RSS
niedziela, 15 kwietnia 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 74)

 

Tadeusz Boy – Żeleński Antologia literatury francuskiej. PIW 1958

 

Znakomita książka, 766 stron, a na aukcjach internetowych można ją kupić już za 6 zł. Miałem ją kiedyś w swoich zbiorach bibliotecznych, ale teraz mam za mało miejsca, a ponadto nie wracam do książek już przeczytanych. Muszą mi wystarczy wypisy z niej, zrobione przed 55 laty.

 

Z Charakterów i anegdot Chamforta (1741-1794)

Sébastien-Roch Nicolas, zw. de Chamfort – francuski literat, aforysta, wolnomularz, uważany przez współczesnych za następcę Woltera, członek Akademii Francuskiej. To były czasy! Bogatych mecenasów sztuki nie brakowało. Chamfort, syn skromnego sklepikarza, mógł jako autor kilku marnych komedyjek żyć dzięki nim dostatnio. A kiedy w obecności Ludwika XVI i Marii Antoniny wystawiono w pałacu w Fointainebleau jego wierszowaną tragedię w pięciu aktach, zatytułowaną Mustapha et Zéangir, którą po jego śmierci nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą, otrzymał królewskie uposażenie i został sekretarzem księcia Ludwika Burbona. Ale zaledwie wybuchła Wielka Rewolucja, ten chamski pomiot zwrócił się przeciwko swoim wysoko urodzonym dobroczyńcom, jako jeden z pierwszych wtargnął do Bastylii, czynnie wspierał swoim piórem jakobinów. Miał jednak pecha, bo kiedy do władzy doszedł Robespierre i rewolucja zaczęła pożerać własne dzieci., Chamfort został uwięziony, usiłował popełnić samobójstwo, a przed gilotyną uchroniło go jedynie to, że wkrótce zmarł. I ślad by po nim zaginął, gdyby nie zostawił po sobie anegdot i aforyzmów.

 

Trzeba być albo młotem, albo kowadłem.

Ten aforyzm jest odniesieniem do powiedzenia znaleźć się między młotem a kowadłem, czyli w sytuacji, w której żadne rozwiązanie nie jest dobre. Muszę to zilustrować, ponieważ obecnie niewielu ludzi widziało kowalski młot i takież kowadło.

 

 

 

 

Trzeba schlebiać ludziom albo budzić w nich lęk.

„Polacy, wreszcie powstaliście z kolan!”. Tak mówić, a równocześnie zmuszać ich do tego, żeby klęczeli na kolanach przed tym, co władza sama z siebie albo z poduszczenia kleru każe uznawać za święte!  A niech no tylko spróbują się temu sprzeciwić – od razu stają się Polakami drugiego sortu, albo wręcz zdrajcami narodu! I zastraszanie więzieniem – tych, które nie chcą rodzić okaleczonych, odmóżdżonych dzieci. I tych, którzy mówią, że Polacy nie tylko ratowali Żydów podczas niemieckiej okupacji, ale również współdziałali w ich eksterminacji, albo sami ich mordowali (polska policja granatowa, szmalcownicy i zaprzysięgli antysemici), nawet po wyzwoleniu. Aha, Chamfort coś do tego aforyzmu dodał: To są małpy, które skaczą tylko w nadziei orzecha albo z obawy bata.

 

Ludzie rozumni popełniają wiele błędów przez to, że nigdy nie mają innych za dość głupich, za tak głupich, jak są.

To prawda, nawet głupota wydawałoby się bezdenna może mieć swoje dodatkowe dna. My zaś ślizgamy się po powierzchni, dopóki czyjaś głupota nie zacznie ściągać nas w dół.   

 

Uczciwy człowiek stanowi odmianę gatunku ludzkiego.

Jaką odmianę? Lepszą? Gorszą?

 

Jedynie bezużyteczność pierwszego potopu sprawia, że Bóg nie zsyła następnego.

Po mnie choćby potop! Nie po nas (fr. après nous, le déluge), bo nie Madame Pompadour, znana z rozrzutności kochanka Ludwika XV, to powiedziała. Z uwagi na jej cechy charakteru zostało jej to powiedzenie przypisane jako trawestacja słów Stratona z Sardes (II w n.e.), który wsławił się sporządzeniem antologii epigramatów, własnych i cudzych, czyli napisów zamieszczanych na grobach: Pij i kochaj! Po śmierci niech moje kości potop pochłonie! Dodajmy, że były to epigramaty o miłości homoseksualnej…

  

Trzeba wybierać: albo kochać kobiety, albo je znać – tu nie może być niczego pośredniego.

Czyli: po poznaniu kobiety już kochać jej nie sposób? Podpisaliby się pod tym na pewno ci mężczyźni, którzy po kilku miesiącach małżeństwa decydują się rozwód. Ale przecież są i tacy, którzy doczekują złotych godów! Czyżby byli aż tak zaślepieni? A może wolni od ułudy, że w kolejnym związku będzie inaczej – i dlatego wybierają pozłacany środek?

 

Szczęście nie jest rzeczą łatwą. Bardzo trudno jest znaleźć je w sobie, a niepodobna gdzie indziej.

Fakt, nawet wygrana na loterii może stać się prawdziwym nieszczęściem. A mimo to szczęście można kupić, tylko trzeba wiedzieć jak! „Business Insider” zdradza aż sześć możliwości kupienia sobie szczęścia – i jak na amerykański serwis biznesowy są to sposoby zdumiewające, np. „powinniśmy pieniądze inwestować w to, co nas emocjonalnie ubogaca”, czyli „wydawajmy pieniądze nie na rzeczy, lecz na przeżycia”.

 

Pytano panią Rochefort, czy chciałaby znać przyszłość. „Nie – odparła. – Zbyt jest podobna do przeszłości”.

W sferach arystokratycznych tamtych czasów rzeczywiście przyszłość mogła być podobna do przeszłości, choć Wielka Rewolucja udowodniła im, że w każdej chwili mogą zostać skróceni o głowę. Charaktery i anegdoty Chamforta wydano pośmiertnie, ale z pewnością zostały przez niego napisane w czasach dworskich, a nie rewolucyjnych. Rewolucja była niewątpliwie teraźniejszością. No, nieco inną od tej, która występuje w takiej oto, według mnie słusznej radzie udzielonej przez jednego z psychologów: „Ktoś, kto żyje przeszłością bądź przyszłością traci możliwość budowania teraźniejszości, od której wszystko się zaczyna”. Od razu po tym mój wzrok spada na wywiad, którego udzielił na ten temat dr Walter Nieves. Twierdzi on, że „przyszłość decyduje o przeszłości”. Nie wgłębiam się w ten wywiad, lecz spekuluję: z czego pan Walter zrobił doktorat? Ze zwykłej psychologii na pewno nie. Z klinicznej? Bliżej, ale to jeszcze nie to. Może z psychiatrii? Bingo!!!

 

Marivaux powiadał, że styl ma płeć i że kobietę można poznać w jednym zdaniu.

Jest to swoista trawestacja maksymy Dionizjusza z Halikarnasu (ok. 60 p.n.e., zmarł po 7 roku n.e.): „Styl to człowiek”. Każdy człowiek ma jakąś płeć, a większość mężczyzn też można poznać po jednym zdaniu, zazwyczaj okrojonym do „k…. m..”. Do niedawna były tylko stylistki pracujące dla pań, a potem pojawili się styliści udzielający porad różnym celebrytom. Marivaux, uważany za największego francuskiego dramaturga XVIII wieku, dzisiaj zupełnie by się pogubił w tego typu ocenach.

 

Człowiek jest nowicjuszem w każdej epoce życia.

Jedno jest pewne: jeśli urodzi się, musi robić pod siebie, a jeśli będzie zbyt długo żył, to też zacznie robić pod siebie. To jest reguła, od której są ponoć wyjątki, być może z powodu chronicznego zatwardzenia…

 

Umiem sobie wystarczyć, a w ostateczności umiałbym się obejść i bez siebie.

Kapitalne stwierdzenie! Gorzej z realizacją ostatniego postulatu, bo jesteśmy przywiązani do siebie tak bardzo, że obejście się bez siebie wydaje się nam niemożliwe. Nie mówię o rozdwojeniu jaźni!

 

 

 

 

 

 

Z Prób Montaigne’a (1533-1592)

 

Wydawałoby się, że ktoś, kto nazywa się Michel de Montaigne i urodził się na zamku, musiał wywodzić się ze starego roku szlacheckiego. A okazuje się, że pochodził z rodziny kupieckiej i powinien nazywać się Michel Eyguem, tak jak jego pradziadek, który ten zamek kupił, czy ojciec, który jako pierwszy zaczął prowadzić szlachecki tryb życia, trudniąc się wyłącznie dworsko-rycerskim rzemiosłem.  Dlaczego więc dopiero Michel jako pierwszy wprowadził nazwę zamku do swego nazwiska, mimo iż na rycerza nikt go nie pasował?

Był najstarszym synem, którego ojciec postanowił wychować w nowoczesny sposób, bo takimi prądami umysłowymi (pomieszaniem z poplątaniem) nasiąknął we Włoszech. Michel po urodzeniu został wysłany na wieś, by przez mamkę-chłopkę związać się z warstwą społecznie najniższą (jego rodzice chrzestni też się z wywodzili z ubogiej warstwy). A kiedy zaczął mówić zapewne w jakimś chłopskim dialekcie, ojciec natychmiast sprowadził wychowawcę Niemca, który w ogóle nie znał języka francuskiego. Do chłopca zwracał się wyłącznie po łacinie – i to samo musieli robić pozostali domownicy, służba też. Kucharki i sprzątaczki nie mogły być absolwentkami kolegium w Bordeaux, należy więc mniemać, że ten Niemiec, znakomity łacinnik, prowadził w dolnych pomieszczeniach zamku przyśpieszone kursy tego języka, ale jak to robił, skoro nie znał języka francuskiego? Na migi?

W stosunku do najstarszego syna nie wolno było stosować żadnych kar cielesnym ani przymusu. Był wychowywany w duchu łagodności i nawet budzony dźwiękami łagodnej muzyki. Horrendum, najstarszy syn rodu już szlacheckiego nie miał nauczyciela ćwiczeń fizycznych ani fechtunku w czasach, gdy wojny były chlebem powszednim! Z braku języka francuskiego nie mógł czytać popularnych wówczas powieści rycerskich, którymi zachłystywali się jego rówieśnicy. Nie mógł też nawiązać z nimi bliższych kontaktów nie tylko z tego powodu – we wspomnianym kolegium w Bordeaux, chyba najlepszej wówczas szkoły średniej we Francji, ojciec nakazał go zwolnić z wielu przepisów regulaminu i przydzielić mu prywatnych nauczycieli Jego pierwszymi lekturami, stały się Metamorfozy Owidiusza, Eneida Wergiliusza, komedie Terencjusza i Plauta.

O dalszych losach Michela de Montaigne’a każdy może sobie przeczytać  choćby w wikipedii. Zaakcentowałem jedynie to, co stworzyło późniejszego autora dzieła w dwóch księgach pod tytułem: Essais de Messire Michel seigneur de Montaigne, Chevalier de l'Ordre du Roi, et Gentilhomme ordinaire de sa Chambre (Próby Pana Michała pana de Montaigne, kawalera Orderu Królewskiego i kamerdynera zwyczajnego Jego Królewskiej Mości). Rok pierwszego wydania 1580, Bordeaux. Już po ośmiu latach Próby miały kilka wydań i zyskały ogromną popularność nawet w Paryżu; po kolejnym wydaniu autor wprowadził liczne poprawki i dodał autobiograficzną księgę trzecią. To dzieło szeleści oczywiście papierem – pan de Montaigne miał na drugim piętrze wieży w murze obronnym swego zamku chyba największą wówczas we Francji bibliotekę prywatną, składającą się z aż tysiąca tomów.

Próby napisane zostały przez autora nie po łacinie, jak by sobie tego niewątpliwie życzył śp. jego ojciec, lecz po francusku. W rozdziale Institutions des enfants (O wychowaniu dzieci) każe rodzicowi sumiennie dokonywać wyboru wychowawcy i mówi, że jego praca ma polegać nie na gromadzeniu wiedzy w głowie ucznia, lecz na rozwijaniu jego umiejętności rozumowania (niestety u nas niewiele się zmieniło w tym względzie do dzisiaj). Na końcu snuje wspomnienia dotyczące znienawidzonego życia w kolegium w Bordeaux i idealnego wychowania zaplanowanego dla niego przez ojca. Warto dodać, że z wychowawczym obłędem swego ojca rozprawił się w wieży, która jako jedyna ocalała z pożaru, który strawił zamek Montaigne w 1885 roku.

 

 

 

 

 

Przyzwyczajenie przytępia nasze zmysły i przysłania nam prawdziwe obrazy rzeczy.

Ta maksyma składała się z dwóch części, oddzielonych od siebie. Uważam, że tak jest lepiej. Nie muszę się zresztą tłumaczyć, bo nieobecni nie mają racji! A jeśli chodzi o samą maksymę, to jest ona tak oczywista, że objaśnianie jej byłoby policzkiem wymierzonym w czytelników mego bloga, który, tak jak Media Markt, nie jest dla idiotów!

 

Są podwójne prawa: honoru i sprawiedliwości.

Fakt. Obecny minister sprawiedliwości na pewno nie jest człowiekiem honoru.

 

Mędrzec powinien we wszystkim przestrzegać przyjętych form i zwyczajów.

Tak postępuje jedynie głupiec!

 

Lepiej czasem skłonić prawa, aby te chciały, co mogą, skoro nie mogą tego, co chcą.

Od razu myśl moja biegnie ku sprawom aktualnym w naszym kraju, czyli sejmowej próbie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej niby przez ekipę rządzącą, ale wiadomo, kto pociąga za sznurki te marionetki! Mówiąc wprost: jest to kolejna próba pozbawienia kobiet elementarnych praw w imię rzekomych praw boskich. Montaigne mówi o elastyczności praw, a nie o naginaniu, czy łamaniu prawa. Nie o traktowaniu przez prezydenta RP niby obowiązującej go Konstytucji jak wycieraczki (słowa Manueli Gretkowskiej).

 

Niechaj dziecięctwo pogląda przed siebie; sędziwość za siebie.

To jest banał, panie Montaigne! Chyba że w pana czasach apatyczne dzieci o zgaszonych spojrzeniach poglądały za siebie, w przeszłość, natomiast starcy z ogniem w oczach przed siebie, ku przyszłości!

 

Wielkość duszy nie tyle polega na tym, aby iść ku górze i naprzód, co aby umieć umiarkować się i ograniczyć.

Ludzie ograniczeni nic innego przecież nie czynią!

 

Trzeba biec za złem i przysiadać z dobrem.

„Biec za złem”? Biec co tchu, biec jak wiatr, biec kłusem, biec pędem, biec na wyścigi. Żeby co? Dopaść zła i… Właśnie o to „i” chodzi, panie Montaigne! Tarzać się w nim z rozkoszą, czy ze wstrętem go zdławić? 

 

 



21:18, jbroszkowski
Link Komentarze (11) »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 74 dokończenie)

 

 

Natura jest łaskawym przewodnikiem.

Słyszałem o Matce Boskiej Łaskawej! Natura jest łaskawym przewodnikiem po czym? Po kulturze?!

 

Na najwyższym tronie świata i tak siedzimy jeno na własnym zadku.

„Jak się nie obrócisz, dupa i tak będzie zawsze z tyłu”. Fakt. Byle nie z tyłu głowy!

 

 

 

Z Myśli Pascala (1623-1662)

Blaise, czyli Błażej Pascal był przede wszystkim wybitnym matematykiem, ale i fizykiem – już jego wczesne dzieła, kiedy był nastolatkiem (ojciec uczynił z niego genialne dziecko), przyczyniły się do rozwoju wielu działów wiedzy. I gdyby w roku 1654 nie porzucił pod wpływem mistycznego przeżycia działalności naukowej, to rozwój cywilizacyjny ówczesnego świata mógłby zostać znacznie przyśpieszony. Niestety konie prowadzące karetę na paryskim moście Neuilly-sur-Seine poniosły i kareta zawisła na krawędzi mostu, cudem nie zwalając się do wzburzonej rzeki.

Cudownie ocalony Blaise był świadkiem w krótkim czasie kolejnego cudu, dzięki czemu Kościół katolicki zyskał twórcę wybitnego, choć po części dość kontrowersyjnego, co sprawiło, że Prowincjałki nakazano spalić, a wydane po przedwczesnej śmierci Pascala Myśli wydawca ocenzurował, usuwając te najbardziej „niewygodne”, a inne modyfikując, żeby uniknąć wrogich reakcji ze strony Kościoła. Śmierci przedwczesnej, bo mimo słabego zdrowia mógłby żyć znacznie dłużej niż 39 lat, gdyby nie uważał, że cierpienie i choroba są naturalnym stanem chrześcijanina. Dlatego odmawiał pomocy lekarskiej.

Z wypisów pascalowskich Myśli, które miały stać się częścią wielkiego traktatu O prawdziwości religii chrześcijańskiej, daję tylko niektóre, bo może dla innych wszystkie jego myśli są złote, ale dla mnie zdecydowana większość z nich wykonana jest z tombaku, stanowią one jednak doskonałą ilustrację powiedzenia „góra porodziła mysz”.

 

Czym jest człowiek wobec nieskończoności? Człowiek jest nicością wobec nieskończoności, wszystkim wobec nicości, pośrodkiem między niczym a wszystkim. Zarówno niezdolny jest dojrzeć nicości, z której go wyrwano, jak i nieskończoności, w której go utopiono.

To poczucie nicości stało się odzwierciedleniem naszych lęków egzystencjalnych. Filozofia egzystencjalna, owszem, czerpała z tego lęku też trochę, ale chrześcijańska – całymi garściami. Nie tylko księża prosperowali dzięki temu znakomicie, psychoanalitycy również.

 

Mniemamy, że z natury jesteśmy o wiele zdolniejsi, aby dojść do jądra rzeczy, niż aby osiągnąć ich powierzchnię.

Od razu na myśl mi się nasuwa książka autorstwa Jana Tadeusza Stanisławskiego Mniemanologia stosowana: krótki kurs z wypisami. Szkoda, że autor już nie żyje, a może i dobrze, bo nie sądzę, żeby w dzisiejszej telewizji publicznej było dla niego miejsce.

 

Zamiast odbierać czyste pojęcia tych rzeczy, barwimy je naszymi właściwościami i nasycamy naszą złożoną istotą wszystkie rzeczy proste, które rozważamy.

To stwierdzenie byłoby całkowicie słuszne – przy założeniu, że wszyscy ludzie są „istotami złożonymi”, a słowo „cep” jest wyłącznie określeniem narzędzia rolniczego do ręcznego młócenia zboża.

 

Nos Kleopatry: gdyby był trochę krótszy, cała powierzchnia ziemi wyglądałaby inaczej.

Pascalowi chodziło o kształt polityczny świata, ale czy aby na pewno wydatny nos królowej Egiptu zdecydował o jej magicznym wpływie na władców starożytnego Rzymu, Cezara i Marka Antoniusza? Czy obaj kochankowie zapłodnili ją przez dziurki od nosa? Adam Hanuszkiewicz podczas naszych rozmów dźwirzyńskich mówił o tym bez żadnych ogródek: Kleopatra, ta najsłynniejsza królowa-hetera w historii, która uwiodła Cezara i Antoniusza, też stamtąd, przez Indie i przez „Kamasutrę”, czerpała wzory. Języczkiem swoim ślicznym uprawiając z powodzeniem miłość, zwaną później „francuską”, usidliła aż dwu imperatorów – prostackich w sztuce miłosnej wojowników tego rodzaju finezja seksualna musiała przyprawić o zawrót nie tylko głowy!

 

 

 

Nie trzeba, aby człowiek mniemał, że jest równy bydlętom, ani aniołom, ani żeby nieświadom był i jednego, i drugiego, ale żeby widział i jedno i drugie.

Słyszałem określenie „nikczemne (podłe) bydlę”, ale z określeniem „anielskie bydlę” jeszcze się nie zetknąłem.

 

Trzeba kochać jeno Boga, a nienawidzić jeno siebie.

Amen.

 

 

La Rochefoucauld (1613-1689) z Maksym i rozważań moralnych

Po drodze był tylko jeden wypis z Descartesa (1596-1650), czyli Kartezjusza, który w Rozprawie o metodzie głosił: „Rozum: jest to jedyna rzecz, która nas czyni ludźmi i różni od zwierząt”. A co nas wobec tego czyni bestiami? Ponadto zwierzęta, jeśli nie są otumanione przez ludzi, bywają znacznie inteligentniejsze od przeciętnego Kowalskiego, który składa się z samych stereotypów wtłoczonych mu w mózg przez przewodników duchowych najpodlejszego sortu.

François de La Rochefoucauld, VI książę de la Rochefoucauld, urodził się i zmarł w Paryżu. Znaczną część życia spędził na dworze królewskim. Zajął się pisarstwem dopiero po wycofaniu się z polityki. Swoje refleksje na temat natury ludzkiej zawarł w zbiorze aforyzmów, który ukazał się w roku 1665 i przyniósł mu sławę (w ciągu trzynastu lat było aż pięć wydań, a liczba aforyzmów przekroczyła 500!). W owych maksymach i rozważaniach moralnych wskazywał na rządzące ludźmi hipokryzję, egoizm, słabość oraz próżność. Uważał, że uczciwość i dobroć są tylko pozorem, i że losem ludzkim rządzi irracjonalny przypadek. Życie dworskie było niewątpliwie dobrym polem obserwacji skrajnych postaw i zachowań ludzkich, a wnioski z nich wypływające nie mogły nie być nacechowane pesymizmem. Dla mnie fakt, że aforyzmy La Rochefoucauld wzbudziły podziw Friedricha Nietzschego, stanowi gwarancję ich myślowej jakości. Niekiedy są tak doskonałe, że dodawanie do nich komentarzy byłoby nietaktem z mojej strony. Tak się złożyło, że same zgrupowały się na końcu moich wypisów.

 

Miłość własna jest zręczniejsza od najzręczniejszego z ludzi.

Już tyle napisałem o miłości własnej, że nie chciałbym się powtarzać. Żeruje na najlepszych uczuciach tak długo, póki ich nie zdławi. A łzy, które z siebie potem wyciśnie, nie ich dotyczy, bo potrafi zapłakać tylko nad sobą, nad własną niedolą, spowodowaną brakiem odpowiedniego pokarmu

 

Zawsze mamy dość siły, aby znieść cudze nieszczęścia.

Potrafią nas one napełnić niezmierną radością, najwyższym szczęściem!

 

Gdybyśmy sami nie mieli wad, stwierdzenie ich u innych nie sprawiałoby nam takiej przyjemności.

Dotyczy to też wad postawy. Skolioza idiopatyczna (skrzywienie boczne kręgosłupa) może doprowadzić do powstania garbu, zwanego garbem wewnętrznym. Uff, nam się udało zachować względnie prostą postawę! Nawet jeśli jesteśmy skrzywieni do samej ziemi z powodu niewidzialnego dla innych garbu wewnętrznego innego typu, powstałego w wyniku skoliozy charakteropatycznej.

 

Przyrzekamy wedle swych nadziei, dotrzymujemy wedle swych obaw.

Chodzi oczywiście o dotrzymywanie obietnic. Znakomity aforyzm, ale spróbujmy odwrócić jego znaczenie: Przyrzekamy wedle swych obaw, dotrzymujemy wedle swych nadziei. Nadziei, że nikt nas nie rozliczy z naszych obietnic!

 

Interes przemawia wszelkimi językami i odgrywa wszystkie role, nawet rolę bezinteresowności.

Prawdziwa bezinteresowność powinna być cicha. Jeśli staje się medialna i doprowadza kogoś nawet do wyniesienia na ołtarze, to dla mnie jest interesowna do entej potęgi. Można obżerać się swoim ascetyzmem, ukrywać pychę w żebraczym przebraniu!

 

Starcy lubią dawać dobre rady, aby się pocieszyć, że nie są już zdolni dawać złych przykładów.

Już niebawem starcy będą mogli udzielać dobrych rad wyłącznie starcom. Młodzi po pośpiesznym oklepaniu ich kieszeni pójdą na piwo.

Poniższa ilustracja powinna być opatrzona hasłem: ŻEGNAJCIE, MŁODZI!

 

 

 

 

 

Powaga jest obrządkiem ciała, wymyślonym dla pokrycia braków ducha.

Aforyzm skonstruowany według klasycznych wzorów. Późniejszy Chamfort napisał po prostu: „Powaga – obrządek głupoty”.

 

Ludzie słabi nie mogą być szczerzy.

Rozumiem, co La Rochefoucauld miał na myśli, ale czyżby nie spotkał ludzi wręcz obnoszących się ze swoją słabością?

 

Śmieszność hańbi bardziej niż hańba.

 

Uważamy za rozsądnych jedynie tych, którzy są naszego zdania.

 

Umysły mierne potępiają wszystko, co przechodzi ich miarę.

 

Nic tak nie przeszkadza być naturalnym, jak chęć wydawania się nim.

 

Łatwiej jest znać człowieka w ogóle, niż jakiegoś człowieka w szczególności.

 

Spory nie trwałyby tak długo, gdyby brak słuszności był tylko po jednej stronie.

 

Człowiek, który nikogo nie lubi, nieszczęśliwszy jest niż ten, którego nikt nie lubi.

 

Gwałt, jaki nam zadają inni, często jest mniej dotkliwy niż gwałt, jaki zadajemy sami sobie.

 

Są ludzie, którym wady są do twarzy, a inni, których przymioty szpecą.

 

Więcej szczęścia daje namiętność, którą się odczuwa, niż ta, którą się budzi.

 

Trudniej jest nie dać rządzić sobą niż rządzić innymi.

 

Prawda nie sprawia w świecie tyle dobrego, ile złego sprawiają jej pozory.

Pozory prawdy – gra pozorów…

Dodałem ten komentarz na siłę, żeby czytelnicy mego bloga nie pomyśleli, że zasnąłem!

 

 

 

 

Rousseau (1712-1778) z Wyznań.

Jean-Jacques, uważający się za człowieka dobrego z natury, „szlachetnego dzikusa”, ostatniego człowieka cnotliwego, niezepsutego przez świat, przez większość życia był utrzymankiem bogatych kochanek, a pięcioro własnych dzieci, spłodzonych z dużo młodszą kochanką, a później żoną, kazał oddać do przytułku, w ogóle nie interesując się ich losem. Skąd ten syn genewskiego zegarmistrza miałby czerpać środki na ich utrzymanie, skoro pracą zarobkową wręcz się brzydził?

Jego sztandarowym hasłem był powrót do natury i naturalnego wychowania dzieci, żeby dzięki pedagogicznym zabiegom stworzyć kolejnych „szlachetnych dzikusów”. Mężczyzn, nie kobiet – ich naturalną rolą było spełnianie obowiązków domowych, czyli bycie przykładnymi żonami i matkami: przeciwieństwem owych bogatych kobiet z wyższego stanu, których był utrzymankiem. Niewątpliwie mu jednak matkowały – synowie pozbawieni matek (jego zmarła przy porodzie) neurotycznie szukają związków, w których mogą być „przy cycku”.

Nie zdziwiłbym się, gdyby Rousseau miłością fizyczną zbrukał się jedynie z prostą dziewuchą, bieliźniarką z Orleanu, a owe panie były Nowymi Heloizami, Juliami (patrz: tytuł jego epistolograficznej powieści napisanej w 1761, nazwanej ówcześnie „Biblią zakochanych”) sentymentalnymi, arystokratycznymi gęsiami, roniącymi łzy nad listami „prostego nauczyciela” (Rousseau był przez rok nauczycielem domowym dwóch chłopców wyższego stanu, nad czym bardzo ubolewał). Dopuszczenie „szlachetnego dzikusa” do cycka nie wykluczało miłości platonicznej – w jednym ze swoich opowiadań opisałem podobny przypadek, autentyczny, gdy nowo poślubiona oblubienica głośnego pogromcy lwów z objazdowego cyrku odkryła podczas nocy poślubnej, że jej mąż zamiast przyjść do jej pokoju wślizgnął się w innym pokoju do łóżka swojej rodzicielki i w pozycji oseska ssał jej obfitą pierś.   

Aż dziw, że człowiek tak niemoralny jak Rousseau, o poglądach wyjątkowo wstecznych (potępiający racjonalizm i będący wrogiem wszelkich nauk, w tym astronomii, które w jego mniemaniu były wynikiem zabobonu lub pychy) mógł jako moralista czy domorosły pedagog wywrzeć tak duży wpływ na ludzkie umysły w całej ówczesnej Europie, a we Francji tak ogłupić naród, że paryżanie nie wystąpili ze zdecydowanym protestem, gdy zwłoki tego marnego pisarza i bzdurnego filozofa przeniesiono po śmierci do Panteonu, gdzie spoczął obok wielkich pisarzy i luminarzy nauki (no ale u nas, na Wawelu, niedawno złożono zwłoki śmiesznego prezydenta prawdziwych Polaków w pobliżu trumny Piłsudskiego!).

 

Mogłem wziąć za prawdę to, o czym wiedziałem, że mogło nią być; nigdy tego, o czym wiedziałem, że jest fałszem.

Bzdet myślowy; Rousseau tkwił w samych fałszach duchowych!

 

Człowiek nie jest zdolny do miłości, kiedy cierpi.

W nawiasach jest mój komentarz sprzed 55 laty: „… na dolegliwość pęcherza”.

 

Próbowałem kreślić ołówkiem listy, które mógłbym pisać najczystszą krwią.

Jestem przekonany, że biedak by zemdlał na widok pierwszej kropli krwi spływającej z palca!

 

Zbyt ją kochałem, aby ją chcieć posiadać.

No tak, spółkowanie z czystą duszą kobiety powinno sprawiać mężczyźnie stokroć więcej rozkoszy, niż zanurzanie się w jej brudnym, grzesznym ciele (błotnistym bagnie – wedle ascetycznych buddystów)!

 

 

 

 

 

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



13:54, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 marca 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 73)

 

Horacy Safrin Przy szabasowych świecach. Wydawnictwo Łódzkie 1963.

 

Może by tak dla odetchnienia od filozoficznych dyskursów zajrzeć w zapiski tej książki? Adam Hanuszkiewicz, podczas naszych rozmów dźwirzyńskich w lipcu 2001 roku, częstokroć zahaczających o kwestie bardzo złożone, też uważał, że poważne rozmowy należy bezwzględnie przetykać czymś lżejszym, jakąś anegdotą. I tak czynił, ale byliśmy nieco zaskoczeni, gdy po kilku kawałach żydowskich, z których śmialiśmy się głośno, zaserwował nam taki:  

 

– Sara, czy ty pamiętasz ten pierwszy pogrom w Kijowie, kiedy zlany krwią wróciłem do domu?

– Oczywiście, że pamiętam, przecież byłam z tobą!

– A jak przenieśliśmy się do Warszawy, to mnie te endeki na uniwersytecie tak zbiły, że cały zalany krwią znowu wróciłem do domu! Czy to pamiętasz?

– Oczywiście, że pamiętam, przecież byłam z tobą!

– Potem była okupacja hitlerowska...

– Mordechaj, o okupacji hitlerowskiej mieliśmy nigdy nie mówić!

– Dobrze, ale później pojechaliśmy do Kielc i z tego pogromu cudem udało mi się ujść z życiem! Czy pamiętasz?

– Jak mogę nie pamiętać?! Ale o tym też mieliśmy nie mówić!

– Następnie podczas tych wystąpień antysemickich zbito mnie tak, że zlany krwią...

 

Renata Dymna nie wytrzymała:

– Adam, błagam, chciałabym coś lżejszego! Czy mógłbyś nam opowiedzieć ten mój ulubiony dowcip angielski o koniu w łazience?

– Przecież te żydowskie kawały są lekkie, bo latają nad nimi anioły – białe albo czarne, ale latają!

 

 

 

 

Reakcja Renaty typowo kobieca: dla niej krew to krew, widziała ją, a dla mnie, jako mężczyzny, ta krew była abstrakcją – z trudem powstrzymywałem się od głośnego śmiechu, podziwiając kunszt aktorski Adama. Do tamtej pory wysłuchałem setki typowo żydowskich kawałów, napisanych, tak jak ceperskie kawały o bacach, w przeważającej mierze przez gojów. Na przykład:

 

Dwóch Żydów zwiedza Watykan, podziwiają przepych i bogactwo. Jeden mówi:

Popatrz, a zaczynali od nędznej stajenki...

 

Żółtko zaprasza Łabędzia do restauracji. Podają dwa sznycle, z których tylko jeden jest pokaźnych rozmiarów. Żółtko spokojnie bierze sobie ten większy. Łabędź nie posiada się z oburzenia:

Żółtko, jak tak można? To ma być wychowanie? Sobie bierzesz większą porcję, a mnie, zaproszonemu, dajesz mniejszą?

A jak ty byś postąpił?

Oczywiście, że sobie wziąłbym mniejszą.

No więc o co ci chodzi, przecież masz mniejszą porcję.

 

Gdyby nie II wojna światowa, to Horacy Safrin (1889-1980), czyli Hirsz Łukaczer, na pewno spędziłby żywot nie w Łodzi, lecz w Stanisławowie (obecnie Iwano-Frankiwsk w zachodniej Ukrainie na przedgórzu Karpat), mieście pojawiającym się w moim opowiadaniu Kołomyjka. Tam przecież był przez ponad dwadzieścia lat, aż do wybuchu II wojny światowej, kierownikiem literackim studia teatralnego im. Abrahama Goldfagena (1840-1908), wywodzącego się z tamtych stron, ale zmarłego w Nowym Jorku żydowskiego dramatopisarza, tworzącego wyłącznie w językach jidysz i hebrajskim.

Safrin przebywał w swoim rodzinnym mieście do czerwca 1941 roku, gdy Stanisławów znajdował się pod okupacją sowiecką. Po nieoczekiwanym napadzie wojsk hitlerowskich na sprzymierzony Kraj Rad, ludność miasta zaczęto pośpiesznie deportować w głąb ZSRR. Nie wiem, czy Safrin znajdował się wśród tych swoich współwyznawców, którzy po agresji ZSRR na Polskę obrzucali wkraczające do Stanisławowa oddziały Armii Czerwonej kwiatami? Musiał być jednak uznany za „swojego”, skoro znalazł się w pewnym okresie – przed czy po 17 lipca 1942 r., gdy rozpoczęła się przełomowa dla losów II wojny światowej bitwa stalingradzka? – w tamtym obwodzie, gdzie nauczał języka niemieckiego. Kogo? Musieli to być sowieccy politrucy, bo zwykli Rosjanie zostaliby po kilku lekcjach uznani za germańskich szpionów i rozstrzelani w trybie natychmiastowym, bez sądu.

Tak czy siak Horacy Safrin wykazał się znacznie większą przezornością od wielu stanisławowskich Żydów, zapewne ortodoksyjnych, którzy mieli dość sowieckiego terroru. To oni witali żołnierzy Werhmachtu wkraczających do miasta chlebem i solą, to oni byli ofiarami masowych egzekucji dokonanych przez Niemców w lipcu i październiku 1941 r., to ich wywieziono w lutym 1943 r. do obozu zagłady w Bełżcu. A Hirsz Łukaczer jako Horacy Safrin od 1946 r. mieszkał w Łodzi w Domu Literatów przy alei Mickiewicza, gdzie wiódł bardzo dostatnie – jak na czasu tuż powojenne – życie. Wiem to z opowieści choćby mojej śp. przyjaciółki, Stanisławy Sznaper-Zakrzewskiej, która w tamtym czasie też mieszkała w Łodzi w tym samym Domu, gdyż Warszawa była zniszczona w 80% i właśnie w Łodzi biło przez kilka lat „serce Polski”. Czerwone serce w „czerwonej Łodzi”. Wielu ówczesnych komunistów, przede wszystkim napływowych, marzyło o tym, żeby stolicą Polski została właśnie Łódź.

Niestety, Stasi już nie zapytam o Safrina, a szkoda, bo jej opowieści o powojennych literatach były wspaniale plastyczne. Rzadko się zdarza, aby zawodowy pisarz był jednocześnie aktorem, a ona to w sobie łączyła. Osobiście go nie znalem, a czy widziałem? Nie wiem, bo wyobraźcie sobie, że w otchłannych zasobach internetowych nie ma ani jednego jego zdjęcia, jakby się zapadł pod ziemię, mimo iż w swoim czasie należał do czołowych pisarzy łódzkich, w dodatku odznaczonym w 1961 r. za swoje literackie zasługi Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski! Mnie to nigdy nie groziło i na pewno nie grozi, ale przynajmniej swojej tożsamości nie muszę ukrywać.

W „polskim Manchesterze” bywałem za jego życia kilkakrotnie, kontaktując się jednak z poetami młodszymi od niego. Przyznam się, że Safrina w ogóle nie kojarzyłem z poezją (jeden tomik wydany przez niego po wojnie, na który nigdy się nie natknąłem, usprawiedliwia moją niewiedzę na ten temat). Safrin kojarzył mi się zawsze z humorem żydowskim, krzywiłem się, natykając się na jego fraszki typu: „Płeć niby słaba, a Herod-baba!”, choć jego sentencję: „Pociąg do alkoholu tym się różni od pociągu do kobiety, że z biegiem czasu przechodzi w stan chroniczny” uznałem za tak trafną, że kilka razy przytoczyłem ją w męskim towarzystwie przy dobrym winku.  

W tytule swojej książki autor sugeruje, że przytoczone w niej kawały opowiadane były przy szabasowych świecach. Już gdzieś wspomniałem, że istnieje nauka o pochodzeniu przysłów (paremiologia), natomiast nigdy nie słyszałem o nauce, która by się zajmowała pochodzeniem kawałów. Kawałologia? Dowcipologia? A w tym przypadku: szmoncesologia? Pisane źródła, na które by się powoływano, byłyby częstokroć bardziej niż wątpliwe. Szmoncesy pisali oczywiście także pisarze pochodzenia żydowskiego, na przykład Antoni Słonimski czy Julian Tuwim. No i zapewne Horacy Safrin. Zapewne, bo innych jego książek poza tą jedną, którą w tym poście chciałbym tylko jakoś tam zasygnalizować, nie czytałem. Uważam, że omawianie wypisów z niej nie miałoby najmniejszego sensu,

 

 

 

 

Z góry powiem: nie jestem kawalarzem. I w dodatku zawsze starałem się unikać stolików w kawiarniach literackich, gdzie kawały serwowano na wyprzódki całymi godzinami. Brało się to zapewne z mojej samotniczej natury. W rozmowach z Hanuszkiewiczem, które zaowocowały dwiema książkami. nie mogłem tego uniknąć. Były to zresztą tylko przerywniki, w dodatku świetnie aktorsko przez Adama grane, więc niekiedy też wybuchałem głośnym śmiechem. On na szczęście nigdy się nie śmiał. Najwyraźniej cenił humorystów takich jak Joseph Francis Keaton, słynny komik o kamiennej twarzy, twórca komizmu zwanego intelektualnym.

„Poznać głupiego po śmiechu jego” – można to również odnieść do większości naszych kawalarzy, którzy śmieją się z własnych dowcipów najgłośniej, nie czekając na reakcję słuchaczy. Widocznie wychodzą z jedynego słusznego założenia, że śmiech jest zaraźliwy, w czym utwierdza ich większość słuchających, rechotliwie im wtórując. Inni czynią to z grzeczności, kręcąc na siebie bicz, bo tacy kawalarze nie skończą, dopóki nie zanudzą ostatniego słuchacza na śmierć.

Dlatego prawie zawsze wolę tekst pisany – jeśli dowcipny, docenię to aprobującym uśmiechem, jeśli wyjątkowo dowcipny, skwituję to nawet głośnym śmiechem, najczęściej wewnętrznym, choć zdarza mi się pokładać ze śmiechu. Przy czytaniu wypisów z książki Serafina akurat mi się to nie zdarzyło, nie miałem jednak ostatnio powodów do śmiechu.

 

Pytają fabrykanta:

– Pański syn ożenił się z miłości czy dla pieniędzy?

Fabrykant zastanawia się przez chwilę, w końcu mówi:

– Z miłości dla pieniędzy.

 

Żyd chełmski jedzie do Ameryki. Na oceanie rozszalała się burza. Spiętrzone bałwany zalewają pokład, statek tonie… Rozlegają się lamenty, modlitwy, krzyki rozpaczy. Jedynie chełmianin zachowuje kamienny spokój. Podbiega doń współwyznawca:

– Icek, na miłość boską! Dlaczego ty siedzisz tak spokojnie?

– A czego miałbym się niepokoić?

– Człowieku! Okręt tonie!!!

– No to co? Czy to mój okręt?

 

Herszel, umierając, zwrócił się do syna z następującą radą:

– Wiadomo z naszych ksiąg świętych, że z chwilą przyjścia Mesjasza wszyscy ludzie, żywi i umarli, wyruszą zaraz do Ziemi Świętej: synowie Izraela przejdą przez most z pajęczyny i nie uszkodzą w nim ani jednej nitki, ludy pogańskie natomiast wybiorą most żelazny i on się pod nimi zawali. Ale ty jesteś moim jedynakiem i dlatego ci radzę w obliczu śmierci: idź ty na wszelki wypadek raczej po żelaznym moście!

 

Froim, skłonny do filozoficznych rozważań, nie może zasnąć. Dokucza mu pchła.

– Aj, ty pchło! – powiada wreszcie zniecierpliwiony. – Ja ciebie nie rozumiem! Albo ty jesteś zdrowa – to co ty robisz w łóżku? Albo ty jesteś chora – to dlaczego ty skaczesz?

 

Rozmowa księdza z chasydem:

– Wy, Żydzi, to dziwny naród. Nie wierzycie w zmartwychwstanie Chrystusa Pana, a wierzycie, że wasz rabin-cudotwórca na chustce do nosa staw przepłynął…

– No, tak, ale to jest prawda!

 

Okolica Krynicy. Ścieżką polną przechadza się rabbi w towarzystwie szamesa [sługi bożnicy]. Nagle z chłopskiej zagrody wybiega duży pies i zaczyna straszliwie ujadać. Cadyk podwija poły chałata i pędzi co sił w nogach w stronę uzdrowiska.

– Rabbi – stara się go uspokoić szames – i po co my właściwie uciekamy? Przecież Talmud powiada, że pies nie dotknie zębami uczonego człowieka.

– To prawda – odpowiada cadyk nie zwalniając biegu. – Ale czy pies czyta Talmud?

 

Do „króla cukru”, znanego multimilionera Brodzkiego, zgłosił się pewnego dnia młody Żyd:

– Panie Brodzki, mam dla pana doskonały interes, na którym zarobimy od razu po trzysta tysięcy rubli…

– Trzysta tysięcy rubli – zauważa Brodzki – to ładna sumka! Bardzo ładna! Co za interes?

– Słyszałem, że przyrzekł pan swojej starszej córce sześćset tysięcy posagu, a ja jestem gotów ją wziąć za trzysta tysięcy.

 

Ojciec i syn odwiedzają razem łaźnię.

– Tfu! Ale ty masz brudne nogi! – gorszy się ojciec.

– Tate! – powiada syn. – Ale mnie się wydaje, że ty masz brudniejsze.

– Też porównanie! – oburza się ojciec. – Ja jestem przecież trzydzieści lat starszy od ciebie!

 

Dlaczego u mar są dwa drągi, a u baldachimu ślubnego – cztery? Dlatego, że na marach grzebie się tylko jednego człowieka, a pod baldachimem – dwoje.

 

 


 

 

 

Żyd dyskutował z Grekiem, czyja kultura jest wyższa. Grek powiada:

– Dam ci niezbity dowód wyższości naszej kultury. Trzy lata temu ekspedycja archeologiczna znalazła obok Teb druty. Z tego wynika niezbicie, że w starożytnej Grecji istniał już telegraf.

Na to Żyd:

– Też macie się czym chwalić! W Palestynie przekopano całą okolicę Jaffy i nic nie znaleziono. Z tego niezbicie wynika, że nasi przodkowie mieli już telegraf bez drutu.

 

Spytano Achad ha-Ama, dlaczego często widzimy ludzi mądrych pod drzwiami bogaczy, a nigdy nie spotykamy bogaczy przed drzwiami ludzi rozumnych.

– Dlatego – odpowiedział filozof – że mądrzy ludzie znają wartość bogactwa, ale bogaci nie umieją cenić mądrości.

 

 

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



15:34, jbroszkowski
Link Komentarze (16) »
niedziela, 11 marca 2018
Komentarze do odcinka 72 "Zeszytu dawnych lektur"

 

Na portalu blog.onet, zlikwidowanym 28 lutego br., pojawiało się pod każdym moim postem dużo, a niekiedy bardzo dużo komentarzy, które stanowiły cenne uzupełnienie moich refleksji nad wypisami z lektur sprzed ponad pół wieku. Teraz moi komentatorzy próbowali przenieść się tutaj, lecz okazało się to niemożliwe. W żaden sposób nie potrafili się zalogować i w końcu dali za wygraną. Poprosiłem ich, żeby te komentarze przesyłali na moją pocztę. I w ten sposób im odpowiadałem. Są to jednak moi etatowi komentatorzy, a na blog.onet pojawiały się również bardzo ciekawe komentarze od ludzi mi nieznanych. Tych tutaj nie będzie z powodu zapór stawianych przez ten portal (tam wystarczyło wpisać dowolny login, np. "małpa" i zaznaczyć, że nie jest się spamerem, miałem też możliwość poprawiania błędów w komentarzach, jeśli komentujący mnie o to poprosili). Nic to - nie pozostaje mi nic innego, aby choć w taki dziwaczny sposób pokazać czytelnikom bloxowym, jak mój najnowszy post był komentowany (napisałem w tej sprawie do bloxa, okazało się, że mogli mnie komentować wyłącznie ci, którzy byli na tym portalu zalogowani; nikt się nigdy nie dowie, ile komentarzy przez to głupie zaiksowanie stracił mój blog w ciągu ponad dziewięciu lat!)...

 

~pp

8 marca 2018 o 22:57

„A kto to jest filozof? 

Czy to KTOŚ dostatecznie mądry, żeby znaleźć sobie pracę nie wymagającą dźwigania ciężarów?!” (z Terry Pratchetta)

„Czyż każdy zacny i poważny człowiek nie wyzna, że wiele nie wie i że ciągle powinien się uczyć?” (Cyceron)

Wiadomo, kiedyś Pan Filozof musiał mieć uczniów, bo kobiety nadawały się w jego mniemaniu tylko do tłuczenia w gary (przykładów wybitnych filozofów-mizoginów zebrałoby się kilka). Ale dzisiaj w dobie równości płci Pan Filozof, a zatem i Ty, który uważasz się za najmędrszego z mędrców, powinien zapraszać do kultywowania swego dzieła raczej uczennice… pod hasłem chwalmy PANA!!! chichi

 

Bosonoga

8 marca 2018 o 23:41

Słuchaj kobiet!!!!!

U Rosjan jest powiedzenie: „Jeśli chcesz podjąć prawidłową decyzję, to poradź się żony, a potem zrób na odwrót”.

Natomiast Gruzini radzą: „Jeśli chcesz podjąć prawidłową decyzję, to poradź się żony i zrób tak jak ona radzi”.

Gruzini są znacznie mądrzejsi, bo Rosjanin i tak się przekona, ale boleśnie i nie tylko na własnej skórze, bo jego zła decyzja wpłynie na los całej jego rodziny, że żona miała rację…

 

Bosonoga

8 marca 2018 o 23:55

http://obliczagruzji.monomit.pl/toasty-gruzinskie/decyzje-i-porady
ZAPOMNIAŁAM DODAĆ, ŻE TĘ ANEGDOTĘ WZIĘŁAM OD MOJEJ ZNAJOMEJ ZIELARKI, KTÓRA JEST ZAKOCHANA W GRUZJI I PROWADZI (ALBO PROWADZIŁA) BLOG "OBLICZA GRUZJI”... JA TO WZIĘŁAM Z JEJ PROFILU  NA FACEBOOKU. JEST TEŻ ZDJĘCIE I TOAST.

 

Irena O.

9 marca 2018 o 09:03

Przyznam, że język filozoficzny jest dla mnie trudny do przetrawienia. Czy mężczyznom jest kulturowo (względnie biologicznie) łatwiej uczestniczyć w takich zawikłanych dla mnie dyskursach?

 

jbr

9 marca 2018 o 11:18

Wraz z Adamem Hanuszkiewiczem stwierdziliśmy zgodnie, że kobiety są mądrzejsze od nas mężczyzn, bo wiedzą więcej o życiu. I może dlatego posługują się innym językiem, bardziej obrazowym, więc za filozoficznymi dyskursami nie mogą przepadać. Ja też nie! I wyobraź sobie, że uważam, iż w swoich rozważaniach-dywagacjach posługuję się niesłychanie prostym językiem. Dla mnie to kaszka z mlekiem, albo budowle z klocków Lego. Z czego więc wynika rozbieżność naszych odczuć? Z długotrwałego wyćwiczenia mojego umysłu w tego typu rozważaniach. Z kolei budzi mój niekłamany zachwyt Wasze, Twoje i WE, widzenie świata. I na zachwycie się kończy, bo tak jak Wy po prostu patrzeć i widzieć nie umiem. I ja, i Wy możemy jednak próbować zrozumieć odmienność naszych widzeń, po prostu wejść w to bez żadnych uprzedzeń, co nie jest łatwe, choć możliwe.

 

WE

9 marca 2018 o 11:18

Nie drżę, ani w pióra nie obrastam.  Powściągać potrafię ogiera żądz tak, aby mnie służył, nie ja jemu...

A teraz serio. Tyle dobrego napisałeś kiedyś o Sokratesie, że po przeczytaniu tego głodnego kawałka z „Menona”, zaczęłam się zastanawiać, czy zawsze wyrażał się tak zajebiście kwieciście? Bo jeśli tak, to w moich oczach uchodziłby raczej za durnia. Zaglądnęłam więc do netu i pod „Sokrates aforyzmy, sentencje” znalazłam całkiem sensowne spostrzeżenia:

Takie czasy nastały, że jak chcesz z kimś mądrym pogadać, musisz rozmawiać sam ze sobą.

Mądrość zależy od trzech rzeczy: osobowości, wiedzy, samokontroli. [To brzmi podejrzanie współcześnie, ale może jest kwestią przekładu – tu świetnego, a przy cytowanym kawałku z „Menona” koszmarnie młodopolskiego?]

Bać się śmierci jest tym samym, co mieć się za mądrego nim nie będąc.

Bardziej się ciesz z wyświadczonych drugim, niż z odebranych dobrodziejstw, bo za pierwsze masz chwałę, a drugie wkładają na ciebie ciężar wdzięczności.

Błąd jest przywilejem filozofów, tylko głupcy nie mylą się nigdy.

W całym życiu szanuj prawdę tak, by twoje słowa były bardziej wiarygodne od przyrzeczeń innych.

Jak dziwną jest rzeczą, że ludzie zawsze umieją odpowiedzieć na pytanie, ile posiadają owiec, natomiast nie umieją podać liczby przyjaciół ani ich wymienić - tak nisko ich cenią.

Pierwszym warunkiem szczęścia jest rozsądek.

Dla cierpiących najmniejsza radość jest wielkim szczęściem.

Długie szaty krępują ciało, a bogactwa duszę.

Złych lub pospolitych ludzi pozyskasz najprędzej darami, ale szlachetnych pozyskasz najprędzej szlachetnością.

Jemy, aby żyć, nie żyjemy, aby jeść. [Nie miałam pojęcia, że on to powiedział!]

Znakomite są te sentencje czy porady życiowe. Nie podaje się jednak źródeł, zresztą i tak nie miałabym czasu na wertowanie jego dzieł. Ty, który kiedyś dokładnie je przestudiowałeś, powinieneś też coś jeszcze dodać, oprócz stwierdzenia oczywistego faktu: w kwestiach damsko-męskich Sokrates mógł miewać zaćmienia umysłu i gadać jak potłuczony, bo osławiona Ksantypa była wszak jego żoną! W takim przypadku ucieczka w idealizm (ach, wszystkie inne poza tą paskudną szantrapą są ucieleśnionym pięknem!) mnie akurat nie dziwi.

 

jbr

9 marca 2018 o 14:23

Wszystkie inne, czy wszyscy inni? Sokrates owszem miał żonę Ksantypę i troje dzieci, bo status kawalera w starożytnej Grecji był żaden. Dodajmy: bardzo młodą i piękną żonę z dużym temperamentem, z którą ożenił się pod koniec życia i skazał ją na życie w biedzie, bo za nauczanie nie brał żadnych pieniędzy. Nie przyjmował też drogich prezentów od bogatych przyjaciół. Sam był abnegatem i chciał, aby jego żona poszła w jego ślady: chodziła w łachach, nie ozdabiała się niczym, nie używała pachnideł. Nie znosił wrzasku bachorów i najchętniej przebywał poza domem, nawet na ulicach, gdzie zaczepiał przechodniów. Niektórzy wdawali się z nim w dysputę, w której ich ośmieszał, więc wściekli nie żałowali mu kuksańców, a nawet go opluwali, co znosił z sokratejskim spokojem. Kiedy zdecydował się na wypicie kielicha cykuty, była z nim, dopóki nie kazał jej wyprosić, bo nie mógł patrzeć na jej rozpacz.

A u nas na przełomie XIX i XX wieku studenci śpiewali: „Nie ma okropniejszej nad Ksantypę baby, bo tłucze Sokratesa dla samej zabawy”. Historyk Ksenofont przytoczył jakąś plotkę i pooooooszło dalej! Resztę dopowiedzieli inni mężczyźni na podstawie własnych doświadczeń małżeńskich, których woleli nie ujawniać. A biedna Ksantypa, która po bezsensownej, lecz wielce filozoficznej śmierci swego męża, sama musiała wykarmić i wychować dzieci, żyje aż do dzisiaj w różnych anegdotach. Na przykład opowiadano, jak to przez okno leje mężowi na kark na przemian gorącą i zimną wodę, a filozof znosi to cierpliwie, po czym komentuje: „Ksantypa postępuje jak Zeus – najpierw grzmi, a następnie zsyła ulewę”. Oczywiście mogła robić mu awantury, bo powodów miała aż nadto, ale nie była kłótliwą jedzą.  Ani złośliwą sekutnicą, choć zazdrosna miała prawo być, bo wieczory spędzał najchętniej w salonie Aspazji, hetery Peryklesa. Nie o nią jednak chodziło, lecz o uwielbiających go młodzieńców, którzy spijali z jego ust każde słowo i byli gotowi pójść za nim nie w ogień, lecz do jednej z wielu łożnic w domu Aspazji! Dlatego zapytałem „czy wszyscy inni”.

 

jbr

9 marca 2018 o 18:40

Nie chciałem tego tematu ciągnąć dalej, bo w Kobieto! Boski diable… Adam Hanuszkiewicz mówi obszernie o tym, jak w sferach kulturotwórczych wręcz obelżywie traktowano tam kobiety.  Ideałem piękna w starożytnej Grecji byli chłopcy i bardzo młodzi mężczyźni, niestety nie mogli rodzić dzieci…

Sokrates, a tym bardziej Platon myśleli i czuli podobnie, z tym że Sokrates był według dzisiejszych kryteriów biseksualistą, a Platon zdeklarowanym gejem. „Myśliciele katoliccy”, którzy próbują zrobić z nich heteroseksualistów, wręcz wrogów „kochania się inaczej”, plotą duby smalone. Taką Akademię platońską widziałem na własne oczy na początku lat siedemdziesiątych pod Kopenhagą. To była elita intelektualna nie tylko duńska, bo gościł tam też m.in. były polski hrabia.

Nie oznacza to bynajmniej, że wszyscy Grecy mieli pociąg seksualny do osób tej samej płci, choć przyzwolenie społeczne na obcowanie seksualne dorosłych mężczyzn z chłopcami znacznie takie kontakty ułatwiało. W nieco wyższych sferach, rzecz jasna. Pospólstwo żyło jakoś tam po bożemu, nawet sobie nie uświadamiając swoich wstydliwych, utajonych potrzeb. Tak samo jest w społeczeństwach współczesnych – im większa jest swoboda obyczajowa, im poziom wykształcenia jest wyższy, tym więcej osób wchodzi w skład takiej czy innej mniejszości seksualnej: ok. 3,6% mężczyzn i tyle samo kobiet. W Ameryce mówi się nawet o 20%, ale matka natura aż tak szczodra nie jest; chyba że Amerykanie są więźniami takiego stylu życia, bo wśród więźniów, tak jak i wśród osób żyjących w przymusowym celibacie liczba „kochających inaczej” może być jeszcze wyższa.

 

p. pani

9 marca 2018 o 20:33

Nie tylko w starożytnej Grecji deprecjonowano rolę kobiety w życiu społecznym.

 Myśleliście kiedyś o tym, dlaczego zdeprecjonowano rolę kobiety w Kościele? Bo znała prawdę. Wiedziała wcześniej, niż zdołali to sobie poukładać w głowach apostołowie, na czym tak naprawdę polega ofiara Chrystusa. Kobiety znały tajemnice życia i miłości.

 Bóg przekazał im bezpośrednią wiedzę o tym, nad czym w bezpłodnych dyskusjach głowili się teologowie i filozofowie. O tym, że w życiu chodzi o życie. I o miłość. A mężczyznom w Kościele chodziło o władzę. Wykorzystali go do zaspokojenia swojego ego i żądzy władzy.

Dlatego kobiety pozbawiono możliwości decydowania i losach kościoła. Z Maryi zrobiono dziewicę, a z Magdaleny prostytutkę. Dwie skrajności, nic pośredniego.

Kościelni hierarchowie demonizowali to, z czym nie mogli sobie poradzić - popęd płciowy, ale także potrzebę bliskości i czułości. I kobietę ogłoszono narzędziem diabła. [Dorota Bałuszyńska-Srebro Julia i Miasto]

 

jbr

9 marca 2018 o 21:55

Powiedzmy, że ten temat został wyczerpany.

Wracam do Sokratesa jako myśliciela, bo WE mnie o to poprosiła.

Sięgam na chybił trafił po wypisy z Państwa i Praw, gdzie Sokrates też czynnie uczestniczy w dyskursach, wskrzeszony pośmiertnie przez pamięć swego ucznia, którego po tragicznej śmierci Mistrza na mocy wyroku państwa musiało nurtować zagadnienie sprawiedliwości i niesprawiedliwości w państwie. Nic zatem dziwnego, że Sokrates porusza często ten temat, ale mnie, osobnika w ogromnej mierze aspołecznego, niezbyt te rozważania ciekawią, szczególnie po tym, co PIS zrobił z naszym państwem w ostatnim czasie. Zresztą każdy może sobie te dziełka Platona przeczytać, bo nie są przykute łańcuchami w bibliotece klasztornej znajdującej się na szczycie jakiejś mało dostępnej góry (podobnej do Atos).

Dziełka Platona, bo Sokrates nie zostawił po sobie żadnych pism, więc Platon mógł wkładać w jego usta, co chciał. I robił to niewątpliwie, podpierając się autorytetem Mistrza. Świadectwa na jego temat pozostawione przez Arystofanesa czy Ksenofonta jeszcze bardziej zamazują obraz rzeczywistych poglądów filozoficznych Sokratesa. W każdym razie został obwołany największym obok Platona filozofem starożytnej Grecji. Czy pamiętacie mój apel: szukam uczniów i apologetów? O tym, co wsadził mu w usta Arystofanes, wiadomo z komedii Chmury, wystawionej w Atenach jeszcze za życia Sokratesa, komedii prześmiewczej, ale i oskarżycielskiej, której echa znalazły odbicie w wyroku sądu ludowego, skazującym filozofa na śmierć. A z aforyzmów i sentencji wygłaszanych przez Sokratesa w dialogach platońskich można by zrobić sporą książeczkę. Cha, cha: „Kto skosztował ludzkich wnętrzności, ten musi stać się wilkiem”, albo jakże aktualna u nas: „Despota żyje poza prawem i poza sensem”.

 

p.pani

10 marca 2018 o 11:04

Dzieł sławnych filozofów czytać nie zamierzam, ponieważ posiadam własne mądrości życiowe, jak ów rybak, który powiadał: „W życiu trzeba sobie jakoś radzić”, zawiązując buty dżdżownicą rosówką. Mogłabym podeprzeć się też tym, co pisał w Syzyfowych pracach (dla mnie było prawdziwą "filozofią" przebrnąć przez to dzieło)  Stefan Żeromski).."Nie wszyscy możemy być filozofami, bo któż by świnie pasał", a zatem idę pasać koty, które mordy drą jak to w marcu bywa chichi............





03:55, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 72)

 

Wszystkich książek z zeszytów dawnych lektur, nad którymi dywaguję już od kilku lat, i tak nie omówię, ale są takie, od których nie ucieknę. Na przykład w bibliotece więziennej bardzo bogato prezentowany był Platon (427 – 347 p.n.e), dla mnie przede wszystkim najsłynniejszy uczeń Sokratesa, któremu podobno przyśniło się raz, iż trzymał na kolanach młodego łabędzia. Temu łabędziowi natychmiast wyrosły skrzydła i z prześlicznym śpiewem wzbił się w powietrze. Kiedy nazajutrz przedstawiono mu Platona, Sokrates miał powiedzieć, że tym ptakiem jest właśnie ów młodzian, znany wówczas pod swoim prawdziwym imieniem Arystokles, gdyż to, pod którym go znamy, jest przydomkiem (od grec. platos: szerokość, obszerność, rozległość). 

Ten „szerokoplecy” lub „szerokousty” twórca systemu filozoficznego zwanego idealizmem platońskim nigdy nie był mi bliski, co zrozumiałe, bo jest to filozofia dla bogaczy, a ja nawet jeśli bywałem bogaty w sensie materialnym, to w sensie duchowym ocierałem się ciągle o nędzę, gdyż ogromnej wiedzy nabytej nie umiałem spożytkować na własną korzyść. Dlatego w przeciwieństwie do innych systemów filozoficznych, oczywiście nie wszystkich, które pobudzały mnie do głębszych refleksji, prawdy głoszone przez Platona w dialogach czy listach pozostawiały mnie absolutnie obojętnym. Wypisy z jego dzieł zostały jednak przeze mnie kiedyś sporządzone – jestem ciekaw, jakim okiem obecnie, po tylu latach, na nie spojrzę, a zatem zaczynajmy!

 

Platon Menon. PWN 1959

 

We wstępie napisanym przez Władysława Witwickiego uderzyło mnie niemile tylko jedno: uczestnikiem tej rozmowy był Anytos, syn Antemiona, szewca i grabarza, który na skórach dorobił się znacznego majątku. Ten Anytos był zaciekłym wrogiem „uczonych”, czyli sofistów, co akurat mi nie przeszkadza, ale to on w późniejszym okresie będzie oskarżycielem Sokratesa, który w tej rozmowie też uczestniczył, być może na swoją późniejszą zgubę! Być może, bo nie mam przed sobą tej książki, a w moich zapiskach są tylko luźne cytaty z różnych wypowiedzi uczestników tej rozmowy, w sumie nieliczne i robione jakby na siłę. Reszta wynikła ze streszczenia wstępu oraz posłowia, czyli z opracowania naukowego tego dziełka. Prawdę mówiąc: dzisiaj, o ile ktoś by mnie zmusił do tej lektury, zapewne żadnych zapisków bym nie zrobił, bo historię filozofii mam w głębokim poważaniu!

 

Okrągłość nie jest kształtem, ale pewnym kształtem, ponieważ istnieją i inne kształty. […] Tak samo biel jest pewną barwą. […] Kształt to jest granica bryły. […] Barwa to emanacja kształtów, współmierna wzrokowi i spostrzegania.

Można na te rozważania wybrzydzać, ale u nas dopiero półtora tysiąca lat później, bo w roku 1270, w Księdze henrykowskiej pojawia się pierwsze polskie zdanie, które na polonistyce musieliśmy wykuć na pamięć, co zbyt trudne nie było: Daj, ać ja pobrusze a ty poczywaj (Daj, niech ja pomielę, a ty odpoczywaj). Anonimowa twórczość świecka pojawiła się jeszcze później, dopiero w wieku XV wieku: obyczajowa Satyra na leniwych chłopów, czy w pewnym sensie już jakby filozoficzna rozprawka zatytułowana Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią, której początkowy fragment przytaczam:  

 

Polikarpus, tak wezwany,

Mędrzec wieliki, mistrz wybrany,

Prosił Boga o to prawie,

By uźrzał śmierć w jej postawie.

Gdy się moglił Bogu wiele,

Ostał wszech ludzi w kościele,

Uźrzał człowieka nagiego,

Przyrodzenia niewieściego,

Obraza wieimi skaradego,

Łoktuszą przepasanego.

Chuda, blada, żołte lice

Liści się jako miednica;

Upadł ci jej koniec nosa,

Z oczu płynie krwawa rosa;

Przewiązała głowę chustą,

Jako samojedź krzywousta;

Nie było warg u jej gęby,

Poziewając skrzyta zęby;

Miece oczy zawracając,

Groźną kosę w ręku mając…

 

 


 

 

Widać wyraźnie, że jeszcze wtedy Polacy znacznie lepiej władali mieczem niż gęsim piórem. Nawet jeśli chodzi o nieco wcześniej datowane piśmiennictwo łacińskie, to najstarsze utwory hagiograficzne (np. Żywot Pięciu Braci Męczenników) zostały napisane przez cudzoziemców, a autorem Kroniki polskiej był też Gall Anonim. Wróćmy jednak do Menona, bo póki co należymy jeszcze do Unii Europejskiej. I jej kultury, o czym świadczy choćby wstrząsające opowiadanie Tadeusza Borowskiego U nas, w Auschwitzu – można się z niego również dowiedzieć, jaką wizję świata miał… Platon.

 

Ludzie nie pragną zła, tylko pragną tych rzeczy, które brali za dobre, chociaż one są złe. […] Złego nie chce nikt, jeżeli sam nie chce być taki. […] Wszystko, co dobre, jest pożyteczne. […] Wszystko, co się z duszą wiąże, samo przez się nie jest ani pożyteczne, ani szkodliwe, a dopiero przez dołączenie się rozumu lub głupoty staje się szkodliwe lub pożyteczne.

Nie dziwi mnie, że kilkanaście wieków później franciszkanizm czerpał z idei platońskich całymi garściami, bo prostota życia może się wziąć jedynie z prostoty myślenia. Z dialogów konfucjańskich (taką nazwę nosiły rozważania Konfucjusza) raczej nie czerpali ani św. Franciszek i jego apologeci, ani sam Platon, choć Konfucjusz (551-479 p.n.e.) żył przed nim ponad sto lat wcześniej. Dlaczego więc jego myśl objęła współcześnie swoim zasięgiem jedynie obszar Chin, Japonii, Korei i Wietnamu, a do Europy trafiła znacznie, znacznie później?

Dla mnie to, że Platon nie znał Dialogów konfucjańskich, wydaje się wręcz niewiarygodne. Szlak jedwabny istniał przecież od IV wieku p.n.e., a wtedy Platon mógł jeszcze żyć. Czy tylko jedwab, żelazo i papier sprowadzano z Chin? No tak, ale w roku 213 p.n.e. na rozkaz Qin Shi Huanga, pierwszego cesarza Chin i twórcy pierwszego Wielkiego Muru spalono wszystkie księgi niezgodne z oficjalną ideologią państwową, w tym tzw. Pięcioksiąg konfucjański, więc Platon mógł rzeczywiście nie mieć pojęcia o istnieniu „Mistrza Konga”, mimo iż zbieżność bardzo wielu ich poglądów jest zdumiewająca.

Poglądów, ale nie sposobu ich przedstawiania, bo Grecy lubowali się w retorycznych popisach. Nawet Sokrates, filozof tak mi bliski (myślę, że w znacznej mierze z powodu tragedii, którą przeżył na stare lata, gdy głupi mędrkowie pokroju Anytosa zmusili go do popełnienia samobójstwa), ten sam, który głosił: „Natura dała nam dwoje oczu, dwoje uszu, ale tylko jeden język po to, abyśmy więcej patrzyli i słuchali, niż mówili”, w dialogach platońskich gada często, być może z powodu nadmiaru wypitego wina, jak nawiedzony, a w poniższym przykładzie zachowuje się wręcz jak erotoman-gawędziarz. A może przewidział, że opublikuję to w Dniu Kobiet?

On się do piękności nie modli oczyma, ale rozkoszy oddany okrakiem się na nią pcha, jak czworonożne zwierzę, i brać ją chce; a butą uniesiony, nie boi się i nie wstydzi szukać rozkoszy nawet przeciw naturze. Ale ten, który świeżo przeszedł święcenia, a wiele tam, na tamtym świecie widział, kiedy zobaczy twarz jakąś lub postać do bogów podobną, która piękność dobrze naśladuje, to naprzód dreszcz po nim chodzi, coś z owych lęków tam wtedy. A potem patrzy na nią, modląc się oczyma jak przed ołtarzem bóstwa i gdyby się nie bał, że go za kompletnego wariata wezmą, kładłby jak przed posągiem, jak przed bogiem samym, ofiary u stóp kochanka. Zobaczył go, a oto po pierwszym dreszczu odmiana. Pot go oblewa i gorącość go ogarnia niezwyczajna. Bo oto weszły weń przez oczy promienie piękna i rozgrzały w nim soki odżywcze dla piór. A gdy się soki ogrzeją, zaczyna tajać twarda powłoka, w której od dawna zarodki piór zamknięte tkwiły, a kiełkować nie mogły. Kiedy teraz pokarm napływa, zaczynają pęcznieć i od korzonków rosnąć trzony piór po całej duszy, bo cała była niegdyś w piórach. Więc kipi w niej teraz wszystko i wytryska, i tak, jak ten, któremu zęby wyrastają, jakieś ma swędzenia i ból w dziąsłach, tak samo czuje się dusza człowieka, który zaczął pióra puszczać. Coś w niej kipi i coś się burzy, i boli, i łechce, kiedy pióra rosną. I tylko kiedy na piękność kochanka patrzy i bierze w siebie cząstki, które z niego promieniami idą, a nazywają się urokiem, natenczas się rozpływa i rozgrzewa, przestaje się męczyć i napełnia się radością. Ale gdy się oddali, przeschnie, zsychają się, krzepną i zatykają ujścia, którymi pióra wychodzić miały, i zarodki piór pozamykane w swoich torebkach, a skropione urokiem, tłuc się zaczynają na podobieństwo tętnic i wciskać ostrzami w ujścia swoich komór, tak że dusza ze wszech stron tysiącem żądeł dźgana wścieka się i cierpi. A kiedy sobie przypomni to, co piękne, raduje się. Miesza się w niej radość i wściekłość, i stąd jej rozpacz; dziwnie głupi stan wewnętrzny: człowiek nie wie, co się z nim dzieje, i jest wściekły. Chodzi jak wariat i ani w nocy spać, ani w dzień sobie miejsca znaleźć nie może. Tęskni i goni tam, gdzie się spodziewa zobaczyć tego, co ma piękność.

W Dialogach konfucjańskich, rymowanych, żeby słuchający łatwiej mogli je zapamiętać, rządzi dalekowschodnia powściągliwość, której obce jest emocjonalne rozedrganie myśli:

 

1.6 子曰:「弟子入則孝,出則弟,謹而信,

汎愛眾,而親仁。行有餘力,則以學文。」

 

KONFUCJUSZ

W domu młodzieniec ojcu w pas się kłania,

W mieście śle starszym wyrazy uznania.

Jest skrupulatny i wierny, i szczery.

Ludziom życzliwy, zna dobre maniery.

A w wolnym czasie, jeśli sił nie braknie,

Nad książką siedzi, gdyż mądrości łaknie.

 

1.8 子曰:「君子不重則不威,學則不固。

主忠信,無友不如己者,過則勿憚改。」

 

KONFUCJUSZ

Ten, kto się waha, traci poważanie,

Nic mu z nauki w głowie nie zostanie.

Wiernym i ufnym bądź w każdym sposobie,

Przyjaciół szukaj wśród podobnych sobie.

Gdy błąd popełnisz, nie drżyj z tego względu

I nigdy nie bój się naprawić błędu.   

 

 

          

 



Pogrzeby obu mędrców były świetne. Platona pochowano w stworzonej przez niego ateńskiej Akademii, umieszczając na grobie taki m.in. napis:

 

Mądrością i dobrym obyczajem nad śmiertelnych

Wzniósł się ten, kto tu leży, boski Aristona syn.

Jeżeli ktoś wśród ludzi największej mądrości zdobył chwałę,

To on chwałę taką zdobył, zawiści niedosiężną.

 

Pozostawił po sobie wielu uczniów. Najbardziej znanym z nich był Arystoteles, który po śmierci Platona założył w Atenach własną szkołę – Lykeion. Nic dziwnego, gdyż poglądy, które już w Akademii zaczął pokątnie głosić, używając zresztą języka całkowicie innego od tego, jakim posługiwał się jego Mistrz, nie poetyckiego, lecz naukowego, różniły się od platońskich właściwie we wszystkich aspektach. Dla Platona, który odwrócił się od świata dostępnego zmysłom, najważniejsze były wieczne formy czy idee, a dla niego liczyło się jedynie to, co można było zweryfikować naukowo, dzięki badaniu procesów zachodzących w przyrodzie, czyli suche fakty.

Sławna platońska jaskinia w VII księdze Państwa, zamieszkała przez ludzi zakutych w kajdany, którzy przebywają w niej od dziecięcych lat, widząc jedynie na skalnej ścianie cienie, będące odbiciami bytów idealnych, do których ci biedacy nie mieli dostępu, gdyż – chciałoby się złośliwie rzec – nie byli słuchaczami Akademii i nie mogli Mistrza nigdy posłuchać na żywo. A jeśli coś z Jego nauk do nich docierało, to jedynie w postaci dziwnych, nieznanych dźwięków, zniekształconego echa rozmów, których treść pozostała im obca. Możemy się domyślić, że chodziło o dialogi platońskie!

 

 


 

 

Co by zrobił w tej sytuacji Arystoteles? Po prostu wszedłby do tej jaskini z kagankiem i nie mając w mózgu wizji nieszczęsnych ludzi zakutych w kajdany, dostrzegłby na ścianach jedynie cienie zwisających lub przelatujących nietoperzy. A gdyby zaszła taka potrzeba, wszedłby tam nawet na czworakach, bo w taki sposób obserwował ryby i żaby, anemony i maki. Każda z jaskiń posiada przecież swoją charakterystyczną biocenozę (grec. bios życie i koinós wspólny) – zespół populacji organizmów roślinnych, zwierzęcych i mikroorganizmów danego środowiska. Ale o tym mógł wiedzieć tylko Arystoteles, syn poważnego lekarza, czyli w owym czasie uczonego-przyrodnika, a nie Platon, który pochodził z ateńskiego rodu królewskiego ze strony ojca, ale przodka matki też nie musiał się wstydzić, gdyż był nim sam Solon, mąż stanu i prawodawca, przede wszystkim jednak uznany poeta!

Można by jeszcze dodać, bo dla mnie jest to ironią losu, że Arystotelesa wynieśli ojcowie Kościoła na ołtarze, a Akademia została zlikwidowana przez cesarza bizantyjskiego Justyniana I Wielkiego w ramach zwalczania pozostałości pogańskich, mimo iż ten nietolerancyjny, próżny władca decydował na zwoływanych przez siebie synodach o wielu dogmatach obowiązujących w chrześcijaństwie do dzisiaj, które oderwanymi od rzeczywistości ideami platońskimi można było znacznie lepiej podeprzeć, niż ściśle naukowymi wywodami mędrca ze Stagiry, opartymi na rozumowaniu  dedukcyjno-indukcyjnym i, o zgrozo, z ostateczną weryfikacją teorii poprzez konfrontację z faktami wniosków z niej wynikających!

Podobno niedawno udało się odkryć grób Arystotelesa w Stagirze. Po platońskiej Akademii w Atenach pozostały tylko fundamenty, kości Platona dawno zwietrzały i rozsypały się w proch. A jak przedstawia się sprawa z Konfucjuszem? Pochowany został w Qufu, gdzie do dzisiaj znajduje się jego grób. To, że niektóre źródła konfucjańskie wyolbrzymiają liczbę jego uczniów, jest zrozumiałe. Zamiast rzekomych 3000 było ich zapewne znacznie mniej, ale legenda, że uczniowie opłakiwali go przez trzy lata, a najwierniejszy z nich, Zigong, spędził na grobie Mistrza sześć lat, powtarzając jak mantrę: „Od początku ludzkości aż do dziś nie było człowieka równego Konfucjuszowi”, może być z grubsza prawdziwa, mimo iż on sam nie chciał być przedmiotem kultu.

Dodajmy: religijnego, bo nie mógł przecież zabronić ponad siedemdziesięciu swoim uczniom kultywowania tego, co składa się na tzw. „klasykę konfucjańską”, do której należy również moja ulubiona Księga Przemian, zwana też przez polskich wydawców Księgą Wróżb, Yijing (I Ching). W przeciwieństwie do innych Ksiąg Konfucjańskich ta nie została spalona na rozkaz pierwszego cesarza Chin, gdyż jego minister zaliczył ją do podręczników wiedzy praktycznej. Był to bardzo mądry minister, ale skazując na zagładę inne dzieła Konfucjusza (zostały one na szczęście odtworzone później z pamięci przez mędrców-konfucjanistów) nie przewidział, że w II wieku n.e. konfucjanizm zostanie uznany w Chinach za ideologię państwową, a twórcę tych filozoficznie dość prostych nauk uhonorują tytułem Największego Mędrca-Nauczyciela, czy nawet Pierwszego Świętego, za czym szedł dekret cesarski nakazujący wybudowanie świątyń ku czci filozofa w każdym mieście-siedzibie władz okręgu!

 

 


 

 

Niektórzy badacze twierdzą, że osobiście niczego nie napisał, co jest zupełnie możliwe. Ach, ileż słów, których nigdy nie wypowiedzieli, wtłoczono w usta wielkich proroków, ach, ileż słów sam wtłoczyłem w usta niektórych autorów książek, przy których majstrowałem!. Platonowi jego uczniowie i apologeci też sporo słów wtłoczyli, dzięki czemu powstał neoplatonizm etc., etc. Niestety, w moim przypadku, a nie ukrywam, że uważam się za mędrca nad mędrcami, jest pewien szkopuł nie do przezwyciężenia przy ewentualnej próbie proklamowania mnie Wielkim, Najdoskonalszym, Najprzenikliwszym, Najcnotliwszym Nauczycielem Narodu – nie mam uczniów ani apologetów, dlatego pozostanę na zawsze jakimś tam pisarzem i jakimś tam wydawcą. Amen.

 

 

Inne dzieła Platona, które wtedy przeczytałem:

Państwo z dodaniem siedmiu ksiąg Praw (t. I i II). PWN 1958

Eutyfron. Obrona Sokratesa. Kriton. PWN 1958

Fedon. PWN 1958

Fajdros. PWN 1958

Teajtet. PWN 1959

 

 

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl



 

 

 

 

16:07, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lutego 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 71)

 

Ruth Benedict Wzory kultury. PWN 1966

 

Przypadek sprawił, że Claude Lévi-Strauss został antropologiem kultury. I chyba jeszcze większy przypadek doprowadził Ruth Benedict (1887-1948) do zajęcia się tą samą dziedziną wiedzy. Oboje prowadzili mniej więcej w tym samym czasie badania terenowe wśród plemion indiańskich, ale na dwu różnych kontynentach, połączonych jednak ze sobą Przesmykiem Panamskim: on w Ameryce Południowej, a ona w Ameryce Północnej. Wzory kultury ukazały się dwadzieścia jeden lat wcześniej od Smutku tropików, bo w roku 1934, stanowiąc jeden z głównych elementów kanonu lektur nie tylko dla przyszłych antropologów amerykańskich, bo zostały przetłumaczone na czternaście języków i wielokrotnie je wznawiano, u nas też.

A pomyśleć, że stokroć bardziej wolała zostać uznaną poetką. Niestety wydawnictwa nie podzielały jej pasji rymotwórczej – odrzucały wszystkie maszynopisy, jakie do nich wysyłała pod najbardziej wyszukanymi pseudonimami, bo może jej imię, a przede wszystkim  panieńskie nazwisko im się nie podobało? Fulton kojarzy się do dzisiaj w Ameryce przede wszystkim z Robertem Fultonem (1765-1815), który studiował w młodości malarstwo w Londynie, więc miał duszę artystyczną, ale jeśli na aukcjach dzieł sztuki w USA pojawiają się jakieś jego czarno-białe lub kolorowe miniaturki z okresu studiów i znajdują nabywców, to dzieje się tak wyłącznie z tej racji, że zasłynął później jako inżynier-konstruktor najpierw pierwszego okrętu podwodnego napędzanego ręcznie za pomocą śruby, a następnie pierwszego parowego statku pasażerskiego oraz pierwszego okrętu wojennego o napędzie parowym.

Jeśli chodzi o okręt podwodny, zbudowany na zlecenie Napoleona, to według niektórych źródeł Fulton w znacznej mierze posłużył się przy jego budowie rysunkowym projektem polskiego lekarza Jakuba Hoffmanna, który chciał użyć łodzi podwodnej do… uwolnienia z niewoli rosyjskiej Tadeusza Kościuszki! Ten polski wątek pojawia się jednak nie tylko przy tym Nautilusie. Okazało się, że w rękopiśmiennej wersji fantastyczno-naukowej powieści Juliusza Verne’a Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej podróży, w którą wgłębiałem się kiedyś z zapartym tchem wraz z milionami moich rówieśników, tajemniczy kapitan Nemo był Polakiem, powstańcem styczniowym zesłanym na Syberię. A po powrocie z zesłania pragnącym pomścić – przez zatapianie rosyjskich statków – śmierć członków swojej rodziny na skutek represji po powstaniu styczniowym. Z tych pisarskich planów, zmienionych na skutek interwencji wydawcy, który nie chciał zadrażnień z Rosją, pozostał w kajucie kapitana portret Tadeusza Kościuszki! Na poniższych ilustracjach: Nautilus rzeczywisty Roberta Fultona i  powieściowy Juliusza Verne’a.

 

Nautilus-Fulton-732x467

 20 000 mil podmorskiej podróży

 

W świecie fantasy nie mogą dziwić fantastyczne skojarzenia, tym razem z udziałem wątku rosyjskiego: czy Ruth Benedict i Piotr Czajkowski, o którym niedawno wspominałem, mogli mieć z sobą jeszcze coś wspólnego? Jeszcze, bo antropologia zajmuje się m.in. tym, czym zajmowali się oni zawodowo, czyli i badaniami naukowymi, i twórczością kompozytorską. Innymi aspektami życia człowieka, które mają go niby wyróżniać spośród istot żywych, też. Niby, bo ptaki potrafią komponować piękne melodie, a niektóre z nich posiadają umiejętność rozróżniania czystych i fałszywych tonów w muzyce skomponowanej przez ludzi. A badaniami naukowymi zajmują się przynajmniej te zwierzęta, które nie zatraciły instynktu samozachowawczego, bo co byłoby, gdyby np. surykatki nie potrafiły przewidzieć nadchodzącej suszy i nie zrobiły wcześniej zapasów dzikich melonów, wilgotnych korzonków i bulw? Ale w przypadku Ruth Benedict i Piotra Czajkowskiego nie o to mi przecież chodzi!

Piotr ożenił się ze swoją zbzikowaną fanką będąc zdeklarowanym homoseksualistą, więc to małżeństwo było bardziej niż nieudane, a jego orientacja seksualna doprowadziła go do przedwczesnej, wymuszonej śmierci samobójczej. Ruth, cierpiąc tak jak on na depresję i żyjąc w poczuciu dojmującego osamotnienia, wyszła za mąż za Stanleya Benedicta, biochemika, a więc też za człowieka z gruntu rzeczy bardzo jej duchowo obcego. Podobno była na początku w nim zakochana, ale mój Boże – o miłosnych złudzeniach mógłbym napisać tysiącstronicową dysertację co najmniej doktorską!

Ten nieudany mariaż zakończył się rozwodem po ośmiu latach, czyli po stażu małżeńskim dwukrotnie dłuższym niż w przypadku Piotra Czajkowskiego (tam ten staż był zresztą tylko pro forma), ale Adam Hanuszkiewicz twierdził, że kobiety znaczniej bardziej wiążą się z domem (mieszkaniem) niż ze swoimi partnerami życiowymi. Wkrótce potem Ruth prowadziła w roku 1922 swój pierwszy wykład antropologiczny i od pierwszego wejrzenia zakochała się w jednej ze studentek, Margaret Mead, która za jej namową zmieniła specjalizację z psychologii na antropologię. Wspólnie stworzyły duet nie tylko miłosny, bo wspierając się w pracach badawczych zostały najsłynniejszymi antropolożkami swoich czasów. I tak było nawet po śmierci Ruth, która w wieku 61 lat zmarła na atak serca – Margaret Mead nadzorowała prowadzone przez przyjaciółkę projekty badawcze, sprawiając, że zostały zakończone, i ocaliła przed zapomnieniem wszystkie jej zapiski. Na poniższym zdjęciu widać wyraźnie, że Margaret (z lewej) pełniła w tym związku rolę dominującą (męską).


meadbenedict

 

W którym roku zmarła Ruth? W 1948, gdy Claude Lévi-Strauss obronił na Sorbonie pracę doktorską. Ruth była uczennicą i kontynuatorką dzieła największego amerykańskiego antropologa kulturalnego, Franza Boasa, który tak jak i ona zmarł na zawał serca sześć lat przed nią – w trakcie obiadu z… Claude Lévi-Straussem. CL-S nie był wprawdzie jego uczniem, ale też sporo mu zawdzięczał. Poszedł jednak własną drogą w antropologii, strukturalną, traktując swoje spostrzeżenia badawcze w przeważającej mierze po pisarsku, ale Ruth Benedict też przecież wyszła od literatury i pozostała jej wierna w swoich pracach badawczych do końca. Czy nie dlatego tak wielkie wywarli na mnie wrażenie? Koszmarnego języka naukowego, nasyconego fachowymi terminami, nigdy strawić nie mogłem.

Na początku Bóg dał każdemu ludowi po glinianym kubku, aby pił z niego wodę życia. To przysłowie indiańskie jest mottem do Wzorów kultury, ale stwierdzenie: „Każdy człowiek nie patrzy nigdy na świat absolutnie czystym okiem. Odbiera go za pośrednictwem określonego zespołu zwyczajów, instytucji i sposobów myślenia” mogło wyjść jedynie z ust kogoś, kto te zależności badał. Ruth Benedict powinna jednak dodać, że są ludzie, nieliczni, to fakt (w społecznościach indiańskich też tacy byli, w innym razie szamani nie musieliby spełniać również roli lekarzy „chorych dusz”), którzy patrzą na świat absolutnie czystym okiem, po odrzuceniu wszystkiego, co to widzenie paczy, zabrudza.

Żyją wprawdzie na marginesie każdej społeczności, ale są niezwykle ważni dla jej prawidłowego funkcjonowania (tak jak złodzieje, bandyci, a nawet seryjni mordercy). Czy społeczności mrówek też? Możliwe, ale najważniejsza jest tam jednak królowa: „Królowa mrówek, przeniesiona do samotnego gniazda, odtworzy każdą fazę zachowania seksualnego, każdy szczegół życia zorganizowanego mrowiska”. Królowa Bona, w podobnej sytuacji, z takimi cechami swego charakteru, jak intryganctwo, chciwość, przekupstwo czy trucicielstwo, mogłaby jedynie doprowadzić do własnej zguby. Nie przywołujmy jednak dla celów porównawczych węża Uroborosa gryzącego swój własny ogon, gdyż w jego przypadku mamy do czynienia z czymś całkowicie odwrotnym: z symboliką odnawiania się świata i światów, śmierci i odrodzenia, czyli z prawdziwą, a nie wydumaną wiecznością, którą symbolizuje królowa mrówek też!


uroboros

 

„Kultura nie jest kompleksem zjawisk przekazywanym biologicznie”. Absolutnie bym się z takim uogólnieniem nie zgodził, pani Ruth! Bo nawet jeśli pod tym terminem kryje się całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa, utożsamiany z cywilizacją (wzorami postępowania charakterystycznymi dla danego społeczeństwa), to obok tego, co w zachowaniu ludzkim jest wyuczone, mamy przecież do czynienia również z tym, co jest BIOLOGICZNIE ODZIEDZICZONE (w innym razie królowa mrówek latałaby w pustym gnieździe jak Żyd po pustym sklepie). „Rozwój inteligencji doprowadzi do tego, że człowiek zniszczy sam siebie”. Kolejne uogólnienie, a diabeł tkwi w szczegółach. Rodzajów inteligencji jest mnóstwo – nie każda jest niszcząca! Słyszała Pani o inteligencji twórczej? Czy naturalnej (obok sztucznej)?

„Moglibyśmy przypuszczać, że na przykład zabójstwo wszystkie ludy zgodnie potępią. Tymczasem można zabić dwoje swoich pierwszych dzieci, o ile tak każe zwyczaj; mąż ma prawo decydować o życiu i śmierci żony; obowiązkiem dziecka jest zabić rodziców, zanim zagrozi im starość. Może istnieć zwyczaj zabijania złodziei drobiu, tych, którym wyrosną najpierw górne zęby, lub tych, którzy urodzili się w środę”. Sprawdzam szybciutko w kalendarzu stuletnim: urodziłem się, uff, w czwartek, moja córka Asia w niedzielę (dziwne tylko, że nie ma dwóch lewych rąk), młodsza Bogna w poniedziałek, a Bogusz… w środę, ale na szczęście w oświeconym Duchem Świętym plemieniu, które nie dopuszcza do zabijania nie tylko potwornie kalekich dzieci jeszcze nienarodzonych, ale nawet plemników, ścieranych brudną szmatą z podłóg i spłukiwanych do zlewu po zbrodniczym akcie samogwałtu!

Kultura wraz z jej różnorodnymi odmianami (wzorami) jest dla pani Benedict tym samym procesem, w którego wyniku kształtuje się styl w sztuce (wszyscy antropologowie krążą wokół sztuki, gdyż jest wykwitem, najdoskonalszym wyrazem kultury): „Architektura gotycka, której początek stanowiło nic więcej niż upodobanie do wysokości i światła, stała się dzięki działaniu tego samego kanonu smaku, który rozwinął się w ramach jej techniki, niepowtarzalną i jednorodną sztuką XII stulecia.[…] Nie było tam ani świadomego wyboru, ani celu. Zrazu była tylko lekka skłonność przejawiająca się w lokalnych formach i technikach, która wyrażała się z coraz większą siłą, scalała się w coraz bardziej określone wzory i w wyniku dała sztukę gotycką”. Patrz: opis fasady zachodniej gotyckiej katedry w L'Épine we Francji.


katedra gotycka

 

Świadomego wyboru w sensie architektonicznym rzeczywiście na samym początku być nie mogło, bo trzeba było te strzeliste formy dopiero stworzyć, ale cel był absolutnie świadomy: pragnienie wzniesienia się ku Bogu było wtedy naprawdę ogromne (wyprawy krzyżowe i rodzący się mistycyzm chrześcijański tę tendencję jeszcze pogłębiały); człowiek wchodzący do katedry gotyckiej musiał mimowolnie skierować wzrok ku górze, bo tak została zaprojektowana i wykończona – z dbałością o każdy szczegół nawet dla ludzi absolutnie niewidoczny, bo nad tym wszystkim czuwało Oko Opatrzności.

Budowniczowie tych ogromnych katedr nie byli zwykłymi rzemieślnikami, lecz wolnymi mularzami, czyli wolnymi murarzami. Po zdobyciu ogromnej wiedzy murarskiej to oni decydowali wraz z architektami, którym częstokroć metodą prób i błędów też się udało wiedzę architektoniczną wręcz niesamowitą posiąść, gdzie i dla kogo będą wznosili budowle sięgające niebotycznych wysokości. I nikt nie śmiał im rozkazywać. Stopniowo stworzyli potężną kastę, chociaż sami woleli żyć w cieniu, dlatego nikt nie wie, jaką rolę pełnili znacznie później, bo przy końcu XVII wieku, w tajnym ruchu społecznym zwanym wolnomularstwem lub masonerią (mason = cegła). Ich insygnia: cyrkiel i węgielnica były również symbolami budowania, ale moralnego. Wśród przedstawicieli duchowieństwa, bogatego mieszczaństwa i arystokracji (król Stanisław August Poniatowskim też był masonem), którzy w lożach wolnomularskich zasiadali, udało się wyodrębnić nazwiska zaledwie dwóch budowniczych katedr.


loża masońska

 

„Psychologowie wykazali, że w nawet najprostszej percepcji zmysłowej analiza odrębnych elementów doświadczenia nie może wyjaśnić pełnego doświadczenia”. To jasne jak słońce, pani Ruth: analiza odrębnych elementów, z których się składam, nie może wyjaśnić całościowego fenomenu zwanego Januszem Bogdanem Roszkowskim. Broń Boże, nie cierpię na manię wielkości – po prostu gdzieś wyczytałem, że człowiek jest albo fenomenem, albo schematem. Wszyscy, którzy mnie znają, zakrzykną jednym głosem, że schematem na pewno nie jestem. A jeśli, tak jak ja to kiedyś uczyniłem, przeczytali wszystkie dzieła Friedricha Nietzschego, wielkiego filozofa niemieckiego, o którym sporo napisałem w książce, której prawie nikt nie zna, to niewątpliwie potwierdzą, że jestem dionizyjczykiem, bo zawsze dążyłem do „zniweczenia powinności i wynikających z nich ograniczeń egzystencji”.

Starałem się również uciec przed ograniczeniami, które nakładały na mnie własne pięć zmysłów, by uzyskać doświadczenia innego rzędu. Obecnie nie mam już takich możliwości, lub nie chcę mieć, bo przecież w stan upojenia alkoholowego mógłbym się wprawiać codziennie, aż do całkowitej zatraty, tak jak to uczynił w swoim czasie mój przyjaciel-dramaturg Irek Iredyński. Niewątpliwie szukał w tym jakichś szczególnych emocji, być może wierząc za Blake’em, że „droga ekscesu prowadzi do pałacu mądrości”, ale czy nie można ich znaleźć w innych stanach, nawet medytacyjnych? Wyciszenie złych emocji jest bowiem sztuką znacznie trudniejszą, niż folgowanie im poprzez pijaństwo i seksualne rozpasanie, bo to było istotą dionizyjskich misteriów w starożytnym Rzymie (poniżej obraz Nicolasa Poussina Bachanalia pod statuą Pana).


bachanalia

 

Tym, którzy na widok tego malowidła żałują, że w tych naszych smutnych czasach o takich zbiorowych pijatykach i orgiach seksualnych można tylko marzyć, przypominam, że w latach 186-181 p.n.e w Republice Rzymskiej na rozkaz konsulów zabito tysiące czcicieli Bachusa, boga wina i ekstatycznego szału, w większości… kobiet, bo siepacze-mężczyźni oszczędzili zapewne wielu swoich krewnych i znajomych. Los tych kobiet był straszny, bo zgodnie z obyczajem mieli je zabijać najbliżsi krewni, względnie kaci opłacani przez państwo, jeśli ojcowie czy bracia nie chcieli się podjąć tego makabrycznego zadania.

A mężowie? Hm, historyk Liwiusz, który opisuje to dosyć ogólnie, być może wolał z powodu zażenowania nie wyszczególniać nie tylko wieku ofiar owego strasznego terroru państwowego, ale także ich stanu cywilnego. Bo gdyby to były wyłącznie młode kobiety, które jeszcze nie zdążyły zostać matronami – statecznymi, dostojnymi starszymi kobietami (wyśmiewanymi u nas przez Boya) – to pal licho. Niestety, wśród owych nieszczęsnych niewiast, którym nadmiar wypitego wina rozwiązywał nie tylko języki, bo subligaculum, przepaskę na biodrach też, były również matrony rzymskie: kobiety zamężne, szanowane i obarczone widocznie niezbyt dla nich miłym obowiązkiem zachowania czystości obyczajów. Jestem pewny, że gdyby historykiem opisującym tamte wydarzenia była kobieta, to niedolę rzymskich niewiast określiłaby mianem rzeź niewiniątek (etatowe komentatorki moich postów na pewno temu sformułowaniu przyklasną).

To była oczywiście wariacja na temat kilku słów wypowiedzianych przez Ruth Benedict. Co jeszcze jest warte uwagi w moich zapiskach z jej książki? „Proroków zabijano z powodu różnych nazwań takich samych rzeczy”. Albo: „Okazało się, że nie ma uczciwych lub nieuczciwych ludzi, istnieją tylko uczciwe lub nieuczciwe sytuacje”. Spostrzeżenia ciekawe i słuszne, więc nie ma sensu ich komentować. Na samym końcu wypisałem coś, co w jakiś sposób odnosiło się wówczas i do mnie (już wcześniej napomknąłem o tych, którzy żyją na marginesie każdej społeczności, ale tu jest to bardziej doprecyzowane): Ludzie, którzy w danym społeczeństwie są nieprzystawalni, to raczej nie ci, którzy posiadają jakieś stałe cechy ‘anormalne’, lecz ci, których reakcje nie znajdują poparcia w ustalonych zwyczajach ich kultury. Słabość tych odbiegających od normy ludzi jest w dużej mierze iluzoryczna. Nie wynika z braku koniecznej żywotności, lecz z tego, że są to jednostki, których wrodzonych reakcji społeczeństwo nie uznaje. Ludzie ci są, jak to określił Sapir, „wyobcowani w świecie nie do przyjęcia”.


Wyobcowany

-----------

 

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:13, jbroszkowski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 lutego 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 70)

 

H. J. Eysenck Sens i nonsens w psychologii. PWN 1965

 

Właściwie miałem z wypisów do tej książki wykroić tylko komentarz do postu z odcinka 66, ale kiedy zacząłem pisać, to okazało się, że pióro niesie mnie, niesie. Wierzę, że ta łatwość pisania bierze się z jasności myślenia i dopóki moi czytelnicy nie zakrzykną, że pora zamilknąć, by wstydu sobie oszczędzić, dopóty będę kontynuował pracę nad zeszytami dawnych lektur, o planach pisarskich na przyszłość na razie nie wspominając, bo nie chcę zapeszyć.

Hans Jürgen Eysenck (1916-1997), wybitny angielski psycholog pochodzenia niemieckiego (wiadomo, dlaczego musiał uciekać w roku 1934 z nazistowskich Niemiec), prowadzący również badania z zakresu grafologii, astrologii i parapsychologii, pisze: „Nasza wiedza o świecie fizycznym znacznie wyprzedziła wiedzę o człowieku. […] Niestety, fakty dowodzą, że nie wszyscy ludzie rodzą się sobie równi (dziedziczność)”. To przecież truizm! Dlaczego „niestety”? Wyobraźmy sobie świat pełen geniuszów – geniusz na geniuszu, na geniusz geniusz, a za tym geniuszem siedzi… oczywiście geniusz! Gdyby nie było ludzi normalnych (przeciętnych), to by ci geniusze niczego nie stworzyli, bo zdechliby z głodu, utonęli we własnych nieczystościach itp. Napisałby taki genialną książkę, namalowałby genialny obraz, skomponowałby genialną muzykę i co? Inni geniusze mieliby to gdzieś! Każdy z nich chciałby, żeby to ich dzieło podziwiano – a inni geniusze mieliby je gdzieś!

Niestety geniusze potrafią nawet z ludzi normalnych uczynić nienormalnych! Na przykład Martin Cooper, autor patentu nr 3906166, zarejestrowanego 17.10.1973, twórca mobilnego telefonu (ja nie mógłbym go stworzyć, bo nie oglądam jak on seriali science-fiction, więc nie zainspirowałby mnie Kapitan Kirk rozmawiający w Star Treku przez swój komunikator). Geniusz niewątpliwy, a czy wariat (kiedyś uważano, że geniusz musi być napiętnowany szaleństwem)? Raczej nie, ale z milionów użytkowników telefonii komórkowej uczynił niewątpliwie wariatów!


 

martin-cooper

 

Następnie Eysenck pisze o zaletach hipnozy i o swoich osiągnięciach w tym zakresie, jakby ubolewając, że są ludzie absolutnie niepodatni na hipnozę (bardzo podatnych jest 25%, a absolutnie niepodatnych aż 20%) wśród tych, którzy takiemu zabiegowi się poddali. Objaśnia się to tak: „Im głębsze są zaburzenia nerwicowe u danej osoby, tym trudniej wprowadzić ją w stan hipnozy. Im silniejszy jest lęk (m.in. nieuświadamiany) przed kontaktami społecznymi, im większy jest niedostatek pewności siebie i obaw przed zależnością, im gorsze przystosowanie, tym mniejsza jest podatność na hipnozę”.

Oczywiście ci, którzy prowadzą gabinety hipnozy i hipnoterapii temu zaprzeczają. Twierdzą, że wystarczy tylko chcieć, aby wejść w stan snu hipnotycznego, co jest zwyczajną brednią. Gdybym poszedł jako pacjent do ich gabinetów i poddał się nawet kilku sesjom, to poza popierdywaniem z wysiłku nic by nie uzyskali, mimo iż naprawdę chciałbym, żeby im się to udało. Wprawdzie Eysenck pisze, że jedni zapadają w głęboki trans po trzydziestu sekundach, a inni potrzebują aż trzystu godzin pracy hipnotyzera, żeby taki stan osiągnąć, mnie się jednak wydaje, że w moim przypadku trzeba by na to trzystu lat.

Mówię to na podstawie kilku moich wizyt przed dwudziestu laty u renomowanych hipnotyzerów warszawskich (bez wymieniania nazwisk, bo nie chodzi o to, żeby uważano ich za szarlatanów). Po prostu jestem niepodatny nie tylko na hipnozę, bo kiedy byłem uczestnikiem seansów spirytystycznych, to prowadzący te seanse kazali mi natychmiast opuścić salę, ponieważ sama moja obecność nie pozwalała duchom czy demonom na ujawnienie się, tak jakby obawiali się konkurencji!

A skąd się wzięło moje zainteresowanie hipnozą? Otóż gdzieś wyczytałem, że wielki kompozytor rosyjski Piotr Czajkowski w okresie ciężkiej depresji związanej z niemocą twórczą poddał się hipnozie, po czym napisał swoje najlepsze dzieła. Ha, ileż mógłby ich jeszcze stworzyć, gdyby nie jego przedwczesna śmierć? Zmarł bowiem w wieku zaledwie 53 lat, rzekomo na cholerę, a okazało się, że powodem jego śmierci było „wymuszone przez sąd honorowy samobójstwo”, artysta zapałał bowiem zgubną namiętnością do… młodego arystokraty, hrabiego Stenboka-Farmera.

Stryj hrabiego, który ten romans odkrył, bliski przyjaciel cara, dał artyście ultimatum: albo odejdzie w sławie, albo – po ujawnieniu jego orientacji seksualnej – będzie żył w niesławie. Zwołany pośpiesznie sąd honorowy, złożony z najbliższych przyjaciół kompozytora, przekonał go, po ośmiogodzinnym praniu mózgu, że najlepszym dla niego wyjściem będzie samobójstwo. I Piotr Czajkowski zgodził się z tą decyzją. Prawdopodobnie zażył truciznę. Zapewne czuł, że drugiego Jeziora łabędziego już nie skomponuje, a nie chciał dziewcząt-łabędzi odzierać ze złudzeń, że piękny książę Zygfryd – który rzekomo zakochuje się od pierwszego wejrzenia w ich księżniczce Odetcie, a następnie niby omyłkowo przysięga wieczną miłość tym razem Odylii, córce czarnoksiężnika Rotbarta, by w końcu na niby rzucić się ze skały w ślad za zrozpaczoną Odettą, która czuje, że tylko śmierć może ich połączyć – jest w istocie zdeklarowanym gejem, od dawna współżyjącym płciowo ze swoim scenicznym przyjacielem Benno, względnie, o zgrozo, z czarnoksiężnikiem Rotbartem, dostającym mdłości na widok roznegliżowanych łabędzic, nic więc dziwnego, iż utopiłyby go chętnie nawet w przysłowiowej łyżce wody!

 

Jezioro łabędzie

 

Wśród tancerzy baletowych odmienna orientacja seksualna jest prawie normą, u tancerek zresztą też. I nie ma na to wpływu „żaden magnetyzm zwierzęcy”, mogący u ludzi nieobeznanych z historią hipnozy kojarzyć się ze zwierzęcą chucią, choć w istocie wszystkie orientacje seksualne, od wyłącznego heteroseksualizmu do wyłącznego homoseksualizmu, są efektem wielu czynników, „wśród których znaczącą rolę odgrywają uwarunkowania biologiczne”. To jest opinia nie badaczy ze zgniłego Zachodu, lecz Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Psychologicznego (widocznie jeszcze nie narzucono im z urzędu prezesów w postaci prof. prof. Krystyny Pawłowicz czy Bogdana Chazana) z takim oto wnioskiem końcowym: „Orientacja seksualna nie podlega możliwości dowolnego kształtowania zgodnie z kulturowo-społecznymi oczekiwaniami, nie jest kwestią wyboru lub mody”. W pewnych przypadkach jest, o czym świadczą badania ankietowe przeprowadzone w środowiskach „kochających inaczej”.

Na pewno nie miało to miejsca w przypadku Piotra Czajkowskiego. Wprawdzie w wieku trzydziestu lat zgodził się na sakramentalny związek z zagorzałą fanką, Antoniną Iwanowną Milukową, która w razie odmowy groziła samobójstwem, lecz małżeństwo to okazało katastrofą nie tylko dla niego, bo pod wpływem silnego rozstroju nerwowego zamierzał naprawdę popełnić samobójstwo, przed czym uchroniła go decyzja o separacji, a przede wszystkim ucieczka za granicę. Dla niej też, bo jako rozwódka próbowała być bohaterką kilku innych równie głośnych romansów, niestety nieudanych, co sprawiło, że trafiła do azylu dla obłąkanych, gdzie być może usiłowała wykonywać skomplikowane pas z ostatniego tańca Odetty, tragicznej księżniczki z Jeziora łabędziego.  

Zanim przejdę do omówienia dalszego ciągu książki Eysencka, powinienem jeszcze wyjaśnić, co kryje się pod terminem „magnetyzm zwierzęcy”. Na przeprowadzonych z moim udziałem seansach hipnotyzerzy nie przykładali mi do skroni magnesu, który mógł być przecież pistoletem tak skonstruowanym, przez co nie uzyskali pożądanego efektu, czyli pozbycia się niewygodnego świadka swej niemocy. To oczywiście żart, bo w opracowanej w drugiej połowie XIX w. przez wiedeńskiego lekarza Antona Mesmera magnetycznej metodzie leczenia ludzi nie wolno było przykładać magnesu bezpośrednio do ciała, gdyż być może groziło to jego rozmagnesowaniem.


magnetyzm zwierzęcy

 

Śmichy-chichy, ale ponad dwieście lat temu, a nawet znacznie później tę metodę traktowano bardzo poważnie. Jan de Baudouin de Courtenay, konsyliarz byłego dworu Królestwa Polskiego, poświęcił jej w roku 1820 nawet dwuwiersz:

 

           „Ludy! Uwierzcie w Mesmera odkrycie –

           Zachwyca Duszę i przedłuża życie!”

 

wraz z bełkotliwym objaśnieniem animalnego magnetyzmu, którym można było rzekomo uleczyć prawie wszystkie choroby nerwowe: „Ten skutek się dzieje według praw mechanicznych, ale dotychczas nie znanych”. Niewidzialny strumień powietrza miał działać bezpośrednio na nerwy actio in distans, czyli na znaczną odległość „bez pomocy pośredniczego ciała”.

Pisał tak, mimo iż musiał wiedzieć, że pod zarzutem szarlatanerii wyrzucono Mesmera najpierw z Wiednia, a później z Paryża. Chyba w Paryżu podrzucono mu świnię w trakcie występu na scenie, czyli zwykły kawałek żelaza zamiast magnesu, ale i tak udało mu się za pomocą tego żelastwa wprowadzić pewną, chyba bardzo mediumiczną panią w hipnotyczny trans. Mesmer był oczywiście bardzo rozgoryczony faktem, że i w Paryżu potraktowano go jako personę non grata, nie mając pojęcia, że zdążył się stamtąd ewakuować w samą porę.

W komisji, która miała za zadanie sprawdzić, czy nie jest zamiast cudotwórcą zwykłym oszustem, zasiadał bowiem doktor Guillotin, już w niedługim czasie gorący orędownik użycia przy rozstrzyganiu politycznych sporów pewnego urządzenia, wówczas ulepszonego. Dzięki niemu skracano o głowę nie tylko arystokratów, ale także innych podejrzanych osobników, takich jak Antoine Lavoisier, wybitny chemik, szacowny członek Francuskiej Akademii Nauk. Przy nim stokroć bardziej podejrzany musiał wydać się osobnik, na którego polecenie, w obecności doktora Guillotin, magnesowano najpierw chorych ludzi, a następnie zdrowe drzewa, po czym przyprowadzano młodzieńca z zawiązanymi oczami i kazano mu te namagnesowane drzewa obejmować. Po objęciu czwartego z kolei ów młodzian, tak jak Janek Wiśniewski, padł, pogrążając się przez chwilę w hipnotycznym transie.

Ach, ludzie, ludzie, cuda w tej budzie! Czyli sens i nonsens w psychologii. „Pacjent przyjmuje każdą sugestie podsuniętą przez hipnotyzera i stara się ją wykonać jak tylko może najlepiej, np. jeśli mu się zasugeruje, że jest Hitlerem, zacznie gestykulować i wygłaszać namiętne przemówienie, naśladując ochrypły głos Führera; jeśli mu się powie, że jest psem, zejdzie na podłogę i będzie biegał po pokoju ‘na czterech łapach’, szczekając i warcząc”. Pod warunkiem, że nie jest to sprzeczne z jego postawą moralną, względnie systemem wartości. Hitlerem zatem zostanie tylko ktoś, kto w głębi duszy chciałby nim zostać, no, może nie w dniu 30.04.1944 roku w Führerbunker in Berlin na dwa dni przed wejściem do niego Sowietów.

 

Bunker Wodza

 

Uff, Eysenck wreszcie przechodzi do innego zagadnienia – do snów. Nie sądzę (choć pewności nie mam), aby jako poważny naukowiec rozpatrywał je w oparciu o senniki starożytne (babilońskie, egipskie, celtycki etc.). Wskazuje na to procentowe wyliczenie miejsc akcji, w których rozgrywają się marzenia lub koszmary senne. „W 15% snów śniący znajduje się w jakimś środku lokomocji (samochód, pociąg, samolot, łódź itd.). Ok. 10% snów odbywa się w miejscach wypoczynkowo-rozrywkowych (w lunaparkach, na dancingach i przyjęciach, na plaży, na meczach sportowych itp.). W ok. 35% wypadków sny odbywają się w jakimś domu lub w poszczególnych jego pokojach (kolejno: pokój mieszkalny, kuchnia, schody, sutereny, łazienka, pokój jadalny i hall). Dalsze 10% snów rozgrywa się w otoczeniu wiejskim lub też poza domem (sny mężczyzn toczą się stosunkowo poza domem, zaś sny kobiet częściej w domu). W ok. 10% snów osoba śpiąca idzie ulicą lub jakąś drogą. Pozostałe sny trudno sklasyfikować pod względem miejsc, w których się rozgrywają”…

Chrr… chrr… chrr… Po tej wyliczance zasnąłem i zacząłem chrapać, o po obudzeniu się nie miałem pojęcia, o czym śniłem. No ale dobrze zapamiętałem, że według Eysencka „sutereny” są miejscami, w których popełnia się niskie czyny i daje upust niskim popędom. Hm, urodziłem się i wczesne lata dziecięce spędziłem w pokoju w suterenie, w niej przebywałem, kiedy przyjeżdżałem z domu dziecka. I tak było aż do wejścia w dorosłość. Jasne? Jasne! Czyli: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci! Albowiem sny to my!


 Sen II

 

 

O, chyba jeszcze na to w tych moich zapiskach warto wskazać! Wprawdzie już niewiele osób pisze odręcznie, ale takie pismo przydaje się choćby do sporządzenia na kartce listy zakupów (przedpotopowy człowieku, czyżbyś nie słyszał o Listonicu, ponoć najlepszej liście zakupów na twój telefon i tablet?!). W istocie chodzi jednak o coś innego: „Następujące cechy charakterystyczne świadczą o występowaniu lęku u osoby piszącej: małe odstępy między słowami i między wierszami, które rozpoczynają się na lewym brzegu arkusza, bez marginesu; pismo pełne zakrętasów i pochylające się w lewo, silny nacisk ręki piszącej lub nieregularne zmiany w sile nacisku; pismo drobne, wolne, z przypadkowymi nagłymi spadkami wysokości”. Tylko tyle zanotowałem, moje pismo z tamtego okresu jest absolutnie inne, ale o czym świadczy? Nie wiem. To znaczy wiem, ale nie powiem, bo istnieje obawa, że wszyscy chcieliby podrobić charakter mego pisma, żeby osiągnąć zbliżony stopień genialności, chichi!  

Sakramentalnym „chichi” kończy swoje wypowiedzi jedna z moich etatowych komentatorek. Ale może warto przyjrzeć się jeszcze ostatniemu zapiskowi? „Podobnie jak przedmiot nie posiada cechy jakiejś barwy (odbija jedynie światło pewnej długości fal), podobnie nie posiada piękna (odbija światło będące kombinacją fal różnej długości, które jedni ludzie odczuwają jako piękne, inni zaś jako brzydkie lub obojętne”. Hm, to, co uznawałem za piękne, uważałem za takie, nie interesując się odczuciami innych. I tak jest nadal. Czym jest to moje absolutne przeświadczenie? Prawdą czy fałszem? Dla mnie prawdą absolutną! Czy istnieje silne biologiczne podłoże preferencji barw, które może być zniwelowane przez wpływy kulturowe? Być może, ale na dobrą sprawę, co to mnie obchodzi? Wiem swoje i już! De gustibus non est disputandum – o upodobaniach się nie dyskutuje. Moich, bo na inne szkoda po prostu słów!

 

O gustach się nie dyskutuje

 

 -----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:03, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 lutego 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 69)

 

Claude Lévi-Strauss Smutek tropików. PIW 1960

 

Claude Lévi-Strauss (1908-2009) był z pochodzenia francuskim Żydem, co warto podkreślić przy okazji tej całej hecy, jaką u nas ostatnio rozpętano po wprowadzeniu ustawy o IPN, oprotestowanej przez najważniejsze środowiska żydowskie na świecie, polskie też. Nie będę się jednak zajmował tą naszą kolejną głupotą polityczną, chcę tylko podkreślić, że ten człowiek o świetnym umyśle mógł być też ofiarą Holocaustu.

Jego rodzina opuściła podczas I wojny światowej Belgię (Claude urodził się w Brukseli) i przeniosła się do Francji, do Paryża, bo w tym wielkim ośrodku cywilizacyjnym o zasięgu niemal światowym miała prawo czuć się bezpiecznie – przynajmniej do czasu obławy Vel d’Hiv, gdy 16 lipca 1942 roku francuska policja schwytała 13 tysięcy osób pochodzenia żydowskiego, w tym 4 tysiące dzieci (ze strony Gestapo tę haniebną akcję konsultował z Francuzami Adolf Eichmann, który dopiero dwadzieścia lat później, uznany za „wroga gatunku ludzkiego”, zadyndał na stryczku w izraelskim więzieniu). Spośród ofiar tej łapanki, przetrzymywanych na Vélodrome d’Hiver (Welodromie zimowym), krytym torze kolarskim znajdującym się w pobliżu wieży Eiffla w Paryżu, przeżyło Holocaust tylko czy aż… 25.

A zaledwie dwa lata wcześniej Claude powrócił do Francji, żeby zaciągnąć się do wojska. Na szczęście po kapitulacji kraju mógł uciec z Paryża aż do Nowego Jorku, gdyż wraz z zaproszeniem na stanowisko wykładowcy w New School for Social Research otrzymał też prawo wjazdu do USA. Dzięki temu uniknął losu 85 000 francuskich Żydów, którzy trafili do obozów zagłady poza Francją, w tym do KL Auschwitz-Birkenau (Oświecim-Brzezinka). Wyobraźmy sobie, że tam się znalazł i udało mu się chwilowo przeżyć, gdyż skierowano go do Sonderkommando, złożonego z więźniów najczęściej pochodzenia żydowskiego, których zatrudniano przymusowo przy obsłudze komór gazowych i krematoriów (poniższe zdjęcie jest autentyczne!)…


Sonderkommando-w-Auschwitz-Birkenau

 

A gdyby jakimś cudem udałoby mu się wyjść żywym z tego ludzkiego piekła, to chyba musiałby się jakoś do owych nieludzkich przeżyć odnieść, był bowiem antropologiem. Antropologia zajmuje się badaniem jednostki w społeczeństwie, biorąc pod uwagę wpływ, jaki na jego życie wywierają warunki socjalno-ekonomiczne oraz kulturowe. Zbliżona jest więc do etnografii oraz socjologii. U podłoża książki, którą już chyba powinienem zacząć omawiać, leżały terenowe badania etnograficzne przeprowadzone przez Claude’a, wówczas jeszcze nauczyciela filozofii, w drugiej połowie lat 30. XX wieku w Brazylii, w regionach Mato Grosso i dżungli amazońskiej (kilka lat później uzupełnione podczas kolejnej wyprawy w te same regiony). Dzięki tym badaniom zmienił zawód – na ich podstawie obronił doktorat na Sorbonie, a następnie otrzymał powołanie na katedrę antropologii społecznej w Collège de France.

W owym czasie zajmował się więc pracą naukową, no i pisarską, bo Smutek tropików, który po wydaniu we Francji (1955) przyniósł mu światowy rozgłos, z naukowością w uniwersyteckim rozumieniu tego słowa ma niewiele wspólnego, będąc raczej rodzajem literacko-filozoficznego dziennika z podróży. Wnioski, jakie wyciągał z tamtych badań, miały uniwersalny wymiar, były poszukiwaniem analogii do europejskiego kręgu kulturowego. Patrząc na poniższe zdjęcie my też możemy to zrobić, ale zazwyczaj stać nas jedynie na zrobienie sobie z takim egzotycznym osobnikiem selfie.


 yanomami

 

Głównym tematem tej książki jest sposób, w jaki ludzie różnych kultur, a przede wszystkim my, ludzie Zachodu, odnosimy się do otaczającej nas rzeczywistości. I pytanie: w jaki sposób powinniśmy się do niej odnieść? Odpowiedź jest jednoznaczna: przez analizę innych cywilizacji szukać źródła chorób, które toczą naszą cywilizację, a wraz z nią i nas samych.

Cywilizacja nie jest już tym delikatnym kwiatem, który chroniło się i hodowało z wielkim trudem w kilku osłoniętych miejscach ziemi, w otoczeniu ludności nieokrzesanej, groźnej może przez swoją żywotność, lecz przyczyniającej się do urozmaicenia i wzmocnienia siewu. Ludzkość ograniczyła się do monokultury i przygotowuje się do produkowania cywilizacji masowej jak buraki. Jej jadłospis będzie zawierał wyłącznie to danie.

Takim delikatnym kwiatem była na przykład cywilizacja Majów. Do tej pory myślano, że te budowle, które odkryto w dżungli gwatemalskiej dzięki przypadkowi, a później badaniom archeologicznym, to już wszystko, a teraz okazało się, że to było gigantyczne „megalopolis” zamieszkałe przez nawet 10-15 milionów ludzi!

Do tego odkrycia nie potrzeba było ani wykopalisk, ani karczowania lasu – po prostu użyto technologii LiDAR (Light Detection And Ranking), czyli pulsującego światła lasera, które wysłane z dużej wysokości odbiło się od podłoża i pokazało kontury gigantycznej aglomeracji wraz z ruinami około 60 tys. obiektów: domów, piramid, pałaców, fortyfikacji, systemu irygacyjnego i skomplikowanej sieci dróg. Te „laserowe” znaleziska pochodzą sprzed ok. 1200 lat i są pozostałościami rozwiniętej cywilizacji, porównywalnej z grecką lub chińską. Naukowcom analiza uzyskanych dzięki technologii LiDAR danych może zająć nawet sto lat, jeden z nich twierdzi, że „ci ludzie byli zdolni przenosić góry”.

Dzięki tej technologii minęła bezpowrotnie epoka romantycznych odkrywców, archeologów-amatorów jak Heinrich Schliemann, który w wieku 7 lat po otrzymaniu bożonarodzeniowego prezentu w postaci Ilustrowanej historii świata wraz z ryciną przedstawiającą pożar Troi, postanowił odnaleźć kiedyś to miasto, bawiąc się z córką pobliskiego rolnika w wykopaliska archeologiczne. 44 lata później, w roku 1873, spełnił swoje marzenie, odkrywając rzekome ruiny Troi wraz z rzekomym skarbem Priama, a następnie, w Mykenach, pięć grobowców rzekomego króla Agamemnona i jego towarzyszy (w tym złotą „maskę Agamemnona”), ale tak czy siak potwierdził, że epoka homerycka rzeczywiście istniała w całej swojej realnej okazałości.

 

 

złota maska Agamemnona

 

Nasza cywilizacyjna degrengolada, zdiagnozowana przez Claude Lévi-Straussa ponad sześćdziesiąt lat temu, pogłębia się już nie z każdym kolejnym dziesięcioleciem, ale wręcz z każdym rokiem. Kilkanaście dni temu gościłem dwóch chłopców, którzy w stosunku do swoich rówieśników wręcz kipią energią, ale znaczną część czasu wolnego i tak spędzają przed telewizorem lub smartfonem, pasjonując się grami komputerowymi. Ta „energia prosta” (wynikająca z dziecięcego wieku) będzie się z upływem lat zmniejszać, a dotychczasowy tryb życia sprawi, że gdy wejdą w wiek pokwitania, czyli w pierwszy etap dorosłości, to podkreślą ją być może paleniem papierosów, piciem piwa, względnie wczesną inicjacją seksualną (w wielkich miastach i u nas powoli staje się to normą), ale na pewno nie byliby w stanie podołać takim próbom, jakim poddaje się ich rówieśników w różnych zakątkach świata.

Na przykład w Afryce w plemieniu Hamar, kiedy chłopiec chce zostać mężczyzną, musi udowodnić swoją dorosłość w ten sposób, że wskakuje na grzbiet jednego z kilkunastu kastrowanych byków, które dla przeprowadzenia tego rytuału gromadzi się w wiosce. Musi to zrobić czterokrotnie, co jest nie lada sztuką. Dopiero wtedy starszyzna uznaje, że zostawił za sobą dzieciństwo i jest mężczyzną gotowym do poślubienia wybranej przez siebie kobiety.

W plemieniu Matausa (Papua Nowa Gwinea) trzeba przejść przez rytuał krwi, żeby stać się pełnoprawnym mężczyzną. W pierwszym rzędzie należy oczyścić się z „wpływów kobiecych”. W tym celu najpierw wkłada się chłopcom do gardła dwa kawałki drewna wikliny, które powodują wymioty i oczyszczenie żołądka, następnie wkłada się im do nosa cienkie wiązki trzciny, żeby spowodować krwawienie i dalszy etap oczyszczenia, w końcu nacina się ich języki, aż krew będzie dostatecznie czysta. Jeśli chłopiec przejdzie te trzy fazy rytuału pomyślnie, czyli nie będzie chciał uciec z płaczem do mamy, wówczas ukończy okres dzieciństwa i rozpocznie dorosłe życie.

Hm, w starożytnej Grecji ta inicjacja wydawała się być mniej bolesna, choć aprobowane publicznie współżycie seksualne dorosłego mężczyzny z młodym chłopakiem wiązało się nie tylko z bólem w wiadomej części ciała W innej groziło wręcz uduszeniem, o czym świadczy złożona do władz skarga jednego z ojców chłopca wyzwalanego w ten sposób na mężczyznę.

 

 

ryty_przejscia-9

 

Wiem, że jako Europejczyk jestem w pewnym stopniu spadkobiercą wielkiej kultury greckiej czy rzymskiej, ale na szczęście w dość niepewnym. Moja krew jest mieszanką cywilizacji znacznie bardziej barbarzyńskich, dlatego wśród dzikich plemion czułem się tak doskonale, że chciałem resztę życia spędzić właśnie tam, wśród moich duchowych współbraci. Wprawdzie nie dane mi się było tam urodzić, ale jako  młody chłopiec odznaczałem się taką dzielnością, że z wyjątkiem samookaleczeń, bo nie mam psychopatycznej natury, bez trudu przeszedłbym przez obowiązujący tam ryt przejścia w dorosłość:

Niektórzy z nich (chłopców w wieku pokwitania) puszczają się w drogę na samotnej tratwie, nie zabierając z sobą jedzenia, inni szukają odosobnienia w górach, narażają się na niebezpieczeństwo ze strony dzikich zwierząt, na deszcz i zimno. Wyrzekają się posiłków na całe dni, tygodnie, a nawet miesiące, żywiąc się jedynie w najpierwotniejszy sposób lub poszcząc przez długie okresy, a nawet pogłębiają swe wyniszczenie fizjologiczne przez używanie emetyków [wywarów roślinnych powodujących wymioty]. Wszystko jest pretekstem do wyzwania rzuconego zaświatom: długotrwałe zimne kąpiele, samookaleczenia, obcinanie palców, rozdzieranie ścięgien przez wprowadzanie pod mięśnie grzbietu [a nie „muskuły na grzbiecie”, panie tłumaczu!] ostrych kołków przytwierdzonych sznurami do ciężarów, które próbuje się ciągnąć.

Jeżeli nawet nie posuwają się do takich ostateczności, to wyczerpują się bezcelowymi czynnościami: wyrywaniem po jednym włosku z ciała, obrywaniem igieł z sosny, dopóki nie zostanie ogołocona, drążeniem kamieni. W stanie oszołomienia, osłabienia lub szału, w jaki pogrążają ich te ćwiczenia, spodziewają się porozumieć ze światem nadprzyrodzonym. Wzruszony mocą ich cierpień i modłów, ukaże im się magiczny zwierz, widzenie ujawni im ducha, który odtąd będzie ich stróżem, odkryje im zarazem imię, pod jakim będą odtąd znani, i tę szczególną moc, daną im przez opiekuna...

Oto siła wiary, w której jednak kryje się możliwość niespełnienia, co jest dla młodego człowieka, poddającego się tylu ciężkim próbom, wydanego na tyle dusznych mąk, rzeczą niewyobrażalnie straszną: Stał zalewając się łzami, prosząc i jęcząc. A jednak nie dosłyszał żadnego tajemniczego głosu, nie został uśpiony w celu przeniesienia we śnie do świątyni magicznych zwierząt. Nie mógł mieć żadnych złudzeń: nie spłynęła nań znikąd żadna moc…

 


nie mam mocy

 

Spoko, lekcja pokory i cierpliwości kiedyś się zakończy, wejście w dorosłość nastąpi, gdy przyjdzie na to czas (u nas wystarczy ukończyć 18 lat, pójść do urzędu stanu cywilnego i odebrać dowód osobisty). Wzdycham i zaglądam do zapisków – skąd się tu wziął François-René Chateaubriand? Do książki mógłbym sięgnąć, bo mam ją na półce, ale zgodnie z moimi zasadami nie sięgnę. Znam dobrze tego żyjącego w latach 1768-1848 francuskiego pisarza, polityka i dyplomatę. Właśnie w tej kolejności, bo pisarstwo (Atala, Geniusz chrześcijaństwa i René) otworzyło mu drogę do wielkiej kariery politycznej i dyplomatycznej.

Najczęściej pokazywana w różnych opracowaniach twarz pana wicehrabiego zachowała cechy marzyciela, jakim był w latach dzieciństwa i młodości w rodzinnym zamku Combourg wśród wrzosowisk, zamku zakupionym przez jego ojca za pieniądze uzyskane z… korsarstwa i z handlu czarnymi niewolnikami! Awanturniczy ryt przejścia jego ojca, pochodzącego ze starej, lecz podupadłej rodziny szlacheckiej, z okresu wczesnej młodości w dorosłość przypomina w pewnym sensie ryty opisane przez Lévi-Straussa w Smutku tropików.

Czy można się więc dziwić, że chłopak z takiej rodziny zaczynający służbę w marynarce jako chłopiec okrętowy był później człowiekiem twardym, bezwzględnym i ponurym? I że jego najmłodsze dziecko, dziesiąte z kolei, nie chciało zrobić kariery ani w marynarce, ani w stanie kapłańskim? I że jedyną drogę ucieczki od tyranii ojca, dopóki ten żył, młody François-René znajdował jedynie w marzycielstwie? Ale nie uchroniło go ono przed próbą samobójczą, na szczęście nieudaną. Widocznie podczas rozpaczliwego snucia się po lasach i wrzosowiskach na próżno szukał odzewu i ratunku od mocy nadprzyrodzonych, jeszcze wówczas nie wiedząc, że może je znaleźć tylko w sobie.

I na tym to rozważanie zakończę, bo postać Chateaubrianda przywołałem na chwilę w związku z taką oto jego sentencją zaprezentowaną przez Lévi-Straussa w omawianej przeze mnie na chybił trafił książce: Każdy człowiek nosi w sobie świat złożony ze wszystkiego, co widział, przemyślał i ukochał, świat, do którego powraca zawsze, nawet wtedy, gdy przebiega i zamieszkuje pozornie inne krainy.

Nie wiem, skąd ten cytat pochodzi? Wiem jednak, że trzeba w ramach ostatecznej inicjacji przejść przez kolejne fazy dorosłości, by napisać na przykład tak: Człowiekowi nie trzeba podróży, żeby urosnąć; wielkość niesie w sobie. Nie ma miary dla tonu, który wybiega z twej piersi i znajduje echo w tysiącach dusz; kto nie ma w sobie melodii, na próżno będzie jej żądał od świata. Siądź na pniu obalonego drzewa w głębi lasu; jeżeli w zapomnieniu o sobie, w bezruchu, w ciszy nie znajdziesz nieskończoności, na próżno błąkałbyś się nad rzekami Gangesu.

A gdy w głębokiej zadumie (spowodowanej i mądrością tej refleksji, i kolejną bzdurą przekładową, bo nie ma „rzek Gangesu”: jest tylko jedna święta rzeka Ganges) wpisałem w google’ach „Chateaubriand”, żeby zdobyć ilustrację do tego postu, to jego postać zagubiła się całkowicie wśród kilkudziesięciu potraw noszących tę nazwę – w kształcie oryginalnym podawanych ze specjalnie uformowanymi ziemniakami oraz sosem berneńskim. Hm, czy François-René Chateaubriand przypomina z wyglądu gruby befsztyk, który wykrawa się z tzw. główki polędwicy wołowej, a następnie delikatnie obsmaża i piecze?


  chateaubriand II  Chateubriand, pisarz  

 

 

Jestem dopiero na trzeciej stronie swoich zapisków ze Smutku tropików – i zaczynam w pełni rozumieć stworzone we Francji jeszcze przed narodzinami Chateaubrianda powiedzenie embarras de richesse – kłopot z powodu nadmiaru lub zbyt wielkiego wyboru nie pań frywolnych, jak w komedii L.J. d’Allainvalla, od której to powiedzenie się wzięło, lecz antropologicznych refleksji Claude Lévi-Straussa, rzeczywiście ponadczasowych, bo bez trudu można by je odnieść do naszej epoki też.

Myślę, że przeanalizowanie tylko tych moich zapisków rozrosłoby się w wyniku efektu kuli śnieżnej (piszę to przecież w miesiącu rzeczywiście „lutym”) w wywody tak obszerne i eksplozyjne, że blog.onet rozpadłby się natychmiast po ich opublikowaniu i nie dotrwałby nawet do końca tego miesiąca. No bo posłuchajcie:

Zgadzając się z fenomenologią, że przeżycie obejmuje i tłumaczy rzeczywistość, nauczyłem się, że przejście z jednej kategorii do drugiej jest przerywane; że aby dosięgnąć rzeczywistości, należy najpierw odrzucić przeżycie, aby je potem móc wcielić w obiektywną syntezę oczyszczoną z wszelkiej zmysłowości.

Przestrzeń posiada swe własne wartości, tak jak dźwięk i zapachy posiadają barwę, a uczucia – ciężar. Jeżeli ryby rozróżniają jak esteci zapachy jasne i ciemne, jeżeli pszczoły klasyfikują intensywność światła w kategoriach wagi (ciemność jest dla nich ciężka, jasność lekka) – dzieło malarza, poety lub muzyka, względnie mity i symbole dzikich muszą dla nich przedstawiać, jeżeli nie wyższą formę poznania, to przynajmniej formę najbardziej podstawową, naprawdę wspólną wszystkim, której myśl naukowa jest tylko wyostrzoną iglicą, lepiej przenikającą, gdyż wygładzoną na kamieniu faktów, lecz za cenę utraty substancji. Jej skuteczność zależy od możności przenikania dosyć głęboko, by masa narzędzia szła w zupełności za ostrzem.

Wielkie manifestacje życia społecznego mają tę wspólną cechę z dziełami sztuki, że rodzą się na poziomie życia nieświadomego, dlatego że zjawiska społeczne są zbiorowe, chociaż dzieła sztuki są indywidualne; różnica jest jednak drugorzędna, a nawet pozorna, ponieważ pierwsze są stworzone  p r z e z  publiczność, a drugie   d l a  publiczności. To właśnie ta publiczność dostarcza im wspólnego mianownika i określa warunki ich powstawania. Ma się prawo porównywać – i to nie w sposób metaforyczny, jak to często robiono – miasta do symfonii lub do poematu; są to przedmioty o tej samej naturze. Miasto, bardziej może jeszcze kunsztowne, leży u spływu natury i sztuki. Zbiorowisko istot żyjących, które zamykają swoją historię biologiczną w jego granicach i które ją kształtują zarazem za pomocą wszystkich swoich zamierzeń istot myślących, miasto przez swoją genezę i formę jest zależne od prokreacji biologicznej, rozwoju biologicznego i twórczości estetycznej. Jest ono jednocześnie przedmiotem przyrody i podmiotem kultury, jednostką i zgrupowaniem, życiem i marzeniem – jednym słowem, rzeczą ludzką w najdoskonalszym znaczeniu.

Miasto, drogi Claudzie, dla mieszczuchów od dziada pradziada może być rzeczywiście symfonią, ale czy akurat Berlin? Patrz: Berlin: symfonia wielkiego miasta, czarno-biały film dokumentalny z roku 1927, w dodatku niemy (partytura w opracowaniu na fortepian). Znacznie bardziej kolorowy i bogatszy dźwiękowo byłby film Hongkong – symfonia wielkiego miasta, ale taki tytuł nosiła tylko audycja radiowa z roku 2014 (PR. pr. 2), ilustrowana muzyką eksperymentalną, w tym syntezatorową, jedyną, która mogła według mnie współgrać z tą kakofoniczną metropolią.

Dokonuje się w niej również innych eksperymentów, oczywiście na ludziach niezbyt zamożnych. Gdyby np. twoi dzicy w poszukiwaniu pracy chcieli tam zamieszkać, to mogliby liczyć wyłącznie na druciane klatki mieszkalne o powierzchni 1,8 m x 80 cm, w której musieliby pomieścić siebie i cały swój dobytek, no i liczyć się z koniecznością uiszczenia opłaty za takie lokum w wysokości 200$ za metr kwadratowy! Mieliby jednak dostęp do wspólnej toalety, gdzie byłaby szansa nie tylko na oddanie moczu czy stolca, ale również na ochlapanie się w brudnej misce. Taki mieliby twoi dzicy raj w Hongkongu.


Raj w Hongkongu

 

Szczytem luksusu przy tym są obecnie projektowane przez zamieszkałego w tym mieście-molochu architekta Jamesa Lawa domy o powierzchni ponad 9 m kw., które można postawić wszędzie. Teoretycznie, bo cena niezagospodarowanego kawałka ziemi w tym mieście jest nie na kieszeń nawet średnio zamożnych ludzi (najwyższa cena za m kw. działki budowlanej wyniosła milion dolarów, a miejsca parkingowego – tylko 38 tys. dolarów). Te domy można by jednak umieścić pod ziemią, w pobliżu kolektorów ściekowych, co bardzo by ułatwiło ich nabywcom czynności związane z higieną osobistą. Tego wydrążonego dodatkowego tunelu nie trzeba by nawet specjalnie umacniać, bo te domy są po prostu betonowymi rurami do odprowadzania wody. Wystarczy je umeblować i podłączyć do nich media, no i wyprowadzić rury wentylacyjne na wolną powierzchnię, którą zapewniają pobocza ruchliwych arterii miejskich z tysiącami przejeżdżających samochodów (w ciągu godziny!). Na poniższym zdjęciu James Law w jednym z takich domów, na które twoich dzikich, drogi Claudzie, na pewno nie byłoby stać.

 


James Law w jednym z takich domów

 

Ach, z jakim rozrzewnieniem, po napisaniu kilku ostatnich akapitów, spoglądam na moje mieszkanko w „Zofiówce”. Całe 18 metrów kwadratowych, wprawdzie z jednym oknem, ale widoki z niego mogłyby zachwycić nawet twoich dzikich. Piękny las, sarny, wiewiórki i mnóstwo śpiewających ptaków, które karmi od lat moja sąsiadka z pierwszego piętra, więc jest ich tutaj znacznie więcej niż gdzie indziej. Ze światem nadprzyrodzonym porozumiałem się już dawno temu, duch czuwa we mnie ciągle, pod imieniem przez niego kiedyś odkrytym może nie jestem powszechnie znany, ale zawsze zależało mi bardziej na tym, żeby poznać siebie, gdyż tylko w ten sposób poznaje się cały świat.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

13:15, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 lutego 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 68)

 

Tadeusz Bilikiewicz Klinika nerwic płciowych (PZWL 1960)

 

Mimo dwunastu stron gęstych zapisków miałem początkowo zamiar pominąć tę książkę. Wprawdzie czytałem ją wówczas z wypiekami na twarzy, naszła mnie jednak myśl, że w dzisiejszych czasach byłaby chyba elementarzem dla wielu uczniów klas licealnych, pomijając rzecz jasna szkoły katolickie, gdzie edukacja seksualna sprowadza się nie do wychowania do życia w rodzinie jako takiej, lecz do życia w rodzinie katolickiej. Te szkoły nie mają obowiązku mówić o antykoncepcji, a tym bardziej o różnorodności seksualnej.

Ba, obecnie nawet szkoły państwowe mają być zwolnione z tego obowiązku, kwestie te, w trosce o „ochronę intymności dziecka i młodego człowieka”, pozostawiając rodzicom. Posłużyłem się argumentacją minister edukacji, Anny Zalewskiej, powołanej na to stanowisko przez PIS, która w rozmowie z radiem ZET łaskawie dodała: „Jeśli rodzice zauważą taką potrzebę, mogą się zgłosić i zasugerować nauczycielowi poruszenie tego tematu na lekcjach biologii”.

A co na to rodzice? Albo boją się o tym rozmawiać, albo mogą posłużyć się „klauzulą sumienia”, która zwalnia ich z obowiązku rozmawiania z dziećmi o tak „grzesznych sprawach” (ta klauzula może również zwolnić z takiego obowiązku nie tylko nauczyciela biologii, ale i wychowawcę klasy).

Wiedza rodziców w tych kwestiach jest zresztą zazwyczaj żałosna, nie są przecież ani psychologami, ani seksuologami etc., ani autorytetami dla swoich dzieci w jakiejkolwiek dziedzinie, co jest wynikiem nie tylko ich zacofania informatycznego, lecz przede wszystkim zacofania pedagogicznego. W naszym kraju nadal obowiązuje model rodzicielskiego autorytetu opartego na władzy wobec dziecka, a nie na poszanowaniu jego prawa do nieskrępowanego rozwoju i wolności osobistej.

Na straży tego modelu stoi u nas Kościół katolicki w oparciu o nauki zawarte w piśmie świętym. Oczywiście nie w tych jego fragmentach, które może nie są czystą pochwałą rui i poróbstwa, ale z seksu na pewno nie robią tabu, tak jak to się czyni nie tylko u nas, bo ortodoksyjni Żydzi myślą podobnie, kierując się jednak surowymi wskazaniami Talmudu.

Kontakt fizyczny z przeciwną płcią  (nawet taka błahostka, jak uścisk dłoni) jest tam dozwolony tylko ze współmałżonkiem lub bliskim członkiem rodziny. Dzieci ortodoksów (edukacja chłopców i dziewcząt jest prowadzona oddzielnie) uczą się w szkołach religijnych, gdzie o seksie nie mówi się nic lub bardzo mało. To milczenie tworzy „barierę wstydu”, którą bardzo ciężko jest później przełamać. Dostęp do filmów i internetu jest często bezwzględnie zakazany.


cheder

 

Do interakcji z przeciwną płcią dochodzi dopiero podczas nocy poślubnej, więc z konsumpcją małżeństwa bywa różnie, jako że państwo młodzi nie znają nawet takich podstawowych rzeczy, jak różnice w budowie fizycznej kobiety i mężczyzny. Nie mówiąc o podstawowych pozycjach seksualnych. Ba, nie wiedzą nawet, gdzie i jak wprowadzić organy płciowe, ani jak i gdzie trzymać ręce i nogi. Dlatego postanowiono opracować dla nich specjalny poradnik seksualny z informacjami niezbędnymi do uzyskania pożądanego społecznie efektu prokreacyjnego, mimo iż rodziny ortodoksów nie są objęte rządowym programem 500+.

Hm, seks oralny czy masturbacja temu celowi raczej nie służy, więc dlaczego w tym poradniku się o tym wspomina? Dlaczego w gabinecie doktora Davida Ribnera, który ten poradnik opracował we współpracy, o zgrozą, z nieczystą niewiastą, znajdują się pudełka z lubrykantami, wibratory, olejki do masażu, a także niezwykła kolekcja książek o seksie, które stoją tuż obok religijnych tekstów żydowskich? No cóż, najwyraźniej są prawdziwi Żydzi, tak jak prawdziwi Polacy, a doktor Ribner jest Żydem ortodoksyjnym, a więc nieprawdziwym, mimo iż jego program edukacji seksualnej jest w wielu aspektach podobny do tego, jaki się u nas głośno lub po cichu wprowadza.

I nic się w tym zakresie u nas nie zmieni, chyba że tak jak w kiedyś ultrakatolickiej Francji kościoły zostaną zastąpione przez meczety. No ale najpierw muszą być ci, którzy zamiast Jezusowi będą oddawać hołd Mahometowi, a Polska w tym względzie jest nie przedmurzem chrześcijaństwa, lecz WIELKIM MUREM (Wielki Mur Chiński jest obecnie atrakcją turystyczną, ale w swoim czasie jego budowniczego nie mieli pojęcia, że kiedykolwiek może dojść do takiej degradacji owej wielkiej linii obronnej, której nie miał prawa sforsować żaden nieprzyjaciel, gdyby kierował się prawem, a nie bezprawiem, choć kiedy dzicz stepowa opanowała Chiny, to ich wódz, Czyngis Chan, nadał temu podbojowi podstawę ideologiczną, głosząc, że Niebo wybrało Mongołów do podboju świata i że ludy żyjące na stepie są moralnie zdrowsze od ludów osiadłych, które odeszły od prawdziwego życia i się zdegenerowały).


Wielki Mur Chiński

 

Wróćmy jednak do edukacji seksualnej, bo książka Tadeusza Bilikiewicza Klinika nerwic płciowych, jakąś rolę edukacyjną w tym zakresie niewątpliwie pełniła. Nie ma tam wprawdzie rozdziału o ochronie życia poczętego, bo od roku 1956 zabiegi przerywania ciąży ze względów zdrowotnych lub społecznych były w PRL legalne. W łożach małżeńskich chyba jednak nie próżnowano, bo mimo iż co roku dokonywano aż 800 tysięcy aborcji, to żadnych niżów demograficznych nie było, wprost przeciwnie – obawiano się katastrofy demograficznej!

Wątpliwe, czy nawet znowelizowany program rządowy 1000+ wraz z rygorystyczną ochroną życia poczętego sprawią, że Polska przestanie się wyludniać, natomiast pewne jest, że doprowadzi to do wielu nerwic seksualnych. Problem ciąż niechcianych, nawet jeśli gwałtów na nieletnich dziewczynkach dopuszczają się „słudzy boży”, czy troska za wychowanie dzieci w ogóle z gwałtów zrodzonych lub obarczonych różnymi chorobami genetycznymi nie spadnie przecież na ustawodawców tych nieludzkich praw, lecz na kobiety (ojcowie często uciekają z takiego rodzinnego piekła).

Sam mógłbym sypnąć wieloma przykładami takich dramatów osobistych czy rodzinnych, mimo iż od jedenastu lat żyję za lasami, za górami, rozmawiam jednak z wieloma ludźmi, mam dzieci, wnuki, niedługo będę miał prawnuczkę, więc z niepokojem myślę o ich przyszłych losach. Z racji mego temperamentu często mnie ponosi, ale nadal wychodzę ze staroświeckiego przeświadczenia, że jako pisarz mam obowiązek dania świadectwa prawdzie, swojej prawdzie, która niekiedy staje się prawdą ogólną, zbiorczą. Być może przyjdzie jednak taki czas, że z powodu starczego zdziecinnienia zacznę wierzyć, że dzieci przynoszą tylko bociany.


Bociany przynoszą dzieci

 

Stop. Jak zwykle i ta książka stała się pretekstem do snucia własnych rozważań JAKOŚ z jej tematyką związanych. Inna sprawa, że bez lupy trudno rozczytać się w zapiskach z niej zrobionych, ale mimo moich początkowych zastrzeżeń, być może znajdę wśród nich coś, co zmusi czytelników mego bloga do jakiejś refleksji? Na przykład to: Tak jak zwierzę „nie wie”, dlaczego podejmuje czynności płciowe, tak samo ludzie nie wiedzą, że są posłuszni splotowi podniet zewnętrznych działających na ich korę mózgową, naładowaną popędowymi impulsami popędowymi. […] Między koprofagiem pożerającym kał swej kochanki a normalnym kochankiem, podniecającym się zapachem jej ciała, jest tylko różnica stopnia. Katolik wzdrygnie się, bo dla niego będzie to stopień do piekła, ale Bilikiewicz aż tak daleko nie sięga. Podkreśla jedynie, że różnica między koprofagiem a normalnym kochankiem jest w istocie znacznie mniejsza, niż nam się wydaje.

Stekel mówi: „Kobieta oziębła jest tylko kobietą, która nie zaznała odpowiadającego jej sposobu zaspokojenia”. To oczywiste. Zdumiewa mnie jednak, że Stekel nie powiedział: „Mężczyzna oziębły jest tylko mężczyzną, który nie zaznał…” etc. Czy nie jest tak dlatego, że zazwyczaj – przynajmniej do pewnego czasu – to mężczyźni omawiali zagadnienia związane z nerwicami płciowymi? W innym miejscu Bilikiewicz przestrzega kobiety przed przesadną dbałością o higienę osobistą zaraz po stosunku, gdyż „prowadzi to do zaburzenia biologicznych urządzeń obronnych pochwy”. Dodałbym, że może to też prowadzić do zaburzeń w sferze psychicznej mężczyzny, potraktowanego w tym wypadku wyraźnie podmiotowo.

Osobiście z pochwicą się nie spotkałem, ale kilka razy słyszałem o tym od mężczyzn, którzy mieli wątpliwą przyjemność zetknąć się z tą przypadłością u własnych żon, nigdy kochanek, co skłaniało mnie do przypuszczenia, że ta nerwica ma podłoże psychologiczne i wiąże się z mniej czy bardziej nieświadomą awersją seksualną do partnera. Słyszeć przy każdej próbie zbliżenia: „Aj, boli!” do przyjemności raczej nie należy. A słyszeć: „Zostaw mnie w spokoju, czuję do ciebie wstręt!” – może doprowadzić mężczyznę do ciężkiej nerwicy.


wstręt seksualny

 

Podłożem owego wstrętu seksualnego może być lęk przed samym stosunkiem, lęk przed mężczyznami wynikający z seksualnej przemocy i wykorzystania w przeszłości, złe relacje z ojcem, powodujące negatywną postawę wobec płci męskiej, nieśmiałość partnera oraz postrzeganie go jako niezbyt męskiego, albo niezbyt odpowiedniego w sensie społecznym. Do pierwszoplanowych czynników, których skutkiem są tego rodzaju zaburzenia odczuć seksualnych, należy według psychoterapeutów także religia i poczucie winy związane z pojęciem „grzechu” etc., natomiast seksuolodzy, którzy mają możliwość zgłębienia tego problemu od środka, wskazują jeszcze na infekcję intymną czy suchość pochwy.

Mimo wszystko bardziej zabawne (dla osób postronnych, rzecz jasna) są napady pochwicowe. Częściej możemy zaobserwować je u psów i wtedy dzieciaki mają radochę, nie wiedząc, że w dorosłym życiu może im się to też przydarzyć, tak jak pewnemu proboszczowi, który podczas stosunku seksualnego ze swoją parafianką, odbytego w samochodzie w pobliżu przejazdu kolejowego, zakleszczył się w jej pochwie tak mocno, że wył z bólu wniebogłosy. Dróżnik, który nadbiegł mu na pomoc (proboszcz był w pewnym sensie ofiarą przemocy seksualnej znerwicowanej parafianki), nic nie mógł wskórać, ściągnięty przez niego weterynarz też był bezradny, tak jak i lekarz wezwanej na miejsce karetki pogotowia, musiano więc po owinięciu kocem nieszczęsnych kochanków zawieźć ich do szpitala, gdzie podano parafiance leki rozkurczowe, dzięki czemu udało się proboszczowi wyjąć wreszcie członka z jej pochwy: czeluści iście piekielnej!

Gdyby miał przy sobie w samochodzie szpilkę i zaraz po zakleszczeniu ukłuł ją znienacka w tyłek, być może nie doszłoby do owego gorszącego widowiska, ale z drugiej strony ileż godziwej rozrywki dostarczył swoim parafianom! Jestem ciekaw, czy zastanawiał się nad tym, co było bezpośrednią przyczyną zakleszczenia? Przeraźliwy sygnał dźwiękowy wysłany przez maszynistę pociągu zbliżającego się do przejazdu kolejowego? A może niekomfortowe okoliczności towarzyszące współżyciu, brak zaufania do partnera, obawa przed ciążą, poczucie grzechu – i spowodowany tym lęk stanowił u parafianki silny hamulec psychiczny, który objawił się skurczami pochwy o charakterze obronnym?


Napad pochwicowy

 

Na powyższej ilustracji mamy do czynienia z napadem pochwicowym u psów, które staruszka usiłuje rozdzielić kijem, co może tylko pogorszyć sprawę. Widziałem w latach chłopięcych, jak skutecznie rozdzielono sukę od psa, chlustając gdzie trzeba lodowatą wodą z wiadra, z którym ktoś nadbiegł. Prof. Tadeusz Bilikiewicz widocznie nie był świadkiem owego zdarzenia, bo w swojej książce proponuje metodę rozwiązania tego problemu w sposób na pewno mniej widowiskowy, ale w warunkach klinicznych bardziej dyskretny: …czasem wskazuje się na analogię pochwicy z kurczem żwaczy u buldogów, które w czasie polowania wgryzają się w upolowaną zwierzynę, stan ten może trwać nawet wiele godzin (najskuteczniej działa narkoza, która znosząc sensorium kobiety umożliwia rozluźnienie mięśni pochwy i rozdzielenie kochanków).

 

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że przy tych wywodach zwijam się ze śmiechu przy komputerze, ale co? Wszyscy mają mieć radochę, a pisarz ma zdechnąć z nudów? Nie oznacza to jednak, że wszystkie nerwice seksualne budzą moją wesołość. We własnych związkach z kobietami spotykałem się z nimi rzadko – i zawsze budziły moje głębokie współczucie. Bilikiewicz mnie nie zaskoczył, mówiąc, że „wielkie miłośnice w rodzaju starożytnej Messaliny, oddającej się wyuzdanej rozpuście, w istocie rzeczy bywają oziębłe płciowo” – znam to z własnego doświadczenia. I wiem, że „granica między zboczeniami a nerwicami płciowymi jest nader płynna”. Zresztą to, co jest normą dla jednych, dla innych jest abnormalne. Najbardziej śmiertelnym grzechem w związkach partnerskich obok egoizmu uczuciowego jest grzech nudy. I żadne wzniosłe słowa (czytaj: uczuciowe kłamstwa) tego nie pokryją.

Bilikiewicz w Klinice nerwic płciowych omawia przypadki zboczeń nieorganicznych tak ciężkich, że czasami aż włosy jeżą się na głowie. Ofiarą ich padają najczęściej kobiety nie tylko za życia, ale po śmierci też (sadyzm, względnie nekrofilia). Do szczególnie zboczonych sadystów należał np. „Kuba-rozpruwacz”.


Kuba-rozpruwacz

 

A jeśli chodzi o nekrofilów, to osobnicy tacy szukają rozmyślnie posad woźnych prosektoryjnych lub grabarzy, żeby móc sprofanować „dla celów nierządnych” zwłoki kobiet znajdujące się w prosektoriach, czy nawet w grobach. Niektórzy z nich w znacznie bardziej komfortowych warunkach osiągają zadowolenie płciowe, „np. jeden z królów hiszpańskich z linii Habsburgów u szczytu ceremonii pogrzebowej doznawał szczytowania”. Inny z panów prosił damę swego serca wyłącznie o jedną usługę seksualną: żeby zadzierzgała mu na szyi swój szal i dusiła go aż do wytrysku nasienia. Lubowanie się śmiercią (thanatophilia) jest masochistycznym odpowiednikiem nekrofilii. Masochistką była również pewna bardzo inteligentna pani, która „wyszła za mąż za prostego człowieka, znanego z niechlujstwa. Kobieta ta doznawała orgazmu, gdy wyczuwała bijący od jego brudnej brody i z jego przegniłych zębów zabójczy smród…”.

Już wcześniej słyszałem o zoofilii. Jeden kolega z liceum opowiadał dowcipy o bacach i juhasach, którzy owiecki na hali nie tylko wypasali. Inny twierdził, że jedna z naszych nauczycielek, stara panna, współżyje ze swoim psem. Przez niezamknięte drzwi wejściowe miała wejść do jej sypialni bez pukania prosta baba, sąsiadka, która chciała pożyczyć trochę mąki, i ją na tym nakryła. Od tej pory zastanawiałem się, patrząc na tę nauczycielkę, jak ona to robi. Bilikiewicz mi to objaśnił: „Notowane są przypadki obcowania wielkich psów z kobietami, które do tego celu przebierały postawę kolanowo-łokciową”.


z owieckami

 

Oczywiście w rodzinach katolickich o czytaniu takich sprośnych książek, jak Klinika nerwic płciowych, nie może być mowy. Tam w ogóle żadnych tego typu nerwic nie ma. Homoseksualizm, transwestytyzm, fetyszyzm, pedofilia, czy wcześniej wymienione przez Bilikiewicza zboczenia? Broń Boże! A jeśli chodzi o masturbację? Może już nie doprowadza do uwiądu rdzenia czy ślepoty, ale na pewno nie jest czynnością, którą wykonujemy na chwałę Bożą. Nie tylko ciała kobiet, które nie chcą wydawać na świat dzieci z ciężkimi wadami genetycznymi, ale również ciała młodych onanistów i onanistek nie należą do nich: „Czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych? Drogoście bowiem kupieni. Wysławiajcie tedy Boga w ciele waszym” (1 Koryntian 6.19-20).

 


 Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

12:42, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 67)

 

Julian Krzyżanowski Mądrej głowie dość dwie słowie. PIW 1960, t. II.

 

Dlaczego nie przeczytałem t. I? Widocznie nie było tego tomu w tamtejszej bibliotece. Może szczury pożarły? Z owego ocalonego tomu II zrobiłem siedem stron wypisów. Niewiele w porównaniu do czterdziestu czterech z książki Emile Mireaux Życie codzienne w Grecji w epoce homeryckiej (PIW 1962), które prześledziłem z lupą w ręku, bo są pisane makiem, żeby na stronie zwykłego kratkowanego papieru zmieściło się aż 41 linijek.

Jakże barwne było to życie codzienne przed prawie trzema tysiącami lat, bo epoka homerycka to ósmy wiek przed naszą erą. No, może nie życie codzienne rolników czy żołnierzy (szczególnie spartańskich), nie mówiąc o niewolnikach, ale przedstawiciele warstw arystokratycznych (była to arystokracja ziemska lub przemysłowa, kupiecka i oczywiście kapłańska też) prowadzili żywot stokroć ciekawszy od tego, jaki jest udziałem współczesnej arystokracji wspomnianego typu, której tradycje rodowe sięgają zazwyczaj kilkudziesięciu lat najwyżej.

To życie codzienne obejmuje także wojny, bardziej łupieżcze niż obronne, bo na heroizmie nikt się jeszcze nie wzbogacił. Wojna trojańska, opisana przez Homera w Iliadzie, też była wyprawą zdobywczą, choć mitycznym powodem tego konfliktu miało być porwanie przez Parysa, księcia trojańskiego, pięknej Heleny, żony króla Sparty – Menelaosa.

 

 Miniatura z epizodami wojny trojańskiej

Miniatura z epizodami wojny trojańskiej

 

Gdyby, powiedzmy, powodem tej wojny były dorsze (zaciekłą wojnę dorszową toczyły już od XV wieku do czasów współczesnych Islandia i Wielka Brytania), to Homer nigdy by tego nie uwiecznił – moje ulubione potrawy z ryb były uważane przez współczesnych mu Greków dobrze urodzonych za wstrętne, godne wyłącznie podniebienia biedaków! A co się działo, gdy jakąś krainę nawiedziła klęska głodu? Wybierano na ofiarę błagalną człowieka szpetnego bądź ułomnego (piękno dla Greków było warunkiem doskonałości i najwyższej sztuki), prowadzono w stosowne miejsce, dawano mu do jedzenia suszone figi, chleb jęczmienny i ser. A gdy skończył mlaskać i oblizywać się, chłostano go przy dźwiękach fletu gałęziami dziko rosnącego drzewa po genitaliach, po czym palono na stosie i popioły rzucano w morze.

Zapewne ryby były świadkiem owego barbarzyńskiego obrzędu, ale wiadomo, że głosu nie mają. Powróćmy jednak do homeryckich eposów. Raczej nigdy się nie dowiemy, co jest w nich prawdą, a co fikcją, faktem jest tylko to, iż są one bezcennym źródłem opisów scen z życia codziennego w tamtej epoce. I na tym te rozważania zakończę, bo w antykwariatach książka Emile Mireaux dostępna jest w cenie od 4,05 zł do 5,85 zł, więc każdego stać na jej nabycie i zrobienie sobie takich wypisów, jakich ja dokonałem w pocie czoła przed pięćdziesięciu laty, widocznie sądząc, że jest ona bezcennym inkunabułem, co najmniej takim, jak La Sforziada Giovanniego Simonety z roku 1490, zachowana jedynie w czterech egzemplarzach, z których każdy był zdobiony przez innego artystę.

  

La_Sforziade

 

Książka Juliana Krzyżanowskiego jest mimo wszystko nieco droższa od książki Emile Mireaux – za brakujący w tamtej bibliotece tom I: „Od Abrahama do kleryka”, z poprzecieraną okładką i zagiętym rogiem z przodu, trzeba jednak zapłacić całą dychę. Nawet gdyby było mnie na to stać, to i tak jej nie zakupię, bo z jakichś powodów, być może bardzo ważnych, nie została odnotowana w zeszytach dawnych lektur, a zatem dla mnie nie istnieje.

A czy z tomu II dowiedziałem się czegoś, co warte byłoby omówienia na moim blogu? Na przykład, dlaczego mówimy, że coś jest „do chrzanu”? Sadzarka do ziemniaków czy kombajn zbożowy też! Czyli „do kitu”, „do bani”, „do luftu”, „dziadowskie”, „kiepskie”, „liche”, „tandetne” itp. Bo chrzan jako roślina pospolita nie wymaga żadnych zabiegów ogrodniczych, a w sensie kulinarnym szczególnie uciążliwych – wystarczy go przetrzeć i ewentualnie zmieszać z ćwikłą.

Zwrot „do chrzanu” jest dość pospolity, ale „mać jego gamratka” raczej nie. A przecież występuje w komputerowej fabularnej grze akcji Wiedźmin 2: Zabójcy królów: „Co taki wiedźmin, mać jego gamratka, jada?”. W uszach tych, którzy się tą grą pasjonują, brzmi to zapewne jak „k… mać”. I słusznie, bo ta „zgrabna archaizacja” pospolitego w naszym kraju przekleństwa, dokonana przez Andrzeja Sapkowskiego, autora Sagi o Wiedźminie, na podstawie której owe komputerowe gry opracowano, oznacza dokładnie to samo.

Smutna ta nasza literatura – z jednym z czołowych autorów wypowiadającym się w stylu: „czarokleta chędożony, gamratka jego mać”. Dla mnie taka archaizacja jest naciągana jak majtki wciągane przez głowę. Hm, czyżbym wolał bardziej dosadne środki stylistyczno-składniowe w przekazywaniu emocji, jakich użyła Dorota Masłowska w swej debiutanckiej książce Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, napisanej w trakcie przygotowywania się przez nią do… egzaminu dojrzałości, a wydanej przez cha-cha wydawnictwo Iskra Boża?

Wtedy mówi parę razy: kurwa i ja pierdolę, chujoza i gówno.

Kurwa mać! W dupę! Wyglądam jak wieprz i knur!

Dla wyrażenia emocji wykorzystała w swojej książce także inne czynniki słowotwórcze, wyrażające uczucia w sposób pośredni:

Tatuś.

Kwiatki, czekoladki, romantyczne sraczki.

Za to „oryginalne spojrzenie na polską rzeczywistość oraz twórcze wykorzystanie języka pospolitego” pani abiturientka otrzymała Paszport „Polityki”, doszła do finału prestiżowej Nagrody Literackiej „Nike” 2003, jej powieść stała się u nas bestsellerem i została przetłumaczona na kilka języków europejskich, a trzy lata później za pisaninę tego samego typu w powieści Paw królowej została laureatką Nagrody Literackiej Nike, osiągając tym samym szczyt Polskiego Parnasu.

 

Spotkanie z Dorot? Mas?owsk? w Barze Studio

 

Pozwólcie, że zostawię tę dziewczyninę w spokoju i nie powiem, co myślę o jej pisarstwie, bo szkoda na to czasu i atłasu. O czasie i atłasie też nie będę dywagował, bo Julian Krzyżanowski już to za mnie zrobił. Wróćmy zatem do Andrzeja Sapkowskiego, z zawodu ekonomisty, którego moja opinia raczej nie zmartwi, gdyż najwyraźniej zainteresowany był wyłącznie zyskiem, jaki mógł osiągnąć z wymyślania takich archaizowanych bzdetów. Według Juliana Krzyżanowskiego arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski Piotr Gamrat (1487-1545), od którego pochodzi zwrot „mać gamratka”, też nie martwił się ogromnymi długami, które pozostawił: Odpowiadał, że on sam martwił się dosyć, gdzie je zaciągnąć, zmartwienie zaś, jak je odebrać, pozostawia wierzycielom…

 

 

PiotrGamrat

 

 Z jego oblicza widać, na jaki cel przeznaczał pieniądze uzyskane w ten, dość niecny, sposób. Z całą pewnością nie przeznaczał ich na walkę z reformacją, rozwój kaznodziejstwa, szkolnictwo kościelne czy zreformowanie administracji dóbr kościelnych, bo te jego zasługi dla Kościoła zaowocowałyby przy ascetycznym trybie życia równie ascetyczną twarzą. A na jego paskudniastej japie widoczne jest tylko obżarstwo, opilstwo i dogadzanie najniższym chuciom.

Przysięgam, że dopiero po napisaniu tego, co powyżej, postanowiłem sprawdzić w Internecie, czy poza zwięzłą informacją w wikipedii znajdę coś jeszcze o Piotrze Gamracie. I znalazłem felieton zatytułowany Największy rozpustnik wśród arcybiskupów, który rzuca dodatkowe światło na zwrot „mać gamratka”!

…arcybiskupa nie zdobiła wiedza, celował natomiast w trzech najgorszych właściwościach renesansu: obżarstwie, pijaństwie i lubieżności; jego nazwisko stało się w języku polskim synonimem utracjusza, a gamratkami określano w staropolszczyźnie prostytutki. […] Kazimierz Władysław Wójcicki w „Przysłowiach narodowych z wyjaśnieniem zrzódła początku...” (t. 1) pisał wprost: „Ten sam Gamrat [arcybiskup gnieźnieński – przyp.] powiększył słownik języka naszego wyrazami: >>Gamrat, gamratka, gamracić<

Według anegdoty biskupią mitrę Gamrat zawdzięczał apetytowi, gdy goszcząca u niego na śniadaniu królowa Bona, spostrzegłszy jak zgarnął całe mięsiwo ze stołu, ponoć zakpiła: „Widzę, że probostwo nie jest w stanie cię wyżywić. Trzeba zrobić cię biskupem!”. O legendarnym obżarstwie Gamrata również nie będziemy się tutaj rozpisywać, może tylko wspomnimy marginalia kronikarskie potwierdzające, iż żarłoczny duchowny za jednym tylko posiedzeniem potrafił zjeść całego... cielaka. Nic zatem dziwnego, że Gamrat, otyły i zmęczony wielogodzinnymi biesiadami, nabawił się czyraka mnogiego, który pomimo lekarskich interwencji okazał się przyczyną zgonu. […]

Niechlubną tradycję birbantowania wśród gnieźnieńskich arcybiskupów zapoczątkował poprzednik Gamrata, Jan Latalski, arcybiskup gnieźnieński w latach 1537-1540, który z powodu skłonności do pijaństwa i rozpusty nazywany był „Kuflem” lub „Bachusem”. Przygody seksualne arcybiskupa Latalskiego przemilczymy w tym miejscu, wspomnimy może tylko kąśliwość arcybiskupa Andrzeja Krzyckiego, który w jednym z wierszy wspominał, jak Latalski przyłapany sam na sam w gospodzie z pewną „wesołą kobietką” został wraz z nią zamknięty na klucz, więc aby nie wywoływać skandalu, starał się pozbyć towarzyszki biesiady, spuszczając ją w sieci przez okno. Na nieszczęście dla Latalskiego epizod ów, dzięki Krzyckiemu, przeszedł do historii polskiej literatury.

Piotr Gamrat, który pieczętował się takim samym herbem (Sulima) jak sławny Zawisza Czarny z Garbowa, będący symbolem cnót rycerskich, zyskał jednak jako niecnota (hultaj, ladaco, szelma, nicpoń, gałgan, diabeł wcielony) większą sławę i większą „spuściznę okołogamratową” po sobie pozostawił, nic więc dziwnego, że po śmierci został pochowany na Wawelu, a królowa Bona wystawiła mu piękny nagrobek.

 

 

nagrobek Piotra Gamrata w katedrze na Wawelu

 

 I tak oto zwięzły zapisek w jednym z moich zeszytów rozrósł się do sporej i, mam nadzieję, pouczającej opowieści. Co tam jeszcze można wygrzebać? „Być kutym na cztery nogi” wzięło się nie od szczwanych bab, lecz od koni, które przed zimą, na grudę i lód, musiano podkuwać na cztery nogi, wzmacniając podkowy hacelami, by zapobiec ślizganiu się na lodzie czy gołoledzi. A „spuścić nos na kwintę” (posmutnieć, zmartwić się, stracić humor) wywodzi się z terminu muzycznego (skrzypcowego), gdzie kwinta oznacza ton najwyższy, z którego zejście do tonów niskich i najniższych oznacza jakby przejście od maniakalnego pobudzenia do stanu głębokiej depresji.

„Sprawić komuś łaźnię” odnosi się do znanego epizodu historycznego, gdy podczas ogólnopolskiego wiecu książąt w Gąsawie (w listopadzie 1227 roku) Świętopełk pomorski postanowił dwóch z nich zgładzić, kiedy nadzy i bezbronni przebywali w łaźni. A powiedzenie „psy na kimś wieszać” też ma rodowód historyczny: na przykład Fryderyk I na sejmie Rzeszy w Wormacji w roku 1156 skazał jedenastu rycerzy za rozbój na haniebną karę – powieszono im na piersiach psy, które musieli odnieść do wyznaczonej miejscowości; znacznie gorzej postąpiono w roku 1624 z pewnym Żydem z Nysy na Śląsku oskarżonym za kradzież: powieszono go za nogi między dwoma psami, które go zresztą zagryzły.

Ha, tym razem Julian Krzyżanowski mnie zaskoczył! „Czuć do kogoś miętę”, czyli mieć skłonność, pociąg do kogoś na tle erotycznym, a przynajmniej czuć do kogoś sympatię, darzyć względami. Natomiast pan profesor twierdzi, iż oznacza to coś wręcz przeciwnego: „czuję do ciebie miętę”, czyli chciałbym cię poturbować, pobić, podusić (od wyrazu rosyjskiego „pomiatj”). Oj, wydaje mi się, że pan profesor powinien się za tę brednię przewracać ze wstydu do końca świata w grobie na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie!

 

czuć do kogoś miętę

 

Natomiast objaśnienie do „zalać komuś sadła za skórę” jest jak najbardziej trafne: Aż do czasów Stanisława Augusta inkwizytorzy oraz wszelkiego rodzaju zbóje na gościńcach, wrzącym sadłem na brzuch lanym lub nawet za skórę, usiłowali wymusić na swych ofiarach zeznania lub wskazanie, gdzie ukryte są kosztowności lub pieniądze. W dzisiejszych czasach zbóje wykorzystują do tego celu żelazko – po włączeniu do prądu kładąc je ofierze na brzuch.

„Polak mądry po szkodzie” jest zapożyczeniem z łaciny: Post mala prudentior (każdy mądry po szkodzie), tak jak „mówić do ściany” czy „jak do ściany”; w poezji starożytnej były to w utworach miłosnych skargi kochanka zwrócone do zamkniętych mu przed nosem drzwi jego bogdanki. Tych zapożyczeń z łaciny, u nas brzmiących swojsko, jest zresztą co niemiara. „Dobra gospodyni ma zawsze pełno w skrzyni”, „Z tym kot rad mieszka w zgodzie, kto da mu się lizać po brodzie”, „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, „Zły to ptak, co swe gniazdo kala”, „Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka”, „Kuj żelazo, póki gorące”, „Pańskie oko konia tuczy” czy nawet „Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną” („Urbem lateritiam invenit, marmoream reliquit”)!

 

[o Kazimierzu Wielkim]

 

„Zalać robaka” można oczywiście wodą ognistą, choć „robakom”, czyli szkodnikom polnym, których nory zalewano wrzątkiem, zbyt wesoło raczej nie było, a książkę „przeczytać od deski do deski” można było jedynie w dawnych czasach, gdy okładki były drewniane. „Goły jak święty turecki” – to pokłosie relacji z roku 1583 Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, kiedy pielgrzymował do Ziemi Świętej: Znajdują się też tu ludzie (z Damaszku), którzy się za nabożne udawają, tak zimie jako i lecie nagucko bez wszego zgoła okrycia chodzą…  

 

 Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

20:37, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 stycznia 2018
Zeszyty dawnych lektur (odc. 66)

 

Psychologia (podręcznik sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych). MON 1960

 

To był mój pierwszy podręcznik do nauki psychologii, a bardzo tego wtedy potrzebowałem, gdyż czułem się zagubiony nie tylko w świecie, ale przede wszystkim w sobie. Całe sześć stron gęstych zapisków świadczy o tym najlepiej. I pomyśleć, że w socjalistycznej Polsce sięgnięto po podręcznik sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych! Ale widocznie w siłach zbrojnych ZSRR takiego podręcznika nie było.  Nawet dla elit dowódczych? Sądzę, że tam wystarczał zwykły zamordyzm. Nie musiano zajmować się kwestią funkcjonowania jednostek w dużych zbiorowiskach, mimo iż tą dziedziną psychologii społecznej (w skrócie zwaną psychologią tłumu) zajmowano się we Francji już na przełomie XIX i XX wieku.

Jako skrajny indywidualista nigdy nie lubiłem anonimowego tłumu, w którym sposób zachowania i odczuwania ludzi ulega radykalnej zmianie. Konformizm, rozproszenie odpowiedzialności za własne czyny, przyjęcie tożsamości zbiorowej („mentalność tłumu”), identyfikacja z grupą i jej liderami, utrata indywidualnej racjonalności, zbiorowa agresja. No a na drugim planie: strategia zarządzania tłumem dokonywana częstokroć na bieżąco po analizie danych, których dostarcza tzw. Wielkie Oko.

Na szczęście zawsze byłem outsiderem – z własnego wyboru. Co innego psychologia indywidualna, teoria stworzona przez Alfreda Adlera po odłączeniu się przez niego od szkoły freudowskiej; ta była mi od razu bliska, gdyż u jej podstaw leży psychologia dziecka, a właśnie od skrzywdzonego dziecka w sobie musiałem się uwolnić, żeby żyć w harmonii z sobą i ze światem. Udało mi się to niestety dopiero w późnym wieku, ale nie wyprzedzajmy faktów!

Termin „psychologia” (z grec. psyche, czyli dusza, oraz logos – słowo, myśl, rozumowanie), dosłownie: „nauka o duszy”) nie od starożytnych Greków się jednak wywodzi, chociaż używany przez nich zwrot περι ψυχης wokół „duszy” się przecież ogniskuje. Wokół ciała zapewne też, o czym świadczy wywodząca się z mitologii greckiej inna Psyche, znajdująca się na obrazie Benjamina Westa we władzy pożądań natury jak najbardziej cielesnej – skierowanych ku skrzydlatemu Erosowi, bogu miłości, ale i namiętności seksualnej (orzeł przynosi jej wodę ze źródła nie jasnego, lecz czarnego).

 

 

Obraz Benjamina Westa

 

 

W ujęciu nowoczesnym jest to nauka badająca mechanizmy i prawa rządzące psychiką oraz zachowaniami człowieka, który wprawdzie jest zwierzęciem, niekiedy stokroć bardziej zezwierzęconym od innych osobników tego gatunku, bo jego poczynaniami kieruje nie potrzeba zaspokojenia głodu, lecz obżarstwa, ale nawet wtedy nie zajmują się nim specjaliści z zakresu zoopsychologii, czyli psychologii zwierząt. W sensie psychologicznym byłoby to ponoć dla takiego bydlaka uwłaczające.

Do rozpowszechnienia tej nazwy przyczynił się w wieku XVIII Christian Wolff, niemiecki filozof, gdyż jeszcze wtedy psychologia była traktowana jako dziedzina filozofii i zawężała się do rozważań typu: czy specyfika procesów psychicznych ma charakter wyłącznie materialny, czy jest też funkcją odrębnej substancji zwanej „duszą”. Platon, najwybitniejszy uczeń Sokratesa, też się zajmował tego rodzaju akademickimi rozważaniami, ale to on opisał jako pierwszy konflikty wewnętrzne, które w tym samym V wieku p.n.e. znalazły swój sceniczny wyraz w dziełach trzech wielkich tragików greckich: Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa.

Miło przypomnieć, że do pierwszych psychologów stosujących metody doświadczalne przy badaniu procesów psychicznych należał nasz rodak Julian Ochorowicz, przede wszystkim w tym okresie, gdy działał jako asystent w zespole prof. Wilhelma Wundta, ojca nowoczesnej psychologii, który usystematyzował metodę rejestracji subiektywnych doznań określaną jako introspekcja.  Uczynił to jednak w oparciu o publikację Jak należy badać duszę? Czyli o metodzie badań psychologicznych, której autorem był Ochorowicz! W ogromnej mierze z inicjatywy owego doktoranta-metodologa odbył się w sierpniu 1889 na Polu Marsowym w Paryżu (na platformie w Wieży Eiffla) I Międzynarodowy Kongres Psychologii Fizjologicznej.

Niewątpliwy geniusz, ale typowo polski, czyli nieskondensowany na jednym zagadnieniu, rozpraszający swoje wysiłki badawcze na różnych polach. Za co otrzymał stopień doktora habilitowanego na Uniwersytecie Lwowskim po wyjeździe z Lipska i rozstaniu się z zespołem prof. Wundta? Za rozprawę zatytułowaną Rozwój filozoficznych i chemicznych pojęć o atomach! Następnie badał empirycznie zagadnienia z dziedziny hipnotyzmu, telepatii, także mediumizmu, ale co z tego, że wyprzedzał idee Freuda, skoro to Freud stworzył spoistą koncepcję psychologii nieświadomości!

Ha, Julian Ochorowicz uważany jest też za prekursora radia i telewizji, gdyż w roku 1878 w piśmie „Kosmos” napisał: „Po telefonie i telegramie musimy wynaleźć telefoto albo telefotoskop, to jest przyrząd telegraficzny do widzenia z odległości”, a rok wcześniej opracował teoretyczne zagadnienie telewizji monochromatycznej (ekran zbudowany z żarówek, które wyświetlają nadawany obraz zamieniony na zbiór punktów). Od teorii do praktyki jest jednak daleka droga, a tę przebył tylko w jakiejś części, znacznie krótszej od odległości, jaką udało się pokonać jego ulepszonemu telefonowi, który na Wystawie Powszechnej w Petersburgu połączył się z oddalonym o 320 km Bołogoje!

Usłyszałem o nim w roku 1958, na pierwszym roku studiów polonistycznych w Toruniu. Prof. Bronisław Nadolski, który wyraźnie mnie faworyzował od chwili, gdy po raz pierwszy zetknęliśmy się z sobą, i nie opuścił mnie nawet w moich późniejszych nieszczęściach, dość sarkastycznie wyrażał się o Ochorowiczu jako literacie publikującym pod pseudonimem „Mohort”, natomiast podkreślał jego zasługi we wsparciu udzielanym Władysławowi Reymontowi czy Bolesławowi Prusowi: Bez niego nie osiągnęliby takiej głębi psychologicznej w swoich utworach, a Reymont na pewno nie otrzymałby literackiej nagrody Nobla – pierwszy tom „Chłopów” powstał przecież w willi „Ochorowiczówka”. A dr. Ochojski, bohater „Lalki”, to kto? Julian Ochorowicz!

Prof. Bronisław Nadolski był po trosze mizoginem. Na każdym wykładzie pokpiwał ze studentek, ale tylko ładnych i modnie ubranych, podpierając się przykładami z literatury greckiej lub staropolskiej. Pewnego razu zwrócił się do naszej koleżanki, która z widocznym roztargnieniem słuchała jego wykładu: Byłaby pani znakomitym medium dla Juliana Ochorowicza! Wie pani, co to jest medium kanałowe? Zaskoczona dziewczyna zatrzepotała powiekami i wybąknęła nienaturalnie pogrubionym głosem: Proszę mi podpowiedzieć, panie profesorze, bo nie pamiętam… Prof. Bronisław Nadolski tylko na to czekał: Takie medium zapada w podobny trans jak pani, a po opuszczeniu ciała znajduje się we władaniu ducha, który przez nie przemawia. Wydaje mi się, że przed chwilą miała pani kontakt z aniołami, ale upadłymi, czyż nie tak? Skonfundowana dziewczyna skinęła machinalnie głową, co wzbudziło nasz gromki śmiech. Oczywiście zaraz po tym wykładzie poszedłem do biblioteki i przeczytałem wszystko, co możliwe, o Julianie Ochorowiczu, hipnotyzerze i mediumiście też.

 

 

 Muzeum Magicznego Realizmu

Muzeum Magicznego Realizmu w willi „Ochorowiczówka” w Wiśle;

malowidło J. Jaśnikowskiego Czerwony samolot II

 

No i proszę – Ochorowicz na długo przed Małyszem rozsławił Wisłę, kiedy była zapadłą górską wioską, ale ilu Polaków o tym wie? Chwała włodarzom tego miasta, że przypominają o nim turystom, choć nie jako prekursorze psychologii, bo to byłoby mało chwytliwe, mimo iż w specjalnie wybudowanym laboratorium przeprowadzał również tam badania z zakresu psychologii eksperymentalnej (powiedzmy wprost: parapsychologii!) oraz hipnologii. Jestem ciekaw, czy ojcowie miasta za wielce szanownymi redaktorami Wikipedii.pl powtarzają informację, że przypominający alchemika brodaty pan Julian odwiedził po raz pierwszy Wisłę w roku 1899? Jeśli w zachowanej księdze meldunkowej taki zapis istnieje, to tak czy siak nie mógł tam szukać natchnienia do napisania Wiedzy tajemnej w Egipcie, skoro ukazała się ona drukiem w sierpniu 1898 roku w Warszawie! Natchnienie to, gdziekolwiek je znalazł, nie było zresztą nazbyt wielkie – jak najsłuszniej prof. Nadolski mało pochlebnie wyrażał się o Julianie Ochorowiczu jako literacie; ta książczyna przypomina dość marną pracę magisterską o sprawach, które Bolesław Prus opisał w Faraonie w sensie pisarskim po mistrzowsku.

W naszej dobie powszechnego dostępu do zasobów internetowych nie miałaby ona w ogóle racji bytu, ale wówczas wymagało to jednak pewnego wysiłku: trzeba było zrobić wypisy z paru książek napisanych przez egiptologów. Oczywiście Ochorowicz mógł je mieć w swojej bibliotece, ewentualnie wypożyczyć coś z czytelni miejskiej, i w wielkim kufrze podróżnym przewieźć do Wisły, by tam tę swoją książczynę spłodzić. Ach, ileż książek mogłoby powstać z tysięcy zapisanych przeze mnie kartek sześćdziesiąt kilka lat później! Gdybym chciał się ośmieszyć, mógłbym to zresztą jako wydawca uczynić dość szybko, wydając je w nakładzie po 17 egzemplarzy obowiązkowych dla bibliotek, co zaowocowałoby stosownym hasłem w Nonsensopedii.pl, np. „roszkowskowymóżdziensis”…

Wróćmy jednak do tematu, choć wokół niego cały czas przecież krążymy. Nurtów szkół psychologicznych jest tyle, że łatwo w nich zatonąć. Dzięki filmom o Freudzie psychoanaliza jest chyba najbardziej znana. Ale co przeciętnemu człowiekowi mówi behawioryzm? A o odruchu Pawłowa słyszeliście? Psu na widok zapalonej żarówki leci ślina z pyska, gdyż wie, że zwiastuje to nadejście michy pełnej dobrego żarcia. Ślinienie się na widok pokarmu jest odruchem bezwarunkowym, a na widok zapalającej się żarówki – warunkowym. 

U nas, ludzi, występują oczywiście te same procesy, właściwie większość z nas składa się niemal z samych takich odruchów, jednych lub drugich, we wzajemnym powiązaniu też. Wystarczy, mówiąc żargonem behawiorystycznym, zbadać zależności między obiektywnie mierzalnymi bodźcami i reakcjami u nas zachodzącymi, by wiedzieć o nas prawie wszystko, jako że systemy pewnych odruchów tworzą struktury nawyków, a grupy nawyków składają się na poszczególne wymiary osobowości. Bardziej złożone zjawiska psychiczne u takich osobników nie występują, a jeśli nie daj Boże by się u kogoś takiego pojawiły, to jako psychiczną anomalię należałoby je stłumić dla społecznego dobra, gdyż ludzie powinni działać według stosunkowo prostych zasad opierających się na stałych, odruchowych lub wyuczonych reakcjach na bodźce.

 

odruch Pawlowa

 

Precz zatem z behawioryzmem! Asocjanizmem, funkcjonalizmem czy strukturalizmem też! Nie mówiąc o psychologii międzykulturowej, transpersonalnej i cholera wie, jakiej jeszcze, bo psychologia akademicka ma to do siebie, że jak króliki w kapeluszu prestidigitatora mnoży psychologiczne byty. Dlatego pozwólcie, że tylko w sensie hasłowym pokażę, co przed ponad pięćdziesięciu laty z tej niby omawianej przeze mnie książki wypisałem.

A zatem: kompensacja (mechanizm pożądany, gdy brzydka dziewczyna staje się pełną wdzięku istotą, w której brak urody nie razi, a niepożądany wtedy, gdy nieśmiały chłopak postanawia być bezczelnym chamem i tupetem maskuje swą wrodzoną nieśmiałość). Innym mechanizmem obronnym jest identyfikacja (byłbym głęboko nieszczęśliwy, gdyby moja córka pisarka odczuwała tak wielką dumę z osiągnięć pisarskich swego ojca, że zrezygnowałaby z własnych ambicji w tym zakresie; na szczęście tak się nie stało). Ekshibicjonizm jako mechanizm obronny? Niemowlę, które płaczem chce zwrócić na siebie naszą uwagę, ok, ale mój kolega z domu dziecka, który zaprosił mnie do Szwecji w okresie, kiedy dla otrzymania paszportu było to konieczne, później nieco mnie zadziwił, gdy na spotkaniach towarzyskich nagle zrzucał z siebie wszystkie szatki i pokazywał się w całej swojej nagości!

 


Exhibitionist_3

 

Projekcja. Z tym mechanizmem obronnym spotykamy się jakże często. Przecież większość ludzi widzi własne błędy u innych. Na przykład nieszczerość czy nieuczciwość. W krańcowych wypadkach mamy do czynienia z manią prześladowczą, gdy ci, których niesłusznie atakują, próbują się bronić, czyli konspirują, żeby ich ośmieszyć, poniżyć, skrzywdzić, a nawet się pozbyć. Odpowiedzią na to może być agresja lub ucieczka, która też jest mechanizmem obronnym, ale przynajmniej pozbawionym elementów agresji. Człowiek zamyka się w sobie, często wraca do postawy dziecka (regresja) – świat złudzeń daje mu więcej przyjemności niż świat realny.

Fantazjowanie jest jedną z bardziej powszechnych form ucieczki. Taka postawa też wynika z kompleksu niższości. Na przykład dziewczyna odtrąca nasze uczucia, więc albo ratujemy jej życie z narażeniem własnego i ona, doceniając nasz heroiczny czyn, zaczyna też darzyć nas miłością, albo umieramy z miłości do niej i dopiero teraz nasza ukochana zaczyna rozpaczać z powodu tej niepowetowanej dla siebie straty. Później jest już jednak zawsze za późno, ach, melodramat w jednym akcie lub nawet w czterech, jeśli nie brakuje nam inwencji.

Stłumienie bolesnych względnie przynoszących wstyd przeżyć, aż do całkowitego wymazania ich z pamięci. Taki mechanizm jest całkowicie zrozumiały, gdy zostajemy postawieniu w obliczu nagłych i strasznych przejść. Jak ta ostatnio nagłośniona w mediach historia polskiej pary w Rimini, gdy na oczach zszokowanego mężczyzny, który zaproponował swojej żonie romantyczną przechadzkę nocą po plaży, została ona brutalnie i wielokrotnie zgwałcona przez bestialskich napastników.

Albo cofając się ponad siedemdziesiąt lat wstecz, gdy w czasie tzw. rzezi wołyńskiej na oczach nielicznych świadków owych przeżyć nie do zniesienia, którym jakimś cudem udało się ukryć lub zbiec, torturowano, gwałcono, mordowano ich najbliższych. U niektórych z nich mózgi zablokowały większą część wrażeń wzrokowych, odmówiły reagowania na te bodźce, dając im możliwość ucieczki w „ślepotę sytuacyjną”, bo później widzenie wracało. Ze zjawiskami amnezji sytuacyjnej jest podobnie – w mniej drastycznych przypadkach mamy do czynienia z widzeniem wybiórczym; dostrzegamy tylko to, co chcemy dostrzec. Gorzej, gdy dochodzi do całkowitej amnezji z powodów całkowicie błahych, wydumanych. Wtedy mówimy o psychozie. 

 Prawie wszystkie formy ucieczek można uważać za łagodne formy schizofrenii. Ucieczkę w religię też. Schizofrenia jest krańcową ucieczką od rzeczywistości w świat fantazji, gdy świat rzeczywisty staje się nie do zniesienia, ale inne formy ucieczek mogą przecież również przybrać taką formę. W tym konkretnym przypadku mówimy o obłędzie religijnym – ilość obłędów, w jakie można popaść, jest oczywiście znacznie większa. Łagodne formy schizofrenii nie wymagają hospitalizacji, mogą być co najwyżej drażniące dla otoczenia, ściślej: tej jego części, która preferuje ucieczkę w coś innego, np. w taki styl życia, gdzie Bogiem staje się pieniądz.

Tadeusz Rydzyk, biznesmen, nie jest ojcem takiego stylu życia. Już w roku 325 nowej ery na Soborze nicejskim I biskupi chrześcijańscy Cesarstwa Rzymskiego postanowili nie tylko dodać Bogu dwie dodatkowe postaci, ale wbrew nauczaniu Jezusa, który mówił, że ani jedna linijka w Piśmie nie może zostać zmieniona, posunęli się do świętokradztwa, usuwając z Dziesięciu Przykazań Bożych drugie, żeby móc na wielką skalę handlować dewocjonaliami („Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani jednego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył…” etc.), a następnie w sposób nonsensowny rozbijając ostatnie przykazanie na dwie części, żeby było ich w sumie dziesięć.

 

 

Gdzie pieniądz jest Bogiem

 

a 8 dnia

 

 

W stosunku do tych krzywoprzysięzców nie można by zastosować zwyczaju ustalenia winy za pomocą ryżu, bo praktykowało się to w Indiach, a zatem w diametralnie innym kręgu kulturowym, gdzie wypasionych brzuchów raczej się u kapłanów nie widuje. Hm, a dlaczego Buddę pokazuje się często w bardzo zaokrąglonej postaci, tak jakby nie był ascetą? W buddyzmie duchowym nie czci się żadnych figur – te posążki czy posągi to element folkloru i tradycji: dla spracowanych i zabiedzonych ludzi „śmiejący się Budda” jest symbolem szczęścia i pomyślności.

Co jeszcze na kanwie zapisków z podręcznika psychologii sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych można sensownego powiedzieć? Że usta są najprawdopodobniej wtórnym organem seksualnym? Nie ma to jednak chyba związku z sublimacją, dodajmy wyraźnie: sublimacją popędu płciowego, której efektem, według Freuda, miał być cały dorobek kultury, choć obecnie wiadomo, że motywacje działań artystycznych mogą być też inne.

 


Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

14:41, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 65)

 

John Storm Dramat Zuzanny Valadon. PIW 1962.


Aż do tego odcinka pomijałem książki biograficzne o malarzach, bo co mogę ze zrobionych z nich zapisków wziąć w tej chwili?  Nie wydobędę z nich przecież jedynego piękna, z jakim mogłem wówczas obcować w świecie skurczonym do najwyżej trzech metrów kwadratowych (w celi izolacyjnej poza żelaznym łóżkiem, składanym i przytwierdzonym do ściany, bo w innym razie nie można by się tam poruszać, znajdował się pod zakratowanym oknem tylko kibel, też żelazny i po zdjęciu pokrywy cuchnący chlorem, no i stołek – wyłącznie do siedzenia, bo stojąc na nim można było zobaczyć tylko kawałek zakratowanego nieba).

 Poza zszarzałą bielą nie było tam innego elementu kolorystycznego, a jakże barwne postaci się z tych książek wyłaniały! W dodatku byli to artyści o losach niekiedy równie tragicznych jak mój, więc doskonale rozumieli, że zamiast bezsensownie mnie pocieszać, trzeba po prostu zaprosić mnie do obejrzenia swoich prac, podzielić się swoją twórczą radością. Rozterkami też. Ach, zawsze żałowałem, że muszę „robić w słowach”, zamiast w tym, co posiada wartość uniwersalną, jak malarstwo. Tego nie trzeba przekładać na żadne języki, oczy nie potrzebują filtrów, widzą to, co widzą, niekiedy w zachwyceniu. Wtedy odbierałem wszystko, co przesłaniało szarzyznę mego życia-nieżycia, wyłącznie tak: w pełnym zachwycie.

Te lektury sprawiały, że w tych momentach nie przeżywałem tysiąca lat samotności (te moje siedem aż tak się zazwyczaj multiplikowały) – moja cela rozbrzmiewała gwarem, na ścianach zawisały kolejne obrazy, które dawano mi nie do oceny, bo do tego nie byłem zdolny, ale do wchłaniania ich w siebie wszystkimi zmysłami. W imaginacji moja cela poszerzała się ogromnie, bo musiałem, tak jak to robiłem kiedyś na wystawach malarskich, najpierw gwałtownie przemaszerować przed tymi obrazami, a następnie wracać do nich wielokrotnie, przystawać przed każdym z nich, medytować, odsuwać się od nich, zbliżać, odchodzić i znowu powracać, póki nie wchłonąłem w siebie całej ich istoty. Odbiór intelektualny schodził wtedy na tak daleki plan, że w ogóle nie przykładałem do tego żadnej wagi.  


Parasolki Renoira

Parasolki Pierre’a Auguste’a Renoira

 

Zaprezentowany powyżej obraz pojawił się jako pierwszy nie bez powodu. A raczej z dwóch powodów. Po pierwsze związany jest z bohaterką omawianej przeze mnie książki, Susanne Valadon, która będąc kochanką i Muzą Renoira do tego obrazu też pozowała, gdyż, jak twierdził, „jej skóra nie odpycha światła”. To ta pani z lewej strony, która aż w ciągu pięciu lat, gdy ten obraz powstawał, zmieniła się znacznie: z damy stała się dziewczyną pracującą, czyli z plebsu (zdjęcia rentgenowskie Parasolek odsłaniają tę przemianę).

Renoir zastosował przy tym inną technikę malarską. Pracę nad płótnem rozpoczął jako impresjonista – Susanne też malowana była wtedy drobnymi plamkami i bardzo szybkimi pociągnięciami pędzla, aby zaznaczyć jak najwięcej rozbłysków rozbitego światła (refleksów) na modelowanych obszarach, a po czterech latach, bo aż na tyle czasu malarz odstawił w kąt pracowni to płótno, modelunek tej postaci nabrał surowości, kolor uległ lekkiemu poszarzeniu, a forma – uwypukleniu. Było to świadectwem przemiany nie tylko stylu artysty, ale przede wszystkim zmiany jego sposobu myślenia o sztuce.

Kiedy był malarzem biednym, postacie malowanych przez niego pań musiały rozbłyskiwać refleksami i być przybrane w stroje niezwykle modne, bo do takich wzdychał, kiedy rodzina biednego krawca przeniosła się z prowincjonalnego Limoges do Paryża, a kilkunastoletni chłopak znalazł się po raz pierwszy na les Champs-Élisées (Polach Elizejskich). Czy już wtedy wdrapał się na Montmartre, by podziwiać obrazki powstające na sztalugach, przy których stali malarze w wyplamionych farbami fartuchach, często zarośnięci i o nieprzytomnych spojrzeniach? Pewne jest tylko, że nie od nich nauczył się charakterystycznego sposobu manipulacji kolorem: tę technikę podpatrzył w fabryce porcelany, w której zaczął pracować jako nastolatek a gdy ją zamknięto, bo pojawiły się znacznie wydajniejsze maszyny do produkcji i ozdabiania ceramiki, przerzucił się na malowanie chińskich wachlarzy. I – już wszystko wiadomo!

Ale nie o Renoirze mam pisać i jego powrocie do plebejskich korzeni w trakcie malowania Parasolek (1881), których kompozycja jest chaotyczna celowo, a wiele postaci uciętych też celowo, bo ten obraz nie miał być wystudiowaną sztuczną wizją lepszego świata, lecz uwiecznieniem prawdziwego życia. Mam przecież pisać o Susanne Valadon, która dystyngowaną damą była i pozostała w Tańcu w mieście (1873).

    taniec-w-miescie-auguste-renoir

Po zrozumiałym zachłyśnięciu się płótnami francuskich impresjonistów, poza Renoirem (nie tylko damą była na jego obrazach, bo zrobione przez niego jej liczne akty posłużyły mu po latach do wspaniałych Kąpiących się!): Edgara Degasa, Édouarda Maneta, Claude Moneta, Berthe Morisot, Camille Pisarra czy Alfreda Sisleya, obrazy Susanne Valadon budziły tylko moją ciekawość poznawczą, gdyż w sensie psychologicznym są znakomite. Kolory są wprawdzie, jak mówią historycy sztuki, „pełne wyrazu”, charakterystyczne dla postimpresjonizmu, ale wyraźnie zapożyczone od Gauguina, co od razu rzuciło mi się w oczy.

Renoir urodził się w Limoges, a Valadon w pobliżu tego miasta! W rodzinie też podobnej, bo jej matka była szwaczką, a ojciec łajdakiem-młynarzem, który jej matkę uwiódł i porzucił, co zmusiło ją do wyjazdu z rodzinnej miejscowości do Paryża, gdzie nikt jej nie wytykał palcami z powodu posiadania nieślubnego dziecka  –  Marie-Clèmentine, bo takie miała w rzeczywistości podwójne imię mała „Valadonka”. A w jakiej dzielnicy Paryża osiadły? Oczywiście na Montmartre!

Dziewczynka od dziewiątego roku życia musiała utrzymywać się samodzielnie jako niańka, praczka, kelnerka i pomywaczka w marnej knajpie, czy jako foryś w ujeżdżalni koni, a w końcu jako akrobatka i linoskoczka w cyrku. Na szczęście (dla historii malarstwa francuskiego) w wieku 16 lat spadła z trapezu, co przymusiło ją do zostania modelką. Trudno się dziwić, że jej wysportowane ciało było łakomym kąskiem dla malarzy: Pierre Puvisa de Chavannesa, Henri de Toulouse-Lautreca czy Pierre-Auguste Renoira.

Łakomym kąskiem w podwójnym znaczeniu tego słowa. „Valadonka”, przesiadując z impresjonistami w klubach i kabaretach Montmartre, zachowywała się tak prowokacyjnie, że mogła przebierać w kochankach i już jako osiemnastoletnia panna urodziła nieślubnego syna – bękarta, bo sama dokładnie nie wiedziała, kto jest jego ojcem. Młody student agronomii, Hiszpan Miquel Utrillo, czy Adrian Boissy, trubadur Montmartre'u? Ten pierwszy dał wprawdzie siedem lat później Maurycemu nazwisko, ale matka wskazywała jednak na tego drugiego, który był „kawał pijaka”. Nic więc dziwnego, że małego Maurisia, chorowitego i poważnie obciążonego psychicznie, widok butelki z absyntem bardziej podobno podniecał niż podawana mu do karmienia pierś matki (w jakimś filmie dokumentalnym twierdzą, że wlewała mu do zupek alkohol!).

Jak się jednak okazało – wyssał z niej coś więcej, ale to coś na pewno by się nie ujawniło, gdyby jego matka, pozując malarzom i uważnie przyglądając się stosowanym przez nich technikom, w końcu sama nie złapała za pędzel. Prawdopodobnie skończyłoby się na kilku zamalowanych przez nią płótnach, gdyby nie szczególna zachęta ze strony Toulouse-Lautreca, zwanego „duszą Montmartre”.

 Ten syn hrabiego i hrabiny odziedziczył po nich, bo jego rodzice byli ze sobą blisko spokrewnieni, defekt genetyczny: jako dorosły mężczyzna miał tylko 142 cm wzrostu przy torsie i górnych częściach ciała o normalnych proporcjach. Czy ten karzeł, fizycznie odpychający, ale z drugiej strony szalenie uzdolniony i daleki od arystokratycznej wyniosłości, dzięki czemu wzbudzał powszechną sympatię, był kochankiem byłej cyrkówki? Zapewne tak, karły są przecież częścią cyrkowego życia, ale nie mają tytułu hrabiowskiego, no i mogą być jedynie genialnymi artystami cyrkowymi. A Toulouse-Lautrec był genialnym grafikiem i ilustratorem. Malarzem też widocznie niezgorszym, skoro w listopadzie 2005 roku jego obraz Praczka został sprzedany na aukcji za ponad 22 miliony dolarów amerykańskich. To on uczył sztuki malarskiej swoją „szaloną Susanne” (wymyślił dla niej to imię, bo miała ciało jak biblijna Zuzanna, podglądana w kąpieli przez lubieżnych i okrutnych starców).

 

Susanna_and_the_Elders_(1610),_Artemisia_Gentileschi

Zuzanna i starcy (1610), obraz Artemisii Gentileschi


Szalona Susanne – jak najbardziej, ale biblizm: cnotliwa Zuzanna, czyli kobieta przyzwoita, cnotliwa – absolutnie do niej nie pasował! Taulouse-Lautrec nie przypominał zresztą w niczym młodego proroka Daniela, który uratował cnotliwą Zuzannę, żonę rządcy Joakima, przed haniebną śmiercią. Pan hrabia na przykład uwielbiał chodzić do burdeli, skąd wyniósł nie tylko kilka znakomitych obrazków, np. dwóch prostytutek siedzących na sofie, ale i kiłę, która doprowadziła go do przedwczesnej śmierci (1864-1901). Susanne zaraził na szczęście tylko pasją malarską.



11:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Zeszyty dawnych lektur (odc. 65, dokończenie)

 

Czy w taki sam sposób zdobyła w 1893 roku uznanie Edgara Degasa, który zakupił wtedy jej trzy prace? Raczej nie, sfotografowałby ją przecież, żeby mieć studia pomocnicze do swoich znakomitych aktów. Pewne jest tylko, że ten zbliżający się do sześćdziesiątki bardzo uznany już wówczas malarz i rysownik, mający środki na zakup dzieł największych mistrzów, darzył ją czymś w rodzaju przyjaźni, będąc w istocie coraz bardziej zdeklarowanym samotnikiem. Znała też van Gogha, Gauguina, Picassa czy Modiglianiego, ale w sensie uczuciowym znacznie żywsze uczucia żywiła do Erika Satie, najbardziej ekscentrycznego kompozytora czasów fin de siècle (końca wieku), autora Trzech sflaczałych preludiów dla psa czy Wysuszonych embrionów, nie mówiąc o młodszym od niej o dwadzieścia lat André Utterze, który stał się największą – i ostatnią – miłością jej życia.

Jako malarz wyróżniał się tylko tym, że uwielbiał malować zamki, pałace, jednym słowem: pańskie rezydencje. Warto w tym momencie nadmienić, że był czas, gdy „Valadonka”, córka praczki, mieszkała w takiej rezydencji w dolinie Sekwany, będąc od 1890 roku żoną bogatego bankiera Paula Mousisa i prowadząc wystawne życie, co pozwoliło jej zarazem na pogłębianie sztuki malarskiej. Porzuciła jednak bez żalu męża bankiera na rzecz André, bo dzięki temu mogła powrócić do ukochanego Montmartre – i do przyjaciół z artystycznej bohemy, często przymierających głodem, ale jakże bogatych wewnętrznie.  

No i poświęcić się wyłącznie malowaniu: portretów, krajobrazów, martwych natur, ale przede wszystkim kobiecych aktów, które szokowały zamożnych filistrów, ludzi ograniczonych i o zakłamanej moralności. Drażniła ich jej odwaga w przedstawieniu kobiecej seksualności: ta wyrazista interpretacja kobiecego ciała musiała – według nich – brać się nie tyle z jej własnych doświadczeń jako modelki oraz cyrkowej akrobatki, lecz wyuzdanej ladacznicy. Chodziło im nie o te nieco wystylizowane nagości na obrazie Radość życia, lecz np. o tę Nagą na kanapie różowej.

 

rarość życia

 Naga na kanapie różowej 

Ani razu nie zajrzałem do zapisków z książki Johna Storma, bo nie tworzą one żadnego ciągu narracyjnego. Wydobywam go z mojej ukrytej pamięci, która uruchamia się w momencie pisania. Bliska jest mi Susanne Valadon, może dlatego, że w jakimś wymiarze swojej kobiecości przypomina mi moją matkę? Żaden z jej licznych kochanków nie wzbudzał we mnie odrazy, ale przed André Utterem chciałem ją ostrzec, gdy był jej jeszcze obcy. Nie wiem, dlaczego. Intuicyjnie. W jego uczuciach do niej zawsze było coś nieczystego, wyrachowanego. Wystarczy popatrzeć, jak namalował jej akt (Czeszącej się Susanne) – nijako, bez pasji, jej ciało nie śpiewa pod jego pędzlem. A proszę teraz spojrzeć na obraz Adam i Ewa, który ona namalowała. Ona jako Ewa – palce lizać, listek figowy nie jest jej potrzebny, a André jako Adam? Niby ładnowaty, ale jako mężczyzna – żaden, no i najwyraźniej trzeba było ukryć tę jego męską mizerię między udami!  


Adam_and_Eve,_Suzanne_Valadon

Prawdziwy dramat Zuzanny Valadon polegał według mnie nie na tym, że André Utter odszedł od niej, kiedy się zestarzała. Odczuła to boleśnie, fakt. Ale czy nie bardziej bolało ją to, że źle traktował jej syna, poniżał go i wykorzystywał? Czas wreszcie napisać nieco więcej o Maurycym Utrillu. „W wieku trzynastu lat Maurycy został wydalony ze szkoły z powodu pijaństwa. Gdy miał lat osiemnaście, po raz pierwszy trafił do sanatorium dla nerwowo chorych”. Już dawno by się stoczył na dno, gdyby nie kochająca matka. Jej niekończąca się wędrówka po szpitalach psychiatrycznych, sanatoriach i aresztach mogła być przerywana jedynie w jeden sposób – mądry doktor podsunął jej myśl o jakiejś terapii zajęciowej dla Maurycego. Intuicyjnie czuła, że jedynie arteterapia (leczenie za pomocą sztuki) może go uratować. I to ona była jego arteterapeutką!

Z trudem opanowywał pod jej okiem zasady rysunku i kompozycji, bez przekonania kładł farby na płótno, ale jego łatwość malowania była zdumiewającą. Urodzony malarz. „Zwykły malarz”, jak skromnie mówił o sobie. Kiedy zamieszkał w starej pracowni matki na Montmartrze, w dzień malował urokliwe zaułki, odrapane mury, rozsypujące się rudery, wiatraki, puste placyki i strome ulice, a wieczorami wędrował po kawiarniach oraz restauracjach, gdzie mokre jeszcze płótna wymieniał na kilka szklanek czerwonego wina. Ha, warte są teraz miliony dolarów!

 „Kubizm”, „fowizm”, „poszukiwanie formy”, „ekspresja koloru” – Paryż jako kolebka awangardowego malarstwa, a on, nieśmiały, zagubiony, nic z tego wszystkiego nierozumiejący. Bał się nawet stać w plenerze ze sztalugą, wystarczały mu zwykłe pocztówki, z których ściągał motywy do swoich obrazów, najwybitniejszych w całej jego twórczości, mimo iż stworzonych za pomocą gipsu i białej farby (nazwano to później „okresem białym”).  Znajdowały one ku zdumieniu zadufanego w sobie André Uttera, który gardził Murycym-„pacykarzem”, licznych nabywców, gotowych w dodatku płacić za te „karty z widoczkiem” coraz większe kwoty, gdy na dzieła wielkiego André Uttera, „statecznego i rozumnego van Gogha”, cha-cha, nie było żadnych chętnych. „Maurycy Utrillo to najlepszy interes, jaki się zdarzył na przestrzeni półwiecza” – twierdził cynicznie.

 

okres biały

 

Wtedy ten „okres biały” w malarstwie Utrilla, w tamtej białawej szarzyźnie więziennej, trochę mnie odpychał, wolałem drugą fazę jego twórczości, charakteryzującą się jaskrawymi kolorami, z kobietami spacerującymi po ulicach, widzianymi od tyłu, a przez to bardziej tajemniczymi, a nawet te z okresu ostatniego, zwanego przez krytyków „okresem barwnym”.

 

drugi okres

 

Ile obrazów namalował André Utter? Może sto. A ile powstało pod pędzlem chorowitego i prawie ciągle pijanego Maurycego Utrilla? Ponad 3500! Potęga sztuki! W roku 1924 Utrillo na skutek choroby alkoholowej trafił do więzienia i usiłował popełnić samobójstwo, w dwa lata później sam Sergiusz Diagilew zamówił u niego projekty dekoracji i kostiumów do swojego baletu, a po kolejnych dwóch latach odznaczono go jako wybitnego malarza Legią Honorową! No i żył dłużej od swego ojczyma o całe osiem lat, a po drodze miał jeszcze żonę. 72 lata – niezły wiek, tylko o rok dłużej żyła jego matka Susanne! Na jej pogrzebie był nawet Picasso, który o jej synu powiedział: „To jeden z największych malarzy francuskich”…

 

Wtedy przeczytałem jeszcze:

Irwing Stone Pasja życia. PIW 1954

Ambroise Wollard Wspomnienia handlarza obrazów. WL 1960

Henri Perruchot Manet. PIW 1961

Ambroise Wollard Słuchając Cezanne’a, Degasa i Renoira. PIW 1962

 

 

Cdn.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:43, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 64)

 

Julian Tuwim Pegaz dęba. Czytelnik 1958

 

Hm, czy to jest książka popularnonaukowa? Popularna była na pewno, choćby dlatego, że nakłady książek w tamtych czasach osiągały niebotyczne rozmiary (czytelnictwo też), a autor-poeta znany z bibliofilskiej i kolekcjonerskiej pasji trochę zacięcia naukowego musiał w sobie mieć, żeby taką rzecz napisać. Tak jak wspomniany przez Tuwima dr Horne, który poświęcił trzy lata, by obliczyć między innymi, że Stary Testament zawiera 2 728 100, a Nowy, bardziej przegadany, 3 566 480 liter!

Tuwima, którego Balladę o pierdzeniu zawsze podziwiałem, bo jest majstersztykiem poetyckim, osobiście nie znałem, ale z jego siostrą Ireną kilka razy o nim rozmawiałem, bo nie ukrywam, że tak jak i inni starałem się w jej obecności każdą rozmowę sprowadzić na wiadome tory: jej sławny brat wzbudzał wtedy we mnie ciekawość, której tak naprawdę nie można było zaspokoić nawet dziesięcioma rozmowami z panią Ireną, bo odsłaniała z jego życia tylko to, co chciała odsłonić, nic ponadto.

Działo się to przy końcu lat 60. już niestety ubiegłego stulecia, gdy SIOSTRA TUWIMA wpadała do drewnianego domku fińskiego przy ul. Wawelskiej (ta kolonia domków fińskich została zlikwidowana, ale na Ujazdowie nadal istnieje), zamieszkałego przez moją śp. przyjaciółkę Stanisławę Sznaper-Zakrzewską. Pani Irena, wówczas pod siedemdziesiątkę, była chyba mną, o czterdzieści lat od niej młodszym, zainteresowana, bo dość często obciągała bluzkę na wydatnych piersiach, widocznie czując, że na ten element ciała kobiecego zwracam szczególną uwagę. Mówię o tym nie bez kozery, ale objaśnię to bliżej po powrocie do książki, którą mam zamiar omówić.

Na trzech stronach zapisków z Pegaza dębem znajdują się, prawdę mówiąc, same bzdety, np. wyliczanka, czym zajmowały się poszczególne Muzy, albo że pierścień jest anagramem, bo pierś: cień… No tak, jeszcze bardziej wydatne piersi, niż te, którymi dysponowała pani Irena, mogłyby przy odpowiednim oświetleniu rzucić cień na, powiedzmy, równie wydatny brzuch. Informacja o tym anagramie musiała być jednak dosyć bałamutna, skoro nie ma o niej najmniejszej wzmianki w kilkusetstronicowej książce Florence Williams zatytułowanej Piersi.  

Dalej Tuwim objaśnia, co to są palindromy (gr. palindromeo, biec z powrotem). Na przykład czytane wspak zdanie: Kobyła ma mały bok brzmi tak samo. Ten palindrom znałem jeszcze ze szkoły średniej, pochodzi z dziewiętnastego wieku, jego autor jest nieznany. „Genialny Tuwim” utworzył sześć palindromów własnych, dość mizernych według mnie, przykładowo: Muzo, raz daj jad za rozum. Okazuje się jednak, że palindromy w ogóle nie mają szczęścia do naszych „genialnych poetów”. Za takiego uznawany był również Stanisław Barańczak, a spójrzmy, jaką mizerię w tym zakresie stworzył w książce o naśladowczym tytule: Pegaz zdębiał (1995): Kobyła ma manny żywo je, żywiej zje i wyżej – o, wyżynna! – ma mały bok!

Rozumiem, że palindrom nie musi mieć sensu, jest tylko grą słowną, ale przecież mniej genialni autorzy, wywodzący się jednak z nauk ścisłych, potrafili stworzyć w języku polskim palindromy mniej udziwnione i całkiem sensowne. Na przykład ten autorstwa Edmunda Johna (wykładał na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej): Ada raportuje, że jutro parada. Albo ten Józefa Godzica, emerytowanego elektryka i kinooperatora z niedalekiego Rzeszowa: Łapał za kran, a kanarka złapał.

Ha, mój rówieśnik, Tadeusz Morawski – profesor elektroniki pracujący na Politechnice Warszawskiej – autor nie tylko podręczników z teorii pola elektromagnetycznego i techniki mikrofalowej, ale (UWAGA!) także aż piętnastu książek z palindromami własnego autorstwa – zatytułowanych też palindromicznie, np. Aga naga, utworzył nawet Muzeum Palindromów i to gdzie? W Nowej Wsi koło Serocka, do której wielokrotnie dochodziłem pieszo przez most na Narwi, gdy przez ćwierć wieku gospodarzyłem na działce znajdującej się o rzut beretu dalej, bo nawet dzisiaj 5 km to dla mnie pestka!  


 

 Muzeum_Palindromów_

Ściana ekspozycyjna Muzeum Palindromów w Nowej Wsi

 

To, że najdłuższy z jego trzech megapalindromów liczy aż 33 000 liter, mogłoby mi zaimponować, gdybym dzięki panu dr. Horne’owi nie wiedział, że Nowy Testament zawiera ich aż 108 razy więcej! Nie ulega jednak wątpliwości, że w zakresie palindromologii stosowanej pan profesor, mój dawny ziomek, ma rzeczywiście dorobek wielki, ale jednocześnie maciupeńki przy dorobku mego obecnego prawie-tuziemca, rzeszowianina Cezarego Kassaka, który jest rekordzistą Guinnessa, ponieważ ułożył aż 150 000 000 000 000 (słownie: sto pięćdziesiąt bilionów) palindromów!!!

Nie sposób sprawdzić ich wartości, bo nie starczyłoby życia nie tylko mego jako indywidualnego badacza, ale nawet kilkuosobowego zespołu badawczego, żeby obrzucić je bodaj pobieżnym spojrzeniem. Natomiast jest możliwa analiza kilkunastu palindromów wyeksponowanych na ścianie Muzeum Palindromów w Nowej Wsi. Pokazuje ona dobitnie, co nie jest zresztą odkryciem epokowym, że jeśli kładzie się nacisk na ilość czegoś, to jakość musi zdecydowanie na tym ucierpieć!  Natomiast jeśli chodzi o pana Kassaka, to miejmy nadzieję, że jego palindromy są jakimś tam rodzajem gry słownej, a nie gry półsłówek w rodzaju: Gra półsłówek – sra półgłówek…, choć, jak pokazałem, często w tym kierunku ta coraz bardziej radosna twórczość palindromiczna  zmierza.

Czy w starożytności palindromy miały znaczenie magiczne? Jest to nadal kwestią otwartą, więc dociekania, czy ocierały się o magię czarną, czy białą, są w tej chwili bezsensowne. Na dobrą sprawę jedno jest tylko pewne: znane są we wszystkich językach. Oczywiście nam, którym wydaje się, że jeszcze teraz jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa (nie „przedmurzem chrześcijańskiej Europy”, bo „chrześcijańska” jest ona teraz tylko z nazwy, już historycznej), marzyłyby się palindromy bardziej sakralne, nawiązujące choćby do wydarzeń biblijnych, bo nie jest nim chyba palindrom o wydźwięku antysemickim: Wódy żal dla Żydów, choć wydarzeń biblijnych bez nich by przecież nie było. Tak czy siak, w naszym języku nad językami palindromu o posmaku biblijnym raczej nie ma, a w wyświechtanym od ciągłego użycia języku angielskim taki jest! Według tych paskudnych, zadufanych w sobie Angoli pierwsze słowa wypowiedziane przez człowieka były palindromem. Adam miał przywitać Ewę w Raju tak: Madam, I'm Adam (Pani, jestem Adam)…


 Madam

 

Palindromania może obecnie doprowadzić kogoś tylko do śmieszności, natomiast dawno, dawno, dawno temu zabawa w pisanie tautogramów była, według tego, w co każe nam uwierzyć Tuwim, znacznie bardziej niebezpieczna: podobno Karol II Łysy kazał autorowi tautogramu zatytułowanego Pochwała łysym wyłupić oczy! Zanim zdradzimy treść tego utworu, który okazał się w skutkach tak tragiczny, objaśnijmy wpierw, czym jest tautogram, bo w dzisiejszych czasach większość ludzi nie ma o tym najmniejszego pojęcia.

Otóż tautogram to utwór literacki, zazwyczaj wierszowany, w którym każdy wers lub wyraz zaczyna się od tej samej litery (fachowo mówi się, że jest zbudowany na zasadzie aliteracji). Moim już nieżyjącym sąsiadem na działkach literackich pod Serockiem był autor bardzo kiedyś poczytnych powieści i opowiadań kryminalnych (twórca postaci Stefana Downara). Jego imię i podwójne nazwisko (drugi człon wsławiony głośnym rokoszem jego praprzodków i ścięciem jednego z nich na rozkaz króla Batorego) jest właśnie tautogramem.  Chodzi o Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego (1911-2000). Z jego bratem malarzem byłem w prawdziwej przyjaźni, miał jednak na imię Krzysztof, co tautogram wykluczało. Natomiast moja córka pisarka, dzięki nieszczęśliwemu wyjściu za mąż, choć jest już na szczęście po rozwodzie, posługuje się tautogramem JJ (Joanna Jagiełło), o czym świadczy linoryt zatytułowany Zuzanna  w słońcu, który wisi nad moim stołem

Zwrot Veni, vidi, vici (łac. „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”), za którego pomocą Gajusz Juliusz Cezar przekazał (47 p.n.e.) wiadomość senatowi o błyskawicznym zwycięstwie nad Farnekasem II, królem Pontu, w bitwie pod Zelą, tautogramem też jest, podobnie jak tytuł poematu Juliusza Słowackiego Sen srebrny Salomei. Tautogramy jako utwory literackie pisało u nas kilku autorów, m.in. Tadeusz Boy Żeleński, ale nie słyszałem, żeby ktoś chciał ich za to oślepić.

Cóż więc tak rozeźliło żyjącego w dziewiątym stuleciu naszej ery Karola II Łysego, najpierw króla zachodniofrankijskiego, następnie króla Italii, a od 875 roku cesarza rzymskiego, że posunął się do tak nieludzkiego czynu wobec autora Pochwały łysym? Dodajmy: władcę, który otaczał się ludźmi kultury, filozofami, pisarzami, poetami i sam określany był jako król filozof. Wiadomo, że łysi często mają zajoba na punkcie swojej łysiny, ale nie są to przecież ludzie pokroju Karola II Łysego!


Karol II Łysy

 

Pochwała łysym składa się zapewne z większej ilości wersów, niż te cztery początkowe, które Tuwim zacytował lub które spisałem, ale tak czy siak muszę je podać również po łacinie, żebyście uwierzyli, że to był tautogram:

 

          Carmina, clarisonae, calvis cantate, Camoenae.

          Conregnant calvi, conscendunt culmina clari,

          Conspicui, comti chrysea cervice corona,

          Clementes censu,  conduct consulta clientum etc.

 

          Muzy o donośnym głosie, śpiewajcie pieśni Łysym!

          Łysi współrządzą, wchodzą na szczyty – jaśni, widoczni,

          Ozdobieni złotym wieńcem na karku,

          Pobłażliwi, piszą rady klientom itd.

 

Zdaje mi się, a raczej jestem pewny, że odkryłem fałszerstwo! Tuwim znał niewątpliwie łacinę z dawnych czasów szkolnych, a zatem w roku 1950, kiedy ukazało się pierwsze wydanie tej książki, już po łebkach. Warto sobie uświadomić, że ukazała się ona trzy lata przed jego śmiercią. Żył stosunkowo krótko, w ostatnich latach cierpiał na zaburzenia nerwowe i depresję, no i był, nie ma co ukrywać, nałogowym alkoholikiem. Czy sam zmyślił tę dobrą do sprzedania, ale niewątpliwie nieprawdziwą historyjkę o głupim i okrutnym królu (cesarzu) Karolu II Łysym, który miałby z tak śmiesznego powodu wydać rozkaz oślepienia N.N. Autora? Tę tajemnicę zabrał z sobą do grobu.

Jedno jest jednak pewne: jako człowiek dowcipny uścisnąłby mi grabę za niniejsze odkrycie: pierwsza linijka Carmina, clarisonae, calvis cantate, Camoenae… –  oczywiście bez zbędnych przecinków – rozpoczyna każdą strofę w rozprawce zatytułowanej Specimens of Macaronic Poetry, czyli Próbki poezji makaronicznej. Karol II Łysy żył w wieku IX naszej ery, a od kiedy istnieje w poezji styl makaroniczny? Dopiero od końca wieku XV!

Julian Tuwim pisał o tym stylu jako takim – jednakże bez związku z omawianym tautogramem! Wspomniał jeszcze o akrostychach (wiersze są tak zbudowane, że pierwsze litery każdej linijki, czytane z góry na dół, tworzą zazwyczaj imię osoby, której utwór jest poświęcony; ach, bawiłem się w to wielokrotnie) i o kalamburach (w to też się kiedyś bawiłem) – jest to zabawna gra słów o zbliżonym lub identycznym brzmieniu, lecz o różnych znaczeniach. Na przykład: Strudzony pod różą (podróżą) spoczywa… albo: Ujrzycie, rzycie, życie w życie!  


żyj i daj rzyć innym II

 

O limerykach chyba w tej książce nie pisał, ale pewności nie mam, a skoro tak, to mam wreszcie pretekst do opublikowania limeryków własnego autorstwa, które w klasycznej formie są nonsensownymi, groteskowymi wierszykami o ściśle kodyfikowanej budowie, składającymi się z pięciu wersów o ustalonej liczbie sylab akcentowanych i układzie rymów aabba. Wysyłałem je kiedyś paniom z portalu randkowego „Sympatia”, z którymi prowadziłem miłosne rozhowory (owe listy, naprawdę świetne, zostały już na tym blogu skasowane, czego po pisarsku trochę jest mi żal).

 

          Raz pewna Zosia z Krakowa

         Myślała, że byk to krowa,

         I chciała go doić, lecz byk

         Zaryczał i zrobił myk,

         Bo jajca to rzecz honorowa.

 

             Raz pewna Kasia z Lublina

             Hodowała w wannie lina

             I zaszła z nim w ciążę, bo lin

             Wbił się, gdzie trzeba, jak klin

             I to była ciąży przyczyna.

 

         Raz pewną Anię z Połańca

         Zaprosił niedźwiedź do tańca –

          Zdołała tylko krzyknąć „ach!”,

          Gdy chrupnęły jej kości: trach!,

           I nie zmówiła różańca…

 

                         Raz pewna panna z Rybnika

                         Wyszła za mąż za dzika,

                         Dziwiąc się potem, że dzik

                         Wciąż robi z domu myk-myk

                         I do lasu umyka…

 

 

Cdn.



13:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 63)

 

Henryk Grzeniewski Elementy logiki formalnej. PWN 1960

 

Nie rozumiem, co znaczy „logika formalna”. Logika to logika, albo jest, albo jej nie ma! I wtedy „nawet sens nie ma sensu”! Słyszałem o logice matematycznej i prawniczej (w prawie p r a w i e wszystko oparte jest na absurdzie, dlatego prawnicy w najbogatszych krajach świata mają tak ogromną władzę). Aha, jest logika praktyczna, widocznie w odróżnieniu od logiki teoretycznej. I logika rozmyta, kiedy rozmywa się co? Logika rozumowania? W młodości uważano mnie za świetnego logika, ale młodość już dawno minęła, a na stare lata nie chce mi się wszystkiego odkrywać na nowo. Zasięgnę więc języka u tych, którzy na logice rozmytej (Fuzzy-Logic) zęby zjedli:

  Logika rozmyta jest stosowana wszędzie tam, gdzie użycie klasycznej logiki stwarza problem ze względu na trudność w zapisie matematycznym procesu albo gdy wyliczenie lub pobranie zmiennych potrzebnych do rozwiązania problemu jest niemożliwe. Ma szerokie zastosowanie w różnego rodzaju sterownikach. Sterowniki te mogą pracować w urządzeniach tak pospolitych jak lodówki czy pralki, jak również mogą być wykorzystywane do bardziej złożonych zagadnień jak przetwarzanie obrazu, rozwiązywanie problemu korków ulicznych czy unikanie kolizji. Sterowniki wykorzystujące logikę rozmytą są również używane na przykład w połączeniu z sieciami neuronowymi.

Kwestię połączenia z sieciami neuronowymi wolę zostawić na boku, bo okazuje się, że maszyny też mogą się uczyć, a zastąpienie przez nie naszego coraz bardziej niewydajnego mózgu jest tylko kwestią czasu! Problem rozwiązywania korków ulicznych i unikania kolizji też przestał mnie interesować od czasu, gdy po raz ostatni zasiadłem za kółkiem, czyli od jedenastu lat, a gdybym zamierzał zajmować się sterownikami pracującymi w używanej przeze mnie lodówce czy pralce, to albo zmroziłbym swoim wywodem czytelników mego bloga, albo zaczęliby się trząść z irytacji, jak pralka wchodząca w fazę odwirowywania.

No ale tytuł omawianej książki wręcz zmusza mnie do próby objaśnienia przynajmniej sobie, bo inni mają to gdzieś, czym jest logika formalna. Aha, z definicji wynika, że logika to poprawne, rzeczowe myślenie, oparte na związkach przyczynowo-skutkowych, a logika formalna to nauka o związkach logicznych między zdaniami. Hm, a jeśli w samych zdaniach nie ma logiki, tak jak się to dzieje w wypowiedziach przedstawicieli rządu powołanego w miejsce rządu Ewy Kopacz (logika nakazuje mi być ostrożnym w wypowiadaniu się o aktualnych sprawach politycznych), to co? Mamy wówczas do czynienia z logiką nieformalną? Klasyczny przykład takiej logiki – nie w polityce, broń Boże, lecz w bezpiecznych sprawach damsko-męskich – zawiera się w poniższej ilustracji (tym bardziej zabawnej, że szesnastowieczny rytownik Georg Pencz ukazał tu za Leonardem da Vinci panią Filis ujeżdżającą znacznie starszego od swej połowicy Arystotelesa, o którym tyle się ostatnio mówiło!).

 

logika nieformalna

 

Po omówieniu tytułu warto by chyba zajrzeć do moich wypisów z tej książki – jest ich jednak niewiele, a w dodatku nie ma w nich nic szczególnie ciekawego. Krótkie streszczenia tez głoszonych przez różne szkoły filozoficzne starożytnej Grecji: idealistycznej (Eleaci), „dialektycznej” (Zenon z Eklei), erystycznej (Megarejczycy), epikurejskiej, zwanej „Ogrodem Epikura” (od nazwiska filozofa, który ją stworzył), czy szkoły stoików (założonej przez Zenona z Kition) etc. I to wszystko.

Cyników w ogóle wstydliwie się przemilcza w naszych konsumpcyjnych czasach, bo gardzili dostatkiem i wygodnym życiem. Akceptacja przez nich publicznej defekacji, czyli wydalania kału (u niemowląt i starców jest ona procesem bezwiednym), miała przecież miejsce w siedemnastowiecznym Wersalu (Pałacu Słońca). Psy srały tam, gdzie popadnie, a król i dworzanie wypróżniali się do nocników, których zawartość wylewano często przez okna wprost na galerie i pałacowe chodniki, ale także na prowizoryczne kuchnie ustawione wzdłuż zewnętrznych ścian. Kucharzom to nie przeszkadzało – rzucane przez nich resztki gniły tuż obok przygotowywanych potraw. Smród panujący pod oknami i we wnętrzach Wersalu (dworzanie sikali po kątach i za kotarami) był nie do opisania.

Paniusie, nie mdlejcie i nie każcie konduktorowi zatrzymywać pendolino (niedawno miało to miejsce w pendolino jadącym z Krakowa do Warszawy, przez co dojechał do celu chyba z półgodzinnym opóźnieniem), jeśli z głowy bezdomnej staruszki, jadącej bez biletu wraz ze swoim bezdomnym kompanem, zaczną wyskakiwać wszy! W tamtych czasach z ufryzowanych głów arystokratycznych dam dworu też wyskakiwały wszy, zabijane przez nie na złotym kowadełku złotym młoteczkiem w trakcie bezwstydnych umizgów do panów. A co się działo pod ich sukniami, lepiej nie dociekać! Do XIX wieku kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn w ogóle nie nosiły majtek, co znacznie ułatwiało załatwianie potrzeb fizjologicznych damom ściśniętym gorsetami i rozbudowanymi kreacjami, które bez zdejmowania noszono nawet przez kilka dni. Damy w ogóle się nie myły, więc i nie podmywały, ustawicznie się jednak perfumując, co stwarzało specyficzny odór (odeur, nie zdziwiłbym się, gdyby to słowo było pochodzenia francuskiego!), no i oddając się na potęgę igraszkom miłosnym z panami-kozłami równie cuchnącymi!


dama dworu

 

Akceptacja przez cyników cudzołóstwa oraz przyznanie kobietom i mężczyznom całkowitej wolności w zaspokajaniu potrzeb seksualnych też nie budzi szczególnego oburzenia przynajmniej w krajach „zgniłego Zachodu”, bo u nas po wrzasku na pokaz, że jest to naganne, oddają się takim rozpustnym praktykom wszyscy, którzy mają taką możliwość, nawet, a raczej szczególnie księża (przed rokiem gdziesik tam pokazywano mi młodego i jurnego młodziana w sutannie, o którym parafianie wiedzą, że współżyje płciowo z kilkoma młodymi dziewczynami, głosząc bez żenady, że księdzem jest się tylko w kościele!).  

Całkowitym przeciwieństwem cyników byli stoicy, którzy uważali, że celem życia człowieka powinno być dążenie do cnoty, która według nich stanowiła harmonię z uniwersalną naturą, siłą boskiej opatrzności ukrytą pod postacią Losu i kierującą wszelkim istnieniem. Losu odpowiedzialnego za wszystko, co się dzieje, co nie zwalniało jednak człowieka od celowego działania skierowanego przeciw złu, bo natura, sama w sobie dobra, przed złem niestety nie chroni. Sprawiedliwość, odwaga i umiar to cnoty doskonałe, które pozwalają nam odkryć drogę do owej harmonii z uniwersalną naturą etc., natomiast żądze i gniew nas od niej oddalają. Aha, znośmy jeszcze w milczeniu smutek i cierpienie – i będziemy mogli określić naszą postawę życiową jako stoicką. Hm, nie sztuka być stoikiem w życiodajnym słońcu Południa – dla mnie uosobieniem stoicyzmu są pingwiny cesarskie!


pingwincesarski-wikicc_800x600

 

Szkoła sokratyczna nie została założona w sensie formalnym przez samego Sokratesa, lecz w kilku odmianach dopiero po jego śmierci – przez jego uczniów, wstrząśniętych chyba tym, że w ślad za swoim mistrzem nie mieli odwagi wychylić kielicha cykuty, żeby zaprotestować przeciw chyba pierwszej znanej nam z dość dokładnych opisów zbrodni sądowej. Może to i dobrze, bo nie mielibyśmy choćby szkoły platońskiej. O Platonie będzie jeszcze mowa w innym poście, ale nie ukrywam, że spośród wszystkich filozofów greckich najbardziej był i jest mi bliski Sokrates.

Swoich sądów nie głosił bowiem ex cathedra, czyli w sposób nie dopuszczający do dyskusji, bo wówczas nie było jeszcze papieży, którzy orzekali w sposób nieomylny nie tylko w sprawach wiary, ale także moralności, szczególnie tacy, którzy byli mordercami (np. Grzegorz XIII), kazirodcami (Aleksander VI), a nawet alfonsami (Paweł III, który był zarazem kazirodcą i mordercą). Wzorem moralności też raczej nie był Jan XII, który prostytutkom płacił kościelnymi kielichami! Oczywiście większości z nich nie dosięgła żadna kara – w boską karę nie wierzyli, bo w innym razie postępowaliby inaczej, jedynie Stefana VI, koszmarnego dewianta, o którym już kiedyś pisałem, wzburzony lud rzymski uwięził i udusił.

Sokrates nie był mordercą, kazirodcą, alfonsem ani dewiantem, wprost przeciwnie: nikomu nie uczynił najmniejszej krzywdy, ponadto w przeciwieństwie do książąt Kościoła wiódł niezwykle skromne życie. Choć mówiono, że miał tylko jedne buty, najchętniej chodził bez butów, co na Alasce nie byłoby możliwe, ale w Grecji jak najbardziej. Widywano go jednak często na targu, gdzie przyglądał się wystawionym towarom. Czyżby zazdrościł tym, którzy mogli je bez trudu nabyć, bo sam groszem nie śmierdział? Wreszcie jeden z jego przyjaciół nie wytrzymał i zapytał filozofa, dlaczego tam chodzi. Sokrates odpowiedział po sokratejsku: „Uwielbiam odkrywać, jak jestem doskonale szczęśliwy bez wielu rzeczy”. Anthony de Mello w Modlitwie Żaby II tak to skomentował: „Duchowość to nie wiedza, czego się pragnie, lecz zrozumienie, czego się nie potrzebuje”.

                                 Sokrates

 

Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego Ateńczycy postanowili go skazać na śmierć? Czyżby za to, że pragnął, aby jego myśl filozoficzna zbłądziła pod strzechy? Wiadomo, że przechadzał się ulicami i dyskutował z przechodniami na tematy filozoficzne. Nie z wyznawcami innych szkół filozoficznych, lecz ze zwyczajnymi ludźmi, którzy na własny sposób pojmowali, czym jest dobro czy sprawiedliwość. I byli oczywiście w większym czy mniejszym stopniu przekonani o swoich racjach. Dodajmy, że w ówczesnej Grecji nawet najprostsi ludzie, tacy jak szewcy, dysponowali znacznie większą wiedzą filozoficzną, niż w dzisiejszych czasach, w ogromnej swej masie, absolwenci wyższych uczelni.

Ta sokratyczna metoda prowadzenia ulicznych dyskusji miała skłonić przypadkowych rozmówców do uwiadomienia sobie, iż wiedzą, że nic nie wiedzą, czyli potwierdzenia tego, co zaczepiający ich na ulicy filozof głosił od dawna. Ba, zdecydowana większość z nich nie przyznałaby się jednak do tego, nawet gdyby to było oczywiste. Ich rozdrażnienie musiało narastać w miarę, jak okazywało się, że Sokrates nie jest złaknionym prawdziwej wiedzy prostaczkiem, pozornie oczekującym od swoich rozmówców pouczenia i pomocy w poszukiwaniu prawdy, lecz prawdziwym mędrcem. Postawa „udawanej skromności” skonfrontowana z postawą „chełpliwej próżności”, pokazanie, że to, co rozmówca uważał za swoją wiedzę, jest tylko mniemaniem, musiała doprowadzać tych zadufanych w sobie ludzi, a takich i w dzisiejszych czasach jest zdecydowana większość, do szewskiej pasji (nawet jeśli z szewstwem nie mieli nic wspólnego). Zapamiętali mu to dobrze!

Wobec tych patentowanych durniów stosował metodę elenktyczną, zbijając krok po kroku ich twierdzenia i wykazując ich absurdalność. Jedynie wobec nielicznych rozmówców stosował metodę majeutyczną („położniczą”), pomagając im w toku swoich wywodów w wydobyciu z nich ukrytej wiedzy (starając się jej pomóc „przyjść na świat”). Zapewne to oni głosowali później za tym, żeby go oczyszczono od absurdalnych zarzutów i ułaskawiono, gdy w 399 r. p.n.e. ateński sąd ludowy rozpatrywał wniesione przez marnego poetę Meletosa i wyszczekanego retora Lykona oskarżenie przeciwko Sokratesowi o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo, i wyznawanie bogów, których nie uznaje państwo, oraz o psucie młodzieży.

Czym się to skończyło, już wiemy: sędziowie stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Jest sprawą drugorzędną, czy trucizną użytą do jego egzekucji była cykuta (szalej jadowity), czy szczwół plamisty (Conium maculatum). Analiza objawów opisana przez uczniów Sokratesa wskazuje, że był to raczej szczwół plamisty, ale czy warto sobie tym zaprzątać głowę wobec takiej tragedii, jaka się wówczas wydarzyła w kulturze greckiej – kolebce współczesnej kultury europejskiej?

 

Śmierć Sokratesa

Śmierć Sokratesa – obraz francuskiego malarza Jacques-Louis Davida z 1787 roku

 

Gdyby tak się nie stało, być może dwa tysiące lat później Kościół katolicki zawahałby się przed wydaniem wyroku śmierci na włoskiego filozofa renesansowego Giordana Bruna, po procesie opartym na równie absurdalnych oskarżeniach, które m.in. zostały wniesione przez brata Celestina da Verony i potwierdzone przez innych braci zakonnych Bruna, nieco lepiej od nich wykształconego, bo mającego stopień doktora teologii, o rzekomym głoszeniu przez niego, że (…) Chrystus jest niegodnym psem, że nie ma piekła i nikt nie jest skazany na karę wieczną, ale że w swoim czasie każdy się zbawi (…) że jeśli będzie zmuszony wrócić do zakonu dominikańskiego, wysadzi w powietrze klasztor, w którym każą mu przebywać, a potem chce jak najszybciej wrócić do Niemiec czy Anglii, do heretyków, aby żyć tam w wolności i na swój sposób… 

W takie łgarstwa mogli uwierzyć, bo chcieli, jedynie sędziowie Trybunału Inkwizycyjnego, znacznie bardziej okrutni od sędziów ateńskiego sądu ludowego: Bruno został spalony na stosie! Czy tamci koszmarni głupcy byli w stanie zrozumieć subtelność poglądów filozoficznych skazańca? Nie jest istotne, czy w świetle dzisiejszej wiedzy filozoficznej dałyby się one w całości obronić, ale posłuchajcie:

  1. Bruno głosił, że dwiema rzeczywistymi zasadami wszelkiego istnienia są: dusza świata i pierwotna materia. Była to konsekwencja tezy, według której Wszechświat jest wieczny, a światom, które go tworzą, przypisana jest zasada ruchu – nie są one zaś jak sądzono, poruszane przez jakieś sfery stałe bądź anioły.
  2. Kolejną tezą było stwierdzenie, że dusza ludzka stanowi jedynie przejściowy wyraz duszy Wszechświata, tak jak ciało jest duszą dla materii Wszechświata. Dusza ludzka miałaby być nieśmiertelna w tym sensie, że powróci do swojego źródła. To samo dotyczy ciała, ponieważ materia jest wieczna.
  3. Z poprzedniej tezy wynika kolejna: ponieważ materia jest wieczna, nic nie rodzi się, ani nie niszczeje. Życie i śmierć są jedynie stanami przejściowymi. Materia, która jest niezmienna, może przybrać dowolną formę.
  4. Bruno uważał, że także Ziemia posiada duszę i to nie tylko zmysłową, ale i intelektualną, a być może nawet coś więcej. Tezę tę opierał na zawartym w Genesis  zdaniu: Producat terra animam viventem
  5. W ostatniej z kwestionowanych tez Bruno przeciwstawiał się doktrynie Tomasza z Akwinu  Bruno oświadczył: nie zgadzam się w moich rozważaniach filozoficznych z twierdzeniem, jakoby dusza stanowiła formę, sądzę natomiast, że stanowi ona duchową rzeczywistość, w danej chwili obecną w ciele.

Największym kamieniem obrazy dla ówczesnego Kościoła katolickiego były jednak jego teorie dotyczące kosmologii i astronomii, które opierały się na teorii kopernikańskiej. Według niego gwiazdy na niebie tak naprawdę miałyby być odległymi ciałami niebieskimi, takimi jak Słońce otoczone przez swoje planety, w tym Ziemię. Twierdził również, że Wszechświat jest nieskończony. Na stos z nim i jego heretyckimi poglądami!

 

Egzekucja Giordana Bruno-on-February-17-1600-

Ilustracja w książce Waltera Patera Giordano Bruno (I wyd. 1889).

 

Czy Giordano Bruno był dobrym logikiem? Z pewnością tak. A jeśli chodzi o Sokratesa? Jego wywody były absolutnie logiczne. To, iż kiedyś rozpowszechniony pogląd, że Sokrates był twórcą logiki, uważa się obecnie za błędny, absolutnie mnie nie przekonuje. Jako pierwszy używał przecież w praktyce indukcji i dążył do określenia znaczenia pojęć, a że nie ujmował ich teoretycznie? Teoretycy logiki – pocałujcie mnie w cztery litery!

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

11:25, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 62)

 

Hermann i Georg Schreiber Zaginione miasta (Śląsk 1959)

 

Czyżby Ziemia od 1959 roku postarzała się tak bardzo? Autorzy mówią, że „przed około dwoma miliardami lat, jak się zdaje, ukształtowała się twarda powłoka wokół naszej planety”. Inni badacze są pewni, że nastąpiło to 4,5 miliarda lat temu, a jeszcze inni wierzą niezbicie w biblijny wiek Ziemi, która według nich ma zaledwie 6 tysięcy lat, na co – ich zdaniem – wskazują „twarde dowody naukowe”. Wymienię zaledwie dwa takie dowody (z piętnastu):

  1. Poziom oceanów i mórz, który obecnie wynosi 3,6%. Zgodnie z obliczeniami postępu zasolenia, do takiego poziomu mogło dojść w czasie około 5000 lat. Gdyby Ziemia miała miliardy lat, poziom zasolenia oceanów i mórz byłby nieporównywalnie wyższy.
  2. Galaktyki spiralują z upływem czasu. Ich obecny poziom skręcenia wskazuje na wiek 6000 lat. Gdyby to były miliardy albo nawet miliony lat, galaktyki te byłyby obecnie zupełnie nierozpoznawalne. Tymczasem ich obrót jest jeszcze niewielki i zgadza się z wiekiem 6000 lat.

Kolejne niezbite dowody (a gdzież one są przedstawione poza gołosłownymi stwierdzeniami?) na młody wiek Ziemi wynikają ponoć ze skrupulatnych obliczeń Jego pola magnetycznego, ale także oddalania się od Niego pierścieni Saturna. No i oddalania się od Niego o 4 cm rocznie Księżyca, co skłania niektórych naukowców do zastanawiania się nad tym, czy „Księżyc zerwie się kiedyś z uwięzi?”, a tych „biblijnych” do takiej oto dywagacji: Ciekawe pytanie, lecz bardziej interesujące jest to: Jeżeli księżyc oddala się od Ziemi 4 cm rocznie, to gdzie był 4,6 miliardów lat temu? Jeśli się oddala, to oznacza, że kiedyś był odpowiednio bliżej. Jeżeli Ziemia ma 6 000 lat, nie stanowi to problemu i wyliczenia zgadzają się. Lecz jeżeli ma tyle, ile twierdzą ewolucjoniści – jest to niemożliwe.

Jeszcze trochę i posługując się liczydłem udowodnią, że Ziemia i Księżyc nie przyciągają się wzajemnie mówiąc obrazowo z siłą równą stu miliardom miliardów pracujących silników samochodowych! Oczywiście człowiek też nie może istnieć na Ziemi 3 miliony lat, lecz najwyżej sześć tysięcy, a raczej o tydzień mniej, bo został stworzony przez wszechmogącego Pana Boga w ostatnim dniu! Mniej więcej wtedy, kiedy powstała cywilizacja Sumerów w dolnej Mezopotamii. Szkopuł w tym, że byli oni ludem napływowym, o czym świadczył fakt, że nosili na co dzień spódniczki z liści (jak ówcześni mieszkańcy Indii, Polinezji, Cejlonu czy Indonezji), ale sposób wytwarzania przez nich broni, metoda dojenia krów od tyłu, golenie głów, sznur przeciągnięty przez kółko w chrapach zwierząt pociągowych, a przede wszystkim język z cechami wspólnymi z grupą językową tybeto-birmańską, wskazuje na to, że należeli do ludów Tybetu i Assamu (świątynie też budowali na wzgórkach-tarasach), i stamtąd przywędrowali w okresie neolitu.

To wszystko może się jednak mieścić w przedziale owych sakramentalnych sześciu tysięcy lat, choć Biblia nie mówi o tym, że Adam i Ewa bytowali w raju w warunkach bardzo rozwiniętej kultury materialnej i duchowej. Nie mówi też o tym, że używali narzędzi kamiennych z okresu dolnego paleolitu, czyli sprzed 400 tys. lat p.n.e. No, tak, Adam i Ewa należeli niewątpliwie nie do gatunku homo erectus, lecz homo sapiens, przynajmniej Adam, bo Ewa zbyt rozumna chyba nie była!


Titian: Adam och Eva.

 

Kłopot w tym, że mniej więcej 100 tysięcy lat temu człowiek rozumny dotarł na Bliski Wschód, ok. 60 tys. lat temu do Australii, a prawie 40 tys. lat temu do Europy (był to tzw. kromaniończyk, czyli człowiek z Cro Magnon  – od nazwy stanowiska archeologicznego we Francji). Szczątki kromaniończyków datowane metodą rozpadu węgla aktywnego 14C  wykazały, że żyli oni tam na pewno w okresie między 30 tys. lat p.n.e. a 28 tys. lat p.n.e. i byli anatomicznie identyczni z nami: charakteryzowali się wysokim wzrostem (ok. 180 cm) i pojemnością mózgoczaszki dochodzącą do 1600 cm³, wielu współczesnych ludzi posiada tak jak oni szeroką twarz z wystającym nosem, nieprawdaż?

W Grecji i Macedonii czy w okolicach dzisiejszej Turcji kromaniończycy żyli jeszcze wcześniej, ok. 38 tys. lat p.n.e., ba, na ślady ich bytności natrafiono też na terenie Polski – w Małopolsce i na Śląsku. Patrz choćby: Jaskinia Nietoperzowa w Jerzmanowicach czy ślady osad na terenie otwartym też w Polsce południowej – z wyrobami kościanymi (jak ostrza oszczepów) czy ozdoby z muszli i zębów zwierzęcych. Ludzie rozumni z Cro Magnon również wykonywali przedmioty ozdobne, m.in. paleolitycznej Wenus, wypalali z gliny figurki terakotowe, grzebali zmarłych, tworzyli trwałe domostwa, ba, uprawiali też sztukę – malowidła naskalne w jaskini Lascaux zapierają dech w piersiach!


jaskinia_lascaux_1

 

Działo się to zatem grubo przed powstaniem Ziemi, która według niektórych badaczy opierających się na „twardych dowodach naukowych” ma zaledwie 6000 lat! Nie zdziwiłbym się, gdyby spośród nich wyłonił się kolejny Guru tym razem sekty „ŚWIAT MA 6000 LAT”, który w osadzie położonej w środku dżungli zgromadzi otumanionych przez siebie wyznawców, w liczbie rzecz jasna 6000, którzy na rzecz wspólnoty (On ją rzecz jasna uosabia) oddadzą mu swoje majątki, a mężczyźni dodatkowo swoje żony, żeby mógł je zapładniać jedynie słuszną ideą. Po czym nielicznych zazdrośników, zranionych w swojej męskiej godności, którzy ośmielą się stawiać mu zarzuty o psychiczne, emocjonalne i seksualne wykorzystywanie członków sekty, nakaże publicznie wychłostać po genitaliach, natomiast tych, co najpierw szeptali pokątnie, że świat ma nie 6000 lat, lecz 6001, bo od roku koczują przecież w dżungli, a następnie podjęli próbę ucieczki po uświadomieniu sobie, że mają do czynienia z wariatem, rozkaże zastrzelić.

Po czym przemówi do struchlałego ludu, raz jeszcze podkreślając dobitnie, że świat ma dokładnie 6000 lat, ale po tym, co się w Gurustown wydarzyło, pozostaje mu tylko ogłosić KONIEC ŚWIATA, gdyż śmierć jest najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich. Sprzeciwu prawie nie ma. Rodzice podają truciznę dzieciom, po czym sami ją zażywają, a ci, którzy nie chcą tego zrobić, zostają zamordowani na jego rozkaz przez grupę uzbrojonych strażników osady. Po chwili strażnicy też popełniają samobójstwo, a guru umiera od rany postrzałowej. Sekta „ŚWIAT MA 6000 LAT” przestaje istnieć.


jonestown-guyana

Mniej więcej tak było w Jonestown, w Gujanie

 

Stop! Jeśli krótka notka z trzystronicowych zapisków z książki Hermanna i Georga Schreibera rozrosła się do takich rozmiarów, to co będzie dalej? Nic, bo dalej (w moich zapiskach) są daty, daty, daty (najstarsza, 3000 p.n.e.) pokazujące, że „okres życia miejskiego w porównaniu z wiekiem ziemi byłby oszałamiająco krótki, krótszy od sekundy w dniu dziejów ziemi”. Owej okrągłej daty sięga Babilon, miasto przeżywające w ciągu ponad 3000 lat okresy świetności, ale upadków też, z których w III wieku n.e. już się nie podniosło, odkryte ponownie dzięki wykopaliskom archeologicznym dopiero po piętnastu stuleciach (można go więc uznać za zaginione miasto). Ciekawostką jest, że upadek Babilonu rozpoczął się po śmierci Aleksandra Wielkiego (tam zmarł), a jego odbudowę w 1985 roku rozpoczął ten, który na każdej cegle kazał umieścić napis: „Wybudowano przez Saddama Husajna, syna Nabuchodonozora, aby okryć chwałą Irak”.

Cha-cha-cha, syn Nabuchodonozora!  I, króla Babilonii, który panował 3000 lat wcześniej i uczynił z Babilonu królewskie miasto? Nie, raczej II, zwycięskiego wodza i wielkiego budowniczego, który uczynił z Babilonu potężną twierdzę i stał się negatywnym bohaterem biblijnym, gdyż zapoczątkował tzw. niewolę babilońską Żydów. Bezsilność wołała o pomstę. Poczytajmy, co mu wieszczono w księdze Daniela, rozdział 4,30: Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba go obmywała. Włosy jego urosły niby pióra orła, paznokcie jego jak pazury ptaka… Toż to czysta poezja! Nic dziwnego, że William Blake, malarz i poeta, Mad Blake (Szalony Blake),  zrobił do tego wspaniałą ilustrację, którą mogłem kiedyś oglądać całymi godzinami…


William_Blake_-_Nebuchadnezzar_(Tate_Britain)

 

Saddam Husajn, urodzony nie w pałacu, lecz w nędznej chacie w wiosce w pobliżu miasta Tikrit, w rodzinie bezrolnego hodowcy owiec, który porzucił jego matkę zanim on się narodził, nie dorastał swemu przybranemu „ojcu” do pięt; no i skończył jeszcze marniej niż biblijny Nabuchodozor: wywleczono go jak szczura z głębokiej na dwa metry ziemianki znajdującej się na farmie w pobliżu jego rodzinnego miasta – i po procesie z takimi samymi nagannymi praktykami, jakie stosowano w czasach jego reżimu, zawisnął na szubienicy.

Uff, sami widzicie, że czas już skończyć z tymi okropieństwami, bo im dalej byśmy się zagłębili w te moje datowane notatki (np. „212 p.n.e,, Rzymianie zdobywają Syrakuzy, śmierć Archimedesa” czy „410 n.e. Zdobycie i złupienie Rzymu przez Wizygotów”), tym obrazy snute przez moją wyobraźnię stałyby się jeszcze bardziej apokaliptyczne.

 

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

12:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 61)

 

 

Oto pierwsza z książek popularno-naukowych, która wtedy wpadła mi w ręce. Nie miałem nie tylko wyboru takich książek, nie miałem także wiedzy w tym zakresie. Czytałem wszystko, co było możliwe do przeczytania. I notowałem, notowałem, notowałem.

 

Herbert Wendt Szukałem Adama (Wiedza Powszechna 1961)

Jest rzeczą niebezpieczną ukazywać człowiekowi, jak dalece jest on podobny do zwierząt, bez ukazania mu jednocześnie całej jego wielkości.   [Błażej Pascal]

Blaise Pascal (1623-1662), wdał się widocznie w ojca, poborcę podatków, bo w swojej filozofii kierował się kupieckim wyrachowaniem: zyskowniejsza jest wiara w istnienie Boga, niż niewiara, gdyż stawiając na Jego istnienie ryzykujemy tylko jedno doczesne życie, a jeśli okaże się, że mamy rację, zyskamy wieczne istnienie i szczęście. To dowodzenie znane jest jako „zakład Pascala”, ale przecież na takim zakładzie opierały się wszystkie znane nam religie!

Znacznie bardziej oryginalne, choć kłóciło się z innym jego przeświadczeniem, że rozum jest nieprzydatny w procesie poznawczym, gdyż rzeczy nadprzyrodzone może człowiek poznać wyłącznie przez serce i wiarę, było jego stwierdzenie, że Człowiek jest trzciną najsłabszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. Nieco mgły, kropla wody starczy, by go zabić, lecz niechby był zgnieciony przez wszechświat cały, to jeszcze byłby szlachetniejszy od tego, co go zabija: gdyż on wie, że umiera. Cała tedy godność nasza leży w myśli. A zatem: w rozumie, umyśle, a nie w sercu!

 

Człowiek to myśląca trzcina

Nie wiem nawet, w jakim kontekście pojawiło się to w książce Herberta Wendta, gdyż zdany jestem tylko na to, co wtedy zanotowałem (16 bitych stron ścieśnionym pismem!).

Teraz oko moje spoczęło na fragmencie zdania: „…gdy astronom jezuita Scheiner w r. 1611 wykrył istnienie plam na słońcu, otrzymał ostrą reprymendę od swoich przełożonych, boć przecież Arystoteles nie wspomina o żadnych plamach słonecznych”. Tak wielkim i niepodważalnym autorytetem był ten pogański filozof grecki jeszcze w wieku siedemnastym, m.in. dla św. Tomasza z Akwinu! Karol Darwin miał więc pecha, że swoją „heretycką” teorię ewolucji ogłosił w wieku dziewiętnastym, bo Ojcom Kościoła zamurowałby usta, przytaczając takie oto stwierdzenie Arystotelesa: „Spośród wszystkich zwierząt człowiek jest nam najbardziej znany”.

Zamurowałby jednak tylko na chwilę, bo to stwierdzenie, choć niemiłe, nie było dowodem na to, że człowiek pochodzi od małpy, gdyż Arystoteles w przeciwieństwie do innych greckich filozofów przyrody (wierzących w rozwój w naturze, w wymieranie i ponowne powstawanie gatunków, jak również w pochodzenie człowieka ze świata zwierzęcego) głosił coś wręcz przeciwnego – to on stworzył dogmat o niezmienności gatunków, co na dwa tysiące lat położyło kres badaniom przyrody, a tych, którzy śmieli się temu dogmatowi sprzeciwić i udowadniali niezbicie, że Arystoteles się mylił, skazywano na zapomnienie.

Dzięki niemu „potopowicze” święcili triumfy, wierząc niezbicie w to, że w zbudowanej z „drewna żywicznego” Arce Noego o objętości 56 250 m³ można było pomieścić milion gatunków zwierząt tak, żeby się nawzajem nie pożarły, wraz z pożywieniem na 150 dni żeglugi po zalanych potopem lądach, i że ośmioro „członków załogi” było w stanie to wszystko obrządzić, usuwać nieczystości etc., etc.

To, że statek drewniany tej wielkości rozpadłby się od razu pod swoim ciężarem własnym, nie mówiąc o potwornym balaście, który na niego miano władować, jest oczywiste, więc szukanie szczątków Arki Noego na szczycie Wielkiego Araratu (w wierzeniach hinduskich o potopie – na szczytach Himalajów) przypomina szukanie diabłów na główce od szpilki. Z tym, że obecnie geologowie są zgodni, że kataklizm w postaci potopu wydarzył się istotnie ok. 5600 roku p.n.e., ale w okolicach dzisiejszego Morza Czarnego.

Ten potop, z którego to morze powstało właśnie wtedy, nie zrodził się jednak z 40-dniowego ulewnego deszczu, lecz z powodu gwałtownego topnienia się lodowców, które podniosły poziom Morza Śródziemnego do takiej wysokości, że została przelana naturalna zapora w miejscu, gdzie obecnie znajduje się nowożytny Bosfor – woda wlewała się do zamkniętego zbiornika wodnego, jakim było wówczas słodkowodne jezioro, ze straszliwą siłą równą 200 wodospadom Niagara. Stało się ono w ten sposób Morzem Czarnym wyższym o 110 metrów niż pierwotne jezioro.

 Kataklizm był gwałtowny i straszny, doprowadził do zalania wielu osad ludzkich u wybrzeży północnej Turcji, co potwierdziły podwodne roboty (nie chodzi oczywiście o roboty podwodne, lecz na przykład o podwodny robot, któremu niedawno udało się zlokalizować stopione paliwo jądrowe pod reaktorem elektrowni atomowej, zniszczonej w roku 2011 przez tsunami!), nic zatem dziwnego, że stał się kanwą fantastycznych opowieści opisanych w eposach i mitologiach wielu ludów (Grecja, Irlandia: potomkowie Noego mieli dokonać kolonizacji Zielonej Wyspy, Skandynawia, no i oczywiście na Bliskim Wschodzie wśród Sumerów czy Babilończyków – wersja biblijna została niewątpliwie zerżnięta z Eposu o Gilgameszu, gdzie protoplasta Noego nosił imię Utnapisztim. Na statku, który zbudował, pomieścił swoją rodziną i dobytek oraz rośliny i zwierzęta wszystkich gatunków.

 

Arka Noego

 

Mógłbym zaśpiewać: „Płyń [b]arko moja, pogoda sprzyja. Niech cię prowadzi Santa Lucia…”, bo kult świętej Łucji z Syrakuz kultywowany jest najbardziej w Szwecji, kraju, który nadal jest miłosną zadrą w moim sercu, i tym podniosłym akcentem zakończyć ten post, ale przyzwoitość pisarska wymaga, żebym choć pobieżnie przejrzał resztę notek po lekturze w/w książki, sporządzonych kiedyś przeze mnie w tym kajecie, mocno przyżółconym i obleczonym w „Trybunę Ludu” donoszącą o projekcie Narodowego Planu Gospodarczego na rok 1965! Zabawne, prawda?

Ha, równie zabawny był kawał, jaki w osiemnastym wieku zrobili Janowi Bartłomiejowi Beringerowi, profesorowi historii naturalnej na uniwersytecie w Würzburgu, jego studenci. Otóż ten głupawy profesor, na poparcie teorii Avicenny, ogłosił teorię o samorództwie z kamienia po tym, jak w pobliskich kamieniołomach znalazł skamielinę pająka chwytającego muchę, żab zastygłych w czasie parzenia czy owadów nieznanych dotychczas gatunków. Hm, ale jak wytłumaczyć kolejne znaleziska skamieniałości tam przez niego znajdowanych? Np. skamieniałego słońca, półksiężyca, gwiazdy wraz z promieniami oraz tabliczkę z hebrajskim napisem?

Ilekroć nocowałem w pokoju na strychu w domu Irenki i Jurka Olbińskich w Opolu, zaznaczmy: w domu poniemieckim, za każdym razem przystawałem z rozbawieniem przed starą litografią przedstawiającą właśnie takiego profesora jak Beringer w otoczeniu rodziny i służby. Nie zapamiętałem nazwiska tego profesora, bo moje rozbawienie wzbudzała jego pergaminowa sylwetka na tle pozostałych domowników z krwi i kości, w tym żony w stroju raczej nie eksponującym jej ponętnych kształtów, no i dzieciaków, które zrobiły potulne minki i opuściły grzecznie oczy, żeby nie było widać czających się tam diablików!

A jeśli chodzi o ich czcigodnego ojca, to w tej chwili właśnie tak wyobrażam sobie Jana Bartłomieja Beringera, usiłującego w zaciszu swego gabinetu wyczytać rozwiązanie tamtej zagadki w dowodach kosmologicznych Awicenny, który osiem wieków wcześniej głosił, że NIEKTÓRE rzeczy istnieją, więc muszą mieć swoją PRZYCZYNĘ. Wprawdzie ten ciąg przyczyn jest skończony, ale ISTNIEJE PRZYCZYNA, KTÓRA JEST PRZYCZYNĄ WSZYSTKIEGO, A SAMA NIE MA PRZYCZYNY. Jest to BÓG, który JEST BYTEM KONIECZNYM. Ba, gdyby hebrajski napis na tej tabliczce coś z tego dowodu zacytował, sprawa byłaby prosta, ale niestety nie była! I nie on odnalazł w swoich ulubionych kamieniołomach, pośród innych osobliwości, kamień, na którym było wyryte jego nazwisko: BERINGER!

 

skamieniałość

 

Zapewne ośmieszony profesor Beringer nie zmienił swoich poglądów, choć podobno nie zmienia ich tylko krowa! Ale on nie był krową, a tym bardziej – w swej pergaminowej postaci – bykiem zarodowym. Ani żeglarzem, podróżnikiem i odkrywcą, takim jak Walter Raleight, który za więziennymi murami londyńskiego Toweru, gdzie przebywał w latach 1603-1616, skrytykował dogmat o niezmienności gatunków, bo na podstawie swoich obserwacji dokonanych m.in. wtedy, gdy w roku 1595 dowodził ekspedycją do Gujany i w górę rzeki Orinoko w poszukiwaniu legendarnego El Dorado, wiedział, że to absurd. To samo mógł stwierdzić, gdy uwolniony w roku 1616 i przywrócony na dwa lata do łask królewskich mógł poprowadzić drugą wyprawę do Gujany, podczas której jego ludzie spalili hiszpańskie miasto San Thome – w najmniej fortunnym momencie, gdyż akurat wtedy między Anglią i Hiszpanią panował pokój.

Wprawdzie Raleigt im tego nie nakazał, ale król Jakub I skorzystał z okazji, żeby pozbyć się na zawsze człowieka, który był faworytem swej poprzedniczki na tronie, Elżbiety I. W Anglii wyszydzano przecież nielubianego króla, mówiąc Elisabeth was King; now James is Queen (Elżbieta była królem, Jakub jest królową)!  Jakub I miał wprawdzie też męskich faworytów, ale to ściągało na niego plotki, że jest utajonym homoseksualistą. Beznadziejnie głupi król, który w przeciwieństwie do przystojnego i dzielnego podróżnika postawą męską się nie odznaczał, Obrzydliwiec, który przy mówieniu obficie się ślinił, a 40-minutowa przemowa Raleigta przed egzekucją (został skazany na ścięcie) była nie tylko pięknym popisem krasomówstwa, ale i pełnym godności pożegnaniem się z tym światem.

 

 

execution-of-sir-walter-raleigh

  

Bez najmniejszej przesady, można by powiedzieć, że nieszczęsny skazaniec był człowiekiem wielkiego rozumu i serca. Tego drugiego organu na pewno nie odmówiłby mu sławny szwedzki przyrodnik Karol Nillson Linneusz (1707-1778), z którym łączy mnie to, że i jemu, i mnie dały się mocno we znaki w Laponii cholerne meszki. Czy nie odmówiłby mu rozumu? Tego nie jestem aż tak pewny! Linneusz twierdził bowiem, że „po człowieku przychodzą małpy”, gdyż ze względu na swoją budowę stanowią gatunek pośredni między człowiekiem a zwierzętami czworonożnymi, natomiast Raleigt wierzył jednak w ewolucję, więc odwróciłby kolejność członów twierdzenia Linneusza, gdyby rzec jasna żył w jego czasach.

Aha, a jeśli chodzi o serce, to było ono istotnym kryterium przy dokonanej przez Petera Artediego (1705-1736) klasyfikacji fauny w myśl założeń klasyfikacyjnych swego przyjaciela Karola Linneusza (on sklasyfikował rośliny), który po nagłej i tragicznej śmierci Petera (utonął w rzece) opublikował jego pracę, popierając w pełni zastosowane w niej założenie metodologiczne.

No więc czworonogi i ptaki powinny mieć dwie komory sercowe z dwoma przedsionkami, płazy i ryby – jedną komorę sercową z jednym przedsionkiem, a u robaków i owadów brakuje nawet przedsionka. Gdyby chodziło o przedsionek piekła, to wiadomo, że wybrukowane jest ono dobrymi chęciami. Serce jest tworem tak dziwnym, o czym doskonale wiedzą nieszczęśliwie zakochani, że nie chce się podporządkować systematyce – obaj badacze przeoczyli fakt już wówczas znany, że mogą istnieć zwierzęta w ogóle pozbawione serca! 


człowiek bez serca


Ach, zaglądając do tych notatek mógłbym tak dywagować bez końca, ale niewielu ludzi jest obecnie w stanie w ogóle podążać za tego typu rozważaniami choćby z braku czasu, gdyż, jak ktoś powiedział, „przeciętny człowiek sprawdza swojego smartfona 221 razy dziennie”, zakończę więc ten post notką ujętą przeze mnie w zeszycie w ramki: „W chwili, gdy już nie chcemy wierzyć w to, w co wierzyliśmy dotąd, spostrzegamy nie tylko, że mnóstwo powodów przemawia przeciwko temu, ale też, że te powody przez cały czas rzucały się nam w oczy” (Bernard Shaw).

 

 Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:45, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 listopada 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 60)

 

9 sierpnia ten odcineczek napisałem, ale z jakichś powodów nie opublikowałem. Z jakichś powodów zająłem się czymś innym. I – jak widać – zajmowałem się tym (a może niczym) aż do teraz.  Gdyby nie przypomnienia pewnej pani, że ten blog na mnie czeka, mógłbym już do końca życia nie napisać ani słowa, co by, mam prawie pewność, naszej stygnącej planety ani nie wyziębiło, ani nie rozgrzało…

 

Od czasu do czasu ściągam z „półki filozoficznej” jakąś książkę, czytam kilka zdań na chybił trafił i z westchnieniem odkładam. Tyle rzeczy egzystencjalnie ważniejszych (tak mi się przynajmniej od dziesiątków lat wydaje) czeka na mnie, że nie tylko o tak zachłannym czytaniu książek jak w tamtych latach, ale w ogóle o przeczytaniu całościowym jakiejkolwiek książki, oprócz tych, które redaguję, nie ma mowy. O kupowaniu i gromadzeniu ich – po tym, jak przepadło kilka moich bibliotek z powodu „zawirowań osobistych” – też już nie myślę.

Przed chwilą sięgnąłem po Kierkegaarda, który tylko raz w życiu wyjechał z Kopenhagi, chcąc w Berlinie odwiedzić Schellinga. Po Albo-Albo, tomII. Przeczytałem kilkanaście stron Estetycznej wartości małżeństwa i podkreśliłem tylko jedną myśl: „...ten, kto broni, oskarża”, bo reszta to okropne gadulstwo; Søren jako człowiek nieszczęśliwie zakochany miał prawo bredzić; cóż zresztą sensownego mógł powiedzieć człowiek, który z niejasnych powodów zerwał swoje jedyne zaręczyny z Reginą Olsen, fertyczną brunetką, prawdopodobnie przerażony tym, że małżeństwo wiąże się również z miłością erotyczną.

 A jedyna miłość, jaką uznawał, powinna być w jego mniemaniu oparta na przesłaniu z Pisma Świętego; na dość wybiórczym przesłaniu, bo w wielu innych ustępach tego Pisma niektórzy badacze dopatrują się nawet gloryfikacji rui i poróbstwa! Ha, a te zaręczyny zostały zawarte dwa lata po prawdopodobnie jedynym kontakcie erotycznym 25-letniego Sørena z kobietą, w dodatku upadłą, gdy w listopadzie 1836, namówiony przez kolegów, udał się na dobrym rauszu do domu publicznego i po krótkim czasie uciekł stamtąd w przerażeniu; no cóż, nie każda ladacznica ma zadatki na to, by zostać świętą. Ta chciała po prostu sprawnie obsłużyć kolejnego klienta, tym razem zakompleksionego nudziarza, który w przeciwieństwie do niej nie cenił baśni Andersena!

 

 

Soeren-Kierkegaard-karykatuira autorstwa W. Marstranda 

Współczesna karykatura Kierkegaarda, autorstwa W. Marstranda

 

 

W zniesmaczeniu tym jego pseudofilozoficznym bełkotem nagle przypomniałem sobie, że po wyjściu z więzienia w listopadzie 1966 roku Albo-Albo  było chyba moją pierwszą lekturą. Mogłem to sprawdzić, bo nie zniszczyłem zeszytów lektur sprzed już pół wieku, choć tyle teczek z moim późniejszym dorobkiem literackim uległo zagładzie. I rzeczywiście w pierwszym z owych nowych, już „wolnościowych”, zeszytów, pod datą 2 lutego1967 roku, jest wybór pism tego filozofa z wydania lwowskiego z roku 1914, bo widocznie nowszego nie było. No tak, to, które mam teraz, jest z roku 1976. 

Po Kierkegaardzie idzie Nietzsche, Schopenhauer, Montaigne, Swedenborg, Kretschmer, Dostojewski etc., etc. Otrzymałem wówczas z Ministerstwa Kultury i Sztuki dość pokaźne i całoroczne stypendium im. Tadeusza Borowskiego (całe 1500 zł miesięcznie), które postanowiłem przeznaczyć na uzupełnienie braków w swoim wykształceniu. W czytelniach Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy przy ul. Koszykowej spędziłem praktycznie cały rok 1967, przychodząc tam tuż po otwarciu jako pierwszy i wychodząc jako ostatni tuż przed zamknięciem, z krótkimi przerwami na obiady, które zjadałem w pobliskim barze mlecznym. Czytałem, czytałem, czytałem, w godzinach wieczornych podpierając palcami powieki. I oczywiście notowałem, notowałem, notowałem, żeby nic nie uronić z mądrości w owych książkach zawartych. Kopiarek wtedy nie było, a o komputerach nikomu nawet się nie śniło. Zapewne dlatego żal mi było te zeszyty wyrzucić, bo zapisane zostały w trudzie wręcz benedyktyńskim.

Wykorzystanie tych zapisków na moim blogu wydało mi się przed pięciu laty konieczne, a teraz stwierdzam nadal: warto było! Jeśli zdobyłem w życiu jakąś mądrość, to tylko w ten sposób mogę się z nią podzielić z tymi, którzy zechcą z niej skorzystać. Moje rozmowy z Krishnamurtim też tu powstawały, i nadal istnieją tutaj w formie pierwotnej, która w toku prac redakcyjnych przemieniła się w książkę. I tak zapewne będzie z Zeszytami z dawnych lektur – jako wydawca mogę im nadać formę książkową w każdej chwili, gdy uznam, że praca nad nimi została zakończona.

 

 

okladka-krishnamurti300

 

 

Zanim jednak przejdę do zeszytów lektur już „wolnościowych” z roku 1967, zajrzę jeszcze do zeszytów już częściowo przeze mnie omawianych, by wyłowić z nich książki, które nazywa się naukowymi lub popularnonaukowymi. Oczywiście nie zamierzam ich całościowo omawiać, bo to zajęcie dla ludzi, którzy lubują się w nudziarstwie. Po prostu na coś spojrzę własnym, a nie pożyczonym okiem, coś tam dostrzegę, coś prześlepię. Istotnego, nieistotnego, nie mnie o tym sądzić. Już od dawna nic nie muszę, nic nie muszę, uff, jaka w tym jest ulga!

 

Cdn. 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

12:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 59)

 

Dokładnie dwa lata temu chciałem napisać ten odcinek, o czym świadczyło kilka wstępnych zdań wtedy skreślonych – i aż tyle czasu minęło, żeby do niego powrócić. Dla przypomnienia dodam, że odcinek odc. 58 został opublikowany 15 lutego 2015 r, a odc. 1 pojawił się na moim blogu 26 lipca 2012 roku. Od tamtego czasu minęło więc ponad pięć lat!

Wprawdzie wydawnictwo książkowe Mons Admirabilis istnieje oficjalnie od grudnia 2012 roku, ale żmudną pracę nad dwiema pierwszymi książkami, które się w nim ukazały, rozpocząłem już wcześniej. Do tej pory wydałem 23 książki. Te redagowane przeze mnie wymagały często wysiłku większego, niż te przeze mnie napisane. Tempo prac wydawniczych zwolniłem dopiero w tym roku i powoli zaczynam wracać do dawnego trybu życia, na czym być może skorzysta mój blog.

 

Lektury omówione w tamtych odcinkach (ściślej: wypisy z lektur książek, których treści po kilkudziesięciu latach na ogół nie pamiętam) dotyczyły literatury pięknej. Już wtedy wspomniałem, że lista owych lektur była większa, ale nie mogłem komentować czegoś, z czego nie zrobiłem żadnych wypisów, bo jedynie na nich się skupiałem. Nie oznacza to jednak, że były to książki błahe. Na dowód tego wymienię przynajmniej niektóre z nich (według dat ich wydania). O nakładach nie wspomnę, bo czytelnictwo książek naprawdę wtedy kwitło; pamiętam malutkie mieszkanka warszawskich inteligentów – z książkami i czasopismami piętrzącymi się pod sam sufit i wąskimi przejściami do kuchni czy łazienki…

Gustave Flaubert, Trzy opowieści (Legenda o św. Julianie Szpitalniku; Herodiada; Prostota serca), „Wiedza” – 1948.

Prosper Mérimeé, Carmen (Czyśćcowe dusze; Tamango; Kolomba), „Wiedza” – 1948.

John Steinbeck, Myszy i ludzie, „Wiedza” – 1948.

Ernest Hemingway, Biedni i bogaci, „Wiedza” – 1948.

Jules de la Madeléne, Pan na Piaskowym Zamku, PIW – 1950.

Balzac, Król cyganerii. Znakomity Gaudissart. Bezwiedni aktorzy. Książka i Wiedza – 1950.

Bernard Shaw, Szczygli zaułek, PIW – 1952.

Emil Zola, Dzieje Rougon-Macquartów (Początki fortuny Rougonów. Podbój miasta Plassans. W matni. Wszystko dla pań. Germinal. Klęska), Książka i Wiedza – 1954

Edgar Allan Poe, Opowiadania, Czytelnik – 1956. .

James Joyce, Portret artysty z czasów młodości, PIW 1957.

Gustave Flaubert, Listy, PIW 1957.

Wolter, Księżniczka Babilonu, PIW 1957.

Uznałem, że nie ma tu co komentować, ale zapisek był: De nihilo nihil in nihilum nil posse reverti (wg Persjusza: Z niczego nic nie powstaje, nic nie obraca się w nicość). I zaraz po tej sentencji: Jakżeż mam, według pana, uznać Najwyższą Istotę, nieskończoną i niezmienną, która w jakimś tam czasie z niczego stworzyła materię, zmieniającą się bez przerwy, i sfabrykowała pająki, żeby miał kto mordować muchy? Dodajmy: czy ludzi, którzy z upodobaniem mordują innych ludzi i niekiedy ich zjadają…

 

 

ksiezniczka-babilonu-wolter

 

 

Joseph Conrad, Szaleństwo Almayera, PIW – 1958.

François Mauriac, Uprzywilejowani, Czytelnik – 1958.

Emily Brontë, Wichrowe wzgórza, Czytelnik – 1958.

Katherine Mansfield, Garden Party, Czytelnik – 1958.

W. Somerset Maugham, Skrawek ziemi, Czytelnik – 1958.

Tu również jest ciekawy zapisek: Krytycy dzielą pisarzy na tych, którzy mają coś do powiedzenia, ale nie wiedzą, jak to powiedzieć – i tych, którzy potrafią wszystko powiedzieć, ale nie mają nic do powiedzenia. Wolę tego nie komentować, bo pewne jest tylko to, że jestem pisarzem!

Alberto Moravia, Agostino, PIW – 1959.

Friedrich Dürrenmatt, Kraksa, PIW – 1959.

Stendhal, Życie Henryka Brulard, PIW – 1959.

Erich Maria Remarque, Na Zachodzie bez zmian, PIW – 1959.

Simone de Beauvoir, Pamiętnik statecznej panienki, PIW – 1960.

Maria Belonci, Sekrety rodu Gonzagów, PIW – 1960.

Czyngis Ajtmatow, Dżamila, PIW – 1960.

Anna Frank, Dziennik, PIW – 1960.

Bruno Winawer, Dług honorowy, Czytelnik – 1960.

Dawid Bergelson, Dwie bestie i inne opowiadania, Czytelnik – 1961.

Graham Greene, W Brighton, „Pax” – 1961.

Georges Bernanis, Pamiętnik wiejskiego proboszcza, „Pax” – 1961.

Ten zapisek skreśliłem: Nigdyśmy nie wyszli z dzieciństwa, zmyślaliśmy nasze życie zamiast je przeżywać. A teraz zacząłem się zastanawiać nad etymologią czasownika „zmyślać”: „mówić od rzeczy”, „wyssać coś z palca”, czy „rozmarzać się”, „puszczać wodze fantazji”? Ubarwiać życie, czy je pozorować? W ubarwianiu życia nie ma nic złego, natomiast w pozorowaniu go nie ma żadnego sensu, nawet jeśli wydaje się nam, że bezpowrotnie zgubiliśmy jego sens.

Juliusz Kaden-Bandrowski, Czarne skrzydła. WL – 1961.

Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, Czytelnik – 1962.

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, Czytelnik – 1962.

Alkifron, Listy heter, Ossolineum – 1962.

Erskine Caldwell, Chłopiec z Georgii, PIW – 1962.

Akutagawa Ryûnosuke, Kappy, PIW – 1963.

Ernest Hemingway, Rzeka dwóch serc, PIW – 1963.

Allan Sillitoe, Samotność długodystansowca, PIW – 1964.

François Mauriac, Pamiętnik życia wewnętrznego, PAX – 1964.

Tadeusz Konwicki, Sennik współczesny, ISKRY – 1964.

Henry Miller, Uśmiech u stóp drabiny, PIW – 1964. 

Reynolds Price, Długie lata szczęścia, Czytelnik – 1964.

Erskine Caldwell, Jenny, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Serce to samotny myśliwy, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Gość weselny, PIW – 1964.

Jest tu jeden wypis, który gdzieś-kiedyś skomentowałem: Lepiej być w takim więzieniu, gdzie można tłuc o mury, niż w takim, którego nie widać. Nie nadmieniłem jednak, że tuż nad tym jest data i miejsce sporządzenia tej notki: „16 VI 1966 r. – Więzienie w Siedlcach”. W tamtym czasie miałem zatem za sobą już ponad sześć lat pobytu za kratkami, ale znacznie większą grozę budziło we mnie więzienie, którego nie widać. Przebywałem w nim wielokrotnie i wcześniej, i później!

Blaise Cendrars, Odcięta ręka, Czytelnik ­ – 1965.

Tu też widzę jakiś wypis: Człowiek szuka samounicestwienia. Ogólnie mówi się, że „ludzkość dąży w coraz szybszym tempie do samounicestwienia” – i podaje się mnóstwo faktów, które mają tę tezę potwierdzić. A jeśli chodzi o człowieka? Oczywiście są tacy, którzy mają w sobie gen samobójczy, ale w większości indywidualnych przypadków instynkt samozachowawczy każe człowiekowi unikać bodźców zagrażających życiu, nawet jeśli jest ono niewiele warte. W sensie ogólnym, bo szczególność z ogólnością rzadko idą w parze!

 

 

Blaise Cendrars

 

 

Jean-Paul Sartre, Słowa, PIW – 1965.

Erich Fried, Pożar, PIW – 1965.

Vercors, Milczenie morza, PIW – 1965.

Max Frisch, Powiedzmy, Gantenbein…, Czytelnik – 1965.

Tu też pozostał nieskomentowany zapisek: W obliczu czasu nie ma nadziei… Jest przecież czas nadziei, o czym świadczy kilka książek tak zatytułowanych (w tym almanach poezji… więziennej wydany z okazji XIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poezji Więziennej „Krasnystaw 2007”!), czy nawet film. Więc dlaczego jest ona matką głupich? Czy głupi jest ten, kto ma nadzieję, czy ten, kto ją stracił? Czy życiowa mądrość polega na tym, żeby wierzyć w nadzieję za wszelką cenę? Choćby w nadzieję na życie wieczne, z której człowieka może odrzeć tylko niewiara w to cudowne rozwiązanie naszych egzystencjalnych kłopotów – równie niemożliwa do udowodnienia jak nadzieja, że to się rzeczywiście ziści, niestety dopiero po naszej śmierci, kiedy już nie będziemy mogli złożyć reklamacji za straconą nadzieję.  

Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Czytelnik – 1965.    

Alberto Vigevani, Liście z San Siro, PIW – 1966.

J.D. Salinger, Franny i Zooey, Czytelnik – 1966.

Bruno Jasieński, Nogi Izoldy Morgan, Czytelnik – 1966.

Armand Lanoux, Kiedy morze się cofa, Czytelnik – 1966.

 

I na tym tę wyliczankę zakończę, dodając, że pominąłem kilka książek poetyckich, zaledwie kilka, bo do bibliotek więziennych w Nowogardzie czy w Siedlcach (zeszyty dawnych lektur obejmują jedynie książki, do których miałem dostęp jako więzień!) nie zakupywano nowości poetyckich, więc jako NOWY POETA (patrz: mój głośny debiut we „Współczesności”, Rok X Nr 4 (181), 17 II – 2 III 1965) musiałem błądzić po omacku, wydeptując sobie stopniowo własną ścieżkę poetycką, całkowicie inną od tych, na których tłoczyli się „wespół w zespół” moi koledzy po piórze…

 

 

Nowy poeta

 

Cdn.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

10:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

 

Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diable… nie wszedł rozdzialik zatytułowany NAGLE ANIOŁ PRZEZ NIĄ PRZEMÓWIŁ z uwagi na to, co Adam mówił o swej żonie czwartej, Magdzie, ale także o innej, znacznie bardziej znanej, Magdzie Zawadzkiej, żonie Holoubka. Była tam jeszcze zabawna anegdota o Barbarze Fijewskiej i jej dwóch kolejnych mężach (opowiedziana Adamowi przez Jana Świderskiego) oraz o Oldze Lipińskiej i Kalinie Jędrusik, poprzedzona taką oto refleksją Adama: Otóż uważam, że zasób słów „nieoficjalnych” zmniejsza się u nas drastycznie z dwóch powodów: pierwszy to gazetowość naszego języka, który w stosunku do mięsistej staropolszczyzny czy Morsztynowego baroku szeleści higienicznym papierem. Ostatni Mohikanie tamtego języka wymierają w zastraszającym tempie. Należała do nich niewątpliwie Kalina Jędrusik…

I cały ten rozdzialik pojawił się na moim blogu 24 czerwca, powitany wybuchami śmiechu przez kilka komentatorek. Usunąłem jednak ten post po uwadze Renaty Dymnej: „Nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Są rzeczy, które opowiada się tylko w garderobach i bufetach, i tam brzmią. Wyciągnięte ‘na scenę' wprawiają w konfuzję, nie dając w zamian nic szczególnego... Ale  stało się”. Odpisałem: „Droga Renato! Blog to nie jest wydrukowana książka, wystarczy pyknąć w 'usuń' – i post znika bez śladu, ale tego ‘baobaba’ bardzo mi żal – i ładnego zakończenia... To było jego, Adama, życie, a nie anegdota opowiadana po garderobach i bufetach!”.

Przywracam zatem końcową sekwencję (po usunięciu tego, co ją raziło):

 

Olga Lipińska mogła być zaskoczona „nieoficjalnym” zapytaniem Kaliny Jędrusik, kto ciebie p......i?", wystarczy popatrzeć na zdjęcia obu pań…

 

 Olga Lipińskajedrusik_kalina 

                                     Olga Lipińska i Kalina Jędrusik

 

 Ale moja Magda też mnie wczoraj zaskoczyła, pytając:

– Na czym polega obrzezanie?

– Nie wygłupiaj się!

– Ja się nie wygłupiam, po prostu nie wiem!

Musiałem jej to opisać, niestety nie mogąc zobrazować tego na własnym przykładzie, bo naprawdę nie wiedziała!

 

Przynajmniej była szczera i żądna wiedzy…

Ona?! Wcześniej o nic mnie nie pytała! Nigdy! Nawet w sprawach teatralnych! Kiedy zaczynałem o tym mówić, od razu mi przerywała i sama mówiła, co to jest teatr! W jej pojęciu pytanie jest dowodem głupoty, natomiast mówienie, polegające nawet na wygadywaniu bzdur – nie, bo zamazuje niewiedzę! Dla niej przyznanie się do niewiedzy jest głupotą, mimo iż tłumaczyłem jej, że zadawanie pytań dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: jest mądrością, albo prowadzi do mądrości! Ja robię to ciągle – jeśli nie rozumiem jakiegoś słowa, pytam o jego znaczenie…

 

Ale w końcu jednak zapytała…

Bardzo mnie to zaskoczyło! Myślę jednak, że od razu pożałowała swojej szczerości!

 

 

Cwen

 

Jeśli chodzi o Magdę, to wcale mnie to nie dziwi, ale z Kucówną było chyba inaczej? A z Rysiówną raczej na pewno, bo sam mówiłeś, że najwięcej się od niej nauczyłeś, choć jako mentorka nie przebierała w słowach…

O, tak, była szczera aż do bólu! I uważała mnie a priori za idiotę! Powiedziałbym, że im większe odnosiłem sukcesy (byłem wówczas szefem artystycznym telewizji, a na posiedzeniach Radiokomitetu każdego mojego słowa słuchano z największą uwagą), tym bardziej mnie postponowała, mając na podorędziu stały repertuar obelg: „Jesteś dureń, chuj głupi, nie odzywaj się!”, a gdy mówiłem, że nie może mnie tak traktować, bo w końcu znajdzie się jakaś blondynka, która mi powie: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”, to słyszałem: „Długo tak jeszcze będziesz bredził?”.

Próbowała tę sytuację moją z Rysiówną jakoś wyprostować Wanda Telakowska, przemądra baba z high life’u przedwojennego Warszawy, przyjaciółka Skamandrytów i Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, wówczas dowódcy dywizji, który wpisał się jej w roku 1937 do sztambucha tak: „Niniejszym stwierdzam kategorycznie i nieodwołalnie, że zdobyła pani sympatię, szacunek, uznanie, zachwyt i podziw wszystkich kawalerzystów, szwoleżerów, ułanów, strzelców konnych, pionierów oraz konnych artylerzystów, którzy mieli zaszczyt i przyjemność poznania Pani, Miła Panno Wando”. No więc pani Wanda poszła do mojej żony z własnej woli (powiedziała mi o tym ex post):

– Zrozum, Zosiu, ty byłaś w Krakowie śliczną, rozkwitłą jabłonką, a on był przy tobie takim małym krzaczkiem: grałaś wielkie role, a on drugoplanowe. Pobraliście się i przez te lata wyrósł nad tobą z tego krzaczka baobab, nie możesz go więc nadal traktować, jakby był krzaczkiem, bo to się skończy katastrofą!

A Zośka zapieniona:

– Co ty mi za bajdy przyrodnicze opowiadasz? Baobab?! Jaki on baobab?! Chuj, nie baobab!

Gdy robiłem z nią „Berenikę” i „Zmartwychwstanie”, które odniosły niekwestionowany sukces, oświadczyła wobec osób trzecich: „To jest wszystko, na co stać Adama, beze mnie jest nikim!”. Dopiero tuż przed moim odejściem nieco się opamiętała: „Trzeba było walnąć pięścią w stół!”, ale ja nie jestem od walenia pięścią w stół! Oczywiście te cechy charakterologiczne miała w genach, ale wieloletni pobyt w Ravensbrück na pewno w niejednym ją usprawiedliwia – kategoryczny, powiedziałbym, brutalny ton, z jakim się do mnie zwracała, musiał mieć swoje źródło w jej koszmarnych przeżyciach obozowych!

 

Aż w końcu przyszła blondynka, która ci powiedziała: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”. 

 

 

Kucówna

 

 Tak było. A potem przyszła kolejna, która mi powiedziała…  (zawiesza głos)

 

„Adam, jesteś zmęczony…”

Może na samym początku tak było, ale później słyszałem: „Adam, jestem zmęczona, położę się, a ty mi zrób herbatę…”. Ale pozwólcie, że zmienimy temat!

 

 

                                                 KONIEC!

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



14:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22