Blog > Komentarze do wpisu
Powrót Münchhausena (cz. 1)

     Kruki, kawki, wrony zawsze gromadzą się przed zimą, ale czy musiały wysypać się tak nagle z jesiennego rogu obfitości barw oscylujących wyłącznie pomiędzy żółcią a czerwienią? Czy te czerwone róże, które ustawiłem na szafce przed drzwiami, musiały w ciągu jednego dnia tak dziwnie sczernieć, mimo iż poprzednie kwitły i pachniały przez całe dwa tygodnie? Poeto, nie na wszystkie pytania znajdziesz odpowiedź, nie wszystko musisz zrozumieć – pora melancholijna minęła, w szkarłacie, złocie już nie stoi las przy lesie, mimo iż do początku kalendarzowej zimy jeszcze daleko… W poczuciu zdrady ze strony jesieni i wbrew swej woli musiałem przeto w ciągu całego minionego tygodnia brodzić w śniegu, przemierzać niezmierzone obszary bieli, żyć w niej – dosłownie i przenośnie, bo śnieg i tyle mrocznych myśli trzeba było rozświetlić, tyle czarnych miejsc wymazać jasnością rozumienia, cóż że bardziej niż niepełnego…

     To była taka sama vinterresa, podróż zimowa, jak ta, którą przez dziesiątki lat odbywał mój szwedzki przyjaciel i poeta Folke Isaksson w dalekiej Norrlandii. Tutaj, na Przymiarkach, szczyty wzgórz widniejących przede mną też były białe, jodełki pokryte czapami śniegu obejmowały tylko jeden ton, a podszycie ciszy oczekiwało na jeden jedyny szept: „Widzę tę białość jak rosę światła wokół latarni…” Dodawałem w duchu: laterna magica i przez te wszystkie dni myślałem oczywiście o magicznej latarni bergmanowskiej, ale po wczorajszej nocnej lekturze książki Powrót Münchhausena (nadesłanej mi na polecenie Pawła Zawadzkiego, autora świetnego wstępu do tej książki) stało się dla mnie jasne, że właśnie o tę latarnię magiczną, rozświetlającą moskiewskie mieszkanko na Arbacie, mi chodzi! Tak maciupeńkie, że na dobrą sprawę mogły go zamieszkiwać jedynie stwory o niewielkim wzroście, rekompensowanym być może przez wyobraźnię niezwykle wybujałą…

     Zygmunt Krzyżanowski (1887-1950), autor tej książki, odznaczał się niezwykle bujną wyobraźnią, lecz gnomem na pewno nie był, faktem jest jednak, że ten władający biegle siedmioma językami, w tym łaciną i greką, absolwent prawa uniwersytetu w Kijowie, który w latach 1912–1914 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach tak różnych, jak matematyka, astronomia, filozofia, teoria sztuki czy literatura (w jego prozie ta znajomość topografii oraz architektury miast będących europejskimi ośrodkami uniwersyteckimi okaże się niezwykle przydatna), późniejszy pisarz, filozof i erudyta, w którego dorobku poza nowelami, powieściami, dramatami czy scenariuszami filmowymi znalazły się również eseje filozoficzne oraz prace z zakresu teorii teatru, gnieździł się na sześciu metrach kwadratowych przez lat dwadzieścia osiem, gdy po wybuchu pierwszej wojny światowej musiał jako poddany rosyjski wrócić do Kijowa, a następnie losy rzuciły go w marcu 1922 do Moskwy. 

     Te losy to śmierć obojga rodziców oraz zaproszenie od Aleksandra Tairowa, jednego z wielkich reformatorów teatru rosyjskiego, zafascynowanego jego wykładami z psychologii twórczości artystycznej, który w owym czasie kierował moskiewskim Teatrem Kameralnym. Zaowocowało to wystawieniem tam Człowieka, który był czwartkiem Gilberta Keitha Chestertona, powieści adaptowanej przez Krzyżanowskiego na tę scenę tak świetnie, że odniosła ogromny sukces, co w tamtych realiach musiało doprowadzić do katastrofy, której zwiastunem była zerwana podczas jednego ze spektakli winda wraz z częścią scenicznej dekoracji. I rzeczywiście kolejne przedstawienie (Eugeniusz Oniegin) w opracowaniu opromienionego świeżym rozgłosem autora wspomnianej adaptacji zostało decyzją władz zdjęte tuż przed premierą, a sam Teatr czasowo zawieszony. Działo się to w roku 1936, po którym Krzyżanowski żył już jedynie we własnym cieniu, a kilkanaście lat wcześniej mógł rozkoszować się towarzystwem Achmatowej, Babla, Jesienina, Majakowskiego, Wachtangowa czy Meyerholda, z którym bardzo blisko współpracował jego brat cioteczny, Włodzimierz Tezawrowski…

    Ach, to nie baron Münchhausen był „konsultantem pewnego moskiewskiego reżysera” (czytaj: Tairowa, którego ideą był teatr wyzwolony jako synteza wszystkich sztuk), lecz Zygmunt Krzyżanowski – i to on zaproponował mu wystawienie Rewizora Gogola we własnej skali, powiedzmy münchhausenowskiej, której akcja koncentrowałaby się nie na jednostce, lecz na masach. A zatem jej tytuł brzmiałby Trzydzieści tysięcy kurierów, nie jeden kurier, którego w wersji oryginalnej Chlestakow wysłał z listem do córki Horodniczego, by zdobyć jej serce i majątek. Tamten pojedynczy kurier był oczywiście obrzydliwie usłużny, natomiast trzydzieści tysięcy kurierów postanowiło przeciwstawić się krwiopijcy-burżujowi i zastrajkować. 29 999 listów nie dociera do adresatki ku rozpaczy postarzałego i wychudłego ze zgryzoty fatyganta, w rzeczywistości szczwanego lisa kutego na cztery łapy, niestety, ostatni z kurierów, sentymentalny dureń, zanosi po kilku latach list do wcale nie niedostępnej pięknotki, której ogród zdążył zarosnąć ostami i krzakami…

     I wreszcie zakochani mogą się spotkać i wyznać sobie miłość, ale już po chwili następują sceny niemal eisensteinowskie, gdy trzydzieści tysięcy gniewnych kurierów na czele ze skruszonym łamistrajkiem, rozrzucając wśród widzów prawie trzydzieści tysięcy rozerwanych kopert z niedostarczonych przesyłek i skandując „Przyjdź do ogrodu!”, idzie do ogrodu, by rozprawić się z Chlestakowem – przerażona wybranka jego serca, chcąc go uratować, jest gotowa oddać się po kolei wszystkim trzydziestu tysięcy kurierom, na szczęście następuje pojednanie, gdy jej śmiertelnie wystraszony kochaś wyznaje bez bicia, że nie jest żadnym dygnitarzem, lecz człowiekiem pracy, takim samym jak oni, i w ślad za tym wyznaniem, przy dźwiękach narodowej pieśni Na każdy owoc przyjdzie czas, idzie w ruch trzydzieści tysięcy łopat, które skopują zaniedbaną ziemię, uwalniając ją od burżuazyjnych chwastów; nad ogrodem jaśniejące purpurą zorze i opadająca z oczu przefarbowanego na czerwono Chlestakowa zasłona wraz z opadającą kurtyną, dobre, co? 

       

                    

     Napisałem, że mieszkanko na Arbacie mogły jedynie zamieszkiwać stwory gnomopodobne, ale zapewniam, że Zygmunt Krzyżanowski nie wyglądał jak gnom! Na portrecie olejnym zrobionym przez Żannę Gierasimową lewa dłoń wyłaniająca się z bieli mankietu i podpierająca podbródek zakończona jest kaskadowo opadającymi palcami bardziej pianisty niż pisarza – to po swej matce Fabianie odziedziczył wyjątkową muzykalność, to jej zawdzięczał znajomość techniki fortepianowej w „niekończącym się spotkaniu z Chopinem” i mimo iż nie spełnił jej marzeń o studiach w paryskim konserwatorium, owe godziny spędzone z nią przy fortepianie rozbrzmiały później w jego prozie mistrzowsko poprowadzonymi liniami melodycznymi. Twarz na tym portrecie-zdjęciu, którą z braku skanera mogę na razie tylko opisać, podkreślona u dołu bielą idealnie skrojonego kołnierzyka koszuli i pochylona nieco ku przodowi jak ku niewidzialnej widowni, jest twarzą artysty po koncercie zakończonym niemilknącymi brawami. Oczy za okularami bez oprawek, osadzonymi na idealnie skrojonym nosie, wpatrzone w przestrzeń prawie wiekuistą, proste czarne włosy z przedziałkiem z lewej strony wysrebrzone dyskretną siwizną, a może blaskiem scenicznych reflektorów?

     Zazwyczaj to żony przygotowują artystów do koncertu, dbają o ich strój i wygląd, ale wiadomo, że ów wybitny, a mimo to najniżej jak to tylko możliwe opłacany językowy pianista koncertowy, po oczywistym stwierdzeniu, jakby wyjętym w pewnym okresie z ust Augusta Strindberga, że „nie stać go na utrzymanie siebie, a co dopiero żony”, wiódł w swej arbackiej dziupli żywot samotnika. Owszem, ze swą „babą na dochodne”, Anną Bowszek, spotykał się w celach wiadomych przynajmniej wówczas, gdy był w pełni sił męskich, co zapewne zdarzało się sporadycznie, jako że kartki żywnościowe pozyskiwane z moskiewskiego związku pisarzy, do którego przyjęto go dzięki cudowi ludzkiej solidarności w najgorszym dla „elementów podejrzanych”, w tym obywateli pochodzenia polskiego, roku 1939, zwiększały jedynie i aż szansę przeżycia, czyli możliwość uniknięcia śmierci głodowej, bo w jego otoczeniu ludzie z głodu jednak umierali…

     W takich warunkach zdrowie nie mogło mu oczywiście dopisywać do końca żywota, niezbyt długiego nawet z mojej perspektywy. „Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać”. Wydawałoby się, że zostanie spełnione przynajmniej to drugie jego życzenie, wyrażone jednak z dramatycznej konieczności, bo jakiż pisarz przy zdrowych zmysłach nie marzy, jeśli nie o sławie i powszechnym uznaniu, to choćby o ujrzeniu swoich tekstów w druku? Niestety, w ostatnim okresie życia, z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, musiał oddać się pod opiekę Anny, z którą długoletni związek wtedy właśnie formalnie usankcjonował. W jej mieszkanku, nazbyt dla niego przestronnym, czystym i ładnym, jego myśli „nie układały się w obrazy ani w uporządkowane ciągi”, jako że poprzednie, niezwykle twórcze, wznosiły się przecież od nieładu i tutaj były absolutnie nie na miejscu, co wprawiało go w stan ustawicznego rozdrażnienia, wzmaganego depresyjnymi myślami, o czym świadczą ostatnie notatki: 1. O życiu myśleć za późno, pora wymyślić swój koniec. 2. Życie dośpiewane i dopite. 3. Najbliższa stacja przeznaczenia: śmierć. 4. Życie należy zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

     Zdał je w Wigilię 1950 roku, jakby wiedział, że dla mnie, piszącego teraz o nim, nawet myśl o zbliżającej się Wigilii jest przeżyciem traumatycznym, tym bardziej po tragicznej śmierci Wojciecha Siemiona, który potrafił jak nikt przed nim koić moje smutki… Wracam jednak do Zygmunta Krzyżanowskiego. To, co teraz powiem, zabrzmi okrutnie, lecz chwała Bogu, że tworzył w osamotnieniu i za życia nie miał szans na wydanie swoich utworów, bo dzięki temu dożył aż tylu lat, niezakatowany na Łubiance choćby za jedną z setek drwin z rzeczywistości sowieckiej, których się dopuścił nie tylko w Powrocie Münchhausena. Jego utwory były przecież znane w kręgu moskiewskich twórców, którzy zapoznawali się z nimi dzięki popularnym w owych czasach spotkaniom w prywatnych domach, zwanych „cztieniami”, a mimo to nikt nie złożył donosu do władz związkowych będących na usługach złowieszczych służb, że jego podlane zjadliwie satyrycznym sosem fantasmagorie najdelikatniej mówiąc miały się nijak do socrealistycznego nurtu w sztuce!

          

 

     Za znacznie mniejsze przewiny zamordowano bezlitośnie tylu chudożnikow riewolucyonnoj Rossiji, mimo iż większość z nich bała się chyba własnego cienia, a temu krnąbrnemu Polaczkowi, za którego duszę modlił się chyba sam baron Münchhausen do świętego Nikogo, uszło na sucho nawet to, że mając po raz pierwszy i ostatni możliwość stałego zatrudnienia ośmielił się zrezygnować z jakże dla niego zaszczytnej funkcji redaktora Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej – rezygnacji wyrażonej w dodatku na piśmie, z uzasadnieniem najwidoczniej tak absurdalnym dla kierownictwa zespołu: Uważając próbę przekształcenia mnie z człowieka w urzędnika za wielce nieudaną, proszę o zwolnienie z funkcji redaktora..., że zadośćuczyniło jego prośbie, zamiast dążyć do ukarania tej wręcz niesłychanej w tamtej rzeczywistości niesubordynacji, za którą należała się bardziej humanitarna od wywózki do gułagu kula w łeb, tym bardziej że po jego podróżach w latach 1912–1914 po Włoszech i Niemczech bez trudu można mu było wmówić za pomocą niezbyt nawet wyrafinowanych tortur współpracę z wywiadami obu państw złowrogiej Osi…

 

--------

Zygmunt Krzyżanowski Powrót Münchhausena. Przekład Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Ilustracje Zygmunt Januszewski. Wydawnictwo BOSZ (www.bosz.com.pl, biuro@bosz.com.pl), Olszanica 2005

 

                                         Cdn.

sobota, 04 grudnia 2010, jbroszkowski

Polecane wpisy

  • Zeszyty dawnych lektur (odc. 59)

    Dokładnie dwa lata temu chciałem napisać ten odcinek, o czym świadczyło kilka wstępnych zdań wtedy skreślonych – i aż tyle czasu minęło, żeby do niego pow

  • Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

    Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diableR

  • Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 b)

    ~pp 20 czerwca 2017 o 18:24 Na ostatnim zdjęciu obok Olbrychskiego siedzą Joanna Dark (piosenkarka) z mężem Markiem Dutkiewiczem, autorem tekstów do kilkuset p