Blog > Komentarze do wpisu
Sadzenie ziemniaków

W cudownie wiosennym słońcu, innym od tego, który przyświecał mi niedawno na pławiących się w śniegu izersko-karkonoskich szczytach, poszedłem wczoraj ku wzgórzom rozbiegającym się od  Gościńców we wszystkich kierunkach, by w zacisznym miejscu pod niewielkim laskiem rozebrać się do naga i wystawić ciało, przez tyle miesięcy skute grubą warstwą ubrań, na dobroczynne działanie słonecznych promieni. Dopiero po dwóch godzinach ruszyłem dalej, ku ostatniemu wzgórzu, które zbiega ku Lubatówce. Właśnie tam pośród ugorujących od dawna pól porosłych chwastami ujrzałem poletko mające ze dwanaście metrów szerokości i z pięćdziesiąt metrów długości, na którym sadzono ziemniaki. Nie wiem, czy pracujący tam ludzie podśpiewywali w duchu jedną z religijnych piosenek: "Błogosław Panie nas, na pracę i znojny trud, wszak Tyś wybrał nas, by Cię poznał i wielbił świat!", ale ich trud musiał być bardzo znojny,  bo i mężczyzna, i kobieta, oboje w średnim wieku, grzbietami rąk przybrudzonych od spodu gliniastą ziemią co chwila ocierali pot z czoła, mimo iż obsadzali dopiero dziesiątą bruzdę. Tę pracę wykonywali bowiem ręcznie, wlokąc za sobą ciężkie kubły z sadzeniakami. Był tam jeszcze ich syn, mniej więcej dwudziestoletni chłopak o ładnej twarzy i ujmującym uśmiechu. Taki młody, a przecież najważniejszy w tym triumwiracie powołanym do wykonania tego zadania, ponieważ to on robił bruzdy, w które jego rodzice wkładali ziemniaki przydeptując je butami, a następnie je przyorywał tworząc redliny. Patrzyłem jak urzeczony na pojazd, którym się posługiwał, żałując, że nie mam przy sobie kamery, bo to zdjęcie mogłoby obiegnąć cały świat i zdobyć Bóg wie jakie nagrody! Ów pojazd, którym można wywozić drzewa z lasu i wykonywać wszelkie prace polowe, wymyślił i wyrychtował już nieżyjący dziadek tego chłopaka – jest to trójkołowiec mający dwie skrzynie biegów, dzięki czemu może jechać do przodu i do tyłu, zrobiony z uciętej ramy motocykla WSK 125, do której zostały przyspawane płaskowniki z możliwością osadzenia na nich tego, co aktualnie jest potrzebne, na przykład pługa. Z tyłu można podczepić przyczepkę, też własnej roboty. Starszy mężczyzny spojrzał w pewnym momencie na swoją żonę i zapytał: „Zaraz skończymy ten kawałek, a resztę może zostawimy na jutro? Zostały jeszcze trzy rzędy…”, a ona: „Damy radę, zróbmy to dzisiaj, bo jutro jest jeszcze tyle do zrobienia…” Zaproponowałem, że mogę im trochę pomóc. „Eeee… nie… – odparł mężczyzna wskazując na swoje ręce. – Dziękujemy za dobre chęci, ale to nie jest robota dla pana, bo ręce i nogi całe ubłocone…” Jego żona przytakiwała tym słowom skinieniami głowy, uśmiechając się do mnie życzliwie. Mężczyzna dorzucił: „Rozejrzyj się pan dookoła, dwadzieścia lat temu na tym wzgórzu pracowało o tej porze pełno ludzi, wszyscy do siebie zagadywali, śmiali się i śpiewali, a teraz same ugory, nikomu się już nie chce wychodzić w pole, bo się nie opłaca, a nam się opłaca, bo Bóg dał moim pradziadom ziemię po to, by o niej nie zapominać. Ja nie mam czasu siedzieć przed telewizorem, bo nawet gdy wszystkie pola są już obrobione,  przychodzę tu czy tam i patrzę, jak mi rośnie, lepiej lub gorzej, ale rośnie. Biorę do ręki to, co rośnie, lub się pochylam, wącham, i chce mi się żyć… Ale, ale, po co ja to panu mówię?” I oboje znowu zanurzyli ręce w kubłach i pochyleni nad bruzdą wrzucali mniej więcej w równych odstępach ziemniak za ziemniakiem. Prości ludzie o spracowanych rękach, ale jakże godni i piękni – i ten boski majestat ziemi, który od nich bił!

  

    Vincent van Gogh Jedzący ziemniaki

   

      Vincent van Gogh Siewca                   

          Pożegnałem się z nimi, zaproszony przez nich na kawę i ciasto, jeśli zechcę ich kiedyś odwiedzić, i przeszedłem bokiem na inny skłon tego samego wzgórza, zbiegający ku potokowi w Lesie Grabińskim, gdzie też sadzono ziemniaki. Było tam trzech mężczyzn, wszyscy w rękawiczkach. Najstarszy z nich machając zawzięcie łopatą przysypywał ziemniaki na samych krańcach rozległego pola, tam gdzie nie mogła tego uczynić przyczepiona do traktora dwurzędowa sadzarka z automatycznymi podajnikami ziemniaków odpowiednio podkiełkowanych i pobudzonych, odpowiedzialna za robienie odpowiednich rozstawów rzędów i za odpowiednią gęstość sadzenia, ze zbiornikiem o pojemności sto osiemdziesiąt kilogramów, uzupełnianym w razie potrzeby ziemniakami wysypywanymi z worków ustawionych na dużej przyczepie stojącej na poboczu. Jeden z dwu pozostałych mężczyzn prowadził traktor, a drugi stał z tyłu sadzarki, kontrolując, czy podajniki prawidłowo wykonują swą robotę. Nikt z nich nie ocierał potu z czoła. Długie na sto trzydzieści metrów i idealnie równe redliny rosły w oczach, jakby pod sadzarką pracowały mechaniczne krety. Właśnie usypały dwudziestą redlinę i pomyślałem sobie, że ci młodzi mężczyźni mogliby na chwilę zjechać na sąsiedni skłon wzgórza i błyskawicznie pomóc tamtym w nasadzeniu tych trzech rzędów, no, ale cuda zdarzają się tylko w bajkach. Aha, z tyłu traktora, przed sadzarką siedział sobie chłopczyk, przyglądając się pracy łańcuchowych podajników. Jazda na traktorze dla małego dziecka nie jest chyba nazbyt zdrowa, pamiętam traktorzystów, którzy musieli wcześniej przechodzić na rentę chorobową, ponieważ w wyniku wstrząsów mieli obniżone żołądki, no, ale może ten chłopiec odziedziczył w genach po swoich przodkach to, co miał pewien chłop spod narwiańskiego Serocka, czyli chłopski żołądek?

    Za prawdziwość tej historii ręczył ktoś, komu mogę ufać. Otóż, niedługo przed ostatnią wojną  światową na rynek w Serocku, gdzie mieściła się apteka, zajechał chłop na furce i poprosił aptekarza o krople żołądkowe, bo mu zołąd dokuca psełokropnie. Aptekarz wydał krople, chłop odjechał. Po kilku godzinach aptekarz odkrywa, że zamiast kropli żołądkowych wlał do buteleczki kwas solny! Aptekarz zbladł, cały dygocze ze strachu, bo po chłopie już ani widu, ani słychu,  no, a skąd miał wiedzieć, gdzie go szukać? Obiadu nie zjadł, kolacji też nie tknął, wymawiając się przed zatroskaną żoną rozstrojem… żołądka, przez całą noc nie mógł zmrużyć oka, a jedna myśl czarniejsza od drugiej: „Nawet jeśli mówiłem coś o dawkowaniu, to chłop jak to chłop gotów wypić to duszkiem i trup na miejscu jak amen w pacierzu!” Chwała Bogu, że żona spała jak kamień, ponieważ biedak zrywał się z posłania za każdym stukotem w pobliżu ganku: „Czy to nie policja granatowa?!” I oczami duszy widział nagłówki prasowe: APTEKARZ-TRUCICIEL, siebie w kajdankach doprowadzanego na rozprawę sądową, wyrok w postaci co najmniej dziesięciu lat ciężkiego więzienia… I tak przez cały kolejny dzień i całą noc!  A trzeciego dnia z samego rana podjeżdża pod aptekę na furce ten sam chłop i krzyczy od drzwi: „Panie aptekazu, panie aptekazu, dawaj pan jesce jednom takom butelecke tych kropelek! Wypiłem tamtom łod razu, a potem pierdnąłem az mi dziure w gaciach wypaliło i zołond był cacy az do dzisiej!”

sobota, 18 kwietnia 2009, jbroszkowski

Komentarze
2009/04/19 12:34:02
A pisanie postów bywa nie tylko pracochłonne, o czym świadczy mail do Wojtka S.:
Dobrze po południu szykowałem się powoli do pojścia na basen, gdy nagle myśl: "Przecież podałeś tylko na oko, ile to poletko, czy tamto pole mogło liczyć sobie metrów szerokości i długości, a fe! zapieprzaj tam natychmiast z metrówką i wymierz te pola!" Pomyśl: niby poważny facet się ubiera (rezygnując z pójścia na basen) i wychodzi bez parasolki, mimo iż zapowiada się na deszcz, by na zboczu zbiegającym do Lubatówki i na tym z tyłu za Lasem Grabińskim zrobić w zapadających ciemnościach stosowne pomiary! Oczywiście po niewielkiej chwili się rozpadało i padało aż do nocy, a ja w pepegach, ślizgajac się po szybko wypełniających się koleinach, zapierdalający tam i wewte po pięć kilometrów! No więc poletko: 12 m na 5o m = 13 redlin, no, a pole 130 m na............ wtedy zrobiono tam 20 redlin. A potem przemoknięty do ostatniej nitki, wywalający się na oślizgłej glinie, ubłocony jak świnia dotarłem ok. 20.40 do "Górnika", gdzie akurat tańczono przy jadalni, bo wtorkowe ognisko z powodu żałoby narodowej przeniesiono na dzisiaj. Odstawiłem na bok mokry plecak i hajże do tanów! Ze wszystkich kuracjuszy lała się woda, ale tańcowali ochoczo jak na weselu Boryny. Po 22.00 wziąłem prysznic, wrzuciłem resztę rybnej potrawki na ruszta i zasiadłem do kończenia postu "Sadzenie ziemniaków", który właśnie opublikowałem, hej!
-
2009/04/22 03:56:31
Myślałem, że już jestem ziemniakologiem i o sadzeniu ziemniaków na tym terenie wiem tyle, ile trzeba, ale dziś znowu natrafiłem na sadzenie ziemniaków na kolejnym polu i okazało się, że można to robić jeszcze inaczej. Najpierw oddam jednak głos chłopu, który wraz ze swoją żoną wykonywał tę czynność: "Panie, a na co mi sadzarka? To pole, czterdzieści na dwadzieścia metrów, obsadzimy ręcznie w ciągu trzech godzin. I obsadzimy je lepiej od sadzarki, bo ona zagrzebuje ziemniaki za głęboko, a nasze sadzone płytko wzejdą błyskawicznie. Przyjdź pan tu za dwa tygodnie, a jeśli nie będzie zimno i spadnie trochę deszczu, to zobaczy pan, jak one pięknie wyrosną!" Po czym biegnie z motyką o ostrzu tak szerokim i ostrym jak drzewiej u katowskiego topora ciach wgłębienie, w które żona błyskawicznie wrzuca ziemniaka i bach ziemniak już jest przesypany, i ciach, i bach, i ciach, i bach, czysta poezja ziemniaczana! A wszystko to migiem! - A kto zrobił te redliny? pytam biegnąc za nimi zdyszany. A chłop, nie przerywając tego i ciach, i bach, i ciach, i bach, rzuca: "Sąsiad za flaszkę wódki to nam zrobił, bo ma traktor, ale w dawnych czasach wystarczył konik, który przy okazji jeszcze pole nawiózł!
-
2009/04/23 02:49:13
Pan Józek Such twierdzi, że znane są tu bruzdy i rządki, natomiast redliny nie, a w okresie jego dzieciństwa i młodości najlepszym sposobem sadzenia ziemniaków było za pługiem, zaprzężonym w mocnego konika, bo za motyką sadziło się tylko ziemniaki wczesne - na te sadzeniaki, które jego babcia trzymała osobno w kartonach, trzeba było szczególnie uważać, żeby nie ułamać kiełków. Nikt wtedy nie sadził ziemniaków oddzielnie, w ramach jednej rodziny, bo sadzenie za pługiem wymagało mnóstwa rąk, żeby nadążać za pługiem. Wrzucało się ziemniaki biegiem, w śmiechu i w radosnych pokrzykiwaniach, ale rozstaw sadzeniaków w rzędach każdy miał od dziecka wypisany w mózgu i na ręku. Wielkie pola obsadzało się w ten sposób migiem. Wspólnie zbierało się także ziemniaki na jesieni, z paleniem naci ziemniaczanych i śpiewami.
Sadzeniaki nie mogły być ani za duże, ani za małe, lecz w sam raz (pokazuje to palcami). Tutaj sadziło się je 1 maja, później niż w innych regionach kraju. A gdy komuś zabrakło sadzeniaków, bo poprzedni rok był marny, to sadził same kiełki i ziemniaki też z tego się zrodziły!