RSS
wtorek, 08 sierpnia 2017
Zeszyty dawnych lektur (odc. 59)

 

Dokładnie dwa lata temu chciałem napisać ten odcinek, o czym świadczyło kilka wstępnych zdań wtedy skreślonych – i aż tyle czasu minęło, żeby do niego powrócić. Dla przypomnienia dodam, że odcinek odc. 58 został opublikowany 15 lutego 2015 r, a odc. 1 pojawił się na moim blogu 26 lipca 2012 roku. Od tamtego czasu minęło więc ponad pięć lat!

Wprawdzie wydawnictwo książkowe Mons Admirabilis istnieje oficjalnie od grudnia 2012 roku, ale żmudną pracę nad dwiema pierwszymi książkami, które się w nim ukazały, rozpocząłem już wcześniej. Do tej pory wydałem 23 książki. Te redagowane przeze mnie wymagały często wysiłku większego, niż te przeze mnie napisane. Tempo prac wydawniczych zwolniłem dopiero w tym roku i powoli zaczynam wracać do dawnego trybu życia, na czym być może skorzysta mój blog.

 

Lektury omówione w tamtych odcinkach (ściślej: wypisy z lektur książek, których treści po kilkudziesięciu latach na ogół nie pamiętam) dotyczyły literatury pięknej. Już wtedy wspomniałem, że lista owych lektur była większa, ale nie mogłem komentować czegoś, z czego nie zrobiłem żadnych wypisów, bo jedynie na nich się skupiałem. Nie oznacza to jednak, że były to książki błahe. Na dowód tego wymienię przynajmniej niektóre z nich (według dat ich wydania). O nakładach nie wspomnę, bo czytelnictwo książek naprawdę wtedy kwitło; pamiętam malutkie mieszkanka warszawskich inteligentów – z książkami i czasopismami piętrzącymi się pod sam sufit i wąskimi przejściami do kuchni czy łazienki…

Gustave Flaubert, Trzy opowieści (Legenda o św. Julianie Szpitalniku; Herodiada; Prostota serca), „Wiedza” – 1948.

Prosper Mérimeé, Carmen (Czyśćcowe dusze; Tamango; Kolomba), „Wiedza” – 1948.

John Steinbeck, Myszy i ludzie, „Wiedza” – 1948.

Ernest Hemingway, Biedni i bogaci, „Wiedza” – 1948.

Jules de la Madeléne, Pan na Piaskowym Zamku, PIW – 1950.

Balzac, Król cyganerii. Znakomity Gaudissart. Bezwiedni aktorzy. Książka i Wiedza – 1950.

Bernard Shaw, Szczygli zaułek, PIW – 1952.

Emil Zola, Dzieje Rougon-Macquartów (Początki fortuny Rougonów. Podbój miasta Plassans. W matni. Wszystko dla pań. Germinal. Klęska), Książka i Wiedza – 1954

Edgar Allan Poe, Opowiadania, Czytelnik – 1956. .

James Joyce, Portret artysty z czasów młodości, PIW 1957.

Gustave Flaubert, Listy, PIW 1957.

Wolter, Księżniczka Babilonu, PIW 1957.

Uznałem, że nie ma tu co komentować, ale zapisek był: De nihilo nihil in nihilum nil posse reverti (wg Persjusza: Z niczego nic nie powstaje, nic nie obraca się w nicość). I zaraz po tej sentencji: Jakżeż mam, według pana, uznać Najwyższą Istotę, nieskończoną i niezmienną, która w jakimś tam czasie z niczego stworzyła materię, zmieniającą się bez przerwy, i sfabrykowała pająki, żeby miał kto mordować muchy? Dodajmy: czy ludzi, którzy z upodobaniem mordują innych ludzi i niekiedy ich zjadają…

 

 

ksiezniczka-babilonu-wolter

 

 

Joseph Conrad, Szaleństwo Almayera, PIW – 1958.

François Mauriac, Uprzywilejowani, Czytelnik – 1958.

Emily Brontë, Wichrowe wzgórza, Czytelnik – 1958.

Katherine Mansfield, Garden Party, Czytelnik – 1958.

W. Somerset Maugham, Skrawek ziemi, Czytelnik – 1958.

Tu również jest ciekawy zapisek: Krytycy dzielą pisarzy na tych, którzy mają coś do powiedzenia, ale nie wiedzą, jak to powiedzieć – i tych, którzy potrafią wszystko powiedzieć, ale nie mają nic do powiedzenia. Wolę tego nie komentować, bo pewne jest tylko to, że jestem pisarzem!

Alberto Moravia, Agostino, PIW – 1959.

Friedrich Dürrenmatt, Kraksa, PIW – 1959.

Stendhal, Życie Henryka Brulard, PIW – 1959.

Erich Maria Remarque, Na Zachodzie bez zmian, PIW – 1959.

Simone de Beauvoir, Pamiętnik statecznej panienki, PIW – 1960.

Maria Belonci, Sekrety rodu Gonzagów, PIW – 1960.

Czyngis Ajtmatow, Dżamila, PIW – 1960.

Anna Frank, Dziennik, PIW – 1960.

Bruno Winawer, Dług honorowy, Czytelnik – 1960.

Dawid Bergelson, Dwie bestie i inne opowiadania, Czytelnik – 1961.

Graham Greene, W Brighton, „Pax” – 1961.

Georges Bernanis, Pamiętnik wiejskiego proboszcza, „Pax” – 1961.

Ten zapisek skreśliłem: Nigdyśmy nie wyszli z dzieciństwa, zmyślaliśmy nasze życie zamiast je przeżywać. A teraz zacząłem się zastanawiać nad etymologią czasownika „zmyślać”: „mówić od rzeczy”, „wyssać coś z palca”, czy „rozmarzać się”, „puszczać wodze fantazji”? Ubarwiać życie, czy je pozorować? W ubarwianiu życia nie ma nic złego, natomiast w pozorowaniu go nie ma żadnego sensu, nawet jeśli wydaje się nam, że bezpowrotnie zgubiliśmy jego sens.

Juliusz Kaden-Bandrowski, Czarne skrzydła. WL – 1961.

Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, Czytelnik – 1962.

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, Czytelnik – 1962.

Alkifron, Listy heter, Ossolineum – 1962.

Erskine Caldwell, Chłopiec z Georgii, PIW – 1962.

Akutagawa Ryûnosuke, Kappy, PIW – 1963.

Ernest Hemingway, Rzeka dwóch serc, PIW – 1963.

Allan Sillitoe, Samotność długodystansowca, PIW – 1964.

François Mauriac, Pamiętnik życia wewnętrznego, PAX – 1964.

Tadeusz Konwicki, Sennik współczesny, ISKRY – 1964.

Henry Miller, Uśmiech u stóp drabiny, PIW – 1964. 

Reynolds Price, Długie lata szczęścia, Czytelnik – 1964.

Erskine Caldwell, Jenny, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Serce to samotny myśliwy, Czytelnik – 1964.

Carson McCullers, Gość weselny, PIW – 1964.

Jest tu jeden wypis, który gdzieś-kiedyś skomentowałem: Lepiej być w takim więzieniu, gdzie można tłuc o mury, niż w takim, którego nie widać. Nie nadmieniłem jednak, że tuż nad tym jest data i miejsce sporządzenia tej notki: „16 VI 1966 r. – Więzienie w Siedlcach”. W tamtym czasie miałem zatem za sobą już ponad sześć lat pobytu za kratkami, ale znacznie większą grozę budziło we mnie więzienie, którego nie widać. Przebywałem w nim wielokrotnie i wcześniej, i później!

Blaise Cendrars, Odcięta ręka, Czytelnik ­ – 1965.

Tu też widzę jakiś wypis: Człowiek szuka samounicestwienia. Ogólnie mówi się, że „ludzkość dąży w coraz szybszym tempie do samounicestwienia” – i podaje się mnóstwo faktów, które mają tę tezę potwierdzić. A jeśli chodzi o człowieka? Oczywiście są tacy, którzy mają w sobie gen samobójczy, ale w większości indywidualnych przypadków instynkt samozachowawczy każe człowiekowi unikać bodźców zagrażających życiu, nawet jeśli jest ono niewiele warte. W sensie ogólnym, bo szczególność z ogólnością rzadko idą w parze!

 

 

Blaise Cendrars

 

 

Jean-Paul Sartre, Słowa, PIW – 1965.

Erich Fried, Pożar, PIW – 1965.

Vercors, Milczenie morza, PIW – 1965.

Max Frisch, Powiedzmy, Gantenbein…, Czytelnik – 1965.

Tu też pozostał nieskomentowany zapisek: W obliczu czasu nie ma nadziei… Jest przecież czas nadziei, o czym świadczy kilka książek tak zatytułowanych (w tym almanach poezji… więziennej wydany z okazji XIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poezji Więziennej „Krasnystaw 2007”!), czy nawet film. Więc dlaczego jest ona matką głupich? Czy głupi jest ten, kto ma nadzieję, czy ten, kto ją stracił? Czy życiowa mądrość polega na tym, żeby wierzyć w nadzieję za wszelką cenę? Choćby w nadzieję na życie wieczne, z której człowieka może odrzeć tylko niewiara w to cudowne rozwiązanie naszych egzystencjalnych kłopotów – równie niemożliwa do udowodnienia jak nadzieja, że to się rzeczywiście ziści, niestety dopiero po naszej śmierci, kiedy już nie będziemy mogli złożyć reklamacji za straconą nadzieję.  

Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Czytelnik – 1965.    

Alberto Vigevani, Liście z San Siro, PIW – 1966.

J.D. Salinger, Franny i Zooey, Czytelnik – 1966.

Bruno Jasieński, Nogi Izoldy Morgan, Czytelnik – 1966.

Armand Lanoux, Kiedy morze się cofa, Czytelnik – 1966.

 

I na tym tę wyliczankę zakończę, dodając, że pominąłem kilka książek poetyckich, zaledwie kilka, bo do bibliotek więziennych w Nowogardzie czy w Siedlcach (zeszyty dawnych lektur obejmują jedynie książki, do których miałem dostęp jako więzień!) nie zakupywano nowości poetyckich, więc jako NOWY POETA (patrz: mój głośny debiut we „Współczesności”, Rok X Nr 4 (181), 17 II – 2 III 1965) musiałem błądzić po omacku, wydeptując sobie stopniowo własną ścieżkę poetycką, całkowicie inną od tych, na których tłoczyli się „wespół w zespół” moi koledzy po piórze…

 

 

Nowy poeta

 

Cdn.

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

10:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

 

Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diable… nie wszedł rozdzialik zatytułowany NAGLE ANIOŁ PRZEZ NIĄ PRZEMÓWIŁ z uwagi na to, co Adam mówił o swej żonie czwartej, Magdzie, ale także o innej, znacznie bardziej znanej, Magdzie Zawadzkiej, żonie Holoubka. Była tam jeszcze zabawna anegdota o Barbarze Fijewskiej i jej dwóch kolejnych mężach (opowiedziana Adamowi przez Jana Świderskiego) oraz o Oldze Lipińskiej i Kalinie Jędrusik, poprzedzona taką oto refleksją Adama: Otóż uważam, że zasób słów „nieoficjalnych” zmniejsza się u nas drastycznie z dwóch powodów: pierwszy to gazetowość naszego języka, który w stosunku do mięsistej staropolszczyzny czy Morsztynowego baroku szeleści higienicznym papierem. Ostatni Mohikanie tamtego języka wymierają w zastraszającym tempie. Należała do nich niewątpliwie Kalina Jędrusik…

I cały ten rozdzialik pojawił się na moim blogu 24 czerwca, powitany wybuchami śmiechu przez kilka komentatorek. Usunąłem jednak ten post po uwadze Renaty Dymnej: „Nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Są rzeczy, które opowiada się tylko w garderobach i bufetach, i tam brzmią. Wyciągnięte ‘na scenę' wprawiają w konfuzję, nie dając w zamian nic szczególnego... Ale  stało się”. Odpisałem: „Droga Renato! Blog to nie jest wydrukowana książka, wystarczy pyknąć w 'usuń' – i post znika bez śladu, ale tego ‘baobaba’ bardzo mi żal – i ładnego zakończenia... To było jego, Adama, życie, a nie anegdota opowiadana po garderobach i bufetach!”.

Przywracam zatem końcową sekwencję (po usunięciu tego, co ją raziło):

 

Olga Lipińska mogła być zaskoczona „nieoficjalnym” zapytaniem Kaliny Jędrusik, kto ciebie p......i?", wystarczy popatrzeć na zdjęcia obu pań…

 

 Olga Lipińskajedrusik_kalina 

                                     Olga Lipińska i Kalina Jędrusik

 

 Ale moja Magda też mnie wczoraj zaskoczyła, pytając:

– Na czym polega obrzezanie?

– Nie wygłupiaj się!

– Ja się nie wygłupiam, po prostu nie wiem!

Musiałem jej to opisać, niestety nie mogąc zobrazować tego na własnym przykładzie, bo naprawdę nie wiedziała!

 

Przynajmniej była szczera i żądna wiedzy…

Ona?! Wcześniej o nic mnie nie pytała! Nigdy! Nawet w sprawach teatralnych! Kiedy zaczynałem o tym mówić, od razu mi przerywała i sama mówiła, co to jest teatr! W jej pojęciu pytanie jest dowodem głupoty, natomiast mówienie, polegające nawet na wygadywaniu bzdur – nie, bo zamazuje niewiedzę! Dla niej przyznanie się do niewiedzy jest głupotą, mimo iż tłumaczyłem jej, że zadawanie pytań dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: jest mądrością, albo prowadzi do mądrości! Ja robię to ciągle – jeśli nie rozumiem jakiegoś słowa, pytam o jego znaczenie…

 

Ale w końcu jednak zapytała…

Bardzo mnie to zaskoczyło! Myślę jednak, że od razu pożałowała swojej szczerości!

 

 

Cwen

 

Jeśli chodzi o Magdę, to wcale mnie to nie dziwi, ale z Kucówną było chyba inaczej? A z Rysiówną raczej na pewno, bo sam mówiłeś, że najwięcej się od niej nauczyłeś, choć jako mentorka nie przebierała w słowach…

O, tak, była szczera aż do bólu! I uważała mnie a priori za idiotę! Powiedziałbym, że im większe odnosiłem sukcesy (byłem wówczas szefem artystycznym telewizji, a na posiedzeniach Radiokomitetu każdego mojego słowa słuchano z największą uwagą), tym bardziej mnie postponowała, mając na podorędziu stały repertuar obelg: „Jesteś dureń, chuj głupi, nie odzywaj się!”, a gdy mówiłem, że nie może mnie tak traktować, bo w końcu znajdzie się jakaś blondynka, która mi powie: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”, to słyszałem: „Długo tak jeszcze będziesz bredził?”.

Próbowała tę sytuację moją z Rysiówną jakoś wyprostować Wanda Telakowska, przemądra baba z high life’u przedwojennego Warszawy, przyjaciółka Skamandrytów i Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, wówczas dowódcy dywizji, który wpisał się jej w roku 1937 do sztambucha tak: „Niniejszym stwierdzam kategorycznie i nieodwołalnie, że zdobyła pani sympatię, szacunek, uznanie, zachwyt i podziw wszystkich kawalerzystów, szwoleżerów, ułanów, strzelców konnych, pionierów oraz konnych artylerzystów, którzy mieli zaszczyt i przyjemność poznania Pani, Miła Panno Wando”. No więc pani Wanda poszła do mojej żony z własnej woli (powiedziała mi o tym ex post):

– Zrozum, Zosiu, ty byłaś w Krakowie śliczną, rozkwitłą jabłonką, a on był przy tobie takim małym krzaczkiem: grałaś wielkie role, a on drugoplanowe. Pobraliście się i przez te lata wyrósł nad tobą z tego krzaczka baobab, nie możesz go więc nadal traktować, jakby był krzaczkiem, bo to się skończy katastrofą!

A Zośka zapieniona:

– Co ty mi za bajdy przyrodnicze opowiadasz? Baobab?! Jaki on baobab?! Chuj, nie baobab!

Gdy robiłem z nią „Berenikę” i „Zmartwychwstanie”, które odniosły niekwestionowany sukces, oświadczyła wobec osób trzecich: „To jest wszystko, na co stać Adama, beze mnie jest nikim!”. Dopiero tuż przed moim odejściem nieco się opamiętała: „Trzeba było walnąć pięścią w stół!”, ale ja nie jestem od walenia pięścią w stół! Oczywiście te cechy charakterologiczne miała w genach, ale wieloletni pobyt w Ravensbrück na pewno w niejednym ją usprawiedliwia – kategoryczny, powiedziałbym, brutalny ton, z jakim się do mnie zwracała, musiał mieć swoje źródło w jej koszmarnych przeżyciach obozowych!

 

Aż w końcu przyszła blondynka, która ci powiedziała: „Adam, jesteś zmęczony, połóż się, a ja ci zrobię herbatę…”. 

 

 

Kucówna

 

 Tak było. A potem przyszła kolejna, która mi powiedziała…  (zawiesza głos)

 

„Adam, jesteś zmęczony…”

Może na samym początku tak było, ale później słyszałem: „Adam, jestem zmęczona, położę się, a ty mi zrób herbatę…”. Ale pozwólcie, że zmienimy temat!

 

 

                                                 KONIEC!

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



14:47, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 b)

 

~pp
20 czerwca 2017 o 18:24

Na ostatnim zdjęciu obok Olbrychskiego siedzą Joanna Dark (piosenkarka) z mężem Markiem Dutkiewiczem, autorem tekstów do kilkuset piosenek, w tym przepięknego utworu: „Latawce, dmuchawce, wiatr” (Urszula)…

Szkoda,że to już ostatni raz ….

 

jbr
20 czerwca 2017 o 19:23

Dzięki za to objaśnienie. Mam nadzieję, że dzięki Renacie Dymnej będzie też wiadomo, kto tańczył wraz ze mną w ogrodzie Hanuszkiewiczów…

 

~WE
20 czerwca 2017 o 20:50

Nie ukrywam, że jestem bardzo rozczarowana sposobem, w jaki zakończyłeś tę swoją dokumentacyjną peregrynację po teczkach Hanuszkiewiczowskich. Oczywiście rozumiem, że za poradą pani Renaty nie chcesz odsłaniasz kulisów sprawy, o której kiedyś obszernie na swoim blogu opowiadałeś, by następnie, tuż po śmierci Pana Adama, te posty usunąć. Rozumiem też, że kierując się delikatnością wobec czterech żon Hanuszkiewicza nie chcesz odsłaniać „tajemnic alkowy”, ale są przecież historie anegdotyczne natury ogólnej, które według mnie powinny zostać zacytowane zanim odejdziesz z tego świata, co może nastąpić nawet za kilkadziesiąt lat, jesteś bowiem człowiekiem niesłychanie żywotnym, kandydatem na kolejnego iwonickiego stupięciolatka! Przypominam, że mi to obiecałeś!

 

~bosonoga
21 czerwca 2017 o 11:36

W pełni popieram apel WE, żeby choć tyciutki ciąg dalszy nastąpił! Po zerwaniu więzadeł krzyżowych w lewym kolanie nie mogę nie tylko włazić na Przymiarki dwa razy dziennie, ale w ogóle tam włazić, capito? Natomiast czytać mogę! Więc zmiłuj się – i coś dopisz!

 

~pp
21 czerwca 2017 o 20:29

No widzisz: siła złego na jednego! Nie wkładaj jeszcze teczek Hanuszkiewiczowskich do biurka! Z kobietami żaden mężczyzna jeszcze nie wygrał!

 

~jbr
21 czerwca 2017 o 23:42

Renata pewnie na wsi, nie odpowiada. Na tym zdjęciu w ogrodzie podrygiwał w tańcu na pewno Robert Kudelski (ten najbliżej mnie), którego Adam obsadził cztery lata wcześniej – w debiucie teatralnym – w roli Romea! W tym samym 1997 roku zdobył I nagrodę na Festiwalu Piosenki Francuskiej. Wielka kariera teatralna, filmowa, no i telewizyjna (od 2000 roku występował w znanych serialach) zdawała się stać przed nim otworem, ale ta dobra passa, nie wiadomo czemu, nagle się skończyła. Poprosił mnie przez Renatę o napisanie tekstów do kilku piosenek, bardzo mu się spodobały, ale kłopoty zawodowe, które na niego wkrótce spadły (Renata mówiła, że musiał występować w reklamach i statystował w filmach), sprawiły, że te teksty spoczęły na wieki wieków w jakiejś archiwalnej teczce, bo żaden kompozytor nie widział interesu w tym, żeby go promować. O losach pań pląsających wokół ukochanego psa Hanuszkiewiczów (zwał się Bary) nic konkretnego powiedzieć nie mogę, bo znałem je tylko z widzenia, ale należy domniemywać, że po roku 2005, gdy rozwiązano zespół Teatru Nowego, zaczęły prząść bardzo cienko, ale o tym owego pięknego czerwcowego dnia 2001 roku jeszcze nie wiedziały…

 

~Krakuska
24 czerwca 2017 o 11:46

A wśród tańczących pani Cwenówny nie było? Rozumiem, że nie z Solenizantem, który bał się, że nie przeżyje dwóch kos, ale ona była jeszcze stosunkowo młodą babką, więc podrygiwać w tańcu mogła. No, chyba że obowiązki gospodyni jej to uniemożliwiły, bo zorganizowanie przyjęcia urodzinowego dla sporej, jak się domyślam, liczby gości, to zapieprz nie lada!

 

~jbr
24 czerwca 2017 o 12:14

Adam w toku rozmów dźwirzyńskich (odbyły się one wkrótce po tych urodzinach kilka razy mówił, co utaiłem, że z Magdą podryguje już tylko w tańcu śmierci! Zataiłem też, iż narzekał, że ostatnie przyjęcie urodzinowe zorganizowała Mu Wiesia, jego asystentka, bo „Magda ma czułość tylko dla siebie”. A jeśli chodzi o tańcowanie z nią, to na zdjęciach dostępnych w Necie widać ich w gronie tańczących. Nie dałem jednak z nagrań bardzo ładnego kawałka (znowu ta paskudna cenzura wewnętrzna, bo wiedziałem, z kim mam do czynienia!), w którym Adam mówił, że jego babka twierdziła, że „jaki taniec, takie życie!”, to znaczy, że brak duchowej harmonii między partnerami w tańcu źle wróży na przyszłość. Adam nawet zażartował, że pary narzeczeńskie powinny obowiązkowo stawać przed specjalną komisją (złożoną z doświadczonych psychologów, seksuologów etc.), przed którą musiałyby zatańczyć kilka różnych kawałków, a po końcowej ocenie ujemnej nie miałyby prawa wstąpić w związek małżeński, dzięki czemu uniknięto by dziesiątków tysięcy rozwodów rocznie! Wspomniał też, że na samym początku znajomości z Magdą (był wówczas jeszcze z Kucówną) jeden z jego przyjaciół, obserwując ich taniec powiedział: „Nie boisz się z nią tańczyć? Ja bym się bał! Ta panienka nie tańczy z tobą, ona oplata cię jak wąż!”.

 

~Weronika
24 czerwca 2017 o 12:49

Oj, z tą komisją to nie jest głupi pomysł! Mój wybranek deptał mi po nogach na potańcówkach jako narzeczony, no ale miał inne „walory”. Jako mąż też deptał mi po nogach w tańcu, no ale miał inne „walory”, choć coraz mniejsze, chi-chi! Teraz już nie chce nam się tańczyć wspólnie, w dodatku mój mąż już nie ma żadnych „walorów”. Drepczemy w pobliżu siebie w tańcu śmierci, a raczej aż do śmierci, bo skoro nie rozwiodłam się z nim z uwagi na dzieci, gdy był na to czas, to tym bardziej nie rozwiodę się teraz – niech dzieciom i wnukom wydaje się, że wszystko gra!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:42

Pisz, pisz, bo chociaż mam zawroty głowy po tej cholernej korporektomii szyjnej (wstawienie implantu), to niedługi post mogę przeczytać na dwa razy, a dłuższy na sześć-siedem razy, ale mogę!
Bardzo Hanuszkiewicza lubiłam słuchać w telewizji… Taaaakich paaaanów (jak mówił) teraz coraz mniej!

 

~Anna D.

23 czerwca 2017 o 00:59

W tym kółku tanecznym ta odwrócona tyłem pani w sukience w grochy przypomina mi Joannę Górniak. W serialu „Plebania” była matką Krystiana. Rozpoznaję ją po włosach i figurze. Jestem ciekawa, czy trafiłam?

 

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:16

Specjalnie się tak podpisałam, bo Tania, lwowianka, opiekowała się umierającym (długo) Adamem. Ale do rzeczy. Z tego, co Pan napisał w ostatnich postach Hanuszkiewiczowskich, wynika, że zna Pan wywiad pani Cwen-Hanuszkiewicz z „Gali”.

Chciałabym, żeby odniósł się Pan do takiego oto fragmentu z tego wywiadu, bo jako fanka Hanuszkiewicza (bardzo już leciwa) długo nad nim rozmyślałam:

„Kiedy rozmawiałyśmy przed rokiem, mówiła Pani, że mąż zamknął się w sobie, że jest pogrążony w depresji. Odżywał nocami i snuł monologi, w których rozliczał się z przeszłością. Planowała Pani ich nagranie.

To były niezwykle ciekawe, realistyczne monologi. Adam rozmawiał ze wszystkimi – z Michnikiem, Kuroniem, z matką, wieloma ludźmi. Rozliczał swoje życie, rozprawiał się z teatrem, reżyserował i robił wykłady dla studentów. To, co mówił, było mądre, pełne pasji. Tkwiła w tym siła jego umysłu – to było to, co miał jeszcze do przekazania. I dawał to w nocy, duchom. Chciałam nagrać te monologi, ale nie byłam w stanie. Byłoby to naruszeniem Jego intymności”.

Przyznam się, że dla mnie postawa pani Magdy była co najmniej dziwna! Najwyraźniej nie rozumie, co oznacza słowo „intymność”!


1. «bardzo osobisty charakter czegoś»

2. «erotyczny, miłosny charakter czegoś»

3. «sprawa bardzo osobista, często o charakterze erotycznym»


Czy mam rację?

 

~Tania
25 czerwca 2017 o 06:21

Aha, i jeszcze to wydaje mi się nieprawdziwe:

„Nie grywała Pani w zasadzie u innych reżyserów. Z wierności czy konieczności?

Płaciłam za to, że jestem Jego żoną”.

 

~jbr
25 czerwca 2017 o 07:55

Pozwoli Pani, że odpowiem najpierw na drugą kwestię przez Panią poruszoną: PANI MAGDZIE CWEN-HANUSZKIEWICZ PŁACONO WYŁĄCZNIE ZA TO, ŻE BYŁA JEGO ŻONĄ! NAWET PO JEGO ŚMIERCI ZOSTAŁA PRZYGARNIĘTA Z LITOŚCI PRZEZ DYREKTORA „RAMPY” JEDYNIE DLATEGO, ŻE BYŁ ZAPRZYJAŹNIONY Z HANUSZKIEWICZEM!

A teraz odpowiem na kwestię pierwszą: PANI MAGDA CWEN-HANUSZKIEWICZ NIE WIEDZIAŁA NAWET, CO TO JEST „OBRZEZANIE”, PRZEŻYWSZY PONAD 50 LAT I MAJĄC NIBY WYŻSZE WYKSZTAŁCENIE. TRUDNO WIĘC OD NIEJ WYMAGAĆ, BY ROZUMIAŁA, CO OZNACZA SŁOWO „INTYMNOŚĆ”.

W tym wywiadzie, i nie tylko w tym, gada od rzeczy lub zwyczajnie kłamie (Strindberg, który połączył Adama i mnie, mówił, że :kobieta kłamie za każdym otwarciem ust”; niezupełnie się z nim zgadzam w tej kwestii, ale niewątpliwie pani Magda do takich kobiet należy).

Redaktorka „Gali” napisała: „Planowała Pani ich nagranie”. Jest to stwierdzenie, nie pytanie (odnosiło się to zresztą do ich wcześniejszej rozmowy). Planować nagranie pani Magda mogła tylko za życia Hanuszkiewicza – po Jego śmierci mogła jedynie próbować odtworzyć owe nocne monologi śp. Adama, czyli wtłaczać Mu do ust jakieś brednie! Bo gdyby rzeczywiście te monologi miały jakiś sens, to każda mądra i kochająca kobieta zrobiłaby wszystko, żeby owe monologi utrwalić dla potomności, nieprawdaż? Ponadto niby z czego pani Cwenówna miałaby złożyć książkę o swoim „ukochanym mężu”? Na pewno nie z rozmów głębokich z Nim, bo nigdy nie była do nich zdolna! Z zasłyszanych opinii o Nim, z tego, co publicznie mówił? Słuchać hadko! Pozostała jednak po Nim nie tylko papierowa serwetka z trzema słowami. Zachowała się na pewno jakaś korespondencja, być może jakieś zapiski, ale do opracowania czegoś takiego trzeba tęgiej głowy, a nie pustej i w dodatku neurotycznej!

 

 

~WE
26 czerwca 2017 o 13:59

 

Fakt, że w tej skróconej postaci aż tak zabawne – dla większości czytelników – to nie będzie, ale dla mnie (rozumiem obiekcje Renaty Dymnej), dzięki temu skrótowi, to zakończenie stało się głębsze i bardziej prawdziwe!

 

 

 

~irena
26 czerwca 2017 o 14:12

 

Zgadzam się z WE! Zawsze mi się wydawało, że Hanuszkiewicz kochany był znacznie bardziej przez teatr, niż przez kobiety, z którymi dzielił POZOSTAŁĄ RESZTĘ ŻYCIA… I z psychologicznego punktu widzenia nie mogło być inaczej: szukał w nich matki, a matka może być tylko jedna: ta, co urodziła, nawet jeśli odrzuciła!

 

 

 

~mirosława
26 czerwca 2017 o 15:012

 

Hm, skoro anioł przez Rysiównę przemówił w ten sposób, to jestem ciekawa, co by było, gdyby diabeł przez nią przemówił? Może to byłyby słowa parlamentarne? Nie chodzi jednak o te, które padają w polskim parlamencie!!!

 

 

jbr
26 czerwca 2017 o 15:23

 

To są kwestie psychologicznie bardzo złożone – miałem więcej żon od Adama, ale właściwie szukałem tego samego, czyli de facto wczorajszego dnia!

 

Rzeczywiście był ode mnie mądrzejszy w tych sprawach o całe 16 lat – zrozumiałem to w kilka lat później (po dźwirzyńskich rozmowach).

 

 

 

~Genowefa
26 czerwca 2017 o 18:53

 

Jako starsza pani doskonale jeszcze pamiętam Hanuszkiewicza i nie ukrywam, że darząc go niekłamaną sympatią zawsze miałam mu za złe, że porzucił wspaniałą Kucównę dla „młodszego rocznika”, tym bardziej, że mój mąż zrobił to samo, gdy zapadłam na raka piersi. Jestem ciekawa, czy Kucówna traktowała Pana Adama tak jak pozostałe żony? Pan napisał, że kochał ją najbardziej i tę swoją zdradę odczuł najboleśniej. Oficjalnie nic złego o niej nie powiedział i ona też nie mściła się za to, co zrobił.
Dziękuję Panu za to, że te książki dźwirzyńskie ujrzały światło dzienne – mam je na półce i często do nich wracam.

 

 

 

~jbr
26 czerwca 2017 o 20:38

 

Dzięki za dobre słowa, miła pani Genowefo!
Moja robota została zakończona. Oficjalnie na ten temat już nie będę się wypowiadał. Te książki stoją u mnie na półce na poczesnym miejscu, ale nie muszę po nie sięgać: zapisane są w liniach papilarnych moich rąk!







09:17, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 a)

PRZYKRO MI, ŻE NA TYM PORTALU NIKT OD DAWNA MOICH POSTÓW NIE KOMENTUJE! NIE MA TU WPRAWDZIE LICZNIKA WEJŚĆ, ALE SAM MOGĘ SPRAWDZIĆ, ILE ICH JEST: NAWET TYSIĄC TYGODNIOWO! KTOŚ MI POWIEDZIAŁ, ŻE CZYTELNICY BOJĄ SIĘ OŚMIESZENIA PRZY KOMENTOWANIU MOICH POSTÓW, BO SĄ ZBYT TRUDNE. NA PORTALU ONETOWSKIM MAM GRUPĘ ZAPRZYJAŹNIONYCH OSÓB, KTÓRE OŚMIELIŁEM DO PISANIA, CO IM SIĘ PRZYJDZIE DO GŁOWY W TRAKCIE CZYTANIA. PRZY OKAZJI OŚMIELAJĄ SIĘ INNI CZYTELNICY.

WCZEŚNIEJ COŚ Z TEGO KOPIOWAŁEM TUTAJ, TYM RAZEM DO POSTÓW HANUSZKIEWICZOWSKICH JEST ZBYT DUŻO KOMENTARZY (BLOX UWAŻA, ŻE "TREŚĆ WPISU JEST ZA DUŻA", MUSZĘ WIĘC PODZIELIĆ JE NA DWIE CZĘŚCI!), PRZETO POSTANOWIŁEM JE DAĆ ODDZIELNIE, BO HANUSZKIEWICZ, CZY SIĘ TO KOMU PODOBA, CZY NIE, JEST DZIEDZICTWEM NARODOWYM.

 

 

~irena
14 marca 2017 o 23:27

Czy Ty się nie boisz odsłaniać kulis tego wszystkiego, co wiąże się z osobami jeszcze żyjącymi, a zatem mogącymi Ci w jakiś sposób zaszkodzić?

 

~jbr
14 marca 2017 o 23:52

Droga Irenko, zaszkodzić mogłoby mi tylko zepsute mięso z krokodyla, który by mnie połknął! Zapewne bałbym się spotkać z krokodylem oko w oko, ale gdyby mnie połknął, przestałbym się bać! Czyli strachy na Lachy!

 

  ~Wielbicielka Hanuszkiewicza z Łodzi

16 marca 2017 o 22:31

Czy zna Pan panią Elżbietę Piotrowską z radia Eska? Czytałam wywiad z nią, przyjaźniła się przez trzydzieści lat z Adamem Hanuszkiewiczem i wiem, że przyjaźni się też z Magdą Cwen-Hanuszkiewicz. Jest teatrologiem. Być może nie przy współpracy z panem Golimontem, lecz z panią Piotrowską powstanie ta zapowiadana książka o „fenomenie zjawiska Hanuszkiewicz”?

 

~jbr
17 marca 2017 o 00:20

Gdyby taka książka miała powstać, to już dawno by powstała, tak myślę. Ale na dobrą sprawę mało mnie to już interesuje. Dla mnie najważniejsze jest, że żywy głos Adama rozbrzmiewa i będzie rozbrzmiewał, nawet jak mnie już nie będzie na tym świecie. Proszę sobie wyobrazić, że pani Ela Piotrowska, „Piotrusia” dla Adama, znała tę książkę wiele lat przed wydaniem u BOSZA. I bardzo wysoko ją oceniła. Pisywaliśmy do siebie, rozmawialiśmy telefonicznie, szczerze panią Elę lubiłem i lubię ją nadal. Od dawna jest jednak przyjaciółką pani Magdy, oddaną i lojalną przyjaciółką, więc to, że zawsze stawała w jej obronie i starała się ją usprawiedliwiać, wcale mnie dziwiło, choć smuciło, bo drogi nasze musiały się rozejść. Zapewne nie będzie jej miło, kiedy przeczyta to, co już napisałem i zamierzam napisać, ale mam nadzieję, że zrozumie, iż moim obowiązkiem jest napisać prawdę, oczywiście w jakimś stopniu subiektywną, o genezie powstania książek opartych na rozmowach dźwirzyńskich, bo to, co znajduje się na kasetach z nagraniami czy w teczkach spoczywających w moim biurku, należy nie do mnie, lecz do historii teatru polskiego. Po pozbyciu się tego wszystko, będzie to dla mnie epizodem już na zawsze zamkniętym.
Serdecznie Panią pozdrawiam.

 

  ~p.pani
17 marca 2017 o 10:07

Przeczytałam c.d. rozliczeń z „Ciocią Madzią”, i nie tylko, bo i z p. G. (Golimontem Kiszczakowskim) też…. Na ich wspólnym zdjęciu absolutnie wyglądają na parę miłościwą (moja kobieca intuicja w takich sprawach nigdy mnie nie zawiodła – jest przecież mowa ciała!)… Co z tego wyniknie?!..

…zastanawiające, dlaczego w takim razie zamienił Adam mądrą panią ZK (Zofię Kucówną) na MC?! …zapewne młode ciało to spowodowało, jeśli, jak piszesz, intelekt szwankował!

 

  jbr
17 marca 2017 o 10:22

Akurat poprawiałem w części I datę śmierci Adama (z 1911 na 2011! w pamięci miałem datę urodzin Edwarda Helona, 105-latka z Iwonicza-Zdroju), więc odpowiadam na Twój komentarz od razu. Nie będą się zajmował kwestią: co właściwie łączyło wówczas panią MC z panem G., bo jest to obecnie nieistotne. W swoim czasie rzeczywiście obawialiśmy się, że wespół-zespół utrącą książkę naszą (drugą), żeby wydać własną, co byłoby niepowetowaną szkodą dla historii teatru – na szczęście tak się nie stało.
Dlaczego Adam związał się z MC w chwili, gdy ZK była chora na raka? Mówił nam o tym – i bardzo tego żałował! Mamy to na nagraniu i w jakiejś części tego postu ta bulwersująca wielu ludzi sprawa na pewno wychynie!

 

~mo
17 marca 2017 o 11:22

Panie Januszu, z wielkim zainteresowaniem czytam pana blog i maile, przyznam, że włos mi się jeży na głowie. Przypomniał pan mi postać mistrza Adama, za co wielkie dzięki mo

 

~jbr

17 marca 2017 o 11:24

W zjeżonych włosach jest Pani zapewne bardzo do twarzy, a w kolejnych odcinkach powinny się jeszcze bardziej zjeżyć! Serdeczności!

 

  ~WE
20 marca 2017 o 20:22

Przyznam się, że na razie czytałam tę książkę tylko we fragmentach – nie dlatego, że nudna, ale właśnie dlatego, że tak gęsta od ważkich treści nie tylko natury teatralnej, lecz psychologiczno-filozoficznych też, co słusznie podkreśliła pani Anna Wertmann. Przy czytaniu powierzchownym traci się zbyt dużo z tej pasjonującej lektury. Pani Anna podkreśliła również wagę rozmówców Mistrza Adama przy tych rozmowach w Dźwirzynie, gdzie kiedyś byłam z dziećmi na wakacjach, więc patrząc na scenki z filmiku „Big Han Adam Hanuszkiewicz”, chodzi o część pierwszą, mogłam sobie bez trudu wyobrazić niezwykłą scenerię do tych rozmów. Tuż za domkami jezioro zarośnięte trzcinami, a do morza też niedaleko.

 

  ~jbr
22 marca 2017 o 10:47

Proszę sobie wyobrazić, ze mimo upływu ponad 15 lat („dzięki czemu” sam znalazłem się w ówczesnym wieku Adama z dwiema kosami wiszącymi nad moim grzbietem) widzę jak na zwolnionym filmie przesuwające się sceny z tych naszych rozmów dźwirzyńskich, bo to był naprawdę Piękny Czas! Później już tak pięknie nie było, o czym przekona się Pani czytając dalsze części tego postu. A bez rozmówców, Renaty Dymnej i mnie, tych rozmów po prostu by nie było! Jako redaktor poświęciłem im w sumie rok życia, rok bardzo wytężonej pracy nad nimi, bo z tego ogromnego materiału nagraniowego (19 kaset dziewięćdziesiątek, obustronnie nagranych) trzeba było stworzyć dwie książki, już na szczęście wydane.

Radość z tego powodu została we mnie zabita dawno temu. Pozostała ulga, że ta praca nie poszła na marne.

 

~P.PANI
28 marca 2017 o 11:29

…a co skrywają OKULARY ?!

„Ciemne okulary wspaniale sprawdzają się jako element modnego wyglądu, stroju, budują wizerunek. Dodają tajemniczości, szyku, urody. – Widzimy je na twarzach ludzi show-biznesu i bohaterów popkultury. A za nimi podążają miliony naśladowców wierzących, że odgrywanie podpatrzonych ról uczyni ich mądrzejszymi, piękniejszymi, bardziej seksownymi…”. Tak piszą, ale te okulary podczas ceremonii na cmentarzu spełniały chyba inną rolę? Moja ciotka na pogrzebie wuja chciała ukryć pod nimi ciemne worki pod oczami od wylanych łez, może pani Magda też chciała ukryć przed ludźmi swoje emocje?

Na poniższym linku inna sceneria i inne komentarze, ciemnych okularów nie ma, prawda?

http://www.pomponik.pl/plotki/news-61-letnia-magdalena-cwenowna-w-samej-bieliznie-seksowna,nId,1885525

 

~DomorosłyFizjonomista
28 marca 2017 o 13:52

W jakikolwiek serialu sensacyjnym albo w migawkach telewizyjnych z wizyt VIP chronionych przez funkcjonariuszy tajnych służb – ochroniarze, policjanci, ale przestępcy też paradują w ciemnych okularach, które nie tylko zakrywają wzrok. Wywierają również psychologiczny wpływ na innych, dodając powagi, autorytetu, a nawet groźnego wyglądu. Czytałem, że szef policji jakiegoś angielskiego hrabstwa zakazał swym pracownikom noszenia przeciwsłonecznych okularów, ponieważ był zdania, że obywatele boją się funkcjonariuszy, którzy skrywają oczy za ciemnymi szkłami.

Co skrywała za nimi pani Cwen-Hanuszkiewicz? Proszę przyjrzeć się dokładnie temu zdjęciu pogrzebowemu – mimo przyciemnionych okularów widać, że ta pani nie ma zaczerwienionych i opuchniętych od płaczu oczu. Nie widać jednak też braku łez ani ewentualnej ulgi z powodu nagłego uwolnienia się od osoby ukochanej tylko w deklaracjach słownych. Może (poza cieniami i workami pod oczami, defektami skóry, zmianami na powierzchni oka) właśnie to chciała ukryć? A skoro autor postu wspomniał o woalkach, to dodam, że dawniej panie chowały oczy za woalkami, a dzisiaj tę rolę pełnią okulary przeciwsłoneczne.

 

~Mojetrzygrosze
28 marca 2017 o 14:01

Stylista Tomasz Jacyków, którego bardzo cenię, powiedział: „Biznesmen w czarnych okularach jest niewiarygodny, polityk również, nawet księgowa, bo to znaczy, że albo wczoraj była pijana, albo mąż podbił jej oko, albo kłamie”.

 

~feministka
29 marca 2017 o 02:22

Sorry, proszę mi wyjaśnić, dlaczego Pan Adam rzadko dopuszczał kobiety do spraw teatralnych? Czyżby uważał, że są na to za głupie? Sam Pan przecież podkreśla, że np. pani Wertmann zna się doskonale na sprawach teatralnych, czyż nie tak???????????????????

 

~jbr
29 marca 2017 o 09:52

Wspomniałem przecież o wyjątkach! Najogólniej Adam uważał, że: „Wszystkie baby w analizie są mądrzejsze od nas, ale syntezy – w formach, kształtach już przecież widocznych w zarysach – nie widzą”. Proszę zwrócić uwagę, że odnosiło się to także do Zofii Kucówny, kobiety, którą bardzo cenił, ale w domu najczęściej widywał ją z robótką szydełkową w rękach! Oczywiście są kobiety z dodatkowym męskim chromosomem w swoim genotypie – te robótkami ręcznymi się nie zajmują i mogą mieć widzenie syntetyczne………………………….

 

~Nina
30 marca 2017 o 20:05

Czy Pan Adam miał dzieci tylko z panią Zofią Rysiówną? To nie tylko wspaniała aktorka, ale i niezwykła kobieta. Młodszego o cztery lata Pana Adama mogła traktować jak szczeniaka, bo cóż on takiego przeżył w czasie wojny i okupacji?

A ona, mając 21 lat i będąc studentką Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej oraz zaprzysiężoną członkinią Związku Walki Zbrojnej miała za sobą brutalne przesłuchanie przez gestapo, podczas którego mimo tortur nie wydała nikogo, po czym spędziła 4 lata w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück! Dzięki temu sławny kurier polskiego państwa podziemnego Jan Karski, który został odbity w lipcu 1941 roku z więzienia w Nowym Sączu, mógł w późniejszym czasie przekazywać na Zachód swoje głośne raporty, w tym raport w sprawie Holocaustu (zagłady Żydów polskich). W odwecie za tę akcję, zorganizowaną przez jej starszego brata, podchorążego Zbigniewa Rysia, zamordowano 32 osoby. Pani Zofii udało się otrzymać „drugie życie”, tak to określała, być może dzięki znakomitej grze aktorskiej?

Dla kogo pasywa i aktywa tego w sumie nieudanego związku małżeńskiego były mniej więcej równe? Dla Pana Adama z pewnością tak, co wielokrotnie podkreślał. A dla Pani Zofii? Scenka, przytoczona przez Pana Adama, jest rozpaczliwie smutna, mimo iż w niejednym czytelniku wzbudzi wesołość. Dla historii teatru nie ma to na szczęście żadnego znaczenia: tam będą wiecznie występowali wspólnie – ona jako Berenika, królowa Palestyny, a on jako Tytus, cesarz rzymski… Fakt, że obsadzał ją w dużych rolach, ale nie dlatego, że była „żoną dyrektora” jak w wypadku Pani Magdy. Gdyby wyłącznie te względy decydowały, to w roku 1996 miesięcznik „Teatr” nie przyznałby Zofii Rysiównie Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza za całokształt twórczości, jako najlepszej aktorce teatralnej minionego półwiecza.

 

~jbr
1 kwietnia 2017 o 00:23

Przyznam się, że o tej „pozateatralnej Rysiównie” wiedziałem piąte przez dziesiąte! Dzięki wielkie za przypomnienie, dlaczego pani Zofia znalazła się w KL Ravensbrück! Nie tylko z Nią miał Adam dwoje dzieci, Anię i Piotra, którzy niejednokrotnie występują w jego opowieściach teatralnych – opartych na rozmowach dźwirzyńskich. Nawet już nie pamiętam, czy w ich trakcie wspomniał o córce Teresie z pierwszego małżeństwa z panią Martą Stachiewicz? W każdym razie w zredagowanych przeze mnie książkach o tej córce, która być może nadal jest sędzią we Wrocławiu, mowy nie ma. W materiałach nieopublikowanych Adam trochę więcej miejsca poświęcił związkowi z panią Martą, związkowi „mniej niż zero” w skali od 1 do 10… Na pewno nie odsłonię szczegółowo przez Niego opisanych okoliczności, w jakich zrodziły się uczuciowe związki z panią Zofią Rysiówną oraz panią Zofią Kucówną, bo obie te wielkie aktorki darzę ogromnym szacunkiem, a do „Pudelka” nie pisuję. Nie ujawnię też wszystkiego, co mówił o ostatniej żonie, bo nie jestem szakalem. Ponadto jako „praktyk małżeński” doskonale wiem, czym są złe emocje, zawiedzione nadzieje etc. Ale pyszną anegdotę o tym, dlaczego w oczach pani Zofii Rysiowny Adam był chujem, a nie baobabem – na pewno przytoczę!

 

~Teatrolog
2 kwietnia 2017 o 00:12

Proszę objaśnić mi, bo Adam Hanuszkiewicz już tego nie zrobi, co oznacza: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…? W Encyklopedii Teatru brzmi to w całości: Na podstawie „Ojca” w przekładzie Zygmunta Łanowskiego i Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego oraz innych motywów z dramatów Strindberga.

Byłabym Panu bardzo zobowiązana za odpowiedź.

 

~jbr
2 kwietnia 2017 o 00:48

Zawsze przed pójściem spać zaglądam do blogu i patrzę, czy pojawił się jakiś nowy komentarz. Pojawił się, a więc, mimo zmęczenia, odpowiadam, bo nie mam pewności, czy obudzę się rano…………………

Nie siedziałem do końca w myślach Adama Hanuszkiewicza wówczas, gdy pracował nad tym spektaklem. Prawdę mówiąc: namawiałem go do wykorzystania mojej adaptacji scenicznej „Spowiedzi szaleńca”, nie myślę o adaptacji, którą kiedyś zrobiłem dla Teatru Polskiego Radia (zrobiono z tego godzinne słuchowisko), lecz o znacznie większej sztuce – monodramie, który przygotowałem kiedyś dla samego Tadeusza Łomnickiego. Niestety, zmarł na scenie w Poznaniu – i sprawa upadła, choć nawet Elżbieta Baniewicz z „Twórczości” uważała, że jest to świetna adaptacja i byłaby wielka szkoda, gdyby przepadła. Próbowała zainteresować nią jakichś aktorów, ale nie czuli się na siłach, aby to zagrać. Był to wprawdzie monodram, ale na drugim planie występowało w nim wiele osób, więc bez trudu można by to było zrealizować w Teatrze Nowym.

Adam Hanuszkiewicz, ku mojemu żalowi, podjął jednak inną decyzję. Dostał ode mnie i mój przekład całościowy „Tańca śmierci” (żałował, że otrzymał go ode mnie za późno, gdy na scenie Teatru Narodowego spektakl ten został już zrealizowany), i wspomnianą adaptację „Spowiedzi szaleńca” i przetłumaczone przeze mnie Strindbergowskie „Listy miłosne i nienawistne”, i te wszystkie materiały, które weszły w skład programu do „W imię Ojca”. Coś tam wziął ode mnie, coś z „Ojca” w przekładzie Łanowskiego, sporo dopisał od siebie na podstawie tego wszystkiego – i w taki sposób powstała ta inscenizacja.

Powiem szczerze: gdybym miał na to wpływ, zrobiłbym to zupełnie inaczej, ale to był Jego Teatr i Jego widzenie teatru. A ja akurat znalazłem się, zupełnie dla mnie niespodziewanie, w tym wszystkim. Widocznie tak miało być. Gdyby nie to, nie byłoby przecież rozmów dźwirzyńskich. I bardzo dużo z Hanuszkiewicza przepadłoby na zawsze.

 

~angielka z konieczności

12 kwietnia 2017 o 23:39

Jaki spór wiedli Zeus z Herą?

Przepraszam, że o to pytam, ale książki jeszcze nie przeczytałam, bo od sześciu lat przebywam w Anglii. Teraz przeczytam ją na pewno, ale szkopuł w tym, że u Prószyńskiego nie można jej nabyć! I nie będzie drugiego nakładu… Co w tej sytuacji mam zrobić?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 14:48

Najpierw spór Zeusa (mężczyzny) z Herą (kobietą). Oddaję głos Hanuszkiewiczowi: „Otóż spierali się oni o to, które z nich odczuwa większą przyjemność z aktu seksualnego, a nie mogąc tego rozsądzić, udali się do wróżbity Terezjasza. Ponieważ był tylko mężczyzną, i jego wiedza musiała być połowiczna, przemienili go w kobietę i dopiero po dziesięciu latach przywrócili mu właściwą płeć, po czym zapytali:

– W czyim ciele było ci lepiej?

– Kobieta odczuwa dziesięciokrotnie większą przyjemność z seksu!”.

 

A jeśli chodzi o książkę, prześlę ją Pani, bo mam jeszcze kilka zapasowych egzemplarzy. Proszę wejść na moją stronę wydawniczą http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl, tam znajdzie Pani mój adres mailowy – proszę podać mi wszystkie dane do wysyłki. Serdecznie pozdrawiam!

 

~Czytelniczka z Krakowa

13 kwietnia 2017 o 21:25

Czy Pan sądzi, że te skreślenia sprawiły, ze książka o kobietach-diabłach nie stała się bestsellerem?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:01

Nawet pani Anna Derengowska z wydawnictwa „Prószyński i Ska” nie do końca rozumie, dlaczego skończyło się tylko na pierwszym nakładzie tej – nie tylko w moim przekonaniu – świetnej książki? Wypociny Danuty Wałęsowej trafiły do ponad 300 000 czytelników, książka Małgorzaty Tusk jeszcze ją przebiła o 100 000 egzemplarzy, a w przypadku książki Hanuszkiewicza skończyło się na kilkutysięcznym nakładzie! No tak, ale tamte książki to są „gorące kartofle”. Lech Wałęsa i Donald Tusk budzą nadal ogromne emocje społeczne, a Mistrz Adam przestał być „gorącą postacią” dawno temu, na siedem lat przed śmiercią zniknął z życia publicznego i oczywiście teatralnego, a dzisiejsze czasy wymagają ustawicznego bycia w centrum uwagi – czytelniczej też. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby ta nasza książka, od dawna przygotowane przeze mnie do druku, ukazała się natychmiast po śmierci Adama Hanuszkiewicza, to jej sprzedaż byłaby znacznie większa, ale „bolejąca wdowa” storpedowała ich wydanie o całe pół roku, kiedy ludzie zapomnieli już o śmierci Hanuszkiewicza, bo ich uwagę zaprzątnęły sensacyjne wydarzenia bieżące.

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:05

Aha, to nie jest książka o kobietach-diabłach! Kobiety bywają wprawdzie diablicami, ale anielicami też są! Proszę uważnie przeczytać odpowiednie fragmenty książki, w których tę kwestię rozważaliśmy do spółki z kobietą, panią Renatą…

 

 

~Anna z Rzeszowa

13 kwietnia 2017 o 22:16

Z opóźnieniem dowiedziałam się od koleżanki o tych Pana wpisach. Uczestniczyłam we wspomnianych XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych i rzeczywiście zgadzam się z prezentowanymi tu opiniami na temat gry aktorskiej pani Magdaleny Cwen-Hanuszkiewicz w tym spektaklu. Odniosłam wrażenie, że grała jakby przeciw Niemu, panu Adamowi, nie pozwalała mu błyszczeć we wspólnych scenach, rywalizowała z Nim, zachowywała się rzeczywiście jak rozkapryszona „żona dyrektora”, której się wyjątkowo dużo należy z samego faktu bycia Jego żoną…

Jestem ciekawa, w jakich okolicznościach była „asystentką reżysera”, bo nic na ten temat nie jest mi wiadomo?

 

~jbr
13 kwietnia 2017 o 22:50

Owszem w Teatrze Nowym pobierała wynagrodzenie z tego tytułu i w trakcie Jego nieobecności próbowała z aktorami jakieś próby przeprowadzać, co do dzisiaj wspominają z rozbawieniem. Pamiętajmy, że dyrektorem tego teatru był Adam Hanuszkiewicz – trzeba było zaspokajać potrzeby finansowe małżonki, nawet jeśli teatr popadał w coraz większe długi!

Jej „wybitne role teatralne” można między bajki włożyć. Informacje podane w http://www.teatr-rampa.pl/aktorzy/magdalena-cwen-hanuszkiewicz,18. nie pozostawiają w tej kwestii żadnej wątpliwości. Jedna z nich jest myląca: „Od 2004 jest wykładowcą na wydziale aktorskim w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia”. Od wielu lat ta prywatna szkoła nie istnieje. Tak się złożyło, że wiem bardzo dużo na temat zatrudnienia pani Magdy na tej uczelni, ale obowiązuje mnie dyskrecja. Nie wiem natomiast nic o żadnym wychowanku pani Magdy, który by osiągnął znaczący sukces aktorski?

 C.D. ZARAZ NASTĄPI

 



09:16, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 czerwca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 10)

 

Tym razem rzeczywiście po raz ostatni, choć byłoby jeszcze o czym pisać! Niechaj jednak to, o czym Adam mówił w trakcie rozmów dźwirzyńskich, a co z różnych powodów nie weszło w skład dwóch wymienionych książek, pozostanie u mnie w teczkach, czy u Renaty Dymnej na nagranych taśmach magnetofonowych. Jak również to, co wydarzyło się później, gdy po kilku miesiącach mojej ciężkiej pracy redakcyjnej (Renata też zdzierała sobie głos, dyktując mi to, co odsłuchiwała z tych taśm) pierwsza książka o „kobiecie boskim diable” została przygotowana do druku jeszcze w roku 2001! Dodajmy: przy ścisłym współdziałaniu z Adamem, który na bieżąco opatrywał kolejne rozdziały swoimi uwagami, skreśleniami czy dopełnieniami.

Jakąż barwną opowieść można by wysnuć o jej pierwszym, niedoszłym wydawcy, panu Krzysztofie P., prezesie  firmy wydawniczej o dość dziwacznej nazwie „Hologram Production”, która wkrótce zmieniła się w chyba bardziej chwytliwe „Show Time Media”. Wprawdzie pan prezes po rozwodzie spał na składanym łóżku w wynajętym pokoju, ale planów promocji tej książki mogłoby mu pozazdrościć nawet prężne wydawnictwo amerykańskie! Specjalnie przygotowane widowisko estradowe promujące książkę miało się odbyć w wielkiej hali pod Warszawą, która mogła podobno pomieścić kilka tysięcy widzów! Gwarantował to punkt 14 naszej umowy z nim.

Na jego prośbę napisałem tekst wprowadzający (na podstawie Dziadów Mickiewiczowskich), którym to widowisko miało się rozpocząć. Muzykę miał napisać Janusz Tylman. W roli Mężczyzny miał oczywiście wystąpić Adam Hanuszkiewicz, a w roli Kobiety: Małgorzata Duda, znakomicie śpiewająca aktorka Teatru Nowego.

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

                        (chrząka, poprawia się)

                        Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

                        Postaci twojej zazdroszczą anieli,

                        A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...

 

KOBIETA (śpiewa)   Niżeli co?! Ach, tak!

                                 Jestem jak „zimne złoto”!

                                 No, dotknij mnie, idioto,

                                 pocałuj, kurde frak!

                                 Jestem w zasięgu ręki,

                                 więc co: odwagi brak,

                                 albo nie są ci w smak

                                 moje cielesne wdzięki?

                             

MĘŻCZYZNA  Owszem, ciało jak ciało,

                        nigdy go nie za wiele,

                        lecz to za mało, za mało,

                        gdzie dusza, mój aniele?

 

KOBIETA  Dusza jest w moim ciele!

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Boski diable…

 

KOBIETA (śpiewa)   Po to masz, chłopie, szablę,

                                     by ciąć mnie: rach-ciach-ciach,

                                     lecz w oczach twoich strach…

 

MĘŻCZYZNA (bojaźliwie)   Jakoś niezręcznie mi…

 

KOBIETA (śpiewa)   Czy wiesz, w czym sekret tkwi,

                                 mężczyzno – boski czorcie,                      

                                 w tym damsko-męskim sporcie?

                                 Raz górą ja, raz – ty!



MĘŻCZYZNA (ciężko wzdycha)    Odwieczna walka płci

                                                      już od wieków zarania, 

                                                      a gdzie dziewczę jak łania,

                                                      a gdzie czarowne sny?

 

KOBIETA (śpiewa)  Na głowie mam kraśny wianek,

                                W ręku zielony badylek,

                                Przede mną bieży baranek,

                                Nade mną leci motylek.

                                Na baranka bez ustanku

                                Wołam: baś, baś, mój baranku,

                                Baranek zawsze z daleka;

                                Motylka rózeczką gonię

                                I już, już chwytam go w dłonie;

                                Motylek zawsze ucieka…

 

MĘŻCZYZNA (z rozmarzeniem)    Tak śpiewaj, a będzie miło!

                                                       Wieszczowi się to wyśniło…

                                                       We śnie wszystko jest ciekawsze,

                                                       we śnie wierzysz, że na zawsze... 


 KOBIETA (wybucha „szatańskim” śmiechem, uragliwie)

                                           Trele-morele, tra-ta-ta-ta…

                                           Te twoje sny, mój luby,

                                            to jest kompleks kastrata!

 

MĘŻCZYZNA (syczy)  …sercem oziębłym, obojętną twarzą

                                    Wyrzekłaś słowo mej zguby

                                    I zapaliłaś niecne ogniska,

                                    Którymi łańcuch wiążący nas pryska,

                                    Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,

                                    Na moje wieczne męczarnie!

                                   Zwabiłaś mnie, zwodnico! Nieba cię ukarzą,

                                   Sam ja… nie puszczę bezkarnie…

 

KOBIETA (parska śmiechem) Paskudna zwodnica, cha, cha, cha,

                                                zwabiła biednego gacha!!!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle) Ha! Wyrodku niewiasty!

 

KOBIETA (zwija się ze śmiechu) Cha, cha, cha!

 

MĘŻCZYZNA (groźnie) Dość już tego, basta!!!

 

KOBIETA (śpiewa)  Nie boimy się was –

                                nieme są wasze krzyki,

                                głuche wasze poryki,

                                bo wreszcie nadszedł czas,

                                żeby naszych „wybawców

                                z wiecznej niewoli płci”,

                                tra-la-la-tra-la-li,

                                zdemaskować, szubrawców!



MĘŻCZYZNA (ze wzburzeniem, wymachując rękami)

                       Mnie nazywasz szubrawcem?! O, piekielna babo,

                       idź w diabły – na twój widok robi mi się słabo!

                       Nie można być przy tobie wzniosłym, czystym duchem,

                       bo ty jesteś… jesteś… zwyczajnym kocmołuchem!

 

KOBIETA (z nagłym rozczuleniem)

                         Uwielbiam, jak mój chłopczyk dąsa się i wścieka!

                 (potrząsa ze smutkiem lewą piersią)

                          Dałabym mu cycusia, lecz nie ma w nim mleka…

 

MĘŻCZYZNA (z furią)   

                           …o nie! nie… nie… żeby ją zabić,

                           Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!

 

KOBIETA (śpiewa)  Zabić?! Chcesz zabić mnie?!

                               Wpierw dobrze się zastanów

                               i nad językiem panuj,

                               bo pozwę do sądu cię!

                               To jest groźba karalna,

                               paragraf ten i ten…

 

MĘŻCZYZNA (z przestrachem w głosie)  Mój Boże, to zły sen!

                        (po małej pauzie)              Nie – to zjawa… realna!!!

 

KOBIETA  A ty chciałbyś,  żebym była nierealna?

                  (śpiewa)  Myśl moja, nazbyt skrzydlata,

                                Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni.

                                Za lekkim zefirkiem goni,

                                Za muszką, za kraśnym wiankiem,

                                Za motylem, za barankiem;

                                Ale nigdy za kochankiem…

 

MĘŻCZYZNA  Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!

 

KOBIETA (śpiewa) A ja zawsze… za kochankiem!

 

MĘŻCZYZNA  Udusiłbym cię z ochotą!

 

KOBIETA (śpiewnie) Zazdrosny???

 

MĘŻCZYZNA (odpowiada też śpiewnie)  Ja?!!! Pysk stul!!!

 

KOBIETA (śpiewa)   Nie czekaj do wiosny,

                                ale całuj mnie, tul!

 

MĘŻCZYZNA (wściekle, śpiewnie) Nie jestem twym… kochankiem!

 

KOBIETA (śpiewa)   I nie będziesz, choćbyś pękł!

                                Bo nie jesteś, i w tym sęk,

                                ni motylkiem, ni barankiem…

 

MĘŻCZYZNA (z gorzką rezygnacją)    

                                Konsekwentnie, pomału

                                ściągasz mnie z piedestału…

                                Poddaję się, nie ma rady –

                                przez ciebie zszedłem… na dziady!

 

 

Spisując to, widziałem oczami duszy tę scenkę – i zapewniam was, że wzbudziłaby aplauz na widowni! Adam – wiadomo, a śpiewająca Małgosia Duda to była w tamtym czasie klasa sama w sobie. Poeci z tamtych lat, ci jeszcze żyjący, pamiętają ją z kapitalnych występów podczas Warszawskich Jesieni Poezji w dworku Wojciecha Siemiona w Petrykozach.

 

 

hanuszkiewicz adam portret_6528963

 

 

Chyba w sierpniu 2001 roku prezes SHOW TIME MEDIA  zorganizował wielkie przyjęcie na co najmniej sto osób w jakimś zajeździe pod Warszawą – wraz z sesją zdjęciową do książki, której głównym bohaterem był oczywiście Mistrz Adam. Zapamiętałem z tego kilka ujęć: 1) On na drzewie, a pod nim prawie roznegliżowane nimfy w białych sukniach i wiankach na głowie – wyciągające ku Niemu ręce w geście pożądania, 2) On wraz nimi po bokach, zbiegający z łąkowego wzgórza w choreograficznym układzie przez Niego kiedyś wymyślonym w inscenizacji jakiejś sztuki, bo przypominał im to, każąc tę scenkę powtarzać aż do uzyskania pożądanego przez siebie efektu, 3) no i On na harleyu (chyba stu harleyowców przyjechało do tego zajazdu!). A kto tę sesję zdjęciową robił? Sam Czesław Czapliński – światowej sławy artysta fotograf, dziennikarz i autor filmów dokumentalnych, od roku 1979 mieszkający w Nowym Jorku i Warszawie, patrz: http://www.czaplinski.com/articles,id,4.html...

Wydawca zobowiązał się do wydania i rozpowszechnienia utworu nie później niż do dnia 30 listopada 2001 roku. Do tego dnia książka się jednak nie ukazała. Pan Krzysztof zapewniał, że opóźnienie będzie niewielkie i w grudniu 2001 roku, a najpóźniej w styczniu 2002 roku książka ukaże się na pewno, bo wkrótce podpisze umowę z firmą Fuitsu Siemens Computers i otrzyma kwotę 80 000 PLN, a na następne umowy z kolejnymi firmami ma już listy intencyjne. Chyba diabeł mnie podkusił, żebym zaczął sprawdzać jego wiarogodność! Fakt, że miał wówczas kłopoty osobiste i wyprowadził się od żony do wynajętego pokoju, co niewątpliwie przyczyniło się do opóźnienia wydania książki, ale po moich ustaleniach i po zerwaniu z nim umowy, jakże proroczo brzmiały jego słowa wypowiedziane przez niego do mnie po wyjściu z gabinetu Adama Hanuszkiewicza: „Będziesz jeszcze gorzko tego żałował!”. I rzeczywiście gorzko tego żałowałem! Ale ta kwestia – na życzenie Renaty Dymnej – nie zostanie przeze mnie objaśniona, gdyż o zmarłych źle mówić nie należy z oczywistego względu: nie mogą się bronić…

Ze śp. Adamem spotkałem się później tylko raz, w Teatrze Nowym, kiedy ze wspomnianą przeze mnie wcześniej sztuką W imię „Ojca” Strindberga miał gościć w Vasateatern w Sztokholmie, dokładnie w dniu moich imienin, czyli 21 listopada 2004. Jako tłumaczowi z języka szwedzkiego Biuro Teatrów w Urzędzie m.st. Warszawy zleciło mi zrobienie tekstowanego przekładu tej sztuki, żeby widzowie-Szwedzi mogli śledzić przez słuchawki tok scenicznych dialogów. Jedyny szkopuł polegał na tym, że Mistrz Adam na spektaklach w Warszawie (o tym też była już mowa) dopowiadał dodatkowe kwestie. Pani, która organizowała ten wyjazd, odebrała jednak od Niego solenne przyrzeczenie, że podczas spektaklów w Sztokholmie będzie ściśle trzymał się tekstu – właśnie z uwagi na to, że będą one tekstowane na język szwedzki.

 

 

vasateatern

 

 

Rachunek za moją pracę miał jednak wystawić Teatr Nowy – i stąd moja wizyta tam w październiku 2004 roku. Adam akurat siedział w sekretariacie w otoczeniu kilku pań, w tym Renaty Dymnej, gdy tam wszedłem. Kiedy mnie ujrzał, zerwał się z miejsca i żwawo kuśtykając zamknął mnie w swoich objęciach. Wypuścił mnie z nich natychmiast po tym, gdy się dowiedział, że pojawiłem się tam w zamiarach jak najbardziej pokojowych i że ta wizyta nie ma nic wspólnego z naszą książką o kobietach… [Niestety, moja praca zdała się psu na budę! Podczas występów w Sztokholmie Adam nadal wygłaszał swoje komentarze „na stronie” i prowadził w dalszym ciągu „pogaduszki językoznawcze” z Jerzym Karaszkiewiczem – Doktorem Őstermarkem; widzowie Polacy wybuchali śmiechem, natomiast Szwedzi, słuchając mego tekstowanego przekładu, nie mogli pojąć, z czego się oni śmieją – i do końca spektaklu nie rozumieli już nic!]. 

 

Spoglądam z melancholią na sterty zadrukowanego papieru piętrzące się na łóżku. Za chwilę wpakuję je do teczek – i na pewno już do nich nie zajrzę. Pozostawię je w spadku mojej córce-pisarce. Może zmieni się wtedy klimat dla Hanuszkiewicza i stanie się On dziedzictwem narodowym? Bo i za Jego życia (myślę o okresie naszej znajomości), i po Jego śmierci – kolejni ministrowie dość wybiórczej jak widać „kultury” nie widzieli sensu, nawet kiedy osobiście o to poprosił, w sponsorowaniu podyktowanej przez Niego książki o teatrze przede wszystkim Hanuszkiewiczowskim, ale nie tylko. Hańba spada także na ludzi związanych z teatrem polskim, którzy w tamtych komisjach stypendialnych zasiadali. Dociekliwy badacz bez trudu ich odszuka i nazwie po imieniu, gdy przyjdzie na to czas!

Nagle spod tej papierowej góry, którą zacząłem zgarniać z łóżka, wyłoniła się koperta z dwoma zdjęciami, tylko dwoma. Na żadnym z nich nie ma Adama. Do Dźwirzyna aparatów fotograficznych nie zabraliśmy. Na wspomnianej sesji zdjęciowej w zajeździe pod Warszawą trzymałem się na uboczu, jak zwykle. Jakieś zdjęcia Czapliński mnie i Renacie jako współautorom książki zrobił, ale osobno. Nie my byliśmy przecież ważni, choć bez nas niczego by nie było. Te dwa zdjęcia zostały zrobione przez prezesa SHOW TIME MEDIA 16 czerwca 2001 roku w ogrodzie i w domu Hanuszkiewiczów podczas obchodu 77. rocznicy Jego urodzin. Ja pląsający gdzieś z boku, a w tanecznym centrum aktorzy Teatru Nowego. Natomiast w salonie (stoję z tyłu za siedzącym Danielem Olbrychskim) Adam kazał nam podziwiać świeżo przez Niego zakupiony wielki telewizor plazmę. I mój breakdanse, i ta plazma zostały w rozmowach dźwirzyńskich uwiecznione.

 

 

Breakdance

W salonie Hanuszkiewiczów

 

 

-----------

Jako wydawca zapraszam na swoją stronę internetową:

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

15:27, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 12 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

Adam i Magda

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:58, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 9)

 

 

Podawałem już wcześniej „powody”, dla których pani Magda starała się na tyle, na ile to było możliwe, spychać w cień Renatę Dymną, która według Adama nie mogła np. być nawet widomym przykładem „postaci anielskiej”.

A ja pytam: czy ktoś, kto nienawidzi kobiet, przynajmniej w ich własnym odczuciu, może patrzeć na nie bezstronnym okiem? Nie omieszkacie chyba zgodzić się ze mną, że poza ich „postacią diaboliczną” jest i inna, którą dla stylistycznej równowagi należałoby nazwać „anielską”?

Oczywiście, że jest, czego jesteś, Renato, widomym przykładem.

 

Czytelnicy z powodu usunięcia tego zdania nie ponieśli jednak wielkiej szkody, natomiast ponieśli niewątpliwą szkodę z powodu usunięcia przez panią Magdę choćby takiego oto fragmentu:

 

Działo się to w Teatrze Narodowym. Była tam suflerka - Tamara Tatera (jej nazwisko brałem początkowo za pseudonim teatralny, póki się nie dowiedziałem, że tak się w istocie nazywała, będąc potomkinią tatarskiej rodziny), pomocna i oddana mi całą duszą. Siedzi kiedyś po pracy u mnie w gabinecie, pijemy kawę...

- Słuchaj, Adam - odzywa się nagle. - Baby na starość dostają fiksacji erotycznej! Wiesz, co ta Lena W. mi powiedziała? Że ona z tobą kiedyś żyła, ale nie chciała rozbijać małżeństwa, boś ty miał żonę i dziecko!

Wytrzeszczyłem oczy.

- Ja?!

- No właśnie, babie odbiło!

Nagle przemknęło mi coś przez głowę.

- O Boże, to prawda!

- Nie - mówi Tamara - teraz ty się wygłupiasz!

- To było trzydzieści lat temu, zapomniałem o tym na śmierć!

- Nie żartuj! Od dziesięciu lat prawie codziennie się z nią widujesz, bo poza wszystkim grywa w epizodach, i zapomniałeś o tym, że z nią żyłeś, to przecież niemożliwe!

- Możliwe - odpowiedziałem cicho, bardziej zdumiony sobą niż zażenowany. - Żyłem z nią po wojnie przez całe pół roku, ale totalnie o tym zapomniałem...

Totalnie! Ja z moją pamięcią?! Minęły lata - i do dziś tego nie rozumiem, tym bardziej że pamiętam nawet jednorazowe przespania się (nie było ich wiele), a ten jeden związek z kobietą, mimo iż trwający tak długo (widocznie to była tylko fizjologia), jakby coś we mnie wymazało.

 

Poniższe dwa skreślenia są przykładem klasycznej pruderii z dziewiętnastowiecznym rodowodem, gdy cnotliwe panie gorszyły się sprawami seksu. W pierwszym wypadku język Adama należało utemperować, a w drugim – najwyraźniej przekroczył, w opinii cenzorki, granicę dobrego smaku! OK, ogólnie na temat „miłości francuskiej” mógł sobie dywagować, ale przyznać się, że sam brał w tym udział, o nie, zgroza!

 

 

 

Pedofil, który gwałci sześcioletnią dziewczynkę, mógłby być sądzony jedynie przez sędziego o podobnych skłonnościach, który z najwyższym trudem powstrzymuje się, żeby tego nie czynić, a nie przez takiego, któremu włosy stają dęba na głowie nawet na samą myśl o spółkowaniu z blondynką, która ma orgazm już przy drugim przyduszeniu!

 

 

O nie, zgroza!

 

Raz w życiu zetknąłem się z tym kunsztem w wydaniu prawdziwej mistrzyni i nie dziwię się, że Junosza-Stępowski (jeden z nielicznych w środowisku teatralnym mężczyzn, bo jak twierdzą fachowcy, idealnym partnerem seksualnym jest urzędnik magistratu, który o szesnastej kończy pracę i ma głowę tylko do „tych” spraw) pewnemu młodzianowi, miłośnikowi teatru, który dostał stypendium do Paryża i bardzo przejęty tym wyróżnieniem zwrócił się do niego z pytaniem, co ma tam zobaczyć, bo to przecież mekka sztuki, odpowiedział bez namysłu: „Przede wszystkim niech pan pójdzie do burdelu, ale pierwszej kategorii, i niech pan każe sobie zrobić miiinetę...”. To ostatnie słowo powiedział, lekko się zacinając. „Albowiem nasze paaanie pojęcia o tym nie mają!”. (śmiech)

 

Co przeszkadzało cenzorce, gdy zdecydowała się na kolejne skreślenie? Może chełpliwość Renaty, która twierdziła, że naucza na poziomie wyższym, więc nie może mi dać lekcji anatomii na poziomie elementarnym?  Prawdopodobnie chodziło jednak o to, że Adam nie miał prawa schodzić w rozmowie „poniżej pewnego poziomu”!

 

SŁUCHAJ, RENATA, DAJ MU LEKCJĘ ANATOMII!

Po uświadomieniu sobie tego współczesna kobieta mogłaby doznać wstrząsu macicy!

Nie, nie, nie, nie! Zaczyna się od tego, że macica jest ciałem miękkim i nie podlega wstrząsom! Słuchaj, Renata, daj mu lekcję anatomii! Z pierwszej klasy szkoły elementarnej, czyli z wprowadzenia do...

Może innym razem?

Ale niech on sobie za dużo po tej lekcji nie obiecuje - nam taki horror obyczajowy raczej nie grozi, bo musiałabyś być kobietą o biologii szympansicy.

Nie jestem taką „małpą”. Poza tym nie nauczam na poziomie elementarnym, tylko wyższym.

Wobec tego zastanówcie się nad kolejnym wątkiem, a ja przepłuczę sobie gardło… (wypija kieliszek sherry)

Fakt, że moją specjalnością nie jest anatomia ciał miękkich, wracam jednak do tematu… Strindberg by powiedział, że kobieta jest boska albo że jest diabłem, najczęściej diabłem, a nie jak u Mickiewicza boskim diabłem; jak ty to widzisz?

 

Powody kolejnych skreśleń są oczywiste. Adam mówił w tym nagraniu nie o jednej ze swoich żon, lecz o czwartej, tej, która wciąż goniła za zającem…

 

 

Magda wciąż goniła za zającem

 

 

Ja staram się jakoś zrozumieć twoją żonę (którąkolwiek z czterech w tej roli) - przy mężczyźnie o twojej aparycji i wdzięku osobistym nie czuły się chyba nazbyt pewnie!

A przecież byłem im wierny! Próbowałem je nawet podbudować psychicznie, choć, przyznaję, w dość pokrętny sposób:

- Słuchaj, nie dyskutuj ze mną o sztuce, bo twoje kryteria estetyczne nie przystają do moich, bardziej wyrafinowanych.

Widzę, że jej szczęki się zaciskają, ale brnę dalej:

- I dlatego nie może być między nami porozumienia.

- Możesz tego dowieść?!

- Oczywiście! Tyś wybrała na męża mnie, to dość banalny wybór, bo jestem, niestety, banalnie przystojny - sto tysięcy dziewcząt zrobiłoby na twoim miejscu to samo! A ja wybrałem ciebie - kto ma lepszy gust?

Nie odpowiedziała mi do dzisiaj!

W związku z tymi związkami pojawia się kolejny temat: czas. Ja nie myślę do tyłu, o przeszłości, niczego nie żałuję. Może to błąd, bo w obcowaniu z drugim człowiekiem stosunek do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest bardzo ważny, natomiast ja żyję, jak już gdzieś wspomniałem, w teraźniejszości, zgodnie z tym, co powiedział Einstein, że największym złudzeniem ludzkości jest wiara w czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, ponieważ tego nie ma. Tak się jednak dziwnie składa, że jestem zaprogramowany na kobiety związane najbardziej z przeszłością i przyszłością – jedne bardziej z przeszłością, inne z przyszłością, ale wszystkie pomijają czas teraźniejszy.

Na przykład Magda Cwenówna goni za zającem, a gdy go złapie, zając przestaje ją interesować i goni za następnym. I cały czas myśli o tym, żeby złapać to jutro, zapominając o tym, że dzisiaj to wczorajsze jutro...

 

 ------------------------

 

Chciałbym to uściślić. Czy mówiąc o „czystości”, myślisz o czystości wewnętrznej - przy założeniu że kobiety mogą być „brudne” od środka także w sensie seksualnym i to właśnie te, które na zewnątrz pucują wszystko na wysoki połysk? I odwrotnie...

Słyszałem, że nieświeży zapach ciała może być podniecający, ale to są dewiacje, które w normalnym seksualnym popędzie są tylko mikroskopijnie obecne (dewiacja polega na tym, że jeden z elementów tego popędu wyolbrzymia się - są tacy, którzy na przykład doznają orgazmu, gdy oblewają atramentem części rodne posągów). To, o czym mówiłeś, to jest ciemna sprawa, a ja mówiłem tylko o higienie domowej: czystości i rozprzestrzenianiu jej na dom: u moich żon było to czynnością rytualną, zastępującą czynności, które dla mnie były znacznie ważniejsze.

 

Czuję się już ekonomicznie wyedukowany! Przyznasz jednak, że istnieją kobiety, dla których seks nie jest towarem, ale prawdziwą przyjemnością, niekiedy pasją.

Są kobiety, u których może dojść nawet do kilkudziesięciu orgaz­mów, a w ogóle - orgazm u kobiet jest dziewięciokrotnie silniejszy niż u mężczyzn; badali to Master & Johnson. Inny naukowiec śledził zapis pracy mózgu, tak zwane EEG, w czasie szczytowania: pojawiały się na nim wyładowania tak gwałtowne, jak w trakcie napadu padaczki! W mitologii greckiej znajdziecie potwierdzenie tego stanu rzeczy - pPamiętacie spór, jaki wiedli Zeus z Herą?

 

 

I już ostatnie skreślenia, bardzo symptomatyczne, bo cenzorka doskonale wiedziała, że Adam mówi o swoim związku z nią! Starałem się ocalić z tego, co było możliwe – można się o tym przekonać, sięgając po odpowiednie fragmenty w książce Kobieto! Boski diable…

 

 

Ale przecież na miłości można coś zbudować!

Na miłości własnej, a najpewniej na swojej ślepocie! Jesteś mądry, ale ja jestem mądrzejszy od ciebie o prawie dwadzieścia lat - pożyjesz, zobaczysz... Aha, mam w swoim chińskim zodiaku numerycznym, że najsilniejsze zestawienie seksualne to piątka, Bliźniak z Lwem zaś to aż szóstka, ale broń Boże się żenić! Ja się ożeniłem...

 

 

ja się ożeniłem I

 

 

Coś w tym chyba jest, bo ja, jako Lwica, również byłam w najsilniejszym i najdłuższym związku z Bliźniakiem, ale za żadne skarby nie chciałam wyjść za niego za mąż!

Jeszcze jeden dowód na to, że kobiety są od nas silniejsze biologicznie i lepiej kierują się instynktem! (zwraca się do Janusza) Mówisz, że na miłości można coś zbudować - w pierwszych czterech latach dwu moich ostatnich związków znalazłbyś wszystko, co kryje się pod tym słowem: największą czułość, oddanie, jakie tylko jest możliwe, bo one całe były dla mnie i we mnie, więc co jeszcze dla ciebie jest miłością?

 

A NAWET JEŚLI NAM SIĘ NIEZUPEŁNIE ZGADZA, TO TEŻ SIĘ ZGADZA

A nawet jeśli nam się niezupełnie zgadza, to też się zgadza. Jeden z moich znajomych wyjawił mi kiedyś:

- Dziwisz się, jak mogę nie rozwieść się z moją żoną, która wobec świata nie ukrywa nie tylko niechęci do mnie, ale wręcz wrogości? Dziwisz się, że w tej sytuacji mogę mieć dla niej zrozumienie, a nawet czułość? To jest rodzaj miłości aseksualnej, ponieważ od wielu lat nie żyjemy ze sobą, ale jednak miłości. Może byś zrozumiał moje uczucia, gdybyś choć raz późnym wieczorem znalazł się w naszej sypialni, kiedy moja żona układa się do snu i przed samym zaśnięciem potrafi mi powiedzieć: „Jestem za głupia dla ciebie, to jest nasze nieszczęście...”. Albo: „Ty wiesz, że ja cię bardzo kocham”...

- Niewiarygodne!

- Jak najbardziej wiarygodne! I ja wtedy pytam: „Powiedz mi, dlaczego tę swoją czułość sarny w środku zatłukłaś kamieniami? Jakimiś strasznymi kamieniami, a to tam pulsuje pod spodem! Dlaczegoś to sobie zrobiła?”, ale ona w odpowiedzi już śpi! Ale to, co mówi w półśnie, nie kontrolując każdego słowa, w niej kocham! Mam przecież świadomość, że ona bardziej cierpi ode mnie.

- I później żadnych wyjaśnień?

- Żadnych. W każdym razie mnie ich nie udzieliła. Jednemu z naszych wspólnych przyjaciół powiedziała kiedyś, że mnie kochała, kochała, kochała, dopóki ta miłość się w niej nie wypaliła, ponieważ ja jej nigdy nie kochałem.

- Czy to prawda?

- Prawda, którą odgadła intuicyjnie.

Nie kocha jej, ale „coś” w niej kocha - dziwna to miłość.

Ale prawdziwa. W latach pięćdziesiątych w „Nouvelles Littérai­res” przeprowadzono wśród tamtejszych pisarzy dość durną ankietę i zapytano chyba Cocteau:

- Kto jest dla pana największym poetą francuskim?

- Victor Hugo - odparł bez namysłu.

- Jak to? - zdumiała się redaktorka. - Nie Baudelaire, nie Rimbaud czy choćby Villon?!

- A kto z nich napisał takie zdanie: „I płakał ojciec nad Ablem, a matka nad Kainem...”?

Właśnie to jest miłość! Poczucie odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone ludziom przez Pana Boga, wyrównywanie tych krzywd...

Przez Pana Boga?

Taaak, jeśli wierzymy, że stworzył On człowieka na obraz i podobieństwo swoje… (krótka pauza) Dla mnie miłość to czułość, oddanie skierowane ku drugiej, pokrzywdzonej przez los osobie - chodzi o to, żeby uszczęśliwić kogoś, nie siebie. Nawet wbrew furii tej, która nie wierzy w czystość naszych intencji albo sądzi, że chcemy ją uszczęśliwić na siłę. Mnie osobiście sprawia to nie masochistyczną przyjemność, ale radość. Jednakże kobiety wtedy mówią: „On cię nie kocha”...

No właśnie - to, co jest miłością dla nas, dla innych może być bezmiłością.

Jednej z żon nie kochałem, dopóki mnie nie zdradziła. Dopiero wtedy ją pokochałem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. To jest dla mnie fenomen psychologiczny. A w prawidłowości tego zjawiska upewnił mnie dopiero Marek Kwiatkowski, kustosz Łazienek, który kiedyś stwierdził: „Mężczyzna nie jest w ogóle zdolny do miłości, dopóki dziewczyna go nie zdradzi”! Dostałem wtedy olśnienia, bo ja to przeżyłem!

- Skąd pan to wie? - zapytałem.

- Z autopsji.

- Ja to znam także z autopsji!

Zraniona ambicja męska, która krwawi miłością?

To nie jest zraniona ambicja męska! Jedyny trop racjonalny, jaki znajduję w moim przypadku, jest ten, że w wyniku tej zdrady nastąpiło jakby dowartościowanie mojej żony, której nie ceniłem, przez innego wybitnego człowieka, którego niezwykle szanowałem!

Męska solidarność?

Takie wyjaśnienie byłoby zbyt płaskie! Racjonalnie jest to bardzo trudne do zrozumienia, ale intuicja mi mówi, że to gdzieś tędy idzie... Odpłaciła mi za to, że jej nie kochałem, mimo iż moim zachowaniem nie dawałem jej podstaw do takich przypuszczeń.

Uczucia można udawać tylko do pewnego stopnia.

Tak! Nasze racjonalne zachowania biorą w łeb przy zetknięciu się z tym czymś ciemnym, co nas otacza! W tym irracjonalnym jądrze ciemności tkwiły wszystkie moje związki! Słuchajcie, to jest program, to jest przerażający program! Nie muszę czytać żadnych książek - patrzę na swoje życie i wiem, że to, co mówią antropolodzy, jest prawdą! Ja jestem dowodem na to, że oni mają rację! A wszystko inne jest kulturą, cywilizacją, narzuconą i nieprawdziwą! Dramatyczny konflikt kultury z naturą czy świadomości z instynktem! Nie do pogodzenia! (tym razem udaje mu się zapalić papierosa)

 

Cdn.



09:46, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki (patrz:  (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego, zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.



Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888 roku: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o   j a k o   c o ś   p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

15:18, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr

_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:13, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_

warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:12, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (http:// www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_ nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:10, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 8)

 

Zanim przejdę do kolejnych skreśleń, dokonanych małostkową bądź śmiesznie prowincjonalną ręką pani Magdy, opowiem o tym, co wydarzyło się w Teatrze Nowym po próbie generalnej W imię „Ojca” Strindberga, ostatniego dzieła inscenizatorskiego Adama Hanuszkiewicza, z którym wiązał wielkie nadzieje, niestety niespełnione: w ostatniej swojej inscenizacji (W imię „Ojca” Strindberga) gram rolę Ojca naprawdę dobrze, ale widownia nie dopisuje, a przecież to fenomenalna sztuka! I nie ma tu mądrych – powiedziałem, że jak nie przyjdą na „Ojca”, to zwijam teatr, i co? – nie pchają się drzwiami i oknami... Czyżby Kucówna przewidziała, że oni będą woleli Big Brothera? Coś w tym jest!

 

Plakat W imię Ojca

 

I tej goryczy nie osłodziło zwycięstwo w plebiscycie publiczności na najlepszą rolę męską w tym spektaklu ani na najlepszy spektakl na XI Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. To wszystko wydarzyło się w roku 2001, roku także rozmów dźwirzyńskich, ale najpierw była premiera tej sztuki w Teatrze Nowym, która odbyła się 3 marca. Tuż przed tą datą przeprowadzono próbę generalną. Siedziałem na widowni i medytowałem nad tym, co zobaczyłem na scenie, bardzo tym zelektryzowany, gdy nagle usłyszałem głos Adama dobiegający gdzieś z góry: „Szwed, chodź tu do nas!”. Tak się do mnie wtedy zwracał, jak do specjalisty „od Strindberga”, uhonorowanego na stronie plakatowej następującą uwagą: Na podstawie „Ojca” Augusta Strindberga i „Spowiedzi szaleńca” w przekładzie i opracowaniu dramaturgicznym Janusza B. Roszkowskiego…

W ogromnym, 68-stronicowym programie do tej sztuki, co było z pewnością ewenementem w historii nie tylko Teatru Nowego (patrz: http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_12/59345/w_imie_ojca_teatr_nowy_warszawa_2001.pdf), zacząłem od analizy Spowiedzi szaleńca, a przy końcu skupiłem się na Ojcu Augusta Strindberga: Ta „naturalistyczna drama” czyniła wrażenie nie tylko na kobietach, które mdlały na widowni lub wpadały w histerię. Oto świadectwo Jacka Frülinga, po obejrzeniu spektaklu w roku 1909 we Lwowie: „Przedstawienie zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – zamiast głowy miałem wrzący kocioł, czułem fizyczny ból, nie mogłem patrzeć na ludzi, ani jeść. Przez dwa dni żyłem jak somnambulik”. A oto jak widziano wtedy Strindberga, tym razem oczami Wacława Grubińskiego: „Zaciska pięści, przeklina, płacze, i znowu przeklina, jak człowiek, który może kochał za mocno – jeśli człowiek w ogóle może kochać za mocno – i jak człowiek, który nigdy nie był naprawdę kochany, ale usycha za prawdziwą miłością. W tym leży, moim zdaniem, źródło jego antyfeminizmu…”.

Po tym ostatnim cytacie aż korci, żeby powiedzieć amen. Ale na tym, na szczęście, nie amen, bo teraz będzie „W IMIĘ OJCA”! Po ponad pięćdziesięciu inscenizacjach przedwojennych i kilkunastu powojennych, Teatr Nowy w Warszawie szykuje kolejną, aczkolwiek, jak przystało na początek nowego tysiąclecia oraz osobę Głównego Inscenizatora, całkowicie od tamtych odmienną. Kogóż może zdziwić, że ten, kto „tak namącił w kanonie narodowej klasyki”, chce teraz namącić w kanonie klasyki teatralnej? A „Ojciec” z pewnością zajmuje w nim poczesne miejsce. Nie obawiam się jednak, że Strindberg przewróci się w grobie, a jeśli nawet, to dzięki temu nie nabawi się odleżyn!

Kto wie, czy ta inscenizacja nie będzie najbliższa intencjom genialnego dramaturga szwedzkiego wyrażonym w nie publikowanym u nas liście z dnia 23 grudnia 1887 do Augusta Falcka, aktora i odtwórcy głównej roli podczas premiery w Teatrze Nowym w Sztokholmie, która miała miejsce 12 stycznia 1888: „Graj tę sztukę tak, jak Lindberg kazał grać Ibsena; a zatem: nie jako tragedię czy komedię, t y l k o  j a k o  c o ś  p o ś r e d n i e g o. Nie forsuj zbyt mocnego tempa, jak zrobiliśmy to tu, w kopenhaskim Casino. Raczej niech rozgrywa się początkowo w spokojnym równym tempie, póki w miarę zbliżania się ku ostatniemu aktowi nie zacznie się ono zwiększać samo z siebie. Wyjątek: repliki Rotmistrza, gdy objawia się jego idée fixe. Wypowiadane są one szybko, urywanie, jakby wypluwał je z siebie… Należy pamiętać, że Rotmistrz nie jest zwyczajnym żołnierzem o prostackich manierach, ale naukowcem: […] miękki – takie duże, dobre dziecko – w pierwszym akcie, później twardnieje, staje się rozjuszony, a w końcu szalony…”.

Dla Strindberga, jednego z ówczesnych twórców Teatru Przyszłości, były to kwestie oczywiste, tak jak dzisiaj jest oczywiste, że w dawnej formule „Ojca” grać już nie sposób. Adam Hanuszkiewicz nie byłby sobą, gdyby takiej próby – nie wątpię, że twórczej – nie podjął! Ale zanim oddamy mu głos, jeszcze raz posłuchajmy głosu Strindberga może właśnie z tej ‘nowej taśmy’: „Czuję, jakbym szedł we śnie, jakby fantazja i życie splotły się w jedno. Nie wiem, czy ‘Ojciec’ to poetycka fantazja, czy obraz mojego życia, ale przeczuwam, że już niebawem stanie się to dla mnie jasne i wówczas albo pogrążę się w szaleństwie i udrękach sumienia, albo dobrowolnie rozstanę się w życiem”…

 

 

 August Strindberg Autoportret – wykonany na kilka miesięcy przed napisaniem Ojca

 

Kiedy znalazłem się w pokoju na górze, było tam już kilku panów, których oprócz Rafała Sisickiego (asystenta reżysera w tym spektaklu) nie znałem. Adam, nadal w stroju Rotmistrza, ale bez kurtki mundurowej, zamknął za mną drzwi i powiedział: „Chciałbym, żebyście szczerze opisali swoje wrażenia z próby generalnej spektaklu, bo wkrótce premiera. Zaczyna Szwed…”.

Wypunktowałem parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę, ale ogólna moja ocena była bardzo pozytywna. Kiedy jednak Adam zapytał mnie: „Czy to już wszystko?”, wyrzuciłem z siebie to, co od początku plątało mi się na końcu języka: „Uważam, Adamie, że Magda w roli Laury psuje tę sztukę, gra fatalnie, z wysileniem, nieorganicznie. Przykro mi, że to mówię, ale prosiłeś o szczerość”. Adam machnął ręką z rezygnacją: „Jestem tego samego zdania co ty, ale nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Tak mają wszyscy dyrektorzy teatrów ze swoimi żonami – to jest klasyka…”.

 

Adam jako Rotmistrz w scenie z Magdą Cwenówną jako Laurą, żoną

Adam jako Rotmistrz, pani Magda jako Laura

 

 Trzy dni po premierze ukazała się w dziale KULTURA opiniotwórczej „Gazety Wyborczej” recenzja sporządzona przez zawodowego krytyka teatralnego. Roman Pawłowski wypunktował to, na co podczas wspomnianej narady roboczej też zwróciłem Adamowi uwagę – chodziło o jego zbędne komentarze wygłaszane „na stronie” czy o absurdalne „pogaduszki językoznawcze” z Doktorem Őstermarkem – Jerzym Karaszkiewiczem (np. czy powinno mówić się „kotły” czy „kocioły”). Niestety (dla dobra sztuki) inna jego opinia pokrywała się w całości z moją: Spektakl od strony aktorskiej jest chwilami żenujący. Laura w wykonaniu Magdaleny Cwenówny to postać jednowymiarowa, raczej z Rittnera niż ze Strindberga. Aktorka używa jednego środka, to jest głucho się śmieje, co ma ukazywać ciemną naturę kobiety, ale budzi w odpowiedzi tylko śmiech na widowni.

 

Cdn.

 

15:06, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 7)

 

Na oryginalnym nagraniu ta scenka rozegrała się z udziałem pani Magdy, bo akurat na chwilę do nas weszła w trakcie naszych rozmów:

(wchodzi Magda)

Magdo, Adam mówił wczoraj, że to kobiety wybierają mężczyzn, czy to prawda?

Magda: „Ja go nie wybrałam…”.

Adam: „Prawdę mówi – ona mnie nie wybrała, ona mnie uwiodła! A że to nie jest u kobiet świadome, lecz instynktowne, mówi prawdę. Swoją. Tak mówi zawsze, kiedy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji: TO JEST MOJA PRAWDA. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet, którym w obronie swoich racji brakuje argumentów rzeczowych…”

Magda: „Nie słuchajcie tego, co on wygaduje, bo to nieprawda!”.

Adam: „Prawda. Mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami…” etc.

Nie powiodły się więc moje zabiegi redaktorskie, bo i tak wszystko, co jej dotyczyło, zostało przez nią skreślone. 

 

 

Adam i Magda III

 

Nie skreśliła natomiast, gdyż byłaby to jawna dekonspiracja, rozdziału JUŻ DAWNO CHCIAŁEM NAPISAĆ POWIEŚĆ O KOBIETACH, mimo iż doskonale wiedziała, że rzekome notatki z obserwacji, jakie Adam sam poczynił, albo oparł na autentycznych scenkach małżeńskich, które rzekomo opisywali mu Jego znajomi czy przyjaciele, dotyczyły wyłącznie ich relacji wzajemnych. W nagraniach Adam mówi o tym wprost, przytaczając znacznie więcej „historyjek”. Usunąłem te, które dla czytelników byłyby nużące, a panią Magdę mogły wyjątkowo wzburzyć. Na przykład tę, w której Adam wcielił się w „pana inżyniera w podeszłym wieku”:

 

Bardzo miły człowiek. Jedzie z przyjaciółmi i z żoną samochodem. Leje jak z cebra, nie widzi szosy. Szyba brudna. Szuka jakiejś szmaty, żeby ją przetrzeć. Nie ma. Wychodzi na deszcz. Przemoczony, grzebie w bagażniku. Nie ma. W tym czasie małżonka w samochodzie mówi do przyjaciół:

– Ircha leży na półeczce...

– Jak możesz?!

– Mogę, niech się nauczy porządku!

Zdumiewające! Jej postępowanie stało się jednak dla mnie zrozumiałe, gdy inżynier opowiedział mi, jak tresowała ją matka w domu. Otóż jako mała dziewczynka dostała śliczną bluzkę koronkową. Położyła ją na krześle. „Od tego jest szafa!” warknęła matka. Dziewczynka przez trzy dni wieszała bluzkę w szafie, ale czwartego znowu położyła ją na krześle. Bluzka znikła.

– Nie widziałaś, mamo, mojej bluzeczki?

– Jest tam, gdzie ją zostawiłaś!

– Nie ma nigdzie...

– To szukaj!

Szukała. Nie znalazła. Po tygodniu myjąc podłogę w łazience znalazła ją zwiniętą jak ścierka, wsadzoną za rurą za sedesem! Ta jego ircha samochodowa była jej jedwabną bluzeczką koronkową z wczesnego dzieciństwa! Biedne dziecko, biedny mąż – i biedna matka, która chciała jedynie nauczyć córkę porządku!

 

Jeśli chodzi o skreślenia „osobowe”, to pani Magda szczególnie bacznie przyglądała się wszelkim kwestiom, w których Renata Dymna śmiała mówić o swoich przyjacielskich związkach z Adamem, gdyż patent na takie więzi miała przecież tylko ona!

 

Kiedy wybieraliśmy się gdzieś razem, pierwsza informacja, jaką mi przekazywałeś telefonicznie, to kolor twojego garnituru (albo pytałeś mnie o kolor sukni, w której wystąpię), po to, chociaż tego wprost nie mówiłeś, by to odpowiednio zsynchronizować

Tak, dwa kolory niewspółbrzmiące ze sobą stworzyłyby dysonans, który by mnie drażnił. Nie chodziło tu o to, jak inni nas zobaczą, ale o moje poczucie dyskomfortu. Wychodząc z domu, przymierzam czasem kilka marynarek w poszukiwaniu właściwej, żeby zharmonizować to ze strojem partnerki. Jeśli mężczyzna jest w czerni, nie ma problemu - prawie wszystko do niej pasuje, ale jeśli wychodzę nie w czerni, bo przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym ani przedstawicielem high-life'u spędzającym życie na rautach, to staram się uzgodnić z kobietą kolorystyczną gamę ubiorów.

Pamiętam, że udzieliłeś mi kiedyś bardzo pouczającej lekcji, zabierając mnie na występ Orkiestry Filadelfijskiej w Teatrze Wielkim. Wielka gala, prezydent, stroje wieczorowe... Więc i ja włożyłam suknię odsłaniającą ramiona, ale przed wyjściem z domu nie mogłam do niej znaleźć długich rękawiczek. Byłam w prawdziwej żeńskiej rozterce, zapytałam cię więc, czy widać, że brakuje ich do stroju, a ty: „Jeśli cały czas będziesz myślała o tym, że nie masz rękawiczek, wszyscy to zauważą! Masz tylko jedno wyjście - udawać, że tak miało być!”.

Jak się coś ukrywa, to widać (tak samo, jak widać, czy ktoś udaje, że nie wie, albo udaje, że wie)...

 

To skreślenie burzyło sens dalszego ciągu rozmowy, czym pani Cwenówna się nie przejmowała, musiałem więc jako redaktor książki przerobić to tak, aby na tej gali pozostała Renata sama ze swoją rozterką z powodu braku rękawiczek!

Natomiast do dwóch innych wypowiedzi Adama o Renacie przeczepić się nie wypadało: Nie tylko my troje – jest jeszcze choćby taka Jungowska, którą cenię na równi z tobą, Renato, jeśli chodzi o realne, ale także magiczne rozeznanie rzeczywistości… […] Ty, Renato, jesteś do rozmów o literaturze w tej chwili pierwsza dla mnie osoba. Masz syntetyczne, męskie widzenie; dzięki Bogu, że nie zdecydowałaś się na karierę uniwersytecką, bo wtedy nie byłabyś dla mnie tak dobrym rozmówcą – wykładając musiałabyś rozwijać wiedzę, która zabija intuicję, a w lesie literatury najważniejszy jest instynkt literacki; inaczej gubimy najważniejsze tropy...

Pani Cwenównie na pewno nie były one w smak, ale te pochwały Adama nie dotyczyły bezpośrednio teatru; nożyce cenzorskie szczęknęłyby złowrogo, gdyby powiedział: „Ty, Renato, jesteś do rozmów o TEATRZE w tej chwili pierwsza dla mnie osoba”, bo taką osobą mogła być przecież jedynie ona, kreująca się w wywiadach dla pism raczej niemających nic z X Muzą wspólnego jako Jego prawa ręka teatralna, „asystentka reżysera”, związana z Nim twórczo „24 godziny na dobę”, co absurdem nie jest tylko dla niej! Dlatego w Reszta jest monologiem wykreśliła część zdania ze wstępu napisanego przez Renatę Dymną: Byłam z Nim przez całe osiemnaście lat..., proponując coś wyjątkowo paskudnego i stylistycznie nieskładnego: Byłam zatrudniona w Teatrze Nowym przez Adama osiemnaście lat…; w ostateczności zgodziła się łaskawie na zaproponowane przeze mnie: „Jako kierownik literacki Teatru Nowego przebywałam w pobliżu Adama przez osiemnaście lat”…

Można się domyślić, co mówiła prywatnie Adamowi na temat pani Renaty na podstawie takiego oto wyimka z rozmów dźwirzyńskich, który z oczywistych względów do książki wejść nie mógł:

Po rozejściu z Rysiówną starałem się pozostać ojcem dla moich dzieci, ale ilekroć tam przychodziłem, rozgrywał się między nami taki mniej więcej dialog:

– Co z dziećmi?

– A co ciebie dzieci obchodzą?

– Jak się uczą?

– Od kiedy ty się nimi interesujesz?

– Chciałbym częściej spotykać się z dziećmi…

– U tej kurwy?!

„Kurwą” była oczywiście Kucówna, tak jak później „kurwą” dla Kucówny była Magda, a dla Magdy ta czy owa, którą z jakichś powodów, bynajmniej nie osobistych, wyróżniałem – błędne koło „kurew”!

Renata Dymna niewątpliwie należała do osób przez Niego wyróżnianych, co musiało panią Magdę doprowadzać do szewskiej pasji,  mimo iż mogła podejrzewać męża jedynie o „zdradę duchową”, ale na podstawie własnych obserwacji wiem, że kobiety mające niezbyt rozwiniętą sferę duchową szczególnie są zazdrosne o to, czego same nie mogą doświadczyć.

Poniżej na zdjęciu nr 1: na wernisażu prac znanego fotografika Rafała Latoszka (po lewej) – Renata (w koralach na szyi) stoi obok Adama, któremu towarzyszy także pani Magda. Na zdjęciu nr 2: na tle dwóch znakomitych portretów Adama  (jeden z nich widnieje na okładce książki Reszta jest monologiem) – Renata ma po prawej ręce Rafała Latoszka (w krawacie w paski), nie tylko świetnego fotografika, ale i „Ironmana”, gdyż udało mu się ukończyć zawody triatlonowe organizowane przez World Triathlon Corporation, czyli  wyścigi na dystansach: 3,86 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg maratoński (najlepsi z zawodników polskich dokonywali tego w ciągu niespełna 10 godzin!).



 

Na wernisażu prac Rafała Latoszka

 

Renata Dymna  (Rafał Latoszek z lewej)

 Cdn.



15:11, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 6)

 

A ja, cóż, będę kontynuował te rozważania dopóty, dopóki nie uznam, że w tej sprawie nie mam już nic sensownego do powiedzenia. Nie w mojej sprawie. W sprawie Adama Hanuszkiewicza, bo to on należy do historii teatru. Rozmowy dźwirzyńskie też do tej historii należą. Nie mogę się zatem zgodzić z próbami wyrokowania o nich przez tę, która z powodów zasadniczych nie brała w nich udziału – przynajmniej w tym, co ukazało się w druku, bo w nagranych kasetach Adam mówi o niej wielokrotnie, ale ani razu z szacunkiem! Szacunek był przeznaczony dla dwóch Jego poprzednich żon, które w przeciwieństwie do niej były wybitnymi aktorkami: chodzi o Zofię Rysiówną, prawdziwą, choć surową mentorkę, od której się najwięcej nauczył, oraz o Zofię Kucówną, którą najbardziej kochał i najboleśniej zdradził, co uważał za swój największy błąd życiowy. 

 

Dość dawno temu wspomniałem o przeredagowanej przeze mnie z konieczności wypowiedzi Adama. Chodziło o Meyerholda, którego żona mogłaby powiedzieć bez żadnej przesady, że była ze swoim ubóstwianym mężem dwadzieścia cztery godziny na dobę nawet w chwilach, gdy ten wielki inscenizator rosyjski rozmawiał z kimś na tematy zawodowe, szukając potwierdzenia dla swoich wywodów wyłącznie w jej aprobujących oczach, a nie swoich rozmówców. Na nasze zapytanie, czy w takich momentach zazdrości Meyerholdowi, Adam zaśmiał się i rzekł, że on też patrzy wtedy wyłącznie na Magdę, w obawie, że wbije mu zaraz szpilę. Mogę to potwierdzić – pani Magda przy wspólnym stole, gdy przychodziliśmy wieczorami do ich domku na kolację – atakowała niewybrednie Adama przy każdej okazji, czym byłem wręcz zszokowany. W ciągu tamtych lipcowych dni 2001 roku nie dostrzegłem z jej strony żadnego czułego gestu i ani jednego miłego słowa zwróconego do męża, którego rzekomo tak kochała! Od pięciu lat nie współżyli już wówczas z sobą – od czasu, gdy zdradziła go z przyjacielem ich domu (Adam szukał wówczas pocieszenia w ramionach młodej studentki z Łodzi, dlatego spóźnił się na te rozmowy).

To również znalazło się na nagranych taśmach, ale jako marginalne dodatki do poważnych rozmów o kobietach i o teatrze. Adam rzadko dopuszczał kobiety do rozmów o sprawach teatralnych. Z książki Reszta jest monologiem wiemy, że takimi wyjątkami były pani Helenka, która miała zaledwie kilka klas szkoły powszechnej, ale na jej zdaniu mógł naprawdę polegać: …była garderobianą, ale w zasadzie sam się ubierałem, natomiast pasjami lubiłem z nią rozmawiać. Wszyscy się dziwili: „Jak kobieta może być garderobianą mężczyzny?”, a ja odpowiadałem: „Ona jest od rozmów...”. Miała w sobie dziecięcą prostotę, a zarazem ostrość widzenia i zawsze widziała, który król jest nagi..., oraz Tamara, o której mówił tak: Była moją asystentką w Narodowym i najbliższą współpracownicą. Charakterystyczne, że gdy przyjeżdżaliśmy gdzieś z występami teatralnymi, witająca nas delegacja ruszała z kwiatami do niej, zamiast do mojej żony! Wyglądała jak Turczynka (ze sturczonych Taterów), godna i piękna, w sam raz materiał na moją żonę! Ale łączyły nas tylko sprawy teatralne – uważałem ją za osobę z wybitnym wyczuciem formy, powiedziałbym „formalnie uczuloną na teatr”; miała do tego stopnia trafne widzenie teatru, że nawet Tadzio Łomnicki pytał ją o zdanie!

Natomiast na tych dziewiętnastu kasetach z nagraniami rozmów dźwirzyńskich nie ma ani słowa o pani Cwen-Hanuszkiewicz w kontekście spraw teatralnych. I w ciągu całych dwóch tygodni nie przypominam sobie, by Adam choć raz pytał ją o zdanie w jakiejkolwiek kwestii z tego zakresu, bo „była nie od tego”! Do kina w Kołobrzegu, na film Ridleya Scotta Hannibal, też pojechał, jak wspomniałem, nie z nią, lecz z Renatą Dymną, bo to Renata Dymna (wówczas jeszcze z dodatkiem „-Kijowska”) była dla Adama partnerką do rozmów również o filmach. Każdy z takich afrontów pani Cwenówna zakodowała sobie jednak w mściwej pamięci. Czekała tylko na moment, kiedy będzie mogła te zniewagi pomścić. Po wielu latach, już po śmierci Adama, wreszcie się doczekała!

 

Renata Dymna miała od Adama pozwolenie na pośmiertne wydanie książek z dźwirzyńskich rozmów. Dał je chyba w lipcu 2010 roku (zmarł w grudniu 2011), ale było ono poświadczone tylko Jego podpisem. Pani Magda sprowadziła do domu notariusza niedługo przed Jego śmiercią i weszła w ten sposób w posiadanie praw do całej Jego spuścizny. Nie opuszczał już wówczas łóżka, zdany całkowicie na jej łaskę i niełaskę. Nie chodzi o bezpośrednią opiekę, bo tę sprawowała Tania, pochodząca z Jego stron rodzinnych, ze Lwowa. Pani Magda Cwen twierdzi w wywiadach, że, wbrew „podłym insynuacjom” brukowców, bardzo o męża dbała w ostatnich latach przed Jego śmiercią. I ja w to wierzę, bo znam podobny casus.

Znajomy pisarz, mniej więcej w tym samym wieku co Adam w roku 2011, bo 88-letni, nadal nie chce się zgodzić na notarialne przepisanie swego dużego majątku żonie o ponad dwadzieścia lat młodszej, mimo iż ta nagabuje go o to od kilkunastu lat, obawiając się, że majątek ten w dużej mierze trafi po jego śmierci w ręce jego pierwszej żony, która sprawuje kuratelę nad jego jedynym żyjącym synem, chorym psychicznie. Mój znajomy mówi do żony: „Jeszcze nie umieram…”, a do mnie na osobności: „Gdybym jej wszystko przepisał notarialnie, miałaby mnie w dupie, a tak to chcąc nie chcąc musi koło mnie tańczyć”. 

Jeśli chodzi o Adama Hanuszkiewicza, to jego taktyka była podobna. Już podczas rozmów dźwirzyńskich, o czym świadczą nagrania, nie miał w stosunku do swojej połowicy żadnych złudzeń. Kiedy zapytałem Go wprost, dlaczego się z nią nie rozwiedzie, odparł natychmiast: „Bo się boję, że puściłaby mnie w samych skarpetkach!”. W rozmowach z nami przekręcał jej nazwisko na „Cwanówna”. Przestał się bać, gdy czuł, że kres jego życia zbliża się nieubłaganie, o czym świadczy fakt, że zajmował się kwestiami związanymi z własnym pogrzebem! Pani Madzia spełniła tylko częściowo Jego wolę, bo nie zaśpiewała na pogrzebie marszu żałobnego Chopina z tekstem Zembatego: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”, ale na załączonym poniżej zdjęciu widać, że w roli żałobnej wdowy spisała się znakomicie (jestem ciekaw, czy wcześniej przestudiowała „żałobny SV – savoir vivre – ubraniowy”, gdyż w wielu regionach kraju pojawienie się wdowy na pogrzebie bez nakrycia głowy i woalki uznawane jest za nietakt):

 

magdalena-cwenowna_22835868

 

Nauka, która zajmuje się analizą kształtu ust – ich charakterystycznych cech: rozmiaru, kształtu, wypełnienia czy konturu – wywodzi się ze starodawnej chińskiej praktyki, która powstała prawie trzy tysiące lat temu. Obecnie istnieją szkoły uczące Mien Shiang, czyli umiejętności czytania twarzy [„Mien” (twarz), „Shiang” (czytanie)], a nie mimiki twarzy, gdyż ta może być kontrolowana. Fizjonomika, czyli nauka rozpoznawania charakteru z twarzy, wykładana jest ponadto coraz częściej na wyższych uczelniach, gdyż jej wagę doceniają nie tylko międzynarodowe koncerny podczas rekrutowania kandydatów na wysokie stanowiska. W słynnej Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point też już wiedzą, że blisko osadzone oczy, mocno zarysowane brwi oraz kwadratowa szczęka są gwarancją osiągnięcia sukcesów w tym zawodzie.

Cienkich zaciśniętych ust nie będzie miał ani świetny generał, ani znakomity menedżer. Nie świadczą one także o głębokiej żałobie. Nawet średniej klasy obserwator wie, że duże usta oznaczają bogate życie uczuciowe, egzaltację w wyrażaniu emocji, często zmysłowość, zwłaszcza gdy obie wargi są jednakowej grubości, natomiast wąskie, cienkie wargi w dużych ustach wskazują, że egzaltacja i uczuciowość kierują się bardziej ku własnej osobie niż otoczeniu. Osoby o takich ustach mogą prowadzić uporządkowane życie, ale wyróżniają się lodowatym temperamentem i wyrachowaniem.

 

O właśnie takim temperamencie, choć na pozór mogłoby wydawać się, że jest inaczej, świadczy również przykład zdjęciowy z innej okoliczności. Pod datą 16 września 2015 r. możemy przeczytać na blogu BOUTIQUE BIELIZNY: Piękno – kobiecość. Odwaga i naturalność. Akceptacja. Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz udowadnia, że piękno ma wiele synonimów, a dojrzałość… jest jednym z nich.

Jakaś złośliwa komentatorka napisała: Gdyby nie dodatek „Hanuszkiewicz” w tym nazwisku żadna z czytelniczek tego bloga nawet nie spojrzałaby na tę starzejącą się kobietę o ciele, jakim może się poszczycić mnóstwo kobiet w tym wieku, z tym że od tego „dojrzałego piękna” wieje neurotycznym chłodem! Usta nie kłamią!

 

Usta nie kłamią!

 

 Nie byłoby tej dygresji, gdyby Adam w jednym z nagrań nie wspomniał o tym szczególe anatomicznym swojej żony. W ogóle był znakomitym fizjonomistą, ale ja też do nich należę, a moje wybory małżeńskie świadczyły wręcz o ślepocie, co w psychologicznym sensie jest niestety normą, bo przy wyborze partnerek życiowych nie mądrością się przecież kierujemy, o czym Adam dobrze wiedział. W Kobieto! Boski diable… mówił o tym. Nie ma tam jednak scenki nagranej w Dźwirzynie z udziałem pani Magdy, bo to ona tę scenkę usunęła, już po Jego śmierci, korzystając z uprawnień, które jej przekazał w zapisie testamentowym. Uznała – według mnie całkowicie bezzasadnie – że ma prawo Go cenzurować. Pokażmy zatem to skreślenie:

 

Pozwól, Adamie, że na chwilę powrócę do tego, co mówiłeś wczoraj. Twierdziłeś, że to kobieta decyduje o związku, o doborze partnera...

To oczywiste!

Jest to jednak stwierdzenie ogólne. Czy w przypadku Magdy było tak samo?

Ona mówi, że mnie nie wybrała!

No właśnie…

Prawdę powiedziała, że nie „wybrała” - ona mnie uwiodła! To nie jest u kobiet świadome działanie, ale instynktowne, dlatego powiedziała prawdę. Swoją. „To jest moja prawda!” - tak mówi zawsze, gdy orientuje się w rozmowie, że nie ma racji. Ile tych prawd jest? Łatwo odpowiedzieć: tyle, ile kobiet!

A czy mnie też może uwieść?

Nieee! Ona nie jest zaprogramowana na takich mężczyzn jak ty, ale na takich jak ja! Uwiodła mnie tak, jak mężczyzna uwodzi kobiety!

Nie chciałabym, Adamie, zmuszać cię do niedyskrecji, ale wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Kobieta, której zależy na jakimś mężczyźnie, nie postępuje tak jak on - ma przecież swoje kobiece sztuczki… 

Po pierwsze nie będę niedyskretny, bo mówiłem już o tym wiele razy. A po drugie mężczyzna, któremu zależy na jakiejś kobiecie, przychodzi do niej z kwiatami: „Dzień, w którym pierwszy raz spotkałem panią, był najszczęśliwszym dniem mojego życia!”.  A Magda właśnie przyszła do mnie z kwiatkiem…

Z tego, co pamiętam, zostawiła kwiaty portierowi w hotelu… 

Tak było za drugim razem, a za pierwszym przyszła do mnie w czasie próby Karłowicza w Łodzi z kwiatkiem i podziękowaniem za czas spędzony u mnie w Teatrze Narodowym.  Na drugi dzień jem obiad w restauracji, przychodzę do szatni po płaszcz, a tam taaaaki bukiet... To nie był bukiecik, tylko gigantyczny bukiet! A szatniarz, mrugając okiem: „Położyła to dla pana taka śliczna dziewczyna, i uciekła”. Nie byłem pewien, kto, ale domyśliłem się, że to ona… No więc, przepraszam, kto kogo uwiódł?!

 

Cdn.



11:22, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 marca 2017
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 5)

 

 

Pod skrzydłami Adama

Mówi się często, że Hanuszkiewicz miał pasję tworzenia i wyobraźnię dziecka, a dzieci tworzą często rzeczy abstrakcyjne i zaskakujące.

– Adam zawsze czuł się młody i miał szczególny stosunek do młodych aktorów – wspomina dziś Anna Gornostaj. – Kiedy angażował aktora, brał za niego pełną odpowiedzialność. Brał go pod swoje skrzydła, uczył rzemiosła teatralnego, emisji głosu, co przydawało się zwłaszcza na wielkiej scenie Teatru Narodowego. Bardzo dbał o nasz rozwój artystyczny. Ja w pierwszym sezonie grałam w ośmiu sztukach, od małych epizodów po duże role. Jak choćby Zosię w „Panu Tadeuszu”.

 

Hanuszkiewicz wychował sobie grupę wyznawców, którzy poszliby za nim w ogień. Tak było z publicznością, aktorami, ale też pozostałymi pracownikami teatru. Na jego spektakle w Narodowym waliły tłumy.

– Jego spektakle wyznaczały nowe tropy w historii teatru – mówi Anna Chodakowska, sceniczna Antygona, Balladyna i Salomea w jego spektaklach. – Adam lubił prowadzić potyczki z teoretykami teatru i literatury. Zachwycał błyskotliwością skojarzeń. Nie bał się konfrontacji. Był magiem, uroczym megalomanem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie”.

– Oczywiście lubił być uwielbiany i często z tego powodu nazywany był „słodkim kabotynem” – dodaje Anna Gornostaj. – Miał niezwykły urok osobisty, czym zjednywał sobie ludzi. Byliśmy w niego wpatrzeni jak w obraz i nawet uwierzyliśmy, że jest wielkim intelektualistą. A potem zorientowaliśmy się, że w tym bez trudu kładli go na łopatki Erwin Axer, Janusz Warmiński czy Zygmunt Hübner. Jako dyrektor miał piękną cechę pozaartystyczną: nie był małostkowy i nie słuchał plotek. Nie można było mu więc donosić na innego aktora, co staje się niemalże praktyką w wielu teatrach.

 

Obserwując relacje Kazimierza Dejmka i Adama Hanuszkiewicza, myślę, że lubili się tak jak Mickiewicz ze Słowackim. Hanuszkiewicz z tego określenia „barbarzyńca w ogrodzie tradycji” był dumny. Bolało go natomiast, że przez lata czuł nieskrywaną niechęć części środowiska za przyjęcie dyrekcji Narodowego po wyrzuceniu Kazimierza Dejmka. Zawsze wyjaśniał, że zdecydował się na to, by uratować prowadzony przez siebie zespół Teatru Powszechnego przeznaczonego do kilkuletniego zamknięcia z powodu koniecznego remontu. Potem „odpokutował winy”, gdy sam został usunięty z Narodowego przez władze stanu wojennego.

 

Trzy z czterech żon Hanuszkiewicza były aktorkami. Dało się wyczuć, że do każdej z nich miał szczególny stosunek. W towarzystwie starszej o cztery lata „heroiny” Zofii Rysiówny czuł się scenicznym uczniem, dla dziewięć lat młodszej Zofii Kucówny był partnerem, a dla ostatniej, 20 lat młodszej Magdy Cwenówny – nauczycielem. I tak traktował je w rozmowach, jakie z nim prowadziłem.

Często miałem wrażenie, że Zofia Rysiówna jest dla niego niczym posąg ze spiżu. Zawsze wyrażał się o niej z wielkim szacunkiem. Trochę jak o osobie z innej epoki, mimo że – przypominam – dzieliły ich zaledwie cztery lata.

– Rysiówna to przede wszystkim fascynująca kobieta – mówił mi Hanuszkiewicz – i największa aktorka, z jaką się w życiu zetknąłem, a poznałem w życiu naprawdę wiele kobiet. Nie dziwię się też wcale, że zarówno Woszczerowicz, jak i Jaracz byli nią zachwyceni. To kobieta niezwykle inteligentna, a równocześnie, co zwykle idzie w parze, piekielnie złośliwa. Bywają chwile, że jej złośliwość niemal zabija. Przypomina mi w tym znany posąg Woltera z bardzo cynicznym uśmieszkiem.

– Moja fascynacja Rysiówną zaczęła się od pojedynków słownych – dodawał. – Myślę zresztą, że ona zwróciła na mnie uwagę, bo poza wszystkim byłem jedynym mężczyzną, z którym miała trudności z wygrywaniem tych pojedynków. Zawdzięczam jej bardzo wiele. Choćby to, że nauczyła mnie słuchać rozmówcy i artykułować precyzyjnie swoje myśli. Niemal przez cały czas naszego związku stale mnie strofowała, mówiła: „bełkoczesz”. Ja nigdy się nie obrażałem, tylko intensywniej pracowałem nad sobą.

 

 Rysiówna i Hanuszkiewicz

Rysiówna i Hanuszkiewicz w Berenice, Teatr Powszechny (Warszawa), 16.02.1962,

fot. Edward Hartwig

 

Hanuszkiewicz należał do nielicznych znanych mi artystów, którzy o każdej swojej żonie, także byłej, potrafili mówić z szacunkiem. Ale przede wszystkim mówił o sobie: pięknie i z uznaniem, powiedziałbym nawet – z najwyższym uznaniem. Prezentując na deskach Teatru Narodowego klasykę polską i światową, bardzo chętnie odwoływał się do kultury masowej. Bywało, że przemawiał do widzów językiem estrady, komiksu, kabaretu, pojawiały się nawiązania do muzyki popularnej. Najlepszym przykładem wykorzystania tych chwytów okazała się „Balladyna” z Anną Chodakowską w roli tytułowej. Wzorcem dla Bożeny Dykiel, która jako Goplana poruszała się na hondzie, była seksualnie wyzwolona komiksowa Barbarella. Młodzież szalała ze szczęścia, część dorosłych wychodziła z teatru z bolącymi głowami od głośnej muzyki i spalin.

 

„Balladyna”, czyli cud w Częstochowie

Henryk Talar chciał sprawdzić, czy sukces tamtego spektaklu da się powtórzyć po ponad ćwierć wieku. Obejmując dyrekcję teatru w Częstochowie, postanowił namówić Hanuszkiewicza do ponownej realizacji „Balladyny”.

– Adam powiedział krótko: „Chyba zwariowałeś – opowiada mi dziś Talar. – Chcesz, bym własnymi rękami burzył mit, który stworzyłem i który najwięksi badacze teatru uznali za wydarzenie bez precedensu w odczytaniu polskiej literatury. Nie ma mowy”. Wyjaśniłem, że złożyłem mu tę propozycję z kilku powodów, po pierwsze: jest w świetniej formie, po drugie: od tamtej premiery w Narodowym wyrosły nowe pokolenia, a on sam jako twórca teatru jest bogatszy o nowe doświadczenia, więc to przedstawienie może być wydarzeniem na skalę co najmniej ogólnopolską. „Częstochowa wprawdzie jest miastem cudów, ale na mnie nie licz” – odpowiedział Adam, sądząc chyba, że będę drążył temat. Miał rację, bo nie ustępowałem. „Muszę najpierw zobaczyć wasz teatr” – powiedział w czasie jednego z kolejnych spotkań. Przyjmowaliśmy go jak wielkiego artystę, co najwyraźniej mu odpowiadało. Chciał zrobić wrażenie na zespole, mówił o teatrze światowym. W końcu zauważył, że gdyby miało dojść do premiery „Balladyny”, należałoby przebudować teatr, to znaczy zrobić... rozsuwany dach, by na scenie mógł... wylądować helikopter. Tu powołał się na głośną prapremierę „Miss Saigon” na West Endzie. Zamurowało mnie, ale nie chcąc tego okazywać, przyjąłem jego pomysł jako oczywistość, co z kolei zadziwiło Adama. Potem zaprosiłem go na spacer na wały pod Jasną Górą, gdzie dotarliśmy do ulubionego miejsca deskorolkowców. „Wiem, że wspomniałeś o helikopterze, ale nie uważasz, że dzisiejsza młodzież jeździ nie na hondach, tylko na deskorolkach?” – rzuciłem mu mimochodem. „Mają być hondy i koniec” – powiedział Hanuszkiewicz. Nazajutrz jednak obwieścił wszystkim, że wpadł na pomysł, by wcześniejsze hondy zamienić na deskorolki. Zespół był zachwycony. Okazało się nawet, że nie trzeba wyburzać dachu, bo lądowanie helikoptera nie jest w tej opowieści najważniejsze. Hanuszkiewicz czuł się u nas znakomicie. Pogodziłem się z tym, że przez ponad miesiąc prób to on jest „dyrektorem” teatru. Pracował całym sobą, bez taryfy ulgowej. Wprawdzie nie popieram metody, w której reżyser pokazuje aktorom, jak mają grać, ale patrzyłem z podziwem, jak odgrywa poszczególne postacie „Balladyny”. Wręcz trudno mi było ocenić, czy lepszy był jako Kirkor czy jako Alina. Pomyślałem, że mógłby nawet wystawić monodram według „Balladyny”, który byłby przyjęty entuzjastycznie. Po zakończeniu prób powiedział mi: „Wiesz, polubiłem pracę na prowincji. Tu znajduję spokój i aktorów, którzy tworzą prawdziwą sztukę, bo w Warszawie powstaje ersatz, coś zastępczego. Tam nikt nie ma czasu. Każdy biegnie na jakieś inne zajęcie, a tu jest pełne oddanie”. Bo zespół częstochowski był mu oddany całym sercem, on to czuł i potrafił docenić.

 

Można by sądzić, że „Reszta jest monologiem” to spojrzenie człowieka okaleczonego, którego wyrzucono z Teatru Narodowego, któremu potem zabrano Teatr Nowy, oddając budynek prywatnemu właścicielowi, by urządził tam supermarket, a także zlikwidowano Teatr Mały, który Hanuszkiewicz niemal własnoręcznie urządził w podziemiach Domów Towarowych Centrum, tworząc nowoczesną, uwielbianą przez widzów i aktorów przestrzeń w miejscu planowanym na nocny klub. A jednak z tych wypowiedzi bije optymizm i pogoda ducha. Hanuszkiewicz z pewnością musiał przeżyć te świadome i czynione z premedytacją próby wymazania go z historii kilku warszawskich miejsc teatralnych. Z historii teatru na szczęście wymazać się go nie da.

 

Tyle Jan Bończa-Szabłowski, znany krytyk teatralny, który naszą książkę potraktował w znacznej mierze jako pretekst do snucia własnych rozważań o Hanuszkiewiczu, co jest oczywiście cenne. Z kolei Zdzisław Pietrasik – też znany krytyk filmowy i teatralny, dziennikarz, publicysta, szef działu kulturalnego tygodnika „Polityka” – napisał na marginesie tej książki tak:

Rozmowy nagrane zostały latem 2001 r. w nadmorskim Dźwirzynie, dziesięć i pół roku przed śmiercią reżysera. Wydane obecnie, brzmią niczym spóźniony testament jednej z najważniejszych postaci w polskim teatrze drugiej połowy XX w. Z rozmów wyłania się obraz człowieka spełnionego, który wie, że wszystko zawdzięcza sobie. Był bowiem Hanuszkiewicz samoukiem, jak powtarza w rozmowie, zajął się reżyserią, żeby się uczyć. Uczył się zaś na największych: na Mickiewiczu, Słowackim, Norwidzie, Wyspiańskim, na klasykach europejskiej literatury. Jednych drażnił, innych zachwycał. Po spektaklach „Wesela” czy „Beniowskiego” przed wyjściem dla aktorów ustawiały się kolejki młodych widzów proszących o autografy. 

Na scenie operował głównie obrazem, ale chętnie wygłaszał monologi o teatrze. W latach dyrektorowania w Teatrze Nowym zdarzało się, że występował przed spektaklem z prelekcją, by po opadnięciu kurtyny jeszcze się upewnić, czy widownia wszystko zrozumiała.

 Książka, która ukazuje się prawie pięć lat po śmierci twórcy, też jest wielkim monologiem, przerywanym jedynie pytaniami. Hanuszkiewicz imponuje wiedzą nie tylko teatralną, ma także niebanalne przemyślenia na tematy naukowe, etyczne i religijne. To, co mówi o Polsce i Polakach, też daje dzisiaj do myślenia. No, i chwali się, ale przyznajmy, żaden artysta nie potrafił chwalić się tak pięknie jak pan Adam. Każda taka opowieść ma efektowną strukturę dramatyczną: on proponuje coś zupełnie nowego, prawie wszyscy się oburzają, ale właśnie prawie, ponieważ w finale opowieści pojawia się niekwestionowany autorytet, który stwierdza: miał pan absolutną rację!

 

Ci dwaj krytycy są jednak mężczyznami. Mógłbym przytoczyć kolejne opinie, bardzo pochlebne, innych krytyków-mężczyzn na temat tej książki, choćby pana Tomasza Miłkowskiego, prezesa AICT, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych, były one jednak skierowane tylko do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponadto chodzi mi o opinię wyrażoną przez inną kobietę, z którą pani Cwen-Hanuszkiewicz być może już się zapoznała, bo o niej jest tam również mowa!

 

AICT Polska

Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Honda, wanna, drabina - czyli Adama Hanuszkiewicza spójność Formy z Treścią...

niedziela, 24 kwietnia 2016 20:27 Anna Rzepa-Wertmann

O ukochaniu szczerości, prostoty i bezpośredniości Widzów i Krytyków. Takoż o odpowiednich proporcjach Formy, Treści, Wyobraźni i Wrażliwości – czyli o recepcie na idealną inscenizację. Gdzieś pomiędzy fascynująca rozmowa Renaty Dymnej i Janusza B. Roszkowskiego z Adamem Hanuszkiewiczem, przez wydawnictwo BOSZ w książkową formę ubrana, „Reszta jest monologiem...”

„…nazwać fenomen Adama Hanuszkiewicza. I pokazać go ludziom mądrym i wrażliwym”…

Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz  miała rację w wywiadzie udzielonym Iwonie Kłopockiej. Jej wybitnego męża – Adama Stanisława – nie dało się zakwalifikować, sklasyfikować, skatalogować w jakiejkolwiek semantyczno-prasowej szufladzie. Był ponad wszystko, wbrew oportunistom i niezależnie od okoliczności indywidualnością. Pozwalał sobie na nonkonformizm i dezynwolturę, traktując przy tym aktora i widza jako równoprawnych partnerów w swoistej grze intelektualnej. Bez dwóch zdań człowiek niebanalny, nieszablonowy, perfekcjonista w każdym calu. Oddany Teatrowi bez reszty genialny samouk, który od innych wymagał tyle samo, co od siebie: do cna, końca, po granice ludzkiego organizmu i umysłu. Przy tym uparty, konsekwentny w swych wizjach i wyborach artystycznych, szczery do bólu. Bezgranicznie nietolerujący w swoim otoczeniu ludzi  głupich, chciwych, bezmyślnych, ograniczonych, nastawionych na błysk, prestiż, zysk i karierę.

„(...) Mawiał: Życie trwa krótko, oczekiwanie na śmierć bardzo długo”.

Dźwirzyno, sierpniowe upalne lato 2001 roku. Trójka dobrych przyjaciół – Renata Dymna-Kijowska, Janusz B. Roszkowski oraz Adam Hanuszkiewicz – rozmawiają na tysiące tematów: ważnych, ważkich, cennych, ponadczasowych. O życiu i śmierci, sławie i zagubieniu, prostocie i prostactwie, głupocie i mądrości. Przede wszystkim jednak o Prawdzie, Sztuce, Teatrze, Słowie, Formie i Treści. Dyskursy tego formatu wymagają bezwzględnego utrwalenia; najpierw jednak boleśnie zweryfikowała je Pani Historia. Czternaście i pół roku później (w marcu 2016 r.) za sprawą wydawnictwa BOSZ stały się kanwą do tomu „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”. Powstał wywiad-rzeka wielkiej wartości, ważny, nieprzemijający. Śmiem twierdzić, iż wiele młodych polskich gwiazd teatrologiczno-krytyczno-medialnych winno te 304 strony przeczytać obowiązkowo: powoli, nadzwyczaj dokładnie, ze zrozumieniem sensu i idei zawartych w słowach i myślach całej trójki rozmówców! Tylko że chwilę później nasuwa się takowa refleksja: ile z tego zrozumieją Maje, Igi, Olgi, Agaty, Szymonowie, Witoldowie i inni młodzi wszechwiedzący krytycy  (z obowiązkowym doktoratem z teatrologii i listą staży „Erasmusa” lub „Socratesa”, wpisanych dumnie do C.V. jako widome stopnie do kariery!)? Co znajdą na kartach tej książki, próbując inter-spektakularnie zarysować skomplikowaną złożoność psychologiczną Adama Hanuszkiewicza jako patrona modernistycznej wizji... itp. itd.? Gwarantuję, że tylko Williamowe „Słowa, Słowa, Słowa…". Właśnie takiej krytyki Adam Hanuszkiewicz nie cierpiał, nigdy nie uważał jej za wartościową, szczerą i miarodajną, całe swoje życie z nią walczył! Ważniejsza była dla niego opinia prostego szeregowego widza – szczera, prawdziwa, wnikliwa i dokładna (nawet, jeśli była negatywna: za biskupem Krasickim powtarzał, iż prawdziwa cnota krytyk się nie boi i nie obawia!) niż powierzchowna i „pod styl” ocena mediów. Powiedział kiedyś Jolancie Ciosek:

„(...) Zawsze mi krytycy przykładali. To taka nasza lokalna specyfika. Mickiewicza nazywano agentem rosyjskim, Krasiński dostał w twarz na ulicy, Norwid – wróg naszej inteligencji, Żeromski – bolszewik. Oto polska specyfika, dopóki cię nie wyszydzą, jesteś nikim. (...) Byłem atakowany i nagradzany. Teatr postmodernistyczny, za który zostałem odznaczony, a który od lat jest tak głośny, robiłem już w latach sześćdziesiątych. (...)”…

„... Do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Renacie Dymnej i Januszowi B. Roszkowskiemu udała się rzecz niezwykła: inteligentnie zadając pytania, ciekawie snując wątki, odbrązowili mit teatralny. Słowa układają się w zdania, owe zaś tworzą obraz: wieloznaczny, barwny, intrygujący. Zbijający co i rusz czytelnika z tropu jak widmo pryzmatowe; niby banalnie jasne, białe, mleczne  ale ileż tam się kłębi barw, znaczeń, sensów! Gospodarz dźwirzyńskich posiad intelektualnych został przez nich utrwalony zarówno jako Człowiek, jak i Twórca. Człowiek świadomy swoich osiągnięć, ale także i porażek, o których mówi bez ogródek (wielu dzisiejszych luminarzy teatru szczerość i bezkompromisowość Hanuszkiewicza zaboli, oj zaboli i to bardzo). Wieczny poszukiwacz sensów, znaczeń, intonacji i podtekstów zawartych w tekstach przez niego inscenizowanych. Jednocześnie otwarty na ciągłą naukę, zdobywanie wiedzy i doświadczeń, doskonalenie się intelektualne i duchowe. Tak na marginesie: skąd tytuł tego akapitu? Otóż  na początku XXI wieku Adam Hanuszkiewicz spytał pewnego młodego businessmana, na cóż mu pieniądze. Onże wypalił, że są dla niego kluczem do wolności. Padła riposta:

„Ale pieniądze są do czegoś i wolność jest też do czegoś; do czego potrzebna ci jest ta wolność?”

Dla młodego rekina finansjery Wolność oznaczała czerwone sportowe auto na F lub L, luksusowy Penthouse, wakacje na Oahu alboż innym bezludnym raju do wynajęcia (bagatelka – 15000 $/day...). Dla Adama od Klasyków wolność znaczyła ciągłe poszukiwanie, prowokowanie intelektualne, odkrywanie coraz nowych rzeczy poprzez zmianę intonacji frazy w Wielkiej Improwizacji, obserwowanie swojego Wewnętrznego Dziecka i uczenie się od Niego, niepodległość sądów i opinii, niezależność podejmowanych decyzji (prywatnych i artystycznych). Wierność swoim Mistrzom, Autorytetom i ideom. Poczucie humoru i dystans do świata, otoczenia, nade wszystko do samego siebie.

„Umarł Adam Hanuszkiewicz, nudno będzie w teatrze”

Adam Hanuszkiewicz był na równi ceniony i kochany, co szykanowany, opluwany i nienawidzony. Wolność/Indywidualność oznacza, iż szczerość, otwartość i bezkompromisowość nie są to cnoty i zalety szczególnie przez ogół cenione, a już w szczególności rozumiane i tolerowane. Jeszcze tak w dziejach Ludzkości nie było, by głupcy i ludzie ograniczeni dobrze znosili krytykę  lubo wyciągali wnioski ze swoich błędów, na które zwracają im uwagę inni! Niech ten akapit podsumuje pewien cytat...

„(...)Zapytasz, skąd się moja inność bierze? To, co powiem, będzie raczej niegłupie, chociaż nie wiem, czy mądrość jest dzisiaj ludziom potrzebna. Stąd, że ja się uczyłem u Profesora Materii – nie kończyłem żadnej filozofii, żadnej polonistyki, żadnej historii teatru. Dlatego tę historię teatru i tę filozofię teatru musiałem budować na sobie; moją własną filozofię też budowałem na sobie – na swoim doświadczeniu egzystencjalnym. Dlatego zarzut, który mi kiedyś ktoś postawił, że ja się uczę życia z książek, jest nieprawdą. Książki mogą jedynie potwierdzić to, co wiem z obserwacji; w innym razie nie mogłyby mnie niczego nauczyć”.

Kochani, „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim” to jazda obowiązkowa dla każdego, kto ceni w Teatrze wolność, intelekt, pasję, wiedzę i poszukiwania. Mądre ważne rozmowy o życiu, ludziach, świecie, teatrze, sztuce, uczuciach. Takich debat nigdy dosyć, na takie tomy zawsze jest miejsce na półce – mam nadzieję, że nie tylko mojej...

Tako rzecze Anna Rzepa-Wertmann, naprawdę mądra Pani, która bezbłędnie wypunktowała to, co stanowi istotę tej książki!

 

cdn.

22:09, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 4)

 

 A jaka jest wartość tych dźwirzyńskich rozmów, a poniekąd i mojej pracy, którą w tę książkę włożyłem? Niech o tym powiedzą inni!


AICT/IACT Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Renata Dymna, Janusz B. Roszkowski „Reszta jest monologiem. Adam Hanuszkiewicz w rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim”.

Redakcja: Janusz B. Roszkowski

Projekt graficzny: Władysław Pluta

Liczba stron: 303 + 1nn,

Wydawnictwo BOSZ Olszanica, marzec 2016.

 

 Hanuszkiewicz, artysta czy uroczy kabotyn

Adam Hanuszkiewicz najchętniej mówił o sobie, i to zawsze z najwyższym uznaniem. Do anegdot przeszła jego kwestia: „Zaczynamy próbę, światła na mnie” – pisze Jan Bończa-Szabłowski w „Rzeczpospolitej”.

«Nazywany był „barbarzyńcą w ogrodzie tradycji”, jego spektakle teatralne wzbudzały niesłabnące dyskusje. Starsi odsądzali go od czci i wiary, wśród młodych miał wyznawców, dla których był niekwestionowanym guru. Przeciwnicy zarzucali mu drogę na skróty, efekciarstwo, zwolennicy kochali za to, że w nudne szkolne lektury tchnął ducha. W tym roku minie pięć lat od śmierci Adama Hanuszkiewicza. Ten czas jest dość bezwzględny wobec dzisiejszych młodych awangardystów, których „nowatorskie wizje” są często jedynie odpryskami awangardy proponowanej przez niego przed laty. Na tle dzisiejszych „niepokornych” jawi się jako artysta niezwykle kreatywny, o oryginalnych poglądach, konsekwentny w swojej wizji, duch prawdziwie wolny, ale też uroczy kabotyn, kroczący własną drogą, nieuwikłany w środowiskowe koterie ani polityczne układy.

Okazją do przypomnienia fenomenu Hanuszkiewicza jest książka „Reszta jest monologiem” wydawnictwa BOSZ, zawierająca serię rozmów, jakie przeprowadzili z nim Renata Dymna, długoletnia kierowniczka literacka Teatru Nowego, którego był dyrektorem, oraz Janusz B. Roszkowski, poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Jej lektura zachęciła mnie do przywołania własnych rozmów z Hanuszkiewiczem i osobami, które go znały.

To, że mówimy o nim akurat na tych łamach, nie jest przypadkowe. Hanuszkiewicz był zawsze wiernym fanem „Plusa Minusa”, czytał z uwagą artykuły tu zamieszczane, polemizował, dyskutował. A w rozdziale „Szczęście polega na samorealizacji” wspomnianej książki przyznał, że sobotni dodatek „Rzeczpospolitej” bardzo ceni, gdyż „jest to jedyne pismo kulturalne przypominające Die Zeit, gdzie w każdym artykule można odnaleźć coś na czasie”.

Był genialnym samoukiem. To z pewnością mu doskwierało i rodziło kompleksy. Formą ich odreagowania było opowiadanie o sobie jako o kimś szczególnym, wręcz namaszczonym przez Stwórcę. A miał Hanuszkiewicz nie tylko dar przekonywania, ale i wielki talent artystyczny. Pierwszym tego przykładem był Wacław w „Zemście”. Jeleniogórski spektakl, którego premiera odbyła się w 1945 roku, zachwycił Wandę Siemaszkową i młody amant rok później stał w Łodzi przed komisją egzaminacyjną, a jego egzamin eksternistyczny oceniali Leon Schiller, Edmund Wierciński, Jacek Woszczerowicz i Aleksander Zelwerowicz, czyli teatralne tuzy.

O początkach jego kariery opowiadała mi niegdyś jego była żona Zofia Rysiówna:

– Spotkaliśmy się w Krakowie. Wiedliśmy tam bardzo skromne życie. Nie mieliśmy właściwie żadnych znajomych. Byliśmy zdani na własne siły. On był ze Lwowa, ja z Nowego Sącza. Wiele czasu spędzaliśmy razem. Adamowi nie działo się zresztą najlepiej. Bronisław Dąbrowski, dyrektor Teatru im. Słowackiego, nie akceptował go, Juliusz Osterwa wprawdzie darzył sympatią i uznaniem, ale nie dawał mu żadnych poważnych zadań aktorskich. Snuliśmy wspólne plany życiowe i zawodowe. Chodziliśmy na spacery. Ćwiczyliśmy też razem dialogi z ulubionych sztuk. Adam bardzo dużo czytał i był świeżo po lekturze ‘Sułkowskiego’. Uważał, że powinien zagrać tę postać, mnie zaś widział w roli księżniczki. Pamiętam także, że aby mieć sprawność w dialogowaniu, mówiliśmy sobie fragmenty ‘Wesela’, które wówczas grane było w Starym Teatrze. Nie zawsze graliśmy razem, ale zawsze staraliśmy się bywać na swoich premierach, po których dzieliliśmy się wrażeniami.

Hanuszkiewicz przeszedł przez sceny Krakowa, Poznania, aby trafić do Warszawy, która potrafiła dać mu szansę zaistnienia jako artyście. Przecierał szlaki w rodzącym się Teatrze Telewizji, ukształtował jego odrębność. Zawsze podkreślał: „Ja jestem oświeceniowiec, racjonalista”. I tak odniósł się do swej słynnej inscenizacji „Kordiana”: „W ‘Kordianie’ krytycy zobaczyli tylko drabinę, a nie widzieli, że gdy Kordian stoi na tej drabinie w białej koszuli, oświetlony bocznymi reflektorami, i mówi: ‘Tu szczyt, lękam się spojrzeć w świata przepaść’, to dokładnie stoi na szczycie teatralnym Mont Blanc. Ale cóż, są ludzie, którzy widzą oddzielnie drabinę i oddzielnie Kordiana. A ileż funkcji miała ta drabina w całym przedstawieniu! Latarnia, klatka więzienna, krzyż przed rozstrzelaniem. Kordian w finale stoi jakby ukrzyżowany na tej drabinie”.

 

Kordian-Drabina

 

Do historii teatru przeszedł jako inscenizator Słowackiego, Mickiewicza, ale też Norwida: „Ja tym swoim Norwidowskim spektaklem pokazywanym w teatrze przy pełnej widowni upowszechniałem w Polsce Norwida – opowiada w książce. – Albowiem do tej pory, można to stwierdzić, ten wielki poeta funkcjonował u nas wyłącznie w postaci mott do powieści czy artykułów. W obiegu literackim czy publicystycznym, a więc i społecznym, krążyły jedynie cytaty oderwane od poetyckich kontekstów. W teatrze próbował go właściwie przedstawić tylko Horzyca, ale przy pustej widowni. I nagle sto bitych kompletów przy moim Norwidzie".

Fenomenem było też „Wesele” Wyspiańskiego. Hanuszkiewicz sięgał po ten utwór dziesięciokrotnie. Gromadząc, jak twierdzą autorzy książki, na widowniach pół miliona osób: „Obawiam się, że tego fenomenu nie da się już powtórzyć. O czasy, o obyczaje – podsumował sam Hanuszkiewicz. – Cyceron w swej mowie wiedział, do kogo ma się zwrócić, bo Katylina usiłował go wcześniej zamordować. A kto zamordował Teatr? Moi zaprzysiężeni wrogowie powiedzieliby, że ja to uczyniłem, posiłkując się właśnie tymi liczbami”.

W „Weselu” zaskoczył m.in. tym, że postać Racheli powierzył nie aktorce, lecz piosenkarce Magdzie Umer:

– Rachela to osoba z zewnątrz, z innego świata niż pozostałe postacie „Wesela” – mówił mi Hanuszkiewicz. – Pomyślałem więc, że mogłaby to zagrać dziewczyna, która nie jest aktorką. Ktoś, kto na co dzień nie jest nauczony sztuki udawania i bycia kimś innym. Pomysł został przyjęty bardzo życzliwie, głównie przez męską część zespołu Teatru Narodowego. Panie przyjęły to z dużym dystansem.

 

               Magda Umer i Hanuszkiewiczw scence z tego spektaklu, Teatr Narodowy,

11 grudnia 1974

fot. Dudley Renard Leonard

 

cdn.

22:08, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 3)

 

 

Aż wstyd przytaczać kalumnie rzucane przez nią na nas i na tę książkę nie tylko w wywiadzie prasowym udzielonym bardzo poczytnemu pismu, ale i, co gorsza, w rozmowach z kolejnymi wydawcami (poprzedni mieli dosyć użerania się z nią i rezygnowali z jej wydania). Niezmordowanej Renacie Dymnej udało się w końcu znaleźć jeszcze jedno wydawnictwo gotowe do wydania tej książki. I wtedy zaczęła się kolejna heca, o czym świadczy poniższa korespondencja mailowa:

 

                                                                                 30.01.2015

Droga Pani Magdo, robi Pani straszną krzywdę przede wszystkim Adamowi, a najgorsze, że wprowadza Pani wydawcę, pana Bogdana Szymanika, w błąd, bo Adam miał do wszystkiego, co po spisaniu mu przynosiliśmy, stosunek wręcz entuzjastyczny, powtarzając „świetne, świetne”. Jest zresztą plik książki „Reszta jest monologiem”, wysoko oceniony przez tych, którzy ją czytali (a są to świetni krytycy teatralni, czy także nietuzinkowi ludzie teatru i przyjaciele Adama). Pani przy naszych rozmowach z Adamem na temat książek nam podyktowanych nigdy nie było. Bez trudu możemy udowodnić, że Adam żywo pracował nad tą książką, nanosząc setki poprawek na wydrukach, a niekiedy na swoim papierze firmowym, bo jesteśmy w ich posiadaniu. Nie rozumiemy, dlaczego zmieniła Pani nagle front, bo wcześniej zdawała się Pani nie mieć nic przeciwko wydaniu książki, gdyby znalazł się chętny wydawca. Nasza korespondencja e-mailowa to potwierdza; potwierdza również fakt, że była Pani w posiadaniu pliku książki na długo przed zainteresowaniem się nią wydawnictwa BOSZ i że nigdy nie zgłaszała Pani do niej żadnych zastrzeżeń. Byłoby dziwne, gdyby nie przeczytała Pani książki wcześniej, bo przecież jako długoletnia towarzyszka życia Adama i w dodatku spadkobierczyni praw autorskich do tego, co napisał (czy podyktował) za życia, ma Pani moralny obowiązek zadbania o to, by pamięć o Nim była wciąż żywa. Adam powiadał: „Niech piszą o nas, co chcą, ale niech piszą!”. Wszyscy wiedzą, że minęły nie tylko trzy lata po Jego śmierci fizycznej, ale de facto jest to już aż osiem lat, gdy zamilkł po odebraniu Mu Teatru Nowego. „Kobieto! Boski diable…”, mimo iż poruszała niektóre aspekty teatralne, nie była książką o Jego teatrze, a ta jest. Nawet gdyby – zgodnie ze swoją zapowiedzią po śmierci Adama – zamierzała Pani wydać książkę o Nim, to nie byłaby ona skonfrontowana z tym, co on osobiście miał w tych kwestiach do powiedzenia.

Prosząc Panią raz jeszcze o wyrażenie zgody na wydanie tej znakomitej książki pani śp. Męża, kreślimy się z wyrazami szacunku

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

PS Jeśli Pani nie zmieni swego stanowiska wobec tej książki, niedługo prasa dostanie list protestacyjny od  całego środowiska teatralnego (uniknęła tego Pani w ostatniej chwili przy poprzedniej książce). Środowisko to zapozna się i z treścią tego listu, i z tym, co Adam pisał odręcznie na wydrukach wielu partii z tej książki, a także na osobnych kartkach, jak również z plikiem książki. A jeśli i to nie pomoże – wszyscy zapoznają się z tym, co Adam podyktował nam o Pani w roku 2001. Są to słowa szczere, prawdziwe, które wyjaśnią powody, dla których chce Go Pani skazać na zapomnienie. Wie Pani aż do dobrze, że w dzisiejszym świecie wirtualnym niczego na zapomnienie skazać nie można – jeśli książka Adama nie ukaże się drukiem, zostanie rozpowszechniona w „drugim obiegu” wraz ze wskazaniem przyczyny, dla której nie można jej zakupić w księgarni, względnie wypożyczyć w bibliotece.

A skąd niby jest w naszym posiadaniu podpisana przez Adama zgoda na wydanie tych książek po Jego śmierci? W sensie prawnym akt notarialny, jaki Pani posiada, jest ważniejszy, bo z datą późniejszą, ale w sensie moralnym nie może Pani twierdzić, że Adam nie chciał, aby te książki ukazały się drukiem. Ta jego zgoda zostanie też upubliczniona  i jakim argumentem się Pani wtedy posłuży?

 

                                                                                          09.02.2015

Szanowny Panie,

Po głębokim przemyśleniu, konsultacjach z Rodziną i Przyjaciółmi postanowiłam – zgodnie z udzielonymi mi testamentem mojego śp. Męża wyłącznymi w tym zakresie pełnomocnictwami – udzielić JEDNORAZOWEJ zgody na publikację przez Pańskie Wydawnictwo książki, której maszynopis otrzymałam.

Poddawana przez autorów szantażowi – zarówno bezpośredniemu jak i z wykorzystaniem Osób mi bliskich – uważam, że mniejszą dla Pamięci Adama krzywdą będzie publikacja tego materiału niż zapowiadana przez Autorów kampania pomówień.

Poprzednia publikacja tego samego autorskiego duetu nie miała ani jednej recenzji w liczących się mediach, a jej sprzedaż nie pozwoliła nawet na rozliczenie symbolicznej zaliczki wypłaconej przez Wydawnictwo. Obecnie książka znajduje się w ofercie wiodących sieci księgarskich ze zniżką 75% od detalicznej ceny katalogowej.

Autorzy pozycji, która miałaby się znaleźć w ofercie Pańskiego Wydawnictwa – zarówno w kierowanych do mnie mailach, jak i kontaktach z Rodziną i Przyjaciółmi – twierdzą, iż ich jedynym celem jest przypominanie o Adamie Hanuszkiewiczu i krzewienie wiedzy o Jego teatrze. Skoro tak, proponuję, by wszystkie osoby dysponujące prawami autorskimi do przyszłej książki złożyły – na etapie umowy wydawniczej – oświadczenie, iż całość swoich honorariów przekazują na cel społeczny. Myślę, że najwłaściwszy byłby Dom Aktora Weterana w Skolimowie. Byłaby to kontynuacja zgłoszonej przez mojego śp. Męża dyspozycji, by kwesta na Jego pogrzebie zasiliła właśnie ten cel.

 

Szanowny Panie

Jeśli w dalszym ciągu jest Pan zainteresowany publikacją oraz podziela Pan moją w tym zakresie opinię proszę o umówienie stosownej, wspólnej, wizyty w wybranej przez Pana kancelarii notarialnej celem zawarcia – w formie aktu notarialnego – stosownej umowy na udzielenie JEDNORAZOWEJ licencji dla publikacji znanego nam tekstu. Mam także nadzieję, iż – zgodnie z ustną deklaracją – zechce Pan dopilnować, by tekst ten został poprawnie zredagowany w sposób zarówno zapewniający czytelnikowi czystość językową, jak i niwelujący sformułowania mogące wprowadzić Czytelnika w błąd.

 

                Z wyrazami szacunku Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz

 

 

                                                                                                                 09.02.2015

Zgadzamy się na przekazanie naszych honorariów do Skolimowa. Nasz warunek – wydanie książki w BOSZu (lub innym renomowanym wydawnictwie). Prosimy o potwierdzenie, że możemy wznowić rozmowy z p. Bogdanem Szymanikiem.

Pani propozycja wydania książki Pani męża, w której zawarty jest jego żywy głos, w moim miniwydawnictwie „Mons Admirabilis", jest de facto skazaniem jej na niebyt, i w ogóle nie wchodzi w grę.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                    16 lutego 2015

Wielce Szanowna Pani!

Nie raczyła Pani odpowiedzieć na nasze pismo, co świadczy jedynie o Pani złej woli.

Uściślijmy zatem kilka spraw:

1) Zgodziliśmy się na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie, dlatego że takie jest Pani życzenie, mimo iż nie ma ono żadnego pokrycia w ostatniej woli śp. Adama Hanuszkiewicza. Mowa w niej była jedynie o kwiatkach składanych na Jego pogrzebie, a nie o tym, aby np. spadkobierca Jego praw autorskich przekazywał wszystkie pieniądze z tytułu wykorzystania tych praw na konto Domu Aktora w Skolimowie, jak również, aby to samo mieli obowiązek czynić współautorzy książek, które Adam podyktował za swego życia, względnie ci, którzy mają zamiar takie książki napisać w przyszłości. Musiałaby Pani przedstawić dowód, że On tak postępował w okresie swego życia, przekazując na rzecz tego Domu honoraria za napisane przez siebie książki, no i że spadkobierca Jego praw autorskich tak czynił do tej pory i zamierza tak czynić w dalszym ciągu. Zgodziliśmy się na Pani życzenie, żeby pokazać, że liczy się dla nas dobro książki śp. Adama, a nie nadzieja na zysk z tytułu ciężkiej pracy nad tą książką, bo żaden wydawca, biorąc obecną sytuację rynku książki, nie byłby w stanie pokryć tych kosztów nawet w 10%.

2) Znamy Pani opinie na temat tej książki. Ośmielamy się jednak stwierdzić, że nie mają one pokrycia w opiniach wielu wybitnych teoretyków ani ludzi teatru (mamy na to dowody także pisemne, bo opinie te zostały złożone w swoim czasie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego). Najistotniejsze jest jednak to, że nie mają one pokrycia w woli śp. Adama wyrażonej wprost w trakcie dyktowania nam każdej z książek. Dziwi nas, że nie zapoznała się Pani w trakcie lektur obu książek z Jego życzeniem? Wręcz błagał, aby niczego nie „porządkować” i nie nadawać tym rozmowom linearnego kształtu. Dla nas to było oczywiste, czemu dawaliśmy wyraz w trakcie tych rozmów. Proszę wybaczyć, ale nikt nie ma prawa tej Jego woli naruszyć.

3) Z zasmuceniem stwierdzamy, że informacje podane przez Panią w związku z opublikowaną przez Wydawnictwo Prószyński książką „Kobieto! Boski diable…” są w znacznej mierze nieprawdziwe (wystarczy wejść do Internetu i prześledzić aktualne ceny zbytu tej książki nie tylko u Prószyńskiego, ale również w Empiku, Księgarni Internetowej PWN czy nawet w Merlinie). Może to wielkie wydawnictwo, przeżywając kryzys finansowy, rzeczywiście nie przeprowadziło takiej kampanii marketingowej, na jaką ta książka zasługiwała, ale mówiło się o niej w wielu stacjach radiowych (choćby w pr. II PR), a wszystkie recenzje, jakie prześledziliśmy, mówiły o tej książce z uznaniem. W kilku teatrach w całej Polsce też odbyły się imprezy promocyjne, mimo iż nie było to książka o Hanuszkiewiczowskim Teatrze – tak ja ta druga, zatytułowana „Reszta jest monologiem”. Jeśli chodzi o książkę drugą, to trudno się dziwić, że wydawnictwa nastawione jednak na jakiś zysk, nie chcą zaryzykować swoich pieniędzy, bo rynek wyraźnie im mówi, że będą musiały dopłacić do tego interesu. Dlatego pojawienie się wydawnictwa takiego jak BOSZ należało powitać z pocałowaniem obu rąk, zamiast zniechęcać do wydania książki. Pani decyzja o udzielenie zgody na jej wydanie, ale w moim miniaturowym wydawnictwie, które nie ma żadnej możliwości na jej promocję, jest de facto próbą zniszczenia tej książki, zepchnięcia jej w najciemniejszy kąt. Jeśli takie jest Pani życzenie, to tylko pogratulować!

4) No i ostatnia, najważniejsza kwestia. Obawiamy się, że kolejne nasze starania o wydanie tej książki, JEDYNEGO ŻYWEGO GŁOSU ADAMA, mogą znowu spotkać się z Pani strony z kolejnymi działaniami obstrukcyjnymi, bo nie ukrywa Pani niechęci do niej z powodów tylko Pani wiadomych, których nie zamierzamy zgadywać. Dlatego prosimy o udzielenie nam „JEDNORAZOWEJ zgody” notarialnej na publikację książki, której plik elektroniczny Pani otrzymała, w dowolnym wydawnictwie, możliwie najlepszym, bo chodzi przecież o to, by ta świetna książka (podkreślamy: nie tylko w naszym, współautorów, mniemaniu) dotarła do możliwie jak największej rzeszy czytelników. Oczywiście, zgodnie z punktem pierwszym, honoraria Pani i nasze zostaną przez wydawcę przekazane na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Kontakty osobiste są wskazane wtedy, gdy wszystkie strony są życzliwie do siebie nastawione, a w naszej sytuacji, nad czym ubolewamy, tak nie jest. Są to jednak sprawy marginalne dla tej centralnej, jaką jest książka śp. Adama, Jego ostatnia książka, bo innej już sam nie napisze.

Słowa ulatują – pisma pozostają. Przyjdzie czas, jeśli nie zmieni Pani swego nastawienia, że wszyscy się z nimi zapoznają i na podstawie tego, co Pani napisała, i tego, co my piszemy, plus na podstawie konkretnych dowodów pisemnych pozostawionych przez śp. Adama oraz nieujawnionych dotychczas nagrań będą mogli sobie wyrobić opinię o intencjach naszych oraz o intencjach Pani. Nie jest to szantaż, bo szantaż jest działaniem niezgodnym z prawem i podlega działaniom prokuratury (proszę skierować tam powiadomienie, jeśli naprawdę uważa Pani, że działamy niezgodnie z prawem).

Jeśli do końca lutego br. nie otrzymamy konkretnej odpowiedzi na nasze poprzednie pismo – zgoda na przekazanie naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie oraz Pani zgoda na wydanie książki w poważnym wydawnictwie, gwarantującym jej odpowiednią promocję, zaczniemy działać poza Panią – ofiarą tego działania może paść także ta książka, ale to obciąży jedynie Pani sumienie.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

                                                                                           03.03.1915

Szanowni Państwo, chciałbym potwierdzić, że książka pozostaje w sferze mojego zainteresowania. Mam oczywiście świadomość, że tak elitarny temat ma ograniczony krąg odbiorców. Niemniej Hanuszkiewicz jest godzien utrwalenia w świadomości społecznej także w ten sposób. Liczę na aktywną postawę Przyjaciół p. Adama przy promocji tej książki. Proszę zatem o załatwienie wszystkich spraw formalnych i wówczas wracamy do naszej współpracy.

 

Pozdrawiam serdecznie

Bogdan Szymanik

 

                                                                                  03.03.1915

 

Jest to zatem wyłącznie uzależnione od Pani dobrej woli.

Reszta bez zmian, zgodnie z Pani życzeniem.

Honoraria zostaną przekazane na Dom Aktora Weterana w Skolimowie.

Tak jak do tej pory – nie chcemy wojny z Panią, bo nie my jesteśmy w tym wszystkim najważniejsi, lecz śp. Adam Hanuszkiewicz. Jest to JEGO GŁOS ŻYWY, nie nasz.

Renata Dymna

Janusz B. Roszkowski

 

Ponieważ z jej strony nie było nadal odzewu, wysłałem do niej 18 maja 2015 r. mail zatytułowany: „Grajmy w otwarte karty, pani Magdo!”:

Podobno w rozmowie z panią Anią Biesiadą wyraziła Pani zgodę na wydanie książki Adama w wydawnictwie „Bosz” pod warunkiem, że jako współautorzy podpiszemy u notariusza oświadczenie o zrzeczeniu się naszych honorariów na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie.

Nie uczestniczyłem w tej rozmowie, wiem jedynie, że z wydawnictwem BOSZ Pani się nie kontaktowała, a jedynie to świadczyłoby o Pani dobrych intencjach. Takich jednak nie ma. Doszły mnie słuchy z Warszawy (nie od Renaty), że gra Pani jedynie na zwłokę i w rzeczywistości nie chce Pani, aby książka Adama ujrzała światło dzienne.

Straciłem serce do tej książki, nie musi wyjść drukiem. Już Pani mówiłem, że będzie i tak dostępna na moim blogu z wyjaśnieniem, że nie chciała Pani dopuścić do jej wydania.

Dalej: wszystko, co powiedział o Pani Adam, będzie nie tylko dostępne powszechnie w formie dźwiękowej, ale przekażę to osobiście i nieodpłatnie (mogą dać kilka groszy na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie) bulwarówkom i zainteresowanym pismom kolorowym.

Jeśli po przesłaniu przez nas oświadczeń wydawcy (ten notariusz to są bzdety, wystarczyłoby nasze pisemne oświadczenie z uwiarygodnionymi podpisami np. u mnie w Urzędzie Gminy, tak samo prawnie ważne jak oświadczenie podstemplowane u notariusza), nie udzieli Pani mu zgody na wydanie książki na Pani warunkach, zgłoszonych w mailu, będę działał tak jak wyżej, a skorpiony nie żartują!!!

 

Dopiero ten mail przymusił ją do odpowiedzi, oczywiście kłamliwej:

Proszę sobie oszczędzić dalszych listów tego typu. Wydawnictwo BOSZ ma od dawna moją zgodę.

Tę zgodę BOSZ otrzymał dopiero wtedy! Ale z jadowym dodatkiem, znanym już z jej maila przesłanego do mnie w dniu 9 lutego 2015 r. Zwróciła uwagę Wydawcy, że książka jest źle napisana i zredagowana, po czym, otrzymawszy ją do korekty, nie poczyniła na niej żadnych uwag – ani merytorycznych, ani stylistycznych! Wydawca też nie poczynił, mało tego: do końca pracowałem nad nią jako jedyny redaktor (Renata Dymna do mnie zgłaszała swoje uwagi), co zostało odnotowane w stopce redakcyjnej.

 

Cdn.

22:01, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 2)

 

Wróćmy jednak do czeku na perskim dywanie! Czyli do naszych honorariów, które mają być przekazywane sukcesywnie na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Niedawno została wpłacona na ich konto pierwsza rata za sprzedaż 416 egzemplarzy; w lipcu br. ma dojść kolejna. Taki warunek postawiła wielce zbolała wdowa po Mistrzu Adamie, Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, która przy pierwszej książce (Kobieto! Boski diable…) zawzięcie walczyła o swoją „dolę”, 1/3 kwoty z zaliczki w wysokości 20 000 zł! Skąd więc ta nagła szczodrobliwość? Zapewne wtedy liczyła na dużo więcej, bo i Prószyński liczył na znacznie więcej, o czym świadczy taki oto mail od nich:

 

Szanowny Panie Januszu, 

Rzeczywiście książka została wyprzedana, a dodruku niestety nie planujemy.

Przyznam, że zaskoczyła mnie w wypadku tej książki pewna blokada medialna, a raczej brak zainteresowania... Opór, z jakim ją przyjmowano.

Mam nadzieję, że dla nowej części klimat będzie bardziej sprzyjający.

Pozdrawiam

Anna Derengowska

 

Pani Magda doskonale wiedziała, że druga książka tym bardziej nie przyniesie kokosów, ba, nawet nie można było liczyć na tak dużą zaliczkę jak przy pierwszej. Na co więc liczyła? Być może na to, a jest to bardzo prawdopodobne przypuszczenie, że kiedy w końcu zostanie pensjonariuszką Domu Aktora Weterana w Skolimowie, to zapamiętają jej tę hojność. Mogło jednak zaważyć co innego: liczenie na naszą małostkowość (chciwość). Była święcie przekonana, że wraz z Renatą Dymną nie zgodzimy się na takie rozwiązanie sprawy, ale przeliczyła się. W tych wszystkich jej zagrywkach, bardzo podławych, nie chodziło zresztą o mnie, byłem bowiem człowiekiem z zewnątrz, spoza teatru; w okresie rozmów dźwirzyńskich darzyła mnie nawet wyraźną sympatią po tym, jak w dniu imienin otrzymała ode mnie wielki bukiet pięknych kwiatów, zerwanych przeze mnie poprzedniej nocy w jakimś miejscowym ogrodzie. Zaraz potem długo i szczerze ze sobą rozmawialiśmy (Adam i Renata pojechali wtedy do kina w Kołobrzegu na Hannibala Ridleya Scotta), w tym wypadku obowiązuje mnie jednak dyskrecja.

W pewnej chwili powiedziała: „Szkoda, że wcześniej się jakoś nie dogadaliśmy, bo moglibyście zamieszkać u nas”. Czyli w ich piętrowym domku rekreacyjnym, który od lat wynajmowali w Dźwirzynie, na tyle dużym, że Renata i ja nie musielibyśmy wynajmować za własne pieniądze osobnej kwatery. Sądzę jednak, że przy jej neurotycznym usposobieniu te nasze dźwirzyńskie rozmowy nie odbywałyby się w tak harmonijnej atmosferze, jak to miało miejsce na neutralnym gruncie, nie byłyby tak owocne. Niestety nie robiliśmy wówczas zdjęć, bo zapomnieliśmy o zabraniu aparatów fotograficznych, ale akurat w trakcie tych rozmów nagrywano z Adamem właśnie w Dźwirzynie – przed domkiem rekreacyjnym, na tle trzcin pobliskiego jeziora czy nad morzem ­– kilka scenek do filmu dokumentalnego Big Han Adam Hanuszkiewicz https://www.youtube.com/watch?v=iQMZXTPUIXM; takiego Adama i w tych strojach widywaliśmy codziennie, a w tej swojej ulubionej różowej tunice został pochowany.

 

Dźwirzyno domki letniskowe

 

 

Pani Magda w tych nagrywanych na kasety wielogodzinnych rozmowach, rozpoczynających się codziennie o dziesiątej rano (tak jak próby w teatrze!), nawet nie próbowała uczestniczyć, gdyż „nie była od tych spraw”, co zresztą w licznych wywiadach podkreślała: Kiedy mąż jeszcze pracował, był typowym artystą. W związku z tym ja musiałam być bardzo przyziemną kobietą. Budować domy, kupować samochody, robić za praczkę, sprzątaczkę, kucharkę, kochankę i panią domu… Poruszane przez nas kwestie, częstokroć bardzo złożone, przekraczały zdecydowanie jej możliwości intelektualne, co było powodem jej zrozumiałej frustracji. Gdy ze dwa razy wchodziła do naszego domku w trakcie rozmów z Adamem i próbowaliśmy ją do nich wciągnąć, uciekała stamtąd jak najśpieszniej, czując, że jest intruzem.

Dlatego ogarnia mnie pusty śmiech, kiedy czytam tego rodzaju wynurzenia pani Magdy: Muszę pozbierać wszystko, czym mnie Adam obdarzył. Całą wiedzę o Jego teatrze. Kiedyś po premierze „Traviaty” w Operze Wrocławskiej Bogusław Kaczyński powiedział: „Adam, obejrzałem dziesiątki realizacji »Traviaty« z najlepszymi sopranami świata, ale nigdy mi się nie zdarzyło, żebym się wzruszył. A na Twojej płakałem. Teraz rozumiem, że krytycy nie mają narzędzi do analizy Twojej sztuki i dlatego piszą takie bzdury”. Sądzę, że ja mam te narzędzia do rozebrania sztuki Adama. Ponieważ nie tylko żyłam z Nim 30 lat, ale też byłam Jego asystentką przy wszystkich spektaklach, również za granicą. I to wszystko z Nim przeżyłam. Mam nadzieję, że uda mi się zanalizować fenomen zjawiska Hanuszkiewicz.

W jaki sposób miałaby to uczynić, skoro nie potrafiła sensownie skonstruować bardziej złożonego zdania, o czym powiedziała wprost w jakiejś swojej uwadze do pierwszej książki wydanej przez Prószyńskiego: „ja się na tym nie znam”? Mogła jednak skorzystać z usług swego przyjaciela, Andrzeja Golimonta, który w swoim czasie był nie tylko warszawskim radnym z najdłuższym stażem (wybieranym do Rady miasta stołecznego Warszawy przez kolejne pięć kadencji!), ale również autorem książki napisanej wspólnie z gen. Czesławem Kiszczakiem: Generałowie bezpieki, Od grudnia do Magdalenki. Co dziwić nie może, ponieważ ten dziennikarz i publicysta „Sztandaru Młodych”, „Dziennika Ludowego”, „Trybuny” i „NIE” był w okresie przygotowań i obrad Okrągłego Stołu współpracownikiem Kiszczaka. Umiał więc dziarsko machać piórem, ba, potrafił wydobywać nim, jako współautor książki, nawet Sekrety spod sutanny! Już sobie wyobrażam jakość „analizy fenomenu Hanuszkiewicz” ich autorstwa!

Poniżej na zdjęciu: w tydzień po pogrzebie wdowa po Hanuszkiewiczu (trzydzieści lat od niego młodsza) na wernisażu Erotica w towarzystwie pana Golimonta (rocznik 1969), którego nazwała „przyjacielem ich domu”, gdy jakiś brukowiec śmiał w to powątpiewać, posądzając ich chyba o romans.

 

Magda Hanuszkiewicz z panem Golimontem na wernisażu Erotica

 

 

Nawet gdyby tak rzeczywiście było, to jestem przekonany, że Adam przyklasnąłby temu z zaświatów, ale próby utrącenia przez nich Jego książki na pewno by nie zaaprobował! Oczywiście pan Golimont pozostawał w cieniu, ale jego obecność bywała wyczuwalna w stylu odpowiedzi, których od czasu do czasu raczyła nam udzielać pani Magda. Czyżby nie rozumiała, że w książce Reszta jest monologiem jej rzekomo „ukochany mąż” sam zanalizował swój własny fenomen – przy naszym chyba istotnym udziale, skoro w momencie ukończenia tych rozmów Adam krzyczał do kogoś, kto akurat do niego zadzwonił: „Właśnie ukończyliśmy pracę nad drugą książką! Świetnie nam się współpracowało, bo Renata i Janusz są po prostu genialni! Genialni!!”. Mamy to na nagraniu, ale do książki woleliśmy nie dawać, bo panią Magdę szlag by trafił!


cdn.

22:00, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni

 

Adam Hanuszkiewicz (rocznik 1924), gdy zmarł 4 grudnia 2011 roku, był młodszy od iwoniczanina Edwarda Helona, który szykował się wtedy do obchodu 100. rocznicy urodzin, „tylko” o 13 lat, no ale po odebraniu mu w roku 2004 Teatru Nowego wpadł w depresję i siedem ostatnich lat spędził praktycznie w łóżku, co długiemu żywotowi na pewno nie służy. Na szczęście Renacie Dymnej i mnie udało się dziesięć lat wcześniej przeprowadzić z nim wywiad-rzekę, który zaowocował dwiema pokaźnymi książkami: Kobieto! Boski diable… (Prószyński i S-ka, 2012) oraz Reszta jest monologiem (Wydawnictwo BOSZ, 2016).

Na okładce tej drugiej widnieje wyłącznie nazwisko Adama Hanuszkiewicza. Wydawca uznał, że współautorzy powinni pozostać trochę w ukryciu, czemu specjalnie się nie dziwię, ale przynajmniej wyeksponował mnie jako redaktora książki – w przeciwieństwie do wydawnictwa Prószyński i S-ka, które z moich redaktorskich usług korzystało również wtedy, gdy pani Cwen-Hanuszkiewicz poszatkowała gotową do druku książkę swoimi bzdurnymi skreśleniami. Panie „redaktorki” nie miały pojęcia, co z tym fantem zrobić, ale w stopce redakcyjnej mnie nie ma.

Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, których od Prószyńskiego za zredagowanie książki nie otrzymałem. Od BOSZA zresztą też nie otrzymałem nawet złamanego grosza za w sumie wiele miesięcy ciężkiej pracy, bo wszystkie honoraria z Reszta jest monologiem będą przekazywane na rzecz Domu Aktora-Weterana w Skolimowie.

W sporządzonym przez Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich opisie uroczystej promocji tej książki, zorganizowanym wyłącznie staraniem Renaty Dymnej, ta kwestia została przedstawiona nieprawdziwie, bo nie o „część dochodu z wydania książki” przecież chodziło! Sugeruje to bowiem, iż Wydawnictwo BOSZ zrezygnowało z części swoich dochodów, a prawdą jest, że wyłącznie współautorom odebrano całość ich honorariów za wykonaną pracę (Renacie Dymnej i mnie) względnie za udzielenie zgody na wydanie tej książki (Magdalenie Cwen-Hanuszkiewicz). O tym mówi treść na zdjęciu czeku, który będzie można za chwilę obejrzeć, ale najpierw przeczytajmy ten opis:

4 kwietnia 2016 roku na Małej Scenie warszawskiego Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera odbyło się artystyczne spotkanie promujące wydaną przez Wydawnictwo BOSZ książkę „Reszta jest monologiem”, będącą zapisem rozmowy Adama Hanuszkiewicza z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim.

Spotkanie, pełne zabawnych i wzruszających anegdot i wspomnień przywołanych przez wychowanków i przyjaciół Mistrza, urozmaiciły występy aktorów i muzyków współpracujących z bohaterem wieczoru w czasach jego szefowania Teatrowi Narodowemu i  Nowemu. Zaśpiewali m.in.: Edyta Jungowska, Brygida Turowska, Małgorzata Duda, Julian Mere, Aleksander Trąbczyński. Krzysztof Szuster pojawił się wraz z pointerem, niemal wierną kopią swoich dwóch psów, które występowały w słynnej inscenizacji „Miesiąca na wsi” Czechowa w Teatrze Małym. Nie zabrakło też motocykla Hondy z „Balladyny”, na którym to on właśnie jeździł w stroju Balladyny, jako Bożena Dykiel. Sam Mistrz pojawił się na ekranie w historycznych już sekwencjach filmowych.

Miłym dla nas zakończeniem wieczoru była zapowiedź, że część dochodu z wydania książki zostanie przeznaczona na Dom Artystów Weteranów Scen Polskich im. Wojciecha Bogusławskiego w Skolimowie, za co serdecznie dziękujemy. Prowadzący wieczór – Renata Dymna i Piotr Gąsowski, uroczyście przekazali symboliczny czek na ręce dyrektor DAW, Anny Solnickiej-Heller, i Prezes Fundacji, Marleny Miarczyńskiej, która przez lata była też aktorką u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym i Małym.

Sam Adam Hanuszkiewicz wielokrotnie bywał gościem w naszym domu w Skolimowie, gdzie prowadził długie rozmowy z Tamarą Taterą, obecnie mieszkanką DAW, a niegdyś  swoją „prawą ręką” jeszcze w Teatrze Narodowym. Pani Tamarze Wydawnictwo BOSZ było uprzejme przekazać w prezencie egzemplarz książki „Reszta jest monologiem”.

Życzymy pasjonującej lektury.


 czek

 

O tym czeku, mającym za oprawę – jak na ironię losu – chyba dywan perski, będzie jeszcze mowa. A jeśli chodzi o promocję książki w Teatrze Powszechnym, to nie chciałem w niej uczestniczyć, bo taki był układ między mną a Renatą Dymną: ja byłem od czarnej roboty redakcyjnej, zaś ona od czarnej roboty promocyjnej (to, że te książki wyszły drukiem, jest przede wszystkim jej zasługą, choć bez mojej szarpaniny z „ciocią Madzią” zapewne nic by z tego nie wyszło). Moja córka Joanna Jagiełło zastąpiła mnie na tej uroczystej gali promocyjnej, wyrażając się z entuzjazmem o sposobie, w jaki została ona zorganizowana. Renata Dymna wyreżyserowała ten dwugodzinny program znakomicie, a niemające najmniejszego pojęcia o zakulisowych rozgrywkach dwie panie reprezentujące DAW (Dom Aktora Weterana) oraz Fundację Artystów Weteranów Scen Polskich były zapewne bardzo wzruszone przede hojnością współautora i redaktora książki, który sam przyznał we wstępie do tej książki, że nigdy nie był związany z teatrem zawodowo…

W czerwcu 2016 roku w teatrze w Jeleniej Górze też miałem swojego człowieka, Wojtka Szczepanika, który po dwugodzinnym spektaklu promocyjnym, zorganizowanym przez Renatę Dymną, piał z zachwytu.  Niedługo dojdą kolejne promocje w innych teatrach, ale żadna z nich nie odbędzie się tam, gdzie przede wszystkim powinna mieć miejsce: w warszawskim Teatrze Narodowym! Dlaczego nie tam?  Proszę posłuchać, bo jest to casus zadziwiający: Teatr ten, w ogromnej mierze także Hanuszkiewiczowski, miał już w roku 2012 na plakatach promocję Jego poprzedniej  książki, Kobieto! Boski diable… (przeszkodziła w tym pani Magdalena Cwen-Hanuszkiewicz, wstrzymując na pół roku jej druk), dlaczego więc wycofał się z promowania Reszta jest monologiem, książki stokroć bardziej teatralnej niż poprzednia? A chodziło tylko o użyczenie małej sali, bez ponoszenia żadnych kosztów obsługi tego przedsięwzięcia! Wystarczy jednak przeczytać, co Adam Hanuszkiewicz powiedział o tym środowisku w swoim wywiadzie, by tę nikczemność i małość zrozumieć. Jest to oczywiste draństwo, za które pan Jan Englert (dyrektor… artystyczny) będzie się smażył wiecznie w teatralnym piekle!

 

 Reszta jest monologiem_500szer

 

cdn.

21:56, jbroszkowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2016
105 LAT I 7 DNI NAPRAWDĘ MINĘŁO!

 

Kiedy dowiedziałem się, że pan Edward złamał sobie aż pięć żeber i od dwóch dni nie je i nie śpi, byłem poważnie zaniepokojony, bo wyglądało to na prawdziwy pech! A potem był szpital w Krośnie. Ale kiedy doszła mnie wieść, że pan Edward oblizuje się na widok urodziwych pielęgniarek, a apatycznym wzrokiem spogląda na dwie starsze panie spoczywające na sąsiednich łóżkach, wiedziałem, że rychło wróci do pełni sił! I rzeczywiście – po kilku dniach został stamtąd wypisany, a lekarz prowadzący nawet nie widział potrzeby odwiezienia karetką sędziwego pacjenta do domu, co w takiej na przykład Szwecji byłoby obligatoriskt, czyli obowiązkowe, wraz z obowiązkowym przewiezieniem go w wygodnej pozycji leżącej. A tu: upchał wnuk Maciek dziadka na tylnym siedzeniu zwykłej osobówki jak worek kartofli i bujaj się Fela, bo jutro niedziela! 

Miałem kiedyś pęknięte tylko jedno żebro i wiem, jaki to był koszmarny ból przy oddychaniu. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym złamał sobie pięć żeber, tfu, odpukać! Oczywiście pan Edward powinien z racji swojego wieku przebywać w pomieszczeniach, gdzie możliwość złamania sobie czegokolwiek jest praktycznie wykluczona. W takich komfortowych warunkach przebywają stulatkowie w domach opieki społecznej na zachodzie Europy. Poza całodzienną opieką lekarską i pielęgniarską mają do dyspozycji gabinety zabiegowe – panu Edwardowi też przydałyby się codzienne masaże, ćwiczenia usprawniające, także w wodzie, dzięki czemu na pewno chodziłby bardziej wyprostowany, a dieta, którą by tam otrzymywał, różniłaby się nieco od tej, jaką sam sobie zaordynował!

Można na cywilizację wybrzydzać, mówić, że gdzieś tam w górach ludzie żyją po sto kilkadziesiąt lat, ale… Stop! Zatrzymajmy się najpierw na tych górach. Kaukaz, z legendą o dziewięćsetstuletnim panu młodym i pannie młodej młodszej o trzysta lat, nasuwa się na myśl automatycznie. Półtora tysiąca stulatków tam żyjących, jeśli ich metryki urodzenia są pewne, robi oczywiście wrażenie. Pewne jest niewątpliwie to, że górskie powietrze, przyroda i klimat Kaukazu Północnego wpływają pozytywnie na zdrowie i sprzyjają długowieczności, ale poza odżywianiem (wzmianki o baranim tłuszczu, który dodaje się do większości potraw kaukaskiej kuchni i wytwarza się z niego słodycze oraz mydło, pojawiają się już w Biblii) ważny jest również styl życia: ludzie, którzy mieszkają w górskich wioskach, przywykli od dziecka do ciężkiej pracy, a nie do leniuchowania! 107-letnia pani Mirishan, którą oglądam na zdjęciu, ma na pewno tyle lat, bo mapa jej twarzy na to wskazuje. Ponadto zaświadczają o tym jej wnuki, które mają po ok. 60 lat. Całe życie ciężko pracowała w kołchozie, w represyjnych latach 40. XX wieku deportowano ją do Kirgizji, ale nic nie mogło złamać hartu jej ducha. Po kilkunastu latach udało jej się powrócić w rodzinne strony, nadal sama zajmuje się gospodarstwem i dogląda wnuków, przyrządza im jedzenie. Nigdy nie była u lekarza ani nie zwracała się o pomoc lekarską, dzieci rodziła w domu. Narzeka jedynie na słuch, więc trzeba mówić do niej głośno. Wprawdzie u nas żyją panie w tym wieku, jedna z nich ma ponad 111 lat, ale nie sądzę, by odznaczała się taką żywością ciała i umysłu!

Wcześniej pisałem, że najstarszy Polak ma 107 lat i że panie pod względem długowieczności biją nas na głowę, okazuje się jednak, że Antoni Sławiński, mieszkaniec Kudowy Zdroju, według oświadczenia własnego urodził się 6 lipca 1905 roku na Wołyniu, byłby więc najstarszym mieszkańcem naszego kraju http://www.kudowa.pl/pl/aktualnosci/z-wizyta-u-pana-antoniego, detronizując panią Jadwigę Szubartowicz w długości życia o ponad 100 dni!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Antoni_Slawinski.jpg

 

To, że burmistrz tamtego, też kurortowego miasta w to wierzy, jest zrozumiałe. Znaczne większe wątpliwości budzi fakt, że brak jest dokumentów potwierdzających jego datę urodzenia (ktoś napisał w komentarzu: „w latach, kiedy urodził się ten pan i jego rówieśnicy, często dopisywano kilka lat, by nie iść do wojska”).  Z informacji podanych pod wskazanym przeze mnie linkiem wynika wprawdzie co innego, ale czy służba w kawalerii pana Antoniego w 1925 roku, kiedy miał mieć 20 lat, ma potwierdzenie w jakichkolwiek dokumentach? Należy w to powątpiewać, bo w innym razie nawet brak metryki urodzenia (nie tylko podczas rzezi wołyńskiej płonęły archiwa kościelne) nie stanowiłby przeszkody do uznania jego wieku za prawdziwy.

Niestety, obecnie nie ma bezinwazyjnych metod badawczych, które by u człowieka żywego wskazały z niewielkim odchyleniem na wiek rzeczywisty. Badania szwów czaszkowych przeprowadza się na razie tylko na szkieletach osób zmarłych. Badanie stanu uzębienia u osobnika bezzębnego też w grę nie wchodzi. Metody radiometrycznej (każdy z izotopów ma określony czas, po którym połowa jego atomów ulega rozpadowi na atomy pierwiastków potomnych oraz jeden lub więcej rodzajów promienia) użyć można tylko do określenia wieku skał. Tak jak i metody sedymentologicznej, choć można by chyba dokonać pomiarów tempa sedymentacji różnych osadów w zbiorniku wodnym, jakim w pewnym sensie jest ciało pana Antoniego Sławińskiego, bo składa się przecież ono w znacznej mierze z wody, nieprawdaż? Krew to przede wszystkim woda, ale jednak krew to nie woda – czyżby w panu Antonim ta jego krew była tak mało krwista, że dopiero w 1937 roku, mając 32 lata ożenił się z panią Teklą i zaczął płodzić potomstwo? Wolne żarty, zwyczajny chłop z jajami rozpocząłby służbę prokreacyjną   znacznie wcześniej! A mówiąc zupełnie serio – pan Antoni na podane przez siebie lata absolutnie nie wygląda! Microsoft udostępnił narzędzie How-Old.net, które na podstawie zdjęcia szacuje wiek osób na nim się znajdujących. Niestety nie jest ono jeszcze doskonałe, ale nawet laik, patrząc na zamieszczone powyżej zdjęcie pana Antoniego, nie da mu więcej niż 102 lata!

Wprawdzie w Tybecie widziałem ponad stuletnich mnichów, wyglądających na 60-latków, którzy, jak w powieści Jerzego Andrzejewskiego, szli skacząc po górach (zostało to oczywiście zaczerpnięte z biblijnej Pieśni nad pieśniami), ale to było w Tybecie – na szczytach duchowości, gdzie można odżywiać się wyłącznie światłem! Do Karakorum niestety nie dotarłem. Pod tym pasmem górskim w dolinie rzeki Hunza znajduje się podobno światowe centrum długowieczności. Najciekawsze jest jednak to, że Hunzowie, lud tę dolinę zamieszkujący, nie tylko pod względem genetycznym przypominają wschodnich Europejczyków! Ta dorosła dziewczyna Hunza ze zdjęcia poniżej mogłaby urodzić się w np. w Warszawie (skóra biała, oczy zielone, ostry podbródek).

 

http://jbr.blox.pl/resource/hunzavalleypakistan.jpg

 

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy szczęśliwym małżeństwem w tym plemieniu było akurat to, gdzie on dożył 106 lat, a ona 103. Bardziej absorbuje mnie pytanie, jakie gody obchodzili? Brylantowe (75 lat długoletniego pożycia małżeńskiego) z pewnością, dębowe (80 lat dpm) też niewykluczone, ale w plemionach za mąż wychodzi się raczej wcześniej, więc co? Skala się skończyła, czy po prostu obchodzi się tam jeszcze inne gody, skoro prawdą jest, że niektórzy członkowie tego plemienia żyją znacznie-znacznie dłużej?

Faktem jest, że nie wiedzą, co to rak, cukrzyca, otyłość czy wysokie ciśnienie, czyli typowe choroby cywilizacyjne. Faktem jest też, że zjadają w dużych ilościach pestki moreli, które zawierają spore ilości witaminy B17. Ma ona działanie przeciwrakowe, a Hunzowie, dzięki tym pestkom, spożywają jej 200 razy więcej niż przeciętny Amerykanin! Jeszcze jedno: dla nich człowiekiem w średnim wieku jest stulatek!

Hunzowie są tym, co jedzą: w dużej ilości spożywają surowe owoce i warzywa (np. ziemniaki, marchewkę, rzepę, dynię, jabłka, czarne porzeczki, wiśnie, śliwki, morele), orzechy (laskowe i migdały) oraz zrobione z nich oleje. Ponadto konsumują dużo zbóż: grykę, pszenicę, proso oraz jęczmień, które jakoś im nie szkodzą. Być może sekret tkwi w odpowiednim przygotowaniu tych zbóż do konsumpcji poprzez moczenie, kiełkowanie i fermentowanie, tak jak to się dzieje w innych cywilizacjach „zbożowych”? Albo po prostu w lepszym ich przyswajaniu? Poza  mlekiem i jogurtami piją praktycznie tylko wodę pochodzącą z lodowca; wino używane jest jedynie w celach medycznych. Dalej: mimo iż pracują fizycznie, jedzą niewiele (dwa główne posiłki w ciągu dnia); dorosłym ludziom w tym surowym klimacie wystarcza niecałe 2000 kalorii dziennie. Dzięki temu są dużo bardziej wytrzymali i mają więcej energii. Dodajmy, że oczyszczają się za pomocą postów i że robią to od najmłodszych lat. Taki ścisły post trwa kilka dni i odbywa się najczęściej wiosną.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Matka_i_corka.png 

Powyżej: matka (naprawdę stareńka) i córka.  Jeśli prawdą jest, że niektórzy  z Hunzów dożywają 145 lat, to wyczyn Francuzki Jeanne Calment (1875-1997), której udało się przeżyć w niezłym zdrowiu 122 lata i w gorszym 164 dni, nieco blednie. Była ona jednak najstarszą udokumentowaną Ziemianką. Tak jak pan Edward Helon uwielbiała słodycze, zjadała tygodniowo prawie kilogram czekolady (temu, jak również oliwie z oliwek, którą dodawała do potraw i wcierała w skórę, przypisywała swoją długowieczność i stosunkowo młody wygląd). Pomińmy fakt, że paliła do 117 roku życia, ale tylko dwa papierosy dziennie, w tym jeden do szklaneczki porto. Na rowerze jeździła do stu lat, uprawiała też inne sporty. Samodzielnie chodziła prawie do 115. roku życia. Niestety upadła i złamała kość udową, od tej pory jeździła na wózku. Dopiero po ukończeniu 122 lat podupadła na siłach i już nie podnosiła się z łóżka.

Kiedy zmarł jej jedyny wnuk ciężko ranny w wypadku drogowym, 90-letnia Calment zawarła umowę z pewnym prawnikiem, który za przejęcie  domu po jej śmierci (liczył, że nastąpi to najpóźniej po 10 latach) miał jej wypłacać dożywotnią pensję w wysokości 2500 franków miesięcznie. Gdy na dwa lata przed jej zgonem zmarł na raka, trzydziestoletnie spłaty tego domu przekroczyły dwukrotnie jego wartość. Wdowa po nim musiała spłacać ten dom jeszcze przez ponad dwa lata! Dla mnie informacją najciekawszą jest to, że osobiście znała Vincentego van Gogha, kiedy ten niezwykły, ale i tragiczny malarz mieszkał w Arles. Opowiadała w tym, mając 114 lat, w filmie nakręconym z okazji setnej rocznicy jego pobytu w Arles (ona tam się urodziła i mieszkała w tym mieście do śmierci). Według niej był brzydki i nieuprzejmy.

 

http://jbr.blox.pl/resource/jeanne_calment.jpg

 

O tym wszystkim opowiadałem tym przedstawicielom najbliższej rodziny pana Edwarda Helona, zebranym w Barze na „Górce” w sobotę 17 grudnia 2016 roku, którym udało się dojechać na uroczyste przyjęcie zorganizowane z okazji Jego 105. urodzin, Jego córka, pani Janina, mądrze zadbała o to, żeby świadkiem owego niesłychanego wydarzenia w nowożytnych dziejach Iwonicza-Zdroju był pisarz-kronikarz tych dziejów, który w najnowszym, już trzecim wydaniu swojej książki kuracyjnej podał wiadomość z ostatniej chwili o tym, że Iwonicz-Zdrój ma swojego 105-latka, wraz z linkiem na obszerną opowieść o tym fakcie na tym właśnie blogu onetowskim. Pani Janina mogłaby się wahać, gdybym był żarłokiem i moczymordą, goszcząc mnie jednak wcześniej u siebie wiedziała dobrze, że spustoszenia na stołach nie zrobię, a świadectwo prawdzie dam. Ta prawda będzie oczywiście subiektywna, a ponadto niepełna, bo takie zdarzenia nabierają odpowiedniego wymiaru dopiero po jakimś czasie, kiedy nabierzemy do nich tzw. dystansu.

Przed Barem „Na Górce” stawiłem się dziesięć minut wcześniej, o godz. 13:50, jako pierwszy z przyszłych biesiadników. Po zlokalizowaniu sali, w której na stołach znajdowało się już to, co trzeba do rozpoczęcia uroczystości, wyszedłem na dwór, żeby być świadkiem przybycia orszaku z Dostojnym Jubilatem. Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, Mogłyby to na przykład być sanie wiedeńskiej roboty, które kiedyś stały pod sanatoriami, ale zaprzężone aż w sześć karych koni (dla podkreślenia rangi tego wydarzenia).  No tak, ale śniegi na drogach są obecnie rozgarniane przez pługi, więc powóz ze znakiem herbowym Helonów i stangretem na koźle ubranym we frak i pudrowaną perukę, albo, stosownie do zimowej pogody, w pelerynę podbitą futrem pasowałby bardziej. Przy podjeżdżaniu pod Bar „Na Górce” jego wielkie biczysko zataczałoby oczywiście fantazyjne koła. Dodajmy do tego parskanie koni gwałtownie osadzonych w miejscu za pomocą nagłego ściągnięcia lejców tuż przed samym wejściem do biesiadnej sali.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego cały Bar nie został rzęsiście iluminowany z tej okazji, a drogi prowadzącej do niego nie zwieńczono bramą triumfalną, niekoniecznie stałą, w kształcie monumentalnej budowli stawianej już w czasach rzymskich dla upamiętnienia ważnej osoby lub uczczenia ważnego wydarzenia, czyli właśnie takiej osoby jak Edward Helon (przyznacie, że to nazwisko ma szlachetne, wręcz antyczne brzmienie!) i jubileusz 105-lecia Jego urodzin. O takie sprawy powinny zadbać władze Gminy, mając za wzór choćby Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie, mówiąc nieco ironicznie, bo naprawdę było mi przykro, że nikt o tym nie pomyślał. Niechby chociaż rozwieszono między drzewami baner, żeby poinformować kuracjuszy o tym niezwykle ważnym wydarzeniu w życiu kurortu o kilkusetletniej tradycji. Załuscy na pewno nie omieszkaliby tego wykorzystać dla celów reklamowych!

Tak sobie rozmyślałem, ryjąc kijkiem leszczynowym w śniegu: Edward Helon, mieszkaniec Iwonicza-Zdroju, ma 105 lat! Kuracjusze idący w stronę sanatorium KRUS przystawali, czytali i żywo komentowali ten mój napis, wypytując o szczegóły. Ale zanim zdążyłem im wszystko objaśnić, nadjechały pierwsze samochody, a wśród nich ten, który przywiózł pana Edwarda.

Kiedy wnukowie pomogli mu wyjść z samochodu – stał na chodniku wyraźnie oszołomiony. Już dzień wcześniej, gdy władze miasta i gminy odwiedziły go w domu, składając gratulacje i wręczając okolicznościowy dyplom, zapytał córkę, kiedy pan burmistrz ze swoją świtą opuścił dom: „Czego oni ode mnie chcieli?”. „Pojutrze będziesz miał 105 lat!” – krzyknęła mu do ucha pani Janina. „Ja… 105 lat? Coś ci się chyba pokręciło w głowie!”. „W niedzielę będziesz miał naprawdę 105 lat!”. „No to będę miał – po co robić z tego powodu tyle szumu?”.

I przed Barem „Na Górce”, gdzie stał samotnie na chodniku i czekał, aż go wprowadzą do środka, i w sali biesiadnej, gdy go już usadowiono przy stole, miał minę przestraszonego dziecka, które wywołano do tablicy, dano do ręki kredę i kazano rozwiązać jakieś skomplikowane równanie z wieloma niewiadomymi: „Dziadku, poznajesz mnie, to ja, Mietek! Mieeeeeetek!!!", „Dziadku, to ja, Marysia! Maaaaaaaaaaaaaaaaaarysia!!!”, „Dziaaaaaaadku…. dziaaaaadku… dziaaaaaaaaaadku…. to jaaaaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaa… to jaaaaaaaaaaaaaaaaa…”. A on rozglądał się dookoła, jakby pytał: "Ktoooo to jest?, ktoooooo, ktoooooooooooo, ktooooooooo, ktoooooo?”. I zazwyczaj na próżno krzyczeli, bo po dziadku, nawet jeśli córka objaśniała mu, kim są, te informacje spływały jak woda po kaczce. O Józefie Przenajświętszy, spłodzenie pięciorga potomstwa jest sprawą dość prostą i pan Edward mógłby te pięć kresek na tablicy, do której go nieoczekiwanie wywołano, narysować drżącą ręką w każdej chwili, choć jedną kreskę trzeba by wymazać, bo najstarszy syn opuścił niedawno ten ziemski padół , ale to, co się potem z tym równaniem z pięcioma wiadomymi porobiło, zaczęło w pewnym momencie przekraczać możliwości obliczania tego na palcach nie tylko rąk, bo i nóg też! Na tej sali najmłodszy „zstępny” miał zaledwie kilkanaście miesięcy!

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105_III.jpg

 

Stoi pan Edward przy tej jubileuszowej tablicy i drapie się po głowie. Bo obok skomplikowanych liczb dochodzą jeszcze takie pojęcia jak „zstępny”. O Jezusie Przenajświętszy, jeszcze mnie, staremu, każą się wspinać na sam czubek drzewa genealogicznego Helonów, bo o „wstępnych”, czyli moich przodkach, niewiele wiadomo, i od moich lędźwi zaczną spuszczać we wszystkich kierunkach tych tam „zstępnych”, którzy w genealogii oznaczają każdego kolejnego potomka tej samej osoby: jej dziecko, wnuka, prawnuka, praprawnuka itd., natomiast „wspólni zstępni” to zstępni tej samej pary, pochodzący z tego samego związku kobiety i mężczyzny (nie tylko z małżeństwa), amen.

Wszystkie poty biją na pana Edwarda, rozgląda się coraz bardziej przestraszony dookoła, a ci wszyscy zstępni i wspólni zstępni zachowują się tak, jakby nie rozumieli jego dylematów, napierają na niego roześmiane postaci z kielichami w rękach i śpiewają możliwie najgłośniej: „Dwieeeeeeeeeeeeeeście lat, dwieeeeeeeeście lat, niech żyyyyyyyyje, żyyyyyyje nam, nieeeech żyyyyyyyyyyyyyyyyje naaaam!”. I spełniają toast szampanem, a pan Edward nie odpowiada, nie pije, usta ma coraz bardziej spierzchnięte, w jego wzroku czai się prawie trwoga, bo nikt z biesiadników nie widzi potrzeby podpowiedzenia mu, co ma zrobić z tą kredą w ręku i z tą tablicą, która czysta, niezapisana (tabula rasa) była tylko w chwili jego narodzin, 18 grudnia 1911 roku (w tym dniu narodziło się także Związkowe Naczelnictwo Skautowe, czyli polskie harcerstwo), a później została zapisana stopniowo w ciągu życia i zdobywania doświadczeń, czyli w ciągu 38 352 dni, które od tamtej pory minęły.

 

http://jbr.blox.pl/resource/Urodziny_105.jpg

 

Dlatego pan Edward nie chce patrzeć na tort urodzinowy, bo tam to wszystko zostało wypisane w tych 105 latach! Odchodzi od niego najdalej jak to możliwe i po chwili znajduje się za stołem obok najstarszego, żyjącego syna, Mariana. Siedzi tam pozornie nieobecny, czasami udaje, że przysypia, żeby nikt nie widział, że nadal stoi przy już pogryzmolonej tablicy z kredą w ręku i nie wie, co ma zrobić z tymi wszystkimi liczbami, równaniami z coraz większą ilością niewiadomych, bo potok zstępnych i wspólnych zstępnych nie wyschnie już nigdy. Mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta, tort urodzinowy został pokrojony i zjedzony przez biesiadników, a z jego talerzyka nie znikło nic, kieliszek napełniony przed czterema godzinami też jest nadal pełny.

Czasami mój wzrok spotyka się z jego wzrokiem i mam wrażenie, że nici porozumienia między nami nic nie jest w stanie przeciąć, bo tylko my dwaj wiemy, co jest tutaj „grane”. Niechaj inni się dobrze bawią, jedzą i piją, bo po to przebyli daleką drogę, żeby w gronie rodzinnym uczcić w ten sposób te 105 lat życia tego, dzięki któremu bezpośrednio czy pośrednio też cieszą się życiem. Bardzo mi się ci prości, serdeczni ludzie podobają. Nie ma w nich żadnego zadęcia, żadnej sztuczności. W dzieciach, które tam były, też to jest. Dobre ziarno zasiał pan Edward, bez dwóch zdań! Chciałbym się z nimi jeszcze raz spotkać z okazji 110-lecia urodzin pana Edwarda. Dałby Bóg, żeby było to możliwe!


 http://jbr.blox.pl/resource/Pan_Edward_z_moja_ksiazka.jpg

 

 

Skoro nawet pan Edward miał w rękach moją książkę, to chyba mam moralne prawo zaprosić wszystkich również jako wydawca na swoją stronę internetową?

www.monsadmirabilis.beskidy.pl

 



15:07, jbroszkowski
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21