RSS
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 65)

 

John Storm Dramat Zuzanny Valadon. PIW 1962.


Aż do tego odcinka pomijałem książki biograficzne o malarzach, bo co mogę ze zrobionych z nich zapisków wziąć w tej chwili?  Nie wydobędę z nich przecież jedynego piękna, z jakim mogłem wówczas obcować w świecie skurczonym do najwyżej trzech metrów kwadratowych (w celi izolacyjnej poza żelaznym łóżkiem, składanym i przytwierdzonym do ściany, bo w innym razie nie można by się tam poruszać, znajdował się pod zakratowanym oknem tylko kibel, też żelazny i po zdjęciu pokrywy cuchnący chlorem, no i stołek – wyłącznie do siedzenia, bo stojąc na nim można było zobaczyć tylko kawałek zakratowanego nieba).

 Poza zszarzałą bielą nie było tam innego elementu kolorystycznego, a jakże barwne postaci się z tych książek wyłaniały! W dodatku byli to artyści o losach niekiedy równie tragicznych jak mój, więc doskonale rozumieli, że zamiast bezsensownie mnie pocieszać, trzeba po prostu zaprosić mnie do obejrzenia swoich prac, podzielić się swoją twórczą radością. Rozterkami też. Ach, zawsze żałowałem, że muszę „robić w słowach”, zamiast w tym, co posiada wartość uniwersalną, jak malarstwo. Tego nie trzeba przekładać na żadne języki, oczy nie potrzebują filtrów, widzą to, co widzą, niekiedy w zachwyceniu. Wtedy odbierałem wszystko, co przesłaniało szarzyznę mego życia-nieżycia, wyłącznie tak: w pełnym zachwycie.

Te lektury sprawiały, że w tych momentach nie przeżywałem tysiąca lat samotności (te moje siedem aż tak się zazwyczaj multiplikowały) – moja cela rozbrzmiewała gwarem, na ścianach zawisały kolejne obrazy, które dawano mi nie do oceny, bo do tego nie byłem zdolny, ale do wchłaniania ich w siebie wszystkimi zmysłami. W imaginacji moja cela poszerzała się ogromnie, bo musiałem, tak jak to robiłem kiedyś na wystawach malarskich, najpierw gwałtownie przemaszerować przed tymi obrazami, a następnie wracać do nich wielokrotnie, przystawać przed każdym z nich, medytować, odsuwać się od nich, zbliżać, odchodzić i znowu powracać, póki nie wchłonąłem w siebie całej ich istoty. Odbiór intelektualny schodził wtedy na tak daleki plan, że w ogóle nie przykładałem do tego żadnej wagi.  


Parasolki Renoira

Parasolki Pierre’a Auguste’a Renoira

 

Zaprezentowany powyżej obraz pojawił się jako pierwszy nie bez powodu. A raczej z dwóch powodów. Po pierwsze związany jest z bohaterką omawianej przeze mnie książki, Susanne Valadon, która będąc kochanką i Muzą Renoira do tego obrazu też pozowała, gdyż, jak twierdził, „jej skóra nie odpycha światła”. To ta pani z lewej strony, która aż w ciągu pięciu lat, gdy ten obraz powstawał, zmieniła się znacznie: z damy stała się dziewczyną pracującą, czyli z plebsu (zdjęcia rentgenowskie Parasolek odsłaniają tę przemianę).

Renoir zastosował przy tym inną technikę malarską. Pracę nad płótnem rozpoczął jako impresjonista – Susanne też malowana była wtedy drobnymi plamkami i bardzo szybkimi pociągnięciami pędzla, aby zaznaczyć jak najwięcej rozbłysków rozbitego światła (refleksów) na modelowanych obszarach, a po czterech latach, bo aż na tyle czasu malarz odstawił w kąt pracowni to płótno, modelunek tej postaci nabrał surowości, kolor uległ lekkiemu poszarzeniu, a forma – uwypukleniu. Było to świadectwem przemiany nie tylko stylu artysty, ale przede wszystkim zmiany jego sposobu myślenia o sztuce.

Kiedy był malarzem biednym, postacie malowanych przez niego pań musiały rozbłyskiwać refleksami i być przybrane w stroje niezwykle modne, bo do takich wzdychał, kiedy rodzina biednego krawca przeniosła się z prowincjonalnego Limoges do Paryża, a kilkunastoletni chłopak znalazł się po raz pierwszy na les Champs-Élisées (Polach Elizejskich). Czy już wtedy wdrapał się na Montmartre, by podziwiać obrazki powstające na sztalugach, przy których stali malarze w wyplamionych farbami fartuchach, często zarośnięci i o nieprzytomnych spojrzeniach? Pewne jest tylko, że nie od nich nauczył się charakterystycznego sposobu manipulacji kolorem: tę technikę podpatrzył w fabryce porcelany, w której zaczął pracować jako nastolatek a gdy ją zamknięto, bo pojawiły się znacznie wydajniejsze maszyny do produkcji i ozdabiania ceramiki, przerzucił się na malowanie chińskich wachlarzy. I – już wszystko wiadomo!

Ale nie o Renoirze mam pisać i jego powrocie do plebejskich korzeni w trakcie malowania Parasolek (1881), których kompozycja jest chaotyczna celowo, a wiele postaci uciętych też celowo, bo ten obraz nie miał być wystudiowaną sztuczną wizją lepszego świata, lecz uwiecznieniem prawdziwego życia. Mam przecież pisać o Susanne Valadon, która dystyngowaną damą była i pozostała w Tańcu w mieście (1873).

    taniec-w-miescie-auguste-renoir

Po zrozumiałym zachłyśnięciu się płótnami francuskich impresjonistów, poza Renoirem (nie tylko damą była na jego obrazach, bo zrobione przez niego jej liczne akty posłużyły mu po latach do wspaniałych Kąpiących się!): Edgara Degasa, Édouarda Maneta, Claude Moneta, Berthe Morisot, Camille Pisarra czy Alfreda Sisleya, obrazy Susanne Valadon budziły tylko moją ciekawość poznawczą, gdyż w sensie psychologicznym są znakomite. Kolory są wprawdzie, jak mówią historycy sztuki, „pełne wyrazu”, charakterystyczne dla postimpresjonizmu, ale wyraźnie zapożyczone od Gauguina, co od razu rzuciło mi się w oczy.

Renoir urodził się w Limoges, a Valadon w pobliżu tego miasta! W rodzinie też podobnej, bo jej matka była szwaczką, a ojciec łajdakiem-młynarzem, który jej matkę uwiódł i porzucił, co zmusiło ją do wyjazdu z rodzinnej miejscowości do Paryża, gdzie nikt jej nie wytykał palcami z powodu posiadania nieślubnego dziecka  –  Marie-Clèmentine, bo takie miała w rzeczywistości podwójne imię mała „Valadonka”. A w jakiej dzielnicy Paryża osiadły? Oczywiście na Montmartre!

Dziewczynka od dziewiątego roku życia musiała utrzymywać się samodzielnie jako niańka, praczka, kelnerka i pomywaczka w marnej knajpie, czy jako foryś w ujeżdżalni koni, a w końcu jako akrobatka i linoskoczka w cyrku. Na szczęście (dla historii malarstwa francuskiego) w wieku 16 lat spadła z trapezu, co przymusiło ją do zostania modelką. Trudno się dziwić, że jej wysportowane ciało było łakomym kąskiem dla malarzy: Pierre Puvisa de Chavannesa, Henri de Toulouse-Lautreca czy Pierre-Auguste Renoira.

Łakomym kąskiem w podwójnym znaczeniu tego słowa. „Valadonka”, przesiadując z impresjonistami w klubach i kabaretach Montmartre, zachowywała się tak prowokacyjnie, że mogła przebierać w kochankach i już jako osiemnastoletnia panna urodziła nieślubnego syna – bękarta, bo sama dokładnie nie wiedziała, kto jest jego ojcem. Młody student agronomii, Hiszpan Miquel Utrillo, czy Adrian Boissy, trubadur Montmartre'u? Ten pierwszy dał wprawdzie siedem lat później Maurycemu nazwisko, ale matka wskazywała jednak na tego drugiego, który był „kawał pijaka”. Nic więc dziwnego, że małego Maurisia, chorowitego i poważnie obciążonego psychicznie, widok butelki z absyntem bardziej podobno podniecał niż podawana mu do karmienia pierś matki (w jakimś filmie dokumentalnym twierdzą, że wlewała mu do zupek alkohol!).

Jak się jednak okazało – wyssał z niej coś więcej, ale to coś na pewno by się nie ujawniło, gdyby jego matka, pozując malarzom i uważnie przyglądając się stosowanym przez nich technikom, w końcu sama nie złapała za pędzel. Prawdopodobnie skończyłoby się na kilku zamalowanych przez nią płótnach, gdyby nie szczególna zachęta ze strony Toulouse-Lautreca, zwanego „duszą Montmartre”.

 Ten syn hrabiego i hrabiny odziedziczył po nich, bo jego rodzice byli ze sobą blisko spokrewnieni, defekt genetyczny: jako dorosły mężczyzna miał tylko 142 cm wzrostu przy torsie i górnych częściach ciała o normalnych proporcjach. Czy ten karzeł, fizycznie odpychający, ale z drugiej strony szalenie uzdolniony i daleki od arystokratycznej wyniosłości, dzięki czemu wzbudzał powszechną sympatię, był kochankiem byłej cyrkówki? Zapewne tak, karły są przecież częścią cyrkowego życia, ale nie mają tytułu hrabiowskiego, no i mogą być jedynie genialnymi artystami cyrkowymi. A Toulouse-Lautrec był genialnym grafikiem i ilustratorem. Malarzem też widocznie niezgorszym, skoro w listopadzie 2005 roku jego obraz Praczka został sprzedany na aukcji za ponad 22 miliony dolarów amerykańskich. To on uczył sztuki malarskiej swoją „szaloną Susanne” (wymyślił dla niej to imię, bo miała ciało jak biblijna Zuzanna, podglądana w kąpieli przez lubieżnych i okrutnych starców).

 

Susanna_and_the_Elders_(1610),_Artemisia_Gentileschi

Zuzanna i starcy (1610), obraz Artemisii Gentileschi


Szalona Susanne – jak najbardziej, ale biblizm: cnotliwa Zuzanna, czyli kobieta przyzwoita, cnotliwa – absolutnie do niej nie pasował! Taulouse-Lautrec nie przypominał zresztą w niczym młodego proroka Daniela, który uratował cnotliwą Zuzannę, żonę rządcy Joakima, przed haniebną śmiercią. Pan hrabia na przykład uwielbiał chodzić do burdeli, skąd wyniósł nie tylko kilka znakomitych obrazków, np. dwóch prostytutek siedzących na sofie, ale i kiłę, która doprowadziła go do przedwczesnej śmierci (1864-1901). Susanne zaraził na szczęście tylko pasją malarską.



11:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 65, dokończenie)

 

Czy w taki sam sposób zdobyła w 1893 roku uznanie Edgara Degasa, który zakupił wtedy jej trzy prace? Raczej nie, sfotografowałby ją przecież, żeby mieć studia pomocnicze do swoich znakomitych aktów. Pewne jest tylko, że ten zbliżający się do sześćdziesiątki bardzo uznany już wówczas malarz i rysownik, mający środki na zakup dzieł największych mistrzów, darzył ją czymś w rodzaju przyjaźni, będąc w istocie coraz bardziej zdeklarowanym samotnikiem. Znała też van Gogha, Gauguina, Picassa czy Modiglianiego, ale w sensie uczuciowym znacznie żywsze uczucia żywiła do Erika Satie, najbardziej ekscentrycznego kompozytora czasów fin de siècle (końca wieku), autora Trzech sflaczałych preludiów dla psa czy Wysuszonych embrionów, nie mówiąc o młodszym od niej o dwadzieścia lat André Utterze, który stał się największą – i ostatnią – miłością jej życia.

Jako malarz wyróżniał się tylko tym, że uwielbiał malować zamki, pałace, jednym słowem: pańskie rezydencje. Warto w tym momencie nadmienić, że był czas, gdy „Valadonka”, córka praczki, mieszkała w takiej rezydencji w dolinie Sekwany, będąc od 1890 roku żoną bogatego bankiera Paula Mousisa i prowadząc wystawne życie, co pozwoliło jej zarazem na pogłębianie sztuki malarskiej. Porzuciła jednak bez żalu męża bankiera na rzecz André, bo dzięki temu mogła powrócić do ukochanego Montmartre – i do przyjaciół z artystycznej bohemy, często przymierających głodem, ale jakże bogatych wewnętrznie.  

No i poświęcić się wyłącznie malowaniu: portretów, krajobrazów, martwych natur, ale przede wszystkim kobiecych aktów, które szokowały zamożnych filistrów, ludzi ograniczonych i o zakłamanej moralności. Drażniła ich jej odwaga w przedstawieniu kobiecej seksualności: ta wyrazista interpretacja kobiecego ciała musiała – według nich – brać się nie tyle z jej własnych doświadczeń jako modelki oraz cyrkowej akrobatki, lecz wyuzdanej ladacznicy. Chodziło im nie o te nieco wystylizowane nagości na obrazie Radość życia, lecz np. o tę Nagą na kanapie różowej.

 

rarość życia

 Naga na kanapie różowej 

Ani razu nie zajrzałem do zapisków z książki Johna Storma, bo nie tworzą one żadnego ciągu narracyjnego. Wydobywam go z mojej ukrytej pamięci, która uruchamia się w momencie pisania. Bliska jest mi Susanne Valadon, może dlatego, że w jakimś wymiarze swojej kobiecości przypomina mi moją matkę? Żaden z jej licznych kochanków nie wzbudzał we odrazy, ale przed André Utterem chciałem ją ostrzec, gdy był jej jeszcze obcy. Nie wiem, dlaczego. Intuicyjnie. W jego uczuciach do niej zawsze było coś nieczystego, wyrachowanego. Wystarczy popatrzeć, jak namalował jej akt (Czeszącej się Susanne) – nijako, bez pasji, jej ciało nie śpiewa pod jego pędzlem. A proszę teraz spojrzeć na obraz Adam i Ewa, który ona namalowała. Ona jako Ewa – palce lizać, listek figowy nie jest jej potrzebny, a André jako Adam? Niby ładnowaty, ale jako mężczyzna – żaden, no i najwyraźniej trzeba było ukryć tę jego męską mizerię między udami!  


Adam_and_Eve,_Suzanne_Valadon

Prawdziwy dramat Zuzanny Valadon polegał według mnie nie na tym, że André Utter odszedł od niej, kiedy się zestarzała. Odczuła to boleśnie, fakt. Ale czy nie bardziej bolało ją to, że źle traktował jej syna, poniżał go i wykorzystywał? Czas wreszcie napisać nieco więcej o Maurycym Utrillu. „W wieku trzynastu lat Maurycy został wydalony ze szkoły z powodu pijaństwa. Gdy miał lat osiemnaście, po raz pierwszy trafił do sanatorium dla nerwowo chorych”. Już dawno by się stoczył na dno, gdyby nie kochająca matka. Jej niekończąca się wędrówka po szpitalach psychiatrycznych, sanatoriach i aresztach mogła być przerywana jedynie w jeden sposób – mądry doktor podsunął jej myśl o jakiejś terapii zajęciowej dla Maurycego. Intuicyjnie czuła, że jedynie arteterapia (leczenie za pomocą sztuki) może go uratować. I to ona była jego arteterapeutką!

Z trudem opanowywał pod jej okiem zasady rysunku i kompozycji, bez przekonania kładł farby na płótno, ale jego łatwość malowania była zdumiewającą. Urodzony malarz. „Zwykły malarz”, jak skromnie mówił o sobie. Kiedy zamieszkał w starej pracowni matki na Montmartrze, w dzień malował urokliwe zaułki, odrapane mury, rozsypujące się rudery, wiatraki, puste placyki i strome ulice, a wieczorami wędrował po kawiarniach oraz restauracjach, gdzie mokre jeszcze płótna wymieniał na kilka szklanek czerwonego wina. Ha, warte są teraz miliony dolarów!

 „Kubizm”, „fowizm”, „poszukiwanie formy”, „ekspresja koloru” – Paryż jako kolebka awangardowego malarstwa, a on, nieśmiały, zagubiony, nic z tego wszystkiego nierozumiejący. Bał się nawet stać w plenerze ze sztalugą, wystarczały mu zwykłe pocztówki, z których ściągał motywy do swoich obrazów, najwybitniejszych w całej jego twórczości, mimo iż stworzonych za pomocą gipsu i białej farby (nazwano to później „okresem białym”).  Znajdowały one ku zdumieniu zadufanego w sobie André Uttera, który gardził Murycym-„pacykarzem”, licznych nabywców, gotowych w dodatku płacić za te „karty z widoczkiem” coraz większe kwoty, gdy na dzieła wielkiego André Uttera, „statecznego i rozumnego van Gogha”, cha-cha, nie było żadnych chętnych. „Maurycy Utrillo to najlepszy interes, jaki się zdarzył na przestrzeni półwiecza” – twierdził cynicznie.

 

okres biały

 

Wtedy ten „okres biały” w malarstwie Utrilla, w tamtej białawej szarzyźnie więziennej, trochę mnie odpychał, wolałem drugą fazę jego twórczości, charakteryzującą się jaskrawymi kolorami, z kobietami spacerującymi po ulicach, widzianymi od tyłu, a przez to bardziej tajemniczymi, a nawet te z okresu ostatniego, zwanego przez krytyków „okresem barwnym”.

 

drugi okres

 

Ile obrazów namalował André Utter? Może sto. A ile powstało pod pędzlem chorowitego i prawie ciągle pijanego Maurycego Utrilla? Ponad 3500! Potęga sztuki! W roku 1924 Utrillo na skutek choroby alkoholowej trafił do więzienia i usiłował popełnić samobójstwo, w dwa lata później sam Sergiusz Diagilew zamówił u niego projekty dekoracji i kostiumów do swojego baletu, a po kolejnych dwóch latach odznaczono go jako wybitnego malarza Legią Honorową! No i żył dłużej od swego ojczyma o całe osiem lat, a po drodze miał jeszcze żonę. 72 lata – niezły wiek, tylko o rok dłużej żyła jego matka Susanne! Na jej pogrzebie był nawet Picasso, który o jej synu powiedział: „To jeden z największych malarzy francuskich”…

 

Wtedy przeczytałem jeszcze:

Irwing Stone Pasja życia. PIW 1954

Ambroise Wollard Wspomnienia handlarza obrazów. WL 1960

Henri Perruchot Manet. PIW 1961

Ambroise Wollard Słuchając Cezanne’a, Degasa i Renoira. PIW 1962

 

 

Cdn.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 64)

 

Julian Tuwim Pegaz dęba. Czytelnik 1958

 

Hm, czy to jest książka popularnonaukowa? Popularna była na pewno, choćby dlatego, że nakłady książek w tamtych czasach osiągały niebotyczne rozmiary (czytelnictwo też), a autor-poeta znany z bibliofilskiej i kolekcjonerskiej pasji trochę zacięcia naukowego musiał w sobie mieć, żeby taką rzecz napisać. Tak jak wspomniany przez Tuwima dr Horne, który poświęcił trzy lata, by obliczyć między innymi, że Stary Testament zawiera 2 728 100, a Nowy, bardziej przegadany, 3 566 480 liter!

Tuwima, którego Balladę o pierdzeniu zawsze podziwiałem, bo jest majstersztykiem poetyckim, osobiście nie znałem, ale z jego siostrą Ireną kilka razy o nim rozmawiałem, bo nie ukrywam, że tak jak i inni starałem się w jej obecności każdą rozmowę sprowadzić na wiadome tory: jej sławny brat wzbudzał wtedy we mnie ciekawość, której tak naprawdę nie można było zaspokoić nawet dziesięcioma rozmowami z panią Ireną, bo odsłaniała z jego życia tylko to, co chciała odsłonić, nic ponadto.

Działo się to przy końcu lat 60. już niestety ubiegłego stulecia, gdy SIOSTRA TUWIMA wpadała do drewnianego domku fińskiego przy ul. Wawelskiej (ta kolonia domków fińskich została zlikwidowana, ale na Ujazdowie nadal istnieje), zamieszkałego przez moją śp. przyjaciółkę Stanisławę Sznaper-Zakrzewską. Pani Irena, wówczas pod siedemdziesiątkę, była chyba mną, o czterdzieści lat od niej młodszym, zainteresowana, bo dość często obciągała bluzkę na wydatnych piersiach, widocznie czując, że na ten element ciała kobiecego zwracam szczególną uwagę. Mówię o tym nie bez kozery, ale objaśnię to bliżej po powrocie do książki, którą mam zamiar omówić.

Na trzech stronach zapisków z Pegaza dębem znajdują się, prawdę mówiąc, same bzdety, np. wyliczanka, czym zajmowały się poszczególne Muzy, albo że pierścień jest anagramem, bo pierś: cień… No tak, jeszcze bardziej wydatne piersi, niż te, którymi dysponowała pani Irena, mogłyby przy odpowiednim oświetleniu rzucić cień na, powiedzmy, równie wydatny brzuch. Informacja o tym anagramie musiała być jednak dosyć bałamutna, skoro nie ma o niej najmniejszej wzmianki w kilkusetstronicowej książce Florence Williams zatytułowanej Piersi.  

Dalej Tuwim objaśnia, co to są palindromy (gr. palindromeo, biec z powrotem). Na przykład czytane wspak zdanie: Kobyła ma mały bok brzmi tak samo. Ten palindrom znałem jeszcze ze szkoły średniej, pochodzi z dziewiętnastego wieku, jego autor jest nieznany. „Genialny Tuwim” utworzył sześć palindromów własnych, dość mizernych według mnie, przykładowo: Muzo, raz daj jad za rozum. Okazuje się jednak, że palindromy w ogóle nie mają szczęścia do naszych „genialnych poetów”. Za takiego uznawany był również Stanisław Barańczak, a spójrzmy, jaką mizerię w tym zakresie stworzył w książce o naśladowczym tytule: Pegaz zdębiał (1995): Kobyła ma manny żywo je, żywiej zje i wyżej – o, wyżynna! – ma mały bok!

Rozumiem, że palindrom nie musi mieć sensu, jest tylko grą słowną, ale przecież mniej genialni autorzy, wywodzący się jednak z nauk ścisłych, potrafili stworzyć w języku polskim palindromy mniej udziwnione i całkiem sensowne. Na przykład ten autorstwa Edmunda Johna (wykładał na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej): Ada raportuje, że jutro parada. Albo ten Józefa Godzica, emerytowanego elektryka i kinooperatora z niedalekiego Rzeszowa: Łapał za kran, a kanarka złapał.

Ha, mój rówieśnik, Tadeusz Morawski – profesor elektroniki pracujący na Politechnice Warszawskiej – autor nie tylko podręczników z teorii pola elektromagnetycznego i techniki mikrofalowej, ale (UWAGA!) także aż piętnastu książek z palindromami własnego autorstwa – zatytułowanych też palindromicznie, np. Aga naga, utworzył nawet Muzeum Palindromów i to gdzie? W Nowej Wsi koło Serocka, do której wielokrotnie dochodziłem pieszo przez most na Narwi, gdy przez ćwierć wieku gospodarzyłem na działce znajdującej się o rzut beretu dalej, bo nawet dzisiaj 5 km to dla mnie pestka!  


 

 Muzeum_Palindromów_

Ściana ekspozycyjna Muzeum Palindromów w Nowej Wsi

 

To, że najdłuższy z jego trzech megapalindromów liczy aż 33 000 liter, mogłoby mi zaimponować, gdybym dzięki panu dr. Horne’owi nie wiedział, że Nowy Testament zawiera ich aż 108 razy więcej! Nie ulega jednak wątpliwości, że w zakresie palindromologii stosowanej pan profesor, mój dawny ziomek, ma rzeczywiście dorobek wielki, ale jednocześnie maciupeńki przy dorobku mego obecnego prawie-tuziemca, rzeszowianina Cezarego Kassaka, który jest rekordzistą Guinnessa, ponieważ ułożył aż 150 000 000 000 000 (słownie: sto pięćdziesiąt bilionów) palindromów!!!

Nie sposób sprawdzić ich wartości, bo nie starczyłoby życia nie tylko mego jako indywidualnego badacza, ale nawet kilkuosobowego zespołu badawczego, żeby obrzucić je bodaj pobieżnym spojrzeniem. Natomiast jest możliwa analiza kilkunastu palindromów wyeksponowanych na ścianie Muzeum Palindromów w Nowej Wsi. Pokazuje ona dobitnie, co nie jest zresztą odkryciem epokowym, że jeśli kładzie się nacisk na ilość czegoś, to jakość musi zdecydowanie na tym ucierpieć!  Natomiast jeśli chodzi o pana Kassaka, to miejmy nadzieję, że jego palindromy są jakimś tam rodzajem gry słownej, a nie gry półsłówek w rodzaju: Gra półsłówek – sra półgłówek…, choć, jak pokazałem, często w tym kierunku ta coraz bardziej radosna twórczość palindromiczna  zmierza.

Czy w starożytności palindromy miały znaczenie magiczne? Jest to nadal kwestią otwartą, więc dociekania, czy ocierały się o magię czarną, czy białą, są w tej chwili bezsensowne. Na dobrą sprawę jedno jest tylko pewne: znane są we wszystkich językach. Oczywiście nam, którym wydaje się, że jeszcze teraz jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa (nie „przedmurzem chrześcijańskiej Europy”, bo „chrześcijańska” jest ona teraz tylko z nazwy, już historycznej), marzyłyby się palindromy bardziej sakralne, nawiązujące choćby do wydarzeń biblijnych, bo nie jest nim chyba palindrom o wydźwięku antysemickim: Wódy żal dla Żydów, choć wydarzeń biblijnych bez nich by przecież nie było. Tak czy siak, w naszym języku nad językami palindromu o posmaku biblijnym raczej nie ma, a w wyświechtanym od ciągłego użycia języku angielskim taki jest! Według tych paskudnych, zadufanych w sobie Angoli pierwsze słowa wypowiedziane przez człowieka były palindromem. Adam miał przywitać Ewę w Raju tak: Madam, I'm Adam (Pani, jestem Adam)…


 Madam

 

Palindromania może obecnie doprowadzić kogoś tylko do śmieszności, natomiast dawno, dawno, dawno temu zabawa w pisanie tautogramów była, według tego, w co każe nam uwierzyć Tuwim, znacznie bardziej niebezpieczna: podobno Karol II Łysy kazał autorowi tautogramu zatytułowanego Pochwała łysym wyłupić oczy! Zanim zdradzimy treść tego utworu, który okazał się w skutkach tak tragiczny, objaśnijmy wpierw, czym jest tautogram, bo w dzisiejszych czasach większość ludzi nie ma o tym najmniejszego pojęcia.

Otóż tautogram to utwór literacki, zazwyczaj wierszowany, w którym każdy wers lub wyraz zaczyna się od tej samej litery (fachowo mówi się, że jest zbudowany na zasadzie aliteracji). Moim już nieżyjącym sąsiadem na działkach literackich pod Serockiem był autor bardzo kiedyś poczytnych powieści i opowiadań kryminalnych (twórca postaci Stefana Downara). Jego imię i podwójne nazwisko (drugi człon wsławiony głośnym rokoszem jego praprzodków i ścięciem jednego z nich na rozkaz króla Batorego) jest właśnie tautogramem.  Chodzi o Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego (1911-2000). Z jego bratem malarzem byłem w prawdziwej przyjaźni, miał jednak na imię Krzysztof, co tautogram wykluczało. Natomiast moja córka pisarka, dzięki nieszczęśliwemu wyjściu za mąż, choć jest już na szczęście po rozwodzie, posługuje się tautogramem JJ (Joanna Jagiełło), o czym świadczy linoryt zatytułowany Zuzanna  w słońcu, który wisi nad moim stołem

Zwrot Veni, vidi, vici (łac. „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”), za którego pomocą Gajusz Juliusz Cezar przekazał (47 p.n.e.) wiadomość senatowi o błyskawicznym zwycięstwie nad Farnekasem II, królem Pontu, w bitwie pod Zelą, tautogramem też jest, podobnie jak tytuł poematu Juliusza Słowackiego Sen srebrny Salomei. Tautogramy jako utwory literackie pisało u nas kilku autorów, m.in. Tadeusz Boy Żeleński, ale nie słyszałem, żeby ktoś chciał ich za to oślepić.

Cóż więc tak rozeźliło żyjącego w dziewiątym stuleciu naszej ery Karola II Łysego, najpierw króla zachodniofrankijskiego, następnie króla Italii, a od 875 roku cesarza rzymskiego, że posunął się do tak nieludzkiego czynu wobec autora Pochwały łysym? Dodajmy: władcę, który otaczał się ludźmi kultury, filozofami, pisarzami, poetami i sam określany był jako król filozof. Wiadomo, że łysi często mają zajoba na punkcie swojej łysiny, ale nie są to przecież ludzie pokroju Karola II Łysego!


Karol II Łysy

 

Pochwała łysym składa się zapewne z większej ilości wersów, niż te cztery początkowe, które Tuwim zacytował lub które spisałem, ale tak czy siak muszę je podać również po łacinie, żebyście uwierzyli, że to był tautogram:

 

          Carmina, clarisonae, calvis cantate, Camoenae.

          Conregnant calvi, conscendunt culmina clari,

          Conspicui, comti chrysea cervice corona,

          Clementes censu,  conduct consulta clientum etc.

 

          Muzy o donośnym głosie, śpiewajcie pieśni Łysym!

          Łysi współrządzą, wchodzą na szczyty – jaśni, widoczni,

          Ozdobieni złotym wieńcem na karku,

          Pobłażliwi, piszą rady klientom itd.

 

Zdaje mi się, a raczej jestem pewny, że odkryłem fałszerstwo! Tuwim znał niewątpliwie łacinę z dawnych czasów szkolnych, a zatem w roku 1950, kiedy ukazało się pierwsze wydanie tej książki, już po łebkach. Warto sobie uświadomić, że ukazała się ona trzy lata przed jego śmiercią. Żył stosunkowo krótko, w ostatnich latach cierpiał na zaburzenia nerwowe i depresję, no i był, nie ma co ukrywać, nałogowym alkoholikiem. Czy sam zmyślił tę dobrą do sprzedania, ale niewątpliwie nieprawdziwą historyjkę o głupim i okrutnym królu (cesarzu) Karolu II Łysym, który miałby z tak śmiesznego powodu wydać rozkaz oślepienia N.N. Autora? Tę tajemnicę zabrał z sobą do grobu.

Jedno jest jednak pewne: jako człowiek dowcipny uścisnąłby mi grabę za niniejsze odkrycie: pierwsza linijka Carmina, clarisonae, calvis cantate, Camoenae… –  oczywiście bez zbędnych przecinków – rozpoczyna każdą strofę w rozprawce zatytułowanej Specimens of Macaronic Poetry, czyli Próbki poezji makaronicznej. Karol II Łysy żył w wieku IX naszej ery, a od kiedy istnieje w poezji styl makaroniczny? Dopiero od końca wieku XV!

Julian Tuwim pisał o tym stylu jako takim – jednakże bez związku z omawianym tautogramem! Wspomniał jeszcze o akrostychach (wiersze są tak zbudowane, że pierwsze litery każdej linijki, czytane z góry na dół, tworzą zazwyczaj imię osoby, której utwór jest poświęcony; ach, bawiłem się w to wielokrotnie) i o kalamburach (w to też się kiedyś bawiłem) – jest to zabawna gra słów o zbliżonym lub identycznym brzmieniu, lecz o różnych znaczeniach. Na przykład: Strudzony pod różą (podróżą) spoczywa… albo: Ujrzycie, rzycie, życie w życie!  


żyj i daj rzyć innym II

 

O limerykach chyba w tej książce nie pisał, ale pewności nie mam, a skoro tak, to mam wreszcie pretekst do opublikowania limeryków własnego autorstwa, które w klasycznej formie są nonsensownymi, groteskowymi wierszykami o ściśle kodyfikowanej budowie, składającymi się z pięciu wersów o ustalonej liczbie sylab akcentowanych i układzie rymów aabba. Wysyłałem je kiedyś paniom z portalu randkowego „Sympatia”, z którymi prowadziłem miłosne rozhowory (owe listy, naprawdę świetne, zostały już na tym blogu skasowane, czego po pisarsku trochę jest mi żal).

 

          Raz pewna Zosia z Krakowa

         Myślała, że byk to krowa,

         I chciała go doić, lecz byk

         Zaryczał i zrobił myk,

         Bo jajca to rzecz honorowa.

 

             Raz pewna Kasia z Lublina

             Hodowała w wannie lina

             I zaszła z nim w ciążę, bo lin

             Wbił się, gdzie trzeba, jak klin

             I to była ciąży przyczyna.

 

         Raz pewną Anię z Połańca

         Zaprosił niedźwiedź do tańca –

          Zdołała tylko krzyknąć „ach!”,

          Gdy chrupnęły jej kości: trach!,

           I nie zmówiła różańca…

 

                         Raz pewna panna z Rybnika

                         Wyszła za mąż za dzika,

                         Dziwiąc się potem, że dzik

                         Wciąż robi z domu myk-myk

                         I do lasu umyka…

 

 

Cdn.



13:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 63)

 

Henryk Grzeniewski Elementy logiki formalnej. PWN 1960

 

Nie rozumiem, co znaczy „logika formalna”. Logika to logika, albo jest, albo jej nie ma! I wtedy „nawet sens nie ma sensu”! Słyszałem o logice matematycznej i prawniczej (w prawie p r a w i e wszystko oparte jest na absurdzie, dlatego prawnicy w najbogatszych krajach świata mają tak ogromną władzę). Aha, jest logika praktyczna, widocznie w odróżnieniu od logiki teoretycznej. I logika rozmyta, kiedy rozmywa się co? Logika rozumowania? W młodości uważano mnie za świetnego logika, ale młodość już dawno minęła, a na stare lata nie chce mi się wszystkiego odkrywać na nowo. Zasięgnę więc języka u tych, którzy na logice rozmytej (Fuzzy-Logic) zęby zjedli:

  Logika rozmyta jest stosowana wszędzie tam, gdzie użycie klasycznej logiki stwarza problem ze względu na trudność w zapisie matematycznym procesu albo gdy wyliczenie lub pobranie zmiennych potrzebnych do rozwiązania problemu jest niemożliwe. Ma szerokie zastosowanie w różnego rodzaju sterownikach. Sterowniki te mogą pracować w urządzeniach tak pospolitych jak lodówki czy pralki, jak również mogą być wykorzystywane do bardziej złożonych zagadnień jak przetwarzanie obrazu, rozwiązywanie problemu korków ulicznych czy unikanie kolizji. Sterowniki wykorzystujące logikę rozmytą są również używane na przykład w połączeniu z sieciami neuronowymi.

Kwestię połączenia z sieciami neuronowymi wolę zostawić na boku, bo okazuje się, że maszyny też mogą się uczyć, a zastąpienie przez nie naszego coraz bardziej niewydajnego mózgu jest tylko kwestią czasu! Problem rozwiązywania korków ulicznych i unikania kolizji też przestał mnie interesować od czasu, gdy po raz ostatni zasiadłem za kółkiem, czyli od jedenastu lat, a gdybym zamierzał zajmować się sterownikami pracującymi w używanej przeze mnie lodówce czy pralce, to albo zmroziłbym swoim wywodem czytelników mego bloga, albo zaczęliby się trząść z irytacji, jak pralka wchodząca w fazę odwirowywania.

No ale tytuł omawianej książki wręcz zmusza mnie do próby objaśnienia przynajmniej sobie, bo inni mają to gdzieś, czym jest logika formalna. Aha, z definicji wynika, że logika to poprawne, rzeczowe myślenie, oparte na związkach przyczynowo-skutkowych, a logika formalna to nauka o związkach logicznych między zdaniami. Hm, a jeśli w samych zdaniach nie ma logiki, tak jak się to dzieje w wypowiedziach przedstawicieli rządu powołanego w miejsce rządu Ewy Kopacz (logika nakazuje mi być ostrożnym w wypowiadaniu się o aktualnych sprawach politycznych), to co? Mamy wówczas do czynienia z logiką nieformalną? Klasyczny przykład takiej logiki – nie w polityce, broń Boże, lecz w bezpiecznych sprawach damsko-męskich – zawiera się w poniższej ilustracji (tym bardziej zabawnej, że szesnastowieczny rytownik Georg Pencz ukazał tu za Leonardem da Vinci panią Filis ujeżdżającą znacznie starszego od swej połowicy Arystotelesa, o którym tyle się ostatnio mówiło!).

 

logika nieformalna

 

Po omówieniu tytułu warto by chyba zajrzeć do moich wypisów z tej książki – jest ich jednak niewiele, a w dodatku nie ma w nich nic szczególnie ciekawego. Krótkie streszczenia tez głoszonych przez różne szkoły filozoficzne starożytnej Grecji: idealistycznej (Eleaci), „dialektycznej” (Zenon z Eklei), erystycznej (Megarejczycy), epikurejskiej, zwanej „Ogrodem Epikura” (od nazwiska filozofa, który ją stworzył), czy szkoły stoików (założonej przez Zenona z Kition) etc. I to wszystko.

Cyników w ogóle wstydliwie się przemilcza w naszych konsumpcyjnych czasach, bo gardzili dostatkiem i wygodnym życiem. Akceptacja przez nich publicznej defekacji, czyli wydalania kału (u niemowląt i starców jest ona procesem bezwiednym), miała przecież miejsce w siedemnastowiecznym Wersalu (Pałacu Słońca). Psy srały tam, gdzie popadnie, a król i dworzanie wypróżniali się do nocników, których zawartość wylewano często przez okna wprost na galerie i pałacowe chodniki, ale także na prowizoryczne kuchnie ustawione wzdłuż zewnętrznych ścian. Kucharzom to nie przeszkadzało – rzucane przez nich resztki gniły tuż obok przygotowywanych potraw. Smród panujący pod oknami i we wnętrzach Wersalu (dworzanie sikali po kątach i za kotarami) był nie do opisania.

Paniusie, nie mdlejcie i nie każcie konduktorowi zatrzymywać pendolino (niedawno miało to miejsce w pendolino jadącym z Krakowa do Warszawy, przez co dojechał do celu chyba z półgodzinnym opóźnieniem), jeśli z głowy bezdomnej staruszki, jadącej bez biletu wraz ze swoim bezdomnym kompanem, zaczną wyskakiwać wszy! W tamtych czasach z ufryzowanych głów arystokratycznych dam dworu też wyskakiwały wszy, zabijane przez nie na złotym kowadełku złotym młoteczkiem w trakcie bezwstydnych umizgów do panów. A co się działo pod ich sukniami, lepiej nie dociekać! Do XIX wieku kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn w ogóle nie nosiły majtek, co znacznie ułatwiało załatwianie potrzeb fizjologicznych damom ściśniętym gorsetami i rozbudowanymi kreacjami, które bez zdejmowania noszono nawet przez kilka dni. Damy w ogóle się nie myły, więc i nie podmywały, ustawicznie się jednak perfumując, co stwarzało specyficzny odór (odeur, nie zdziwiłbym się, gdyby to słowo było pochodzenia francuskiego!), no i oddając się na potęgę igraszkom miłosnym z panami-kozłami równie cuchnącymi!


dama dworu

 

Akceptacja przez cyników cudzołóstwa oraz przyznanie kobietom i mężczyznom całkowitej wolności w zaspokajaniu potrzeb seksualnych też nie budzi szczególnego oburzenia przynajmniej w krajach „zgniłego Zachodu”, bo u nas po wrzasku na pokaz, że jest to naganne, oddają się takim rozpustnym praktykom wszyscy, którzy mają taką możliwość, nawet, a raczej szczególnie księża (przed rokiem gdziesik tam pokazywano mi młodego i jurnego młodziana w sutannie, o którym parafianie wiedzą, że współżyje płciowo z kilkoma młodymi dziewczynami, głosząc bez żenady, że księdzem jest się tylko w kościele!).  

Całkowitym przeciwieństwem cyników byli stoicy, którzy uważali, że celem życia człowieka powinno być dążenie do cnoty, która według nich stanowiła harmonię z uniwersalną naturą, siłą boskiej opatrzności ukrytą pod postacią Losu i kierującą wszelkim istnieniem. Losu odpowiedzialnego za wszystko, co się dzieje, co nie zwalniało jednak człowieka od celowego działania skierowanego przeciw złu, bo natura, sama w sobie dobra, przed złem niestety nie chroni. Sprawiedliwość, odwaga i umiar to cnoty doskonałe, które pozwalają nam odkryć drogę do owej harmonii z uniwersalną naturą etc., natomiast żądze i gniew nas od niej oddalają. Aha, znośmy jeszcze w milczeniu smutek i cierpienie – i będziemy mogli określić naszą postawę życiową jako stoicką. Hm, nie sztuka być stoikiem w życiodajnym słońcu Południa – dla mnie uosobieniem stoicyzmu są pingwiny cesarskie!


pingwincesarski-wikicc_800x600

 

Szkoła sokratyczna nie została założona w sensie formalnym przez samego Sokratesa, lecz w kilku odmianach dopiero po jego śmierci – przez jego uczniów, wstrząśniętych chyba tym, że w ślad za swoim mistrzem nie mieli odwagi wychylić kielicha cykuty, żeby zaprotestować przeciw chyba pierwszej znanej nam z dość dokładnych opisów zbrodni sądowej. Może to i dobrze, bo nie mielibyśmy choćby szkoły platońskiej. O Platonie będzie jeszcze mowa w innym poście, ale nie ukrywam, że spośród wszystkich filozofów greckich najbardziej był i jest mi bliski Sokrates.

Swoich sądów nie głosił bowiem ex cathedra, czyli w sposób nie dopuszczający do dyskusji, bo wówczas nie było jeszcze papieży, którzy orzekali w sposób nieomylny nie tylko w sprawach wiary, ale także moralności, szczególnie tacy, którzy byli mordercami (np. Grzegorz XIII), kazirodcami (Aleksander VI), a nawet alfonsami (Paweł III, który był zarazem kazirodcą i mordercą). Wzorem moralności też raczej nie był Jan XII, który prostytutkom płacił kościelnymi kielichami! Oczywiście większości z nich nie dosięgła żadna kara – w boską karę nie wierzyli, bo w innym razie postępowaliby inaczej, jedynie Stefana VI, koszmarnego dewianta, o którym już kiedyś pisałem, wzburzony lud rzymski uwięził i udusił.

Sokrates nie był mordercą, kazirodcą, alfonsem ani dewiantem, wprost przeciwnie: nikomu nie uczynił najmniejszej krzywdy, ponadto w przeciwieństwie do książąt Kościoła wiódł niezwykle skromne życie. Choć mówiono, że miał tylko jedne buty, najchętniej chodził bez butów, co na Alasce nie byłoby możliwe, ale w Grecji jak najbardziej. Widywano go jednak często na targu, gdzie przyglądał się wystawionym towarom. Czyżby zazdrościł tym, którzy mogli je bez trudu nabyć, bo sam groszem nie śmierdział? Wreszcie jeden z jego przyjaciół nie wytrzymał i zapytał filozofa, dlaczego tam chodzi. Sokrates odpowiedział po sokratejsku: „Uwielbiam odkrywać, jak jestem doskonale szczęśliwy bez wielu rzeczy”. Anthony de Mello w Modlitwie Żaby II tak to skomentował: „Duchowość to nie wiedza, czego się pragnie, lecz zrozumienie, czego się nie potrzebuje”.

                                 Sokrates

 

Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego Ateńczycy postanowili go skazać na śmierć? Czyżby za to, że pragnął, aby jego myśl filozoficzna zbłądziła pod strzechy? Wiadomo, że przechadzał się ulicami i dyskutował z przechodniami na tematy filozoficzne. Nie z wyznawcami innych szkół filozoficznych, lecz ze zwyczajnymi ludźmi, którzy na własny sposób pojmowali, czym jest dobro czy sprawiedliwość. I byli oczywiście w większym czy mniejszym stopniu przekonani o swoich racjach. Dodajmy, że w ówczesnej Grecji nawet najprostsi ludzie, tacy jak szewcy, dysponowali znacznie większą wiedzą filozoficzną, niż w dzisiejszych czasach, w ogromnej swej masie, absolwenci wyższych uczelni.

Ta sokratyczna metoda prowadzenia ulicznych dyskusji miała skłonić przypadkowych rozmówców do uwiadomienia sobie, iż wiedzą, że nic nie wiedzą, czyli potwierdzenia tego, co zaczepiający ich na ulicy filozof głosił od dawna. Ba, zdecydowana większość z nich nie przyznałaby się jednak do tego, nawet gdyby to było oczywiste. Ich rozdrażnienie musiało narastać w miarę, jak okazywało się, że Sokrates nie jest złaknionym prawdziwej wiedzy prostaczkiem, pozornie oczekującym od swoich rozmówców pouczenia i pomocy w poszukiwaniu prawdy, lecz prawdziwym mędrcem. Postawa „udawanej skromności” skonfrontowana z postawą „chełpliwej próżności”, pokazanie, że to, co rozmówca uważał za swoją wiedzę, jest tylko mniemaniem, musiała doprowadzać tych zadufanych w sobie ludzi, a takich i w dzisiejszych czasach jest zdecydowana większość, do szewskiej pasji (nawet jeśli z szewstwem nie mieli nic wspólnego). Zapamiętali mu to dobrze!

Wobec tych patentowanych durniów stosował metodę elenktyczną, zbijając krok po kroku ich twierdzenia i wykazując ich absurdalność. Jedynie wobec nielicznych rozmówców stosował metodę majeutyczną („położniczą”), pomagając im w toku swoich wywodów w wydobyciu z nich ukrytej wiedzy (starając się jej pomóc „przyjść na świat”). Zapewne to oni głosowali później za tym, żeby go oczyszczono od absurdalnych zarzutów i ułaskawiono, gdy w 399 r. p.n.e. ateński sąd ludowy rozpatrywał wniesione przez marnego poetę Meletosa i wyszczekanego retora Lykona oskarżenie przeciwko Sokratesowi o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo, i wyznawanie bogów, których nie uznaje państwo, oraz o psucie młodzieży.

Czym się to skończyło, już wiemy: sędziowie stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Jest sprawą drugorzędną, czy trucizną użytą do jego egzekucji była cykuta (szalej jadowity), czy szczwół plamisty (Conium maculatum). Analiza objawów opisana przez uczniów Sokratesa wskazuje, że był to raczej szczwół plamisty, ale czy warto sobie tym zaprzątać głowę wobec takiej tragedii, jaka się wówczas wydarzyła w kulturze greckiej – kolebce współczesnej kultury europejskiej?

 

Śmierć Sokratesa

Śmierć Sokratesa – obraz francuskiego malarza Jacques-Louis Davida z 1787 roku

 

Gdyby tak się nie stało, być może dwa tysiące lat później Kościół katolicki zawahałby się przed wydaniem wyroku śmierci na włoskiego filozofa renesansowego Giordana Bruna, po procesie opartym na równie absurdalnych oskarżeniach, które m.in. zostały wniesione przez brata Celestina da Verony i potwierdzone przez innych braci zakonnych Bruna, nieco lepiej od nich wykształconego, bo mającego stopień doktora teologii, o rzekomym głoszeniu przez niego, że (…) Chrystus jest niegodnym psem, że nie ma piekła i nikt nie jest skazany na karę wieczną, ale że w swoim czasie każdy się zbawi (…) że jeśli będzie zmuszony wrócić do zakonu dominikańskiego, wysadzi w powietrze klasztor, w którym każą mu przebywać, a potem chce jak najszybciej wrócić do Niemiec czy Anglii, do heretyków, aby żyć tam w wolności i na swój sposób… 

W takie łgarstwa mogli uwierzyć, bo chcieli, jedynie sędziowie Trybunału Inkwizycyjnego, znacznie bardziej okrutni od sędziów ateńskiego sądu ludowego: Bruno został spalony na stosie! Czy tamci koszmarni głupcy byli w stanie zrozumieć subtelność poglądów filozoficznych skazańca? Nie jest istotne, czy w świetle dzisiejszej wiedzy filozoficznej dałyby się one w całości obronić, ale posłuchajcie:

  1. Bruno głosił, że dwiema rzeczywistymi zasadami wszelkiego istnienia są: dusza świata i pierwotna materia. Była to konsekwencja tezy, według której Wszechświat jest wieczny, a światom, które go tworzą, przypisana jest zasada ruchu – nie są one zaś jak sądzono, poruszane przez jakieś sfery stałe bądź anioły.
  2. Kolejną tezą było stwierdzenie, że dusza ludzka stanowi jedynie przejściowy wyraz duszy Wszechświata, tak jak ciało jest duszą dla materii Wszechświata. Dusza ludzka miałaby być nieśmiertelna w tym sensie, że powróci do swojego źródła. To samo dotyczy ciała, ponieważ materia jest wieczna.
  3. Z poprzedniej tezy wynika kolejna: ponieważ materia jest wieczna, nic nie rodzi się, ani nie niszczeje. Życie i śmierć są jedynie stanami przejściowymi. Materia, która jest niezmienna, może przybrać dowolną formę.
  4. Bruno uważał, że także Ziemia posiada duszę i to nie tylko zmysłową, ale i intelektualną, a być może nawet coś więcej. Tezę tę opierał na zawartym w Genesis  zdaniu: Producat terra animam viventem
  5. W ostatniej z kwestionowanych tez Bruno przeciwstawiał się doktrynie Tomasza z Akwinu  Bruno oświadczył: nie zgadzam się w moich rozważaniach filozoficznych z twierdzeniem, jakoby dusza stanowiła formę, sądzę natomiast, że stanowi ona duchową rzeczywistość, w danej chwili obecną w ciele.

Największym kamieniem obrazy dla ówczesnego Kościoła katolickiego były jednak jego teorie dotyczące kosmologii i astronomii, które opierały się na teorii kopernikańskiej. Według niego gwiazdy na niebie tak naprawdę miałyby być odległymi ciałami niebieskimi, takimi jak Słońce otoczone przez swoje planety, w tym Ziemię. Twierdził również, że Wszechświat jest nieskończony. Na stos z nim i jego heretyckimi poglądami!

 

Egzekucja Giordana Bruno-on-February-17-1600-

Ilustracja w książce Waltera Patera Giordano Bruno (I wyd. 1889).

 

Czy Giordano Bruno był dobrym logikiem? Z pewnością tak. A jeśli chodzi o Sokratesa? Jego wywody były absolutnie logiczne. To, iż kiedyś rozpowszechniony pogląd, że Sokrates był twórcą logiki, uważa się obecnie za błędny, absolutnie mnie nie przekonuje. Jako pierwszy używał przecież w praktyce indukcji i dążył do określenia znaczenia pojęć, a że nie ujmował ich teoretycznie? Teoretycy logiki – pocałujcie mnie w cztery litery!

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 62)

 

Hermann i Georg Schreiber Zaginione miasta (Śląsk 1959)

 

Czyżby Ziemia od 1959 roku postarzała się tak bardzo? Autorzy mówią, że „przed około dwoma miliardami lat, jak się zdaje, ukształtowała się twarda powłoka wokół naszej planety”. Inni badacze są pewni, że nastąpiło to 4,5 miliarda lat temu, a jeszcze inni wierzą niezbicie w biblijny wiek Ziemi, która według nich ma zaledwie 6 tysięcy lat, na co – ich zdaniem – wskazują „twarde dowody naukowe”. Wymienię zaledwie dwa takie dowody (z piętnastu):

  1. Poziom oceanów i mórz, który obecnie wynosi 3,6%. Zgodnie z obliczeniami postępu zasolenia, do takiego poziomu mogło dojść w czasie około 5000 lat. Gdyby Ziemia miała miliardy lat, poziom zasolenia oceanów i mórz byłby nieporównywalnie wyższy.
  2. Galaktyki spiralują z upływem czasu. Ich obecny poziom skręcenia wskazuje na wiek 6000 lat. Gdyby to były miliardy albo nawet miliony lat, galaktyki te byłyby obecnie zupełnie nierozpoznawalne. Tymczasem ich obrót jest jeszcze niewielki i zgadza się z wiekiem 6000 lat.

Kolejne niezbite dowody (a gdzież one są przedstawione poza gołosłownymi stwierdzeniami?) na młody wiek Ziemi wynikają ponoć ze skrupulatnych obliczeń Jego pola magnetycznego, ale także oddalania się od Niego pierścieni Saturna. No i oddalania się od Niego o 4 cm rocznie Księżyca, co skłania niektórych naukowców do zastanawiania się nad tym, czy „Księżyc zerwie się kiedyś z uwięzi?”, a tych „biblijnych” do takiej oto dywagacji: Ciekawe pytanie, lecz bardziej interesujące jest to: Jeżeli księżyc oddala się od Ziemi 4 cm rocznie, to gdzie był 4,6 miliardów lat temu? Jeśli się oddala, to oznacza, że kiedyś był odpowiednio bliżej. Jeżeli Ziemia ma 6 000 lat, nie stanowi to problemu i wyliczenia zgadzają się. Lecz jeżeli ma tyle, ile twierdzą ewolucjoniści – jest to niemożliwe.

Jeszcze trochę i posługując się liczydłem udowodnią, że Ziemia i Księżyc nie przyciągają się wzajemnie mówiąc obrazowo z siłą równą stu miliardom miliardów pracujących silników samochodowych! Oczywiście człowiek też nie może istnieć na Ziemi 3 miliony lat, lecz najwyżej sześć tysięcy, a raczej o tydzień mniej, bo został stworzony przez wszechmogącego Pana Boga w ostatnim dniu! Mniej więcej wtedy, kiedy powstała cywilizacja Sumerów w dolnej Mezopotamii. Szkopuł w tym, że byli oni ludem napływowym, o czym świadczył fakt, że nosili na co dzień spódniczki z liści (jak ówcześni mieszkańcy Indii, Polinezji, Cejlonu czy Indonezji), ale sposób wytwarzania przez nich broni, metoda dojenia krów od tyłu, golenie głów, sznur przeciągnięty przez kółko w chrapach zwierząt pociągowych, a przede wszystkim język z cechami wspólnymi z grupą językową tybeto-birmańską, wskazuje na to, że należeli do ludów Tybetu i Assamu (świątynie też budowali na wzgórkach-tarasach), i stamtąd przywędrowali w okresie neolitu.

To wszystko może się jednak mieścić w przedziale owych sakramentalnych sześciu tysięcy lat, choć Biblia nie mówi o tym, że Adam i Ewa bytowali w raju w warunkach bardzo rozwiniętej kultury materialnej i duchowej. Nie mówi też o tym, że używali narzędzi kamiennych z okresu dolnego paleolitu, czyli sprzed 400 tys. lat p.n.e. No, tak, Adam i Ewa należeli niewątpliwie nie do gatunku homo erectus, lecz homo sapiens, przynajmniej Adam, bo Ewa zbyt rozumna chyba nie była!


Titian: Adam och Eva.

 

Kłopot w tym, że mniej więcej 100 tysięcy lat temu człowiek rozumny dotarł na Bliski Wschód, ok. 60 tys. lat temu do Australii, a prawie 40 tys. lat temu do Europy (był to tzw. kromaniończyk, czyli człowiek z Cro Magnon  – od nazwy stanowiska archeologicznego we Francji). Szczątki kromaniończyków datowane metodą rozpadu węgla aktywnego 14C  wykazały, że żyli oni tam na pewno w okresie między 30 tys. lat p.n.e. a 28 tys. lat p.n.e. i byli anatomicznie identyczni z nami: charakteryzowali się wysokim wzrostem (ok. 180 cm) i pojemnością mózgoczaszki dochodzącą do 1600 cm³, wielu współczesnych ludzi posiada tak jak oni szeroką twarz z wystającym nosem, nieprawdaż?

W Grecji i Macedonii czy w okolicach dzisiejszej Turcji kromaniończycy żyli jeszcze wcześniej, ok. 38 tys. lat p.n.e., ba, na ślady ich bytności natrafiono też na terenie Polski – w Małopolsce i na Śląsku. Patrz choćby: Jaskinia Nietoperzowa w Jerzmanowicach czy ślady osad na terenie otwartym też w Polsce południowej – z wyrobami kościanymi (jak ostrza oszczepów) czy ozdoby z muszli i zębów zwierzęcych. Ludzie rozumni z Cro Magnon również wykonywali przedmioty ozdobne, m.in. paleolitycznej Wenus, wypalali z gliny figurki terakotowe, grzebali zmarłych, tworzyli trwałe domostwa, ba, uprawiali też sztukę – malowidła naskalne w jaskini Lascaux zapierają dech w piersiach!


jaskinia_lascaux_1

 

Działo się to zatem grubo przed powstaniem Ziemi, która według niektórych badaczy opierających się na „twardych dowodach naukowych” ma zaledwie 6000 lat! Nie zdziwiłbym się, gdyby spośród nich wyłonił się kolejny Guru tym razem sekty „ŚWIAT MA 6000 LAT”, który w osadzie położonej w środku dżungli zgromadzi otumanionych przez siebie wyznawców, w liczbie rzecz jasna 6000, którzy na rzecz wspólnoty (On ją rzecz jasna uosabia) oddadzą mu swoje majątki, a mężczyźni dodatkowo swoje żony, żeby mógł je zapładniać jedynie słuszną ideą. Po czym nielicznych zazdrośników, zranionych w swojej męskiej godności, którzy ośmielą się stawiać mu zarzuty o psychiczne, emocjonalne i seksualne wykorzystywanie członków sekty, nakaże publicznie wychłostać po genitaliach, natomiast tych, co najpierw szeptali pokątnie, że świat ma nie 6000 lat, lecz 6001, bo od roku koczują przecież w dżungli, a następnie podjęli próbę ucieczki po uświadomieniu sobie, że mają do czynienia z wariatem, rozkaże zastrzelić.

Po czym przemówi do struchlałego ludu, raz jeszcze podkreślając dobitnie, że świat ma dokładnie 6000 lat, ale po tym, co się w Gurustown wydarzyło, pozostaje mu tylko ogłosić KONIEC ŚWIATA, gdyż śmierć jest najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich. Sprzeciwu prawie nie ma. Rodzice podają truciznę dzieciom, po czym sami ją zażywają, a ci, którzy nie chcą tego zrobić, zostają zamordowani na jego rozkaz przez grupę uzbrojonych strażników osady. Po chwili strażnicy też popełniają samobójstwo, a guru umiera od rany postrzałowej. Sekta „ŚWIAT MA 6000 LAT” przestaje istnieć.


jonestown-guyana

Mniej więcej tak było w Jonestown, w Gujanie

 

Stop! Jeśli krótka notka z trzystronicowych zapisków z książki Hermanna i Georga Schreibera rozrosła się do takich rozmiarów, to co będzie dalej? Nic, bo dalej (w moich zapiskach) są daty, daty, daty (najstarsza, 3000 p.n.e.) pokazujące, że „okres życia miejskiego w porównaniu z wiekiem ziemi byłby oszałamiająco krótki, krótszy od sekundy w dniu dziejów ziemi”. Owej okrągłej daty sięga Babilon, miasto przeżywające w ciągu ponad 3000 lat okresy świetności, ale upadków też, z których w III wieku n.e. już się nie podniosło, odkryte ponownie dzięki wykopaliskom archeologicznym dopiero po piętnastu stuleciach (można go więc uznać za zaginione miasto). Ciekawostką jest, że upadek Babilonu rozpoczął się po śmierci Aleksandra Wielkiego (tam zmarł), a jego odbudowę w 1985 roku rozpoczął ten, który na każdej cegle kazał umieścić napis: „Wybudowano przez Saddama Husajna, syna Nabuchodonozora, aby okryć chwałą Irak”.

Cha-cha-cha, syn Nabuchodonozora!  I, króla Babilonii, który panował 3000 lat wcześniej i uczynił z Babilonu królewskie miasto? Nie, raczej II, zwycięskiego wodza i wielkiego budowniczego, który uczynił z Babilonu potężną twierdzę i stał się negatywnym bohaterem biblijnym, gdyż zapoczątkował tzw. niewolę babilońską Żydów. Bezsilność wołała o pomstę. Poczytajmy, co mu wieszczono w księdze Daniela, rozdział 4,30: Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba go obmywała. Włosy jego urosły niby pióra orła, paznokcie jego jak pazury ptaka… Toż to czysta poezja! Nic dziwnego, że William Blake, malarz i poeta, Mad Blake (Szalony Blake),  zrobił do tego wspaniałą ilustrację, którą mogłem kiedyś oglądać całymi godzinami…


William_Blake_-_Nebuchadnezzar_(Tate_Britain)

 

Saddam Husajn, urodzony nie w pałacu, lecz w nędznej chacie w wiosce w pobliżu miasta Tikrit, w rodzinie bezrolnego hodowcy owiec, który porzucił jego matkę zanim on się narodził, nie dorastał swemu przybranemu „ojcu” do pięt; no i skończył jeszcze marniej niż biblijny Nabuchodozor: wywleczono go jak szczura z głębokiej na dwa metry ziemianki znajdującej się na farmie w pobliżu jego rodzinnego miasta – i po procesie z takimi samymi nagannymi praktykami, jakie stosowano w czasach jego reżimu, zawisnął na szubienicy.

Uff, sami widzicie, że czas już skończyć z tymi okropieństwami, bo im dalej byśmy się zagłębili w te moje datowane notatki (np. „212 p.n.e,, Rzymianie zdobywają Syrakuzy, śmierć Archimedesa” czy „410 n.e. Zdobycie i złupienie Rzymu przez Wizygotów”), tym obrazy snute przez moją wyobraźnię stałyby się jeszcze bardziej apokaliptyczne.

 

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

12:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 61)

 

 

Oto pierwsza z książek popularno-naukowych, która wtedy wpadła mi w ręce. Nie miałem nie tylko wyboru takich książek, nie miałem także wiedzy w tym zakresie. Czytałem wszystko, co było możliwe do przeczytania. I notowałem, notowałem, notowałem.

 

Herbert Wendt Szukałem Adama (Wiedza Powszechna 1961)

Jest rzeczą niebezpieczną ukazywać człowiekowi, jak dalece jest on podobny do zwierząt, bez ukazania mu jednocześnie całej jego wielkości.   [Błażej Pascal]

Blaise Pascal (1623-1662), wdał się widocznie w ojca, poborcę podatków, bo w swojej filozofii kierował się kupieckim wyrachowaniem: zyskowniejsza jest wiara w istnienie Boga, niż niewiara, gdyż stawiając na Jego istnienie ryzykujemy tylko jedno doczesne życie, a jeśli okaże się, że mamy rację, zyskamy wieczne istnienie i szczęście. To dowodzenie znane jest jako „zakład Pascala”, ale przecież na takim zakładzie opierały się wszystkie znane nam religie!

Znacznie bardziej oryginalne, choć kłóciło się z innym jego przeświadczeniem, że rozum jest nieprzydatny w procesie poznawczym, gdyż rzeczy nadprzyrodzone może człowiek poznać wyłącznie przez serce i wiarę, było jego stwierdzenie, że Człowiek jest trzciną najsłabszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. Nieco mgły, kropla wody starczy, by go zabić, lecz niechby był zgnieciony przez wszechświat cały, to jeszcze byłby szlachetniejszy od tego, co go zabija: gdyż on wie, że umiera. Cała tedy godność nasza leży w myśli. A zatem: w rozumie, umyśle, a nie w sercu!

 

Człowiek to myśląca trzcina

Nie wiem nawet, w jakim kontekście pojawiło się to w książce Herberta Wendta, gdyż zdany jestem tylko na to, co wtedy zanotowałem (16 bitych stron ścieśnionym pismem!).

Teraz oko moje spoczęło na fragmencie zdania: „…gdy astronom jezuita Scheiner w r. 1611 wykrył istnienie plam na słońcu, otrzymał ostrą reprymendę od swoich przełożonych, boć przecież Arystoteles nie wspomina o żadnych plamach słonecznych”. Tak wielkim i niepodważalnym autorytetem był ten pogański filozof grecki jeszcze w wieku siedemnastym, m.in. dla św. Tomasza z Akwinu! Karol Darwin miał więc pecha, że swoją „heretycką” teorię ewolucji ogłosił w wieku dziewiętnastym, bo Ojcom Kościoła zamurowałby usta, przytaczając takie oto stwierdzenie Arystotelesa: „Spośród wszystkich zwierząt człowiek jest nam najbardziej znany”.

Zamurowałby jednak tylko na chwilę, bo to stwierdzenie, choć niemiłe, nie było dowodem na to, że człowiek pochodzi od małpy, gdyż Arystoteles w przeciwieństwie do innych greckich filozofów przyrody (wierzących w rozwój w naturze, w wymieranie i ponowne powstawanie gatunków, jak również w pochodzenie człowieka ze świata zwierzęcego) głosił coś wręcz przeciwnego – to on stworzył dogmat o niezmienności gatunków, co na dwa tysiące lat położyło kres badaniom przyrody, a tych, którzy śmieli się temu dogmatowi sprzeciwić i udowadniali niezbicie, że Arystoteles się mylił, skazywano na zapomnienie.

Dzięki niemu „potopowicze” święcili triumfy, wierząc niezbicie w to, że w zbudowanej z „drewna żywicznego” Arce Noego o objętości 56 250 m³ można było pomieścić milion gatunków zwierząt tak, żeby się nawzajem nie pożarły, wraz z pożywieniem na 150 dni żeglugi po zalanych potopem lądach, i że ośmioro „członków załogi” było w stanie to wszystko obrządzić, usuwać nieczystości etc., etc.

To, że statek drewniany tej wielkości rozpadłby się od razu pod swoim ciężarem własnym, nie mówiąc o potwornym balaście, który na niego miano władować, jest oczywiste, więc szukanie szczątków Arki Noego na szczycie Wielkiego Araratu (w wierzeniach hinduskich o potopie – na szczytach Himalajów) przypomina szukanie diabłów na główce od szpilki. Z tym, że obecnie geologowie są zgodni, że kataklizm w postaci potopu wydarzył się istotnie ok. 5600 roku p.n.e., ale w okolicach dzisiejszego Morza Czarnego.

Ten potop, z którego to morze powstało właśnie wtedy, nie zrodził się jednak z 40-dniowego ulewnego deszczu, lecz z powodu gwałtownego topnienia się lodowców, które podniosły poziom Morza Śródziemnego do takiej wysokości, że została przelana naturalna zapora w miejscu, gdzie obecnie znajduje się nowożytny Bosfor – woda wlewała się do zamkniętego zbiornika wodnego, jakim było wówczas słodkowodne jezioro, ze straszliwą siłą równą 200 wodospadom Niagara. Stało się ono w ten sposób Morzem Czarnym wyższym o 110 metrów niż pierwotne jezioro.

 Kataklizm był gwałtowny i straszny, doprowadził do zalania wielu osad ludzkich u wybrzeży północnej Turcji, co potwierdziły podwodne roboty (nie chodzi oczywiście o roboty podwodne, lecz na przykład o podwodny robot, któremu niedawno udało się zlokalizować stopione paliwo jądrowe pod reaktorem elektrowni atomowej, zniszczonej w roku 2011 przez tsunami!), nic zatem dziwnego, że stał się kanwą fantastycznych opowieści opisanych w eposach i mitologiach wielu ludów (Grecja, Irlandia: potomkowie Noego mieli dokonać kolonizacji Zielonej Wyspy, Skandynawia, no i oczywiście na Bliskim Wschodzie wśród Sumerów czy Babilończyków – wersja biblijna została niewątpliwie zerżnięta z Eposu o Gilgameszu, gdzie protoplasta Noego nosił imię Utnapisztim. Na statku, który zbudował, pomieścił swoją rodziną i dobytek oraz rośliny i zwierzęta wszystkich gatunków.

 

Arka Noego

 

Mógłbym zaśpiewać: „Płyń [b]arko moja, pogoda sprzyja. Niech cię prowadzi Santa Lucia…”, bo kult świętej Łucji z Syrakuz kultywowany jest najbardziej w Szwecji, kraju, który nadal jest miłosną zadrą w moim sercu, i tym podniosłym akcentem zakończyć ten post, ale przyzwoitość pisarska wymaga, żebym choć pobieżnie przejrzał resztę notek po lekturze w/w książki, sporządzonych kiedyś przeze mnie w tym kajecie, mocno przyżółconym i obleczonym w „Trybunę Ludu” donoszącą o projekcie Narodowego Planu Gospodarczego na rok 1965! Zabawne, prawda?

Ha, równie zabawny był kawał, jaki w osiemnastym wieku zrobili Janowi Bartłomiejowi Beringerowi, profesorowi historii naturalnej na uniwersytecie w Würzburgu, jego studenci. Otóż ten głupawy profesor, na poparcie teorii Avicenny, ogłosił teorię o samorództwie z kamienia po tym, jak w pobliskich kamieniołomach znalazł skamielinę pająka chwytającego muchę, żab zastygłych w czasie parzenia czy owadów nieznanych dotychczas gatunków. Hm, ale jak wytłumaczyć kolejne znaleziska skamieniałości tam przez niego znajdowanych? Np. skamieniałego słońca, półksiężyca, gwiazdy wraz z promieniami oraz tabliczkę z hebrajskim napisem?

Ilekroć nocowałem w pokoju na strychu w domu Irenki i Jurka Olbińskich w Opolu, zaznaczmy: w domu poniemieckim, za każdym razem przystawałem z rozbawieniem przed starą litografią przedstawiającą właśnie takiego profesora jak Beringer w otoczeniu rodziny i służby. Nie zapamiętałem nazwiska tego profesora, bo moje rozbawienie wzbudzała jego pergaminowa sylwetka na tle pozostałych domowników z krwi i kości, w tym żony w stroju raczej nie eksponującym jej ponętnych kształtów, no i dzieciaków, które zrobiły potulne minki i opuściły grzecznie oczy, żeby nie było widać czających się tam diablików!

A jeśli chodzi o ich czcigodnego ojca, to w tej chwili właśnie tak wyobrażam sobie Jana Bartłomieja Beringera, usiłującego w zaciszu swego gabinetu wyczytać rozwiązanie tamtej zagadki w dowodach kosmologicznych Awicenny, który osiem wieków wcześniej głosił, że NIEKTÓRE rzeczy istnieją, więc muszą mieć swoją PRZYCZYNĘ. Wprawdzie ten ciąg przyczyn jest skończony, ale ISTNIEJE PRZYCZYNA, KTÓRA JEST PRZYCZYNĄ WSZYSTKIEGO, A SAMA NIE MA PRZYCZYNY. Jest to BÓG, który JEST BYTEM KONIECZNYM. Ba, gdyby hebrajski napis na tej tabliczce coś z tego dowodu zacytował, sprawa byłaby prosta, ale niestety nie była! I nie on odnalazł w swoich ulubionych kamieniołomach, pośród innych osobliwości, kamień, na którym było wyryte jego nazwisko: BERINGER!

 

skamieniałość

 

Zapewne ośmieszony profesor Beringer nie zmienił swoich poglądów, choć podobno nie zmienia ich tylko krowa! Ale on nie był krową, a tym bardziej – w swej pergaminowej postaci – bykiem zarodowym. Ani żeglarzem, podróżnikiem i odkrywcą, takim jak Walter Raleight, który za więziennymi murami londyńskiego Toweru, gdzie przebywał w latach 1603-1616, skrytykował dogmat o niezmienności gatunków, bo na podstawie swoich obserwacji dokonanych m.in. wtedy, gdy w roku 1595 dowodził ekspedycją do Gujany i w górę rzeki Orinoko w poszukiwaniu legendarnego El Dorado, wiedział, że to absurd. To samo mógł stwierdzić, gdy uwolniony w roku 1616 i przywrócony na dwa lata do łask królewskich mógł poprowadzić drugą wyprawę do Gujany, podczas której jego ludzie spalili hiszpańskie miasto San Thome – w najmniej fortunnym momencie, gdyż akurat wtedy między Anglią i Hiszpanią panował pokój.

Wprawdzie Raleigt im tego nie nakazał, ale król Jakub I skorzystał z okazji, żeby pozbyć się na zawsze człowieka, który był faworytem swej poprzedniczki na tronie, Elżbiety I. W Anglii wyszydzano przecież nielubianego króla, mówiąc Elisabeth was King; now James is Queen (Elżbieta była królem, Jakub jest królową)!  Jakub I miał wprawdzie też męskich faworytów, ale to ściągało na niego plotki, że jest utajonym homoseksualistą. Beznadziejnie głupi król, który w przeciwieństwie do przystojnego i dzielnego podróżnika postawą męską się nie odznaczał, Obrzydliwiec, który przy mówieniu obficie się ślinił, a 40-minutowa przemowa Raleigta przed egzekucją (został skazany na ścięcie) była nie tylko pięknym popisem krasomówstwa, ale i pełnym godności pożegnaniem się z tym światem.

 

 

execution-of-sir-walter-raleigh

  

Bez najmniejszej przesady, można by powiedzieć, że nieszczęsny skazaniec był człowiekiem wielkiego rozumu i serca. Tego drugiego organu na pewno nie odmówiłby mu sławny szwedzki przyrodnik Karol Nillson Linneusz (1707-1778), z którym łączy mnie to, że i jemu, i mnie dały się mocno we znaki w Laponii cholerne meszki. Czy nie odmówiłby mu rozumu? Tego nie jestem aż tak pewny! Linneusz twierdził bowiem, że „po człowieku przychodzą małpy”, gdyż ze względu na swoją budowę stanowią gatunek pośredni między człowiekiem a zwierzętami czworonożnymi, natomiast Raleigt wierzył jednak w ewolucję, więc odwróciłby kolejność członów twierdzenia Linneusza, gdyby rzec jasna żył w jego czasach.

Aha, a jeśli chodzi o serce, to było ono istotnym kryterium przy dokonanej przez Petera Artediego (1705-1736) klasyfikacji fauny w myśl założeń klasyfikacyjnych swego przyjaciela Karola Linneusza (on sklasyfikował rośliny), który po nagłej i tragicznej śmierci Petera (utonął w rzece) opublikował jego pracę, popierając w pełni zastosowane w niej założenie metodologiczne.

No więc czworonogi i ptaki powinny mieć dwie komory sercowe z dwoma przedsionkami, płazy i ryby – jedną komorę sercową z jednym przedsionkiem, a u robaków i owadów brakuje nawet przedsionka. Gdyby chodziło o przedsionek piekła, to wiadomo, że wybrukowane jest ono dobrymi chęciami. Serce jest tworem tak dziwnym, o czym doskonale wiedzą nieszczęśliwie zakochani, że nie chce się podporządkować systematyce – obaj badacze przeoczyli fakt już wówczas znany, że mogą istnieć zwierzęta w ogóle pozbawione serca! 


człowiek bez serca


Ach, zaglądając do tych notatek mógłbym tak dywagować bez końca, ale niewielu ludzi jest obecnie w stanie w ogóle podążać za tego typu rozważaniami choćby z braku czasu, gdyż, jak ktoś powiedział, „przeciętny człowiek sprawdza swojego smartfona 221 razy dziennie”, zakończę więc ten post notką ujętą przeze mnie w zeszycie w ramki: „W chwili, gdy już nie chcemy wierzyć w to, w co wierzyliśmy dotąd, spostrzegamy nie tylko, że mnóstwo powodów przemawia przeciwko temu, ale też, że te powody przez cały czas rzucały się nam w oczy” (Bernard Shaw).

 

 Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 60)

 

9 sierpnia ten odcineczek napisałem, ale z jakichś powodów nie opublikowałem. Z jakichś powodów zająłem się czymś innym. I – jak widać – zajmowałem się tym (a może niczym) aż do teraz.  Gdyby nie przypomnienia pewnej pani, że ten blog na mnie czeka, mógłbym już do końca życia nie napisać ani słowa, co by, mam prawie pewność, naszej stygnącej planety ani nie wyziębiło, ani nie rozgrzało…

 

Od czasu do czasu ściągam z „półki filozoficznej” jakąś książkę, czytam kilka zdań na chybił trafił i z westchnieniem odkładam. Tyle rzeczy egzystencjalnie ważniejszych (tak mi się przynajmniej od dziesiątków lat wydaje) czeka na mnie, że nie tylko o tak zachłannym czytaniu książek jak w tamtych latach, ale w ogóle o przeczytaniu całościowym jakiejkolwiek książki, oprócz tych, które redaguję, nie ma mowy. O kupowaniu i gromadzeniu ich – po tym, jak przepadło kilka moich bibliotek z powodu „zawirowań osobistych” – też już nie myślę.

Przed chwilą sięgnąłem po Kierkegaarda, który tylko raz w życiu wyjechał z Kopenhagi, chcąc w Berlinie odwiedzić Schellinga. Po Albo-Albo, tomII. Przeczytałem kilkanaście stron Estetycznej wartości małżeństwa i podkreśliłem tylko jedną myśl: „...ten, kto broni, oskarża”, bo reszta to okropne gadulstwo; Søren jako człowiek nieszczęśliwie zakochany miał prawo bredzić; cóż zresztą sensownego mógł powiedzieć człowiek, który z niejasnych powodów zerwał swoje jedyne zaręczyny z Reginą Olsen, fertyczną brunetką, prawdopodobnie przerażony tym, że małżeństwo wiąże się również z miłością erotyczną.

 A jedyna miłość, jaką uznawał, powinna być w jego mniemaniu oparta na przesłaniu z Pisma Świętego; na dość wybiórczym przesłaniu, bo w wielu innych ustępach tego Pisma niektórzy badacze dopatrują się nawet gloryfikacji rui i poróbstwa! Ha, a te zaręczyny zostały zawarte dwa lata po prawdopodobnie jedynym kontakcie erotycznym 25-letniego Sørena z kobietą, w dodatku upadłą, gdy w listopadzie 1836, namówiony przez kolegów, udał się na dobrym rauszu do domu publicznego i po krótkim czasie uciekł stamtąd w przerażeniu; no cóż, nie każda ladacznica ma zadatki na to, by zostać świętą. Ta chciała po prostu sprawnie obsłużyć kolejnego klienta, tym razem zakompleksionego nudziarza, który w przeciwieństwie do niej nie cenił baśni Andersena!

 

 

Soeren-Kierkegaard-karykatuira autorstwa W. Marstranda 

Współczesna karykatura Kierkegaarda, autorstwa W. Marstranda

 

 

W zniesmaczeniu tym jego pseudofilozoficznym bełkotem nagle przypomniałem sobie, że po wyjściu z więzienia w listopadzie 1966 roku Albo-Albo  było chyba moją pierwszą lekturą. Mogłem to sprawdzić, bo nie zniszczyłem zeszytów lektur sprzed już pół wieku, choć tyle teczek z moim późniejszym dorobkiem literackim uległo zagładzie. I rzeczywiście w pierwszym z owych nowych, już „wolnościowych”, zeszytów, pod datą 2 lutego1967 roku, jest wybór pism tego filozofa z wydania lwowskiego z roku 1914, bo widocznie nowszego nie było. No tak, to, które mam teraz, jest z roku 1976. 

Po Kierkegaardzie idzie Nietzsche, Schopenhauer, Montaigne, Swedenborg, Kretschmer, Dostojewski etc., etc. Otrzymałem wówczas z Ministerstwa Kultury i Sztuki dość pokaźne i całoroczne stypendium im. Tadeusza Borowskiego (całe 1500 zł miesięcznie), które postanowiłem przeznaczyć na uzupełnienie braków w swoim wykształceniu. W czytelniach Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy przy ul. Koszykowej spędziłem praktycznie cały rok 1967, przychodząc tam tuż po otwarciu jako pierwszy i wychodząc jako ostatni tuż przed zamknięciem, z krótkimi przerwami na obiady, które zjadałem w pobliskim barze mlecznym. Czytałem, czytałem, czytałem, w godzinach wieczornych podpierając palcami powieki. I oczywiście notowałem, notowałem, notowałem, żeby nic nie uronić z mądrości w owych książkach zawartych. Kopiarek wtedy nie było, a o komputerach nikomu nawet się nie śniło. Zapewne dlatego żal mi było te zeszyty wyrzucić, bo zapisane zostały w trudzie wręcz benedyktyńskim.

Wykorzystanie tych zapisków na moim blogu wydało mi się przed pięciu laty konieczne, a teraz stwierdzam nadal: warto było! Jeśli zdobyłem w życiu jakąś mądrość, to tylko w ten sposób mogę się z nią podzielić z tymi, którzy zechcą z niej skorzystać. Moje rozmowy z Krishnamurtim też tu powstawały, i nadal istnieją tutaj w formie pierwotnej, która w toku prac redakcyjnych przemieniła się w książkę. I tak zapewne będzie z Zeszytami z dawnych lektur – jako wydawca mogę im nadać formę książkową w każdej chwili, gdy uznam, że praca nad nimi została zakończona.

 

 

okladka-krishnamurti300

 

 

Zanim jednak przejdę do zeszytów lektur już „wolnościowych” z roku 1967, zajrzę jeszcze do zeszytów już częściowo przeze mnie omawianych, by wyłowić z nich książki, które nazywa się naukowymi lub popularnonaukowymi. Oczywiście nie zamierzam ich całościowo omawiać, bo to zajęcie dla ludzi, którzy lubują się w nudziarstwie. Po prostu na coś spojrzę własnym, a nie pożyczonym okiem, coś tam dostrzegę, coś prześlepię. Istotnego, nieistotnego, nie mnie o tym sądzić. Już od dawna nic nie muszę, nic nie muszę, uff, jaka w tym jest ulga!

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

12:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 59)

 

Dokładnie dwa lata temu chciałem napisać ten odcinek, o czym świadczyło kilka wstępnych zdań wtedy skreślonych – i aż tyle czasu minęło, żeby do niego powrócić. Dla przypomnienia dodam, że odcinek odc. 58 został opublikowany 15 lutego 2015 r, a odc. 1 pojawił się na moim blogu 26 lipca 2012 roku. Od tamtego czasu minęło więc ponad pięć lat!

Wprawdzie wydawnictwo książkowe Mons Admirabilis istnieje oficjalnie od grudnia 2012 roku, ale żmudną pracę nad dwiema pierwszymi książkami, które się w nim ukazały, rozpocząłem już wcześniej. Do tej pory wydałem 23 książki. Te redagowane przeze mnie wymagały często wysiłku większego, niż te przeze mnie napisane. Tempo prac wydawniczych zwolniłem dopiero w tym roku i powoli zaczynam wracać do dawnego trybu życia, na czym być może skorzysta mój blog.

 

Lektury omówione w tamtych odcinkach (ściślej: wypisy z lektur książek, których treści po kilkudziesięciu latach na ogół nie pamiętam) dotyczyły literatury pięknej. Już wtedy wspomniałem, że lista owych lektur była większa, ale nie mogłem komentować czegoś, z czego nie zrobiłem żadnych wypisów, bo jedynie na nich się skupiałem. Nie oznacza to jednak, że były to książki błahe. Na dowód tego wymienię przynajmniej niektóre z nich (według dat ich wydania). O nakładach nie wspomnę, bo czytelnictwo książek naprawdę wtedy kwitło; pamiętam malutkie mieszkanka warszawskich inteligentów – z książkami i czasopismami piętrzącymi się pod sam sufit i wąskimi przejściami do kuchni czy łazienki…

Gustave Flaubert, Trzy opowieści (Legenda o św. Julianie Szpitalniku; Herodiada; Prostota serca), „Wiedza” – 1948.

Prosper Mérimeé, Carmen (Czyśćcowe dusze; Tamango; Kolomba), „Wiedza” – 1948.

John Steinbeck, Myszy i ludzie, „Wiedza” – 1948.

Ernest Hemingway, Biedni i bogaci, „Wiedza” – 1948.

Jules de la Madeléne, Pan na Piaskowym Zamku, PIW – 1950.

Balzac, Król cyganerii. Znakomity Gaudissart. Bezwiedni aktorzy. Książka i Wiedza – 1950.

Bernard Shaw, Szczygli zaułek, PIW – 1952.

Emil Zola, Dzieje Rougon-Macquartów (Początki fortuny Rougonów. Podbój miasta Plassans. W matni. Wszystko dla pań. Germinal. Klęska), Książka i Wiedza – 1954

Edgar Allan Poe, Opowiadania, Czytelnik – 1956. .

James Joyce, Portret artysty z czasów młodości, PIW 1957.

Gustave Flaubert, Listy, PIW 1957.

Wolter, Księżniczka Babilonu, PIW 1957.

Uznałem, że nie ma tu co komentować, ale zapisek był: De nihilo nihil in nihilum nil posse reverti (wg Persjusza: Z niczego nic nie powstaje, nic nie obraca się w nicość). I zaraz po tej sentencji: Jakżeż mam, według pana, uznać Najwyższą Istotę, nieskończoną i niezmienną, która w jakimś tam czasie z niczego stworzyła materię, zmieniającą się bez przerwy, i sfabrykowała pająki, żeby miał kto mordować muchy? Dodajmy: czy ludzi, którzy z upodobaniem mordują innych ludzi i niekiedy ich zjadają…

 

 

ksiezniczka-babilonu-wolter

 

 

Joseph Conrad, Szaleństwo Almayera, PIW – 1958.

François Mauriac, Uprzywilejowani, Czytelnik – 1958.

Emily Brontë, Wichrowe wzgórza, Czytelnik – 1958.

Katherine Mansfield, Garden Party, Czytelnik – 1958.

W. Somerset Maugham, Skrawek ziemi, Czytelnik – 1958.

Tu również jest ciekawy zapisek: Krytycy dzielą pisarzy na tych, którzy mają coś do powiedzenia, ale nie wiedzą, jak to powiedzieć – i tych, którzy potrafią wszystko powiedzieć, ale nie mają nic do powiedzenia. Wolę tego nie komentować, bo pewne jest tylko to, że jestem pisarzem!

Alberto Moravia, Agostino, PIW – 1959.

Friedrich Dürrenmatt, Kraksa, PIW – 1959.

Stendhal, Życie Henryka Brulard, PIW – 1959.

Erich Maria Remarque, Na Zachodzie bez zmian, PIW – 1959.

Simone de Beauvoir, Pamiętnik statecznej panienki, PIW – 1960.

Maria Belonci, Sekrety rodu Gonzagów, PIW – 1960.

Czyngis Ajtmatow, Dżamila, PIW – 1960.

Anna Frank, Dziennik, PIW – 1960.

Bruno Winawer, Dług honorowy, Czytelnik – 1960.

Dawid Bergelson, Dwie bestie i inne opowiadania, Czytelnik – 1961.

Graham Greene, W Brighton, „Pax” – 1961.

Georges Bernanis, Pamiętnik wiejskiego proboszcza, „Pax” – 1961.

Ten zapisek skreśliłem: Nigdyśmy nie wyszli z dzieciństwa, zmyślaliśmy nasze życie zamiast je przeżywać. A teraz zacząłem się zastanawiać nad etymologią czasownika „zmyślać”: „mówić od rzeczy”, „wyssać coś z palca”, czy „rozmarzać się”, „puszczać wodze fantazji”? Ubarwiać życie, czy je pozorować? W ubarwianiu życia nie ma nic złego, natomiast w pozorowaniu go nie ma żadnego sensu, nawet jeśli wydaje się nam, że bezpowrotnie zgubiliśmy jego sens.

Juliusz Kaden-Bandrowski, Czarne skrzydła. WL – 1961.

Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, Czytelnik – 1962.

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, Czytelnik – 1962.

Alkifron, Listy heter, Ossolineum – 1962.

Erskine Caldwell, Chłopiec z Georgii, PIW – 1962.

Akutagawa Ryûnosuke, Kappy, PIW – 1963.

Ernest Hemingway, Rzeka dwóch serc, PIW – 1963.

Allan Sillitoe, Samotność długodystansowca, PIW – 1964.

François Mauriac, Pamiętnik życia wewnętrznego, PAX – 1964.

Tadeusz Konwicki, Sennik współczesny, ISKRY – 1964.

Henry Miller, Uśmiech u stóp drabiny, PIW – 1964. 

Reynolds Price, Długie lata szczęścia, Czytelnik – 1964.

Erskine Caldwell, Jenny, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Serce to samotny myśliwy, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Gość weselny, PIW – 1964.

Jest tu jeden wypis, który gdzieś-kiedyś skomentowałem: Lepiej być w takim więzieniu, gdzie można tłuc o mury, niż w takim, którego nie widać. Nie nadmieniłem jednak, że tuż nad tym jest data i miejsce sporządzenia tej notki: „16 VI 1966 r. – Więzienie w Siedlcach”. W tamtym czasie miałem zatem za sobą już ponad sześć lat pobytu za kratkami, ale znacznie większą grozę budziło we mnie więzienie, którego nie widać. Przebywałem w nim wielokrotnie i wcześniej, i później!

Blaise Cendrars, Odcięta ręka, Czytelnik ­ – 1965.

Tu też widzę jakiś wypis: Człowiek szuka samounicestwienia. Ogólnie mówi się, że „ludzkość dąży w coraz szybszym tempie do samounicestwienia” – i podaje się mnóstwo faktów, które mają tę tezę potwierdzić. A jeśli chodzi o człowieka? Oczywiście są tacy, którzy mają w sobie gen samobójczy, ale w większości indywidualnych przypadków instynkt samozachowawczy każe człowiekowi unikać bodźców zagrażających życiu, nawet jeśli jest ono niewiele warte. W sensie ogólnym, bo szczególność z ogólnością rzadko idą w parze!

 

 

Blaise Cendrars

 

 

Jean-Paul Sartre, Słowa, PIW – 1965.

Erich Fried, Pożar, PIW – 1965.

Vercors, Milczenie morza, PIW – 1965.

Max Frisch, Powiedzmy, Gantenbein…, Czytelnik – 1965.

Tu też pozostał nieskomentowany zapisek: W obliczu czasu nie ma nadziei… Jest przecież czas nadziei, o czym świadczy kilka książek tak zatytułowanych (w tym almanach poezji… więziennej wydany z okazji XIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poezji Więziennej „Krasnystaw 2007”!), czy nawet film. Więc dlaczego jest ona matką głupich? Czy głupi jest ten, kto ma nadzieję, czy ten, kto ją stracił? Czy życiowa mądrość polega na tym, żeby wierzyć w nadzieję za wszelką cenę? Choćby w nadzieję na życie wieczne, z której człowieka może odrzeć tylko niewiara w to cudowne rozwiązanie naszych egzystencjalnych kłopotów – równie niemożliwa do udowodnienia jak nadzieja, że to się rzeczywiście ziści, niestety dopiero po naszej śmierci, kiedy już nie będziemy mogli złożyć reklamacji za straconą nadzieję.  

Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Czytelnik – 1965.    

Alberto Vigevani, Liście z San Siro, PIW – 1966.

J.D. Salinger, Franny i Zooey, Czytelnik – 1966.

Bruno Jasieński, Nogi Izoldy Morgan, Czytelnik – 1966.

Armand Lanoux, Kiedy morze się cofa, Czytelnik – 1966.

 

I na tym tę wyliczankę zakończę, dodając, że pominąłem kilka książek poetyckich, zaledwie kilka, bo do bibliotek więziennych w Nowogardzie czy w Siedlcach (zeszyty dawnych lektur obejmują jedynie książki, do których miałem dostęp jako więzień!) nie zakupywano nowości poetyckich, więc jako NOWY POETA (patrz: mój głośny debiut we „Współczesności”, Rok X Nr 4 (181), 17 II – 2 III 1965) musiałem błądzić po omacku, wydeptując sobie stopniowo własną ścieżkę poetycką, całkowicie inną od tych, na których tłoczyli się „wespół w zespół” moi koledzy po piórze…

 

 

Nowy poeta

 

Cdn.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

10:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

 

Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diable… nie wszedł rozdzialik zatytułowany NAGLE ANIOŁ PRZEZ NIĄ PRZEMÓWIŁ z uwagi na to, co Adam mówił o swej żonie czwartej, Magdzie, ale także o innej, znacznie bardziej znanej, Magdzie Zawadzkiej, żonie Holoubka. Była tam jeszcze zabawna anegdota o Barbarze Fijewskiej i jej dwóch kolejnych mężach (opowiedziana Adamowi przez Jana Świderskiego) oraz o Oldze Lipińskiej i Kalinie Jędrusik, poprzedzona taką oto refleksją Adama: Otóż uważam, że zasób słów „nieoficjalnych” zmniejsza się u nas drastycznie z dwóch powodów: pierwszy to gazetowość naszego języka, który w stosunku do mięsistej staropolszczyzny czy Morsztynowego baroku szeleści higienicznym papierem. Ostatni Mohikanie tamtego języka wymierają w zastraszającym tempie. Należała do nich niewątpliwie Kalina Jędrusik…

I cały ten rozdzialik pojawił się na moim blogu 24 czerwca, powitany wybuchami śmiechu przez kilka komentatorek. Usunąłem jednak ten post po uwadze Renaty Dymnej: „Nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Są rzeczy, które opowiada się tylko w garderobach i bufetach, i tam brzmią. Wyciągnięte ‘na scenę' wprawiają w konfuzję, nie dając w zamian nic szczególnego... Ale  stało się”. Odpisałem: „Droga Renato! Blog to nie jest wydrukowana książka, wystarczy pyknąć w 'usuń' – i post znika bez śladu, ale tego ‘baobaba’ bardzo mi żal – i ładnego zakończenia... To było jego, Adama, życie, a nie anegdota opowiadana po garderobach i bufetach!”.

Przywracam zatem końcową sekwencję (po usunięciu tego, co ją raziło):

 

Olga Lipińska mogła być zaskoczona „nieoficjalnym” zapytaniem Kaliny Jędrusik, kto ciebie p......i?", wystarczy popatrzeć na zdjęcia obu pań…

 

 Olga Lipińskajedrusik_kalina 

                                     Olga Lipińska i Kalina Jędrusik

 

 Ale moja Magda też mnie wczoraj zaskoczyła, pytając:

– Na czym polega obrzezanie?

– Nie wygłupiaj się!

– Ja się nie wygłupiam, po prostu nie wiem!

Musiałem jej to opisać, niestety nie mogąc zobrazować tego na własnym przykładzie, bo naprawdę nie wiedziała!

 

Przynajmniej była szczera i żądna wiedzy…

Ona?! Wcześniej o nic mnie nie pytała! Nigdy! Nawet w sprawach teatralnych! Kiedy zaczynałem o tym mówić, od razu mi przerywała i sama mówiła, co to jest teatr! W jej pojęciu pytanie jest dowodem głupoty, natomiast mówienie, polegające nawet na wygadywaniu bzdur – nie, bo zamazuje niewiedzę! Dla niej przyznanie się do niewiedzy jest głupotą, mimo iż tłumaczyłem jej, że zadawanie pytań dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: jest mądrością, albo prowadzi do mądrości! Ja robię to ciągle – jeśli nie rozumiem jakiegoś słowa, pytam o jego znaczenie…

 

Ale w końcu jednak zapytała…

Bardzo mnie to zaskoczyło! Myślę jednak, że od razu pożałowała swojej szczerości!

 

 

Cwen

 

Jeśli chodzi o Magdę, to wcale mnie to nie dziwi, ale z Kucówną było chyba inaczej? A z Rysiówną raczej na pewno, bo sam mówiłeś, że najwięcej się od niej nauczyłeś, choć jako mentorka nie przebierała w słowach…

O, tak, była szczera aż do bólu! I uważała mnie a priori za idiotę! Powiedziałbym, że im większe odnosiłem sukcesy (byłem wówczas szefem artystycznym telewizji, a na posiedzeniach Radiokomitetu każdego mojego słowa słuchano z największą uwagą), tym bardziej mnie postponowała, mając na podorędziu stały repertuar obelg: „Jesteś dureń, chuj głupi, nie odzywaj się!”, a gdy mówiłem, że nie może mnie tak traktować, bo w końcu znajdzie się jakaś blondynka, która mi powie: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”, to słyszałem: „Długo tak jeszcze będziesz bredził?”.

Próbowała tę sytuację moją z Rysiówną jakoś wyprostować Wanda Telakowska, przemądra baba z high life’u przedwojennego Warszawy, przyjaciółka Skamandrytów i Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, wówczas dowódcy dywizji, który wpisał się jej w roku 1937 do sztambucha tak: „Niniejszym stwierdzam kategorycznie i nieodwołalnie, że zdobyła pani sympatię, szacunek, uznanie, zachwyt i podziw wszystkich kawalerzystów, szwoleżerów, ułanów, strzelców konnych, pionierów oraz konnych artylerzystów, którzy mieli zaszczyt i przyjemność poznania Pani, Miła Panno Wando”. No więc pani Wanda poszła do mojej żony z własnej woli (powiedziała mi o tym ex post):

– Zrozum, Zosiu, ty byłaś w Krakowie śliczną, rozkwitłą jabłonką, a on był przy tobie takim małym krzaczkiem: grałaś wielkie role, a on drugoplanowe. Pobraliście się i przez te lata wyrósł nad tobą z tego krzaczka baobab, nie możesz go więc nadal traktować, jakby był krzaczkiem, bo to się skończy katastrofą!

A Zośka zapieniona:

– Co ty mi za bajdy przyrodnicze opowiadasz? Baobab?! Jaki on baobab?! Chuj, nie baobab!

Gdy robiłem z nią „Berenikę” i „Zmartwychwstanie”, które odniosły niekwestionowany sukces, oświadczyła wobec osób trzecich: „To jest wszystko, na co stać Adama, beze mnie jest nikim!”. Dopiero tuż przed moim odejściem nieco się opamiętała: „Trzeba było walnąć pięścią w stół!”, ale ja nie jestem od walenia pięścią w stół! Oczywiście te cechy charakterologiczne miała w genach, ale wieloletni pobyt w Ravensbrück na pewno w niejednym ją usprawiedliwia – kategoryczny, powiedziałbym, brutalny ton, z jakim się do mnie zwracała, musiał mieć swoje źródło w jej koszmarnych przeżyciach obozowych!

 

Aż w końcu przyszła blondynka, która ci powiedziała: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”. 

 

 

Kucówna

 

 Tak było. A potem przyszła kolejna, która mi powiedziała…  (zawiesza głos)

 

„Adam, jesteś zmęczony…”

Może na samym początku tak było, ale później słyszałem: „Adam, jestem zmęczona, położę się, a ty mi zrób herbatę…”. Ale pozwólcie, że zmienimy temat!

 

 

                                                 KONIEC!

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



14:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 b)

 

~pp
20 czerwca 2017 o 18:24

Na ostatnim zdjęciu obok Olbrychskiego siedzą Joanna Dark (piosenkarka) z mężem Markiem Dutkiewiczem, autorem tekstów do kilkuset piosenek, w tym przepięknego utworu: „Latawce, dmuchawce, wiatr” (Urszula)…

Szkoda,że to już ostatni raz ….

 

jbr
20 czerwca 2017 o 19:23

Dzięki za to objaśnienie. Mam nadzieję, że dzięki Renacie Dymnej będzie też wiadomo, kto tańczył wraz ze mną w ogrodzie Hanuszkiewiczów…

 

~WE
20 czerwca 2017 o 20:50

Nie ukrywam, że jestem bardzo rozczarowana sposobem, w jaki zakończyłeś tę swoją dokumentacyjną peregrynację po teczkach Hanuszkiewiczowskich. Oczywiście rozumiem, że za poradą pani Renaty nie chcesz odsłaniasz kulisów sprawy, o której kiedyś obszernie na swoim blogu opowiadałeś, by następnie, tuż po śmierci Pana Adama, te posty usunąć. Rozumiem też, że kierując się delikatnością wobec czterech żon Hanuszkiewicza nie chcesz odsłaniać „tajemnic alkowy”, ale są przecież historie anegdotyczne natury ogólnej, które według mnie powinny zostać zacytowane zanim odejdziesz z tego świata, co może nastąpić nawet za kilkadziesiąt lat, jesteś bowiem człowiekiem niesłychanie żywotnym, kandydatem na kolejnego iwonickiego stupięciolatka! Przypominam, że mi to obiecałeś!

 

~bosonoga
21 czerwca 2017 o 11:36

W pełni popieram apel WE, żeby choć tyciutki ciąg dalszy nastąpił! Po zerwaniu więzadeł krzyżowych w lewym kolanie nie mogę nie tylko włazić na Przymiarki dwa razy dziennie, ale w ogóle tam włazić, capito? Natomiast czytać mogę! Więc zmiłuj się – i coś dopisz!

 

~pp
21 czerwca 2017 o 20:29

No widzisz: siła złego na jednego! Nie wkładaj jeszcze teczek Hanuszkiewiczowskich do biurka! Z kobietami żaden mężczyzna jeszcze nie wygrał!

 

~jbr
21 czerwca 2017 o 23:42

Renata pewnie na wsi, nie odpowiada. Na tym zdjęciu w ogrodzie podrygiwał w tańcu na pewno Robert Kudelski (ten najbliżej mnie), którego Adam obsadził cztery lata wcześniej – w debiucie teatralnym – w roli Romea! W tym samym 1997 roku zdobył I nagrodę na Festiwalu Piosenki Francuskiej. Wielka kariera teatralna, filmowa, no i telewizyjna (od 2000 roku występował w znanych serialach) zdawała się stać przed nim otworem, ale ta dobra passa, nie wiadomo czemu, nagle się skończyła. Poprosił mnie przez Renatę o napisanie tekstów do kilku piosenek, bardzo mu się spodobały, ale kłopoty zawodowe, które na niego wkrótce spadły (Renata mówiła, że musiał występować w reklamach i statystował w filmach), sprawiły, że te teksty spoczęły na wieki wieków w jakiejś archiwalnej teczce, bo żaden kompozytor nie widział interesu w tym, żeby go promować. O losach pań pląsających wokół ukochanego psa Hanuszkiewiczów (zwał się Bary) nic konkretnego powiedzieć nie mogę, bo znałem je tylko z widzenia, ale należy domniemywać, że po roku 2005, gdy rozwiązano zespół Teatru Nowego, zaczęły prząść bardzo cienko, ale o tym owego pięknego czerwcowego dnia 2001 roku jeszcze nie wiedziały…

 

~Krakuska
24 czerwca 2017 o 11:46

A wśród tańczących pani Cwenówny nie było? Rozumiem, że nie z Solenizantem, który bał się, że nie przeżyje dwóch kos, ale ona była jeszcze stosunkowo młodą babką, więc podrygiwać w tańcu mogła. No, chyba że obowiązki gospodyni jej to uniemożliwiły, bo zorganizowanie przyjęcia urodzinowego dla sporej, jak się domyślam, liczby gości, to zapieprz nie lada!

 

~jbr
24 czerwca 2017 o 12:14

Adam w toku rozmów dźwirzyńskich (odbyły się one wkrótce po tych urodzinach kilka razy mówił, co utaiłem, że z Magdą podryguje już tylko w tańcu śmierci! Zataiłem też, iż narzekał, że ostatnie przyjęcie urodzinowe zorganizowała Mu Wiesia, jego asystentka, bo „Magda ma czułość tylko dla siebie”. A jeśli chodzi o tańcowanie z nią, to na zdjęciach dostępnych w Necie widać ich w gronie tańczących. Nie dałem jednak z nagrań bardzo ładnego kawałka (znowu ta paskudna cenzura wewnętrzna, bo wiedziałem, z kim mam do czynienia!), w którym Adam mówił, że jego babka twierdziła, że „jaki taniec, takie życie!”, to znaczy, że brak duchowej harmonii między partnerami w tańcu źle wróży na przyszłość. Adam nawet zażartował, że pary narzeczeńskie powinny obowiązkowo stawać przed specjalną komisją (złożoną z doświadczonych psychologów, seksuologów etc.), przed którą musiałyby zatańczyć kilka różnych kawałków, a po końcowej ocenie ujemnej nie miałyby prawa wstąpić w związek małżeński, dzięki czemu uniknięto by dziesiątków tysięcy rozwodów rocznie! Wspomniał też, że na samym początku znajomości z Magdą (był wówczas jeszcze z Kucówną) jeden z jego przyjaciół, obserwując ich taniec powiedział: „Nie boisz się z nią tańczyć? Ja bym się bał! Ta panienka nie tańczy z tobą, ona oplata cię jak wąż!”.

 

~Weronika
24 czerwca 2017 o 12:49

Oj, z tą komisją to nie jest głupi pomysł! Mój wybranek deptał mi po nogach na potańcówkach jako narzeczony, no ale miał inne „walory”. Jako mąż też deptał mi po nogach w tańcu, no ale miał inne „walory”, choć coraz mniejsze, chi-chi! Teraz już nie chce nam się tańczyć wspólnie, w dodatku mój mąż już nie ma żadnych „walorów”. Drepczemy w pobliżu siebie w tańcu śmierci, a raczej aż do śmierci, bo skoro nie rozwiodłam się z nim z uwagi na dzieci, gdy był na to czas, to tym bardziej nie rozwiodę się teraz – niech dzieciom i wnukom wydaje się, że wszystko gra!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:42

Pisz, pisz, bo chociaż mam zawroty głowy po tej cholernej korporektomii szyjnej (wstawienie implantu), to niedługi post mogę przeczytać na dwa razy, a dłuższy na sześć-siedem razy, ale mogę!
Bardzo Hanuszkiewicza lubiłam słuchać w telewizji… Taaaakich paaaanów (jak mówił) teraz coraz mniej!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:59

W tym kółku tanecznym ta odwrócona tyłem pani w sukience w grochy przypomina mi Joannę Górniak. W serialu „Plebania” była matką Krystiana. Rozpoznaję ją po włosach i figurze. Jestem ciekawa, czy trafiłam?

 

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:16

Specjalnie się tak podpisałam, bo Tania, lwowianka, opiekowała się umierającym (długo) Adamem. Ale do rzeczy. Z tego, co Pan napisał w ostatnich postach Hanuszkiewiczowskich, wynika, że zna Pan wywiad pani Cwen-Hanuszkiewicz z „Gali”.

Chciałabym, żeby odniósł się Pan do takiego oto fragmentu z tego wywiadu, bo jako fanka Hanuszkiewicza (bardzo już leciwa) długo nad nim rozmyślałam:

„Kiedy rozmawiałyśmy przed rokiem, mówiła Pani, że mąż zamknął się w sobie, że jest pogrążony w depresji. Odżywał nocami i snuł monologi, w których rozliczał się z przeszłością. Planowała Pani ich nagranie.

To były niezwykle ciekawe, realistyczne monologi. Adam rozmawiał ze wszystkimi – z Michnikiem, Kuroniem, z matką, wieloma ludźmi. Rozliczał swoje życie, rozprawiał się z teatrem, reżyserował i robił wykłady dla studentów. To, co mówił, było mądre, pełne pasji. Tkwiła w tym siła jego umysłu – to było to, co miał jeszcze do przekazania. I dawał to w nocy, duchom. Chciałam nagrać te monologi, ale nie byłam w stanie. Byłoby to naruszeniem Jego intymności”.

Przyznam się, że dla mnie postawa pani Magdy była co najmniej dziwna! Najwyraźniej nie rozumie, co oznacza słowo „intymność”!


1. «bardzo osobisty charakter czegoś»

2. «erotyczny, miłosny charakter czegoś»

3. «sprawa bardzo osobista, często o charakterze erotycznym»


Czy mam rację?

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:21

Aha, i jeszcze to wydaje mi się nieprawdziwe:

„Nie grywała Pani w zasadzie u innych reżyserów. Z wierności czy konieczności?

Płaciłam za to, że jestem Jego żoną”.

 

~jbr
25 czerwca 2017 o 07:55

Pozwoli Pani, że odpowiem najpierw na drugą kwestię przez Panią poruszoną: PANI MAGDZIE CWEN-HANUSZKIEWICZ PŁACONO WYŁĄCZNIE ZA TO, ŻE BYŁA JEGO ŻONĄ! NAWET PO JEGO ŚMIERCI ZOSTAŁA PRZYGARNIĘTA Z LITOŚCI PRZEZ DYREKTORA „RAMPY” JEDYNIE DLATEGO, ŻE BYŁ ZAPRZYJAŹNIONY Z HANUSZKIEWICZEM!

A teraz odpowiem na kwestię pierwszą: PANI MAGDA CWEN-HANUSZKIEWICZ NIE WIEDZIAŁA NAWET, CO TO JEST „OBRZEZANIE”, PRZEŻYWSZY PONAD 50 LAT I MAJĄC NIBY WYŻSZE WYKSZTAŁCENIE. TRUDNO WIĘC OD NIEJ WYMAGAĆ, BY ROZUMIAŁA, CO OZNACZA SŁOWO „INTYMNOŚĆ”.

W tym wywiadzie, i nie tylko w tym, gada od rzeczy lub zwyczajnie kłamie (Strindberg, który połączył Adama i mnie, mówił, że :kobieta kłamie za każdym otwarciem ust”; niezupełnie się z nim zgadzam w tej kwestii, ale niewątpliwie pani Magda do takich kobiet należy).

Redaktorka „Gali” napisała: „Planowała Pani ich nagranie”. Jest to stwierdzenie, nie pytanie (odnosiło się to zresztą do ich wcześniejszej rozmowy). Planować nagranie pani Magda mogła tylko za życia Hanuszkiewicza – po Jego śmierci mogła jedynie próbować odtworzyć owe nocne monologi śp. Adama, czyli wtłaczać Mu do ust jakieś brednie! Bo gdyby rzeczywiście te monologi miały jakiś sens, to każda mądra i kochająca kobieta zrobiłaby wszystko, żeby owe monologi utrwalić dla potomności, nieprawdaż? Ponadto niby z czego pani Cwenówna miałaby złożyć książkę o swoim „ukochanym mężu”? Na pewno nie z rozmów głębokich z Nim, bo nigdy nie była do nich zdolna! Z zasłyszanych opinii o Nim, z tego, co publicznie mówił? Słuchać hadko! Pozostała jednak po Nim nie tylko papierowa serwetka z trzema słowami. Zachowała się na pewno jakaś korespondencja, być może jakieś zapiski, ale do opracowania czegoś takiego trzeba tęgiej głowy, a nie pustej i w dodatku neurotycznej!

 

 

~WE
26 czerwca 2017 o 13:59

 

Fakt, że w tej skróconej postaci aż tak zabawne – dla większości czytelników – to nie będzie, ale dla mnie (rozumiem obiekcje Renaty Dymnej), dzięki temu skrótowi, to zakończenie stało się głębsze i bardziej prawdziwe!

 

 

 

~irena
26 czerwca 2017 o 14:12

 

Zgadzam się z WE! Zawsze mi się wydawało, że Hanuszkiewicz kochany był znacznie bardziej przez teatr, niż przez kobiety, z którymi dzielił POZOSTAŁĄ RESZTĘ ŻYCIA… I z psychologicznego punktu widzenia nie mogło być inaczej: szukał w nich matki, a matka może być tylko jedna: ta, co urodziła, nawet jeśli odrzuciła!

 

 

 

~mirosława
26 czerwca 2017 o 15:012

 

Hm, skoro anioł przez Rysiównę przemówił w ten sposób, to jestem ciekawa, co by było, gdyby diabeł przez nią przemówił? Może to byłyby słowa parlamentarne? Nie chodzi jednak o te, które padają w polskim parlamencie!!!

 

 

jbr
26 czerwca 2017 o 15:23

 

To są kwestie psychologicznie bardzo złożone – miałem więcej żon od Adama, ale właściwie szukałem tego samego, czyli de facto wczorajszego dnia!

 

Rzeczywiście był ode mnie mądrzejszy w tych sprawach o całe 16 lat – zrozumiałem to w kilka lat później (po dźwirzyńskich rozmowach).

 

 

 

~Genowefa
26 czerwca 2017 o 18:53

 

Jako starsza pani doskonale jeszcze pamiętam Hanuszkiewicza i nie ukrywam, że darząc go niekłamaną sympatią zawsze miałam mu za złe, że porzucił wspaniałą Kucównę dla „młodszego rocznika”, tym bardziej, że mój mąż zrobił to samo, gdy zapadłam na raka piersi. Jestem ciekawa, czy Kucówna traktowała Pana Adama tak jak pozostałe żony? Pan napisał, że kochał ją najbardziej i tę swoją zdradę odczuł najboleśniej. Oficjalnie nic złego o niej nie powiedział i ona też nie mściła się za to, co zrobił.
Dziękuję Panu za to, że te książki dźwirzyńskie ujrzały światło dzienne – mam je na półce i często do nich wracam.

 

 

 

~jbr
26 czerwca 2017 o 20:38

 

Dzięki za dobre słowa, miła pani Genowefo!
Moja robota została zakończona. Oficjalnie na ten temat już nie będę się wypowiadał. Te książki stoją u mnie na półce na poczesnym miejscu, ale nie muszę po nie sięgać: zapisane są w liniach papilarnych moich rąk!







09:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 a)

PRZYKRO MI, ŻE NA TYM PORTALU NIKT OD DAWNA MOICH POSTÓW NIE KOMENTUJE! NIE MA TU WPRAWDZIE LICZNIKA WEJŚĆ, ALE SAM MOGĘ SPRAWDZIĆ, ILE ICH JEST: NAWET TYSIĄC TYGODNIOWO! KTOŚ MI POWIEDZIAŁ, ŻE CZYTELNICY BOJĄ SIĘ OŚMIESZENIA PRZY KOMENTOWANIU MOICH POSTÓW, BO SĄ ZBYT TRUDNE. NA PORTALU ONETOWSKIM MAM GRUPĘ ZAPRZYJAŹNIONYCH OSÓB, KTÓRE OŚMIELIŁEM DO PISANIA, CO IM SIĘ PRZYJDZIE DO GŁOWY W TRAKCIE CZYTANIA. PRZY OKAZJI OŚMIELAJĄ SIĘ INNI CZYTELNICY.

WCZEŚNIEJ COŚ Z TEGO KOPIOWAŁEM TUTAJ, TYM RAZEM DO POSTÓW HANUSZKIEWICZOWSKICH JEST ZBYT DUŻO KOMENTARZY (BLOX UWAŻA, ŻE "TREŚĆ WPISU JEST ZA DUŻA", MUSZĘ WIĘC PODZIELIĆ JE NA DWIE CZĘŚCI!), PRZETO POSTANOWIŁEM JE DAĆ ODDZIELNIE, BO HANUSZKIEWICZ, CZY SIĘ TO KOMU PODOBA, CZY NIE, JEST DZIEDZICTWEM NARODOWYM.

 

 

~irena
14 marca 2017 o 23:27

Czy Ty się nie boisz odsłaniać kulis tego wszystkiego, co wiąże się z osobami jeszcze żyjącymi, a zatem mogącymi Ci w jakiś sposób zaszkodzić?

 

~jbr
14 marca 2017 o 23:52

Droga Irenko, zaszkodzić mogłoby mi tylko zepsute mięso z krokodyla, który by mnie połknął! Zapewne bałbym się spotkać z krokodylem oko w oko, ale gdyby mnie połknął, przestałbym się bać! Czyli strachy na Lachy!

 

  ~Wielbicielka Hanuszkiewicza z Łodzi

16 marca 2017 o 22:31

Czy zna Pan panią Elżbietę Piotrowską z radia Eska? Czytałam wywiad z nią, przyjaźniła się przez trzydzieści lat z Adamem Hanuszkiewiczem i wiem, że przyjaźni się też z Magdą Cwen-Hanuszkiewicz. Jest teatrologiem. Być może nie przy współpracy z panem Golimontem, lecz z panią Piotrowską powstanie ta zapowiadana książka o „fenomenie zjawiska Hanuszkiewicz”?

 

~jbr
17 marca 2017 o 00:20

Gdyby taka książka miała powstać, to już dawno by powstała, tak myślę. Ale na dobrą sprawę mało mnie to już interesuje. Dla mnie najważniejsze jest, że żywy głos Adama rozbrzmiewa i będzie rozbrzmiewał, nawet jak mnie już nie będzie na tym świecie. Proszę sobie wyobrazić, że pani Ela Piotrowska, „Piotrusia” dla Adama, znała tę książkę wiele lat przed wydaniem u BOSZA. I bardzo wysoko ją oceniła. Pisywaliśmy do siebie, rozmawialiśmy telefonicznie, szczerze panią Elę lubiłem i lubię ją nadal. Od dawna jest jednak przyjaciółką pani Magdy, oddaną i lojalną przyjaciółką, więc to, że zawsze stawała w jej obronie i starała się ją usprawiedliwiać, wcale mnie dziwiło, choć smuciło, bo drogi nasze musiały się rozejść. Zapewne nie będzie jej miło, kiedy przeczyta to, co już napisałem i zamierzam napisać, ale mam nadzieję, że zrozumie, iż moim obowiązkiem jest napisać prawdę, oczywiście w jakimś stopniu subiektywną, o genezie powstania książek opartych na rozmowach dźwirzyńskich, bo to, co znajduje się na kasetach z nagraniami czy w teczkach spoczywających w moim biurku, należy nie do mnie, lecz do historii teatru polskiego. Po pozbyciu się tego wszystko, będzie to dla mnie epizodem już na zawsze zamkniętym.
Serdecznie Panią pozdrawiam.

 

  ~p.pani
17 marca 2017 o 10:07

Przeczytałam c.d. rozliczeń z „Ciocią Madzią”, i nie tylko, bo i z p. G. (Golimontem Kiszczakowskim) też…. Na ich wspólnym zdjęciu absolutnie wyglądają na parę miłościwą (moja kobieca intuicja w takich sprawach nigdy mnie nie zawiodła – jest przecież mowa ciała!)… Co z tego wyniknie?!..

…zastanawiające, dlaczego w takim razie zamienił Adam mądrą panią ZK (Zofię Kucówną) na MC?! …zapewne młode ciało to spowodowało, jeśli, jak piszesz, intelekt szwankował!

 

  jbr
17 marca 2017 o 10:22

Akurat poprawiałem w części I datę śmierci Adama (z 1911 na 2011! w pamięci miałem datę urodzin Edwarda Helona, 105-latka z Iwonicza-Zdroju), więc odpowiadam na Twój komentarz od razu. Nie będą się zajmował kwestią: co właściwie łączyło wówczas panią MC z panem G., bo jest to obecnie nieistotne. W swoim czasie rzeczywiście obawialiśmy się, że wespół-zespół utrącą książkę naszą (drugą), żeby wydać własną, co byłoby niepowetowaną szkodą dla historii teatru – na szczęście tak się nie stało.
Dlaczego Adam związał się z MC w chwili, gdy ZK była chora na raka? Mówił nam o tym – i bardzo tego żałował! Mamy to na nagraniu i w jakiejś części tego postu ta bulwersująca wielu ludzi sprawa na pewno wychynie!

 

~mo
17 marca 2017 o 11:22

Panie Januszu, z wielkim zainteresowaniem czytam pana blog i maile, przyznam, że włos mi się jeży na głowie. Przypomniał pan mi postać mistrza Adama, za co wielkie dzięki mo

 

~jbr

17 marca 2017 o 11:24

W zjeżonych włosach jest Pani zapewne bardzo do twarzy, a w kolejnych odcinkach powinny się jeszcze bardziej zjeżyć! Serdeczności!

 

  ~WE
20 marca 2017 o 20:22

Przyznam się, że na razie czytałam tę książkę tylko we fragmentach – nie dlatego, że nudna, ale właśnie dlatego, że tak gęsta od ważkich treści nie tylko natury teatralnej, lecz psychologiczno-filozoficznych też, co słusznie podkreśliła pani Anna Wertmann. Przy czytaniu powierzchownym traci się zbyt dużo z tej pasjonującej lektury. Pani Anna podkreśliła również wagę rozmówców Mistrza Adama przy tych rozmowach w Dźwirzynie, gdzie kiedyś byłam z dziećmi na wakacjach, więc patrząc na scenki z filmiku „Big Han Adam Hanuszkiewicz”, chodzi o część pierwszą, mogłam sobie bez trudu wyobrazić niezwykłą scenerię do tych rozmów. Tuż za domkami jezioro zarośnięte trzcinami, a do morza też niedaleko.

 

  ~jbr
22 marca 2017 o 10:47

Proszę sobie wyobrazić, ze mimo upływu ponad 15 lat („dzięki czemu” sam znalazłem się w ówczesnym wieku Adama z dwiema kosami wiszącymi nad moim grzbietem) widzę jak na zwolnionym filmie przesuwające się sceny z tych naszych rozmów dźwirzyńskich, bo to był naprawdę Piękny Czas! Później już tak pięknie nie było, o czym przekona się Pani czytając dalsze części tego postu. A bez rozmówców, Renaty Dymnej i mnie, tych rozmów po prostu by nie było! Jako redaktor poświęciłem im w sumie rok życia, rok bardzo wytężonej pracy nad nimi, bo z tego ogromnego materiału nagraniowego (19 kaset dziewięćdziesiątek, obustronnie nagranych) trzeba było stworzyć dwie książki, już na szczęście wydane.

Radość z tego powodu została we mnie zabita dawno temu. Pozostała ulga, że ta praca nie poszła na marne.

 

~P.PANI
28 marca 2017 o 11:29

…a co skrywają OKULARY ?!

„Ciemne okulary wspaniale sprawdzają się jako element modnego wyglądu, stroju, budują wizerunek. Dodają tajemniczości, szyku, urody. – Widzimy je na twarzach ludzi show-biznesu i bohaterów popkultury. A za nimi podążają miliony naśladowców wierzących, że odgrywanie podpatrzonych ról uczyni ich mądrzejszymi, piękniejszymi, bardziej seksownymi…”. Tak piszą, ale te okulary podczas ceremonii na cmentarzu spełniały chyba inną rolę? Moja ciotka na pogrzebie wuja chciała ukryć pod nimi ciemne worki pod oczami od wylanych łez, może pani Magda też chciała ukryć przed ludźmi swoje emocje?

Na poniższym linku inna sceneria i inne komentarze, ciemnych okularów nie ma, prawda?

http://www.pomponik.pl/plotki/news-61-letnia-magdalena-cwenowna-w-samej-bieliznie-seksowna,nId,1885525

 

~DomorosłyFizjonomista
28 marca 2017 o 13:52

W jakikolwiek serialu sensacyjnym albo w migawkach telewizyjnych z wizyt VIP chronionych przez funkcjonariuszy tajnych służb – ochroniarze, policjanci, ale przestępcy też paradują w ciemnych okularach, które nie tylko zakrywają wzrok. Wywierają również psychologiczny wpływ na innych, dodając powagi, autorytetu, a nawet groźnego wyglądu. Czytałem, że szef policji jakiegoś angielskiego hrabstwa zakazał swym pracownikom noszenia przeciwsłonecznych okularów, ponieważ był zdania, że obywatele boją się funkcjonariuszy, którzy skrywają oczy za ciemnymi szkłami.

Co skrywała za nimi pani Cwen-Hanuszkiewicz? Proszę przyjrzeć się dokładnie temu zdjęciu pogrzebowemu – mimo przyciemnionych okularów widać, że ta pani nie ma zaczerwienionych i opuchniętych od płaczu oczu. Nie widać jednak też braku łez ani ewentualnej ulgi z powodu nagłego uwolnienia się od osoby ukochanej tylko w deklaracjach słownych. Może (poza cieniami i workami pod oczami, defektami skóry, zmianami na powierzchni oka) właśnie to chciała ukryć? A skoro autor postu wspomniał o woalkach, to dodam, że dawniej panie chowały oczy za woalkami, a dzisiaj tę rolę pełnią okulary przeciwsłoneczne.

 

~Mojetrzygrosze
28 marca 2017 o 14:01

Stylista Tomasz Jacyków, którego bardzo cenię, powiedział: „Biznesmen w czarnych okularach jest niewiarygodny, polityk również, nawet księgowa, bo to znaczy, że albo wczoraj była pijana, albo mąż podbił jej oko, albo kłamie”.

 

~feministka
29 marca 2017 o 02:22

Sorry, proszę mi wyjaśnić, dlaczego Pan Adam rzadko dopuszczał kobiety do spraw teatralnych? Czyżby uważał, że są na to za głupie? Sam Pan przecież podkreśla, że np. pani Wertmann zna się doskonale na sprawach teatralnych, czyż nie tak???????????????????

 

~jbr
29 marca 2017 o 09:52

Wspomniałem przecież o wyjątkach! Najogólniej Adam uważał, że: „Wszystkie baby w analizie są mądrzejsze od nas, ale syntezy – w formach, kształtach już przecież widocznych w zarysach – nie widzą”. Proszę zwrócić uwagę, że odnosiło się to także do Zofii Kucówny, kobiety, którą bardzo cenił, ale w domu najczęściej widywał ją z robótką szydełkową w rękach! Oczywiście są kobiety z dodatkowym męskim chromosomem w swoim genotypie – te robótkami ręcznymi się nie zajmują i mogą mieć widzenie syntetyczne………………………….

 

~Nina
30 marca 2017 o 20:05

Czy Pan Adam miał dzieci tylko z panią Zofią Rysiówną? To nie tylko wspaniała aktorka, ale i niezwykła kobieta. Młodszego o cztery lata Pana Adama mogła traktować jak szczeniaka, bo cóż on takiego przeżył w czasie wojny i okupacji?

A ona, mając 21 lat i będąc studentką Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej oraz zaprzysiężoną członkinią Związku Walki Zbrojnej miała za sobą brutalne przesłuchanie przez gestapo, podczas którego mimo tortur nie wydała nikogo, po czym spędziła 4 lata w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück! Dzięki temu sławny kurier polskiego państwa podziemnego Jan Karski, który został odbity w lipcu 1941 roku z więzienia w Nowym Sączu, mógł w późniejszym czasie przekazywać na Zachód swoje głośne raporty, w tym raport w sprawie Holocaustu (zagłady Żydów polskich). W odwecie za tę akcję, zorganizowaną przez jej starszego brata, podchorążego Zbigniewa Rysia, zamordowano 32 osoby. Pani Zofii udało się otrzymać „drugie życie”, tak to określała, być może dzięki znakomitej grze aktorskiej?

Dla kogo pasywa i aktywa tego w sumie nieudanego związku małżeńskiego były mniej więcej równe? Dla Pana Adama z pewnością tak, co wielokrotnie podkreślał. A dla Pani Zofii? Scenka, przytoczona przez Pana Adama, jest rozpaczliwie smutna, mimo iż w niejednym czytelniku wzbudzi wesołość. Dla historii teatru nie ma to na szczęście żadnego znaczenia: tam będą wiecznie występowali wspólnie – ona jako Berenika, królowa Palestyny, a on jako Tytus, cesarz rzymski… Fakt, że obsadzał ją w dużych rolach, ale nie dlatego, że była „żoną dyrektora” jak w wypadku Pani Magdy. Gdyby wyłącznie te względy decydowały, to w roku 1996 miesięcznik „Teatr” nie przyznałby Zofii Rysiównie Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza za całokształt twórczości, jako najlepszej aktorce teatralnej minionego półwiecza.

 

~jbr
1 kwietnia 2017 o 00:23

Przyznam się, że o tej „pozateatralnej Rysiównie” wiedziałem piąte przez dziesiąte! Dzięki wielkie za przypomnienie, dlaczego pani Zofia znalazła się w KL Ravensbrück! Nie tylko z Nią miał Adam dwoje dzieci, Anię i Piotra, którzy niejednokrotnie występują w jego opowieściach teatralnych – opartych na rozmowach dźwirzyńskich. Nawet już nie pamiętam, czy w ich trakcie wspomniał o córce Teresie z pierwszego małżeństwa z panią Martą Stachiewicz? W każdym razie w zredagowanych przeze mnie książkach o tej córce, która być może nadal jest sędzią we Wrocławiu, mowy nie ma. W materiałach nieopublikowanych Adam trochę więcej miejsca poświęcił związkowi z panią Martą, związkowi „mniej niż zero” w skali od 1 do 10… Na pewno nie odsłonię szczegółowo przez Niego opisanych okoliczności, w jakich zrodziły się uczuciowe związki z panią Zofią Rysiówną oraz panią Zofią Kucówną, bo obie te wielkie aktorki darzę ogromnym szacunkiem, a do „Pudelka” nie pisuję. Nie ujawnię też wszystkiego, co mówił o ostatniej żonie, bo nie jestem szakalem. Ponadto jako „praktyk małżeński” doskonale wiem, czym są złe emocje, zawiedzione nadzieje etc. Ale pyszną anegdotę o tym, dlaczego w oczach pani Zofii Rysiowny Adam był chujem, a nie baobabem – na pewno przytoczę!

 

~Teatrolog
2 kwietnia 2017 o 00:12

Proszę objaśnić mi, bo Adam Hanuszkiewicz już tego nie zrobi, co oznacza: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…? W Encyklopedii Teatru brzmi to w całości: Na podstawie „Ojca” w przekładzie Zygmunta Łanowskiego i Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego oraz innych motywów z dramatów Strindberga.

Byłabym Panu bardzo zobowiązana za odpowiedź.

 

~jbr
2 kwietnia 2017 o 00:48

Zawsze przed pójściem spać zaglądam do blogu i patrzę, czy pojawił się jakiś nowy komentarz. Pojawił się, a więc, mimo zmęczenia, odpowiadam, bo nie mam pewności, czy obudzę się rano…………………

Nie siedziałem do końca w myślach Adama Hanuszkiewicza wówczas, gdy pracował nad tym spektaklem. Prawdę mówiąc: namawiałem go do wykorzystania mojej adaptacji scenicznej „Spowiedzi szaleńca”, nie myślę o adaptacji, którą kiedyś zrobiłem dla Teatru Polskiego Radia (zrobiono z tego godzinne słuchowisko), lecz o znacznie większej sztuce – monodramie, który przygotowałem kiedyś dla samego Tadeusza Łomnickiego. Niestety, zmarł na scenie w Poznaniu – i sprawa upadła, choć nawet Elżbieta Baniewicz z „Twórczości” uważała, że jest to świetna adaptacja i byłaby wielka szkoda, gdyby przepadła. Próbowała zainteresować nią jakichś aktorów, ale nie czuli się na siłach, aby to zagrać. Był to wprawdzie monodram, ale na drugim planie występowało w nim wiele osób, więc bez trudu można by to było zrealizować w Teatrze Nowym.

Adam Hanuszkiewicz, ku mojemu żalowi, podjął jednak inną decyzję. Dostał ode mnie i mój przekład całościowy „Tańca śmierci” (żałował, że otrzymał go ode mnie za późno, gdy na scenie Teatru Narodowego spektakl ten został już zrealizowany), i wspomnianą adaptację „Spowiedzi szaleńca” i przetłumaczone przeze mnie Strindbergowskie „Listy miłosne i nienawistne”, i te wszystkie materiały, które weszły w skład programu do „W imię Ojca”. Coś tam wziął ode mnie, coś z „Ojca” w przekładzie Łanowskiego, sporo dopisał od siebie na podstawie tego wszystkiego – i w taki sposób powstała ta inscenizacja.

Powiem szczerze: gdybym miał na to wpływ, zrobiłbym to zupełnie inaczej, ale to był Jego Teatr i Jego widzenie teatru. A ja akurat znalazłem się, zupełnie dla mnie niespodziewanie, w tym wszystkim. Widocznie tak miało być. Gdyby nie to, nie byłoby przecież rozmów dźwirzyńskich. I bardzo dużo z Hanuszkiewicza przepadłoby na zawsze.

 

~angielka z konieczności

12 kwietnia 2017 o 23:39

Jaki spór wiedli Zeus z Herą?

Przepraszam, że o to pytam, ale książki jeszcze nie przeczytałam, bo od sześciu lat przebywam w Anglii. Teraz przeczytam ją na pewno, ale szkopuł w tym, że u Prószyńskiego nie można jej nabyć! I nie będzie drugiego nakładu… Co w tej sytuacji mam zrobić?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 14:48

Najpierw spór Zeusa (mężczyzny) z Herą (kobietą). Oddaję głos Hanuszkiewiczowi: „Otóż spierali się oni o to, które z nich odczuwa większą przyjemność z aktu seksualnego, a nie mogąc tego rozsądzić, udali się do wróżbity Terezjasza. Ponieważ był tylko mężczyzną, i jego wiedza musiała być połowiczna, przemienili go w kobietę i dopiero po dziesięciu latach przywrócili mu właściwą płeć, po czym zapytali:

– W czyim ciele było ci lepiej?

– Kobieta odczuwa dziesięciokrotnie większą przyjemność z seksu!”.

 

A jeśli chodzi o książkę, prześlę ją Pani, bo mam jeszcze kilka zapasowych egzemplarzy. Proszę wejść na moją stronę wydawniczą http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl, tam znajdzie Pani mój adres mailowy – proszę podać mi wszystkie dane do wysyłki. Serdecznie pozdrawiam!

 

~Czytelniczka z Krakowa

13 kwietnia 2017 o 21:25

Czy Pan sądzi, że te skreślenia sprawiły, ze książka o kobietach-diabłach nie stała się bestsellerem?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:01

Nawet pani Anna Derengowska z wydawnictwa „Prószyński i Ska” nie do końca rozumie, dlaczego skończyło się tylko na pierwszym nakładzie tej – nie tylko w moim przekonaniu – świetnej książki? Wypociny Danuty Wałęsowej trafiły do ponad 300 000 czytelników, książka Małgorzaty Tusk jeszcze ją przebiła o 100 000 egzemplarzy, a w przypadku książki Hanuszkiewicza skończyło się na kilkutysięcznym nakładzie! No tak, ale tamte książki to są „gorące kartofle”. Lech Wałęsa i Donald Tusk budzą nadal ogromne emocje społeczne, a Mistrz Adam przestał być „gorącą postacią” dawno temu, na siedem lat przed śmiercią zniknął z życia publicznego i oczywiście teatralnego, a dzisiejsze czasy wymagają ustawicznego bycia w centrum uwagi – czytelniczej też. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby ta nasza książka, od dawna przygotowane przeze mnie do druku, ukazała się natychmiast po śmierci Adama Hanuszkiewicza, to jej sprzedaż byłaby znacznie większa, ale „bolejąca wdowa” storpedowała ich wydanie o całe pół roku, kiedy ludzie zapomnieli już o śmierci Hanuszkiewicza, bo ich uwagę zaprzątnęły sensacyjne wydarzenia bieżące.

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:05

Aha, to nie jest książka o kobietach-diabłach! Kobiety bywają wprawdzie diablicami, ale anielicami też są! Proszę uważnie przeczytać odpowiednie fragmenty książki, w których tę kwestię rozważaliśmy do spółki z kobietą, panią Renatą…

 

 

~Anna z Rzeszowa

13 kwietnia 2017 o 22:16

Z opóźnieniem dowiedziałam się od koleżanki o tych Pana wpisach. Uczestniczyłam we wspomnianych XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych i rzeczywiście zgadzam się z prezentowanymi tu opiniami na temat gry aktorskiej pani Magdaleny Cwen-Hanuszkiewicz w tym spektaklu. Odniosłam wrażenie, że grała jakby przeciw Niemu, panu Adamowi, nie pozwalała mu błyszczeć we wspólnych scenach, rywalizowała z Nim, zachowywała się rzeczywiście jak rozkapryszona „żona dyrektora”, której się wyjątkowo dużo należy z samego faktu bycia Jego żoną…

Jestem ciekawa, w jakich okolicznościach była „asystentką reżysera”, bo nic na ten temat nie jest mi wiadomo?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:50

Owszem w Teatrze Nowym pobierała wynagrodzenie z tego tytułu i w trakcie Jego nieobecności próbowała z aktorami jakieś próby przeprowadzać, co do dzisiaj wspominają z rozbawieniem. Pamiętajmy, że dyrektorem tego teatru był Adam Hanuszkiewicz – trzeba było zaspokajać potrzeby finansowe małżonki, nawet jeśli teatr popadał w coraz większe długi!

Jej „wybitne role teatralne” można między bajki włożyć. Informacje podane w http://www.teatr-rampa.pl/aktorzy/magdalena-cwen-hanuszkiewicz,18. nie pozostawiają w tej kwestii żadnej wątpliwości. Jedna z nich jest myląca: „Od 2004 jest wykładowcą na wydziale aktorskim w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia”. Od wielu lat ta prywatna szkoła nie istnieje. Tak się złożyło, że wiem bardzo dużo na temat zatrudnienia pani Magdy na tej uczelni, ale obowiązuje mnie dyskrecja. Nie wiem natomiast nic o żadnym wychowanku pani Magdy, który by osiągnął znaczący sukces aktorski?

 C.D. ZARAZ NASTĄPI

 



09:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 10)

 

Tym razem rzeczywiście po raz ostatni, choć byłoby jeszcze o czym pisać! Niechaj jednak to, o czym Adam mówił w trakcie rozmów dźwirzyńskich, a co z różnych powodów nie weszło w skład dwóch wymienionych książek, pozostanie u mnie w teczkach, czy u Renaty Dymnej na nagranych taśmach magnetofonowych. Jak również to, co wydarzyło się później, gdy po kilku miesiącach mojej ciężkiej pracy redakcyjnej (Renata też zdzierała sobie głos, dyktując mi to, co odsłuchiwała z tych taśm) pierwsza książka o „kobiecie boskim diable” została przygotowana do druku jeszcze w roku 2001! Dodajmy: przy ścisłym współdziałaniu z Adamem, który na bieżąco opatrywał kolejne rozdziały swoimi uwagami, skreśleniami czy dopełnieniami.

Jakąż barwną opowieść można by wysnuć o jej pierwszym, niedoszłym wydawcy, panu Krzysztofie P., prezesie  firmy wydawniczej o dość dziwacznej nazwie „Hologram Production”, która wkrótce zmieniła się w chyba bardziej chwytliwe „Show Time Media”. Wprawdzie pan prezes po rozwodzie spał na składanym łóżku w wynajętym pokoju, ale planów promocji tej książki mogłoby mu pozazdrościć nawet prężne wydawnictwo amerykańskie! Specjalnie przygotowane widowisko estradowe promujące książkę miało się odbyć w wielkiej hali pod Warszawą, która mogła podobno pomieścić kilka tysięcy widzów! Gwarantował to punkt 14 naszej umowy z nim.

Na jego prośbę napisałem tekst wprowadzający (na podstawie Dziadów Mickiewiczowskich), którym to widowisko miało się rozpocząć. Muzykę miał napisać Janusz Tylman. W roli Mężczyzny miał oczywiście wystąpić Adam Hanuszkiewicz, a w roli Kobiety: Małgorzata Duda, znakomicie śpiewająca aktorka Teatru Nowego.

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

                        (chrząka, poprawia się)

                        Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

                        Postaci twojej zazdroszczą anieli,

                        A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...

 

KOBIETA (śpiewa)   Niżeli co?! Ach, tak!

                                 Jestem jak „zimne złoto”!

                                 No, dotknij mnie, idioto,

                                 pocałuj, kurde frak!

                                 Jestem w zasięgu ręki,

                                 więc co: odwagi brak,

                                 albo nie są ci w smak

                                 moje cielesne wdzięki?

                             

MĘŻCZYZNA  Owszem, ciało jak ciało,

                        nigdy go nie za wiele,

                        lecz to za mało, za mało,

                        gdzie dusza, mój aniele?

 

KOBIETA  Dusza jest w moim ciele!

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

 

KOBIETA (śpiewa)   Po to masz, chłopie, szablę,

                                     by ciąć mnie: rach-ciach-ciach,

                                     lecz w oczach twoich strach…

 

MĘŻCZYZNA (bojaźliwie)   Jakoś niezręcznie mi…

 

KOBIETA (śpiewa)   Czy wiesz, w czym sekret tkwi,

                                 mężczyzno – boski czorcie,                      

                                 w tym damsko-męskim sporcie?

                                 Raz górą ja, raz – ty!



MĘŻCZYZNA (ciężko wzdycha)    Odwieczna walka płci

                                                      już od wieków zarania, 

                                                      a gdzie dziewczę jak łania,

                                                      a gdzie czarowne sny?

 

KOBIETA (śpiewa)  Na głowie mam kraśny wianek,

                                W ręku zielony badylek,

                                Przede mną bieży baranek,

                                Nade mną leci motylek.

                                Na baranka bez ustanku

                                Wołam: baś, baś, mój baranku,

                                Baranek zawsze z daleka;

                                Motylka rózeczką gonię

                                I już, już chwytam go w dłonie;

                                Motylek zawsze ucieka…

 

MĘŻCZYZNA (z rozmarzeniem)    Tak śpiewaj, a będzie miło!

                                                       Wieszczowi się to wyśniło…

                                                       We śnie wszystko jest ciekawsze,

                                                       we śnie wierzysz, że na zawsze... 


 KOBIETA (wybucha „szatańskim” śmiechem, uragliwie)

                                           Trele-morele, tra-ta-ta-ta…

                                           Te twoje sny, mój luby,

                                            to jest kompleks kastrata!

 

MĘŻCZYZNA (syczy)  …sercem oziębłym, obojętną twarzą

                                    Wyrzekłaś słowo mej zguby

                                    I zapaliłaś niecne ogniska,

                                    Którymi łańcuch wiążący nas pryska,

                                    Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,

                                    Na moje wieczne męczarnie!

                                   Zwabiłaś mnie, zwodnico! Nieba cię ukarzą,

                                   Sam ja… nie puszczę bezkarnie…

 

KOBIETA (parska śmiechem) Paskudna zwodnica, cha, cha, cha,

                                                zwabiła biednego gacha!!!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle) Ha! Wyrodku niewiasty!

 

KOBIETA (zwija się ze śmiechu) Cha, cha, cha!

 

MĘŻCZYZNA (groźnie) Dość już tego, basta!!!

 

KOBIETA (śpiewa)  Nie boimy się was –

                                nieme są wasze krzyki,

                                głuche wasze poryki,

                                bo wreszcie nadszedł czas,

                                żeby naszych „wybawców

                                z wiecznej niewoli płci”,

                                tra-la-la-tra-la-li,

                                zdemaskować, szubrawców!



MĘŻCZYZNA (ze wzburzeniem, wymachując rękami)

                       Mnie nazywasz szubrawcem?! O, piekielna babo,

                       idź w diabły – na twój widok robi mi się słabo!

                       Nie można być przy tobie wzniosłym, czystym duchem,

                       bo ty jesteś… jesteś… zwyczajnym kocmołuchem!

 

KOBIETA (z nagłym rozczuleniem)

                         Uwielbiam, jak mój chłopczyk dąsa się i wścieka!

                 (potrząsa ze smutkiem lewą piersią)

                          Dałabym mu cycusia, lecz nie ma w nim mleka…

 

MĘŻCZYZNA (z furią)   

                           …o nie! nie… nie… żeby ją zabić,

                           Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!

 

KOBIETA (śpiewa)  Zabić?! Chcesz zabić mnie?!

                               Wpierw dobrze się zastanów

                               i nad językiem panuj,

                               bo pozwę do sądu cię!

                               To jest groźba karalna,

                               paragraf ten i ten…

 

MĘŻCZYZNA (z przestrachem w głosie)  Mój Boże, to zły sen!

                        (po małej pauzie)              Nie – to zjawa… realna!!!

 

KOBIETA  A ty chciałbyś,  żebym była nierealna?

                  (śpiewa)  Myśl moja, nazbyt skrzydlata,

                                Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni.

                                Za lekkim zefirkiem goni,

                                Za muszką, za kraśnym wiankiem,

                                Za motylem, za barankiem;

                                Ale nigdy za kochankiem…

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

 

KOBIETA (śpiewa) A ja zawsze… za kochankiem!

 

MĘŻCZYZNA  Udusiłbym cię z ochotą!

 

KOBIETA (śpiewnie) Zazdrosny???

 

MĘŻCZYZNA (odpowiada też śpiewnie)  Ja?!!! Pysk stul!!!

 

KOBIETA (śpiewa)   Nie czekaj do wiosny,

                                ale całuj mnie, tul!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle, śpiewnie) Nie jestem twym… kochankiem!

 

KOBIETA (śpiewa)   I nie będziesz, choćbyś pękł!

                                Bo nie jesteś, i w tym sęk,

                                ni motylkiem, ni barankiem…

 

MĘŻCZYZNA (z gorzką rezygnacją)    

                                Konsekwentnie, pomału

                                ściągasz mnie z piedestału…

                                Poddaję się, nie ma rady –

                                przez ciebie zszedłem… na dziady!

 

 

Spisując to, widziałem oczami duszy tę scenkę – i zapewniam was, że wzbudziłaby aplauz na widowni! Adam – wiadomo, a śpiewająca Małgosia Duda to była w tamtym czasie klasa sama w sobie. Poeci z tamtych lat, ci jeszcze żyjący, pamiętają ją z kapitalnych występów podczas Warszawskich Jesieni Poezji w dworku Wojciecha Siemiona w Petrykozach.

 

 

hanuszkiewicz adam portret_6528963

 

 

Chyba w sierpniu 2001 roku prezes SHOW TIME MEDIA  zorganizował wielkie przyjęcie na co najmniej sto osób w jakimś zajeździe pod Warszawą – wraz z sesją zdjęciową do książki, której głównym bohaterem był oczywiście Mistrz Adam. Zapamiętałem z tego kilka ujęć: 1) On na drzewie, a pod nim prawie roznegliżowane nimfy w białych sukniach i wiankach na głowie – wyciągające ku Niemu ręce w geście pożądania, 2) On wraz nimi po bokach, zbiegający z łąkowego wzgórza w choreograficznym układzie przez Niego kiedyś wymyślonym w inscenizacji jakiejś sztuki, bo przypominał im to, każąc tę scenkę powtarzać aż do uzyskania pożądanego przez siebie efektu, 3) no i On na harleyu (chyba stu harleyowców przyjechało do tego zajazdu!). A kto tę sesję zdjęciową robił? Sam Czesław Czapliński – światowej sławy artysta fotograf, dziennikarz i autor filmów dokumentalnych, od roku 1979 mieszkający w Nowym Jorku i Warszawie, patrz: http://www.czaplinski.com/articles,id,4.html...

Wydawca zobowiązał się do wydania i rozpowszechnienia utworu nie później niż do dnia 30 listopada 2001 roku. Do tego dnia książka się jednak nie ukazała. Pan Krzysztof zapewniał, że opóźnienie będzie niewielkie i w grudniu 2001 roku, a najpóźniej w styczniu 2002 roku książka ukaże się na pewno, bo wkrótce podpisze umowę z firmą Fuitsu Siemens Computers i otrzyma kwotę 80 000 PLN, a na następne umowy z kolejnymi firmami ma już listy intencyjne. Chyba diabeł mnie podkusił, żebym zaczął sprawdzać jego wiarogodność! Fakt, że miał wówczas kłopoty osobiste i wyprowadził się od żony do wynajętego pokoju, co niewątpliwie przyczyniło się do opóźnienia wydania książki, ale po moich ustaleniach i po zerwaniu z nim umowy, jakże proroczo brzmiały jego słowa wypowiedziane przez niego do mnie po wyjściu z gabinetu Adama Hanuszkiewicza: „Będziesz jeszcze gorzko tego żałował!”. I rzeczywiście gorzko tego żałowałem! Ale ta kwestia – na życzenie Renaty Dymnej – nie zostanie przeze mnie objaśniona, gdyż o zmarłych źle mówić nie należy z oczywistego względu: nie mogą się bronić…

Ze śp. Adamem spotkałem się później tylko raz, w Teatrze Nowym, kiedy ze wspomnianą przeze mnie wcześniej sztuką W imię „Ojca” Strindberga miał gościć w Vasateatern w Sztokholmie, dokładnie w dniu moich imienin, czyli 21 listopada 2004. Jako tłumaczowi z języka szwedzkiego Biuro Teatrów w Urzędzie m.st. Warszawy zleciło mi zrobienie tekstowanego przekładu tej sztuki, żeby widzowie-Szwedzi mogli śledzić przez słuchawki tok scenicznych dialogów. Jedyny szkopuł polegał na tym, że Mistrz Adam na spektaklach w Warszawie (o tym też była już mowa) dopowiadał dodatkowe kwestie. Pani, która organizowała ten wyjazd, odebrała jednak od Niego solenne przyrzeczenie, że podczas spektaklów w Sztokholmie będzie ściśle trzymał się tekstu – właśnie z uwagi na to, że będą one tekstowane na język szwedzki.

 

 

vasateatern

 

 

Rachunek za moją pracę miał jednak wystawić Teatr Nowy – i stąd moja wizyta tam w październiku 2004 roku. Adam akurat siedział w sekretariacie w otoczeniu kilku pań, w tym Renaty Dymnej, gdy tam wszedłem. Kiedy mnie ujrzał, zerwał się z miejsca i żwawo kuśtykając zamknął mnie w swoich objęciach. Wypuścił mnie z nich natychmiast po tym, gdy się dowiedział, że pojawiłem się tam w zamiarach jak najbardziej pokojowych i że ta wizyta nie ma nic wspólnego z naszą książką o kobietach… [Niestety, moja praca zdała się psu na budę! Podczas występów w Sztokholmie Adam nadal wygłaszał swoje komentarze „na stronie” i prowadził w dalszym ciągu „pogaduszki językoznawcze” z Jerzym Karaszkiewiczem – Doktorem Őstermarkem; widzowie Polacy wybuchali śmiechem, natomiast Szwedzi, słuchając mego tekstowanego przekładu, nie mogli pojąć, z czego się oni śmieją – i do końca spektaklu nie rozumieli już nic!]. 

 

Spoglądam z melancholią na sterty zadrukowanego papieru piętrzące się na łóżku. Za chwilę wpakuję je do teczek – i na pewno już do nich nie zajrzę. Pozostawię je w spadku mojej córce-pisarce. Może zmieni się wtedy klimat dla Hanuszkiewicza i stanie się On dziedzictwem narodowym? Bo i za Jego życia (myślę o okresie naszej znajomości), i po Jego śmierci – kolejni ministrowie dość wybiórczej jak widać „kultury” nie widzieli sensu, nawet kiedy osobiście o to poprosił, w sponsorowaniu podyktowanej przez Niego książki o teatrze przede wszystkim Hanuszkiewiczowskim, ale nie tylko. Hańba spada także na ludzi związanych z teatrem polskim, którzy w tamtych komisjach stypendialnych zasiadali. Dociekliwy badacz bez trudu ich odszuka i nazwie po imieniu, gdy przyjdzie na to czas!

Nagle spod tej papierowej góry, którą zacząłem zgarniać z łóżka, wyłoniła się koperta z dwoma zdjęciami, tylko dwoma. Na żadnym z nich nie ma Adama. Do Dźwirzyna aparatów fotograficznych nie zabraliśmy. Na wspomnianej sesji zdjęciowej w zajeździe pod Warszawą trzymałem się na uboczu, jak zwykle. Jakieś zdjęcia Czapliński mnie i Renacie jako współautorom książki zrobił, ale osobno. Nie my byliśmy przecież ważni, choć bez nas niczego by nie było. Te dwa zdjęcia zostały zrobione przez prezesa SHOW TIME MEDIA 16 czerwca 2001 roku w ogrodzie i w domu Hanuszkiewiczów podczas obchodu 77. rocznicy Jego urodzin. Ja pląsający gdzieś z boku, a w tanecznym centrum aktorzy Teatru Nowego. Natomiast w salonie (stoję z tyłu za siedzącym Danielem Olbrychskim) Adam kazał nam podziwiać świeżo przez Niego zakupiony wielki telewizor plazmę. I mój breakdanse, i ta plazma zostały w rozmowach dźwirzyńskich uwiecznione.

 

 

Breakdance

W salonie Hanuszkiewiczów

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

15:27, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 12 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

Adam i Magda

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:58, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

ja się ożeniłem I

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki (patrz:  (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego, zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.



Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888 roku: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o   j a k o   c o ś   p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

15:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr

_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_

warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http:// www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_ nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (patrz: http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 7)

 

Na oryginalnym nagraniu ta scenka rozegrała się z udziałem pani Magdy, bo akurat na chwilę do nas weszła w trakcie naszych rozmów:

(wchodzi Magda)

Magdo, Adam mówił wczoraj, że to kobiety wybierają mężczyzn, czy to prawda?

Magda: „Ja go nie wybrałam…”.

Adam: „Prawdę mówi – ona mnie nie wybrała, ona mnie uwiodła! A że to nie jest u kobiet świadome, lecz instynktowne, mówi prawdę. Swoją. Tak mówi zawsze, kiedy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji: TO JEST MOJA PRAWDA. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet, którym w obronie swoich racji brakuje argumentów rzeczowych…”

Magda: „Nie słuchajcie tego, co on wygaduje, bo to nieprawda!”.

Adam: „Prawda. Mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami…” etc.

Nie powiodły się więc moje zabiegi redaktorskie, bo i tak wszystko, co jej dotyczyło, zostało przez nią skreślone. 

 

 

Adam i Magda III

 

Nie skreśliła natomiast, gdyż byłaby to jawna dekonspiracja, rozdziału JUŻ DAWNO CHCIAŁEM NAPISAĆ POWIEŚĆ O KOBIETACH, mimo iż doskonale wiedziała, że rzekome notatki z obserwacji, jakie Adam sam poczynił, albo oparł na autentycznych scenkach małżeńskich, które rzekomo opisywali mu Jego znajomi czy przyjaciele, dotyczyły wyłącznie ich relacji wzajemnych. W nagraniach Adam mówi o tym wprost, przytaczając znacznie więcej „historyjek”. Usunąłem te, które dla czytelników byłyby nużące, a panią Magdę mogły wyjątkowo wzburzyć. Na przykład tę, w której Adam wcielił się w „pana inżyniera w podeszłym wieku”:

 

Bardzo miły człowiek. Jedzie z przyjaciółmi i z żoną samochodem. Leje jak z cebra, nie widzi szosy. Szyba brudna. Szuka jakiejś szmaty, żeby ją przetrzeć. Nie ma. Wychodzi na deszcz. Przemoczony, grzebie w bagażniku. Nie ma. W tym czasie małżonka w samochodzie mówi do przyjaciół:

– Ircha leży na półeczce...

– Jak możesz?!

– Mogę, niech się nauczy porządku!

Zdumiewające! Jej postępowanie stało się jednak dla mnie zrozumiałe, gdy inżynier opowiedział mi, jak tresowała ją matka w domu. Otóż jako mała dziewczynka dostała śliczną bluzkę koronkową. Położyła ją na krześle. „Od tego jest szafa!” warknęła matka. Dziewczynka przez trzy dni wieszała bluzkę w szafie, ale czwartego znowu położyła ją na krześle. Bluzka znikła.

– Nie widziałaś, mamo, mojej bluzeczki?

– Jest tam, gdzie ją zostawiłaś!

– Nie ma nigdzie...

– To szukaj!

Szukała. Nie znalazła. Po tygodniu myjąc podłogę w łazience znalazła ją zwiniętą jak ścierka, wsadzoną za rurą za sedesem! Ta jego ircha samochodowa była jej jedwabną bluzeczką koronkową z wczesnego dzieciństwa! Biedne dziecko, biedny mąż – i biedna matka, która chciała jedynie nauczyć córkę porządku!

 

Jeśli chodzi o skreślenia „osobowe”, to pani Magda szczególnie bacznie przyglądała się wszelkim kwestiom, w których Renata Dymna śmiała mówić o swoich przyjacielskich związkach z Adamem, gdyż patent na takie więzi miała przecież tylko ona!

 

Kiedy wybieraliśmy się gdzieś razem, pierwsza informacja, jaką mi przekazywałeś telefonicznie, to kolor twojego garnituru (albo pytałeś mnie o kolor sukni, w której wystąpię), po to, chociaż tego wprost nie mówiłeś, by to odpowiednio zsynchronizować

Tak, dwa kolory niewspółbrzmiące ze sobą stworzyłyby dysonans, który by mnie drażnił. Nie chodziło tu o to, jak inni nas zobaczą, ale o moje poczucie dyskomfortu. Wychodząc z domu, przymierzam czasem kilka marynarek w poszukiwaniu właściwej, żeby zharmonizować to ze strojem partnerki. Jeśli mężczyzna jest w czerni, nie ma problemu - prawie wszystko do niej pasuje, ale jeśli wychodzę nie w czerni, bo przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym ani przedstawicielem high-life'u spędzającym życie na rautach, to staram się uzgodnić z kobietą kolorystyczną gamę ubiorów.

Pamiętam, że udzieliłeś mi kiedyś bardzo pouczającej lekcji, zabierając mnie na występ Orkiestry Filadelfijskiej w Teatrze Wielkim. Wielka gala, prezydent, stroje wieczorowe... Więc i ja włożyłam suknię odsłaniającą ramiona, ale przed wyjściem z domu nie mogłam do niej znaleźć długich rękawiczek. Byłam w prawdziwej żeńskiej rozterce, zapytałam cię więc, czy widać, że brakuje ich do stroju, a ty: „Jeśli cały czas będziesz myślała o tym, że nie masz rękawiczek, wszyscy to zauważą! Masz tylko jedno wyjście - udawać, że tak miało być!”.

Jak się coś ukrywa, to widać (tak samo, jak widać, czy ktoś udaje, że nie wie, albo udaje, że wie)...

 

To skreślenie burzyło sens dalszego ciągu rozmowy, czym pani Cwenówna się nie przejmowała, musiałem więc jako redaktor książki przerobić to tak, aby na tej gali pozostała Renata sama ze swoją rozterką z powodu braku rękawiczek!

Natomiast do dwóch innych wypowiedzi Adama o Renacie przeczepić się nie wypadało: Nie tylko my troje – jest jeszcze choćby taka Jungowska, którą cenię na równi z tobą, Renato, jeśli chodzi o realne, ale także magiczne rozeznanie rzeczywistości… […] Ty, Renato, jesteś do rozmów o literaturze w tej chwili pierwsza dla mnie osoba. Masz syntetyczne, męskie widzenie; dzięki Bogu, że nie zdecydowałaś się na karierę uniwersytecką, bo wtedy nie byłabyś dla mnie tak dobrym rozmówcą – wykładając musiałabyś rozwijać wiedzę, która zabija intuicję, a w lesie literatury najważniejszy jest instynkt literacki; inaczej gubimy najważniejsze tropy...

Pani Cwenównie na pewno nie były one w smak, ale te pochwały Adama nie dotyczyły bezpośrednio teatru; nożyce cenzorskie szczęknęłyby złowrogo, gdyby powiedział: „Ty, Renato, jesteś do rozmów o TEATRZE w tej chwili pierwsza dla mnie osoba”, bo taką osobą mogła być przecież jedynie ona, kreująca się w wywiadach dla pism raczej niemających nic z X Muzą wspólnego jako Jego prawa ręka teatralna, „asystentka reżysera”, związana z Nim twórczo „24 godziny na dobę”, co absurdem nie jest tylko dla niej! Dlatego w Reszta jest monologiem wykreśliła część zdania ze wstępu napisanego przez Renatę Dymną: Byłam z Nim przez całe osiemnaście lat..., proponując coś wyjątkowo paskudnego i stylistycznie nieskładnego: Byłam zatrudniona w Teatrze Nowym przez Adama osiemnaście lat…; w ostateczności zgodziła się łaskawie na zaproponowane przeze mnie: „Jako kierownik literacki Teatru Nowego przebywałam w pobliżu Adama przez osiemnaście lat”…

Można się domyślić, co mówiła prywatnie Adamowi na temat pani Renaty na podstawie takiego oto wyimka z rozmów dźwirzyńskich, który z oczywistych względów do książki wejść nie mógł:

Po rozejściu z Rysiówną starałem się pozostać ojcem dla moich dzieci, ale ilekroć tam przychodziłem, rozgrywał się między nami taki mniej więcej dialog:

– Co z dziećmi?

– A co ciebie dzieci obchodzą?

– Jak się uczą?

– Od kiedy ty się nimi interesujesz?

– Chciałbym częściej spotykać się z dziećmi…

– U tej kurwy?!

„Kurwą” była oczywiście Kucówna, tak jak później „kurwą” dla Kucówny była Magda, a dla Magdy ta czy owa, którą z jakichś powodów, bynajmniej nie osobistych, wyróżniałem – błędne koło „kurew”!

Renata Dymna niewątpliwie należała do osób przez Niego wyróżnianych, co musiało panią Magdę doprowadzać do szewskiej pasji,  mimo iż mogła podejrzewać męża jedynie o „zdradę duchową”, ale na podstawie własnych obserwacji wiem, że kobiety mające niezbyt rozwiniętą sferę duchową szczególnie są zazdrosne o to, czego same nie mogą doświadczyć.

Poniżej na zdjęciu nr 1: na wernisażu prac znanego fotografika Rafała Latoszka (po lewej) – Renata (w koralach na szyi) stoi obok Adama, któremu towarzyszy także pani Magda. Na zdjęciu nr 2: na tle dwóch znakomitych portretów Adama  (jeden z nich widnieje na okładce książki Reszta jest monologiem) – Renata ma po prawej ręce Rafała Latoszka (w krawacie w paski), nie tylko świetnego fotografika, ale i „Ironmana”, gdyż udało mu się ukończyć zawody triatlonowe organizowane przez World Triathlon Corporation, czyli  wyścigi na dystansach: 3,86 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg maratoński (najlepsi z zawodników polskich dokonywali tego w ciągu niespełna 10 godzin!).



 

Na wernisażu prac Rafała Latoszka

 

Renata Dymna  (Rafał Latoszek z lewej)

 Cdn.



15:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21