Blog > Komentarze do wpisu
Hej, Bieszczady, hej, Bieszczady... (cz. 1)

     Podczas jazdy autokarem w kierunku Leska utkwiła mi na dłużej w pamięci nie ta informacja podana przez pana Staszka, że „nasz wielki król Władysław Jagiełło tu na Zamku w Sanoku 2 maja 1417 roku wziął ślub z Elżbietą Granowską, łasy bardziej na jej pieniądze niż na wdzięki, miała bowiem już czterdzieści pięć wiosen i nie mogła mu urodzić upragnionego potomka”. Dlatego, tak jak to się stało w przypadku czwartej żony, młodziutkiej Sonki, nikt jej nie oskarżał o zdradę małżeńską, ale jej pochodzenie, mimo iż nie wypadła sroce spod ogona, było powodem wielu złośliwych plotek, w których celował Stanisław Ciołek, sekretarz królewski, przedstawiając w alegorycznej bajce lwa, który poślubia świnię po tym, jak ta rzuciła na niego czary.

 

                

 

     Hm, a nikomu nie przeszkadzało, że była „kobietą po przejściach” wyjątkowo burzliwych, o czym Jagiełło, jej czwarty mąż, doskonale wiedział,  bo przecież to on wysłał jej na ratunek Jana z Jičina,  gdy w 1389 roku została porwana i zaślubiona przez śląskiego rycerza Wisła Czambora. Ten Jan nie tylko ją uwolnił, ale i poślubił, uczyniwszy ją najpierw wdową, też za przyzwoleniem króla, który przymknął oko, gdy upominającego się o małżonkę Wisła przeszyły przed krakowską łaźnią, skąd wychodził, strzały z aż dwunastu kusz. Gdyby Wiseł wskoczył do zaczarowanej dorożki, która jak Wisła Wisłą powinna, według zapewnień poety, być w Krakowie zawsze, to być może Jagiełło miałby tylko trzy żony, o Wiśle słuch by zaginął, a pan Staszek nie miałby okazji dodać: „Ci, którzy mają tylko jedną żonę, mogą pozazdrościć Jagielle, że miał ich cztery, ale tutaj w autokarze jest ktoś, kto przebił króla, mając żon aż pięć!”

    Puściłem to mimo uszu, jakby nie odnosiło się to do mnie, więc jaka jeszcze informacja mogła przykuć na całe dwie minuty moją uwagę? Działo się to znacznie wcześniej, jeszcze w Rymanowie, gdy pan Staszek powiedział: „Żaden Żyd nie miał wstępu do uzdrowiska Rymanów, może dlatego potomek jednego z nich z myślą o zemszczeniu się na hrabim Potockim przyczynił się do skonstruowania pierwszej bomby atomowej, a potomek drugiego, w Polsce jeszcze bardziej sławny, to ten, co się tak jąka, no, ten Aaaaaadam, sami wiecie…” Wiem, że ten pierwszy nazywał się Isidor Isaac Rabi i otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki za metodę rezonansową obserwacji właściwości magnetycznych jąder atomu w roku 1944, a dwa lata później urodził się Adam Michnik, właściwie Aaron Szechter, ale już w Warszawie.

     O nim pan Staszek rzeczywiście nie musiał nic więcej mówić, chyba że znałby tamtą panią z Doliny nicości Bronisława Wildsteina, z którą powieściowy Michał Bogatyrowicz, redaktor naczelny „Słowa”, czyli de facto Adam Michnik, kiedyś redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, uprawiał seks oralny zasypiając z członkiem w jej ustach, być może dlatego, że w tych sprawach ona też się jąkała, tak jak pewien uczestnik kursu spadochronowego z żelaznej anegdoty pana Staszka. Otóż na polecenie instruktora wszyscy mieli otworzyć spadochron w powietrzu po odliczeniu głośno „raz-dwa-trzy”, ale on powiedział „tttt-rzyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy” dopiero w kilka chwil po wylądowaniu w stogu siana. Pobladłemu ze strachu instruktorowi wyjaśnił, że-eeeeeeee je-eeego-ooooo sio-o-ooo-stra ją-ąą-ka się-ęęęęę je-eee-szszsz-czee baaa-rrr-dzieeej…

     Zanim wyjąkał, jak bardzo jąka się jego siostra, która tuż po urodzeniu dziecka, chcąc powiedzieć mężowi, że „raz, dwa, trzy i poooszło”, mówiła to tak długo, że jej syn osiągnął pełnoletniość, byliśmy już w Lesku, gdzie ponownie wstąpiliśmy do „Słodkiego Domku”, zamiast podjechać pod Zamek Kmitów. Rozumiem, że pan Staszek kierował się względami praktycznymi: wypicie kawy i zjedzenie ciastka w „Słodkim Domku” kosztuje na pewno mniej niż w pensjonacie „Zamek”. Kmitowie przewracają się w grobach – ich wspaniałe rodowe gniazdo zostało przemienione na pensjonat zaledwie dwugwiazdkowy! Należy wątpić, czy właściciele pensjonatu udobruchaliby ich, proponując jedną z atrakcji, jaką jest kolejka wąskotorowa, czyli Bieszczadzka Ciuchcia, kursująca w okresie letnim od Majdanu do Przysłupia, nawet gdyby na ich życzenie upozorowano napad na kolejkę, okazuje się jednak, że oni są najmniej winni takiego stanu rzeczy: to przecież według projektu Wincentego Pola, poety sławiącego iwonicką „Bełkotkę”, odbudowano zamek w latach 1836-1938, nadając mu kształt rezydencji klasycystyczno-renesansowej w stylu włoskim, przez co zatracił on całkowicie swój pierwotny wygląd, a zatem to do niego Kmitowie powinni kierować swe pretensje…

 

          

 

    Za stylem romantycznym w architekturze nigdy nie przepadałem, natomiast marzyło mi się, by znowu móc polatać szybowcem z legendarnym pilotem Piotrem Bobulą na pobliskim szybowisku w Weremieniu, ale program wycieczki, który pan Staszek musiał zrealizować, uległby wówczas znacznej redukcji, więc w drodze z Leska do Myczkowiec przypominałem sobie czasy, gdy byłem w Bieszczadach po raz pierwszy. Na dwunastą zaplanowany był rejs „Trampem” po Zalewie Solińskim, o którym wtedy nawet się nam nie śniło, był to bowiem rok 1958, a pierwsze roboty przy budowie zapory rozpoczęto dopiero w trzy lata później. Sołtys i mieszkańcy wsi Solina, nawet ci, którzy pamiętali przedwojenne próby zbudowania elektrowni wodnej w Myczkowcach, chyba nie wierzyli, że ich domy i budynki gospodarcze znajdą się na głębokości sześćdziesięciu metrów pod powierzchnią sztucznego jeziora. Najczęściej już nie żyją lub są tak starzy, że o zejściu na dno zalewu nie myślą – na kursach ekstremalnego nurkowania schodzi się na głębokość czterdziestu pięciu metrów, więc ich potomkowie też raczej tam nie dotrą, choćby dlatego że budynki pokryte są trzymetrową warstwą mułu, a widoczność już po pięciu metrach jest równa zeru, gdyż każdy deszcz wrzuca do „bieszczadzkiego morza” kolejne tony błota…

     My do Soliny i innych zalanych miejscowości, Wołkowyi czy Teleśnicy Sannej, schodziliśmy z otaczających je wzniesień, ze Stoczka i Jaworu od północy, z Tołsta i Wysokiego Horbu od południa, z Horbka, Pliszu i Czakowa od zachodu, no i z Żukowca oraz Stromego Berda, górujących nad samą zaporą, która podobno waży dwa miliony ton, czego potwierdzić nie mogę, ponieważ nie mam nawet wagi aptekarskiej. Zbocza były niekiedy tak strome, że trzeba było po nich zbiegać jak kozica, ale ona nie musi się przedzierać tak jak my przez chaszcze tak dzikie, że nawet jelenie omijały je szerokim łukiem. Oczywiście można było szukać ścieżek ludzkich czy zwierzęcych, ale nas ta dzikość fascynowała. Byliśmy młodzi i silni, hej!

     Przynajmniej jedna gitara musiała być, ale jeszcze wtedy nie śpiewano w tamtych stronach tytułowej piosenki przy użyciu następujących chwytów: „Hej Bieszczady, hej Bieszczady CF / Na Bieszczady nie ma rady FC, / Chciałoby się pokowboić C Gis Fis F, / A tu trzeba krowy doić FC…”, Przy wdzieraniu się na Otryt było to jednak zupełnie niemożliwe, gdyż bez czegoś w rodzaju maczety oraz ostrej siekierki o przejściu tamtędy nie było mowy. Każdego tam „nosiło”, czyli każdemu zdarzało się pobłądzić – mnie wodził po tej sakramenckiej głuszy diabeł otrycki, który w tamtych czasach nikomu nie mówił na powitanie „Szczęść Boże”, przez całe dwa dni, i nie mogłem wypatrzeć Anioła Stróża, gdyż ten ochrania jedynie zwyczajnych turystów, przepłaszając żmije i misie „gdzieś na Otrycie” i po cichu przeklinając „anielskie podłe swe życie”, tak strasznie jest bowiem zapracowany od czasu, gdy powstał zalew…

     Wtedy o spotkaniu tam jakiegoś człowieka można było tylko pomarzyć, natomiast żmij było pełno, a misie też się pojawiały, znacznie bardziej dobrotliwe, gdy pyski miały upaćkane miodem dzikich pszczół z leśnych barci – nie daj jednak Boże, gdy była to niedźwiedzica z młodymi! Eeeeeeeeech, było gdzie błądzić na tym grzbiecie o długości trzech godzin szybkiego marszu, oczywiście, gdyby to była odsłonięta równina, a nie zbity gąszcz krzaków, gałęzi, pni jodeł i buków, będących punktami widokowymi tylko dla ptaków, gdyż nawet z najwyższego szczytu, którym jest Trohaniec (939 m n.p.m.), nie było nic widać. Ale w końcu diabeł się nade mną ulitował, donosząc mi do nozdrzy dym z ogniska, przy którym siedzieli trzej drwale, popijając z metalowych kubków herbatę pachnącą dymem…

 

             

                                        Z lewej Tołsta, z prawej Otryt

     Och, jak ta herbata mi smakowała! A jak smakowały dorodne maliny i jagody z dużych osłonecznionych polan, będących pozostałościami dawnych połonin, na których wypasali bydło mieszkańcy tych ziem wypędzeni stąd po akcji „Wisła”, wiedzą jeszcze niektóre moje zmysły. Nie musieliśmy mieć pieniędzy, by spędzić tu całe trzymiesięczne wakacje – wystarczyło znieść na dół do skupu kilkadziesiąt kilogramów jagód lub grzybów w dniu, gdy na drodze pojawiała się rozklekotana ciężarówka z chlebem, zwyczajną kiełbasą, no i cukrem oraz makaronem, niezbędnymi dodatkami do kompotów i zup owocowych chłodzących się w potokach w aluminiowych menażkach…

     Stop, stop, właśnie dojechaliśmy do Zapory Solińskiej i pan Staszek zarządził półgodzinny postój. Na samo zachwycanie się widokiem z korony zapory oraz na podglądanie watah ogromnych karpi kotłujących się tuż przy betonowej ścianie pozostało zaledwie kilka minut, dochodziło się tam bowiem alejką handlową, podobną do tych na dawnym bazarze na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, gdzie w niektórych miejscach nie można było przejść wśród gąszczu rąk wymachujących na przykład butami. „Każdy handełes jest cymes!”, ale nie zauważyłem, by przekupnie zajadali się cymesem z cynamonem, czyli jabłkiem zapiekanym w cieście z sosem waniliowym. My z panem Staszkiem zjedliśmy na spółkę sporego pstrąga z frytkami i surówką, smacznego i darmowego, gdyż szef smażalni ryb wiedział, że przewodnik mógłby zaprowadzić wycieczkę do konkurencji mieszczącej się tuż obok…

     Z tego samego powodu wsiedliśmy na pokład statku spacerowego nie tutaj, lecz w Polańczyku. Oczywiście kapitan „Trampa” przymknął oko na to, że „pan pisarz” popłynął na gapę obok Wyspy Zajęczej w kierunku zapory wodnej w Solinie, mijając następnie Martwy Las i opływając Wyspę Skalistą. Gdyby to nie był rejs godzinny, przepłynęlibyśmy dodatkowo obok Drzewa Wisielca. Ta nazwa nie wzięła się zapewne z przypadku – w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, dokąd Tuwim chciał skoczyć na dzień ze swoją najmilszą (już nie pamiętam, czy Najbłękitniejszą była Halina Kon, jego miłość platoniczna, czy Stefania Marchew, jego przyszła żona, w każdym razie obie były tomaszowiankami), pokazywano mi „drzewo wisielca” w liczbie pojedynczej, mimo iż wisiała na nim cała rodzina, i ponoć dlatego tamto drzewo obumarło, tak jak i to…

 

                                                  

                               Nasz statek nie płynął obok Drzewa Wisielca

      Płynąc statkiem żałowałem, że nie został on wynajęty na podróż poślubną. Panną młodą musiałaby być koniecznie pani Maryśka z Warszawy, która twierdziła, że jest poznanianką, a panem młodym jeden z bieszczadzkich zakapiorów, którego później poznałem w Cisnej. Pani Maryśka nadawałaby się do tej roli znakomicie, choćby z tego powodu, że była osobą samotną. Dowiedziałem się tego, gdy w Iwoniczu-Zdroju czekałem po drugiej stronie „Trzech Lilii” na autokar. Pani Maryśka podeszła do mnie z paszportem w ręku, co mnie zdziwiło, gdyż przy wyjeździe w Bieszczady nie było to konieczne, i wyrecytowała jednym tchem: „Chciałam pojechać do Lwowa, ale mam nieważny paszport, dlatego jadę z wami, jestem osobą samotną, ale kto mnie zechce, skoro urodą nie grzeszę i jestem chora?”  Eeeeeee, dla tamtego zakapiora byłaby prawdziwą pięknością, a jej choroba musiała być w znacznym stopniu urojona, gdyż wszędzie jej było pełno i biegała jak fryga, a to, co jej ewentualnie dolegało, minęłoby w czasie nocy poślubnej na „Trampie” jak ręką odjął!

      Ale to mogła być melodia przyszłości, więc co takiego musiałoby wydarzyć się podczas tego godzinnego rejsu, by stał się on dla mnie niezapomnianym przeżyciem? Machanie ręką do każdego przepływającego obok jachtu lub innego statku spacerowego, względnie popatrywanie na dwie dziewczyny do połowy zanurzone w wodzie u brzegu Wyspy Skalistej to żadna atrakcja dla człowieka, który zwiedził kawałek świata. Więc co? Już wiem! Wokół „Trampa” powinny wynurzać się nagle krzyże oraz trumny, z których wysypywałyby się czaszki i piszczele – na tych wodach już się to zdarzało, choćby w roku 2009 w okolicach Polańczyka. Na dnie zalewu znalazło się chyba pięć cmentarzy, z których ekshumowane szczątki przeniesiono na inne miejsca wiecznego spoczynku, ale widocznie nie wszystkie…

                                                          Cdn.  

niedziela, 31 lipca 2011, jbroszkowski