związku. Partnerzy trwają w nim, wspierając się wzajemnie w swym poczuciu głębokiej frustracji, tak jakby oboje byli naznaczeni trądem, więc pogrzebanie się za życia w tym prywatnym leprozorium wydaje im się wręcz koniecznością].

 

Pośród niezliczonych ciał istnieje jedno jedyne, od którego tkwiąca w nim istota zależna jest niemal tak, jak od własnego ciała.

[Jestem ciekaw, jak to jest w przypadku ciąż mnogich? Niedawno przyszły na świat bliźniaczki, trzymające się za rączki, tak jakby wiedziały, że ich matka ma dwie piersi pełne mleka, więc nie trzeba się będzie przepychać w dostępie do nich. W przypadku trojaczków konieczna byłaby trzecia pierś].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/kobieta_o_trzech_piersiach.jpg

 

Zniknęły wszelkie rozważania nad biegiem spraw tego świata, wszelka możliwość przesytu i niewierności, gdyż nikt nie poświęci tego, co wieczne, dla lekkomyślności jednego kwadransa.

[Wieczne?  Chodzi zapewne o chwilowe poczucie wieczności, bo już w następnym pokoleniu ród może wygasnąć z powodu braku jakiegokolwiek potomstwa].

 

Uwolnił się od przywiązania do życia i od strachu przed śmiercią.

[Można nad tym zapanować tylko do pewnego stopnia – instynkt samozachowawczy jest niezwykle silny. Oczywiście od strachu przed śmiercią znacznie większy może być lęk przed „życiem po drugiej stronie życia”].

 

Trzeba wyzbyć się złudzeń, jakoby natura była naturalna; jest ona jak ziemia, szorstka, jadowita i nieludzka we wszystkim, czego człowiek nie narzuci jej przemocą.

[Natura właśnie dlatego jest naturalna, że może być nieludzka we wszystkim, czego człowiek nie narzuci jej przemocą. Wobec mnie jest ona od wielu lat wręcz przyjazna, no ale ostatnie ruchy górotwórcze w Beskidzie Niskim ustały kilkadziesiąt milionów lat temu, a trzęsienie ziemi w skali bardzo umiarkowanej (ok. 4,0), niepowodujące żadnych zniszczeń, dotknęło te ziemie po raz ostatni w roku 1778. Niedawno jednak, bo przy końcu kwietnia br., w jodłę rosnącą tuż przy „Zofiówce”, w której mieszkam, uderzył piorun. Gdybym był wyższy od tej jodły, mógłby rąbnąć we mnie. Powiedzmy, że udałoby mi się ten atak przeżyć, ale czy miałbym szansę narzucić coś przemocą piorunowi, skoro jest on zjawiskiem nietrwałym?

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Moje_zdjecie_na_tle_jodly_w_ktora_uderzyl_piorun.jpg

 

Albo w jaki sposób mógłbym przeciwstawić się kolejnemu osuwisku na Górze Cergowej, gdyby ono nastąpiło w trakcie forsowania przeze mnie tej góry w dniu 22 czerwca br. na południowym stoku jej zachodniego ramienia? Jedynym rozsądnym wyjściem w tej sytuacji byłoby ukrycie się w jednej z tamtejszych jaskiń, które powstały dzięki wcześniejszym ruchom osuwiskowym. Gdyby wejście do niej zostało zasypane, mógłbym spróbować przeczołgać się na drugą stronę góry i poszukać wyjścia awaryjnego. Legenda głosi, że tak kiedyś uczynił pies leśniczego. Wprawdzie wyszedł po drugiej stronie góry zupełnie pozbawiony sierści, ale dla mnie nie byłoby to aż taką stratą, bo mam jej przecież niewiele].

 

Nieskończoność spływa niekiedy kroplami.

[Już kiedyś pisałem o tym, że do tego pojęcia podchodzono bardzo nieufnie nawet w starożytności, gdyż prowadziło ono do wielu paradoksów, a nawet absurdów. Współcześnie pisał o tym Stanisław Lem tak: „Kiedy da­wać psu kiełbasę za­palając lam­pkę, po ja­kimś cza­sie pies będzie wydzielał ślinę na sam wi­dok światła. A kiedy człowieko­wi po­kazy­wać at­ra­men­to­we baz­gro­ty na pa­pie­rze, po ja­kimś cza­sie po­wie, że to wzór na nieskończoność wszechświata. Wszystko to fizjologia mózgu, tresura, nic więcej”].

 

Przepaść nie istniała; można było przejść na drugą stronę.

[Dlaczego to wypisałem, nie wiem? Żeby ten wypis jakoś usprawiedliwić, przytoczę anegdotę świetnie opowiadaną przez Adama Hanuszkiewicza:

Przez góry wędruje samotny turysta i kiedy już jest na szczycie, mając nadzieję, że wkrótce będzie mógł zejść w dół do osady, nagle widzi przed sobą trzystumetrową przepaść. Zapada zmierzch i robi się zimno. Osłabł, o powrocie nie ma mowy. Raptem jak w fatamorganie wyrasta na skraju przepaści jakiś wędrowiec, który kiwa głową w zafrasowaniu:

– Przepaść...

– No tak, przepaść...

– Przeskoczyć się nie da...

– Nawet kozica nie przeskoczy!

– A może przefrunąć?

– Jak przefrunąć?

– Tak...

I ten drugi zaczyna machać rękami, unosi się, lata mu nad głową i jakby od niechcenia przelatuje na drugą stronę. Po czym ponownie wzlatuje i będąc w powietrzu unosi ręce w ekstatycznym zachwycie:

– Ach, jak tu pięknie!

– Co pan robi?

– Chyba pan widzi, że latam!

I znowu kołuje nad przepaścią, po czym nagle ląduje u stóp turysty:

– No...

– Co no? Ludzie nie latają! 

– A ja nie człowiek?

I znowu leci. Nagle zdumionemu turyście coś zaświtało:

– Każdy tak może?

– Oczywiście!

– Ja też?

– Tak, tylko trzeba mieć odwagę. Proszę stanąć na skraju przepaści, machnąć mocno rękami i zacznie pan latać!

Turysta postępuje zgodnie z instrukcją, po czym zwala się z wrzaskiem w przepaść i zostaje po nim krwawa miazga. A tamten kołuje tak nad nim, kołuje, kołuje, zlatuje w dół, siada nad zwłokami i mówi: „Jak na anioła stróża podły mam charakter...”].

 

 

 

Niepokoje wychowanka Törlessa. WL 1965

 

 

     http://jbr.blox.pl/resource/mili_1892.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Niepokoje_wychowanka.jpg

 

 

Zawsze istnieje pewien punkt, w którym człowiek przestaje wiedzieć, czy jeszcze kłamie, czy też to, co wymyślił, nie jest prawdziwsze od niego samego.

[Jeśli czyni to po to, by nie stracić nadziei w siebie, to trudno się temu dziwić. Jerzy Andrzejewski powiedział, że nadzieję zabija nie kłamstwo, lecz prawda].

 

Być we dwoje oznacza tylko podwójną samotność.

[Doświadczyłem czegoś takiego kilka razy w życiu. Z czego się to bierze? Może z tego, że nie da się kochać za dwoje?].

 

Najpiękniejsza była dlań ta chwila, kiedy miał wszystko już za sobą, chodziło mu bowiem tylko o posiadanie wspomnień.

[Jeśli ktoś chce żyć tylko dla wspomnień, to nie pozostaną po nim nawet wspomnienia].

 

 

-----------------------------------------

[Mało tych wypisów; dopiero znacznie później czytałem Marzycieli czy Człowieka bez właściwości, wypisów jednak już wtedy nie robiłem, dlatego skorzystam z tych, które zrobili inni – zazwyczaj bez zaznaczenia źródła].

 

 

„Bądź moja” – jest w tym miłość, racjonalizm... i kapitalizm.

[Mówi się, że miłość to największy skarb. Termin „kapitał” rezerwuje się dla rodziny, dzieci czy najogólniej dla ludzi („kapitał ludzki”). Kiedy mowa o kapitale, nieodparcie nasuwa się na myśl Karol Marks. Mary Gabriel, autorka książki biograficznej o jego życiu, zatytułowała ją znamiennie Love and Ca­pi­tal (Mi­łość i ka­pi­tał). Nie chodziło o miłość Marksa do dzieła zatytułowanego Kapitał (1867), które po siedemnastu latach żmudnych wysiłków i doprowadzeniu rodziny do nędzy ukazało się zaledwie w jednym tomie. Według autorki w domu Marksów miłości było pod dostatkiem, a kapitału za grosz, co szczególnie dziwić nie może  – pochodził  bowiem z zasymilowanej rodziny żydowskich rabinów, a nie fabrykantów.

Nie wiem, jakiż to był dostatek miłości małżeńskiej, skoro jego żona Jenny, wywodząca się z arystokratycznej rodziny von Westphalenów, musiała z powodu życia w ciągłej biedzie opłakać śmierć ośmioletniego syna (zmarł w 1855 roku na gruźlicę jelit), a siedem lat później Marks tak pisał w liście do Engelsa: „Każ­de­go dnia żona mówi mi, że chcia­ła­by wraz z dzieć­mi za­znać już spo­ko­ju w gro­bie, i na dobrą spra­wę nie mogę jej winić: po­ni­że­nia, udrę­ki i obawy, któ­rych można za­znać w na­szej sy­tu­acji, są trud­ne do opi­sa­nia”. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie bezinteresowna pomoc finansowa Fryderyka Engelsa, syna właściciela fabryk włókienniczych, który rodzinę Marksa de facto utrzymywał. To dzięki niemu wyszły po śmierci Karola dwa pozostałe tomy Kapitału, nie przyczyniając się jednak w sposób znaczący, tak jak i pozostałe dzieła owych dwóch sztandarowych twórców socjalizmu naukowego, do poprawy losu uciemiężonych robotników (znacznie większe zasługi w tym względzie mieli kapitaliści „na zgniłym Zachodzie”). Inna sprawa, że głoszone przez nich wskazówki dotyczące osiągnięcia realizacji idei komunistycznych nie zostały wykorzystane nigdy w żadnym państwie realnego socjalizmu].

 

Wiele osób było w młodości choć raz w stanie miłosnym – to coś innego, niż być zakochanym – jest to stan spokrewniony z poezją.

[Nawet w późnej starości można być w stanie miłosnym, pod warunkiem, że człowiek jest w stanie w takim stanie być. Tłumaczenie, że życie odarło kogoś z poezji, jest dla mnie śmieszne, bo to my sami przyzwoliliśmy na to, nikt inny].

 

Naprawdę wielkie fizyczne podniecenie zawdzięcza zwykle swą intensywność sile wyobraźni.

[Istotnie, wyobraźnia ma w tym zakresie wielką moc sprawczą. Stanowiła kwintesencję miłości romantycznej, która obecnie przydarza się już chyba tylko dzieciom w wieku przedszkolnym (z silnym podnieceniem objawiającym się wyłącznie w sferze ruchowej). Autorowi chodziło jednak wyraźnie o miłość fizyczną, a tu rządzi przede wszystkim chemia. Największe fizyczne podniecenia wyzwalały we mnie kobiety, których w innym razie nie widziałbym przy sobie (ściślej: pod sobą) nawet w najdzikszych wyobrażeniach].

 

Życie poświęcone wielkiej miłości właściwie nie ma nic wspólnego z posiadaniem i pragnieniem posiadania, które należą raczej do dziedziny takich pojęć jak oszczędność, przywłaszczenie i chciwość.

[Od razu moja myśl biegnie do tragicznego wydarzenia sprzed dwudziestu lat, kiedy Piotr Gruchot (jakie nazwisko, taka osobowość) zamordował w imię rzekomo wielkiej miłości córkę Eleni, Afrodytę (jakie imię, taka osobowość). Oczywiście ta jego chora miłość własna związana była wyłącznie z pragnieniem posiadania na wyłączność pięknej dziewczyny.

 

 

       http://jbr.blox.pl/resource/snHsJ0Q7wrw.jpghttp://jbr.blox.pl/resource/Afrodyta.jpg

 

 

Wiara bywa mściwa, ale może też być wybaczająca. W imię właśnie takiej wiary zrozpaczona piosenkarka wybaczyła mordercy, uważając, że miłości można poświęcić jedynie własne życie. I że miłość, która zbawi świat,  niekoniecznie musi być wielka  https://www.youtube.com/watch?v=u6M6NGajsdQ&feature=kp].

 

Człowiek, czyli właściwie zwierzę posiadające dar mowy, jest jedynym stworzeniem, które potrzebuje rozmów również do rozmnażania się.

[Do tej pory wydawało mi się, że ludziom do rozmnażania się potrzebne są wyłącznie plemniki i komórki jajowe].

 

Żadna granica nie kusi tak do szmuglowania, jak granica wieku.

[Jeśli chodzi o kobiety, to wiadomo, że zrobią wszystko, żeby na podstawie wyglądu nie można było ustalić precyzyjnie ich wieku metrykalnego. Niekiedy po prostu wyglądają młodo, ale najczęściej odmładzają się dzięki odpowiednim zabiegom kosmetycznym, względnie operacjom plastycznym. A tu masz babo placek: wszędzie żądają albo daty urodzenia, albo numeru peselu, który tę datę również zawiera. Według nich dowód osobisty powinien zawierać wyłącznie numer oraz kod kreskowy z danymi osobowymi, możliwymi do odczytania jedynie w bazie danych, chronionej co najmniej tak jak baza w Guantanamo, hm, a co z metryką urodzenia?

Jedna z pań („baba 65 wyglądem ‘50”) postuluje, by w tej kłopotliwej sprawie wystąpić z petycją do Sejmu. No tak, można przecież wskazać na problem dyskryminacji ze względu na wiek, powołując się na art. 21 Karty praw podstawowych UE: „Zakazana jest wszelka dyskryminacja ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religię lub światopogląd, opinie polityczne lub wszelkie inne, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, WIEK lub orientację seksualną”.

Wtóruje jej „krytyk polityk”, zachowujący się jak chłopobaba (wskazuje na to jego oświadczenie, że nigdy nie obejrzał meczu piłkarskiego): „Mój wiek to moja sprawa prywatna, nie publiczna. Kiedyś zaglądano niewolnikowi w zęby, by ustalić jego wiek i stan zdrowia, ponieważ nie znano najczęściej daty urodzenia takiego nieszczęśnika. Dzisiaj stanu uzębienia już się nie sprawdza, ponieważ jest data urodzenia. Cel ten sam i upokorzenie to samo”, patrz: http://www.polityka.pl/forum/1126655,pesel---rzecz-klopotliwa.thread?sort=DESC.

A ja nie tylko przyznaję się publicznie do swego wieku metrykalnego – w rozmowach z napotkanymi ludźmi dodaję sobie co najmniej pięć lat; jeszcze trochę i będę twierdził, że mam ponad sto lat!].

     

 

http://jbr.blox.pl/resource/Nie_pomoze_tysiac_roz_kiedy_czlowiek_stary_juz.jpg 

Nie pomoże tysiąc róż, kiedy człowiek stary już!

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



02:27, jbroszkowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 czerwca 2014
Zeszyty dawnych lektur (odc. 47)

 

Beniamin Constant Adolf. Książka i Wiedza 1948

 

[Henri Benjamin Constant de Rebecque (1767-1830) – francuski pisarz, filozof i polityk liberalny, pochodzący z francuskojęzycznej części Szwajcarii, tak jak i Germaine de Staël-Holstein, znana jako Madame de Staël, powieściopisarka i publicystka, z którą związany był od roku 1794 nie tylko intelektualnie, ale i uczuciowo, mimo iż była mężatką, niezbyt oczywiście przykładną, co wówczas stanowiło normę obyczajową. Można by ten burzliwy związek nazwać fatalnym zauroczeniem, gdyż zwichnął on karierę polityczną Constanta. Będąc początkowo zagorzałym  bonapartystą (w roku 1799 poparł dokonany przez Napoleona wojskowy zamach stanu i uzyskał miejsce w Trybunacie) stał się nieprzejednanym wrogiem Cesarza Francuzów, gdy ten wydał zakaz jego kochance, jako niebezpiecznej intrygantce, zbliżania się do granic Paryża na mniej niż 40 mil.  Usunięty w roku 1802 z Izby jako jeden z przywódców liberalnej opozycji udał się wraz z nią (właśnie wtedy owdowiałą)  na wygnanie.

 

http://jbr.blox.pl/resource/portrait_of_madame_de_stael_postcardsrea11e5a0983b44cb8526eb99a07b099a_vgbaq_8byvr_324.jpg

Madame de Staël, portret pędzla  François Gérarda  

 

 Osiadła w Szwajcarii, w rodzinnym pałacyku swego  ojca w Coppet nad Jeziorem Genewskim. Tam skupiła wokół siebie krąg intelektualistów, określany obecnie mianem Grupy z Coppet, będącej jednym z najważniejszych ośrodków wymiany myśli i tworzenia idei w ówczesnej Europie, któremu przewodziła przez piętnaście lat. Constant czynnie w życiu tej Grupy przez długi czas uczestniczył, ale nie jemu powierzyła bogata wdówka swoją rękę, gdy w 1811 roku postanowiła wyjść ponownie za mąż. Zapewne nikt poza nim się temu nie dziwił: był młodszy od niej zaledwie o sześć miesięcy, no i miał posturę typowego intelektualisty o zapadłej piersi, a Albert de Rocc, oficer armii francuskiej, świetnie prezentujący się nie tylko w mundurze, był młodszy od niej o całe dwadzieścia pięć lat.

Nic zatem dziwnego, że zawiedziony kochanek związał się ponownie z Napoleonem w okresie tzw. Stu Dni (1815), podczas gdy ona pozostała nieprzejednanym przeciwnikiem „małego kaprala” do końca jego dni, od roku 1812 spiskując przeciwko niemu w Anglii. W Paryżu znalazła się dopiero wiosną 1814, gdy do władzy powrócili Burbonowie. Pod ich opiekuńczymi skrzydłami otwarła tam ponownie swój salon towarzyski, zapewne zamknięty w dniach 20 marca – 22 czerwca, kiedy Napoleon odzyskał władzę we Francji, ogłaszając 22 kwietnia  w opuszczonym przez króla Ludwika XVIII Pałacu Tuileries liberalną konstytucję, opracowaną przez Benjamina Constanta, co dla Madame de Staël było niewątpliwie zniewagą.

W przeciwieństwie do swej dawnej mentorki był on w swoich poglądach znacznie bardziej chwiejny, zarzucano mu nawet koniunkturalizm, gdy po upadku Napoleona poparł dynastię Burbonów. Ale na jego usprawiedliwienie można dodać, że swoich liberalnych poglądów nie zmieniał od 1795 roku, kiedy jako publicysta popierał rządy Dyrektoriatu, aż do roku 1830, gdy jako jeden z przywódców liberalnej opozycji zasiadającej w Izbie Deputowanych, poparł zwycięską rewolucję lipcową. Zmarł w kilka miesięcy później, w grudniu 1830, a jego pogrzeb w Paryżu przemienił się w wielką demonstrację patriotyczną.

Madame de Staël takiego pogrzebu nie miała. Zmarła zresztą znacznie wcześniej, w roku 1817,  tak jak na damę przystało – po ataku paraliżu, który dopadł ją na balu u diuka de Decazes. Miała więc możliwość przeczytania znakomitej powiastki Adolf, opublikowanej w roku 1816, która została uznana za arcydzieło literatury francuskiego romantyzmu. Jej autorem był właśnie Benjamin Constant. Sama również była autorką dzieł literackich, w tym uznanej za pierwszą powieść feministyczną Corinne ou l’Italie (1807), ale Korynna (tytuł przekładu polskiego) nie umywała się do Adolfa, będąc po prostu czytadłem nudnym – oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia. W tamtych czasach to ona, jako salonowa lwica obracająca się w najlepszym towarzystwie, w którym ceniono wyłącznie bon moty, krótkie, dowcipne anegdoty lub powiedzenia zbliżone do przysłów, ziewała zapewne głośno i odczuwała niesmak przy czytaniu takiego oto wywodu swego dawnego adoratora i powiernika:

 „Nauczyłem się nigdy nie mówić o tym, co mnie zajmuje; znosiłem rozmowę jedynie jako przykrość konieczną, a wówczas ożywiałem ją nieustannym dowcipkowaniem, które czyniło mi przymus mniej nużącym i pomagało ukryć prawdziwe myśli. Stąd pewien brak swobody, jaki dziś jeszcze przyjaciele mają mi za złe, oraz trudność rozmawiania poważnie, jaką zaledwie mogę przezwyciężyć. Równocześnie wynikło stąd żarliwe pragnienie niezależności, bunt przeciw więzom, jakie wyczuwałem dookoła, niezwalczona obawa nałożenia sobie nowych. Czułem się dobrze tylko sam. Usposobienie to zostało mi do dziś dnia; tak dalece, iż w lada okolicznościach, kiedy mi trzeba wybierać, towarzystwo ludzkie nuży mnie i naturalnym mym pędem jest uciekać przed nim, aby się skupić w spokoju i samotności”.

 

http://jbr.blox.pl/resource/BenjaminConstant.jpg http://jbr.blox.pl/resource/Adolf.jpg

 

Równie nudna była jej publicystyka społeczno-polityczna. Natomiast Constant położył podwaliny pod rozwój teorii demokracji liberalnej, a wielkimi zwolennikami jego tez konstytucyjnych byli między innymi kaliszanie – szlacheckie stronnictwo liberalne działające w Sejmie Królestwa Kongresowego (lata 20. XIX wieku). W okresie powstania listopadowego, jeden z przywódców kaliszan Wincenty Niemojewski opublikował w roku 1831 wybór pism politycznych Benjamina Constanta pod tytułem O monarchii konstytucyjney i rękoymiach publicznych. Ale czy jego przemyślenia polityczne nie odnoszą się również do spraw aktualnych? Można by je dedykować na przykład Prezesowi PIS: „Dla człowieka, który chce zostać wybrany przez lud, głupcy są korporacją szacowną, bo zawsze stanowią większość”. Źródło: Dzienniki poufne, tłum. Joanna Guze, Czytelnik, Warszawa 1980, str. 236. Czy to: „Kraj, który ocalenie swoje miałby zawdzięczać jedynie takiemu czy innemu człowiekowi, nie zostałby ocalony na długo, nawet przez tego człowieka, a poza tym nie zasługiwałby na ocalenie”].

 

 

 „W miłości jedynym zwycięstwem jest ucieczka” (Napoleon).

[Powołanie się przez Constanta na Napoleona musiało szczególnie mocno ubodnąć Madame de Staël, tym bardziej że snute przez byłego kochanka psychologiczne rozważania na temat miłości miały niewątpliwie jakieś odniesienie do ich związku. Od siebie dodam, że przed miłością uciec można, ale przed sobą raczej nie; chyba że w kolejną miłość, w kolejną iluzję miłości].

 

…jak gdybyśmy się chcieli zemścić na własnych uczuciach za ten ból, że nie możemy ich objawić!

[Ulga po objawieniu uczuć przeradza się w pewnym momencie w ból jeszcze bardziej dojmujący, bo okazuje się, że lepiej było je skryć; ujawnia się w tym sprzeczność z zasadą przyjemności, której człowiek oddałby się bez reszty, gdyby do głosu nie dochodziła zasada rzeczywistości. Prosta dążność do optymalnego zaspokojenia popędów ściera się tu z niezwykle złożonymi wymogami moralnymi, które chcą być urzeczywistnione w równie maksymalny sposób, nawet jeśli są nam z gruntu rzeczy obce, narzucone przez wzory zachowań, z jakimi zetknęliśmy się szczególnie w okresie wczesnego dzieciństwa. Patrz: Zygmunt Freud Poza zasadą przyjemności].

 

Nie żywiłem niechęci do nikogo, ale mało kto mnie interesował; otóż, obojętność uraża ludzi, przypisują ją uprzedzeniu, lub chęci zwrócenia na siebie uwagi; nie chcą wierzyć, aby po prostu można się było nudzić w ich towarzystwie.

[W dawnych czasach myślałem podobnie, póki nie zrozumiałem, że mimo wszystko lepiej jest dzielić się swoją samotnością z ludźmi, niż być samotnym wśród ludzi].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/pojeciesamotnosciwsrodtlumu3dpixmaczdjecie12172639.jpg

 

Uczucia nasze są mętne i mieszane; składają się z mnóstwa różnorodnych wrażeń, umykających się obserwacji; słowo zaś, zawsze zbyt grube i ogólnikowe, może wprawdzie je zaznaczyć, ale nigdy określić.

[Uwagi bardzo celne, z tym że słowo potrafi uczucie nie tylko określić, ale i zakreślić wokół jego centrum dowolną ilość kręgów, które zamiast na siebie zachodzić, będą się rozchodziły we wszystkich kierunkach, rzadko właściwych; przekreślić też, ale jest to już inna kwestia].

 

Nie ma zupełnej jedności w człowieku; prawie nigdy nie jest on ani zupełnie szczery, ani zupełnie przewrotny (obłudny).

[Najczęściej mówi się o jedności człowieka z Bogiem, względnie z innymi ludźmi, a niezwykle rzadko o jedności z samym sobą, chociaż bez tego nie jest możliwa jedność z czymkolwiek; reszta to fałsz i obłuda, mości panowie!].

 

Miłość jest jedynie punktem świetlnym, zdaje się nam wszelako ogarniać nas. Przed niewielu dniami nie istniała, niebawem przestanie istnieć; ale, póki istnieje, roztacza swój blask na okres, który ją poprzedzał, jak i na ten, który ma po niej nastąpić.

[Kiedy jesteśmy pogrążeni w ciemnościach, każdy punkt świetlny, nawet najbardziej nikły, wydaje się być „zbawczą jasnością rozpraszającą ziemskiej nocy mrok i cienie, wiodąc hen tam, gdzie wie­cznych zórz jarzą się święte płomienie”. Na takich poetyckich banałach opierają się uczucia, które niebanalne stają się dopiero wtedy, gdy nie rozpalają już naszych serc; w popiele, który się z nich osypuje, można dostrzec skrzący się w słońcu diamentowy pył].

 

Z chwilą, gdy istnieje tajemnica w dwojgu kochających serc, z chwilą gdy któreś z nich zdobyło się na to, aby ukryć bodaj jedną myśl, koniec już czaru, szczęścia! Uniesienie, niesprawiedliwość, przelotna zdrada nawet dadzą się naprawić, ale nieszczerość wprowadza obcy element, który znieprawia miłość i kala ją w jej własnych oczach.

[Nieszczerość znieprawia miłość, no ale przecież tej miłości musiało wcześniej zabraknąć, skoro pojawiła się nieszczerość między partnerami, a przynajmniej u jednego z nich.  Brak uczuć wynika z braku zaufania – świat stworzony przez ufność rozpada się bez niej natychmiast w gruzy].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Kiedy_umiera_ufnosc.jpg

 

 

Chciałem obudzić jej wspaniałomyślność, jak gdyby ze wszystkich uczuć miłość nie była uczuciem najbardziej samolubnym.

[Według Oscara Wilde’a wspaniałomyślność jest istotą przyjaźni, ale miłości chyba nie. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń, bo im bardziej starałem się kierować dobrem tych kobiet, które kochałem, tym więcej wyzwalałem w nich zła. Zresztą ja też tak reagowałem w stosunku do wielu kobiet, które kierowały się wobec mnie podobnymi przesłankami. Miłość dostaje się podobno za darmo – zawsze zazdrościłem szczęśliwcom, którym przypada ona w udziale bez szczególnego wysiłku z ich strony, ot tak, po prostu, mimo iż, a może właśnie dlatego, że są oni stokroć bardziej samolubni niż ja].

 

Pierwszy raz w życiu miała cel; i ponieważ rzucała się ku temu celowi na oślep, chybiała go.

[Hermann Hesse w Sidharcie (tej książki nie omawiałem) ujął tę kwestię niezwykle ciekawie: „Kiedy ktoś szuka […] wówczas łatwo może się zdarzyć, że oczy jego widzą już tylko to, czego szukają, że nie jest w stanie niczego znaleźć, nic do siebie dopuścić, bo myśli tylko o tym, czego szuka, bo ma przed sobą cel, bo jest opętany myślą o celu. Wszak szukać znaczy mieć cel. Zaś znajdować, to być wolnym, być otwartym, nie mieć żadnego celu”].

 

Straszna to rzecz związek mężczyzny, który już nie kocha, i kobiety, która wciąż chce być kochana.

[A związek kobiety, która już nie kocha, i mężczyzny, który wciąż chce być kochany, jest rzeczą mniej straszną?].

 

Smutny jest los kobiet, gdy przekroczą trzydziestkę – cóż im po wolności, skoro mogą dać jedynie to, czego nikt nie chce.

[Wydawałoby się, że po dwustu latach od chwili napisania tych słów, coś powinno się w tym względzie zmienić, tym bardziej że kobiety wyzwoliły się od tamtej pory jeszcze bardziej, ale akurat w tym zakresie, mimo wielu rewolucji obyczajowych, nie wymusiło to żadnych zmian. Może dlatego wiele młodych i atrakcyjnych kobiet próbuje ułożyć sobie życie w ogóle bez mężczyzny. Jeśli ta tendencja będzie się nasilać, to frustratami staną się nie tylko samce w habitach]. 

 

Słabość jest zbrodnią, tak samo jak bezwzględność.

[Zazwyczaj myśli się, że słabość jest zbrodnią dokonywaną na samym sobie, a bezwzględność – zbrodnią dokonywaną na  innych, ale życie nie lubi prostych schematów. Ponadto te terminy nie muszą być antonimami!].

 

Byłem w istocie wolny; nikt mnie nie kochał: byłem obcy całemu światu.

[To poczucie rzeczywistej wolności ma jednak dla nas wyjątkowo gorzki posmak; instynkt stadny jest w nas zakorzeniony tak głęboko, że nie wyobrażamy sobie życia bez czyjeś akceptacji uczuciowej, która przecież też idzie w parze z lękiem przed odrzuceniem].

 

Przewidywał zło, zanim je uczynił, a cofał się z rozpaczą po jego spełnieniu.

[Nudziarz!].

[Chyba jednak muszę otworzyć drugi nawias kwadratowy, bo ktoś, kto nie zna bon motów Oscara Wilde’a, może być zaskoczony moim komentarzem. A Oskar Wilde powiedział tak: „Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący, albo nudni”].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/zlodobro.jpg

 

 

Nienawidzę tej słabości, która wini drugich o własną niemoc.

[Tym razem podeprę się znakomicie uczesaną myślą Stanisława Jerzego Leca: „Własna niemoc jest tak niebezpieczna jak obca przemoc”].

 

Próżno zrywa człowiek ze wszystkim, co jest wewnątrz niego; nie jest zdolny zerwać sam z sobą!

[Człowiek, który pragnie zerwać sam z sobą, najwidoczniej nie jest sobą! Wszelkie inne posiadanie jest iluzją, jeśli się nie posiada siebie].

 

 

                         Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/.



 

 

03:48, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20