Blog > Komentarze do wpisu
Klub morderców liter (cz. 1)

     Czyżby Zygmunt Krzyżanowski przewidział to, co dopadnie go przy końcu życia: częściowy paraliż mózgu, uniemożliwiający rozróżniane liter? Jeszcze na dobre nie zacząłem czytać kolejnej jego książki, jak zwykle przeglądając najpierw pobieżnie strony, by poczuć jej smak, gdy już pisałem o niej w mailu do Joanny, mej przyjaciółki z Kanady pachnącej żywicą: „Mówisz, że wszystko jest kwestią czasu? Jakiego? Czas. Czas. Gdy zdradza nas dzień dzisiejszy, pozostaje nam wieczność. Widać, że ostatnio siedzę nad książkami Zygmunta Krzyżanowskiego: wcześniej nad Powrotem Münchhausena, a teraz medytuję nad Klubem morderców liter… Co się dzieje, kiedy pisarz nie ma książek ani żadnych przyborów do pisania, a nawet słów, bo wszystkie litery zostały zamordowane? Może tworzyć za pomocą systemu słów niedorzecznych, dodając do sylaby kolejne sylaby niemające żadnego związku znaczeniowego, a przez to tworzące nowe znaczenia, pozornie tylko beztreściowe; może tworzyć za pomocą bezsłowia, wyimaginowanych obrazów... Stop. Dopiero przymierzam się do czytania, a moja pamięć jeszcze na dobre niczego sobie nie przyswoiła...”

     A oto jej odpowiedź: „Będziesz trochę zaskoczony, ale ten koncept pisania, polegający na posługiwaniu się terminami występującymi poza słowem, znaczeniami poza znaczeniem, współcześnie wcielił w życie Bob Dylan w Tarantuli, w dziele (nie w piosence, lecz w noweli) dla co poniektórych nonsensownym, ale nie dla mego syna Davida, który sam pisze i śpiewa poezje już poniekąd zawodowo, a w programie Creative Writing (Twórczego Pisania) na wydziale English Department University of Montreal jego główną inspiracją jest właśnie Bob Dylan, fantastyczny i bardzo intrygujący poeta.  Oczywiście domyślam się, że motywy, które przyczyniły się do powstania Tarantuli, były diametralnie różne od tych, które skłoniły Krzyżanowskiego do napisania Klubu morderców liter. Tam miało miejsce ograbienie człowieka z elementarnych praw do zaistnienia osobowego i twórczego, tutaj rozgrywało się to w sferze przewartościowania pojęć w tzw. cywilizowanym świecie, gdzie wartości się zdewaluowały.

     Obaj ci pisarze rzucali wyzwanie mimo wszystko temu samemu światu, choć rozpiętemu na przeciwległych biegunach, wystawiając na drwiny to, co powszechnie uznane i zatwierdzone przez czynniki wyższe samozakłamanego, względnie przymuszonego do ideologicznego zakłamania społeczeństwa. Próba, na jaką został wystawiony Krzyżanowski, poddany przez kilkadziesiąt lat traktowaniu bardziej niż nieludzkiemu, nie może być porównywalna z tą, której podlega twórca w świecie nazywanym „wolnym”, tym niemniej chcę podkreślić, że wyzwanie rzucone ograniczeniu ludzkiej wolności zarówno w świecie totalitarnym, jak i ucywilizowanym kulturowo manifestuje się takim samym stawieniem czoła siłom, które dyktują swoje normy, wyznaczają kierunki myślenia oraz działania. Tzw. wolność człowieka zawsze jest poddana konfrontacji – wszyscy jesteśmy wystawieni na represje, bowiem światem od początku świata rządzą siły zniewalające. Chwała Dylanowi, no i oczywiście Krzyżanowskiemu, że twórczo, a przy tym awangardowo przeciwstawili się temu”.

 

                  

                            Bob Dylan

 

                

                       David Bronski

 

     Po zaznaczeniu, co nie zmienia istoty rzeczy, że Krzyżanowski napisał tę książkę w roku 1926, piętnaście lat przed narodzinami Boba Dylana, a czterdzieści przed powstaniem Tarantuli, i że obaj twórcy nie mogli mieć pojęcia o swoim istnieniu, oraz po stwierdzeniu, że jeszcze kilka takich maili i post miałbym z głowy, spróbuję jednak jeszcze trochę pogłówkować, żeby z oszałamiającego bogactwa form i treści kłębiących się w tej książce wydobyć nawet nie ich esencję, gdyż wszystko, w zależności od punktu widzenia i siedzenia czytającego, może tu być esencją, lecz to, co najbardziej zapłodniło moją wyobraźnię…

    Nie chodzi o to, że regały z książkami, wiszące po obu stronach mego okna, staną się od tej chwili regałami o ośmiu całkowicie pustych półkach, które trzeba będzie dopiero zapełnić fantazmami, a moje iwonickie mieszkanko, aż trzykrotnie większe od tego, którym dysponował Zygmunt Krzyżanowski, zostanie przeze mnie imaginacyjnie poszerzone, by znalazło się w nim miejsce na dodatkowe pomieszczenie z kominkiem oraz z co najmniej siedmioma fotelami – w celu założenia w nim Klubu Morderców Liter. Odznaczam się wprawdzie dużą wyobraźnią, ale w przeciwieństwie do Krzyżanowskiego musiałem ją poszerzać do tego stopnia zaledwie przez sześć lat, w czasach gdy moja przestrzeń życiowa została zredukowana do dwu metrów kwadratowych…

     Wprawdzie działo się to niemal przed półwieczem, ale nadal jestem w stanie wczuć się w sytuację pisarza żyjącego (nie wegetującego, gdyż pisarz, dopóki jest twórczy, nigdy nie wegetuje) w maleńkim pokoiku, gdzie poza piecem, zazwyczaj obywającym się bez opału, tak jak on bez jedzenia, mieściło się tylko łóżko, krzesło i półki z książkami – cztery grube dechy, wyginające się na całej długości ściany pod ciężarem książek. Po telegramie zawiadamiającym o śmierci matki, musiał jednak zamienić te książki na bilety kolejowe, gdyż w drodze na pogrzeb miał do przebycia tysiące wiorst. Po powrocie z pogrzebu, nie mogąc patrzeć na puste półki, postanowił je zaludnić, odtwarzając treść nieistniejących książek z pamięci, przewracając w myślach poszczególne strony, ale pamięć roniła litery, słowa wracały do niego niepełne, tworzyły się między nimi luki, które trzeba było zapełnić – stopniowo tworzyła się biblioteka fantazmów...  

     Zdejmując z półek te wyobrażone książki-fantazmy, zanurzał ich niewidzialne litery w atramencie, przekształcając je w rękopisy, a te w rozgłos i pieniądze (przedtem wszystkie realne rękopisy wracały do niego odrzucane przez wydawnictwa, z ofrankowanymi kopertami, które krzyczały, że bezpowrotnie stracił szansę na choćby skromny posiłek). Wraz z rosnącym dobrobytem, ten nędzny pokoik dzięki sile inercji też zaczął się rozrastać, stając się dużym mieszkaniem z amfiladowym układem pomieszczeń, gdzie stały przeszklone szafy biblioteczne wypełnione książkami-fantazmami. U szczytu powodzenia usiłował pijany atramentem forsować za wszelką cenę wciąż nowe tematy, ale umęczona fantazja nie była w stanie niczego więcej wymyślić, a on przeistaczał się w profesjonalnego zabójcę pomysłów – to była zemsta sprzedanej pustki!

     W tej sytuacji należało dokonać procesu odwrotnego, opróżnić przynajmniej jeden pokój: kominkowy z rzędami ABSOLUTNIE PUSTYCH półek na książki. Jako sprofesjonalizowany treser słów, nie mający z czego pisać, zamykał się tam co wieczór, wraz z milczeniem i pustką, cierpliwie czekając na to, że w końcu ta pustka bezksiąża (wolałbym: bezksiążkowości) do niego przemówi, dokonało się to jednak dopiero wtedy, gdy jego świadomość wypoczęła, wykorzystała czas i nabrała treści. Zrozumiał, że zamysły wymagają miłości i milczenia – zamiast marnotrawić trzeba je skrzętnie zbierać, ukrywać przed oczami wścibskich, zamykać w pokoju na klucz i po pewnym czasie „fantazm po fantazmie, utwór po utworze, egzemplarz po egzemplarzu zaczęły zapełniać te półki”, tworząc niewidzialną bibliotekę. A on, po stanowczym zatrzaśnięciu pokrywki kałamarza, powrócił „do królestwa czystego wolnego zamysłu”. Żadnego papieru, żadnych słów, żadnych liter. 

     W tym prostokątnym pokoju widniało poza wspomnianymi półkami oraz kominkiem jedynie siedem ciężkich rzeźbionych foteli, na których podczas cotygodniowych sobotnich posiedzeń, gdy w kominku rozpalano oczywiście ogień (tak miły zmarzniętym dłoniom pisarza, który wie, jak ciężko jest zapisywać swoje imaginacyjne wizje, gdy atrament od przejmującego chłodu gęstnieje w kałamarzu), zasiadali członkowie Klubu Morderców Liter, „wybrańcy ze świata piszących i czytających”, którzy pragnęli wejść w bezliterowość i wraz z nim pracować „przy grządce czystych zamysłów” – podobnych do Gardinetti di S. Francisco, maluteńkich kwietników zakładanych przy franciszkańskich klasztorach, gdzie kwiaty, zgodnie z przykazaniem świętego Franciszka miały rosnąć „nie dla innych, lecz same dla siebie” – w celu uzyskania ponadczasowego, nieopadającego i nierodzącego kwiatostanu zmysłów i form...

     To wprowadzenie jest niezbędne do zrozumienia istoty kontrapunktowych wystąpień kolejnych członków Klubu, Rara, Tiuda, Diaża, Fewa i Szoga pod batutą przez Przewodniczącego Zeza, pisarza-pomysłodawcy, który miał wystąpić na końcu. Dlaczego nie miał swego wystąpienia Chic, mimo iż żywo uczestniczył w tamtych, nie wiadomo. Już same nazwiska członków Klubu, w najbardziej science-fikcyjnym wystąpieniu Diaża stające się fikcją do kwadratu, wprowadzają nas w świat fantasmagorii, bijący jak wzburzone morze o brzeg świata w znacznym, lecz nie całkowitym sensie odrealnionego. Pominę wystąpienie Rara, siedemdziesiąte trzecie z kolei, co oznaczało, że siedemdziesiąt trzy niezapisane opowieści wraz z komentarzami robionymi na żywo przez słuchaczy zostały umieszczone na półkach. Pozostawiam szekspirologom prześledzenie napisanej przez niego sztuki, w której najważniejszą rolę odgrywała chyba Rola, gdzie grało aż dwu Hamletów w płaszczach białym i czarnym, dzieląc się po połowie kwestiami wypowiadanymi w oryginale sztuki Williama Szekspira przez jednego Hamleta; Ofelia też została rozdzielona, w planie dramatycznym występując jako Felia, a w komediowym jako Fela, rozdwojeni zostali także Rosencrantz i Guildenstern, nikt nie zamierzał ich jednak uśmiercać jak w tragikomicznym filmie Toma Stopparda Rozencrantz i Guildenstern nie żyją z roku 1990…

 

           

                                            Cdn.

 

-----------

Zygmunt Krzyżanowski Klub morderców liter. Przełożyła i przypisami opatrzyła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2010.

www.marszalek.com.pl   info@marszalek.com.pl

    

poniedziałek, 13 grudnia 2010, jbroszkowski

Polecane wpisy

  • Zeszyty dawnych lektur (odc. 59)

    Dokładnie dwa lata temu chciałem napisać ten odcinek, o czym świadczyło kilka wstępnych zdań wtedy skreślonych – i aż tyle czasu minęło, żeby do niego pow

  • Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11)

    Sterroryzowany przez aż trzy czytelniczki próbowałem sklecić jeszcze jeden kawałek z tego, co akurat wpadło mi do ręki. Na przykład do Kobieto! Boski diableR

  • Adam Hanuszkiewicz, po raz ostatni (cz. 11 b)

    ~pp 20 czerwca 2017 o 18:24 Na ostatnim zdjęciu obok Olbrychskiego siedzą Joanna Dark (piosenkarka) z mężem Markiem Dutkiewiczem, autorem tekstów do kilkuset p