RSS
środa, 12 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

Adam i Magda

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:58, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

ja się ożeniłem I

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki (patrz:  (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego, zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.



Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888 roku: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o   j a k o   c o ś   p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

15:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr

_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_

warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http:// www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_ nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (patrz: http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 7)

 

Na oryginalnym nagraniu ta scenka rozegrała się z udziałem pani Magdy, bo akurat na chwilę do nas weszła w trakcie naszych rozmów:

(wchodzi Magda)

Magdo, Adam mówił wczoraj, że to kobiety wybierają mężczyzn, czy to prawda?

Magda: „Ja go nie wybrałam…”.

Adam: „Prawdę mówi – ona mnie nie wybrała, ona mnie uwiodła! A że to nie jest u kobiet świadome, lecz instynktowne, mówi prawdę. Swoją. Tak mówi zawsze, kiedy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji: TO JEST MOJA PRAWDA. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet, którym w obronie swoich racji brakuje argumentów rzeczowych…”

Magda: „Nie słuchajcie tego, co on wygaduje, bo to nieprawda!”.

Adam: „Prawda. Mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami…” etc.

Nie powiodły się więc moje zabiegi redaktorskie, bo i tak wszystko, co jej dotyczyło, zostało przez nią skreślone. 

 

 

Adam i Magda III

 

Nie skreśliła natomiast, gdyż byłaby to jawna dekonspiracja, rozdziału JUŻ DAWNO CHCIAŁEM NAPISAĆ POWIEŚĆ O KOBIETACH, mimo iż doskonale wiedziała, że rzekome notatki z obserwacji, jakie Adam sam poczynił, albo oparł na autentycznych scenkach małżeńskich, które rzekomo opisywali mu Jego znajomi czy przyjaciele, dotyczyły wyłącznie ich relacji wzajemnych. W nagraniach Adam mówi o tym wprost, przytaczając znacznie więcej „historyjek”. Usunąłem te, które dla czytelników byłyby nużące, a panią Magdę mogły wyjątkowo wzburzyć. Na przykład tę, w której Adam wcielił się w „pana inżyniera w podeszłym wieku”:

 

Bardzo miły człowiek. Jedzie z przyjaciółmi i z żoną samochodem. Leje jak z cebra, nie widzi szosy. Szyba brudna. Szuka jakiejś szmaty, żeby ją przetrzeć. Nie ma. Wychodzi na deszcz. Przemoczony, grzebie w bagażniku. Nie ma. W tym czasie małżonka w samochodzie mówi do przyjaciół:

– Ircha leży na półeczce...

– Jak możesz?!

– Mogę, niech się nauczy porządku!

Zdumiewające! Jej postępowanie stało się jednak dla mnie zrozumiałe, gdy inżynier opowiedział mi, jak tresowała ją matka w domu. Otóż jako mała dziewczynka dostała śliczną bluzkę koronkową. Położyła ją na krześle. „Od tego jest szafa!” warknęła matka. Dziewczynka przez trzy dni wieszała bluzkę w szafie, ale czwartego znowu położyła ją na krześle. Bluzka znikła.

– Nie widziałaś, mamo, mojej bluzeczki?

– Jest tam, gdzie ją zostawiłaś!

– Nie ma nigdzie...

– To szukaj!

Szukała. Nie znalazła. Po tygodniu myjąc podłogę w łazience znalazła ją zwiniętą jak ścierka, wsadzoną za rurą za sedesem! Ta jego ircha samochodowa była jej jedwabną bluzeczką koronkową z wczesnego dzieciństwa! Biedne dziecko, biedny mąż – i biedna matka, która chciała jedynie nauczyć córkę porządku!

 

Jeśli chodzi o skreślenia „osobowe”, to pani Magda szczególnie bacznie przyglądała się wszelkim kwestiom, w których Renata Dymna śmiała mówić o swoich przyjacielskich związkach z Adamem, gdyż patent na takie więzi miała przecież tylko ona!

 

Kiedy wybieraliśmy się gdzieś razem, pierwsza informacja, jaką mi przekazywałeś telefonicznie, to kolor twojego garnituru (albo pytałeś mnie o kolor sukni, w której wystąpię), po to, chociaż tego wprost nie mówiłeś, by to odpowiednio zsynchronizować

Tak, dwa kolory niewspółbrzmiące ze sobą stworzyłyby dysonans, który by mnie drażnił. Nie chodziło tu o to, jak inni nas zobaczą, ale o moje poczucie dyskomfortu. Wychodząc z domu, przymierzam czasem kilka marynarek w poszukiwaniu właściwej, żeby zharmonizować to ze strojem partnerki. Jeśli mężczyzna jest w czerni, nie ma problemu - prawie wszystko do niej pasuje, ale jeśli wychodzę nie w czerni, bo przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym ani przedstawicielem high-life'u spędzającym życie na rautach, to staram się uzgodnić z kobietą kolorystyczną gamę ubiorów.

Pamiętam, że udzieliłeś mi kiedyś bardzo pouczającej lekcji, zabierając mnie na występ Orkiestry Filadelfijskiej w Teatrze Wielkim. Wielka gala, prezydent, stroje wieczorowe... Więc i ja włożyłam suknię odsłaniającą ramiona, ale przed wyjściem z domu nie mogłam do niej znaleźć długich rękawiczek. Byłam w prawdziwej żeńskiej rozterce, zapytałam cię więc, czy widać, że brakuje ich do stroju, a ty: „Jeśli cały czas będziesz myślała o tym, że nie masz rękawiczek, wszyscy to zauważą! Masz tylko jedno wyjście - udawać, że tak miało być!”.

Jak się coś ukrywa, to widać (tak samo, jak widać, czy ktoś udaje, że nie wie, albo udaje, że wie)...

 

To skreślenie burzyło sens dalszego ciągu rozmowy, czym pani Cwenówna się nie przejmowała, musiałem więc jako redaktor książki przerobić to tak, aby na tej gali pozostała Renata sama ze swoją rozterką z powodu braku rękawiczek!

Natomiast do dwóch innych wypowiedzi Adama o Renacie przeczepić się nie wypadało: Nie tylko my troje – jest jeszcze choćby taka Jungowska, którą cenię na równi z tobą, Renato, jeśli chodzi o realne, ale także magiczne rozeznanie rzeczywistości… […] Ty, Renato, jesteś do rozmów o literaturze w tej chwili pierwsza dla mnie osoba. Masz syntetyczne, męskie widzenie; dzięki Bogu, że nie zdecydowałaś się na karierę uniwersytecką, bo wtedy nie byłabyś dla mnie tak dobrym rozmówcą – wykładając musiałabyś rozwijać wiedzę, która zabija intuicję, a w lesie literatury najważniejszy jest instynkt literacki; inaczej gubimy najważniejsze tropy...

Pani Cwenównie na pewno nie były one w smak, ale te pochwały Adama nie dotyczyły bezpośrednio teatru; nożyce cenzorskie szczęknęłyby złowrogo, gdyby powiedział: „Ty, Renato, jesteś do rozmów o TEATRZE w tej chwili pierwsza dla mnie osoba”, bo taką osobą mogła być przecież jedynie ona, kreująca się w wywiadach dla pism raczej niemających nic z X Muzą wspólnego jako Jego prawa ręka teatralna, „asystentka reżysera”, związana z Nim twórczo „24 godziny na dobę”, co absurdem nie jest tylko dla niej! Dlatego w Reszta jest monologiem wykreśliła część zdania ze wstępu napisanego przez Renatę Dymną: Byłam z Nim przez całe osiemnaście lat..., proponując coś wyjątkowo paskudnego i stylistycznie nieskładnego: Byłam zatrudniona w Teatrze Nowym przez Adama osiemnaście lat…; w ostateczności zgodziła się łaskawie na zaproponowane przeze mnie: „Jako kierownik literacki Teatru Nowego przebywałam w pobliżu Adama przez osiemnaście lat”…

Można się domyślić, co mówiła prywatnie Adamowi na temat pani Renaty na podstawie takiego oto wyimka z rozmów dźwirzyńskich, który z oczywistych względów do książki wejść nie mógł:

Po rozejściu z Rysiówną starałem się pozostać ojcem dla moich dzieci, ale ilekroć tam przychodziłem, rozgrywał się między nami taki mniej więcej dialog:

– Co z dziećmi?

– A co ciebie dzieci obchodzą?

– Jak się uczą?

– Od kiedy ty się nimi interesujesz?

– Chciałbym częściej spotykać się z dziećmi…

– U tej kurwy?!

„Kurwą” była oczywiście Kucówna, tak jak później „kurwą” dla Kucówny była Magda, a dla Magdy ta czy owa, którą z jakichś powodów, bynajmniej nie osobistych, wyróżniałem – błędne koło „kurew”!

Renata Dymna niewątpliwie należała do osób przez Niego wyróżnianych, co musiało panią Magdę doprowadzać do szewskiej pasji,  mimo iż mogła podejrzewać męża jedynie o „zdradę duchową”, ale na podstawie własnych obserwacji wiem, że kobiety mające niezbyt rozwiniętą sferę duchową szczególnie są zazdrosne o to, czego same nie mogą doświadczyć.

Poniżej na zdjęciu nr 1: na wernisażu prac znanego fotografika Rafała Latoszka (po lewej) – Renata (w koralach na szyi) stoi obok Adama, któremu towarzyszy także pani Magda. Na zdjęciu nr 2: na tle dwóch znakomitych portretów Adama  (jeden z nich widnieje na okładce książki Reszta jest monologiem) – Renata ma po prawej ręce Rafała Latoszka (w krawacie w paski), nie tylko świetnego fotografika, ale i „Ironmana”, gdyż udało mu się ukończyć zawody triatlonowe organizowane przez World Triathlon Corporation, czyli  wyścigi na dystansach: 3,86 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg maratoński (najlepsi z zawodników polskich dokonywali tego w ciągu niespełna 10 godzin!).



 

Na wernisażu prac Rafała Latoszka

 

Renata Dymna  (Rafał Latoszek z lewej)

 Cdn.



15:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 6)

 

A ja, cóż, będę kontynuował te rozważania dopóty, dopóki nie uznam, że w tej sprawie nie mam już nic sensownego do powiedzenia. Nie w mojej sprawie. W sprawie Adama Hanuszkiewicza, bo to on należy do historii teatru. Rozmowy dźwirzyńskie też do tej historii należą. Nie mogę się zatem zgodzić z próbami wyrokowania o nich przez tę, która z powodów zasadniczych nie brała w nich udziału – przynajmniej w tym, co ukazało się w druku, bo w nagranych kasetach Adam mówi o niej wielokrotnie, ale ani razu z szacunkiem! Szacunek był przeznaczony dla dwóch Jego poprzednich żon, które w przeciwieństwie do niej były wybitnymi aktorkami: chodzi o Zofię Rysiówną, prawdziwą, choć surową mentorkę, od której się najwięcej nauczył, oraz o Zofię Kucówną, którą najbardziej kochał i najboleśniej zdradził, co uważał za swój największy błąd życiowy. 

 

Dość dawno temu wspomniałem o przeredagowanej przeze mnie z konieczności wypowiedzi Adama. Chodziło o Meyerholda, którego żona mogłaby powiedzieć bez żadnej przesady, że była ze swoim ubóstwianym mężem dwadzieścia cztery godziny na dobę nawet w chwilach, gdy ten wielki inscenizator rosyjski rozmawiał z kimś na tematy zawodowe, szukając potwierdzenia dla swoich wywodów wyłącznie w jej aprobujących oczach, a nie swoich rozmówców. Na nasze zapytanie, czy w takich momentach zazdrości Meyerholdowi, Adam zaśmiał się i rzekł, że on też patrzy wtedy wyłącznie na Magdę, w obawie, że wbije mu zaraz szpilę. Mogę to potwierdzić – pani Magda przy wspólnym stole, gdy przychodziliśmy wieczorami do ich domku na kolację – atakowała niewybrednie Adama przy każdej okazji, czym byłem wręcz zszokowany. W ciągu tamtych lipcowych dni 2001 roku nie dostrzegłem z jej strony żadnego czułego gestu i ani jednego miłego słowa zwróconego do męża, którego rzekomo tak kochała! Od pięciu lat nie współżyli już wówczas z sobą – od czasu, gdy zdradziła go z przyjacielem ich domu (Adam szukał wówczas pocieszenia w ramionach młodej studentki z Łodzi, dlatego spóźnił się na te rozmowy).

To również znalazło się na nagranych taśmach, ale jako marginalne dodatki do poważnych rozmów o kobietach i o teatrze. Adam rzadko dopuszczał kobiety do rozmów o sprawach teatralnych. Z książki Reszta jest monologiem wiemy, że takimi wyjątkami były pani Helenka, która miała zaledwie kilka klas szkoły powszechnej, ale na jej zdaniu mógł naprawdę polegać: …była garderobianą, ale w zasadzie sam się ubierałem, natomiast pasjami lubiłem z nią rozmawiać. Wszyscy się dziwili: „Jak kobieta może być garderobianą mężczyzny?”, a ja odpowiadałem: „Ona jest od rozmów...”. Miała w sobie dziecięcą prostotę, a zarazem ostrość widzenia i zawsze widziała, który król jest nagi..., oraz Tamara, o której mówił tak: Była moją asystentką w Narodowym i najbliższą współpracownicą. Charakterystyczne, że gdy przyjeżdżaliśmy gdzieś z występami teatralnymi, witająca nas delegacja ruszała z kwiatami do niej, zamiast do mojej żony! Wyglądała jak Turczynka (ze sturczonych Taterów), godna i piękna, w sam raz materiał na moją żonę! Ale łączyły nas tylko sprawy teatralne – uważałem ją za osobę z wybitnym wyczuciem formy, powiedziałbym „formalnie uczuloną na teatr”; miała do tego stopnia trafne widzenie teatru, że nawet Tadzio Łomnicki pytał ją o zdanie!

Natomiast na tych dziewiętnastu kasetach z nagraniami rozmów dźwirzyńskich nie ma ani słowa o pani Cwen-Hanuszkiewicz w kontekście spraw teatralnych. I w ciągu całych dwóch tygodni nie przypominam sobie, by Adam choć raz pytał ją o zdanie w jakiejkolwiek kwestii z tego zakresu, bo „była nie od tego”! Do kina w Kołobrzegu, na film Ridleya Scotta Hannibal, też pojechał, jak wspomniałem, nie z nią, lecz z Renatą Dymną, bo to Renata Dymna (wówczas jeszcze z dodatkiem „-Kijowska”) była dla Adama partnerką do rozmów również o filmach. Każdy z takich afrontów pani Cwenówna zakodowała sobie jednak w mściwej pamięci. Czekała tylko na moment, kiedy będzie mogła te zniewagi pomścić. Po wielu latach, już po śmierci Adama, wreszcie się doczekała!

 

Renata Dymna miała od Adama pozwolenie na pośmiertne wydanie książek z dźwirzyńskich rozmów. Dał je chyba w lipcu 2010 roku (zmarł w grudniu 2011), ale było ono poświadczone tylko Jego podpisem. Pani Magda sprowadziła do domu notariusza niedługo przed Jego śmiercią i weszła w ten sposób w posiadanie praw do całej Jego spuścizny. Nie opuszczał już wówczas łóżka, zdany całkowicie na jej łaskę i niełaskę. Nie chodzi o bezpośrednią opiekę, bo tę sprawowała Tania, pochodząca z Jego stron rodzinnych, ze Lwowa. Pani Magda Cwen twierdzi w wywiadach, że, wbrew „podłym insynuacjom” brukowców, bardzo o męża dbała w ostatnich latach przed Jego śmiercią. I ja w to wierzę, bo znam podobny casus.

Znajomy pisarz, mniej więcej w tym samym wieku co Adam w roku 2011, bo 88-letni, nadal nie chce się zgodzić na notarialne przepisanie swego dużego majątku żonie o ponad dwadzieścia lat młodszej, mimo iż ta nagabuje go o to od kilkunastu lat, obawiając się, że majątek ten w dużej mierze trafi po jego śmierci w ręce jego pierwszej żony, która sprawuje kuratelę nad jego jedynym żyjącym synem, chorym psychicznie. Mój znajomy mówi do żony: „Jeszcze nie umieram…”, a do mnie na osobności: „Gdybym jej wszystko przepisał notarialnie, miałaby mnie w dupie, a tak to chcąc nie chcąc musi koło mnie tańczyć”. 

Jeśli chodzi o Adama Hanuszkiewicza, to jego taktyka była podobna. Już podczas rozmów dźwirzyńskich, o czym świadczą nagrania, nie miał w stosunku do swojej połowicy żadnych złudzeń. Kiedy zapytałem Go wprost, dlaczego się z nią nie rozwiedzie, odparł natychmiast: „Bo się boję, że puściłaby mnie w samych skarpetkach!”. W rozmowach z nami przekręcał jej nazwisko na „Cwanówna”. Przestał się bać, gdy czuł, że kres jego życia zbliża się nieubłaganie, o czym świadczy fakt, że zajmował się kwestiami związanymi z własnym pogrzebem! Pani Madzia spełniła tylko częściowo Jego wolę, bo nie zaśpiewała na pogrzebie marszu żałobnego Chopina z tekstem Zembatego: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”, ale na załączonym poniżej zdjęciu widać, że w roli żałobnej wdowy spisała się znakomicie (jestem ciekaw, czy wcześniej przestudiowała „żałobny SV – savoir vivre – ubraniowy”, gdyż w wielu regionach kraju pojawienie się wdowy na pogrzebie bez nakrycia głowy i woalki uznawane jest za nietakt):

 

magdalena-cwenowna_22835868

 

Nauka, która zajmuje się analizą kształtu ust – ich charakterystycznych cech: rozmiaru, kształtu, wypełnienia czy konturu – wywodzi się ze starodawnej chińskiej praktyki, która powstała prawie trzy tysiące lat temu. Obecnie istnieją szkoły uczące Mien Shiang, czyli umiejętności czytania twarzy [„Mien” (twarz), „Shiang” (czytanie)], a nie mimiki twarzy, gdyż ta może być kontrolowana. Fizjonomika, czyli nauka rozpoznawania charakteru z twarzy, wykładana jest ponadto coraz częściej na wyższych uczelniach, gdyż jej wagę doceniają nie tylko międzynarodowe koncerny podczas rekrutowania kandydatów na wysokie stanowiska. W słynnej Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point też już wiedzą, że blisko osadzone oczy, mocno zarysowane brwi oraz kwadratowa szczęka są gwarancją osiągnięcia sukcesów w tym zawodzie.

Cienkich zaciśniętych ust nie będzie miał ani świetny generał, ani znakomity menedżer. Nie świadczą one także o głębokiej żałobie. Nawet średniej klasy obserwator wie, że duże usta oznaczają bogate życie uczuciowe, egzaltację w wyrażaniu emocji, często zmysłowość, zwłaszcza gdy obie wargi są jednakowej grubości, natomiast wąskie, cienkie wargi w dużych ustach wskazują, że egzaltacja i uczuciowość kierują się bardziej ku własnej osobie niż otoczeniu. Osoby o takich ustach mogą prowadzić uporządkowane życie, ale wyróżniają się lodowatym temperamentem i wyrachowaniem.

 

O właśnie takim temperamencie, choć na pozór mogłoby wydawać się, że jest inaczej, świadczy również przykład zdjęciowy z innej okoliczności. Pod datą 16 września 2015 r. możemy przeczytać na blogu BOUTIQUE BIELIZNY: Piękno – kobiecość. Odwaga i naturalność. Akceptacja. Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz udowadnia, że piękno ma wiele synonimów, a dojrzałość… jest jednym z nich.

Jakaś złośliwa komentatorka napisała: Gdyby nie dodatek „Hanuszkiewicz” w tym nazwisku żadna z czytelniczek tego bloga nawet nie spojrzałaby na tę starzejącą się kobietę o ciele, jakim może się poszczycić mnóstwo kobiet w tym wieku, z tym że od tego „dojrzałego piękna” wieje neurotycznym chłodem! Usta nie kłamią!

 

Usta nie kłamią!

 

 Nie byłoby tej dygresji, gdyby Adam w jednym z nagrań nie wspomniał o tym szczególe anatomicznym swojej żony. W ogóle był znakomitym fizjonomistą, ale ja też do nich należę, a moje wybory małżeńskie świadczyły wręcz o ślepocie, co w psychologicznym sensie jest niestety normą, bo przy wyborze partnerek życiowych nie mądrością się przecież kierujemy, o czym Adam dobrze wiedział. W Kobieto! Boski diable… mówił o tym. Nie ma tam jednak scenki nagranej w Dźwirzynie z udziałem pani Magdy, bo to ona tę scenkę usunęła, już po Jego śmierci, korzystając z uprawnień, które jej przekazał w zapisie testamentowym. Uznała – według mnie całkowicie bezzasadnie – że ma prawo Go cenzurować. Pokażmy zatem to skreślenie:

 

Pozwól, Adamie, że na chwilę powrócę do tego, co mówiłeś wczoraj. Twierdziłeś, że to kobieta decyduje o związku, o doborze partnera...

To oczywiste!

Jest to jednak stwierdzenie ogólne. Czy w przypadku Magdy było tak samo?

Ona mówi, że mnie nie wybrała!

No właśnie…

Prawdę powiedziała, że nie „wybrała” - ona mnie uwiodła! To nie jest u kobiet świadome działanie, ale instynktowne, dlatego powiedziała prawdę. Swoją. „To jest moja prawda!” - tak mówi zawsze, gdy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet!

A czy mnie też może uwieść?

Nieee! Ona nie jest zaprogramowana na takich mężczyzn jak ty, ale na takich jak ja! Uwiodła mnie tak, jak mężczyzna uwodzi kobiety!

Nie chciałabym, Adamie, zmuszać cię do niedyskrecji, ale wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Kobieta, której zależy na jakimś mężczyźnie, nie postępuje tak jak on - ma przecież swoje kobiece sztuczki… 

Po pierwsze nie będę niedyskretny, bo mówiłem już o tym wiele razy. A po drugie mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami: „Dzień, w którym pierwszy raz spotkałem panią, był najszczęśliwszym dniem mojego życia!”.  A Magda właśnie przyszła do mnie z kwiatkiem…

Z tego, co pamiętam, zostawiła kwiaty portierowi w hotelu… 

Tak było za drugim razem, a za pierwszym przyszła do mnie w czasie próby Karłowicza w Łodzi z kwiatkiem i podziękowaniem za czas spędzony u mnie w Teatrze Narodowym.  Na drugi dzień jem obiad w restauracji, przychodzę do szatni po płaszcz, a tam taaaaki bukiet... To nie był bukiecik, tylko gigantyczny bukiet! A szatniarz, mrugając okiem: „Położyła to dla pana taka śliczna dziewczyna, i uciekła”. Nie byłem pewien, kto, ale domyśliłem się, że to ona… No więc, przepraszam, kto kogo uwiódł?!

 

Cdn.



11:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 5)

 

 

Pod skrzydłami Adama

Mówi się często, że Hanuszkiewicz miał pasję tworzenia i wyobraźnię dziecka, a dzieci tworzą często rzeczy abstrakcyjne i zaskakujące.

– Adam zawsze czuł się młody i miał szczególny stosunek do młodych aktorów – wspomina dziś Anna Gornostaj. – Kiedy angażował aktora, brał za niego pełną odpowiedzialność. Brał go pod swoje skrzydła, uczył rzemiosła teatralnego, emisji głosu, co przydawało się zwłaszcza na wielkiej scenie Teatru Narodowego. Bardzo dbał o nasz rozwój artystyczny. Ja w pierwszym sezonie grałam w ośmiu sztukach, od małych epizodów po duże role. Jak choćby Zosię w „Panu Tadeuszu”.

 

Hanuszkiewicz wychował sobie grupę wyznawców, którzy poszliby za nim w ogień. Tak było z publicznością, aktorami, ale też pozostałymi pracownikami teatru. Na jego spektakle w Narodowym waliły tłumy.

– Jego spektakle wyznaczały nowe tropy w historii teatru – mówi Anna Chodakowska, sceniczna Antygona, Balladyna i Salomea w jego spektaklach. – Adam lubił prowadzić potyczki z teoretykami teatru i literatury. Zachwycał błyskotliwością skojarzeń. Nie bał się konfrontacji. Był magiem, uroczym megalomanem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie”.

– Oczywiście lubił być uwielbiany i często z tego powodu nazywany był „słodkim kabotynem” – dodaje Anna Gornostaj. – Miał niezwykły urok osobisty, czym zjednywał sobie ludzi. Byliśmy w niego wpatrzeni jak w obraz i nawet uwierzyliśmy, że jest wielkim intelektualistą. A potem zorientowaliśmy się, że w tym bez trudu kładli go na łopatki Erwin Axer, Janusz Warmiński czy Zygmunt Hübner. Jako dyrektor miał piękną cechę pozaartystyczną: nie był małostkowy i nie słuchał plotek. Nie można było mu więc donosić na innego aktora, co staje się niemalże praktyką w wielu teatrach.

 

Obserwując relacje Kazimierza Dejmka i Adama Hanuszkiewicza, myślę, że lubili się tak jak Mickiewicz ze Słowackim. Hanuszkiewicz z tego określenia „barbarzyńca w ogrodzie tradycji” był dumny. Bolało go natomiast, że przez lata czuł nieskrywaną niechęć części środowiska za przyjęcie dyrekcji Narodowego po wyrzuceniu Kazimierza Dejmka. Zawsze wyjaśniał, że zdecydował się na to, by uratować prowadzony przez siebie zespół Teatru Powszechnego przeznaczonego do kilkuletniego zamknięcia z powodu koniecznego remontu. Potem „odpokutował winy”, gdy sam został usunięty z Narodowego przez władze stanu wojennego.

 

Trzy z czterech żon Hanuszkiewicza były aktorkami. Dało się wyczuć, że do każdej z nich miał szczególny stosunek. W towarzystwie starszej o cztery lata „heroiny” Zofii Rysiówny czuł się scenicznym uczniem, dla dziewięć lat młodszej Zofii Kucówny był partnerem, a dla ostatniej, 20 lat młodszej Magdy Cwenówny – nauczycielem. I tak traktował je w rozmowach, jakie z nim prowadziłem.

Często miałem wrażenie, że Zofia Rysiówna jest dla niego niczym posąg ze spiżu. Zawsze wyrażał się o niej z wielkim szacunkiem. Trochę jak o osobie z innej epoki, mimo że – przypominam – dzieliły ich zaledwie cztery lata.

– Rysiówna to przede wszystkim fascynująca kobieta – mówił mi Hanuszkiewicz – i największa aktorka, z jaką się w życiu zetknąłem, a poznałem w życiu naprawdę wiele kobiet. Nie dziwię się też wcale, że zarówno Woszczerowicz, jak i Jaracz byli nią zachwyceni. To kobieta niezwykle inteligentna, a równocześnie, co zwykle idzie w parze, piekielnie złośliwa. Bywają chwile, że jej złośliwość niemal zabija. Przypomina mi w tym znany posąg Woltera z bardzo cynicznym uśmieszkiem.

– Moja fascynacja Rysiówną zaczęła się od pojedynków słownych – dodawał. – Myślę zresztą, że ona zwróciła na mnie uwagę, bo poza wszystkim byłem jedynym mężczyzną, z którym miała trudności z wygrywaniem tych pojedynków. Zawdzięczam jej bardzo wiele. Choćby to, że nauczyła mnie słuchać rozmówcy i artykułować precyzyjnie swoje myśli. Niemal przez cały czas naszego związku stale mnie strofowała, mówiła: „bełkoczesz”. Ja nigdy się nie obrażałem, tylko intensywniej pracowałem nad sobą.

 

 Rysiówna i Hanuszkiewicz

Rysiówna i Hanuszkiewicz w Berenice, Teatr Powszechny (Warszawa), 16.02.1962,

fot. Edward Hartwig

 

Hanuszkiewicz należał do nielicznych znanych mi artystów, którzy o każdej swojej żonie, także byłej, potrafili mówić z szacunkiem. Ale przede wszystkim mówił o sobie: pięknie i z uznaniem, powiedziałbym nawet – z najwyższym uznaniem. Prezentując na deskach Teatru Narodowego klasykę polską i światową, bardzo chętnie odwoływał się do kultury masowej. Bywało, że przemawiał do widzów językiem estrady, komiksu, kabaretu, pojawiały się nawiązania do muzyki popularnej. Najlepszym przykładem wykorzystania tych chwytów okazała się „Balladyna” z Anną Chodakowską w roli tytułowej. Wzorcem dla Bożeny Dykiel, która jako Goplana poruszała się na hondzie, była seksualnie wyzwolona komiksowa Barbarella. Młodzież szalała ze szczęścia, część dorosłych wychodziła z teatru z bolącymi głowami od głośnej muzyki i spalin.

 

„Balladyna”, czyli cud w Częstochowie

Henryk Talar chciał sprawdzić, czy sukces tamtego spektaklu da się powtórzyć po ponad ćwierć wieku. Obejmując dyrekcję teatru w Częstochowie, postanowił namówić Hanuszkiewicza do ponownej realizacji „Balladyny”.

– Adam powiedział krótko: „Chyba zwariowałeś – opowiada mi dziś Talar. – Chcesz, bym własnymi rękami burzył mit, który stworzyłem i który najwięksi badacze teatru uznali za wydarzenie bez precedensu w odczytaniu polskiej literatury. Nie ma mowy”. Wyjaśniłem, że złożyłem mu tę propozycję z kilku powodów, po pierwsze: jest w świetniej formie, po drugie: od tamtej premiery w Narodowym wyrosły nowe pokolenia, a on sam jako twórca teatru jest bogatszy o nowe doświadczenia, więc to przedstawienie może być wydarzeniem na skalę co najmniej ogólnopolską. „Częstochowa wprawdzie jest miastem cudów, ale na mnie nie licz” – odpowiedział Adam, sądząc chyba, że będę drążył temat. Miał rację, bo nie ustępowałem. „Muszę najpierw zobaczyć wasz teatr” – powiedział w czasie jednego z kolejnych spotkań. Przyjmowaliśmy go jak wielkiego artystę, co najwyraźniej mu odpowiadało. Chciał zrobić wrażenie na zespole, mówił o teatrze światowym. W końcu zauważył, że gdyby miało dojść do premiery „Balladyny”, należałoby przebudować teatr, to znaczy zrobić... rozsuwany dach, by na scenie mógł... wylądować helikopter. Tu powołał się na głośną prapremierę „Miss Saigon” na West Endzie. Zamurowało mnie, ale nie chcąc tego okazywać, przyjąłem jego pomysł jako oczywistość, co z kolei zadziwiło Adama. Potem zaprosiłem go na spacer na wały pod Jasną Górą, gdzie dotarliśmy do ulubionego miejsca deskorolkowców. „Wiem, że wspomniałeś o helikopterze, ale nie uważasz, że dzisiejsza młodzież jeździ nie na hondach, tylko na deskorolkach?” – rzuciłem mu mimochodem. „Mają być hondy i koniec” – powiedział Hanuszkiewicz. Nazajutrz jednak obwieścił wszystkim, że wpadł na pomysł, by wcześniejsze hondy zamienić na deskorolki. Zespół był zachwycony. Okazało się nawet, że nie trzeba wyburzać dachu, bo lądowanie helikoptera nie jest w tej opowieści najważniejsze. Hanuszkiewicz czuł się u nas znakomicie. Pogodziłem się z tym, że przez ponad miesiąc prób to on jest „dyrektorem” teatru. Pracował całym sobą, bez taryfy ulgowej. Wprawdzie nie popieram metody, w której reżyser pokazuje aktorom, jak mają grać, ale patrzyłem z podziwem, jak odgrywa poszczególne postacie „Balladyny”. Wręcz trudno mi było ocenić, czy lepszy był jako Kirkor czy jako Alina. Pomyślałem, że mógłby nawet wystawić monodram według „Balladyny”, który byłby przyjęty entuzjastycznie. Po zakończeniu prób powiedział mi: „Wiesz, polubiłem pracę na prowincji. Tu znajduję spokój i aktorów, którzy tworzą prawdziwą sztukę, bo w Warszawie powstaje ersatz, coś zastępczego. Tam nikt nie ma czasu. Każdy biegnie na jakieś inne zajęcie, a tu jest pełne oddanie”. Bo zespół częstochowski był mu oddany całym sercem, on to czuł i potrafił docenić.

 

Można by sądzić, że „Reszta jest monologiem” to spojrzenie człowieka okaleczonego, którego wyrzucono z Teatru Narodowego, któremu potem zabrano Teatr Nowy, oddając budynek prywatnemu właścicielowi, by urządził tam supermarket, a także zlikwidowano Teatr Mały, który Hanuszkiewicz niemal własnoręcznie urządził w podziemiach Domów Towarowych Centrum, tworząc nowoczesną, uwielbianą przez widzów i aktorów przestrzeń w miejscu planowanym na nocny klub. A jednak z tych wypowiedzi bije optymizm i pogoda ducha. Hanuszkiewicz z pewnością musiał przeżyć te świadome i czynione z premedytacją próby wymazania go z historii kilku warszawskich miejsc teatralnych. Z historii teatru na szczęście wymazać się go nie da.

 

Tyle Jan Bończa-Szabłowski, znany krytyk teatralny, który naszą książkę potraktował w znacznej mierze jako pretekst do snucia własnych rozważań o Hanuszkiewiczu, co jest oczywiście cenne. Z kolei Zdzisław Pietrasik – też znany krytyk filmowy i teatralny, dziennikarz, publicysta, szef działu kulturalnego tygodnika „Polityka” – napisał na marginesie tej książki tak:

Rozmowy nagrane zostały latem 2001 r. w nadmorskim Dźwirzynie, dziesięć i pół roku przed śmiercią reżysera. Wydane obecnie, brzmią niczym spóźniony testament jednej z najważniejszych postaci w polskim teatrze drugiej połowy XX w. Z rozmów wyłania się obraz człowieka spełnionego, który wie, że wszystko zawdzięcza sobie. Był bowiem Hanuszkiewicz samoukiem, jak powtarza w rozmowie, zajął się reżyserią, żeby się uczyć. Uczył się zaś na największych: na Mickiewiczu, Słowackim, Norwidzie, Wyspiańskim, na klasykach europejskiej literatury. Jednych drażnił, innych zachwycał. Po spektaklach „Wesela” czy „Beniowskiego” przed wyjściem dla aktorów ustawiały się kolejki młodych widzów proszących o autografy. 

Na scenie operował głównie obrazem, ale chętnie wygłaszał monologi o teatrze. W latach dyrektorowania w Teatrze Nowym zdarzało się, że występował przed spektaklem z prelekcją, by po opadnięciu kurtyny jeszcze się upewnić, czy widownia wszystko zrozumiała.

 Książka, która ukazuje się prawie pięć lat po śmierci twórcy, też jest wielkim monologiem, przerywanym jedynie pytaniami. Hanuszkiewicz imponuje wiedzą nie tylko teatralną, ma także niebanalne przemyślenia na tematy naukowe, etyczne i religijne. To, co mówi o Polsce i Polakach, też daje dzisiaj do myślenia. No, i chwali się, ale przyznajmy, żaden artysta nie potrafił chwalić się tak pięknie jak pan Adam. Każda taka opowieść ma efektowną strukturę dramatyczną: on proponuje coś zupełnie nowego, prawie wszyscy się oburzają, ale właśnie prawie, ponieważ w finale opowieści pojawia się niekwestionowany autorytet, który stwierdza: miał pan absolutną rację!

 

Ci dwaj krytycy są jednak mężczyznami. Mógłbym przytoczyć kolejne opinie, bardzo pochlebne, innych krytyków-mężczyzn na temat tej książki, choćby pana Tomasza Miłkowskiego, prezesa AICT, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych, były one jednak skierowane tylko do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponadto chodzi mi o opinię wyrażoną przez inną kobietę, z którą pani Cwen-Hanuszkiewicz być może już się zapoznała, bo o niej jest tam również mowa!

 

AICT Polska

Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Honda, wanna, drabina - czyli Adama Hanuszkiewicza spójność Formy z Treścią...

niedziela, 24 kwietnia 2016 20:27 Anna Rzepa-Wertmann

O ukochaniu szczerości, prostoty i bezpośredniości Widzów i Krytyków. Takoż o odpowiednich proporcjach Formy, Treści, Wyobraźni i Wrażliwości – czyli o recepcie na idealną inscenizację. Gdzieś pomiędzy fascynująca rozmowa Renaty Dymnej i Janusza B. Roszkowskiego z Adamem Hanuszkiewiczem, przez wydawnictwo BOSZ w książkową formę ubrana, „Reszta jest monologiem...”

„…nazwać fenomen Adama Hanuszkiewicza. I pokazać go ludziom mądrym i wrażliwym”…

Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz  miała rację w wywiadzie udzielonym Iwonie Kłopockiej. Jej wybitnego męża – Adama Stanisława – nie dało się zakwalifikować, sklasyfikować, skatalogować w jakiejkolwiek semantyczno-prasowej szufladzie. Był ponad wszystko, wbrew oportunistom i niezależnie od okoliczności indywidualnością. Pozwalał sobie na nonkonformizm i dezynwolturę, traktując przy tym aktora i widza jako równoprawnych partnerów w swoistej grze intelektualnej. Bez dwóch zdań człowiek niebanalny, nieszablonowy, perfekcjonista w każdym calu. Oddany Teatrowi bez reszty genialny samouk, który od innych wymagał tyle samo, co od siebie: do cna, końca, po granice ludzkiego organizmu i umysłu. Przy tym uparty, konsekwentny w swych wizjach i wyborach artystycznych, szczery do bólu. Bezgranicznie nietolerujący w swoim otoczeniu ludzi  głupich, chciwych, bezmyślnych, ograniczonych, nastawionych na błysk, prestiż, zysk i karierę.

„(...) Mawiał: Życie trwa krótko, oczekiwanie na śmierć bardzo długo”.

Dźwirzyno, sierpniowe upalne lato 2001 roku. Trójka dobrych przyjaciół – Renata Dymna-Kijowska, Janusz B. Roszkowski oraz Adam Hanuszkiewicz – rozmawiają na tysiące tematów: ważnych, ważkich, cennych, ponadczasowych. O życiu i śmierci, sławie i zagubieniu, prostocie i prostactwie, głupocie i mądrości. Przede wszystkim jednak o Prawdzie, Sztuce, Teatrze, Słowie, Formie i Treści. Dyskursy tego formatu wymagają bezwzględnego utrwalenia; najpierw jednak boleśnie zweryfikowała je Pani Historia. Czternaście i pół roku później (w marcu 2016 r.) za sprawą wydawnictwa BOSZ stały się kanwą do tomu „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”. Powstał wywiad-rzeka wielkiej wartości, ważny, nieprzemijający. Śmiem twierdzić, iż wiele młodych polskich gwiazd teatrologiczno-krytyczno-medialnych winno te 304 strony przeczytać obowiązkowo: powoli, nadzwyczaj dokładnie, ze zrozumieniem sensu i idei zawartych w słowach i myślach całej trójki rozmówców! Tylko że chwilę później nasuwa się takowa refleksja: ile z tego zrozumieją Maje, Igi, Olgi, Agaty, Szymonowie, Witoldowie i inni młodzi wszechwiedzący krytycy  (z obowiązkowym doktoratem z teatrologii i listą staży „Erasmusa” lub „Socratesa”, wpisanych dumnie do C.V. jako widome stopnie do kariery!)? Co znajdą na kartach tej książki, próbując inter-spektakularnie zarysować skomplikowaną złożoność psychologiczną Adama Hanuszkiewicza jako patrona modernistycznej wizji... itp. itd.? Gwarantuję, że tylko Williamowe „Słowa, Słowa, Słowa…". Właśnie takiej krytyki Adam Hanuszkiewicz nie cierpiał, nigdy nie uważał jej za wartościową, szczerą i miarodajną, całe swoje życie z nią walczył! Ważniejsza była dla niego opinia prostego szeregowego widza – szczera, prawdziwa, wnikliwa i dokładna (nawet, jeśli była negatywna: za biskupem Krasickim powtarzał, iż prawdziwa cnota krytyk się nie boi i nie obawia!) niż powierzchowna i „pod styl” ocena mediów. Powiedział kiedyś Jolancie Ciosek:

„(...) Zawsze mi krytycy przykładali. To taka nasza lokalna specyfika. Mickiewicza nazywano agentem rosyjskim, Krasiński dostał w twarz na ulicy, Norwid – wróg naszej inteligencji, Żeromski – bolszewik. Oto polska specyfika, dopóki cię nie wyszydzą, jesteś nikim. (...) Byłem atakowany i nagradzany. Teatr postmodernistyczny, za który zostałem odznaczony, a który od lat jest tak głośny, robiłem już w latach sześćdziesiątych. (...)”…

„... Do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Renacie Dymnej i Januszowi B. Roszkowskiemu udała się rzecz niezwykła: inteligentnie zadając pytania, ciekawie snując wątki, odbrązowili mit teatralny. Słowa układają się w zdania, owe zaś tworzą obraz: wieloznaczny, barwny, intrygujący. Zbijający co i rusz czytelnika z tropu jak widmo pryzmatowe; niby banalnie jasne, białe, mleczne  ale ileż tam się kłębi barw, znaczeń, sensów! Gospodarz dźwirzyńskich posiad intelektualnych został przez nich utrwalony zarówno jako Człowiek, jak i Twórca. Człowiek świadomy swoich osiągnięć, ale także i porażek, o których mówi bez ogródek (wielu dzisiejszych luminarzy teatru szczerość i bezkompromisowość Hanuszkiewicza zaboli, oj zaboli i to bardzo). Wieczny poszukiwacz sensów, znaczeń, intonacji i podtekstów zawartych w tekstach przez niego inscenizowanych. Jednocześnie otwarty na ciągłą naukę, zdobywanie wiedzy i doświadczeń, doskonalenie się intelektualne i duchowe. Tak na marginesie: skąd tytuł tego akapitu? Otóż  na początku XXI wieku Adam Hanuszkiewicz spytał pewnego młodego businessmana, na cóż mu pieniądze. Onże wypalił, że są dla niego kluczem do wolności. Padła riposta:

„Ale pieniądze są do czegoś i wolność jest też do czegoś; do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Dla młodego rekina finansjery Wolność oznaczała czerwone sportowe auto na F lub L, luksusowy Penthouse, wakacje na Oahu alboż innym bezludnym raju do wynajęcia (bagatelka – 15000 $/day...). Dla Adama od Klasyków wolność znaczyła ciągłe poszukiwanie, prowokowanie intelektualne, odkrywanie coraz nowych rzeczy poprzez zmianę intonacji frazy w Wielkiej Improwizacji, obserwowanie swojego Wewnętrznego Dziecka i uczenie się od Niego, niepodległość sądów i opinii, niezależność podejmowanych decyzji (prywatnych i artystycznych). Wierność swoim Mistrzom, Autorytetom i ideom. Poczucie humoru i dystans do świata, otoczenia, nade wszystko do samego siebie.

„Umarł Adam Hanuszkiewicz, nudno będzie w teatrze”

Adam Hanuszkiewicz był na równi ceniony i kochany, co szykanowany, opluwany i nienawidzony. Wolność/Indywidualność oznacza, iż szczerość, otwartość i bezkompromisowość nie są to cnoty i zalety szczególnie przez ogół cenione, a już w szczególności rozumiane i tolerowane. Jeszcze tak w dziejach Ludzkości nie było, by głupcy i ludzie ograniczeni dobrze znosili krytykę  lubo wyciągali wnioski ze swoich błędów, na które zwracają im uwagę inni! Niech ten akapit podsumuje pewien cytat...

„(...)Zapytasz, skąd się moja inność bierze? To, co powiem, będzie raczej niegłupie, chociaż nie wiem, czy mądrość jest dzisiaj ludziom potrzebna. Stąd, że ja się uczyłem u Profesora Materii – nie kończyłem żadnej filozofii, żadnej polonistyki, żadnej historii teatru. Dlatego tę historię teatru i tę filozofię teatru musiałem budować na sobie; moją własną filozofię też budowałem na sobie – na swoim doświadczeniu egzystencjalnym. Dlatego zarzut, który mi kiedyś ktoś postawił, że ja się uczę życia z książek, jest nieprawdą. Książki mogą jedynie potwierdzić to, co wiem z obserwacji; w innym razie nie mogłyby mnie niczego nauczyć”.

Kochani, „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim” to jazda obowiązkowa dla każdego, kto ceni w Teatrze wolność, intelekt, pasję, wiedzę i poszukiwania. Mądre ważne rozmowy o życiu, ludziach, świecie, teatrze, sztuce, uczuciach. Takich debat nigdy dosyć, na takie tomy zawsze jest miejsce na półce – mam nadzieję, że nie tylko mojej...

Tako rzecze Anna Rzepa-Wertmann, naprawdę mądra Pani, która bezbłędnie wypunktowała to, co stanowi istotę tej książki!

 

cdn.

22:09, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 4)

 

 A jaka jest wartość tych dźwirzyńskich rozmów, a poniekąd i mojej pracy, którą w tę książkę włożyłem? Niech o tym powiedzą inni!


AICT/IACT Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Renata Dymna, Janusz B. Roszkowski „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”.

Redakcja: Janusz B. Roszkowski

Projekt graficzny: Władysław Pluta

Liczba stron: 303 + 1nn,

Wydawnictwo BOSZ Olszanica, marzec 2016.

 

 Hanuszkiewicz, artysta czy uroczy kabotyn

Adam Hanuszkiewicz najchętniej mówił o sobie, i to zawsze z najwyższym uznaniem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie” – pisze Jan Bończa-Szabłowski w „Rzeczpospolitej”.

«Nazywany był „barbarzyńcą w ogrodzie tradycji”, jego spektakle teatralne wzbudzały niesłabnące dyskusje. Starsi odsądzali go od czci i wiary, wśród młodych miał wyznawców, dla których był niekwestionowanym guru. Przeciwnicy zarzucali mu drogę na skróty, efekciarstwo, zwolennicy kochali za to, że w nudne szkolne lektury tchnął ducha. W tym roku minie pięć lat od śmierci Adama Hanuszkiewicza. Ten czas jest dość bezwzględny wobec dzisiejszych młodych awangardystów, których „nowatorskie wizje” są często jedynie odpryskami awangardy proponowanej przez niego przed laty. Na tle dzisiejszych „niepokornych” jawi się jako artysta niezwykle kreatywny, o oryginalnych poglądach, konsekwentny w swojej wizji, duch prawdziwie wolny, ale też uroczy kabotyn, kroczący własną drogą, nieuwikłany w środowiskowe koterie ani polityczne układy.

Okazją do przypomnienia fenomenu Hanuszkiewicza jest książka „Reszta jest monologiem” wydawnictwa BOSZ, zawierająca serię rozmów, jakie przeprowadzili z nim Renata Dymna, długoletnia kierowniczka literacka Teatru Nowego, którego był dyrektorem, oraz Janusz B. Roszkowski, poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Jej lektura zachęciła mnie do przywołania własnych rozmów z Hanuszkiewiczem i osobami, które go znały.

To, że mówimy o nim akurat na tych łamach, nie jest przypadkowe. Hanuszkiewicz był zawsze wiernym fanem „Plusa Minusa”, czytał z uwagą artykuły tu zamieszczane, polemizował, dyskutował. A w rozdziale „Szczęście polega na samorealizacji” wspomnianej książki przyznał, że sobotni dodatek „Rzeczpospolitej” bardzo ceni, gdyż „jest to jedyne pismo kulturalne przypominające Die Zeit, gdzie w każdym artykule można odnaleźć coś na czasie”.

Był genialnym samoukiem. To z pewnością mu doskwierało i rodziło kompleksy. Formą ich odreagowania było opowiadanie o sobie jako o kimś szczególnym, wręcz namaszczonym przez Stwórcę. A miał Hanuszkiewicz nie tylko dar przekonywania, ale i wielki talent artystyczny. Pierwszym tego przykładem był Wacław w „Zemście”. Jeleniogórski spektakl, którego premiera odbyła się w 1945 roku, zachwycił Wandę Siemaszkową i młody amant rok później stał w Łodzi przed komisją egzaminacyjną, a jego egzamin eksternistyczny oceniali Leon Schiller, Edmund Wierciński, Jacek Woszczerowicz i Aleksander Zelwerowicz, czyli teatralne tuzy.

O początkach jego kariery opowiadała mi niegdyś jego była żona Zofia Rysiówna:

– Spotkaliśmy się w Krakowie. Wiedliśmy tam bardzo skromne życie. Nie mieliśmy właściwie żadnych znajomych. Byliśmy zdani na własne siły. On był ze Lwowa, ja z Nowego Sącza. Wiele czasu spędzaliśmy razem. Adamowi nie działo się zresztą najlepiej. Bronisław Dąbrowski, dyrektor Teatru im. Słowackiego, nie akceptował go, Juliusz Osterwa wprawdzie darzył sympatią i uznaniem, ale nie dawał mu żadnych poważnych zadań aktorskich. Snuliśmy wspólne plany życiowe i zawodowe. Chodziliśmy na spacery. Ćwiczyliśmy też razem dialogi z ulubionych sztuk. Adam bardzo dużo czytał i był świeżo po lekturze ‘Sułkowskiego’. Uważał, że powinien zagrać tę postać, mnie zaś widział w roli księżniczki. Pamiętam także, że aby mieć sprawność w dialogowaniu, mówiliśmy sobie fragmenty ‘Wesela’, które wówczas grane było w Starym Teatrze. Nie zawsze graliśmy razem, ale zawsze staraliśmy się bywać na swoich premierach, po których dzieliliśmy się wrażeniami.

Hanuszkiewicz przeszedł przez sceny Krakowa, Poznania, aby trafić do Warszawy, która potrafiła dać mu szansę zaistnienia jako artyście. Przecierał szlaki w rodzącym się Teatrze Telewizji, ukształtował jego odrębność. Zawsze podkreślał: „Ja jestem oświeceniowiec, racjonalista”. I tak odniósł się do swej słynnej inscenizacji „Kordiana”: „W ‘Kordianie’ krytycy zobaczyli tylko drabinę, a nie widzieli, że gdy Kordian stoi na tej drabinie w białej koszuli, oświetlony bocznymi reflektorami, i mówi: ‘Tu szczyt, lękam się spojrzeć w świata przepaść’, to dokładnie stoi na szczycie teatralnym Mont Blanc. Ale cóż, są ludzie, którzy widzą oddzielnie drabinę i oddzielnie Kordiana. A ileż funkcji miała ta drabina w całym przedstawieniu! Latarnia, klatka więzienna, krzyż przed rozstrzelaniem. Kordian w finale stoi jakby ukrzyżowany na tej drabinie”.

 

Kordian-Drabina

 

Do historii teatru przeszedł jako inscenizator Słowackiego, Mickiewicza, ale też Norwida: „Ja tym swoim Norwidowskim spektaklem pokazywanym w teatrze przy pełnej widowni upowszechniałem w Polsce Norwida – opowiada w książce. – Albowiem do tej pory, można to stwierdzić, ten wielki poeta funkcjonował u nas wyłącznie w postaci mott do powieści czy artykułów. W obiegu literackim czy publicystycznym, a więc i społecznym, krążyły jedynie cytaty oderwane od poetyckich kontekstów. W teatrze próbował go właściwie przedstawić tylko Horzyca, ale przy pustej widowni. I nagle sto bitych kompletów przy moim Norwidzie".

Fenomenem było też „Wesele” Wyspiańskiego. Hanuszkiewicz sięgał po ten utwór dziesięciokrotnie. Gromadząc, jak twierdzą autorzy książki, na widowniach pół miliona osób: „Obawiam się, że tego fenomenu nie da się już powtórzyć. O czasy, o obyczaje – podsumował sam Hanuszkiewicz. – Cyceron w swej mowie wiedział, do kogo ma się zwrócić, bo Katylina usiłował go wcześniej zamordować. A kto zamordował Teatr? Moi zaprzysiężeni wrogowie powiedzieliby, że ja to uczyniłem, posiłkując się właśnie tymi liczbami”.

W „Weselu” zaskoczył m.in. tym, że postać Racheli powierzył nie aktorce, lecz piosenkarce Magdzie Umer:

– Rachela to osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie „Wesela” – mówił mi Hanuszkiewicz. – Pomyślałem więc, że mogłaby to zagrać dziewczyna, która nie jest aktorką. Ktoś, kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania i bycia kimś innym. Pomysł został przyjęty bardzo życzliwie, głównie przez męską część zespołu Teatru Narodowego. Panie przyjęły to z dużym dystansem.

 

               Magda Umer i Hanuszkiewiczw scence z tego spektaklu, Teatr Narodowy,

11 grudnia 1974

fot. Dudley Renard Leonard

 

cdn.

22:08, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 3)

 

 

Aż wstyd przytaczać kalumnie rzucane przez nią na nas i na tę książkę nie tylko w wywiadzie prasowym udzielonym bardzo poczytnemu pismu, ale i, co gorsza, w rozmowach z kolejnymi wydawcami (poprzedni mieli dosyć użerania się z nią i rezygnowali z jej wydania). Niezmordowanej Renacie Dymnej udało się w końcu znaleźć jeszcze jedno wydawnictwo gotowe do wydania tej książki. I wtedy zaczęła się kolejna heca, o czym świadczy poniższa korespondencja mailowa:

 

                                                                                 30.01.2015

Droga Pani Magdo, robi Pani straszną krzywdę przede wszystkim Adamowi, a najgorsze, że wprowadza Pani wydawcę, pana Bogdana Szymanika, w błąd, bo Adam miał do wszystkiego, co po spisaniu mu przynosiliśmy, stosunek wręcz entuzjastyczny, powtarzając „świetne, świetne”. Jest zresztą plik książki „Reszta jest monologiem”, wysoko oceniony przez tych, którzy ją czytali (a są to świetni krytycy teatralni, czy także nietuzinkowi ludzie teatru i przyjaciele Adama). Pani przy naszych rozmowach z Adamem na temat książek nam podyktowanych nigdy nie było. Bez trudu możemy udowodnić, że Adam żywo pracował nad tą książką, nanosząc setki poprawek na wydrukach, a niekiedy na swoim papierze firmowym, bo jesteśmy w ich posiadaniu. Nie rozumiemy, dlaczego zmieniła Pani nagle front, bo wcześniej zdawała się Pani nie mieć nic przeciwko wydaniu książki, gdyby znalazł się chętny wydawca. Nasza korespondencja e-mailowa to potwierdza; potwierdza również fakt, że była Pani w posiadaniu pliku książki na długo przed zainteresowaniem się nią wydawnictwa BOSZ i że nigdy nie zgłaszała Pani do niej żadnych zastrzeżeń. Byłoby dziwne, gdyby nie przeczytała Pani książki wcześniej, bo przecież jako długoletnia towarzyszka życia Adama i w dodatku spadkobierczyni praw autorskich do tego, co napisał (czy podyktował) za życia, ma Pani moralny obowiązek zadbania o to, by pamięć o Nim była wciąż żywa. Adam powiadał: „Niech piszą o nas, co chcą, ale niech piszą!”. Wszyscy wiedzą, że minęły nie tylko trzy lata po Jego śmierci fizycznej, ale de facto jest to już aż osiem lat, gdy zamilkł po odebraniu Mu Teatru Nowego. „Kobieto! Boski diable…”, mimo iż poruszała niektóre aspekty teatralne, nie była książką o Jego teatrze, a ta jest. Nawet gdyby – zgodnie ze swoją zapowiedzią po śmierci Adama – zamierzała Pani wydać książkę o Nim, to nie byłaby ona skonfrontowana z tym, co on osobiście miał w tych kwestiach do powiedzenia.

Prosząc Panią raz jeszcze o wyrażenie zgody na wydanie tej znakomitej książki pani śp. Męża, kreślimy się z wyrazami szacunku

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

PS Jeśli Pani nie zmieni swego stanowiska wobec tej książki, niedługo prasa dostanie list protestacyjny od  całego środowiska teatralnego (uniknęła tego Pani w ostatniej chwili przy poprzedniej książce). Środowisko to zapozna się i z treścią tego listu, i z tym, co Adam pisał odręcznie na wydrukach wielu partii z tej książki, a także na osobnych kartkach, jak również z plikiem książki. A jeśli i to nie pomoże – wszyscy zapoznają się z tym, co Adam podyktował nam o Pani w roku 2001. Są to słowa szczere, prawdziwe, które wyjaśnią powody, dla których chce Go Pani skazać na zapomnienie. Wie Pani aż do dobrze, że w dzisiejszym świecie wirtualnym niczego na zapomnienie skazać nie można – jeśli książka Adama nie ukaże się drukiem, zostanie rozpowszechniona w „drugim obiegu” wraz ze wskazaniem przyczyny, dla której nie można jej zakupić w księgarni, względnie wypożyczyć w bibliotece.

A skąd niby jest w naszym posiadaniu podpisana przez Adama zgoda na wydanie tych książek po Jego śmierci? W sensie prawnym akt notarialny, jaki Pani posiada, jest ważniejszy, bo z datą późniejszą, ale w sensie moralnym nie może Pani twierdzić, że Adam nie chciał, aby te książki ukazały się drukiem. Ta jego zgoda zostanie też upubliczniona  i jakim argumentem się Pani wtedy posłuży?

 

                                                                                          09.02.2015

Szanowny Panie,

Po głębokim przemyśleniu, konsultacjach z Rodziną i Przyjaciółmi postanowiłam – zgodnie z udzielonymi mi testamentem mojego śp. Męża wyłącznymi w tym zakresie pełnomocnictwami – udzielić JEDNORAZOWEJ zgody na publikację przez Pańskie Wydawnictwo książki, której maszynopis otrzymałam.

Poddawana przez autorów szantażowi – zarówno bezpośredniemu jak i z wykorzystaniem Osób mi bliskich – uważam, że mniejszą dla Pamięci Adama krzywdą będzie publikacja tego materiału niż zapowiadana przez Autorów kampania pomówień.

Poprzednia publikacja tego samego autorskiego duetu nie miała ani jednej recenzji w liczących się mediach, a jej sprzedaż nie pozwoliła nawet na rozliczenie symbolicznej zaliczki wypłaconej przez Wydawnictwo. Obecnie książka znajduje się w ofercie wiodących sieci księgarskich ze zniżką 75% od detalicznej ceny katalogowej.

Autorzy pozycji, która miałaby się znaleźć w ofercie Pańskiego Wydawnictwa – zarówno w kierowanych do mnie mailach, jak i kontaktach z Rodziną i Przyjaciółmi – twierdzą, iż ich jedynym celem jest przypominanie o Adamie Hanuszkiewiczu i krzewienie wiedzy o Jego teatrze. Skoro tak, proponuję, by wszystkie osoby dysponujące prawami autorskimi do przyszłej książki złożyły – na etapie umowy wydawniczej – oświadczenie, iż całość swoich honorariów przekazują na cel społeczny. Myślę, że najwłaściwszy byłby Dom Aktora Weterana w Skolimowie. Byłaby to kontynuacja zgłoszonej przez mojego śp. Męża dyspozycji, by kwesta na Jego pogrzebie zasiliła właśnie ten cel.

 

Szanowny Panie

Jeśli w dalszym ciągu jest Pan zainteresowany publikacją oraz podziela Pan moją w tym zakresie opinię proszę o umówienie stosownej, wspólnej, wizyty w wybranej przez Pana kancelarii notarialnej celem zawarcia – w formie aktu notarialnego – stosownej umowy na udzielenie JEDNORAZOWEJ licencji dla publikacji znanego nam tekstu. Mam także nadzieję, iż – zgodnie z ustną deklaracją – zechce Pan dopilnować, by tekst ten został poprawnie zredagowany w sposób zarówno zapewniający czytelnikowi czystość językową, jak i niwelujący sformułowania mogące wprowadzić Czytelnika w błąd.

 

                Z wyrazami szacunku Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz

 

 

                                                                                                                 09.02.2015

Zgadzamy się na przekazanie naszych honorariów do Skolimowa. Nasz warunek – wydanie książki w BOSZu (lub innym renomowanym wydawnictwie). Prosimy o potwierdzenie, że możemy wznowić rozmowy z p. Bogdanem Szymanikiem.

Pani propozycja wydania książki Pani męża, w której zawarty jest jego żywy głos, w moim miniwydawnictwie „Mons Admirabilis", jest de facto skazaniem jej na niebyt, i w ogóle nie wchodzi w grę.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                    16 lutego 2015

Wielce Szanowna Pani!

Nie raczyła Pani odpowiedzieć na nasze pismo, co świadczy jedynie o Pani złej woli.

Uściślijmy zatem kilka spraw:

1) Zgodziliśmy się na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie, dlatego że takie jest Pani życzenie, mimo iż nie ma ono żadnego pokrycia w ostatniej woli śp. Adama Hanuszkiewicza. Mowa w niej była jedynie o kwiatkach składanych na Jego pogrzebie, a nie o tym, aby np. spadkobierca Jego praw autorskich przekazywał wszystkie pieniądze z tytułu wykorzystania tych praw na konto Domu Aktora w Skolimowie, jak również, aby to samo mieli obowiązek czynić współautorzy książek, które Adam podyktował za swego życia, względnie ci, którzy mają zamiar takie książki napisać w przyszłości. Musiałaby Pani przedstawić dowód, że On tak postępował w okresie swego życia, przekazując na rzecz tego Domu honoraria za napisane przez siebie książki, no i że spadkobierca Jego praw autorskich tak czynił do tej pory i zamierza tak czynić w dalszym ciągu. Zgodziliśmy się na Pani życzenie, żeby pokazać, że liczy się dla nas dobro książki śp. Adama, a nie nadzieja na zysk z tytułu ciężkiej pracy nad tą książką, bo żaden wydawca, biorąc obecną sytuację rynku książki, nie byłby w stanie pokryć tych kosztów nawet w 10%.

2) Znamy Pani opinie na temat tej książki. Ośmielamy się jednak stwierdzić, że nie mają one pokrycia w opiniach wielu wybitnych teoretyków ani ludzi teatru (mamy na to dowody także pisemne, bo opinie te zostały złożone w swoim czasie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego). Najistotniejsze jest jednak to, że nie mają one pokrycia w woli śp. Adama wyrażonej wprost w trakcie dyktowania nam każdej z książek. Dziwi nas, że nie zapoznała się Pani w trakcie lektur obu książek z Jego życzeniem? Wręcz błagał, aby niczego nie „porządkować” i nie nadawać tym rozmowom linearnego kształtu. Dla nas to było oczywiste, czemu dawaliśmy wyraz w trakcie tych rozmów. Proszę wybaczyć, ale nikt nie ma prawa tej Jego woli naruszyć.

3) Z zasmuceniem stwierdzamy, że informacje podane przez Panią w związku z opublikowaną przez Wydawnictwo Prószyński książką „Kobieto! Boski diable…” są w znacznej mierze nieprawdziwe (wystarczy wejść do Internetu i prześledzić aktualne ceny zbytu tej książki nie tylko u Prószyńskiego, ale również w Empiku, Księgarni Internetowej PWN czy nawet w Merlinie). Może to wielkie wydawnictwo, przeżywając kryzys finansowy, rzeczywiście nie przeprowadziło takiej kampanii marketingowej, na jaką ta książka zasługiwała, ale mówiło się o niej w wielu stacjach radiowych (choćby w pr. II PR), a wszystkie recenzje, jakie prześledziliśmy, mówiły o tej książce z uznaniem. W kilku teatrach w całej Polsce też odbyły się imprezy promocyjne, mimo iż nie było to książka o Hanuszkiewiczowskim Teatrze – tak ja ta druga, zatytułowana „Reszta jest monologiem”. Jeśli chodzi o książkę drugą, to trudno się dziwić, że wydawnictwa nastawione jednak na jakiś zysk, nie chcą zaryzykować swoich pieniędzy, bo rynek wyraźnie im mówi, że będą musiały dopłacić do tego interesu. Dlatego pojawienie się wydawnictwa takiego jak BOSZ należało powitać z pocałowaniem obu rąk, zamiast zniechęcać do wydania książki. Pani decyzja o udzielenie zgody na jej wydanie, ale w moim miniaturowym wydawnictwie, które nie ma żadnej możliwości na jej promocję, jest de facto próbą zniszczenia tej książki, zepchnięcia jej w najciemniejszy kąt. Jeśli takie jest Pani życzenie, to tylko pogratulować!

4) No i ostatnia, najważniejsza kwestia. Obawiamy się, że kolejne nasze starania o wydanie tej książki, JEDYNEGO ŻYWEGO GŁOSU ADAMA, mogą znowu spotkać się z Pani strony z kolejnymi działaniami obstrukcyjnymi, bo nie ukrywa Pani niechęci do niej z powodów tylko Pani wiadomych, których nie zamierzamy zgadywać. Dlatego prosimy o udzielenie nam „JEDNORAZOWEJ zgody” notarialnej na publikację książki, której plik elektroniczny Pani otrzymała, w dowolnym wydawnictwie, możliwie najlepszym, bo chodzi przecież o to, by ta świetna książka (podkreślamy: nie tylko w naszym, współautorów, mniemaniu) dotarła do możliwie jak największej rzeszy czytelników. Oczywiście, zgodnie z punktem pierwszym, honoraria Pani i nasze zostaną przez wydawcę przekazane na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Kontakty osobiste są wskazane wtedy, gdy wszystkie strony są życzliwie do siebie nastawione, a w naszej sytuacji, nad czym ubolewamy, tak nie jest. Są to jednak sprawy marginalne dla tej centralnej, jaką jest książka śp. Adama, Jego ostatnia książka, bo innej już sam nie napisze.

Słowa ulatują – pisma pozostają. Przyjdzie czas, jeśli nie zmieni Pani swego nastawienia, że wszyscy się z nimi zapoznają i na podstawie tego, co Pani napisała, i tego, co my piszemy, plus na podstawie konkretnych dowodów pisemnych pozostawionych przez śp. Adama oraz nieujawnionych dotychczas nagrań będą mogli sobie wyrobić opinię o intencjach naszych oraz o intencjach Pani. Nie jest to szantaż, bo szantaż jest działaniem niezgodnym z prawem i podlega działaniom prokuratury (proszę skierować tam powiadomienie, jeśli naprawdę uważa Pani, że działamy niezgodnie z prawem).

Jeśli do końca lutego br. nie otrzymamy konkretnej odpowiedzi na nasze poprzednie pismo – zgoda na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie oraz Pani zgoda na wydanie książki w poważnym wydawnictwie, gwarantującym jej odpowiednią promocję, zaczniemy działać poza Panią – ofiarą tego działania może paść także ta książka, ale to obciąży jedynie Pani sumienie.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                           03.03.1915

Szanowni Państwo, chciałbym potwierdzić, że książka pozostaje w sferze mojego zainteresowania. Mam oczywiście świadomość, że tak elitarny temat ma ograniczony krąg odbiorców. Niemniej Hanuszkiewicz jest godzien utrwalenia w świadomości społecznej także w ten sposób. Liczę na aktywną postawę Przyjaciół p. Adama przy promocji tej książki. Proszę zatem o załatwienie wszystkich spraw formalnych i wówczas wracamy do naszej współpracy.

 

Pozdrawiam serdecznie

Bogdan Szymanik

 

                                                                                  03.03.1915

 

Jest to zatem wyłącznie uzależnione od Pani dobrej woli.

Reszta bez zmian, zgodnie z Pani życzeniem.

Honoraria zostaną przekazane na Dom Aktora Weterana w Skolimowie.

Tak jak do tej pory – nie chcemy wojny z Panią, bo nie my jesteśmy w tym wszystkim najważniejsi, lecz śp. Adam Hanuszkiewicz. Jest to JEGO GŁOS ŻYWY, nie nasz.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

Ponieważ z jej strony nie było nadal odzewu, wysłałem do niej 18 maja 2015 r. mail zatytułowany: „Grajmy w otwarte karty, pani Magdo!”:

Podobno w rozmowie z panią Anią Biesiadą wyraziła Pani zgodę na wydanie książki Adama w wydawnictwie „Bosz” pod warunkiem, że jako współautorzy podpiszemy u notariusza oświadczenie o zrzeczeniu się naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie.

Nie uczestniczyłem w tej rozmowie, wiem jedynie, że z wydawnictwem BOSZ Pani się nie kontaktowała, a jedynie to świadczyłoby o Pani dobrych intencjach. Takich jednak nie ma. Doszły mnie słuchy z Warszawy (nie od Renaty), że gra Pani jedynie na zwłokę i w rzeczywistości nie chce Pani, aby książka Adama ujrzała światło dzienne.

Straciłem serce do tej książki, nie musi wyjść drukiem. Już Pani mówiłem, że będzie i tak dostępna na moim blogu z wyjaśnieniem, że nie chciała Pani dopuścić do jej wydania.

Dalej: wszystko, co powiedział o Pani Adam, będzie nie tylko dostępne powszechnie w formie dźwiękowej, ale przekażę to osobiście i nieodpłatnie (mogą dać kilka groszy na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie) bulwarówkom i zainteresowanym pismom kolorowym.

Jeśli po przesłaniu przez nas oświadczeń wydawcy (ten notariusz to są bzdety, wystarczyłoby nasze pisemne oświadczenie z uwiarygodnionymi podpisami np. u mnie w Urzędzie Gminy, tak samo prawnie ważne jak oświadczenie podstemplowane u notariusza), nie udzieli Pani mu zgody na wydanie książki na Pani warunkach, zgłoszonych w mailu, będę działał tak jak wyżej, a skorpiony nie żartują!!!

 

Dopiero ten mail przymusił ją do odpowiedzi, oczywiście kłamliwej:

Proszę sobie oszczędzić dalszych listów tego typu. Wydawnictwo BOSZ ma od dawna moją zgodę.

Tę zgodę BOSZ otrzymał dopiero wtedy! Ale z jadowym dodatkiem, znanym już z jej maila przesłanego do mnie w dniu 9 lutego 2015 r. Zwróciła uwagę Wydawcy, że książka jest źle napisana i zredagowana, po czym, otrzymawszy ją do korekty, nie poczyniła na niej żadnych uwag – ani merytorycznych, ani stylistycznych! Wydawca też nie poczynił, mało tego: do końca pracowałem nad nią jako jedyny redaktor (Renata Dymna do mnie zgłaszała swoje uwagi), co zostało odnotowane w stopce redakcyjnej.

 

Cdn.

22:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 2)

 

Wróćmy jednak do czeku na perskim dywanie! Czyli do naszych honorariów, które mają być przekazywane sukcesywnie na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Niedawno została wpłacona na ich konto pierwsza rata za sprzedaż 416 egzemplarzy; w lipcu br. ma dojść kolejna. Taki warunek postawiła wielce zbolała wdowa po Mistrzu Adamie, Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, która przy pierwszej książce (Kobieto! Boski diable…) zawzięcie walczyła o swoją „dolę”, 1/3 kwoty z zaliczki w wysokości 20 000 zł! Skąd więc ta nagła szczodrobliwość? Zapewne wtedy liczyła na dużo więcej, bo i Prószyński liczył na znacznie więcej, o czym świadczy taki oto mail od nich:

 

Szanowny Panie Januszu, 

Rzeczywiście książka została wyprzedana, a dodruku niestety nie planujemy.

Przyznam, że zaskoczyła mnie w wypadku tej książki pewna blokada medialna, a raczej brak zainteresowania... Opór, z jakim ją przyjmowano.

Mam nadzieję, że dla nowej części klimat będzie bardziej sprzyjający.

Pozdrawiam

Anna Derengowska

 

Pani Magda doskonale wiedziała, że druga książka tym bardziej nie przyniesie kokosów, ba, nawet nie można było liczyć na tak dużą zaliczkę jak przy pierwszej. Na co więc liczyła? Być może na to, a jest to bardzo prawdopodobne przypuszczenie, że kiedy w końcu zostanie pensjonariuszką Domu Aktora Weterana w Skolimowie, to zapamiętają jej tę hojność. Mogło jednak zaważyć co innego: liczenie na naszą małostkowość (chciwość). Była święcie przekonana, że wraz z Renatą Dymną nie zgodzimy się na takie rozwiązanie sprawy, ale przeliczyła się. W tych wszystkich jej zagrywkach, bardzo podławych, nie chodziło zresztą o mnie, byłem bowiem człowiekiem z zewnątrz, spoza teatru; w okresie rozmów dźwirzyńskich darzyła mnie nawet wyraźną sympatią po tym, jak w dniu imienin otrzymała ode mnie wielki bukiet pięknych kwiatów, zerwanych przeze mnie poprzedniej nocy w jakimś miejscowym ogrodzie. Zaraz potem długo i szczerze ze sobą rozmawialiśmy (Adam i Renata pojechali wtedy do kina w Kołobrzegu na Hannibala Ridleya Scotta), w tym wypadku obowiązuje mnie jednak dyskrecja.

W pewnej chwili powiedziała: „Szkoda, że wcześniej się jakoś nie dogadaliśmy, bo moglibyście zamieszkać u nas”. Czyli w ich piętrowym domku rekreacyjnym, który od lat wynajmowali w Dźwirzynie, na tyle dużym, że Renata i ja nie musielibyśmy wynajmować za własne pieniądze osobnej kwatery. Sądzę jednak, że przy jej neurotycznym usposobieniu te nasze dźwirzyńskie rozmowy nie odbywałyby się w tak harmonijnej atmosferze, jak to miało miejsce na neutralnym gruncie, nie byłyby tak owocne. Niestety nie robiliśmy wówczas zdjęć, bo zapomnieliśmy o zabraniu aparatów fotograficznych, ale akurat w trakcie tych rozmów nagrywano z Adamem właśnie w Dźwirzynie – przed domkiem rekreacyjnym, na tle trzcin pobliskiego jeziora czy nad morzem ­– kilka scenek do filmu dokumentalnego Big Han Adam Hanuszkiewicz https://www.youtube.com/watch?v=iQMZXTPUIXM; takiego Adama i w tych strojach widywaliśmy codziennie, a w tej swojej ulubionej różowej tunice został pochowany.

 

Dźwirzyno domki letniskowe

 

 

Pani Magda w tych nagrywanych na kasety wielogodzinnych rozmowach, rozpoczynających się codziennie o dziesiątej rano (tak jak próby w teatrze!), nawet nie próbowała uczestniczyć, gdyż „nie była od tych spraw”, co zresztą w licznych wywiadach podkreślała: Kiedy mąż jeszcze pracował, był typowym artystą. W związku z tym ja musiałam być bardzo przyziemną kobietą. Budować domy, kupować samochody, robić za praczkę, sprzątaczkę, kucharkę, kochankę i panią domu… Poruszane przez nas kwestie, częstokroć bardzo złożone, przekraczały zdecydowanie jej możliwości intelektualne, co było powodem jej zrozumiałej frustracji. Gdy ze dwa razy wchodziła do naszego domku w trakcie rozmów z Adamem i próbowaliśmy ją do nich wciągnąć, uciekała stamtąd jak najśpieszniej, czując, że jest intruzem.

Dlatego ogarnia mnie pusty śmiech, kiedy czytam tego rodzaju wynurzenia pani Magdy: Muszę pozbierać wszystko, czym mnie Adam obdarzył. Całą wiedzę o Jego teatrze. Kiedyś po premierze „Traviaty” w Operze Wrocławskiej Bogusław Kaczyński powiedział: „Adam, obejrzałem dziesiątki realizacji »Traviaty« z najlepszymi sopranami świata, ale nigdy mi się nie zdarzyło, żebym się wzruszył. A na Twojej płakałem. Teraz rozumiem, że krytycy nie mają narzędzi do analizy Twojej sztuki i dlatego piszą takie bzdury”. Sądzę, że ja mam te narzędzia do rozebrania sztuki Adama. Ponieważ nie tylko żyłam z Nim 30 lat, ale też byłam Jego asystentką przy wszystkich spektaklach, również za granicą. I to wszystko z Nim przeżyłam. Mam nadzieję, że uda mi się zanalizować fenomen zjawiska Hanuszkiewicz.

W jaki sposób miałaby to uczynić, skoro nie potrafiła sensownie skonstruować bardziej złożonego zdania, o czym powiedziała wprost w jakiejś swojej uwadze do pierwszej książki wydanej przez Prószyńskiego: „ja się na tym nie znam”? Mogła jednak skorzystać z usług swego przyjaciela, Andrzeja Golimonta, który w swoim czasie był nie tylko warszawskim radnym z najdłuższym stażem (wybieranym do Rady miasta stołecznego Warszawy przez kolejne pięć kadencji!), ale również autorem książki napisanej wspólnie z gen. Czesławem Kiszczakiem: Generałowie bezpieki, Od grudnia do Magdalenki. Co dziwić nie może, ponieważ ten dziennikarz i publicysta „Sztandaru Młodych”, „Dziennika Ludowego”, „Trybuny” i „NIE” był w okresie przygotowań i obrad Okrągłego Stołu współpracownikiem Kiszczaka. Umiał więc dziarsko machać piórem, ba, potrafił wydobywać nim, jako współautor książki, nawet Sekrety spod sutanny! Już sobie wyobrażam jakość „analizy fenomenu Hanuszkiewicz” ich autorstwa!

Poniżej na zdjęciu: w tydzień po pogrzebie wdowa po Hanuszkiewiczu (trzydzieści lat od niego młodsza) na wernisażu Erotica w towarzystwie pana Golimonta (rocznik 1969), którego nazwała „przyjacielem ich domu”, gdy jakiś brukowiec śmiał w to powątpiewać, posądzając ich chyba o romans.

 

Magda Hanuszkiewicz z panem Golimontem na wernisażu Erotica

 

 

Nawet gdyby tak rzeczywiście było, to jestem przekonany, że Adam przyklasnąłby temu z zaświatów, ale próby utrącenia przez nich Jego książki na pewno by nie zaaprobował! Oczywiście pan Golimont pozostawał w cieniu, ale jego obecność bywała wyczuwalna w stylu odpowiedzi, których od czasu do czasu raczyła nam udzielać pani Magda. Czyżby nie rozumiała, że w książce Reszta jest monologiem jej rzekomo „ukochany mąż” sam zanalizował swój własny fenomen – przy naszym chyba istotnym udziale, skoro w momencie ukończenia tych rozmów Adam krzyczał do kogoś, kto akurat do niego zadzwonił: „Właśnie ukończyliśmy pracę nad drugą książką! Świetnie nam się współpracowało, bo Renata i Janusz są po prostu genialni! Genialni!!”. Mamy to na nagraniu, ale do książki woleliśmy nie dawać, bo panią Magdę szlag by trafił!


cdn.

22:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni

 

Adam Hanuszkiewicz (rocznik 1924), gdy zmarł 4 grudnia 2011 roku, był młodszy od iwoniczanina Edwarda Helona, który szykował się wtedy do obchodu 100. rocznicy urodzin, „tylko” o 13 lat, no ale po odebraniu mu w roku 2004 Teatru Nowego wpadł w depresję i siedem ostatnich lat spędził praktycznie w łóżku, co długiemu żywotowi na pewno nie służy. Na szczęście Renacie Dymnej i mnie udało się dziesięć lat wcześniej przeprowadzić z nim wywiad-rzekę, który zaowocował dwiema pokaźnymi książkami: Kobieto! Boski diable… (Prószyński i S-ka, 2012) oraz Reszta jest monologiem (Wydawnictwo BOSZ, 2016).

Na okładce tej drugiej widnieje wyłącznie nazwisko Adama Hanuszkiewicza. Wydawca uznał, że współautorzy powinni pozostać trochę w ukryciu, czemu specjalnie się nie dziwię, ale przynajmniej wyeksponował mnie jako redaktora książki – w przeciwieństwie do wydawnictwa Prószyński i S-ka, które z moich redaktorskich usług korzystało również wtedy, gdy pani Cwen-Hanuszkiewicz poszatkowała gotową do druku książkę swoimi bzdurnymi skreśleniami. Panie „redaktorki” nie miały pojęcia, co z tym fantem zrobić, ale w stopce redakcyjnej mnie nie ma.

Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, których od Prószyńskiego za zredagowanie książki nie otrzymałem. Od BOSZA zresztą też nie otrzymałem nawet złamanego grosza za w sumie wiele miesięcy ciężkiej pracy, bo wszystkie honoraria z Reszta jest monologiem będą przekazywane na rzecz Domu Aktora-Weterana w Skolimowie.

W sporządzonym przez Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich opisie uroczystej promocji tej książki, zorganizowanym wyłącznie staraniem Renaty Dymnej, ta kwestia została przedstawiona nieprawdziwie, bo nie o „część dochodu z wydania książki” przecież chodziło! Sugeruje to bowiem, iż Wydawnictwo BOSZ zrezygnowało z części swoich dochodów, a prawdą jest, że wyłącznie współautorom odebrano całość ich honorariów za wykonaną pracę (Renacie Dymnej i mnie) względnie za udzielenie zgody na wydanie tej książki (Magdalenie Cwen-Hanuszkiewicz). O tym mówi treść na zdjęciu czeku, który będzie można za chwilę obejrzeć, ale najpierw przeczytajmy ten opis:

4 kwietnia 2016 roku na Małej Scenie warszawskiego Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera odbyło się artystyczne spotkanie promujące wydaną przez Wydawnictwo BOSZ książkę „Reszta jest monologiem”, będącą zapisem rozmowy Adama Hanuszkiewicza z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim.

Spotkanie, pełne zabawnych i wzruszających anegdot i wspomnień przywołanych przez wychowanków i przyjaciół Mistrza, urozmaiciły występy aktorów i muzyków współpracujących z bohaterem wieczoru w czasach jego szefowania Teatrowi Narodowemu i  Nowemu. Zaśpiewali m.in.: Edyta Jungowska, Brygida Turowska, Małgorzata Duda, Julian Mere, Aleksander Trąbczyński. Krzysztof Szuster pojawił się wraz z pointerem, niemal wierną kopią swoich dwóch psów, które występowały w słynnej inscenizacji „Miesiąca na wsi” Czechowa w Teatrze Małym. Nie zabrakło też motocykla Hondy z „Balladyny”, na którym to on właśnie jeździł w stroju Balladyny, jako Bożena Dykiel. Sam Mistrz pojawił się na ekranie w historycznych już sekwencjach filmowych.

Miłym dla nas zakończeniem wieczoru była zapowiedź, że część dochodu z wydania książki zostanie przeznaczona na Dom Artystów Weteranów Scen Polskich im. Wojciecha Bogusławskiego w Skolimowie, za co serdecznie dziękujemy. Prowadzący wieczór – Renata Dymna i Piotr Gąsowski, uroczyście przekazali symboliczny czek na ręce dyrektor DAW, Anny Solnickiej-Heller, i Prezes Fundacji, Marleny Miarczyńskiej, która przez lata była też aktorką u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym i Małym.

Sam Adam Hanuszkiewicz wielokrotnie bywał gościem w naszym domu w Skolimowie, gdzie prowadził długie rozmowy z Tamarą Taterą, obecnie mieszkanką DAW, a niegdyś  swoją „prawą ręką” jeszcze w Teatrze Narodowym. Pani Tamarze Wydawnictwo BOSZ było uprzejme przekazać w prezencie egzemplarz książki „Reszta jest monologiem”.

Życzymy pasjonującej lektury.


 czek

 

O tym czeku, mającym za oprawę – jak na ironię losu – chyba dywan perski, będzie jeszcze mowa. A jeśli chodzi o promocję książki w Teatrze Powszechnym, to nie chciałem w niej uczestniczyć, bo taki był układ między mną a Renatą Dymną: ja byłem od czarnej roboty redakcyjnej, zaś ona od czarnej roboty promocyjnej (to, że te książki wyszły drukiem, jest przede wszystkim jej zasługą, choć bez mojej szarpaniny z „ciocią Madzią” zapewne nic by z tego nie wyszło). Moja córka Joanna Jagiełło zastąpiła mnie na tej uroczystej gali promocyjnej, wyrażając się z entuzjazmem o sposobie, w jaki została ona zorganizowana. Renata Dymna wyreżyserowała ten dwugodzinny program znakomicie, a niemające najmniejszego pojęcia o zakulisowych rozgrywkach dwie panie reprezentujące DAW (Dom Aktora Weterana) oraz Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich były zapewne bardzo wzruszone przede hojnością współautora i redaktora książki, który sam przyznał we wstępie do tej książki, że nigdy nie był związany z teatrem zawodowo…

W czerwcu 2016 roku w teatrze w Jeleniej Górze też miałem swojego człowieka, Wojtka Szczepanika, który po dwugodzinnym spektaklu promocyjnym, zorganizowanym przez Renatę Dymną, piał z zachwytu.  Niedługo dojdą kolejne promocje w innych teatrach, ale żadna z nich nie odbędzie się tam, gdzie przede wszystkim powinna mieć miejsce: w warszawskim Teatrze Narodowym! Dlaczego nie tam?  Proszę posłuchać, bo jest to casus zadziwiający: Teatr ten, w ogromnej mierze także Hanuszkiewiczowski, miał już w roku 2012 na plakatach promocję Jego poprzedniej  książki, Kobieto! Boski diable… (przeszkodziła w tym pani Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, wstrzymując na pół roku jej druk), dlaczego więc wycofał się z promowania Reszta jest monologiem, książki stokroć bardziej teatralnej niż poprzednia? A chodziło tylko o użyczenie małej sali, bez ponoszenia żadnych kosztów obsługi tego przedsięwzięcia! Wystarczy jednak przeczytać, co Adam Hanuszkiewicz powiedział o tym środowisku w swoim wywiadzie, by tę nikczemność i małość zrozumieć. Jest to oczywiste draństwo, za które pan Jan Englert (dyrektor… artystyczny) będzie się smażył wiecznie w teatralnym piekle!

 

 Reszta jest monologiem_500szer

 

cdn.

21:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2016
105 LAT I 7 DNI NAPRAWDĘ MINĘŁO!

 

Kiedy dowiedziałem się, że pan Edward złamał sobie aż pięć żeber i od dwóch dni nie je i nie śpi, byłem poważnie zaniepokojony, bo wyglądało to na prawdziwy pech! A potem był szpital w Krośnie. Ale kiedy doszła mnie wieść, że pan Edward oblizuje się na widok urodziwych pielęgniarek, a apatycznym wzrokiem spogląda na dwie starsze panie spoczywające na sąsiednich łóżkach, wiedziałem, że rychło wróci do pełni sił! I rzeczywiście – po kilku dniach został stamtąd wypisany, a lekarz prowadzący nawet nie widział potrzeby odwiezienia karetką sędziwego pacjenta do domu, co w takiej na przykład Szwecji byłoby obligatoriskt, czyli obowiązkowe, wraz z obowiązkowym przewiezieniem go w wygodnej pozycji leżącej. A tu: upchał wnuk Maciek dziadka na tylnym siedzeniu zwykłej osobówki jak worek kartofli i bujaj się Fela, bo jutro niedziela! 

Miałem kiedyś pęknięte tylko jedno żebro i wiem, jaki to był koszmarny ból przy oddychaniu. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym złamał sobie pięć żeber, tfu, odpukać! Oczywiście pan Edward powinien z racji swojego wieku przebywać w pomieszczeniach, gdzie możliwość złamania sobie czegokolwiek jest praktycznie wykluczona. W takich komfortowych warunkach przebywają stulatkowie w domach opieki społecznej na zachodzie Europy. Poza całodzienną opieką lekarską i pielęgniarską mają do dyspozycji gabinety zabiegowe – panu Edwardowi też przydałyby się codzienne masaże, ćwiczenia usprawniające, także w wodzie, dzięki czemu na pewno chodziłby bardziej wyprostowany, a dieta, którą by tam otrzymywał, różniłaby się nieco od tej, jaką sam sobie zaordynował!

Można na cywilizację wybrzydzać, mówić, że gdzieś tam w górach ludzie żyją po sto kilkadziesiąt lat, ale… Stop! Zatrzymajmy się najpierw na tych górach. Kaukaz, z legendą o dziewięćsetstuletnim panu młodym i pannie młodej młodszej o trzysta lat, nasuwa się na myśl automatycznie. Półtora tysiąca stulatków tam żyjących, jeśli ich metryki urodzenia są pewne, robi oczywiście wrażenie. Pewne jest niewątpliwie to, że górskie powietrze, przyroda i klimat Kaukazu Północnego wpływają pozytywnie na zdrowie i sprzyjają długowieczności, ale poza odżywianiem (wzmianki o baranim tłuszczu, który dodaje się do większości potraw kaukaskiej kuchni i wytwarza się z niego słodycze oraz mydło, pojawiają się już w Biblii) ważny jest również styl życia: ludzie, którzy mieszkają w górskich wioskach, przywykli od dziecka do ciężkiej pracy, a nie do leniuchowania! 107-letnia pani Mirishan, którą oglądam na zdjęciu, ma na pewno tyle lat, bo mapa jej twarzy na to wskazuje. Ponadto zaświadczają o tym jej wnuki, które mają po ok. 60 lat. Całe życie ciężko pracowała w kołchozie, w represyjnych latach 40. XX wieku deportowano ją do Kirgizji, ale nic nie mogło złamać hartu jej ducha. Po kilkunastu latach udało jej się powrócić w rodzinne strony, nadal sama zajmuje się gospodarstwem i dogląda wnuków, przyrządza im jedzenie. Nigdy nie była u lekarza ani nie zwracała się o pomoc lekarską, dzieci rodziła w domu. Narzeka jedynie na słuch, więc trzeba mówić do niej głośno. Wprawdzie u nas żyją panie w tym wieku, jedna z nich ma ponad 111 lat, ale nie sądzę, by odznaczała się taką żywością ciała i umysłu!

Wcześniej pisałem, że najstarszy Polak ma 107 lat i że panie pod względem długowieczności biją nas na głowę, okazuje się jednak, że Antoni Sławiński, mieszkaniec Kudowy Zdroju, według oświadczenia własnego urodził się 6 lipca 1905 roku na Wołyniu, byłby więc najstarszym mieszkańcem naszego kraju http://www.kudowa.pl/pl/aktualnosci/z-wizyta-u-pana-antoniego, detronizując panią Jadwigę Szubartowicz w długości życia o ponad 100 dni!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Antoni_Slawinski.jpg

 

To, że burmistrz tamtego, też kurortowego miasta w to wierzy, jest zrozumiałe. Znaczne większe wątpliwości budzi fakt, że brak jest dokumentów potwierdzających jego datę urodzenia (ktoś napisał w komentarzu: „w latach, kiedy urodził się ten pan i jego rówieśnicy, często dopisywano kilka lat, by nie iść do wojska”).  Z informacji podanych pod wskazanym przeze mnie linkiem wynika wprawdzie co innego, ale czy służba w kawalerii pana Antoniego w 1925 roku, kiedy miał mieć 20 lat, ma potwierdzenie w jakichkolwiek dokumentach? Należy w to powątpiewać, bo w innym razie nawet brak metryki urodzenia (nie tylko podczas rzezi wołyńskiej płonęły archiwa kościelne) nie stanowiłby przeszkody do uznania jego wieku za prawdziwy.

Niestety, obecnie nie ma bezinwazyjnych metod badawczych, które by u człowieka żywego wskazały z niewielkim odchyleniem na wiek rzeczywisty. Badania szwów czaszkowych przeprowadza się na razie tylko na szkieletach osób zmarłych. Badanie stanu uzębienia u osobnika bezzębnego też w grę nie wchodzi. Metody radiometrycznej (każdy z izotopów ma określony czas, po którym połowa jego atomów ulega rozpadowi na atomy pierwiastków potomnych oraz jeden lub więcej rodzajów promienia) użyć można tylko do określenia wieku skał. Tak jak i metody sedymentologicznej, choć można by chyba dokonać pomiarów tempa sedymentacji różnych osadów w zbiorniku wodnym, jakim w pewnym sensie jest ciało pana Antoniego Sławińskiego, bo składa się przecież ono w znacznej mierze z wody, nieprawdaż? Krew to przede wszystkim woda, ale jednak krew to nie woda – czyżby w panu Antonim ta jego krew była tak mało krwista, że dopiero w 1937 roku, mając 32 lata ożenił się z panią Teklą i zaczął płodzić potomstwo? Wolne żarty, zwyczajny chłop z jajami rozpocząłby służbę prokreacyjną   znacznie wcześniej! A mówiąc zupełnie serio – pan Antoni na podane przez siebie lata absolutnie nie wygląda! Microsoft udostępnił narzędzie How-Old.net, które na podstawie zdjęcia szacuje wiek osób na nim się znajdujących. Niestety nie jest ono jeszcze doskonałe, ale nawet laik, patrząc na zamieszczone powyżej zdjęcie pana Antoniego, nie da mu więcej niż 102 lata!

Wprawdzie w Tybecie widziałem ponad stuletnich mnichów, wyglądających na 60-latków, którzy, jak w powieści Jerzego Andrzejewskiego, szli skacząc po górach (zostało to oczywiście zaczerpnięte z biblijnej Pieśni nad pieśniami), ale to było w Tybecie – na szczytach duchowości, gdzie można odżywiać się wyłącznie światłem! Do Karakorum niestety nie dotarłem. Pod tym pasmem górskim w dolinie rzeki Hunza znajduje się podobno światowe centrum długowieczności. Najciekawsze jest jednak to, że Hunzowie, lud tę dolinę zamieszkujący, nie tylko pod względem genetycznym przypominają wschodnich Europejczyków! Ta dorosła dziewczyna Hunza ze zdjęcia poniżej mogłaby urodzić się w np. w Warszawie (skóra biała, oczy zielone, ostry podbródek).

 

http://jbr.blox.pl/resource/hunzavalleypakistan.jpg

 

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy szczęśliwym małżeństwem w tym plemieniu było akurat to, gdzie on dożył 106 lat, a ona 103. Bardziej absorbuje mnie pytanie, jakie gody obchodzili? Brylantowe (75 lat długoletniego pożycia małżeńskiego) z pewnością, dębowe (80 lat dpm) też niewykluczone, ale w plemionach za mąż wychodzi się raczej wcześniej, więc co? Skala się skończyła, czy po prostu obchodzi się tam jeszcze inne gody, skoro prawdą jest, że niektórzy członkowie tego plemienia żyją znacznie-znacznie dłużej?

Faktem jest, że nie wiedzą, co to rak, cukrzyca, otyłość czy wysokie ciśnienie, czyli typowe choroby cywilizacyjne. Faktem jest też, że zjadają w dużych ilościach pestki moreli, które zawierają spore ilości witaminy B17. Ma ona działanie przeciwrakowe, a Hunzowie, dzięki tym pestkom, spożywają jej 200 razy więcej niż przeciętny Amerykanin! Jeszcze jedno: dla nich człowiekiem w średnim wieku jest stulatek!

Hunzowie są tym, co jedzą: w dużej ilości spożywają surowe owoce i warzywa (np. ziemniaki, marchewkę, rzepę, dynię, jabłka, czarne porzeczki, wiśnie, śliwki, morele), orzechy (laskowe i migdały) oraz zrobione z nich oleje. Ponadto konsumują dużo zbóż: grykę, pszenicę, proso oraz jęczmień, które jakoś im nie szkodzą. Być może sekret tkwi w odpowiednim przygotowaniu tych zbóż do konsumpcji poprzez moczenie, kiełkowanie i fermentowanie, tak jak to się dzieje w innych cywilizacjach „zbożowych”? Albo po prostu w lepszym ich przyswajaniu? Poza  mlekiem i jogurtami piją praktycznie tylko wodę pochodzącą z lodowca; wino używane jest jedynie w celach medycznych. Dalej: mimo iż pracują fizycznie, jedzą niewiele (dwa główne posiłki w ciągu dnia); dorosłym ludziom w tym surowym klimacie wystarcza niecałe 2000 kalorii dziennie. Dzięki temu są dużo bardziej wytrzymali i mają więcej energii. Dodajmy, że oczyszczają się za pomocą postów i że robią to od najmłodszych lat. Taki ścisły post trwa kilka dni i odbywa się najczęściej wiosną.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Matka_i_corka.png 

Powyżej: matka (naprawdę stareńka) i córka.  Jeśli prawdą jest, że niektórzy  z Hunzów dożywają 145 lat, to wyczyn Francuzki Jeanne Calment (1875-1997), której udało się przeżyć w niezłym zdrowiu 122 lata i w gorszym 164 dni, nieco blednie. Była ona jednak najstarszą udokumentowaną Ziemianką. Tak jak pan Edward Helon uwielbiała słodycze, zjadała tygodniowo prawie kilogram czekolady (temu, jak również oliwie z oliwek, którą dodawała do potraw i wcierała w skórę, przypisywała swoją długowieczność i stosunkowo młody wygląd). Pomińmy fakt, że paliła do 117 roku życia, ale tylko dwa papierosy dziennie, w tym jeden do szklaneczki porto. Na rowerze jeździła do stu lat, uprawiała też inne sporty. Samodzielnie chodziła prawie do 115. roku życia. Niestety upadła i złamała kość udową, od tej pory jeździła na wózku. Dopiero po ukończeniu 122 lat podupadła na siłach i już nie podnosiła się z łóżka.

Kiedy zmarł jej jedyny wnuk ciężko ranny w wypadku drogowym, 90-letnia Calment zawarła umowę z pewnym prawnikiem, który za przejęcie  domu po jej śmierci (liczył, że nastąpi to najpóźniej po 10 latach) miał jej wypłacać dożywotnią pensję w wysokości 2500 franków miesięcznie. Gdy na dwa lata przed jej zgonem zmarł na raka, trzydziestoletnie spłaty tego domu przekroczyły dwukrotnie jego wartość. Wdowa po nim musiała spłacać ten dom jeszcze przez ponad dwa lata! Dla mnie informacją najciekawszą jest to, że osobiście znała Vincentego van Gogha, kiedy ten niezwykły, ale i tragiczny malarz mieszkał w Arles. Opowiadała w tym, mając 114 lat, w filmie nakręconym z okazji setnej rocznicy jego pobytu w Arles (ona tam się urodziła i mieszkała w tym mieście do śmierci). Według niej był brzydki i nieuprzejmy.

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeanne_calment.jpg

 

O tym wszystkim opowiadałem tym przedstawicielom najbliższej rodziny pana Edwarda Helona, zebranym w Barze na „Górce” w sobotę 17 grudnia 2016 roku, którym udało się dojechać na uroczyste przyjęcie zorganizowane z okazji Jego 105. urodzin, Jego córka, pani Janina, mądrze zadbała o to, żeby świadkiem owego niesłychanego wydarzenia w nowożytnych dziejach Iwonicza-Zdroju był pisarz-kronikarz tych dziejów, który w najnowszym, już trzecim wydaniu swojej książki kuracyjnej podał wiadomość z ostatniej chwili o tym, że Iwonicz-Zdrój ma swojego 105-latka, wraz z linkiem na obszerną opowieść o tym fakcie na tym właśnie blogu onetowskim. Pani Janina mogłaby się wahać, gdybym był żarłokiem i moczymordą, goszcząc mnie jednak wcześniej u siebie wiedziała dobrze, że spustoszenia na stołach nie zrobię, a świadectwo prawdzie dam. Ta prawda będzie oczywiście subiektywna, a ponadto niepełna, bo takie zdarzenia nabierają odpowiedniego wymiaru dopiero po jakimś czasie, kiedy nabierzemy do nich tzw. dystansu.

Przed Barem „Na Górce” stawiłem się dziesięć minut wcześniej, o godz. 13:50, jako pierwszy z przyszłych biesiadników. Po zlokalizowaniu sali, w której na stołach znajdowało się już to, co trzeba do rozpoczęcia uroczystości, wyszedłem na dwór, żeby być świadkiem przybycia orszaku z Dostojnym Jubilatem. Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, ale zaprzężone aż w sześć karych koni (dla podkreślenia rangi tego wydarzenia).  No tak, ale śniegi na drogach są obecnie rozgarniane przez pługi, więc powóz ze znakiem herbowym Helonów i stangretem na koźle ubranym we frak i pudrowaną perukę, albo, stosownie do zimowej pogody, w pelerynę podbitą futrem pasowałby bardziej. Przy podjeżdżaniu pod Bar „Na Górce” jego wielkie biczysko zataczałoby oczywiście fantazyjne koła. Dodajmy do tego parskanie koni gwałtownie osadzonych w miejscu za pomocą nagłego ściągnięcia lejców tuż przed samym wejściem do biesiadnej sali.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego cały Bar nie został rzęsiście iluminowany z tej okazji, a drogi prowadzącej do niego nie zwieńczono bramą triumfalną, niekoniecznie stałą, w kształcie monumentalnej budowli stawianej już w czasach rzymskich dla upamiętnienia ważnej osoby lub uczczenia ważnego wydarzenia, czyli właśnie takiej osoby jak Edward Helon (przyznacie, że to nazwisko ma szlachetne, wręcz antyczne brzmienie!) i jubileusz 105-lecia Jego urodzin. O takie sprawy powinny zadbać władze Gminy, mając za wzór choćby Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie, mówiąc nieco ironicznie, bo naprawdę było mi przykro, że nikt o tym nie pomyślał. Niechby chociaż rozwieszono między drzewami baner, żeby poinformować kuracjuszy o tym niezwykle ważnym wydarzeniu w życiu kurortu o kilkusetletniej tradycji. Załuscy na pewno nie omieszkaliby tego wykorzystać dla celów reklamowych!

Tak sobie rozmyślałem, ryjąc kijkiem leszczynowym w śniegu: Edward Helon, mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, ma 105 lat! Kuracjusze idący w stronę sanatorium KRUS przystawali, czytali i żywo komentowali ten mój napis, wypytując o szczegóły. Ale zanim zdążyłem im wszystko objaśnić, nadjechały pierwsze samochody, a wśród nich ten, który przywiózł pana Edwarda.

Kiedy wnukowie pomogli mu wyjść z samochodu – stał na chodniku wyraźnie oszołomiony. Już dzień wcześniej, gdy władze miasta i gminy odwiedziły go w domu, składając gratulacje i wręczając okolicznościowy dyplom, zapytał córkę, kiedy pan burmistrz ze swoją świtą opuścił dom: „Czego oni ode mnie chcieli?”. „Pojutrze będziesz miał 105 lat!” – krzyknęła mu do ucha pani Janina. „Ja… 105 lat? Coś ci się chyba pokręciło w głowie!”. „W niedzielę będziesz miał naprawdę 105 lat!”. „No to będę miał – po co robić z tego powodu tyle szumu?”.

I przed Barem „Na Górce”, gdzie stał samotnie na chodniku i czekał, aż go wprowadzą do środka, i w sali biesiadnej, gdy go już usadowiono przy stole, miał minę przestraszonego dziecka, które wywołano do tablicy, dano do ręki kredę i kazano rozwiązać jakieś skomplikowane równanie z wieloma niewiadomymi: „Dziadku, poznajesz mnie, to ja, Mietek! Mieeeeeetek!!!", „Dziadku, to ja, Marysia! Maaaaaaaaaaaaaaaaaarysia!!!”, „Dziaaaaaaadku…. dziaaaaadku… dziaaaaaaaaaadku…. to jaaaaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaaaaaa…”. A on rozglądał się dookoła, jakby pytał: "Ktoooo to jest?, ktoooooo, ktoooooooooooo, ktooooooooo, ktoooooo?”. I zazwyczaj na próżno krzyczeli, bo po dziadku, nawet jeśli córka objaśniała mu, kim są, te informacje spływały jak woda po kaczce. O Józefie Przenajświętszy, spłodzenie pięciorga potomstwa jest sprawą dość prostą i pan Edward mógłby te pięć kresek na tablicy, do której go nieoczekiwanie wywołano, narysować drżącą ręką w każdej chwili, choć jedną kreskę trzeba by wymazać, bo najstarszy syn opuścił niedawno ten ziemski padół , ale to, co się potem z tym równaniem z pięcioma wiadomymi porobiło, zaczęło w pewnym momencie przekraczać możliwości obliczania tego na palcach nie tylko rąk, bo i nóg też! Na tej sali najmłodszy „zstępny” miał zaledwie kilkanaście miesięcy!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105_III.jpg

 

Stoi pan Edward przy tej jubileuszowej tablicy i drapie się po głowie. Bo obok skomplikowanych liczb dochodzą jeszcze takie pojęcia jak „zstępny”. O Jezusie Przenajświętszy, jeszcze mnie, staremu, każą się wspinać na sam czubek drzewa genealogicznego Helonów, bo o „wstępnych”, czyli moich przodkach, niewiele wiadomo, i od moich lędźwi zaczną spuszczać we wszystkich kierunkach tych tam „zstępnych”, którzy w genealogii oznaczają każdego kolejnego potomka tej samej osoby: jej dziecko, wnuka, prawnuka, praprawnuka itd., natomiast „wspólni zstępni” to zstępni tej samej pary, pochodzący z tego samego związku kobiety i mężczyzny (nie tylko z małżeństwa), amen.

Wszystkie poty biją na pana Edwarda, rozgląda się coraz bardziej przestraszony dookoła, a ci wszyscy zstępni i wspólni zstępni zachowują się tak, jakby nie rozumieli jego dylematów, napierają na niego roześmiane postaci z kielichami w rękach i śpiewają możliwie najgłośniej: „Dwieeeeeeeeeeeeeeście lat, dwieeeeeeeeście lat, niech żyyyyyyyyje, żyyyyyyje nam, nieeeech żyyyyyyyyyyyyyyyyje naaaam!”. I spełniają toast szampanem, a pan Edward nie odpowiada, nie pije, usta ma coraz bardziej spierzchnięte, w jego wzroku czai się prawie trwoga, bo nikt z biesiadników nie widzi potrzeby podpowiedzenia mu, co ma zrobić z tą kredą w ręku i z tą tablicą, która czysta, niezapisana (tabula rasa) była tylko w chwili jego narodzin, 18 grudnia 1911 roku (w tym dniu narodziło się także Związkowe Naczelnictwo Skautowe, czyli polskie harcerstwo), a później została zapisana stopniowo w ciągu życia i zdobywania doświadczeń, czyli w ciągu 38 352 dni, które od tamtej pory minęły.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105.jpg

 

Dlatego pan Edward nie chce patrzeć na tort urodzinowy, bo tam to wszystko zostało wypisane w tych 105 latach! Odchodzi od niego najdalej jak to możliwe i po chwili znajduje się za stołem obok najstarszego, żyjącego syna, Mariana. Siedzi tam pozornie nieobecny, czasami udaje, że przysypia, żeby nikt nie widział, że nadal stoi przy już pogryzmolonej tablicy z kredą w ręku i nie wie, co ma zrobić z tymi wszystkimi liczbami, równaniami z coraz większą ilością niewiadomych, bo potok zstępnych i wspólnych zstępnych nie wyschnie już nigdy. Mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta, tort urodzinowy został pokrojony i zjedzony przez biesiadników, a z jego talerzyka nie znikło nic, kieliszek napełniony przed czterema godzinami też jest nadal pełny.

Czasami mój wzrok spotyka się z jego wzrokiem i mam wrażenie, że nici porozumienia między nami nic nie jest w stanie przeciąć, bo tylko my dwaj wiemy, co jest tutaj „grane”. Niechaj inni się dobrze bawią, jedzą i piją, bo po to przebyli daleką drogę, żeby w gronie rodzinnym uczcić w ten sposób te 105 lat życia tego, dzięki któremu bezpośrednio czy pośrednio też cieszą się życiem. Bardzo mi się ci prości, serdeczni ludzie podobają. Nie ma w nich żadnego zadęcia, żadnej sztuczności. W dzieciach, które tam były, też to jest. Dobre ziarno zasiał pan Edward, bez dwóch zdań! Chciałbym się z nimi jeszcze raz spotkać z okazji 110-lecia urodzin pana Edwarda. Dałby Bóg, żeby było to możliwe!


 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_z_moja_ksiazka.jpg

 

 

Skoro nawet pan Edward miał w rękach moją książkę, to chyba mam moralne prawo zaprosić wszystkich również jako wydawca na swoją stronę internetową?

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:07, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 30 października 2016
KRÓTKA OPOWIEŚĆ O IWONICKIM STUPIĘCIOLATKU

   Edward Helon, od 9 lat lat mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, jest obecnie jego najstarszym mieszkańcem. Urodził się 18 grudnia 1911 w Izdebkach za Brzozowem (50 km stąd), gdzie mieszkał do czasu przeniesienia się tutaj. Opiekuje się nim 60-letnia córka, Janina Golonka, jeśli to w ogóle można nazwać opieką, bo pan Edward jest w pełni samodzielnym starszym panem, który słucha jedynie siebie. Próba narzucenia mu czegokolwiek nie ma szans powodzenia. Przed trzema tygodniami pan Edward zirytował się nieco na córkę, bo chciała mu coś narzucić. Chwycił ją w pół, aż zatrzeszczały jej żebra, podniósł do góry i zapytał: „Ile jeszcze będziesz pyskowała?”. Podniósł do góry 75 kg żywej wagi, sam będąc mężczyzną raczej szczupłym!!!! Powiedziała, że pociemniało jej w oczach i myślała (cytuję dosłownie): „że dupa oderwie mi się od kręgosłupa!”. Wzięte z filmiku  https://facebook.com/lookback/ #FacebookIs10) zdjęcie pani Janiny nie pozostawia wątpliwości, że jej 105-letni ojciec ma nadal niedźwiedzią siłę!


 

http://jbr.blox.pl/resource/Pani_Janina.jpg

 

   Dla przypomnienia: w Polsce żyje obecnie około 4000 stulatków (prognozy na rok 2035 zakładają, że będzie ich w naszym kraju prawie 15 000!). Zdecydowana większość z nich to kobiety – dwie z nich mają po 110 lat. W sumie czterdzieści pięć Polek ma co najmniej po 106 lat!  Pani Janina wspomniała, że niedawno żyła jeszcze w Izdebkach kobieta, która miała 107 lat, ale na tej liście zusowskiej jej nie ma, więc być może już umarła (po rozmowie telefonicznej z rodziną w Izdebkach okazało się, że rzeczywiście niedawno umarła).

   Właśnie tyle lat, czyli 107, liczy sobie najstarszy Polak. Ta lista jest znacznie krótsza: tylko jedenastu panów (pan Edward będzie dwunastym) osiągnęło wiek co najmniej 105 lat, wśród nich jest profesor z Warszawy. Wydaje mi się jednak, że tylko pod względem wieku mogą konkurować z panem Edwardem, którego poniżej widzimy przy kośbie w rodzinnych Izdebkach w sierpniu 2015 roku!

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_kosi.jpg

 

   Jest bowiem fenomenem, jeśli chodzi o sprawność fizyczną i umysłową. W dodatku robi przy sobie wszystko sam! Przed naszym przyjściem starannie się ogolił w łazience zwykłym mydłem do golenia, pędzlem i jednorazówką. Nożyczkami przyciął sobie brwi, powycinał małymi nożyczkami włoski w nosie i w uszach, pokremował sobie twarz. Zmarszczek nie musiał wygładzać, bo ich nie ma. Potem odświeżony przyszedł do nas i  na dzień dobry dostał cały kieliszek mocnej nalewki na spirytusie na kwiatach czarnego bzu (przyniosłem w prezencie półlitrową butelkę). Wypił duży kieliszek tej nalewki jednym haustem i powiedział: „Dobre!”. Może liczył na więcej, bo oblizywał usta?

   Najczęściej wypija bowiem dwa kieliszki wódki, lubi piwo żywiec lub tyskie, toasty noworoczne kielichem szampana też spełnia. Dwa lata temu wnuk szukał butelki mocnego samogonu, którą dostał od kogoś w prezencie i trzymał w lodówce. Znikła. Pytał wszystkich dookoła - nikt nie wiedział, co się z nią stało. W końcu córka zapytała pana Edwarda: „Tato, nie brałeś tej butelki z lodówki?”. Odparł oburzony: „Ja wziąłem wódkę? Chyba oszalałaś!”. Po jakimś czasie wnuk poszedł do drewutni po gumiaki. Patrzy: w jednym tkwi prawie pusta butelka po samogonie! Dopiero wtedy zrozumieli, dlaczego pan Edward po wyjściu stamtąd latał po podwórzu z miotłą lub grabkami „jakby mu kto przypiął skrzydła". Przyparty do muru rzekł: „No i co się stało? Tragedia???”.

   Być może wtedy zsunął się do głębokiej fosy wypełnionej po obfitych deszczach mętną wodą i nie mógł się stamtąd wydostać. Dopiero wnuki przyszły mu z pomocą i wyciągnęły dziadka „ciężkiego jak kłoda namoczona w wodzie". Z pomocą musiały mu także przyjść, gdy w ubiegłym roku wszedł po wysokiej drabinie na strych, ale zejść już nie mógł. Ale gdy go obrócili i pomogli postawić stopy na szczeblu, zszedł na dół szybciutko. Raz tylko w lipcu tego roku zaplątał się jedną nogą w nogawce kalesonów i rymnął jak długi, ale nabił sobie na biodrze tylko guza, bo „kości ma jak z żelaza”. Na poniższym zdjęciu: pan Edward stoi przed wejściem do domu w Iwoniczu-Zdroju, w którym mieszka.

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_przed_domem_w_Iwoniczu.jpg

 

   Do lekarzy chodzi tylko w razie konieczności (w 2000 roku miał raka jelita grubego, założyli mu stomię, sam opróżnia woreczek i zakłada sobie nowy; w 1996 roku miał na wiosnę i na jesieni operację na obojgu oczach, założyli mu soczewki, od tej pory widzi bardzo dobrze, nie potrzebuje okularów, czyta pisma kolorowe, które przynosi mu sąsiadka, dzięki temu wie wszystko o aktorach grających w serialach, bo seriale uwielbia. Kiedy była Moda na sukces, oglądał kolejne odcinki dwa razy, także powtórki, znał wszystkich aktorów po imieniu i nazwisku. Teraz, gdy o godz. 18 puszczają Pierwszą miłość, nie przegapi żadnego odcinka, nawet gdyby był przed chwilą pogrążony w drzemce. Polityką się nie interesuje. Podczas ostatnich wyborów chcieli go samochodem z Urzędu Gminy zawieźć na głosowanie, ale oświadczył: „Beze mnie i tak wybiorą, kogo zechcą!”.

Raz na pół roku przychodzi pielęgniarka, pobierając mocz i krew do analizy. Cholesterol, ciśnienie, wszystko w normie. Bierze dziennie tylko po 1 tabletce: przeciwdziałającej prostacie oraz nadciśnieniu. Alkoholikiem nigdy nie był, ale „potrafił wypić ostro”. Kiedyś palił (córka kupowała mu "Giewonty"), ale palenie rzucił dawno temu, bo denerwowało go ciągłe pokasływanie po zaciągnięciu się papierosem…

   Ale nie te informacje sprawiły, że Irena Olbińska, współredaktorka wielu wydawanych przeze mnie książek, potarła ręką twarz i powiedziała: „Chyba nie będziemy wydawali, Janusz, tej książki o zdrowym odżywianiu się, bo to wszystko, co wiemy, ma się nijak do tego, co tu usłyszeliśmy!”. A zaczęło się niewinnie. Pan Edward zaczyna dzień od zrobienia sobie samemu płatków kukurydzianych na mleku, do nich, za namową lekarza wsypuje sobie „białko w proszku, w którym są wszystkie minerały”. OK, ta informacja Irenki nie wzburzyła. Ani to, że do wszystkich bez wyjątku zup dodawał łyżkę octu! Ani to, że ostatnio upodobał sobie „to czarne”, czyli coca-colę, którą wlewa sobie do półlitrowego kubka i po dosłodzeniu jej cukrem wypija z wielkim ukontentowaniem!

   Co więc tak Irenkę wzburzyło?  Nie to, że obiadów mięsnych od dwóch lat nie jada, bo mówił, że w gardle go boli. Ani to, że owszem pierogi ruskie masłem polane zje, gdy córka zrobi, tak samo kluski z serem czy łazanki z kapustą. Ale to, że: chipsy jada całymi worami, rogaliki, drożdżówki, pączki, wafle, paluszki, cukierki (w tym twarde landrynki!) rąbie na całego, nawet w nocy. Kładzie się do łóżka o 19, po czym co dwie godziny wstaje, żeby zjeść coś słodkiego, a do zwykłej herbaty w kubku wsypuje sobie po sześć łyżeczek cukru! A we krwi i w moczu: cukier w normie!!! Kawę pije tylko sypką, lubi też jogurty owocowe... Je i pije, kiedy chce i co chce. Kiedyś inna jego córka kazała przecierać ojcu mięsko i jarzyny. Pani Janina to zrobiła i zaniosła ojcu, a on tylko na to spojrzał i powiedział: „Zabierz to, w gardle mnie boli...”, po czym zaczął pałaszować wafle i paluszki!

   Jest bezzębny na własne życzenie – wstawić sobie sztucznych zębów nie pozwolił i już! Jak się uprze – nie ma rady! Tak samo jest z aparatem słuchowym. Córka kupiła mu aparat za 1700 zł, ale nie chce go nosić, bo „w uszach mu dzwoni”, choć narzeka, że źle słyszy. Jak już wspomniałem, widzi jednak dobrze. Wystarczy porównać zdjęcia zamieszczone poniżej, by się o tym przekonać. Do mnie odniósł się z wyraźnym dystansem, ale jego chłodne oczy nabrały ciepła od razu, gdy usiadła przy nim Irenka i go objęła!

 

http://jbr.blox.pl/resource/21_wrzesnia_2016_spotkanie_z_panem_Edwardem_II.jpg

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_ze_105latkiem.jpg

 

   Dodam jeszcze, że dziurawe skarpetki sam sobie ceruje – pięknie ceruje! Ma motki z grubymi wełnami, dobiera kolory i ceruje artystycznie, tak jak się to kiedyś robiło! Nie ma znaczenia, że w szufladzie ma sporo nowych skarpetek – dziurawe trzeba pocerować i tyle, wyrzucać nie wolno!

   Tak jak to drzewiej bywało w jego rodzinnej wsi, Izdebkach, która znajduje się w gminie Nozdrzec w powiecie brzozowskim, nad rzeką Magierą, dopływem Sanu, i ma prawie dwa razy większą liczbę mieszkańców (ponad trzy tysiące wraz z przysiółkiem Rudawiec) niż Iwonicz-Zdrój. W dniu urodzin pana Edwarda należała jeszcze do Galicji, wchodzącej w skład Cesarstwa Austriackiego i Austro-Wegier. Ściślej do Królestwa Galicji i Lodomerii, określanej prześmiewczo Golicją i Głodomerią. „Bieda galicyjska” była bowiem przysłowiowa. Na przełomie XIX i XX stulecia średni wiek chłopa galicyjskiego wynosił zaledwie 27 lat, co trzecie dziecko umierało, dwuhektarowe gospodarstwa z nieurodzajnymi glebami nie dawały szans na wyżywienie rodziny. Wyjeżdżano więc gromadnie za „lepszym życiem” do Ameryki, Brazylii, Argentyny, Kanady.


 

http://jbr.blox.pl/resource/Izdebki.jpg 

 

   Tak samo było w Izdebkach, mimo iż na powyższym zdjęciu wygląda jak kraina mlekiem i miodem płynąca. Do Ameryki wyjechała jednak tylko mama 8-miesięcznego Edka, Wiktoria, zostawiając, jak to się mawiało: „na wychowanie”, panieńskie dziecko chore na czerwonkę swojej siostrze Marii, starej pannie. Ta, bojąc się, że chory Edek ją zarazi, wyrzuciła go do stodoły na wiązkę słomy właściwie „na umarcie”, gdyż byłoby cudem, gdyby przeżył. Cuda się jednak zdarzają – chłopczyk wydobrzał.

   Może los chciał mu wynagrodzić to, że był całkowitym sierotą, mimo iż miał i matkę, i ojca, który nazywał się Ruszel i pochodził spod Jarosławia. Matka nie chciała jednak wyjść za niego za mąż, ponieważ był biedakiem, a jej marzyła się Ameryka, „raj, w którym dają ziemię, krowy, a małpy usługują w gospodarstwach”. Marzyła też o bogatym zamążpójściu, a ponieważ dwukrotnie wychodziła w Ameryce za mąż, dorobiła się sporego, przynajmniej jak na warunki galicyjskie, majątku: miała piękny duży dom, w którym znajdowała się restauracja i kawiarnia (klientami byli pracownicy pobliskiej kopalni). Przed śmiercią przepisała to wszystko na swoją siostrzenicę Hankę, która też mieszkała w Pensylwanii i opiekowała się nią aż do śmierci. Była ona jedną z dwóch córek Katarzyny, siostry Wiktorii – obie wyjechały w czerwcu 1912 roku do Ameryki.

   W tym zapisie testamentowym pominęła zupełnie swego jedynego syna Edwarda, bo z tamtych związków dzieci nie miała. Nie znam treści tego zapisu, ale nawet jeśli matka wydziedziczyła go bez jego prawnej zgody w testamencie, to jego dzieci prawo do zachowku zachowywały w pełni, a była to kwota niebagatelna – połowa wartości przepisanego spadkiem majątku w dolarach USA! Jego córka Janina twierdzi, że mogli się starać o spadek, ale nie chcieli. Nie chcieli zapewne wszczynać niesnasek w najbliższej rodzinie, ale faktem jest, że syn Wiktorii, Edward, został przez nią pokrzywdzony nawet po jej śmierci.

   Wprawdzie „dulary” takie same jak dziś, choć o znacznie większej wówczas wartości, jego matka wysyłała regularnie siostrze w Izdebkach, łożąc w ten sposób, przynajmniej teoretycznie, na utrzymanie swego syna, można się jednak domyślać, że zwyczajem tamtejszych chłopek „zielone” były przechowywane przez ciotkę w bieliźniarce „na czarną godzinę”, bo chłopiec dorastał w biedzie. Później też był sobie winien, że żył w niedostatku – mógł przecież wyjechać do matki do Ameryki i tam ułożyć sobie życie: dwa razy wysyłała mu bilety na podróż za Wielką Wodę. Jeden na rejs statkiem, a drugi samolotem, ale młody Edward bał się płynąć statkiem, a tym bardziej lecieć samolotem, więc bilety przepadły. Oświadczył, że chętnie pojechałby pociągiem, bo taką podróż Galicyjską Koleją już odbył. Niestety, nawet tunelu kolejowego łączącego Czukotkę z Alaską nie udało się nigdy przewiercić, mimo iż te 85 km pod cieśniną Beringa to pestka przy bezmiarze Atlantyku (ponad 2800 km). To zapewne wtedy matka, dzielna, przedsiębiorcza Amerykanka, straciła do niego, niewydarzonego syna, serce na zawsze i przestała w ogóle interesować się jego losem.

     Los go jednak wynagrodził dłuższym życiem i od matki (żyła 98 lat), i od ciotki (żyła 97 lat), a za pieniądze, które od czasu, gdy został stulatkiem, otrzymuje dodatkowo z ZUS, może sobie zażyczyć tyle łakoci, ile zechce, w ramach rekompensaty za te, których chciwa ciotka nie chciała mu kupować w dzieciństwie. Dlatego mu nie szkodzą, bo nie stanowią formy bezsensownego obżarstwa!

   Historia życia pana Edwarda nie obfituje w wydarzenia tak dramatyczne, że byłoby warto poświęcić im dużo miejsca. W tych swoich Izdebkach miał żonę i pięcioro dzieci (dwóch synów i trzy córki). Czego się jeszcze dorobił? W gospodarstwie niespełna czterohektarowym były jeszcze dwie krowy i koń, barany, kury, kaczki. Ale pan Edward przyjeżdżał do domu tylko na urlopy, w porze żniw czy podczas wykopków ziemniaków. Był typowym chłoporobotnikiem, z tym że pracę znalazł aż we Wrocławiu, na torowiskach kolejowych. Dopiero po wielu latach przeniósł się bliżej domu: stróżował w sanockiej „gumie”. Stamtąd przeszedł na rentę, gdy spadł z drabiny i zaczął cierpieć na dyskopatię. Wydawało się więc, że ze swoją ślubną nie był zbyt blisko związany, ale gdy zmarła w roku 1988 – wpadł w taką depresję, że nie chciał żyć. Dzieci też szczególnie nie rozpieszczał, ale z Wrocławia prezenty im przywoził. Pani Janina pamięta, że akurat był w domu, gdy ona jako młodziutka dziewczyna pasła krowy. Zaczytała się w książce, a bydlęta weszły innemu gospodarzowi w szkodę. Tamten przyleciał do jej ojca ze skargą, a ten tak ją huknął pięścią między oczy, że zobaczyła gwiazdy!

   Zapytałem ją, gdzie jej ojciec służył w wojsku i co się z nim działo we wrześniu 1939 roku? Zapamiętała z jego opowiadań, że służył w wojsku na Litwie i był ułanem, a po wybuchu wojny chciał walczyć, ale pobliskie punkty werbunkowe były zamknięte. W Przemyślu byli już Niemcy. Chcieli go wywieźć do obozu jenieckiego, ale uciekł z transportu i do Izdebek szedł pieszo przez całe trzy miesiące. Po obu stronach Sanu stały obce wojska, które patrolowały rzekę w dzień i w nocy. Musiał rzekę przepłynąć, co możliwe było dopiero po zapadnięciu mroku, a kiedy rozświetlały ją race, zanurzał się pod wodę (najbardziej bał się o to, żeby silny prąd nie porwał mu nowych butów, które przed wejściem do wody zawiązał na szyi na sznurku). Po powrocie do Izdebek ukrywał się w lesie, bo Niemcy dopytywali się o niego.

   Gdyby pan Edward nosił aparat słuchowy, zapewne ta opowieść byłaby znacznie dłuższa, ale w tej chwili i tak pisze ją Jego życie – oby najdłuższe! Kiedy w Izdebkach, na przyjęciu w Domu Strażaka z udziałem sześćdziesięciu ośmiu osób, obchodzono 16 grudnia 2011 roku stulecie jego urodzin, zaśpiewano mu oczywiście Dwieście lat, dwieście lat niech żyje, żyje nam, nieeeech żyyyyyje naaaaam! I niech pozostanie nadal krzepki jak to drzewo orzechowe, też ponad stuletnie, które tuż przed wizytą u pana Edwarda pokazał nam zaprzyjaźniony ze mną Bogdan-Myśliwy, jeden z bohaterów mojej książki kuracyjnej. Dziadek pana Bogdana przywiózł z Bałkanów, gdzie jeszcze przed pierwszą wojną światową służył w wojsku austriackim, jeden orzech i tutaj, na zboczu za swoją chałupą, zasadził. Z tego orzecha wyrósł prawdziwy olbrzym, obficie owocujący do dzisiaj. Trzeba dwóch chłopów, żeby objąć jego pień, a owoce są też wielkie. Pan Edward, mieszkając po sąsiedzku, chętnie je zbiera, nie wiedząc jednak, że to drzewo jest jego rówieśnikiem! Na poniższym zdjęciu stoi przy nim sześcioletni Wiktorek, wnuk państwa Olbińskich, który w swojej kolekcji ma także wspólne zdjęcie z „dziadkiem Edwardem”, prawie o sto lat od niego starszym.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_przy_orzechu_I.jpg 

 

 http://jbr.blox.pl/resource/Wiktorek_ze_105latkiem_II.jpg

 

    Mówi się, że stare drzewa zakorzenione są w każdym swoim liściu. To samo można powiedzieć o starych ludziach. Pan Edward zakorzeniony jest w swoich potomkach, którzy wraz ze swymi najbliższymi utworzyli całkiem pokaźne grono biesiadników w Domu Strażaka w Izdebkach podczas obchodów stulecia Jego urodzin. Policzmy dokładnie: aktualnie ma 5 dzieci, 15 wnuków, 16 prawnuków  i 2 praprawnuków.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Zdjecie_nr_7.jpg


 

 

-----------

 

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

 

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



01:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2015
Non omnis moriar

 

 

Od opublikowania przeze mnie ostatniego postu minęło całe pół roku. Aż dziw, że mój blog nadal był odwiedzany, ale nikt nie zapytał, czy nie jestem całkowicie sparaliżowany lub czy nie umarłem, a zatem będę mógł kiedyś spokojnie umrzeć i poza osobami najbliższymi nikogo to nie zainteresuje. Jeśli jednak kogoś zaciekawił fakt mojego zamilknięcia, uprzejmie donoszę, że w ciągu ubiegłego półrocza też zajmowałem się lekturami, z tym że dotyczyły one książek, które zamierzałem wydać w moim wydawnictwie. Może to przejaw mojej próżności, ale zależało mi na tym, żeby wydać przynajmniej dziesięć książek i przed kilku dniami udało mi się tego dokonać, a ponieważ dwie kolejne są prawie gotowe do druku – nie wszystek umrę jako wydawca (ciężka praca redaktorska jest niewdzięczna i poza zainteresowanymi autorami nikt jej nie doceni).

I jako autor chyba też umrę nie wszystek, ale tu z kolei moje ambicje sięgają trzydziestu książek własnych i przekładowych. Dwadzieścia osiem widnieje już w wykazie podanym przez wikipedię.pl (w tym jest współautorstwo książki Kobieto! Boski diable… Adama Hanuszkiewicza, przy której pracowałem faktycznie sam, bo nanoszone przez śp. Adama poprawki i uwagi jedynie utrudniały mi pracę redaktorską). Pozostały więc do wydania dwie książki z moim nazwiskiem na stronie tytułowej. Jedna, Reszta jest monologiem, dawno temu przygotowana do druku książka o Teatrze Hanuszkiewiczowskim, oparta na rozmowach z nim w Dźwirzynie w lipcu 2001, nad którą pracowałem wyłącznie sam, powinna ukazać się jeszcze w tym roku, w październiku, mimo iż „Ciocia Madzia”, wdowa po Mistrzu Adamie, stawała na głowie, żeby zdławić jedyny głos żywy wielkiego inscenizatora teatru polskiego, który związał się z nią kiedyś na własne nieszczęście.

„Ciocia Madzia” wystąpiła przed sześciu laty jako woltyżerka na Torwarze przemienionym tamtego dnia w cyrk i to zdjęcie chciałaby widzieć w obszernej książce, w której Adam wspomniał o niej tylko raz. Chodziło o sławnego inscenizatora rosyjskiego Meyerholda, który tak był zakochany w swojej żonie, że rozmawiając z kimś, patrzył wyłącznie na nią. Roześmiałem się wtedy i powiedziałem: „Widać, że mu zazdrościsz!”, na co Adam: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiam w obecności mojej żony, to też patrzę wyłącznie na Magdę – w obawie, że wbije mi zaraz szpilę!”. Ja z kolei w obawie, że „Ciocia Madzia” skreśli cały ten akapit, zredagowałem to tak: „Nie mam czego, bo gdy ja z kimś rozmawiałem w obecności moich żon, to też na nie patrzyłem – w obawie, że wbiją mi zaraz szpilę!”. O ocenzurowaniu przez nią pierwszej książki, Kobieto! Boski diable…, napiszę oddzielnie, kiedy już druga ujrzy światło dziennie. A będzie o czym pisać! Patrz: duży wywiad z nią w czerwcowym numerze „Vivy”, z Marylą Rodowicz na okładce, gdzie nie wymieniając naszych nazwisk nazywa mnie i Renatę Dymną „oszustami i szantażystami”…

 

http://jbr.blox.pl/resource/Ciocia_Madzia_jako_woltyzerka.png

 

„Ciocia Madzia” jako woltyżerka w marcu 2009 w imprezie EQUISPORT WORLD CUP 

 

Brakującą do trzydziestki książkę mogę w każdej chwili złożyć z postów opublikowanych przeze mnie w ciągu sześciu lat na tym blogu, więc cel swój niewątpliwie osiągnę, jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat będę nadal cieszył się życiem. Kto jednak wie, czy wcześniej nie uda mi się zrealizować dawnego marzenia, czyli wydać książeczkę z wierszami dla dzieci. Dziesiątą pozycją w moim wydawnictwie jest bowiem właśnie taka książeczka, Kot inny niż wszystkie, napisana przez panią Kasię Rybińską, arteterapeutę w Zespole Placówek Szkolno-Wychowawczych w Głogowie, która od 19 lat zajmuje się dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. W tej książeczce można podziwiać zrobione przez te dzieci rysunki 30 kotów, do których pani Kasia napisała wierszowane komentarze – w obu tych przypadkach mamy do czynienia z prawdziwym mistrzostwem wyobraźni! Jako redaktor i wydawca pracowałem oczywiście przy tej książce bezinteresownie, a moja młodsza córka, Bogna, zrobiła okładkę przednią, natomiast Akdil przygotowała do druku okładkę tylną, co jest na pewno wydarzeniem bez precedensu w historii polskiego wydawnictwa książkowego, ale w tej książce wszystko było inne niż wszystkie (wszyscy): koty, dzieci, Autorka, twórczyni okładek, no i ja jako Wydawca.

Może dlatego, że ta książeczka jest tak śliczna, nagle żal mi się zrobiło na myśl o moich wierszach dla dzieci, które dawno temu powinny wyjść drukiem, bo dwa razy miały na to szansę, raz bardzo poważną, ponieważ były już zilustrowane i prawie na maszynie drukarskiej! Druk został jednak wstrzymany, bo nastąpiła transformacja ustrojowa 1989 roku i upadające wydawnictwa pozbywały się balastu książek, które nie gwarantowały dużego zysku. Tak samo było z redakcjami wielu pism, które chciały się ratować przed upadkiem, m.in. wydając kryminały czy książeczki dla dzieci. Zniechęcony dwoma niepowodzeniami, zakopałem te wiersze w stosach archiwalnych teczek, gdzie między innymi spoczywają też bajki afrykańskie, z których tylko jedna została zrealizowana w Teatrze Polskiego Radia w pr. II. Pani Kasia w dowód wdzięczności postanowiła pomóc mi w ilustracji tych moich zapomnianych wierszy dla dzieci, a ponieważ mogę wydać je sam – jest duża szansa, że ujrzą one wreszcie światło dzienne.  

Co jeszcze ciekawego wydarzyło się w ciągu ubiegłego półrocza? 25 czerwca wróciłem z podróży do Poznania, gdzie 20 odbyła się w Teatrze Polskim premiera monodramu opartego na książce Augusta Strindberga Spowiedź szaleńca, w moim przekładzie i opracowaniu, którą PIW wydał w roku 1988 (miała potem jeszcze drugie wydanie tam w roku 1997, a w roku 2005 ukazała się w Bibliotece Gazety Wyborczej jako tom 6 arcydzieł XIX w. w nakładzie ponad stutysięcznym). Na poniższych zdjęciach: Teatr Polski oraz plakat z tego wystawienia, przy którym stoi Irena Olbińska, autorka pierwszej recenzji z owej premiery, po której zaniemówiłem na wiele dni, dlatego oddaję jej głos:

 

http://jbr.blox.pl/resource/Teatr_Polski_w_Poznaniu_w_dniu_premiery.png

 

http://jbr.blox.pl/resource/Irenka_autorka_pierwszej_recenzji.png

 

Premiera odbyła się 20 czerwca 2015, na którą zostaliśmy zaproszeni przez naszego przyjaciela, Janusza B. Roszkowskiego, autora przekładu tej książki. Udzielił on zezwolenia na wystawienie tej sztuki, nie mając pojęcia, jak to będzie wyglądało na scenie. My nie czytaliśmy tej książki, ale w drodze do Poznania ściągnęłam z Internetu słuchowisko radiowe „Spowiedź szaleńca” z 2002 roku, abyśmy mieli z moim mężem Jurkiem pojęcie, co zobaczymy na scenie. Byliśmy bardzo podekscytowani, ponieważ nie pamiętam, kiedy byliśmy ostatni raz w teatrze. Jurek włożył na siebie swój najlepszy garnitur, a ja najbardziej elegancką sukienkę, jaką mam. Pytaliśmy nawet Janusza, czy jesteśmy wystarczająco elegancko ubrani na premierę sztuki, na której miał być też nowo obrany prezydent miasta. Janusz jako autor mógł sobie pozwolić na przyjście na premierę w swoim kapelusiku i sztruksowej bluzie. Czekając na wejście obserwowałam wchodzących zaproszonych gości i doznałam szoku, kiedy zobaczyłam młodego człowieka w krótkich spodenkach, dziewczyny w dżinsach i tenisówkach, inni młodzi ludzie mieli na sobie zwykłe sportowe koszulki. Poczuliśmy się jak z innej epoki. Pomyślałam, gdzie ta wymagana elegancja, jaką znaliśmy z czasów, kiedy bywaliśmy w teatrze. Pocieszaliśmy się z Jurkiem, że to są inne czasy, inne obyczaje. Ale to jeszcze nic przy tym, co przeżyliśmy później. Najpierw zaproszono nas do salki, gdzie każdy mógł usiąść, gdzie chciał na zwykłych krzesłach, a ci, dla których zabrakło miejsca, stali lub siedzieli na podłodze. Nagle pojawił się na środku salki aktor, bohater tego monodramu, Przemysław Chojęta, którego wizerunek znajduje się na plakacie. Następny szok – ubrany był w ślubną suknię z gorsetem, a na nogach miał wysokie glany. Po krótkim monologu, który nie miał nic wspólnego z książką, zaczął się rozbierać. Suknię zrzucił na podłogę i stanął przed nami w slipach. Po czym wziął czarny flamaster i milcząc podzielił swoje ciało na części, tak jak dzieli się wieprzka po ubiciu. I jeszcze to ponumerował, jak widać na załączonym plakacie. Z 10 oznaczonych części omówił cztery wybrane przez widownię. Wskazując na kark (nr 1), powiedział, że ONA chciała go udusić, Myślał, że to żart, ale kiedy spojrzał na jej poważną minę, przestraszył się, a ona wybuchła śmiechem. On zaś milcząc, obandażował sobie kark i głowę. Następnie jeden z widzów wskazał na prawą pierś (nr 2). Aktor wyjaśnił nam, że to ONA weszła do domu z obnażoną jedną piersią, mówiąc, że właśnie karmiła dziecko. Na pytanie, gdzie to dziecko, odparła, że zostawiła je na ulicy, i wybiegła z mieszkania. A kiedy pobiegł za nią, zobaczył, że leży na wycieraczce i pęka ze śmiechu. Wówczas obandażował sobie pierś. Po opisaniu i obandażowaniu kolejnych części ciała, odwrócił się tyłem do widowni, i zaczął sikać na leżącą na podłodze suknię ślubną, a po zakończeniu tej czynności odwrócił się ku widzom ze zbolałą miną, zdjął wszystkie bandaże, rzucił je na podłogę i wyszedł. Ku mojemu zdumieniu wielu widzów w trakcie tej jego prezentacji głośno się śmiało,  a najgłośniej, wręcz po klakiersku dziewczyna o rudych włosach, która, jak się później okazało, była scenografem, a prywatnie dziewczyną pana Chojęty. Zapytaliśmy Janusza, czy to, co on wygadywał w prologu, zgodne jest z treścią książki Strindberga – odparł, że zostało to wszystko wymyślone! Zanim zdążyliśmy ochłonąć kazali nam przejść na dalszą część przedstawienia do galerii. Musieliśmy przechodzić przez próg, na którym leżał ponumerowany pan Chojęta w slipach i glanach. Była to salka na 40 miejsc, Na ścianie szczytowej rozpięty był ekran, a na bocznych ścianach znajdowały się zdjęcia, rysunki i odręcznie wypisane cytaty z książki Strindberga. Z głośnika dobiegało głośne muczenie krów, kumkanie żab itp., więc trudno było skupić się na tym, co pokazano w galerii. Po 5 minutach kazano nam zająć miejsca na widowni. Dalszą część opiszę w skrócie, ponieważ spektakl właściwy też nie miał zbyt wiele wspólnego z książką Strindberga. Przez cały ten czas na ekranie pokazywana była pani w majtkach. Najpierw odwrócona tyłem robiła coś przy piersi, tak jakby kołysała lub karmiła niemowlę, a później pokazana była druga część jej ciała od piersi do ud w samych majtkach. Na tym tle aktor, który w międzyczasie ubrał się w szarawary w paski i koszulkę, odtwarzał różne scenki, w tym cztery wyjęte z książki, które zapamiętałam ze słuchowiska, ale jak mówił Janusz nawet do nich były dopisane obce dialogi, np. przekleństwa: „ja pier....olę”, „ku..wa”, po wielokroć powtarzane. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu jego opowieści o niedoli małżeńskiej, nastąpiła finalna scena gdzieś na jakiejś wyspie bezludnej, którą nieszczęśnik starał się zaludnić swoim bełkotem.Nagle chwycił pięciolitrową butlę z wodą i wylał sobie na głowę. Stojąc cały mokry w tej kałuży znowu gadał coś bez sensu. Potem usiadł na podłodze i zaczął śpiewać smętną balladę w języku szwedzkim. Po czym wybiegł z sali. A na ekranie przesuwał się tekst tej piosenki po polsku. Kiedy oczekiwaliśmy dalszego ciągu, pan Chojęta wbiegł z powrotem do salki i zaczął się kłaniać. I to był już koniec przedstawienia. Zaczęto zapraszać na scenę twórców tego spektaklu: reżysera, autorów scenariusza, no i naszego Janusza – tłumacza książki. Wręczono im kwiaty w podziękowaniu za ten wspaniały, awangardowy spektakl. Tyle...... Ale nie żałuję, ponieważ przeżyłam coś, co nie każdemu było dane przeżyć, bo to było jak w bajce „O Alibabie i 40 rozbójnikach”. Pan Chojęta w tych swoich szarawarach przypominał bowiem Alibabę na chwilę przed egzekucją, której miała dokonać okrutna Szeherezada z damasceńską szablą w karzącej dłoni, ozdobionej szponiastymi tipsami w kolorze krwi, a 40 widzów-rozbójników spoglądało z góry na ostatnie chwile swego herszta w poczuciu całkowitej bezradności...

 

http://jbr.blox.pl/resource/Mieczyslaw_Chojeta_w_akcji.jpg



00:07, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
Non omnis moriar (dokończenie)

 

A oto mój komentarz:

 

Do sprawozdania Irenki (Olbińskiej) z przebiegu wystawionej tam sztuki nie mógłbym nic dodać, bo prawdę mówiąc już w trakcie preludium do sztuki właściwej dostałem wytrzeszczu oczu, który później tylko się pogłębiał.

Widziałem przed kilkunastu laty w teatrze w Bydgoszczy monodram zatytułowany też „Spowiedź szaleńca”, bo oparty na tej samej książce. Były też słuchowiska radiowe tak zatytułowane. Każdy z wykonawców czy reżyserów wybierał to, co z tej książki najlepsze. Sam jeździłem z wykonawcą bydgoskiego spektaklu po całej Polsce za pieniądze z Instytutu Szwedzkiego w Sztokholmie. Miałem słowa wstępne, a on potem godzinny występ w stroju z epoki. Znakomity występ, ponieważ był to świetny aktor, który często występował w teatrach we Francji.

Sam napisał scenariusz, nie było reżysera ani scenarzysty, a sztuka niezwykle się podobała, wzbudzała aplauz na widowni, potem widzowie nas otaczali, dziękowali, dzielili się wrażeniami. Jeśli chodzi o teatr radiowy, to znakomici wykonawcy (jak Zapasiewicz w roli Strindberga) grali też dokładnie to, co napisał sam Strindberg, niczego nie dodając, bo nie było najmniejszej potrzeby.

Przekazałem wykonawcy tego poznańskiego monodramu znacznie więcej świetnego materiału (wziętego także z innych książek czy wypowiedzi Strindberga) oraz moją dużą adaptację, zatytułowaną „Spowiedź szaleńca”, którą napisałem kiedyś dla Tadeusza Łomnickiego (wg mnie największego aktora po wojnie), niestety zmarł na scenie właśnie w Poznaniu na próbie generalnej „Króla Leara” Szekspira i do wystawienia mojej sztuki nie doszło, mimo iż była uznana za wybitną przez panią Elżbietę Baniewicz, teatrologa najwyższej klasy. Nie piszę o tym, żeby się chwalić, lecz dla pokazania, jakim materiałem dysponował pan Chojęta przed przystąpieniem do pracy nad spektaklem. W mojej adaptacji też miały być wykorzystane rzutniki, żeby ilustrować słowa wypowiadane przez Strindberga. Tutaj była jednak pokazana jako rzekomo żona Strindberga jakaś „bladaczka”, blondynka w typie wieszaka z niewielkimi piersiami, mało apetycznymi udami itp., będąca przeciwieństwem tego, co wypowiadał pan Chojęta=Strindberg, głoszący peany na cześć swojej żony, „najpiękniejszej kobiety w Szwecji”... Ta „bladaczka” w koszmarnie długiej scenie coś tam niby pokazywała przy piersiach, jakby niemowlę, a kiedy leżała w samych majtkach była całkowicie wyprana z powabu kobiecego, przynajmniej w ujęciu Strindbergowskim... Resztę wiemy z opisu Irenki i prawdę mówiąc nic więcej w tym spektaklu nie było. Wcześniej mnie trochę zdziwiło, że pan Chojęta po pierwszej wymianie maili już się do mnie nie odezwał. Powinienem się więc mieć na baczności i przed udzieleniem zgody na wystawienie tej sztuki poprosić o plik scenariusza, ale do głowy mi nie przyszło, że z tak bogatego materiału można wykroić coś tak nędznego, niespoistego, niedorobionego, w którym nie będzie nic ze Strindbergowskiej odwiecznej wojny płci, która przecież toczy się w najlepsze i dzisiaj, i będzie się toczyć, dopóki obie płci nie zostaną odpłciowione doszczętnie, do czego się powoli zmierza...

Utrwaliło mi się w pamięci jeszcze kilka obrazków z okresu przed premierowym spektaklem. Przyjechałem do Poznania 19 czerwca zamiast o 21:25 prawie przed północą, bo o 17:30 pociąg towarowy wykoleił się niedaleko Poznania i rozwalił rozjazd. Na peronie oczekiwała mnie mała delegacja: oprócz pani z Fundacji Cukier Puder, która w znacznej mierze finansowała ten projekt, była pani scenograf oraz reżyser. Od reżysera dowiedziałem się, gdym rzekł, że wykonawca roli Strindbergowskiej musi być trochę szalony, że pan Chojęta jest co najmniej trochę szalony, gdyż przed rokiem wraz ze swoją dziewczyną (okazało się, że tą dziewczyną jest właśnie pani scenograf) poszli pieszo do Grecji, idąc po 30 km dziennie przez dwa miesiące! Na półwysep Athos, do  Republiki Mnichów, gdzie na Świętej Górze znajdują się sławne monastery, mógł popłynąć tylko pan Chojęta, ponieważ statki turystyczne, na których pokładzie znajdują się kobiety, nie mogą zbliżyć się do linii brzegowej na odległość mniejszą niż 500 metrów. Taki zakaz obowiązuje od roku 1060 – nawet zwierzęta hodowlane na półwyspie są tylko płci męskiej! Pani scenograf o rudych włosach powiedziała, że po czterech dniach oczekiwania już straciła nadzieję, że jej chłopak się pojawi, ale na szczęście wreszcie przypłynął i mogli wrócić do Poznania. Sami rozumiecie, że po tej opowieści mogłem przypuszczać, że przedstawienie będzie ciekawe. Na drugi dzień byłem umówiony o godz. 14:30 na obiad w restauracji „W Bramie”, znajdującej się ok. 200 m od Teatru Polskiego. Idąc tam od strony Starówki zauważyłem przed budynkiem teatralnym jakiegoś młodego człowieka ogromnie podekscytowanego – najpierw popatrzył na duży plakat z zapowiedzią „Spowiedzi szaleńca” rozpięty na frontonie teatru, po czym chodził z boku budynku tam i z powrotem, paląc papierosa. Pomyślałem, że to jest Przemysław Chojęta (patrz: wikipedia.pl), choć nie przyszło mi do głowy, by porównać twarz z plakatu z jego twarzą, oczywiście tą samą. On nie wiedział, kim jestem...

Przy obiedzie oprócz pani Emilii z Fundacji Cukier Puder był reżyser sztuki pan Łukasz Zaleski i jakiś aktor z Zabrza, który specjalnie przyjechał na premierę. Zacząłem wypytywać reżysera o to, jak mu się współpracowało z Chojętą. Odparł, że nie było łatwo, bo on jest ze szkoły teatralnej krakowskiej, a Chojęta z warszawskiej. Mówił, że Chojęta do tej pory nie grał dużych ról i cały czas oczekiwał od reżysera podpowiedzi, co go nieco dziwiło, choć sam oświadczył, że to jest jego pierwsza samodzielna reżyseria. Dochodziło wprawdzie między obu panami do gwałtownych spięć, ale nie trwały one długo i praca nad spektaklem przebiegała w sumie harmonijnie...

Po spektaklu chciałem od razu dać drapaka, ale zaproszono nas na małe przyjęcie, gdzie serwowano wina, kanapki i jakieś ciastka. Dyrektor teatru dziękował po kolei twórcom spektaklu, ja też musiałem rozdziawić gębę w uśmiechu. Myślałem, że uda mi się stamtąd czmychnąć, ale niestety wszyscy pałali chęcią dowiedzenia się, co autor przekładu książki myśli o tym wystawieniu. Najpierw podeszła do mnie parka scenarzystów, potem pan Chojęta, potem reżyser, potem scenograf, potem panie z Fundacji Cukier Puder, a ja mówiłem ogólnie o moim widzeniu Strindberga, wreszcie przyszpilony wyjąkałem: „Jestem z innej epoki teatralnej, przez kilkadziesiąt  lat widziałem wiele wystawień jego sztuk, ale przyznam się, że dopiero dzisiaj zostałem całkowicie zaskoczony.  Ale jeśli ta sztuka odniesie sukces i ściągnie dużą widownię, to zostanie osiągnięty cel, jaki sobie postawili twórcy tego spektaklu, a ja będę mógł tylko temu przyklasnąć”...

Prawdziwie szczerze napisałem do uroczej pani Emilii z Fundacji Cukier Puder dopiero później. Najpierw, 26 czerwca, wystosowałem takie oto podziękowanie za gościnę:

Przemiła Pani Emilio! Po wyjeździe u Was byłem w podpoznańskiej głuszy, w środku boru, we wsi o 7 numerach, oddalonej od bitego traktu o 7 kilometrów leśnego duktu, zupełnie odcięty od świata, bo ani komórki, ani laptop moich przyjaciół nie odbierały niczego poza ciszą. 5 chałup zakupili Niemcy, którzy z tubylcami nie chcą utrzymywać żadnych kontaktów, obok mieszkał 80-latek, który za pieniądze zarobione w Niemczech założył plantację 1400 krzaczków borówki amerykańskiej, co świadczyło o daleko posuniętym odmóżdżeniu, bo nawet nie miał pojęcia o tym, że po kilku latach te krzaczki mogą sięgać dwóch metrów wysokości i dawać nawet po 20 kg owoców, czyli razem ok. 28 ton! Z kolei nasz gospodarz, który w zakupionej tu ogromnej poniemieckiej chałupie założył wraz z żoną pensjonat o dziesięciu dwuosobowych pokojach, był jako nauczyciel szkoły wiejskiej bezrobotny od wielu lat, bo młodzi z okolicznych wsi wynieśli się na Zachód. W szkole, w końcowej fazie jego nauczycielskiej pracy, było po jednym uczniu w klasach i nie można było zostawić na drugi rok ucznia drugiej klasy, bo do pierwszej nie przyjęto nikogo. Do tego pensjonatu przyjeżdżają tylko zbieracze grzybów (w budynku gospodarczym jest nawet specjalna suszarnia), ale w dwu ubiegłych latach grzybów nie było. Jego żona od kilkudziesięciu lat sprząta w Niemczech, dzięki czemu stać ich było na kupno tego domu i zrobienie luksusowego pensjonatu, do którego trzeba dokładać. Nie wie tylko, jak długo uda jej się „arbeitować”, bo nawala jej kręgosłup, do czego dochodzi jeszcze kilka innych problemów zdrowotnych. Już po miesiącu musi wracać do kraju, żeby się tutaj wykurować na tyle, by znowu być zdolną do pracy w Niemczech. To jest materiał na prawdziwą sztukę współczesną!

Wróciłem wczoraj wieczorem do Iwonicza-Zdroju i od razu zajrzałem do Internetu, by dowiedzieć się, co napisano po premierze „Spowiedzi szaleńca”, ale niczego nie znalazłem – poza wcześniejszymi zapowiedziami..................

Serdecznie dziękuję za gościnę!

Jbr

 

29 czerwca nadeszła odpowiedź:

O tak, zdecydowanie, panie Januszu, historie z życia przenikają do teatru i wpływają na jego kształt, nie odwrotnie, jak wydaje się niektórym (chyba że ten plotkarski aspekt teatralnego życia, który zawsze budził spore zainteresowanie). Tak przynajmniej sądzę.

Ukazała się dosłownie przed chwilą pierwsza krótka recenzja:
http://www.swiatkultury.com.pl/?p=9717

Teraz musimy trochę powalczyć, aby spektakl pożył i dotarł jeszcze do innych grup poza Poznaniem.

Pozdrawiam serdecznie,

EM.

 

Oto ta recenzja, którą Irenka skwitowała krótko: „Chyba my i ta pani byliśmy na innym spektaklu!”.

 

 

WIDZOWIE SPOTKALI SZALEŃCA

Marta Łuczkowska       26 czerwca 2015      na deskach

 

Kobiety są złe, okrutne, wyniosłe, niesprawiedliwe i przebiegłe, a przynajmniej tak o nich myślał Strindberg. Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna? Być może kobieta, która go wykorzystała i porzuciła, została do tego zmuszona przez niego samego?

W sobotę, 20 czerwca w Teatrze Polskim miała miejsce niecodzienna premiera przygotowana przez Pracownię Inicjatyw Aktorskich PiniA, we współpracy z Fundacją Cukier Puder. Monodram „Spowiedź szaleńca” na podstawie powieści Augusta Strindberga, wywołał na widowni salwy gorzkiego śmiechu, a jednocześnie wprawił część publiczności, szczególnie tę damską, w zakłopotanie.

Bohaterem spektaklu jest sam Strindberg, który napisał autobiograficzną powieść po rozstaniu z pierwszą żoną, Siri von Essen. Burzliwy i bardzo zmienny związek trwał aż czternaście lat. Początkowo wynoszona na piedestał moralności i niewinności, szybko stała się ofiarą własnego męża. Słaby psychicznie mężczyzna podejrzewał ją o liczne zdrady, kłamstwa, a nawet kontakty homoseksualne. Brak wiary w samego siebie, a także pogarda dla płci przeciwnej przeistoczyły się w lęk przed kobietami, a to z kolei doprowadziło go niemal do obłędu. Wyrazem wyczerpania pisarza jest właśnie „Spowiedź szaleńca”.

W tytułową rolę wcielił się Przemysław Chojęta.  Aktor niebanalny i tak przekonywujący, że widz miał wrażenie, że oto spotkał na swojej drodze prawdziwego szaleńca. Mężczyznę pogrążonego w najciemniejszych zakamarkach obłędu, dla którego nie ma już żadnego ratunku, i który na zawsze pozostanie osamotniony w swojej chorobie. Targany skrajnymi emocjami – od nienawiści aż po miłość, balansował na cienkiej granicy całkowitego załamania psychicznego i euforii.

Spektakl był pewnego rodzaju eksperymentem, w którym znaczącą rolę odgrywała publiczność. A może w ogóle jej nie było? Może wszyscy widzowie, którzy byli w przestrzeni Teatru Polskiego, stali się, mimo swojej woli, uczestnikami tej porywającej spowiedzi? Zachęcani przez tytułowego szaleńca weszli w interakcję, której celem było oczyszczenie duszy obłąkanego i przywrócenie jego psychiki do stanu przedmałżeńskiego. Czy się udało? W życiu prywatnym Strindberg żenił się jeszcze dwukrotnie, a więc można wnioskować, że jego strach i niechęć do kobiet zniknęły. A w Teatrze – kiedy zgasły światła nadszedł czas na refleksję o tym, jak nierozumiane przez mężczyzn, a tym samym okrutne potrafią być kobiety.

 

http://jbr.blox.pl/resource/szaleniec.jpg

 

 

Od razu na mail pani Emilli, i poniekąd i na nadesłaną mi recenzję, nieco dziwne, że opublikowaną dopiero po 6 dniach od premiery, odpowiedziałem:

„Czy jednak opinia poety, wagabundy, skandalisty, podrywacza i pijaka może być wiarygodna?”.

Jestem ciekaw, kto  wymyślił to, co wytłuściłem???? On był przeciwieństwem Stacha Przybyszewskiego! Nie lubił się włóczyć po Europie – został do tego zmuszony! Cierpiał z tego powodu! Podrywaczem nigdy nie był, nie zmieniał kobiet jak rękawiczek. Rodzina była dla niego świętością, kobieta, którą wybierał na żonę, też. Owszem czasami obracał się w towarzystwie bohemy i wtedy pił absynt, były to jednak sprawy incydentalne. I to wszystko jest zawarte w „Spowiedzi szaleńca” czy w „Listach miłosnych i nienawistnych”, które też przysłałem panu Chojęcie. Wybrał on jednak z tego wszystkiego to, co chciał, czy to, co zechcieli wybrać twórcy scenariusza.

Prawdą jest, że takiego tytana pracy pisarskiej jak August Strindberg było w historii literatury niewielu.

Chyba nie rozumiem obecnego czasu teatralnego. No ale Adam Hanuszkiewicz w roku 2001 też nie mógł go pojąć, mimo iż przez całe dorosłe życie był w tej materii zanurzony po uszy.

Powtarzam jednak to, co po spektaklu: jeśli ta inscenizacja odniesie sukces, to nie będzie miało znaczenia, co czuję. Żyję już w innym świecie.

Jedno jest pewne – i jest mi z tego powodu trochę przykro: „Spowiedź szaleńca” w takiej postaci na pewno nie będzie mogła być wystawiona w Iwoniczu-Zdroju czy w pobliskim Rymanowie Zdroju, gdzie na kurację przyjeżdżają w 90% osoby starsze, zazwyczaj o bardzo konserwatywnych poglądach. Tutaj wystawia się scenki operetkowe z XIX wieku, a pojawiający się tu kabaret „Zza miedzy” ośmiesza jedynie to, co wypada w tym miejscu ośmieszyć...

„Spowiedź szaleńca” by przeszła, ale jedynie w takim wystawieniu, jak zrobił to w 2002 roku teatr radiowy czy aktor teatru w Bydgoszczy – ludzie zarykiwali się ze śmiechu, kiedy bohater opowiadał o swoich perypetiach małżeńskich, bo to była opowieść, którą z innymi realiami mogli sami przytoczyć na forum pozadomowym....................

Z serdecznościami

jbr

 

Odpowiedź nadeszła 2 lipca:

Szanowny Panie Januszu,

Teatr się pozmieniał, teraz tekst i życiorys artysty stanowią najczęściej odbicie dla innych twórców, którzy to przetwarzają. Dlatego trochę trudno się dziwić, że Przemek wybrał z tekstów to, co jemu było najbliższe.

Szkoda, że podróż do Iwonicza nie dojdzie do skutku, ale rozumiem w pełni dlaczego.

Będziemy szukali innych miejsc, w których być może będą chcieli zobaczyć spektakl.

Pozdrawiam serdecznie,

Emilia Mańkowska

 

 

 

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



00:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2015
Zeszyty dawnych lektur (odc. 58 )

 

[To są już ostatnie książki beletrystyczne, ale zbiorcze, gdyż wypisałem z nich bardzo niewiele, niekiedy zaledwie jedno zdanie, które uznałem za warte przytoczenia].

 

 

 

Joseph Conrad Smuga cienia. PIW 1958

 

Miałem poczucie samego siebie, chociaż w niezmiernie różnej skali – jak jedna kropla przeciw burzliwemu ogromowi gorzkiego oceanu.

[Poczucie samego siebie jest inne, gdy siedzimy na desce klozetowej, a zupełnie inne, gdy skaczemy w przepaść na bungee. Jeszcze inne jest wtedy, gdy skaczemy w przepaść bez żadnego zabezpieczenia. Oczywiście w książce Josepha Conrada, o którym wspomniałem w odcinku 55, mowa jest o innym żywiole, ale istota rzeczy pozostaje ta sama].

 

Opanował mnie nagle spokój będący przedsmakiem nicości. 

[Dla wielu ludzi przedsmak śmierci jest równoznaczny z przedsmakiem nicości. W zbiorach wiedeńskiej Galerii Albertina oglądałem kiedyś Melancholię, miedzioryt Albrechta Dürera z roku 1514. Już sama data powstania tego dzieła może wprawić człowieka w nastrój melancholijny. Pomyśleć tylko: pięćset lat! A jeśli za następne pięćset lat ktoś przeczyta ten mój komentarz – pomyśli sobie to samo: „Co czuł ten człowiek mający aż taką świadomość przemijania? Co uczynił z tą świadomością?”.

Nic. Zachowuję absolutny spokój. I jeśli towarzyszy mi jakakolwiek melancholia, to moje zamyślenie nie jest mroczne, choć nad Iwoniczem-Zdrojem zapadła już noc. Głowy nie opieram na łokciu, tak jak to czyniłem często przed pięćdziesięciu laty. Piętrzące się wokół książki nie są dla mnie ani dziełami sztuki, ani narzędziami wiedzy. Zostały już napisane przez innych lub przeze mnie i są, bo są. Nie należą do „teraz”. Tak jak i narzędzia, które służyły mi kiedyś do pracy. Budowle, jakie miałem wznieść, już wzniosłem. Psa nie miałem i nie mam. Prawie zawsze wędrowałem sam.

Ale to nie jest przedsmak nicości – nie jestem nihilistą!].

 

http://jbr.blox.pl/resource/DurerMelencoliaGd.jpg 

Dürer Melancholia

 

 

 

Erskine Caldwell Ziemia tragiczna. PIW 1961

 

 

„Gdyby mnie nie było, nie byłoby i Boga” (Eckhart).

[Mistrz Eckhart (ok. 1260-1327/1328), jeden z najsłynniejszych mistyków chrześcijańskich, był dominikaninem i kierował swoje kazania głównie do mniszek dominikańskich, a ponieważ był przystojnym mężczyzną i znakomitym kaznodzieją – z jego kazań rozumiały zapewne piąte przez dziesiąte. W przeciwieństwie do braciszków zakonnych, dla których choćby zdanie cytowane przez Caldwella zakrawało na herezję. Oskarżony m.in. o panteizm i postawiony przed trybunałem Inkwizycji zdążył na szczęście umrzeć, zanim zostało odrzucone jego odwołanie do papieża Jana XXII, który w specjalnie wydanej bulli potępił 17 jego tez, a 11 uznał za podejrzane. Może zmarł ze strachu, ale taka śmierć na pewno była lepsza od tej, która przypadła w udziale francuskiej mistyczce, Małgorzacie Porete, kilkanaście lat wcześniej skazanej przez Inkwizycję na śmierć i spalonej w roku 1313 na stosie za tezy głoszone w Zwierciadle dusz prostych. Znawcy przedmiotu mówią o tej książce, iż jest odważnym zarysem doskonałości mistycznej, przewyższającym dotychczasowe tradycje mistyki uprawianej nawet przez mężczyzn. Kobiet-mistyczek też nie brakowało,  ale żadna z nich nie wchodziła w kompetencje mężczyzn. Gdyby Małgorzata nie uważała się za kierownika duchowego, zostałaby być może nawet świętą, tak jak Gertruda Wielka, która zmarła zaledwie jedenaście lat wcześniej oczywiście śmiercią naturalną i w aurze świętości – po mistycznych zaślubinach z Boskim Oblubieńcem.

A Mistrz Eckhart dopiero po pierwszej wojnie światowej doczekał się uznania. Przede wszystkim we własnym kraju, gdzie stał się tak popularny, że po dojściu Hitlera do władzy jeden z jego ideologów postanowił to wykorzystać w celach propagandowych, żądając, by dzieła Mistrza, największego apostoła Germanów, twórcy czysto aryjskiej religii, przeciwstawianej „zażydzonemu chrześcijaństwu”, były po Mein Kampf następną podstawową lekturą w każdym niemieckim domu ].

 

„W kobiecie wszystko jest zagadką, która ma tylko jedno rozwiązanie: ciążę” (Nietzsche).

[Jeden z moich ulubionych filozofów był naprawdę mizoginem – to fakt, ale kiedy się czyta na pewnym forum o sposobach „złapania faceta na dziecko”, niekiedy odrażających, to akurat to stwierdzenie Nietzschego na temat kobiet nie jest oderwane od życia. Sondaż przeprowadzony wśród Brytyjek wykazał, że 1/3 pań w wieku 16-20  zrobiła sobie z ciąży pułapkę na „facetów, którzy nie chcieli mieć wobec swoich partnerek żadnych poważnych zobowiązań”, a część nich udawała, że jest w ciąży, byle zmusić mężczyzn do ślubu. U nas nie jest inaczej, z tym że wielu paniom, na przykład wstrzykującym sobie potajemnie spermę kochanka ze zużytych prezerwatyw, zależy bardziej na wysokich alimentach od zamożnych mężczyzn, częstokroć żonkosiów, niż na związku stałym].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/ciaza58432637.jpg

 

 

 

Truman Capote Zatrzaśnij ostatnie drzwi. PIW 1960

 

Kiedy ktoś odchodzi ze świata, świat powinien się zatrzymać.

[Zatrzymuje się jedynie nasz własny świat, jeśli posiadanie go przez nas nie było naszą iluzją. Na szczęście już ostatnią].

 

Poczucie rzeczywistości zastąpił świadomością czasu i miejsca.

[Jeśli świadomość czasu i miejsca ma niewiele wspólnego z poczuciem rzeczywistości, to zaburzona jest tylko nasza świadomość; rzeczywistość istnieje bez względu na to, czy mamy jej poczucie, czy nie. Paranoicy napawają nas lękiem, bo osiągnęli już stan, o który my się ciągle ocieramy]. 

 

 

 

Henri Barbusse Ogień. Czytelnik 1953

 

Różnimy się między sobą głęboko, lecz mimo to jesteśmy do siebie podobni.

[Pytanie powinno brzmieć: podobni w czym? Różnorodne funkcje fizjologiczne spełnia nawet szereg metali występujących w organizmach żywych. Ludzie też muszą to czynić, ale robią to zgodnie ze swoją naturą. W Balladzie o pierdzeniu Juliana Tuwima inaczej pierdzą damy w poważnym wieku, a inaczej dziewczęta w wieku kwiecie].

 

Dziecinne zabawy to poważne zajęcia. Bawią się tylko dorośli.

[Dorośli bawią się pięknie tylko wtedy, gdy naśladują bawiące się dzieci].

 

Niesprawiedliwość ma siłę prawa, ponieważ trwa od wieków.

[I nie pomagają żadne zaklęcia, nawet biblijne w starotestamentowym  ujęciu: Syr 40, 12: „Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie”. Tra-la-la-la song!].

 

 

 

Jan de Hartog Jan Vandelaar. PIW 1962

 

Dzieci i błazny mówią prawdę.

[Bo się nie boją zbłaźnić].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/blazen_2676701.jpg

 

Z godnością oszukuje sam siebie.

[Widocznie ma poczucie własnej godności].

 

Idź dalej i nie oglądaj się za siebie.

[Bo może się okazać, że zostałeś daleko w tyle za samym sobą].

 

 

 

Bruce Marshall Cud ojca Malachiasza. PAX 1955

 

Wiara nie zmienia istniejącej rzeczywistości.

[Jeśli zmienia czyjąś świadomość, to zmienia również istniejącą rzeczywistość. Jej skrzeczenie może być odbierane jako pienia anielskie].

 

Szczęśliwi są tylko ci, którzy lekceważą sobie świat i są przez niego lekceważeni.

[Czyli całkowici abnegaci. Wydaje mi się jednak, że równie szczęśliwy jest ten mężczyzna w sile wieku, który tu w Iwoniczu-Zdroju objeżdża wczesnym rankiem na swoim motorku wszystkie pojemniki na śmieci i wraca do domu objuczony wielkimi brezentowymi torbami wypełnionymi zgniecionymi puszkami czy butelkami zwrotnymi po piwie – jego twarz jaśnieje wtedy szczęściem. Nie wygląda na menela. Być może po jego śmierci ukaże się w lokalnej prasie komunikat: „Za życia uchodził za biedaka, a okazało się, że był milionerem!”].

 

 

 

Anatol Winogradow Trzy barwy czasu. Książka i Wiedza 1949

 

Składali sobie nawzajem przysięgi w przekonaniu, że starczy czasu, aby je złamać.

[Znacznie gorsze są przysięgi, które składają sobie kochankowie lub narzeczeni w przekonaniu, że będą one obowiązywały wiecznie].

 

Wolno grzeszyć odrobinę, by mieć okazję do pokuty i prawo do łaski.

[Gdybyż istniał ujednolicony wzorzec miary w grzeszeniu, jak te przechowywane w Sèvres pod Paryżem!  Oczywiście obok powinny znajdować się również wzorce okazji do pokuty i prawa do łaski].

                                

 

 

Alberto Moravia Pogarda. Czytelnik 1961

 

Błędem jest osądzać uczucia innych miarą własnych uczuć.

[Trudno tego błędu nie popełniać, bo wczuwanie się w uczucia innych nie jest łatwe, szczególnie wtedy gdy są to uczucia wrogie i nasz mózg gadzi z układem limbicznym każe nam zareagować natychmiast. Nie ma innej miary uczuć poza własną – chodzi jedynie o to, by nie mierzyć wszystkiego i wszystkich ciasną miarą naszego ja].

 

 

 

Stefan Zweig Świat wczorajszy. PIW 1961

 

Stuprocentowa prawda nie istnieje tak samo jak stuprocentowy alkohol.

[Hm, oto cytat, jeden z wielu: „Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że w ciągu ostatnich lat średnie spożycie STUPROCENTOWEGO ALKOHOLU wzrosło prawie o jedną trzecią”. Kłamstwo czy prawda? Jeśli prawda, to siłą rzeczy też musi być stuprocentowa!].

 

 

 

Herbert Zand Spadkobiercy ognia. PIW 1964

 

Jeśli istniała namiętność, w której mogłaby się całkowicie zagubić, to była nią namiętność pychy, owej pychy, której nie wystarczało szczęście.

[Jestem ciekaw, na jakim stopniu pychy należałoby ją umiejscowić? Św. Bernard z Claivaux wyliczył dwanaście stopni pychy – może ta jest trzynastym? Czy poczucie szczęścia nie jest pychą? W każdym razie tak to odbiorą ci, którzy szczęścia nie mają za grosz].

 

http://jbr.blox.pl/resource/pycha.jpg



06:37, jbroszkowski
Link Komentarze (3) »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 58 dokończenie)

 

Walter Jens Testament Odysa. PIW 1960

 

 

Wszelka doskonałość zawiera zawsze szczyptę przeciętności.

[Czy jest ona wówczas doskonałą przeciętnością, czy przeciętną doskonałością?].

 

 

 

Kalman Segal Ulepiony z gliny. PIW 1960

 

Życie jest pełne tajemnic. Prosta jest tylko śmierć, albowiem jest zaprzeczeniem i kresem wszystkiego. Nicością najprostszą. Niczym.

[„Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze” – to cytat z książki Zmierzch Stephenie Meyer. Tak mogą myśleć ci, którzy mieli życie wyjątkowo trudne i w dodatku bardzo cierpią, więc śmierć jest dla nich wybawieniem. Inni starają się umrzeć z godnością i nie myślą o wygłaszaniu aforyzmów na ten temat. Jest jeszcze Diamentowa Droga, buddyjskie wtajemniczenie w proces umierania i odrodzenia, ale o tym będę mówił w innym komentarzu].

 

 

 

Jules Vallés Jakub Vingtras. KiW 1951

 

Brak szacunku jest początkiem mądrości.

[Chodzi zapewne o uniżoność, a nie o brak szacunku, bo człowiek mądry odnosi się z szacunkiem nawet do ludzi o odmiennych przekonaniach, nawet do ostatnich głupców. W innym razie nie miałby szacunku do samego siebie].

 

 

 

Manuel Rojas Syn złodzieja. Czytelnik 1965

 

Kto nie ma czasu – nie ma nic.

[Syn złodzieja wie, co mówi. Złodziej ma na pewno więcej czasu od tego, kogo chce okraść, gdyż tamten zajęty jest zachłannym gromadzeniem wszelkich dóbr].

 

 

 

Rajmund Radiguet Opętanie. PIW 1958

 

Prawdziwe przeczucia formują się w głębinach niedostępnych dla myśli.

[Czyli w podświadomości, w okolicach mózgu znacznie starszych od tych cienkich warstewek kory mózgowej okrywających sam szczyt, gdzie mieszczą się ośrodki racjonalnego myślenia].

 

 

 

François Mauriac Galigai. PAX 1959

 

Taczka galernika nie ma na galernika najmniejszego wpływu.

[Do taczki przykuty był m.in. podchorąży Piotr Wysocki w kopalni miedzi na Syberii, ale tylko przez pewien czas. Major Walerian Łukasiński został przykuty do armaty tylko w sztuce Noc listopadowa Stanisława Wyspiańskiego. Katorżnik to nie galernik, który był przykuty do wiosła. Czy wywierało ono wpływ na galernika? Niewątpliwie tak. Podobnie jest z taczką. Gdyby François Mauriac runął z taczką pełną zaprawy z wysokości trzech metrów, jak mnie się to kiedyś przydarzyło, nie wygadywałby głupstw].

 

 

 

Graham Greene Sedno sprawy. PAX 1965

 

Z odwetu wyrasta przebaczenie.

[Pomyślałem natychmiast o papieżu Stefanie VI (niektórzy mówią VII), który na Tronie Piotrowym zasiadał od maja 896 do sierpnia 897. To on nie mogąc wybaczyć swemu poprzednikowi, papieżowi Formozusowi,  jakiejś zniewagi, wytoczył mu (w dziewięć miesięcy po jego śmierci!)  proces, który przeszedł do historii pod nazwą „trupiego synodu”. W procesie uczestniczyły bowiem zwłoki Formozusa ubrane w papieskie szaty pontyfikalne. Po skazaniu podsądnego na śmierć za apostazję jego zwłoki zbezczeszczono, odcinając mu trzy palce prawej ręki, którymi przysięgał, błogosławił i namaszczał, a następnie wrzucono do Tybru. Z tego odwetu również nie wyrosło przebaczenie ze strony oburzonego ludu rzymskiego i zwolenników Formozusa, którzy kilka miesięcy później osadzili papieża Stefana VI w więzieniu i tam udusili, przywracając do chwały wyłowione z rzeki szczątki Formozusa, które pochowano uroczyście w bazylice na Lateranie].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/trupisynod.jpg

 

 

Niechaj umarli grzebią swych zmarłych.

[Widocznie myślałem przez całe życie tak samo, bo unikałem ceremonii grzebalnych i miejsc wiecznego spoczynku, a sam nie zamierzam uszczknąć dla siebie ani skrawka cmentarnej ziemi. Moje prochy mają zostać rozsypane na łąkach, by brać udział w corocznym wzrastaniu i kwitnieniu roślin].

 

Kiedy był młody, wyobrażał sobie, że miłość ma coś wspólnego ze zrozumieniem, ale z wiekiem przekonał się, że żaden człowiek nie zrozumie drugiego człowieka. Miłość jest pragnieniem, by zrozumieć…

[To prawda, potrzebna jest miłość, żeby starać się zrozumieć drugiego człowieka, a jeśli tego nie czynimy, to cóż to jest za miłość?].

 

 

 

Giorgio Bassani Ogród rodziny Finzi-Continich. PIW 1964

 

A miłość, tak przynajmniej ona sobie ją wyobraża, to sprawa między dwojgiem ludzi zdecydowanych zwyciężyć się nawzajem.

[Taka miłość od razu naznaczona jest klęską. Osobistą też, bo cóż to za triumf, gdy zwycięzca wleczony jest za własnym rydwanem?].

 

 

 

Jacek Bocheński Tabu. Czytelnik 1965

 

Nikt nie zna smaku zakazanego owocu, póki go nie skosztował.

[I wtedy może pomyśleć: „Szkoda, że w dalszym ciągu nie pozostał zakazany, bo taki zawsze smakuje najlepiej!”].

 

Miłość spełnia się w ofiarowaniu. Nie ma miłości bez ofiary.

[Jeśli ktoś napisze, że miłość Chrystusa była ofiarą, nie zgłoszę sprzeciwu. Ale jeśli kobieta ma składać swoje ciało w ofierze mężczyźnie, którego kocha, to ja bym osobiście nigdy takiej ofiary nie przyjął. Męczennicy miłości nadają się na świętych, ale przecież nie każdy może być świętym!].  

 

 

   

Marian Munich Szalona galeria. Wydawnictwo Łódzkie 1963

 

Najprędzej staje u celu ten, kto umie się czołgać (rabin Ben Osa).

[Mądry rabbi wie, co mówi, ale nie wyjawia, o jaki cel chodzi. Na pewno nie będzie to cel wysoki].

 

Bóg jest wielki, ale są na ziemi ludzie jeszcze więksi.

[To są absolutnie inne miary wielkości].

 

Musisz wielokrotnie umierać, abyś mógł się odradzać.

[Według Tybetańskiej Księgi Umarłych  (w oparciu o nią napisałem kiedyś poemat) nawet w trakcie tej naszej jednej fizycznej śmierci odradzamy się wielokrotnie, a zatem i umieramy wielokrotnie dla tamtego świata i dla tamtych siebie, by wreszcie spocząć w kwiecie lotosu u stóp Buddy – istoty wyzwolonej, tak jak i my. Wszystko to może być prawdą – przy założeniu, że świadomość potrafi funkcjonować bez ciała. W praktykach buddyjskich wykonywana za życia medytacja świadomego umierania, zwana „poła”, osłabia strach przed śmiercią, wprowadzając tych, którzy ją praktykują, na poziomy świadomości wyzwolone od lęku i pełne radości].

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/samsarakolo.jpg

 

 

Peter Weiss Ucieczka z domu rodzinnego. Azyl. PIW 1965

 

Najbardziej charakterystyczną cechą jego istnienia była nieobecność.

[Nieobecność we własnym życiu jest cechą charakterystyczną większości ludzi; ściślej: jest to obecność pozorna].

 

Sny są również rzeczywistością.

[Senną?]

 

Wolności tej nie zdobyłem, skazano mnie na nią.

[Jest nawet film tak zatytułowany (Skazany na wolność, 2003), ale Peter Weiss raczej powtarza to, co powiedział Jean Paul Sartre, francuski filozof-egzystencjalista: „Człowiek jest skazany na wolność”. Bohater filmu zabił podczas napadu młodego chłopaka i zwolniony z więzienia po dwudziestu trzech latach musi zmierzyć się z przeszłością, a przede wszystkim z wyrzutami sumienia, natomiast w ujęciu Sartre’owskim człowiek oprócz wszechogarniającego poczucia wolności powinien mieć w sobie również bezkompromisowe poczucie osobistej odpowiedzialności za to,  w jaki sposób będzie z tej swojej wolności korzystał].

 

Jakże bowiem może istnieć samotność, skoro można przeniknąć tak głęboko w czyjeś wnętrze?

[A jeśli w tym wnętrzu ukryta jest niezmierzona samotność?].

 

 

 

http://jbr.blox.pl/resource/Kot_Rysiek.jpg

 

 

 

Cdn.

 

Jako wydawca zapraszam na http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/



06:26, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20